Komentarz prezesa Zarządu Budimex SA do danych finansowych za I półrocze 2014

Dariusz Blocher - prezes Zarządu, dyrektor generalny Budimeksu SA
Dariusz Blocher – prezes Zarządu, dyrektor generalny Budimeksu SA

Rok 2014 to pierwszy rok obowiązywania nowego budżetu unijnego na lata 2014-2020. Budowanie portfela zamówień na lata przyszłe poprzez pozyskanie jak największej liczby kontraktów drogowych oraz wejście w nowe segmenty działalności to obecnie główne zadania Grupy Budimex.

Wartość portfela zamówień Grupy Budimex wyniosła na koniec czerwca 2014 roku 3,93 miliarda złotych i jest niższa od jego wartości na koniec roku 2013 o 9,4%. Wartość kontraktów podpisanych w pierwszym półroczu 2014 roku wyniosła 1,41 miliarda złotych, to jest o 746 milionów złotych mniej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku.

Relatywnie niska wartość portfela zamówień i podpisanych kontraktów w pierwszym półroczu 2014 ma charakter przejściowy i wynika z wolniejszego od spodziewanego tempa podpisywania kontraktów z nowej perspektywy. Łączna wartość kontraktów oczekujących obecnie na podpisanie przez Grupę Budimex lub podpisanych po dniu 30 czerwca 2014 wynosi 2,8 miliarda złotych.

Zasadniczą część tej kwoty stanowią przetargi drogowe ogłaszane przez GDDKiA, w tym projekty finansowane z nowej perspektywy unijnej. Do tej pory rozstrzygnięto 25 przetargów, z czego w siedmiu z nich Budimex SA złożył najkorzystniejszą cenowo ofertę. Łączna ich wartość – przypadająca na Budimex SA – to 1,7 miliarda złotych.

Ponadto 10 lipca 2014 roku podpisano umowę na budowę nowego bloku energetycznego Elektrowni w Turowie, w której udział Budimeksu SA w konsorcjum wynosi 22,31% (725 milionów złotych). Jest to pierwszy tego typu kontrakt w historii Grupy Budimex. Budimex jest zainteresowany realizacją kolejnych kontraktów energetycznych. Uważnie analizuje planowane inwestycje (między innymi w bloki gazowo-parowe w Elektrociepłowni Żerań czy Elektrowni Łagisza) oraz uczestniczy w kilku postępowaniach przetargowych w obszarze energetyki (na budowę bloku gazowo-parowego w Elektrowni Grudziądz, na budowę instalacji odsiarczania w Elektrociepłowni Ostrołęka). W związku z tym Grupa Budimex planuje zwiększenie zatrudnienia specjalistów z branży energetycznej.

W pierwszym półroczu 2014 Grupa poprawiła sprzedaż oraz rentowność na każdym poziomie. Utrzymała wysoki poziom gotówki, pomimo wypłaty w maju dywidendy o historycznie najwyższej wartości 303 milionów złotych oraz uzyskała najwyższy od lat poziom przedsprzedaży mieszkań.

W analizowanym półroczu 2014 Grupa Budimex osiągnęła sprzedaż wyższą o 13,4% w stosunku do analogicznego okresu 2013 roku – biorąc pod uwagę dane porównywalne, to jest bez uwzględniania przychodów spółki Budimex Danwood sprzedanej w grudniu 2013. W tym samym okresie produkcja budowlano – montażowa wzrosła o 9,8% rok do roku.

Zysk operacyjny Grupy Budimex wypracowany w pierwszym półroczu wzrósł o 42,4% w stosunku do roku ubiegłego, w porównaniu do danych nie zawierających wyników Budimex Danwood. Rentowność na wszystkich pozostałych poziomach wyniku była również znacząco wyższa.

Poprawa rentowności Grupy jest konsekwencją wzrostu marż w segmencie budowlanym na skutek spadku cen materiałów budowlanych oraz usług podwykonawców.

Grupa Budimex utrzymała w pierwszym półroczu bardzo wysoki poziom pozycji gotówkowej netto, która na koniec czerwca wyniosła blisko 913 milionów złotych. Oznacza to wzrost o 43% w stosunku do czerwca 2013 roku. Dobrą pozycję gotówkową Grupa zawdzięcza głównie działalności deweloperskiej.

Poprawiająca się koniunktura na rynku mieszkaniowym przyczyniła się do osiągnięcia w pierwszym półroczu 2014 roku najwyższego poziomu przedsprzedaży mieszkań od kilku lat. W okresie tym Budimex Nieruchomości przedsprzedał 553 mieszkania, to jest blisko dwukrotnie więcej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego.

W pierwszym półroczu 2014 roku Budimex Nieruchomości wprowadził do oferty blisko 900 mieszkań na sześciu nowych projektach. W drugim półroczu 2014 roku planuje wprowadzić do oferty następne 1600 mieszkań, w tym ponad 1000 w kolejnych, czterech etapach projektu Nowe Czyżyny w Krakowie. Projekt ten jest odpowiedzią naszej firmy na zapotrzebowanie krakowskiego rynku. Spełnia kryteria programu Mieszkanie dla Młodych, z którego w tym mieście jak dotąd można było skorzystać jedynie w niewielkim stopniu. Dzięki przygotowaniu atrakcyjnej oferty Budimex Nieruchomości może przedsprzedać około 1500 mieszkań w całym 2014 roku.

W skład pozostałej działalności Grupy Budimex wchodzą spółki Elektromontaż Poznań oraz Budimex Parking Wrocław. Przyjęty na początku roku plan sprzedaży spółki Elektromontaż Poznań nie uległ zmianie.

Spółka Budimex Parking Wrocław, założona w celu realizacji projektu wybudowania, a następnie zarządzania parkingiem we Wrocławiu w formule partnerstwa publiczno – prywatnego, zakończyła w pierwszym półroczu prace budowlane zgodnie z przyjętym harmonogramem.

Planując rozwój tego typu działalności, obecnie Grupa Budimex przygląda się kilku projektom
o wartości 30-50 milionów złotych każdy.

Rainbow Tours – wzrost przychodów w czerwcu

W raporcie bieżącym nr. 23/2014 z dnia 25 lipca, Zarząd Rainbow Tours S.A. poinformował, że wartość jednostkowych przychodów ze sprzedaży z tytułu organizacji imprez turystycznych w czerwcu 2014 r. wyniosła 112,1 mln zł, co w porównaniu z analogicznym okresem 2013 r., w którym przychody wyniosły 90,8 mln zł, stanowi wzrost sprzedaży o 23,5 %.

Przychody ze sprzedaży od 1 stycznia do 30 czerwca 2014 roku wyniosły 353,2 mln zł i są wyższe o 29,3 %, od przychodów za okres od 1 stycznia do 30 czerwca 2013 roku, które wyniosły 273,1 mln zł.

Skonsolidowane przychody Grupy Kapitałowej wyniosły w czerwcu 120,9 mln zł, co w porównaniu z analogicznym okresem 2013 r., w którym przychody wyniosły 101,5 mln zł, stanowi wzrost sprzedaży o 19,1 %. Także w rachunku narastającym za okres od 01 stycznia do 30 czerwca 201 Grupa osiągnęła wzrost przychodów w stosunku do ubiegłego roku z 297,6 mln zł na 380,0 mln zł, czyli o 27,7%.

Komisja Nadzoru Finansowego kontra FM Bank PBP SA

Komisja Nadzoru Finansowego wycofała się z wydanej w kwietniu decyzji nakazującej zbycie wszystkich akcji FM Banku będących w posiadaniu spółki celowej Abris Capital Partners. KNF odpowiedziała na pytania Bankier.pl, co było motywem tej decyzji.

8 kwietnia KNF nakazała zbycie przed końcem 2014 roku wszystkich akcji FM Bank PBP posiadanych przez PL Holdings S.a.r.l., spółkę celową Abris Capital Partners. Dodatkowo KNF zakazała wykonywania prawa głosu z akcji banku.

– Uchylenie decyzji dotyczącej nakazu zbycia akcji banku jest związane wyłącznie z kwestiami formalnoprawnymi. Ponowna analiza prawna wykazała, że podjęcie w jednym postępowaniu decyzji o zakazie wykonywania prawa głosu z akcji oraz nakazie ich zbycia wywołuje niepotrzebne ryzyko procesowe – specjalnie dla Bankier.pl tłumaczy Łukasz Dajnowicz, rzecznik prasowy KNF.

Swoją decyzję KNF argumentowała niewypełnianiem przez wskazane podmioty zobowiązań inwestorskich, co „w ocenie Komisji miało negatywny wpływ na ostrożną i stabilną działalność banku”. KNF wskazała m.in. na dokonywanie zmian w składzie zarządu banku, które generowało ryzyko prawne i operacyjne.

KNF zapewnia, że nie boi się procesu

– Nie ma żadnego procesu, to jest decyzja drugiej instancji, od której, tak jak zawsze, stronie służy skarga do sądu administracyjnego – najpierw do wojewódzkiego sądu administracyjnego, a później ewentualnie do Naczelnego Sądu Administracyjnego – dodaje Dajnowicz.

KNF podkreśla, że dzisiejsze uchylenie decyzji pierwszej instancji nie zmienia faktu niedochowania przez PL Holdings S.a.r.l. oraz Abris–EMP Capital Partners Limited zobowiązań inwestorskich złożonych wobec KNF, co w ocenie Komisji ma negatywny wpływ na ostrożną i stabilną działalność banku.

Na razie sytuacja funduszu Abris Capital jest patowa

Z jednej strony jest on właścicielem akcji banku, z drugiej nie może wykonywać swoich uprawnień właścicielskich. Jakie jest rozwiązanie takiej sytuacji? – Jeśli ktoś nie może wykonywać prawa głosu z akcji, to logiczna jest sprzedaż akcji – odpowiada Dajnowicz.

FM Bank PBP SA rozpoczął działalność rok temu, w lipcu 2013 r. Bank powstał z połączenia FM Banku z Polskim Bankiem Przedsiębiorczości. Poprzez spółkę celową PL Holdinhs S.a.r.l. Abris Capital Partners posiada 99,6% udziału w kapitale banku. W ubiegłym roku kierownictwo banku zapowiadało, że w ciągu 3 lat planuje wejść na warszawską giełdę.

– Procesy są długie, a wynik postępowania niekoniecznie musiałby być korzystny dla Komisji. KNF zapewne będzie używać innych metod dla rozwiązania tej sytuacji. Rolą KNF jest dbanie o przejrzystość i kontrola instytucji finansowych w taki sposób, by nie zagrażały one stabilności systemu oraz były bezpieczne dla klientów. Czasami wymaga to zdecydowanych i niekoniecznie standardowych działań – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Więcej na ten temat: http://www.bankier.pl/wiadomosc/KNF-przestraszyla-sie-procesu-Wywlaszczenia-nie-bedzie-3170316.html

Kraje Unii Europejskiej i USA redukują wydatki na wojsko

W 2013 roku 50. światowych liderów w dziedzinie obronności wydało na zbrojenia 1,6 bln dolarów.

Największe mocarstwa na świecie pod wpływem czynników ekonomicznych oraz ewolucji zagrożeń zmieniają swoje podejście do obronności. Najbogatsze państwa, takie jak USA czy kraje europejskie wciąż redukują swoje budżety wojskowe. Z kolei Rosja, Arabia Saudyjska, Chiny czy Brazylia zwiększają je. W 2015 roku łączne wydatki na wojsko Rosji i Chin będą wyższe niż wszystkich krajów UE razem wziętych. Jak wynika z kolejnej edycji globalnego raportu „Global Defense Outlook 2014 Adapt, collaborate and invest” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, w którym przeanalizowano wydatki na obronność 50 państw, w tym Polski, dla największych armii na świecie coraz ważniejsza staje się walka z cyberprzestępczością. Według raportu wydatki pięćdziesięciu światowych liderów w dziedzinie obronności, wyniosły w 2013 roku 1,6 bln dolarów, co stanowiło 92 proc. całkowitych wydatków zbrojeniowych na świecie. Rok wcześniej było to 1,7 bln dolarów.

W latach 2008-2013 wydatki na obronność omawianej grupy państw wzrosły o 3 proc. „Ten wzrost zwalniał jednak o 5-8 proc. rocznie. Tendencja ta wynika m.in. z redukcji obecności wojsk państw UE oraz USA w Iraku oraz Afganistanie i zakończenia operacji sił międzynarodowych w tychże krajach. Tylko same Stany Zjednoczone w ciągu ostatnich pięciu lat zredukowały swój budżet wojskowy o 53 mld dolarów” – wyjaśnia Piotr Świętochowski, Dyrektor w Dziale Audytu Deloitte.

Z kolei w tym samym czasie Chiny zwiększyły swoje wydatki na obronność o 60 mld dolarów, Rosja o 21 mld dolarów, a Arabia Saudyjska o 16 mld dolarów. Kraje te należą do grupy szesnastu krajów spośród TOP 50, które wydają na wojsko więcej niż 3 proc. swojego PKB.

Już ubiegłoroczna edycja raportu Deloitte wskazywała na coraz wyraźniejszy trend zwiększania budżetów wojskowych w krajach z niższym poziomem PKB, a ich redukcji w najbogatszych krajach, w których opinia publiczna kwestionuje konieczność utrzymywania licznej armii. Nie zmienia to jednak faktu, że to wciąż USA są niekwestionowanym liderem pod względem wydatków na obronę. Ich udział w światowym budżecie wojskowym wyniósł w ubiegłym roku 35 proc. To więcej niż osiem kolejnych krajów łącznie, choć trzeba jednocześnie przyznać, że w ciągu tylko jednego roku ten udział spadł o 5 pp. Polska została zakwalifikowana do grupy państw, których wydatki na obronę stanowią 8 proc. globalnego budżetu obronnego. Wraz z Polską znajdują się w tej grupie także m.in. Izrael, Hiszpania, Holandia, Pakistan, Meksyk czy Norwegia. Nasz kraj wraz 33 innymi z TOP 50 zyskał miano „oszczędzającego”, czyli przeznaczającego na obronność mniej niż 2 proc. swojego PKB. W Polsce od lat roczne wydatki na obronność oscylują wokół 1,9 proc. PKB, choć konflikt na Ukrainie spowodował, że pojawiły się zapowiedzi o możliwym jego zwiększeniu.

Tymczasem krajom o niższym poziomie PKB rosnący wzrost gospodarczy pozwala na zwiększenie swoich budżetów na obronność. Dotyczy to m.in. Brazylii, Chin, Indii oraz Rosji. Jak prognozują eksperci Deloitte przyszłoroczny budżet wojskowy Chin będzie wyższy niż łącznie niemiecki, francuski oraz brytyjski. Z kolei łączne wydatki Chin i Rosji będą wyższe niż wszystkich krajów unijnych. Nawet biorąc pod uwagę wszystkie kraje Azji i Pacyfiku (bez Chin), w ciągu kolejnych dwóch lat, region ten przeznaczy na wojsko więcej niż cała Europa Zachodnia.

Rok 2014 w wojskowości zdominowały dwa wydarzenia: wygasanie operacji wojskowej w Afganistanie i konflikt na Ukrainie. „Konflikt ukraiński pokazał wyraźnie, jak bardzo zmieniły się metody walki dwóch zwaśnionych stron. Struktury obronności oparte na jednostkach ogólnego przeznaczenia i broni konwencjonalnej mają coraz mniejsze znaczenie i nie spełniają wszystkich potrzeb nowoczesnego pola walki”– tłumaczy Piotr Świętochowski.

Dlatego jak wskazuje raport Deloitte jednym z priorytetów armii na całym świecie staje się walka z cyberprzestępczością. Jest to tym bardziej konieczne, że więcej niż 60 proc. ataków cybernetycznych skierowanych jest w stronę krajów z grupy pięćdziesięciu państw przeznaczającej na obronność najwięcej pieniędzy. W krajach o wyższym poziomie PKB celem ataków jest przede wszystkim przemysł, z kolei w biedniejszych krajach cyberprzestępcy atakują głównie instytucje rządowe. Dlatego takie organizacje jak NATO od kilku lat prowadzą programy mające służyć w walce z cyberprzestępczością.

Raport Deloitte wskazuje także, że w wojskowości zmienia się podejście do walki z terroryzmem. Co prawda porównując rok 2006 i 2012 to liczba ataków terrorystycznych wzrosła aż trzykrotnie, ale ten wzrost dotyczył przede wszystkim krajów o mniejszych dochodach. Aż 44 proc. z tychże ataków nastąpiło w krajach poza TOP 50. Raport wymienia w tym kontekście Afganistan, Nigerię, Somalię oraz Jemen.

Eksperci Deloitte wyróżniają trzy główne kierunki, które w najbliższym czasie będą dominować w kształtowaniu polityki obronnej większości państw na świecie. Są to:

Adaptacja – kraje kształtując swoje budżety wojskowe, muszą brać pod uwagę czynniki ekonomiczne i zmieniające się zagrożenia. Środki przeznaczane dotąd na konwencjonalne siły wojskowe są teraz przesuwane, m.in. na walkę z cyberprzestępczością,
Współpraca – utrzymanie nowoczesnych zdolności wojskowych zwykle przekracza możliwości budżetowe jednego państwa. Szczególnie walka z cyberprzestępczością lub terroryzmem wymaga współpracy i koordynacji kilku państw.
Inwestycje – mimo tendencji do ograniczania budżetów wojskowych armie na całym świecie dążą do utrzymania inwestycji w sprzęt oraz nowoczesne technologie, bez których wojsko nie ma szans na walkę z zagrożeniami nowego typu.

Supermarkety i hipermarkety to połowa rynku artykułów spożywczych w Polsce

Z roku na rok rośnie liczba nowoczesnych supermarketów, hipermarketów oraz przede wszystkim dyskontów. W 2014 roku według naszych prognoz to sklepy wielkopowierzchniowe wygenerują ponad 50% wartości sprzedaży osiągniętej na rynku artykułów spożywczych, co zostało zaprezentowane w raporcie „Handel detaliczny artykułami spożywczymi w Polsce 2014. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2014–2019”.

Od kilku lat trwa transformacja rynku z małych sklepów ogólnospożywczych w stronę nowoczesnych formatów typu supermarket czy dyskont. Skutkiem tych zmian oraz ekspansji sieci (zwłaszcza dyskontów, w tym lidera rynku Biedronki) jest postępujący od kilku lat trend spadku liczby sklepów ogólnospożywczych w Polsce.
Znikają przede wszystkim małe niezależne sklepy, nieradzące sobie z rosnącą konkurencją ze strony sieci wielkoformatowych, a zwłaszcza pojawiających się w ich sąsiedztwie dyskontów i supermarketów.

Dzieje się to pomimo problemów największych sklepów – hipermarketów – które tracą klientów przez znacznie zwiększoną konkurencję, a także większą odległość od miejsca zamieszkania w porównaniu do sklepów innych formatów. Konsumenci chętnie wybierają sklepy albo blisko domów (dla zakupów niezaplanowanych lub z wygody) albo wybierają sklepy w dużych centrach handlowych (połączenie zakupów oraz możliwości relaksu lub skorzystania z usług).
Z drugiej strony, małe sklepy to dla wielu konsumentów podstawowe miejsce zakupów, często wynikające z braku alternatyw. W najbliższych latach w związku ze zmieniającymi się przyzwyczajeniami konsumentów prognozujemy polepszenie sytuacji mniejszych sklepów, dzięki formatowi convenience oraz sklepom specjalistycznym. Warto także wspomnieć o zmianach w wyglądzie także małych sklepów, które coraz częściej są nowoczesne i przez to także atrakcyjniejsze dla klientów.

Jednak intensywna ekspansja największych sieci oraz głównie sieci wielkoformatowych będzie postępować w najbliższych latach. To sklepy formatu hipermarket, supermarket czy dyskont będą stanowić coraz większy udział w całej sprzedaży.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Handel detaliczny artykułami spożywczymi w Polsce 2014. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2014–2019”.

NIK ocenia negatywnie proces powstawania lądowych farm wiatrowych w Polsce

Władze gmin decydowały o lokalizacji farm wiatrowych ignorując społeczne sprzeciwy. Budową wielu elektrowni wiatrowych zainteresowane były pełniące funkcje lub zatrudnione w gminach osoby, na których ziemi farmy powstały. Zgody lokalnych władz na lokalizację elektrowni wiatrowych zostały w większości przypadków uzależnione od przekazania na rzecz gminy darowizn przez firmy budujące elektrownie lub sfinansowania przez nie dokumentacji planistycznej.

NIK uważa, że proces powstawania farm przebiegał często w warunkach zagrożenia konfliktem interesów, brakiem przejrzystości i korupcją. Niedookreślone dla tego rodzaju działalności gospodarczej prawodawstwo, a także niejednolita doktryna i orzecznictwo, nie gwarantowały w dostatecznym stopniu lokalizowania i budowy elektrowni wiatrowych w sposób bezpieczny dla środowiska i zarazem ograniczający uciążliwość farm dla osób zamieszkałych w ich sąsiedztwie.

Żadna ze skontrolowanych gmin, nawet w sytuacji licznych protestów dotyczących lokalizacji farm wiatrowych, nie zdecydowała się na zorganizowanie referendum w tej sprawie, mimo że taką formę rozstrzygnięcia dopuszczały przepisy ustawy z dnia 8 marca 1990 r. o samorządzie gminnym. Decyzje w imieniu społeczności lokalnych w tym zakresie, podejmowane były wyłącznie na sesjach rad gmin przez radnych. Skontrolowane gminy umożliwiły wprawdzie mieszkańcom wyrażenie opinii i stanowisk na każdym etapie procedowania zagadnień związanych z lokalizacją elektrowni wiatrowych, niemniej argumenty i obawy przeciwników ich budowy z reguły nie były podzielane i uwzględniane w trakcie podejmowania decyzji.

W części gmin (ok. 30%) elektrownie wiatrowe lokalizowane były na gruntach należących do osób pełniących funkcję organów gminy bądź zatrudnionych w gminnych jednostkach organizacyjnych m.in. do radnych, burmistrzów, wójtów, czy też pracowników urzędów gmin, tj. osób, które jednocześnie w imieniu gminy uczestniczyły w podejmowaniu bądź podejmowały decyzje, co do miejsca inwestycji. Sytuacje takie noszące znamiona konfliktu interesów – w ocenie NIK – stwarzały zagrożenie wystąpienia zjawisk o charakterze korupcyjnym, a także noszącym znamiona niedopuszczalnego lobbingu.

Natomiast z punktu widzenia obowiązującego prawa działania takie uchybiały przepisom ustawy o samorządzie gminnym, a w szczególności obowiązkom radnych. Stały także w sprzeczności z normami ustawy z dnia 14 czerwca 1960 r. – Kodeks postępowania administracyjnego. W przypadku radnych, którzy nie wyłączyli się z głosowania w trybie art. 25a ustawy o samorządzie gminnym, w sprawie dotyczącej bezpośrednio ich interesu prawnego, ustawodawca nie przewidział jakichkolwiek sankcji o charakterze dyscyplinującym lub karnym z tytułu naruszenia tej normy prawnej, co – zdaniem NIK – wymaga zmiany prawa w tym zakresie.

W zdecydowanej większości skontrolowanych gmin (ok. 80%), zgoda organów gmin na lokalizację elektrowni wiatrowych była uzależniona od sfinansowania przez inwestorów dokumentacji planistycznej lub przekazania na rzecz gminy darowizny. Przepisy prawa stanowią, że tego rodzaju wydatek powinien być pokryty z budżetu gminy. Finansowanie w ten sposób zadań własnych gminy mogło być źródłem wystąpienia konfliktu interesów między preferencjami inwestorów a obiektywnymi – z punktu widzenia gminy i lokalnych społeczności – rozwiązaniami planistycznymi. Tak ukształtowane relacje na styku interesu publicznego i prywatnego stanowiły zdaniem NIK mechanizm korupcjogenny.

Przepisy prawa w Polsce nie określały w jednostkach długości bezpiecznego usytuowania elektrowni wiatrowych w środowisku naturalnym. Rozwiązania przyjęte w tym zakresie w innych państwach Unii Europejskiej były zróżnicowane. Usytuowanie turbin wiatrowych w stosunku do siedzib ludzkich określano najczęściej odległością wyrażoną w metrach, a niekiedy również poziomem dopuszczalnego hałasu. W Polsce odległość elektrowni wiatrowej od zabudowań, w szczególności tych zamieszkałych przez ludzi, warunkowana jest przede wszystkim dopuszczalnym poziomem hałasu, emitowanym przez elektrownie wiatrowe. Jednak przepisy regulujące metodologię pomiaru emisji hałasu nie gwarantowały miarodajnej oceny uciążliwości tego typu urządzeń. Wykonywanie pomiarów mogło odbywać się bowiem – zgodnie z obowiązującymi wymogami – tylko w warunkach niskiej wietrzności (<5 m/s). Tymczasem elektrownie wiatrowe generują największe natężenie hałasu dopiero przy optymalnej dla nich prędkości wiatru, wynoszącej 10-12 m/s, ale w takich warunkach pomiary nie były już dokonywane. Przepisy prawa nie definiowały również dopuszczalnych norm dotyczących innych potencjalnych zagrożeń, takich jak chociażby infradźwięków oraz efektów stroboskopowych. Z tego powodu uprawnione instytucje państwa nie wykonywały we wskazanym zakresie badań oddziaływania farm wiatrowych na środowisko. Służby dozoru technicznego nie interesowały się bezpieczeństwem funkcjonowania urządzeń technicznych elektrowni wiatrowych. Powiatowi inspektorzy nadzoru budowlanego kontrolowali jedynie zagadnienia związane z konstrukcją budowlaną farm (fundament, maszt, infrastruktura towarzysząca). Obowiązujące przepisy o dozorze technicznym nie definiowały bowiem, jakie elementy mechaniczne (generatory, rotory z gondolą, wirniki, skrzynie biegów, transformatory czy łopaty śmigła) miałyby podlegać kontroli właściwych służb. W konsekwencji kwestia zapewnienia bezpiecznego użytkowania zasadniczej, technicznej części elektrowni wiatrowych pozostawała i pozostaje poza zainteresowaniem jakichkolwiek organów inspekcyjnych państwa. W przepisach z zakresu prawa budowlanego, elektrownie wiatrowe nie zostały przypisane do żadnej kategorii obiektów budowlanych. W wydawanych przez kontrolowanych starostów decyzjach o pozwoleniu na budowę, kategoryzowano je bądź jako „wolno stojące kominy i maszty”, bądź „sieci elektroenergetyczne”, a w ostateczności jako „inne budowle”. Takie niedostosowanie prawa nie pozostawało bez konsekwencji, gdyż w sposób rozbieżny i niejednolity organy nadzoru budowlanego warunkowały inwestorom dopuszczenie do użytkowania. W efekcie, dla takich samych obiektów, raz wymagano uzyskania pozwolenia na użytkowanie, a innym razem dopuszczano do ich eksploatacji wyłącznie po dokonaniu zgłoszenia zakończenia budowy. W ocenie NIK wzniesienie elektrowni wiatrowej powinno zawsze wiązać się z wydaniem pozwolenia na użytkowanie. Brak jednoznaczności przepisów, jednolitości orzecznictwa oraz doktryny, powodował rozbieżności w interpretacji i stosowaniu przepisów prawnych dotyczących lokalizacji elektrowni wiatrowych na obszarach i gruntach podlegających ochronie, co konsekwencji prowadziło np. do lokalizacji elektrowni wiatrowych na obszarach o istotnych walorach krajobrazowych i przyrodniczych. Przepisy zezwalały inwestorom na lokalizowanie elektrowni wiatrowych w takich miejscach (np. na obszarze chronionego krajobrazu), pomimo że wzbudzało to wiele kontrowersji i protestów. W efekcie turbiny wiatrowe na wiele lat staną się elementem krajobrazu m.in. pojezierza suwalskiego (w tym Doliny Rospudy) czy też Goplańsko-Kujawskiego Obszaru Chronionego Krajobrazu (Babiak).

Rygorystyczne wymogi techniczne napędzają wzrost cen mieszkań

CEO Magazyn Polska

Rosnące wymagania techniczne powodują wzrost cen nowych mieszkań. Nawet 5 tysięcy złotych może kosztować doprowadzenie do każdego mieszkania sieci internetowej, telewizyjnej kablowej i satelitarnej. Wymogi związane z energooszczędnością mogą z kolei spowodować wzrost o połowę kosztów zakupu samych okien. Deweloperzy przerzucają te obciążenia na klientów.

Wpadliśmy w pewien pęd regulacji technicznych dla nowych budynków. Powoduje to niesamowity wzrost kosztów. Z jednej strony dążymy do tego, by powstawały budynki zeroenergetycznych, z drugiej strony wprowadzamy mnóstwo dodatkowych przepisów, które mają spowodować, że w tych budynkach będzie mieszkało się lepiej, niestety, one są bardzo drogie – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Konrad Płochocki, dyrektor generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

Płochocki wylicza, że jedną z drogich regulacji jest obowiązek doprowadzenia do każdego mieszkania niezależnych światłowodów, a także instalacji umożliwiających odbiór naziemnej oraz satelitarnej telewizji. Takie wymogi wprowadziło obowiązujące od lutego ubiegłego roku rozporządzenie ówczesnego ministra transportu, budownictwa i gospodarki morskiej. Doprowadzenie trzech niezależnych instalacji do mieszkania może kosztować nawet 5 tys. zł, choć zwykle koszt ten zamyka się w przedziale 1-2 tys. zł.

Choć deweloperzy przerzucają te koszty na klientów, to Płochocki zauważa, że wiele osób wcale nie potrzebuje takich sieci. Rośnie bowiem liczba osób korzystających z własnych urządzeń dostępowych, w tym z szybkiej sieć LTE.

Deweloperzy niekoniecznie chcą ponosić koszty tego, że telewizje satelitarne i dostawcy internetu będą mogli łatwiej przyłączyć się do naszego lokalu, a te pieniądze musimy wydawać – mówi Płochocki.

Wzrost kosztów powodują też coraz ostrzejsze wymogi związane z energooszczędnością budynków. Okna budowane w standardzie z tego roku są o połowę droższe od wcześniejszych, a za trzy lata w życie wejdą jeszcze bardziej rygorystyczne przepisy.

Drogie w realizacji wymogi techniczne powodują, że choć ceny mieszkań rosną, deweloperzy wciąż narzekają na niskie marże. Deweloperzy giełdowi na swoich projektach mają mniej niż 15 proc. marży, a ich kapitał rośnie bardzo wolno. Nie poprawiają się również ich notowania – choć w ciągu ostatnich dwóch lat indeks sektorowy WIG-Deweloperzy zyskał niemal 20 proc., to od roku jego kurs oscyluje w granicach 1400-1600 punktów.

Płochocki ocenia, że za rosnącymi kosztami technicznymi budowy mieszkań może stać lobbing producentów niektórych materiałów budowlanych. Dla deweloperów oznacza to jednak nieunikniony wzrost kosztów.

Od nowego roku akademickiego zmiany na uczelniach. Mają wpłynąć na lepsze przygotowanie studentów do wymagań rynku pracy

CEO Magazyn Polska

Możliwość studiowania przez całe życie, zniesienie opłat za drugi kierunek, uwłaszczenie naukowców i nowe zasady tworzenia związku uczelni – to najważniejsze zmiany, jakie niesie ze sobą nowa ustawa o szkolnictwie wyższym, która ma obowiązywać już od nowego roku akademickiego. Wprowadzone zmiany mają poprawić sytuację absolwentów na rynku pracy oraz ułatwić uczelniom przetrwanie niżu demograficznego.

Studenci będą mieli większe możliwości, elastyczność studiowania, drugi kierunek, możliwość korzystania z zajęć międzydyscyplinarnych. Jest dużo propozycji dotyczących praktyk, dualnego systemu studiów, czyli jednocześnie uczenia się i pracowania. Ta ustawa rozszczelnia system, dzięki czemu będzie on bardziej elastyczny – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Lena Kolarska-Bobińska, minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Jedną z ważniejszych zmian jest możliwość uczenia się przez całe życie. Ustawa zakłada, że uczelnie będą mogły zaliczyć umiejętności nabyte podczas szkoleń i kursów na poczet studiów, a to z kolei pomoże osobom już pracującym przekwalifikować się lub uzupełnić wykształcenie.

Uczelnie otwierają się na dojrzałych studentów, osoby, które ukończyły różne kursy, uczyły się, a teraz chcą kontynuować studia. Wiele osób też przekwalifikowuje się i musi mieć możliwość studiowania. W Unii Europejskiej studiuje około 10 proc. dojrzałych osób, w Polsce tylko 4 proc. – to zdecydowanie za mało – mówi prof. Kolarska-Bobińska.

Rozwiązania ze znowelizowanej ustawy mają pomóc studentom dostosować się do wymagań na rynku pracy. Wprowadzenie dualnego systemu nauki i obowiązkowe trzymiesięczne praktyki na studiach o profilu praktycznym mają zwiększyć szanse studentów na znalezienie odpowiedniej pracy. Monitoring losów absolwentów studiów pomoże też maturzystom w wyborze kierunku studiów.

Ustawa ułatwia zderzenie dwóch światów – pracodawców i absolwentów. Praktyczne zajęcia, praktyki, specjalizacja badawcza na uczelni sprawią, że naukowe uczelnie zawodowe będą bardziej nakierowane na rynek – ocenia minister nauki.

Przywrócona została też możliwość bezpłatnego studiowania drugiego kierunku dziennego, która obowiązywała do października 2013 roku.

Domagali się tego humaniści i studenci, którzy chcą poszerzać wiedzę. Nie sądzimy co prawda, że teraz studenci masowo zaczną studiować drugi kierunek, ale dla tych, którzy będą tego chcieli, stanie się to możliwe – podkreśla prof. Kolarska-Bobińska.

Zmienią się też zasady tworzenia związku uczelni. Wedle danych ministerstwa nauki, w Polsce funkcjonuje obecnie 467 uczelni (z czego 326 niepublicznych). Ze względu na niż demograficzny coraz mniej jest chętnych do studiowania. Szkoły wyższe będą mogły na korzystniejszych zasadach wspólnie sięgać po unijne pieniądze, na przykład poprzez stworzenie międzywydziałowych, a nawet międzyuniwersyteckich zajęć dla studentów.

Ustawa ułatwia uczelniom tworzenie spółek, różnych form prawnych, które pozwolą na bardzo ścisłą współpracę, współdziałanie, a w przyszłości na konsolidację szkół – tłumaczy Lena Kolarska-Bobińska.

Nowelizacja wprowadza również uwłaszczenie naukowców. Badacze i uczelnia będą mogli przyjąć elastyczną formę komercjalizacji wynalazku lub też innego efektu badań naukowych. Jest to zmiana korzystna przede wszystkim dla naukowców. Uczelnia będzie miała trzy miesiące na podjęcie decyzji o komercjalizacji wynalazku, jeśli nie zdecyduje się na to w przyjętym terminie, naukowiec przejmuje wszystkie prawa i nabywa je za nie więcej niż 10 proc. minimalnego wynagrodzenia za pracę. Sam wybiera sposób komercjalizacji i instytucję, z którą nawiąże współpracę.

Znowelizowana ustawa została już przyjęta przez Sejm i Senat, teraz czeka tylko na podpis prezydenta.

Stowarzyszenie Emitentów Giełdowych: nowy prezes GPW to nadzieja na zmiany

CEO Magazyn Polska

Paweł Tamborski już na czele Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. Nowy prezes jest dobrze oceniany przez uczestników rynku. Będzie musiał zmierzyć się z potrzebą zmian w regulacjach. Miałyby one ułatwić pozyskiwanie nowych spółek przez GPW, a także uczynić cały obrót gospodarczy bardziej przejrzystym i bezpieczniejszym.

 To jest osoba doświadczona na rynku. Paweł Tamborski widział ten rynek z wielu perspektyw i mam nadzieję, że będzie dobrze potrafił sprostać wyzwaniom, które stoją przed nim jako prezesem giełdy – tak Tamborskiego ocenia dr Mirosław Kachniewski, prezes zarządu Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych.

Wyzwań jest wiele, bo jak podkreśla Kachniewski, prezes GPW pełni aż trzy funkcje jednocześnie. Po pierwsze, jako szef warszawskiego parkietu musi dbać o rozwój całego rynku kapitałowego.

– Chodzi o to, aby na rynku było jak najwięcej inwestorów i spółek. Nie jest to łatwe, jest wiele prac analitycznych, które są podjęte – mówi Kachniewski. – Bardzo ważne byłoby przeprowadzenie pewnych zmian, głównie regulacyjnych, tak, aby rynek kapitałowy stał się bardziej atrakcyjny dla poszczególnych podmiotów.

Te zmiany to między innymi ułatwienia w raportowaniu przez spółki notowane na giełdzie. Dzisiaj muszą one przekazywać inwestorom wiele wzajemnie pokrywających się raportów. Trwają prace nad tym, by liczbę obowiązków informacyjnych ograniczyć, bez szkody dla bezpieczeństwa obrotu giełdowego.

– Tu nie chodzi o to, aby spółki były mniej przejrzyste informacyjnie, one muszą być przejrzyste, bo inaczej inwestorzy nie będą chcieli kupić ich akcji. Ale chodzi o to, żeby nie było konieczności przesyłania wielu raportów do wielu instytucji, w wielu formatach, różnych terminach, ale żeby można było to robić jednorazowo. Nazywam to zasadą jednorazowego raportowania – tłumaczy prezes Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych.

Drugie zadanie, jakie stoi przed Tamborskim, wiąże się z tym, że będzie on kierować spółką, która powinna być dla innych przykładem.

Giełda musi być spółką, która najlepiej komunikuje się z rynkiem, najlepiej organizuje walne i ma wzorowy przebieg WZA, dobrze wypełnia wymogi dobrych praktyk notowanych spółek, które to przecież sama określa – wymienia Kachniewski.

Po trzecie, Paweł Tamborski musi dbać o wyniki GPW, która jako spółki ma generować zyski dla swoich akcjonariuszy. Jak podkreśla prezes SEG, to może być szczególnie trudne zadanie, bo warszawski parkiet ma coraz silniejszą konkurencję ze strony giełd zagranicznych i alternatywnych platform obrotu.

– Należy zastanawiać się na tym, czy są jeszcze możliwości zwiększania przychodów i realizacji korzyści skali dzięki notowaniu większej liczby instrumentów – uważa Mirosław Kachniewski. – To jest kwestia tego, czy jest możliwość zwiększenia przychodów z innych źródeł, które dotychczas nie były właściwie eksplorowane, a na innych giełdach są istotnym źródłem przychodów, jak na przykład ze strumienia sprzedawanych danych finansowych. To też kwestia ograniczania kosztów: należy się zastanowić nad tym, które można wyeliminować, a które tylko zminimalizować.

Paweł Tamborski zastąpi na stanowisku prezesa GPW Adama Maciejewskiego, który pełnił tę funkcję od początku 2013 roku.

Większość internautów deklaruje wybór OFE. Co trzeci stawia na ZUS

CEO Magazyn Polska

Do końca lipca można wybrać, gdzie ma trafiać część pieniędzy ze składki emerytalnej. 72 procent internautów deklaruje wybór OFE – wynika z raportu Instytut Monitorowania Mediów. Im bliżej końca terminu składania deklaracji, tym więcej dyskusji nad słusznością wyboru jednej z opcji. Najczęściej deklaracje wyboru padały na portalach społecznościowych – Twitterze i Facebooku.

– Wśród wszystkich internautów, którzy w swoich internetowych deklaracjach stwierdzili, że pozostają w OFE bądź wybierają ZUS, aż 72 proc. osób zadeklarowało zdecydowanie, że wybierają OFE. Takie deklaracje padały na Facebooku, Twitterze, forach ekonomicznych bądź na ogólnoinformacyjnych – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Jadaś z Instytutu Monitorowania Mediów.

Niecałe 30 procent osób wskazało, że nie składa deklaracji i wybiera tylko emeryturę państwową z ZUS-u. Od listopada, kiedy pojawiły się reklamy otwartych funduszy emerytalnych, w sieci średnio kilka razy dziennie pojawiały się wpisy o słuszności każdego wyboru. Najwięcej można było ich znaleźć na portalach społecznościowych (Twitter i Facebook) oraz portalach branżowych, dużo wpisów pojawiało się też na forum „Gazety Wyborczej”. Część wpisów była bardzo emocjonalna, niepoparta żadnymi danymi. Tam, gdzie rządziły emocje, pojawiało się też dużo wulgarnych komentarzy.

– W przypadku wielu użytkowników internetu deklaracja: zostaję w OFE lub wybieram ZUS, wiązała się z przytoczeniem cytatu bądź linku do wypowiedzi publicystów, ekspertów ekonomicznych, którzy popierali jedną z opcji i w jakiś sposób ją deklarowali – podkreśla Jadaś.

Temperatura dyskusji w internecie rośnie wraz z końcem terminu, w jakim można składać deklaracje o pozostaniu w OFE. Część internautów podkreślała, że pozostawienie pieniędzy w OFE to duże ryzyko, a im mniej ludzi wybiera fundusze, tym mniejsza szansa na zarobek. Ci, którzy zdecydowali część składek dalej przekazywać do otwartych funduszy, deklarowali, że emerytura z ZUS będzie niewystarczająca, ponadto pieniądze ze składek będą tam tylko wirtualne jako zapis na subkoncie. Nawet osoby, które jasno zadeklarowały wybór, często wyrażały wątpliwości związane z przyszłością składek – zwolennicy OFE przewidywali, że fundusze upadną, a ci których składki będą trafiały wyłącznie do ZUS, że system ubezpieczeń w obecnej formie nie ma szansy przetrwać.

W sieci nie brakuje też przejawów kreatywności internautów – satyrycznych wpisów i rysunków. „ASZ Dziennik”, który parodiuje poważne gazety, doniósł, że w maturalnym zadaniu o wyliczeniu składki do OFE, najwięcej punktów dostawało się za odpowiedź „zostaję w ZUS”.

– To humorystyczny felieton, który w internecie był często udostępniany, przede wszystkim na Facebooku, tak jak inne kreacje związane z OFE i ZUS.  Rysunki satyryków, bardziej lub mniej zabawne komentarze, memy  to taki internetowy folklor, który także w przypadku decyzji ekonomicznych jest bardzo popularny – wyjaśnia Jadaś.

Zainteresowanie użytkowników sieci wyborem między OFE a ZUS nie przekłada się na faktycznie złożone deklaracje. Dane ZUS mówią, że do 23 lipca wpłynęło nieco ponad 850 tys. wniosków o wyborze OFE, eksperci szacują, że ich liczba może wzrosnąć do miliona (z 16,7 mln uprawnionych Polaków). Dyskusje w sieci trwały też mimo braku reklam otwartych funduszy.

– Zgodnie z przepisami prawa bezpośrednia reklama funduszy była zabroniona od 15 stycznia. Natomiast przed tą datą, od listopada fundusze wystartowały ze wspólną kampanią pod hasłem Zostaję z OFE”– zaznacza Łukasz Jadaś.

Jak wynika z danych dostępnych w monitorującej reklamy w mediach aplikacji admonit, kampania promocyjna funduszy kosztowała ponad 15 mln zł. Najwięcej, bo aż 13 mln zł pochłonęły reklamy telewizyjne, przede wszystkim w stacjach prywatnych (TVN i Polsat) oraz w TVP1. Często spoty reklamowe pojawiały się również w stacji TVP Info (950 razy), były jednak znacznie tańsze – kosztowały 760 tys. zł (przy 3,7 mln zł w TVN i 1,7 mln w Polsacie).

Na reklamy radiowe OFE wydały ponad 1,5 mln zł (najwięcej trafiło do RMF FM), najmniej kosztowały reklamy w prasie (niecałe 900 tys. zł).

– Mimo że kampania trwała od listopada, a w styczniu było jej tak naprawdę tylko 15 dni, to właśnie styczeń był najbardziej intensywnym okresem promocji. Wówczas przez dwa tygodnie wydano niemal tyle samo, ile w listopadzie i grudniu – podkreśla Jadaś.

Od sierpnia łatwiejszy dostęp do zawodu księgowego i doradcy podatkowego. Może to doprowadzić do nasilenia skali oszustw podatkowych

0

CEO Magazyn Polska

10 sierpnia wejdzie w życie II transza deregulacji, która ułatwi dostęp do ponad 90 zawodów, w tym dziewięciu dotyczących rynku finansowego. Zniesiony zostanie obowiązek posiadania certyfikatu księgowego, co oznacza, że księgowym będzie mógł zostać niemal każdy. Zderegulowane zostaną też usługi związane z udzielaniem porad i wyjaśnień w zakresie obowiązków podatkowych. Kancelarie podatkowe alarmują, że zmiany w zawodzie doradcy są ryzykowne i mogą spowodować nasilenie skali oszustw podatkowych.

Księgowi i doradcy podatkowi to dwa najważniejsze zawody finansowe w tej deregulacji. W przypadku księgowych uprawnionych do usługowego prowadzenia ksiąg, deregulacja idzie bardzo daleko. Ustawodawca postanowił, że nie będą już wydawane dotychczasowe uprawnienia, certyfikaty Ministerstwa Finansów. To oznacza, że uprawnienia do prowadzenia ksiąg rachunkowych będzie miał praktycznie każdy – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Michalik, doradca podatkowy, partner w kancelarii Michalik Dłuska Dziedzic i Partnerzy.

Obecnie absolwenci studiów mogą prowadzić księgi po odbyciu trzyletniego stażu w księgowości lub uzyskaniu certyfikatu. Po wejściu w życie deregulacji zostać księgowym będzie mogła niemal każda pełnoletnia osoba, niekarana za przestępstwa przeciwko wiarygodności dokumentów. Każdy, kto wykonuje usługową działalność księgową, będzie też musiał wykupić odpowiednie ubezpieczenie.

Te przepisy wprowadzone w odniesieniu do księgowych będzie niezmiernie trudno egzekwować. Trudno powiedzieć, czy rzeczywiście osoby wykonujące te czynności będą faktycznie zobligowane do tego, żeby się ubezpieczyć – zaznacza ekspert.

W przypadku doradcy podatkowego zmiany nie ingerują tak mocno w strukturę samego zawodu, ułatwiają natomiast dostęp do wykonywania czynności doradztwa podatkowego.

Niektóre czynności do tej pory zastrzeżone dla doradców podatkowych będą mogły być wykonywane również przez inne osoby. To pochodna głębokiej deregulacji zawodu księgowego, bo niemal każdy będzie mógł prowadzić księgi rachunkowe, podatkowe, ewidencję czy składać deklaracje podatkowe. Natomiast reprezentowanie klientów przed organami podatkowymi czy sądami administracyjnym ma przysługiwać doradcom podatkowym – podkreśla Michalik.

Nie zmieniają się warunki, które należy spełnić, aby zostać doradcą podatkowym – obowiązkowe jest wykształcenie wyższe i zdanie państwowego egzaminu. Pewna zmiana dotyczy tylko długości praktyk, jakie należy odbyć. Zostaną one skrócone z dwóch lat do pół roku, ale jak zaznacza ekspert, będą one znacznie bardziej intensywne.

Choć wprowadzone zmiany mają nie tylko ułatwić dostęp do zawodu, lecz także zmniejszyć koszty usług, co ma sprawić, że będą korzystne one dla klientów, to zdaniem ekspertów część z nich może okazać się ryzykowna. Doradca podatkowy w przypadku naruszenia etyki zawodowej może stracić pracę, natomiast osoby, które po deregulacji będą mogły wykonywać czynności doradcze, nie będą związane żadnymi zasadami.

Mogą się więc nasilić wszystkie próby wyłudzenia podatków. Pojawi się rynek drobnych cwaniaczków, którzy nie będąc związani żadnymi regułami z państwem, będą zachęcali do działań, jakich doradca nie mógłby polecić – przewiduje Tomasz Michalik.

Deregulacja może też spowodować wzrost konkurencji na rynku usług finansowych. Możliwe, że pojawi się więcej firm oferujących mniej skomplikowane usługi (np. prowadzenie ksiąg rachunkowych), nie powinno być to jednak odczuwalne w skali makro.

Obecnie na rynku jest ok. 9 tys. doradców podatkowych i blisko 100 tys. księgowych. Ilu więcej może się ich pojawić? W skali mikro, w małym miasteczku, gdzie obok dwóch działających firm pojawią się dwa nowe podmioty oferujące usługi księgowe, poziom konkurencji może się zmienić. Ale na dłuższą metę przetrwają ci, którzy będą w stanie zaoferować klientom jakość, a to nie zawsze będzie udziałem osób, które nie mają żadnych kwalifikacji – ocenia Michalik.

Zmiany wprowadzone przez deregulację oparte są w dużej mierze na modelu niemieckim, austriackim i czeskim. To państwa, gdzie regulacja idzie najdalej, a doradca podatkowy jest zawodem zaufania publicznego. W części państw europejskich regulacje dotykają wyłącznie niektórych obszarów.

Chroniony jest na przykład tytuł doradcy podatkowego, ale w gruncie rzeczy czynności doradcy podatkowego mogą być wykonywane przez wiele podmiotów. Tak jest na Węgrzech i Wielkiej Brytanii. We Francji natomiast doradca podatkowy musi mieć wykształcenie prawnicze, które u nas nie jest wymagane. Są też kraje, gdzie zawód doradcy nie jest w żaden sposób regulowany – mówi Michalik.

Zmiany, które wejdą w życie w sierpniu, dotkną również architektów, urbanistów i inżynierów budowlanych. Ministerstwo Sprawiedliwości przygotowało trzy transze, które mają ułatwić wykonywanie ponad 240 zawodów. Obecnie trwają konsultacje społeczne dotyczące kolejnych zawodów.

Za pół roku system ochrony zdrowia będzie całkowicie zinformatyzowany. To największy projekt w Europie

CEO Magazyn Polska

Elektroniczne recepty, skierowania i wgląd w historię choroby online – to część udogodnień, które mają stać się standardem w polskiej służbie zdrowia, począwszy od 2015 r. Trwają prace nad Projektem P1, który jest największym tego typu przedsięwzięciem w Europie. Dzięki niemu zniknie uciążliwa, papierowa dokumentacja medyczna, a lekarze będą mogli skuteczniej i szybciej decydować o sposobie leczenia. Projekt ma ograniczyć także marnotrawstwo w służbie zdrowia, które sięga nawet 6 mld zł rocznie.

W ramach Projektu P1 dostarczymy w przyszłym roku szereg różnych systemów informatycznych, które będą świadczyły usługi elektroniczne dla obywateli, personelu medycznego i wszystkich świadczeniodawców. Głównymi funkcjonalnościami będą: recepta elektroniczna, możliwość wystawiania i realizacji elektronicznych skierowań i zleceń. Oczywiście głównym produktem będzie Internetowe Konto Pacjenta – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Kędzierski, dyrektor Centrum Systemów Informatycznych Ochrony Zdrowia.

Na Internetowym Koncie Pacjenta będą gromadzone wszystkie informacje dotyczące kontaktów pacjenta ze służbą zdrowia, niezależnie od tego, czy leczy się w placówkach publicznych, czy prywatnych. Zastąpienie papierowej dokumentacji komunikacją elektroniczną wyeliminuje wiele problemów, jakie wiążą się np. z błędnymi lub nieczytelnymi receptami, ryzykiem zgubienia bądź zniszczenia wyników badań lekarskich itp.

W przypadku recepty elektronicznej eliminujemy na pewno problem nieczytelnych recept, który dzisiaj jest dosyć powszechny. Dajemy możliwość realizacji częściowej recepty. Dzisiaj, jeżeli mamy receptę, to musimy ją w całości zrealizować w jednej aptece. W przypadku recepty elektronicznej możemy kupować poszczególne lekarstwa w różnych aptekach – wskazuje Marcin Kędzierski.

Obecnie pacjent w systemie ochrony zdrowia wciąż jest pośrednikiem w obiegu dokumentów między poszczególnymi placówkami i specjalistami, co zmniejsza skuteczność leczenia i zwiększa koszty po obu stronach. Elektronizacja obiegu dokumentacji i możliwość bieżącej kontroli historii choroby pozwoli pacjentom szybciej podjąć decyzję o pójściu do specjalisty, a ci będą mogli szybciej postawić diagnozę. Wzrośnie również trafność wyboru sposobu leczenia, bo lekarze zyskają dostęp zarówno do historii choroby danego pacjenta, jak i szerszych statystyk, które będzie gromadził system.

Poprzez swoją unikalność i zakres zbierania danych, projekt i narzędzia, które dostarczamy, na pewno będą wspierać proces planowania opieki zdrowotnej w kraju. To będą rzeczywiste i wiarygodne dane o tym, co się dzieje w systemie ochrony zdrowia na całym obszarze kraju – mówi dyrektor CSIOZ.

Projektu P1 będzie kosztował 712 mln zł. To jednak znikoma wielkość w porównaniu z aktualnym budżetem NFZ, czyli 60 mld zł (1,2 proc.). Co więcej, niewielki zakres informatyzacji systemu ochrony zdrowia przyczynia się do jego niskiej efektywności. Niepotrzebne koszty, wynikające ze złego zarządzania i wykorzystania majątku, sięgają od 3 do nawet 6 mld zł rocznie.

Nieszczelności w systemie można określać nawet na poziomie od 5 do 10 proc. wartości budżetu płatnika publicznego. Przypomnę, że płatnik publiczny ma w tej chwili plan finansowy w wysokości 60 mld zł, więc wydaje się, że ten projekt zwróci się już nawet po roku – mówi Kędzierski.

W jego ocenie wdrożenie kompleksowego projektu informatyzacji służby zdrowia może napotkać na pewne bariery, choć nie te natury prawnej. Elektroniczny system daje możliwość poprawy zarządzania systemem i jego poszczególnymi elementami, w tym konkretnymi placówkami publicznymi. Większe możliwość kontroli kosztów i efektywności wykonywanych świadczeń mogą jednak napotkać na opór pewnych grup interesu.

Procedowane są przez Ministerstwo Zdrowia odpowiednie regulacje prawne. Wydaje się, że potrzebna będzie na pewno zmiana filozofii myślenia i mentalności personelu medycznego i w ogóle społeczeństwa. Bo rzeczywiście jest to całkowita zmiana filozofii funkcjonowania systemu ochrony zdrowia – uważa dyrektor CSIOZ.

Wiele jednostek ochrony zdrowia korzysta już z pewnych usług dostarczanych przez systemy informatyczne i np. wystawia recepty elektroniczne. Według Marcina Kędzierskiego dość powszechnie wykorzystuje się już Elektroniczną Dokumentację Medyczną, ale wciąż są placówki, które muszą dopiero wprowadzić takie rozwiązanie.

Nie znam szpitala, w którym nie funkcjonowałby jakiś system informatyczny wspierający któryś obszar działania tego szpitala: począwszy od kadr i płac, poprzez apteki szpitalne, skończywszy właśnie na module, który nas najbardziej interesuje, czyli Elektronicznej Dokumentacji Medycznej. Szacujemy, że połowa placówek w kraju korzysta z takich systemów – mówi dyrektor CSIOZ.

Dla porównania w krajach będących liderami pod względem informatyzacji służby zdrowia poziom wykorzystania Elektronicznej Dokumentacji Medycznej sięga 90 proc. Tak jest np. w Holandii i krajach skandynawskich.

Jednostki, którym nie uda się w przyszłym roku wdrożyć wszystkich wymaganych rozwiązań, będą mogły skorzystać z trzyletniego okresu przejściowego. Wtedy świadczenia zdrowotne byłyby realizowane na tych samych zasadach, co obecnie. Po upływie tego okresu nie będzie już możliwości pracy w oparciu o papierową dokumentację medyczną. Kędzierski uspokaja, że dla tych, którzy nie będą chcieli inwestować, alternatywa również będzie.

Dla tych świadczeniodawców, głównie małych, którzy z różnych względów, szczególnie ekonomicznych, nie będą zainteresowani kupnem oprogramowania, my dostarczymy darmowe narzędzie www, które będzie się nazywało Aplikacją Usługodawców i Aptek – wyjaśnia Marcin Kędzierski.

Po przejściu procesu weryfikacji takiego świadczeniodawcy darmowa aplikacja będzie mogła służyć do wystawania e-recept, skierowań itp. Będzie również zasilać danymi system P1.

Polska daleko za światową czołówką w rozwoju e-administracji

CEO Magazyn Polska

Polska zajęła dopiero 42. miejsce na świecie pod względem rozwoju e-administracji w 2014 r.  wynika z raportu ONZ. Przedsiębiorcy i mieszkańcy wciąż tracą dużo czasu i pieniędzy na załatwianie urzędowych spraw, a w administracji istnieje jałowy obieg dokumentów. Te same problemy dotyczą samorządów, dlatego powinny one stworzyć platformy, na których mieszkańcy znajdą wszystkie potrzebne e-usługi.

Świat idzie do przodu, technologie się zmieniają, a procesy i procedury komunikacji mieszkańców dużego miasta pozostają ciągle takie same. To rodzi komplikacje, ponieważ przyzwyczajamy się do coraz szybszej wymiany danych. Przyzwyczaja nas do tego m.in. Google, gdzie szybko znajdujemy informacje. Chcielibyśmy, żeby to przekładało się na nasze życie codzienne – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartosz Palewski z Premium Consulting, współtwórcy Platformy Komunikacji Społecznej Miasto21, która dzięki interaktywnym modułom pozwala przekazywać aktualne informacje, na bieżąco prowadzić dialog z mieszkańcami i zapoznawać lokalną społeczność z planowanymi inwestycjami i projektami.

Jak wynika z danych GUS blisko 61 proc. ludności Polski mieszka obecnie w miastach. Oficjalne dane w przypadku niektórych miast mogą jednak znacznie różnić się od rzeczywistej liczby mieszkańców, gdyż wiele z migrujących osób nie zmienia miejsca zameldowania. W lepszym oszacowaniu ich rzeczywistej liczby, a co za tym idzie – popytu na usługi publiczne i kosztów ich dostarczenia – mogą pomóc technologie informatyczne. Przeniesienie komunikacji między mieszkańcami a urzędami do internetu to z jednej strony sposób na poprawę zarządzania miastem, a z drugiej – oszczędność czasu i pieniędzy po stronie sektora publicznego i prywatnego.

Te procedury są czasem bardzo skomplikowane, czasochłonne, zawiłe i nie do końca jasne dla zwykłego Kowalskiego, więc warto byłoby je poprawić. Warto byłoby to wszystko uprościć i zakomunikować, że jest to bliżej ludzi. Wtedy nie będą się bać i dostawać gorączki na samą myśl o podróży do urzędu miasta – uważa Palewski.

Upowszechnianie tzw. e-administracji ma duże poparcie społeczne – wynika z badań Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji. W 2013 r. chęć skorzystania z elektronicznych usług wyraziło 35 proc. użytkowników sieci, co oznacza wzrost o 4 punkty proc. w porównaniu z 2012 r. 62 proc. internautów zadeklarowało, że chciałoby korzystać z takich usług w przyszłości, a jedynie 4 proc. odpowiedziało, że na pewno nie będzie załatwiać spraw w urzędach przez internet.

53 proc. respondentów korzystających z usług e-administracji pozytywnie oceniło ich jakość, z kolei 19 proc. wyraziło negatywną opinię. Według MAC negatywne odpowiedzi były uzasadnione niewielkim zakresem dostępnych usług przez internet oraz koniecznością stawienia się osobiście w urzędzie w niektórych przypadkach.

Często pracownicy urzędów miast w Polsce starają się wyjść naprzeciw potrzebom mieszkańców. Powstały jedne okienka, gdzie można załatwić wiele spraw, procedury uległy uproszczeniu, ale nadal jest to proces długotrwały. Jeżeli chcemy coś załatwić albo mamy problem dotyczący miejsca, w którym żyjemy, to czasem bardzo kłopotliwe bywa zgłoszenie takiego tematu, żeby został on wysłuchany. Pojawiają się też problemy z otrzymaniem odpowiedzi zwrotnej – uważa właściciel Premium Consulting.

Pod względem rozwoju e-administracji Polska jest jednak daleko od światowej czołówki – Korei Płd., Australii, Singapuru, Francji i Holandii. W 2014 r. w indeksie rozwoju e-administracji obliczanego przez ONZ nasz kraj zajął 42. miejsce na 194 badane państwa. Dużo słabiej oceniono tu możliwość elektronicznej partycypacji w działaniach administracji – Polska zajęła 65. miejsce. Relatywnie słabo rozwinięta e-administracja na poziomie centralnym ogranicza jej możliwości rozwoju na poziomie samorządowym, czyli lokalnym. Problemem są wciąż niektóre przepisy prawne, które nakłada obowiązek komunikacji w formie papierowej lub poprzez tradycyjną pocztę. Według Palewskiego kluczową kwestią jest integracja często odrębnych procesów w administracji centralnej i lokalnej oraz stworzenie jednego, kompleksowego kanału komunikacji z obywatelami.

Może to być platforma, może to być inny kanał komunikacji, ale ważne, żeby był on jednolity. Kiedyś było prościej  mieliśmy odbiornik telewizyjny i całe rodziny siadały przed telewizorem i pobierały informację. Wtedy było wiadomo, że urzędnicy czy politycy, wysyłając komunikat przez prasę czy telewizję, z dużym prawdopodobieństwem docierali do mieszkańców czy grupy, do której chcieli dotrzeć – mówi Palewski.

Obecnie internauci korzystają z sieci poprzez różne urządzenia, dlatego taka zintegrowana platforma musi być w pełni dostosowana do smartfonów i tabletów. Eksperci zwracają uwagę na to, że stworzenie takiego jednolitego kanału (wraz z wprowadzeniem do niego danych) jest drogie, ale szybko pozwala generować oszczędności. Co więcej, dobrze funkcjonująca platforma będzie zachęcała mieszkańców do aktywności, wyrażania opinii, uwag czy prezentowania pomysłów, które mogą poprawić jakość usług publicznych.

Często miasto ma przynajmniej kilka portali związanych z turystyką, ochroną środowiska czy ze sportem i ludzie są już tym zmęczeni, bo szukając informacji, trudno jest im ją znaleźć. Dlatego bardzo ważne jest to, by wszystkie informacje można było znaleźć w jednym miejscu, pod jednym adresem – uważa Bartosz Palewski.

Konkurencyjność polskich sadowników bierze się w dużej mierze z zatrudniania pracowników z Ukrainy

CEO Magazyn Polska

Nawet 200 tysięcy Ukraińców rocznie podejmuje prace sezonowe w Polsce – mówi prezes Związku Sadowników RP. To w dużej mierze dzięki nim polscy sadownicy i ogrodnicy są konkurencyjni na rynkach międzynarodowych, bo Polacy niechętnie pracują przy zbiorach owoców.

Od kilku lat obserwujemy napływ pracowników ze Wschodu z dominacją jednej nacji – obywateli Ukrainy. Oni najczęściej wybierają pracę w Polsce, nierzadko jest to 150, nawet 200 tys. ludzi rocznie podejmujących tu pracę. Znakomita większość zatrudnia się do pracy w ogrodnictwie i rolnictwie – wyjaśnia Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP.

Letnie miesiące to okres zwiększonego zapotrzebowania na pracowników w sadach i na polach. Jak wyjaśnia Maliszewski, Polacy niechętnie podejmują tego typu prace – wolą stałe zatrudnienie i wynagrodzenie. Dlatego sadownicy szukają pracowników za wschodnią granicą.

Dopóki mamy możliwość zatrudnienia obywateli Ukrainy do pracy w naszych gospodarstwach i oni chcą tę pracę podejmować, dopóty będziemy konkurencyjni na rynkach międzynarodowych. Dzisiaj wielokrotnie konkurencję wygrywamy ceną, a gwarantują ją nam niskie koszty, zwłaszcza koszty pracy – mówi Mirosław Maliszewski. – Pracownicy z Ukrainy i innych państw bloku wschodniego nie powodują, że Polacy przez nich tracą miejsca pracy. Myślę, że oni będą decydowali o konkurencyjności tak ważnego sektora polskiej gospodarki, jakim jest ogrodnictwo.

Zarówno pracownicy, jak i pracodawcy najczęściej korzystają z umowy-zlecenia i umowy o dzieło. Pracownicy sezonowi mogą zarobić w sadownictwie i ogrodnictwie 7-8 zł za godzinę. Czasami umawiają się z pracodawcą na wynagrodzenie za pracę na akord, czyli uzależnione od ilości wykonanej pracy (np. ilości zebranych owoców).

Z różnych powodów Ukraina jest dla nas atrakcyjnym miejscem pozyskiwania pracowników. Przede wszystkim wynika to z dobrych relacji, bliskości, braku bariery językowej i niewątpliwie trudnej sytuacji ekonomicznej na Ukrainie, która powoduje, że ludzie szukając pieniędzy, wyjeżdżają do pracy i podejmują ją m.in. w Polsce – wyjaśnia prezes Związku Sadowników RP.

Najczęściej Ukraińcy przyjeżdżają do pracy przy zbiorach truskawek, borówek i jabłek.

One muszą być delikatnie, dokładnie ułożone w skrzyniach i opakowaniach zbiorczych po to, żeby podać je konsumentowi w dobrym stanie – wyjaśnia Maliszewski. – Zbiór niektórych gatunków roślin sadowniczych udało się zmechanizować, na przykład w przypadku porzeczki prawie cały zbiór odbywa się za pomocą specjalnych kombajnów. Mechanizacja zaczyna również wchodzić do zbiorów malin, wiśni i innych gatunków owoców miękkich.

Dodaje, że produkcja sadownicza w Polsce jest skoncentrowana w kilku zagłębiach – w regionach grójeckim na Mazowszu, lubelskim, łódzkim, w województwie świętokrzyskim i  części Małopolski. Tam jest najwięcej sadów i plantacji, ale brakuje lokalnej siły roboczej.

Wszyscy, którzy chcieliby podjąć taką pracę i widzieliby sens jej wykonywania, powinni orientować się w Powiatowych Urzędach Pracy właśnie w tych regionach – podpowiada prezes Związku  Sadowników RP. – Urzędy pracy pomogą w znalezieniu dobrego sadownika czy plantatora, którzy będą uczciwie płacić.

Z danych Urzędu ds. Cudzoziemców wynika, że obywatele Ukrainy stanowią jedną trzecią populacji cudzoziemców w Polsce – kartę pobytu posiada 38 tysięcy osób, z czego w przypadku 17 tys. osób jest to zezwolenie na pobyt czasowy. W tym roku (od stycznia do czerwca) takie zezwolenie otrzymało ponad 5,3 tys. osób. Z tego 2,1 tys. ubiegało się o nie ze względu na pracę.

W wakacje Polacy nadrabiają zaległości książkowe. W tym roku sprzedaż mogą napędzić publikacje historyczne

CEO Magazyn Polska

Bestseller z obszaru literatury pięknej oraz przewodnik – z takimi dwiema książkami najczęściej podróżują turyści. Przed sezonem wakacyjnym rośnie liczba sprzedawanych wydawnictw. Choć nie jest to tak duży wzrost jak przed świętami Bożego Narodzenia, to wyniki sprzedaży ‒ zwłaszcza lżejszej literatury ‒ się poprawiają. W tym roku popularne mogą być książki historyczne związane z rocznicami powstania warszawskiego i I wojny światowej.

Ludzie, jadąc na wakacje, bardzo często specjalnie w tym celu kupują książki. Kupują po to, żeby nadrobić zaległości albo przeczytać coś, co jest modne. Nie jest to najczęściej literatura najtrudniejsza, najbardziej ambitna, chociaż takie książki też się sprzedają. Na podstawie obserwacji poczynionych wśród podróżników po Europie mogę powiedzieć, że szanujący się turysta ma ze sobą dwie książki. Jedna to jest bestsellerowa książka z literatury pięknej, a druga to przewodnik po regionie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Dobrołęcki z wydawnictwa Biblioteka Analiz.

Dobrołęcki podkreśla, że zdecydowanie największy szczyt sprzedaży książek przypada na końcówkę roku, czyli okres przedświąteczny. W ciągu roku występują mniejsze szczyty – związany z Warszawskimi Targami Książki w maju oraz właśnie wakacyjny.

Popularnością przed wyjazdami wakacyjnymi cieszy się raczej lekka literatura, choć to nie oznacza, że zła. Jak podkreśla Dobrołęcki, wydawany przez Bibliotekę Analiz „Magazyn Literacki Książki” co roku stara się wybierać pozycje szczególnie godne polecenia. Niezależnie od gatunku są to wydawnictwa na wysokim poziomie, które są chętnie czytane przez Polaków. Rośnie także popularność literatury faktu, która dawniej była czytana głównie przez mężczyzn, teraz interesują się nią także kobiety.

Kobiety, jak ocenia Dobrołęcki, są zresztą lepszymi czytelnikami niż mężczyźni.

Myślę, że kobiety więcej czytają, a mężczyźni bardziej przeglądają prasę sportową czy sensacyjną – ocenia Dobrołęcki.

W tym roku brakuje wprawdzie tytułów z obszaru literatury pięknej, które mogłyby okazać się hitami sprzedaży, popularne mogą być jednak wydawnictwa historyczne, związane z wypadającymi w tym roku rocznicami.

Różne rocznice wypadają w tym roku, na przykład setna rocznica wybuchu I wojny światowej, 70. rocznica wybuchu powstania warszawskiego. Z tego powodu wiele wydawnictw przygotowało książki rocznicowe. To jest albo historia, albo literatura faktu, one też może być bestsellerem wakacyjnym – prognozuje Dobrołęcki.

Dodaje, że większość książek wciąż sprzedaje się w formacie tradycyjnym. E-booki są szczególnie popularne w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Za Atlantykiem wartość rynku wydawnictw elektronicznych jest już niemal równa rynkowi książek drukowanych – ocenia Dobrołęcki. W Polsce udział e-booków jest wciąż niewielki, ale będzie dynamicznie rósł. Zwłaszcza młodsi czytelnicy chętnie zwracają się ku wydawnictwom w formacie elektronicznym. Doceniają wygodę tego rozwiązania, chociażby na wakacjach, dzięki czemu nie trzeba brać wielu ciężkich książek, a jedynie niewielkie urządzenie elektroniczne, na które można wgrać bardzo dużą liczbę publikacji.

Kto został Pracodawcą Jutra? Konkurs rozstrzygnięty!

Dobiegła końca II edycja konkursu Pracodawca Jutra organizowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości (PARP) we współpracy z Polskim Stowarzyszeniem Zarządzania Kadrami (PSZK). Laureatami konkursu zostały przedsiębiorstwa realizujące przemyślane działania na rzecz przygotowania młodych osób do wejścia na rynek pracy.

Konkurs Pracodawca Jutra ma na celu upowszechnianie dobrych praktyk przedsiębiorstw w zakresie współpracy z edukacją poprzez wyłonienie i wyróżnienie odpowiedzialnych społecznie firm, które dbają o edukację praktyczną uczniów i studentów. Wśród nagrodzonych znalazły się zarówno duże, jak i małe i średnie firmy, co pokazuje skalę rozwoju działań biznesu na rzecz edukacji. Animex Food, ArcelorMittal Poland, Famot Pleszew, Fluor, JCommerce, JWP Rzecznicy Patentowi Dorota Rzążewska, KGHM Polska Miedź, Krajowy Rejestr Długów, Sabre – to tegoroczni Pracodawcy Jutra. Oprócz 9 nagród w konkursie przyznano trzy wyróżnienia: dla firm: Sitech, Techland oraz WIKA Polska.– Inicjatywy laureatów docenione przez kapitułę konkursu pokazują, że pracodawcy są coraz bardziej świadomi konieczności współpracy z placówkami edukacyjnymi. Wiele zgłoszeń wpłynęło od przedsiębiorców z sektora MŚP, co potwierdza tezę, że inwestycja w kształcenie praktyczne młodego pokolenia jest możliwa niezależnie od wielkości organizacji – komentuje Bożena Lublińska-Kasprzak, Prezes PARP.

Organizatorzy konkursu podkreślają, że do II edycji zgłosiło się ponad 100 firm, co potwierdza rosnące zainteresowanie przedsiębiorstw działaniami employer brandingowymi skierowanymi od uczniów, studentów i absolwentów. To również dowód na to, że coraz więcej pracodawców dostrzega problem niedopasowania kompetencyjnego i aktywnie działa na rzecz jego ograniczenia.

Negatywne skutki zaległych urlopów

Z różnych danych wynika, że biorąc pod uwagę liczbę godzin spędzanych w pracy, Polacynależą do najbardziej zapracowanych narodów, choć nie przekłada się to wprost na naszą produktywność. Mimo, że spośród krajów UE mamy najwyższą liczbę dni wolnych od pracy, nie zawsze z nich w pełni korzystamy. Brak wypoczynku niesie jednak za sobą wiele negatywnych konsekwencji, które tłumaczą Agnieszka Janowska, radca prawny, dyrektor Departamentu Prawa Pracy w TGC Corporate Lawyers oraz Dorota Strzelec, psycholog pracy, dyrektor firmy doradczej StaffPoland Sp. z o.o.

Polak nie wypoczywa

Według danych Państwowej Inspekcji Pracy, ilość niewykorzystanych dni urlopów wypoczynkowych na przestrzeni ostatnich lat jest nadal znacząca, mimo przesunięcia terminu ostatecznego wykorzystania rocznego wymiaru urlopu z końca I kwartału na koniec III kwartału (30 września) roku następnego. Bywają rekordziści, którzy mają nawet po kilkadziesiąt dni zaległego urlopu, co oznacza, że nie wykorzystują go regularnie przez lata. Skutki prawne i psychologiczne

Jak wypoczywamy?

Szybkie tempo życia sprawia, że obecnie wypoczywamy inaczej niż jeszcze kilkanaście lat temu. Polacy bardzo polubili tzw. „długie weekendy”, „pomosty” i „przerwy świąteczne”, które dają możliwość kilkudniowego wypoczynku przy wykorzystaniu niewielu dni urlopu wypoczynkowego. Popularne też stały się 2-3 dniowe wyjazdy weekendowe.  Coraz rzadziej spotyka się minimum 3-tygodniowe urlopy
w okresie letnim.

Takie rozłożenie wypoczynku wynika nie tylko z „zapracowania” Polaków (choć dla niektórych jest to realny problem), ale też
z trudności w zaplanowaniu terminu dłuższego wypoczynku przez samego pracownika. Rzadko przecież ktoś z nas wyjeżdża na urlop sam, a zgranie terminu wyjazdu z parterem, rodziną czy znajomymi coraz częściej stanowi ogromne wyzwanie. Łatwiej jest więc zorganizować krótsze wyjazdy, które pozwalają na regularną regenerację sił.

Co nas męczy i stresuje?

Dzisiejsze zmęczenie różni się od tego, które odczuwali pracownicy w XIX i XX wieku. Dawniej zmęczenie kojarzyło się głównie z wysiłkiem fizycznym, a  do regeneracji  wystarczała odpowiednia ilość snu i jedzenia. Współczesny rodzaj zmęczenia ma zdecydowanie bardziej charakter psychiczny
i charakteryzuje je m.in.:

  • zmniejszenie koncentracji
  • spowolnienie i osłabienie postrzegania
  • zaburzenia emocjonalne (apatia lub rozdrażnienie)
  • spadek wydajności pracy (wzrost czasu reakcji, liczby błędów)
  • spadek motywacji
  • spadek formy fizycznej
  • wzrost zachorowań, urazów i wypadków.

Coraz większym problemem współczesnego środowiska pracy staje się tzw. przeciążenie informacyjne, czyli dopływ zbyt dużej ilości bodźców (wrażeń zmysłowych, komunikatów werbalnych i pozawerbalnych) w stosunku do naszych możliwości ich przetworzenia. Paradoksalnie większa ilość danych nie zapewnia nam lepszej informacji. Spada nasza koncentracja, co zwiększa skłonność do pomijania kluczowych danych, pojawia się deficyt uwagi, brakuje nam czasu na spokojne przemyślenie zadań, a w końcu rośnie poziom stresu. Co za tym idzie, jedną z konsekwencji przeciążenia informacyjnego jest spadek trafności podejmowanych decyzji.

Innym problemem związanym z nadmiarem informacji jest dążenie do stałego „bycia na bieżąco” oraz lęk, że coś nas omija, przegapiamy fakty, które powinniśmy znać. Zaburzenie tego typu, określone przez psychologów jako FOMO(fear of missing out), przejawia się w przymusie ciągłego upewniania się, że jesteśmy na bieżąco ze wszystkimi wiadomościami, kompulsywnego zerkania do komputera, smartfonu czy komórki bez wyraźnej potrzeby.

Jak odpoczywać aby wypocząć?

Pytaniem jakie każdy powinien sobie zdać jest następujące: jaki sposób wypoczynku jest zatem najlepszy dla mnie– leniuchowanie czy aktywność? Odpowiedź zależy to od tego, jaki rodzaj pracy wykonujemy oraz co nam sprawia przyjemność, jakie mamy hobby itp. Powinniśmy wybrać taki sposób spędzania urlopu, który nie będzie powodował uczucia bycia zobligowanym do robienia czegokolwiek.

Oczywiście, jeśli pracujemy na co dzień przy biurku, w czasie urlopu przyda nam się trochę aktywności fizycznej. Co więc dla tych bardziej aktywnych? Im też więcej ruchu nie zaszkodzi, gdyż uprawianie popularnych sportów (np. bieganie, pływanie, jazda na rowerze) wymaga uruchomienia zupełnie innych mięśni niż tych, które są aktywne w codziennej aktywności zawodowej. Ponadto badania wskazują, że aktywność fizyczna skutecznie redukuje zmęczenie i poprawia nastrój.

Dla części pracowników, a szczególnie menedżerów, sposób spędzania wolnego czasu jest także wizytówką – wyznacznikiem statusu i stylu życia. Choć na pewno miło jest pochwalić się znajomym zdjęciami z niebanalnych miejsc i wzbudzić zazdrość kolegów z pracy, pamiętajmy, że urlop to przede wszystkim czas na wypoczynek i regenerację sił. Spędźmy go więc tak, aby wrócić z dużym zapasem energii i wspomnieniami na całe życie.3xzdrowie Centrum Medyczne

Marcin Warszewski Dyrektorem Generalnym Liberty Direct

Należąca do amerykańskiej grupy Liberty Mutual Insurance firma ubezpieczeniowa Liberty Direct nominowała nowego Dyrektora Generalnego. Został nim Marcin Warszewski – dotychczasowy Dyrektor ds. Techniki Ubezpieczeniowej ubezpieczyciela. Będzie on odpowiadał za całość działalności i dalszy rozwój Liberty Direct w Polsce.

Zmiana na stanowisku nastąpiła w wyniku awansu dotychczasowego Dyrektora Generalnego Liberty Direct, Michała Kwiecińskiego, który objął stanowisko wiceprezesa Liberty International oraz Dyrektora Operacyjnego Regionu Emerging Europe.

„Nowe stanowisko stawia przede mną dużo wyzwań, wśród których najważniejszym jest utrzymanie szybkiego wzrostu Liberty. Naszą ambicją jest wejście do grupy największych firm ubezpieczeniowych w Polsce. Chcemy to osiągnąć dzięki rozwojowi nowych linii biznesowych oraz nowoczesnemu podejściu do sprzedaży. Szczególną wagę będziemy przywiązywać do współpracy z agentami. Dobre perspektywy rozwoju biznesu ubezpieczeniowego w Polsce powodują, że dla Grupy Liberty Mutual Insurance jesteśmy jednym z najważniejszych rynków” – powiedział Marcin Warszewski, Dyrektor Generalny Liberty Direct.

„Marcin Warszewski to menedżer o wysokich kompetencjach zarządczych, który wielokrotnie udowodnił swoją skuteczność. Stawiamy na dalszy rozwój biznesu w Polsce i jestem przekonany, że Marcin będzie odnosił liczne sukcesy pełniąc nową funkcję” – powiedział Michał Kwieciński, wiceprezes Liberty International.

Marcin Warszewski jest związany z Liberty Direct od 2009 roku. W 2011 r. objął stanowisko Dyrektora ds. Techniki Ubezpieczeniowej  i odpowiadał m.in. za rozwój produktów, aktuariat, underwriting i likwidację szkód. Wcześniej pracował w McKinsey & Company, ostatnio jako Młodszy Partner, gdzie doradzał klientom sektora finansowego – bankom i towarzystwom ubezpieczeniowym. Zrealizował szereg projektów w Europie Środkowo-Wschodniej, USA i na Bliskim Wschodzie, dotyczących strategii biznesu i zarządzania działalnością operacyjną. Jest absolwentem Politechniki Warszawskiej.

Liberty Direct jest jedną z najszybciej rozwijających się firm ubezpieczeniowych. Działa na polskim rynku od 2007 roku. Początkowo oferowała polisy w systemie bezpośrednim, by następnie objąć siecią dystrybucji również agentów ubezpieczeniowych i partnerów bankowych. Obecnie jej oferta obejmuje szeroki zakres ubezpieczeń komunikacyjnych, mieszkaniowych oraz turystycznych. Dzięki dynamicznemu rozwojowi w 2013 roku firma zebrała 298,1 mln PLN składki brutto.

Jak nie wpaść w pułapkę nieefektywnej nadpłynności?

Adam Lipka – ekspert w Departamencie ds. Klientów Instytucjonalnych Union Investment TFI

Utrzymanie prawidłowego wskaźnika bieżącej płynności firmy, a tym samym relacji pomiędzy zobowiązaniami a posiadanymi środkami obrotowymi, to klucz do sprawnego zarządzania finansami firmy. Często zdarza się jednak, że dążąc do utrzymania płynności przedsiębiorstwo popada w okresową nadpłynność. To zaś nieuchronnie prowadzi do pułapki obniżenia efektywności środków obrotowych. Czy można wzmocnić efektywność zarządzania tymi środkami?

Zadecydowanie tak, o ile uświadomimy sobie, czym jest pułapka okresowej nadpłynności. W dużym uproszczeniu, jest to rezultat nieoptymalnych, nadmiernie asekuracyjnych praktyk w zakresie zarządzania firmowymi pieniędzmi. Choć skala zjawiska jest zależna od cykli rynkowych, w jakich funkcjonuje przedsiębiorstwo w danej branży, sam schemat wygląda podobnie. Firma, chcąc zachować płynność i swobodę w bieżącym dysponowaniu kapitałem – wpływającym na firmowe konto nieregularnie i w różnych kwotach – pozostawia  większość albo wręcz całość tych środków na rachunku bankowym, często sprzężonym z lokatą overnight. Decyzją prezesa, dyrektora finansowego lub księgowego środki te są przetrzymywane dotąd, aż uzbiera się wystarczająca  kwota, by zawiązać terminową lokatę bankową lub firma zrealizuje zaplanowaną na dany termin płatność do kontrahenta. Po ostatecznym podliczeniu okazuje się, że znaczna część pieniędzy leży na rachunku z obniżoną efektywnością przychodową. Wynika to bezpośrednio z niskiego oprocentowania depozytów overnight. Zwykle jest to formuła zmienna oparta o wskaźnik WIBID.

Średnie oprocentowanie lokaty „nocnej” w relacji do poziomu inflacji nie zwiększa zanadto zysków w ujęciu realnym. Z tego względu coraz więcej firm, idąc za trendem wyraźnym na Zachodzie, zleca zarządzanie posiadanymi nadwyżkami wyspecjalizowanym w tym obszarze instytucjom finansowym.

Overnight vs. fundusz

Firma ma do dyspozycji kilka możliwości, m.in. skorzystanie z funduszy inwestycyjnych lub usługi asset management. Rozwiązaniem najprostszym do wykorzystania, a jednocześnie pozwalającym na osiągnięcie większego dodatkowego przychodu jest fundusz inwestycyjny pieniężny, najlepiej taki, którego strategia inwestycyjna akcentuje kwestię istotną z punktu widzenia firmy – bezpieczeństwo. Ile można zyskać? Dla uproszczenia załóżmy, że dysponujemy kwotą rzędu miliona złotych, którą planujemy ulokować na miesiąc. Ponadto przyjmijmy, że średnie oprocentowanie depozytu overnight to 1,5 proc., a funduszu pieniężnego to 3,5 proc. w skali roku. Przy takich parametrach na lokacie overnight firma mogłaby zarobić miesięcznie ok. 1250 zł. W tym samym czasie fundusz pieniężny zarobiłby ponad 2900 zł. Jeśli pomnożymy uzyskane wyniki przez 12 miesięcy, zysk z bardziej rentownego narzędzia wzrośnie już do 35 tys. zł.

Biorąc pod uwagę, że w celu wypracowania tego dodatkowego zysku stanowiącego przychód finansowy, firma nie musi podejmować żadnego wysiłku ani wyrzeczeń, a co więcej – z punktu widzenia operacyjnego, w przeciwieństwie do lokaty terminowej w banku, z funduszu pieniężnego środki mogą być wypłacane niemal z dnia na dzień bez utraty odsetek – dylemat „mieć czy nie mieć” wydaje się czysto akademicki.

Czas życia pieniądza

Co jeszcze może pomóc firmie w bardziej efektywnym zarządzaniu kapitałem? Uświadomienie sobie prostego, ale jakże ważnego faktu, że środki wpływające na firmowe konto są przeznaczane na realizację różnych potrzeb i zobowiązań (płatności dla kontrahentów, opłaty stałe, pensje dla pracowników, inwestycje etc.), a ich cykl jest różny. Dlatego warto w pierwszej kolejności oszacować spodziewane miesięczne wypływy środków pieniężnych do firmy. Następnie należy oszacować wartość faktur obciążających w danym miesiącu i zostawić minimalny bufor płynnościowy na wypadek nieprzewidzianych wydatków. Na koniec firma powinna przeanalizować terminy płatności faktur dla kontrahentów i innych zobowiązań. Po przygotowaniu takiego zestawienia otrzymamy jasną odpowiedź, jaka część środków będzie potrzebna na bieżące płatności, a jaka dopiero za jakiś czas. To proste zasady, które jednak w ostatecznym rozrachunku pozwolą uniknąć firmie pułapki nieefektywnej nadpłynności, a dzięki temu zwiększyć przychody finansowe firmy

Więcej klientów w salonach samochodowych

Zgodnie z najnowszymi danymi ACEA, od stycznia do czerwca br. w Unii Europejskiej zostało zarejestrowanych 6,6 mln nowych samochodów osobowych, czyli o 6,5% więcej niż rok temu.Czerwiec był dziesiątym miesiącem z rzędu, w którym wzrosła europejska sprzedaż osobówek. Na plusie pierwsze półrocze zakończyła także Polska – z naszych salonów wyjechało o 19% więcej aut niż rok temu. Przedstawiciele Exact Systems podkreślają, że dobry rezultat utrzymał się w dużej mierze dzięki „kratce” i lepszym wynikom wypracowanym w pierwszym kwartale.

Półroczny wynik rejestracji nowych osobówek osiągnięty przez polski rynek cieszy, ale wpływ na to miał przede wszystkim pierwszy kwartał. Podczas gdy pierwsze trzy miesiące rynek sprzedaży zamknął w okolicach „30%”, tak od kwietnia do czerwca dynamika r/r konsekwentnie spowalniała. Kluczowym powodem takiej sytuacji była zmiana przepisów związana
z odliczaniem VAT, która po zakończeniu pierwszego kwartału zmniejszyła ruch w salonach samochodowych – mówi Paweł Gos, prezes Exact Systems i ekspert Polskiej Izby Motoryzacji

W czerwcu br. w Centralnej Ewidencji Pojazdów pojawiło się 25 750 nowych samochodów osobowych, czyli o 2,2% więcej niż w tym samym miesiącu 2013 r. Od początku roku z polskich salonów wyjechało 175 910 osobówek, co oznacza 19,3% dynamikę rok do roku. W strukturze nabywców firmy przeważają nad klientami indywidualnymi (60:40).

W europejskich salonach ożywienie, wyzwanie dla Wielkiej Brytanii

Czerwiec to dziesiąty miesiąc z rzędu, w którym sprzedaż samochodów osobowych w UE odnotowała wzrost. Europejczycy w czerwcu kupili prawie 1,2 mln nowych osobówek, czyli o 4,5% r/r więcej niż w analogicznym miesiącu ubiegłego roku. W sumie w pierwszej części br. z salonów wyjechało 6,6 mln aut (+6,5% r/r).Od stycznia słupki rejestracji nowych aut konsekwentnie rosną, choć wciąż bardzo powoli. Nie zachwyca także wolumen, którego obecny poziom jest najniższy od kilku lat. Jednak ożywienie jest zauważalne, szczególnie w takich krajach jak Hiszpania czy Włochy, i mamy nadzieję, że w kolejnych miesiącach będzie już stałym trendem – mówi Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Exact Systems.

Osobówki najwięcej właścicieli w pierwszym półroczu znalazły w Niemczech (1,5 mln), choć tutaj w czerwcu sprzedaż lekko spadła (-2% r/r). Na drugim miejscu znalazła się fenomenalna Wielka Brytania z 1,3 mln zarejestrowanych osobówek, która od ponad dwóch lat odnotowuje comiesięczne wzrosty. Według Opali dobre wyniki na Wyspach Brytyjskich to zasługa bardzo dobrych warunków ekonomicznych, które napędzają tamtejszą sprzedaż nowych samochodów. Rekordowo niskie stopy procentowe i wzrost zatrudnienia zbudowały wśród konsumentów zaufanie do zakupu drogich towarów. Wyzwaniem natomiast może okazać się trend odwrotny, kiedy stopy procentowe zaczną rosnąć z obecnego poziomu 0,5%, zdrożeją kredyty, a dynamika wzrostu płac zahamuje. A to może wydarzyć się już wkrótce – twierdzi Opala.

W Polsce liderem Skoda, w UE Volkswagen

W czerwcu najchętniej kupowaną marką samochodową w segmencie osobówek w Polsce była Skoda, za nią uplasowali się Opel i Ford. Skoda jest także liderem rankingu marek po pierwszej połowie tego roku, a jej Oktavia pozostaje numerem jeden wśród modeli. W Europie nadal najlepiej radzi sobie marka Volkswagen z ponad 800 tys. sprzedanych aut
w pierwszej części roku.

Wzrost w całym 2014 r.?

W opinii przedstawicieli Exact Systems, półroczny wzrost sprzedaży samochodów osobowych w Polsce może oznaczać powrót na ścieżkę długotrwałego wzrostu. Z jednej strony, będzie to zależne od popytu inwestycyjnego ze strony polskich przedsiębiorców, dla których obowiązujące od 1 kwietnia br. przepisy podatkowe nie są może takie, jakich wszyscy sobie życzyliśmy, jednak i tak stanowią pozytywny bodziec do zakupów. Z drugiej, liczymy, że coraz więcej klientów indywidualnych będzie odwiedzać salony samochodowe. Sprzyjać temu powinny nie tylko organizowane cały czas promocje dealerów samochodowych, ale także korzystne otoczenie gospodarcze – mówi Paweł Gos. Stąd liczba 310–320 tys. nowych rejestracji w całym 2014 r., czyli ok. 5-10% wzrost r/r, jest się moim zdaniem bardzo realna – ocenia przedstawiciel Exact Systems.

Nowa wiceprezes ds. marketingu w Kompanii Piwowarskiej i polskie akcenty w SABMiller Latin America

Do zarządu Kompanii Piwowarskiej dołączyła Iwona Doktorowicz-Dudek. Zastąpiła na stanowisku wiceprezesa ds. marketingu Piotra Jurjewicza, który z kolei podejmie nowe wyzwania w Grupie SABMiller jako Consumer Integrated Marketing Director na region Ameryki Łacińskiej.

Iwona Doktorowicz-Dudek to obecnie druga kobieta w zarządzie Kompanii Piwowarskiej – obok Marzeny Piórko, wiceprezes ds. sprzedaży – oraz kolejna na stanowisku wiceprezesa ds. marketingu, bowiem przed Piotrem Jurjewiczem funkcję tę pełniła Jessica Spence. Ma wieloletnie doświadczenie marketingowe, które zdobyła w wiodących firmach z sektora FMCG. Przez ostatnie 10 lat pracowała w Grupie Danone na stanowiskach marketingowych w kraju i za granicą w obszarze produktów mlecznych oraz ciastek. W latach 2012-2014 pełniła funkcję dyrektora marketingu Danone Polska, rozwijając z sukcesem silne polskie i międzynarodowe marki, takie jak Activia, Actimel, Danonki, Danio, jogurt Danone, Fantasia czy Gratka.

Zanim dołączyła do Grupy Danone, zdobywała doświadczenie zawodowe na stanowiskach managerskich w firmach Reckitt Benckiser oraz Tchibo.Iwona Doktorowicz-Dudek ukończyła filologię angielską na Uniwersytecie Śląskim, a następnie MBA na Uniwersytecie Warszawskim i Illinois.

Dotychczasowy wiceprezes ds. marketingu Piotr Jurjewicz pełnił tę funkcję od lutego 2012 roku. Wkrótce zmierzy się z nowymi wyzwaniami w oddziale SABMiller w Miami, gdzie rozpocznie pracę na stanowisku Consumer Integrated Marketing Director. To kolejny etap jego kariery w Grupie – przez wiele lat osiągał liczne sukcesy w wielu spółkach SABMiller na świecie. Piastował stanowisko wiceprezesa ds. marketingu w Kolumbii (2009-2012), Peru (2006-2009) oraz Rumunii (2004-2006), a wcześniej regionalnego managera marketingu w SABMiller Europa w Budapeszcie (2002-2004).

Od 1996 roku pracował w Lech Browary Wielkopolski, kolejno jako brand manager, public affairs manager oraz dyrektor ds. innowacji marketingowych. W 1998 roku został mianowany dyrektorem ds. marketingu w Browarach Tyskich Górny Śląsk, od 1999 roku piastował stanowisko najpierw group brand managera, a następnie, już w Kompanii Piwowarskiej – dyrektora grupy marek, które zajmował do 2002 roku. Piotr Jurjewicz jest absolwentem filologii hiszpańskiej na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, ponadto ukończył MBA na Nottingham Trent University we współpracy z Wielkopolską Szkołą Biznesu w Poznaniu.

Marka Kazar została nominowana do prestiżowego finału World Retail Awards w kategorii Growth Market Retailer of the Year

Marka Kazar została nominowana do prestiżowego finału World Retail Awards w kategorii Growth Market Retailer of the Year. Spośród wszystkich światowych firm wyróżniono łącznie siedem przedsiębiorstw.

Nagrodzono najszybciej rozwijające się firmy prowadzące sprzedaż detaliczną na rynkach rozwijających się i wysoko rozwiniętych, których sukces finansowy przekłada się na przychody i rentowność. Tegoroczni finaliści z Europy to oprócz Kazar Footwear, także dwa przedsiębiorstwa z Turcji oraz po jednym z Arabii Saudyjskiej, Emiratów Arabskich oraz Chin i Brazylii. Gala finałowa, na której zostaną ogłoszone wyniki, odbędzie się 30 września w Paryżu.

Światowa kapituła fachowców docenia przedsiębiorczość, konsekwencję i skuteczność w realizacji biznesowych celów oraz innowacyjnych działań.

Kazar to oryginalna i prestiżowa marka, która kreuje trendy. Prezentuje awangardowe i luksusowe kolekcje butów, torebek i pasków, łącząc dobry styl z bezwarunkowym oddaniem jakości. Firma wykorzystuje potencjał lokalnego rynku i pomimo planów zagranicznej ekspansji, rozbudowuje sieć salonów w Polsce, których liczba z pięćdziesięciu ma docelowo wzrosnąć do osiemdziesięciu. Nowe inwestycje planowane są również w obszarze Europy Środkowo-Wschodniej i Bliskiego Wschodu.

Ponad 36 mln PLN na prace badawczo – rozwojowe i 160 mln na wdrożenia dla dużych i małych przedsiębiorstw

W ramach programu GEKON firma może uzyskać od 0,5 mln do 10 mln PLN bezzwrotnej dotacji na planowane prace badawczo-rozwojowe. GEKON czyli Generator Koncepcji Ekologicznych powstał z inicjatywy Narodowego Centrum Badań i Rozwoju oraz Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w celu wspierania projektów badawczych i wdrożeniowych dotyczących innowacyjnych technologii proekologicznych.  Nabór wniosków na prace badawczo – rozwojowe rozpocznie się 9 sierpnia i potrwa do 8 września 2014 r.

W ramach rozpoczynającej się właśnie drugiej edycji programu pula środków dostępnych na potrzeby prac badawczo – rozwojowych wynosi 36 mln PLN, a dodatkowe 160 mln PLN bezzwrotnej dotacji przewidziano na wdrożenia nowych rozwiązań. Program przeznaczony jest zarówno dla dużych przedsiębiorców, jak i firm z sektora MSP.

„Atrakcyjność programu GEKON polega na tym, że wspiera on nie tylko prace badawcze, ale pomaga również wdrożyć opracowane rozwiązania – mówi Beata Tylman, dyrektor Zespołu Pomocy Publicznej w PwC. – Co ciekawe, w ramach GEKONa szanse na dotacje mają nie tylko firmy działające w branży ochrony środowiska, ale również np. firmy produkcyjne, które mają pomysł na wdrożenie innowacji pozwalającej na osiągnięcie wymiernego efektu ekologicznego”.  

W pierwszej edycji konkursu wpłynęło 366 wniosków, a dofinansowanie na łączną kwotę 77 mln PLN otrzymały 24 projekty. Wśród wybranych inicjatyw znalazły się m. in. projekt inteligentnego systemu sterowania oświetleniem ulicznym, czy inteligentne gniazdo energetyczne, wykorzystujące innowacyjne technologie pozyskiwania i przetwarzania energii ze źródeł odnawialnych.

Podobnie jak w pierwszej edycji, także i teraz konkurs został podzielony na dwa etapy: (1) badawczo-rozwojowy oraz (2) wdrożeniowy. W pierwszej fazie przedsiębiorcy mogą składać wnioski o dofinansowanie planowanych prac badawczo-rozwojowych w jednym z pięciu obszarów m.in. efektywność energetyczna i magazynowanie energii czy nowatorskie metody otrzymywania paliw, energii i materiałów z odpadów oraz recyklingu odpadów.

Następnie, po ukończeniu prac badawczo-rozwojowych można ubiegać się o dofinansowanie wdrożenia opracowanego rozwiązania i uzyskać nawet do 20 mln PLN bezzwrotnej dotacji z puli 160 mln PLN (kwota ta przeznaczona jest na dwie rundy: pierwszą z poprzedniego roku i obecną). W części dotyczącej wdrożeń decyduje kolejność zgłoszeń następujących sukcesywnie po skończeniu badań, gdy wyniki są gotowe do wdrożenia.

Beata Tylman, dyrektor Zespołu Pomocy Publicznej w PwC
Beata Tylman, dyrektor Zespołu Pomocy Publicznej w PwC

W porównaniu do pierwszej edycji konkursu uproszczono proces składania wniosków. Po pierwsze, zlikwidowano etap wniosków wstępnych, który stanowił formę preselekcji przed fazą badawczą i wymagał przygotowania odrębnej dokumentacji. W efekcie w obecnym konkursie można ubiegać się już bezpośrednio o dofinansowanie fazy B+R. Po drugie, zrezygnowano ze znanego z pierwszej edycji panelu ekspertów, a to oznacza że teraz decydująca jest ocena wniosku dokonana przez 3 niezależnych ekspertów. Bez większych zmian pozostały jednak kryteria oceny, które podobnie jak wcześniej dotyczą m.in. innowacyjności rozwiązania, związanego z nim efektu ekologicznego czy też dorobku i zasobów wnioskodawcy” – podkreśla Beata Tylman.

W konkursie mogą brać udział zarówno firmy startujące samodzielnie, jak i grupy przedsiębiorstw oraz konsorcja składające się z przedsiębiorstw oraz jednostek naukowych. W takim przypadku jednak, wymagane jest aby to firma pełniła rolę lidera konsorcjum.

„Konkurs zapewne będzie cieszył się dużym zainteresowaniem zarówno ze względu na atrakcyjne warunki, jak i szerokie spektrum potencjalnych beneficjentów. Pamiętajmy także, że jesteśmy obecnie w okresie przejściowym pomiędzy starą a nową perspektywą finansową, a tym samym GEKON to jedna z niewielu szans na pozyskanie bezzwrotnej dotacji na przedsięwzięcia w 2014 roku – dodaje Beata Tylman.

Już niedługo będziemy wiedzieć jak oceniać 2014 rok

O ostatnich wydarzeniach w gospodarce i na rynkach obligacji rozmawiamy z Dariuszem Laskiem, Dyrektorem Inwestycyjnym ds. Papierów Dłużnych Union Investment TFI

Zbliża się koniec lipca i można już chyba powiedzieć, że myliły się te osoby, które spodziewały się słabego roku dla obligacji.

Wydaje się, że tak, choć powstrzymałbym się od ostatecznych deklaracji. Do końca roku pozostało jeszcze ponad 5 miesięcy, które mogą przynieść nieoczekiwane scenariusze. Jednak jeśli na rynkach nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, to 2014 rok będzie można nazwać rokiem obligacji.

Jak powinniśmy oceniać ostatnie gorsze dane dotyczące produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej w kraju?

Produkcja przemysłowa w Polsce r/r wzrosła tylko o 1,7%, a sprzedaż detaliczna tylko o 1,2% i rzeczywiście są to wyniki zaskakująco niskie, jednak z wyciąganiem dalekosiężnych wniosków należy się wstrzymać przynajmniej do potwierdzenia tych danych w kolejnych miesiącach. Dopiero wówczas będziemy mogli mówić o ewentualnym trendzie. Tym bardziej że podobna sytuacja występuje w wielu innych krajach Europy Zachodniej.

A czy w obliczu takich danych możemy się spodziewać zmiany stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej?

Takie wyniki na pewno dały do myślenia członkom RPP, którzy uświadomili sobie, że być może należałoby obniżyć stopy procentowe. Rynek wycenia obniżki stóp procentowych, a wspomniane dane o produkcji przemysłowej mogą je jeszcze wzmocnić.

Czy lepszego momentu na obniżkę stóp nie było kilka kwartałów temu?

Lepiej byłoby, gdyby już wcześniej RPP decydowała o głębszych obniżkach stóp procentowych. Teraz jest trochę za późno, a napływające słabe dane z gospodarki mogą stanowić problem. Wczoraj Węgry obniżyły stopy procentowe o 0,2% (do poziomu 2,10%) ze wskazaniem, że jest to koniec bieżącego cyklu obniżek stóp.

Swoje wnioski wyciągnął również odpowiednik RPP w Turcji (TCMB), gdzie stopy znów spadły – trzeci raz w roku.

Dokładnie tak, choć akurat w wypadku Turcji wszyscy spodziewali się takiego ruchu. Pytanie nie brzmiało, czy i kiedy stopy spadną, ale o ile. Ostatecznie zostały obniżone o 50 punktów bazowych i zostało to odebrane jako ustabilizowanie sytuacji. Nie powinno to mieć większego wpływu na kurs liry, która i tak jest na dosyć niskich poziomach, ale już funduszom tam inwestującym powinno dać pozytywny impuls.

Czy podobne pozytywne impulsy na światowych rynkach łatwo dostrzec obecnie?

Obecnie rynek znajduje się w zawieszeniu pomiędzy ciągle spadającymi rentownościami a oczekiwaniami na wzrost rentowności papierów skarbowych. W Stanach Zjednoczonych, przynajmniej jeśli wierzyć temu, co mówią przedstawiciele Rezerwy Federalnej, program skupowania aktywów zostanie niedługo zakończony. Według tamtejszych banków inwestycyjnych podwyżek stóp procentowych możemy się spodziewać prawdopodobnie w 2015 r. W momencie, w którym rynek uwierzy, że stopy procentowe będą podnoszone, obudzimy się w całkowicie nowej rzeczywistości, a rynek może powrócić na ścieżkę rentowności. W Europie natomiast EBC jest gotowy do podjęcia działań w ramach luzowania polityki pieniężnej. Dopiero kolejne dane makro wskażą konkretny kierunek na 2014 i 2015 r. Obecną sytuację można więc porównać do rzeki, płynącej spokojnie, ale zbliżającej się do zakrętu, który nie pozwala zobaczyć, co będzie dalej. Na klarowniejsze oceny przyjdzie nam więc jeszcze chwilę poczekać.

Jak postrzegamy inwestowanie?

Co czwartemu Polakowi korzystającemu z Internetu, inwestowanie kojarzy się z funduszami inwestycyjnymi,  27 procentom z oszczędzaniem, a 38 procentom z możliwością dużego zysku, ale obarczonego ryzykiem. Tylko co dwudziestej osobie obracanie kapitałem kojarzy się z „dreszczykiem emocji” – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Domu Maklerskiego BOŚ i Union Investment TFI1.

Jakie emocje towarzyszą nam podczas inwestowania, jak postrzegamy ryzyko z nim związane oraz co popycha Polaków do funduszy inwestycyjnych lub co ich przed nimi hamuje – te kwestie sprawdził Interaktywny Instytut Badań Rynkowych. Jednym z pozytywnych przekazów, jaki płynie z badania jest fakt, że respondenci są często świadomi ryzyka, jakie towarzyszy inwestowaniu, a jednocześnie wiedzą, jak można je ograniczyć.

Aż połowa respondentów zdaje sobie sprawę z faktu, że dywersyfikacja produktów finansowych jest czynnikiem obniżającym poziom ryzyka przy inwestowaniu – podkreśla Piotr Minkina, Dyrektor ds. Produktów Inwestycyjnych Union Investment TFI. – To relatywnie dużo, choć wśród osób podzielających ten pogląd przeważają badani z wyższym wykształceniem i lepszymi zarobkami. Te osoby raczej nie zostaną wprowadzone w błąd. Bardziej obawiałbym się stanu wiedzy osób, które są gorzej wyedukowane i zarabiają mniej, a kuszone są „niepowtarzalnymi” ofertami inwestycyjnymi – komentuje Piotr Minkina

Właśnie brak wiedzy zarówno dotyczącej sytuacji na rynkach i jak w kwestii tego, na czym polega inwestowanie jest główną przeszkodą przed podjęciem decyzji o rozpoczęciu inwestowania. Co ciekawe Ci, którzy mają już doświadczenie (kupowali fundusze), twierdzą (33%), że inwestowanie w fundusze jest łatwiejsze niż bezpośrednio w akcje na giełdzie.

Świadomość Polaków na temat inwestowania rośnie. Wiedzą, że większy zysk wiąże się z ryzykiem. Zdają sobie sprawę z konieczności posiadania wiedzy. Brakuje im jeszcze rozeznania, jakie instrumenty i jaki styl inwestowaniajest odpowiedni dla nich. Wskazuje na to wrzucenie wszystkich rodzajów funduszy do worka „ryzyko” albo podawanie jako głównej bariery
braku wiedzy nt. sytuacji na rynkach – komentuje Michał Wojciechowski, z-ca Dyrektora Domu Maklerskiego BOŚ. Oznacza to, że Polacy nie mają świadomości, że wśród funduszy jest grupa o niskim ryzyku, porównywalnym z lokatami bankowymi oraz że istnieją style inwestycyjne, które nie wymagają codziennego kontrolowania sytuacji na rynkach np. strategie uśredniania DCA.
W swoich działaniach edukacyjnych, staramy się kłaść nacisk właśnie na praktyczny aspekt, pokazując, jak efektywnie inwestować w fundusze, nie będąc specjalistą rynku i nie przeznaczając na to wielu godzin tygodniowo – dodaje Wojciechowski.

Tak naprawdę do inwestowania w fundusze wcale nie potrzebna jest ekspercka wiedza po stronie klienta. Tę wiedzę posiadają zarządzający, którzy opiekują się naszym portfelem, znają nasz poziom dopuszczalnego ryzyka oraz inne preferencje. Biorąc je pod uwagę eksperci opracowują najlepszą strategię inwestycyjną, aby osiągnąć określony cel. Klient jedynie go wyznacza. Drogą do jego osiągnięcia zajmują się już profesjonaliści – podkreśla Piotr Minkina.  

Badanie pokazuje też, jak wygląda oswajanie ryzyka przez osoby już poruszające się na gruncie inwestycyjnym. Pytając respondentów, jakie ryzyko zaakceptowaliby dla całości swoich środków niemal wszyscy (90%) odpowiadają, że osiągnięcie zysku poniżej oczekiwań (47%), a w najgorszym przypadku, zysku na poziomie inflacji (43%). Jednak już dla części środków tolerancja dla ryzyka znacznie wzrasta – co piąty badany pogodzi się z utratą części początkowego kapitału, a 17% z zyskiem poniżej inflacji.

Co więc mówi nam generalnie badanie postaw związanych z oszczędzaniem i inwestowaniem? Że Polacy aktywni w Internecie racjonalnie podchodzą do pieniędzy, choć czasem brakuje im obiektywnego podejścia do instrumentów finansowych, takich jak fundusze inwestycyjne. Nasza wiedza i znajomość charakterystyki rozwiązań finansowych jednak rośnie i to jest na pewno pozytywna przesłanka przed kolejnymi badaniami.

1 Badanie w formie ankiety internetowej (CAWI) zostało przeprowadzone na zlecenie Domu Maklerskiego BOŚ i Union Investment TFI przez Interaktywny Instytut Badań Rynkowych w marcu 2014 r. Badanie zrealizowano wśród osób w wieku 20-65 lat o stabilnej sytuacji finansowej, aktywnie korzystający z internetu w zakresie operacji finansowych (obsługa konta, zakupy online), wielkość próby: N=600.

Ile czekamy na pieniądze i dlaczego tak długo?

O tym, że Polska wiedzie prym w rankingach związanych z nieterminowym regulowaniem należności przekonują systematycznie raporty wywiadowni gospodarczych. Ile średnio czekamy na pieniądze, a ile dochodzimy ich w sądzie oraz jakie są przyczyny opóźnień w płatnościach? Specjaliści od windykacji ujawniają powody, na które najczęściej powołują się dłużnicy.

Z raportu „Doing Business” Banku Światowego wynika, że od momentu złożenia pozwu do uzyskania płatności upływa w naszym kraju średnio 685 dni. To blisko dwa lata. Eksperci od windykacji podkreślają, że złożenie pozwu najczęściej poprzedzają długie tygodnie, a nawet miesiące, w których wierzyciele próbują polubownie dochodzić zwrotu długu.  Jaka jest skala problemu wynika z przeprowadzonych przez Bisnode B&D badania „Barometr płatności na świecie 2014”. Wyniki tego raportu pokazują, że wśród 15 krajów europejskich, poza Portugalią i Wielką Brytanią, w Polsce jest najgorzej pod względem terminowego regulowania płatności. Dlaczego tak się dzieje?

Powód nr 1: Nie płacę, bo mi nie zapłacili

Biznes to system naczyń połączonych. Jeżeli firma A nie zapłaci firmie B za dostawy towaru czy wykonanie usługi, ta druga również może mieć problem z uregulowaniem płatności wobec własnych dostawców. Większość przedsiębiorców przyznaje, że zatory finansowe stanowią barierę w rozwoju i są najczęstszą przyczyna nieregulowania zobowiązań, dlatego w sloganie branżowym zjawisko to określa się mianem „łańcuszków nieszczęścia”. Czyjś dłużnik jest jednocześnie czyimś wierzycielem. Przedsiębiorcy popadający w tarapaty finansowe najczęściej nie mają możliwości zaciągnięcia kredytu bakowego, dlatego w poczuciu bezsilności oczekują biernie na rozwój wydarzeń. W kontekście problemów finansowych traktują firmy z branży obrotu wierzytelnościami raczej jako zagrożenie. Tymczasem wiele firm windykacyjnych ma w swojej ofercie również finansowanie należności, nawet tych, których termin płatności już minął.

– Długi oznaczają problemy i tylko sprzedaż należności może być szybkim zastrzykiem gotówki, który pozwala obudować naruszoną płynność finansową. Dla przedsiębiorców, którzy mają przejściowe problemy finansowe przeznaczona jest usługa restrukturyzacji zobowiązań oraz faktoringu odwrotnego. Instytucja finansująca może dokonywać płatności w imieniu klienta u jego dostawców lub zapewnić finansowanie wraz z harmonogramem spłat wobec urzędów i kooperantów. Często spotykamy się z sytuacją, kiedy dłużnik, wobec którego prowadziliśmy działania windykacyjne staje się naszym klientem i korzysta na przykład z oferowanych przez Spółki z Grupy Pragma Inkaso usług finansowych. Oczywiście jest to możliwe, kiedy brak wpłaty wynika z trudności finansowych, a nie ze złej woli – podkreśla Michał Kolmasiak, W-ce prezes Zarządu Pragma Inkaso SA.

Powód nr 2: Nie zapłacę, bo szkoda mi pieniędzy

Zła wola to druga w kolejności przyczyna nieterminowego regulowania należności. Patologiczna odmiana oszczędności, czyli zwyczaj kredytowania własnej działalności pieniędzmi kooperantów, staje się powoli naszą rodzimą tradycją, choć w mniejszym lub większym stopniu dotyczy wszystkich gospodarek światowych. Niemniej w Polsce zaledwie 30,5 proc. faktur jest płaconych na czas. Przedsiębiorcy nie zawsze mogą uzyskać kredyt obrotowy. Zgodnie z danymi Eurostatu, ponad połowa małych i średnich przedsiębiorstw nie ma żadnych szans na uzyskanie pozytywnej oceny analityków bankowych. Dlatego z każdym rokiem zyskuje na popularności faktoring (w ubiegłym roku obroty firm zrzeszonych w Polskim Zawiązku Faktoringowym wyniosły blisko 100 miliardów złotych), wciąż jednak nie wszyscy przedsiębiorcy wiedzą co to takiego. Wspomniane rozwiązania, takie jak kredyt czy faktoring mają poniekąd tę wadę, że nie są tak tanie jak przetrzymywanie pieniędzy kooperanta.

Można spekulować, że na naszą moralność płatniczą deprawująco wpłynął długi okres spowolnienia gospodarczego, który usprawiedliwiał wszelkie opóźnienia w regulowaniu płatności. W tym samym czasie na popularności zyskał też kredyt kupiecki, który w poszczególnych branżach warunkuje utrzymanie współpracy. Możliwość zakupu z odroczonym terminem płatności firmy traktują jako wartość dodaną do oferowanych produktów i usług. Dla części przedsiębiorców konieczność wydłużania terminów płatności jest jednak ciężarem nie do udźwignięcia.

Powód nr 3: Wszystkie inne nieszczęścia

Trzecia grupa dłużników to przedsiębiorcy, którzy właściwie zaprzestali już działalności. W ich przypadku niewypłacalność jest najczęściej faktem potwierdzonym wyrokiem sądowym. Popularna definicja upadłości to właśnie utrata zdolności do regulowania zobowiązań. W zależności od branży jej przyczyny są różne. W Polsce zgodnie z danymi GUS rokrocznie rejestruje się ok. 300 000 nowych podmiotów. Niewiele mniej co roku zamyka swoją działalność, najwięcej z nich jeszcze w pierwszym roku. Analitycy zauważają tendencję spadkową jeżeli chodzi o liczbę ogłoszonych upadłości. W pierwszym półroczu br. odnotowano upadłości 402 podmiotów, co oznacza 11 proc. spadek wobec analogicznego okresu roku ubiegłego, ale to wciąż jest 100 proc. więcej niż odnotowywano przed kryzysem.*

Wielu firmom nie udaje się przetrwać ze względu na dużą konkurencję na rynku, złe oszacowanie ryzyka transakcji czy właśnie zatory płatnicze. W postępowaniu upadłościowym, jeżeli majątku wystarczy na zaspokojenie roszczeń publicznoprawnych, czyli wobec Urzędu Skarbowego i ZUS sytuację uważa się za całkiem dobrą, ale tylko dla Skarbu Państwa. Dla pozostałych wierzycieli oznacza to bowiem bezpowrotną utratę gotówki. Planowana nowelizacja ustawy ma zmienić uprzywilejowaną pozycję ZUS, US i innych instytucji państwowych nad wierzycielami prywatnymi w dochodzeniu roszczeń.

Windykatorom raczej nie grozi bezrobocie

Wniosek jest prosty: ten kto chce odzyskać swoje pieniądze powinien reagować natychmiast. – Sukces windykacji polubownej pozwala odzyskać pieniądze bez długotrwałego postępowania sądowego. Firmy windykacyjne oferują kompleksową usługę windykacji na każdym etapie, polubownym i sądowym, bo takie działania optymalizują efekt. Jeżeli dłużnik ma złą wolę, jest niewypłacalny, wówczas wystąpienie na drogę sądową może być konieczne. Zawsze jednak w pierwszej kolejności profesjonalni windykatorzy podejmują negocjacje. W branżowym sloganie mówimy, że sprawa zaczęła „się spłacać”. Żeby się jednak „spłacała”, wierzyciele powinni być aktywni w dochodzeniu roszczeń – ocenia Michał Kolmasiak.

Najwyraźniej takiego zdania jest również ustawodawca, który na mocy ustawy o terminach zapłaty w transakcjach handlowych obowiązującej od 27 kwietnia ubiegłego roku uprawnił wierzycieli do dochodzenia od dłużników zwrotu poniesionych kosztów windykacji. Eksperci prognozują, że poprawa przypływów gotówki nie wpłynie raptownie na poprawę naszych zwyczajów płatniczych. Prawdopodobnie, nawet gdyby przedsiębiorcy chcieli regulować swoje zobowiązania w terminie, oddziaływanie polepszających się warunków makroekonomicznych nie jest na tyle odczuwalne, ani też wystarczająco trwałe, żeby wyeliminować problemy zatorów płatniczych natychmiast. Informacje o wzroście gospodarczym powinny napawać optymizmem, ale warto mieć świadomość, że na odczuwalne zmiany przyjdzie nam poczekać dłużej.

Laureaci Konkursu Firma Szkoleniowa i Doradcza Roku 2014

22 lipca br. Centralne Biuro Certyfikacji Krajowej (CBCK) ogłosiło laureatów konkursów branżowych o tytuł: Firma Szkoleniowa Roku 2014, Firma Szkoleniowo-Doradcza Roku 2014 oraz Program Szkoleniowy Roku 2014.

Podczas uroczystej konferencji  w siedzibie PAP w Warszawie wręczono zwycięzcom  trzy rodzaje certyfikatów: złoty -instytucjom nagradzanym trzeci rok z rzędu, srebrny – podmiotom wyróżnionym po raz drugi oraz miedziany – firmom, które znalazły się w gronie laureatów po raz pierwszy.

Konkurs Firma Szkoleniowa i Doradcza Roku 2014 miał na celu wyłonienie instytucji oferujących usługi szkoleniowe i doradcze na najwyższym poziomie, realizowane w oparciu o autorskie programy przez wyspecjalizowaną kadrę trenerów. Nagrodziliśmy jednostki szkoleniowe, które wyróżniają się na tle konkurencji fachowością i bogatym doświadczeniem; stosują efektywne metody nauczania, przekładające się na budowanie wiedzy oraz kształtowanie praktycznych umiejętności kursantów i  klientów. – powiedział Marcin Andrzejewski, dyrektor programowy CBCK, przedstawiciel organizatora konkursu.

Laureatów w kategoriach Firma Szkoleniowa Roku 2014 oraz Firma Szkoleniowo-Doradcza Roku 2014 wyłoniła Kapituła Konkursu w kilku etapach, obejmujących między innymi ocenę przedłożonej dokumentacji oraz analizę wyników przeprowadzonych wywiadów środowiskowych. W przypadku kategorii Program Szkoleniowy Roku 2014 nagroda została przyznana ze szczególnym uwzględnieniem rekomendacji i opinii, wystawionych przez uczestników szkoleń i kursów.
Zwycięzcy odebrali certyfikaty wraz z rocznym pakietem promocji zapewnionym przez organizatora.

Więcej informacji na stronie www.certyfikacjakrajowa.org.pl

Niska dynamika wzrostu polskiego rynku spożywczego w 2013 roku i prognozowane odbicie

2013 był praktycznie rokiem stagnacji na rynku spożywczym w Polsce w związku z dynamiką wzrostu poniżej 2%. Z drugiej strony warto podkreślić odporność tego rynku na wydarzenia gospodarcze, ponieważ jest to jeden z nielicznych rynków, który nie odnotował spadku od 2008 roku, co zostało zaprezentowane w raporcie „Handel detaliczny artykułami spożywczymi w Polsce 2014. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2014–2019”.

Po niskiej dynamice wzrostu rynku artykułów spożywczych w Polsce do wartości prawie 234 mld zł w 2013 roku prognozujemy poprawę dynamiki w latach przyszłych. Należy jednak zwrócić uwagę, że nie ma obecnie przesłanek do tego, aby dynamika rynku znacząco wzrosła (powyżej 5%). Prognoza ta jest skorelowana z prognozą PKB dla Polski. Nasze prognozy pokazują, że rynek wzrośnie o około 20% w ciągu pięciu lat.

Rok 2013 był kolejnym rokiem, który nie przyniósł oczekiwanego polepszenia sytuacji gospodarczej w kraju. Jednak najprawdopodobniej to właśnie w 2013 roku nastąpiło odbicie i począwszy od tego momentu nastąpi powolna poprawa dynamiki wzrostu i całej kondycji gospodarki wraz z dochodami i wydatkami konsumentów.

Warto podkreślić, że wzrost rynku odbędzie się z jednej strony dzięki inwestycjom w nowe sklepy największych sieci operujących na rynku (większa konkurencja powinna wzmocnić walkę cenami o klienta, a także ekonomia skali powinna wpłynąć na tańsze zakupy sieci od producentów), a z drugiej powoli poprawiającej się kondycji budżetów domowych polskich gospodarstw.

Mimo to konsumenci nauczeni wydarzeniami od załamania w 2008 roku wciąż podchodzą do wydawania pieniędzy z dużą ostrożnością. Choć cena jest najważniejszym kryterium wyboru sklepu, to nie jest to cena pojedynczych towarów, ale odczucie, że kupione towary za daną kwotę są dobrym zakupem w dobrej cenie. Widać to porównując koszyki zakupowe poszczególnych sklepów oraz ich popularność. Najpopularniejsza Biedronka nie jest najtańszym sklepem wg. analiz portalu dlahandlu.pl, ale daje takie poczucie kupującym.

Coraz popularniejsze stają się sklepy blisko domów, co jest z jednej strony spowodowane chęcią oszczędzenia czasu, a z drugiej bliskością wielu dyskontów, supermarketów, sklepów convenience oraz hipermarketów kompaktowych. Należy także wspomnieć o tym, że konsumenci chętnie spędzają czas w dużych galeriach, gdzie mogą nie tylko dokonać zakupów, ale również zrelaksować się, skorzystać z oferty gastronomicznej, sportowej, czy nawet teatralnej.

Nasze badanie przeprowadzone na potrzeby raportu w porównaniu do badań z lat poprzednich pokazuje, że choć mniejszy odsetek konsumentów deklaruje wzrost wydatków na żywność, to jednak zmienia się ich sposób wyboru zarówno produktów jak i miejsca dokonywania zakupów.

Badanie zostało przeprowadzone w czerwcu 2014 roku na próbie 250 respondentów metodą wywiadów telefonicznych na reprezentatywnej próbie.

 

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Handel detaliczny artykułami spożywczymi w Polsce 2014. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2014–2019”.

Formalności mogą być inwestycją, czyli kto musi składać sprawozdanie finansowe do KRS?

Na wszystkich jednostkach podlegających obowiązkowi wpisu do Krajowego Rejestru Sądowego oraz prowadzących pełną księgowość zgodnie z artykułem 2 Ustawy o rachunkowości spoczywa obowiązek złożenia sprawozdania finansowego do KRS. Warto pamiętać o nim wcześniej i odpowiednio przygotować dokumentację firmy. Zasady realizacji tego obowiązku tłumaczy Monika Borczyńska, Junior Manager w Dziale Audytu w Baker Tilly Poland.

Kto  podlega obowiązkowi wpisu do KRS?

Obowiązek wpisu do rejestru przedsiębiorców KRS dotyczy miedzy innymi spółek jawnych, partnerskich, komandytowych, komandytowo-akcyjnych, z ograniczoną odpowiedzialnością, akcyjnych i europejskich. Co ważne, spółki jawne osób fizycznych oraz spółki partnerskie, których przychody netto ze sprzedaży towarów, produktów i operacji finansowych są niższe niż 1.200.000 Euro, są z tego obowiązku zwolnione na podstawie Ustawy o rachunkowości z obowiązku prowadzenia pełnej księgowości, a co za tym idzie również z obowiązku sporządzania i składania sprawozdań do KRS. Warto pamiętać, że wpisowi do KRS nie podlegają również osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą oraz spółki cywilne osób fizycznych.

Złożenie sprawozdania finansowego

Obowiązek złożenia sprawozdania finansowego do KRS spoczywa na kierowniku jednostki podlegającej wpisowi do KRS. We właściwym rejestrze sądowym wraz z rocznym sprawozdaniem finansowym musi on złożyć w ciągu 15 dni od dnia zatwierdzenia tego sprawozdania następujące dokumenty:

  • opinię biegłego rewidenta, jeżeli podlegało ono badaniu biegłego rewidenta,
  • odpis uchwały bądź postanowienia właściwego organu spółki o zatwierdzeniu rocznego sprawozdania finansowego i podziale zysku lub pokryciu straty,
  • sprawozdanie z działalności (obowiązek jego sporządzenia dotyczy spółek kapitałowych, spółek komandytowo-akcyjnych, spółdzielni, przedsiębiorstw państwowych).

Uproszczone sprawozdanie finansowe

Uproszczone sprawozdanie finansowe, czyli skrócona i mniej szczegółowa jego wersja może być sporządzone przez jednostki, które w danym roku obrotowym, oraz w roku poprzedzającym ten rok obrotowy nie osiągnęły dwóch z trzech wielkości określonych w art. 50 ust. 2 Ustawy o rachunkowości, czyli:

  • średnioroczne zatrudnienie w przeliczeniu na pełne etaty wyniosło nie więcej niż 50 osób,
  • suma aktywów bilansu na koniec roku w walucie polskiej nie przekroczyła równowartości 2.000.000 euro,
  • przychody netto ze sprzedaży produktów i towarów oraz operacji finansowych w walucie polskiej nie przekroczyły równowartości 4.000.000 euro.

Należy pamiętać, że kierownik jednostki sporządzającej uproszczone sprawozdanie finansowe w miejsce opinii biegłego rewidenta, składa do rejestru sądowego informację o rodzaju tej opinii wraz ze wskazaniem, czy zawiera ona dodatkowe objaśnienia. Natomiast kierownik oddziału przedsiębiorcy zagranicznego składa we właściwym rejestrze sądowym roczne sprawozdanie finansowe dotyczące jedynie oddziału działającego na terenie Polski.

Badanie finansów przez biegłego rewidenta

Sprawozdanie finansowe podlega obowiązkowemu badaniu przez biegłego rewidenta,
w określonych przez ustawodawcę (w art. 62 Ustawy o rachunkowości) przypadkach. Precyzuje on, że obowiązkowemu badaniu sprawozdań finansowych podlegają jednostki, które
w poprzedzającym roku obrotowym, za który sporządzono sprawozdania finansowe, spełniły przynajmniej dwa z trzech poniższych warunków:

  • średnioroczne zatrudnienie w przeliczeniu na pełne etaty wyniosło co najmniej 50 osób,
  • suma aktywów bilansu na koniec roku obrotowego stanowiła równowartość w walucie polskiej co najmniej 2 500 000 euro,
  • przychody netto ze sprzedaży towarów i produktów oraz operacji finansowych za rok obrotowy stanowiły równowartość w walucie polskiej co najmniej 5 000 000 euro.

Dodatkowo obowiązkowi temu podlegają wszystkie spółki akcyjne, banki, fundusze ubezpieczeniowe i reasekuracyjne, fundusze inwestycyjne, fundusze emerytalne oraz wszystkie jednostki działające w oparciu o przepisy o obrocie papierami wartościowymi.

Patrząc na zarządzanie finansami bardziej globalnie, przy kontroli finansów firmy, bez względu na zakres wymagań dotyczących badania, warto pamiętać o tym, by wnioski płynące z takiej kontroli, nie tylko dopełniały wymaganych formalności ale pomagały zabezpieczać biznes oraz dostarczały narzędzia zapewniające rozwój firmy.

Niezatwierdzone sprawozdanie finansowe

W sytuacji, gdy sprawozdanie finansowe nie zostało zatwierdzone przez właściwy organ w ustawowym terminie, czyli w ciągu 6 miesięcy po dniu bilansowym, kierownik jednostki musi złożyć je w rejestrze sądowym dwukrotnie: pierwszy raz w ciągu 15 dni po tym terminie oraz drugi raz– w ciągu 15 dni po jego zatwierdzeniu wraz z pozostałymi dokumentami. Ta samą zasada dotyczy jednostki dominującej sporządzającej roczne skonsolidowane sprawozdanie finansowe grupy kapitałowej.

Sytuacja jednostek niesporządzających skonsolidowanego sprawozdania

W przypadku jednostki dominującej (czyli spółki akcyjnej lub spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, która sprawuje kontrolę nad inną jednostką), niesporządzającej skonsolidowanego sprawozdania finansowego, jej kierownik, w ciągu 30 dni od dnia zatwierdzenia sprawozdania finansowego, zobowiązany jest złożyć we właściwym rejestrze sądowym przetłumaczone na język polski (obowiązkowo przez tłumacza przysięgłego), skonsolidowane sprawozdanie finansowe wraz ze skonsolidowanym sprawozdaniem z działalności jednostki dominującej wyższego szczebla oraz opinią biegłego rewidenta z omawianego wcześniej badania.

Jednostki podlegające badaniu, ale nie podlegające wpisowi KRS

Kierownicy jednostek podlegających badaniu finansów przez biegłych rewidentów, ale nie podlegających wpisowi KRS, są natomiast zobowiązani w ciągu 15 dni od dnia zatwierdzenia sprawozdania finansowego do złożenia do ogłoszenia:

  • wprowadzenie do sprawozdania finansowego stanowiące część informacji dodatkowej,
  • bilansu,
  • rachunku zysków i strat,
  • zestawienia zmian w kapitale własnym,
  • rachunku przepływów pieniężnych za rok obrotowy,
  • opinii biegłego rewidenta,
  • odpisu uchwały bądź postanowienia organu zatwierdzającego o zatwierdzeniu sprawozdania finansowego i podziale zysku lub pokryciu straty.

Ogłoszenie sprawozdań finansowych składanych do KRS następuje w ogólnokrajowym dzienniku urzędowym „Monitor Sądowy i Gospodarczy”, a w odniesieniu do spółdzielni – w „Monitorze Spółdzielczym”.

Trzeba pamiętać, że złożenie sprawozdania finansowego, szczególnie w przypadku obowiązku wykonania jego badania przez niezależnych specjalistów, może być dla firm nie tylko wymaganą formalnością, ale też okazją do osiągnięcia realnych korzyści, które pozwolą firmie na zmianę koniecznych wydatków w inwestycję w rozwój firmy.

 

Inwestorzy czekają na wyniki za II kwartał 2014 r. – rozmowa rynkowa

O sytuacji na rynkach akcji rozmawiamy z Ryszardem Rusakiem, dyrektorem inwestycyjnym ds. akcji Union Investment TFI

Od kilku tygodni obserwujemy odpływy z funduszy akcji, a pogorszenie sentymentu dotyka przede wszystkim segmentu małych i średnich spółek. Od początku roku indeks szerokiego rynku – WIG – znajduje się w okolicach zera, podczas gdy spadek indeksu MiS80 (dawniej sWIG80) jest dużo wyraźniejszy

i wynosi ok. 16–17%. Akcje niektórych małych spółek, takich jak np. Kino Polska TV, zniżkowały nawet o 50%.

Czy tak duże spadki mają fundamentalne uzasadnienie?

W części przypadków tak, jako że zyski spółek nie sprostały silnym ubiegłorocznym wzrostom cen akcji. Zdarza się również, że o przecenie decyduje czynnik „selekcyjno-płynnościowy”, wynikający z naturalnej rywalizacji instytucji finansowych o jak najlepszy wynik dla klienta. Widać to szczególnie w sytuacjach, gdy jakaś spółka nie jest szczególnie atrakcyjna fundamentalnie, a konkretne fundusze posiadają w niej dominujące udziały.

Chodzi o OFE?

Też – ponieważ niektóre fundusze emerytalne mają duże udziały małych spółkach – ale nie tylko. W kontekście wpływu OFE na polski rynek akcji nie sposób natomiast nie wspomnieć o implikacjach nowej interpretacji pojęcia „spółka zagraniczna”, narzuconej przez KNF.

Na czym polega zmiana?

Dotychczas liczyło się miejsce notowania danej spółki. Dla przykładu akcje UniCredit,

z uwagi na fakt notowania na GPW w Warszawie, traktowano jako papiery polskie. Po zmianach o klasyfikacji decyduje waluta, w jakiej jest denominowany kapitał danej spółki.

Jakiś przykład?

Spółkę AmRest, operatora marek KFC i Pizza Hut na Europę Wschodnią, zarejestrowano w Holandii. Jednak obecnie – ze względu na kapitał denominowany

w euro – firmę tę uznaje się za spółkę zagraniczną, pomimo że jest notowana tylko

w Warszawie.

Jakie są konsekwencje tej zmiany dla rynku?

W świetle nowej interpretacji lista spółek zagranicznych istotnie się powiększyła. Spowodowało to, że niektóre OFE – przede wszystkim te większe – albo zbliżyły się do dopuszczalnego ustawowo 10-procentowego limitu na akcje zagraniczne w zarządzanym przez siebie portfelu, albo wręcz go przekroczyły. Pociągnęło to za sobą konieczność sprzedania części akcji, by zejść poniżej wyznaczonego progu. A podaż, która nie znajduje równie silnego popytu, nieuchronnie prowadzi do spadków.

Jak zatem można ocenić potencjał warszawskiej giełdy w kontekście II półrocza?

W wypadku znacznego grona spółek, niezależnie od branży czy sektora, problem polega na tym, że choć PKB w Polsce rośnie i prognozowany jest dalszy dynamiczny wzrost gospodarczy, nie znajduje to odzwierciedlenia w wynikach finansowych firm. Z kolei brak progresji wyników oznacza brak bodźca do zakupu akcji. Na szczęście zarówno

w Polsce, jak i w regionie można znaleźć spółki, które radzą sobie w tym trudnym środowisku i systematycznie rozwijają swój biznes. Dlatego jeśli w nasz parkiet nie uderzą niepokojące informacje z zagranicy (za taką wiadomość można by uznać hipotetyczne pęknięcie bańki w USA), fundusze akcji powinny jeszcze w tym roku zarobić.

Zbliża się ostateczny termin składania deklaracji w sprawie wyboru OFE. Czy ta kwestia nie stanowi elementu ryzyka dla rynków?

Nie, ponieważ rynek już wie, czego się spodziewać. Następstwem ograniczenia roli OFE stanie się m.in. trudniejsze niż dotychczas plasowanie dużych ofert publicznych. Powód jest oczywisty – OFE będą dywersyfikowały swoje portfele, w tym celu coraz częściej wychodząc za granicę. Choć obecny limit wynosi 10%, to w przyszłym roku wzrośnie do 20%, a w 2016 r. już do 30%.

Na co powinni zwrócić uwagę inwestorzy w najbliższym czasie?

Przede wszystkim na wyniki finansowe spółek za II kwartał. Ich polepszenie to warunek konieczny do poprawy nastrojów na warszawskim parkiecie.

ARC Rynek i Opinia: internet stacjonarny dla Polaków za drogi

CEO Magazyn Polska

Co piąty użytkownik Neostrady w ogóle nie korzysta z telefonu stacjonarnego, mimo że płaci za niego w pakiecie z internetem. Ponad 80 proc. nie akceptuje konieczności opłacania tego typu dodatkowych usług – wynika z raportu ARC Rynek i Opinia. Eksperci twierdzą jednak, że nie ma możliwości, by konsumenci nie partycypowali w kosztach utrzymania infrastruktury.

Korzystający z internetu stacjonarnego mają przekonanie, że płacą za dużo. Chcą niższych opłat, a szczególnie denerwuje ich kwestia opłat za utrzymanie łącza i tego, że często muszą jeszcze płacić za dodatkowe rzeczy, których nie potrzebują. Woleliby, żeby to było proste rozwiązanie: płacę tylko za internet, z tym związana jest być może kwestia niższej opłaty – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Adam Czarnecki, wiceprezes zarządu ARC Rynek i Opinia.

Liczba użytkowników telefonii stacjonarnej maleje od wielu lat, co ma przede wszystkim związek z coraz tańszymi i bardziej zaawansowanymi usługami telefonii komórkowej. 75 proc. przebadanych klientów Neostrady (usługa internetu stacjonarnego Orange) posiada jeszcze telefon stacjonarny, ale tylko co trzeci korzysta z niego codziennie lub prawie codziennie.

– Aż 1/5 osób, która teoretycznie ma możliwość korzystać z telefonu stacjonarnego w ramach pakietu z internetem, w ogóle tego nie robi, więc płacą za nic. Natomiast część użytkowników ciągle z niego korzysta, bo ma poczucie, że jak płaci, to musi – uważa Czarnecki.

Ponad połowa badanych przez ARC Rynek i Opinia posiadających telefon stacjonarny w ramach Neostrady zrezygnowałaby z niego, gdyby nie wiązało się to z koniecznością płacenia dodatkowej opłaty za utrzymanie łącza.

Jak mówi stare powiedzenie Miltona Friedmana „Nie ma darmowych obiadów”. Koszt utrzymania łącza tak czy tak ponosi operator. Pytanie, czy przenosi go na konsumenta w sposób jawny, czy też ukrywa go w pakietach. Wszyscy operatorzy utrzymują łącza, więc w każdym wariancie jakiś procent opłaty abonamentowej musi pokrywać koszt jego utrzymania, koszt prądu, obsługi, zwrotu z inwestycji itp. – mówi Tomasz Kulisiewicz, analityk rynku telekomunikacyjnego.

Z punktu widzenia operatora jest to racjonalna strategia, ponieważ pozwala na pokrycie kosztów stałych i wzrost sprzedaży. Konsumenci cenią sobie jednak możliwość wyboru i chcą płacić tylko za te usługi, które są im rzeczywiście potrzebne. Z drugiej strony, jawne uwzględnienie stałych kosztów związanych z infrastrukturą ułatwiłoby klientom wybór bardziej konkurencyjnych dostawców, bo koszty usług byłyby bardziej przejrzyste. Obecnie te opłaty obciążają nawet klientów, którzy de facto nie korzystają już z telefonii stacjonarnej, podłączonej do typowego gniazdka.

– Problemem usługi Neostrada nie jest koszt utrzymania łącza, lecz sposób wykorzystywania go w marketingu oraz dość wysokie sumaryczne koszty usługi detalicznej. Zamiast obniżenia sumarycznej ceny usługi operatorowi wygodniej jest koncentrować uwagę publiczności na narzuconej przez regulatora” opłacie za utrzymanie łącza, za pomocą której usprawiedliwia poziom łącznych kosztów świadczenia internetu klientom – uważa Anna Streżyńska, była prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. – Dla Orange wygodne jest obarczanie regulatora odpowiedzialnością za istnienie opłaty za utrzymanie łącza. Tymczasem regulator musi jedynie znać ten koszt w celach regulacyjnych, nie wymaga ani wyodrębniania go, ani dodawania go do opłaty internetowej jako odrębnej usługi – dodaje była prezes UKE.

Sejm pracuje nad zmianami w viaTOLL. Będą ułatwienia dla kierowców

CEO Magazyn Polska

Elektroniczny system poboru opłat na drogach będzie bardziej przyjazny dla kierowców. Postulowane przez nich i przez operatora viaTOLL zmiany są przedmiotem prac Sejmu. Zgodnie z założeniami poselskiego projektu Platformy Obywatelskiej to właściciele pojazdów, a nie kierowcy dostaną kary za brak opłaty w systemie. W ciągu doby możliwa będzie tylko jedna kara, a jej wysokość zmaleje o połowę. W tym tygodniu projekt nowelizacji ustawy wyszedł z sejmowej Komisji Infrastruktury. 

Bardzo nas cieszy, że po trzech latach od uruchomienia systemu elektronicznego poboru opłat te pomysły, o których już wtedy mówiliśmy, wchodzą w życie – podkreśla Krzysztof Gorzkowski z Kapsch Telematic Services, operatora systemu viaTOLL.

Nowe zasady naliczania i płatności kar ma wprowadzić nowelizacja ustawy o drogach publicznych oraz ustawy o autostradach płatnych oraz o Krajowym Funduszu Drogowym. 22 lipca prace nad nią zakończyła Komisja Infrastruktury, teraz akt trafi pod obrady Sejmu.

Proponowane przez posłów zmiany to również odpowiedź na postulaty kierowców aut powyżej 3,5 tony.

Przede wszystkim to nie kierowcy będą karani za to, że poruszają się po sieci dróg płatnych, ponieważ to nie oni decydują, jaką trasą przewożą ładunki z punktu A do punktu B. O tym decyduje menedżer floty, wysyłając swojego kierowcę w trasę. To jest bardzo istotna zmiana. W Polsce do tej pory prawo było bardzo restrykcyjne – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Gorzkowski.

Kierowcy pozostaną odpowiedzialni za nieprzełączenie urządzenia viaBOX po podłączeniu przyczepy lub naczepy do pojazdu. Ustawodawca uznał, że to jedyne naruszenie, za które odpowiedzialność osobistą ponosi kierowca.

Zgodnie z propozycją kary za przejazd siecią dróg płatnych bez wniesienia opłaty nie będą się kumulowały w ciągu jednej doby, a dodatkowo będą one niższe. Obecnie kara wynosi 3000 zł. Kierowcom, którzy zapłacą niepełną opłatę (na przykład stawkę za pojazd o masie od 3,5 do 12 t w przypadku ciężarówki przekraczającej 12 t) grozi 1500 zł. Według nowelizacji stawki te zmaleją do odpowiednio 1500 zł i 750 zł. Dla samochodów osobowych o masie poniżej 3,5 tony (czyli zwolnionych z opłat), ale z przyczepą, która powoduje wzrost maksymalnej masy dopuszczalnej zespołu pojazdów do ponad 3,5 tony, kary wyniosą odpowiednio 500 zł i 250 zł.

Równie istotna jest zmiana zabezpieczeń prawnych i finansowych przy podpisywaniu umowy na tak zwany post-paid, czyli możliwość wnoszenia opłaty po przejechaniu. Dotychczas potrzebne do tego gwarancje bankowe lub ubezpieczeniowe były bardzo kosztowne, stać na to było tylko duże firmy – podkreśla Gorzkowski.

System gwarancji ma zostać złagodzony – by przejść na płatności w formie post-paid wystarczy mieć takie samo zabezpieczenie, jak to potrzebne do uzyskania licencji firmy transportowej. To 9 tys. euro na pierwszy pojazd i 5 tys. euro na każdy kolejny. Dzięki zmianom więcej firm będzie mogło skorzystać z płatności po przejeździe. Do tej pory w ten sposób płaciło jedynie ok. 30 proc. przedsiębiorstw.

Mam nadzieję, że większość firm w Polsce przejdzie na system wnoszenia opłaty post-paid, co bardzo uprości im życie, bo będą one otrzymywały jedną notę księgową w miesiącu od przejazdów wszystkich samochodów, które są we flocie, w ten sposób wnosząc opłatę – mówi Gorzkowski.

Posłowie Prawa i Sprawiedliwości proponowali jeszcze, by z opłat za autostrady zwolnić autobusy wykonujące przewozy na trasach o długości do 150 km, autobusy szkolne oraz samochody osobowe z przyczepą, gdy maksymalna masa dopuszczalna takiego zespołu przekracza 3,5 tony. Choć posłowie w Komisji Infrastruktury rekomendowali Sejmowi przyjęcie tych poprawek, zostały one uznane za niezgodne z przepisami unijnymi.

PiS chciał też zwolnić kierowców z opłat za przejazd obwodnicami miast. Komisja Infrastruktury zarekomendowała przyjęcie tej poprawki.

Projekt nowelizacji wpłynął do Sejmu już we wrześniu ubiegłego roku. Dopiero w marcu skierowano go jednak do Komisji Infrastruktury. Po drugim czytaniu w Sejmie został on skierowany do ponownego rozpatrzenia w Komisji, a ta 22 lipca zarekomendowała przyjęcie części poprawek do nowelizacji.

J. Socha (PwC): Nowy prezes GPW powinien dokończyć jej prywatyzację i znaleźć inwestora branżowego

CEO Magazyn Polska

Paweł Tamborski obejmie stanowisko prezesa Giełdy Papierów Wartościowych. Wybór ten zatwierdziła Komisja Nadzoru Finansowego. Rynek czeka teraz na strategię działania nowego prezesa. Jednym z zadań będzie znalezienie inwestora branżowego, który wzmocni jeszcze pozycję warszawskiej giełdy w regionie – ocenia Jacek Socha, wiceprezes PwC w Polsce. To zaś będzie wymagało dokończenia prywatyzacji GPW.

Według Jacka Sochy rynek dobrze przyjął decyzję MSP w sprawie zmiany na stanowisku prezesa GPW, a doświadczenie z pracy na rynku kapitałowym powinno mu pomóc we współpracy ze środowiskiem giełdowym.

– Ważne jest doświadczenie Pawła Tamborskiego na rynku kapitałowym. Jako bankier inwestycyjny doskonale wie, jak pracuje rynek i jakie jest jego tętno – mówi Jacek Socha, wiceprezes PwC w Polsce. – Oczekuję od prezesa Tamborskiego pewnej, jasnej i klarownej wizji działania giełdy i określenia tego, co chciałby osiągnąć w najbliższych latach.

Jedna z najważniejszych decyzji dotyczyć będzie fuzji GPW z giełdą w Wiedniu.

W moim przekonaniu jest to kierunek właściwy z tego względu, że miejsce dla giełdy w Europie Środkowej jest tylko jedno: albo Wiedeń, albo Warszawa, albo oba te rynki razem. Warszawa powinna znaleźć sobie strategicznego partnera. Jesteśmy małą giełdą i nie przestaniemy być małą giełdą, to jest 130-140 mld euro kapitalizacji, z Wiedniem byłoby to 280 mld euro. To i tak jest dużo mniej niż Moskwa i znacznie mniej, bo tylko 1/3 tego, co w Madrycie, który nie jest postrzegany jako duży rynek europejski – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Socha, wiceprezes PwC w Polsce.

Znalezienie inwestora branżowego, który zaoferuje atrakcyjną strategię rozwoju GPW, będzie wymagało efektywnej współpracy nowego prezesa warszawskiej giełdy z Ministerstwem Skarbu Państwa i rządem. Obok otoczenia regulacyjnego dla potencjalnych inwestorów kluczowe znaczenie mają też plany MSP dotyczące prywatyzacji GPW. Zdaniem Jacka Sochy pozostawanie spółki prowadzącej giełdę pod faktyczną kontrolą państwa nie ma już żadnego merytorycznego uzasadnienia.

Giełda nie powinna być spółką, która jest własnością Skarbu Państwa, ten etap już minął i myślę, że nowy prezes powinien pracować z ministrem skarbu, aby ten zgodził się na zmianę struktury. Prezes Tamborski jest osobą doświadczoną, przede wszystkim sam był wiceministrem skarbu, więc doskonale wie, jak to funkcjonuje. Jego relacje z właścicielem będą na pewno dobre, w tym sensie, że wie, jak to robić – uważa Socha.

Według wiceprezesa PwC Skarb Państwa powinien sprzedać kontrolowany przez siebie pakiet akcji w perspektywie maksymalnie dwóch lat. Równocześnie Paweł Tamborski będzie się musiał zmierzyć z negatywnymi skutkami marginalizacji OFE oraz coraz mniejszą liczba debiutów, zwłaszcza prywatyzowanych spółek.

– Jest połowa lipca i niewiele osób zapisuje się do OFE, w związku z czym wiadomo, że z tej strony będzie trochę mniej pieniędzy. Trzeba będzie wspólnie z rządem i parlamentem poszukać nowych rozwiązań w III filarze, rozwiązań emerytalnych – zauważa wiceprezes PwC w Polsce.

Kolejnym wyzwaniem dla nowego prezesa będzie znalezienie kompromisu między interesami akcjonariuszy GPW a przedstawicielami domów maklerskich. Pośrednicy skarżą się na wysokość opłat transakcyjnych, która ich zdaniem hamuje rozwój rynku. W tle sporu o opłaty transakcyjne pojawia się problem niedostatecznej płynności na wielu notowanych papierach. Niska płynność z jednej strony może być wynikiem niedostatecznej podaży kapitału i liczby uczestników rynku, a z drugiej – może zniechęcać spółki i inwestorów do wchodzenia na rynek. W rezultacie trudniej jest przyciągać zagraniczny kapitał, który – zwłaszcza na rynkach wschodzących – preferuje aktywa o wysokiej płynności.

Jesteśmy postrzegani jako rynek stosunkowo młody o wyższym poziomie ryzyka. Po kilku latach od rozpoczęcia kryzysu, mimo że polska gospodarka ma się bardzo dobrze na tle innych gospodarek, uzyskaliśmy tylko poziom 2,3-2,4 tys. punktów z WIG20 z 4 tys., które były w 2007 roku. To jest kwestia postrzegania rynku i bezpieczeństwa na rynku. W moim przekonaniu właściwe byłoby szukanie strategicznego partnera biznesowego, który widziałby w Warszawie miejsce na hub dla Europy Środkowej i Wschodniej – uważa Jacek Socha.

Inwestorzy nie szukają już w Polsce taniej siły roboczej. Cenniejsi są dla nich wykształceni informatycy i inżynierowie

CEO Magazyn Polska

Zmienia się mapa europejskiego sektora wysokich technologii. Traci pogrążone w kryzysie południe Europy, a zyskuje Polska i region Europy Środkowo-Wschodniej. Nad Wisłę zagranicznych inwestorów przyciągają bardzo dobrze wykształceni inżynierowie i informatycy. To dzięki rozwojowi zaawansowanych badań oraz produkcji udział dóbr high-tech w polskim eksporcie wzrósł między 2007 a 2012 rokiem dwukrotnie.

Dzisiaj inwestorzy zagraniczni nie myślą już o Polsce jako o rynku, gdzie lokuje się swoje linie produkcyjne, bo jest tania siła robocza. Dzisiaj inwestorzy zagraniczni, przykładem jest GE, wybierają rynek polski dlatego, że jest tu bardzo wyspecjalizowana i świetnie wykształcona kadra, która już dzisiaj podejmuje się wykonywania bardzo specjalistycznych i innowacyjnych projektów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Beata Stelmach, prezes zarządu General Electric w Polsce i krajach nadbałtyckich.

Różnice w kosztach pracy między Polską a najbardziej rozwiniętymi gospodarkami Europy pozostają duże, na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat zwiększyła się jednak relacja tych kosztów na korzyść polskich pracowników. Według danych Eurostatu w 1996 r. całkowite koszty związane z zatrudnieniem w Polsce kształtowały się na poziomie 13 proc. takich kosztów w Niemczech oraz 20 proc. w Wielkiej Brytanii. W 2013 r. te relacje uległy niemal podwojeniu, do 24 proc. w przypadku Niemiec i 36 proc. w przypadku Wielkiej Brytanii.

GE w Polsce jest już ponad 20 lat i pierwsze inwestycje, jakie były dokonane, to były przejęcia pewnych zakładów produkcyjnych w drodze prywatyzacji. Dzisiaj firma zatrudnia w Polsce ponad 10 tys. osób. I to są nie tylko pracownicy linii produkcyjnych, lecz przede wszystkim są to bardzo wysoko wykwalifikowani pracownicy – twierdzi Stelmach.

Polscy pracownicy – zarówno w sektorze produkcji, jak i R&D (badania i rozwój) – są konkurencyjni w porównaniu z średnią z 28 państw UE. W 2011 r. średnia wydajność pracy w relacji do wynagrodzenia wyniosła 199,9 w przypadku sektora przemysłowego i 139,5 w sektorze profesjonalnych badań – wynika z danych Eurostatu. Średni wskaźnik dla gospodarek UE wyniósł odpowiednio 149 i 120. To sprawia, że Polska jest jednym z najbardziej atrakcyjnych miejsc w Europie do lokowania inwestycji w R&D i zaawansowanych gałęziach przemysłu. Przykładem jest koncern GE, który w 2010 r. stworzył w Warszawie ciśnieniowe laboratorium do badania sprzętu, który jest wykorzystywany przy podwodnym poszukiwaniu gazu i ropy.

– W tym roku zostanie otwarte specjalistyczne laboratorium, w którym badane będą komponenty łożysk do nowoczesnych silników GEnx, które są wykorzystywane m.in. w dreamlinerach. Te bardzo specjalistyczne badania wykonywane są w Polsce przez polskich specjalistów – mówi prezes GE w Polsce i krajach nadbałtyckich.

Od dłuższego czasu pracownicy z wykształceniem technicznym i informatycznym mogą liczyć na korzystne warunki zatrudnienia, co wynika m.in. z inwestycji firm z zagranicznym kapitałem.

W tej chwili tworzymy zespół stu kilkudziesięciu informatyków, którzy będą świadczyć usługi specjalistycznego wsparcia dla sektora usług medycznych, które GE świadczy w regionie. Inwestycje i obecność w Polsce z perspektywy General Electric to z jednej strony wysoko wykwalifikowana kadra, a z drugiej projekty, które mogą być zrealizowane na potrzeby modernizowanej polskiej gospodarki – wskazuje Beata Stelmach.

Rosnące zaawansowanie technologiczne polskiej gospodarki jest widoczne w zmieniającej się strukturze eksportu. Zgodnie z danymi Eurostatu w 2007 r. udział towarów i usług high-tech wyniósł 3 proc. całkowitego eksportu, by wzrosnąć do 5,9 proc. w 2012 r. W ten sposób Polska wyprzedziła część bogatszych krajów UE, zwłaszcza z południowej części kontynentu, jak: Grecja, Włochy, Hiszpania i Portugalia.

Średnia dla 28 krajów UE pozostaje jednak relatywnie daleko i wynosi 15,6 proc. udziału zaawansowanych technologicznie dóbr w całkowitym eksporcie. Dalszy wzrost eksportu dóbr high-tech może napotkać bariery w postaci ciągle niskiej innowacyjności polskiej gospodarki. Poprawa w tym zakresie wymaga bardziej efektywnej współpracy między sektorem publicznym i prywatnym.

Założone 14 lat temu centrum inżynieryjne, centrum kompetencyjne, jest doskonałym przykładem współpracy pomiędzy instytucją publiczną a korporacją, ponieważ GE współpracuje z Instytutem Lotnictwa. Dzisiaj centrum inżynieryjne (GE EDC) zatrudnia ponad 1650 inżynierów, a więc najwyższej klasy pracowników, którzy pracują w laboratoriach na globalne zapotrzebowanie General Electric – mówi Beata Stelmach.

Polscy rolnicy oszczędzają więcej niż pracownicy korporacji

CEO Magazyn Polska

Polski rolnik oszczędza co miesiąc o ponad połowę więcej niż pracownik korporacji. Mniej od gospodarstw rolnych oszczędzają także pracujący na własny rachunek. W stosunku do wielkości gospodarki, a zwłaszcza konsumpcji, Polacy oszczędzają bardzo mało. W III kwartale 2013 r. gospodarstwa domowe odłożyły równowartość 5 proc. PKB. Bez zmiany obecnych tendencji dopiero za 30 lat przeciętny Polak dogoni pod względem bogactwa obywatela Niemiec.

Przeciętny Polak ma w tej chwili około 8-9 tys. euro aktywów finansowych. W porównaniu z Niemcem, który ma prawie 70 tys. euro, jest to siedmiokrotnie mniej. Dobra wiadomość jest taka, że naszych zachodnich sąsiadów szybko gonimy. Tempo wzrostu aktywów finansowych w Polsce wynosi około 10 proc. w skali roku. W Niemczech to 3 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Grzybczak, dyrektor zarządzający BGŻOptima.

Różnica w majątku finansowym między Polakami a Niemcami jest wciąż na tyle duża, że przy utrzymaniu obecnych tendencji zniknie ona dopiero po 30 latach. Przyrost wartości aktywów finansowych zależy wprost od długookresowej stopy oszczędności oraz sposobu ich wykorzystania, czyli wyboru właściwych projektów inwestycyjnych.

W Polsce stopa oszczędzania jest wciąż bardzo niska. Wynosi, w zależności od roku, od 2 do 5 proc. Jest to poziom zdecydowanie niższy niż w krajach Europy Zachodniej. Dla porównania w Niemczech stopa oszczędzania wynosi 10 proc. – mówi Piotr Grzybczak.

Jak wynika za danych NBP, gospodarstwa domowe zaoszczędziły w III kwartale 2013 r. jedynie równowartość 4,9 proc. PKB.

Choć Polacy oszczędzają regularnie, średnio są to niewielkie kwoty. Według dyrektora BGŻOptima niespodzianką jest fakt, że to nie pracownicy korporacji czy samozatrudnieni oszczędzają najwięcej w przeliczeniu na 1 osobę.

Najwięcej wśród Polaków odkładają gospodarstwa rolne. Te dane nas zaskoczyły. Średnio odkładają oni 350 zł. Dla porównania osoby zatrudnione w korporacjach 200 zł – wskazuje Grzybczak.

Warto jednak zwrócić uwagę na to, że od 2004 r. skumulowana wartość dopłat bezpośrednich dla rolnictwa wyniosła ponad 105 mld zł. Pieniądze trafiły do ok. 1,4 mln rolników. Widoczna jest także duża koncentracja zgromadzonych oszczędności: 50 proc. z nich należy do 10 proc. Polaków.

Niską przeciętną skłonność do oszczędzania Grzybczak tłumaczy dużym optymizmem wśród Polaków. W porównaniu z wieloma gospodarkami UE, Polska relatywnie łagodnie przeszła przez okres światowego kryzysu, dzięki czemu nie było załamania konsumpcji. O dobrych nastrojach wśród polskich konsumentów świadczy też wysoki poziom wydatków na trwałe dobra konsumpcyjne, takie jak samochody. Są one szczególnie wysokie, jeśli się porówna ich wartość do średniej w UE na tle niewielkich zasobów finansowych Polaków.

W Polsce wydatki na samochody w skali roku to 96 proc. w skali unijnej. A nasze oszczędności, nasze aktywa, wciąż stanowią tylko 15 proc. średniej unijnej. Czyli mamy jeszcze dużo do nadgonienia – uważa dyrektor zarządzający BGŻOptima.

Obok stopy oszczędności decydującym czynnikiem wpływającym na tempo wzrostu majątku finansowego Polaków jest efektywność wykorzystania dostępnego kapitału. Wolne środki dostępne na inwestycje nie generują wzrostu PKB, jeśli nie są efektywnie wykorzystywane.

Poziom średniego bogactwa Polaków zaczął szybko rosnąć w wyniku reform po 1989 r. Drugą istotną cezurą było wejście do UE, które wymagało otwarcia gospodarki na konkurencję na jednolitym rynku oraz poprawy szeregu regulacji i instytucji. W rezultacie od 2004 r. tempo wzrostu wartości depozytów wynosiło średnio 7 proc. rocznie. Jeszcze szybciej rosła wartość aktywów finansowych w postaci akcji i jednostek uczestnictwa w funduszach inwestycyjnych – 10 proc. rocznie – wynika z obliczeń BGŻOptima. Poza Słowacją było to najszybsze tempo bogacenia się wśród państw Europy Środkowo-Wschodniej.

Dla porównania aktywa na Węgrzech rosły tylko 6 proc. rocznie, na Słowenii 5 proc., w Czechach 8 proc. Słowacja rosła równie szybko jak my. Bogacimy się bardzo szybko i to jest dobra wiadomość – ocenia Grzybczak.

Szybkiemu przyrostowi aktywów finansowych w Polsce sprzyjał także relatywnie dobrze rozwinięty rynek kapitałowy. Wciąż jednak niewielka część oszczędności Polaków trafia na giełdę. Według obliczeń BGŻOptima w 2013 r. jedynie 5 proc. zostało ulokowane w akacjach i innych udziałach kapitałowych, a 10 proc. w krajowych funduszach inwestycyjnych (bez uwzględnienia OFE). Całkowita wartość aktywów finansowych gospodarstw domowych wyniosła we wskazanym okresie 864 mld zł.

W ciągu 10 lat prawie zupełnie nie zmieniła się struktura naszych aktywów finansowych. Wciąż ponad 10 proc. to depozyty i gotówka. Nadal zdecydowanie wybieramy depozyty bankowe, mimo że stopa zwrotu z innych aktywów, czyli z funduszy inwestycyjnych czy obligacji, jest znacznie wyższa niż z depozytów. Dla przykładu WIG przez ostatnie 20 lat rósł średnio 10 proc. w skali roku – mówi dyrektor zarządzający BGŻOptima.

Na tle rozwiniętych państw UE Polskę wyróżnia niski udział zainwestowanych oszczędności na rynku kapitałowym. Większy od średniej UE jest za to udział depozytów, w tym zwłaszcza lokat terminowych.

Młodsze pokolenia są coraz lepiej wykształcone

CEO Magazyn Polska

Badanie zachowań edukacyjnych Polaków pokazuje, że dokonaliśmy awansu edukacyjnego. Młodsze pokolenia są coraz lepiej wykształcone. Wciąż największy wpływ na wybory edukacyjne i poziom wykształcenia mają wzory wyniesione z rodzinnego domu, choć duże znaczenie ma też sytuacja na rynku pracy. Poziom wykształcenia ma często wpływ na charakter zatrudnienia – niższe wykształcenie zwiększa prawdopodobieństwo zatrudnienia na umowę śmieciową.

Podstawowe znaczenie dla osiąganego poziomu edukacji ma przede wszystkim sytuacja rodzinna – wykształcenie rodziców oraz motywowanie przez nich dzieci do zdobywania kolejnych poziomów edukacji. Wykształceni rodzice są w stanie od najmłodszych lat przekazywać potomkom wiedzę i zaszczepić potrzebę jej zdobywania.

Wzorce edukacyjne przekładają się na kolejne pokolenia. Rodzice z wyższym wykształceniem częściej poświęcają swój czas na rozmowy i zabawy edukacyjne z małymi dziećmi do siódmego roku życia – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Agnieszka Chłoń-Domińczak, lider Zespołu Edukacji i Rynku Pracy w Instytucie Badań Edukacyjnych.– To, co niepokoi w badaniu, to jak wygląda przejście pomiędzy edukacją a rynkiem pracy. Jeżeli osoba ma niższe wykształcenie, częściej zdarza się, że pracuje w szarej strefie na podstawie ustnych umów lub pracuje na umowach śmieciowych.

Wpływ na kontynuowanie nauki w dorosłym życiu ma z kolei sytuacja rodzinna i społeczna. Zwykle rezygnują z niej rodzice małych dzieci i ludzie starsi. Istotny jest też poziom osiągniętego wykształcenia – im bardziej wykształcone osoby, tym chętniej korzystają z różnych form doszkalania i poszerzania wiedzy.

Widzimy, że osoby, które są wykluczone edukacyjnie czy osiągnęły najniższe poziomy wykształcenia, nie kontynuują nauki, co z kolei zwiększa ryzyko wykluczenia społecznego. Badanie potwierdza również, że dorośli Polacy rzadko są aktywni edukacyjnie. Ewentualnie uczą się samodzielnie, nieformalnie. Wraz z wykształceniem rośnie uczestnictwo w różnych formach nauki – krótko mówiąc, osoby niżej wykształcone mniej się uczą – podkreśla dr Agnieszka Chłoń-Domińczak.

Instytut Badań Edukacyjnych we współpracy z zespołem Instytutu Statystyki i Demografii Szkoły Głównej Handlowej przygotował badanie zachowań edukacyjnych Polaków, w którym udział wzięło ponad 33 tys. gospodarstw domowych i około 60 tys. osób, a w ankiecie indywidualnej odpowiedzi udzielały osoby pomiędzy 15. a 65. rokiem życia.

Od dziś zmieniają się wymogi w oznaczaniu cen. Towary nie będą musiały być metkowane

0

CEO Magazyn Polska

Dziś wchodzą w życie nowe zasady informowania o cenach towarów i usług. Zmniejszą się wymogi dotyczące oznaczania produktów. Pozwoli to punktom handlowym ograniczyć koszty, które generowało metkowanie każdego towaru z osobna. Wzrosną za to kary za niedopełnienie obowiązków.

Do tej pory maksymalna kara za wykroczenia związane z informowaniem o cenach towarów i usług wynosiła 1,5 tys., teraz może to być nawet 20 tys. zł za jednorazowe naruszenie prawa.

Ustawa wprowadza bardzo wysokie kary w przypadku niedopełnienia obowiązków informacyjnych dotyczących cen. Nowe prawo przewiduje karę administracyjną za tego typu zaniechanie do 20 tys. złotych. Natomiast w przypadku, gdy dojdzie do trzykrotnego naruszenia zapisów ustawy w ciągu roku, kara może wynieść 40 tys. złotych, przy czym ustawodawca pozostawił do ustalenia urzędnikom, jaka ta kara ostatecznie będzie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Radosław Płonka, adwokat w Kancelarii Prawnej Płonka Ozga, ekspert prawny BCC.

Uchwalona przez Sejm w maju br. ustawa ma na celu realizację procesu deregulacji i dostosowanie prawa do realiów rynku – napisano w uzasadnieniu.

Głównym plusem tej ustawy jest zniesienie obowiązku oznaczania każdego towaru indywidualnie na półce. Obecnie będzie można to zrobić w inny sposób, byleby cena była wskazana w sposób jednoznaczny. To jest niewątpliwy plus tej ustawy. Przedsiębiorca nie będzie miał potrzeby angażowania pracowników do metkowania każdego towaru z osobna, pracownicy będą mogli zająć się bardziej produktywną pracą – wskazuje Radosław Płonka.

Problemy, jakie mogą powstać z powodu nakładania wysokich kar finansowych na firmy, są większe od korzyści, jakie wynikają z nowego prawa – uważa jednak ekspert prawny BCC.

Do tej pory maksymalna stawka kary według Kodeksu wykroczeń wynosiła 1500 zł, ale odpowiedni przepis został uchylony. Dodatkowym czynnikiem ryzyka jest to, że wysokość kar będzie w dużym stopniu zależeć od uznaniowej decyzji urzędników. W rezultacie negatywne skutki nowych regulacji najmocniej odczują małe i mikroprzedsiębiorstwa, ponieważ wysokość kar w relacji do ich przychodu jest bardzo wysoka.

Hipermarkety do tej pory radziły sobie w ten sposób, że wprowadzały system kodów kreskowych. Natomiast mikro- i mali przedsiębiorcy, których nie stać na wdrożenie tego kosztownego systemu, oznaczali każdy towar na półce z osobna – mówi ekspert prawny BCC.

W przypadku rozbieżności lub wątpliwości co do ceny oferowanego produktu, na mocy nowej ustawy konsument będzie miał prawo żądać sprzedaży tego produktu po cenie dla niego najkorzystniejszej. W założeniu ma to zniechęcać firmy do stosowania praktyk mających na celu wykorzystanie nieuwagi klientów do sprawdzenia, jakie są rzeczywisty koszty nabycia danego towaru czy usługi.

Choć konsumenci mają pełne prawo do wiarygodnych informacji dotyczących sprzedawanych produktów, w tym jednoznacznie określonych cen, to – zdaniem Płonki – ochrona ich interesów nie wymaga tak wysokich sankcji. Podkreśla, że ustalając ich wysokość, ustawodawca źle wyważył z jednej strony, społeczną szkodliwość niedopełnienia tych obowiązków przez firmy, a z drugiej – społeczne koszty związane z możliwym bankructwem przedsiębiorcy.

Konsekwencją tego typu rozwiązania może być utrata miejsca pracy, a także likwidacja niektórych mniejszych firm, które nie będą w stanie ponieść tego typu kosztu. Wysokość kary jest nieadekwatna do stopnia społecznej szkodliwości takiego czynu – uważa Płonka.

Zyskowność branży mięsnej bliska zeru. Wyniszcza ją słaba pozycja w stosunku do sieci handlowych

CEO Magazyn Polska

Drobni przedsiębiorcy produkujący mięsa i wędliny coraz mocniej odczuwają presję ze strony dużych sieci handlowych. W tym roku dodatkowym problemem dla branży jest embargo na eksport wieprzowiny na rynki wschodnie. W efekcie wiele firm może zanotować straty, bo od wielu lat jest na granicy rentowności. To sprawia, że branża coraz częściej mówi o potrzebie integracji produkcji.

Od wielu lat branża mięsna pracuje na minimalnej marży, a możliwe nawet, że dosłownie na zerowej. To oczywiście bardzo utrudnia rozwój branży, która przedtem bardzo dobrze sobie radziła – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Rodziewicz, prezes Stowarzyszenia Rzeźników i Wędliniarzy RP.

Wszystko wskazuje na to, że 2014 r. będzie dla branży mięsnej kolejnym trudnym rokiem. Mimo negocjacji i skierowania sprawy do WTO przez Komisję Europejską Rosja wciąż utrzymuje embargo na wieprzowinę z UE. W rezultacie eksport wieprzowiny z Polski spadł w I kwartale br. o 7 proc., licząc rok do roku. Ze względu na rosyjskie embargo w całym 2014 r. wywóz mięsa wieprzowego ma być niższy o 15 proc. – prognozuje Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. Zakaz eksportu dotyczy także innych gospodarek wchodzących w skład Unii Celnej, a więc Białorusi i Kazachstanu.

Skutkiem mniejszego eksportu na rynki wschodnie będzie spadek cen wieprzowiny na rynku krajowym. Jej spożycie dzięki temu wzrośnie o 1 kg/osobę do 37 kg/osobę rocznie – ocenia IERiGŻ. Choć wzrośnie wolumen sprzedaży, to przy braku spadku kosztów produkcji jej rentowność będzie jednak niższa.

Problemem wielu wytwórców – zwłaszcza małych i średnich przedsiębiorców – jest niewielka specjalizacja ich produkcji. Wiele zakładów mięsnych produkuje nawet kilkadziesiąt różnych wyrobów, co nie pozwala efektywnie wykorzystywać posiadanych maszyn i pracowników. Uniemożliwia to również koncentrację produkcji na najbardziej rentownych rodzajach mięs i wędlin. Tymczasem spożycie poszczególnych grup produktów się zmienia. Jest to widoczne zwłaszcza w dłuższym horyzoncie czasowym: 20-30 lat temu przeciętny Polak jadł 12-15 kg wołowiny rocznie, a obecnie jest to tylko 1,5-2 kg.

Mięso utrzymuje się na tym samym poziomie, natomiast ilość typowych polskich kiełbas zmniejsza się. To się przenosi na kwestie garmażu czy dań gotowych. Spożycie wieprzowiny spada u nas stosunkowo niewiele, drobiu ciągle rośnie, ale jestem zaniepokojony bardzo małą ilością spożywanej wołowiny – mówi Rodziewicz.

Niska rentowność sprawia, że mniejsi przedsiębiorcy coraz częściej mówią o potrzebie większej kooperacji. Skłania ich do tego także postępująca koncentracja na rynku detalicznym. Mali producenci mają niewielką siłę przetargową w negocjacjach z dużymi sieciami handlowymi i dystrybutorami.

Walczymy o tę integrację, ale to bardzo trudny proces. Nasi przetwórcy przyzwyczajeni są do tego, że wszyscy robią pełny asortyment wędlin i mięsa. To na pewno ogranicza ich siłę w relacjach z innymi uczestnikami rynku. Dlatego te koncerny, które są w Polsce, takie jak Sokołów i Animex, lepiej sobie radzą, bo bardziej się integrują – uważa Stowarzyszenia Rzeźników i Wędliniarzy RP.

Duże rozdrobnienie polskich producentów oraz ich szeroki asortyment wynika także z tradycji produkcji mięs i wędlin na domowe potrzeby lub lokalne rynki. Wiele z nich to produkty specyficzne dla danego regionu, dlatego część przedsiębiorców nie chce rezygnować ze swoich oryginalnych receptur i wyrobów. Janusz Rodziewicz uważa, że integracja rynku musi brać pod uwagę te wywodzące się z tradycji realia.

To jednak nie zastąpi polskiej tradycji, zgodnie z którą mamy ogromną ilość gatunków mięsa i wędlin. Przemysł jest bardzo mocno rozbudowany i dzięki temu mamy ciągle tradycyjny, specyficzny smak polskiego mięsa i polskich wędlin – uważa Janusz Rodziewicz.

Problemem dla niewielkich producentów wędzonych mięs i wędlin są także nowe przepisy unijne, które obniżają dopuszczalną zawartość potencjalnie szkodliwych substancji (m.in. benzopirenów). Część z nich będzie jednak mogła produkować na rynek krajowy według dotychczasowym norm, jeśli ich wyroby trafią na listę produktów tradycyjnych, zatwierdzonych przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Komisja Europejska zdecydowała się złagodzić swoje stanowisko po uwagach ze strony państw członkowskich, w tym Polski.

Bardzo silny wpływ na kondycję branży mięsnej ma również zaufanie konsumentów do jakości wyrobów, co wynika z rosnącej zamożności i świadomości zakupowej Polaków. Jednym ze sposobów na informowanie klientów oraz zachęcanie do zakupu mięs i wędlin jest Fundusz Promocji. Formalnie istnieje 5 osobnych funduszy, które gromadzą środki na promocję mięsa wieprzowego, drobiowego, wołowego, końskiego i owczego.

Co trzeci Polak planuje w tym roku remont. Głównie własnymi siłami

CEO Magazyn Polska

Co trzeci Polak planuje w tym roku remont. W większości przypadków będą to tylko drobne prace. Polacy niechętnie korzystają z fachowych ekip – samodzielnie wolimy malować, gipsować i tapetować. Dla co czwartego remontującego to wydatek co najmniej 5 tys. zł.

Jak wynika z badania PAYBACK Opinion Poll, jedna trzecia Polaków planuje przeprowadzenie remontu w tym roku. W ponad połowie przypadków będą to drobne prace remontowe, jak malowanie ścian czy zmiana wystroju pomieszczeń. Prawie 40 proc. Polaków natomiast planuje gruntowny remont jednego z pomieszczeń – mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Lipiński, kierownik ds. PR Loyalty Partner Polska, operatora programu bonusowego PAYBACK.

Lipiński dodaje, że Polacy ‒ zwłaszcza przy prostszych pracach ‒ nie korzystają z pomocy fachowych ekip. Takie prace, jak malowanie, gipsowanie lub tapetowanie ścian osoby remontujące najczęściej wykonują same lub z pomocą członków rodziny. Nieco mniej niż połowa przepytanych deklaruje, że bez pomocy specjalistów położy panele lub parkiet. 61 proc. respondentów zadeklarowało, że w ogóle nie zatrudni ekipy remontowej.

Fachowców Polacy zatrudniają zwłaszcza do bardziej uciążliwych prac. Tylko ok. 5 proc. osób zamierza samodzielnie cyklinować i wykonywać prace szklarskie. Jeszcze mniej osób deklaruje, że bez pomocy fachowców zajmie się instalacją gazową i grzewczą.

Wybierając ekipę remontową, najczęściej kierujemy się rekomendacją innych osób (aż 70 proc. badanych), choć ważne są też cena oraz terminowość wykonania prac. Polacy oczekują też odpowiedniej jakości. Ponad połowa respondentów zadeklarowała, że podpisze umowę ze specjalistami.

Korzystanie z usług fachowców zwiększa koszty remontu, które i tak nie są najniższe. Co czwarty remontujący wyda na niego co najmniej 5 tys. zł. Tylko jeden na dziesięciu zamknie wydatki w kwocie 500 zł.

Pieniądze będą pochodziły głównie z oszczędności, ale też z budżetu domowego oraz kredytu bankowego. Tę ostatnią opcję wybierze co dziesiąty Polak – wyjaśnia Lipiński. ‒ Koszt remontu wiąże się z zakupem narzędzi, a także materiałów budowlanych i wykończeniowych. Skorzystamy głównie z marketów budowlanych oraz meblowych, wybierając produkty ze średniej półki cenowej.

Jak dodaje Lipiński, koszty te można nieco obniżyć. Pomaga w tym zwłaszcza dobre planowanie. Zachęca, by przed remontem dokonać inwentaryzacji i spisać materiały oraz elementy, które są potrzebne. To pozwoli uniknąć niepotrzebnych wydatków.

Lato to popularna pora na remont. W ciągu tych miesięcy przeprowadzi go jedna trzecia ankietowanych. Ale aż 43 proc. respondentów nie wybiera pory roku szczególnie, lecz dokonuje niezbędnych prac wtedy, gdy zachodzi taka potrzeba. Reszta – ok. 20 proc. Polaków – kieruje się finansami i rozpoczyna remont dopiero wtedy, gdy zaoszczędzi niezbędne środki.

Rynek czeka na nowego prezesa giełdy. KNF dał zielone światło

CEO Magazyn Polska

Aktualizacja 12:30

Zgodnie z oczekiwaniami inwestorów KNF wydał dziś zgodę na objęcie przez Pawła Tamborskiego fotela prezesa GPW. W piątek ma zostać dokończone walne zgromadzenie akcjonariuszy Giełdy, po którym były wiceminister skarbu zajmie miejsce Adama Maciejewskiego. Według Piotra Olendskiego, członka zarządu Deutsche Bank Polska, Tamborski ma dobre kwalifikacje, by zmierzyć się z wyzwaniami, jakie stoją przed polskim rynkiem kapitałowym.

Wielokrotnie współpracowałem z Pawłem Tamborskim. Jest to człowiek wyjątkowo dokładny, który przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji chce zapoznać się ze wszystkimi aspektami. Bardzo wnikliwie analizuje skutki swoich decyzji, ma bardzo dużą wiarę w to, co robi, i niełatwo się zniechęca – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Olendski, członek zarządu Deutsche Bank Polska.

Po oficjalnym objęciu fotela prezesa GPW przez Pawła Tamborskiego uczestnicy rynku czekać będą na określenie przez niego celów związanych z rozwojem giełdy. Tym bardziej, że panuje powszechna zgoda, co do tego, że wyczerpał się już dotychczasowy model rozwoju rynku kapitałowego. Coraz mniejszy jest zasób spółek do prywatyzacji, a przede wszystkim ograniczona zostanie rola OFE jako ważnego kupującego, zwłaszcza na rynku pierwotnym. Te problemy zostały już szeroko opisane w obowiązującej wciąż strategii rozwoju giełdy, której celem była budowa Warsaw Capital City.

– Rolą nowego prezesa będzie nie tylko kierowanie giełdą w rozumieniu administrowania, lecz także stworzenie wizji i jej wdrażanie oraz promocja polskiego rynku kapitałowego – twierdzi Olendski.

Część ekspertów uważa, że państwo powinno całkowicie sprywatyzować giełdę, aby pomóc w pozyskaniu inwestora branżowego. To może być ważny warunek powodzenia ewentualnej fuzji z jednym z rynków w regionie, np. grupą CEE SEG na czele z giełdą wiedeńską. Zwolennicy takich decyzji argumentują, że polski rynek kapitałowy jest zbyt mały, by samodzielnie się rozwijać i pozyskiwać znaczący kapitał zagraniczny.

Jednocześnie zgadzamy się co do tego, że istnieje jeszcze spory potencjał do zwiększenia mobilizacji krajowego kapitału, m.in. poprzez stworzenie zachęt do prywatnego oszczędzania na emeryturę. W tym kontekście GPW już prowadzi kampanię mającą na celu popularyzację rynku kapitałowego.

To jest coś, z czym Paweł Tamborski przez wiele lat miał do czynienia, promował spółki, promował już polski rynek kapitałowy, dbał o jego rozwój, więc w pewnym sensie to może być taki naturalny następny krok w jego karierze zawodowej – uważa członek zarządu Deutsche Bank Polska.

Obok podjęcia decyzji na poziomie strategicznym, nowy prezes GPW będzie musiał zmierzyć się także z problemami, które wskazują na co dzień inwestorzy. Giełda podjęła w ostatnim czasie szereg działań mających zwiększyć atrakcyjność warszawskiego parkietu, zwłaszcza pod względem płynności. Na razie jednak wprowadzenie nowych indeksów giełdowych oraz wzrost mnożnika na kontraktach terminowych z 10 do 20 zł nie zrekompensowały negatywnego wpływu, jaki miała marginalizacja OFE.

Olendski uważa, że ogromne doświadczenie Tamborskiego w pracy na rynku kapitałowym i jego otoczeniu pozwoli mu skutecznie zająć się barierami rozwoju rynku, które zmniejszają płynność, liczbę emitentów oraz inwestorów. Z kolei decyzje na poziomie strategicznym będą wymagały również efektywnej współpracy z MSP.

 Tamborski ma wieloletnie doświadczenie we wprowadzaniu firm na parkiet, w podnoszeniu kapitału poprzez emisję z prawem poboru, sprzedaż, transakcje na rynku wtórnym. Tak więc przeszedł przez wszystkie etapy tego rynku kapitałowego, gdzie jego służba w ramach Ministerstwa Skarbu była tylko jednym z wielu, aczkolwiek bardzo cennych, etapów pozyskiwania doświadczeń – uważa Piotr Olendski.