Prawie 1,7 miliona numerów zostało przeniesionych pomiędzy sieciami komórkowymi w ub.r. To blisko 190 tysięcy mniej niż w okresie od stycznia do grudnia 2018 roku. W opinii ekspertów, może to świadczyć o stabilizacji na rynku i zrównywaniu ofert. W 2019 roku najwięcej zmian było w kwietniu, a najmniej – w czerwcu. Tylko jeden z czterech głównych operatorów zanotował dodatni wynik netto. I jak dodają specjaliści, w najbliższej przyszłości pole konkurowania skupi się na jakości obsługi i usług.
W minionym roku przeniesiono 1 694 385 numerów w sieciach ruchomych. To o 186 993 mniej niż w 2018 roku, kiedy takich operacji było 1 881 378. Tak wynika ze statystyk systemu Platformy Lokalizacyjno-Informacyjnej z Centralną Bazą Danych (PLI CBD), zarządzanego przez Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej (UKE).
– Dynamika liczby przeniesionych numerów spadła, co jest odzwierciedleniem sytuacji konkurencyjnej na rynku telekomunikacyjnym. Udziały czterech głównych operatorów ustabilizowały się, co oznacza, że w mniejszym stopniu walczyli oni o przejmowanie klientów konkurencji. Ponadto oferty postrzegane są jako zbliżone cenowo i funkcjonalnie, stąd zmiana operatora staje się nieopłacalna – komentuje Grzegorz Bernatek, Lead TMT Analyst z Audytel.
Jak zaznacza Sławomir Lubak, lider obszaru Strategii i Integracji Technologii oraz TMT w Deloitte Polska, całkowita liczba przeniesień spadła. Według eksperta, może to świadczyć o pewnej stabilizacji na rynku i wyrównywaniu ofert. Jednak z drugiej strony są to liczby porównywalne do tych z lat 2016-2017. Można więc to uznać za wahania w ramach normy.
– Jeśli parametry cenowe i funkcjonalne są zbliżone, to głównym powodem zmiany operatora stają się negatywne doświadczenia z dotychczasowym usługodawcą. Wynikają one np. z awarii. Część klientów, których możemy określić tzw. wędrowcami, korzysta z tego. Dla nich oferta utrzymaniowa dotychczasowego operatora jest gorsza niż propozycja dla nowych klientów u konkurencji. Są też osoby decydujące się na zmianę ze względu na lepszy zasięg i parametry u danego usługodawcy, przykładowo po przeprowadzce lub zmianie miejsca pracy – dodaje Grzegorz Bernatek.
Jak informuje Martin Stysiak, rzecznik prasowy Urzędu Komunikacji Elektronicznej, w poprzednim roku najwięcej numerów przeniesiono w kwietniu – 180 633, a rok wcześniej w styczniu – 181 079. Zarówno w ubiegłym roku, jak i we wcześniejszym, najmniej tego typu zmian było w czerwcu, odpowiednio 123 156 oraz 138 072.
– Koniec i początek roku są okresami wzmożonej aktywności dla przenoszenia numerów. Należałoby przeprowadzić nieco głębszą analizę danych. Być może elementem decydującym o tym są nowe oferty lub ich zmiany w danej sieci. Nadal mamy dużą część społeczeństwa, która jest wrażliwa na wysokie opłaty, nawet jeśli różnice są niewielkie. Nagłe tąpnięcie, np. jakości oferowanych usług przy większych awariach, nie są raczej czynnikiem decydującym – stwierdza Sławomir Lubak.
Z grona czterech największych operatorów telefonii komórkowej, trzech zakończyło 2019 rok z ujemnym bilansem. W przypadku P4 był to wynik na poziomie -194 013 (526 673 oddane numery i 332 660 przyjętych numerów), Orange -59 295 (427 930 i 368 635), a T-Mobile -21 825 (305 250 i 283 425). Natomiast Polkomtel zanotował rezultat na plus, tj. 107 756 (273 327 i 381 083).
– Różnice w bilansach między operatorami są pewnym wyznacznikiem konkurencyjności oferty. Jednak, moim zdaniem, wyniki te są przeceniane. Każdego roku telekomy pozyskują łącznie od 10 do 15 mln nowych kart SIM – nie tylko w efekcie przenoszenia numeru. Na rynek wchodzą cały czas nowi klienci, a dodatkowo nie wszyscy decydują się na zatrzymanie dotychczasowego numeru po wygaśnięciu umowy. Przenoszenie stanowi więc tylko od 15% do 20% całkowitej pozyskiwanej bazy abonentów – wyjaśnia ekspert z Audytel.
W 2018 roku sytuacja z największymi operatorami telefonii komórkowej była podobna. Trzech z nich miało ujemny bilans roczny. W przypadku Orange było to na poziomie -89 542 (493 726 i 404 184), T-Mobile -22 960 (380 174 i 357 214), natomiast P4 -12 329 (572 821 i 560 492). Z kolei Polkomtel zakończył ten okres z wynikiem 6 568 (353 077 i 359 645).
– Patrząc na bardziej dojrzałe rynki, pole konkurowania w najbliższej przyszłości skupi się głównie na jakości obsługi i usług. W dłuższej perspektywie budowa lojalności będzie następować u tych operatorów, którzy dzisiaj inwestują w doświadczenie klienta, jakość samych usług – w tym nietelekomunikacyjnych. Niewątpliwie w najbliższych latach polem starcia będzie też 5G. I ten element może być czynnikiem, który zmieni nieco rynek – podsumowuje ekspert z Deloitte Polska.
Wybuch epidemii, spowodowanej nowym koronawirusem w Chinach, wzbudza niepokój na giełdach. Wirus uderzył w Państwo Środka w szczególnie niefortunnym momencie: tuż przed rozpoczynającymi się w Chinach obchodami Nowego Roku Księżycowego, które dla wielu osób są okazją do podróży wewnątrz kraju. Tymczasem epidemia koronawirusa doprowadziła do wstrzymania przez władze chińskie transportu i handlu do i z niektórych miast, co negatywnie przełożyło się na tamtejszą gospodarkę.
Strach przed epidemią, która się rozprzestrzenia, jest tak duży, że indeksy akcyjne na całym świecie notują dynamiczne przeceny. Zyskuje jedynie złoto, ponieważ kruszec ten przez wielu inwestorów jest traktowany jako „bezpieczna przystań”, a więc jako dobra inwestycja na czasy niepewności i kryzysów.
Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała osłabienie. Indeks szerokiego rynku WIG stracił na wartości 0,73%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zaliczyły nieco mocniejszy spadek: – 0.99%. Z kolei indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień: z lekkim wzrostem + 0,61% dla sWIG80 oraz spadkiem o 0,27% dla mWIG40.
W nadchodzącym tygodniu uwaga inwestorów będzie skupiona na danych z USA. We wtorek (28.01.2020) poznamy dane dotyczące zamówień na dobra trwałe. W środę (29.01.2020) zapoznamy się z decyzja FOMC w sprawie stop procentowych oraz danymi o saldzie obrotów towarowych USA. W czwartek (30.01.2020) poznamy indeks PCE. Z kolei w piątek (31.01.2020) nadejdzie kolej na dane o dochodach i wydatkach Amerykanów.
Departament Zarządzania i Analiz SUPERFUND TFI S.A.
Komputery podłączone do internetu dają we współczesnych czasach ogrom możliwości. Wystarczy kilka chwil na to, aby za pośrednictwem portalu podróżniczego wykupić wyjazd na wymarzone wakacje. Zakupy na jutrzejszy obiad można zrobić bez wstawania z fotela. Leżąc w łóżku można czytać ulubioną książkę na czytniku. Możliwości jest naprawdę wiele – jednak niemal wszystkie mają wspólną cechę – trzeba za nie zapłacić. Współczesny świat stawia na wygodę, której doskonałym odzwierciedleniem są płatności online. Jeżeli ktoś w internecie może znaleźć wszystko, czego do szczęścia potrzebuje, to też by chciał móc za to zapłacić szybko i wygodnie. Wycieczka na pocztę z pewnością nie jest szczytem marzeń w takiej sytuacji.
Porzucony koszyk zakupowy – najczęstsze przyczyny
Płatności online – wygodne i proste w obsłudze
Usługa SMS – nowoczesny pomysł na działania marketingowe
To tylko kilka pomysłów na to, w jaki sposób można sprawić, aby sklep internetowy stał się jeszcze bardziej przyjazny dla klientów. Nowoczesne rozwiązania takie jak na przykład wygodna usługa SMS i optymalizacja procesu płatności są w tym przypadkiem jedynym kluczem do osiągnięcia sukcesu.
Porzucony koszyk zakupowy – najczęstsze przyczyny
Korzystanie ze sklepów internetowych jest obecnie niezmiernie powszechne. Zakupy z domowego zacisza cieszą się ogromną popularnością i to u osób w różnym wieku. Nawet spora grupa osób ze starszego pokolenia przekonała się o tym, że taka forma zawierania transakcji jest wygodna i przede wszystkim bezpieczna. Daje to ogromne pole do kreatywnego rozwoju biznesu. Jednak czasem zdarza się tak, że pomimo bardzo rozbudowanej oferty i konkurencyjnych cen, klienci niemal w ostatniej chwili porzucają koszyk zakupowy. Aby móc coś na to zaradzić, trzeba z bliska przyjrzeć się problemowi.
Przyczyn, dla którego klienci postępują w taki, a nie inny sposób może być naprawdę wiele, choć na pierwszą myśl nasuwa się to, że system płatności za wybrane produkty jest mało intuicyjny albo nie spełnia wszystkich oczekiwań klientów, na przykład nie ma możliwość płatności online, albo też płatności tego rodzaju są, jednak nie są obsługiwane wszystkie banki. W takim przypadku istnieje duże prawdopodobieństwo tego, że klient zrezygnuje z zakończenia zakupów i wybierze sklep, który jest w pełni zintegrowany z jego platformą płatniczą.
Płatności online – wygodne i proste w obsłudze
Płatności przez internet to niezwykle wygodna sprawa. Nie trzeba iść na pocztę, aby zrobić przelew. Z poziomu sklepu można zalogować się bezpośrednio do serwisu bankowego. Dzięki takim rozwiązaniom transakcja może zostać zakończona w kilka minut. Na rynku usług płatniczych można znaleźć coraz większą ilość operatorów płatności online. Oferta jest zależna od warunków poszczególnego operatora. Niekiedy umowę o świadczenie usług w postaci płatności online trzeba zawierać podpisując i przesyłając dokumenty pocztą tradycyjną, a w innych przypadkach zawarcie umowy o świadczenie takich usług jest możliwe wyłącznie za pośrednictwem internetu, co jest niewątpliwą oszczędnością czasu dla każdej ze stron. Takie możliwości daje na przykład Cashbill.pl. Jakie korzyści wynikają z wyboru płatności internetowych?
Rozważając te korzyści, trzeba wziąć pod uwagę to, co na zawarciu umowy o świadczenie płatności online zyskać może właściciel sklepu internetowego, a zyskać może naprawdę wiele. Im bardziej intuicyjna jest obsługa koszyka zakupowego i im mniej czasu trzeba na nią poświęcić, tym więcej klientów dokończy zakupy i w systemie analitycznym niemal od ręki będzie można zauważyć znaczący spadek współczynnika, jakim jest porzucenie koszyka zakupowego. Warto wybrać taką usługę, która oprócz sprawnych płatności online oferuje także prosty sposób zarządzania tymi płatnościami, najlepiej taki, który jest w jak najmniejszym stopniu angażujący dla właściciela sklepu.
Usługa SMS – nowoczesny pomysł na działania marketingowe
Marketing w dzisiejszych czasach, aby był skuteczny, to musi być prowadzony na wielu kanałach komunikacji z klientem. Wybór tylko jednej ścieżki promocyjnej, nawet potencjalnie najkorzystniejszej w znacznym stopniu ograniczy potencjał rozwojowy firmy. Warto stawiać na jak największą dywersyfikację w zakresie kanałów reklamowych, nie zapominając także o tym, że usługa sms jest skutecznym narzędziem zarówno do pozyskiwania nowych klientów, jak i do utrzymywania komunikacji z klientami obecnymi. Jakie zalety ma ta usługa i dlaczego warto z niej skorzystać?
Usługa sms premium daje szereg możliwości promowania sklepu internetowego, umożliwiając między innymi kontakt z klientami w celu przedstawienia aktualnej promocyjnej oferty sklepu. Usługa sms to ponadto możliwość wprowadzenia mikropłatności. Takie rozwiązania to na przykład SMS w systemie Cashbill.pl. Z tą tematyką powinien zapoznać się każdy właściciel sklepu internetowego, któremu zależy na tym, aby jego biznes rozwijał się jak najlepiej. Nowoczesne technologie pozwalają na pełną optymalizację kanałów marketingowych, a przy okazji wprowadzają sprawne rozwiązania w płatnościach internetowych.
Co roku do skarbu państw Unii Europejskiej nie trafia 170 miliardów euro, które powinny być zebrane w podatkach. Pieniądze te gubią się między granicami krajów, w wyniku transferu zysków. Wielkie korporacje i zamożni obywatele sztucznie lokują swoje zyski w krajach, gdzie mogą zapłacić mniejszy podatek. W wyniku takich działań straty UE są większe od jej rocznego budżetu. Receptą na tę sytuację byłoby ujednolicenie międzynarodowego prawa podatkowego – które nakazałoby korporacjom i obywatelom płacić podatek od zysku w kraju, w którym został on zarobiony. Eksperci twierdzą, że ta zasada powinna być fundamentem unijnego prawa podatkowego. Wciąż jednak są w Unii kraje, które własne korzyści przekładają ponad interesy innych państw członkowskich. Są albo miejscem przetrzymywania zysków, lub przystankiem na drodze do rajów podatkowych – takich jak Kajmany lub Wyspy Dziewicze. Te państwa blokują rozwiązanie problemu, przez który wszyscy tracimy setki miliardów euro.
– To nie tylko małe państwa, takie jak Cypr, Malta czy Luksemburg. To także większe kraje, znajdujące się w ścisłym centrum Unii Europejskiej – takie jak Holandia, Belgia czy Irlandia. Stosując specyficzne regulacje prawne zachęcają one międzynarodowe korporacje od tego, aby transferowały do nich swoje zyski – powiedział serwisowi eNewsroom Jakub Sawulski, kierownik zespoły makroekonomii w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – Na zawrotną kwotę 170 miliardów euro strat składają się trzy elementy. Pierwszy z nich, wysokości 60 miliardów – to sztuczne transferowanie zysków przez międzynarodowe korporacje do tych miejsc, gdzie mogą płacić niższe podatki. Druga kwota, opiewająca na 40-50 miliardów euro – to osoby zamożne, które ukrywają swoje majątki poza granicami swoich macierzystych państw, również ze względów podatkowych. I trzecia kwota, 60-70 miliardów euro – to podatek VAT, który jest tracony przez administracje skarbowe w wyniku działalności zorganizowanych grup przestępczych, wyłudzających podatek VAT na transakcjach wewnątrzunijnych. Te trzy elementy należy regulować, by zamknąć dziurę podatkową – wskazuje Sawulski.
Styczniowe badania ankietowe koniunktury gospodarczej GUS pokazują nieco bardziej optymistyczny obraz w porównaniu z tym, który widzieliśmy w ostatnim kwartale ubiegłego roku. Nieznaczna poprawa wystąpiła w większości sektorów gospodarki, jednak jest to poprawa symboliczna. W wielu przypadkach styczniowe wyniki badań są słabsze od porównywalnych okresów z poprzednich lat. Ostrzeżeniem powinny być szczególnie wyniki w handlu detalicznym, gdzie wskaźnik ogólnego klimatu nadal ulega pogorszeniu.
Wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury gospodarczej w przetwórstwie przemysłowym w styczniu wzrósł do plus 3,2. Oznacza to wyraźny wzrost w porównaniu z grudniem ubiegłego roku, kiedy wskaźnik klimatu wynosił minus 4,9. Porównując jednak pierwsze miesiące ostatnich lat, początek tego roku w przetwórstwie przemysłowym jest najniższy od dwóch lat. Podobna sytuacja jest obserwowana w budownictwie, gdzie wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury gospodarczej wzrósł z minus 4,6 do minus 0,7. Jest to najsłabszy początek roku od dwóch lat. Nieznaczna poprawa wskaźnika klimatu koniunktury wystąpiła w transporcie i gospodarce magazynowej (wzrost z minus 2,5 do minus 0,5) oraz w zakwaterowaniu i gastronomii (wzrost z minus 3,1 do minus 0,5). Oznacza to jednak, że mamy do czynienia z najsłabszym styczniem od czterech lat (w pierwszym przypadku) i trzech lat (w drugim przypadku). Poprawa wystąpiła również w przypadku sektorów informacja i komunikacja oraz finanse i ubezpieczenia. Należy jednak poczekać z oceną, na ile trwałe są to zmiany.
Z pewnością najbardziej powinny niepokoić dane z sektora handlu detalicznego, gdzie według badań ankietowych sytuacja zmieniła się co prawda nieznacznie (spadek z plus 0,6 do minus 0,3), jednak jest to najniższy poziom w styczniu od trzech lat. Pamiętajmy, że konsumpcja jest najważniejszym komponentem wzrostu gospodarczego, zatem może to oznaczać słabsze wyniki dynamiki PKB, co zresztą powszechnie jest w tym roku oczekiwane.
Dane ogólnego klimatu koniunktury gospodarczej wskazują na możliwość zatrzymania się negatywnych tendencji w sektorach przemysłowym i budowlanym, jednak dane jakie będą napływały z sektora realnego w pierwszym kwartale, będą zapewne słabsze od tych, które widzieliśmy w ostatnich latach. Największe problemy mogą wystąpić w przypadku popytu konsumpcyjnego. Dynamika sprzedaży detalicznej powinna być w pierwszych miesiącach tego roku słabsza w porównaniu z analogicznymi okresami poprzednich lat. Wskazują na to nie tylko wyniki badań koniunktury gospodarczej, ale również ostatnie dane z rynku pracy, w tym wyraźnie niższy fundusz płac.
Autor: dr Jarosław Janecki, Członek Towarzystwa Ekonomistów Polskich, Szkoła Główna Handlowa w Warszawie
Największym zagrożeniem dla naszej gospodarki w 2020 r. będzie sytuacja na zagranicznych rynkach. Niestety możliwości dostosowawcze polskich zmniejszy wzrost wynagrodzeń spowodowany podwyższeniem płacy minimalnej.
Najważniejszy nasz partner handlowy ma duże kłopoty. – Według prognoz Coface niemiecki PKB w 2020 r. wzrośnie zaledwie o 2 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej. – Sytuacja w handlu zagranicznym jest niepewna także dlatego, że nie wiadomo jakie będą praktyczne skutki brexitu.
Wojna handlowa USA-Chiny będzie miała wpływ na polskie firmy, ze względu na ich zaangażowanie w globalne łańcuchy produkcyjne.
Jednocześnie słabną zdolności dostosowawcze polskich przedsiębiorstw do trudniejszej sytuacji na zagranicznych rynkach. Te będą musiały liczyć się ze wzrostem kosztów pracy w konsekwencji podwyższenia płacy minimalnej w 2020 r. o 16 proc. Wprowadzanie Pracowniczych Planów Kapitałowych także zwiększa te koszty.
– To będzie powodować, że bezrobocie w Polsce prawdopodobnie będzie rosło – komentuje ekspert Coface.
Próby rządu Zjednoczonej Prawicy podporządkowania sądów większości parlamentarnej budzą głębokie obawy dotyczące podziału władzy i ustrojowych podstaw demokratycznego państwa. Niezależnie od tych uzasadnionych obaw nie można zapominać o kluczowym znaczeniu jakości sądownictwa dla rozwoju gospodarczego. Od lat problemem dla gospodarki w Polsce była przewlekłość postępowań sądowych. Niestety działania obecnego rządu w żaden sposób go nie rozwiązują, jednocześnie tworząc nowy problem poprzez ograniczenie niezależności sądów.
Liczne badania dokumentują istotne znaczenie różnych aspektów jakości sądów dla rozwoju gospodarczego.
Barro, 2015 i Guillemette i Turner, 2018 na szerokim panelu krajów pokazują istotny związek szeroko rozumianej praworządności i wzrostu gospodarczego.
Voigt et al., 2015 koncentruje się na faktycznej niezależności sądów i pokazuje, że ma ona silny pozytywny wpływ na wzrost gospodarczy; do takich samych wyników dochodzą Rios i Staton, 2014, którzy sprawdzają różne miary niezależności sądów.
Nuun, 2007 na panelu międzynarodowym szacuje, że efektywność egzekwowania kontraktów ma większe znaczenie dla struktury eksportu krajów niż ich zasoby kapitału rzeczowego i ludzkiego. Efektywne sądy pozwalają firmom na znacznie dalej idącą specjalizację i bardziej zaawansowany eksport.
Kumar et al., 1999 badając 15 państw UE wskazują, że silniejsze instytucje i sprawniejsze sądy sprzyjają większym rozmiarom firm. Efekt jest szczególnie silny w branżach, które inwestują przede wszystkim w dobra niematerialne, a nie fizyczny kapitał. Jest to wątek szczególnie istotny w przypadku naszej gospodarki, którą charakteryzuje nadreprezentacja mało wydajnych mikroprzedsiębiorstw.
W Polsce od lat zwracano uwagę na problem przewlekłości postępowań sądowych, choć trzeba zaznaczyć, że do 2015 roku obserwowany był w tym zakresie pewien postęp. Działania rozpoczęte przez rząd Zjednoczonej Prawicy po 2015 roku nie rozwiązują problemu przewlekłości postępowań sądowych. Co więcej, niektóre dane krajowe wskazują wręcz na pogorszenie w tym wymiarze, jednocześnie tworząc nowy problem – braku niezależności sądów. Nie jest to opinia tylko prawników – ankiety prowadzone wśród przedsiębiorców również wskazują, że po 2015 roku coraz gorzej oceniają oni niezależność sądów.
Źródło: World Bank Doing Business i Global Competitiveness Report
Atak na praworządność jest jedną z przyczyn załamania stopy inwestycji w Polsce po 2015 roku. Spadek praworządności wynikał nie tylko z ataków na niezależność sądów, ale także pogorszenia procesu legislacyjnego – ekspresowego uchwalania ustaw, które drastycznie zmieniały funkcjonowanie różnych sektorów, od elektrowni wiatrowych, przez handel, banki, branżę farmaceutyczną, spożywczą, po apteki. Do tego jeszcze należy dodać agresywne działania w obszarze systemu podatkowego. Łącznie zwiększyło to do tego stopnia niepewność w gospodarce, że przedsiębiorcy profilaktycznie ograniczyli inwestycje pomimo bardzo dobrej koniunktury, co negatywnie wyróżniało Polskę na tle innych państw UE. Pomimo pewnego odbicia w 2019 roku stopa inwestycji prywatnych w Polsce pozostaje niepokojąco niska, co ogranicza długookresowe perspektywy naszej gospodarki.
Źródło: European Commision, Autumn Forecast 2019
Autor: dr Aleksander Łaszek – członek Towarzystwa Ekonomistów Polskich, absolwent Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, Główny ekonomista i Wiceprezes Zarządu FOR. W swoich pracach koncentruje się przede wszystkim na zagadnieniach związanych z długookresowym wzrostem gospodarczym i zmianami strukturalnymi.
Początek roku przyniósł wzrosty niemal we wszystkich klasach aktywów. Słabsze dane dotyczyły jedynie surowców przemysłowych i ropy naftowej. Możemy mówić o efekcie stycznia, czyli błyskawicznej hossie na rynkach kapitałowych.
Epidemia w Wuhan wpływa na rynki
Kilka ostatnich dni przyniosło spadki na rynkach wschodzących. Jest to bezpośrednio związane z wybuchem epidemii koronawirusa w chińskim mieście Wuhan. Inwestorów niepokoją informacje o zakazie wjazdu do miasta i rozszerzaniu się epidemii. Skutki wybuchu epidemii najbardziej odczuwają jednak giełdy azjatyckie. Można spodziewać się jeszcze mocniejszej reakcji rynku. Warto jednak zauważyć, że analiza danych historycznych dotycząca wybuchów epidemii w poprzednich latach pokazuje, że tego rodzaju sytuacje zazwyczaj mają chwilowy wpływ na rynki. Strach mija i indeksy odrabiają straty.
Spokój na linii Waszyngton – Pekin
Rynki pozytywnie zareagowały na osiągnięcie pierwszej fazy porozumienia pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Chinami. Podpisana 15 stycznia br. umowa to jeszcze nie koniec sporów handlowych między tymi państwami. Jest to jednak pierwszy krok do ich zakończenia.
Pierwsza część porozumienia obejmuje kilka aspektów. Chiny zobowiązały się do lepszej ochrony własności intelektualnej i zmian w polityce kursowej. Zwiększą też import amerykańskich produktów rolnych, towarów przemysłowych oraz energii. Obiecały także do końca 2021 roku powiększyć pulę zakupów amerykańskich dóbr o 200 mld USD. USA z kolei pozostawi taryfy celne na chińskie towary na niezmienionym poziomie. Będą one obowiązywały do czasu negocjacji drugiej fazy porozumienia. Amerykanie nauczeni doświadczeniem wcześniejszych umów zastrzegli, że będą sprawdzać, czy Chińczycy respektują uzgodnione warunki. Gdyby doszło do niewywiązania się z dotychczasowych ustaleń, Amerykanie mogą nałożyć na produkty pochodzące z Państwa Środka dodatkowe taryfy celne.
Negocjacje dotyczące podpisania drugiej fazy porozumienia mają ruszyć już w maju. Nie spodziewamy się jednak, aby do listopadowych wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych udało się wypracować kompromis. Nie mniej jednak zawarcie dotychczasowego porozumienia uspokoiło inwestorów pozwalając na kontynuację trendu wzrostowego. Wpływa to pozytywnie na ryzykowne aktywa.
Michał Milewski, Zarządzający funduszami w Generali Investments TFI
CPI Property Group (CPIPG lub Grupa) informuje, że Grupa zakupiła 13 391 959 akcji Globalworth Real Estate Investments Limited (Globalworth), co równa się 6% akcji Globalworth pozostających w obrocie. Udziały zostały zakupione za pośrednictwem brokera na rynku wtórnym.
Założony w 2013r. Globalworth, jest pod względem generowanego dochodu, czołowym właścicielem nieruchomości biurowych w Polsce i Rumunii. Firma posiada assety o wartości 2,8 miliarda Euro, generujące łącznie ponad 180mln Euro rocznych przychodów brutto
z czynszów. Do najlepszych aktywów Globalworth należą m.in. Skylight & Lumen w Warszawie oraz Globalworth Tower w Bukareszcie. Globalworth wyróżnia na rynku solidna struktura kapitału inwestycyjnego, mocno zdefiniowane praktyki zarządzania oraz doświadczona kadra.
“Globalwroth posiada jeden z najlepszych portfolio nieruchomości biurowych w rejonie CEE” – mówi Martin Nemecek, CEO w CPIPG. – „Wierzymy, że firma w dalszym ciągu będzie generowała tak wysokie zyski. Z dumą przedstawiam CPIPG jako nowego akcjonariusza.”
Biorąc pod uwagę politykę finansową CPIPG, zaangażowanie w ratingi kredytowe i obecną strukturę kapitału, Grupa nie zamierza w najbliższym czasie złożyć oferty przejęcia Globalworth. Jako nowy akcjonariusz, CPIPG oczekuje współpracy na polu wymiany pomysłów i doświadczeń z zarządem, pracownikami i innymi interesariuszami Globalworth.
Nie ma wątpliwości, że technologia przyczyniła się do znaczących zmian w branży tłumaczeniowej. Oczywistymi narzędziami są tłumaczenia Google i Skype. Oba mają użyteczne, ale nie do końca doskonałe programy tłumaczeniowe, ale nadal poczyniły znaczne postępy w doskonaleniu tłumaczenia języka z mniejszym niż zwykle wkładem człowieka. Byłyby to tylko mrzonki kilkadziesiąt lat temu. Oprócz powyższej technologii, która odciążyła tłumaczy, są to narzędzia do tłumaczenia wspomaganego komputerowo (CAT), pamięć tłumaczeniowa, komunikacja natychmiastowa i glosariusze.
To, co według profesjonalnych prognostyków czeka nas teraz, to mieszanka inteligentnych urządzeń połączonych z ekspertami z różnych dziedzin, którzy będą ze sobą współpracować, aby dostarczać dokładne tłumaczenia po konkurencyjnych cenach. Jedna rzecz, która z pewnością nie stanowi już bariery dla komunikacji, to fizyczne granice. Oznacza to, że każdy rodzaj biznesu, mały czy duży, może wejść na rynki światowe, pod warunkiem, że wybierze wysokiej jakości tłumaczy, którzy będą wykonywać swoje zadania tłumaczeniowe. Do 2020 r. blisko 45 miliardów dolarów zmieni właścicieli, a coraz więcej przedsiębiorstw będzie dostrzegać korzyści płynące z wejścia na rynki światowe. Ta cena nie będzie się koncentrować na płaceniu za proste tłumaczenia wyrazów, ponieważ nie są one już uważane za skuteczne na rynku światowym. Tłumacze i ich firmy będą promować lokalizacje z wyższej półki jako preferowaną drogę dla firm, które chcą działać globalnie i być konkurencyjne. Przekraczanie barier językowych nie jest zbyt trudne, ale aby to osiągnąć prawdziwy skutek, marki muszą wziąć pod uwagę różnice kulturowe na docelowym rynku. Nie muszą oni koniecznie używać tej samej terminologii marki, takiej jak kolor i symbole, które okazały się skuteczne w pozyskiwaniu klientów w ich ojczystym języku. Mogą nawet być zmuszeni do całkowitej zmiany nazwy marki, jeśli tłumaczone z angielskiego na inny język sformułowanie marki nie jest odpowiednie i może nawet spowodować naruszenie, prowadzące do natychmiastowego bojkotu marki.
Oferowanie konkurencyjnych cen jest kluczem do sukcesu w branży tłumaczeniowej
Wiele firm wchodzi na lukratywny rynek tłumaczeń, więc aby utrzymać się na powierzchni, konieczne będzie zaoferowanie konkurencyjnych cen. Oznacza to również, że aby utrzymać się na rynku, tłumacze będą musieli realizować więcej projektów tłumaczeniowych. To naprawdę oznacza, że tłumacze nie mogą ignorować korzyści płynących z włączenia narzędzi CAT do swoich codziennych zadań tłumaczeniowych. Nie ma mowy, aby czysto ludzki tłumacz mógł kiedykolwiek skutecznie konkurować z tymi tłumaczami, którzy zaakceptowali każdy rodzaj technologii, aby przyspieszyć proces tłumaczenia, aby zapewnić tłumaczenia wysokiej jakości.
Nową normą jest tłumaczenie maszynowe
Oznacza to nie tylko same tłumaczenia, ale również zarządzanie procesem pracy. Szybkie pobieranie wymagań dotyczących tłumaczeń i przesyłanie gotowych tłumaczeń jest jednym z kroków w kierunku wydajności. Istnieje bardziej efektywne oprogramowanie, które szybko konwertuje asortyment różnych typów plików, a także technologia CAT, która skraca czas potrzebny do ukończenia procesu tłumaczenia.
Dzięki zintegrowaniu lepszego systemu zarządzania treścią, skraca się czas realizacji zamówienia.
Podsumowując, na początku tego nowego dziesięciolecia coraz większą rolę w procesie tłumaczeń będą odgrywały następujące elementy:
pamięć tłumaczeniowa, która zawiera dane dotyczące terminologii oraz słownictwa technicznego;
łatwiejszy dostęp do wszelkich wcześniejszych prac i wiele zasobów dostępnych do gromadzenia informacji;
wielojęzyczne SEO, pozwalające na integrację lokalnych słów kluczowych z tłumaczoną treścią;
narzędzia śledzące organizację pracy;
Narzędzia te ograniczają potrzebę wysyłania e-maili i ręcznego transferu plików. Skraca to czas poświęcany na powtarzające się zadania i zmniejsza możliwość popełnienia błędów;
oczekuje się, że narzędzia do sprawdzania poprawności będą znacznie prostsze w użyciu, co zwiększy dokładność i skróci czas potrzebny na sprawdzenie każdego tłumaczenia;
sztuczna inteligencja będzie szeroko stosowana przez tłumaczy.
Google wprowadził znaczne ulepszenia w swoim pierwszym oprogramowaniu do tłumaczenia i wykorzystuje więcej sztucznej inteligencji niż kiedykolwiek wcześniej. Ten przełom zostanie użyty przez wszystkich graczy w branży tłumaczeniowej, od klientów firmy, aż do ludzkiego tłumacza. Tłumaczenie maszynowe nie jest jeszcze doskonałe, ponieważ nie może jeszcze obsługiwać wszystkich 7000 języków i dialektów, ale sztuczna inteligencja i głębokie uczenie się mają napisać nowe linie kodu oprogramowania do tłumaczenia. Będzie one w stanie zintegrować więcej kultur, ponieważ coraz więcej osób korzysta z Internetu. Specjaliści z branży IT nie będą mieli tak dużego zapotrzebowania, ponieważ nowe oprogramowanie nie będzie wymagało wyjaśnień.
Wreszcie, przyszłość tłumaczenia leży w chmurze, ponieważ w rzeczywistości SaaS i inne zintegrowane technologie internetowe są najskuteczniejszymi metodami utrzymania bezpieczeństwa informacji klienta. Tak łatwy dostęp, sprawi, że nie będzie potrzeby pobierania dokumentów bezpośrednio na komputer osobisty, co tak często powoduje zagrożenie dla bezpieczeństwa. Przystosowanie się do zmian jest dziś częścią życia codziennego, więc firmy tłumaczeniowe muszą szybko wyprzedzać konkurencję i wejść na lukratywny rynek tłumaczeń.
Polskie obligacje znajdują się obecnie pod presją odczytów inflacyjnych. Obserwujemy istotne przesunięcie ścieżki inflacyjnej w górę. Już w styczniu możemy spodziewać się inflacji na poziomie przekraczającym 4 proc. r/r. Prognozujemy, że będzie się ona utrzymywać przez I kwartał br. Pierwszego spadku inflacji możemy spodziewać się dopiero w okolicach kwietnia. Do końca roku będzie się ona utrzymywać w górnej granicy celu inflacyjnego, czyli w okolicach 3,5 proc.
Wysoki poziom inflacji powinien prowadzić do dwóch zjawisk: osłabienia złotego lub/oraz do wystromienia krzywej dochodowości. Osłabienie złotego w okolice 4,30 EURPLN (obecnie 4,25), przy gołębiej polityce Rady Polityki Pieniężnej, byłoby zupełnie zrozumiałe. Na ostatnim posiedzeniu Rada większością głosów utrzymała stopy procentowe na dotychczasowym poziomie. W obecnej sytuacji jest to optymalne rozwiązanie patrząc na ścieżkę inflacyjną i ścieżkę wzrostu PKB. Możemy spodziewać się, że długoterminowe obligacje przez najbliższe dwa miesiące mogą znaleźć się pod presją. W naszej opinii jest to jednak sytuacja przejściowa i jesteśmy pozytywnie nastawieni do polskich obligacji skarbowych.
W USA nie ma jeszcze oficjalnego reprezentanta Partii Demokratycznej, który będzie walczył z Donaldem Trumpem o głosy wyborców podczas listopadowych wyborów prezydenckich. Z informacji, jakie płyną zza oceanu, wydaje się, że największe szanse ma Joe Biden, natomiast Bernie Sanders wyraźnie wzmocnił swoją pozycję. Najpewniej walka o nominację demokratów rozegra się między tymi politykami. Ryzyko wyboru Berniego Sandersa na kandydata Partii Demokratycznej jest niedoceniane przez rynek, chociaż w ostatnim czasie obserwujemy wzrost popytu na strategie zabezpieczające kurs EURUSD (tzw. risk reversals).
Miejsca parkingowe, a właściwie ich niewystarczająca ilość jest jednym z głównych problemów, jeśli chodzi zarówno o miasta jak i osiedla mieszkaniowe. Kwestie dotyczące liczby miejsc parkingowych w teorii regulują plany zagospodarowania przestrzennego. Jednak w praktyce miejsc na gdzie można zaparkować zwykle brakuje.
Zgodnie z przepisami, przed zagospodarowaniem działki budowlanej należy wyznaczyć na jej obszarze miejsce przeznaczone na parking dla samochodów. Obowiązek ten spoczywa na deweloperze i jest regulowany Rozporządzenia Ministra Infrastruktury.
§ 18. 1. Zagospodarowując działkę budowlaną, należy urządzić, stosownie do jej przeznaczenia i sposobu zabudowy, miejsca postojowe dla samochodów użytkowników stałych i przebywających okresowo, w tym również miejsca postojowe dla samochodów, z których korzystają osoby niepełnosprawne.
Rozporządzenie nie reguluje jednak wystarczająco precyzyjnie, ile miejsc parkingowych deweloper powinien wyznaczyć. Pojawia się jedynie informacja o konieczności dostosowanie jej do planu zagospodarowania przestrzennego. Przewiduje on dokładnie jaka liczba miejsc parkingowych powinna przypadać na mieszkanie w danej inwestycji, najczęściej przyjmowaną wartością jest minimum 120 miejsc postojowych na 100 lokali mieszkalnych. Liczby te są jednak różne w zależności od lokalizacji inwestycji i wynikają ze zróżnicowanych planów zagospodarowanie przestrzennego. Zwykle jest jednak tak, że rekomendowana liczba miejsc jest niewystarczająca i nie spełnia potrzeb mieszkańców.
Miejsce parkingowe to strata dla dewelopera
Każde miejsce parkingowe oznacza dla dewelopera straty finansowe, jeżeli zdecyduje się na parking podziemny, koszty inwestycji dodatkowo rosną. Nawet jeśli przyszli mieszkańcy będą musieli dodatkowo za miejsce parkingowe zapłacić, nie będą to kwoty, które pokryją koszty jego wybudowania. Od stycznia 2018 roku zmieniły się przepisy dotyczące wymiarów miejsc parkingowych. Minimalna długość takiego miejsca wynosi 5 m, a szerokość 2,5 m. Koszty dewelopera w tym zakresie dodatkowo wzrosły, a na tym samym obszarze może powstać mniej miejsc postojowych niż przed zmianami.
Są osiedla na których zdobycie miejsca parkingowego jest więc wyzwaniem. Problem pojawia się zwłaszcza w weekendy, kiedy mieszkańców odwiedzają goście. Nie w przypadku każdego osiedla możliwe jest parkowanie na ulicy. Mieszkańcy w takich sytuacjach wykazują się sąsiedzką empatią i udostępniają wolne chwilowo miejsca parkingowe. Nie jest to jednak rozwiązanie problemu. Deweloperzy powinni mieć świadomość, że o komforcie życia na stworzonej przez nich inwestycji decyduje nie tylko mieszkanie, ale również infrastruktura wokół niego.
Komentarz przygotował Mariusz Łubiński, prezesa firmy Admus, zajmującej się zarządzaniem nieruchomościami
W Warszawie w budowie znajduje się blisko 800 000 m kw. powierzchni biurowej, z czego ponad połowa zostanie oddana do użytku w 2020 roku, podaje firma doradcza Savills w swoim najnowszym raporcie. Stolica Polski pozostaje olbrzymim placem budowy, głównie dzięki bardzo wysokiemu popytowi ze strony najemców, który w 2019 r. osiągnął rekordowy poziom.
Całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej na koniec 2019 r. wynosiły w Warszawie 5,6 miliona m kw., wzbogacając się w ciągu minionych 12 miesięcy o 162 tys. m kw. w 17 nowych budynkach. Największym projektem, który powstał w tym czasie była Wola Retro (24 500 m kw.).
Na koniec 2019 roku w budowie znajdowało się 793 000 m kw., z czego 437 000 m kw. powinno zostać ukończonych w 2020 roku, w tym budynki wysokościowe takie jak The Warsaw HUB, Mennica Legacy Tower, Widok Towers i Skyliner. 69% prognozowanej nowej podaży zostało już zabezpieczone umowami przednajmu.
„Warszawa zmienia się na naszych oczach. 2020 rok będzie w pod tym względem przełomowy, gdyż wiele z żurawi budowlanych, które tworzą obecnie krajobraz Woli i Śródmieścia przemieni się w spektakularne wieżowce. Powodem boomu deweloperskiego jest bardzo silny popyt na powierzchnię biurową, co jest oznaką zdrowego rynku” – mówi Daniel Czarnecki, dyrektor działu powierzchni biurowych, reprezentacja wynajmującego, Savills.
Zgodnie z danymi Savills, w Warszawie w 2019 roku wynajęto 878 000 m kw., co było najwyższym wynikiem w historii stołecznego rynku (2,2% więcej w porównaniu do 2018 r.). Był to również rok dużych transakcji. Spośród umów podpisanych w zeszłym roku, 12 dotyczyło powierzchni przekraczającej 10 000 m kw. Zapotrzebowanie na powierzchnię biurową było generowane głównie przez sektor finansowy. Największa umowa najmu 2019 roku, będąca jednocześnie rekordową w historii rynku, została podpisana przez mBank (45 600 m kw. w Mennica Legacy Tower).
Absorpcja netto w Warszawie w dalszym ciągu przekracza podaż nowej powierzchni biurowej, co przełożyło się na spadek poziomu pustostanów o 40 punktów procentowych i skutkuje najniższym od 2012 r. poziomem pustostanów (7,8%).
Jak podaje Savills w raporcie „Rynek biurowy w Warszawie”, w Centralnym Obszarze Biznesu oraz w Centrum czynsze nominalne nie zmieniły się od pierwszego kwartału 2019 r. W najlepszych lokalizacjach w Centrum dochodzą do 22,5 – 25,5 euro za m kw. miesięcznie, a na Służewcu, największym pozacentralnym obszarze biznesowym stolicy, kształtują się na poziomie 13,0-15,0 euro za m kw. miesięcznie.
“Przy tak imponującym poziomie nowej podaży, udział powierzchni biurowej zabezpieczonej umowami przednajmu jest wysoki. W konsekwencji, duże firmy poszukujące powierzchni biurowej w COB nadal posiadają ograniczoną liczbę możliwości. Niedługo, jak tylko pierwsi wielkopowierzchniowi najemcy wprowadzą się do nowych projektów, właściciele starszych obiektów będą musieli jeszcze mocniej się starać, by móc z sukcesem przeprowadzić rekomercjalizację powstałych w ten sposób wakatów. To z pewnością będzie jedno z głównych wyzwań rynku biurowego w Warszawie w najbliższym czasie” – dodaje Daniel Czarnecki z Savills.
W ubiegłym roku podpisano umowy na spektakularne 880 000 mkw., z czego aż 225 000 mkw. stanowiły umowy przednajmu. Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na warszawskim rynku biurowym na koniec 2019 r.
Popyt przechodzi do historii
Jakub Sylwestrowicz, Dyrektor Działu Reprezentacji Najemcy, JLL
Mimo, że rynek nieruchomości z reguły nie kojarzy się z szybkim tempem zmian, Warszawa, dla której 2019 rok był pełen rekordów, przeczy tej zasadzie. Przede wszystkim mieliśmy do czynienia z historycznie najwyższym popytem – firmy wynajęły blisko 880 000 mkw. powierzchni. Jednym z powodów tak spektakularnego sukcesu stolicy jest różnorodność najemców. To organizacje i firmy działające w Warszawie od lat, takie jak podmioty z sektora bankowo-finansowego, firmy telekomunikacyjne, jednostki należące do Skarbu Państwa, centra usług, dostawcy usług IT czy operatorzy powierzchni elastycznych. Wśród nich są również nowi gracze, którzy wybierają Warszawę jako kierunek swojej ekspansji. – Jakub Sylwestrowicz, Dyrektor Działu Reprezentacji Najemcy, JLL
W 2019 roku zawarto w Warszawie aż dwanaście umów przekraczających 10 000 mkw., z czego dwie opiewały na ponad 40 000 mkw. Co ciekawe, firmy z sektora finansowego odpowiadały za 23% całkowitego zapotrzebowania na biura w stolicy oraz aż 42% popytu w szerokim centrum miasta. Największe umowy w Warszawie zawarły takie firmy jak mBank (45 600 mkw., Mennica Legacy Tower), Orange Polska (44 800 mkw. w Miasteczku Orange) oraz T-Mobile (27 400 mkw. w Marynarskiej 12).
Wyróżnikiem 2019 roku był też dynamiczny wzrost wolumenu przednajmów.
Coraz mniejsza dostępność opcji najmu w istniejących biurowcach skłania firmy do rozważenia obiektów w budowie. W okresie od stycznia do końca grudnia aż 225 000 mkw. popytu przypadło na przednajmy, co jest 60% wzrostem w porównaniu z całym 2018 rok. – Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL
Najemcy bardziej otwarci na flexy
Rok 2019 był bardzo intensywny także dla operatorów przestrzeni elastycznych. Otwarto wtedy 50 000 mkw. nowych centrów, w tym największą elastyczną przestrzeń w Polsce: WeWork w kompleksie Mennica Legacy.
Dynamika rynku pracy i wyzwania, które on stawia przed pracodawcami, to powody, dla których rozwiązania flex zyskują na popularności w oczach dużych firm. Jedną z transakcji najlepiej obrazujących ten trend jest decyzja JTI o ulokowaniu Globalnego Centrum Usług Biznesowych w WeWork, w kompleksie Mennica Legacy. W ramach elastycznych powierzchni do pracy swoją działalność postanowiły prowadzić też inne międzynarodowe marki – pośród nich m.in. EY. – Adam Lis, Doradca ds. Elastycznych Rozwiązań Biurowych, JLL
Wysoki popyt na biura napędza aktywność deweloperów komercyjnych. W 2019 roku do użytku oddano ponad 160 000 mkw. biur w siedemnastu budynkach. Do największych należały: Wola Retro (24 500 mkw.), Moje Miejsce B1 (18 700 mkw.) oraz Generation Park Z (17 300 mkw.).
Obecnie w budowie znajduje się ok. 790 000 mkw. biur, z terminem ukończenia do 2022 roku. Co ważne, około 40% tego wolumenu jest już zabezpieczone umowami przednajmu. – Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL
Pustostany i czynsze
Współczynnik pustostanów w Warszawie obniżył się do 7,8% (5,3% w strefach centralnych i 9,4% poza nimi), co jest spadkiem o 0,9 p.p. r-d-r. Tak niski wakat przekłada się na ograniczoną dostępność opcji najmu w istniejących budynkach, szczególnie w strefach centralnych, przez co wzrasta wolumen przednajmów. Firmom coraz trudniej jest znaleźć odpowiednią przestrzeń w zakończonych inwestycjach.
Najwyższe czynsze transakcyjne wzrosły w centralnych częściach Warszawy ze względu na wysoki popyt, niski wskaźnik pustostanów oraz rosnące koszty budowy. Największą dynamiką wzrostu cechuje się rejon ronda Daszyńskiego. W szerokim centrum czynsze dla najlepszych nieruchomości wynoszą od 18 do 24 EUR/mkw./miesiąc, a poza nim od 11 EUR do 16 EUR/ mkw./miesiąc.
Ujemne stopy procentowe pojawiły się na radarze inwestorów w 2009 roku, gdy Szwecja obniżyła stopę procentową do minus 0,25%. Od tego czasu trend ten przybiera na sile. Obecnie teren Japonii oraz całej Europy Zachodniej dotknięty jest tym zjawiskiem. W sierpniu 2019 roku rząd Niemiec uplasował za 860 mln EUR 30-letnie obligacje z oprocentowaniem minus 0,11%. Oznacza to, że inwestorzy oraz fundusze, które zainwestowały w takie obligacje 1 mln EUR, za 30 lat dostaną z powrotem 900-kilkadziesiat tysięcy EUR. Jest to gwarantowana strata w okresie 30 lat.
Gdy Howard Marks, jeden z zarządzających funduszami Oaktree, został poproszony o napisanie eseju o ujemnych stopach procentowych, początkowo odmówił. Uznał, iż nie zna się na tym. Później jednak uznał, iż „nikt się na tym nie zna” i podjął wyzwanie. Warto uzmysłowić sobie, iż mamy z takim zjawiskiem do czynienia pierwszy raz w historii ludzkości. Eksperci nie istnieją. Intuicja (która jest formą zoperacjonalizowanej sumy doświadczeń) nie działa. Istnieją jednak konsekwencje – dla wszystkich, nawet „Kowalskich”.
Konsekwencje te to fakt, że w prawie wszystkich rozwiniętych państwach lokaty bankowe po uwzględnieniu inflacji przynoszą realną stratę. W Szwajcarii i Niemczech coraz więcej banków wprowadza też konta bankowe i lokaty z po prostu ujemnym oprocentowaniem. Niedawno w Danii oraz Niemczech wybrane banki wprowadziły do swojej oferty pierwsze kredyty hipoteczne z ujemnym oprocentowaniem. Oznacza to, że bank pożycza nam pieniądze np. na 20 lat i po tym czasie nie płacimy bankowi żadnych odsetek i oddajemy równocześnie mniejszą kwotę niż pożyczyliśmy (a więc tylko część kapitału).
17 trylionów dolarów obligacji rządowych na świecie (i coraz częściej też obligacji firm) jest notowana (a czasami emitowana i sprzedawana!) z ujemnymi stopami procentowymi. Oznacza to, że kupując obligacje danego rządu dziś – mamy całkowitą gwarancję tego, że za 10 czy 20 lat nie otrzymamy żadnych odsetek oraz otrzymamy mniej kapitału, niż wpłaciliśmy. Emeryci w krajach rozwiniętych odkrywają, iż ich oszczędności emerytalne przestały rosnąć (gdyż panuje przeświadczenie, z którym się nie zgadzam, iż im człowiek starszy tym większą część aktywów powinien mieć ulokowaną w obligacjach). Przy ujemnych stopach procentowych systemy emerytalne w krajach rozwiniętych „przestają działać”. Przestają też działać przepisy podatkowe, które przewidywały płacenie podatków od zysków – a nie od strat (ale mniejszych niż na innych rodzajach aktywów lub gotówce).
Można wymyślić dowolną ilość powodów, które doprowadziły nas do takiej sytuacji – żaden z nich nie jest szczególnie przekonywujący. W dotychczasowej historii ludzkości, gdy ludzie obawiali się recesji – odwracali się od akcji i ryzyka kupując obligacje i windując ich ceny (a więc obniżając ich rentowność). Ale w ostatnim roku giełdy na rozwiniętych rynkach rosły… Inwestorzy zgadzają się pożyczać rządom i korporacjom pieniądze i na tym tracić, bo mogą spodziewać się, że w kolejnych latach/dekadach będziemy mieli do czynienia z deflacją (ale póki co jej nie widać) lub tym, że stopy procentowe na świecie spadną do mocno ujemnych poziomów. Mało kto zastanawia się nad tym, że nie tylko cała nasza ekonomia, ale też system wartości moralnych i kulturowych oparty jest na dodatniej rentowności pieniądza w czasie. Objawia się to nawet w powiedzeniach, typu „czas to pieniądz”. Do tej pory firmy telekomunikacyjne i komunalne oczekiwały opłacania rachunków jak najszybciej, aby w możliwie jak najkrótszym czasie dostać pieniądze na konto. A co, jeśli wartość pieniądza w czasie staje się negatywna? Czy firmy i dostawcy nagle zaczną zachęcać konsumentów i odbiorców by płacili faktury jak najpóźniej? Czy firmy windykacyjne zaczną zachęcać dłużników by nie spłacali swoich długów, a jedynie uznawali je, by się nie przeterminowały? Całe sektory gospodarki (takie jak branża hotelarska czy linie lotnicze) finansowały się głównie z przedpłat od konsumentów. Czy teraz będą musiały podnieść cenę za pokój hotelowy lub bilet lotniczy? Ubezpieczyciele zarabiali w znacznej mierze na tym, iż konsumenci opłacają ubezpieczenie z góry, a ubezpieczyciel obraca tymi pieniędzmi do czasu aż wiadomo, czy nastąpiło nieszczęśliwe zdarzenie. Czy branża ubezpieczeniowa się zmieni? A jak i na czym będą zarabiały banki?
Czy możemy sobie wyobrazić bank, którego strategia zakłada zarabianie minus 2 procent na kapitale własnym w okolicznościach, gdy stopy procentowe mają wartość minus 8%? System bankowy staje się coraz bardziej zdemolowany – co można obserwować między innymi przez to, iż w USA banki przestały sobie pożyczać pieniądze na krótki termin (1 dzień, operacje overnight) i FED od kilku miesięcy dostarcza bankom w USA nawet kilkadziesiąt miliardów dolarów nowych pieniędzy dziennie poprzez tak zwane finansowanie stopy repo. Jest to bardziej zakamuflowana forma dodruku pieniądza, a jej skala jest porażająca. Czy gdy kapitał nic nie kosztuje nieruchomości i inne aktywa kapitałochłonne powinny/mogą drożeć? Czy może ich ceny powinny spadać? A co z rentownością najmu mieszkania? W końcu, jeśli bank może nam dać kredyt, do którego dopłaca to opłaca nam się wynająć mieszkanie za wartość samych opłat za media i funduszu remontowego. A co z analitykami finansowymi – szacowanie przyszłej wartości akcji i przedsiębiorstw opiera się na dyskontowaniu ich zysków do dzisiaj o koszt kapitału i stopę inflacji. A co, jeśli nie ma inflacji, a koszt kapitału jest ujemny? Nagle wszystkie modele finansowe używane przez banki, fundusze i inwestorów przestają mieć jakikolwiek sens.
A co z rządami? Skoro mogą zadłużać się na długi termin prawie nie płacąc odsetek – zapewne będą to robić. W krótkim terminie, okazuje się, że obsługa odsetek od długu rządowego stanowi niewielki procent budżetu i przez to zadłużenie jest na „bezpiecznym poziomie”. W terminie kilkunastu lub kilkudziesięciu lat może okazać się, że rządy są tak zadłużone, że stopy procentowe nie będą mogły wzrosnąć bez problemów budżetowych lub upadłości wielu państw. Rozwiązaniem, aby tego uniknąć będzie mogło być jedynie dalsze utrzymywanie stóp procentowych na niskich poziomach i dalszy dodruk pieniądza. W międzyczasie stracą głównie Ci, którzy posiadają aktywa niepracujące – jak obligacje, kruszce, gotówkę, częściowo nieruchomości. Zarobią Ci, którzy posiadają aktywa pracujące – jak akcje przedsiębiorstw – czyli najzamożniejszy kwartyl społeczeństwa. Doprowadzi to do jeszcze większego rozwarstwienia majątkowego i do ryzykownych przetasowań politycznych.
Oczywiście i ludzie i firmy odnajdą się z czasem w nowych okolicznościach, ale warto się zastanowić jak wiele rzeczy obecnie powoli zostaje postawione na głowie. Inwestując musimy o tym myśleć.
Jakie jest moje zdanie? Nie wiem jakie są przyczyny ujemnych stóp. Wydaje nam się, że mogą one być wywołane wieloma czynnikami zachodzącymi na siebie, wśród których mogą znaleźć się: trendy demograficzne; działania banków centralnych (w tym „luzowanie ilościowe / quantitative easing ); konkurowanie największych gospodarek na świecie o obniżenie wartości swojej waluty w celu zachowania konkurencyjności eksportu; starzenie się i bogacenie się społeczeństw i spadek awersji do ryzyka wraz z wiekiem oraz spadek zapotrzebowania na ryzyko wraz z bogaceniem się. Jednak najważniejszym czynnikiem może być wzrost efektywności gospodarki wynikający z gospodarki współdzielenia i upowszechnienia się Internetu.
Czy wiemy jak długo to zjawisko potrwa? Ja nie wiem. Zakładam zarówno, że to może być przejściowa moda jak i „nowa normalność”. Myśląc o inwestycjach funduszu, którym zarządzam, staram się przygotować na każdą ewentualność. Ludzie zdają się zapominać, iż w pierwszych dekadach XX wieku mieliśmy w rozwiniętych krajach stopy procentowe rzędu 2% i było to normalne. Nigdy jednak nie mieliśmy ujemnego kosztu kapitału.
Jakie konsekwencje ujemny koszt kapitału ma dla giełd i inwestorów? To jedyne, co wiem. W warunkach niskich lub ujemnych stóp procentowych i niskiego kosztu pieniądza – wszelkie aktywa pracujące (a więc przedsiębiorstwa i ich akcje) są warte kilkakrotnie więcej niż do tej pory. Warren Buffet twierdzi publicznie, że jeśli stopy procentowe miałyby zostać tak nisko jak obecnie lub spaść, to „ceny akcji są najtańsze w jego życiu”. Dla odmiany, wszelkie aktywa niepracujące jak złoto, srebro i po części nieruchomości lub firmy „starej ekonomii”, które nie rosną i mają niskie zwroty na kapitale – powinny być w takich warunkach już na zawsze nieatrakcyjnymi inwestycjami. Warto też zastanowić się, czy banki centralne po kilku recesjach, które nastąpiły od ich powstania, nie nauczyły się w końcu skutecznego drukowania pieniędzy i wpływania na rynki finansowe. Należy zastanowić się, czy za naszego życia zobaczymy jeszcze tak głębokie kryzysy jak w 1929 r. i 2008 r., czy też będą one „zadrukowywane” nowymi pieniędzmi, a łagodniejsze recesje będą „wypłaszczane”. A jeśli rynki akcji będą mieć mniejszą zmienność niż historycznie, może nie powinno być tak jak w poprzednim stuleciu, w którym obligacje rządowe dostarczały średnio 2% a indeksy giełdowe 9% (w warunkach sporej inflacji). Ta kilkukrotna różnica wynikała z tego, że akcje, mimo że były lepszą inwestycją miały większą zmienność. Jeśli zmienność będzie mniejsza – to ceny akcji powinny być wyższe, a ich rentowność niższa.
Autorem komentarza jest Piotr Żółkiewicz, zarządzający funduszem Zolkiewicz & Partners Inwestycji w Wartość FIZ
Niestabilność prawa, doraźne i nieprzemyślane rozwiązania podatkowe, stanowią od lat wielką bolączkę polskiej legislacji. Pomimo zapewnień rządu – o jego nieustannej trosce o los przedsiębiorców, o ważnej roli jaką w rodzimej gospodarce odgrywają polskie, szczególnie te małe i rodzinne firmy – gdy tylko pojawi się potrzeba ratowania budżetu państwa, władza nie ma skrupułów przed nałożeniem nowych danin. Nie inaczej było pod koniec ubiegłego roku, w gorącym okresie świątecznym, gdy z Ministerstwa Zdrowia wyszedł gotowy projekt „podatku cukrowego”. Warsaw Enterprise Institute demaskuje fałszywe założenia nowego podatku oraz wskazuje na negatywne konsekwencje dla wszystkich, o których rząd rzekomo tak się troszczy: polskich rolników, producentów oraz samych konsumentów.
Sam projekt ustawy (pełna nazwa: o zmianie niektórych ustaw w związku z promocją prozdrowotnych wyborów konsumentów) zawierał propozycje wprowadzenia trzech nowych podatków (nazywanych przez projektodawcę „opłatami”) – od napojów zawierających cukier lub inne substancje słodzące lub aktywne, od sprzedaży napojów alkoholowych w opakowaniach o niewielkiej pojemności oraz od reklamy suplementów diety (ostatnie rozwiązanie ostatecznie wycofano). Najwięcej uzasadnionych obaw i kontrowersji budzi pierwsza z propozycji.
Jak zwykle bywa w takich przypadkach, rządowa narracja skupiła się na szczytnym celu, jaki nowy podatek ma osiągnąć. Wzrost cen ma zniechęcić Polaków do sięgania po słodkie napoje. Podkreślmy jednak, że analogiczne rozwiązania zastosowane w innych państwach nie przyniosły oczekiwanego efektu w postaci poprawy stanu zdrowia społeczeństwa, w tym w szczególności zredukowania odsetka osób otyłych. Amerykański instytut badawczy McKinsey Global Institute po przeanalizowaniu 44 rządowych programów zwalczania nadwagi podatkami, stwierdził, że podnoszenie podatku od słodzonych napojów jest najmniej skutecznym ze wszystkich celowych podatków. Przykładowo, w Wielkiej Brytanii po wprowadzeniu podatku od napojów słodzonych cukrem, w okresie od 2015 do 2018 roku spożycie wzrosło o 2,6 proc.
Pomijając fakt, czy rząd w ogóle powinien za pomocą instrumentów fiskalnych kształtować nawyki żywieniowe obywateli, należy podkreślić, że prawdopodobnie szacowane na około 2 mld zł wpływy budżetowe są zdecydowanie zawyżone. Ustawodawca zdaje się nie widzieć długoterminowych zagrożeń wynikających z ustawy, koncentrując się wyłącznie na krótkotrwałym efekcie fiskalnym.
Najważniejszą konsekwencją do podniesienia alarmu są możliwe zagrożenia ekonomiczne, jakie nowy podatek może przynieść polskiej gospodarce. Podatki mają zawsze konsekwencje, a najboleśniej odczuwają je najmniejsze i najsłabsze podmioty gry rynkowej. Po kieszeniach dostaną najsłabiej uposażeni konsumenci. Dla nich wzrost ceny napojów owocowych (w tym z wysoką zawartością naturalnego soku) szacowany nawet na około 1,40 zł za litr opakowania, oznacza konieczność wyboru tańszego, gorszej jakości i niekoniecznie zdrowego zamiennika. WEI zwraca również uwagę na ogromną niekonsekwencję polityki fiskalnej państwa. Podatek od konsumpcji to klasyczny przykład podatku regresywnego, czyli podatku gdzie osoby mniej zamożne płacą nieproporcjonalnie więcej niż osoby zamożne. To nie tylko wydaje się sprzeczne z dotychczasowymi deklaracjami rządu, dążącego do wyrównania rozpiętości majątkowych w Polsce, ale również z celowością podatku. Tak oto stworzono sytuację gdzie napoje słodzone, w dużej mierze kupowane przez uboższe rodziny, objęte są jednym z najwyższych podatków „cukrowych” w Europie. Podczas gdy najróżniejsze wysokosłodzone i przetworzone słodycze, jogurty smakowe itd. częściej konsumowane przez osoby zamożniejsze, z podatku są zwolnione.
Kolejna grupa społeczna, której na co dzień rząd deklaruje wsparcie, a za sprawą podatku może być poszkodowana, to małe firmy – drobni producenci, przetwórcy i pośrednicy z branży rolno-spożywczej. Polskie małe i średnie firmy odpowiadają za aż 70 proc. polskiego rynku napojów. Podatek uderzy przede wszystkim w nich. Wielkie zagraniczne sieci handlowe będą przerzucały koszty na dostawców, żeby utrzymać możliwie konkurencyjne ceny w sklepach. Kolejną grupą, która w łańcuchu dostaw będzie musiała wziąć na siebie koszty nowego podatku i ewentualne konsekwencje niższej sprzedaży tanich napojów, to rolnicy. Już teraz rolnicy i sadownicy muszą ostro konkurować i walczyć o nowe rynki zbytu (z uwagi na nadprodukcję już teraz blisko 75 proc. owoców musi być eksportowanych). Nowy podatek na wyroby gotowe to dodatkowy problem z zagospodarowaniem i zbytem ich surowców. Branża szacuje, że ustawa przyczyni się do spadku zapotrzebowania na owoce i warzywa dla przetwórstwa o około 95 tys. ton rocznie.
Podatek cukrowy będzie miał niekorzystny wpływ na kondycję polskiego sektora produkcji cukru. Dla krajowych producentów cukru, w tym również polskich rolników i producentów buraka cukrowego. W przeliczeniu na hektar buraków, zgodnie z propozycją, danina będzie wynosić ponad 10 tys. zł. Już teraz, z uwagi na krytyczną sytuację w tej branży i napływ taniego surowca spoza Unii Europejskiej, z upraw zrezygnowało 10 proc. plantatorów.
Przy okazji, nie po raz pierwszy zwracamy uwagę na sam tryb procedowania ustawy. Projektodawca nie tylko złamał złożoną zaledwie kilka tygodni wcześniej obietnicę. Na początku grudnia przedsiębiorcy z branży spożywczej byli zapewniani, że ewentualne wprowadzenie podatku cukrowego zaplanowane jest na 2022 rok. Co więcej, pozostawił bardzo krótki 21-dniowy termin na zgłaszanie uwag, w trakcie którego mieścił się jeszcze Nowy Rok oraz święto Trzech Króli. Krótkie vacatio legis – ustawa ma wejść w życie już 1 kwietnia br. – to kolejny zarzut. W Wielkiej Brytanii przedsiębiorcy mieli dwa lata na przygotowanie się na wprowadzenie podobnego rozwiązania. To stanowi dodatkowy cios dla całej polskiej branży napojów, która w październiku 2019 roku, w ramach samoregulacji i dobrych praktyk, zobowiązała się, że do 2021 roku doprowadzi do zmniejszenia kaloryczności napojów, m.in. na skutek zmian w składzie w swoich produktach. Nowy podatek zniweczy działania branży i zahamuje rynkowe wprowadzanie nowych, zdrowszych dla konsumentów grup produktów w tym napojów bez dodatku cukru.
Wprowadzenie nowego podatku to zagrożenie dla konkurencyjności polskich przedsiębiorców. W konsekwencji przyczyni się to do wzrostu szarej strefy i stworzy zachęty to sprowadzania produktów z krajów sąsiednich, jak Czechy, Niemcy, Słowacja czy kraje bałtyckie, gdzie takie regulacje nie występują. Dodatkowo na skutek spadku przychodów w eksporcie żywności, ucierpią bezpośrednio dochody państwa.
Podatek cukrowy to kolejny przypadek, gdy ustawodawca proponuje niebezpieczne i nieskuteczne rozwiązanie w imię szlachetnych wartości i ideałów walki o zdrowie publiczne. Warsaw Enterprise Institute apeluje o zaniechanie prac nad nową regulacją, która w proponowanej formie, nie tylko nie spełni swojego prozdrowotnego celu, ale przyczyni się do nieodwracalnej utraty konkurencyjności przez polskie firmy, pociągnie na dno polską branżę rolno-spożywczą i doprowadzi do zubożenia sporą grupę obywateli.
Po 1 marca 2020 roku, w związku z otwarciem niemieckich granic dla emigrantów zarobkowych spoza UE, polscy przedsiębiorcy zmuszeni będą do poszukiwania kolejnych rąk do pracy. Rok 2020 stawia bowiem pod znakiem zapytania liczbę pracowników z Ukrainy, którzy w kolejnych miesiącach wybiorą pracę u naszych zachodnich sąsiadów zamiast w Polsce. Czy Białorusini mogą zająć miejsce opuszczających Polskę Ukraińców?Na to pytanie odpowiada Mariusz Hoszowski, Prezes Agencji Pracy Smart Work.
Niezależnie od aktualnej sytuacji rynkowej, w Polsce nie maleje zapotrzebowanie na pracowników. Niestety, szacunki wskazują na to, że otwarcie granic Niemiec dla pracowników z państw trzecich spowoduje wyjazd z Polski 400 000 z 1,5 miliona Ukraińców. Czy przyszłe braki kadrowe można wypełnić chętnymi do pracy Białorusinami?
– Można powiedzieć, że Białorusini są mniej doświadczeni w sferze migracji zarobkowej, a do tego bardziej przywiązują się do miejsca pracy. Każda umowa o pracę na Białorusi jest rejestrowana w białoruskim ministerstwie spraw wewnętrznych. Co do kultury pracy, z pewnością można założyć, że Białorusini są tak samo pracowici, jak Ukraińcy. Pracownicy ze Wschodu są mobilni i chętni do pracy w godzinach nadliczbowych. Z punktu widzenia pracodawcy, pracownicy z Białorusi są efektywni i przynoszą wymierne korzyści dla całego przedsiębiorstwa. Dodatkowo, istnieją stanowiska, na których dostępni na rynku rodzimi pracownicy nie chcą podejmować pracy – w takich przypadkach zastępują ich pracownicy ze Wschodu – mówi Mariusz Hoszowski, Prezes Agencji Pracy Smart Work.
Białorusini w Polsce
Dla obywateli Białorusi nasz kraj jest atrakcyjny ze względu na bliskość kulturową, językową i geograficzną. Znajdują oni zatrudnienie głównie przy pracach fizycznych. Branże, które są zasilane kadrowo przez naszych wschodnich sąsiadów, to przede wszystkim budownictwo, rolnictwo, przetwórstwo oraz transport. Praca znajdzie się także dla kobiet: Białorusinki znajdują zatrudnienie w usługach, przemyśle włókienniczym, odzieżowym oraz spożywczym. Pracownice z zagranicy zajmują się także sprzątaniem oraz opieką nad starszymi osobami. Jak mówi Mariusz Hoszowski, Prezes Agencji Pracy Smart Work, pracownikami z Białorusi nie da się jednak w pełni zastąpić pracowników z Ukrainy. Z jakich powodów nie jest to możliwe? „Przede wszystkim mówimy tu o potencjale demograficznym. Białoruś to tylko 9,5 mln ludzi, Ukraina jest czterokrotnie ludniejsza. Ponadto poziom życia na Białorusi przewyższa poziom życia na Ukrainie, a sytuacja polityczna (wojna), ekonomiczna i gospodarcza jest zupełnie inna. Rozważający wyjazd do Polski Białorusini to zatem zupełnie inna grupa niż imigranci zarobkowi z Ukrainy.” – mówi Mariusz Hoszowski.
Kto zatem przyjeżdża do pracy do naszego kraju z Białorusi? Do tej pory – jak twierdzi Prezes Smart Work – byli to głównie specjaliści, którzy nie mogli znaleźć pracy w zawodzie, a oprócz tego osoby młode, które chciały spróbować życia w Europie. Kierowały nimi zatem inne pobudki, niż pracownikami z Ukrainy. W ostatnim czasie widoczne jest jednak większe zainteresowanie emigracją zarobkową ze strony Białorusinów. Jak tłumaczy Mariusz Hoszowski: „Jest ono związane z problemami ekonomicznymi, które powoli, ale konsekwentnie wpływają na obniżenie poziomu życia na Białorusi. Białoruś może więc stanowić źródło pracowników dla polskich pracodawców, ale jedynie jako dopełnienie zasobów kadrowych.”
Bez pracowników z zagranicy rozwój i funkcjonowanie polskich firm mogłoby zostać zahamowane. Jak mówi Mariusz Hoszowski: „Szacuje się nawet, że wzrost gospodarczy, który miał miejsce w naszym kraju w ostatnich latach był możliwy dzięki dostępności pracowników z zagranicy.” Gdzie zatem szukać zagranicznych pracowników? Można zwrócić się do wyspecjalizowanych Agencji Pracy, takich jak Smart Work, które konsekwentnie rozwijają sieć rekrutacyjną i poszerzają swoje struktury za granicą.
Rynki boją się konsekwencji koronawirusa. Na razie liczby nie uzasadniają takiego strachu, ale inwestorzy nie chcą ponosić ryzyk w razie eskalacji problemu. Widać odwrót na ropie naftowej oraz walutach krajów bardziej ryzykownych w tym Polski.
Koronawirus a rynki
Epidemia nowego wirusa zgodnie z oczekiwaniami zaczyna mieć istotny wpływ na rynki. Przy tej ilości doniesień medialnych, pomimo na razie relatywnie niskiej ilości ofiar (porównując oczywiście względem znanych już najbardziej śmiertelnych chorób), wchodzimy w stadium paniki. Jest to o tyle uzasadnione, że na tym etapie rozwoju nie wiemy, czy nagle ilość zarażeń gwałtownie nie wzrośnie. Rynki już teraz przewidują negatywny wpływ na gospodarkę Chin. Spowolnienie w Chinach to z kolei spadki na ropie naftowej, która tylko w ostatnim tygodniu straciła ponad 10% na wartości. W górę idą za to tradycyjne inwestycja na tzw. złe czasy, czyli np. złoto.
Bezrobocie w Polsce wzrasta
Miesiące zimowe jak co roku są momentem delikatnego wzrostu bezrobocia w Polsce. Nie inaczej jest w tym roku. W grudniu wskaźnik wzrósł o 0,1%. Warto zwrócić uwagę, że tak małe wzrosty, jak obecnie pozwalają ze spokojem myśleć o przebiciu progu 5% w pierwszej połowie tego roku. Dane te nie miały większego wpływu na rynki walutowe. Widać jednak wpływ ogólnie słabszego klimatu na rynkach wywołanego strachem. W rezultacie od piątku złoty stracił już ponad 2 grosze względem euro, zbliżając się do 4,27 zł. Problem jest widoczny również na innych walutach np. na franku, który zbliża się do 4 zł.
Dolar ignoruje dane
W piątek po dobrych danych z Europy przyszedł czas na wstępne odczyty indeksów koniunktury z USA. Dane te wypadły powyżej punktu oddzielającego rozwój od recesji, problem w tym, że są niestety poniżej oczekiwań analityków. Co ciekawe pomimo tego dolar zamykał tydzień dalszymi wzrostami względem euro, kolejny dzień powoli zbliżając się do poziomu 1,10 dolara za jedno euro.
Dzisiaj, dni wolne w Chinach z okazji Nowego Roku Księżycowego oraz w Australii z okazji święta narodowego, a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
16:00 – USA – sprzedaż nowych domów.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Uwagi wstępne: Zgodnie z zasadą wynikającą z ustaw o podatkach dochodowych podmioty zagraniczne, które nie posiadają w Polsce siedziby oraz zarządu, podlegają obowiązkowi podatkowemu tylko od dochodów osiąganych na terytorium tego kraju. Należy więc wskazać, że nierezydenci podlegają ograniczonemu obowiązkowi podatkowemu, co oznacza, że opodatkowaniu podatkiem dochodowym podlegają wyłącznie dochody osiągnięte na terytorium Polski. Podkreślenia wymaga, że ustawodawca wskazuje przykładowy katalog takich dochodów. Będą nimi w szczególności dochody z tytułu należności regulowanych, w tym stawianych do dyspozycji, wypłacanych lub potrącanych przez polskie podmioty, niezależnie od miejsca zawarcia umowy i wykonania świadczenia.
Należy więc przyjąć, że w praktyce każda wypłata dokonywana przez polski podmiot na rzecz zagranicznego kontrahenta może wiązać się z obowiązkiem poboru tzw. podatku u źródła. Jedynym warunkiem jest, aby wypłata ta była dokonywana za świadczenie objęte obowiązkiem poboru tego podatku.
Oprogramowanie komputerowe a podatek u źródła
Podatek dochodowy z tytułu uzyskanych przychodów z praw autorskich lub praw pokrewnych ustala się w wysokości 20% przychodów. Stawka ta może być inna, jeśli zastosowanie znajdzie odpowiednia umowa o unikaniu podwójnego opodatkowania. Jako że ustawy o podatkach dochodowych posługują się zwrotem „przychodów z praw autorskich lub praw pokrewnych”, to zasadne jest w tym przypadku odwoływanie się do przepisów ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Zgodnie z tym aktem programy komputerowe stanowią przedmiot prawa autorskiego i jako takie mogą być przedmiotem umowy licencyjnej.
Podsumowując, zawarcie umowy licencyjnej z zagranicznym podmiotem, której przedmiotem jest oprogramowanie komputerowe, może podlegać podatkowi u źródła.
Praktyka gospodarcza pokazuje, że podatnicy bardzo często nadużywają pojęcia „licencja”, nazywając tak większość umów, na podstawie których używany jest program komputerowy. Nadużycie to polega na tym, że nie każda umowa stanowi udzielenie licencji, o której mowa w prawie autorskim. Innymi słowy, aby dana umowa stała się umową licencyjną, musi zawierać określone zapisy.
Omawiany stan rzeczy skutkuje w dwojaki sposób. Po pierwsze błędnie sporządzona umowa może wprowadzić w błąd osobę zajmującą się rozliczeniami podatkowymi spółki, co w konsekwencji może być przyczyną bezpodstawnego oddania podatku do budżetu państwa. Po drugie nieprawidłowo skonstruowana umowa wprowadza w błąd również organy podatkowe, które – widząc w nazwie „licencja” – błyskawicznie upatrują obowiązku pobrania i wpłaty podatku. Okoliczność tę można zaobserwować, analizując chociażby orzecznictwo Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej.
Nie ulega wątpliwości, że powodem omawianego stanu rzeczy jest brak lub nieodpowiednia analiza prawa autorskiego, która jest kluczowa i niezbędna w celu ustalenia, czy mamy do czynienia z rzeczywistym udzieleniem licencji i tym samym z obowiązkiem poboru podatku u źródła.
Kiedy nie będzie podatku?
Jak wskazano powyżej, aby doszło do obowiązku zapłaty podatku, umowa licencyjna musi zawierać odpowiednie postanowienia. Samo jej nazwanie licencją nie jest wystarczające dla powstania obowiązku podatkowego. Ten powstanie bowiem dopiero wówczas, gdy umowa licencyjna obejmie prawa majątkowe do programu komputerowego, które są enumeratywnie wskazane w prawie autorskim.
Przykładowo, jeśli umowa obejmuje prawo do zwielokrotnienia programu komputerowego, zmianę jego układu albo rozpowszechnianie, to stanowić będzie udzielenie rzeczywistej licencji.
Z kolei umowa, która:
nie pozwala na dokonywanie jakichkolwiek modyfikacji oprogramowania,
nie przewiduje udzielania sublicencji czy sprzedaży praw autorskich do oprogramowania,
nie przenosi praw autorskich,
nie pozwala na kopiowanie, rozpowszechnianie czy dalsze udostępnianie programu,
nie może zostać uznana za licencję. Co oczywiste, dzieje się tak również wtedy, gdy umowa w swej nazwie zawiera zwrot „licencja”.
Powyższy wniosek potwierdza najnowsze orzecznictwo podatkowe (por. 0111-KDIB2-1.4010.325.2019.2.MK).
Podsumowanie
Każdy podatnik, który wypłacał wynagrodzenie za używanie oprogramowania, powinien dokonać analizy zawartej umowy. Może bowiem wystąpić sytuacja, w której podatek został zapłacony bezpodstawnie, co uprawnia do złożenia wniosku o jego zwrot. Możliwy jest również scenariusz negatywny, w którym podatnik nie pobierał podatku, choć istniały ku temu podstawy prawne. W tej sytuacji powstałaby zaległość podatkowa.
Omawiane zagadnienie jest istotne także z punktu widzenia podatników, którzy amortyzują zakupione licencje. Jeśli bowiem okaże się, że licencja nie jest w rzeczywistości licencją, to wymagana będzie korekta kosztów uzyskania przychodów.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
To wzbudza nasz protest– tak pomysł resortu zdrowia dotyczący nałożenia specjalnej opłaty na alkohole w małych pojemnościach, komentują szefowie firm zrzeszonych w Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa. Powód? „Do jednego worka” wrzucono napoje spirytusowe i winiarskie. Tymczasem wino w opakowaniach „mini”, czyli do 300 ml, to produkt z zupełnie innej kategorii niż tzw. „małpka” z wódką. A oba mają być droższe o 1 zł.
– Z uzasadnienia do projektu ustawy wynika, że podstawą podjęcia inicjatywy była troska o zdrowie publiczne i chęć ograniczenia ryzykownej konsumpcji alkoholu. Zadziwiające wydaje się zatem, że Ministerstwo Zdrowia wszczęło działania, by ograniczyć sprzedaż wina w małych opakowaniach. Jesteśmy głęboko przekonani, że to krok w kierunku przeciwnym do zamierzonego – mówi Magdalena Zielińska, Prezes Związku Pracodawców Polska Rada Winiarstwa.
Dlaczego? Segment wyrobów winiarskich w małych opakowaniach bardzo rozwinął się w ostatnich latach, ale w Polsce wciąż stanowi margines. W małych butelkach zamyka się głównie wina ze średniej i wyższej półki. – To marki premium, określane jako standard plus, na przykład szampany- mówi Bartosz Werpachowski z firmy Bacardi-Martini Polska.
Trend „mini” w branży winiarskiej to zjawisko obserwowane globalnie, a wynika z premiumizacji oraz dążenia konsumentów do ograniczania konsumpcji. Nie ilość wina staje się ważna, lecz jego jakość, a małe opakowania sprzyjają tym pozytywnym trendom. Ta stosunkowo nowa i stopniowo rozbudowująca się grupa asortymentowa skierowana jest więc do wymagających konsumentów.
– Wina w małych butelkach pełnią zupełnie inną funkcję niż tzw. „małpki”, czyli wyroby spirytusowe w niewielkich opakowaniach – podkreśla Jakub Nowak, Prezes firmy JNT Group. – Wino bowiem, po otwarciu, łatwo może stracić właściwy mu smak i aromat. Konsument wybiera więc małą pojemność, jeśli chce wypić tylko kieliszek wina, a nie większą jego ilość. Dodam, że odbiorcami win w małych opakowaniach są głównie kobiety, dla których liczy się przede wszystkim jakość trunku, a nie jego ilość.
Kobiety i …single, dodaje Grzegorz Bartol, wiceprezes firmy Bartex. – Pamiętajmy, że w Polsce żyje ich już 7,5 mln! Chcąc zdegustować wino, nie zawsze muszą decydować się na zakup standardowej pojemności 0,75 l. Zresztą także z myślą o tej grupie naszych odbiorców sukcesywnie wprowadzane są wina zamykane zakrętkami aluminiowymi – mówi Grzegorz Bartol.
A jak zwraca uwagę Anna Kalinowska, Dyrektor ds. Produkcji i Inwestycji w firmie Henkell Freixenet Polska Sp. z o. o., degustowanie szerokiego spektrum win rozwija kulturę konsumpcji, kształtuje smak i uwrażliwia na wysoką jakość. Dlatego ważne jest, aby bariera wejścia do świata win nie była zbyt wysoka. – Uważamy, że nieuzasadnionym jest, aby pojemność 200 ml , która już dziś jest droższa w przeliczeniu na standardową pojemność 750 ml, obłożona była dodatkową opłatą. Można przypuszczać, że taka decyzja uczyniłaby zakup 200 ml zupełnie nieekonomicznym i w miejsce 200 ml konsument poczuje się bardziej zachęcony do zakupu pojemności standardowej 750 ml. Powstaje pytanie, czy temu właśnie ma służyć pomysł Ministerstwa Zdrowia? – pyta Anna Kalinowska.
Warto podkreślić, że koszt zakupu wina w małych opakowaniach jest wysoki w stosunku do dawki alkoholu zawartego w tej porcji. Sam alkohol, jako substancja psychoaktywna, nie stanowi tu głównego waloru i powodu decyzji zakupowej.
– Nie jest to więc wybór grup społecznych, o które troska – jak wynika z uzasadnienia – była podstawą do opracowania projektu regulacji – zauważa Magdalena Zielińska, Prezes ZP PRW. – Zaskakujący jest też fakt, że resort zdrowia nie objął swoim zainteresowaniem sprzedaży czy reklamy piwa, a przecież to właśnie piwo jest napojem, pod postacią którego Polacy przyjmują zdecydowanie najwięcej alkoholu w przeliczeniu na stuprocentowy etanol. Przeciętny Polak wypija rocznie ok. 100 litrów piwa, a wszystkich napojów winiarskich łącznie (w tym m.in. win, win owocowych, cydrów, miodów pitnych) jedynie poniżej 6,5 l – konkluduje Prezes ZP PRW.
Grzegorz Bartol resortowe plany podsumowuje krótko: – Ministerstwo Zdrowia pragnie urzędowo zmienić nawyki konsumentów, głównie ograniczyć sprzedaż produktów wysokoalkoholowych w małych pojemnościach wprowadzając dodatkowe obciążenia fiskalne. Obawiam się, że pod płaszczykiem dbania o zdrowie konsumentów określone sumy zasilą zupełnie inny kanał wydatków budżetowych.
Związek Pracodawców Polska Rada Winiarstwa, największa organizacja ekspercka branży winiarskiej w Polsce, zgłosił już swoje uwagi do Ministerstwa Zdrowia. Jednym z postulatów jest to, aby z dodatkowej opłaty zwolnione zostały wyroby winiarskie zawierające do 15% alkoholu. ZP PRW wyraził także gotowość do dialogu. Zgodnie z projektem ustawy, zmiany mają wejść w życie od 1 kwietnia 2020 roku.
Blisko połowa mikro, małych i średnich przedsiębiorców uważa, że 2019 r. był dla ich firmy lepszy pod względem finansów i rozwoju niż 2018 r. Co szósty przedsiębiorca narzeka, że się pogorszyło, a co trzeci jest zdania, że nie było ani lepiej, ani gorzej. W prognozach na ten rok nad optymistami przeważają pesymiści, najwięcej ma ich branża handlowa. Przedsiębiorcy w 2020 r. boją się głównie wzrostu kosztów zatrudnienia m.in. w efekcie podwyżki płacy minimalnej, składki ZUS dla prowadzących działalność oraz zmian podatkowych i podwyżki cen prądu – wynika z badania zrealizowanego dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor wśród mikro, małych i średnich firm handlujących z odroczonym terminem płatności.
W podsumowaniach 2019 r. zadowoleni przedsiębiorcy są górą, niemal połowa przedstawicieli firm (49 proc.) jest usatysfakcjonowana obrotem biznesowych spraw w ostatnich 12 miesiącach. Wśród pozytywnie oceniających miniony rok jedna trzecia przedsiębiorców wskazuje, że powodem były wyższe zyski i większa sprzedaż. Nieco ponad jedna czwarta podaje, że ubiegły rok był lepszy przede wszystkim dlatego, że udało im się pozyskać nowych odbiorców i wejść na nowe rynki. Wskazywano również na lepszą płynność finansową (26 proc.) i poczucie stabilności finansowej (21 proc.). Nie był to bynajmniej efekt poprawy jakości rozliczeń z odbiorcami, bo ten element podkreśliło zaledwie 5 proc. ankietowanych zadowolonych z 2019 r. Jako przyczyny korzystnej oceny minionego roku więcej badanych niż płatności, wskazało na inwestycje, własną konkurencyjność czy też ceny towarów i usług.
To co dla zadowolonych stanowiło podstawę sukcesu, niezadowolonym przysporzyło zmartwień. W grupie firm negatywnie podsumowujących 2019 r. (17 proc. badanych), blisko 30 proc. na pierwszym miejscu wymienia niższe zyski. Podają też spadki sprzedaży oraz rosnące koszty zatrudnienia (po ok. 23 proc.) i wysoko, bo na czwartej pozycji kiepskie rozliczenia z odbiorami (18 proc.).
– Badania nie pozostawiają wątpliwości, że wielu przedsiębiorcom się poprawiło, ale niestety nie zawsze są oni chętni dzielić się swoim sukcesem. Sporej części z trudem przychodzi terminowe rozliczanie się, nawet gdy przybywa im na koncie i poprawia się płynność finansowa. Dlatego, problem opóźnionych należności w sektorze MŚP pozostaje wciąż aktualny – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.
– W zrealizowanym dla nas badaniu podsumowującym ubiegły rok, połowa przedsiębiorców podaje, że ich kontrahenci opóźniali płatności o co najmniej 30 dni. Ponad 25 proc. firm zdarzało się czekać nawet o 90 dni lub dłużej. Blisko jedna czwarta przedsiębiorców przewiduje, że części należności z 2019 roku w ogóle nie otrzyma. I to już brzmi przerażająco, bo jeśli w grę wchodzi znacząca kwota to rodzi to nawet ryzyko upadłości – dodaje. Obawy, że pieniędzy nie uda się odzyskać stosunkowo najczęściej mają producenci. Usługodawcy podają, że co do zasady wszystkie płatności realizowane były w terminie lub z drobnymi opóźnieniami i ten problem ich mocno nie dotyka. Natomiast należności przeterminowane o 60 i 90 dni w minionych 12 miesiącach, częściej niż inni deklarują firmy handlowe. Handel przyznaje też, że zdarzyło się mu zalegać z płatnościami na skutek opóźnień lub nieuregulowanych zobowiązań kontrahentów. Doświadczenia w spływie należności z pewnością nie pozostały bez wpływu na ogólną ocenę minionego roku, który jak pokazuje badanie Keralla Research dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, najlepiej postrzega budownictwo, a najgorzej właśnie handel i transport.
Najbardziej zadowoleni budowlańcy i firmy średnie, najmniej handel i transport
Przedstawiciele wielu branż mogą zazdrościć budownictwu. W tym sektorze 7 na 10 badanych przedsiębiorstw uznało miniony rok za lepszy od poprzedniego. W tej branży jest też najmniej zawiedzionych. Sytuacji nie udało się poprawić tylko jednej firmie budowlanej na 10. Najmniej usatysfakcjonowanych zeszłorocznymi osiągnięciami jest w handlu i transporcie. W transporcie jest też najwięcej przekonanych, że w minionym roku było gorzej niż wcześniej. Taką opinię ma co czwarty przedstawiciel firm transportowych, podczas gdy ogólnie o złym obrocie spraw w 2019 r. mówi co szósty przedsiębiorca. W granicach średniej ocen dla wszystkich przedsiębiorstw wypadły natomiast przemysł i usługi. Około połowy ich przedstawicieli podsumowało rok pozytywnie, a jedna szósta negatywnie.
Co zdecydowało o zadowoleniu budownictwa? Częściej niż inni, przedstawiciele firm budowlanych, wymieniają m.in. poprawę własnej konkurencyjności, mniejsze obawy przed konkurencją, poczynione inwestycje oraz lepsze możliwości zatrudniania pracowników niż rok wcześniej. Przemysł jako powody do zadowolenia wymienia przede wszystkim większą sprzedaż i zyski. Najmniej zadowoleni handlowcy mówią o większej sprzedaży, ale na drugim miejscu zamiast zysków wymieniają zdobywanie nowych odbiorców i rynków. W transporcie pozyskiwanie nowych rynków i klientów wyróżnia się najbardziej jako miara zeszłorocznego sukcesu.
Wśród pozytywnie podsumowujących zeszłoroczne osiągnięcia przeważają firmy średnie, zatrudniające od 50 do 249 osób. Tu jako lepszy miniony rok postrzega niemal dwie trzecie ankietowanych, a jedynie jedna ósma (12 proc.) przyznaje, że było trudniej niż wcześniej. Wśród średnich niezadowolonych firm, badani wskazują przede wszystkim, że ostatnie 12 miesięcy były gorsze pod względem zatrudniania pracowników. Z kolei ankietowani z podmiotów zatrudniających 10-49 osób częściej podają, że 2019 rok był słabszy jeśli chodzi o zyski oraz płatności od odbiorców towarów i usług.
Jaki będzie 2020?
Czy rok 2020 okaże się lepszy dla firmy niż 2019? Większość, bo ponad 36 proc. zakłada, że będzie taki sam jak poprzedni, ok. 30 proc. że gorszy, a optymistów jest jedynie 20 proc. Nieznacznie powyżej średnich oczekiwań wobec tego co przyniesie 2020 r. wypada przemysł, w którym optymiści nawet dominują nad pesymistami. Najmniej nastawionych na zmianę na lepsze widać w branży budowlanej (17 proc.). Budownictwo, które miało wyjątkowo udany zeszły rok, najwyraźniej nie wierzy, że może być jeszcze lepiej. Prognozę pogorszenia sytuacji najgłośniej słychać w handlu (41 proc.). Tu obawiających się tegorocznego obrotu spraw jest ponad dwa razy więcej niż w przemyśle. Transport, który razem z handlem nie był szczególnie zadowolony z 2019 r., w tym roku częściej niż reszta jest niepewny co do tego, jak potoczą się losy jego biznesu. Obawia się prognozować co piąty przedstawiciel firmy transportowej, jednak co pozytywne, udział pesymistów i optymistów jest tu niemal wyrównany.
Czego boją się w tym roku przedsiębiorcy? Z odpowiedzi wszystkich badanych firm, bez względu na prognozę na 2020 r., wynika, że przede wszystkim wzrostu kosztów ze względu m.in. na wzrost płacy minimalnej i wynikającą z tego podwyżkę składki na ZUS dla prowadzących działalność gospodarczą, boją się też zmian podatkowych. Tematy te wskazała ponad jedna trzecia badanych. W drugiej grupie zjawisk, wymienianych przez ponad jedną piątą respondentów, znalazła się podwyżka cen prądu, rosnąca biurokracja i niepewność otoczenia gospodarczego, a także problemy ze znalezieniem pracowników. Obaw nie ma jedynie co dwudziesty badany.
Źródło: BIG InfoMonitor
Badanie wykonane dla BIG InfoMonitor przez Keralla Research, Instytut Badań i Rozwiązań B2B, wśród mikro, małych i średnich firmach wystawiających faktury z odroczonym terminem płatności, na próbie n=500. Odpowiadały osoby decyzyjne, właściciele, współwłaściciele firm lub inne osoby wskazane jako zarządzające firmą. Technika wywiadów telefonicznych CATI. Styczeń 2020 r.
W piątek o północy nastąpi Brexit – czy wobec tego w sobotę obudzimy się w zupełnie nowym świecie? Nie. W sklepach nadal będzie można kupić brytyjskie produkty, a na weekend wybrać się do Londynu bez paszportu. „Brexitoza” czeka nas dopiero od 2021 roku.
Unia Europejska, w tym Polska, pożegna Wielką Brytanię 31 stycznia – będzie to zakończenie brexitowej epopei, rozpoczętej referendum z czerwca 2016 roku. Co jednak Brexit oznacza dla polskich przedsiębiorców oraz konsumentów? Na początku zupełnie nic. – 1 lutego rozpocznie się okres przejściowy, który będzie obowiązywał do końca tego roku – w tym czasie polska gospodarka nie odczuje zmian – tłumaczy Piotr Wołejko, ekspert ds. społeczno-gospodarczych Pracodawców RP. – Wielka Brytania będzie do tego momentu nadal uczestniczyć we wspólnym rynku i unii celnej, bo w tym okresie UE będzie traktować Zjednoczone Królestwo jako państwo członkowskie.
– W 2020 rokunadalbędzie obowiązywał swobodny przepływ osób, za to rząd brytyjski nie będzie miał swoich przedstawicieli w instytucjach unijnych oraz nie będzie brał udziału w procesach decyzyjnych UE. Wielka Brytania będzie mogła zawierać nowe umowy handlowe, ale będą one mogły wejść w życie dopiero po zakończeniu okresu przejściowego – wyjaśnia ekspert Pracodawców RP.
Okres do 1 stycznia 2021 roku Unia Europejska i Wielka Brytania poświęcą na wypracowanie nowych porozumień dotyczących wymiany handlowej. To szansa na zachowanie dotychczas istniejących łańcuchów dostaw oraz wszelkich innych relacji gospodarczych – inwestycji, czy sytuacji spółek działających poza ojczystymi granicami. Jeżeli nie dojdzie do unijno-brytyjskiego porozumienia, obie strony będą prowadzić wzajemną wymianę handlową w oparciu o zasady WTO (Światowej Organizacji Handlu). W takim przypadku władze celne państw członkowskich UE będą stosować unijne przepisy dotyczące eksportu i importu towarów z Wielkiej Brytanii zgodnie z zasadami, które dotyczą obecnie krajów trzecich, czyli niebędących członkami Unii, z którymi ta nie zawarła umów handlowych.
Niezależnie od wyników negocjacji handlowych, prawdopodobnie zostaną wprowadzone kontrole na granicy między Unią Europejską a Zjednoczonym Królestwem. Przedsiębiorcy będą mieć m. in. obowiązek dopełnienia standardowych formalności celnych. Dla osób, które dotychczas tego nie robiły, oznacza to np. konieczność zarejestrowania się w usłudze Krajowej Administracji Skarbowej „e-Klient”, składania zgłoszeń i deklaracji celnych oraz regulowania należności celnych i podatkowych (VAT i akcyza). Jeśli chodzi natomiast o podatek dochodowy, to mamy podpisaną z Wielką Brytanią umowę o unikaniu podwójnego opodatkowania, która przewiduje podobne regulacje jak te wynikające z dyrektyw UE, więc i tu nie będzie rewolucji. – Reasumując, choć Brexit może w jakimś stopniu skomplikować wymianę handlową i dołożyć przedsiębiorcom obowiązków – głównie wynikających z obowiązków celnych, to trudno w tej chwili mówić o poważniejszych problemach, które paraliżowałyby działalność przedsiębiorstw – mówi Piotr Wołejko.
– Dla przedsiębiorców zaangażowanych w wymianę handlową z Wielką Brytanią kluczowe będzie posiadanie numeru EORI, czyli tzw. certyfikatu celnego. To warunek konieczny dla dokonywania zgłoszeń celnych. Wewnątrz Unii Europejskiej numer EORI nie jest potrzebny. Jeżeli przedsiębiorca będzie dokonywał importu do Wielkiej Brytanii lub eksportu z tego kraju lub też realizował operacje tranzytowe ze Zjednoczonego Królestwa, to będzie też musiał mieć brytyjski numer EORI, żeby móc złożyć w Wielkiej Brytanii zgłoszenie celne – wyjaśnia ekspert Pracodawców RP.
Jeśli na koniec 2020 roku nie dojdzie do porozumienia Brukseli z Londynem, wówczas nastąpi tzw. „twardy Brexit”. W takim przypadku pojawią się pytania np. o podmioty będące w holdingu z kapitałem brytyjskim i polskim. Problemy będą dotyczyć m.in. podatku u źródła, wypłacanych odsetek, opłat licencyjnych, restrukturyzacji. Będzie to jednak z reguły problem dużych podmiotów, które z pewnością odpowiednio wcześniej przygotują się na taką sytuację. – Należy się spodziewać, że kwestie gospodarcze, prawne i prawno-podatkowe zostaną w okresie przejściowym uregulowane w sposób korzystny dla przedsiębiorstw, gdyż jest to w interesie obu stron. Zwłaszcza, że Wielka Brytania jest ważnym partnerem gospodarczym Polski – przewiduje Piotr Wołejko. Według danych GUS, Wielka Brytania to dla naszego kraju trzeci największy partner pod względem eksportu (po Niemczech i Czechach). Najważniejsze grupy towarowe to wyroby przemysłu elektromaszynowego (42 proc.), artykuły rolno-spożywcze (20 proc.) oraz wyroby przemysłu chemicznego (11 proc.). Z tych samych danych wynika, że w 2018 r. Wielka Brytania była trzecim najważniejszym odbiorcą usług z Polski, z udziałem 7,5 proc. Po stronie importu usług, Wielka Brytania plasuje się na miejscu drugim z udziałem 8,2 proc. Z kolei polski eksport do Wielkiej Brytanii stanowił w 2018 roku 7,7 proc. polskiego eksportu do państw Unii Europejskiej. Import z Wielkiej Brytanii to 4,2 proc. importu z państw UE, a obroty PL-GB to 6,2 proc. polskich obrotów handlowych z państwami UE. Według Narodowego Banku Polskiego, skumulowane brytyjskie inwestycje w Polsce wyniosły na koniec 2018 roku 7,89 mld EUR, co stanowiło 4 proc. łącznej wartości kapitału zainwestowanego w naszym kraju (tj. 199,8 mld EUR).
Niemal 50 proc. Polaków, którzy mają zobowiązania finansowe, spóźnia się z ich spłatą – tak wynika z raportu Związku Przedsiębiorstw Finansowych. Co więcej, prawie 62 proc. osób z tej grupy jest tym faktem zestresowanych, martwi się lub wstydzi swojego zachowania.[1]Dlaczego windykator jest często traktowany jak wróg, a nie sprzymierzeniec w spłacie zobowiązań? Jak wyjść ze spirali zadłużenia? Pytamy o to prof. Dariusza Dolińskiego, członka Komitetu Psychologii PAN, przewodniczącego Polskiego Stowarzyszenia Psychologii Społecznej oraz wykładowcę Uniwersytetu SWPS.
Dlaczego Polacy wpadają w pułapkę zadłużenia?
Prof. Dariusz Doliński: Najczęściej przez optymizm. W naszej kulturze zakłada się, że optymizm jest czymś, co motywuje nas do działania. Kult optymizmu jest wszechobecny, ale bywa złudny. Badania pokazują, że wśród studentek, które zachodzą w niepożądaną ciążę, dominują optymistki. Podobną zależność widzimy wśród osób poparzonych promieniami słonecznymi na Wyspach Kanaryjskich. Wpadamy w pułapkę pozytywnego myślenia – bierzemy kredyt, bo zakładamy, że jakoś go spłacimy. Kiedy nie mamy pieniędzy na ratę, czekamy aż wpadnie nam dodatkowa fucha, wtedy myślimy, że zapłacimy za 2-3 zaległe raty. Dobrze jest, jeśli ten pozytywny scenariusz się sprawdza. Jednak często bywa odwrotnie – dodatkowej gotówki nie ma, a liczba niezapłaconych rat rośnie – to znak, że wpadliśmy w pułapkę własnego optymizmu. Zamiast przezornie, od samego początku, zacisnąć pasa i płacić raty zgodnie z harmonogramem, dochodzimy do wniosku, że tak czy owak wyjdziemy z tej sytuacji obronną ręką. Zadłużenie rośnie, przestajemy je spłacać, a później nie widzimy sensu podejmowania już jakichkolwiek działań.
Bywa również, że ludzie z różnych powodów nie spłacają długu. Chodzi np. o jego koszty – w Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia, że uczciwa byłaby sytuacja, w której, jeśli pożyczamy 20 tys. zł., to powinniśmy zwracać tyle samo. Jeśli nie nauczymy się, że koszty są ściśle związane z kredytem, to będziemy mieć ogromny problem. Podobnie z windykacją– musimy zrozumieć, że to droga do wyjścia z problemów finansowych, a nie dalsze, poważniejsze jeszcze kłopoty.
Ludzie często nie wiedzą, jak zachować się, gdy dzwoni windykator. Wolą unikać z nim kontaktu niż spróbować się porozumieć i rozwiązać problem. Dlaczego tak się dzieje?
W nowej, stresującej dla wielu sytuacji, ludzie reagują na jeden z dwóch sposobów. Spłatę zadłużenia traktują albo jako wyzwanie, albo zagrożenie. W tym pierwszym przypadku dążą do rozwiązania problemu. Jeśli jednak potraktują tę sytuację jako zagrożenie, będą starali się jej unikać, ponieważ wiąże się z silnym napięciem emocjonalnym czy lękiem. Wtedy wyprą ze świadomości myśl o zadłużeniu i nie odbiorą telefonu od windykatora. Nawet jeśli podniosą słuchawkę, to zazwyczaj rozmawiają z nim w taki sposób, jakby ich w ogóle ta sprawa nie dotyczyła. Są to pewne schematy postępowania ze stresem, które formułują się u ludzi już w dzieciństwie. Ci z nas, którzy unikają kontaktu z windykatorem, zazwyczaj postępują w podobny sposób w innych okolicznościach stresowych: nie próbują ich rozwiązać, starają się żyć tak, by oddalić od siebie problem.
Aż 3/4 badanych nie wie, jak powinien wyglądać proces windykacyjny, jakie przepisy prawne chronią konsumentów w tym zakresie. Może gdyby wiedza ta była bardziej powszechna, to mniej ludzi czułoby blokadę i stres w związku z telefonem windykatora?
Osiągnięcie takiego stanu jest bardzo trudne. Głównym problemem jest sposób, w jaki postrzegany jest windykator przez osobę zadłużoną. Zazwyczaj ludzie myślą o nim bardziej jak o wrogu niż o partnerze, który może wesprzeć ich w rozwiązaniu sytuacji, w której się znaleźli. Kolejną kwestią jest unikanie przez Polaków wiedzy szczegółowej. Badania wskazują, że kupując nową lodówkę lub pralkę, najczęściej nie zapoznajemy się z instrukcją, tylko intuicyjnie próbujemy uruchomić urządzenie. Podobnie działają ci, którzy zaciągają pożyczkę. Nie czytają regulaminu, nie wiedzą, co grozi w przypadku braku terminowej spłaty albo, co stanie się, gdy sprawa trafi w ręce windykatora. Dotarcie do ludzi z tymi szczegółowymi informacjami jest niesamowicie trudne. To wina m.in. systemu edukacji, który nie uczy tego, co przyda nam się w życiu, m.in. właśnie jak poradzić sobie z zadłużeniem.
Wśród najczęstszych wymówek, jakie badani usłyszeli od członków rodziny lub znajomych niespłacających swoich zobowiązań finansowych były: brak pieniędzy na bieżące wydatki (38,2 proc.) oraz zbyt wysoka kwota niespłacanego długu
w porównaniu do oczekiwanego przypływu gotówki (25 proc.). Niektórzy mówią wprost: „z firmą windykacyjną nie można się dogadać” (16 proc.).
Ważne, by windykatorzy umieli przekonać konsumenta, że są jego partnerem, a nie wrogiem. Dobrze, gdyby na wstępie od razu zaznaczyli, że to jest ich wspólny problem: windykatora i dłużnika. Następnie zaproponowali konstruktywne rozwiązanie, czyli chociażby możliwość rozłożenia zadłużenia na raty, na okres 2-3 lat. To pozwoli osobie zadłużonej uwierzyć, że z problemem finansowym można sobie poradzić.
Jak możemy pomóc dłużnikom – czy raczej – jak oni sami mogą sobie pomóc?
Najlepiej oczywiście jest się nie zadłużać, czyli na samym początku, kiedy przejdzie nam przez myśl, by wziąć pożyczkę, od razu zrewidować swoje potrzeby. Dobre gospodarowanie domowym budżetem to dzisiaj umiejętność nie do przecenienia. Wystarczy zadać sobie pytanie: „czy koniecznie musimy w tym roku wyjechać na wakacje, albo czy iPhone naprawdę jest nam niezbędny do życia?”. Wystarczy trochę determinacji i cierpliwości, by oszczędzić pieniądze na tego rodzaju zachcianki i uniknąć kredytu. Jeśli jednak już go mamy, to musimy podejść do sprawy odpowiedzialnie i spłacać raty zgodnie z harmonogramem. Chociażby z tego powodu, by uniknąć nieprzespanych nocy i niepotrzebnego stresu. W sytuacji, w której niespłacone raty zaczynają niebezpiecznie narastać, najgorszym z możliwych rozwiązań jest unikanie windykatora lub zaciąganie kolejnych pożyczek, na rzecz spłaty wcześniejszych. O wiele lepiej zacząć od oszczędzania metodą małych kroków. Nie chodzi o to, by odmawiać sobie wszystkich małych przyjemności, ale jeśli oszczędzimy pięć zł dziennie, to w miesiącu możemy spłacić 150 zł zadłużenia. Jeśli sobie z tym poradzimy, to najprawdopodobniej 200, czy 300 zł też nie spowoduje ruiny w naszym domowym budżecie. Jeżeli zaczniemy spłacać dług od małych rat, które będą stopniowo rosły, to prędzej czy później zauważymy, że w dającej się przewidzieć przyszłości, spłacimy swoje zobowiązanie.
Ważne jednak, by w momencie spłaty długu nie wpaść w kolejną pułapkę. Dłużnik, który przez wiele miesięcy zaciskał pasa i osiągnął swój cel, spłacił całe zadłużenie, czuje ulgę. Ale czuje też niekiedy, że za ten trud zaciskania pasa, należy mu się jakaś nagroda. Jaka? Przykładowo, nowy laptop. A raty za ten nowy laptop są takie korzystne…
[1] Badanie opinii przeprowadzone przez SW Research na zlecenie Związku Przedsiębiorstw Finansowych w ramach kampanii „Windykacja? Jasna Sprawa!”. Badanie zrealizowano w 2019 roku na próbie 1000 osób.
Wzrost przypadków zakażenia koronowirusem prowadzi do nasilenia awersji do ryzyka na rynkach finansowych, a skala wahań cen aktywów została spotęgowana przez święta w Chinach, Singapurze i Australii. Minie jeszcze trochę czasu, zanim niepewność o skalę epidemii zostanie rozwiana. Na FX wygrywają JPY i CHF, na rynku akcji jeszcze czerwono, ropa nurkuje.
Biorąc pod uwagę, że okres inkubacji koronowirusa wynosi 2 tygodnie, jeszcze przez klika dni należy się spodziewać wzrostu liczby przypadków zachorowania oraz zgonów. Chiny przedłużyły o trzy dni do 3 lutego obchody Nowego Roku, zamykając na ten czas szkoły, sklepy i instytucje. Zakazały też sprzedaży wycieczek. Wciąż niewiadomą pozostaję wielkość szkód dla aktywności gospodarczej – w Chinach i globalnie. Strach przed podróżami lotniczymi już uderza w ceny ropy naftowej. Przegrzany rynek akcji doświadcza ucieczki inwestorów. Europa zaczyna dzień na czerwono, tracą też kontrakty na indeksy w USA. Tradycyjnie już rynek FX jest najmniej zmienny, ale i tutaj widać klasyczną ucieczkę w bezpieczne JPY i CHF, a za czasu sesji azjatyckiej pod presją były AUD i NZD.
Jeśli dotychczasowym motorem wzrostów rynku akcji były pozytywne perspektywy globalnego ożywienia, to obecnie musi nastąpić rewizja tych oczekiwań. Jakkolwiek jest mało realne, aby epidemia przewyższyła we wpływie deeskalację wojen handlowych i ekspansję monetarną na masową skalę w wykonaniu Fed i reszty, tak dla spanikowanego rynku ten pierwszy element będzie krótkoterminowo znaczył dużo więcej. Rynek akcji może nadawać tonu w redukcji ryzyka, zanim zaczną napływać informacje, że wirus został opanowany. Pod kątem kierunku ucieczki najwygodniejsze wydają się obligacje skarbowe i JPY. Biorąc pod uwagę, że w tym tygodniu mamy FOMC i prezes Powell raczej zwróci uwagę na ryzyka zewnętrzne, spekulacje o kolejnej obniżce stóp procentowych będą podsycać spadek rentowności i USD/JPY. CHF też jest atrakcyjny, ale mniej w obawie przed furią SNB. Wątpimy jednak, aby bank centralny chciał wytoczyć największe działa w szczycie awersji do ryzyka.
Na lokalnym podwórku złoty ma coraz więcej powodów, by pozbyć się swojej (nieuzasadnionej w moim mniemaniu) siły. Do presji zewnętrznej doszła w piątek popularyzacja w zagranicznych mediach chaosu w polskim sądownictwie, na który krytycznie reaguje Komisja Europejska. Preferujemy stać przy opinii, że póki UE nie postawi jasnego ultimatum z sankcjami gospodarczymi, wymiana listów między Brukselą i Warszawą nie powinna inwestorów zanadto niepokoić. Obecnie jednak obawy KE o praworządność w Polsce dolewają oliwy do ognia, co tylko wzmacnia chęci do sprzedaży złotego.
Wśród fraz wpisywanych w ub. roku przez użytkowników aplikacji i serwisów agregujących promocje największy udział miało masło, cukier i mleko. Popularne były też art. dla dzieci, w tym Pampersy i Bebiko – odpowiednio 4. i 9. miejsce. Na 5. pozycji w zestawieniu znalazła się kawa. Polacy intensywnie szukali też mięsa. Filet z kurczaka był 6. A piwo i Pepsi były kolejne w rankingu. TOP 10 zamknął basen. Dalej był m.in. papier toaletowy i proszek do prania.
W pierwszej trójce najczęściej poszukiwanych towarów w promocji znalazły się produkty codziennego użytku. Jak zaznacza Marcin Lenkiewicz z Grupy Mobilnej Qpony-Blix, w przypadku masła (1. miejsce) i mleka (3. pozycja) ważna jest świeżość. Dlatego te artykuły są często kupowane. Ekspert dodaje, że ceny żywności rosną najszybciej od 5 lat. To powoduje, że klienci intensywnie szukają okazji.
– Cukier, który zajął 2. miejsce w zestawieniu, wprawdzie nie musi być świeży, ale nie warto go gromadzić na zapas. Większa ilość wymaga odpowiedniego miejsca do przechowywania i dbałości o dość nietrwałe opakowanie. Zatem w tym przypadku również działa efekt rotacji artykułu pierwszej potrzeby – mówi dr Maria Andrzej Faliński, były dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji.
Konsumenci często poszukują również produktów dla dzieci. Pampersy i Bebiko znalazły się w pierwszej dziesiątce – odpowiednio na 4. i 9. miejscu. Pieluchomajtki Dada i Bebilon też zajęły dość wysokie pozycje – 11. i 15. Zdaniem Beaty Orcholskiej z Grupy Mobilnej Qpony-Blix, popularność ww. artykułów wnika z tego, że dużo ważą w domowym budżecie, ponieważ są stale stosowane w okresie niemowlęcym i poza nim. Z tego względu są często wykorzystywane przez sklepy w gazetkach w celu zachęcenia klientów do większych zakupów. Generują także wysokie obroty podczas akcji promocyjnych.
– Polacy intensywnie szukają promocji na mięso. Filet z kurczaka zajmuje 6. pozycję. Schab ma 13. miejsce, a karkówka – 17. To jest oczywiście wynikiem kulturowej presji, która określa dietę i preferowane smaki. Wymienione produkty pozwalają na przyrządzenie wielu nieskomplikowanych potraw dla osób w każdym wieku – wyjaśnia dr Faliński.
Co ciekawe, z kategorii warzyw i owoców tylko papryka znalazła się w pierwszej dwudziestce, zajmując 14. miejsce. Beata Orcholska z Grupy Mobilnej Qpony-Blix zauważa, że jest ona składnikiem rozmaitych dań. Pozwala na przygotowanie wielu zdrowych i modnych potraw, pochodzących z różnych krajów. Z tych właśnie powodów jest ceniona przez konsumentów i często promowana przez sieci handlowe.
– Wyjątkowo popularna jest też kawa, która ma 5. miejsce w rankingu. Dodatkowo jej ziarnista odmiana zajmuje 18. pozycję. Warto podkreślić, że w przypadku tego typu produktów klienci nie szukają konkretnego producenta. Wynika to z tego, że promowane są głównie właściwości aromatyczne. Konsument może nie pamiętać nazwy konkretnej kawy, ale rozpozna jej smak i zapach. Cena ma mniejsze znaczenie – przekonuje były dyrektor generalny POHiD-u.
Z kolei ekspert Marcin Lenkiewicz zwraca uwagę na mocną pozycję piwa – 7. miejsce w rankingu. Gdy ten trunek pojawia się w gazetkach, natychmiast zachęca swoich smakoszy do robienia większych zakupów. Konsumenci poszukują korzystnych cen dla swoich ulubionych browarów lub chcą odnajdywać nowe smaki. W ostatnich latach bardzo zyskuje segment piw bezalkoholowych i kraftowych. I to też wpływa na wybory klientów. Dr Faliński dodaje, że piwo ma silne wsparcie kulturowe. Poza tym może być szeroko promowane, w odróżnieniu od innych napojów alkoholowych.
– Kolejne, 8. miejsce ma Pepsi. Warto dodać, że jej największy konkurent, czyli Coca-Cola jest w zestawieniu na 19. pozycji. To ciekawy przypadek i swoisty fenomen na rynku. W naszej wyszukiwarce, która jest największą w Polsce, wiodącą pozycję faktycznie ma Pepsi. Jest to z jednej strony wynikiem aktywności promocyjnej producenta, a z drugiej – zainteresowania konsumentów tym konkretnym produktem – tłumaczy Beata Orcholska.
TOP 10 zamyka basen. Dr Faliński uważa, że taki artykuł, podobnie jak sprzęt ogrodowy, zawdzięcza swoją popularność m.in. tendencji do wyprowadzania się mieszkańców miast na wieś. Podlega modzie na prezentowanie swego rodzaju sukcesu i zmiany stylu życia, zgodnie z trendami podpatrzonymi w telewizji. Nie są to tanie produkty, ale ich zróżnicowanie cenowe i materiałowe powoduje, że stają się powszechne.
– Coraz dłuższe i cieplejsze sezony letnie wpływają na preferencje zakupowe Polaków. I tę tendencję będziemy obserwować w najbliższych latach. Trendy dotyczące zmiany klimatu będą miały wpływ na wiele obszarów naszego życia. W ub.r. basen, jako produkt dość kosztowny, był często wyszukiwany w tego typu aplikacjach. Klienci szukali najlepszych cen, porównywali parametry wielkościowe i jakościowe – informuje Marcin Lenkiewicz.
Na 12. pozycji jest papier toaletowy. Dr Faliński stwierdza, że to efekt codziennego użycia. Względy higieniczne, estetyczne i zdrowotne stoją na straży zainteresowania tym artykułem. Dość podobnie jest w przypadku chemii gospodarczej – proszku do prania – 16. miejsce, a także kapsułek – 20. To też są rzeczy niezbędne w każdym gospodarstwie. Nabywanie ich w korzystnych cenach lub w pakietach daje poczucie atrakcyjności zakupów.
– Patrząc ogólnie na wyniki, można wnioskować, że polscy konsumenci stają się smart shopperami. Szukają dobrych produktów w najlepszych cenach. Chcą kupować mądrze i odpowiedzialnie m.in. artykuły codziennego użytkowania. Jednocześnie są otwarci na nowości rynkowe. Liczą się dla nich panujące trendy, wśród których można wymienić np. zdrowy styl życia, ale także przyzwyczajenia kulturowe – zauważa ekspert z Grupy Mobilnej Qpony-Blix.
Jak podsumowuje dr Faliński, Polacy nadal uczą się konsumować i coraz lepiej optymalizują swoje wydatki. Promocje bardzo w tym pomagają, bo informują o propozycjach, a zarazem czynią niektóre produkty, jak np. basen, dostępniejszymi. To proces sprzyjający powstawaniu specyficznie polskiej, choć wzorowanej na doświadczeniu innych społeczeństw, kultury zakupu.
Zmieniają się upodobania i zwyczaje Polaków, także w kwestii płatności. Coraz chętniej korzystają z bezgotówkowych metod i doceniają nowoczesne rozwiązania oferowane przez banki. Z danych udostępnionych przez Narodowy Bank Polski wynika, że w III kwartale 2019 roku liczba transakcji przeprowadzonych kartami płatniczymi wyniosła 1,7 mld zł. To imponujący wynik, biorąc pod uwagę, że w analogicznym okresie zeszłego roku było to 1,4 mld zł. Między innymi z tego powodu niektóre banki stawiają na rozwój oddziałów bezgotówkowych.
Rosnąca popularność płatności bezgotówkowych
Są kraje, w których ta zmiana powoli już zachodzi. W Kanadzie, Irlandii, Danii czy Szwecji zamyka się coraz więcej oddziałów i wprowadzany jest model placówek bezgotówkowych. Szczególnie państwa nordyckie odważnie zmierzają w stronę społeczeństwa bezgotówkowego. Według raportu Deloitte, liderem tych zmian jest Norwegia z największą liczbą transakcji bezgotówkowych na mieszkańca i najmniejszą liczbą wypłat z bankomatu. Z danych tamtejszego banku centralnego wynika, że gotówka stanowi jedynie 11 proc. płatności w sklepach. Rynek przewiduje, że co najmniej jeden z krajów skandynawskich może niemal w całości ograniczyć obrót gotówki do 2025 roku.
Mimo że do państw, gdzie obrót gotówkowy stanowi niewielki procent wszystkich transakcji, jeszcze nam daleko, to płacąc za produkty i usługi coraz chętniej wykorzystujemy innowacyjne technologie. Także rynek finansowy cały czas dostosowuje się do oczekiwań Polaków – widać to chociażby w rozwijającej się liczbie punktów akceptujących płatności bezgotówkowe. Według danych Fundacji Polska Bezgotówkowa obecnie na 1000 mieszkańców Polski przypadają 23 terminale, a jeszcze niedawno było to zaledwie 16.
Płacimy już nie tylko kartami, ale również smartfonami i zegarkami. Szybkość, łatwość użycia, a przede wszystkim dostępność w dowolnym miejscu i czasie to główne zalety tych rozwiązań. W związku z tym, że większość spraw można załatwiać za pośrednictwem kanałów cyfrowych, klienci coraz rzadziej odwiedzają oddziały. Rodzi się więc pytanie o to, jaka jest przyszłość tradycyjnej bankowości?
Być bliżej klienta i jego potrzeb
Nie ma wątpliwości, że transformacja cyfrowa musi następować dynamicznie i zgodnie z preferencjami klientów. Większość nieskomplikowanych usług bankowych ma dziś charakter samoobsługowy i realizowana jest bez bezpośredniego kontaktu z pracownikami banku. Zauważalnie rośnie też liczba placówek bez obsługi gotówkowej. Z danych rynkowych wynika, że po III kwartale 2019 r. na polskim rynku istniało już 273 takich oddziałów.
Pomysł placówki, której wśród głównych założeń jest wzmocnienie roli bankiera jako doradcy klienta oraz rezygnacja z obrotu gotówką, sięga początku tej dekady. Oddziały banków bezgotówkowych od 2011 r. wdrożył National Irish Bank, z kolei w 2012 r. First National Bank (FNB) otworzył pierwsze takie placówki w Johannesburgu. W Polsce tego typu miejsca pojawiły się dopiero po kilku latach. Przykładowo, Alior Bank swój pierwszy punkt bez stanowisk kasjerskich udostępnił w 2015 roku. Rok później już 15 proc. jego placówek nie prowadziło obsługi gotówkowej. Co ciekawe, w tych miejscach bank zauważył wzrost poziomu zadowolenia klientów w badaniach NPS i większą efektywność pracy bankierów.
Doświadczenie pokazuje, że przekształcenie oddziałów gotówkowych na bezgotówkowe poprawia nie tylko jakość obsługi, lecz także jej szybkość. Dotychczasowe zadania bankierów związane z realizacją operacji gotówkowych przejmują przeznaczone to tego urządzenia – bankomaty i wpłatomaty. Zaoszczędzony w ten sposób czas, pracownicy instytucji finansowych mogą w pełni poświęcić na bardziej złożone zagadnienia klientów odwiedzających placówkę. Chodzi o to, aby być bliżej klienta i jego potrzeb, a procesy niewymagające ludzkiej interwencji pozostawić maszynom.
Nowy format oddziałów
Jednak celem wycofania obsługi gotówkowej jest przede wszystkim bezpieczne przeniesienie transakcji z kanałów tradycyjnych do cyfrowej bankowości. To może się odbyć wyłącznie przy aktywnym wsparciu bankierów, którzy pracują w nowoczesnych oddziałach, w lokalizacjach najbardziej oczekiwanych przez klientów.
Nie ma obaw, że placówki bankowe znikną z przestrzeni publicznej. Pomimo że mamy do czynienia z systematycznie zmniejszającą się liczbą transakcji gotówkowych realizowanych przez klientów w placówkach bankowych, wciąż istnieje grupa, która woli załatwiać swoje sprawy w oddziale oraz szuka interakcji z pracownikiem banku. Pewne jest więc, że w oddziałach nowego formatu nie zabraknie przestrzeni, w której klienci uzyskają wsparcie konsultantów. Ich pomoc będzie cenna szczególnie dla tych, którzy dopiero wkraczają w świat nowoczesnych rozwiązań i oczekują od banku wskazówek, jak z nich bezpiecznie korzystać.
Autorzy:
Konrad Białek, Dyrektor Departamentu Wsparcia Sprzedaży w Alior Banku
Krzysztof Styś, Menadżer ds. Wsparcia Sprzedaży w Alior Banku
W 2019 roku na giełdzie w Warszawie odnotowano 16 IPO, wobec 20 w 2018 roku. Łączna wartość przeprowadzonych ofert na GPW w minionym roku (łącznie na rynku regulowanym oraz NewConnect) wyniosła 65,9 mln zł (15,4 mln euro), co oznacza spadek o ok. 80% w porównaniu do 2018 roku, który był jak dotąd najsłabszym rokiem pod względem łącznej wartości ofert od 2003 roku. Jedynym debiutantem na rynku głównym warszawskiego parkietu był BoomBit S.A. – spółka zadebiutowała w II kwartale 2019 roku i pozyskała w ramach przeprowadzonej oferty 35,2 mln zł (8,2 mln euro).
Spośród IPO przeprowadzonych na alternatywnym rynku NewConnect największą wartość ofert odnotowały spółki QuarticOn (7,6 mln zł / 1,8 mln euro), Klabater (4,0 mln zł / 0,9 mln euro) oraz DB Energy (3,3 mln zł / 0,8 mln euro). Najbardziej aktywne pozostają firmy z sektora technologicznego i mediów (łączna wartość tych ofert stanowiła ponad 87% wartości IPO na GPW w 2019 roku) – ze szczególnym uwzględnieniem branży gier (komputerowych, konsolowych i mobilnych), którą reprezentuje połowa debiutantów na warszawskim parkiecie w ubiegłym roku.
Przy pozytywnych sygnałach z NewConnect, który okrzepł wśród spółek gamingowych i przyciąga kolejnych debiutantów, zaledwie jedno IPO na rynku regulowanym to już zapaść. Pozostaje mieć nadzieję, że zapowiadane przez potencjalnych emitentów debiuty przełamią coraz gorsze statystyki rynku. Na pewno nie pomogą w tym zaostrzające się regulacje (w tym m.in. konieczność szybszego niż dotychczas dostosowania ładu korporacyjnego przez kandydatów) oraz zyskujące coraz większą popularność alternatywne formy pozyskiwania (crowfunding, czy choćby NewConnect). Bariery regulacyjne i rosnące wymogi coraz silniej polaryzują rynek – debiut na rynku regulowanym staje się w zasadzie realną opcją dla spółek raczej dużych niż średnich, idealnym kandydatem wydają się np. spółki zarządzane przez fundusze equity. – Bartosz Margol, dyrektor w zespole ds. rynków kapitałowych PwC
Podsumowanie europejskiego rynku ofert pierwotnych w 2019 roku
Zgodnie z danymi uzyskanymi przez PwC, łączna wartość IPO w Europie w minionym roku wyniosła 22,1 mld euro i znacząco spadła w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku (o 14,6 mld euro). Na europejskich parkietach zadebiutowało jedynie 106 spółek (wobec 200 w 2018 roku), a 5 największych ofert odpowiadało za blisko 40% wartości przeprowadzonych IPO w Europie.
Najwięcej środków w ramach debiutu w 2019 roku pozyskała spółka Nexi SpA – debiutująca na włoskiej Borsa Italiana spółka odnotowała IPO o wartości 2,1 mld euro. Na kolejnych miejscach uplasowały się TeamViewer AG (oferta o wartości 2,0 mld euro przeprowadzona na Deutche Börse) oraz Francaise Des Jeux SA-FDJ (debiut na francuskim parkiecie – Euronext Paris z ofertą na poziomie 1,8 mld euro).
Największą aktywność na europejskim rynku ofert pierwotnych w minionym roku wykazała giełda w Londynie (27 debiutów przy łącznej wartości 6,7 mld euro) wyprzedzając Nasdaq Stockholm, która pomimo słabnącej aktywności w Europe odnotowała wzrost wartości przeprowadzonych IPO (z 2,7 mld euro w 2018 roku do 3,7 mld euro w 2019 roku). Na trzecim miejscu w Europie pod względem wartości pozyskanego kapitału w ramach IPO uplasowała się Deutche Börse (3,6 mld euro pozyskane w ramach zaledwie 4 ofert).
Rynek ofert pierwotnych jest bardzo podatny na utrzymujący się stan niepewności, co można było zaobserwować w minionym roku na kluczowych giełdach w Europie. Za niską aktywność w 2019 roku odpowiadał przede wszystkim negocjowany brexit, a także sytuacja na rynkach światowych, która była pod znaczącym wpływem relacji na linii USA – Chiny. O ile oba te czynniki powinny odegrać dużo mniejszą rolę w 2020 roku, nastroje na rynku będą w dalszym ciągu wynikały w znacznym stopniu z sytuacji geopolitycznej, napędzanej ostatnio napięciami pomiędzy USA i Iranem. – Tomasz Konieczny, partner w PwC, lider zespołu ds. rynków kapitałowych
Setanta S.A., Spółka notowana na Głównym Rynku GPW w Warszawie, połączy się z wydawnictwem gier komputerowych ALL IN! GAMES Sp. z o.o. Decyzję o połączeniu podjęli akcjonariusze Emitenta podczas NWZ w dniu 24.01.2020 r. oraz udziałowcy ALL IN! GAMES Sp. z o.o. w trakcie Zgromadzenia Wspólników.
Setanta S.A. poinformowała, że podczas odbytego w dniu 24.01.2020 r. NWZ akcjonariusze zadecydowali o połączeniu ze spółką ALL IN! GAMES Sp. z o.o. Zgodnie z podjętą Uchwałą połączenie obu podmiotów nastąpi poprzez przeniesienie całego majątku ALL IN! GAMES Sp. z o.o. jako spółki przejmowanej na Setanta S.A. jako spółki przejmującej w zamian za akcje, które spółka przejmująca wydaje wspólnikom spółki przejmowanej. Wartość wydawnictwa ALL IN! GAMES Sp. z o.o. została ustalona przez niezależnego biegłego rewidenta i zgodnie z otrzymanymi wycenami została oszacowana na kwotę 331.527.109,54 zł. W wyniku połączenia spółek Setanta S.A. dokona podwyższenia kapitału zakładowego o kwotę 3.016.000,00 zł w drodze emisji 30.160.000 akcji serii G po cenie emisyjnej wynoszącej 10,00 zł za 1 akcję i zmieni nazwę na ALL IN! GAMES S.A. Zarząd Setanta S.A. ocenia, że połączenie z wydawnictwem ALL IN! GAMES otwiera nowy etap w historii Spółki i umożliwi połączonym podmiotom osiągnięcie silnej pozycji na rynku giełdowym oraz w branży gier komputerowych.
„Podjęta przez akcjonariuszy Setanta S.A. Uchwała na NWZ o wyrażeniu zgody na połączenie z ALL IN! GAMES Sp. z o.o. istotnie przybliżyła nas do zakończenia całej transakcji. Ostatnim elementem będzie zarejestrowanie przez sąd połączenia i wpisanie zmiany nazwy Spółki. Perspektywy rozwoju połączonych spółek są ogromne, bowiem z jednej strony mamy podmiot posiadający status spółki publicznej na rynku głównym GPW w Warszawie, a z drugiej strony mamy podmiot działający w dynamicznie rosnącej branży gier komputerowych, który posiada w swoim portfelu wydawniczym bardzo wiele interesujących produkcji. Jestem zadowolony, że udało nam się doprowadzić cała fuzję do finalnego etapu i liczę, że pozytywnie zaskoczymy cały rynek kapitałowy naszym potencjałem rozwoju.” – podkreśla January Ciszewski, Prezes Zarządu Setanta S.A.
Setanta S.A. otrzymała również informację od spółki ALL IN! GAMES Sp. z o.o. o podjęciu w dniu 24 stycznia 2020 r. przez Zgromadzenie Wspólników tego podmiotu uchwały w sprawie połączenia z Setanta S.A. W ten sposób wraz z podjęciem przez Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Spółki w dniu 24 stycznia 2020 r. uchwały w sprawie połączenia z ALL IN! GAMES Sp. z o.o., a przez to wyrażenia przez akcjonariuszy Setanta S.A. i udziałowców ALL IN! GAMES Sp. z o.o. woli połączenia, Zarządy obu spółek podejmą wspólnie kolejne kroki mające na celu połączenie obu podmiotów.
Jedna z największych Polskich inwestycji transportowych, którą jest Centralny Port Lotniczy, zaczyna nabierać fizycznych kształtów. Trwa przetarg na doradcę strategicznego, który pomoże zaprojektować i wdrożyć w życie najlepsze rozwiązania dla nowo powstającego lotniska. Równolegle z przetargami rozpoczyna się zbiór przyrodniczy, który pozwoli na uzyskanie zgód środowiskowych – niezbędnych do rozpoczęcia budowy. Inwestorzy chwalą się również, że już w bieżącym roku zaczną wykupywać grunty i nieruchomości, na których terenie powstanie lotnisko. Jednak najważniejsze wydarzenie ostatnich dni, które przybliża nas do usprawnienia polskiego transportu, nie jest całkowicie związane z CPK. Podpisaliśmy z Komisją Europejską umowę na dofinansowanie doradztwa przy projektowaniu sieci kolei dużych prędkości. Sieć ma zapewnić Centralnemu Portowi Komunikacyjnemu połączenie z resztą kraju. Eksperci twierdzą jednak, że w nowoczesną sieć kolejową Polska powinna inwestować nawet wtedy, gdy plany budowy CPK zostaną odwołane lub znacznie odsuną się w czasie.
– Abstrahując od Centralnego Portu Komunikacyjnego powinniśmy powoli kończyć modernizację istniejących sieci kolejowych i wykonać krok do przodu – inwestując w nową sieć kolei dużych prędkości. Tylko takie rozwiązanie pozwoli skutecznie walczyć z transportem drogowym – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – Nie da się tego robić przy torach przystosowanych maksymalnie do prędkości 160km/h. Dzięki pieniądzom z Unii Europejskiej uzyskamy cenne doradztwo od kolei francuskich, których system chcemy naśladować. Nie warto bowiem budować osobnej sieci kolei, odgrodzonej od pociągów konwencjonalnych. We Francji te sieci się łączą. Pociąg, który jedzie 250-300km/h, może wjechać na linię do 160km/h, i odwrotnie. Jest to więc bardzo cenna współpraca, która zreformuje polski transport. Nawet jeśli Centralny Port Lotniczy nie powstanie, lub powstanie z opóźnieniem, Polska i tak powinna inwestować w budowę kolei dużych prędkości – zaleca Furgalski.
Eksperci uważają, że złożone przez sąd w Gdańsku pytania prejudycjalne do TSUE nie powinny wydłużyć tysięcy rozpoczętych spraw w całym kraju. Jak podkreślają, rozstrzygnięcie ich nie zależy od stanowiska Trybunału wobec ww. wystąpienia. Niedozwolony charakter klauzul przeliczeniowych jest już utrwalony w orzecznictwie. Niemniej można zaobserwować, że prawnicy bankowi posługują się wskazanymi pytaniami, żeby wydłużać rozpoczęte procesy. Znawcy tematu uspokajają jednak, że postępowanie może zostać zawieszone tylko na zgodny wniosek stron. Ich zdaniem, frankowicze raczej prędzej przestaną spłacać swoje zobowiązania, niż się na to zgodzą. A to może postawić banki w dość trudnej sytuacji.
Sprawy się wydłużą?
W ostatnim czasie wielu ekspertów specjalizujących się w sprawach frankowych twierdziło w mediach, że złożone przez Sąd Okręgowy w Gdańsku pytania prejudycjalne do TSUE brzmią jak tezy forsowane w procesach przez banki. Z kolei Związek Banków Polskich podkreślał, że decyzję o zadaniu ich podjął sąd.
– Pytania sugerują, że nieuczciwość umów dawnego GE Money Banku dot. tylko wysokości marży, uzyskiwanej na kursach stosowanych do przeliczeń zobowiązań z umowy kredytu, a nie całego mechanizmu indeksacji. Ponadto sąd pyta, czy aneks, który kilka lat później sprecyzował zasady ustalania tych kursów, uzdrawia poprzednie nieprawidłowości, a więc umowa nie może być już kwestionowana. To wszystko są tezy banków – mówi adwokat dr Jacek Czabański.
Jak stwierdza radca prawny Barbara Garlacz, pytania są zbieżne z twierdzeniami banków. Dotykają bowiem generalnych kwestii a nie konkretnych okoliczności. Zaskakujące jest też m.in. opieranie się wprost na art. 358 k.c. i art 156 (1) k.p.c. Na to dokładnie powoływał się mBank w swoich propozycjach pytań do TSUE w innej sprawie, toczącej się przed Sądem Okręgowym w Warszawie. W jej opinii, Prezes Sądu Okręgowego w Gdańsku powinien podjąć się wyjaśnienia kwestii powstania ww. pytań.
– Obecnie prawnicy bankowi posługują się pytaniami Sądu Okręgowego w Gdańsku, żeby wnioskować o zawieszanie innych procesów, w tym przeciwko pozostałym bankom. Istnieje więc zagrożenie, że część sądów będzie odraczać postępowania do czasu udzielenia odpowiedzi przez TSUE – ostrzega dr Czabański.
Z kolei adwokat Jakub Bartosiak z Kancelarii MBM Legal zapewnia, że sprawy nie ulegają zawieszeniu automatycznie. Każdy sędzia samodzielnie decyduje o tym, czy jego rozstrzygnięcie zależy od wyniku postępowania toczącego się przed TSUE. W opinii mec. Bartosiaka, dotychczasowe orzecznictwo jest raczej jednoznaczne. Niedozwolony charakter klauzul przeliczeniowych jest już przesądzony. Nie trzeba więc czekać na kolejne wyroki, potwierdzające to, co już przecież wiadomo.
– Z pewnością zadane przez sąd pytania będą stanowiły dla banków kolejny pretekst do tego, aby przedłużać, utrudniać czy wręcz próbować zniweczyć dochodzenie przez klientów ich słusznych praw. Wydźwięk ww. wystąpienia jest jednoznacznie probankowy. Jednak należy pamiętać, że sądy orzekające w sprawach CHF nie są w żaden sposób zobligowane do zawieszania postępowania z uwagi na zadane przez SO w Gdańsku pytania prejudycjalne. Trzeba mieć również na uwadze art. 178 k.p.c. Stanowi on, że sąd może zawiesić postępowanie na zgodny wniosek stron. Takiego zaś wniosku kredytobiorcy na pewno nie będą składać ani popierać – uspokaja adwokat Jacek Sosnowski.
Banki bez zysku
Dr Czabański wyjaśnia, że w interesie banków jest przedłużanie postępowań sądowych, bo w ich trakcie kredytobiorcy ciągle płacą znacznie zawyżone kwoty rat spłaty kredytu. Dlatego pełnomocnicy kredytodawców już składają wnioski do sądów, aby specjalnie wydłużać trwające sprawy. Według prawników z Kancelarii MBM Legal, niewykluczone jest, że wskutek tego większa liczba klientów zaprzestanie spłacania swoich zobowiązań. W przypadku masowych działań to może postawić banki w trudnej sytuacji. Zatem w ostatecznym rozrachunku przeciąganie procesów im się zwyczajnie nie opłaca.
– Dążenie banków do tego, aby przedłużać sprawy w efekcie odwróci się przeciwko nim. Klienci przestaną spłacać raty. Takie decyzje są już podejmowane. W mojej opinii, będzie ich coraz więcej. Komisja Europejska w jednym ze swoich stanowisk wskazała, że z uwagi na długotrwałe procesy sądowe, konsumenci powinni mieć możliwość uchylenia się w spełnieniu świadczeń opartych na nieuczciwych warunkach jeszcze przed wydaniem wyroku – podkreśla radca prawny Garlacz.
Z kolei adwokat Jacek Mikołajonek z Kancelarii MBM Legal przypomina sytuację, która kilka lat temu dotyczyła tzw. „polisolokat”. Wówczas pytania prawne były kierowane do Sądu Najwyższego i wiele spraw zostało zawieszonych. Jednak po kolejnych rozstrzygnięciach, korzystnych dla konsumentów, postępowania znacznie przyspieszyły. Obecnie tego typu sprawy są rozstrzygane już na pierwszej rozprawie. I tak też może być w przypadku kredytów frankowych.
– Gdyby pełnomocnik banku podniósł argument, że Sąd Okręgowy w Gdańsku zadał pytania prejudycjalne, kredytobiorca powinien zaznaczyć, że dotyczą one wyłącznie specyficznej konstrukcji umowy dawnego GE Money Banku. Ponadto poruszone w nich kwestie były już przedmiotem wykładni TSUE w szeregu innych orzeczeń – radzi dr Czabański.
Zdaniem Jakuba Bartosiaka, prawna ocena zobowiązań kredytowych nie wymaga oczekiwania na rozstrzygnięcie kolejnych postępowań przed TSUE. W przypadku ustalenia przez sąd nieważności umowy, jest ona za taką uznawana od momentu jej zawarcia. Zatem zagadnienia, jakie zostały przedstawione w pytaniach prawnych, nie będą miały znaczenia. Jeśli zaś sąd stwierdza nieważność, na podstawie przepisów wprost przewidujących takie rozwiązanie, umowa przestaje być ważna w momencie uprawomocnienia się wyroku.
– Zawieszenie postępowania w sytuacji, gdy rozstrzygnięcie sprawy zależy od wyniku postępowania toczącego się przed TSUE, de facto dotyczy tylko sądu, który zadał przedmiotowe pytania. Rozstrzygnięcie tysięcy spraw zawisłych w całym kraju nie zależy od stanowiska Trybunału w odniesieniu do wystąpienia SO w Gdańsku. Miejmy więc nadzieję, odwołując się też do zdrowego rozsądku, że w większości sądy nie skorzystają z tej alternatywy. Niemniej kredytobiorcy powinni pamiętać o tym, że na postanowienie o zawieszeniu postępowania przysługuje zażalenie do sądu drugiej instancji. Nie jest więc ono ostateczne – zaznacza mec. Sosnowski.
W ocenie Barbary Garlacz, procedowanie w powyższym zakresie może potrwać w TSUE od 1,5 roku do nawet 2 lat. Wcześniej należy spodziewać się opinii Rzecznika Generalnego. Klienci banków powinni zatem składać pozwy, bo do tego czasu sprawy sądowe nabiorą tempa. Ukształtowanie się linii orzeczniczej zajmie ok. 2-3 lata. W tym czasie banki mogą zacząć poważnie rozważać ugody z tymi, którzy pójdą do sądów.
W Polsce – jak pokazują dane GUS – rokrocznie odnotowuje się ok. 175 tys. zgonów spowodowanych chorobami układu sercowo-naczyniowego. W ostatnich latach ta dziedzina medycyny poczyniła znaczne postępy i obecnie Polska może aspirować do miana jednego z liderów pod względem leczenia i opieki kardiologicznej nad pacjentami. To przekłada się na spadki śmiertelności, ale wyzwaniem wciąż pozostają finansowanie i starzejące się społeczeństwo. W sprostaniu im mogą pomóc telemedycyna i teleopieka, choć warunkami koniecznymi są edukacja i większa świadomość wśród samych pacjentów.
– Rozwój kardiologii w Polsce jest bardzo dynamiczny na przestrzeni ostatnich dwóch– trzech dekad, a ostatnio szczególnie. Jesteśmy jednym z liderów. Polska kardiologia – w tym kardiologia interwencyjna – bardzo się rozwija i mamy na tym polu znaczne sukcesy, w tym istotną redukcję śmiertelności w porównaniu do stanu z lat 50.–60. – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. n. med. Miłosz Jaguszewski, kardiolog z I Katedry i Kliniki Kardiologii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.
Jak ocenia, Polska jest jednym z liderów pod względem leczenia i opieki kardiologicznej nad pacjentami. To m.in. zasługa uruchomienia dwóch programów: KOS-Zawał (w końcówce 2017 roku) i KONS (Program Kompleksowej Opieki nad Pacjentem z Niewydolnością Serca), którego pilotaż wystartował rok później. Pierwszy z nich zapewnia pacjentom po zawale ciągłość diagnostyki, rehabilitacji i leczenia kardiologicznego po wypisaniu ze szpitala. Według Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego 90 proc. uczestniczących w nim pacjentów ocenia go pozytywnie.
Z kolei drugi program – KONS – jest unikatowy nie tylko w skali europejskiej, ale i światowej. Jak podkreślało Ministerstwo Zdrowia przy jego inauguracji, wskaźniki pacjentów z niewydolnością serca w Polsce należą do najwyższych w Europie, mimo postępów w leczeniu. Co więcej, do 2029 roku liczba hospitalizacji może wzrosnąć o ok. 25 proc. i będą one związane głównie z chorobami układu krążenia. Statystyki MZ wskazują, że co czwarty pacjent z ostrą niewydolnością serca jest ponownie hospitalizowany w ciągu trzech miesięcy, a co drugi – w ciągu sześciu. Stały postęp w tej dziedzinie jest więc koniecznością. W poprawie sytuacji ma również pomóc przygotowywany Narodowy Program Zdrowego Serca, który ma być ogólnopolską strategią w leczeniu chorób kardiologicznych.
Wyzwaniem polskiej kardiologii jest dostosowanie opieki zdrowotnej do wyzwań demografii, starzejącego się społeczeństwa i większej zachorowalności na choroby układu sercowo-naczyniowego wśród osób w wieku produkcyjnym.
– Ważne, żebyśmy mieli wsparcie ze strony rządowej i administracyjnej. Oczywiście potrzebujemy też finansowania. Jest wśród nas wielu mądrych ludzi, z pasją, którzy chcą tworzyć naukę, chcą leczyć, ale przede wszystkim potrzebujemy zasobów, zarówno ludzkich, jak i finansowych. Głównym wyzwaniem wciąż pozostaje organizacja – mówi dr Miłosz Jaguszewski.
W sprostaniu wyzwaniom demograficznym kardiologów mogą w przyszłości wesprzeć innowacje: telemedycyna i teleopieka.
– Innowacje są tematem numer jeden w kardiologii. Jednak zwracam uwagę, że ważne są nie tylko technologie, ale również wszelkie innowacje, które edukują pacjentów, zwiększają poziom ich wiedzy związaną ze sposobem przyjmowania leków – mówi dr Miłosz Jaguszewski.
Świadomość społeczna zagrożeń związanych z chorobami układu krążenia i ich konsekwencjami wciąż jest w Polsce niewystarczająca. Tymczasem – jak wskazuje Polskie Towarzystwo Kardiologiczne – stanowią one główną przyczynę zgonów w Europie. Odpowiadają za 40 proc. wszystkich zgonów u mężczyzn i 49 proc. u kobiet. Zdaniem ekspertów co najmniej 80 proc. przypadków chorób układu krążenia – takich jak zawał serca, udar mózgu czy niewydolność serca – można by zapobiec poprzez modyfikację czynników ryzyka sercowo-naczyniowego (np. unikanie dymu papierosowego, zmiana diety, rozpoczęcie aktywności fizycznej) oraz kontrolę już występujących zaburzeń i chorób, w tym wysokiego poziomu cholesterolu, nadwagi, nadciśnienia tętniczego czy cukrzycy.
W związku z tym kardiolodzy bardzo wyraźnie podkreślają, że konieczne są edukacja i zwiększanie świadomości pacjentów, co w efekcie pozwoli zmniejszyć śmiertelność spowodowaną chorobami układu sercowo-naczyniowego.
– Polacy chcą się adekwatnie leczyć, ale tutaj jest duża rola dla nas, żebyśmy umiejętnie zarażali ich wiedzą, w jaki sposób się leczyć i jaki tryb życia prowadzić – mówi dr Miłosz Jaguszewski.
Jak wynika z danych Światowej Organizacji Zdrowia, co roku ok. 17,5 mln osób umiera z przyczyn kardiologicznych. Z kolei w Polsce – według GUS – odnotowuje się ok. 175 tys. zgonów spowodowanych chorobami układu sercowo-naczyniowego. Szczególne miejsce zajmuje wśród nich niewydolność serca, określana przez kardiologów mianem „epidemii początku XXI wieku”. Szacuje się, że w Polsce żyje około 800 tys. chorych na niewydolność serca, a w dłuższej perspektywie liczba ta ma się znacznie powiększyć ze względu na starzejące się społeczeństwo (dane Koalicji „Serce dla kardiologii”).
Możliwość zastąpienia taksometru aplikacją w smartfonie i obowiązek posiadania licencji przez kierowców oraz firmy pośredniczące w przewozie osób – to najważniejsze zmiany wprowadzone od początku roku znowelizowaną ustawą o transporcie drogowym. Jak ocenia prezes iTaxi, nowe prawo jest korzystne zarówno dla pasażerów, którym zostanie zagwarantowane większe bezpieczeństwo, jak i dla całego rynku, ponieważ zrównuje prawa i obowiązki firm działających do tej pory na odmiennych zasadach. Co więcej, korporacjom taksówkowym otwiera nowe możliwości związane z wykorzystaniem technologii.
– Część firm uważa, że nowe prawo jest zbyt restrykcyjne i wprowadza zbyt dużą regulację rynku. Z drugiej strony organizacje związkowe kierowców i niektóre firmy realizujące tego typu usługi są zdania, że rynek został otwarty praktycznie bez żadnych ograniczeń. Opinie dotyczące tych zmian są więc w branży bardzo podzielone – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Grabowski, prezes iTaxi. – My jesteśmy dużymi zwolennikami tej ustawy. Dla nas de facto nic się nie zmienia, ale otwierają się nowe możliwości – zwłaszcza związane z kwestią dostępu do rynku czy rozwiązań technologicznych.
Z początkiem 2020 roku weszła w życie przygotowana przez resort infrastruktury nowelizacja ustawy o transporcie drogowym, tzw. lex Uber. Nowe przepisy mają przede wszystkim uporządkować rynek usług taksówkowych i przewozu osób oraz zlikwidować szarą strefę.
– Wszystkie podmioty, które świadczą usługi związane z przewożeniem pasażerów samochodami osobowymi, będą działały według tych samych zasad. W praktyce oznacza to, że będą podlegały tym samym regulacjom prawnym, podatkowym i tej samej odpowiedzialności. To duża zmiana, która miała zostać wprowadzona w życie już kilka lat temu – mówi Jarosław Grabowski.
Jak podkreśla, ważnym aspektem nowych regulacji jest kwestia odpowiedzialności firmy za świadczoną usługę przewozu. Dotychczas na rynku funkcjonowały firmy, które brały na siebie pełną odpowiedzialność, oraz takie, które de facto świadczyły raczej usługę pośrednictwa między kierowcą a pasażerem. Jednak w razie wypadku, reklamacji czy jakiegokolwiek nieprzewidzianego zdarzenia nie brały na siebie żadnej odpowiedzialności.
– Istotny aspekt to także dopuszczenie wszystkich rozwiązań technologicznych i aplikacji w smartfonach do rozliczeń związanych z przewozem taksówką czy inną formą transportu. To duża zmiana, ponieważ dotychczas firmy takie jak nasza, która upatruje swojej przewagi konkurencyjnej właśnie w rozwiązaniach technologicznych, nie mogły z nich korzystać w świetle obowiązujących przepisów – mówi Jarosław Grabowski.
Najważniejsze zmiany to między innymi możliwość zastąpienia kasy fiskalnej i taksometru przez aplikację mobilną w smartfonie, która może posłużyć do rozliczenia usługi przewozu. Nowelizacja wprowadziła też obowiązek posiadania licencji przez firmy pośredniczące w przewozie osób i kierowców. To oznacza, że kierowcy Ubera czy Bolta będą musieli zdobyć licencję, ale w tym celu nie muszą zdawać egzaminów z topografii.
– Według nowej ustawy wszyscy kierowcy będą musieli posiadać licencję taksówkową. To powoduje, że następuje zrównanie praw i obowiązków kierowców świadczących tego rodzaju usługi – mówi Jarosław Grabowski. – Dostęp do licencji będzie łatwiejszy, ale jednak trzeba będzie się zarejestrować, przejść odpowiednie badania. Co prawda zrezygnowano z egzaminów z topografii miasta, ale ten problem w dużej mierze rozwiązują nowoczesne aplikacje, które na bieżąco podają informacje m.in. o natężeniu ruchu w mieście, możliwościach zmiany trasy na optymalną i wyboru jak najkrótszej drogi.
Prezes iTaxi ocenia, że wprowadzenie zmian w przepisach przysłuży się nie tylko firmom świadczącym usługi przewozu, ale przede wszystkim pasażerom, którym zapewni większe bezpieczeństwo.
– Dla pasażerów jest to korzystne, ponieważ będą mieli świadomość, że każdy podmiot i kierowca świadczący taką usługę muszą zapewnić bardzo podobny zakres świadczeń, odpowiedzialności oraz możliwości związanych z reklamacjami – mówi Jarosław Grabowski.
W ostatnich latach banki centralne na całym świecie skupują złoto na potęgę. Przoduje w tym Rosja, ale zainteresowanie tym kruszcem przejawia większość krajów, nie wykluczając Narodowego Banku Polskiego. Globalni ekonomiści zauważają, że jego skala jest największa od półwiecza. Zdaniem Łukasza Chojnackiego z inwestującej w metale szlachetne spółki Chojnacki & Kwiecień przyczyną tego boomu jest utrata wartości pieniądza papierowego. Analitycy prognozują dalszy wzrost wartości złota.
– W moim przekonaniu spowolnienie gospodarcze nie ma wiele wspólnego ze wzrostami cen złota. Ich bezpośrednią przyczyną jest wzrost masy pieniądza lub inaczej inflacja – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Chojnacki, prezes zarządu spółki Chojnacki & Kwiecień Metale Szlachetne. – Tym, na co my zwracamy uwagę, jest polityka banków centralnych. To jest pierwsza i fundamentalna rzecz związana z prognozami cen złota i srebra.
W ciągu ostatniego półtora roku cena złota wzrosła o 30 proc., a w ciągu dekady o przeszło 40 proc. Ten, kto zainwestował w kruszec na początku 2019 roku, pomnożył majątek o jedną piątą. Zdaniem ekonomistów przyczynami tego stanu rzeczy są: napięcie geopolityczne na świecie, oczekiwane spowolnienie globalnej gospodarki czy niskie stopy procentowe, zniechęcające do trzymania środków na depozytach. Co więcej, analitycy przewidują, że w 2020 roku ceny kruszcu nadal będą szły w górę, a granica 1600 dolarów za uncję zostanie pokonana. Według Łukasza Chojnackiego przyczynia się do tego polityka globalnych banków centralnych, które akumulują złoto.
– Od 2007–2008 roku istnieje pewna tendencja wśród banków centralnych. Wschodnie banki centralne, na czele z bankiem Rosji i Chin, kupują złoto na potęgę – informuje Łukasz Chojnacki. – Banki zachodnie co prawda nie kupują złota w ten sposób, natomiast dokonują tzw. repatriacji. Oznacza to, że banki Holandii, Austrii czy innych krajów Europy Zachodniej ściągają swoje złoto, które wcześniej przechowywały w skarbcach w Londynie, Zurychu, Nowym Jorku i Paryżu. Do tego grona dołączyła ostatnio Polska, która zarówno ściąga do siebie złoto, jak i je dokupuje.
W listopadzie 2019 roku Polska sprowadziła z Banku Anglii około 100 ton złota, które będzie przechowywane w skarbcu NBP. Wcześniej bank centralny informował, że w 2018 i pierwszej połowie 2019 roku zwiększył rezerwy złota ponad dwukrotnie – z niespełna 103 ton do 228,6 ton, przy czym w 2019 roku zakupił aż 100 ton. To sprawiło, że w lipcu 2019 roku Polska była na 22. miejscu na świecie, przesuwając się o 12 pozycji, i na 11. w Europie, co oznacza cztery pozycje w górę. Zakupów złota dokonywały Chiny, Indie, Turcja czy Rosja, która w ostatnich pięciu latach wydała na ten cel 40 mld dol., choć w 2019 roku zdecydowanie ograniczyła apetyt na ten kruszec.
– Banki centralne mają zarządy, w których są ekonomiści najwyższej klasy i oni wiedzą, że pieniądz papierowy traci wartość, dlatego że jest drukowany non stop – tłumaczy prezes zarządu spółki Chojnacki & Kwiecień. – Banki centralne też oszczędzają, tak jak szary Kowalski, mają tzw. aktywa rezerwowe. Jeżeli składają się one z euro, dolara, funta i szeregu innych walut, a banki widzą, że te papierowe rezerwy tracą wartość, to zwiększają ilość posiadanego złota.
Umiejętność rozpoznawania pomysłów z największym potencjałem, organizacji pracy nad nowymi projektami i zarządzania ryzykiem – takie kwalifikacje powinien posiadać menadżer innowacji, odpowiedzialny za wdrażanie w przedsiębiorstwie innowacyjnych procesów i produktów. W polskich firmach ich jednak brakuje. Lukę kompetencyjną chce wypełnić PARP, który prowadzi specjalny program szkoleniowy dla właścicieli firm i kadry zarządzającej. Ma on wykształcić menadżerów nowej generacji z unikatowymi kompetencjami w zakresie wdrażania innowacji. Do 20 lutego firmy – bez względu na wielkość i branżę – mogą zgłaszać się do PARP o dofinansowanie swojego udziału w tym przedsięwzięciu.
– Innowacje nie tworzą się same. Trzeba zarządzać procesem tworzenia i wychwytywania nowych pomysłów w firmie. Menadżer innowacji dokonuje wstępnej selekcji tych, które mogą zostać wdrożone, i uruchamia w tym celu kolejne zasoby firmy i struktury organizacyjne – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Agnieszka Skala, adiunkt na Politechnice Warszawskiej, jeden z doradców w pilotażu Akademii Menadżera Innowacji. – Menadżer innowacji powinien posiadać pewne specyficzne, nieco inne niż menadżer operacyjny kompetencje. Kluczowa jest umiejętność funkcjonowania w warunkach niepewności, bo każda innowacja to swego rodzaju eksperyment. Trzeba być mentalnie i technicznie przygotowanym, otwartym na to, że podejmuje się przedsięwzięcia, które nie wiadomo, jak się zakończą.
Dla firm – zwłaszcza z sektora MŚP – innowacyjne produkty i metody produkcji to szansa na wyprzedzenie konkurencji, zdobycie nowych rynków i zwiększenie zysków. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości prowadzi autorski program szkoleniowo-doradczy, który ma przygotować właścicieli i kadrę zarządzającą do sprawnego wdrażania innowacyjnych procesów, produktów i usług w przedsiębiorstwach. To pierwszy i jedyny tego typu program w Polsce.
– Akademia Menadżera Innowacji dostarcza praktycznej wiedzy i umiejętności, po pierwsze, jak taką innowację stworzyć, a po drugie, wdrożyć w konkretnym przedsiębiorstwie – mówi Adam Banaszak, wiceprezes PARP.
Projekt jest skierowany do kadry zarządzającej przedsiębiorstw. Uczy m.in. kształtowania kultury innowacyjnej w firmie, organizacji pracy i zarządzania ryzykiem. Do udziału w nim mogą zgłaszać się firmy bez względu na wielkość i branżę, w której działają. W zajęciach mogą uczestniczyć zarówno właściciele i kadra zarządzająca firm, jak i menadżerowie średniego szczebla.
– Celem jest stworzenie w firmie zespołu, który dzięki pozyskaniu teoretycznej i praktycznej wiedzy, dodatkowo wzmocnionej bezpośrednio doradztwem, będzie w stanie zarządzać innowacjami, kreować je i wdrażać. Po prostu: przekierować firmę na ścieżkę innowacyjności – mówi Michał Waszczuk z Departamentu Rozwoju Kadr w Przedsiębiorstwach w PARP.
– Aby ten projekt rzeczywiście przyniósł firmie konkretne efekty, w przypadku mikroprzedsiębiorstw muszą uczestniczyć w nim co najmniej dwie osoby, w przypadku MŚP i dużych firm – od trzech do pięciu osób. Chodzi o to, aby stworzyć w przedsiębiorstwach silne komórki, które będą w stanie te innowacje przeprowadzić od początku do końca i doczekać się ich efektów – dodaje Adam Banaszak.
Akademia Menadżera Innowacji łączy część szkoleniową i doradczą. Pierwsza to wykłady i warsztaty dla menadżerów i przedstawicieli firm, które odbywają się w dwudniowych zjazdach. Zapewniają one teoretyczną wiedzę, uczą kompetencji i kwalifikacji zawodowych z zakresu zarządzania innowacją. Zajęcia odbywają się w zespołach warsztatowych i są prowadzone przez doświadczonych praktyków biznesu. Uczestnicy sprawdzają m.in., jak z innowacyjnością radzą sobie najlepsi, analizując doświadczenia polskich firm.
– Cykl przewidziany na około osiem miesięcy zakłada połączenie części praktycznej i szkoleniowej, w której najlepsi praktycy biznesu przekazują uczestnikom wiedzę teoretyczną. Podczas cyklicznych zjazdów tematycznych poruszane są kwestie z sześciu głównych obszarów, w których akademia jest merytorycznie osadzona. Pomiędzy zjazdami uczestnicy współpracują w siedzibie swojej firmy z dedykowanym doradcą – mówi Michał Waszczuk.
Doradca zostanie firmie przydzielony na podstawie diagnozy poziomu innowacyjności metodą Innovation Health Check. Wspiera przedsiębiorstwo w pracach nad konkretnymi rozwiązaniami i stworzeniem planu wdrożenia w nim zmian, które pozwolą podnieść jego innowacyjność i zyski.
– To jest clou całego przedsięwzięcia – wiedza teoretyczna i praktyczna pozyskana przez uczestników, wzbogacona od razu o konkretne rozwiązania dopasowywane do sytuacji firmy. Plan wdrożenia zmiany ma być białą księgą, drogowskazem pokazującym, jak innowacje w danej firmie tworzyć i wdrażać od razu po zakończeniu projektu – mówi Michał Waszczuk.
Program przewiduje 60 godzin doradztwa dla mikroprzedsiębiorstw oraz 120 godz. dla firm z sektora MŚP i dużych. Do udziału w nim firmy mogą zgłaszać się do 20 lutego br. (nabór zaplanowany pierwotnie do końca grudnia został wydłużony). Udział w AMI jest płatny, ale z dofinansowaniem ze środków unijnych, które wynosi 80 proc. dla mikro-, małych i średnich firm oraz 50 proc. dla dużych. To oznacza, że maksymalny wkład własny przedsiębiorstwa – przy udziale minimum trzech uczestników – wynosi ok. 6,5 tys. zł netto za uczestnika w przypadku MŚP oraz ok. 16 tys. zł netto w przypadku dużych przedsiębiorstw. Ostateczna kwota zależna jest jednak od liczby uczestników, którzy zostaną zakwalifikowani do programu. Całkowity budżet programu PARP na lata 2018–2023 to blisko 30 mln zł.
W pierwszej edycji programu, która odbyła się w ubiegłym roku, wzięło udział 16 przedsiębiorstw: sześciu przedstawicieli mikro- i średnich firm oraz po dwóch przedstawicieli małych i dużych spółek reprezentujących branże: budowlaną, badawczo-rozwojową, produkcyjną, transportową, energetyczną oraz paliwową. W badaniu przeprowadzonym przez PARP ponad 80 proc. z nich zdecydowanie pozytywnie oceniło dostosowanie programu do oczekiwań i potrzeb zawodowych.
Hongkong daje polskim firmom wiele możliwości współpracy. Tamtejsza gospodarka dynamicznie się rozwija, jest otwarta na produkty z Europy i zna realia współpracy z europejskimi firmami. Dodatkowo może być bramą dla polskich produktów na chiński rynek. Marki wypromowane w Hongkongu łatwiej sprzedają się w Chinach kontynentalnych. – Największy potencjał rozwoju mają branża spożywcza i kosmetyczna – tłumaczy Maciej Wilk z Rady Rozwoju Handlu Hongkongu.
– Hongkong daje niesamowite możliwości robienia interesów. To jedna z najbardziej dynamicznych gospodarek na świecie. Gdyby Hongkong liczyć jako państwo, byłaby to siódma gospodarka świata. Oparta na systemie brytyjskim doskonale zna realia współpracy z firmami europejskimi czy amerykańskimi, a jednocześnie ma przełożenie na Chiny kontynentalne – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maciej Wilk z Rady Rozwoju Handlu Hongkongu.
Szacuje się, że ponad 90 proc. importowanej do Hongkongu żywności trafia do powtórnego eksportu do krajów azjatyckich. Hongkong może być więc pośrednikiem we wprowadzeniu zachodnich firm i ich produktów na rynek chiński, przede wszystkim ze względu na rozbudowaną sieć kontaktów czy znajomość lokalnych przepisów.
– Chiny to dużo większy kraj niż Europa, a najmniejsza chińska prowincja jest większa od Polski. Każda z nich ma swoje przepisy celne, nie do końca jasny i transparentny system rozpoznawania partnerów. Wszystkie te problemy ominiemy, jeżeli będziemy wchodzić przez Hongkong. Eksport do Hongkongu jest bardziej uproszczony niż do Chin, a dzięki współpracy hongkońsko-chińskiej ten towar ze znacznymi ułatwieniami może wchodzić dalej na rynek chiński – tłumaczy Maciej Wilk.
Z danych GUS wynika, że w 2018 roku eksport z Polski do Hongkongu wyniósł ponad 1,5 mld zł, zaś import – ok. 388 mln zł. Z kolei import z Chin przekroczył 112,6 mld zł, a eksport wyniósł zaledwie ok. 9 mld zł.
– O rynek chiński zabiegają firmy z całego świata. Każdy dobry produkt ma szanse odnieść sukces na tamtejszym rynku, ale do tego potrzebny jest partner, najlepiej z Hongkongu – mówi Maciej Wilk. – W ostatnich latach widać wyraźnie, że w kilku branżach następuje znakomite ożywienie stosunków polsko-hongkońskich i polsko-chińskich.
Są to przede wszystkim branże spożywcza i kosmetyczna. Z „Rocznika statystycznego handlu zagranicznego” GUS wynika, że w 2018 roku do Hongkongu sprzedaliśmy żywność o wartości ponad 586 mln zł (kategoria żywność i zwierzęta żywe), a do Chin – za ponad 455 mln zł. Z kolei według Polskiego Instytutu Ekonomicznego (na podstawie danych Eurostatu) w 2018 roku eksport polskich kosmetyków do makijażu i pielęgnacji ciała na rynek hongkoński wyniósł 16,5 mln euro (ok. 70 mln zł), a na chiński – 7,8 mln euro (ok. 33 mln zł).
– Polskie kosmetyki są bardzo dobre jakościowo, a rynek chiński otwarty jest na produkty europejskie – ocenia ekspert. – Chiny poszukują żywności europejskiej, żywności wysokiej jakości. Praktycznie każdy kraj, który ma je do zaoferowania, ma szansę znaleźć partnera na rynku chińskim, ponieważ Chiny nie są w stanie same się wyżywić.
Dla polskich eksporterów wejście na rynki azjatyckie, ze względu na liczbę konsumentów, może być szansą na dynamiczny rozwój.
– W Chinach są miasta, które mają po kilkadziesiąt milionów mieszkańców, więc współpraca z jednym miastem jest równoznaczna ze współpracą z europejskim krajem – mówi Wilk.
Korzystne możliwości współpracy gospodarczej, infrastrukturalnej i handlowej ma stworzyć powstający Nowy Jedwabny Szlak. Projekt zakłada połączenie Europy i Azji nowymi szlakami, przede wszystkim – lądowymi. Między kontynentami rozwija się sieć połączeń drogowych i kolejowych, która skróci też czas transportu towarów. Dlatego rośnie też zainteresowanie chińskich firm nowymi europejskimi rynkami.
– Możemy spodziewać się dużo większego zainteresowania niż do tej pory. Chiny patrzą globalnie, innych rzeczy poszukują w Stanach Zjednoczonych, innych w Ameryce Południowej czy w Afryce, a innych w Europie. Widzimy zainteresowanie Polską, natomiast Chińczycy są bardzo ostrożni, a proces podejmowania przez nich decyzji wydłużony – mówi Maciej Wilk.
Na rynku pojawiają się bioniczne protezy, dzięki którym użytkownik będzie miał wrażenie zręczności jak z zwykłej kończynie. Islandzka firma Ossur prowadzi próby przedkliniczne kontrolowanych umysłem protez nóg i stóp. Takie postępy mogą znacznie ułatwić osobom po amputacji wykonywanie zadań. Firma BrainCo opracowała protezę ręki wyposażoną w sztuczną inteligencję i siedmiokanałowy rejestrator sygnałów EMG. Odczytuje on impulsy nerwowe przesyłane przez mózg do mięśni, a proteza uczy się z każdym wykonywanym ruchem. Co ważne, kosztuje znacznie mniej niż dotychczas oferowane na rynku bioniczne protezy.
– Nasza proteza jest wyposażona w sztuczną inteligencję, co oznacza, że ciągle się uczy. Im częściej jest używana, tym większa jest ilość informacji przetwarzanych przez SI, co prowadzi do rozbudowy algorytmu i poprawy precyzji i szybkości wykonywanych ruchów. Po pierwszych kilku minutach użytkowania klient może nauczyć się otwierać i zamykać dłoń, po 30 – zacznie posługiwać się palcami, a po 45 – zacznie podnosić i przenosić przedmioty, używać ich prawie tak, jakby używał własnej ręki – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Joshua Varela z BrainCo.
Protezy, które zastępują utracone kończyny, to obecnie wielofunkcyjne urządzenia, maksymalnie ułatwiające życie pacjentom. Na rynku są już protezy kontrolowane przez aktywność neuronową użytkownika. Inne urządzenia połączone są z układem nerwowym pacjenta za pomocą wszczepionych elektrod w amputowanej kończynie, a ramię jest kontrolowane przez sensoryczny program komputerowy. Neuronaukowcy z University of Chicago opracowują z kolei, w jaki sposób osoby po amputacji mogą kontrolować protezy, nawet jeśli urodziły się z brakującymi kończynami.
Firma BrainCo stworzyła zaś inteligentną protezę, która bazuje na sygnałach EMG (elektromiograficznych) mięśni.
– Nasza proteza odczytuje sygnały EMG. Jest wyposażona w siedmiokanałowy rejestrator sygnałów EMG, który odczytuje impulsy nerwowe przesyłane przez mózg do mięśni, co następnie prowadzi do wykonania ruchu, właściwie samoistnie. To narzędzie, które umożliwia osobom po amputacji, zgłębienie tego, w jaki sposób ich mózg wcześniej przesyłał sygnały nerwowe pozwalające im ruszać palcami, kciukami czy chwytać przedmioty – tłumaczy Joshua Varela.
Proteza BrainCo ma modułową konstrukcję mechaniczną. Umożliwia użytkownikom łatwą wymianę uszkodzonych komponentów bez konieczności zakupu nowego wyrobu, co znacznie obniża koszty jej użytkowania.
– Naszą protezę wyróżnia nieograniczony zakres ruchów oraz cena. Protezy takie jak ta kosztują zazwyczaj ok. 60 tys. dol., podczas gdy nasza firma oferuje cenę w przedziale 10–15 tys. dol. – zaznacza ekspert.
Na rynku nie brakuje też inteligentnych protez dolnych kończyn. Islandzki Ossur oferuje bioniczne protezy nóg i stóp. Z kolei dr Tommaso Lenzi wraz z zespołem naukowców z University of Utah stworzyli robotyczną nogę ze sztuczną inteligencją, która „jest w stanie myśleć za użytkownika”. Wykorzystuje kombinację sygnałów skurczu mięśni i danych czujnika z bionicznej nogi, aby odgadnąć, co zrobi użytkownik, i odpowiednio zareagować.
Tymczasem zapotrzebowanie na protezy zastępujące górne lub dolne kończyny jest ogromne. Tylko w USA, według Amputee Coalition, ok. 2 mln ludzi miało amputację lub urodziło się bez którejś z kończyn, a 185 tys. osób co roku poddaje się amputacji.
– Zapotrzebowanie na protezy rąk jest bardzo duże, na całym świecie jest bardzo wiele osób, które je straciły. Przypadki utraty kończyn wiążą się z różnymi poziomami uszkodzeń tkanek. Aby nasze urządzenie działało, konieczne są jednak nieuszkodzone zakończenia nerwowe – mówi Joshua Varela.
Proteza BrainCo już wkrótce trafi do sprzedaży. Firma czeka na zgodę amerykańskiej Agencji Żywności i Leków (FDA).
Zanieczyszczenie powietrza przyczynia się do śmierci nawet ok. 8,8 mln osób rocznie. Dla porównania palenie odpowiada za nieco ponad 7 mln zgonów. Rośnie więc popularność filtrów powietrza, w miastach pojawiają się antysmogowe chodniki, ulice czy farby. Powstały także przenośne oczyszczacze powietrza w formie naszyjników czy bransoletek. Ible Technology stworzyło rozwiązanie oparte na olbrzymiej ilości ujemnych jonów, które łączą się z zanieczyszczonymi cząsteczkami i opadają na ziemię.
– Opracowaliśmy rozwiązanie będące oczyszczaczem powietrza przeznaczonym do noszenia na sobie. Nie jest wyposażone w filtry zewnętrzne, generuje za to olbrzymie ilości skoncentrowanych ujemnych jonów, które łączą się z cząsteczkami pyłów zawieszonych, takich jak np. PM2,5, czy alergenami. Jony błyskawicznie łączą się z tymi cząsteczkami, tworząc cięższe cząstki, które następnie spadają na ziemię. Dzięki temu poprawia się jakość powietrza, które dostaje się do naszych płuc – mówi agencji Newseria Innowacje Elaine Lin z ible Technology.
Badanie międzynarodowej grupy naukowców pod kierunkiem badaczy z Moguncji, opublikowane w „European Heart Journal”, wskazuje, że z powodu zanieczyszczenia powietrza rocznie umiera nawet 8,8 mln osób. To więcej niż z powodu palenia tytoniu, które co roku zabija nieco ponad 7 mln ludzi.
Z zanieczyszczeniem powietrza można skutecznie walczyć. W miastach, także w Polsce, pojawiają się antysmogowe chodniki, farby czy zielone budynki. Coraz popularniejsze są domowe oczyszczacze powietrza. Na rynku dostępne są też przenośne filtry powietrza, skuteczniejsze niż maski, a przy tym niewielkie, o kształcie naszyjnika, breloka czy opaski. Ible Technology niedawno zaprezentowało najmniejsze tego typu urządzenie na świecie.
– Wyglądem przypomina naszyjnik albo spinkę do kołnierza, dzięki czemu znajduje się w strefie oddychania. Zatem gdy w powietrzu pojawią się cząsteczki pyłów zawieszonych lub alergenów, nasze urządzenie złączy je w większe cząstki, przez co opadną i nie dostaną się do naszych płuc. Gdy użytkownik się nie przemieszcza, urządzenie działa z ponad 93-proc. skutecznością, natomiast gdy idzie w normalnym tempie, urządzenie zatrzymuje ponad 70–80 proc. zanieczyszczeń powietrza – podkreśla Elaine Lin.
Oczyszczacz powietrza od ible Technology wykorzystuje technologię jonizacji do usuwania cząstek z otaczającego powietrza. Jonizatory emitują 20 mln jonów na centymetr sześcienny, eliminując cząsteczki, bakterie, pyłki i kurz z otaczającego powietrza. Urządzenie usuwa 99,9 proc. pyłów PM2,5 oraz ponad 90 proc. bakterii i alergenów.
– Normalnie do odfiltrowania pyłów zawieszonych, jak np. PM2,5, potrzebna jest maska, która jednocześnie utrudnia oddychanie i sprawia, że powietrze jest wilgotne. Dlatego postanowiliśmy znaleźć alternatywne rozwiązanie problemu, które umożliwiłoby zachowanie efektywności filtrowania pyłów zawieszonych i ułatwiło życie alergików – tłumaczy Elaine Lin.
Według International Data Corporation światowy rynek urządzeń do noszenia w 2019 roku miał wynieść 198,5 mln sztuk. Ible Technology sprzedało dotychczas 100 tys. egzemplarzy swojego oczyszczacza powietrza.
Według badania przeprowadzonego przez CSA Research (wcześniej znanego jako Common Sense Advisory), w 2020 r. na branżę tłumaczeniową będą miały wpływ trzy główne elementy:
Zwiększona globalizacja
Rozwój sektora handlu elektronicznego
Zwiększenie wolumenu treści online i offline
To samo badanie wykazało, że dostawcy usług językowych nie będą w stanie zaspokoić potrzeb swoich klientów, jeśli nie zmienią sposobu, w jaki działają. Lingwiści i tłumacze będą musieli na nowo odkryć siebie i wymyślić nowe sposoby prowadzenia działalności. Przyszłość dostawców usług językowych zależy od tego, czy zdołają oni przeorganizować swoje usługi w nowe pakiety, dostosowane do potrzeb klientów.
Nie tylko marki muszą się rozwijać, aby zapewnić sobie wzrost. To samo dotyczy również freelancerów i biur tłumaczeń.
Muszą oni zidentyfikować nowe rynki, aby sprzedawać swoje usługi i upewnić się, że są w stanie sprostać nowym wymaganiom językowym, które się z nimi wiążą. Co więcej, potrzebują nowych rozwiązań dla nieustannie pojawiających się problemów, z którymi firmy borykają się na rynkach zewnętrznych.
Wreszcie, co nie jest mniej ważne, powinny one wdrożyć skuteczniejsze sposoby współpracy z innymi tłumaczami lub innymi firmami.
Zwłaszcza dla freelancerów rok 2020 może być trudny. Często mają trudności z zapewnieniem wysokiej jakości pracy i jednocześnie z rozbudową własnej sieci usługobiorców. Praca zespołowa stanie się przełomowym czynnikiem, ponieważ coraz więcej tłumaczy będzie musiało obsługiwać coraz większą ilość treści.
Dzieje się tak, ponieważ ponad połowa treści jest nowa, więc tłumacze nie znajdą wsparcia w swoim tradycyjnym oprogramowaniu pamięci tłumaczeniowej. Będą musieli myśleć nieszablonowo i wymyślać kreatywne sposoby na przekazanie właściwej informacji odpowiednim odbiorcom. Bez pomocy zadanie może stać się przytłaczające, a tłumacze pracujący w pojedynkę mogą poczuć się wypaleni i niewystarczająco dobrzy by zrealizować projekt.
Wydajność tłumaczeń uległa stagnacji
Innym aspektem podkreślonym przez CSA Research jest fakt, że dostawcy usług językowych nie są w stanie zwiększyć wydajności tłumaczeń. Według ekspertów, tłumacz produkuje nieco ponad 2500 słów dziennie (około 400 słów na godzinę). Jest to kamień milowy, który nie zmienił się od ponad dekady, chociaż wielkość rynku w branży usług językowych wzrosła ponad dwukrotnie w ciągu ostatnich 10 lat.
Zwiększenie wydajności tłumaczeń może być największym wyzwaniem w 2020 roku i być może będziemy dysponować technologią, która pozwoli nam temu sprostać. W związku z tym, że coraz więcej początkujących firm opracowuje inteligentne narzędzia napędzane przez SI, tłumacze powinni wkrótce mieć dostęp do lepszego oprogramowania.
Technologia jest obecnie w stanie opracować neuronowe narzędzia do tłumaczenia maszynowego, aby uczynić języki marginalizowane bardziej dostępnymi. Pozwala ona również tłumaczom na bezproblemową obsługę wymogów dotyczących zgodności i prywatności danych.
Jeśli maszyny zdołają dostarczyć dokładniejsze szkice, ludzcy tłumacze będą w stanie wyprodukować więcej słów na godzinę, przy mniejszym wysiłku. Ewolucja ta umożliwi ekspertom językowym skoncentrowanie swoich umiejętności na kreatywnej części projektów tłumaczeniowych, co automatycznie doprowadzi do lepszych tłumaczeń.
Aby dostrzec tę zmianę, dostawcy usług językowych muszą dostosować swój sposób myślenia. Obecnie tylko 55 proc. freelancerów i mniej niż połowa biur tłumaczeń spróbowało tłumaczeń maszynowych. Oznacza to, że znaczna część branży nadal opiera się na tradycyjnych metodach wykonywania pracy.
Przyszłość dostawców usług językowych
Rok 2020 prawdopodobnie zwiększy zapotrzebowanie na wysokiej jakości usługi tłumaczeniowe, ponieważ jeszcze więcej firm będzie poszukiwać rynków światowych niż w ostatnich kilku latach. Jest to dobra wiadomość dla dostawców usług językowych, którzy są gotowi zrobić dodatkowy krok, aby nadążyć za rozwojem swoich klientów.
Zdolność do zaakceptowania zmian będzie kluczowym składnikiem wyróżniającym dostawców usług językowych. Tylko te agencje i freelancerzy, którzy są gotowi uczyć się nowych rzeczy i eksperymentować z nowymi metodami, w przyszłym roku odnotują stabilny rozwój.
W tym tygodniu, spośród danych makroekonomicznych, zainteresowanie wzbudziły przede wszystkim wyniki przemysłu oraz dane dotyczące rynku pracy. Produkcja przemysłowa rozczarowała, w rocznym porównaniu wzrosła jedynie o 3,8%, a biorąc pod uwagę korekcję sezonową o 2,1%. W porównaniu miesięcznym nastąpił jednak znaczny spadek, o 9,4%. Słabe wyniki zanotowała również produkcja linii montażowych, tutaj w grudniu nastąpił spadek o 3,1%. Problemy przemysłu niemieckiego coraz bardziej znajdują odzwierciedlenie w Polsce. Z drugiej strony, sprzedaż detaliczna ma się dobrze, w grudniu wykazała wzrost w rocznym porównaniu o 7,5%. Na większą konsumpcję gospodarstw domowych wpływa głównie sytuacja na rynku pracy. Pomimo spowolnienia wzrostu polskiej gospodarki, płace pracowników nadal rosną w szybkim tempie. W grudniu wynagrodzenia wykazały międzyroczny wzrost o 6,2%. Zatrudnienie było wyższe o 2,6%. Aktualnie wygląda na to, że na wzrost polskiego PKB będzie miała wpływ przede wszystkim konsumpcja. Przemysł powinien również rosnąć, chociaż wpływ problemów Niemiec będzie prawdopodobnie tutaj bardziej widoczny niż w handlu detalicznym.
Podobnie jak w ubiegłym tygodniu złoty lekko się osłabił i jego kurs w piątek rano wynosił 4,26 EUR/PLN. Kurs eurodolara spadł do poziomu 1,105 EUR/USD. Nie doszło do zasadniczych zmian fundamentalnych. W tym tygodniu Europejski Bank Centralny ogłosił, że do końca roku planuje przedstawić nową strategię dla wspólnej waluty. Może to zmienić sytuację euro, a tym samym i wszystkich walut europejskich.+
Najbardziej spektakularne projekty, które będą miały największy wpływ na nowy obraz miasta, realizowane są w okolicy skrzyżowania Prostej z Towarową na warszawskiej Woli i w Śródmieściu
W Warszawie, jak podaje Walter Herz, jest dziś w budowie prawie 850 tys. mkw. powierzchni biurowych. Przeważająca większość prowadzonych inwestycji zlokalizowana jest w centralnej części miasta. Warszawski rynek, który dysponuje już zasobami biurowymi przekraczającymi 5,6 mln mkw. powierzchni, rośnie w szybkim tempie. Zapotrzebowanie na biura od wielu miesięcy utrzymuje się na rekordowo wysokim poziomie.
Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz
– Zainteresowanie powierzchnią biurową w Warszawie jest ogromne. Szczególnie dużym powodzeniem cieszą się nowoczesne obiekty, powstające w centralnych rejonach miasta. Proces ich komercjalizacji przebiega bardzo sprawnie. Nowe biurowce jeszcze przed wejściem na rynek wynajęte są często w całości. Zdecydowana większość biur będących w budowie jest już zabezpieczonych umowami najmu lub rezerwacjami. Wiele wskazuje na to, że wolumen ubiegłorocznych transakcji najmu będzie największy w dziejach warszawskiego rynku biurowego. W tym roku w Warszawie może zostać oddanych nawet 500 tys. mkw. powierzchni. Około 80 proc. tych biur ma już swoich najemców – informuje Bartłomiej Zagrodnik, Managing Partner/CEO w Walter Herz.
Wieża z widokiem na Europę
Największym projektem realizowanym w Warszawie jest wielofunkcyjny kompleks Varso, który dostarczy łącznie 144 tys. mkw. powierzchni. W inwestycji prowadzonej w pobliżu Dworca Centralnego w pierwszej połowie tego roku mają zostać oddane dwa niższe budynki, w których znajdzie się nowoczesna przestrzeń biurowa, coworkingowa, powierzchnie handlowo-usługowe oraz pierwszy w Polsce czterogwiazdkowy hotel NYX. W niemal całkowicie wynajętych Varso 1 i Varso 2 o wysokości ponad 80 i 90 metrów o łącznej powierzchni 75 tys. mkw. trwają ostatnie prace fasadowe oraz prace wykończeniowe i aranżacyjne wnętrz. Na parterach powstanie ogólnodostępny pasaż z ofertą gastronomiczną, sklepami i usługami. Konstrukcja najwyższej wieży biurowej – Varso Tower – przekroczyła już wysokość 29. piętra, a na budynku zamontowane zostały pierwsze elementy szklanej fasady. W przyszłym roku, po wejściu na rynek 310 metrowy niebotyk z tarasem widokowym zdeklasuje wciąż jeszcze najwyższy w Warszawie Pałac Kultury i Nauki, mierzący 237 metrów.
W kilkunastu dużych projektach, które prowadzone są aktualnie w mieście powstanie też kilka kolejnych, widowiskowych wież. Przy skrzyżowaniu Prostej i Żelaznej oddana zostanie niebawem 140 metrowa Mennica Lagacy Tower, która wraz z ukończonym już 43 metrowym Budynkiem Zachodnim tworzy kompleks, dzięki któremu zasoby stołecznego rynku biurowego wzrosną o 65 tys. mkw. powierzchni. Na rynek wejdzie też niebawem położony w pobliżu biurowiec Chmielna 89, który dostarczy blisko 25 tys. mkw. powierzchni.
W pierwszej połowie bieżącego roku planowane jest również oddanie do użytku kompleksu The Warsaw Hub, który będzie miał bezpośrednie połączenie ze stacją metra Rondo Daszyńskiego. Usytuowana przy Towarowej inwestycja firmy Ghelamco przyniesie 113 tys. mkw. wielofunkcyjnej powierzchni. W skład projektu wchodzi 86 metrowy budynek, w którym znajdzie się hotel sieci Holiday Inn Express i pierwszy w Polsce Crowne Plaza oraz dwa 130 metrowe wieże. Poza najwyższej klasy przestrzenią biurową i hotelową The Warsaw Hub zaoferuje centrum konferencyjne, przestrzeń coworkingową, lokale handlowo-usługowe oraz klub fitness.
Wysokościowce przy rondzie Daszyńskiego
Na terenie kształtującego się właśnie, nowego centrum biznesowego Warszawy w okolicy ronda Daszyńskiego Ghelamco realizuje jednocześnie także inwestycję Warsaw Unit. Dzięki oddaniu powstającego w niej wysokościowca mierzącego 202 metry, w pierwszej połowie przyszłego roku zaplecze biurowe Warszawy wzbogaci się o 57 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni. Budynek wyróżniał się będzie niespotykaną dotąd w Polsce elewacją kinetyczną typu Dragon Skin, dzięki której stanie się ozdobą skrzyżowania Prostej i Towarowej.
Firma Karimpol w tym roku planuje natomiast ukończyć budowę Skylinera. 195 metrowy wieżowiec, który także rośnie przy rondzie Daszyńskiego dostarczy prawie 44 tys. mkw. powierzchni najmu. Na 30 piętrach zaoferuje nowoczesne biura, a powierzchnia czterech kondygnacji przeznaczona będzie na cele handlowo-usługowe. Na wysokości 165 metrów w wieży znajdzie się dwupoziomowy Skybar, a w kilkunastometrowym hallu zaprojektowane zostały ,,schody hiszpańskie”.
W obrębie nowego zagłębia biurowego na warszawskiej Woli trwa też budowa kompleksu Generation Park. W inwestycji położonej pomiędzy ulicą Towarową, Prostą, Wronią i Łucką oddane zostały już dwa biurowce, a ostatni z zaprojektowanych budynków pnie się w górę. Trzy budynki, które wchodzą w skład kompleksu zapewnią łącznie 84 tys. mkw. powierzchni najmu. Rosnąca obecnie wieża, która wraz z iglicą mierzyć będzie 180 metrów ma zostać oddana do użytku w przyszłym roku.
Niedaleko ronda Daszyńskiego, przy alei Solidarności, na tzw. Serku Wolskim trwają również prace przy budowie projektu Spark. W inwestycji zostały ukończone już dwa niższe budynki, a teraz realizowana jest 130 metrowa wieża. W przyszłym roku po zakończeniu budowy całego projektu warszawski rynek biurowy wzrośnie dzięki temu projektowi o 70 tys. mkw. powierzchni.
Nowe wieżowce śródmiejskie
W tym roku planowane jest natomiast oddanie dwóch 95 metrowych, bliźniaczych wież Widok Towers, powstających za nową Rotundą w pobliżu ronda Dmowskiego. Oba biurowce przyniosą miastu około 29 tys. mkw. powierzchni.
U zbiegu ulic Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej powstaje także Central Point. 22 kondygnacyjny budynek firmy Immobel, który będzie miał połączenie ze stacją metra Świętokrzyska, zaoferuje ponad 19 tys. mkw. powierzchni. 93 metrowy biurowiec ma być gotowy w drugim kwartale 2021 roku.
Przy ulicy Świętokrzyskiej w pobliżu ronda ONZ wyrośnie również 155 metrowy wieżowiec SKYSAWA. Flagowy projekt PHN będzie miał charakter biurowo-handlowy. W dwóch budynkach zaprojektowanych w tej inwestycji powstanie 39 tys. mkw. powierzchni. W pierwszym etapie realizacji kompleksu, w 2021 roku oddany zostanie niższy budynek A o powierzchni 11,5 tys. mkw. Wysokościowiec ma być gotowy w trzecim kwartale 2022 roku.
W sąsiedztwie ronda Zgrupowania AK Radosław, w pobliżu centrum handlowego Arkadia w połowie zeszłego roku ruszyła zaś budowa kompleksu Forest. Na 2 hektarowym terenie przy Burakowskiej, na pograniczu warszawskiej Woli i Śródmieścia stanie 120 metrowy wieżowiec i dwa niższe budynki o wysokości od 6 do 8 kondygnacji. Niższa zabudowa ma być gotowa do końca tego roku, a budowa wieżowca potrwa do jesieni 2021 roku. Realizacja kompleksu przyniesie Warszawie 78 tys. mkw. powierzchni do wynajęcia. Na parterach budynków powstaną restauracje i kawiarnie, a pomiędzy nimi przechodni plac i tereny zielone. Zrewitalizowana zostanie również ulica Burakowska.
Projekty miastotwórcze
W Warszawie prowadzonych jest też obecnie kilka dużych projektów miastotwórczych o profilu mixed-use. Ich realizacja, poza nowoczesnymi biurami, przyniesie nowe hotele, powierzchnie konferencyjne, pasaże handlowo-usługowe, strefy gastronomiczne, a także atrakcyjne place i skwery miejskie, miejsca do relaksu i wypoczynku oraz ciekawe udogodnienia dla mieszkańców miasta.
– Projekty wielofunkcyjne to jeden z najważniejszych kierunków rozwoju segmentu komercyjnego. Ich budowa wiąże się często z rewitalizacją terenów pofabrycznych, które przywracane są do życia niosąc atrakcyjną, ogólnodostępną przestrzeń miejską. Powierzchnia biurowa, która powstaje w takich lokalizacjach cieszy się ogromnym powodzeniem wśród najemców. Mieszane funkcje kompleksów zapewniają bowiem najemcom znacznie wyższą użyteczność na co dzień niż tradycyjne biurowce. Dlatego kreowanie atrakcyjnych miejsc do pracy i życia, zamiast dostarczania na rynek kolejnych budynków oferujących nowoczesne powierzchnie komercyjne do wynajęcia staje się dla inwestorów standardem – zauważa Bartłomiej Zagrodnik.
Jednym z warszawskich projektów, bazujących na rewitalizacji historycznych zabudowań fabrycznych jest Elektrownia Powiśle. W odnowionych budynkach dawnej Elektrowni Warszawskiej, które mają zostać oddane do użytkowania w tym roku, znajdzie się strefa gastronomiczna, przestrzeń Beauty Hall oraz sklepy. Inwestycja przyniesie około 15,5 tys. mkw. powierzchni handlowo-usługowej i 23 tys. mkw. nowoczesnej przestrzeni biurowej, a także butikowy hotel ze 150 pokojami i 71 luksusowych apartamentów na wynajem. Na terenie kompleksu powstaną również place miejskie usytuowane pomiędzy odrestaurowanymi i nowymi budynkami.
Podobny charakter mają też dwie inwestycje realizowane na warszawskiej Woli – Browary Warszawskie i Fabryka Norblina. W kwartale ulic Grzybowska, Wronia, Krochmalna i Chłodna w miejscu dawnego Browaru Haberbusch i Schiele, a później Browarów Warszawskich dobiega końca realizacja kompleksu mieszkaniowo-biurowo-usługowego. W skład inwestycji, poza budynkami mieszkalnymi, wchodzą dwa biurowce – Biura przy Willi i Biura przy Warzelni z łączną ofertą 46 tys. mkw. powierzchni. Na terenie Browarów Warszawskich mieści się również XIX-wieczna willa, w której mieszkali niegdyś współwłaściciele firmy, Feliks i Kazimierz Schiele oraz budynek dawnej warzelni i 170 letnie, zabytkowe piwnice, które po rewitalizacji przyjmą charakter gastronomiczny. W historycznej Leżakowni, poza restauracją otwarty zostanie także browar Kumpel Atelier. Na terenie obiektu powstanie również nowa ulica oraz pięć placów miejskich.
Drugim multifunkcyjnym kompleksem mieszczącym się na terenie wolskiego centrum biznesowego jest Fabryka Norblina. Obiekt sytuowany u zbiegu Żelaznej, Prostej i Łuckiej ma być gotowy w drugim kwartale 2021 roku. Fabryka Norblina stanowić będzie integralną część miasta. Na pofabrycznych terenach powstaje ponad 66 tys. mkw. powierzchni użytkowej, z czego 40 tys. mkw. zajmą biura. Ponad 26 tys. mkw. powierzchni będzie miało natomiast funkcję handlową, gastronomiczną, usługową, rozrywkową, kulturalną i wellness. Na terenie, który mieścił niegdyś Towarzystwo Akcyjne Fabryk Metalowych Norblin, Braci Buch i T. Wernera znajdzie się m.in. butikowe kino, BioBazar, muzeum, foodhall z ponad 20 konceptami gastronomicznymi, Piano Bar z muzyką na żywo oraz restauracja z widokiem na centrum Warszawy usytuowana na 9. piętrze. A wśród najemców biurowych znajdzie się m.in. nowy na polskim rynku koncept coworkingowy.