PKP Energetyka wchodzi na rynki europejskie. Spółka stawia na energię odnawialną oraz handel gazem i prądem

CEO Magazyn Polska

PKP Energetyka wchodzi na niemiecką giełdę energii elektrycznej EEX. Spółka chce w tym roku podpisać umowy z głównymi graczami na rynku energii w Europie i rozpocząć z nimi handel hurtowy. W najbliższym czasie PKP Energetyka liczy na zatwierdzenie taryfy gazu przez Urząd Regulacji Energetyki. Dotychczasowi klienci spółki już wyrażają zainteresowanie rozszerzeniem oferty.

W tym roku bardzo mocno stawiamy na rozwój naszego oddziału Obrót Energią Elektryczną i na rozwój handlu – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Szwankowski, członek zarządu PKP Energetyka. – Prawdopodobnie od początku czerwca będziemy aktywnym członkiem giełdy EEX, więc na starcie chcemy handlować kontraktami terminowymi na energię. Następnie, do końca roku planujemy podpisać umowy EFET [umowy bilateralne umożliwiające handel poza giełdą – red.] z głównymi graczami na rynku europejskim i zacząć z nimi handlować energią na zasadach fizycznej dostawy.

Szwankowski podkreśla, że wejście na rynek europejski to odważna, ale bardzo obiecująca strategia spółki. W celu rozwoju w tym sektorze PKP Energetyka zatrudniła specjalistów od obrotu energią z doświadczeniem m.in. we Frankfurcie i Londynie. Szwankowski ocenia, że wniesione przez nich know-how przyczyniło się do wejścia na niemiecką giełdę EEX.

Do tego PKP Energetyka niebawem rozszerzy działalność o sprzedaż gazu.

W najbliższym czasie powinniśmy dostać taryfę od URE. Rozmawiamy z wieloma klientami o strategicznym znaczeniu dla naszej spółki, strategicznymi w tym sensie, że są z nami od wielu lat, sprzedajemy im energię, ale też przeróżnego rodzaju usługi okołoenergetyczne. Mamy od nich bardzo pozytywne sygnały dotyczące chęci kupna gazu w tym pakiecie – podkreśla Szwankowski.

Dodaje, że oczekiwanym przez klientów rozwiązaniem byłoby wprowadzenie taryfy dual fuel, czyli obejmującej zarówno energię elektryczną, jak i gaz. Na polskim rynku jak do tej pory nie są dostępne tego typu taryfy, ale nad ich wprowadzeniem zastanawia się kilka spółek. Szwankowski zauważa, że w przypadku PKP Energetyka chodzi nie tylko o rozliczenie razem z gazem samego prądu, lecz także usług okołoenergetycznych, takich jak m.in. zapewniany przez spółkę serwis awaryjny.

W swoim rozwoju PKP Energetyka nie zapomina o odnawialnych źródłach energii. Spółka zainstalowała na swoich hangarach dla pociągów sieciowych w Słotwinach (łódzkie) panele fotowoltaiczne o mocy 140 kilowatów. Instalacja zapewnia energię nie tylko na potrzeby własne spółki, lecz także jest podłączona do ogólnopolskiej sieci dystrybucyjnej.

Sfinansowaliśmy to kredytem z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska na bardzo preferencyjnych warunkach, z możliwością umorzenia 50 proc. po dwóch latach po spełnieniu konkretnych założeń tego projektu. Chcemy ten kierunek kontynuować. Już patrzymy na kolejne możliwości podobnych projektów i myślę, że z podobną ofertą wyjdziemy do naszych klientów, czyli preferencyjny kredyt którejś z instytucji finansowych wspierających zieloną energii, plus zapewnienie przez nas usługi wraz ze sprzętem od wybranego producenta – zapowiada Szwankowski.

Jak wynika ze sprawozdania umieszczonego na stronie internetowej spółki, w 2013 r. ponad 7 proc. energii sprzedanej przez PKP Energetykę pochodziło ze źródeł odnawialnych. Z energetyki wiatrowej pochodziło ok. 0,6 proc. Głównym źródłem energii sprzedanej przez spółkę pozostaje węgiel kamienny (54,4 proc.) i brunatny (30,4 proc.).

PKP Energetyka w coraz większym stopniu rozwija się poza rynkiem dostaw energii elektrycznej dla kolei. Spółka została wydzielona w 2001 r. ze struktur PKP, ale obecnie oferuje energię także firmom i instytucjom. Ma też własną sieć dystrybucyjną na terenie całej Polski. 

GPW: dobrze prowadzone relacje inwestorskie istotne dla pozyskania kapitału przez spółki giełdowe

Relacje z inwestorami mają duże znaczenie dla spółek. Bez umiejętności udzielenia odpowiednich informacji i dobrej komunikacji z inwestorem emitent może wzbudzić mniejsze od oczekiwanego zainteresowanie swoją ofertą. Relacje inwestorskie są szczególnie ważne u spółek zagranicznych, z których 58 notowanych jest na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych.

Jeśli spółka chce pozyskać kapitał, to powinna dbać o relacje inwestorskie. Wszystkie spółki, nie tylko zagraniczne, zdają sobie sprawę z tego, że ich wycena, reputacja, popularność wiążą się również z relacjami inwestorskimi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Graniewski, wiceprezes Giełdy Papierów Wartościowych. – Dla  inwestorów kluczowe jest to, czy otrzymają na czas informacje, jakość tych informacji, a także łatwość komunikowania się z tymi spółkami. Oni przecież ponoszą ryzyko inwestycyjne.

Zachęceniu zagranicznych spółek notowanych na warszawskim parkiecie do dbania o poprawne relacje inwestorskie służyła druga już edycja organizowanego przez Giełdę Papierów Wartościowych konkursu na „Lidera RI wśród zagranicznych spółek notowanych na GPW 2013”, której wyniki ogłoszono 4 czerwca. Jury wyłoniło liderów w relacjach inwestorskich oraz komunikacji z rynkiem za pośrednictwem mediów. Laureatami zostały spółki Serinus Energy i Global City Holdings (dawne Cinema City International).

– Spośród prawie 900 spółek, które są notowane na warszawskiej giełdzie, około 60 to spółki zagraniczne małe i średnie, i te bardzo duże, łącznie z tymi największymi w regionie, które zdecydowały się przyjść na warszawską giełdę w poszukiwaniu kapitału. To się łączy bezpośrednio z relacjami inwestorskimi, dlatego że ich oferta jest zaadresowana do naszych lokalnych inwestorów. Stąd też ten pomysł, że te spółki, które w najlepszy sposób, najbardziej fachowy i  efektywny prowadzą relacje inwestorskie, zasługują na pewnego rodzaju wyróżnienie i uhonorowanie – podkreśla Graniewski.

Jeden z laureatów konkursu, firma Serinus Energy, to kanadyjska spółka notowana także na giełdzie w Toronto. Na polskim rynku obecna jest od ponad 4 lat. Zajmuje się poszukiwaniem ropy i gazu oraz ich wydobyciem w obszarach międzynarodowych.

Musimy przestrzegać najwyższych standardów zarówno polskich, jak i międzynarodowych – mówi Newserii Biznes Jakub Korczak, Serinus Energy. – Wiąże się z tym sporo pracy polegającej na edukowaniu inwestorów i poszerzaniu ich wiedzy o biznesie. Działalność,  którą prowadzimy, czyli jest bowiem stosunkowo słabo znana – dodaje.  

Drugi laureat, Global City Holdings na polskim rynku notowany jest od 2006 r.  

Właściwie od początku prowadzimy bardzo intensywne relacje inwestorskie – podkreśla Joanna Kotłowska, dyrektor relacji inwestorskich Global City Holdings. – Mamy drużynę zajmującą się kontaktami z inwestorami właściwie odkąd weszliśmy na giełdę. To aktywnie pracująca gałąź naszej firmy, o czym świadczy choćby fakt, że bierzemy udział praktycznie we wszystkich konferencjach dla inwestorów w kraju i zagranicą.

Wyróżnione zostały spółki takie jak: Automotive Components Europe, Industrial Milk Company, Ronson Europe N.V., BMP Media Investors,  Tatry Mountain. Z kolei spośród spółek notowanych na rynku NewConnect wyróżniono Orphee i Agroliga. Wyniki drugiej edycji konkursu ogłoszono 4 czerwca 2013 r. w hotelu Regent w Warszawie podczas 5 edycji „5th WSE International Companies’ Forum” – inicjatywy GPW mającej na celu promowanie warszawskiego parkietu wśród zagranicznych spółek. 

80 mld euro wspomoże rozwój unijnego przemysłu. To szansa również dla polskiego sektora motoryzacyjnego, górniczego i zbrojeniowego

CEO Magazyn Polska

Do 2020 roku UE przeznaczy 80 mld euro na nowe technologie, badania i rozwój. Środki te mają wspomóc plany zwiększania udziału przemysłu w PKB unijnej gospodarki. Doświadczenia ostatnich lat pokazały, że państwa oparte w większej mierze na usługach niż na przemyśle, trudniej radziły sobie ze spowolnieniem gospodarczym. Unijne pieniądze to także szansa na rozwój polskiego przemysłu m.in. zbrojeniówki, przemysłu samochodowego, a także tradycyjnych gałęzi, jak hutnictwo czy górnictwo.

W poprzedniej perspektywie na nowe technologie, badania, szybki rozwój i zwiększanie konkurencyjności przeznaczono 54 mld euro. Na następne kilka lat będzie to niemal 80 mld euro. Warto z tych pieniędzy skorzystać, pamiętając, żeby tematykę do badań definiował sam przemysł, małe i średnie firmy, zgodnie z tym, jakiego typu innowacje i technologie są im potrzebne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jerzy Buzek, poseł do Parlamentu Europejskiego i były premier RP.

Dzięki szerszemu porozumieniu przemysłu i nauki możliwe będzie skuteczniejsze wykorzystanie unijnych pieniędzy. Jak podkreśla Jerzy Buzek, w Polsce ta współpraca dopiero się rodzi.

Musimy ją zdopingować, żeby Polska zajęła dobre miejsce w tym wyścigu technologicznym w Europie i na świecie – mówi.

Doświadczenia ostatnich 25 lat pokazują, że jest to możliwe, ponieważ niektóre sektory polskiego przemysłu stały się przez ten czas bardzo nowoczesne. Na najbliższe lata perspektywy są jeszcze lepsze, bo modernizacja przemysłu będzie wspierana przez pieniądze z UE.

Przemysł w Europie ma dziś 4/5 udziału w eksporcie. Ponadto 80 proc. inwestycji prywatnych firm w badania i rozwój pochodzi właśnie z przemysłu. Jednak średnia udziału przemysłu w unijnym PKB wynosi jedynie ok. 16 procent. Według propozycji Komisji Europejskiej ma ona wzrosnąć do 20 proc. w 2020 r.

Reindustrializacja w Europie oznacza, że musimy wrócić do wielkiej i intensywnej produkcji przemysłowej. Te kraje, które przeszły na usługi i które mają udział przemysłu w granicach 8-10 proc. PKB, najtrudniej przeszły przez kryzys. Polska ma niemal 20 proc., Niemcy wyraźnie powyżej 20 proc. – te kraje lepiej przeszły przez trudny moment – wyjaśnia prof. Jerzy Buzek.

Większa produkcja przemysłowa to również większa szansa na rozwój dla małych i średnich firm, które tworzą najwięcej nowych miejsc pracy.

Nie jesteśmy w stanie wyżyć z usług, musimy mieć konkretną produkcję. I sercem produkcji jest przemysł, a krwiobiegiem są małe i średnie firmy, które w Polsce naprawdę świetnie się rozwijają – podkreśla były premier.

Jego zdaniem w Polsce szczególnie perspektywicznymi sektorami przemysłu są zbrojeniówka, przemysł samochodowy, a także tradycyjne gałęzie, czyli górnictwo i hutnictwo, które mają szansę stać się bardzo nowoczesnymi.

22 stycznia 2014 r. w dokumencie „For a European Industrial Renaissance” Komisja Europejska wezwała władze państw członkowskich do uświadomienia sobie kluczowego znaczenia przemysłu dla rozwoju gospodarczego. Zdaniem Komisji reindustrializacja Unii powinna być jednocześnie modernizacją, a dążyć należy do niej przez inwestycje w innowacyjność, efektywność surowcową, nowe technologie, umiejętności itd. Według KE potrzebne są zmiany legislacyjne, które ułatwią działanie przedsiębiorcom. 

Jacek Socha: Polskie uczelnie muszą przestać produkować magistrów. Potrzebne płatne studia

Powinniśmy rozważyć wprowadzenie odpłatności za studia. To powinno poprawić jakość szkolnictwa wyższego – uważa Jacek Socha, wiceprezes i partner PwC w Polsce. Jak podkreśla, nieefektywne szkolnictwo wyższe jest istotną barierą dla rynku pracy i całej gospodarki. Jego zdaniem w najbliższych latach Polska musi się też skoncentrować na dokończeniu inwestycji infrastrukturalnym, wspieraniu rynku kapitałowego i przyjęciu wspólnej europejskiej waluty. Poważna dyskusja o wyzwaniach dla gospodarki zacznie się prawdopodobnie po maratonie wyborczym, czyli w 2016 roku.

Wyniki wyborów parlamentarnych i prezydenckich w 2015 roku zaważą na tym, w jaki sposób Polska zmierzy się z wyzwaniami, które mogą hamować dalszy rozwój gospodarki. Jednym z nich jest sytuacja na rynku pracy. Coraz częściej problem bezrobocia dotyczy osób z formalnie wysokim wykształceniem, co jest pochodną boomu edukacyjnego, jaki miał miejsce w Polsce w ostatnich latach. Obecnie studiuje blisko połowa młodych Polaków, a więc wskaźnik skolaryzacji jest blisko czterokrotnie wyższy niż u progu transformacji. Z punktu widzenia pracodawców wiele z tych osób może pochwalić się jedynie uzyskaniem dyplomu, ale nie zdobyciem wartościowej wiedzy czy umiejętności.

W rezultacie mimo wysokiego rejestrowanego bezrobocia część firm bezskutecznie poszukuje na rynku pracowników, zwłaszcza posiadających wykształcenie techniczne. Ta luka może się pogłębiać, gdyż ze wzrostem technologicznego zaawansowania gospodarki będą potrzebni kolejni informatycy, inżynierowie, analitycy, a także kreatywni i elastyczni profesjonaliści, którzy potrafią szybko się uczyć i rozwiązywać konkretne problemy. Wzrost poziomu nauczania, rozszerzenie programów studiów itp. może wymagać wprowadzenia odpłatności, co według Jacka Sochy jest właściwym rozwiązaniem.

Istotna kwestia to poprawienie szkolnictwa wyższego w Polsce, żebyśmy przestali produkować magistrów, którzy mają wykształcenie niepasujące do dzisiejszej rzeczywistości. Jesteśmy trochę przystopowywani. Budowanie tej kreatywności byłoby zdecydowanie lepsze. W moim przekonaniu powinniśmy poważnie rozważyć konieczność wprowadzenia odpłatności za studia. To, moim zdaniem, zdecydowanie poprawi jakość szkolnictwa wyższego – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Socha, wiceprezes i partner PwC w Polsce.

Choć kapitał ludzki ma coraz większe znaczenie w rozwoju rozwiniętych gospodarek, to polska gospodarka wciąż potrzebuje zwiększać zasób tradycyjnego kapitału – w postaci infrastruktury, nowych fabryk oraz maszyn itp. Oszczędności polskich firm i konsumentów pozostają zbyt niskie, by finansować ogromne potrzeby inwestycyjne, dlatego Polska powinna dalej przyciągać zagranicznych inwestorów.

Będziemy musieli być otwarci na bezpośrednie inwestycje zagraniczne. To jest skumulowane 250 mld dolarów, to jest pokaźna kwota, która istotnie rośnie. Myślę, że nasza skłonność do pracy, nasza otwartość i sumienność będą przyciągały również inwestorów zagranicznych. Oczywiście wykorzystanie środków unijnych i ukończenie podstawowych inwestycji infrastrukturalnych, szczególnie na kolei, dokończenie systemu autostrad, to jest warunek konieczny, żeby dalej kapitał zagraniczny czuł się u nas dobrze – uważa Jacek Socha.

Sposobem na zwiększenie inwestycji – zarówno krajowych, jak i zagranicznych – może być wspieranie dalszego rozwoju polskiej giełdy. Rozwinięty rynek kapitałowy ułatwia pozyskiwanie firmom środków na rozwój, a przeciętnemu Kowalskiemu oferuje wiele sposobów na pomnażanie oszczędności, również z myślą o emeryturze. Niekorzystne trendy demograficzne sprawiają, że marginalizacja OFE nie jest na dłuższą metę rozwiązaniem problemów, jakie czeka państwowy system ubezpieczeń społecznych. Wysoka emigracja powoduje, że jeszcze szybciej zmniejsza się stosunek płacących składki do pobierających świadczenia, co będzie zwiększało deficyt w FUS.

– Musimy powrócić do rozmowy na temat oszczędzania długookresowego i odkładania pieniędzy na emerytury. Jeżeli popatrzymy na nasze parametry demograficzne,  to tu następuje pewna rozbieżność. Widać również, że jest sporo osób, które decydują się mieszkać poza granicami – wskazuje Socha.

Wyniki wyborów parlamentarnych i prezydenckich w 2015 r. mogą być również głosowaniem za bądź przeciw wprowadzeniu euro. Nie zmienia to faktu, że Polska podpisując traktat akcesyjny do UE, zobowiązała się już do przyjęcia wspólnej waluty. Realizacja tego zobowiązania wymaga zmiany Konstytucji, na co zgodę musi wyrazić co najmniej 2/3 posłów i bezwzględna większość senatorów. Zdaniem Jacka Sochy wprowadzenie euro byłoby korzystne dla polskiej gospodarki, ale politycy nie zdecydują się na to bez silnego poparcia społecznego dla dalszej integracji z UE.

Jednym z najczęściej wysuwanych argumentów przeciwko wprowadzeniu euro jest fakt, że osłabienie złotego pomagało polskim eksporterom w okresie kryzysu gospodarczego. Według Sochy opieranie konkurencyjności gospodarki na słabej walucie jest ryzykowne, gdyż silne umocnienie złotego może bardzo szybko zniwelować te korzyści. W perspektywie kilku, kilkunastu lat polska gospodarka powinna rozwijać się szybciej niż strefa euro, co może sprzyjać stopniowemu umacnianiu się złotego.

Liczenie na to, że złoty się może osłabić w momencie, kiedy nastąpi jakaś dekoniunktura, jest czekaniem na jakąś tragedię, licząc na to, że w tej tragedii Rada Polityki Pieniężnej i polski złoty będzie pomagał polskiej gospodarce. Nie chcę takich polityków gospodarczych, którzy tak zabezpieczają się przed tego rodzaju sytuacjami. Uważam za bardziej prawdopodobne, że złoty będzie się umacniał w stosunku do dolara, w stosunku do euro, a tym samym możemy uzyskać pewną rentę i pewną przewagę, będąc w strefie euro – ocenia Jacek Socha.

Wysokie opodatkowanie gazu łupkowego może wystraszyć inwestorów zanim ruszy wydobycie komercyjne

CEO Magazyn Polska

Proponowane przez rząd opodatkowanie wydobycia węglowodorów, w tym gazu łupkowego, może zniechęcić inwestorów. Wątpliwości ekspertów wzbudza fakt, że projekt opodatkowania jest już w parlamencie, mimo że komercyjne odwierty łupków jeszcze nie ruszyły. Pozytywnym sygnałem jest jednak propozycja odroczenia opodatkowania do 2020 r.

Inwestorzy wiedzą już od jakiegoś czasu, że dodatkowe obciążenia będą wprowadzone. Pozostaje tylko pytanie, jaki one będą miały charakter, jak będą wysokie, jakie utrudnienia administracyjne będą z nimi związane. To są znaki zapytania, które wpływają na to, czy my tych inwestorów nie wystraszymy dodatkowo nowymi obciążeniami – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Wróblewski, menadżer działu doradztwa podatkowego w Deloitte. – Jest to, niestety, klasyczne dzielenie skóry na niedźwiedziu i tego typu sformułowanie pojawiło się już wielokrotnie w kontekście podatków od łupków.

Rząd proponuje, by od 2020 r. przedsiębiorcy wydobywający paliwa kopalne, w tym gaz łupkowy, płacili od 0 do 25 proc. nowego podatku węglowodorowego od zysków. Jeśli ich zyski będą niewielkie lub nie będzie ich wcale, firmy nie zapłacą tej daniny. Na gaz i ropę rozszerzony zostanie też podatek od kopalin, którego wysokość wyniesie w zależności od rodzaju surowca 1,5 lub 3 proc. wartości wydobycia. Przedsiębiorcy będą również obciążeni podatkiem CIT, opłatą eksploatacyjną czy podatkiem od nieruchomości. Propozycje rządowe zakładają, że podatki i opłaty mają wynosić nie więcej niż 40 proc., choć branża podkreśla, że w rzeczywistości mogą okazać się znacznie wyższe.

Wróblewski podkreśla, że rządowy projekty zmian, nad którymi trwają obecnie prace w Sejmie, oznaczają bardzo dużą zmianę dla przedsiębiorców. Nie wyklucza, że firmy, które zdecydowały się o wycofaniu z Polski, brały pod uwagę właśnie dodatkowe obciążenia.

W tym szczególnym przypadku państwo decyduje się na wprowadzenie dodatkowych obciążeń dla wybranej grupy inwestorów. Jest to podyktowane postulatem zapewnienia należytego udziału Skarbu Państwa w potencjalnych zyskach z produkcji węglowodorów – tłumaczy Wróblewski. – Najprawdopodobniej te firmy, które podjęły decyzję o opuszczeniu Polski, w swoich modelach biznesowych te dodatkowe obciążenia wzięły pod uwagę. Tego nie wiemy na pewno. Ryzyko związane z wprowadzeniem każdego obciążenia fiskalnego istnieje i spowoduje, niestety, odpływ inwestorów.

Wróblewski zaznacza, że na całym świecie państwa starają się zabezpieczyć swoje przychody związane z wydobyciem węglowodorów. Niezbędna jest jednak równowaga, bo zbyt wysokie obciążenia odstraszą inwestorów. Zwykle kraje decydują się na jedną metodę opodatkowania. W Australii jest to podatek dochodowy, w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie opłaty „royalties”, czyli opłaty produkcyjne zbliżone do polskiego podatku od kopalin. W innych krajach państwowe agencje przejmują część złóż.

Menadżer z Deloitte zauważa, że pozytywnym sygnałem w rządowym projekcie jest propozycja odroczenia wprowadzenia podatków. Komercyjne wydobycie gazu łupkowego jeszcze nie ruszyło i nie wiadomo kiedy będzie to możliwe na dużą skalę. 

Projektodawcy zdają sobie z tego sprawę. W projekcie przewidziana jest perspektywa realnego obciążenia tymi podatkami od roku 2020. Czyli nie będzie tak, że jeżeli komuś uda się uruchomić produkcję gazu niekonwencjonalnego w przyszłym roku w Polsce, to od tego momentu będzie musiał płacić dodatkowe podatki. Realne obciążenia wchodzą dopiero od 2020 roku – podkreśla Wróblewski.

Niektórzy inwestorzy już teraz jednak podkreślają, że uruchomienie produkcji nie będzie możliwe przed 2020 rokiem, co oznacza, że obciążenia podatkowe i tak dotkną ich od momentu rozpoczęcia działalności.

Komentarz indeksowy BossaFX 5 czerwca 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 5 czerwca 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Co roku rynek wynajmu samochodów rośnie o 20 proc.

CEO Magazyn Polska

Polski rynek wynajmu samochodów rośnie o 20 proc. rocznie. O jego rozwoju świadczyć może fakt, że udział wynajmu lotniskowego zmalał do około połowy rynku, choć jeszcze niedawno stanowił nawet 80 proc. Dynamicznie rośnie sektor wynajmu długoterminowego, bo firmy doceniają jego elastyczność jako przewagę nad typowym leasingiem floty. Na razie to one stanowią największą grupę klientów.

Odnotowujemy stałe wzrosty liczone rok do roku rzędu 20 proc., więc można powiedzieć, że jest to jedna z bardziej dynamicznie rozwijających się branż na polskim rynku. Mamy pewien problem, jeżeli chodzi o świadomość statystycznego Kowalskiego w zakresie wynajmu samochodów. Generalnie jest to usługa nadal kierowana bardziej do firm i podmiotów niż do osób fizycznych – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Reczyński, prezes polskiego operatora Sixt rent a car.

Reczyński dodaje, że choć Polska jest wciąż znacznie mniejszym rynkiem niż kraje Europy Zachodniej, to coraz więcej osób decyduje się na wynajem samochodu. Tę formę podróżowania zaczynają doceniać także turyści, który podczas wyjazdów korzystają z wynajętego samochodu, by zobaczyć więcej miejsc. Po powrocie do kraju osoby te są bardziej świadome, że również w Polsce można korzystać z wynajętego samochodu.

Najważniejszymi klientami pozostają jednak przedsiębiorcy. Dzięki temu rosną statystyki wynajmu pojazdów w sektorze premium. Właściciele firm dostrzegają wynajem długoterminowy jako alternatywę dla leasingu lub kupna luksusowych samochodów.

Mamy samochody, które wynajmujemy na kilka miesięcy, to jest tzw. produkt Flexi Lease, który jest świetną alternatywą dla klasycznego leasingu czy car fit managementu. Nie ma takiej konsekwencji, że przedsiębiorca zawiera kontrakt na 24 miesiące, z którego nie może się wycofać. De facto decyduje, jaki samochód i kiedy jest mu potrzebny, na ile czasu, bez konsekwencji ani bez konieczności przedstawienie dokumentów finansowych, co ma szczególne znaczenie dla start-upów – podkreśla Reczyński.

Między innymi rosnąca popularność wynajmu długoterminowego wpływa na zmianę struktury rynku. Jeszcze kilka lat temu nawet 80 proc. wynajmów samochodów w Polsce przez Sixt miało miejsce na lotniskach. To właśnie ten sektor, ściśle związany z ruchem lotniczym, jest głównym obszarem działalności międzynarodowej grupy. Jednak obecnie jego udział w naszym kraju spadł do ok. 50 proc.

Pozostałe 50 proc. to wynajmy pozalotniskowe. Choć dawniej na rynku dominował wynajem ekonomicznych pojazdów najniższej klasy, obecnie zwiększa się udział aut z sektora premium.

Stale rosną wydatki firm farmaceutycznych na innowacyjność. Zachodnie koncerny wciąż przeznaczają na ten cel więcej niż polskie

CEO Magazyn Polska

Każda z firm farmaceutycznych co roku część swoich wydatków przeznacza na badania i rozwój. To konieczne, by sprostać szybko rosnącej konkurencji na rynku – podkreślają przedstawiciele przemysłu. Również konkurentom z Azji, którzy o klientów walczą głównie ceną. Polskim firmom wciąż jednak daleko do nakładów ponoszonych przez zagraniczne koncerny.

Presja cenowa, redukcja wydatków publicznych na leki, potrzeba innowacyjności i duża konkurencja, zwłaszcza ze strony rynku azjatyckiego – to największe wyzwania, z którymi będzie musiał się zmierzyć polski przemysł farmaceutyczny. Branża farmaceutyczna jest jedną z bardziej rentownych, ale także i konkurencyjnych na świecie. Starzenie się społeczeństwa i wzrost wydatków na opiekę zdrowotną mogą oznaczać większe przychody. Aby jednak nadążyć za konkurencją, polskie firmy farmaceutyczne muszą co roku na rozwój i badania przeznaczać kilkadziesiąt procent wydatków. 

Wszystkie nasze fabryki muszą pracować w standardach GMP, czyli dobrej praktyki wytwarzania, przeprowadzać badania zgodnie z wymogami europejskimi, a także testować leki według standardów GLP, czyli dobrej praktyki laboratoryjnej. Wszystkie te standardy są najwyższe na świecie, porównywane ze standardami w Stanach Zjednoczonych – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Błaszczyk, wiceprezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego (PZPPF).

Sektor farmaceutyczny jest liderem pod względem liczby innowacyjnych przedsiębiorstw. Wedle danych Komisji Europejskiej nakłady na rozwój w tym sektorze w stosunku do przychodów są kilkukrotnie wyższe niż średnia wyliczona dla piętnastu najbardziej innowacyjnych sektorów. Również polskie przedsiębiorstwa farmaceutyczne inwestują potężne środki w rozwój technologiczny, traktując to jako nieodzowny element długofalowej strategii. 

Co 25 lat mamy 100-proc. wzrost nowoczesności w technologiach medycznych. Zdrowie jest najważniejszą częścią naszego życia, więc inwestowane są w nie największe środki. Dlatego staramy się być innowacyjni i poprzez nowe technologie zaproponować nowe rozwiązania. Kilkadziesiąt procent corocznych wydatków przeznaczanych jest na rozwój i badania. To jest wydatek rosnący, czyli powodujący coraz większy wysiłek firmy do tego, abyśmy byli w linii najnowszych technologii – podkreśla Błaszczyk.

Ze „Strategii rozwoju krajowego przemysłu farmaceutycznego do 2030 roku”, przygotowanej przez Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową na zlecenie PZPPF, wynika, że w Polsce działa około 100 firm farmaceutycznych, których łączne obroty wynoszą ponad 15 mld zł rocznie. Branża ta cechuje się dużą efektywnością, co umożliwia firmom przeznaczanie wysokich kwot na działalność innowacyjną oraz badania i rozwój. Jak jednak podkreślono w strategii, to wciąż niewielkie kwoty w porównaniu ze światowymi gigantami, jak Pfizer czy Novartis. Przykładowo w 2010 roku dziesiąta największa firma farmaceutyczna na świecie przeznaczyła na badania i rozwój ponad 3,5 mld dolarów. Wydatki na ten cel w polskim przemyśle farmaceutycznym wyniosły wówczas ok. 56 mln dolarów.

– Cały czas musimy myśleć o tym, jak coraz bardziej maksymalizować nasze wysiłki celem nadążenia w tym wyścigu technologicznym, wyścigu innowacyjności – mówi Błaszczyk.

Wyzwaniem jest dodatkowo starzejące się społeczeństwo. Jak podano w raporcie IBnGR, według prognozy GUS w 2030 roku udział osób powyżej 60. roku życia wynosić będzie w Polsce 28 procent wobec 20 procent w roku 2011. Więc zapotrzebowanie na leki będzie z roku na rok coraz wyższe.

Kolejnym dużym wyzwaniem, z jakim będą musiały zmierzyć się polskie firmy, jest też rosnąca konkurencja, przede wszystkim z rynku azjatyckiego. Eksperci przewidują, że do roku 2016 sprzedaż farmaceutyków w Chinach i Indiach ma wzrosnąć dwukrotnie, a azjatyckie produkty ze względu na niską cenę stanowią sporą konkurencję. Jak jednak przyznaje wiceprezes Związku, to nie konkurencja ze Wschodu jest największym zagrożeniem dla polskich firm.

Pracujemy w sektorze finansowanym przez pieniądze publiczne, gdzie jest bardzo duża presja cenowa na leki. Powoduje to, że osiągany profit jest zawsze obniżany poprzez presję cenową związaną z wydatkami publicznymi. To spotkanie dwóch interesów. Z jednej strony pacjenta, o którego Ministerstwo Finansów zawsze będzie dbało, aby dostarczyć mu jak najbardziej przystępny cenowo lek. Z drugiej strony fakt, że musimy przeznaczać coraz większe pieniądze na nowe technologie powoduje, że osiąganie sukcesów na rynku jest coraz trudniejsze – podsumowuje Piotr Błaszczyk. 

Grupa Wirtualna Polska walczy o budżety reklamodawców nową ofertą. Stawia m.in. na wideo i urządzenia mobilne

CEO Magazyn Polska

Wspólna oferta dla reklamodawców była jednym z pierwszych przedsięwzięć po połączeniu Wirtualnej Polski i o2. Grupa proponuje nowe narzędzia marketingowego, bazujące m.in. na trendzie big data, ale i odpowiadające na popularność reklamy wideo. Do końca roku dwukrotnie ma się zwiększyć oferowana reklamodawcom powierzchnia wideo. W ten sposób Grupa Wirtualna Polska chce zwiększyć udział w rosnącym dynamicznie rynku reklamy internetowej.

Po 2-3-letnim kryzysie marketerzy wracają z bardziej śmiałymi decyzjami na rynek, jeśli chodzi o wydatki. Jako Wirtualna Polska zastanawiamy się nad tym, jak zaadresować czy to poprzez strukturę po połączeniu, czy ofertę produktowąpotrzeby reklamodawców tak, żeby wzrost inwestycji, która jest lokowana u nas, był jak najlepszy – przekonuje Jacek Świderski, prezes zarządu Grupy Wirtualna Polska i dodaje, że celem jest wyprzedzenie portalu Onet.pl w kategorii zadowolenia marketerów. – To jest nasz główny cel i stawiamy na najlepsze dopasowanie do tych grup docelowych, których reklamodawcy szukają.

Grupa – jak podkreśla jej prezes – jest dobrze przygotowana na nowe budżety reklamowe. W maju na rynku pojawiła się nowa wspólna oferta reklamowa.

Zawiera ona wiele innowacyjnych elementów, związanych m.in. z tematem big data i wykorzystywaniem informacji zanonimizowanych na temat użytkowników poczty i witryn, które odwiedzają – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jacek Świderski.

Świderski podkreśla, że trzon oferty stanowią dwie największe bazy e-mailowe w Polsce oraz duża przestrzeń displayowa, którą udostępniają portale WP.pl i o2.pl. Nowością są m.in. dniówki tematyczne w połączeniu z ofertą na urządzenia mobilne.

To w tej chwili jest widoczny na rynku trend, widzimy to też w oglądalności naszych stron głównych, że coraz więcej użytkowników korzysta z wersji mobilnych. W połączeniu z wiedzą o użytkownikach i produktami performance’owymi  mamy kompleksową ofertę, która dobrze adresuje potrzeby reklamodawców. Mamy ponad połowę polskiego rynku, co daje nam śmiałość w budowaniu innowacyjnych produktów, które dają wysoką konwersję dla reklamodawców – przekonuje prezes Grupy WP.

Ze strony reklamodawców dynamicznie rośnie popyt na powierzchnię wideo. Dlatego Grupa zamierza do końca roku zwiększyć ją dwukrotnie.

Wspólna oferta reklamowa to jedna z pierwszych inicjatyw po połączeniu o2 i Wirtualnej Polski. Grupa o2 wraz z funduszem Innova Capital sfinalizowały transakcję zakupu Wirtualnej Polski w lutym br. Zdaniem Jacka Świderskiego prace nad konsolidacją i wspólną ofertą obu podmiotów przebiegły szybciej niż zakładano, a najtrudniejszy etap został już pokonany.

Zależało nam na tym, żeby pokazać otoczeniu, że jesteśmy w stanie coś zrobić razem już w pierwszych tygodniach po transakcji i uruchomiliśmy np. Segregator dla użytkowników Poczty WP i Poczty o2 [narzędzie do porządkowania w skrzynkach pocztowych wiadomości od zewnętrznych nadawców – red.], natomiast teraz skupiamy się na dużych projektach w obszarze wideo i sprzedaży. Możemy skoncentrować się na bliższej współpracy z naszymi reklamodawcami – podkreśla Świderski.

W Polsce jest coraz mniej pszczół. Owady te można ratować poprzez tworzenie kwiatowych ogrodów i stosowanie naturalnych nawozów

CEO Magazyn Polska

W Polsce z każdą sekundą ubywa 105 pszczół. To ogromna strata, bo właśnie one odpowiadają za zapylanie dużej części roślin uprawnych. Owady te masowo wymierają w wyniku chemizacji rolnictwa, zmian klimatycznych, chorób oraz niszczenia siedlisk. Pszczoły nie tylko umierają, lecz także coraz trudniej się je hoduje, a jeśli będzie ich coraz mniej – rolnictwo i środowisko będą zagrożone. Ekolodzy podkreślają, że każdy może przystosować swój ogród czy balkon tak, by był bardziej przyjazny dla pszczół. Trzeba tylko wybierać odpowiednie rośliny.

Pszczoły stanowią bardzo ważny element w ekosystemie i bez ich prawidłowego funkcjonowania zostanie zachwiana cała równowaga, nie tylko świata przyrodniczego, lecz także nasze funkcjonowanie. Pszczoły to prawie 78 proc. żywności w naszej strefie klimatycznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Małgorzata Strzelec z firmy Kruszwica, produkującej tłuszcze roślinne.

Wprawdzie pszczoły kojarzą się głównie z produkcją miodu, ale trzeba pamiętać, że produkcja 1/3 żywności i 90 proc. owoców zależy od zapylania przez owady pszczołowate. Ekolodzy namawiają więc, by stwarzać idealne warunki dla tych niezwykle pożytecznych owadów.

Projektując własny ogród czy balkon, warto wybierać rośliny, które są rodzime i miododajne, które mogą być pożyteczne dla owadów. Owady się odwdzięczą w taki sposób, że będą nam te rośliny zapylać. Jeżeli mamy sady czy ogrody, dzięki temu te rośliny będą owocować. Korzyść jest obustronna – tłumaczy Katarzyna Dytrych z Fundacji Nasza Ziemia.

Niezwykle szkodliwe dla owadów pszczołowatych jest stosowanie sztucznych nawozów, zwłaszcza w okresie kwitnienia roślin.

Warto pamiętać o tym, żeby stosować nawozy czy środki ochrony roślin, które są naturalne. Jeżeli już koniecznie musimy stosować chemię, to zgodnie z zaleceniami producenta i w odpowiednim czasie. Ponieważ to gwarantuje, że pszczoły po prostu przeżyją i będą zdrowe – mówi Katarzyna Dytrych.

Pszczoły żywią się nektarem i pyłkiem kwiatowym, dlatego ogródki, w których są same iglaki, nie są dla nich zbyt przyjazne. Dobrym schronieniem może być np. wiązka trzciny czy kawałek drewna.

Wystarczy zebrać łodygi, które są puste w środku – to może być bez czarny, malina czy forsycja, trzcina albo bambus. Przycinamy je z jednej strony, z drugiej strony dbamy o to, aby ścianka była zasklepiona, jeżeli jest prześwit, to warto czymś zakleić i wyściełać jeszcze dodatkowo mchem, w którym zawsze jakieś inne pożyteczne owady też mogą znaleźć dla siebie dom. Taką wiązkę możemy związać sznurkiem i powiesić w miejscu, które jest słoneczne i ciepłe. Jest szansa, że właśnie dzikie pszczoły, pszczoły samotnice, które są o wiele mniej znane niż pszczoła miodna, znajdą tutaj dla siebie dobry dom – wyjaśnia Katarzyna Dytrych.

Cyfryzacja i urządzania mobilne motorem napędowym rynku mediów i rozrywki w latach 2014-2018

Globalny rynek mediów i rozrywki w najbliższych 5 latach będzie rósł w tempie 5% rocznie, osiągając w 2018 r. wartość 2,2 bln USD. Choć tradycyjne media nadal będą posiadać największy udział w przychodach, a TV pozostanie największym medium dla reklamy, to jednak media cyfrowe i reklama w Internecie będą głównymi motorami wzrostu. Polski rynek w analizowanym okresie będzie rósł w tempie 3,7% rocznie, i w 2018 roku będzie warty 12,6 mld USD.

W najbliższych latach najistotniejszy wpływ na kształt rynku rozrywki i mediów będą nadal miały dwa główne czynniki: dalsza cyfryzacja oraz rosnące znaczenie urządzeń mobilnych. Najszybciej rosnącymi segmentami będą reklama internetowa oraz dostęp do Internetu. Ich średnioroczne prognozowane tempo wzrostu to odpowiednio 10,7% i 9,0%. Segment dostępu do Internetu będzie w dalszym ciągu odpowiadał za największą część rynku, a jego znaczenie w najbliższych latach jeszcze wzrośnie. Już dziś ten segment szacowany jest na 455 mld USD, a jego wartość w 2018 r. prognozowana jest na 635 mld USD. Wydatki na dostęp mobilny przekraczają obecnie wydatki na dostęp stacjonarny (odpowiednio 238 mld USD i 216 mld USD). W przyszłych latach ta różnica będzie się powiększać ze względu na dużo wyższą dynamikę wzrostu mobilnego dostępu do sieci w porównaniu do dostępu stacjonarnego (13% vs. 4,1%).

Rynek polski

Wartość rynku mediów i rozrywki w Polsce wyniesie w 2018 r. 12,6 mld USD. Dostęp do Internetu będzie stanowić największy segment tego rynku z 30% udziałem. Najszybciej w nadchodzących latach będą rozwijały się segmenty rynku związane z technologiami cyfrowymi, w szczególności reklama w Internecie (15,2%), dostęp do Internetu (7,5%) oraz gry wideo (7,8%). Na przeciwnym biegunie znajdują się segmenty związane z tradycyjnymi mediami jak rynek prasy (-1,6), rynek płatnej telewizji (-1,2%) czy rynek radiowy (-1,0%).

W prognozowanym okresie 2014–2018 r., rynek reklamy w Polsce będzie rósł w średniorocznym tempie 5,8%, napędzany głównie przez wzrost reklamy internetowej (średniorocznie tempo ponad 15%). Przewidujemy, że w 2018 r. reklama telewizyjna utraci swoją dotychczasową dominującą pozycję na rzecz reklamy internetowej.

Główne trendy rynku w Polsce i na świecie

Rynek treści wideo

Istotnym trendem widocznym na rynku treści wideo w skali świata jest dynamiczny rozwój nieliniowego odbioru treści, dostarczanych zarówno poprzez serwisy VOD nadawców telewizyjnych jak i serwisy OTT.

Zgodnie z przewidywaniami PwC, globalne przychody z tego typu form dostarczania treści będą rosły
w ciągu najbliższych 5 lat w tempie prawie 20% rocznie (19,9%) i w 2018 roku przekroczą przychody uzyskiwane ze sprzedaży i wynajmu nośników fizycznych (DVD i Blu-ray).

W zakresie rozwoju serwisów OTT/streamingowych Polska w porównaniu do świata zachodniego dopiero raczkuje. Wartość płatnego rynku OTT/streamingu w naszym kraju w 2013 roku była szacowana na niewiele ponad 7 mln USD, podczas gdy w USA prawie 4,7 bln USD, w Wielkiej Brytanii 485 mln USD, a w Niemczech 134 mln USD. Częściowo wynika to z nieobecności na naszym rynku dużych graczy takich jak Netflix czy Amazon, którzy globalnie mogą pochwalić się widownią liczoną w dziesiątkach milionów widzów. Ma na to wpływ wysoka skala piractwa treści wideo przez Internet w Polsce.

Efekt niskiej bazy powoduje, że w najbliższych 5 latach rozwój serwisów OTT w Polsce będzie znacząco wyższy niż globalnie. Przewidujmy że w latach 2014-2018 rynek płatnych serwisów OTT będzie rósł w średniorocznym tempie 57,2% z obecnych 7 mln do 71 mln USD w 2018 roku.

Jak pokazują globalne doświadczenia Netflixa, do sukcesu poszczególnych serwisów może przyczynić się produkcja własnych treści. Jak na razie z 2 bln USD wydawanego przez ten serwis na treści jedynie 150 mln USD zostało wydane na produkcje własne, jednak sukces House of Cards, pierwszej wysokobudżetowej produkcji serwisu, pozwala przypuszczać, że udział produkcji własnych będzie rósł.

„Globalny trend coraz większej roli nieliniowego odbioru treści, w szczególności poprzez serwisy OTT/streamingowe, będzie zauważalny również w Polsce. Na razie ze względu na niewielką skalę tego rynku w naszym kraju, tradycyjne media nie powinny odczuć znacząco tego we własnych wynikach. Jednak w obawie przed wejściem na polski rynek któregoś z globalnych graczy, w szczególności Netflixa, dystrybutorzy treści w Polsce powinni myśleć o rozbudowie własnych serwisów OTT i VOD, jako komplementarnych produktach do swojej podstawowej działalności” – wskazuje Łukasz Nowicki, starszy menedżer w zespole ds. sektora telekomunikacji, mediów i rozrywki PwC.

Reklama internetowa

W 2018 r. wartość rynku reklamy w Internecie w Polsce przekroczy 4 miliardy złotych. W ten sposób reklama online stanie się największym pod względem wartości segmentem rynku reklamowego, spychając na drugie miejsce dotychczasowego lidera – reklamę telewizyjną. Pod względem wartości rynku reklamy w Internecie w regionie Europy Środkowej i Wschodniej wyprzedzają nas jedynie Rosja i Turcja.

Na znaczenie rynku reklamy online będzie wpływało dalsze upowszechnianie się dostępu do Internetu. W porównaniu do 2013 r. odsetek Polaków posiadających tradycyjny (stacjonarny) szerokopasmowy dostęp do Internetu wzrośnie z 46% w 2013 r. do 57% w 2018 r. W tym przypadku zarówno pod względem poziomu powszechności dostępu do Internetu jak i tempa wzrostu dostępności tej usługi pozostajemy w połowie europejskiej stawki. Tradycyjne formy dostępu do Internetu w coraz większym stopniu będą uzupełniane przez dostęp mobilny, a w 2018 r. co drugi Polak będzie korzystał z tej formy dostępu.

„Prognozujemy, że rynek reklamy w Internecie będzie w najbliższych latach rósł w średnim tempie 15,2% rocznie. Najważniejszymi pod względem wartości segmentami tego rynku będą tradycyjne reklamy prezentowane na portalach (display ads) oraz reklama w wyszukiwarkach internetowych – każdy z nich odpowiedzialny za blisko jedną trzecią wartości tego rynku, liderami będą w ich przypadku odpowiednio Facebook i Google. Jednak pod względem tempa wzrostu zdecydowanie wyróżnia się reklama powiązana z udostępnianymi w Internecie treściami wideo. Wartość tego rynku będzie rosła w tempie 45% rocznie, aby osiągnąć ponad 600 milionów złotych w 2018 r.” – mówi Adam Głąb, menedżer w zespole ds. sektora telekomunikacji, mediów i rozrywki PwC.

Rynek reklamy mobilnej choć względnie niewielki (wart około 10 milionów złotych w 2013 r.), będzie rósł o blisko jedną czwartą rocznie. W tym przypadku wzrostowi rynku reklamy będzie sprzyjało upowszechnienie się jej nośników. Według prognozy PwC w 2018 r. trzech na czterech Polaków będzie użytkownikami smartphonów. Popularność tabletów będzie rosła nieco wolniej niż w ostatnich latach, jednak w ciągu najbliższych 5 lat odsetek użytkowników tych urządzeń przekroczy 10%.

Prasa w Polsce i na świecie
Wartość globalnego rynku prasy (wydatki konsumentów oraz reklama) w 2013 r. wyniosła 154 mld USD, co oznacza spadek w porównaniu do roku poprzedniego o 0,7%. Patrząc w przyszłość, w kolejnym roku możemy spodziewać się dalszego niewielkiego spadku, a następnie stopniowego wzrostu aż do 2018 r., co oznacza CAGR 0,1%.

Segment publikacji prasowych jest przykładem rozbieżnych trendów w gospodarkach dojrzałych i wzrostowych. Spadki będą kontynuowane w niektórych krajach, takich jak Stany Zjednoczone (spadek o 4,4% CAGR do 2018 r., czyli spadek aż o 31% pomiędzy rokiem 2009 a 2018), ale kraje, gdzie infrastruktura cyfrowa jest mniej rozwinięta odnotują silne wzrosty, np. Peru (składana stopa wzrostu rocznego 12,3% do 2018 r.), Chiny (8,3%), Indie (7,5%) czy Chile (7,1%).

Rynek prasy w regionie Europy Środkowo-Wschodniej odnotował drugi rok z rzędu spadek – w 2013 r. na poziomie -0,7% w porównaniu do roku poprzedniego. Szacuje się, że tendencja spadkowa zostanie odwrócona w 2015 r. i w kolejnych latach oczekiwana jest stabilizacja z niewielkimi wzrostami, co oznacza CAGR na poziomie 0,9% w całym okresie prognozy. Wartość rynku w regionie Europy Środkowo-Wschodniej wzrośnie tym samym nieznacznie z 4,2 mld USD w 2013 r. do 4,3 mld USD w 2018 r.

Prognozowana wielkość całego rynku prasy (wydatki konsumentów oraz reklama) w Polsce w 2018 r. wyniesie 493 mln USD, co oznacza spadek o 40 mln USD w porównaniu do 533 mln USD w 2013 r.

W Europie Środkowo-Wschodniej szacowane przychody ze sprzedaży prasy drukowanej w prognozowanym 5-letnim okresie ulegną zmniejszeniu o 2,2%, osiągając 2,1 mld USD w 2018 r. Szacuje się, że w Polsce w nadchodzących latach będziemy obserwować spadek przychodów ze sprzedaży prasy drukowanej z 435 mln USD w 2013 r. do 426 mln USD w 2018 r. (-0,5% CAGR), spowodowany głównie dalszą migracją czytelników do Internetu i urządzeń mobilnych. Wydatki na reklamę prasową w Ameryce Północnej – jako jedynym regionie na świecie z tak znaczącymi spadkami – będą mniejsze w 2018 r. w porównaniu do 2013 r. o ponad 27%. Dla regionu EMEA szacuje się spadek wartości reklamy prasowej na poziomie -2,4% CAGR, z 24,4 mld USD w 2013 r. do 21,6 mld USD w 2018 r. Spadek ten ma nastąpić pomimo szacowanych wzrostów cyfrowej reklamy prasowej, która nie skompensuje jednak w pełni spadków związanych z reklamą na tradycyjnych nośnikach papierowych.

W Europie Środkowo–Wschodniej rynek reklamy prasowej ma osiągnąć wartość 2,1 mld USD w 2018 r. (w porównaniu do 1,8 mld USD w 2013 r., 2,7% CAGR). Na tle krajów regionu, w Polsce spodziewane są w tym zakresie największe spadki.
W Polsce w kolejnych latach oczekuje się dalszych spadków przychodów z reklamy prasowej aż do poziomu 64 mln USD w 2018 r., co oznacza -7,8% CAGR (wielkość tego rynku w 2013 r. szacowana była na 95 mln USD).

Prognozowany wzrost rynku reklamy prasowej w wydaniach elektronicznych w Polsce szacuje się z 2,8 mln USD w 2013 r. do 3,4 mln USD w roku 2018 (4,0% CAGR). To ciągle niewiele w porównaniu z prognozami dla krajów Europy Zachodniej, takich jak np. Wielka Brytania (462 mln USD) czy Niemcy (447 mln USD).

„Zgodnie z wcześniejszymi prognozami stale rośnie liczba użytkowników płatnych serwisów w naszym kraju, szczególnie osób czytających dzienniki z wykorzystaniem urządzeń mobilnych. Choć nie są to jeszcze liczby porównywalne z cyfrową rewolucją w Europie Zachodniej, to jednak można się spodziewać dalszych wzrostów w tym kanale dystrybucji” – wyjaśnia Tomasz Kociołek, menedżer w zespole ds. sektora telekomunikacji, mediów i rozrywki PwC.

„Wydawcy prasy są coraz częściej zmuszani do poszukiwania nowych przychodów w wydaniach internetowych, gdzie treści uniwersalne finansowane są głównie dzięki reklamie, podczas gdy sekcje specjalistyczne utrzymują się dzięki płatnemu dostępowi. Jako że liczba Polaków deklarująca regularne czytanie internetowych wydań tytułów prasowych z roku na rok się powiększa, wydawcy w coraz większym stopniu muszą skupiać swoją strategię na rozwoju wielotematycznych platform w sieci, a nie tylko tradycyjnej prasy. W celu dotarcia do nowych czytelników i grup docelowych coraz bardziej rozpowszechnione jest również zaangażowanie mediów społecznościowych” – podkreśla Tomasz Kociołek.

„Podsumowując globalne trendy, płacenie za cyfrową prasę zaczyna się przyjmować. Przychody ze sprzedaży prasy cyfrowej do końca 2013 r. wzrosły o 66,2%. Chociaż poszczególni wydawcy odnotowują poprawę w tej dziedzinie, niewielu z nich ogłasza pełną transformację – do 2018 r. przychody ze sprzedaży prasy cyfrowej będą stanowiły zaledwie 8% całości przychodów ze sprzedaży prasy na świecie. Jednak wpływ cyfrowych kanałów dystrybucji na strategie wydawców jest dużo bardziej znaczący niż sugerowałyby liczby: zmieniają one definicję prasy z wyłącznie drukowanej gazety na marki informacyjne, pod którymi treści dostarczane są różnymi kanałami do docelowego odbiorcy” – dodaje Tomasz Kociołek.

Rynek gier wideo

Globalne przychody w segmencie PC osiągną apogeum (7,2 bln USD) już w 2014 r. i będą spadać w średnim tempie 0,9% na rok w latach kolejnych. Podczas gdy trend spadkowy rozpoczął się w USA już w 2010 r., segment PC rośnie wciąż w umiarkowanym tempie np. w Chinach czy Indiach.

„Powolny trend spadkowy w segmencie PC wynika z dynamicznych zmian technologicznych na rynku, a także transferu przychodów do innych segmentów tj. konsoli, mobile czy online. Warto zauważyć, że rynek PC przeżywa swój renesans w zakresie gier dystrybuowanych kanałem cyfrowym. Wzrosty w tym obszarze, nie są jednak w stanie zrównoważyć ogólnego trendu spadkowego niemniej innowacyjne projekty jak Steam Machines, Oculus Rift czy wywodzący się z Polski GOG (Good Old Games należący do Grupy CD Projekt) – które oferują bardzo atrakcyjny cenowo i wygodny dostęp do wielu ‘zakurzonych’, ale nie zapomnianych tytułów, jak również nowych produkcji z poziomu jednego serwisu – mogą stanowić światełko w tunelu dla długowieczności gier PC” – wskazuje Michał Koniec, starszy menedżer w zespole ds. sektora telekomunikacji, mediów i rozrywki PwC.

Konsole pozostają najbardziej lukratywnym segmentem gier. Ogółem przychody ze sprzedaży wyniosły w 2013 r. 25,4 bln USD i będą rosły w średnim rocznym tempie 4,7% do poziomu 32 bln USD w 2018 r. Największym rynkiem gier w segmencie konsol pozostają Stany Zjednoczone, natomiast w 2014 r. Wielka Brytania wyprzedzi Japonię i zastąpi ją na drugim miejscu.

„Debiut konsol ‘nowej generacji’ Sony (Playstation 4) oraz Microsoft (Xbox One) pod koniec 2013 r. okazał się ogromnym sukcesem i stał się dodatkową siłą napędową tego segmentu gier globalnie. Konsole ‘nowej generacji’ pozwalają użytkownikom pobrać cyfrową wersję gry, dzięki czemu korzystnie wpływają na rozwój cyfrowego kanału sprzedaży. Z jednej strony taka funkcjonalność powinna napędzać wzrost przychodów, z drugiej jednak stawia producentów gier konsolowych przed dylematem ustalenia właściwiej strategii cenowej, aby nie doprowadzić do kanibalizacji przychodów w tradycyjnym kanale sprzedaży” – mówi Michał Koniec.

Przychody z gier online będą rosły w tempie 7,4% rocznie osiągając poziom 30,6 bln USD w 2018 r., zaledwie 1,5 bln USD mniej niż będzie w tym roku wart rynek konsol. Głównym motorem wzrostu w tym segmencie będą Korea Południowa, Chiny i Japonia.

Informacje o raporcie

Raport PwC w sprawie pespektyw światowego rynku rozrywki i mediów na lata 2014-2018, Global Entertainment and Media Outlook 2014-2018, jest 15. wydaniem corocznej publikacji zawierającej pogłębione analizy oraz dane historyczne i prognozy dotyczące wydatków reklamowych i wydatków konsumentów/użytkowników końcowych w 13 głównych segmentach branżowych i 54 krajach. Więcej informacji znajduje się pod adresem www.pwc.com/outlook.

Segmenty uwzględnione w raporcie

B2B, książki dla konsumentów i edukacyjne, wydawanie czasopism dla konsumentów, rozrywka filmowa, wydatki na dostęp do Internetu: stały i mobilny, reklama internetowa: stała i mobilna, wydawanie gazet, reklama outdoorowa, radio, muzyka, reklama telewizyjna, telewizja abonamentowa i opłaty licencyjne, gry komputerowe.

Wydatki cyfrowe

Wydatki cyfrowe oznaczają wydatki na szerokopasmowy i mobilny dostęp do Internetu, reklamę internetową stałą i mobilną; abonamenty na TV mobilną, cyfrową muzykę, elektroniczne wideo dla domu, internetowe i bezprzewodowe gry wideo, wydatki na cyfrowe czasopisma dla konsumentów, wydatki na cyfrowe gazety dla konsumentów, wydatki na cyfrowe czasopisma branżowe; książki elektroniczne dla konsumentów, edukacyjne i profesjonalne, abonamenty na radio satelitarne.

Optymistyczne prognozy dla produkcji i zatrudnienia w polskiej motoryzacji

Dobra passa w prognozach dotyczących polskiej motoryzacji trwa. 48% firm z sektora Automotive spodziewa się, że produkcja w ich zakładach w najbliższych trzech miesiącach wzrośnie – wynika z 2. edycji „Badania opinii i nastrojów przedstawicieli Automotive” przeprowadzonego przez Exact Systems, firmę kontrolującą części samochodowe. Dodatkowo, 38% zapytanych przedsiębiorców zamierza zwiększyć zatrudnienie, a blisko jedna trzecia ma nadzieję na uruchomienie nowego zakładu produkcyjnego lub produkcję nowego modelu samochodu w Polsce.

Rok temu, kiedy komentowaliśmy pierwszą edycję naszego badania, dane płynące z rynku nie napawały optymizmem. Zarówno w Polsce jak i w Europie sprzedaż samochodów osobowych była na minusie, bardzo źle wyglądała także produkcja aut w naszym kraju. Jednak zapytani przez nas przedstawiciele polskiej motoryzacji wierzyli w odbicie branży, co w ciągu minionego roku miało miejsce – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems i ekspert Polskiej Izby Motoryzacji. W związku z coraz większą liczbą zamówień płynących głównie z Europy Zachodniej, zmianom prawnym związnym z odliczaniem VAT oraz inwestycyjnym ożywieniem, powróciliśmy do tendencji wzrostowej. Od dwunastu miesięcy mamy do czynienia ze wzrostem rejestracji nowych osobówek, powoli odradza się także produkcja aut w polskich fabrykach – dodaje Gos.

Więcej niż stabilna produkcja
Przedstawiciele sektora motoryzacyjnego są spokojni, jeśli chodzi o produkcję w ich zakładach. Połowa z nich spodziewa się, że w najbliższych trzech miesiącach pozostanie na podobnym poziomie, a aż 48%, że wzrośnie. W porównaniu do badania sprzed roku nie mamy wielkich zmian (odpowiednio 45% i 51%).

Czemu możemy liczyć na dalszą poprawę koniunktury w polskiej motoryzacji? Polska należy do czołówki państw o najwyższej atrakcyjności inwestycyjnej. Silnie rozwinięty rynek części do budowy aut składający się z ponad 600 fabryk, który zapewnia sprawniejszą logistykę oraz niższe koszty transportu, to bez wątpienia jedna z najważniejszych przewag naszej branży motoryzacyjnej. Polska to także bezpieczne państwo oraz przewidywalne otoczenie polityczne i prawne. To wszystko sprawia, że kolejni duzi gracze z Automotive lokalizują u nas swoje zakłady, czego przykładem może być decyzja Volkswagena o budowie nowej fabryki czy koncernu TRW o rozbudowie gliwickiego zakładu – ocenia Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Exact Systems.

Polskie zakłady motoryzacyjne będą zatrudniać

Aż 38% zapytanych przedstawicieli sektora Automotive planuje w najbliższych miesiącach zwiększenie liczby etatów w swoich fabrykach. Jest to wynik o 6 punktów procentowych lepszy niż rok temu. Ogłoszenia rekrutacyjne będą dotyczyć głównie pracowników produkcyjnych (65%), koordynatorów jakości (9%), a tylko 4% przedsiębiorców deklaruje, że będzie poszukiwać menadżerów i kierowników. Ponad połowa respondentów (59%) natomiast zamierza utrzymać zatrudnienie na podobnym poziomie co obecnie.

Obserwacje konsultantów Antal Engineering & Operations potwierdzają znaczne ożywienie w branży Automotive – szczególnie z perspektywy zapotrzebowania na inżynierów zajmujących stanowiska specjalistyczne, ale coraz częściej także na menedżerów. Ich kompetencje są na tyle niezbędne i często unikatowe, że oferowane są im atrakcyjne możliwości kariery zarówno w Polsce, jak i za granicą. Szczególnie poszukiwani są inżynier ds. badań i rozwoju, inżynier konstruktor oraz inżynier jakości i procesu – komentuje Artur Migoń, dyrektor Antal Engineering & Operations.

Czy mamy szansę na nowy zakład produkcyjny lub model samochodu?
W najbliższych trzech latach siłą napędową polskiej motoryzacji może być uruchomienie nowego zakładu produkcyjnego lub produkcja nowego modelu samochodu w Polsce. Uważa tak odpowiednio 31% i 30% zapytanych przedstawicieli sektora Automotive. W porównaniu do ubiegłorocznej edycji badania, systematyczna poprawa jakości i niższe koszty zatrudnienia zeszły na plan dalszy, podobnie jak produkcja samochodu elektrycznego.

Nowa fabryka produkcyjna oraz złożenie nowego modelu samochodu w Polsce oznacza kilka tysięcy nowych miejsc pracy, rozbudowę infrastruktury oraz lepsze wyniki polskiej produkcji motoryzacyjnej. Tego oczekują zarówno przedstawiciele branży motoryzacyjnej jak i polskiego rządu. Jednak nadal języczkiem u wagi w przypadku decyzji dotyczących lokalizacji nowych inwestycji pozostają koszty i jakość pracy oraz rozwój nowych technologii, szczególnie w kontekście budowy samochodów hybrydowych i elektrycznych – twierdzi Paweł Gos z Exact Systems.

Czy rzeczywiście Polska ma szansę na nowe inwestycje? Na horyzoncie mamy informacje dotyczące nowego modelu Fiata 500 w tyskiej fabryce oraz modelu Skody Roomster w Poznaniu. Jeśli te zapowiedzi potwierdzą się, Polska ma dużą szansę na powrót do przedkryzysowego wolumenu produkcji samochodów na poziomie 1 mln sztuk – dodaje Opala.
Metodologia badania
„Badanie opinii i nastrojów przedstawicieli Automotive” zostało przeprowadzone przez firmę Exact Systems
w maju 2014 r. na celowej próbie przedstawicieli firm z sektora Automotive będących klientami Exact Systems. Wśród nich znajdują się m.in. producenci samochodów, poddostawcy części i komponentów samochodowych Tier I i Tier II takich jak wycieraczek, szyb samochodowych, dachów, kolumn kierowniczych czy elementów bezpieczeństwa. Wielkość próby wyniosła 115 respondentów. Badanie zrealizowano metodą telefonicznych wywiadów (CATI).

Praktyki akwizytorów – poznaj swoje prawa

0

Na pokazie i od akwizytora – to zapowiedź wygodnych zakupów pod warunkiem, że konsument zna swoje prawa, a przedsiębiorca je respektuje. Podstawowe prawo osób zawierających umowy poza lokalem przedsiębiorcy, to możliwość zrezygnowania w ciągu 10 dni. 22 instytucje po raz pierwszy wspólnie informują o prawach i obowiązkach konsumentów

Zaproszenie na pokaz kulinarny, „refundowane” badania, telefon o wygraniu nagrody – w wielu przypadkach okazują się pokazem, podczas którego odbywa się sprzedaż kosztownych produktów. Klient często nie jest świadomy handlowego celu takiego zaproszenia. Do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów stale napływają skargi od osób kupujących towary poza lokalem przedsiębiorcy. W wielu przypadkach dają podstawę do podjęcia działań i wyeliminowania nieprawidłowości: od 2013 roku Urząd wydał 42 decyzje dotyczące niezgodnych z prawem praktyk na tym rynku i prowadzi obecnie 56 postępowań. Dziś razem z 22 instytucjami wspólnie przypominamy o następujacych zasadach:

 Kupujesz od akwizytora, jesteś chroniony

Jeżeli kupujesz towary poza lokalem przedsiębiorcy, czyli np. w domu, na pokazie, prezentacji, możesz zrezygnować w ciągu 10 dni od momentu zawarcia umowy. Ważne: nie liczy się termin dostarczenia towaru, a data, która widnieje na umowie. Przed transakcją sprzedawca musi poinformować o takim prawie i wręczyć formularz odstąpienia od umowy. Konsument dostarcza towar na własny koszt. Może to zrobić osobiście, nadać towar kurierem, czy wysłać paczkę – zawsze za zwrotnym potwierdzeniem odbioru. formularz można także sporządzić samodzielnie, np.:

Miejscowośc, data

Imię i nazwisko konsumenta

Adres zamieszkania

Nazwa i adres przedsiębiorcy

 

Oświadczenie

o odstąpieniu od umowy zawartej poza lokalem przedsiębiorstwa

Oświadczam, że zgodnie z art. 2 ust. 1 Ustawy z dnia 2 marca 2000 r. o ochronie niektórych praw konsumentów oraz o odpowiedzialności za szkodę wyrządzoną przez produkt niebezpieczny (Dz.U. nr 22, poz. 271 ze zm.) odstępuję od umowy dotyczącej……………………….. nr………………… zawartej dnia ………. w …………………. Proszę o zwrot kwoty ……………. zł (słownie ……………… złotych) przekazem pocztowym na adres…………….lub na konto nr …………………….

 

podpis konsumenta 

Sprawdź, gdzie jesteś

Bądź ostrożny i zawsze pytaj sprzedawcę, czy miejsce, w którym jesteś, to jego siedziba lub oddział. Niektórzy sprzedawcy często celowo zmieniają swoje siedziby, rejestrują jako oddział innej w nowym miejscu. Chcą przez to ominąć przepisy pozwalające na odstąpienie od umowy w ciągu 10 dni.

Praktyczna rada: Jeżeli nie wiesz, czy prezentacja odbywa się w lokalu, poproś o przybicie pieczątki na pustej kartce – adres porównaj z tym, który jest zawarty w umowie, którą zamierzasz zawrzeć. Nie ufaj całkowicie zapewnieniom sprzedawcy – samodzielnie poszukaj w umowie informacji o tym, czy masz prawo odstąpienia od umowy. Jeżeli sprzedawca unika odpowiedzi na pytanie, namawia do podpisania kontraktu bez czytania – nie ulegaj presji. Obowiązuje to, co jest napisane w umowie, a nie zapewnienia sprzedawcy.

Zapytaj o sprzedaż

Jeśli nie chcesz uczestniczyć w pokazach połączonych ze sprzedażą – już podczas rozmowy telefonicznej, ustal jaki charakter ma spotkanie. Ukrywanie handlowego celu takich zaproszeń to jedna z nieuczciwych praktyk na którą skarżą się konsumenci. Uważaj na pokazy sprawiające wrażenie refundowanych badań medycznych: w rzeczywistości są to działania marketingowe mające przekonać do właściwości oferowanych produktów paramedycznych. Zawsze poproś o potwierdzenie kwalifikacji eksperta i właściwości sprzedawanych towarów.

Poproś o dowód osobisty

Akwizytor, sprzedawca na pokazie przed zawarciem umowy muszą pokazać konsumentom dokument potwierdzający prowadzenie działalności gospodarczej oraz dowód osobisty. Odmowa powinna wzbudzić podejrzenia klienta.

Szukaj pomocy

Jeżeli nie wiesz, jakie masz prawa lub jak odstąpić od umowy – nie czekaj – skorzystaj z bezpłatnej pomocy: infolinia 800 007 707, rzecznicy konsumentów, Inspekcja Handlowa, Federacja Konsumentów, Stowarzyszenie Konsumentów Polskich.

Nowa strategia Grupy Kapitałowej PRAGMA INKASO S.A. na lata 2014-2016

Bezpieczeństwo, efektywność i skala – tak można podsumować nową strategię ogłoszoną przez Zarząd GK PRAGMA INKASO S.A. 3 czerwca br. Drogą do osiągnięcia tych celów ma być organiczny zrównoważony rozwój. Jeszcze co najmniej przez 3 lata Zarząd GK PRAGMA INKASO podzieli się zyskami osiągniętymi dzięki nowej strategii ze swoimi akcjonariuszami.

Nowa strategia obejmuje umacnianie pozycji rynkowej Grupy w obszarze obsługi wierzytelności biznesowych: wymagalnych (PRAGMA INKASO S.A.), niewymagalnych (Pragma Faktoring S.A.) oraz masowych (Pragma 1 FIZ Niestandaryzowany Fundusz Sekurytyzacyjny). Podstawą rozwoju Grupy będzie generowanie przychodów i zysków ze świadczenia powtarzalnych, zdywersyfikowanych usług, wysoka płynność i bezpieczeństwo aktywów oraz umiarkowany poziom zadłużenia.

„Będziemy kłaść nacisk przede wszystkim na optymalizacje procesów wewnątrz Grupy oraz zwiększać efektywność wykorzystując przy tym obecne zasoby” – podkreśla Tomasz Boduszek, Prezes Zarządu PRAGMA INKASO S.A. Pytany o plany ekspansji odpowiada: „Nie mówię nie. Koncentrujemy się mocno na rozwoju organicznym, ale cały czas przyglądamy się podmiotom, których przejęcie mogłoby wesprzeć realizację strategii i zwiększyć wartość Grupy.”

Opublikowana strategia wyodrębnia 3 podstawowe linie biznesowe GK PRAGMA INKASO.

„Dzięki optymalizacji procesów sprzedaży i automatyzacji realizacji usług rozpoczętej jeszcze w 2013 r. jesteśmy w stanie zmniejszyć koszty jednostkowe, w efekcie czego będziemy w stanie obsługiwać większy portfel wierzytelności bez wzrostu kosztów operacyjnych, przy zachowaniu wysokiej jakości świadczonych usług i konkurencyjnych cenach” – dodaje Tomasz Boduszek.

Grupa planuje rozwinąć linię biznesową w postaci nabywania i windykacji portfeli masowych wierzytelności biznesowych przez Pragma 1 FIZ Niestandaryzowany Fundusz Sekurytyzacyjny, którego właścicielem i serwiserem jest PRAGMA INKASO.

„Dotychczas ten obszar działalności był jedynie w niewielkim stopniu obsługiwany przez Grupę.W obszarze windykacji masowej duży nacisk będziemy kłaść na portfele biznesowe, gdzie występuje mniejsza konkurencja cenowa, a Grupa ma na tle rynku znaczące doświadczenie. Dodatkowo mamy możliwość oparcia działań na już istniejących strukturach windykacyjnych i prawnych, co pozwala na istotne zwiększanie przychodów bez zwiększania kosztów operacyjnych i rozbudowy istniejących struktur” – komentuje Tomasz Boduszek.

Kolejnym strategicznym z punktu widzenia GK PRAGMA INKASO segmentem działalności jest finansowanie obrotu Klientów w oparciu o usługi faktoringu oraz pożyczek krótkoterminowych realizowane przez spółkę Pragma Faktoring. Strategia zakłada imponujący rozwój dynamicznie rotującego, zdywersyfikowanego portfela o niższej rentowności niż transakcje realizowane przez Spółkę w przeszłości, ale o większym rozproszeniu i płynności.

„Proces zmiany struktury portfela został zapoczątkowany w 2013 r. Spółka zamierza stopniowo zmniejszać średni koszt finansowania przechodząc z finansowania obligacjami w kierunku oparcia się w przeważającym stopniu na finansowaniu kredytami bankowymi. Nie wykluczamy rozpoczęcia starań o pozyskanie koinwestora, który zapewni tanie finansowanie dłużne, pozwalające na znaczące zwiększenie skali działalności” – dodaje Tomasz Boduszek.

Finansowe założenia strategii Grupy obejmują zwiększanie przychodów netto o ponad 10% rocznie zachowując przy tym poziom zobowiązań finansowych nie przekraczający 200% kapitałów własnych oraz wskaźnik rocznej rotacji aktywów z podstawowej działalności w wysokości minimum 350%.

Celem Grupy jest osiągnięcie w okresie realizacji Strategii rentowności kapitałów własnych na poziomie przekraczającym 15%.

„Jednym z naszych priorytetów jest zachowanie obecnej polityki dywidendowej zakładającej przeznaczanie istotnej części zysku na dywidendę dla akcjonariuszy” – podkreśla Tomasz Boduszek. Grupa będzie dążyć do wypłacania akcjonariuszom corocznie dywidendy w wysokości nie niższej niż 1 zł na akcję.

Rusza program wspierający zatrudnianie polskich studentów przez rodzime koncerny za granicą

CEO Magazyn Polska

Rusza program „Inteligentny start” wspierający zatrudnianie polskich studentów przez firmy z naszego kraju rozwijające się na rynkach zagranicznych. W podobny sposób od kilku lat działa m.in. KGHM International, który w chilijskiej kopalni Sierra Gorda zatrudnia wielu Polaków, również członków miejscowej Polonii, i szuka kolejnych pracowników. Na takim modelu mogą skorzystać zarówno pracodawcy, jak i młodzi absolwenci, a także cała gospodarka. Resort spraw zagranicznych liczy na to, że będzie on alternatywą dla emigracji zarobkowej.

– Pewne potrzeby związane z tym, że polskie firmy wychodzą za granicę, spowodowały, że uruchamiano już wcześniej różnego rodzaju pomysły, natomiast one nie były nigdy skoordynowane – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Kędzia, wiceprezes zarządu KGHM Polska Miedź. – Polskie firmy, które są za granicą, zatrudniają tam najczęściej miejscowych pracowników. I teraz jest pytanie, czy ten pracownik nie mógłby pochodzić z Polski? Przecież w takim układzie zyskujemy bardzo dużo, jeśli chodzi o rozumienie biznesu, o pewnego rodzaju wyznawane wartości.

Program „Inteligentny start”, uruchomiony przez fundację o tej samej nazwie i współfinansowany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych, ma na celu właśnie wspieranie tego modelu zatrudniania. Dzięki niemu polscy studenci na zagranicznych uczelniach mogą wykorzystać wiedzę i umiejętności, pracując dla polskich firm. Program ma ułatwiać odbywanie praktyk lub staży, a także zdobywanie stałego zatrudnienia. To może być alternatywa dla emigracji zarobkowej. 

Dzisiaj nasi rodacy, zdobywając doświadczenie, a często są to najbardziej dynamiczni, najbardziej wartościowi młodzi ludzie, przyczyniają się do powstawania dziesiątków miliardów euro bogactwa w innych krajach. A tymczasem nasze biznesy potrzebują tego typu ludzi. Jeśli chociaż część z nich będzie mogła znaleźć zatrudnienie w polskiej firmie o ambicjach międzynarodowych, to będzie oznaczało, że tacy ludzie w przyszłości może wrócą do kraju – dodaje Radosław Sikorski, minister spraw zagranicznych.

Sikorski ocenia, że taka inicjatywa nie tylko wspiera polskich przedsiębiorców, lecz także zwiększa kapitał społeczny całego kraju. Dodaje, że wpisuje się ona w rządowy program zachęcania Polaków do powrotu z emigracji.

Kędzia podkreśla, że obecnie wielu polskich studentów nie wraca z zagranicy, podejmuje tam prace, więc dzięki zatrudnieniu ich przez polskie firmy odzyskujemy ich dla naszego kraju. Dodaje, że zagranicznymi oddziałami zatrudniającymi Polaków dużo łatwiej jest zarządzać.

Lepsze jest zrozumienie, lepsza jest komunikacja, lepszy jest duch podejścia do biznesu, bo my Polacy mamy może nie znacząco różne podejście do biznesu, ale lepiej potrafimy się komunikować, rozumieć i budować to, co jest w biznesie na końcu najważniejsze, czyli zysk – przekonuje Kędzia.

Dodaje, że KGHM już od trzech lat prowadzi podobny program. Po kupnie kanadyjskiej Quadry FNX i budowie nowej spółki KGHM International, firma potrzebowała nowych kadr. Pracownicy miedziowego koncernu byli przygotowani merytorycznie, ale brakowało im przede wszystkim znajomości języków i kultury innych krajów. Spółka uruchomiła programy dla studentów ostatnich lat studiów. Jak podkreśla Kędzia, ich największą wartością jest otwartość na świat. Jednym z programów jest działająca od dwóch lat „Kopalnia talentów”.

Niektórzy uczestnicy „Kopalni talentów” już pracują w KGHM International. Kędzia chwali ich umiejętność zrozumienia innych kultur i podkreśla, że budują oni w ten sposób dodatkową wartość firmy. Podobnie jest w przypadku projektu Sierra Gorda w Chile. Tam KGHM zatrudnił m.in. wiele osób z chilijskiej Polonii i osób o polskim pochodzeniu.

Proces rekrutacji jeszcze trwa. Mamy również tam Polaków z Polonii, która od wieków zasiedlała Chile. Ci ludzie są szalenie dumni z tego, że oto polska firma pojawia się jako firma globalna i w tym rejonie jest firmą cenioną. Ich duma dodaje dodatkowej energii i przekonuje mnie o tym, że było warto wyjść za granicę – mówi Kędzia.

Dwa lata temu do „Kopalni talentów” zgłosiło się 460 studentów, spośród których 12 otrzymało oferty. W ubiegłym roku aplikacji było ponad 800, a zwycięzców rekrutacji – 16. Każdy z nich przechodzi dwuletni program zdobywania doświadczenia, w tym przez kilka miesięcy pracując za granicą. Część z nich na pewno otrzyma propozycję zatrudnienia w KGHM.

PGNiG tnie koszty, by zwiększyć konkurencyjność. Wydatki mają się zmniejszyć o miliard złotych

0

CEO Magazyn Polska

PGNiG rozpoczyna program efektywności operacyjnej, który ma zmniejszyć koszty spółki nawet o miliard złotych. To niezbędne, bo na rynku gazu będzie coraz większa konkurencja. PGNiG musi szukać oszczędności inwestycyjnych i operacyjnych, ponieważ jest związane długoterminowym kontraktem na dostawę drogiego gazu z Rosji. Spółka zmaga się też z trudnym do wypełnienia, bardzo wysokim obligiem gazowym.

Program efektywności to jest coś, co PGNiG musi koniecznie zrobić. W najbliższych latach najprawdopodobniej będzie miał miejsce znaczący przyrost mocy przesyłowych do Polski w zakresie rewersu, ale nie tylko. Wpłyną na to też interkonektory z Czechami, Niemcami i Litwą. Poza tym dopiero część mocy gazoportu jest zakontraktowana przez PGNiG, inne będą wolne. W związku z tym spółka musi się liczyć z rosnącą konkurencją na rynku. To wymusza poprawę efektywności – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dominik Smyrgała, ekspert Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Zrównoważonego Rozwoju Collegium Civitas.

Wdrażany od poniedziałku program poprawy efektywności PGNiG ma doprowadzić do trwałego zmniejszenia wydatków grupy o miliard złotych po 2016 r. W ramach planu funkcjonuje aż piętnaście inicjatyw, w tym m.in. wspólna polityka zakupowa spółek z grupy, redukcja etatów kierowniczych, optymalizacja portfela nieruchomości oraz sprzedaż firm niezwiązanych z podstawową działalnością PGNiG. Smyrgała uważa, że wspólna polityka zakupowa Grupy PGNiG powinna przynieść duże oszczędności, bo grupa jest oceniana jako bezpieczny i duży płatnik.

Ekspert podkreśla, że niezbędna będzie poprawa efektywności inwestycyjnej, czyli szybsze i tańsze uruchamianie nowych złóż. To konieczne, by zapewnić podaż tańszego gazu krajowego. Musi on zrównoważyć drogi gaz kupowany od Gazpromu na podstawie długoterminowego kontraktu, a być może także kupowany od Katarczyków skroplony gaz płynny (LNG) dostarczany do gazoportu w Świnoujściu.

Smyrgała ocenia, że dobrym krokiem jest też analiza efektywności planowanych inwestycji. PGNiG nie powinno kierować się liczbą odwiertów, lecz ich opłacalnością, co jest szczególnie ważne w kontekście proponowanego podwyższenia opodatkowania wydobycia węglowodorów, w tym również niekonwencjonalnych.

Program efektywności operacyjnej uwzględnia m.in. przegląd układów zbiorowych pracy, co może wiązać się ze zwolnieniami, choć na razie w spółce trwają analizy.

Pytanie brzmi, czy taka działalność będzie się cieszyła popularnością i czy zarząd wytrwa w tych reformach – zastanawia się Smyrgała. – Mówi się o tym, że część spółek powinna być teraz bardziej efektywna, co powinno przełożyć się na zainteresowanie inwestorów. Być może dzięki temu pozyska też pieniądze na skuteczniejszą działalność.

Restrukturyzacji szczególnie potrzebują zajmująca się poszukiwaniem złóż Exalo Drilling oraz PGNiG Technologie.

Smyrgała dodaje, że PGNiG będzie też zapewne rozszerzał działalność, również w celu wypełnienia obliga gazowego. W tym roku spółka jest zobowiązana sprzedać na Towarowej Giełdzie Energii 40 proc. produkcji. Pomóc ma w tym wydzielona spółka PGNiG Obrót Detaliczny. To jednak nadal będzie ogromne wyzwanie dla spółki.

Długookresowo obligo jest na tak wysokim poziomie, jest tak ambitne, że bez nowelizacji ustawy Prawo energetyczne w tym zakresie się nie obejdzie. Nie znam na świecie kraju, w którym poziom sprzedaży przez giełdę byłby aż tak wysoki jak docelowe zakładane 55 proc. – mówi Smyrgała.

Krytykuje, że na rynku gazu ustawodawca przeniósł rozwiązania z rynku energii elektrycznej, który był wcześniej znacznie bardziej konkurencyjny. Wypełnienie obliga jest trudne, bo zarówno po stronie odbiorców, jak i dostawców PGNiG jest związane długoletnimi kontraktami.
 

Bank Światowy: kryzys demograficzny jednym z głównych problemów Polski

Polska gospodarka produkuje obecnie dwa razy więcej towarów i usług, a eksport jest osiem razy wyższy, niż był 25 lat temu. Jednak po 25 latach transformacji Polacy należą do najszybciej starzejących się społeczeństw na świecie. To oznacza, że coraz trudniej będzie utrzymać szybkie tempo wzrostu gospodarczego, jakie miało miejsce od 1989 r. Doświadczenia innych państw pokazują, że nie ma na to prostej recepty w postaci polityki prorodzinnej, dlatego Polska musi przeprowadzić kompleksowe reformy, które zwiększą innowacyjność i aktywność zawodową.

Krytycy modelu polskiej transformacji często podkreślają, że doprowadziła ona do silnego wzrostu nierówności dochodowych oraz ogromnych, możliwych do uniknięcia, kosztów społecznych. Nierówności dochodowe, mierzone popularnym indeksem Giniego, rosły w pierwszych latach przemian, jednak od blisko dekady wartość tego indeksu niemal nie zmienia się. Według danych GUS oraz OECD wartość indeksu Giniego w 2012 r. nieznacznie spadła, co oznacza zmniejszenie się różnic w zarobkach.

Myślę, że Polska jest w stanie rozdysponować korzyści ze wzrostu na całą populację. Jeżeli popatrzymy na przychody w grupie najmniej zarabiających, to widzimy, że w ciągu ostatnich sześciu lat rosły one szybciej niż średni przychód w społeczeństwie. Oczywiście, nie możemy powiedzieć, że żadnych problemów nie ma i że nie popełniono żadnych błędów, ale myślę, że w ogólnym rozrachunku wygląda to imponująco – uważa Xavier Devictor, menadżer Biura Banku Światowego dla Polski i Krajów Bałtyckich.

W 2012 r. wartość indeksu Giniego wyniosła w Polsce 30,9 i była niemal równa przeciętnej wartości indeksu dla wszystkich krajów UE. Część ekonomistów uważa jednak, że brak wzrostu nierówności dochodowych nie jest zasługą polityki gospodarczej rządu czy samoistnej ewolucji gospodarki, lecz masowej emigracji po 2004 r. Kurcząca się siła robocza sprawia, że w następnych latach wzrost gospodarczy będzie silnie uzależniony od poprawy wydajności pracy. To będzie wymagało reform, które poprawią otoczenie instytucjonalne, które warunkuje innowacyjność.

Perspektywy dla Polski z naszego punktu widzenia są wyjątkowo obiecujące. Oczywiście wasz kraj będzie musiał zmierzyć się z pewnymi problemami, na przykład z trudną sytuacją demograficzną. Polska będzie musiała postawić w większym stopniu na innowacyjność, ponieważ dziś wzrost opiera się głównie na wdrażaniu istniejących już, zagranicznych technologii. Teraz nadszedł czas na rozwijanie własnych technologii, własnej innowacyjności – twierdzi Devictor.

Wzrost efektywności pracy w polskiej gospodarce może być jednak niewystarczający do podtrzymania tempa rozwoju z ostatniego 25-lecia. Dlatego coraz więcej ekspertów wskazuje, że Polska będzie musiała przyciągać imigrantów. Wyniki ostatnich wyborów do PE pokazały, że wielu europejskich wyborców sprzeciwia się swobodzie przepływu osób w Europie. Na Starym Kontynencie imigranci są często obwiniani m.in. o zaostrzanie problemu bezrobocia oraz niechęć do asymilacji. To jednak nie jest regułą na świecie, ponieważ silnie zależy od modelu gospodarki i polityki państwa.

Nie jestem pewien, czy łączyłbym problemy integracyjne z problemami kulturowymi, ponieważ znajdziemy zarówno kraje z napiętą sytuacją wewnętrzną, jak i te, które świetnie poradziły sobie z integracją imigrantów. To na przykład Kanada, Stany Zjednoczone i Australia. Problem w tym, że aby utrzymać odpowiednią piramidę wiekową, musimy przyjąć ogromną liczbę imigrantów, co jest fizycznie niemal niemożliwe – wskazuje Devictor.

Z powodu bardzo niskiej dzietności (1,25-1,3 dziecka na kobietę) oraz masowej emigracji młodych osób, Polacy należą do najszybciej starzejących się społeczeństw na świecie. Równocześnie, dzięki wydłużeniu przeciętnego okresu życia, w latach 1989–2013 silnie wzrosła liczba emerytów. Jak wynika z danych GUS, u progu transformacji świadczenia emerytalne pobierało ok. 6,8 mln osób, obecnie jest ich ponad 2 mln więcej. Niekorzystne trendy demograficzne sprawiają, że coraz większym obciążeniem dla finansów publicznych stają się przywileje emerytalne, które skracając okres pracy, wydłużając okres pobierania świadczeń.

Rozwiązaniem może być wydłużenie czasu pracy, zatrzymanie Polaków dłużej w pracy oraz stworzenie takich warunków dla kobiet, które pozwolą im łączyć życie prywatne i zawodowe. W ten sposób nie będą musiały wybierać między pracą a dziećmi. Potrzebne jest również stworzenie warunków w społeczeństwie do zdrowszego, lepszego życia. Widzę, że niektóre rzeczy w tym zakresie zostały zrobione, ale jest jeszcze wiele innych, które wymagają poprawy –  uważa przedstawiciel Banku Światowego. – Dwóm krajom w Unii udało się utrzymać wskaźnik urodzeń na poziomie dwojga dzieci na kobietę. Są to Francja oraz Szwecja. To dwa różne kraje, z różną kulturą oraz różnymi systemami polityki socjalnej. Myślę, że Polska musi znaleźć własną drogę radzenia sobie ze swoimi problemami.

Wysokie średnie tempo wzrostu gospodarczego w latach 1989–2013 pozwoliło zwiększyć polski PKB blisko dwukrotnie. Oznacza to, że w 2013 r. polska gospodarka wytworzyła dwa razy więcej dóbr i usług, wycenionych według stałych cen. Przeciętny wzrost dobrobytu był prawdopodobnie jeszcze wyższy, ponieważ dzięki umocnieniu i urynkowieniu kursu złotego znacznie potaniały towary z importu. Ponadto miara w postaci PKB nie obejmuje pewnych nierynkowych dóbr i usług, które mają wpływ na poziom życia, jak np. stan środowiska naturalnego.

Polska jest krajem, który ma najwyższe tempo wzrostu w Unii Europejskiej przez ostatnie 25 lat oraz przez ostatnie 10 lat, utrzymujące się na poziomie ok. 4 proc., co jest bardzo dobrym wynikiem, nawet w skali globalnej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Xavier Devictor.

Filarem transformacji gospodarczej w Polsce, obok prywatyzacji i makroekonomicznej stabilizacji, było powiększanie otwartości gospodarki – zarówno wewnętrznej, jak i zewnętrznej. Sprzyjały temu pozostałe nie tylko reformy, lecz także postępująca integracja z UE. Układ stowarzyszeniowy, a następnie wejście do UE w 2004 r. otworzyły przed polskimi przedsiębiorcami nowe rynki. W efekcie eksport w 2013 r. był osiem razy wyższy niż w 1990 r., a import – 9,5 razy wyższy – wynika z danych GUS.

Wymiana z gospodarką światową silnie rosła także w sferze bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ). Do 2013 r. zagraniczni inwestorzy ulokowali nad Wisłą kapitał o wartości 45 proc. polskiego PKB. Wartość BIZ polskich firm do 2006 r. miała znikomą wartość, po czym eksport polskiego kapitału w formie BIZ przyspieszył i w 2013 r. jego całkowita skumulowana wartość wyniosła 10 proc. PKB Polski.

Pirackie serwisy zarabiają 50 mln zł rocznie na reklamach. Branża internetowa apeluje o wycofanie tych reklam

Związek Pracodawców Branży Internetowej rozpoczyna kampanię zniechęcającą firmy do zamieszczania swoich reklam na pirackich stronach internetowych. Inicjatywa pod patronatem resortów kultury oraz administracji i cyfryzacji zostanie ogłoszona na rozpoczynającym się dziś Forum IAB 2014. Łamiące prawo serwisy zarabiają na reklamach rocznie nawet 50 mln zł. Większość serwisów nielegalnie dystrybuujących treści w internecie jest zarejestrowana poza Polską.

Na reklamy na serwisach pirackich wydaje się 50 mln złotych w skali roku. To serwisy, które zarabiają pieniądze właśnie w ten sposób, że emitują reklamy – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Włodzimierz Schmidt, prezes zarządu Związku Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska. – Bardzo dużo firm wyraża zainteresowanie, chcą przystąpić do tej inicjatywy i chcą podejmować konkretne działania, żeby z czasem doprowadzić do tego, żeby przynajmniej ograniczyć pieniądze, które wpływają do serwisów pirackich z tytułu emisji reklam.

Schmidt podkreśla, że większość serwisów nielegalnie dystrybuujących treści w internecie jest zarejestrowanych poza Polską. Dlatego wykupując na nich reklamy, firmy wyprowadzają pieniądze z polskiej gospodarki. Schmidt przyznaje, że skala zjawiska jest bardzo duża i zmiana nie będzie łatwa. Jednak duże zainteresowanie firm już na samym początku inicjatywy jest dobrym znakiem.

Dodaje, że nie chodzi tylko o serwisy z nielegalnie udostępnianymi filmami, lecz także o każdą formę łamania praw autorskich w sieci. Przypadków jest tak dużo, że według Schmidta zetknął się z nimi niemal każdy przedsiębiorca, a wielu mogło nawet mimowolnie uczestniczyć w tym zjawisku.

Nam bardzo zależy na tym, żeby firmy zrozumiały tę sytuację, co się z tymi pieniędzmi dzieje i w jaki sposób funkcjonuje rynek reklamy internetowej. Od tej świadomości wszystko się zaczyna. Jeżeli właściciele budżetów reklamowych zrozumieją, że wbrew temu, co mogą początkowo myśleć, niereklamowanie się w serwisach pirackich jest w ich najlepiej pojętym interesie, wtedy będziemy mieli bardzo duże poparcie – ocenia Schmidt.

Przyznaje, że polska kampania na pewno nie doprowadzi do wyeliminowania piractwa w sieci i nie wpłynie na zniknięcie reklam z łamiących prawo serwisów. Wynika to z tego, że rynek internetowy jest globalny i bardzo często serwisy te pozyskują reklamodawców i użytkowników z wielu krajów. Schmidt ma jednak nadzieję, że inicjatywa pozwoli na redukcję tego zjawiska. Dodaje, że skorzysta na tym gospodarka, bo pieniądze wycofane z pirackich serwisów będą mogły być inaczej reinwestowane w kraju przez polskie firmy.

Inicjatywa została objęta patronatem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji. Zostanie ogłoszona na rozpoczynającym się dziś dwudniowym Forum IAB 2014.

To już jest ósma edycja największej, najbardziej inspirującej konferencji dotyczącej rynku internetowego, branży internetowej, ale i bardzo szeroko pojętej komunikacji internetowej. Gromadzimy blisko tysiąc osób. W tym roku po raz pierwszy postanowiliśmy się zmierzyć z bardzo trudnym tematem dotyczącym efektywnej sprzedaży z wykorzystaniem kanału internetowego. Wszystko odbywa się w tym roku pod hasłem „Lubisz to? Kup teraz” – tłumaczy Schmidt.

Kilka dni czekania na wizytę zamiast kilku miesięcy. Prywatne polisy ma tylko 700 tys. Polaków

CEO Magazyn Polska

Czas oczekiwania na wizytę u specjalisty w publicznej służbie zdrowia to kilka, a niekiedy nawet kilkanaście miesięcy. Jeszcze dłużej, bo co najmniej kilka lat, czekają pacjenci i branża ubezpieczeniowa na ustawę o dobrowolnych ubezpieczeniach zdrowotnych. Brak regulacji w tym zakresie hamuje rozwój rynku prywatnych ubezpieczeń, a przez to zmusza wiele osób do długiego czekania lub ponoszenia wysokich kosztów leczenia w prywatnej służbie zdrowia. Rocznie Polacy wydają na leczenie z własnej kieszeni 35 mld zł.

 – Sytuacja w publicznej służbie zdrowia jest coraz gorsza, a kolejki do lekarzy coraz dłuższe. Zgodnie z ostatnimi danymi opublikowanymi przez fundację Watch Health Care czekanie na kardiologa dziecięcego trwa pięć miesięcy, a na rezonans  sześć miesięcy. To powinno być impulsem do tego, żeby Polacy byli zainteresowani ubezpieczeniami zdrowotnymi – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Aleksandra Polakowska-Szymańska, dyrektor departamentu ubezpieczeń grupowych w AXA Życie.
 
Tym bardziej że rocznie Polacy wydają na prywatne leczenie (w tym również leki) ponad 35 mld zł. 

–  Wydajemy na zdrowie z własnej kieszeni, a mimo wszystko realnego zainteresowania [ubezpieczeniami zdrowotnymi – red.] nie widać. Jeżeli pytamy Polaków, czy są takimi produktami zainteresowani, odpowiadają, że tak. Natomiast z danych o rozwoju rynku ubezpieczeń zdrowotnych wynika, że tak naprawdę ten rynek stoi w miejscu. Z roku na rok dynamika jest kilkuprocentowa, czyli niewielka, zważywszy na to, że rynek cały czas jest młody i nieduży – uważa Aleksandra Polakowska-Szymańska.

Jedynie 700 tys. osób wykupiło produkty związane z dobrowolnymi ubezpieczeniami zdrowotnymi. Nie ma dokładnych szacunków liczby klientów, ponieważ nie ma też ustawowej definicji ubezpieczenia zdrowotnego. Brak regulacji jest właśnie główną barierą rozwoju tego rynku, jak również brak jasno zdefiniowanego koszyka świadczeń, jaki przysługuje ze strony NFZ. Ponadto pacjenci korzystający z NFZ nie wiedzą przed pójściem do lekarza, w jakim terminie zostaną przyjęci do specjalisty.

Na pewno barier jest wiele. Jedną z nich jest nie do końca jasna i przejrzysta sytuacja w NFZ i to, jak ubezpieczenie zdrowotne mają się komponować z całością leczenia, czyli z NFZ. A także jakie miejsce na tym rynku zajmują firmy abonamentowe. To jest też coś nowego w stosunku do tego, co obserwujemy na rynkach zachodnich – twierdzi dyrektor w AXA Życie.

Postulat rozwoju rynku prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych nie oznacza, że zastąpią one publiczne ubezpieczenia NFZ. Branża apeluje o precyzyjne uregulowanie obu sfer, dzięki czemu prywatne polisy staną się produktem uzupełniającym, obejmującym mało prawdopodobne, ale często bardzo kosztowne zabiegi szpitalne czy ambulatoryjne. Słabo rozwinięty rynek prywatnych polis sprawia, że wielu pacjentów może ryzykować życie lub zdrowie z powodu czasu oczekiwania na wizytę w publicznej służbie zdrowia lub też jest zmuszonych ponosić ogromne koszty leczenia.

Ubezpieczenia zdrowotne zapewniają węższy zakres świadczeń. Najczęściej ograniczają się do świadczeń ambulatoryjnych bądź do świadczeń szpitalnych, ale w ograniczonym zakresie. To, co mogą zdecydowanie nam dać, to czas dostępu. W ubezpieczeniach zdrowotnych mamy gwarancję dostępu do specjalisty w ciągu trzech czy pięciu dni roboczych, bo takie są standardy rynkowe. Natomiast w NFZ czekamy na specjalistów często miesiącami. I to jest ta przewaga i powód, dla którego ubezpieczenia zdrowotne są i powinny być kupowane –  uważa Polakowska-Szymańska

Przeciwnicy prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych argumentują, że jest to rynek ograniczony do stosunkowo młodych i zdrowych osób. Z tego względu w wielu krajach istnieją finansowane ze środków publicznych programy ubezpieczeniowe dla osób starszych, jak np. Medicare w Stanach Zjednoczonych. Dzięki temu rynek polis może rozwijać się wśród osób w wieku produkcyjnym i jednocześnie nie ma ryzyka, że ciężko chorzy seniorzy pozostaną bez opieki zdrowotnej.

I tak wiek ubezpieczania osób w grupie się wydłużył, bo najczęściej ubezpieczamy osoby do 69. roku życia, gdzie jeszcze kilka lat temu to był mniej więcej 60. rok życia. Ubezpieczenia indywidualne często też mają limit wieku, natomiast tu każdy płaci składkę adekwatną do swojego ryzyka. W związku z tym osoby z grupy wiekowej 60+, nawet jeżeli jest dla nich oferta, to jest ona bardzo droga. Dla nich często dużą barierą jest zapłacenie kilkuset złotych miesięcznie za takie ubezpieczenie, szczególnie że w ich głowach dominuje przekonanie, że to będzie podwójne płacenie za to, co już opłacili w swoim życiu na NFZ – wskazuje dyrektor w AXA Życie.

Starzenie się społeczeństwa sprawia, że firmy ubezpieczeniowe muszą dostosowywać swoją ofertę, by utrzymać pozycję na rynku. Zaczynają pojawiać się pierwsze produkty i usługi, które są adresowane do osób w wieku 60+.

Mamy ofertę wprowadzoną ostatnio przez nas we współpracy z Providentem, to jest pakiet medyczny adresowany do osób, które ukończyły 60. rok życia, w którym zapewniamy świadczenia medyczne typu wizyta lekarza specjalisty, rehabilitacja, dowóz leków, pokrycie kosztów za leki czy zasiłek szpitalny za każdy dzień pobytu w szpitalu. To jest oferta adresowana tylko do tej grupy wiekowej – mówi Aleksandra Polakowska-Szymańska.

Prawdopodobnie nie będzie to łatwy rynek dla ubezpieczycieli, ponieważ wiele starszych osób jest przyzwyczajonych do państwowego monopolu w ochronie zdrowia i ubezpieczeniach zdrowotnych. Dlatego według branży ustawa o dobrowolnych ubezpieczeniach zdrowotnych powinna zawierać rozwiązania, które będą zachęcały Polaków do kupowania polis. Firmy ubezpieczeniowe deklarują gotowość do współpracy przy tworzeniu ustawy, ale czekają na inicjatywę ze strony rządu. 

Musimy rozpocząć akcję budowania świadomości wśród potencjalnych klientów, żeby przekonać ich do czegoś, co jeszcze niedawno na rynku nie istniało. I zdecydowanie bodźcem do tego, co jest oczekiwane w ustawie o ubezpieczeniach zdrowotnych, byłaby ulga podatkowa – uważa Polakowska-Szymańska. – Polska Izba Ubezpieczeń, która reprezentuje rynek ubezpieczeń zdrowotnych, jest w stałym kontakcie z Ministerstwem Zdrowia i czekamy na sygnał, żeby powrócić do dyskusji, żeby przygotować ustawę, która zaspokoi interesy wszystkich zainteresowanych stron.

Polscy fałszerze banknotów odchodzą od fałszowania złotówek na rzecz euro

0

CEO Magazyn Polska

Według statystyk policji na każde 50 tys. banknotów w obiegu jeden jest podrobiony, choć eksperci podkreślają, że w rzeczywistości może być ich nawet 2-3 razy więcej. Polskie banknoty, które są w obiegu od 1994 roku, są trudne do podrobienia, a mimo to od kwietnia Narodowy Bank Polski wprowadza do obiegu nowe, jeszcze lepiej zabezpieczone przed fałszerzami, banknoty. Dane pokazują też, że przestępcy coraz częściej wolą podrabiać euro, ponieważ ryzyko jest podobne, a zyski z procederu czterokrotnie wyższe. 

Policyjne statystki mówią, że fałszywy jest mniej więcej jeden na 50 tys. banknotów w obiegu. Nie wszystkie fałszywki są wykrywane od razu, a część to są straty kasjerek, które nie przyznają się kierownikowi, czyli tych pieniędzy jest dwu-, trzykrotnie więcej, niż podają statystyki policyjne. Z drugiej strony, Europejski Bank Centralny wykrywa 400-500 tys. fałszywych banknotów na pół roku, czyli odsetek jest stosunkowo nieduży – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sylwester Salach, prezes zarządu DCB SA, ekspert w dziedzinie wykrywania fałszywych banknotów, monet i dokumentów.

Coraz częściej fałszerze rezygnują z podrabiania polskich nominałów, wybierają europejską walutę.

W Polsce można zaobserwować odejście od fałszowania złotówek na rzecz euro, ponieważ to sama praca, a zysk czterokrotnie większy. Sporo grup przestępczych przestawiło się na fałszowanie banknotów euro – mówi ekspert.

Fałszywe banknoty mogą trafić teoretycznie wszędzie – zarówno do kas w sklepach spożywczych, na stacjach benzynowych, jak i do urzędów. 

Największe fałszowanie jest tam, gdzie jest trudno rozpoznawać banknoty, czyli tam, gdzie ciemno, późno, szybko lub na granicy. To są miejsca, gdzie najczęściej mamy do czynienia z fałszowanymi banknotami. Również w pobliżu miejsc, gdzie istnieją drukarnie fałszywych banknotów i przestępcom najłatwiej jest je tam rozprowadzać – uważa Salach.

Choć istniejące w obiegu polskie banknoty są uważane za dobrze zabezpieczone, to NBP postanowił zyskać przewagę w wyścigu technologicznym z fałszerzami. Od kwietnia 2014 r. bank centralny wypuszcza do obiegu zmodernizowane banknoty o nominałach 10, 20, 50 i 100 złotych. Motywy graficzne pozostały takie same, ale zmieniły się zabezpieczenia. Jednym z nich jest biały niezadrukowany pasek, który zawiera znak wodny, a także pozwala profesjonalistom lepiej oceniać stopień zużycia danego banknotu. Banknoty ze starymi zabezpieczeniami pozostaną obowiązującym środkiem płatniczym do momentu ich zużycia. Na razie bez zmian pozostanie banknot o nominale 200 zł.

Polskie złotówki w 1994 roku były jedną z trzech najlepiej zabezpieczonych walut świata. Do tej pory są one dosyć dobrze zabezpieczone, z tym że mają już wiele lat. W związku z tym NBP wprowadza nową emisję, nowe banknoty, z nowymi zabezpieczeniami, łatwiejsze do rozpoznawania dla kasjerów metodą na oko, czyli bez urządzeń weryfikujących – ocenia prezes DCB SA.

Równie poważne ryzyko dla przedsiębiorców wiąże się także z fałszywymi dokumentami, zwłaszcza gdy są one następnie przekazywane bankom w celu realizacji płatności na rzecz dostawcy.

To są na przykład dokumenty frachtowe, duże zamówienia, gdzie na podstawie kilku sfałszowanych dokumentów wyjeżdża kilka samochodów towaru z fabryki i nie wiemy, gdzie one są i do kogo trafiły – mówi Salach.

Swobodny przepływ osób, towarów, usług i kapitału w Unii Europejskiej wymaga ścisłej współpracy państw członkowskich w celu walki z fałszowaniem pieniędzy lub dokumentów. W ostatnich latach obserwuje się wzrost liczby podrobionych banknotów euro, na co zwróciła już uwagę Komisja Europejska, zalecając państwom zaostrzenie odpowiednich przepisów karnych. Falsyfikaty są badane w bankach centralnych państw strefy euro oraz w Centrum Analiz Fałszerstw przy Europejskim Banku Centralnym. W walce z fałszerzami EBC jest wspierany przez Europol (Europejskie Biuro Policji) oraz Interpol (Międzynarodową Organizację Policji Kryminalnej).

Najważniejsza jest jednak prewencja, dlatego EBC wnikliwie śledzi rozwój technik druku i reprodukcji, a następnie gromadzi odpowiednie dane techniczne i statystyczne dotyczące fałszywych banknotów. To jednak nie zawsze wystarcza, by szybko wykryć falsyfikaty w obiegu, jeśli pracownicy nie sprawdzają bądź nie potrafią zweryfikować otrzymywanych pieniędzy.

Ważna jest prewencja, czyli przygotowanie pracowników do tego, żeby umieli odróżnić oryginał od fałszerstwa: podrabianie podpisów, podrabianie technik drukarskich, rodzaje papierów, zabezpieczeń. W dokumentach i banknotach są one bardzo podobne, w związku z czym nawet na jednym szkoleniu można się tego nauczyć, na to potrzeba ok. 4-6 godzin – uważa Sylwester Salach.

Choć skutki oszustw fałszerzy mogą być dla firm bardzo dotkliwe, to rzadko kiedy przedsiębiorcy decydują się na szkolenia.

Jest medycyna pracy, jest szkolenie BHP, a obowiązku szkolenia z rozpoznawania fałszywych banknotów nie ma, a moim zdaniem powinno być. To jest pierwszy obowiązek pracodawcy, który dopuszcza kasjera do pracy, żeby z tego był przeszkolony – uważa prezes DCB SA.

W rezultacie firmy narażają się nie tylko na straty finansowe, lecz także wizerunkowe, bo każda próba posłużenia się fałszywym banknotem jest przestępstwem. Po konfiskacie falsyfikatów przez organy ścigania przyłapanej osobie nie przysługuje prawo do otrzymania zwrotu pieniędzy.

40 mln zł na szkolenia dla pracowników 45+. W kolejnych latach środki w Krajowym Funduszu Szkoleniowym wzrosną pięciokrotnie

CEO Magazyn Polska

Krajowy Fundusz Szkoleniowy wspomoże podnoszenie kwalifikacji zawodowych w najmniej mobilnej obecnie grupie na rynku pracy, czyli wśród osób powyżej 45. roku życia. Środki na finansowanie szkoleń dla pracowników będą pochodziły z Funduszu Pracy. W tym roku na ten cel zostanie przeznaczonych 40 mln zł, natomiast w przyszłych latach ma to być 200 mln zł rocznie. Środki będą przydzielane po przeanalizowaniu wniosku od pracodawcy, ale zgodnie z zasadą kto pierwszy, ten lepszy. 

Krajowy Fundusz Szkoleniowy, który finansuje szkolenia dla pracowników, to nowy instrument, który wprowadza znowelizowana ustawa o promocji zatrudnienia i instytucji rynku pracy. 

Przez najbliższe lata będzie przeznaczony dla pracowników starszych, powyżej 45. roku życia. Ta grupa zawodowa jest najmniej mobilna na rynku pracy, więc ustawodawca zdecydował, żeby ją wesprzeć w pierwszej kolejności. O środki z funduszu mogą ubiegać się pracodawcy – jeśli wniosek złożony do starosty zostanie pozytywnie rozpatrzony, zawierają umowę ze starostą – mówi agencji Newseria Biznes dr Izabela Szczygielska, specjalista prawa pracy z kancelarii WKB Wierciński, Kwieciński, Baehr. 

Pracodawca rocznie na szkolenia pracownika będzie mógł przeznaczyć 300 procent przeciętnego wynagrodzenia. W zależności od wielkości przedsiębiorstwa, mogą one liczyć na dofinansowanie w wysokości 80 procent poniesionych kosztów, a w przypadku najmniejszych przedsiębiorstw – nawet całkowite pokrycie wydatków na szkolenia.

Na Krajowy Fundusz Szkoleniowy ma być przeznaczonych 2 proc. środków z Funduszu Pracy. Jak zaznacza Szczygielska, to duże pieniądze, jednak na początku skorzystają z nich najstarsi, dopiero później szansę dostaną pozostali pracownicy, bez względu na wiek.

Miejmy nadzieję, że będzie to skuteczny środek aktywizacji zawodowej pracowników i umożliwi dostosowanie ich kwalifikacji do potrzeb rynku pracy. Środki z funduszu mają być przeznaczone nie tylko na samo sfinansowanie szkolenia, lecz także na kwestie związane z ubezpieczeniem pracowników, którzy korzystają ze szkoleń, organizowanie egzaminów, wydawanie certyfikatów czy na badanie zapotrzebowania na określone typy szkoleń – zaznacza Szczygielska.

Część wydatków ma pochłonąć promocja funduszu i działania informacyjne dla pracodawców, którzy będą chcieli z niego skorzystać. Jak podkreśla Izabela Szczygielska, przepisy w żaden sposób nie regulują, czy środki będą przeznaczone wyłącznie dla tych, którzy już pozostają w stosunku pracy, czy też tych, którzy dopiero mają go nawiązać. Pracodawca w składanym wniosku sam określa liczbę osób, które mają być przekwalifikowane lub przeszkolone, musi również oszacować koszty. W dużej mierze kwota, jaką pracodawca uzyska, zależy od niego samego i przygotowanego przez niego wniosku i uzasadnienia. 

Środki przydzielane są z funduszu zgodnie z kolejnością wpływania wniosków. Kto pierwszy, ten lepszy, warto więc się zorganizować i w miarę szybko taki wniosek skompletować i złożyć, najlepiej niezwłocznie. Nie ma tu konkretnych terminów ustawowych. Jest tylko jeden określony termin – 31 października każdego roku starosta powinien informować ministra o tym, czy środki uda się w pełni wykorzystać – mówi Szczygielska.

Środki finansowe zostaną podzielone w zależności od liczby miejsc pracy w danym województwie.

Tematyka szkoleń, które odbędą pracownicy, nie jest odgórnie narzucona i decyduje o niej sam pracodawca.

Trzeba zwrócić uwagę na to, że wniosek pracodawcy musi zawierać uzasadnienie. Powinno z niego wynikać, że szkolenie, które odbędą pracownicy, będzie miało pozytywny wpływ na możliwość ich dalszego zatrudnienia – podkreśla Izabela Szczygielska.

Polska liderem rynku private equity w regionie. Potencjał wzrostu wciąż ogromny

CEO Magazyn Polska

Na Polskę przypadła niemal połowa wszystkich inwestycji private equity w 2012 r. w regionie Europie Środkowo-Wschodniej. To zasługa szybko rosnącej gospodarki, dobrze rozwiniętego rynku kapitałowego oraz nowoczesnego sektora bankowego. Inwestorzy cenią również kulturę przedsiębiorczości i wysokie kompetencje polskich menedżerów. Rynek private equity pozostaje jednak wciąż mały w porównaniu z rynkiem Wielkiej Brytanii czy Szwecji.

Polski rynek dla funduszy private equity to jest jeden z najbardziej atrakcyjnych rynków. W tej chwili można powiedzieć śmiało, że Polska jest numerem jeden w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Wynika to z wielu aspektów, które charakteryzują Polskę, czyli dobrej infrastruktury, ciekawych branż, możliwości konsolidacji, jak i dużej przedsiębiorczości naszych właścicieli firm – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Wiza, dyrektor w dziale audytu, szef zespołu Private Equity w KPMG w Polsce.

Fundusze private equity (PE) inwestują swoje środki w udziały firm prywatnych, które nie są notowane na giełdzie, i uczestniczą w rozwoju danej firmy.

W ostatnich 10 latach PKB krajów tzw. starej UE wzrósł jedynie o 20 proc., podczas gdy w Europie Środkowo-Wschodniej (CEE) – aż o 80 proc. Polska jest centrum regionu CEE, ponieważ przypada na nią 35 proc. PKB całego regionu i 32 proc. udziału w liczbie ludności. Na tym tle ma dobrze rozwinięty rynek private equity, gdyż w 2012 r. skupił on 46 proc. wszystkich transakcji w Europie Środkowo-Wschodniej.

Wartość inwestycji private equity w stosunku do PKB jest najwyższa w całym regionie. Jest ona na podobnym poziomie, jak w Czechach czy na Słowacji, natomiast są to zdecydowanie mniejsze kraje, więc wartościowo jest ogromna różnica. Trzeba podkreślić, że jeśli chodzi o kraje Unii Europejskiej typu Szwecja, Wielka Brytania czy Niemcy, to przed nami jeszcze daleka droga. Ta proporcja, czyli mniej więcej 0,13 proc. PKB, jaka jest inwestowana w Polsce, powinna być czterokrotnie wyższa, żebyśmy mówili o podobnym poziomie, jak w tych krajach Unii Europejskiej – uważa Rafał Wiza.

To oznacza jednak, że polski rynek PE ma ogromny potencjał wzrostu. Sprzyjają temu czynniki makroekonomiczne oraz instytucjonalne. Optymistycznie przyszłość PE w Polsce widzą również ankietowane przez KPMG fundusze działające na krajowym rynku. 86 proc. z nich nie dostrzega problemów z pozyskiwaniem finansowania za pomocą zaciągania długu. Z kolei 65 proc. spodziewa się, że w najbliższym czasie wzrośnie liczba atrakcyjnych możliwości przejęć na polskim rynku.

– W drugiej połowa roku 2014 i 2015 oczekujemy, że będzie zdecydowanie większa liczba atrakcyjnych spółek do przejęcia, jak i nastąpi intensyfikacja działań sprzedażowych spółek, które już są w portfelach funduszy private equity – prognozuje dyrektor w KPMG.

Czynnikiem przyciągającym kapitał na rynek private equity może być również relatywnie wysoki wzrost przychodów firm. Według wyliczeń KPMG, mediana średniorocznych wzrostów przychodów spółek portfelowych w czasie inwestycji wyniosła 14 proc. To o 3 pkt proc. więcej niż mediana średniorocznych wzrostów przychodów największych polskich spółek w latach 2004-2013, znajdujących się na Liście 2000 dziennika „Rzeczpospolita”.

Fundusze inwestują w spółki, które charakteryzują się dużym potencjałem wzrostu. W ostatnich latach 2004-2013 fundusze inwestowały głównie w spółki z sektora przemysłowego oraz w medycynę, farmację czy też usługi dla biznesu. Ogólnie w tym okresie inwestycje portfelowe zakończone exitem [wyjściem funduszu z inwestycji red.] przez fundusze przyniosły medianę zwrotu na poziomie około 2,8, czyli bardzo wysoki zwrot. Patrząc na wszystkie transakcje, które miały miejsce w okresie ostatnich 10 lat, ta wartość jest jeszcze wyższa, nawet wyższa niż 3 – mówi Wiza.

W badanym okresie (2004-2013) fundusze PE osiągnęły najwyższe zwroty z inwestycji w spółki finansowe. Inwestycje w sektor finansowy charakteryzowały się jednak dłuższym średnim okresem trwania (7 lat), w porównaniu z średnim okresem wszystkich zakończonych inwestycji (4 lata).

Obok poszukiwania nowych okazji do przejęć część funduszy PE może w najbliższym czasie sprzedawać spółki ze swoich portfeli. Według ankiety KPMG 65 proc. funduszy uważa średni poziom wyceny polskich spółek za wysoki w porównaniu z Europą Zachodnią.

W tej chwili najbardziej prawdopodobną ścieżką wyjścia z inwestycji jest sprzedaż do gracza strategicznego, i to gracza strategicznego spoza regionu CEE. Mniej prawdopodobny będzie pewnie gracz strategiczny z CEE – przewiduje dyrektor w KPMG.

Ankietowane fundusze PE jako drugi najbardziej prawdopodobny sposób wyjścia z inwestycji wskazały sprzedaż na rzecz innego funduszu. Na dalszym miejscu znalazła się pierwsza oferta publiczna (IPO), co może mieć związek z ostatnimi zmianami dotyczącymi OFE.

Raport firmy doradczej KPMG „Rynek Private Equity w Polsce: fakty a opinie” został oparty na analizie blisko 180 inwestycji w spółki portfelowe na przestrzeni ostatnich 10 lat. Autorzy raportu przeprowadzili również badanie ankietowe wśród 21 funduszy private equity działających w Polsce.

Sukces polskiej transformacji. PKB jest dwa razy większy niż 25 lat temu

CEO Magazyn Polska

W 1991 r. wystarczyło 2 tys. dolarów, by pokryć wszystkie transakcje na warszawskiej giełdzie. Taki był dzienny obrót w czasie pierwszej sesji giełdowej po upadku komunizmu. Dziś GPW jest największym parkietem w regionie i przyciąga wielu inwestorów i emitentów. 25 lat temu ogromne niedobory kapitału uwidaczniały się także poprzez fatalny stan dróg, kolei i mieszkań. Urynkowienie gospodarki oraz wejście do UE przyczyniło się jednak do dużego postępu – dzisiaj PKB Polski jest ponad dwa razy wyższy niż w 1989 r.

Wszystkie z filarów polskiej transformacji – liberalizacja gospodarki, prywatyzacja oraz stabilizacja makroekonomiczna – sprzyjały rozwojowi rynku kapitałowego, który jest nie tylko symbolem czy ozdobą gospodarki rynkowej, lecz także bardzo ważną jej częścią. W latach 90. Polska włączyła się w kolejną fazę globalizacji, która charakteryzowała się m.in. ogromnym wzrostem międzynarodowych przepływów finansowych. Według ekspertów firmy doradczej McKinsey & Co. w 1980 r. ich wartość wyniosła około 470 mld USD, a w 2007 r. – astronomiczne 120 bln USD. 

Początki rynku kapitałowego w III RP były jednak bardzo skromne. Brakowało prywatnego kapitału, wiedzy na temat rynków finansowych i prowadzenia obrotu giełdowego, wypracowanych dobrych praktyk i regulacji itp. Zenon Komar był jedną z osób, dzięki której udało się uruchomić handel w 1991 r. 

Dołożyłem swoją cegiełkę do budowy rynku kapitałowego i mam sporo satysfakcji, choć w ostatnich lat rynek dotknęła stagnacja. Początki były bardzo skromne. Począwszy od tego, że w ogóle nie było giełdy, kiedy uczyłem pierwszych maklerów i doradców inwestycyjnych. Mówię o latach 1990-1991. Czekałem na te pierwsze notowania i zapisywałem sobie w arkuszu – wspomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zenon Komar, doradca i bankier inwestycyjny.

Potem w 1993 r. tłumy inwestorów, skuszonych przez hossę, uczyło się z jego książki „Sztuka spekulacji”. Ważną lekcją dla nich była także pierwsza poważna bessa, która zaskoczyła rynek rok później. Dzisiaj polska giełda jest liderem w regionie Europy Środkowej i ma ambicję, by stworzyć wraz wiedeńską giełdą CEESEG silną konkurencję dla dużych europejskich parkietów.

W 1991 r. polski rynek był tak mały, że dla zagranicznych inwestorów praktycznie nie istniał.

Pierwsze notowania i cały wolumen wszystkich transakcji to było 2 tys. dolarów – tyle transakcji wykonano. Pytanie moich studentów: Kiedy Pan ściągnie fundusze inwestycyjne z Ameryki, było śmieszne o tyle, że 2 tys. można było wyjąć z kieszeni i każdy z moich pytających mógłby obstawić cały obrót. Ale już pod koniec tego samego roku, kiedy giełda powstała, już doszliśmy do 400 tys. dolarów. Ten obrót rósł i kilka lat później zaczęliśmy dorównywać giełdzie w Turcji – mówi Zenon Komar.

Jak podkreśla, efekty 25 lat transformacji są satysfakcjonujące.

Chyba w 1990 roku miałem półgodzinny wywiad z Ireną Dziedzic i prognozowałem, jakie to szczęście nas tu wszystkich spotka. Muszę powiedzieć, że większość z tych rzeczy się sprawdziła, aczkolwiek nie wszystkie. Oczywiście w sensie socjalnym jest trochę zaniedbań, ale ogólnie wyszło bardzo pozytywnie – ocenia doradca i bankier inwestycyjny.

Komar przewidywał wtedy, że wprowadzenie gospodarki rynkowej pozwoli uwolnić ogromny potencjał, jaki drzemie w polskim społeczeństwie – zwłaszcza pracowitość i zaradność. Potwierdziły to już pierwsze lata transformacji, kiedy dzięki tzw. ustawie Wilczka pojawiło się około 2 mln nowych przedsiębiorstw, co znacznie przebiło prognozy Leszka Balcerowicza i jego doradców. 

Rozwój prywatnej przedsiębiorczości następował w sytuacji ogromnego ryzyka związanego z dramatyczną sytuacją finansową państwa. Pod koniec 1989 r. rezerwy walutowe Narodowego Banku Polskiego stanowiły około 1,6 mld USD, a deficyt budżetowy w wysokości 3 proc. PKB musiał być pokryty dodatkową emisją pieniądza przez NBP. To była jeden z przyczyn wybuchu hiperinflacji, dlatego plan Balcerowicza zakładał m.in. bilansowanie budżetu oraz zaprzestanie finansowania deficytu przez bank centralny.

W 1990 r. i 1991 r. PKB Polski kurczył się o blisko 7 proc., by w 1992 r. wzrosnąć o 2 proc. Lata 1993-2000 to okres dynamicznego wzrostu, tworzonego zwłaszcza w sektorze prywatnym. Nie był on jednak wystarczający, by doprowadzić do dużych, korzystnych zmian w takich obszarach, jak infrastruktura oraz niektóre usługi publiczne. Odziedziczony po PRL stan techniczny dróg, linii kolejowych oraz wielu mieszkań był tak zły, że w latach 90. gospodarka nie była w stanie zapewnić niezbędnych nakładów na ich poprawę. Polska – w przeciwieństwie do nowych krajów członkowskich UE, jak Hiszpania, Portugalia czy Grecja – nie mogła wtedy liczyć na fundusze europejskie. Również kapitał zagraniczny w początkowej fazie transformacji nie był chętny do inwestowania w Polsce, szczególnie w sferze infrastruktury publicznej i budownictwa.

Podczas wakacji w Hiszpanii w 1996 roku w każdym mieście widziałem żurawie, niesamowity boom budownictwa. I tak sobie pomyślałem, kiedyś będziemy widzieli rozwój budownictwa i dróg w Polsce. I dzisiaj widzimy, i budownictwo, i drogi. Oczywiście można powiedzieć, że ten boom w budownictwie nie wszystkim wyszedł na dobre, ale nowo oddawane drogi, autostrady i mosty na pewno służą Polakom  – wylicza Zenon Komar.

Boom budowlany w Hiszpanii czy Irlandii ostatecznie doprowadził do głębokiego załamania tamtejszych gospodarek. Szczególnie w iberyjskim państwie, na krótko metę umożliwił on poprawę wskaźników ekonomicznych i odłożenie reform na półkę, które w tym samym okresie wdrażała Polska. Pękniecie na rynku nieruchomości bańki, nadmuchanej tanim kredytem oraz rządowym wsparciem, odsłoniło ogromne marnotrawstwo kapitału i pracy w postaci niepotrzebnych lotnisk, dróg czy mieszkań. 

W Polsce boom na rynku nieruchomości był krótkotrwały i miał stosunkowo niewielkie rozmiary. Według części ekonomistów pomogła w tym zakresie dość konserwatywna polityka pieniężna NBP, przez co kredyt w Polsce nie był tak tani jak w strefie euro. Po drugie, napływ funduszy europejskich znacząco wzrósł dopiero w okresie silnego spowolnienia po 2008 r., co pomogło stabilizować polską gospodarkę.

SkyCash rozszerza zasięg nad morzem

Od czerwca za pomocą SkyCash można kupować bilety metropolitalne, obowiązujące na obszarze kilkunastu nadmorskich miejscowości nad Zatoką Gdańską. To kolejne udogodnienie dla wielu mieszkańców i turystów, którzy do tej pory używali już aplikacji SkyCash płacąc za przejazdy SKM w Trójmieście czy regulując należność za parkowanie.

Turyści oraz mieszkańcy trójmiejskiej metropolii zyskali możliwość kupowania biletów metropolitalnych przy użyciu aplikacji mobilnej SkyCash. Pozwalają one na korzystanie z dowolnych środków komunalnej komunikacji miejskiej na obszarze kilkunastu gmin, wchodzących w skład Metropolitalnego Związku Komunikacyjnego Zatoki Gdańskiej. To wygodny sposób na szybkie przemieszczanie się między takimi miejscowościami, jak Gdańsk, Gdynia, Sopot, Wejherowo, Kosakowo, Reda czy Rumia. Co istotne, bilety kupowane telefonem są tańsze niż te, które pasażerowie nabywają w tradycyjnych punktach sprzedaży. Użytkownicy SkyCash mogą też skasować pierwszy bilet za darmo.

Nowe bilety uzupełniają trójmiejską ofertę SkyCash, który od początku 2013 r. daje możliwość płacenia komórką za przejazdy pociągami SKM, przewożącymi rocznie ok. 35 mln pasażerów. W wielu miejscowościach można też używać aplikacji do płatności za parkowanie (Gdańsk, Gdynia, Sopot, Hel), kupowania biletów do kina czy wypłacania gotówki z bankomatów.

– Bilety metropolitalne to już kolejna usługa SkyCash dostępna w Trójmieście i jego okolicach – mówi Adam Krypel, przedstawiciel SkyCash Poland S.A. – Rozszerzoną ofertę z pewnością docenią turyści i bywalcy nadmorskich festiwali, którzy często mają problemy ze znalezieniem punktu sprzedaży. Nasza aplikacja zapewnia dostęp do biletów w każdym miejscu, 24 godziny na dobę – dodaje Krypel.

Żeby móc korzystać ze SkyCash, wystarczy posiadać telefon z dostępem do Internetu i zainstalować bezpłatną aplikację. Użytkownik może w każdej chwili podłączyć do niej kartę płatniczą MasterCard lub Visa, eliminując w ten sposób konieczność pamiętania o regularnym zasilaniu konta. SkyCash daje też możliwość zakupu w ramach jednej transakcji nawet kilkunastu biletów, jak również okazywania ich do kontroli w trybie offline, bez potrzeby łączenia się z Internetem.

Nowy Dyrektor Zarządzający w OpusCapita Sp. z o.o.

Od pierwszego czerwca br. Jarosław Tkaczyk pełni obowiązki Dyrektora Zarządzającego OpusCapita Sp. z o.o. Zastąpił na tym stanowisku Miikkę Savolainen, który przeniósł się do centrali spółki w Finlandii. Jarosław Tkaczyk będzie się skupiał na dalszym rozwoju OpusCapita w Polsce oraz na wzmacnianiu jej wizerunku w naszym kraju.

Jarosław Tkaczyk posiada blisko 20-letnie doświadczenie w zakresie księgowości i finansów, planowania i zarządzania zmianą oraz rozwoju przedsiębiorstw realizowanych w skali lokalnej i międzynarodowej. Swoją karierę zawodową rozwijał w Arthur Andersen, Exact Software, AMS (Grupa Agora). Był także wieloletnim członkiem zarządu i współwłaścicielem BusinessPoint S.A., lidera outsourcingu dokumentów transakcyjnych w Polsce. W 2008 roku firma Business Point S.A. została przejęta przez OpusCapita, a Tkaczyk był odpowiedzialny za projekty integracyjne z nowym inwestorem oraz rozwój portfela usług na rynku w Polsce. Następnie, pełnił funkcję Dyrektora Finansowego OpusCapita, a od 2010 roku był odpowiedzialny za budowanie i utrzymanie relacji z klientami jako Dyrektor Działu Client Services.

Jarosław Tkaczyk ma 42 lata. Jest absolwentem Wydziału Ekonomicznego Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej w Lublinie oraz Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. Posiada Certyfikat Księgowy Ministra Finansów. Ukończył program Management w ICAN Institute. Obecniej studiuje Executive MBA. Jarosław jest żonaty i ma trójkę dzieci. Swój wolny czas najchętniej spędza z rodziną, a dla relaksu lubi także prace w ogrodzie.

Edukacja finansowa i inwestowanie? Coraz częściej online

Internet jest najczęściej wykorzystywanym przez Polaków źródłem pozyskiwania informacji na tematy finansowe. I najbardziej wiarygodnym – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Domu Maklerskiego BOŚ i Union Investment TFI.

Choć wydawałoby się, że w takiej dziedzinie jak finanse bezpośrednia relacja
z ekspertem jest najbardziej preferowaną drogą do pozyskiwania wiedzy, badanie pokazuje, że jedynie 35% respondentów wykorzystuje to źródło. Znacznie większy odsetek Polaków, aż 60%, informacje na tematy finansowe pozyskuje samodzielnie, poprzez strony internetowe instytucji finansowych. Co warte podkreślenia, strony te są uważane przez respondentów za równie wiarygodne jak samodzielnie dokonywane przez nich analizy danych rynkowych czy funduszy inwestycyjnych.

– W dzisiejszych czasach osoby pomnażające swój kapitał oczekują, że instytucja finansowa będzie nie tylko dostarczycielem wysokiej jakości rozwiązań finansowych, ale także partnerem w inwestycji – mówi Piotr Minkina, Dyrektor ds. Produktów Inwestycyjnych Union Investment TFI. – Firmy dbające o partnerskie relacje przygotowują dla inwestorów analizy rynkowe, komentarze ekspertów czy też materiały edukacyjne. Wszystko po to, by czuli się oni komfortowo. Taka transparentność buduje zaufanie, stąd duża wiarygodność stron instytucji finansowych i rosnące ich wykorzystanie w charakterze źródła informacji – dodaje.

Ważnym źródłem informacji na tematy finansowe są publikacje w Internecie (51%), artykuły prasowe (48%) oraz programy telewizyjne lub radiowe (44%). Badani wskazali również, że dość często (41%) korzystają z opinii znajomych, jednak nie jest to ich zdaniem wiarygodne źródło informacji o zagadnieniach związanych z finansami. Publikacje naukowe z dziedziny ekonomii i finansów cieszą się najmniejszą popularnością. Korzysta z nich jedynie 16% respondentów i co ciekawe – są uważane za najmniej wiarygodne.

Samodzielność, również w inwestycjach
Zakupy przez Internet z każdym rokiem cieszą się coraz większą popularnością klientów. Fakt ten nie dziwi, jeśli weźmiemy pod uwagę wygodę czy oszczędność czasu. Okazuje się, że Polacy coraz częściej dostrzegają zalety inwestowania za pośrednictwem sieci.

Badanie pokazuje, że już 72% badanych jest świadoma istnienia narzędzi online do kupowania jednostek funduszy inwestycyjnych i zarządzania nimi, choć dotąd jedynie 21% z nich korzysta lub korzystało.
– Platformy online pozwalające na zakup jednostek uczestnictwa w funduszach inwestycyjnych stają się z każdym rokiem stają się coraz popularniejsze. Dodając do tego rosnącą samodzielność Polaków w wyszukiwaniu informacji finansowych

w Internecie sądzę, że wielkimi krokami zbliżamy się również do „rewolucji” w sposobie inwestowania i przejścia od okienka bankowego do Internetu – ocenia Michał Wojciechowski, z-ca Dyrektora Domu Maklerskiego BOŚ.
Badanie w formie ankiety internetowej zostało przeprowadzone na zlecenie Domu Maklerskiego BOŚ i Union Investment TFI przez Interaktywny Instytut Badań Rynkowych w marcu 2014 r. Wielkość próby: N=600, wiek: 20-65 lat.

Na wydzieleniu spółki PGNIG Obrót Detaliczny zyska też rynek hurtowy. Zwiększy się jego przejrzystość

CEO Magazyn Polska

Wydzielenie spółki PGNiG Obrót Detaliczny to ważny krok w restrukturyzacji gazowej spółki, który umożliwi zrealizowanie obliga gazowego. Tym samym przyczyni się do szybszej liberalizacji rynku gazowego. Ekspert Instytutu Sobieskiego ocenia, że dla hurtowego rynku surowca nowa spółka również będzie istotna, bo zwiększy jego przejrzystość. Odbiorcy indywidualni nie odczują jednak zmiany.

Dla rynku to oznacza tyle, że jest spółka przeznaczona do prowadzenia obrotu detalicznego, która będzie – podobnie jak inni dostawcy gazu – kupowała surowiec dla swoich klientów na rynku hurtowym, która będzie patrzyła na ceny tego gazu i próbowała go kupować optymalnie. Z drugiej strony będzie pewne porównanie kosztów działalności spółek podobnego rodzaju, czyli tak naprawdę będzie pewna większa przejrzystość rynku hurtowego – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Zajdler, ekspert Instytutu Sobieskiego.

Wydzielenie ze struktur PGNiG spółki zajmującej się obrotem detalicznym umożliwiła piątkowa nowelizacja Prawa energetycznego. Zajdler ocenia, że uporządkuje to rynek, zwłaszcza w kontekście realizacji obliga gazowego. Od ubiegłego roku PGNiG jest zobowiązane sprzedawać część produkcji gazu na Towarowej Giełdzie Energii. Do tej pory brakowało jednak potencjalnych kupców, bo najwięksi odbiorcy są związani wieloletnimi kontraktami lub sami sprowadzają gaz.

Zajdler twierdzi, że ustawodawcy nie przewidzieli sytuacji, w której realizacja obliga gazowego nie będzie możliwa z powodu braku nabywców. Za niespełnienie wymogów PGNiG grożą wysokie kary, nawet do 4,8 mld zł. Nowo wydzielona spółka PGNiG Obrót Detaliczny pozwoli zrealizować obligo i uniknąć kary.

Temu też służyła sukcesja generalna. Do nowej spółki przeniesieni zostaną odbiorcy, którzy zużywają do 25 mln metrów sześciennych gazu rocznie. I ta spółka będzie dla nich stroną umowy o dostawy gazu ziemnego. Ten ruch był potrzebny z tego względu, żeby stworzyć stronę popytową rynku – tłumaczy Zajdler.

Dzięki mechanizmowi sukcesji generalnej konsumenci nie odczują różnicy, bo ich umowy zostaną automatycznie przejęte przez nową spółkę. Zapewni to ciągłość i jakość dostaw. Daje to również szansę klientom na wypowiedzenie umowy i znalezienie na rynku nowego dostawcy gazu.

Zajdler ocenia, że wydzielenie spółki zajmującej się obrotem detalicznym to ważny krok w wieloletniej strategii restrukturyzacji PGNiG. Największa gazowa spółka potrzebuje jednak według niego dalszych zmian, by ich dokonać, ważna jest ciągłość zarządzania.

Rzadko kiedy którykolwiek z prezesów utrzymał się dłużej niż 1,5-2 lata, a dla takiej spółki ciągłość jest potrzebna do tego, by dokonywać pewne procesy restrukturyzacyjne. Te działania, które są podejmowane dotychczas, można uznać za pozytywne. Jest to pierwszy etap restrukturyzacji tej spółki. Potrzebne jest zachowanie możliwości działania zarządu w na tyle długiej perspektywie czasu, żeby mógł zrealizować długofalową strategię rozwoju tej spółki – argumentuje Zajdler.

Klienci ZUS załatwią sprawy w placówkach Poczty Polskiej dzięki zusomatom

Klienci Poczty Polskiej będą mogli już nie tylko na miejscu, w okienku, uregulować należne składki ZUS, lecz także złożyć dokumenty oraz zasięgnąć informacji dotyczących ubezpieczeń społecznych. Nowe usługi będą dostępne dzięki zusomatom, czyli interaktywnym urządzeniom podłączonym do elektronicznego systemu informatycznego ZUS. Poczta Polska w porozumieniu z ZUS uruchomiła pilotażowy projekt w pięciu miastach, ale operator już teraz planuje zwiększenie liczby urządzeń.

Zusomat to urządzenie podłączone bezpośrednio do aplikacji informatycznych ZUS-u. Dzięki niemu klienta ma: możliwości składania dokumentów, korzystania z Płatnika, z wszystkich informacji, które są gromadzone na koncie. Zusomat służy również jako elektroniczne okienko ZUS-u, w którym można złożyć dokumenty i otrzymać potwierdzenie złożenia dokumentu. Jest to też miejsce, za pośrednictwem którego możemy skontaktować się z call center – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Śpiewak, członek zarządu ZUS.

Choć Platforma Usług Elektronicznych ZUS jest dostępna w internecie i oferuje szereg ułatwień dla ubezpieczonych, płatników i beneficjentów, to państwowa instytucja liczy, że zusomaty pozwolą dotrzeć do nowej grupy klientów, która nie korzysta jeszcze z elektronicznych usług ZUS-u. Podstawowa korzyść dla klientów to oszczędność czasu oraz możliwość uniknięcia ewentualnych opóźnień w rozliczeniach z Zakładem.

Obok pomocy w postaci telefonicznej obsługi, urządzenie zostało zaprojektowane również z myślą o osobach niepełnosprawnych.

Funkcje urządzenia są takie, że można tu podjechać wózkiem, jest drugi ekran, który ułatwia dostęp osobom niepełnosprawnym – wskazuje Śpiewak. – To na pewno ułatwienia obsługę i daje nam możliwość przyjmowania dokumentów do ostatniej chwili. Wszystkie osoby, które złożenie dokumentów zostawiły na ostatnią chwilę, mogą podejść do otwartej 24 godziny na dobę placówki urzędu pocztowego czy oddziału jednostki ZUS i złożyć te dokumenty. Mogą się w ten sposób dostać do swojego elektronicznego konta w ZUS i złożyć dokumenty czy też uzyskać zaświadczenie o niezaleganiu.

Pilotażowy projekt obejmie pięć placówek pocztowych – w Gdańsku, Opolu, Lublinie, Rzeszowie i Warszawie. Klienci Poczty Polskiej będą mieć całodobowy dostęp do zusomatów, podobnie jak w blisko 150 placówkach ZUS, gdzie działają już one od dwóch lat.

Chcieliśmy spróbować w placówkach, które są łatwiej dostępne, częściej odwiedzane przez naszych klientów. Bo każdy klient Poczty Polskiej jest również klientem ZUS, dlatego chcieliśmy je umieścić w takich miejscach, do których klienci mają łatwy dostęp, mogą wykonywać te czynności przy okazji wizyty w urzędzie pocztowym – wyjaśnia członek zarządu ZUS.

Poczta Polska zapowiada, że zusomaty będą pojawiały się stopniowo w kolejnych punktach. Operator chce w ten sposób poszerzać swoją ofertę o kolejne, komplementarne usługi.

To jest kolejna usługa, która będzie świadczona dla naszych klientów w placówkach Poczty Polskiej. Kolejna usługa, która jest bliska centrum ich interesów życiowych i będzie realizowana dzięki porozumieniu Poczty i ZUS. Zaczynamy od pięciu lokalizacji pilotażowo i będziemy to stopniowo rozwijać – twierdzi Ireneusz Piecuch, wiceprezes Poczty Polskiej.

Jak dotąd Poczta Polska obsługiwała przede wszystkim osoby pobierające świadczenia z ZUS. Nowa usługa będzie ułatwieniem przede wszystkim dla ubezpieczonych oraz płatników. Zyskają oni możliwość składania dowolnych dokumentów i wniosków w formie papierowej, które są wymagane przez państwową instytucję. Zusomaty będą wydawały potwierdzenie złożenia dokumentów.

Maszyny umożliwią również dostęp do Platformy Usług Elektronicznych, w ramach której działają takie serwisy internetowe, jak http://e-inspektorat.zus.pl/, http://www.mojaskladka.zus.pl/, http://mojaemerytura.zus.pl/. Dzięki temu klienci Poczty oraz ZUS będą mogli uzyskać potrzebne informacje o ubezpieczeniach, świadczeniach oraz płatnościach, a także rozliczyć składki.

Misją Poczty Polskiej jest dostarczanie maksymalnej liczby usług naszym klientom. Instalacja zusomatów jest ukłonem w stronę naszych klientów, którzy będą mogli na poczcie realizować również te elementy związane z obrotem z ZUS. To powinno ułatwić im komunikację z tym urzędem,  przez co poczta będzie naturalnym miejscem do realizowania tego typu czynności dla szerokiej bazy naszych klientów – uważa Ireneusz Piecuch.

S&P: Europa Środkowa będzie szybko rosnąć na tle reszty kontynentu

CEO Magazyn Polska

Aktualizacja 2014-06-03 godz.10:44

Polska, Rumunia czy Węgry to przykłady krajów, gdzie ożywienie gospodarcze jest wyraźnie wyższe niż w Europie Zachodniej. Wzrost PKB  w Europie Środkowo-Wschodniej ma teraz bardziej stabilne fundamenty niż przed kryzysem, bo w mniejszym stopniu opiera się na kredycie i napływie zagranicznego kapitału. Dzięki temu cały region jest mało wrażliwy na wstrząsy, jakie wywołuje sytuacja polityczna na Wschodzie.

– Europa Środkowo-Wschodnia zostaje w pewnej izolacji od tych wydarzeń, z punktu widzenia percepcji inwestorskiej. Nie widzimy negatywnych trendów, które przekładałyby się bezpośrednio na wydarzenia w państwach regionu, a ich gospodarki w dalszym ciągu pokazują dobre parametry makroekonomiczne – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Petrykowski, dyrektor regionalny na Europę Środkowo-Wschodnią w agencji ratingowej Standard & Poor’s.

W pierwszym kwartale bieżącego roku PKB Polski urósł o 3,4 proc. w stosunku do pierwszego kwartału 2013 r. Nieco szybciej rosły gospodarki Rumunii i Węgier, gdzie ten wskaźnik zwiększył się odpowiednio o 3,8 proc. oraz 3,5 proc. W tym samym okresie PKB strefy euro zwiększył się zaledwie o 0,9 proc. W ostatnich latach większość państw regionu Europy Środkowo-Wschodniej (poza Polską) doświadczyła głębokiego załamania gospodarczego. Ich rządy wykorzystały jednak ten czas do przeprowadzenia reform oraz ograniczenia deficytu w finansach publicznych, co zaczyna być doceniane przez agencje ratingowe.

Rumunia wróciła po sześciu latach do krajów z ratingiem inwestycyjnym, czyli ma rating BBB-, dzięki polityce konsolidacyjnej oraz dużemu oddłużeniu gospodarki, a także zmianie trajektorii rozwoju i wzrostu gospodarczego. Wzrost gospodarczy w Rumunii był przez kilka ostatnich lat napędzany przez zewnętrzne finansowanie, teraz nastąpiła zmiana w kierunku napędzania tego wzrostu przez eksport, przez lepszą absorpcję środków unijnych oraz dzięki ożywieniu popytu wewnętrznego gospodarki – wyjaśnia Petrykowski.

W momencie wybuchu światowego kryzysu finansowego rumuńska gospodarka miała ogromny deficyt w wymianie zewnętrznej. W styczniu 2008 r. saldo rachunku obrotów bieżących wyniosło -13,4 proc. PKB, co pokazuje znaczną zależność od napływu zagranicznego kapitału. W pierwszym miesiącu bieżącego roku ta nierównowaga została zredukowana do -1,1 proc. PKB. Podobny proces miał miejsce w Polsce: w tym samym okresie deficyt na rachunku obrotów bieżących spadł z -6,2 proc. PKB do -1,3 proc. PKB.

W obydwu gospodarkach ograniczeniu nierównowagi zewnętrznej sprzyjała poprawa bilansu handlowego, elastyczny kurs walutowy oraz polityka redukcji deficytu budżetowego. W tej ostatniej dziedzinie znacznie większy wysiłek podjął rząd w Bukareszcie, który obniżył lukę w finansach publicznych z -9 proc. PKB w 2010 r. do -0,9 proc. PKB na koniec 2013 r. W analogicznym okresie, polski rząd ograniczył deficyt z -7,9 proc. do -4,3 proc. PKB.

Choć z dzisiejszej perspektywy są to dane historyczne, to jednak pomagają inwestorom i przedsiębiorcom prognozować przyszłe trendy. Ustabilizowanie gospodarek ułatwia prognozowanie wzrostu PKB w przyszłości i zmniejsza ryzyko inwestycyjne, dlatego Europa Środkowo-Wschodnia wygląda atrakcyjnie na tle Rosji, Ukrainy, Turcji czy też bardziej odległych rynków rozwijających się, jak Brazylia czy Argentyna.

Widać poszukiwanie alternatywnych aktywów i poszukiwanie jakości w ramach rynków rozwijających się. W to dobrze wpisuje się to story dla Europy Środkowo-Wschodniej, gdzie fundamenty gospodarcze są trwałe. Dla przykładu Rumunia od tego roku przez kolejne trzy lata będzie miała wzrost na poziomie 3 proc. PKB, Polska 2,7 proc., a wręcz niektórzy optymiści mówią o około 3 proc. To powoduje, że z punktu widzenia inwestorów, ta część Europy i Polska staje się atrakcyjnym aktywem –  tłumaczy dyrektor regionalny w S&P.

Po silnym spadku rentowności obligacji rządowych poprawiły się także warunki finansowania dla firm z regionu. W efekcie szybko rośnie liczba i wielkość planowanych emisji obligacji korporacyjnych na zagraniczne rynki.

Widzimy już rozwój tego trendu, jest w tej chwili w przygotowaniu kilka programów z Europy Środkowo-Wschodniej: ze Słowenii, z Rumunii, z Czech. W Polsce też słyszymy o tym, iż firmy oraz banki rozpoczynają działanie w tym kierunku. To rynek, który się będzie rozwijał – przewiduje Petrykowski.

Atrakcyjność rynku długu oraz emitentów z Europy Środkowo-Wschodniej może zwiększyć planowane przez EBC dalsze luzowanie polityki monetarnej. Inwestorzy obstawiają, że instytucja kierowana przez Mario Draghiego zdecyduje się uruchomić program skupu aktywów, co już teraz doprowadziło do spadku rentowności obligacji praktycznie w całej Europie. Sama ta operacja może mieć pozytywny wpływ na ocenę kredytową rządów, ale istnieje duża niepewność, co do jej skuteczności w pobudzaniu wzrostu gospodarczego i inflacji.

Jeżeli działania Europejskiego Banku Centralnego przełożyłyby się na to, że zostanie zahamowana deflacja i zostanie przywrócona zdrowa inflacja w gospodarkach europejskich, plus nastąpi tak zwana transmisja niskich stóp procentowych do sektora realnego, czyli do przedsiębiorstw, i to w efekcie przełoży się na wzrost gospodarczy – wtedy to może mieć pozytywny wpływ na nasze ratingi – uważa Marcin Petrykowski. 

Na razie agencja ratingowa S&P wstrzymuje się z oceną wpływu ewentualnego programu skupu aktywów na europejską gospodarkę. Już teraz wiadomo jednak, że pozytywny scenariusz mógłby ograniczyć skalę dalszych oszczędności budżetowych i podwyżek podatków w Europie. Jest to obecnie przedmiotem ożywionej debaty wśród ekonomistów. Część z nich postuluje, by przesunąć ciężar polityki gospodarczej w kierunku pobudzania wzrostu, kosztem większej nierównowagi fiskalnej.

Europa będzie budować bardziej energooszczędnie. Velux liczy na tłuste lata

CEO Magazyn Polska

Zainwestowane przez Velux 250 mln zł w wymianę technologii produkcji okien zaczynają przynosić efekty. Po trudniejszych latach branży budowlanej sprzedaż okien od początku roku rośnie. Tym bardziej że firma wprowadziła nowe produkty – bardziej energooszczędne i jednocześnie dostarczające więcej światła do pomieszczeń. Konieczność obniżania zużycia energii w budownictwie daje firmom, które oferują tego typy rozwiązania, dobre perspektywy na przyszłość.

Polska jest potentatem w produkcji okien dachowych. Wartość produkcji firmy Velux i spółek należących do duńskiego holdingu VKR A/S wynosi ponad 1,3 mld zł, zatrudnienie przekroczyło 3100 osób (z czego większość pracuje w fabrykach zlokalizowanych w Gnieźnie, Namysłowie i Wędkowcach koło Tczewa). Obroty głównego konkurenta, Fakro, według „Rzeczpospolitej” przekroczyły 1,2 mld zł. Okna dachowe to część produkcji okien i drzwi w Polsce. Duża jej część w obu największych firmach jest przeznaczana na eksport. Kierowana jest głównie do Europy, przede wszystkim do Niemiec, Danii i Wielkiej Brytanii.

Firma skutecznie wykorzystuje koniunkturę – sprzedaż rozwija się zarówno w Polsce,jak i za granicą.

Ostatnie lata były trudne dla branży budowlanej. Mniejsze były wydatki, mniej inwestycji. Ale początek roku jest bardzo dobry, tym bardziej że wprowadziliśmy całą gamę nowych produktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Siwiński, dyrektor generalny Velux Polska.

Nowe okna to efekt dwuletnich inwestycji. Spółka przeznaczyła 250 mln zł na wymianę technologii w zakładach produkcyjnych i wprowadzenie na rynek nowej generacji okien, łączących większą energooszczędność z większą o 10 proc. powierzchnią przeszklenia, dostarczającą więcej światła do pomieszczeń.

W ten sposób pogodziliśmy dwa pozornie sprzeczne rozwiązania. W efekcie dajemy klientom wyższy komfort i lepsze wykorzystanie wszystkich zalet bilansu energetycznego – komentuje Jacek Siwiński. – Dzięki temu nasi klienci mogą cieszyć się jeszcze lepszym komfortem i wykorzystywać wszystkie zalety bilansu energetycznego, który polega na tym, że z jednej strony mamy do czynienia z wysokim stopniem izolacyjności, a z drugiej strony nasze okna w jeszcze lepszy sposób transmitują ciepło zgromadzone z energii słonecznej do pomieszczeń.

Zwiększonej sprzedaży okien sprzyja rosnąca świadomość potrzeby oszczędzania energii wśród ludzi zarówno w Polsce, jak i za granicą . Od początku roku zaczęły obowiązywać nowe standardy techniczne energooszczędności dla nowo oddawanych budynków, a stopniowo do 2021 roku kryteria zużycia energii będą  coraz niższe.

Budynki odpowiadają za 40 proc. zużycia energii w Europie, więc jeżeli mówimy o energooszczędności, to jednym z głównych zadań jest budowanie energooszczędne, a także renowacja istniejących budynków. W 2050 r. 90 proc. z nich będzie wciąż użytkowana, więc one muszą zostać poddane  termorenowacji – przekonuje Jacek Siwiński. – To powoduje, że wszystkie firmy, które oferują rozwiązania energooszczędne, mają przed sobą dobre perspektywy.

Prezes firmy Velux podkreśla, że firma jest prekursorem rynku okien dachowych. Pierwsze tego typu produkty pojawiły się na rynku przeszło 70 lat temu. Firma powstała w Danii w 1942 roku, 25 lat temu rozpoczęła działalność w Polsce, a 16 lat temu produkcję. Firma ma trzy zakłady produkujące okna dachowe w Gnieźnie i Namysłowie, a w Wędkowach koło Tczewa produkuje też okna pionowe.

Nic dziwnego, że mamy silną pozycję na rynku. To oznacza prestiż, ale także odpowiedzialność: to my kreujemy standardy rynkowe – mówi menedżer. – Biorąc pod uwagę firmę Velux i spółki siostrzane jesteśmy największym producentem i eksporterem okien w Polsce.

Hawe jest blisko podpisania umów na korzystanie ze światłowodów wschód-zachód

0

CEO Magazyn Polska

Hawe kończy budowę odcinka Sochaczew-Biała Podlaska, dzięki któremu będzie mogła zaoferować najkrótsze połączenie światłowodowe między wschodnią a zachodnią granicą kraju. Według prezesa spółki niedługo powinny zostać podpisane umowy z trzema operatorami. Obok rozwoju własnej infrastruktury, spółka kontynuuje także budowę sieci dystrybucyjnej na obszarach, gdzie występuje wykluczenie cyfrowe. 

Spółka jest bliska ukończenia inwestycji, która zapewni najkrótsze połączenie światłowodowe między wschodnią i zachodnią częścią Polski. Według prezesa telekomu, jest już trzech potencjalnych klientów, którzy są zainteresowani korzystaniem z tej infrastruktury i niedługo powinno nastąpić podpisanie umów.

Odcinek Biała PodlaskaSochaczew oddajemy lada chwila. To da nam możliwość przekazania oferty tym, którzy oczekiwali tej inwestycji, czyli operatorom reprezentującym wschodnie obszary: Białoruś, Ukrainę, Rosję, ale także zachodnim operatorom. Na przykład dla białoruskiego Beltelecomu jest to najkrótsza droga do Frankfurtu, tam, gdzie ruch głosowy rozchodzi się po całym świecie. Co ciekawe, oferta, którą budujemy, nie tylko odnosi się do transmisji, lecz także do zakończenia ruchu głosowego, tego międzynarodowego i krajowego, w Warszawie – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Witoń, prezes zarządu Hawe.

Budowanie własnej infrastruktury to część z projektów realizowanych przez firmę. Drugą część stanowią inwestycje jako podwykonawcy dla samorządów.

Realizujemy je dla urzędu marszałkowskiego Warmii i Mazur oraz urzędu marszałkowskiego Podkarpacia. Oba te projekty są na poziomie 0,5 mld zł netto i dotyczą budowy 2 tys. kilometrów sieci światłowodowej i dystrybucyjnej. Jest także później możliwość realizacji przyłączeń na tych terenach, które objęte są interwencją – mówi Krzysztof Witoń.

Inwestycje dla urzędów marszałkowskich są finansowane w 85 proc. przez Unię Europejską, 10 proc. wykłada Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju, a pozostałą część zapewnia dane województwo. Finansowanie publiczne zdaniem prezes Hawe jest potrzebne, bo na niektórych obszarach budowa infrastruktury jest nieopłacalna dla przedsiębiorców. UE wspiera rozwój sieci światłowodowych na obszarach interwencji, ponieważ ma to służyć zwiększeniu spójności terytorialnej i społecznej.

Według zagranicznych analiz wzrost penetracji sieci szerokopasmowych w ostatniej mili (FTTH – Fiber To The Home) o  10 punktów procentowych  przekłada się na dodatkowy 1 punkt procentowy wzrostu PKB. Z tego względu budowa sieci dostępowej jest obecnie priorytetem w nowej perspektywie finansowej UE na lata 2014-2020. Realizowane przez Hawe projekty dla Warmii i Mazur oraz Podkarpacia w systemie zaprojektuj-wybuduj-operuj mają być oddane do użytku w 2015 r.

 W ramach projektu sieci szerokopasmowych Warmii i Mazur jest to projekt wholesale’owy, czyli hurt.  To oznacza, że my będziemy podłączać do naszych punktów dystrybucyjnych operatorów lokalnych, a oni z kolei w tej drugiej turze dofinansowania z Unii Europejskiej będą budować tzw. „ostatnią milę”, czyli infrastrukturę do klienta końcowego, na obszarach białych plam i tam, gdzie te inwestycje się nie opłacają – mówi Krzysztof Witoń.

Hawe również buduje sieci FTTH, jednak w przeciwieństwie do projektów dla województw nie mają one współfinansowania ze strony UE.

W ten sposób może paradoksalnie być taka sytuacja, że do tych miejscowości małych, oddalonych od dużych miast, FTTH trafi wcześniej niż do niektórych większych miast – podkreśla Witoń.

Lubawa spodziewa się nowych kontraktów w ramach planu modernizacji sił zbrojnych

0

CEO Magazyn Polska

Lubawa liczy na nowe kontrakty związane z programem modernizacji polskich sił zbrojnych pomimo przegranej w przetargu na hełmy dla spadochroniarzy. Jako spółka strategiczna dla bezpieczeństwa kraju korzysta na przetargowym kryterium polonizacji, czyli transferu technologii i produkcji sprzętu w Polsce, i rozszerza ofertę. Dzięki współpracy z holenderskim koncernem Ten Cate zaoferuje elementy balistyczne do samolotów, śmigłowców i okrętów. Drugim kluczowym dla Lubawy obszarem działalności jest rozwój współpracy z przedsiębiorcami. 

Stawiamy nacisk na bardzo intensywny udział w trwającym programie modernizacji sił zbrojnych – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Kubica, prezes zarządu Lubawa SA. – Czy przełoży się to na sprzedaż w kolejnym kwartale? Moja odpowiedź brzmi ,,nie’’, ponieważ w tej branży tak szybko to nie działa. Prowadzimy dziś działania zarówno krótkoterminowe, czyli aktywne uczestnictwo w sprzedaży i promocji naszych produktów na rynkach krajowych i zagranicznych, jak i działania długofalowe.

Kubica podkreśla, że Lubawa zamierza uczestniczyć w programie modernizacji sił zbrojnych w wielu obszarach. Spółka liczyła na sprzedaż hełmów bojowych dla spadochroniarzy, ale pod koniec maja zwycięzcą przetargu została spółka MASKPOL. Lubawa oferuje także stroje pirotechniczne zabezpieczające przed wybuchami, osłony pirotechniczne oraz pojemniki na amunicję. Lubawa chce także zwiększyć obecność w sektorze balistyki dla pojazdów, okrętów, samolotów i śmigłowców. Skorzysta na porozumieniu podpisanym z holenderskim koncernem Ten Cate, który specjalizuje się m.in. w tego typu elementach.

To jest koncern, który notuje obroty roczne na poziomie blisko miliarda euro, jest jednym z liderów w tym segmencie rynku na świecie, posiada wiele fabryk w Europie i Stanach Zjednoczonych i wybrał Lubawę jako swojego partnera w Europie Środkowo-Wschodniej. To do naszych zakładów będzie następował teraz transfer technologii z koncernu Ten Cate i polonizacja tych systemów w celu złożenia oferty naszym odbiorcom na terenie kraju – zapowiada Kubica.

Z kolei dzięki współpracy z czeskim partnerem Lubawa opracowała nowe fotele antywybuchowe. Jak podkreśla Kubica, oferta spółki wykracza poza tradycyjne obszary namiotów i kamizelek balistycznych. Dodaje, że nowe produkty odpowiadają potrzebom polskiego wojska. Na przykład systemy balistyczne dla śmigłowców są powiązane z trwającą procedurą wyboru 70 śmigłowców wielozadaniowych.

Kubica ma nadzieję, że w trwającym do 2022 r. planie modernizacji technicznej sił zbrojnych Lubawa odegra poważną rolę z uwagi na kryterium polonizacji. Daje to spółce, wpisanej na listę firm strategicznych dla bezpieczeństwa państwa, przewagę nad zagranicznymi konkurentami.

– Myślę, że mamy duże szanse na to, żeby w kolejnym kwartale, przynajmniej w obszarze podpisanych kontraktów, poprawić naszą pozycję pod względem przychodów – ocenia Kubica. Dodaje: – Sytuacja się nieco skomplikowała jeżeli chodzi o rynek zamówień publicznych w Polsce, ponieważ te zamówienia proceduje się według nowych przepisów, które zakładają dwuetapowy proces uczestnictwa w postępowaniu. To powoduje wydłużenie postępowania o co najmniej dwa miesiące.

Lubawa zainteresowana jest też współpracą z przedsiębiorcami. Rozwój relacji business to business to kolejny strategiczny cel koncernu.  Zainteresowaniem cieszą się m.in. osłony na amunicję. Lubawa dostarcza już także składniki paliwowe oraz pływaki do śmigłowców produkowanych przez lubelskie zakłady Agusty Westland.

Kubica dodaje, że dzięki współpracy z takimi koncernami, jak Sikorsky, Boeing czy Airbus, z którymi spółka prowadzi rozmowy, Lubawa może uniezależnić się od zamówień z resortów obrony i spraw wewnętrznych. Przypomina, że w ramach grupy wiele spółek notuje dobre wyniki w zupełnie innych sektorach.

W przypadku Litex Promo te produkty to nośniki reklamy zewnętrznej  jest stały progres i myślę, że będzie utrzymany w kolejnych okresach. Jeżeli chodzi o spółkę Miranda, produkty to tkaniny, dzianiny techniczne, rozwija się współpraca z siecią Ikea. Rozwijamy również relacje z partnerami z przemysłu automotive – wylicza Kubica.

40 proc. polskiego rynku śmieci w rękach zagranicznych firm

0

CEO Magazyn Polska

Po wprowadzeniu ustawy śmieciowej rynek zagospodarowania odpadów komunalnych został podzielony między ok. 750 podmiotów z 3,4 tys., które działały wcześniej w branży. Jedną trzecią wartego 3,3 mld zł rocznie rynku posiadają duże podmioty zagraniczne. Razem z firmami w konsorcjach stanowią one 40 proc. rynku – wynika z badań firmy HSM Polska. Wciąż brakuje regionalnych instalacji przetwarzania odpadów komunalnych.

Efektem wprowadzenia nowego Prawa o zagospodarowaniu odpadów są przetargi na odbiór śmieci organizowane przez gminy. Według ekspertów firmy HSM Polska łączna wartość kontraktów wyniosła ponad 6 mld zł, a uzyskało je 750 podmiotów spośród 3 400 działających na polskim rynku przed obowiązywaniem ustawy. Zdecydowana większość zawartych umów (ponad 80 proc.) dotyczyła usług polegających na odbiorze odpadów wraz z ich późniejszym zagospodarowaniem. Biorąc pod uwagę czas i zakres obowiązywania tych umów, eksperci HSM Polska szacują roczną wartość rynku na około 3,3 mld zł.

Rynek od strony podmiotowej się znacząco zmienił. Dużo mniejsza liczba firm będzie w tej chwili ten tort mogła zagospodarowywać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Karpiński, wiceprezes HSM Polska, producenta urządzeń do recyklingu z zakresu techniki biurowej i ochrony środowiska. – Zamysłem przetargów było wyłonienie firmy, która uzyska wyłączność na odbiór odpadów komunalnych gospodarstw domowych z terenu danej gminy bądź sektora. W ich wyniku wyłoniono ok. 750 podmiotów.

Potentaci podzielili większość rynku. Z drugiej strony ponad 200 małych firm, obsługujących tylko jedną gminę, ma udział nieprzekraczający łącznie 10 proc. Ci, którzy nie zdołali uzyskać kontraktu, musieli poszukać innych możliwości.

Wiele firm, które przed przetargami nie czuły się mocne ekonomicznie, już wcześniej zaczęło zajmować się innymi formami działalności. Są firmy, które zajęły się na przykład organizacją terenów zielonych lub zbiórką odpadów z nieruchomości niezamieszkałych. Nie widać znaczących upadłości – stwierdza wiceprezes HSM Polska.

Część spośród 750 podmiotów była zorganizowana w ramach konsorcjów, często wokół firm z kapitałem zagranicznym, m.in. Remondis, Alba, A.S.A Polska, Sita Polska, Toensmeier, Veolia.

To są potentaci branży znani na rynkach Europy Zachodniej. Już w tej chwili widzimy, że ta grupa podmiotów ma znaczący udział w rynku – około 40 proc., jeżeli mierzyć wartości kontraktów zawartych w ramach zarówno indywidualnych podmiotów, jak i konsorcjów. Natomiast sam udział firm zagranicznych to jest około 34 proc. wartości rynku – wyjaśnia Mariusz Karpiński.

Ze raportu HSM Polska wynika, że najmniej za odbiór śmieci płacą mieszkańcy Polski Wschodniej, przede wszystkim dlatego, że tam więcej przetargów jest tylko na odbiór i nie uwzględniają one zagospodarowania odpadów. Statystycznie najwięcej miesięcznie płacą mieszkańcy województwa dolnośląskiego, bo aż 152 złotych, najmniej natomiast zapłaci statystyczny mieszkaniec województwa podlaskiego, bo tylko 40 złotych.

Prawie rok obowiązywania ustawy potwierdził konieczność inwestycji w regionalne instalacje przetwarzania odpadów komunalnych.

W zamyśle ustawodawcy jest tak, że cały strumień odpadów komunalnych ma być w tej chwili kierowany do tych właśnie wyspecjalizowanych instalacji. Jest ich w Polsce stosunkowo mało, w tej chwili zaczynają być budowane, są na różnym etapie rozwoju. Tych instalacji będzie musiało powstać w Polsce bardzo wiele, przy czym są one finansowane z bardzo różnych źródeł. Nie są to tylko inwestycje firm prywatnych, są to w dużej mierze też inwestycje sektora samorządowego bądź sektora publicznego – mówi Karpiński.

Z kolei firmy, które przetargi wygrały, musiały za to zainwestować w dodatkowe pojemniki, nowe samochody i standard obioru odpadów. Takie inwestycje w niektórych przypadkach były większe niż firmy oczekiwały. Powód? Zdaniem Karpińskiego, organizatorzy nie oszacowali ilości odpadów i w efekcie firmy muszą zbierać ich więcej niż przypuszczały. To wynik wprowadzonego w ustawie systemu opłat. Płaci każdy konsument i za tę opłatę może oddać dowolną ilość śmieci.

W efekcie większość osób, które swoimi sposobami utylizowała śmieci, teraz wykłada je do odbioru. To pozytywna strona regulacji: znikają dzikie wysypiska, śmieci trafiają do zorganizowanego systemu gospodarki odpadami – mówi Mariusz Karpiński.

W ciągu dwóch lat recepty papierowe zostaną zastąpione przez elektroniczne

CEO Magazyn Polska

Jeszcze przed końcem tego roku ma zacząć działać Internetowe Konto Pacjenta. System ma skrócić kolejki do specjalistów, ułatwić zarządzanie zleconymi badaniami oraz zebrać w jednym miejscu historię medyczną pacjenta. W ramach systemu stopniowo wprowadzone zostaną też elektroniczne recepty, które do sierpnia 2016 r. całkowicie zastąpią papierowe.

Internetowe Konto Pacjenta będzie narzędziem informatycznym dla wszystkich obywateli, w ramach którego będziemy mogli gromadzić, prezentować i udostępniać dane medyczne i wszystkie informacje o kontakcie pacjenta z systemem ochrony zdrowia. Pacjent będzie mieć wgląd do całej historii leczenia i będzie mógł udostępniać konkretne zakresy danych konkretnym pracownikom medycznym. Wyeliminujemy tym sposobem między innymi potrzebę zbierania dokumentacji medycznej od różnych świadczeniodawców – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Kędzierski, dyrektor Centrum Systemów Informatycznych Ochrony Zdrowia.

Podległe Ministerstwu Zdrowia Centrum wyda na system elektronicznej dokumentacji medycznej łącznie ponad 700 mln zł. Internetowe Konto Pacjenta jest ważnym elementem tego systemu i umożliwi m.in. wgląd do wystawionych recept, wyników badań czy skierowań na badania specjalistyczne. IKP ma ruszyć pod koniec tego roku, prawdopodobnie na przełomie listopada i grudnia.

Kędzierski zapowiada, że poza IKP wkrótce rozpocznie się wdrażanie systemu elektronicznych recept i elektronicznych skierowań. Proces potrwa do 1 sierpnia 2016 r. Kędzierski zapowiada, że dzięki przeniesieniu dokumentów do wersji cyfrowej zniknie problem np. nieczytelnych recept. Będzie można też je realizować częściowo – obecnie receptę można zrealizować tylko w całości w jednej aptece, co czasem naraża pacjentów na szukanie apteki, która ma na stanie wszystkie przepisane leki.

W przypadku recepty elektronicznej będzie możliwość wykupienia konkretnej dawki czy konkretnego leku według wyboru w różnych aptekach, jeżeli pacjent tak zdecyduje – zapowiada Kędzierski. – Przez najbliższe dwa lata od momentu uruchomienia tych usług do 1 sierpnia 2016 roku będzie istniała taka sytuacja, w której będą możliwe do obsługi zarówno recepty papierowe, jak i elektroniczne.

Kędzierski wyjaśnia, że proces podłączania kilkudziesięciu tysięcy placówek ochrony zdrowia do systemu jest czasochłonny i nie da się go przeprowadzić z dnia na dzień. W tych placówkach, które będą podłączone do systemu, wystawianie recept elektronicznych będzie natychmiast możliwe.

Centrum Systemów Informatycznych Ochrony Zdrowia zapowiada, że wesprze zarówno małe placówki, jak i prywatne gabinety. Otrzymają one darmowe oprogramowanie (Aplikację Usługodawców i Aptek). W ten sposób wyposażone zostaną te placówki, którym nie opłacałoby się kupować sprzętu i oprogramowania.

Kędzierski podkreśla, że w systemie będą gromadzone przede wszystkim dane wpisywane przez lekarzy. Pacjenci będą mieli jednak możliwość dopisania informacji związanych z danymi ratunkowymi, czyli np. dotyczące alergii lub wszczepionych urządzeń. Będą mogli też poprosić lekarzy o wpisanie tych danych, które będą udostępniane tylko w przypadku potrzeby. W systemie będzie też funkcja kalendarza wizyt i przypominania o nich.

Optymalizacja procesu leczenia zdecydowanie się poprawi. Dzisiaj jest tak, że bardzo często pacjent chodzi do różnych specjalistów, a każdy z nich wystawia skierowanie na badania diagnostyczne, które często są powielane. To jest pewien pomysł na skrócenie kolejek do specjalistów, bo na podstawie elektronicznego skierowania pacjent będzie mógł się wpisać tylko na jedną listę oczekujących – tłumaczy Kędzierski.

Obecnie pacjenci często wpisują się na kilka list, licząc na skrócenie czasu oczekiwania. Ponieważ rzadko informują lekarzy o tym, że odbyli wizytę w innej placówce, prowadzi to do wydłużenia kolejek do specjalistów.

100 mln użytkowników Ask.fm. Serwis świętuje czwarte urodziny

Serwis społecznościowy Ask.fm, opierający się na schemacie Q&A (questions and answers, czyli pytań i odpowiedzi), w czerwcu będzie obchodził czwarte urodziny. Łotewska platforma jest jednym z internetowych fenomenów, ale wzbudza także kontrowersje. Tylko w Polsce korzysta z niej 2,5-3,5 mln użytkowników.

Ask.fm umożliwia zarejestrowanym użytkownikom zadawanie krótkich pytań, na które odpowiadają inni internauci. Pytania są kierowane do osób, które obserwujemy. Do statusów tekstowych można również dodawać zdjęcia czy filmy.

Serwis jest wyjątkowo popularny wśród nastolatków i często przez tę grupę typowany jako jedno z najważniejszych zjawisk ostatnich miesięcy. W Polsce korzystają z niego głównie osoby w przedziale wiekowym 7-24 lata.

W ostatnim czasie w serwisie społecznościowym Reddit zapytano nastolatków z całego świata, jakie zjawisko, produkt czy postać są obecnie najpopularniejsze wśród młodych. Co się okazało, Ask.fm znalazł się tam w ścisłej czołówce obok gwiazd muzyki, gwiazd filmu, obok takich serwisów jak Snapchat czy takich zjawisk jak hashtagi – zwraca uwagę w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Łukasz Jadaś z Instytutu Monitorowania Mediów i przypomina, że na świecie korzysta z niego już ponad 100 mln użytkowników internetu. – Serwis został już przetłumaczony na 40 języków – dodaje.

Zdaniem przeciwników Ask.fm serwis może być niebezpiecznym narzędziem w rękach nastolatków, wykorzystywanym do znęcania się nad rówieśnikami. Łotewska strona znalazła się w ogniu krytyki pod koniec ub.r., kiedy nastolatka z Wielkiej Brytanii, która padła ofiarą cyberprzemocy, popełniła samobójstwo. Twórcy serwisu zapewniają, że walczą z każdym przejawem takiego zachowania, stale rozbudowując grupę moderatorów i upraszczając mechanizmy zgłaszania przypadków nękania.

Przypadki cyberbullyingu, czyli sieciowego nękania, zdarzają się oczywiście w każdym serwisie społecznościowym i powinny być tak samo piętnowane – uważa Łukasz Jadaś. – Jeżeli chodzi o prywatność w serwisie Ask.fm, to jest ona właściwie taka, jaką ustalił sam użytkownik. Dlatego też trzeba zwrócić szczególną uwagę na to, by troszczyć się o poziom prywatności i informacje, jakie ujawniają na swój temat użytkownicy tego serwisu.

Jego zdaniem w trakcie monitoringu serwisu Ask.fm, jaki prowadzi Instytut Monitorowania Mediów, nie stwierdzono rażących przypadków ujawniania prywatności.

Mam wrażenie, że młodzi ludzie, czyli główni użytkownicy Ask.fm, mają do niego lżejszy stosunek niż osoby dorosłe, nie traktują go do końca poważnie – przekonuje Jadaś.

ENEA Mecenasem Sportu Wolnej Polski

0

Firma otrzymała tę zaszczytną nagrodę podczas wczorajszej gali Sportowy Sukces 25-lecia Wolnej Polski. Uroczystość z udziałem Prezydenta Bronisława Komorowskiego i Premiera Donalda Tuska odbyła się na Stadionie Narodowym w Warszawie. Galę i poprzedzający ją plebiscyt zorganizowało Ministerstwo Sportu i Turystyki we współpracy z Telewizją Polską oraz Przeglądem Sportowym.

Monitoring marki, czyli co i jak mówią o nas klienci

Nawet jedna negatywna opinia w sieci potrafi mocno zaszkodzić marce. Jest to szczególnie widoczne w czasach rewolucji social media, gdy każdy z nas może zabrać głos. Głos ten ma coraz większe znaczenie, nawet w przypadku losów i strategii największych firm. Z pomocą przychodzi tutaj monitoring treści, jeden z głównych trendów marketingu internetowego. Można bowiem z niezwykle dużą skutecznością monitorować to, o czym i jak konsumenci mówią w sieci, w tym także właśnie w social media.

W dobie internetu i mediów społecznościowych każdy może być nadawcą informacji, tej pozytywnej jak i negatywnej. Nie powinniśmy się tego bać, ale raczej uważnie słuchać głosów naszych klientów i umieć z nich wynieść maksimum korzyści. I właśnie to jest głównym celem monitoringu internetu. Poprzez zestaw działań, które umożliwiają bieżącą obserwację i ocenę informacji, jakie ukazują się na temat firmy czy danej marki w internecie, jest możliwa wczesna identyfikacja kryzysów oraz ocena efektywności komunikacji. Bardzo ważnym elementem jest również badanie zachowań klientów, ich opinii, a także związanych z marką trendów. Za jeden z głównych celów monitorowania marki w sieci uznawane jest również stworzenie nowego kanału komunikacji z klientami. Jego umiejętne wykorzystywanie pozwala m.in. na wsparcie sprzedaży, a także wzmocnienie pozytywnego wizerunku wybranej marki, produktu bądź usługi.

Duża grupa użytkowników sieci społecznościowych obserwuje za ich pomocą marki lub produkty, a co jest jeszcze bardziej znaczące wielu korzystających z platform społecznościowych publikuje wpisy związane z markami. Nawet jeśli nie prowadzimy aktywnych działań na Facebooku czy Twitterze nie znaczy to, że nasza marka nie jest już tam obecna, a nasi klienci o niej nie rozmawiają. Dlatego też, monitorowanie tego co, gdzie i kto o nas mówi powinno być podstawą wszystkich działań marek w mediach społecznościowych. – radzi Katarzyna Kołodziejczyk, Management Board Assistant GRUPA 365 NET.

Narzędzia do monitoringu i analityki mediów społecznościowych muszą być proste i oferować dokładność wyników. Dane powinny pochodzić z wielu, dobrze dobranych źródeł i powinny być dopasowane do potrzeb analitycznych. Umiejętność dobrego ich wykorzystania to bowiem podstawa. Narzędzia analityczne dają nam szybki dostęp do miejsc, w których mówi się o naszej marce oraz możliwość śledzenie opinii naszych klientów, nie tylko ogólnie w internecie ale także w mediach społecznościowych czy na forach internetowych. Coraz szybszy rozwój tych narzędzi stwarza również możliwości oceny, czy wypowiedzi o danej marce koncentrują się wokół emocji pozytywnych czy negatywnych. Jeżeli bowiem wiemy jak oceniane są nasze produkty, jak odbierane są nasze reklamy i jak oceniana jest jakość naszych usług, mamy możliwość odpowiednio zareagować i przewidzieć wcześniej potencjalne problemy.

6 mln klientów PGNiG zostanie przeniesionych do nowej spółki

0

CEO Magazyn Polska

Dzięki przyjętej w piątek przez Sejm nowelizacji Prawa energetycznego PGNiG może bez przeszkód wydzielić nową spółkę zajmującą się sprzedażą detaliczną gazu. W ramach sukcesji generalnej ponad 6 mln klientów zostanie automatycznie przeniesionych do PGNiG Obrót Detaliczny bez uciążliwych procedur. Zmiany te mają umożliwić PGNiG wypełnienie obliga gazowego.

Ta ustawa oznacza, że w procesie wydzielania będzie możliwe przeniesienie umów z klientami z jednej spółki na drugą, bez konieczności wysyłania aneksów do ponad 6 mln klientów i obarczania ich ciężarem związanym z całą zmianą strukturalną na rynku. W gruncie rzeczy celem tej zmiany jest ułatwienie życia odbiorcy – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Szlagowski, dyrektor Departamentu Regulacji PGNiG.

Szlagowski przypomina, że w 2007 r. podobne zmiany zaszły już na rynku energii elektrycznej. Wtedy również zastosowano sukcesję generalną, czyli automatyczne przejęcie umów przez wydzieloną spółkę. Dodaje, że proces liberalizacji rynku gazu jest niezbędny, ale nie może być uciążliwy dla klientów. Bez sukcesji generalnej wśród odbiorców mogłoby powstać duże zamieszanie.

Nowelizacja ustawy Prawo energetyczne gwarantuje konsumentom, że w umowie na dostawy gazy nie zmieni się nic, oprócz nazwy dostawcy. Zapewnia im równocześnie możliwość wypowiedzenia umowy.

Wydzielenie nowej spółki jest korzystne dla PGNiG, bo pozwoli spółce wypełnić obligo gazowe, czyli wprowadzony w ubiegłym roku obowiązek sprzedaży części wolumenu gazu przez Towarową Giełdę Energii. Do tej pory sytuacja na rynku sprawiała, że spółka miała problem ze znalezieniem odbiorców na giełdzie, a za niewypełnienie obliga grozi jej nawet 4,8 mld zł kary, nałożonej przez prezesa URE.

Przy obecnej strukturze rynku spółka nie jest w stanie wypełnić tego obowiązku, pomimo wszelkich starań, które podejmuje. Żeby zmienić tę sytuację na rynku, spółka zaczęła przygotowywać się do wydzielenia spółki zajmującej się obrotem detalicznym. Jesteśmy teraz w trakcie procesu wydzielania – mówi Szlagowski.

Zgodnie z prawem w 2013 r. PGNiG miał sprzedać poprzez TGE 30 proc. produkowanego gazu. W tym roku udział ten wzrósł do 40 proc., a docelowo ma wynosić 55 proc. Jednak w ubiegłym roku poprzez giełdę spółka sprzedała zaledwie kilka procent produkcji. Problemem jest przede wszystkim znalezienie odbiorców, bo najwięksi klienci instytucjonalni są albo związani wieloletnimi umowami z PGNiG, albo sprowadzają gaz samodzielnie.

Dzięki wydzieleniu nowej spółki problem ma zniknąć, bo to właśnie ona na równych z konkurencją i transparentnych zasadach będzie kupować gaz poprzez TGE, a potem sprzedawać go odbiorcom indywidualnym.

– Prawodawca nakłada pewne obowiązki, a spółka musi je realizować. Powołanie nowego podmiotu jest dodatkowym, brakującym narzędziem, które umożliwi wypełnienie nałożonego wcześniej obowiązku. Gdybyśmy mieli je odrobinę wcześniej, szybciej by ten proces liberalizacji przebiegł – podkreśla Szlagowski.

Prezes Banku Millennium: Polska gospodarka będzie się dynamicznie rozwijać. Wzrośnie konsumpcja i spadnie bezrobocie

CEO Magazyn Polska

Przyspieszenie gospodarki w latach 2014-2015 obejmie małe i średnie firmy, wzrośnie też konsumpcja i zatrudnienie. Tak prognozuje Bank Millennium, w którym kredyty korporacyjne są najszybciej rosnącą grupą. Firmy mają jeszcze sporo oszczędności na depozytach, które także mogą przeznaczyć na nowe inwestycje. Bank chce wykorzystać dobrą koniunkturę do zwiększenia udziału w polskim rynku.

W pierwszym kwartale roku bank odnotował dynamiczne wzrosty w obszarze finansowania przedsiębiorstwo. Portfel kredytowy zwiększył się o ponad 16 proc. w ujęciu rocznym.

Kredyty korporacyjne rozwijają się bardzo dobrze. To efekt wzrostu inwestycji i zwiększenia skali obrotów handlowych. Widzimy wzrost w kredytach korporacyjnych, leasingu oraz w faktoringu. Bardzo optymistycznie patrzymy na rozwój biznesu korporacyjnego w ciągu najbliższych dwóch lat – mówi Joao Bras Jorge, prezes zarządu Banku Millennium. – Przewidujemy dynamiczny rozwój polskiej gospodarki, która zawsze dobrze sobie radziła, ale teraz będzie jeszcze bardziej wspomagana poprzez ożywienie w gospodarce UE.

Już w trzecim i czwartym kwartale 2013 r. inwestycje brutto rosły znacznie szybciej niż prognozował Narodowy Bank Polski. W ujęciu rocznym w czwartym kwartale zwiększyły się one o 1,4 proc., a NBP spodziewał się wzrostu o 0,6 proc. Z danych GUS wynika, że inwestycje w pierwszym kwartale wzrosły o 10,7 proc. w ujęciu rocznym. W kolejnych kwartałach można spodziewać się dalszego przyspieszenia. To dlatego, że w pierwszym kwartale br. według wstępnych szacunków GUS PKB wzrósł realnie o 3,4 proc. w ujęciu rocznym. Świadczy o tym również szybszy wzrost kredytów korporacyjnych niż konsumpcyjnych, choć i tam widać stopniową poprawę dynamiki.

Rynek kredytów hipotecznych delikatnie rośnie. To oczywiste, że szybko nie wrócimy do jego wielkości sprzed kryzysu, ale są sygnały świadczące o jego systematycznym wzroście. Kredyty konsumpcyjne rosną stopniowo, to idzie w parze ze wzrostem konsumpcji, który ma miejsce i sądzimy, że będzie miał miejsce w przyszłości – prognozuje Joao Bras Jorge.

Według prezesa Banku Millennium konflikt na Ukrainie jest dużym wyzwaniem, ale ma bardziej podłoże geopolityczne niż gospodarcze. W rezultacie ekonomiści banku należącego do portugalskiego Millennium BCP nie spodziewają się, że zahamuje on wzrost polskiej gospodarki, bo jest on w coraz mniejszym stopniu napędzany przez eksport.

Gospodarka zawsze, a w każdym razie ostatnio, dobrze sobie radziła przy wsparciu eksportu, a teraz będzie sobie radzić dzięki prywatnej konsumpcji oraz inwestycjom firm – przewiduje Joao Bras Jorge.

Dzięki temu obserwowany obecnie wzrost ma być bardziej włączający, czyli wpływający na poprawę sytuacji szerszych grup pracowników i firm.

Możemy mieć dynamiczne PKB dzięki eksportowi i wielkim firmom albo możemy mieć bardziej powszechny wzrost gospodarczy – a to jest dokładnie to, co my przewidujemy. Sądzimy, że najbliższe dwa lata, czyli 2014 i 2015, to będzie czas mocnego wzrostu gospodarczego, który będzie można dostrzec na ulicach w postaci większej konsumpcji, wzrostu inwestycji, zmniejszenia bezrobocia, zwiększenia możliwości zatrudnienia – w taki sposób, że odczują go ludzie – uważa Bras Jorge.

Podstawą do takich prognoz mogą być pozytywne tendencje, które są widoczne także po stronie depozytów bankowych. W przypadku gospodarstw domowych, szybko rośnie ich wartość, natomiast firmy mogą zacząć je redukować. Według prezesa Banku Millennium optymizm panujący wśród przedsiębiorstw może sprawić, że sięgną one po wolne środki na kontach bankowych, by przeznaczyć je na swój rozwój.

Mieliśmy duży wzrost depozytów w segmencie klientów indywidualnych – o 9 proc. w ciągu roku. To bardzo dobry wynik. Naszym zdaniem ten obszar w dalszym ciągu będzie sobie dobrze radził i będziemy notować dalszy wzrost depozytów. Być może wśród klientów korporacyjnych będziemy obserwować pewną redukcję depozytów, bo patrzą oni pozytywnie na perspektywy gospodarki i mogą przeznaczyć wolne środki na inwestycje lub przejęcia – przewiduje prezes Millennium.

W ostatnich latach spółka córka Millennium BCP koncentrowała się na poprawie rentowności, co było spowodowane m.in. trudną sytuacją w sektorze bankowym w Europie. Przyspieszająca polska gospodarka ułatwia teraz realizację kolejnego etapu strategii banku – wzrostu liczby klientów. Temu ma służyć m.in. nowa oferta. Jednym z obszarów, które będą zyskiwały na znaczeniu w walce o klienta, jest bankowość mobilna, która stopniowo będzie zwiększała swój udział w bankowości.

Będzie ona tak ważna w bankowości, jak obecnie jest internet. Inwestujemy i robimy bardzo dużo w kwestii operacji mobilnych, a systemy, które już teraz mamy, są jednymi z najlepszych na rynku. Wciąż będziemy jednak inwestować w nowe mobilne platformy – zapowiada Joao Bras Jorge.