Co trzecia firma planuje w tym roku zainwestować w chmurę. Wysoko na liście priorytetów jest też poprawa bezpieczeństwa

Co trzecia firma planuje w tym roku zainwestować w chmurę. Wysoko na liście priorytetów jest też poprawa bezpieczeństwa 1

Jak wynika z globalnej ankiety firmy Red Hat, w tegorocznych budżetach działów IT na liście priorytetów są integrowanie danych i aplikacji, inwestycje w usługi chmurowe oraz tworzenie nowoczesnych aplikacji. To duża zmiana względem ubiegłego roku, kiedy firmy znacznie częściej skupiały się na optymalizacji już posiadanych zasobów  IT. Co ciekawe, większość działów IT nie zamierza prowadzić w tym roku prac nad rozwiązaniami sztucznej inteligencji czy internetu rzeczy, uważając te technologie za wciąż mało dojrzałe. 

– Priorytetem w tym roku w środowisku IT jest bez wątpienia modernizacja. Każdy szef firmy odpowiedzialny za strukturę informatyczną budzi się z jednym pytaniem: czy jestem w stanie dogonić czy przegonić konkurencję? 42 proc. badanych osób, szefów największych firm w Polsce i w Europie, mówi jednym słowem: musimy się zmodernizować i musimy wyprzedzić konkurencję – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Rocki, dyrektor regionalny na Europę Środkowo-Wschodnią firmy Red Hat.

Z ankiety Red Hat Global Customer Tech Outlook 2018, przeprowadzonej wśród 400 firm z całego świata, wynika, że przeważająca część budżetów na IT trafi w tym roku na integrację danych, które posiada firma. Tak uważa 76 proc. respondentów. 36 proc. wskazuje na technologie chmurowe, a 30 proc. – na tworzenie i wdrażanie nowoczesnych aplikacji.

– Firmy IT widzą szeroko pojęte środowisko chmurowe jako jeden z obszarów, w którym oszczędności mogą być osiągane najszybciej, 36 proc. badanych uważa, że to wydarzy się w najbliższym czasie. 61 proc. badanych zastanawia się w tej chwili nad tym, czy przejść do środowiska hybrydowego, chmury prywatnej czy też publicznej – wyjaśnia Krzysztof Rocki.

Kluczowy dla efektywności i kosztów procesów zarządzania firmą może być wybór właściwego rozwiązania w obszarze technologii chmurowych.

– Bez wątpienia chmura prywatna czy hybrydowa mają swoje zalety, np. obniżenie kosztów. A to jest wyzwanie. Każdy z nas korzysta ze środków IT, każdy widzi, że to jest szansa, ale nie każdego na to stać, stąd obniżenie kosztów jest priorytetem – podkreśla Krzysztof Rocki.

Rozwiązaniem preferowanym przez firmy jest chmura hybrydowa łącząca zalety chmury prywatnej i publicznej. 37 proc. organizacji, które wzięły udział w badaniu Red Hat, zmierza w kierunku systemów wielochmurowych – wdrażając lub planując wdrożenie takiej infrastruktury w 2018 roku.

– IT jest obszarem, w którym wszystkie firmy szukają oszczędności. To jest możliwe. Spójrzmy na takiego giganta jak Deutsche Bank, który stając w ubiegłych latach przed bardzo trudnym wyzwaniem redukcji kosztów, z 11 mld euro potrafił zredukować koszty przy użyciu IT o ponad 1,5 mld. Widzimy, jak olbrzymie są to zasoby. Zostało to dokonane z użyciem narzędzi open source, z czego jesteśmy bardzo dumni – podkreśla Krzysztof Rocki.

Na liście priorytetowych inwestycji na razie nie znalazły się sztuczna inteligencja, uczenie maszynowe czy internet rzeczy. Większość działów IT traktuje te technologie jako wciąż niedojrzałe. Zdaniem ekspertów Red Hat z pewnością będzie o nich głośno w sondażach w kolejnych latach.

Z badania Red Hat wynika, że choć o cyfrowej transformacji biznesu wiele się mówi, to w praktyce wygląda to inaczej. Tylko 19 proc. ankietowanych firm zamierza w tym roku realizować zadania związane z cyfrową transformacją. W opinii ekspertów tak niski odsetek może wynikać stąd, że przedsiębiorcy chcą najpierw zbudować i zmodernizować infrastrukturę, a następnie zająć się poważniejszymi zmianami.

– Każda firma dzisiaj ma swoją wersję transformacji cyfrowej, niektóre firmy zostały do tego zmuszone, np. firmy telekomunikacyjne przez konieczność obniżenia cen. Wymusiło to na nich transformację cyfrową w celu obniżenia kosztów. To się dzieje dzisiaj również w sektorze finansowym, bankowym i ubezpieczeniowym. Ale niestety widać też, że wiele firm wycofuje się z przeprowadzenia takiej transformacji – mówi Krzysztof Rocki.

Jak podkreśla, efekt takiej decyzji może być jeden – utrata konkurencyjności.

– Według naszych badań za 7 lat 30 proc. firm, które dzisiaj znamy jako marki ogólnoświatowe, przestanie istnieć. Przyczyną będą nie tylko fuzje i przejęcia, lecz także zaniechanie procesu transformacji cyfrowej – prognozuje Rocki.

Nowe przepisy o specjalnych strefach ekonomicznych w Sejmie. Dzięki nim do Polski mogą napłynąć nowe inwestycje

Nowe przepisy o specjalnych strefach ekonomicznych w Sejmie. Dzięki nim do Polski mogą napłynąć nowe inwestycje 2

Proponowane przepisy o specjalnych strefach ekonomicznych pozwolą stworzyć lepiej płatne i wysokiej jakości miejsca pracy – podkreśla Janusz Michałek, prezes Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Przyznawane inwestorom punkty za współpracę z uczelniami, klastrami czy za działy badań i rozwoju mogą być gwarantem zaawansowanej technologicznie inwestycji. Te zaś mogą przyciągnąć wysoko wykwalifikowanych pracowników, a to ich brak jest największą bolączką inwestorów.  

Zmiany założone w ustawie o wspieraniu nowych inwestycji oznaczają prawdziwą rewolucję dla SSE. Przede wszystkim rozszerza możliwość udzielania ulg podatkowych firmom, które inwestują nie tylko w specjalnych strefach ekonomicznych, lecz także na terenie całego kraju. Nie będzie więc już potrzeby rozszerzania granic stref. Dotychczas obszar objęty SSE wynosił 25 tys. ha, czyli 0,08 proc. powierzchni kraju.

– Nowa ustawa oznacza, że nie będzie już granic. To była wielka bariera. Czasami mieliśmy bardzo dobrą inwestycję, ale ulokowaną w biurowcu poza strefą. Dzisiaj tej bariery nie będzie. Plusem jest na pewno duża liczba kryteriów jakościowych, które mówią, że inwestor dostanie punkty za współpracę z uczelniami, za działy R&D, współpracę z klastrami. To cieszy, bo wtedy wiemy na pewno, że taka inwestycja będzie bardzo mocno zaawansowana technologicznie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Janusz Michałek, prezes Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

Cenione mają być zwłaszcza te inwestycje, które pozytywnie przełożą się na rozwój gospodarczy kraju i danego regionu. Według ustawy, nad którą pracuje Sejm, projekt inwestycyjny będzie mógł otrzymać maksymalnie 10 punktów jakościowych w obszarze rozwoju naukowego (współpraca z uczelniami, rozwój klastrów, działalność B+R), rozwoju strukturalnego (zatrudnienie kadry ze specjalistycznym wykształceniem, stworzenie wysokopłatnych miejsc pracy), zrównoważonego rozwoju (kluczowe jest miejsce inwestycji, dodatkowe punkty za wsparcie małych firm oraz inwestycje w średnich miastach) oraz rozwoju zasobów ludzkich (dodatkowe benefity dla pracowników).

– Zmienia się sposób myślenia. Już nie wystarczy dobry teren, nawet dobrze przygotowany, z uzbrojeniem, bo inwestor jest bardzo wymagający. Przede wszystkim trzeba stawiać na pracownika, na jego wykształcenie, to dla SSE wielka szansa, ale i wielkie zagrożenie, bo w Polsce bezrobocie jest dziś bardzo niskie. Obecnie nie zależy nam na samych miejscach pracy, ale na tych wysokospecjalistycznych, wysokoinnowacyjnych, przy mocnym zaawansowaniu technologicznym. To staramy się robić w strefach, a nowa ustawa zmierza właśnie ku temu, żeby takie inwestycje przyciągać – podkreśla prezes KSSE.

Nowe przepisy mają przyciągnąć te najbardziej wartościowe inwestycje. Im bardziej zaawansowane technologicznie inwestycje, tym większa szansa na przyciągnięcie najlepszych pracowników. To może stanowić odpowiedź na największą bolączkę inwestorów, czyli brak wykwalifikowanej kadry.

– Ostatni rok był rekordowy dla Katowickiej SSE – 60 zezwoleń i ponad 3,5 mld zł bezpośrednich inwestycji to wynik najlepszy w historii. W tym roku też nie zwalniamy. Mamy już prawie 1 mld zł inwestycji i kilkanaście zezwoleń. Jest trochę obaw, czy nowe przepisy nie spowodują zatrzymania inwestycji bezpośrednich, ale widzimy, że zmienia się jakość miejsc pracy. Z kilku tysięcy miejsc dzisiaj mamy ich kilkaset, ale te miejsca pracy są zdecydowanie lepsze i dobrze płatne – mówi Janusz Michałek.

Fińskie innowacje mogą poprawić efektywność polskiego rolnictwa. Tamtejsze firmy szukają w Polsce partnerów do współpracy

Fińskie innowacje mogą poprawić efektywność polskiego rolnictwa. Tamtejsze firmy szukają w Polsce partnerów do współpracy 3

Fińskie technologie rolnicze znane są na świecie z wysokiej jakości i wydajności. Z jednej strony to efekt warunków klimatycznych, z drugiej – wysokich nakładów tamtejszych firm na badania i rozwój. Nowoczesne technologie z Finlandii mogą zwiększyć także efektywność polskiego rolnictwa. Tamtejsi producenci maszyn i firmy agrotechnologiczne szukają w Polsce partnerów i dystrybutorów.

– Przeprowadziliśmy analizę polskiego rynku i odkryliśmy naprawdę interesujące możliwości biznesowe dla fińskich przedsiębiorstw. Niektóre firmy agrotechnologiczne z Finlandii mają już w Polsce swoje spółki córki albo autoryzowanych dystrybutorów. Wiemy, że jest wielki popyt na fińską technologię na tutejszym rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Elina Puszkarzewicz z Business Finland w Helsinkach, dyrektor programu „Agrotechnology from Finland”.

Fińskie technologie rolnicze słyną na świecie z wysokiej jakości i wydajności. Surowe warunki klimatyczne w Finlandii i krótki okres zbiorów wymuszają na fińskich producentach przykładanie dużej uwagi do utrzymania maszyn i urządzeń, szybkiego serwisu oraz dostępności części zamiennych. Pozwala to minimalizować okresy wyłączenia maszyn z eksploatacji. Fińskie firmy – aby utrzymać niezawodność – przeznaczają duże środki na działalność innowacyjną i badawczo-rozwojową.

– Finlandia słynie z innowacyjności. Większość naszych firm z sektora agrotechnologicznego mocno inwestuje w działania badawczo-rozwojowe. Dla przykładu wielkie marki – takie jak Valtra – inwestują nawet 3 do 5 proc. swoich obrotów w R&D. To jeden z powodów, dla których szukamy możliwości współpracy z polskimi firmami, ponieważ jest to mocny obszar naszej działalności. Chcemy tu przeprowadzić kilka programów pilotażowych z polskimi firmami – mówi Elina Puszkarzewicz.

Producenci maszyn i firmy agrotechnologiczne z Finlandii szukają w Polsce partnerów i dystrybutorów. Zainteresowane współpracą i nawiązywaniem długoterminowych kontraktów są również przedsiębiorstwa z segmentu technologii dla hodowców i przemysłu drzewnego. Skandynawskie innowacje mogą wpłynąć na wzrost efektywności polskiego rolnictwa.

– Koncentrujemy się na działaniach badawczo-rozwojowych, ale opracowujemy również różnego rodzaju rozwiązania sprzyjające zrównoważonemu rozwojowi, dla przykładu systemy energooszczędne. W Finlandii i w całej Skandynawii gorącym tematem jest ostatnio gospodarka obiegu zamkniętego i w tym obszarze również tworzymy interesujące projekty – mówi dyrektor programu Elina Puszkarzewicz.

Program Agrotechnology from Finland – promujący fińskie technologie rolnicze na świecie – zaliczył Polskę do kierunków priorytetowych w 2018 roku. W marcu w Warszawie gościła misja gospodarcza czołowych fińskich dostawców technologii dla rolnictwa, którzy zaprezentowali rozwiązania takie jak modułowe mieszalnie pasz, stacje przetwarzania biomasy rolniczej, automatyczny system wymiany ściółki w gospodarstwach mleczarskich czy mobilne suszarnie do ziarna.

Polskie firmy i podmioty zainteresowane współpracą z fińskimi przedsiębiorstwami mogą się zgłaszać do warszawskiego biura Business Finland, przedstawicielstwa handlowego działającego przy Ambasadzie Finlandii.

– Polska jest jednym z kluczowych rynków docelowych dla naszego programu Agrotechnology from Finland. Ten program dotyczy trzech sektorów: maszyn rolniczych, rozwiązań dla hodowców oraz maszyn dla przemysłu leśnego. Ponieważ Polska jest na pierwszym miejscu pod względem liczby rolników czy firm rolniczych, to dla fińskich przedsiębiorców jest to bardzo interesujący rynek – mówi Elina Puszkarzewicz.

Inflacja w centrum uwagi polskiej gospodarki. W najbliższych miesiącach istotne będzie też przygotowanie budżetu na spadek koniunktury

Inflacja w centrum uwagi polskiej gospodarki. W najbliższych miesiącach istotne będzie też przygotowanie budżetu na spadek koniunktury 4

Zarówno Rada Polityki Pieniężnej, jak i Europejski Bank Centralny nie spieszą się z zaostrzaniem polityki monetarnej. Kwestia inflacji będzie jednak w najbliższym czasie najistotniejszym tematem w polskiej gospodarce. W dalszej perspektywie natomiast liczyć się będzie stabilność budżetu w razie ewentualnego pogorszenia koniunktury. Na to się na razie nie zanosi, bo ekonomiści zgodnie przyznają, że i w tym, i w przyszłym roku wzrost gospodarczy będzie powyżej 4 proc.

Wydaje się, że w najbliższym czasie w polskiej gospodarce dyskusja będzie się skupiała wokół inflacji, czy ona będzie rosła i w jakim tempie. Od tego też będzie potem zależało dalsze nastawienie polskiego banku centralnego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Walewski, główny ekonomista BGK. – Na razie mamy bardzo gołębie nastawienie. W marcu Rada Polityki Pieniężnej była jeszcze bardziej gołębia niż do tej pory, w związku z tym jeżeli inflacja nie zacznie odbijać, to możemy się spodziewać kontynuacji tego nastawienia. Jeżeli inflacja zacznie odbijać w górę i pojawi się zagrożenie wyjścia poza cel inflacyjny, to wtedy nastawienie RPP się zmieni, będzie ona coraz bardziej jastrzębia.

Rada Polityki Pieniężnej po raz ostatni zmieniła poziom stóp procentowych ponad trzy lata temu – 5 marca 2015 roku – i była to obniżka. W górę stopy poszły po raz ostatni w maju 2012 roku, a decyzja ta była zaskakująca i krytykowana. Po niej nastąpiła seria dziesięciu obniżek.

Inflacja wróciła na polski rynek w grudniu 2016 roku i od tej pory tylko raz – w listopadzie 2017 roku – zrównała się z celem inflacyjnym, który wynosi 2,5 proc. Według projekcji Narodowego Banku Polskiego średnioroczna inflacja w 2018 roku będzie niewiele wyższa od ubiegłorocznej i wyniesie 2,1 proc. W kolejnym roku ma podskoczyć do 2,7 proc., a w 2020 roku – do 3 proc. To jednak wciąż są wartości pozostające w marginesie odchyleń od celu inflacyjnego (+/- 1 pkt proc.). Raczej nikt nie spodziewa się zatem na razie podwyżki stóp w bieżącym roku, choć ceny na pewno będą wnikliwie obserwowane.

Jeżeli chodzi o dłuższy okres, to tutaj istotną rzeczą dla gospodarki jest sytuacja fiskalna. W tej chwili mamy bardzo dobrą sytuację fiskalną, deficyt budżetowy spada, dochody podatkowe rosną, przede wszystkim dzięki uszczelnieniu luki VAT-owskiej, natomiast pozostaje pytanie, jak sytuacja fiskalna zareaguje na pogorszenie się koniunktury, czy będziemy w stanie utrzymać dobre wyniki, czy one się pogorszą – podkreśla Mateusz Walewski. – Po inflacji drugim tematem w dłuższym horyzoncie będzie stabilność sytuacji fiskalnej, ale w tej chwili wydaje się, że wszystko idzie w dobrym kierunku.

W 2017 roku dochody budżetu państwa wyniosły 350,5 mld zł, o 7,7 proc. więcej niż zakładano. Wpływy z podatków przekroczyły plan o 4,7 proc., przy czym dochody ze wszystkich podatków były wyższe od oczekiwanych z wyjątkiem akcyzy, gdzie odnotowano minimalnie (o 1,1 proc.) niższy poziom. Wydatki budżetu wyniosły niecałe 375,9 mld zł i były niższe od założonych w ustawie budżetowej o 2,3 proc. Deficyt zamknął się kwotą niemal 25,4 mld zł, a to nawet nie połowa wartości założonej w ustawie. Wszystko to jednak odbywa się w warunkach znakomitej koniunktury nie tylko u nas, lecz takżr u naszych partnerów handlowych, głównie w strefie euro.

Wszyscy są dość zgodni, że polskie PKB będzie rosło w tempie powyżej 4 proc. rocznie w tym roku i pewnie w przyszłym, może trochę wolniej, ale też w podobnych granicach i tutaj nasze prognozy się niewiele różnią – przewiduje główny ekonomista BGK. – Oczywiście wzrostowi gospodarczemu w Europie sprzyjać będzie pozostawienie miękkiego nastawienia EBC, więc pewnie powinniśmy się tego spodziewać – im dłużej będzie dobra koniunktura w Europie, tym dłużej będzie ona u nas.

W marcu Europejski Bank Centralny nie zmienił parametrów swojej polityki, jednak obserwatorzy zwrócili uwagę na fakt, że z komunikatu zniknął zapis o gotowości do zwiększania wspomagającego gospodarkę luzowania ilościowego (skupu obligacji) w przyszłości. Słowa prezesa EBC Maria Draghiego złagodziły jednak wydźwięk tego przekazu, podobnie jak prognozy obniżające przewidywaną inflację w strefie euro.

Konstytucja dla Biznesu czeka na podpis prezydenta. Firmy liczą m.in. na ułatwienia w rozstrzyganiu sporów

Konstytucja dla Biznesu czeka na podpis prezydenta. Firmy liczą m.in. na ułatwienia w rozstrzyganiu sporów 5

Przyjęta przez parlament na początku marca tego roku Konstytucja dla Biznesu wprowadza pakiet zmian, które mają nie tylko ułatwić prowadzenie w Polsce działalności gospodarczej, lecz także zbudować całkowicie nowe relacje na linii administracja – biznes. Grupa Arcus liczy, że nowo uchwalone przepisy pomogą jej w rozwiązaniu długoletniego sporu ze spółką Energa-Operator, którego początki sięgają 2011 roku. Firma deklaruje chęć polubownego rozwiązania sporu.

Przejrzystość i jasność prawa jest tym, co pozwala przedsiębiorcom na rozwijanie biznesu. Ułatwienia są istotne, natomiast czytelne zasady gry –najważniejsze. Premier Mateusz Morawiecki doskonale zna realia polskiej przedsiębiorczości, ale zmiany wprowadzone w Konstytucji dla Biznesu mogą niestety zderzyć się z mentalnością urzędników – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Czeredys, prezes zarządu Grupy Arcus.

Pakiet pięciu ustaw, nazywanych Konstytucją dla Biznesu, został ostatecznie przyjęty przez Sejm 6 marca. Teraz czeka na podpis prezydenta. Nowe przepisy, które prawdopodobnie zaczną obowiązywać już w kwietniu, mają ułatwić rozpoczynanie i prowadzenie działalności gospodarczej w Polsce oraz wzmocnić zaufanie biznesu do administracji i odwrotnie. Dotyczą głównie działalności nierejestrowej, ulgi na start dla początkujących przedsiębiorców (zwolnienia ze składek na ubezpieczenie społeczne przez pierwsze pół roku), powołania rzecznika MŚP i osobnych regulacji dla inwestorów zagranicznych.

Nie bez znaczenia jest ułatwienie procedur rozpoczynania działalności dla małych przedsiębiorstw, jak też zredukowanie kontroli, na które dzisiaj narzeka wielu przedsiębiorców. Mam nadzieję, że wprowadzone zmiany ułatwią kontakt między przedsiębiorcą a administracją publiczną i spowodują bardziej partnerskie podejście – mówi Michał Czeredys.

Konstytucja dla Biznesu oznacza największe od 25 lat zmiany w przepisach dotyczących działalności gospodarczej. Wprowadza zasadę: „co nie jest prawem zabronione, jest dozwolone”, domniemania uczciwości przedsiębiorcy i rozwiązywania wątpliwości na jego korzyść.

Grupa Arcus liczy, że nowo uchwalone przepisy pomogą jej w rozwiązaniu długoletniego sporu spółką Energa-Operator. Jego korzenie sięgają 2011 roku, kiedy oba podmioty zawarły umowę ramową na dostawę inteligentnych liczników energii – wówczas był to największy taki projekt w Polsce i jeden z największych w Europie.

W ramach dwuetapowej współpracy Arcus dostarczył w sumie 420 tys. sztuk inteligentnych liczników zdalnego odczytu energii elektrycznej. W opinii firmy umowa od początku miała mankamenty, przedmiot zamówienia zdecydowanie różnił się od tego, którego Energa-Operator wymagała na początku, a w trakcie współpracy energetyczna spółka w ogóle przestała współpracować. W efekcie grupa Arcus złożyła wniosek o stwierdzenie nieważności umowy. Postępowania sądowe w tej sprawie toczą się już od ponad dwóch lat.

Jesteśmy w długotrwałym sporze. Z naszego punktu widzenia idealnym rozwiązaniem byłoby polubowne zamknięcie tego projektu. Pewne rozstrzygnięcia sądowe w tej kwestii miały miejsce, a są one na niekorzyść Energi-Operator. Dlatego czekamy, zobaczymy, jakie nastąpią zmiany, jak będą do tego podchodzili obecni urzędnicy. My deklarujemy chęć rozmowy i wierzymy w polubowne rozwiązanie tego sporu – podkreśla Michał Czeredys.

Głos kobiet jest coraz lepiej słyszany w biznesie i polityce. W praktyce jednak mniej zarabiają i rzadko zasiadają w zarządach

Głos kobiet jest coraz lepiej słyszany w biznesie i polityce. W praktyce jednak mniej zarabiają i rzadko zasiadają w zarządach 6

Idea Women Power jest coraz silniejsza i widać to dobrze w mediach społecznościowych. To jeden z powodów, dla których głos kobiet staje się coraz bardziej słyszalny w wielu dziedzinach, również w polityce i biznesie. Wciąż jednak w praktyce mają do czynienia ze szklanym sufitem. Paniom, choć często mają wyższe kwalifikacje niż mężczyznom, trudniej jest się przebić na rynku pracy, a dodatkowo są gorzej wynagradzane.

 Empower Women to wzmacnianie kobiet i potencjału kobiet. To szereg kampanii i zróżnicowanych aktywności na rzecz zwiększenia ich ilościowej i jakościowej obecności w polityce, w zarządach firm. To jest nie bez znaczenia dla marek, które dziś szukają na nowo sposobu, w jaki komunikować się ze współczesną kobietą, bo ta ma już zupełnie inny obraz siebie, inne oczekiwania i przede wszystkim żyje zgodnie z ideą Women Not Object. Ma dość tego, że jest uprzedmiotowiana i traktowana stereotypowo. Współczesna kobieta to właśnie Women Power, czyli świadoma swoich potrzeb, oczekiwań i przede wszystkim wykorzystująca możliwości, jakie dają współczesne czasy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Joanna Stopyra-Fiedorowicz, autorka Women Power Index.

Women Power ma walczyć ze stereotypami, podkreśla niezależność kobiet i wzmacnia ich głos w publicznej dyskusji. Jak wynika z badania Women Power Index, takie hashtagi jak HASHgirlspower, HASHwomenpower czy HASHgogirl pojawiły się w 2016 roku ponad 16 tys. razy w mediach społecznościowych, zwłaszcza na Instagramie. Pojawiają się one w różnych kontekstach, zarówno przy spotkaniach prywatnych, jak i w publicznej debacie, np. podczas marszów przeciwko planom zaostrzenia przepisów aborcyjnych w Polsce. Towarzyszą także różnym aktywnościom fizycznym, zdrowemu odżywianiu, ale też przedsiębiorczości czy  polityce. Ubiegłoroczny sondaż CBOS na zlecenie agencji ONZ-Kobiety wskazuje, że według dwóch trzecich Polaków głos kobiet powinien być w polityce lepiej słyszany.

– Media społecznościowe są mikrofonem i trampoliną dla kobiet do tego, żeby wskazywały na kwestie dla nich ważne, na to co je boli, co im się nie podoba, na co nie dają zgody – tłumaczy Joanna Stopyra-Fiedorowicz.

To też sprawia, że kobiety stają się coraz istotniejszą grupą konsumentów, choć bardzo niejednorodną. Dlatego marki, które chcą do niej dotrzeć, muszą zmienić sposób myślenia o tej zróżnicowanej i zarazem najsilniejszej grupie konsumentów.

Idea Women Power jest też coraz lepiej rozpoznawana, zarówno wśród pań, jak i panów. Z Woman Power Index wynika, że tyko 20 proc. kobiet nie widzi przejawów tej idei w żadnym aspekcie życia. Najczęściej kojarzy się z feminizmem, siłą i energią kobiet. Mężczyźni wskazują też na inne skojarzenia, m.in. z idealną gospodynią i żoną, z kobietą dążącą do celu bez względu na wszystko, czy z rządami kobiet.

Rozumienie hasła Women Power przez kobiety i mężczyzn w dużej mierze jest zbieżne. Najczęściej badani wskazali właśnie na silną, przedsiębiorczą kobietę, na kobietę, która wie czego chce, natomiast częściej w przypadku mężczyzn niż kobiet zdarza się stereotypowe, a nawet pejoratywne podejście do Women Power, że to jest kobieta, która chce zniszczyć mężczyzn, albo kobieta, która za dużo chce w życiu – mówi Joanna Stopyra-Fiedorowicz.

Jak wskazuje badanie, 36 proc. Polaków uważa, że kobietom w Polsce żyje się tak samo jak mężczyznom. Same kobiety uważają jednak, że jest im trudniej (44 proc.), co trzecia – że tak samo, a co piąta – że łatwiej. Tu opinie mężczyzn są trochę inne – 32 proc. badanych panów wskazało, że kobietom w Polsce żyje się lepiej, ale 41 proc. podkreśla, że nie widzi różnic.

 Współczesna kobieta często jest mamą, partnerką, ogarnia ognisko domowe, odpowiada za budżet, dba o swoje zdrowie i urodę. Standardy w każdym z tych obszarów podniosły się jednak do niebotycznego poziomu, dużo czasu zajmuje nam, żeby jakoś znaleźć złoty środek i dobry pomysł na to, jak tym standardom sprostać, z drugiej strony do naszego kalendarza i naszych obowiązków dołożyłyśmy sobie szalenie dużo dodatkowych aktywności – ocenia Stopyra-Fiedorowicz.

Choć sytuacja kobiet stopniowo się poprawia, wciąż jest wiele do poprawienia. Z ostatniej edycji badania „Women in Business”, które opracowała firma Grant Thornton, wynika, że w Polsce kobiety stanowią 34 proc. wyższej kadry kierowniczej. Eksperci podkreślają, że na tle innych państw Europy czy świata i tak jest to wysoki odsetek.

Statystyki pokazują jednak ogromne dysproporcje w zależności od branży. Z danych Komisji Europejskiej wynika, że z około 7 mln pracowników zatrudnionych w sektorze ICT tylko 30 proc. to kobiety, które są niedostatecznie reprezentowane zwłaszcza wśród kadry zarządzającej – tylko 19 proc. pracowników branży ICT ma kobietę za szefa. Raport „Piękne umysły – rola kobiet w świecie nauki” koncernu kosmetycznego L&HASH39;Oreal z 2016 roku pokazuje, że kobiety zajmują zaledwie ok. 10 proc. najwyższych stanowisk akademickich w UE i 11 proc. najwyższych stopniem naukowców. W ciągu dwóch ostatnich dekad liczba kobiet naukowców wzrosła zaledwie o 3 pkt proc.

Luka płacowa w zarobkach kobiet i mężczyzn sięga w Polsce blisko 20 proc., a dysproporcje w wynagrodzeniach są widoczne na wszystkich szczeblach kariery, niezależne od wielkości przedsiębiorstwa i stażu pracy – wynika z Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń na zlecenie Sedlak & Sedlak.

Jest bardzo dużo inicjatyw, które zajmują się poprawianiem jakości funkcjonowania kobiet we współczesnym świecie, przemeblowują trochę ten świat, żeby on był przyjemniejszym miejscem, gdzie jesteśmy bardziej równi niż dotychczas – podkreśla Joanna Stopyra-Fiedorowicz.

Zbliża się termin składania CIT. Firmy inwestujące w innowacje mogą liczyć na coraz wyższą ulgę podatkową

Zbliża się termin składania CIT. Firmy inwestujące w innowacje mogą liczyć na coraz wyższą ulgę podatkową 7

Przedsiębiorstwa, które inwestowały w badania i rozwój w 2017 roku, już wkrótce odliczą do 50 proc. kosztów kwalifikowanych. Tegoroczne inwestycje w innowacje przyniosą firmom jeszcze wyższe oszczędności – 100 proc. odliczenia kosztów kwalifikowanych niezależnie od wielkości firmy i nawet 150 proc. dla centrów badawczo-rozwojowych. Wprowadzone w styczniu zmiany w zasadach odliczeń mają zwiększyć atrakcyjność mało popularnej do tej pory ulgi na działalność badawczo-rozwojową. Nowe przepisy uprościły też zasady rozliczenia kosztów pracowniczych. Do tej pory to właśnie one stanowiły największy problem dla firm rozliczających ulgę na badania i rozwój.

– Z końcem marca upływa termin składania deklaracji rozliczeniowej na podatek dochodowy od osób prawnych. Przedsiębiorcy już od dwóch lat mają prawo i przywilej skorzystania z ulgi na działania badawczo-rozwojowe. Ulga podatkowa to bardzo prosty instrument fiskalny, który polega na tym, że od podstawy opodatkowania podatnik może odpisać koszty, które uznane są przez ustawodawcę jako koszty kwalifikowane – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Burzyńska, dyrektor zarządzająca Ayming Polska.

Ulga na badania i rozwój została wprowadzona w 2016 roku i od tego czasu jest sukcesywnie rozwijana. W 2016 roku wartość odliczenia dla przedsiębiorstw inwestujących w B+R wynosiła 30 proc. kosztów pracowników zatrudnionych w celu realizacji działalności B+R oraz 20 proc. (dla MŚP) lub 10 proc. (dla dużych firm) pozostałych kosztów kwalifikowanych. Dzięki zmianom wprowadzonym pod koniec 2016 roku – w ramach tzw. małej ustawy o innowacyjności – firmy za 2017 rok mogą odliczyć już 50 proc. kosztów pracowników zatrudnionych w celu realizacji działalności B+R oraz 50 proc. (MŚP) lub 30 proc. (duże firmy) pozostałych kosztów kwalifikowanych.

– Trzeba zaznaczyć, że działalność badawczo-rozwojowa może być rozumiana bardzo szeroko. Nie oznacza tylko i wyłącznie bardzo zaawansowanych i skomplikowanych procedur badawczo-rozwojowych. To również każde działanie prowadzone w ramach regularnej, operacyjnej działalności przedsiębiorstwa, które nosi znamiona innowacyjności. Mowa na przykład o ulepszonej recepturze jogurtu, aktualizacji systemu informatycznego czy stworzeniu prototypu nowej maszyny – wyjaśnia Magdalena Burzyńska.

Dyrektor zarządzająca Ayming Polska zwraca uwagę, że do tej pory z ulgi na B+R skorzystała niewielka liczba przedsiębiorstw, ze względu na jej niską atrakcyjność. Sytuację może zmienić tzw. duża ustawa o innowacyjności, która weszła w życie z początkiem tego roku.

 Wprowadza ona bardzo korzystne zmiany dla przedsiębiorstw, które będą mogły łatwiej i w dużo większym zakresie skorzystać z odliczeń podatkowych. Duża ustawa o innowacyjności wprowadza dla przedsiębiorstw dużo hojniejsze odliczenia podatkowe. Przedsiębiorcy będą mogli odliczyć 100 proc. kosztów kwalifikowanych, poniesionych w 2018 roku na działalność badawczo-rozwojową [niezależnie od wielkości firmy – red.]. Dodatkowo, przedsiębiorstwa działające w specjalnych strefach ekonomicznych będą mogły skorzystać również z odliczenia podatkowego w zakresie kosztów, które nie są związane bezpośrednio z działalnością w tych strefach – wyjaśnia Magdalena Burzyńska.

Nowe przepisy wprowadzają jeszcze większe odliczenie dla przedsiębiorstw, które mają status centrum badawczo-rozwojowego. W 2018 roku będą one mogły odliczyć  nawet 150 proc. poniesionych kosztów kwalifikowanych.

– Duża ustawa o innowacyjności znacznie rozszerza katalog kosztów kwalifikowanych, które przedsiębiorca będzie mógł odliczyć od podstawy opodatkowania. Mowa przede wszystkim o specjalistycznym sprzęcie, który nie mógł stanowić środka trwałego i w związku z tym nie mógł być do tej pory amortyzowany. Taki sprzęt, który w praktyce stanowi wyposażenie laboratoriów [naczynia, przybory laboratoryjne, urządzenia pomiarowe wykorzystywane bezpośrednio w pracach badawczo-rozwojowych – red.] będzie kosztem kwalifikowanym, który można odliczyć od podstawy opodatkowania – mówi Magdalena Burzyńska.

Do kosztów kwalifikowanych zaliczone będą również koszty nabycia usługi badań i pomiarów zleconych wyłącznie na potrzeby prowadzonych prac B+R. Dodatkowo duże przedsiębiorstwa zyskają możliwość odliczenia kosztów nabycia i utrzymania patentów i innych praw własności intelektualnej, co do tej pory zarezerwowane było tylko dla małych i średnich przedsiębiorstw.

Dyrektor zarządzająca Ayming Polska zwraca uwagę, że jedną z ważniejszych zmian wprowadzonych przez dużą ustawę o innowacyjności jest też ułatwienie rozliczania kosztów osobowych pracowników, którzy są zaangażowani w działalność badawczo-rozwojową.

Koszty osobowe stanowią dla wielu przedsiębiorstw największą część wydatków związanych z B+R. Rozliczenie ich stanowiło też największy problem dla przedsiębiorstw, korzystających z ulgi w ubiegłym roku. Firmy, a nawet same organy podatkowe, miały problem z interpretowaniem, na jakiej podstawie zaliczyć do ulgi B+R czas pracownika poświęcony na działalność badawczo-rozwojową.

– Dzisiaj wystarczy ewidencjonowanie czasu pracy pracowników, żeby jasno określić, ile czasu poświęcają na działalność badawczo-rozwojową oraz na inne powierzone im zadania. Dodatkowo za 2018 r. firmy odliczą również koszty współpracowników zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych, pod warunkiem, że zajmują się wyłącznie działaniami B+R – mówi Magdalena Burzyńska.

Wprowadzone zmiany są bardzo korzystne. Nowa ulga na działalność badawczo-rozwojową jest hojniejsza dla przedsiębiorstw, łatwiej jest ją również uzyskać. Ważne, że mogą skorzystać z niej nie tylko duże przedsiębiorstwa o skomplikowanej strukturze, posiadające rozbudowane działy badawczo-rozwojowe, lecz również start-upy i mniejsze przedsiębiorstwa, które chcą inwestować w badania i rozwój, a nie zawsze mogą korzystać z unijnych środków czy innych funduszy wspierających.

Małe i średnie firmy z szansą na znaczą poprawę płynności finansowej. W odzyskiwaniu nieterminowych płatności pomoże im innowacyjne rozwiązanie

Małe i średnie firmy z szansą na znaczą poprawę płynności finansowej. W odzyskiwaniu nieterminowych płatności pomoże im innowacyjne rozwiązanie 8

Na kłopoty z nieterminowym regulowaniem płatności przez kontrahentów skarży się zdecydowana większość firm. Sektor MŚP, w odróżnieniu od dużych firm, ma ograniczone możliwości korzystania z oferty kredytowej czy faktoringu, który pomaga w zachowaniu płynności finansowej. Finiata, która wypełniła rynkową lukę, wprowadzając usługę mikrofaktoringu, w ciągu pierwszego roku zanotowała wzrost liczby klientów o 75 proc. Aktualnie jest jednym z najszybciej rosnących w Polsce fintechów. W tym miesiącu spółka zaczęła też współpracę z jednym z największych w Polsce banków, BGŻ BNP Paribas. 

Rozpoczęliśmy 2018 rok bardzo dynamicznie, w styczniu i w lutym zanotowaliśmy rekordową liczbę obsłużonych klientów. Pod koniec ubiegłego roku mieliśmy ich 9 tys., a obecnie ta liczba wzrosła już do prawie 16 tys. klientów. Jesteśmy najszybciej rozwijającym się fintechem w Polsce, a nasza oferta została bardzo dobrze przyjęta przez rynek – ponad 70 proc. klientów korzysta z naszych usług wielokrotnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Mrotek, menedżer ds. marketingu Finiaty.

Wywodzący się z Niemiec fintech wkroczył na polski rynek w czerwcu ubiegłego roku. W pierwszych miesiącach działalności obsłużył w obu krajach ponad 9 tys. klientów. W grudniu spółka pozyskała finansowanie w wysokości 76 mln zł i grono nowych inwestorów, wśród których jest m.in. Kulczyk Investments. Obecnie na platformie Finiaty zarejestrowanych jest ponad 15,5 tys. klientów. Fintechowa spółka błyskawicznie awansowała w Polsce do pozycji lidera mikrofaktoringu.

– Pomagamy mikroprzedsiębiorcom, dla których niezapłacone faktury lub długoterminowe płatności są problemem znacząco wpływającym na ich kondycję finansową. Finiata oferuje mikrofaktoring cichy, czyli taki, w którym nie kontaktujemy się z kontrahentem w celu zweryfikowania faktury. Współpracujemy z najmniejszymi jednostkami, takimi jak jednoosobowe działalności gospodarcze, które nie są obsługiwane przez banki – wyjaśnia Magdalena Mrotek.

Na kłopoty z nieterminowym regulowaniem płatności przez kontrahentów skarży się zdecydowana większość przedsiębiorstw (85,5 proc. w IV kwartale 2017 r. według „Portfela należności polskich przedsiębiorstw” KRD i BIG). Zatory płatnicze to problem zwłaszcza dla mikro, małych i średnich przedsiębiorstw, ponieważ zagrażają ich płynności finansową. Najczęściej są wynikiem polityki zakupowej dużych firm, które stosują długie terminy płatności wobec podwykonawców.

W okresie pomiędzy wykonaniem zlecenia i wystawieniem faktury a otrzymaniem zapłaty firma musi utrzymać bieżącą płynność, a nie każda jest w stanie sfinansować to ze środków własnych. W odróżnieniu od dużych firm, małe i średnie przedsiębiorstwa często nie spełniają warunków do ubiegania się o kredyt w banku. Z kolei pożyczki pozabankowe są wysoko oprocentowane, a klasyczny faktoring jest skomplikowany i przeważnie niedostępny dla mniejszych firm, zwłaszcza jeśli działają na rynku krócej niż 12 miesięcy. Dodatkowo wymaga on zgody kontrahenta.

Oferta Finiaty skierowana jest do sektora małych i średnich przedsiębiorstw oraz do freelancerów i to właśnie w tym obszarze chcemy dalej rozwijać naszą firmę, ponieważ w ofercie tradycyjnych banków nie ma produktów dedykowanych do problemów naszej grupy docelowej – mówi Magdalena Mrotek.

Finiata wypełniła lukę, wchodząc na rynek z usługą mikrofaktoringu dla MŚP, a nawet jednoosobowych działalności gospodarczych. Finansuje pełną wysokość faktury (zamiast zwyczajowych 80–90 proc.) i zapewnia faktoring w formie cichej, co oznacza że przedsiębiorstwo nie musi martwić się, jak to wpłynie na relacje z kontrahentem. Tylko w pierwszym miesiącu działalności z jej usług skorzystało ponad 2 tys. firm, które uzyskały blisko 2 mln zł na poczet wystawionych faktur.

Finansujemy faktury na 30 lub 60 dni, całkowicie oddzielając daty wymagalności od daty spłaty finansowania. Limity faktoringowe są przyznawane po automatycznej ocenie przez zaawansowany, samouczący się algorytm, który bierze pod uwagę nawet 10 tys. punktów kontrolnych. Nasz system potrzebuje jedynie trzech minut do oceny faktury, a cały proces przyznania gotówki naszemu klientowi trwa trzy godziny – mówi Magdalena Mrotek.

Polska jest kluczowym rynkiem w strategii biznesowej Finiaty. W marcu fintechowa spółka zrobiła kolejny, milowy krok, nawiązując oficjalną współpracę z jednym z największych polskich banków, BGŻ BNP Paribas. W ramach ekosystemu dla nowopowstałych firm bank wprowadził do swojej oferty usługę eMikrofaktoringu, dzięki której klient może zamienić swoje faktury na pieniądze, nie czekając na płatność od kontrahenta.

W 2018 roku Finiata chce rozwiązać 100 tys. problemów mikroprzedsiębiorców. Od naszych klientów wiemy, jakie są ich prawdziwe problemy, czyli płatności za rachunki firmowe, regulowanie należności z dostawcami, wypłaty dla pracowników czy zakup zasobów potrzebnych na zrealizowanie kolejnych zamówień i rozwój firmy – mówi Magdalena Mrotek.

Innowacyjny pomysł na start-up to nie wszystko. Na uruchomienie skutecznej kampanii crowdfundingowej potrzeba nawet 100 tys. zł

Innowacyjny pomysł na start-up to nie wszystko. Na uruchomienie skutecznej kampanii crowdfundingowej potrzeba nawet 100 tys. zł 9

Wprowadzenie nowych pomysłów na rynek z wykorzystaniem środków finansowych zebranych dzięki crowdfundingowi może być dobrym rozwiązaniem dla początkujących przedsiębiorców. Ten sposób staje się coraz bardziej popularny zarówno na świecie, jak i w Polsce. Skuteczna kampania crowdfundingowa wymaga jednak zebrania funduszy jeszcze przed jej uruchomieniem. Eksperci oceniają, że oprócz samego pomysłu na biznes w projekt trzeba już na starcie zainwestować nawet 100 tys. zł.

– Bardzo trudno pozyskać kapitał na sam pomysł, bo najważniejsza jest realizacja. Trzeba przekształcić swój pomysł w coś namacalnego i zrealizować to tak mocno, jak się tylko da z własnych środków. Wtedy, gdy mamy już działający prototyp, który najlepiej ma już pierwszych użytkowników, można uruchomić kampanię crowdfundingową bądź zgłosić się do inwestora i próbować pozyskać środki na dalszy rozwój. Zebranie pieniędzy tylko na sam pomysł jest już praktycznie nierealne – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jakub Konik, przedsiębiorca i twórca start-upu Lovely.

Crowdfunding, czyli w dosłownym tłumaczeniu finansowanie przez tłum, to sposób na zebranie potrzebnych funduszy do wprowadzenia opracowanego produktu na rynek. Crowdfunding może być wykorzystany zarówno do przyciągnięcia potencjalnych inwestorów, jak i zainteresowania mediów oraz promocji w internecie.

Kampania crowdfundingowa to według ekspertów optymalna droga do wprowadzania przedsięwzięcia na rynek. Jest tańsza od tradycyjnych metod i pozwala szybciej dotrzeć do odbiorców za pośrednictwem wielu kanałów. Takie kampanie dają również firmom możliwość łatwego poznania reakcji użytkowników na dany pomysł, co często przekłada się na przyszłość projektu. Nie oznacza to jednak, że akcja crowdfundingowa jest całkiem bezpłatna.

– Musimy pamiętać o kosztach przygotowania akcji marketingowej, czyli np. wideo, grafik. Bardzo ważne są też reklamy, które wspierają ruch na takiej kampanii, bo jeśli tego nie reklamujemy, a media nie wspomną o naszej akcji, to nikt się może o niej nie dowiedzieć. Żeby przeprowadzić skuteczną akcję crowdfundingową, trzeba mieć zarezerwowane na ten cel około 100 tys. zł – przekonuje Jakub Konik.

Na rynku działają zarówno kluczowi, międzynarodowi dostawcy, jak i mniejsze, krajowe podmioty. Na świecie do wiodących platform crowdfundingowych możemy zaliczyć m.in. GoFundMe, Indiegogo, Kickstarter, Patreon czy Teespring. W Polsce również działają podobne przedsięwzięcia, takie jak platformy wspieram.to czy PolakPotrafi.pl. Powstają też nowe portale, takie jak Crowdway.pl.

– Chcąc finansować swój start-up, nie musimy się ograniczać tylko do polskich portali crowdfundingowych, aczkolwiek działanie na innych rynkach jest dosyć ryzykowne, jeśli np. nie znamy danego rynku. Crowdfunding społecznościowy bardzo dobrze działa w Wielkiej Brytanii, ale jeśli nie mamy tam wsparcia marketingowego, nie znamy tam rynku, będzie nam trudno. Jeśli ktoś ma start-up w Polsce, to powinien myśleć o polskich platformach crowdfundingowych – przekonuje ekspert.

Sektor finansowania społecznościowego na świecie notuje wzrosty z roku na rok. W najbliższych latach ma rosnąć stabilnie o ok. 17 proc. średniorocznie. W 2021 roku ma osiągnąć wartość ponad 110 mld dol. – wynika z raportu Technavio.

Polskę czeka rewolucja w transporcie publicznym. Samorządy będą kupowały coraz więcej pojazdów zasilanych gazem oraz z napędem elektrycznym

Polskę czeka rewolucja w transporcie publicznym. Samorządy będą kupowały coraz więcej pojazdów zasilanych gazem oraz z napędem elektrycznym 10

W ciągu kolejnych 10 lat Polska ma szansę zostać w Europie liderem nisko- i bezemisyjnego transportu. W tym czasie na ulicach polskich miast pojawi się 3,5 tysiąca autobusów zasilanych paliwami alternatywnymi. Najpopularniejszym jest w tej chwili sprężony gaz ziemny CNG. Zasilane nim autobusy są tańsze od elektrycznych i mają większy zasięg. – Samorządy kupują coraz więcej autobusów gazowych, plany na najbliższe lata pokazują, że ten trend będzie wzrostowy – mówi Henryk Mucha, prezes PGNiG Obrót Detaliczny. Dzięki nowym technologiom pomiarowym zmienić się może także rynek tzw. małego LNG.

– Paliwa alternatywne i transport niskoemisyjny to bardzo ważne elementy walki o poprawę jakości powietrza w Polsce. Przypomnę, że 33 polskie miasta znajdują się na sporządzonej przez WHO liście 50 miast z najbrudniejszym powietrzem w Europie. Im większe miasto, tym większy udział smogu komunikacyjnego. Transport niskoemisyjny i samochody, które poruszają się dzięki paliwom alternatywnym, przyczyniają się do poprawy jakości powietrza – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Woźny, pełnomocnik rządu ds. smogu.

Za problem smogu w Polsce odpowiada głównie niska emisja z kotłów i pieców w gospodarstwach domowych, ale w dużych miastach istotnym źródłem zanieczyszczeń powietrza jest też transport drogowy. Szacuje się, że w Warszawie smog komunikacyjny może odpowiadać nawet za 60–80 proc. zanieczyszczeń. Samorządy walczą o czystsze powietrze, wprowadzając uchwały antysmogowe czy dofinansowując wymianę starych kotłów na nowoczesne źródła ciepła opalane gazem, a przede wszystkim – stawiają na niskoemisyjny transport publiczny.

Jak wynika z opublikowanego w tym tygodniu raportu „Paliwa alternatywne w komunikacji miejskiej”, opracowanego przez Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych (PSPA) – transport publiczny przechodzi rewolucję, a w ciągu najbliższych 10 lat na ulicach polskich miast pojawi się 3,5 tysiąca autobusów zasilanych paliwami alternatywnymi.

– Mamy ustawę o elektromobilności i paliwach alternatywnych, która nakłada na samorządy w Polsce bardzo restrykcyjne wymogi – do 2028 roku już 30 proc. floty mają stanowić bezemisyjne autobusy elektryczne, a uzupełnieniem powinny być inne paliwa alternatywne, jak choćby autobusy na CNG, ponieważ obecnie są to pojazdy o dłuższym zasięgu, a ich cena jest niższa. Transport bezemisyjny staje się polską specjalnością. Musimy jeszcze sprawić, żeby te pozostałe 70 proc. floty było oparte o paliwa alternatywne, a nie konwencjonalne – mówi Maciej Mazur, dyrektor zarządzający PSPA.

Przyjęta w styczniu tego roku ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych zobowiązuje samorządy do rozwijania ekologicznego transportu. Wymagany udział autobusów zeroemisyjnych w miejskich flotach ma wynieść 5 proc. do 2021 roku i 30 proc. do 2028 roku – ten wymóg dotyczy 80 gmin i powiatów o liczbie mieszkańców przekraczającej 50 tys. Obecnie tylko w 40 proc. takich gmin jeżdżą jakiekolwiek pojazdy napędzane paliwami alternatywnymi.

Z raportu „Paliwa alternatywne w komunikacji miejskiej” wynika, że dziś w Polsce eksploatowanych jest ok. 90 autobusów elektrycznych oraz około 350 autobusów na gaz CNG. Kolejnych 180 takich pojazdów zostało już zamówionych. Przetarg na dostawę takich pojazdów ogłosiły właśnie warszawskie MZA, które chcą kupić 110 autobusów zasilanych sprzężonym gazem ziemnym CNG.

– Miasto podjęło decyzję o rozwijaniu bezemisyjnego i niskoemisyjnego transportu. Nie jesteśmy stanie zakupić na początek wszystkich autobusów elektrycznych, więc jedynym autobusowym transportem niskoemisyjnym są pojazdy napędzane gazem. One nie emitują cząstek stałych, związków azotu, więc ich zaletą będzie na pewno będzie ograniczenie smogu w Warszawie – mówi Jan Kuźmiński, prezes warszawskich Miejskich Zakładów Autobusowych.

Najpopularniejszym paliwem alternatywnym w komunikacji miejskiej jest w tej chwili sprężony gaz ziemny CNG. Zasilane nim autobusy są tańsze od elektrycznych i mają większy zasięg (350–400 km). W dużych polskich miastach ok. 420 autobusów napędzanych CNG jest eksploatowanych bądź zostanie włączonych do eksploatacji w najbliższych latach. Będą one stanowić 3,5 proc. wszystkich zarejestrowanych w Polsce autobusów komunikacji miejskiej.

Samorządy, które rozwijają transport publiczny oparty o CNG są poważnym partnerem biznesowym dla Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa. Spółka współpracuje już m.in. z przedsiębiorstwami transportu miejskiego w Rzeszowie, Tychach i Sanoku. Prezes PGNiG Obrót Detaliczny Henryk Mucha podkreśla, że spółka należąca w większości do Skarbu Państwa realizuje politykę rządu dotyczącą rozwijania bezemisyjnego transportu.

– Samorządy kupują coraz więcej autobusów gazowych. Plany na najbliższe lata pokazują, że ten trend będzie wzrostowy, co nas bardzo cieszy. Oferujemy samorządom pełen pakiet, którego elementem jest dobra cena, partnerstwo biznesowe i doradztwo. Trzecim elementem pakietu jest współpraca w obszarze infrastruktury. Tutaj mamy pewne kompetencje, które chcemy wykorzystywać. Wreszcie, będąc spółką Skarbu Państwa, angażujemy się w proces, którego elementem będzie zniesienie akcyzy na gaz CNG przez Ministerstwo Finansów. Mam nadzieję, że to się wydarzy w tym roku – mówi Henryk Mucha, prezes PGNiG Obrót Detaliczny.

Prezes PGNiG OD zwraca uwagę, że duże pole dla rozwoju gazomobilności stwarza przyjęta w styczniu ustawa, która zakłada że do 2020 roku ma powstać w Polsce około 100 stacji tankowania CNG i LNG.

– Gazomobilność jest istotnym elementem tej ustawy. Została w niej bardzo konkretnie potraktowana. Z ustawy wynika, że do 2020 roku powinniśmy mieć w Polsce 70 stacji CNG, a rolą naszej spółki jest realizacja tego celu. W Polsce obserwujemy od dwóch lat bardzo duży potencjał w obszarze gazomobilności, zresztą to słowo wykreowaliśmy w spółce PGNiG Obrót Detaliczny przy okazji naszego zaangażowania w konsultacje społeczne nad ustawą o elektromobilności i paliwach alternatywnych – podkreśla Henryk Mucha.

PGNiG ma też ambicję, żeby w nadchodzących latach zrewolucjonizować w Polsce rynek małego LNG. W tej chwili jest on ograniczony wyłącznie do tych odbiorców, którzy są w stanie odebrać pełny ładunek cysterny. Inżynierowie z Centralnego Laboratorium Pomiarowo-Badawczego PGNiG SA zaprojektowali mobilne stanowisko SMOK, dzięki któremu z autocysterny przewożącej skroplony gaz ziemny można będzie dokładnie odmierzyć żądaną część ładunku.

– Dzięki urządzeniu SMOK jesteśmy w stanie dzisiaj sprawniej dostarczać gaz wielu odbiorcom zainteresowanym LNG, którzy mogą bez żadnego problemu nabyć mniejszy wolumen gazu skroplonego. Z naszych szacunków wynika, że rynek tzw. małego LNG będzie bardzo dynamicznie rósł. Obecnie to ok. 65 tys. ton rocznie, ale w ciągu kilku lat wolumen sprzedaży mógłby urosnąć do co najmniej 200 tys. ton rocznie, a więc ponad trzykrotnie. To są bardzo wstępne szacunki, niemniej porównując te dwie liczby widzimy znaczącą dynamikę rynku – mówi Łukasz Kroplewski, wiceprezes zarządu ds. rozwoju PGNiG.

Urządzenie zaprojektowane przez specjalistów z PGNiG można w każdej chwili przetransportować w dowolne miejsce w kraju, a możliwość dzielenia ładunku cysterny na partie wpłynie na rozwój rynku LNG w Polsce. Do grona odbiorców będą mogły dołączyć nawet osiedla domów jednorodzinnych, szkoły, duże gospodarstwa rolne czy małe zakłady produkcyjne.