Jak zacząć szukać nowej pracy po zwolnieniu?

„Utrata pracy wiąże się z wejściem naszej psychiki w kilka faz. Najwięcej siły i optymizmu mamy do trzech miesięcy po zwolnieniu. To czas, w którym trzeba szukać bardzo intensywnie nowego pracodawcy” – zaleca Aleksandra Pocheć, ekspertka międzynarodowego serwisu pracy MonsterPolska.pl.

Faza 1: szok

Ten stan utrzymuje się do około miesiąca od utraty pracy. W szoku działamy pod wpływem emocji. Jednych szok oszołamia na tyle, że nie są w stanie zebrać myśli. Innych zmusza do wytężonego działania.

„Bardzo ważna jest intensywność działań. Im szybciej zaczniemy szukać, tym większe szanse, że znajdziemy pracę jeszcze na etapie wypowiedzenia” – komentuje Pocheć.

Na tym etapie należy:

  1. Poinformować bliskich w rodzinie i znajomych, że szukamy pracy. Warto odezwać się także do osób, z którymi dotychczas współpracowaliśmy.
    2. Zaktualizować profil na wszelkich profilach społecznościowych i poszerzyć bazę znajomych.
    3. Rozpocząć poszukiwania nowego pracodawcy poprzez portale z ofertami pracy.
    4. Zapisać się do grup na Facebooku poświęconych pracy.

    Faza 2: optymizm i wiara

„Ta faza utrzymuje się w drugim i trzecim miesiącu po zwolnieniu. Powtarzamy sobie, że będzie dobrze, że nic się nie dzieje bez przyczyny i podejmujemy świadomą walkę. To bardzo korzystny czas do poszukiwania nowych wyzwań zawodowych” – mówi ekspertka serwisu MonsterPolska.pl.

Z wielu badań wynika, że większość z nas wierzy, że w obecnej sytuacji gospodarczej i przy niskiej stopie gospodarczej uda się znaleźć nową pracę w okresie do trzech miesięcy.

Na tym etapie należy:

  1. Nie ustawać w wysyłaniu CV na ogłoszenia.
    2. Wybrać się na targi pracy (stacjonarne i wirtualne).
    3. Udać się do biura pośrednictwa pracy.
    4. Wciąż od czasu do czasu przypominać się znajomym.
    5. Jeśli branża, w której pracowaliśmy, na to pozwala, można osobiście przejść się po firmach i pozostawiać swoje CV. Taka forma poszukiwania pracy jest popularna zwłaszcza w gastronomii i handlu.
    6. Pobrać aplikacje, które pozwalają na nowoczesne poszukiwanie pracy także na smartfonie.
    7. Nie bać się niekonwencjonalnych rekrutacji np. poprzez wideo-czat. Warto brać udział we wszelkich procesach rekrutacyjnych i chodzić na jak największą liczbę rozmów. Z każdą kolejną będziemy lepiej wypadać.

    Faza 3: okres pogłębiającego się pesymizmu

Ten okres trwa od trzech miesięcy do roku od rozstania z pracodawcą. Na tym etapie bardzo ważne jest wsparcie i nieustanna motywacja bliskich osób. Samodzielnie jest bardzo trudno kontynuować tę walkę na rynku pracy. Po trzecim miesiącu bezowocnego szukania nowej firmy należy dopuścić do siebie myśli o tym, że na jakiś czas warto zdecydować się np. na zatrudnienie poniżej oczekiwanych zarobków. Zejście z oczekiwań nie oznacza rezygnacji z prób znalezienia wymarzonej pracy.

Na tym etapie należy:

  1. Powielać wszystkie czynności, które należy robić na etapie pierwszym i drugim.
    2. Rozważyć poszukiwania także poza branżą.
    3. Przeanalizować ewentualną migrację zarobkową, zwłaszcza jeśli mamy już w rodzinie kogoś, kto mieszka i pracuje za granicą.

    Faza 4: utrata nadziei

Po 12 miesiącach rozpoczyna się faza długotrwałego bezrobocia, z której można wyjść jedynie dzięki silnej woli, poszukiwaniom pracy i wsparciu bliskich.

Na tym etapie należy:

  1. Zapisać się w urzędzie pracy na szkolenie zawodowe, które jest pierwszym krokiem do przekwalifikowania.
    2. Rozważyć starania o dotację na własną działalność gospodarczą, jeśli mamy pomysł i smykałkę do biznesu.
    3. Nie ustawać w poszukiwaniach na wszystkie wspomniane wcześniej sposoby.

    „Im dłuższe bezrobocie, tym więcej żalu do poprzedniego pracodawcy o zwolnienie. Rozgoryczenia trudno się pozbyć, ale nie należy się na nim skupiać. Mimo wszystko warto powściągnąć negatywne emocje i z pozytywną energią aplikować na kolejne stanowiska” – podkreśla Aleksandra Pocheć z MonsterPolska.pl.

Optymizm pracodawców z branży produkcyjnej najwyższy od 10 lat

W polskiej produkcji przemysłowej tak dobrze nie było od 10 lat. Prognoza netto zatrudnienia dla tego sektora, dla najbliższego kwartału wynosi +26%. W praktyce oznacza to więcej ofert zatrudnienia i dobre perspektywy dla poszukujących pracy w branży produkcyjnej. To 20 kwartał z rzędu, gdy firmy z tego sektora będą zwiększać swoje zespoły – potwierdza najnowszy raport  ManpowerGroup.

Prognoza netto zatrudnienia w II kwartale 2018 r. dla sektora Produkcja przemysłowa wynosi +26% i jest najwyższym wynikiem od III kwartału 2008 r. Wskaźnik wyrażony w procentach, wykorzystany w badaniu ManpowerGroup oznacza różnicę pomiędzy liczbą pracodawców deklarujących powiększanie zespołów, a tymi, którzy deklarują redukcje etatów. Prognoza dodatnia jest zapowiedzią większej liczby ofert pracy i dobrej kondycji branży. Prognoza ujemna może sygnalizować brak stabilizacji w danym sektorze i zwiększenie poziomu bezrobocia. W porównaniu do poprzedniego kwartału plany rekrutacyjne pracodawców z branży produkcyjnej uległy poprawie o 6 punktów procentowych, a w stosunku do II kwartału 2017 r. – o 7 punktów procentowych.

Prognoza netto zatrudnienia dla sektora Produkcja przemysłowa w Polsce, w ciągu kolejnych kwartałówWykres 1. Prognoza netto zatrudnienia dla sektora Produkcja przemysłowa w Polsce, w ciągu kolejnych kwartałów. Źródło: Raport „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”.

− Prognoza netto zatrudnienia na poziomie +26% to zapowiedź dużego wzrostu liczby ofert pracy. Taki wynik jest efektem wielu pozytywnych trendów w gospodarce wewnętrznej oraz lokalnej, powiększenia siły nabywczej, niskiego bezrobocia, ale i większej odwagi pracowników. Dziś łatwiej decydują się na zmiany, jeśli mogą wybierać w wielu ofertach zatrudnienia. To z kolei sprawia, że pracodawcy asekurują się. Wzrost prognoz zatrudnienia to również reakcja na rosnącą rotację w ich organizacjach – tłumaczy Tomasz Walenczak, ekspert agencji zatrudnienia Manpower. − Tak wysoka prognoza dla produkcji przemysłowej potwierdza wzrosty rok do roku w realizowanych przez firmy celach i budżetach. Z drugiej strony oznacza jednak wyzwania w zbudowaniu stabilnego zespołu. Przedsiębiorstwa mocno postawiły na innowacje i automatyzacje, a mimo to ich potrzeby rosną. To efekt dobrej kondycji gospodarki europejskiej, ale i lokalnego rynku. Wzrosty wynagrodzeń i program 500+ sprawiły, że wydajemy więcej, co przekłada się na wzrost produkcji nie tylko w sektorach FMCG, RTV/AGD, ale idąc dalej także w branży motoryzacyjnej i w usługach. Na drugim biegunie mamy rekordowo niskie bezrobocie, walkę o kandydata, także tego zza wschodniej granicy. To z kolei wpływa na wzrost kosztów i poszukiwanie rozwiązań optymalizacyjnych – dodaje ekspert.

Polska produkcja przemysłowa w czołówce regionu EMEA

Polski sektor Produkcji przemysłowej osiągnął jedną z najbardziej optymistycznych prognoz zatrudnienia wśród 26 analizowanych rynków regionu EMEA, czyli Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki. Wyższy wynik uzyskano jedynie w Chorwacji (+36), która właśnie dołączyła do badania, a jej pierwsze wyniki zostały zaprezentowane w raporcie dla II kwartału 2018 r. i nie uwzględniają korekty sezonowej. Tuż za Polską znajduje się Rumunia (+25%) i Węgry (+21%), wysoki wynik uzyskano też dla Finlandii (+20%) i Turcji (+20%). Najsłabiej wśród rynków regionu EMEA wypadają Czechy (-5%) oraz Włochy (-1%).

− Sytuacja ekonomiczna w Europie jest dobra, większość europejskich gospodarek wykazuje pozytywne trendy, a my jesteśmy tego beneficjentami. Dlaczego? Fundamentem naszej gospodarki jest kapitał napływający z zewnątrz. Siłą rzeczy wzrost konsumpcji na innych rynkach przekłada się na wzrosty produkcji u nas, w tym także w zatrudnieniu. Koszty produkcji w Polsce, mimo wzrostu wynagrodzeń, wciąż jeszcze są atrakcyjne – dodaje Tomasz Walenczak.

Prognoza netto zatrudnienia dla sektora Produkcja przemysłowa w regionie EMEA w II kwartale 2018 r.Wykres 2. Prognoza netto zatrudnienia dla sektora Produkcja przemysłowa w regionie EMEA w II kwartale 2018 r. Źródło: Raport „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”.

Wszystko po kolei

Przecena na rynku akcji w USA w związku ze skandalem wokół Facebooka nie przekłada się na wzrost zmienności na rynku walutowym. Wręcz przeciwnie, jen jest słabszy we wtorek przez presję na crossach z EUR i GBP, gdzie wczorajsze informacje z EBC i ws. Brexitu nadały optymistyczny ton.

Pogrom na Wall Street z S&P500 tracącym przez moment 2 proc. mógł stać się katalizatorem lawinowego pogorszenia sentymentu, ale inwestorzy w Azji nie dali się łatwo ponieść emocjom. Stąd po FX nie widać zmian tożsamym ze skokiem awersji do ryzyka i rynek w spokoju wyczekuje wydarzenia tygodnia, jakim jest posiedzenie FOMC. W tle nie brakuje szumu informacyjnego związanego z nowymi pomysłami Donalda Trumpa na restrykcje w handlu międzynarodowym. Biały Dom przygotowuje wart 60 mld USD pakiet ceł na import produktów z Chin, który może być ogłoszony już w ten piątek. Pakiet ma dotyczyć ponad 100 produktów, które według Trumpa zostały stworzone z wykorzystaniem wiedzy wykradzionej od przedsiębiorstw z USA. Bloomberg donosi też, że administracja Trumpa naciska na inne państwa, by zjednoczyły się z USA w walce z polityką Chin w zamian za wyłączenia z ceł na import stali i aluminium. Nie wykluczam, że z tego może urodzić się większy temat, który zacznie mocniej kształtować zmiany na rynku, ale jakkolwiek banalnie to zabrzmi, najpierw trzeba uporać się z decyzją Fed.

Jeżeli już, to zmiany w grupie głównych walut w ogóle nie przystają do trybu risk-off. USD/JPY skoczył do 106,50, ale bardziej widział bym tutaj techniczne (ale niezwiązane z analizą techniczną) powody odbicia. Pozycjonowanie przed FOMC ciąży na kursie, gdyż duża grupa uczestników handlu spodziewa się jastrzębiego wydźwięku posiedzenia. I być może do środowego wieczora udałoby się wyczekać w spokoju bez większych zmian kursu, ale wczoraj zaufanie do długich pozycji w JPY nadwyrężyły wzrosty GBP/JPY i EUR/JPY. W pierwszym przypadku rynek z zadowoleniem przyjął porozumienia UE i Wielkiej Brytanii odnośnie warunków 21-miesięcznego okresu przejściowego przed Brexitem i potencjalnego rozwiązania sporu o granicę z Irlandią. Wprawdzie nie wszystko jest jeszcze dopięte na ostatni guzik, ale istotne jest, że strony dążą do kompromisu. I na tym GBP może pozostać mocny. Dziś dodatkowego impulsu będzie można szukać w danych o CPI z Wielkiej Brytanii, gdzie wyższy odczyt rozpali spekulacje przed czwartkową decyzją BoE.

Dawno nie mieliśmy „przecieków” z EBC. Piszę w cudzysłowie, gdyż tajemnicą poliszynela jest, że EBC sam decyduje, co i kiedy ujawnić. Według poniedziałkowych rewelacji w łonie EBC dyskusja skupia się na nachyleniu krzywej stóp procentowych, gdyż „nawet gołębie są zdania, że QE powinno zakończyć się w tym roku”. Dodatkowo Rada Prezesów zgadza się z rynkową wyceną pierwszej podwyżki w drugim kwartale 2019 r. Ta ostatnia kwestia ma jastrzębi wydźwięk, gdyż rynek w całości nie był przekonany do tak wczesnego terminu. Ja dalej nie jestem i powątpiewam w optymistyczne prognozy przyspieszania inflacji do tego czasu, a na takich opierają się opinie członków EBC. W rezultacie wczorajsze wzrosty EUR/USD moim zdaniem wynikają bardziej z gorączki w obliczu niepewności o rezultat FOMC niż trzeźwego budowania solidnej pozycji długiej w euro. Ale jeśli Fed rozczaruje, to rynek będzie miał podwójny pretekst do kupowania.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

W lutym najliczniejsze były niewypłacalności firm produkcyjnych i usługowych, których duża część pracowała na rzecz budownictwa

Euler Hermes, wiodący globalny ubezpieczyciel należności handlowych, zbadał sytuację firm w Polsce pod względem niewypłacalności. W lutym w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informacje o 76 przypadkach niewypłacalności przedsiębiorstw wobec 77 w lutym 2017 r. Od początku roku opublikowano informacje o niewypłacalności 158 polskich firm wobec 146 w analogicznym okresie ubiegłego roku (wzrost o 8%).

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.

Kluczowe wnioski:

  • Budownictwo – mniej niewypłacalności firm wykonawczych, ale aż 7 z 11 przypadków to wznoszenie budynków, jeśli doliczymy prace wykończeniowe przy nich, to widać, że kłopoty mają obecnie firmy zaangażowane w budownictwo mieszkaniowe. Kryzys, a przynajmniej płytki rynek w „zimowym okienku” w mniejszych miejscowościach, gdyż to w nich działały wspomniane firmy.
  • Firmy produkcyjne: poza zaopatrzeniem budownictwa (konstrukcje i wyroby metalowe, drewno) były to m.in. 4 przypadki firm z sektora upraw rolnych i leśnictwa; w branży spożywczej 3 z 5 niewypłacalnych w lutym firm związane było z branżą mięsną (bezpośrednio lub pośrednio).
  • Usługi – najwięcej niewypłacalności to firmy z sektora obsługi nieruchomości i inwestycji, reklamy, placówki lecznicze.
  • Handel hurtowy: dominują problemy związane z zaopatrzeniem budownictwa, ale największa upadłość miała miejsce w handlu elektroniką.
  • Liczba niewypłacalności wzrosła po lutym r/r w woj. mazowieckim, wielkopolskim, pomorskim i lubelskim. Mimo obiektywnie dużej liczby niewypłacalności w lutym na tle reszty kraju w woj. śląskim (9) i dolnośląskim (6), dynamika niewypłacalności jest w nich ujemna.
W lutym najliczniejsze były niewypłacalności firm produkcyjnych i usługowych, których duża część pracowała na rzecz budownictwa
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

„Na cenzurowanym jest mimo wszystko budownictwo. Sam sektor notuje obecnie niezłe wyniki, ale… O realiach w budownictwie nie świadczy jedynie wzrost wartości prac budowlanych, ale także stojący za tym (lub taki, który powinien się z tym wiązać) przepływ środków w branży. Poprawy nie odczuwają specjalnie dostawcy – więc zaopatrujące budownictwo firmy to wciąż największa grupa firm mających ostatnio kłopoty z płynnością zarówno w sektorze produkcyjnym (10 z 25 niewypłacalności), jak i hurtowym (3 niewypłacalności z 6). Jeśli budownictwo liczylibyśmy jako całość firm zaangażowanych – wykonawcy prac jak i dostawcy materiałów, to stanowi ono 1/3 wszystkich niewypłacalności, a przecież jeszcze dodatkowo w sektorze usług mieliśmy do czynienia z problemami firm obsługujących procesy inwestycyjne. Tempo spłaty zobowiązań jest bowiem tylko marginalnie lesze w budownictwie niż w bardzo złym pod tym względem zeszłym roku, mimo tego, że do branży wpłynęły już spore środki z nowej perspektywy. Otwarte pozostaje pytanie, jak w przyszłości na płynność mniejszych podmiotów, w tym wyspecjalizowanych podwykonawców dużych inwestycji, wpłyną nie tylko rosnące koszty pracy, ale też ustawowe zmiany (po odwróconym VAT – w tym roku JPK) – ocenia Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes odpowiadający za ocenę ryzyka.

W lutym najliczniejsze były niewypłacalności firm produkcyjnych i usługowych, których duża część pracowała na rzecz budownictwa 2
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

W lutym najliczniejsze były niewypłacalności firm produkcyjnych i usługowych, których duża część pracowała na rzecz budownictwa 3

Podatnicy muszą pamiętać o rozliczeniu dochodów uzyskanych za granicą. To pozwoli uniknąć kłopotów z fiskusem

Podatnicy muszą pamiętać o rozliczeniu dochodów uzyskanych za granicą. To pozwoli uniknąć kłopotów z fiskusem 1

Polacy, którzy wyjeżdżają za granicę do prac sezonowych, muszą pamiętać o rozliczeniu dochodów z tego tytułu przed polskim fiskusem. Dotyczy to też dochodów z wynajmu nieruchomości za granicą czy sprzedaży akcji. Przy takim rozliczeniu podatnik musi koniecznie zweryfikować umowę o unikaniu podwójnego opodatkowania. Obowiązek rozliczenia podatku w Polsce nie obejmuje rodaków, którzy na stałe mieszkają i pracują poza krajem.

Podatnicy, którzy osiągają dochody zagraniczne, powinni zwrócić szczególną uwagę na rozliczenie ich w Polsce. Dotyczy to osób, które są polskimi rezydentami podatkowymi. Jeżeli ktoś zmienił rezydencję podatkową, to siłą rzeczy dochodów zagranicznych w Polsce już nie opodatkowuje – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Misiak, doradca podatkowy, szef zespołu ds. podatków osobistych w Spółce Doradztwa Podatkowego MDDP.

Polskimi rezydentami podatkowymi są osoby, które mają w Polsce miejsce zamieszania – tzw. ośrodek interesów życiowych (centrum interesów osobistych lub gospodarczych) lub przebywają na terytorium kraju dłużej niż 183 dni w roku podatkowym. Takie osoby muszą rozliczyć w Polsce całość swoich przychodów – uzyskanych zarówno w kraju, jak i za granicą.

Ten obowiązek nie obejmuje jednak Polaków, którzy wyjechali z kraju i na stałe mieszkają i pracują za granicą. Ich liczbę GUS szacuje na ponad 2,5 mln. Rodacy – którzy przebywają np. w Niemczech czy Wielkiej Brytanii i do kraju przyjeżdżają tylko okazjonalnie, powinni rozliczyć się w miejscu zamieszkania. Z kolei osoby, które wyjeżdżają za granicę do prac sezonowych, muszą rozliczyć dochody z tego tytułu przed polskim fiskusem.

Do dochodów zagranicznych należą też te osiągane z działalności na giełdzie zagranicznej. Przykładowo, podatnik, który decyduje się na kupno i sprzedaż akcji za granicą, powinien te dochody również rozliczyć w Polsce. Źródeł dochodów zagranicznych do opodatkowania w Polsce może być wiele. Jeżeli ktoś posiada rachunek bankowy za granicą albo dokonuje inwestycji za pośrednictwem zagranicznej firmy inwestycyjnej, również ma obowiązek rozliczyć się w Polsce. Podobnie jak dochody z dywidend, transakcji na pochodnych instrumentach finansowych, dochody z papierów wartościowych, umorzenia sprzedaży jednostek uczestnictwa w funduszach inwestycyjnych czy kapitałowych, forexy, bitcoiny – wylicza Anna Misiak.

Doradca podatkowy zauważa, że – szczególnie w odniesieniu do dochodów kapitałowych – jest cały szereg aspektów, które trzeba wziąć pod uwagę przy rozliczeniu. Podatnik powinien zweryfikować umowę o unikaniu podwójnego opodatkowania, a jeżeli od dochodów za granicą został wcześniej pobrany podatek, sprawdzić, czy i w jakiej wysokości jest uprawniony do tego, żeby w Polsce odliczyć podatek zagraniczny.

Bardzo często omyłkowy dla podatników jest fakt, że od tych samych dochodów osiąganych za granicą, tutaj w Polsce podatek jest pobierany np. przez bank albo fundusz, którego jednostki zakupiono. Niestety, tego samego rodzaju dochody osiągane za granicą muszą być rozliczane przez samego podatnika. To podatnik musi je samodzielnie w Polsce zadeklarować, przejąć na siebie obowiązek skalkulowania dochodu w Polsce do opodatkowania, zastosowania odpowiedniej stawki i zweryfikowania umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania – mówi doradca podatkowy w MDDP.

Równie skomplikowane rozliczenia wiążą się z dochodami osiąganymi z pracy za granicą np. z zatrudnienia lub zasiadania w zarządzie lub radzie nadzorczej spółek zagranicznych. W tym przypadku podatnik również powinien zweryfikować umowę o unikaniu podwójnego opodatkowania i sprawdzić, czy w Polsce jego dochody będą mu ponownie podlegać – albo co zrobić, żeby tego uniknąć. Polskie przepisy przewidują np. ulgę abolicyjną dla rozliczenia niektórych dochodów, również tych osiąganych za granicą.

– Jest kilka kroków niezbędnych, ażeby przygotować się do zeznania z dochodami zagranicznymi. Na początek, rekomendowałabym zebranie informacji o tym, w jakiej wysokości oraz w jakim miesiącu został osiągnięty dochód zagraniczny i do jakiej kategorii przychodów podatkowych można go zakwalifikować. Potem konieczne jest zweryfikowanie polskich przepisów i umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania, ażeby te dochody właściwie rozliczyć w polskim zeznaniu rocznym – mówi Anna Misiak.

Doradca podatkowy podkreśla też, że polscy rezydenci podatkowi muszą pamiętać o obowiązku rozliczenia zagranicznych dochodów, ponieważ od 2016 roku zagraniczne i polskie organy podatkowe automatycznie i w znacznie szerszym zakresie niż do tej pory wymieniają informacje o dochodach odsetkowych, dywidendowych, o dochodach z kapitałów pieniężnych, dochodów z najmu nieruchomości położonych zagranicą, a także o stanie rachunku bankowego, który podatnik ma założony za granicą.

– Te informacje docierają lub w najbliższym czasie dotrą do polskich organów podatkowych, które z automatu pozyskają zza granicy znacznie szerszą wiedzę o dochodach polskich podatników. Biorąc pod uwagę ten aspekt, aby uniknąć potem niespodziewanych zapytań ze strony US, warto się do tego dobrze przygotować – mówi Anna Misiak.

Polska przyciąga coraz więcej włoskich przedsiębiorców. Cenią sobie ułatwienia przy starcie biznesu, ale doskwiera im brak pracowników

Polska przyciąga coraz więcej włoskich przedsiębiorców. Cenią sobie ułatwienia przy starcie biznesu, ale doskwiera im brak pracowników 2

Łączna wymiana handlowa między Polską a Włochami przekroczyła w ubiegłym roku 20 mld euro. Polski eksport wzrósł o ponad 13 proc., a import do kraju – o 6 proc. w skali roku. Coraz lepiej wyglądają też wzajemne inwestycje. W Polsce działa ponad 3 tys. włoskich firm o łącznych obrotach 20 mld euro, nie licząc działalności gospodarczych, takich jak restauracje włoskie. Włosi chwalą Polskę przede wszystkim za możliwość szybkiego rozpoczęcia działalności gospodarczej. Bolączką zarówno dla małych, jak i dużych inwestorów jest za to brak pracowników.

– Potencjał współpracy gospodarczej między Włochami a Polską jest bardzo duży. Nasze relacje gospodarcze sięgają bardzo daleko w czasie. Mamy bardzo dużo pozytywnych przykładów współpracy i wciąż jest dobra atmosfera, żeby mogła się ona rozwijać. Przekłada się to także na liczby, które z roku na rok się coraz wyższe – zarówno wymiana handlowa, jak i inwestycje włoskie w Polsce i odwrotnie – Polska też zaczęła inwestować we Włoszech, choć nie jest to na razie bardzo dużo. Perspektywy są więc bardzo obiecujące – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Elisabetta Caprino, sekretarz generalny Włoskiej Izby Handlowo-Przemysłowej w Polsce.

Z danych GUS wynika, że łączne obroty handlowe Polski i Włoch w 2017 roku osiągnęły rekordowy poziom ponad 20 mld euro. Dynamicznie rośnie zwłaszcza nasz eksport – o 13,3 proc. do poziomu 10 mld euro. Niewiele więcej importujemy z Włoch (10,7 mld euro i wzrost o 6 proc. w skali roku). To jeden z większych partnerów gospodarczych Polski, zarówno pod względem eksportu, jak i importu znajduje się w czołowej piątce. Także Polska dla Włoch jest kluczowym partnerem.

 W trwającym badaniu do początku marca zidentyfikowaliśmy prawie 3 tys. firm z włoskim kapitałem na terenie Polski i ok. 900 działalności gospodarczych, to np. restauracje włoskie, a prace nad tym wciąż trwają. Włoski biznes jest dosyć rozwinięty w Polsce. Jeśli chodzi o branże, które najbardziej się wybijają, to są motoryzacja, AGD i branża finansowa – wskazuje Caprino.

Z danych Centrum Badań Ekonomicznych Izby Włoskiej wynika, że na polskim rynku działa ponad 2,7 tys. przedsiębiorstw z włoskim kapitałem, które zatrudniają ok. 82 tys. osób. Największym włoskim pracodawcą w Polsce jest Grupa FCA (Fiat Chrysler Automobiles), która 70 proc. swojej produkcji w Polsce eksportuje na rynki zagraniczne.

Włochy są jednym z większych zagranicznych inwestorów w naszym kraju. Najwięcej inwestycji przyciągnęły województwa mazowieckie (36 proc.), śląskie (18 proc.), dolnośląskie (10 proc.) i małopolskie (8 proc.). Wśród firm dominują te związane z branżą motoryzacyjną (31 proc.), produkcją (23 proc.) oraz działalnością naukową i techniczną (10 proc.).

– Z informacji od firm zrzeszonych w Izbie wynika, że współpraca układa się dobrze. Problemem odczuwalnym przez naszych przedsiębiorców, zwłaszcza firmy produkcyjne, jest brak ludzi do pracy. Większość naszych firm produkcyjnych znajduje się na Śląsku i Dolnym Śląsku, gdzie ten brak jest szczególnie odczuwalny. W ogóle nie ma tam bezrobocia – wynosi ono ok. 3–4 proc., czyli to są ludzie, którzy naprawdę nie chcą lub nie mogą iść do pracy – mówi sekretarz generalny Włoskiej Izby Handlowo-Przemysłowej.

W styczniu 2018 roku bezrobocie wynosiło 6,9 proc. Coraz więcej branż narzeka na brak rąk do pracy i wykwalifikowanych pracowników. Ratunkiem dla inwestycji może być sięgnięcie po pracowników ze Wschodu – Ukrainy czy Białorusi.

Jak podkreśla Caprino, mimo to Polska jest wciąż dla Włochów atrakcyjnym rynkiem. Początkujący przedsiębiorcy doceniają przede wszystkim możliwość szybkiego założenia firmy czy spółki. Z kolei duzi inwestorzy liczą na zachęty podatkowe i inne korzyści z rozwijania biznesu w Polsce.

Polskie firmy dopiero niedawno weszły na włoski rynek, więc liczba ich inwestycji nie jest jeszcze imponująca. Jak jednak przekonuje ekspertka, w perspektywie najbliższych lat będzie dynamicznie rosnąć. Na tamtejszym rynku inwestują przede wszystkim firmy związane z transportem, budownictwem, handlem oraz przemysłem chemicznym. Swoją pozycję we Włoszech buduje m.in. Solaris, który dostarczył już na tamtejszy rynek 850 autobusów.

– W zeszłym roku te inwestycje wynosiły ok. 85 mln euro. Najbardziej znane są firmy z sektora motoryzacyjnego – Pesa, Solaris, i producenci okien – Oknoplast, który sponsorował drużynę piłkarską, oraz Fakro. Te dwa sektory najwięcej teraz inwestują. Myślę, że będzie więcej – ocenia Elisabetta Caprino.

Karty microSD coraz szybsze i bardziej pojemne. Zapewnią płynną obsługę najnowszych funkcji smartfonów jak super slow motion

Karty microSD coraz szybsze i bardziej pojemne. Zapewnią płynną obsługę najnowszych funkcji smartfonów jak super slow motion 3

400 GB pamięci na powierzchni nieco ponad 1,5 centymetra kwadratowego – taką pojemność zapewnią najnowsze karty microSD, które w sprzedaży pojawią się za kilka miesięcy. Obecny standard to maksymalnie 256 GB i obsługuje go większość dostępnych na rynku urządzeń. Z nową pojemnością poradzą sobie wyłącznie najnowsze flagowce i to właśnie dla nich projektowane są takie karty. Coraz większa pojemność i szybkość kart są niezbędne do obsługi najnowszych możliwości smartfonów, takich jak między innymi nagrywanie w super slow motion czy w jakości 4K.

Największa pojemność kart microSD dostępnych obecnie w sprzedaży to 256 GB. Ceny kart z taką pojemnością wahają się od 450 do około 1000 zł. Te najtańsze gwarantują jednak bardzo niską, bo wynoszącą odpowiednio 10 i 45 MB/s, prędkość zapisu i odczytu. Najwyższe dostępne parametry to natomiast 90 i 100 MB/s. Na targach Mobile World Congress 2018 w Barcelonie zostały zaprezentowane nowe karty o pojemności 400 GB i najwyższej dotąd prędkości odczytu.

– SanDisk Extreme to obecnie karta z największą pojemnością na rynku. Przekracza ona również obecne limity prędkości, oferując 160 MB/s odczytu danych i 90 MB/s przy ich zapisie. Do sprzedaży trafi za kilka miesięcy i będzie wtedy nie tylko najbardziej pojemną, lecz także najszybszą kartą na świecie – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje JongHyun Lee z Western Digital Group.

Coraz większa pojemność kart microSD jest konieczna do tego, by użytkownicy smartfonów mogli płynnie korzystać z najnowszych funkcji aparatów wbudowanych w ich urządzenia. Coraz więcej z nich potrafi rejestrować obraz w jakości 4K, a najnowsze oferują także funkcję super slow motion, która pozwala na wielokrotne spowolnienie obrazu.

– Nowe modele oferują obraz w technologii super slow motion video, która zapisuje nawet 960 klatek na sekundę. Miejsce na karcie zapełnia się więc bardzo szybko. Potrzeba odpowiednich parametrów także do tego, by nagrać i odtworzyć wideo nagrane w jakości 4K – zaznacza ekspert.

Zgodnie z danymi zawartymi w specyfikacji producenta, z kartą o pojemności 400 GB będzie mógł współpracować na przykład Samsung Galaxy S9 i S9+. Problemy z kompatybilnością będą mieli natomiast użytkownicy debiutujących na MWC 2018 Nokii 8 Sirocco i Nokii 7 Plus, a także dostępnego już od pewnego czasu w sprzedaży telefonu Huawei P10 Plus. Wszystkie te smartfony według specyfikacji obsłużą karty do 256 GB.

Według prognoz Persistence Market Research światowy rynek kart pamięci w 2022 roku będzie wyceniany na niemal 21 mld dol. Największy, bo aż około 90 proc., udział w sprzedaży kart stanowią i będą stanowić karty microSD. Ponad 68 proc. sprzedaży stanowią karty do stosowania w telefonach komórkowych. Do 2022 roku udział ten wzrośnie do 71 proc.

Największymi graczami na rynku kart pamięci są: SanDisk, Transcend Information, Panasonic i Kingston.

Prawie połowa warszawskich biurowców ma co najmniej 10 lat. Aby były atrakcyjne dla najemców, powinny zostać zmodernizowane

Prawie połowa warszawskich biurowców ma co najmniej 10 lat. Aby były atrakcyjne dla najemców, powinny zostać zmodernizowane 4

Już 48 proc. biurowców w Warszawie ma 10 lat lub więcej. Starsze budynki mają jednak szansę pozostać atrakcyjne dla najemców – przekonuje Agnieszka Krzekotowska, dyrektor Działu Zarządzania Nieruchomościami w Colliers International. Ich zaletą zwykle jest dobra lokalizacja i dogodny dostęp do komunikacji miejskiej. Jednak bez nakładów na modernizację właścicielom budynków trudno będzie konkurować z najnowszymi projektami. Dlatego już teraz blisko połowa z nich została zmodernizowana lub jest w trakcie modernizacji.

 Na rynku warszawskim mamy obecnie blisko 5,3 mln mkw. powierzchni biurowej. W 2008 roku było jej 2,5 mln mkw. Możemy więc powiedzieć, że ok. 48 proc. biur w stolicy to powierzchnia 10-letnia lub starsza – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Krzekotowska, dyrektor Działu Zarządzania Nieruchomościami w Colliers International.

Z danych Colliers International wynika, że tylko w 2017 roku w Warszawie oddano do użytku dwadzieścia siedem nowych biurowców, co przełożyło się na 275 tys. mkw. powierzchni biurowej. W budowie znajduje się kolejne 810 tys. mkw.

Warszawski rynek biurowy jest stosunkowo młody, dlatego już budynki dziesięcioletnie określa się mianem starszych. Dla porównania średni wiek biurowców w Stanach Zjednoczonych sięga 50 lat, a w Europie Zachodniej ponad 30 lat. Jak jednak podkreśla ekspertka Colliers International, starsze budynki wciąż cieszą się zainteresowaniem najemców.

 Budynki starsze zwykle są dobrze zlokalizowane, w miejscach dobrze skomunikowanych, jeżeli chodzi o transport publiczny. Mają też dostęp do  rozbudowanej infrastruktury – przekonuje Agnieszka Krzekotowska.

Starsze budynki często wygrywają lokalizacją z nowo powstałymi biurowcami. Zazwyczaj odznaczają się też niższym poziomem czynszów i bardziej elastycznym podejściem do negocjowania długości umów najmu. Aby jednak mogły skutecznie konkurować o najemców z nowymi budynkami, ich właściciele muszą zadbać o wygodę i komfort najemców, dostosowując swoje budynki do najnowszych trendów i wymagań użytkowników. Nie mogą też zapominać o bezpośrednim otoczeniu obiektu.

 Standardem w tej chwili jest przystosowanie budynku do potrzeb rowerzystów, doprowadzenie ścieżek rowerowych, stworzenie miejsc postojowych dla jednośladów oraz szatni dla ich użytkowników. Należy zadbać o dostępność  dodatkowych usług, jak myjnia samochodowa czy pralnia. To spowoduje, że najemcy poczują się zaopiekowani i będą chcieli pozostać w danym budynku – tłumaczy dyrektor Działu Zarządzania Nieruchomościami w Colliers International.

Wiele z takich budynków przechodzi więc renowację. Wśród budynków biurowych w Warszawie, które w ostatnim czasie poddano renowacji, warto wymienić G9, N21, Platinium Business Park, Horizon Plaza, R34, RTO, Norway House, Chmielna 134 czy Koszykowa 54. Za przykład może także służyć Warsaw Financial Center, który po modernizacji uzyskał certyfikat LEED Gold w kategorii Budynki istniejące.

– W Colliers zarządzamy ok. 1 mln mkw. powierzchni, nie tylko biurowej, lecz także wystawienniczej, logistycznej czy handlowej. Blisko połowa ponaddziesięcioletnich budynków została zmodernizowana lub jest w trakcie modernizacji. Czasem są to drobne rzeczy, jak remont powierzchni wspólnych, przebudowa holu recepcyjnego, a czasem większe inwestycje, jak przebudowa instalacji czy wprowadzenie nowych systemów, które spowodują, że  budynek będzie wpisywał się w trendy rynkowe i będzie mógł konkurować z nowymi projektami – przekonuje Agnieszka Krzekotowska.

Powstała specjalna aplikacja i gadżet umożliwiające zrobienie idealnego selfie z psem

Powstała specjalna aplikacja i gadżet umożliwiające zrobienie idealnego selfie z psem 5

Do wykonania idealnego selfie z czworonożnym ulubieńcem potrzeba dużo cierpliwości – zarówno psa, jak i jego właściciela. Psia uwaga często skupia się na wielu innych rzeczach, tylko nie na obiektywie. Z pomocą przychodzą proste, ale skuteczne gadżety, takie jak klipsy z psimi przysmakami. Zamocowane na smartfonie przykuwają uwagę zwierzaka i skłaniają do patrzenia prosto w obiektyw. Specjalne aplikacje pozwalają natomiast błyskawicznie opublikować zdjęcie w mediach społecznościowych. 

Według badań firm Now Sourcing i Frames Direct statystyczny millennials (czyli osoba urodzona między 1980 a 2000 r.) spędza godzinę tygodniowo na robieniu sobie selfie. W ciągu całego swojego życia wykona ponad 25,5 tys. selfie, czyli niemal jedno selfie dziennie. Zwykle jedno perfekcyjne zdjęcie to efekt kilku mniej udanych prób. Skala trudności rośnie, gdy chcemy pozować razem z czworonożnym pupilem.

– Zrobienie sobie selfie z psem bywa bardzo kłopotliwe. Nawet jeżeli uda nam się zatrzymać psa na chwilę u swojego boku, to jego rozbiegany wzrok nie zawsze będzie skierowany akurat w aparat fotograficzny – mówi agencji informacyjnej Newseria Karolina Kowalczyk, kierownik ds. komunikacji korporacyjnej Mars Polska.

W przypadku selfie największym wyzwaniem jest zazwyczaj skłonienie psa do patrzenia prosto w obiektyw, gdy próbujemy uchwycić idealne ujęcie. Zwierzę nie rozumie intencji właściciela, a jego uwaga bywa rozproszona. Z pomocą przychodzą gadżety, które przykuwają uwagę psa, np. niewielkie piłeczki lub psie smakołyki mocowane na telefonie.

– Pies patrzy na smakołyk, a na zdjęciu wygląda to tak, jakbyśmy razem zgodnie patrzyli prosto w aparat telefoniczny. Teraz w sklepach dostępne są specjalne klipsy załączone do przekąsek Pedigree Dentastix i można je kupić w promocyjnych opakowaniach – przekonuje Karolina Kowalczyk.

Zestaw Selfiestix składa się z trzech elementów. Pierwszy z nich to niewielki klips umożliwiający przymocowanie przysmaku do górnej części każdego telefonu komórkowego. Następny to przekąska dentystyczna, która dba o zdrowie zębów i dziąseł psa. W zestawie znajduje się również aplikacja mobilna, dzięki której na gotowe zdjęcie możliwe jest nałożenie zabawnych filtrów. Aplikacja wykorzystująca technologię rozpoznawania rysów psa dostępna jest w App Store i Google Play.

– Po wykonaniu udanego selfie, możemy na zdjęcie nałożyć specjalny filtr, który dopasuje nam do zwierzęcia wygląd np. kucharza, policjanta, a nawet kota. Dodatkowo, aplikacja umożliwia natychmiastowe podzielenie się zdjęciem z naszymi przyjaciółmi w mediach społecznościowych – mówi Karolina Kowalczyk.

Polacy kochają zwierzęta – z badań TNS Polska wynika, że blisko połowa z nich ma w domu czworonożnego pupila. Zdecydowanymi faworytami są psy, których posiadanie deklaruje ponad 80 proc. badanych.

Ingerencja państwa wpływa na wiarygodność firm. Dotyczy to przede wszystkim strategicznych sektorów

Ingerencja państwa wpływa na wiarygodność firm. Dotyczy to przede wszystkim strategicznych sektorów 6

W Polsce, podobnie jak w wielu innych krajach europejskich, państwo przejmuje część własności w sektorach, które mają strategiczne znaczenie dla gospodarki. Taka ingerencja choć pomaga ustabilizować sytuację branży, to może się odbić na konkurencyjności i wynikach działających w niej firm – wynika z raportu DNB Bank Polska i firmy doradczej PwC. Zaangażowanie państwa ma też przełożenie na ocenę ratingową przedsiębiorstwa, która potwierdza jego wypłacalność i wiarygodność kredytową. – Właściciel państwowy może mieć pozytywny wpływ na ocenę ratingową przedsiębiorstwa, ponieważ stoi za nim duże zaplecze w postaci Skarbu Państwa – zauważa Marcin Petrykowski, dyrektor zarządzający S&P w Polsce.

Przykładem branży, którą charakteryzuje istotne zaangażowanie państwa zarówno kapitałowe, jak i regulacyjne, jest energetyka. Sektor ten ma strategiczne znaczenie dla bezpieczeństwa ekonomicznego kraju. Poprzez własność państwo zapewnia gospodarce odpowiednią podaż energii po określonych cenach i gwarantuje stabilność dostaw, a także, szczególnie w przypadku przesyłu prądu, pełni rolę naturalnego monopolisty. W państwach anglosaskich ingerencje państwa w energetykę mają charakter niemal wyłącznie regulacyjny. Natomiast w Europie kontynentalnej zaangażowanie państwa w ten sektor – zarówno własnościowe, jak i regulacyjne – jest dużo bardziej znaczące.

Podobnie jak w Niemczech i Francji w Polsce skala ingerencji państwa w sektorze energetycznym jest wyraźna i sięga 36 proc. – wynika ze wspólnego raportu DNB Bank Polska i firmy doradczej PwC „Kierunki 2018. Ingerencja państwa w wybranych sektorach gospodarki”.

Państwo przejmuje część własności w strategicznych branżach, żeby ustabilizować ich sytuację i zapewnić bezpieczeństwo. Dla przykładu po kryzysie finansowym w 2008 roku sektor finansowy w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych oraz amerykański sektor motoryzacyjny doświadczyły silnego zaangażowania własnościowego państwa, które miało charakter interwencyjny, ratunkowy.

Autorzy raportu podkreślają, że państwa inwestują w przedsiębiorstwa również po to, żeby zapewnić sobie zyski albo zachować kontrolę w przedsiębiorstwach uznawanych za dobra narodowe. Taka ingerencja może jednak wpłynąć na konkurencyjność i wyniki firmy oraz jej ocenę ratingową.

– W przypadku analizy ratingowej przedsiębiorstwa właściciel państwowy może mieć pozytywny wpływ na ocenę wiarygodności kredytowej, bowiem stoi za nim duże zaplecze w postaci Skarbu Państwa. Z drugiej strony – w pewnych przypadkach może także ciążyć , biorąc pod uwagę to, że czasami takie podmioty mają słabszą konkurencyjność i inny model zarządzania niż podmioty komercyjne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Petrykowski, dyrektor regionalny S&P Global Ratings na Europę Środkowo-Wschodnią oraz dyrektor zarządzający S&P w Polsce.

Rating to w uproszczeniu ocena wypłacalności, wiarygodności kredytowej. Świadczy o ryzyku, jakie będzie musiał ponieść inwestor, jeżeli zechce pożyczyć pieniądze danemu podmiotowi albo ulokować kapitał na danym rynku. Rating ma skalę od A do D. Ocena AAA to najwyższy rating, który oznacza, że dane państwo lub przedsiębiorstwo ma wyjątkowo dużą zdolność wywiązywania się ze swoich zobowiązań finansowych, a inwestor może spać spokojnie. Od BB+ do D to już tak zwany przedział spekulacyjny, który oznacza, że pożyczanie wiąże się z większym ryzykiem.

Co istotne, rating przekłada się też na koszt zadłużenia: śmieciowy rating oznacza wysokie odsetki i odwrotnie podmioty, które mogą się pochwalić dobrą oceną ratingową, płacą niższe odsetki od swojego zadłużenia. W przypadku przedsiębiorstw rating potwierdza ich długoterminową wiarygodność na rynku kapitałowym i kredytowym. W Polsce oceny ratingowe są przyznawane m.in. spółce PGE, PGNiG, PKN Orlen, PZU oraz KGHM Polska Miedź, a więc wielu spółkom publicznym z kapitałem własnościowym państwa.

– Własność państwowa w firmie może powodować podwyższenie jej ratingu, ponieważ państwo jest trwałym właścicielem, który gwarantuje wypłacalność danego emitenta. Może to jednak powodować także skutki negatywne. Często widzimy, że efektywność wykorzystania kapitału w spółkach, gdzie dominującym właścicielem jest Skarb Państwa, jest słabsza – mówi Marcin Petrykowski.

Stabilizacja sektora i zaangażowanie Skarbu Państwa, który potwierdza wypłacalność przedsiębiorstwa, to czynniki wpływające dodatnio na ocenę ratingową. Z drugiej strony ingerencja państwa może odbijać na konkurencyjności i wynikach finansowych przedsiębiorstwa, zaniżając jego rating.

– Często, choć oczywiście nie jest to regułą, są to spółki mniej efektywne, a ich stabilność i przewidywalność bywa mniejsza niż w podmiotach komercyjnych, prywatnych – ocenia Marcin Petrykowski, dyrektor zarządzający S&P w Polsce.

Potwierdza to również raport DNB Banku i PwC „Kierunki 2018. Ingerencja państwa w wybranych sektorach gospodarki”. Autorzy raportu zwrócili uwagę na nieco gorsze wyniki francuskich koncernów motoryzacyjnych, które cechują się znaczącym zaangażowaniem kapitałowym państwa (w porównaniu do niemieckich i amerykańskich). Na podstawie EBITDA margin spółek energetycznych w Stanach Zjednoczonych ocenili też, że niski poziom zaangażowania własnościowego i regulacyjnego państwa sprzyja lepszym wynikom przedsiębiorców.

Dyrektor zarządzający Standard & Poor’s w Polsce podkreśla jednak, że wpływ państwowej ingerencji na rating danego przedsiębiorstwa jest bardzo uzależniony od specyfiki konkretnej branży.

– Czynnikiem mającym znaczący wpływ na ocenę przedsiębiorstwa jest branża, w której ono działa. Inaczej jest w sektorze bankowym, inaczej w sektorze korporacyjnym – mówi Marcin Petrykowski.

Jak zwrócili uwagę autorzy raportu DNB i PwC – alternatywną dla współwłasności państwa są regulacje, które również pozwalają kontrolować i stabilizować sytuację w danym sektorze. Przykładem jest telekomunikacja – branża, w której postęp technologiczny wymusił zmianę sposobu kontroli publicznej. Obecność państwa w branży telekomunikacyjnej straciła sens w dobie powszechnej telefonii komórkowej i szerokopasmowego internetu. Dlatego zamiast zaangażowania własnościowego państwo kontroluje ten sektor, wprowadzając odpowiednie regulacje.