10% Polaków przyznaje się do „fake info” w rekrutacji

„Kłamstwo ma krótkie nogi”, ale mimo to kandydaci nadal po nie sięgają. Jak wynika z   najnowszych badań Work Service, niemal 1 na 10 Polaków podał nieprawdziwe informacji w CV lub podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Dlaczego tak się dzieje? Zdaniem eksperta serwisu Kariera.pl część osób aplikujących na wybrane stanowisko zawyża swoje kompetencje, aby spełnić wymagania wskazywane w tradycyjnych ogłoszeniach. Jednak, jak się okazuje, nowe metody rekrutacji mogą zniechęcić do koloryzowania w czasie rekrutacji.

Tylko w ciągu pierwszych 9 miesięcy 2017 roku w Polsce powstało ponad 551 tys. nowych miejsc pracy. Oznacza to, że pracodawcy prowadzili przynajmniej tyle procesów rekrutacyjnych, czyli weryfikowali kompetencje i umiejętności setek tysięcy kandydatów. Jednak w warunkach rekordowo niskiego bezrobocia i rosnących trudności z obsadzeniem stanowisk, pojawia się jeszcze jeden problem – wiarygodność kandydatów. Z badania Work Service wynika, że 9,8% aktywnych lub potencjalnych uczestników polskiego rynku pracy przyznaje się do kłamstwa w procesie rekrutacyjnym. 16,1% badanych raczej zaprzecza, aby podawało nieprawdę w CV lub podczas rozmowy o pracę, a ponad 70% zdecydowanie nie przyznaje się do podawania nieprawdziwych informacji.

Pomimo nadejścia nowego rynku pracy, wiele zjawisk z przeszłości nadal jest kontynuowana. Głównym problemem pozostaje zaburzona komunikacja na linii kandydat-pracodawca. W efekcie, niemal 10% Polaków przyznaje się do świadomego kłamstwa w procesie rekrutacyjnym. Jednak możemy przypuszczać, że skala tego zjawiska jest większa, bo część osób mogła zataić taką informację. Z drugiej strony, wiele firm nadal preferuje tradycyjne ogłoszenia o pracę opartych o listę wymagań wobec kandydatów. Z naszych analiz wynika, że to jest mechanizm zachęcający do koloryzowania w CV. Dzieje się tak, ponieważ spełnienie określonych, a często także wygórowanych kryteriów jest konieczne do przejścia do kolejnego etapu procesu rekrutacyjnego. Zamiast tego warto w ogłoszeniach skupiać się na roli potencjalnego pracownika w organizacji, a także wskazywać szerokie otoczenie, w jakim będzie wykonywać swoje obowiązki – komentuje Piotr Adamczyk, Prezes serwisu Kariera.pl.10% Polaków przyznaje się do „fake info” w rekrutacji

Kłamstwo nie popłaca

Z danych Work Service wynika, że najczęściej do podawania nieprawdziwych informacji w procesie rekrutacyjnym, przyznawały się osoby młode z wykształceniem podstawowym, a także osoby aktualnie pozostające bez pracy. Oznacza to, że do kłamstwa w CV lub podczas rozmowy o pracę, dochodzi najczęściej u osób o małym doświadczeniu zawodowym lub o nieaktualnych lub niskich kompetencjach.  Zdarzają się też sytuacje, w których kandydaci potrafią posługiwać się fałszywymi dokumentami, które mają świadczyć o ukończonych kursach czy edukacji. W takim przypadku mowa jest o przestępstwie za który grożą kary finansowe, a nawet pozbawienie wolności do lat pięciu. Jednak, także w przypadku drobnych korekt takich jak wyolbrzymianie doświadczenia, zakresu obowiązków etc., zła opinia może się za daną osoba ciągnąć.

Doświadczeni rekruterzy mają sposoby na sprawdzenie wiarygodności kandydata. Najczęściej weryfikują je w praktyce lub kontaktują się z wcześniejszymi pracodawcami wskazanymi w CV. Dlatego kłamstwo wcześniej czy później wychodzi na jaw, a konsekwencje ponosił kandydat. A te mogą być daleko idące, bo zła reputacja może ciągnąć się latami. Oczywiście najlepiej, aby osoby niespełniające wszystkich wskazanych oczekiwań w ogłoszeniu, nie zawyżały swoich kompetencji i aplikowały z prawdziwymi informacjami. Przekonać do takiego postępowania może fakt, że w dzisiejszych warunkach rynkowych, wiele zatrudnianych osób spełnia większość, a nie wszystkie wskazane pierwotnie oczekiwania na danym stanowisku – dodaje Piotr Adamczyk.

Firmy w Polsce mają rosnące trudności ze znalezieniem odpowiednich kandydatów do pracy. Tylko w pierwszych trzech kwartałach 2017 roku odnotowano w całej gospodarce ponad 131 tysięcy wakatów, co oznaczało wzrost o 37% r/r.

RAFAKO obejmuje udział w InnoEnergy

Z początkiem 2018 roku InnoEnergy i RAFAKO podpisały umowę, na mocy której wiodąca polska spółka branży energetycznej stała się udziałowcem InnoEnergy – europejskiej firmy inwestującej w innowacje w energetyce. Obie firmy współpracowały już wcześniej przy projektach innowacyjnych, a w ubiegłym roku podczas organizacji PowerUp! – największego konkursu dla start-upów energetycznych w Europie Środkowej.

Jakub Miler, dyrektor generalny InnoEnergy Central Europe
Jakub Miler, dyrektor generalny InnoEnergy Central Europe

Nasze partnerstwo jest najlepszym znakiem pozytywnych zmian, które zachodzą w polskich firmach. RAFAKO, dołączając do grona wiodących podmiotów, takich jak ABB, Schneider Electric czy EDF, potwierdza swoją ambicję nie tylko w zakresie podążania za trendami w światowej energetyce, ale również do ich aktywnego współtworzenia. InnoEnergy angażuje się we flagowe projekty europejskie, takie jak powstająca w Szwecji gigafabryka Northvolt Petera Carlssona, byłego wiceprezesa Tesli, czy uruchomiona w 2017 roku przez estońską firmę Skeleton fabryka superkondensatorów opartych na grafenie  – tłumaczy Jakub Miler, dyrektor generalny InnoEnergy Central Europe. Liczę, że dzięki naszej współpracy z Rafako będziemy mogli się wkrótce pochwalić podobnymi inwestycjami w Polsce.

Partnerstwo oznacza szereg korzyści. RAFAKO zyskuje możliwość współdecydowania o strategii dalszego rozwoju InnoEnergy, jak również uzyskuje pierwszeństwo dostępu do technologii rozwijanych w czołowych uniwersytetach oraz ośrodkach badawczych będących partnerami InnoEnergy oraz udziału w ich komercjalizacji. Firma staje się także aktywnym uczestnikiem społeczności InnoEnergy, zyskując możliwość współpracy z innowatorami jak również globalnymi koncernami energetycznymi. InnoEnergy zyskuje sprawdzonego partnera do wielkoskalowych komercjalizacji innowacyjnych rozwiązań. Doskonałym przykładem takiej współpracy jest wspólna inwestycja w rozpoczęty w 2016 roku projekt wysp poligeneracyjnych, w którym hiszpańscy i francuscy partnerzy InnoEnergy dostarczyli technologie, na bazie których Rafako zbuduje produkt oraz go skomercjalizuje.

Agnieszka Wasilewska-Semail, prezes i dyrektor generalny RAFAKO:

Agnieszka Wasilewska-Semail, prezes i dyrektor generalny RAFAKO
Agnieszka Wasilewska-Semail, prezes i dyrektor generalny RAFAKO

Misja InnoEnergy w zakresie nowatorskich rozwiązań w dziedzinie energii zrównoważonej jest zgodna z filozofią biznesową RAFAKO – nasza praca nie ogranicza się do projektowania i produkcji różnego rodzaju instalacji. Mamy ambitny cel, by doprowadzić do wytwarzania energii elektrycznej w jak najbardziej przyjazny dla środowiska sposób. Obecnie szukamy między innymi rozwiązań z zakresu energetyki rozproszonej i circular economy. Przyglądam się projektom wspieranym przez InnoEnergy i jestem pewna, że wiele z nich ma szansę na komercjalizację w niedalekiej przyszłości.

– InnoEnergy zarządza największym ekosystem innowacji na świecie, który liczy już ponad 320 członków. Wśród nich znajdują się wiodące przedsiębiorstwa energetyczne w Europie, ośrodki akademickie i badawcze, miasta oraz regiony. Mamy ofertę zarówno dla dużych przedsiębiorstw, jak również tych z sektora MŚP, dzięki czemu mogą do nas dołączyć firmy każdej wielkości. Warunkiem jest pomysł oraz ambicja tworzenia rozwiązań o zasięgu globalnym – dodaje Jakub Miler.

Bank Japonii uczy ekonomii

Bank Japonii naprostował rynek, uciszając plotki o prędkiej zmianie nastawienia. JPY traci, ale po nocy najbardziej wyróżnia się AUD, ściągany w dół przez spadki cen rudy żelaza. EUR drzemie w oczekiwaniu na czwartek i EBC, a uporanie się Kongresu USA z government shutdown ma zero wpływu na USD i nastroje.

Prezes Banku Japonii Kuroda wykonał swoją robotę. Bank musiał zmierzyć się z nabudowanymi w ostatnim czasie oczekiwaniami, że wkrótce podąży śladem instytucji z innych krajów i zacznie odchodzić od ekspansji monetarnej. I w jakiś dziwny sposób rynek kompletnie nie zwracał uwagi na makroekonomiczne argumenty stojące za kontynuowanie luźnej polityki. Dlatego BoJ przypomniał, że ryzyka dla inflacji przeważają po negatywnie stronie i nie należy się spieszyć z normalizacją tylko z tego powodu, że oczekiwania inflacyjne podskoczyły (ja z resztą wszędzie na świecie). BoJ nie jest jeszcze w sytuacji, kiedy może rozważać strategię wyjścia, bo cel inflacyjny pozostaje odległy. Na koniec Kuroda dodał, że luzowanie monetarne musi pozostać „silne”. Gołębi przekaz powinien zdławić presję na umocnienie JPY z większą wrażliwością waluty na apetyt na ryzyko. USD/JPY ma szanse nadgonić korelację z rynkiem długu, choć dostosowanie i wzrost do 113 raczej będzie powolnym procesem niż szybkim rajdem.

Przeszkadzającym elementem układanki pozostaje brak chęci inwestorów do kupowania USD. Rynku nie było stać nawet na odrobinę „radu ulgi” po ogłoszeniu końca government shutdown. W sumie, to nie ma się co dziwić. Całe zamieszanie w Kongresie tylko potwierdziło, że ta kadencja nie przyniesie imponujących sukcesów legislacyjnych, a batalia o budżet został doroczna tylko do 8 lutego. Dolara ratuje tylko to, że już sporo wycierpiał na przełomie roku i nie kopie się leżącego. Mimo to dla rozpędzenia USD/JPY może to nie wystarczyć. Do strategicznej sprzedaży jena lepszy może okazać się EUR/JPY, tylko najpierw trzeba przejść przez burzę, jaką w czwartek może zgotować prezes EBC Mario Draghi. Na razie rynek cierpliwe czeka, co dla EUR oznacza flautę w notowaniach.

Największy ruch dziś w nocy dobywa się na AUD, który traci 0,5 proc. Przyczyną są spadki cen rudy żelaza, który zalega w chińskich portach bez szans na szybkie znalezienie zastosowania. Zapasy surowca zwiększyły się 14 tydzień z rzędu, gdyż podaż surowca nie zwalnia, natomiast konsumpcja kuleje po tym, jak chińskie władze nałożyły ograniczenia na produkcję stali. AUD pozostaje w ścisłych relacjach z cenami rudy żelaza i negatywne sygnały z rynku towarowego mogą uderzyć w już dość wykupionego Aussie, który ewidentnie męczył się w ostatnich dniach z utrzymaniem ponad 0,80 USD. Większa korekta może być w grze.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

JAVA: Numer 1 na rynku pracy

W trendach rekrutacyjnych na rynku IT w 2018 roku silną pozycję zajmuje język oprogramowania Java, wynika z badania CodersTrust Polska. Dodatkowo raport wykazuje rosnącą otwartość pracodawców, rekrutujących na stanowiska programistyczne i pokrewne, do zatrudnienia osób bez wykształcenia technicznego oraz zmniejszone wymagania wobec praktyki zawodowej . Badanie pokazuje także otwartość pracodawców na pracę zdalną .

Na zlecenie szkoły oprogramowania online CodersTrust Polska Fundacja Instytut Innowacyjna Gospodarka przeprowadziła badanie* (jego treść w załączeniu) określające potrzeby kompetencyjne pracodawców z sektora ICT (m.in.: media, telekomunikacja, IT) oraz możliwości zastosowania pracy zdalnej i zatrudniania osób z niepełnosprawnościami. Najwięcej, bo aż 35% z ankietowanych firm – które wyraziły zamiar zwiększenia zatrudniania w działach IT w ciągu najbliższych 12 miesięcy – wskazało język programowania Java jako najbardziej pożądany w planowanych procesach rekrutacyjnych.

„Od początku uruchomienia szkoły kodowania CodersTrust Polska największe zainteresowanie obserwujemy w obszarze kursów z zakresu języka programowania JAVA. Dotyczy to zarówno kursantów jak i naszych partnerów, którzy zatrudniają absolwentów szkoleń CodersTrust Polska. Z pewnością trend ten będzie się utrzymywał przez kolejnych kilka lat” – mówi Joanna Pruszyńska, współzałożycielka CodersTrust Polska.

Trend wynikający z Badania CodersTrust Polska potwierdzają dane publikowane przez międzynarodowy portal pracy Indeed.com . Z danych dotyczących nowych ogłoszeń o pracę w IT opublikowanych w grudniu 2017 roku wynika, że wakatów na stanowiska wymagające znajomości Java i JavaScript jest ponad dwa razy więcej niż ofert pracy dla specjalisty każdego innego języka programowania.

„W kategorii backendowej najpopularniejszą technologią jest Java i w najbliższych latach ten trend z pewnością się nie zmieni. Jej maszyna wirtualna wciąż jest wykorzystywana w zdecydowanej większości aplikacji biznesowych, co sprawia, że zapotrzebowanie na specjalistów z tej branży jest bardzo duże. Ponadto, coraz więcej na wartości będą zyskiwać języki pochodne, takie jak Scala czy Kotlin” – mówi Tomasz Bujak, Współzałożyciel portalu pracy IT, No Fluff Jobs.

Badanie wykazało także, że aż 78% spośród ankietowanych firm z sektora ICT zamierza zatrudnić nowych pracowników w ciągu najbliższego roku, z tego 17% ma w planach zatrudnienie dużych zespołów od 35 do 100 osób .

Z kolei wiodącą pozycję wśród stanowisk technologicznych związanych z organizacją projektu zajął Project Manager . Blisko połowa respondentów wymieniła to stanowisko w planach rekrutacji na bieżący rok.

Większe szanse dla juniorów i samouków

Jak wynika z corocznego raportu zarobkowego Sedlak & Sedlak obecnie w Polsce brakuje aż 50 tys. specjalistów IT a luka ta stale się powiększa. Rosnący od kilku lat popyt na kompetencje programistyczne zmienia nastawienie firm do zatrudniania pracowników na poziomie początkującym. Firmy coraz chętniej deklarują chęć przyjęcia pracowników bez wcześniejszej praktyki w zawodzie. W ankiecie CodersTrust Polska aż połowa badanych firm deklaruje brak wymaganego doświadczenia przy zatrudnianiu nowych pracowników IT.

Szczegółowe dane z Raportu pokazują, że długość najbardziej pożądanego w procesach rekrutacji doświadczenia jest stosunkowo nieduża i wynosi 1-2 lata dla 59 % ankietowanych .

Tyle samo, bo około 20 procent firm będzie szukać pracowników z najkrótszą praktyką zawodową – 0-3 miesiące, jak i największym deklarowanym w badaniu doświadczeniem tj. 3-5 lat.

Firmy coraz przychylniej patrzą również na kandydatów do pracy w IT, którzy nie ukończyli technicznych kierunków studiów . W badaniu CodersTrust Polska 40% firm deklaruje chęć przyjęcia absolwenta kierunków nietechnicznych, podczas gdy niespełna 60% jest przeciwna przyjmowaniu do pracy osób bez wykształcenia programistycznego lub pokrewnego.

Analogiczne wyniki pokazał wywiad dotyczący rekrutacji osób nietechnicznych. Na pytanie o zatrudnienie pracowników bez wiedzy technicznej z możliwością przeszkolenia do pracy 40% firm wyraziło chęć do takiej formy zatrudnienia i wdrożenia pracownika działu IT a blisko 60% wypowiedziało się negatywnie.

Praca zdalna

77% firm, które wzięły udział w Badaniu stwierdziły, że pracownicy w ich firmie mogą pracować zdalnie . W 40% ww. firm praca zdalna dopuszczalna jest 1-2 dni w tygodniu, tylko w 27% przedsiębiorstw pracownicy mogą pracować zdalnie 5 dni w tygodniu.

Podsumowanie

„Rok 2017 obfitował w poszukiwania między innymi Java developerów, back-end / front-end, C#, C++, PHP i Ruby on Rails developerów czy architektów systemowych. – W 2018 wciąż na topie będą wyżej wymienione stanowiska, szczególnie Java wraz z popularnymi frameworkami, ponieważ projekty, które ruszyły będą kontynuowane. Zapotrzebowanie na specjalistów w tych dziedzinach na pewno nie spadnie. Dużą popularnością cieszą się także rekrutacje związane z web-design, czyli np. stanowisko: Front-end developer. Zapotrzebowanie jest tak duże, że firmy gotowe są do inwestowania w bootcampy tematyczne o różnych stopniach zaawansowania, przygotowujące ich przyszłych współpracowników do pracy” – komentuje Łukasz Mazek, Lider zespołu IT w firmie Bigram.

*Badanie przeprowadzono na grupie 27 firm z sektora ICT zatrudniające od 1 pracownika do 15 000. Firmy były zróżnicowane pod względem wielkości oraz świadczonych usług, zarówno dla klientów zewnętrznych, jak i wewnętrznych. Badanie powstało w ramach pozyskanego przez CodersTrust Polska grantu „Skrzydła dla innowacji przyszłością dojrzałej edukacji”, którego celem jest wspieranie innowacyjnych rozwiązań i pomysłów w zakresie kształcenia ustawicznego osób dorosłych realizowanego w ramach Programu Operacyjnego Wiedza, Edukacja, Rozwój, oś priorytetowa IV Innowacje społeczne i współpraca międzynarodowa.

W 2018 roku system opłat viaTOLL, inwestycje kolejowe i odbudowa zakładów PESA

System poboru opłat drogowych viaTOLL jest obecnie dużą niewiadomą. W 2018 roku zostanie on upaństwowiony. To bardzo ryzykowna decyzja podjęta przez rząd. Unieważniony zostanie przetarg na wybór nowego, prywatnego operatora, a odpowiedzialność przejmie Inspekcja Transportu Drogowego. Większość komentujących poddaje w wątpliwość jej przygotowanie do tego ze strony technicznej, personalnej i merytorycznej. W listopadzie 2018 roku mogą wystąpić problemy z systemem płatności za poruszanie się po polskich drogach.

– Póki co kierowcy nie mają żadnych informacji, jak będzie wyglądać system. Już kilka lat temu obiecywano likwidację bramek na autostradach i wprowadzenie nowoczesnego rozwiązania – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski wiceprezes ZDG TOR – Zdecydowanie więcej inwestycji w przyszłym roku czeka nas w transporcie kolejowym. Będzie też więcej zamknięć torowych. Oznacza to duże komplikacje dla ruchu pasażerskiego i towarowego, co może spowodować spadek lub zmniejszenie tempa przyrostu liczby pasażerów w skali całego kraju. Kolejne linie będą wyłączane z ruchu i część osób przejdzie do alternatywnych form transportu. W 2018 roku rząd powinien przyjąć program utrzymania infrastruktury kolejowej. Oznacza to, że pieniądze z budżetu co roku trafiałyby do polskich linii kolejowych. Po pewnym czasie możliwe byłoby zmniejszenie stawek za dostęp do infrastruktury. To ważna informacja dla przewoźników. W przyszłości mogliby obniżyć ceny, które obecnie dyktują klientom. W 2017 z zaangażowaniem państwa rozpoczęło się ratowanie zakładów produkujących tabor PESA. Do marca przyszłego roku ma zostać znaleziony inwestor. Nie jest też wykluczone, że aktywnym graczem stanie się państwo. Być może będzie starało się stworzyć z polskich firm działających na rynku jeden potężny podmiot, który zacznie liczyć się na rynku europejskim – dodał Furgalski.

Niemal połowa stad ryb na świecie zagrożona przełowieniem. Sytuację mogą uratować świadomi konsumenci

Niemal połowa stad ryb na świecie zagrożona przełowieniem. Sytuację mogą uratować świadomi konsumenci 1

Ponad 40 proc. stad ryb żyjących w morzach i oceanach jest zagrożonych wyginięciem z powodu nadmiernych połowów – szacują naukowcy. Oznacza to, że w perspektywie kilkunastu lat z oceanów mogą zniknąć przeławiane gatunki. Sytuację mogą poprawić odpowiednie regulacje międzynarodowe, a także codzienne decyzje konsumentów, którzy kupują produkty rybne. Pomocą w wyborze są międzynarodowe certyfikaty nadawane firmom poławiającym i hodującym ryby.

Według ostatnich szacunków naukowców, którzy badali zasoby ryb i owoców morza na zlecenie FAO, Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa, jedynie 58 proc. stad ryb na całym świecie jest poławianych w sposób zrównoważony, który gwarantuje ich naturalne odnawianie. Pozostałe stada są przeławiane, a więc zagrożone wyginięciem.

Jeśli nic z tym nie zrobimy, to tych ryb za parę lub paręnaście lat może zabraknąć. Jest to bardzo duży problem, z którym my – jako przeciętni konsumenci – możemy dużo zrobić, ponieważ jeśli będziemy wybierać produkty pochodzące ze zrównoważonych połowów i robić zakupy odpowiedzialnie, to będziemy wspierać tylko zrównoważone rybołówstwo – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Olga Sarna z Fundacji Mare.

W 2011 roku w sposób zrównoważony poławiane były ryby i owoce morza z 61 proc. stad. Za pogorszenie sytuacji w dużej mierze odpowiadają kraje Azji, które zajmują czołowe miejsce w światowym rankingu nielegalnych połowów ryb. W ten sposób poławiane są na przykład rekiny. Zupa z ich płetwy to znany przysmak w Chinach.

– Rekiny są wyławiane z wody, płetwy są im odcinane, a rekiny z powrotem trafiają do wody. Jest to absolutnie nielegalny sposób połowów, a ma miejsce na bardzo dużą skalę na świecie – mówi Olga Sarna.

Wyginięciem zagrożony jest także tuńczyk błękitnopłetwy. To dziś najdroższa ryba na świecie, używana choćby do przygotowania ekskluzywnego sushi.

– Taki tuńczyk – póki jeszcze jest łowiony – jest głęboko mrożony, żeby za 30 lat mógł być sprzedany za jeszcze większe kwoty. A ceny już dziś dochodzą nawet do miliona dolarów – tłumaczy Olga Sarna.

Międzynarodowe certyfikaty to najprostszy sposób, by w czasie zakupów wybrać produkty, które pozyskiwane są w sposób nieeksploatujący nadmiernie zasobów mórz i oceanów.

– To przede wszystkim certyfikat MSC, znak z niebieską rybką, który dotyczy połowów dzikich. Jeśli chodzi o ryby hodowlane, które są zupełnie oddzielną kwestią, to one mają certyfikat ASC, który świadczy o tym, że hodowle są zrównoważone – mówi przedstawicielka Fundacji Mare.

Konsumenci, którzy chcą świadomie robić zakupy, powinni zwracać uwagę także na pochodzenie ryb hodowlanych. To dynamicznie rosnący segment rynku spożywczego. W 1974 roku hodowle dostarczyły na rynek około 7 proc. ryb i owoców morza na cele konsumpcyjne. W 1994 było to już 26 proc., a w roku 2004 – 39 proc.

– Często ryby hodowlane są karmione mączką rybną robioną z ryb z niższego poziomu łańcucha pokarmowego i tak naprawdę jeszcze więcej ryb jest zużywanych do hodowli, niż byłoby w przypadku, gdybyśmy jedli ryby dzikie – wyjaśnia Olga Sarna.

Zdaniem organizacji pozarządowych niezbędne są również nowe przepisy, które będą chronić zasoby mórz i oceanów. Przykładem może być Wspólna Polityka Rybołówstwa UE, zakładająca odbudowę i utrzymanie stad na stabilnych poziomach najpóźniej do 2020 roku. Przepisy są jednak wdrażane zbyt wolno.

– W UE wchodzi coraz więcej takich przepisów, niestety spotykają się one z różnym odbiorem, ponieważ nie zawsze środowisko rybackie jest zadowolone z nowych regulacji, też chętnie chcą wspierać ochronę środowiska – podkreśla przedstawicielka Fundacji Mare.

Frank najtańszy od trzech lat. Przewalutowanie na złote może jednak podnieść ratę kredytu

Frank najtańszy od trzech lat. Przewalutowanie na złote może jednak podnieść ratę kredytu 2

Szwajcarska waluta jest najtańsza od trzech lat. Stosunkowo niski kurs franka do złotego może zachęcać osoby mające kredyty mieszkaniowe w tej walucie do przewalutowania ich na rodzimą walutę i zdjęcie sobie z barków ryzyka zmiany kursu. Jednak zdaniem przedstawiciela Związku Banków Polskich warto poważnie rozważyć, czy taki krok nie podniesie jednak rat kredytów.

Po trzech latach wszystko powróciło do normy, rata miesięczna kredytu branego w polskich złotych czy we frankach szwajcarskich jest na podobnym poziomie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Barbrich ze Związku Banków Polskich. – Frankowicze, jeśli patrzymy na spłacone kapitały we frankach, spłacili znacząco więcej przez te lata niż ci, którzy mają kredyty w polskich złotych. Jeśli patrzymy na skumulowane raty, czyli to wszystko, co złotówkowicz i frankowicz zapłacili do banku, to np. w wypadku kredytu o wartości 300 tys. zł, jeśli był on denominowany do franków szwajcarskich, okazuje się, że złotówkowicz zapłacił do banku 44 tys. zł więcej niż osoba, która wzięła kredyt we frankach szwajcarskich.

W połowie stycznia 2015 roku Szwajcarski Bank Narodowy nieoczekiwanie uwolnił kurs franka do euro, wcześniej powiązany ze wspólną europejską walutą w proporcji 1 euro za minimum 1,20 franka. Ruch banku centralnego spowodował gwałtowne umocnienie szwajcarskiej waluty, która przez moment kosztowała nawet 5 zł. Choć potem fala nieco opadła, frank przez większość minionych trzech lat znajdował się raczej powyżej granicy 4 zł. Wyraźny marsz w dół rozpoczął się w ubiegłym roku: o ile w ciągu trzech lat frank stracił do złotego ponad 16 proc., o tyle niemal 13 pkt proc. to zasługa ostatnich dwunastu miesięcy. Obecnie za franka trzeba zapłacić niewiele ponad 3,5 zł.

Mimo że w ciągu trzech ostatnich lat obciążenie frankowiczów wzrosło, nie spowodowało to lawinowych kłopotów ze spłatami rat.

Kredyty frankowe są najzdrowsze spośród wszystkich kredytów, które mają polskie banki. Zaledwie około 2 proc. to kredyty trudne albo zagrożone. To kredyty, które nie są obsługiwane dłużej niż 30 dni albo dłużej niż 90 dni. Te osoby rzeczywiście mają problem, ale biorąc pod uwagę populację i to, że tych kredytów jest pół miliona, to te 10 tys. osób to jest naprawdę niewiele – mówi Przemysław Barbrich. – To są najczęściej sytuacje losowe, ktoś stracił pracę czy zachorował. Po to został utworzony przez banki specjalny fundusz pomocowy, żeby w tego typu przypadkach zwracać się do niego z prośbą o pomoc. Z tego funduszu udziela się wsparcia osobom, które znalazły się nie ze swojej winy w trudnej sytuacji.

W Polsce kredyty we frankach, których jest obecnie ponad pół miliona, a to ponad 80 proc. wszystkich kredytów walutowych, spłaca ponad 870 tys. osób. Łącznie pożyczki te mają wartość ok. 114 mld zł (dane BIK z grudnia 2017 roku). Opóźnienie w spłacie tych kredytów dotyczy 1,1 proc. mających je osób. Relatywnie niski kurs franka mógłby skłonić ich posiadaczy do przewalutowania kredytu – skoro frank jest tani, to kwota wyrażona w złotych będzie odpowiednio niższa, niż w momencie, gdy kosztował np. o złotówkę więcej.

Zaletą tego rozwiązania jest zlikwidowanie ryzyka kursowego. Ma ono jednak i wady: wyższe odsetki oraz ryzyko wzrostu stóp procentowych, których podniesienie przewidywane jest w przyszłym roku. Stopa WIBOR, która jest składnikiem kosztu kredytu, może ponadto wzrosnąć zanim RPP zdecyduje się na podniesienie stóp – wystarczy, że rynek będzie przekonany, że podwyżka nastąpi. Dlatego Przemysław Barbrich radzi dobrze przemyśleć decyzję w tej sprawie.

Jeśli mamy mieszkanie, które jest naszym docelowym lokum, nasza rata dzisiaj jest taka sama jak trzy lata temu, a zarobki na pewno są wyższe, bo z każdym rokiem zarabiamy więcej, to naprawdę trzeba się dobrze zastanowić. Szczególnie w kontekście tego, że coraz częściej w Polsce mówi się o podwyżce stóp procentowych, a to może oznaczać, że kredyty w polskich złotych będą znacząco droższe niż te, które są we frankach szwajcarskich – zauważa ekspert ZBP.

Dobre perspektywy dla branży logistycznej i transportowej w Polsce. Firmy planują w tym roku duże inwestycje i zwiększenie zatrudnienia

Dobre perspektywy dla branży logistycznej i transportowej w Polsce. Firmy planują w tym roku duże inwestycje i zwiększenie zatrudnienia 3

Polska jest potęgą na europejskim rynku transportowym. Wraz ze wzrostem wolumenu przewożonych towarów rośnie popyt na zasoby powierzchni magazynowej, a także nowych pracowników, z których pozyskaniem firmy mają coraz większe problemy. Dlatego konieczne są inwestycje w innowacyjne rozwiązania i automatyzację pracy. FM Logistic, lider na rynku logistycznym, zapowiada, że w najbliższych miesiącach ten obszar inwestycji będzie kluczowy. W tym roku spółka zamierza zatrudnić trzystu nowych pracowników.

– Rynek Polski i Europy Centralnej wciąż jest konkurencyjny. Staje się coraz bardziej konkurencyjny dla krajów Europy Zachodniej i wciąż wiele będzie się na nim działo przez najbliższe kilka lat – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Sukiennik, dyrektor zarządzający FM Logistic na Europę Centralną.

Polska staje się potęgą na rynku transportu i logistyki. Nasze firmy mają w przewozach europejskich około 25-proc. udział. Rośniemy w siłę od momentu wejścia do UE i otwarcia europejskich rynków. Według statystyk GUS bezpośredni udział sektora usług transportu i logistyki w polskim PKB zwiększył się o ponad jedną piątą od momentu wstąpienia Polski do UE (wzrost z 5,4 proc. w 2004 roku do poziomu 6,5 proc. w 2015 roku). Polska staje się też coraz częściej krajem pierwszego wyboru dla największych firm logistycznych.

– Dla FM Logistic polski rynek jest jednym z ważniejszych. Jesteśmy obecni w 14 krajach, a Polska to jeden z głównych filarów grupy – wskazuje Piotr Sukiennik. – W 2017 roku podjęliśmy decyzję o integracji kilku krajów w regionie Europy Centralnej: Polski, Czech, Słowacji, Węgier, krajów bałtyckich. Stworzyliśmy jeden wirtualny kraj, dzięki czemu Europa Centralna jest zarządzana w sposób zunifikowany.

Rok temu podjęto decyzję o tym, że Polska będzie ośrodkiem zarządzania regionem, w którym grupa FM Logistic ma 22 lokalizacje, 17 platform i 4,7 tys. pracowników.

– Mamy plany rozbudowy naszych lokalizacji i budowy kilku nowych w regionie Europy Centralnej. Te inwestycje, m.in. w cross-dock [pozwala odebrać przesyłki z wielu punktów i dostarczyć je do jednego odbiorcy – red.] czy infrastrukturę transportową, będą dokonywane w najbliższych miesiącach –zapowiada dyrektor zarządzający FM Logistic na Europę Centralną. – Chcemy wzmacniać swoją pozycję w usługach magazynowych, copackingowych, repackingowych, comanufacturingowych, a przede wszystkim dystrybucyjnych.

FM Logistic co roku notuje kilkuprocentowe wzrosty sprzedaży. Prawie połowę przychodów generują usługi transportowe, w tym transport drobnicowy, w którym notowane są kilkudziesięcioprocentowe wzrosty rok do roku. To napędza inwestycje – rozbudowę centrów logistycznych i hubów przeładunkowych. Dziś w Polsce znajduje się dziesięć platform logistycznych i piętnaście hubów. W ubiegłym toku otwarty został nowy magazyn w Robakowie pod Poznaniem, nowe obiekty w Odrzywołku, Mszczonowie i Będzinie na Śląsku, a także rozbudowano centrum dystrybucyjne w Błoniu. W sumie do dyspozycji klientów firmy jest 630 tys. mkw.

Nasza strategia opiera się na kompleksowości i synergii usług. Chcemy być proaktywnym ekspertem, innowacyjną firmą, co realizujemy poprzez rozwiązania i automatyzację, ale i innowacje w usługach. Trzecim filarem jest dostarczanie najwyższej możliwej jakości usług i budowanie kompleksowej usługi transportu drobnicowego w regionie – wymienia Piotr Sukiennik.

Wzrost zamówień powoduje także zwiększone zapotrzebowanie na kadry. W ubiegłym roku liczba zatrudnionych osób wzrosła o sto osiemdziesiąt osób – do poziomu trzech tysięcy, a w tym roku plany zakładają zatrudnienie kolejnych trzystu pracowników. Trwają rekrutacje do pracy w centrum logistycznym w Będzinie oraz w Centrum Dystrybucji do Klienta, prowadzonego dla IKEA, w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego.

Logistyka coraz mocniej stawia też na innowacyjne rozwiązania, które pozwalają usprawnić prace w centrach logistycznych i przyspieszają czas dostawy towarów.

Mamy wiele nowych projektów, nad którymi pracujemy. Jednym z rozwiązań jest Inventory Viewer. Inne rozwiązanie, które opatentowaliśmy, to Dual Frame. Kolejne projekty będziemy chcieli wdrażać w najbliższych 2–3 latach – zapowiada Piotr Sukiennik.

Inventory viewer, czyli automatyzowany system inwentaryzacji, który nie wymaga korzystania z podnośników, sprawdza się przede wszystkim w centrach logistycznych. Został nagrodzony nagrodą główną w konkursie na najbardziej Innowacyjny Produkt dla Logistyki, Transportu i Produkcji.

Najbliższe miesiące to czas inwestycji w innowacyjność i automatyzację procesów, nie tylko magazynowych, lecz także tych, które pozwolą nam na zagwarantowanie stabilności serwisu usług i ich jakości. To nasze główne zadanie na najbliższe miesiące – zapowiada Piotr Sukiennik.

Przedstawiciele firmy FM Logistic podkreślają, że inwestycje w innowacje są nieuniknione ze względu na sytuację na rynku pracy.

W całym sektorze transportu brakuje kilkuset tysięcy kierowców. Brak pracowników w innych gałęziach gospodarki sprawia, że samochody przyjeżdżają i nie są rozładowywane na czas – ocenia Jacek Oraczewski, dyrektor ds. transportu międzynarodowego FM Logistic.

Już teraz na rynku jest ok. stu tysięcy wakatów dla zawodowych kierowców. Co roku z zawodu odchodzi ok. dwadzieścia pięć tysięcy osób, natomiast liczba kierowców uzyskujących kwalifikację to około trzydzieści pięć tys., co nie pozwala na uzupełnienie niedoborów. Mimo że w ubiegłym roku podwoiła się liczba ukraińskich i białoruskich pracowników zatrudnionych w polskich firmach transportowych, problem się nie zmniejszył – wynika z analiz PwC i TLP.

Dla właścicieli firm bolesne może się okazać wprowadzenie pakietu drogowego, czyli zmiany w unijnych przepisach dotyczących transportu drogowego. To m.in. stosowanie takich samych warunków zatrudniania kierowców na terenie danego kraju członkowskiego, zwiększenie liczby kontroli płacy minimalnej. Zmianie mają też ulec normy czasu odpoczynku kierowców, którzy będą musieli wykorzystać przynajmniej dwa regularne i dwa skrócone tygodniowe okresy odpoczynku w ciągu 4 tygodni zamiast minimum jednego regularnego i jednego skróconego w ciągu dwóch tygodni.

Są prowadzone rozmowy na szczeblu europejskim, ale na razie nie ma pozytywnych sygnałów, żeby poszło to w innym kierunku, niż to, co mieliśmy w ostatnich latach, czyli wprowadzanie ograniczeń co do odpoczynku kierowców i nowych regulacji dotyczących płacy minimalnej. Czekamy, co przyniosą nam regulatorzy rynku w najbliższym czasie – mówi Jacek Oraczewski.

Polska liderem w europejskim rankingu cyfryzacji. Dostęp do danych oraz możliwość ich wykorzystania coraz silniej wpływa na wzrost gospodarczy

Polska liderem w europejskim rankingu cyfryzacji. Dostęp do danych oraz możliwość ich wykorzystania coraz silniej wpływa na wzrost gospodarczy 4

Polski głos dotyczący cyfryzacji i Jednolitego Rynku Cyfrowego oraz swobody przepływu danych coraz mocniej wybrzmiewa na forum Unii Europejskiej. Polska szybko awansuje w rankingach poziomu cyfryzacji i buduje swoją pozycję w UE w oparciu o zagadnienia dotyczące gospodarki opartej na wykorzystaniu danych. Zastąpiła też Wielką Brytanię w fotelu lidera grupy państw Digital Like Minded, podobnie myślących w sprawach cyfrowych.

– W grupie Digital Like Minded, państw podobnie myślących w kwestiach cyfrowych, Polska już jest postrzegana jako lider, który zastąpi Wielką Brytanię po wyjściu z UE. Jeżeli będziemy z taką samą, a nawet wzmożoną siłą promować tematy cyfrowe na forum europejskim, mamy bardzo duże szanse przewodzić tej nieformalnej grupie, narzucać rytm prac, proponować tematy i zbierać koalicje, co miało już miejsce w minionych miesiącach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Szubert, sekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji, pełnomocnik rządu ds. Jednolitego Rynku Cyfrowego.

W grudniu 2016 czternaście państw z grupy Digital Like Minded przyjęło wspólne stanowisko dotyczące swobodnego przepływu danych, wzywając Komisję Europejską do podjęcia działań w tym kierunku. Do Polski, która zapoczątkowała tę inicjatywę, dołączyły również Belgia, Bułgaria, Czechy, Dania, Estonia, Irlandia, Łotwa, Litwa, Luksemburg, Holandia, Słowenia, Szwecja i Wielka Brytania. W odpowiedzi Komisja Europejska rozpoczęła w tej sprawie konsultacje z krajami członkowskimi.

Od tego czasu Polska odnosi na europejskim forum kolejne sukcesy w promowaniu zagadnień cyfrowych. W kwietniu 2017 po raz pierwszy w historii uczestniczyła w spotkaniu ministrów ds. cyfrowych G20 w Düsseldorfie. Z kolei we wrześniu 2017 w Tallinie odbył się – również pierwszy w historii – szczyt Rady Europejskiej poświęcony wyłącznie kwestiom cyfrowym, którego inicjatorem była Polska.

Na poziomie EU polski głos w sprawach dotyczących cyfryzacji jest bardzo wyraźny, a Polska jest już w tej chwili postrzegana jako lider nieoficjalnej grupy Digital Like Minded. Wcześniej przewodziła jej Wielka Brytania, która półtora roku temu zapoczątkowała jednak procedurę wystąpienia z Unii.

– My, jako kraj, zauważyliśmy, że dane będą najważniejszym elementem przyszłych zmian gospodarczych. Niezależnie od tego, jak będą się rozwijać w przyszłości i tak będą bazowały na coraz większej liczbie danych. Dane będą surowcem rozwoju gospodarek i będą wpływały na zmianę pozycji poszczególnych państw w gospodarkach światowych. Stąd nasza bardzo duża aktywność w promowaniu tego obszaru – podkreśla Krzysztof Szubert.

Według raportu „Data Utilization Intensity 2017”, opracowanego na zlecenie resortu cyfryzacji, dostęp, analiza i wykorzystanie danych już w tej chwili wpływają w 48 proc. na produktywność polskiej gospodarki i w 46 proc. na PKB UE. Znaczenie danych jako głównego surowca przyszłości podkreślają Komisja Europejska, ONZ czy OECD. Z kolei brytyjskie „The Economist” określa dane jako najważniejszy surowiec XXI wieku, który generuje już więcej pieniędzy niż ropa.

– W dawnym modelu gospodarki rozwijały się, a państwa zdobywały swoją pozycję w zależności od uwarunkowań geograficznych, zasobów naturalnych, złóż czy ropy. Natomiast to się powoli przesuwa w stronę budowania gospodarek opartych o wiedzę i dane. Stąd mamy trend Data Economy. W tym obszarze chcemy zaistnieć jak najbardziej, stąd nasza wzmożona aktywność – szczególnie w ostatnim roku – bardzo pozytywne postrzeganie w UE – mówi Krzysztof Szubert.

Pełnomocnik rządu ds. Jednolitego Rynku Cyfrowego zwraca uwagę na to, że Polska szybko awansuje w międzynarodowych rankingach dotyczących ucyfrowienia. Po awansie o jedną pozycję zajmuje w tej chwili 23. miejsce w europejskim rankingu DESI (Indeks Gospodarki Cyfrowej i Społeczeństwa Cyfrowego). Natomiast w opublikowanym niedawno wskaźniku dyplomacji cyfrowej OECD, w którym Polska awansowała o osiem oczek, zajmujemy 12. miejsce (na 209 pozycji).

– Procesy transformacji cyfrowej w Polsce przebiegają bardzo szybko. Od dwóch lat jesteśmy bardzo aktywnym graczem na forum europejskim, budujemy pozytywny przekaz i pozytywną agendę cyfrową. Na forum europejskim jesteśmy postrzegani jako liderzy zagadnień cyfrowych. Koronnym tematem jest swoboda przepływu danych – podkreśla Krzysztof Szubert.

Najnowsza analiza techniczna na NZD oraz EUR

NZD/JPY

Notowania dolara nowozelandzkiego względem jena japońskiego od kilku tygodni znajdują się w trendzie wzrostowym. Z kolei analiza w szerszej perspektywie wskazuje na szeroką konsolidację kursu walutowego, która trwa od końca 2016 roku. Obecny krótkoterminowy trend wzrostowy został zapoczątkowany przez odbicie notowań od strefy wsparcia 75.00-76.00. Kurs przetestował dany obszar dwa razy, w każdy z nich byki skutecznie odparły atak niedźwiedzi.

Na chwile obecną wszystko wskazuje, że notowania zmierzają w okolicę górnego ograniczenia szerokiej konsolidacji 83.00-84.00. Opór został wyznaczony przez styczniowy oraz lipcowy szczyt z 2017 roku, zatem nie należy go lekceważyć. Do wspomnianego poziomu pozostało 250 pipsów, obecny kierunek potwierdzają wskaźniki techniczne.

Kurs walutowy zarówno na interwale dziennym jak i tygodniowym znajduje się ponad krótkoterminową średnią kroczącą EMA 14 oraz średnioterminową SMA 55. Pozostałe wskaźniki obrazujące trend również wskazują na trend wzrostowy. Z kolei spoglądając na interwał niższego rzędu, jak czterogodzinowy możemy powiedzieć, że mamy do czynienia z korektą ostatnich wzrostów. Zmiana trendu na niższym interwale może zwiastować zakończenie korekty oraz kontynuację wzrostów do oporu.

Notowania NZDJPY, interwał tygodniowy

Notowania NZDJPY, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Zagrożeniem dla powyższego scenariusza jest dwutygodniowa konsolidacja oraz fakt, że poprzednie odbicie od strefy popytu było bardziej zdecydowane. Obecne niezdecydowanie może przerodzić się w ponowny retest strefy podaży.

EURCHF – trend wzrostowy

15 stycznia 2015 roku, data warta zapamiętania. Inaczej czarny czwartek, Szwajcarski Bank Narodowy przestał bronić poziomu 1.20 na EURCHF. Niemniej jednak SNB do końca nie zrezygnował ze swojej polityki monetarnej, ponieważ teraz broni kursu walutowego, ale nikt nie wie na jaki poziomie docelowym zależy SNB.

Notowania waluty EUFCHF od lutego 2017 roku znajdują się w silnym trendzie wzrostowym. Z kolei od kurs porusza się w wąskim kanale wzrostowym. Obecna zmienność oraz zachowanie notowań daje duże prawdopodobieństwo przetestowania poziomu z dnia załamania kursu walutowego – 1.20.

Notowania pary walutowej EURCHF na interwale tygodniowym, dziennym oraz czterogodzinowym znajdują się ponad krótkoterminową oraz długoterminową średnią kroczącą. Jedynym wskaźnikiem wskazującym korektę na czterogodzinowym interwale jest Awesome oscylator.

Notowania EURCHF, interwał dzienny

Najnowsza analiza techniczna na NZD oraz EUR 5

Źródło: Admiral Markets

Trend wzrostowy na wyższy interwale czasowym został potwierdzony przez wszystkie wskaźniki techniczne (tabela u góry po lewej stronie wykresu). W związku z tym jest większe prawdopodobieństwo kontynuacji trendu niż jego odwrócenie. Najbliższy wsparciem dla notowań EURCHF jest dolna banda kanału wzrostowego, natomiast oporem – górna banda kanału. Obecnym targetem dla kupujących może być poziom 1.20. Niemniej jednak należy pamiętać o SNB, który interweniuje na rynku walutowym.

Dział Analiz Admiral Markets