Google „psuje” swoje usługi pod unijne dyktando. KE już w marcu może nałożyć na spółkę pierwsze kary

Według źródeł cytowanych przez The Capitol Forum, Komisja Europejska przygotowuje się do nałożenia grzywny w ramach toczącego się postępowania antymonopolowego przeciwko Alphabet. Jej wysokość może zostać ogłoszona jeszcze w tym miesiącu. Spółce grozi utrata nawet 10 proc. globalnych przychodów, co przy obecnych wynikach finansowych oznacza rekordowe 35 mld dol. W nadziei na złagodzenie kary gigant technologiczny testuje zmiany w europejskiej wersji swojej flagowej wyszukiwarki. Mają one m.in. ograniczyć preferencyjne traktowanie własnych usług i wyraźniej eksponować wyniki oraz oferty konkurencyjnych serwisów.

Wiosna 2026 roku może przynieść kolejną odsłonę największego w historii starcia między europejskim regulatorem a potęgami technologicznymi z Doliny Krzemowej. Akt o rynkach cyfrowych (DMA), który wszedł w życie z intencją ukrócenia praktyk monopolistycznych, stał się narzędziem bezprecedensowej ingerencji w strukturę najpopularniejszych usług cyfrowych, z których codziennie korzystają miliony Europejczyków. Największą cenę za dostosowanie się do nowych reguł może zapłacić gigant z Mountain View. Koncern stoi przed ryzykiem otrzymania kary finansowej, która zgodnie z literą DMA może wynieść do 10 proc. globalnego rocznego obrotu. Przy przychodach Alphabetu sięgających 350 mld dol., wysokość grzywny może wynieść astronomiczne 35 mld dol.

Dziewiątego marca spółka złożyła w Brukseli zaktualizowane, obszerne sprawozdanie z dostosowania swojej działalności do rygorystycznych wymogów aktu o rynkach cyfrowych. Dokument ma charakter rocznego raportu i stanowi szczegółowy zapis zmian wprowadzonych w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy w celu spełnienia nowych regulacji. Komisja Europejska zapowiedziała już wnikliwą wiwisekcję tych deklaracji, uwzględniając zarówno krytyczne głosy rynkowych konkurentów, jak i opinie niezależnych ekspertów.

Demontaż pod przymusem

W obawie przed olbrzymimi karami, Google rozpoczęła w Europie proces, który można określić mianem demontażu dotychczasowej wersji wyszukiwarki. Z generowanych przez nią wyników znikają dotychczas faworyzowane przez algorytm autorskie moduły, takie jak Google Travel czy Google Hotels. Zamiast nich priorytetowe miejsca w wynikach zajmują konkurencyjne serwisy wyspecjalizowane, tzw. Vertical Search Services (VSS). Zmiany te, choć pożądane przez urzędników w Brukseli, budzą opór samej korporacji. Szef działu konkurencji w Google, Oliver Bethell, przekonuje, że narzucone zmiany w sposobie prezentowania wyników wyszukiwania wydłużą czas potrzebny do znalezienia rzetelnych informacji. Zmiany mogą również doprowadzić do wzrostu cen hoteli, biletów lotniczych oraz innych popularnych usług.

Marcin Stypuła, założyciel i prezes agencji Semcore, ekspert w branży SEO i technologiach wyszukiwania, wskazuje, że ingerencja unijnego regulatora w kształt usług cyfrowych może zmienić układ sił na europejskim rynku e-commerce. – Mamy do czynienia z wymuszonym regresem funkcjonalności. Google przez lata dążyła do tego, by użytkownik otrzymał odpowiedź natychmiast, bez opuszczania wyszukiwarki. Teraz algorytm musi przekierować ruch na zewnętrzne agregaty. Z powodu wymogów prawnych doświadczenie użytkownika schodzi na dalszy plan. Dla wielu lokalnych przedsiębiorców, którzy opierali swoją widoczność na mapach Google, nadchodzące zmiany mogą oznaczać drastyczną redukcję ruchu – pierwsze próby pokazały spadki w rezerwacjach sięgające nawet 30 proc. Z kolei firmy, które stawiają na optymalizację stron internetowych, mogą okazać się największymi beneficjentami tej rewolucji – ocenia Stypuła.

Otwartość po europejsku

Komisja Europejska nie ogranicza się do reform w zakresie wyszukiwania treści – DMA uderza w fundamenty “zamkniętych ekosystemów” technologicznych, takich jak Apple i Meta. Producent iPhone’ów został zmuszony do dopuszczenia na iOS alternatywnych sklepów z aplikacjami oraz otwarcia chipów NFC dla zewnętrznych systemów płatności. Z kolei Meta musi zapewnić interoperacyjność komunikatora WhatsApp, co w praktyce oznacza konieczność odbierania wiadomości z innych, zewnętrznych aplikacji. Bruksela nie waha się przy tym używać twardych argumentów finansowych – Apple i Meta otrzymały już wielomilionowe kary, które mają służyć jako ostrzeżenie przed opieszałością we wdrażaniu zmian.

Skala unijnej ofensywy wywołuje coraz ostrzejszą reakcję w Waszyngtonie. Amerykańska administracja postrzega DMA jako akt dyskryminacji wymierzony bezpośrednio w ich najsilniejsze korporacje technologiczne. W kręgach dyplomatycznych pojawiają się głosy o “ekstorsji ekonomicznej” i groźby odwetu handlowego. Spór o kod źródłowy i sposób wyświetlania wyników wyszukiwania w Europie powoli przeradza się w pełnoskalowy konflikt geopolityczny. USA argumentują, że regulacje uderzają w innowacyjność i są formą cenzury, co może doprowadzić do trwałego pęknięcia w transatlantyckiej współpracy technologicznej.

Na liście „strażników dostępu” (gatekeepers) – podmiotów objętych restrykcjami ze względu na dominującą rynkową pozycję – znalazły się takie firmy jak Alphabet, Amazon, Apple, ByteDance, Meta i Microsoft. Co ciekawe, niektóre platformy takie jak X (dawniej Twitter) Elona Muska, zdołały uniknąć tego statusu po tym, jak dochodzenie wykazało, że nie stanowią one bramy dla użytkowników biznesowych w dotarciu do klientów końcowych. Z kolei chiński ByteDance, właściciel TikToka, mimo prób odwołania się do sądu, musi dostosować się do wymogów DMA.

Europa niczym Chiny?

Konsekwencją unijnej ofensywy regulacyjnej jest postępująca fragmentacja globalnej sieci, która w paradoksalny sposób zbliża Europę do modelu chińskiego – przynajmniej w zakresie regionalnych wersji cyfrowych rozwiązań, działających w coraz mocniej regulowanej sieci. Użytkownicy na Starym Kontynencie zmuszeni są do korzystania z innych wersji systemów operacyjnych, wyszukiwarek czy przeglądarek internetowych niż reszta świata. Na tym kończą się analogie z Pekinem. O ile bowiem chińska separacja służy przede wszystkim państwowej kontroli, o tyle europejskie regulacje – przynajmniej w teorii – oferują użytkownikom rzadki w cyfrowym świecie przywilej realnego wyboru i większej transparentności. W systemie Windows możliwe staje się zainstalowanie przeglądarki Edge czy wyszukiwarki Bing, a iOS w Europie staje się systemem otwartym na obce oprogramowanie. – Unijne prawo ma zwiększyć konkurencyjność, a jeśli cel ten zostanie osiągnięty, skorzystają na tym mniejsi, lokalni gracze. Na to wszyscy liczymy. Rodzi się jednak pytanie o przyszłość inwestycji technologicznych w regionie – giganci z Doliny Krzemowej mogą zacząć postrzegać rynek unijny jako obszar podwyższonego ryzyka, co mogłoby opóźnić wdrażanie najnowszych usług, w tym tych opartych na sztucznej inteligencji. Europa stoi więc przed dylematem: czy ochrona rynku przed monopolami jest warta ryzyka technologicznej izolacji – zauważa Marcin Stypuła z Semcore i dodaje, że problem ten zdaje się nie istnieć w świadomości unijnych urzędników. – W Brukseli panuje raczej przekonanie, że reszta świata w końcu pójdzie po rozum do głowy i wprowadzi podobne regulacje.

Z tego snu europejskich ustawodawców próbują wybudzić analitycy think‑tanku ECIPE, którzy krytycznie oceniają obecny kształt Digital Markets Act. W swoim raporcie wskazują, że dyrektywa, choć stworzona w dobrej wierze, niesie ze sobą poważne ryzyko. Prewencyjne wymogi zmuszają firmy do skupiania się na spełnianiu formalnych obowiązków zamiast na innowacjach, co spowalnia wprowadzanie nowych produktów i funkcji. DMA ma również zwiększać niepewność prawną, utrudniać planowanie strategiczne i podnosić koszty zgodności, co może odstraszać inwestorów i ograniczać rozwój rynków cyfrowych, zwłaszcza w krajach spoza UE, które próbują naśladować europejski model regulacji. W praktyce oznacza to, że zamiast stymulować innowacje i konkurencję, regulacje mogą działać jako hamulec dla całego sektora technologicznego.

Europejskie firmy zadowolone z przepisów

Z kolei stowarzyszenie europejskich firm technologicznych EUTA przestrzega przed pokusą zbyt wczesnego majstrowania przy świeżo upieczonych przepisach. Dla organizacji skupiającej ponad 30 czołowych przedsiębiorstw technologicznych ze Starego Kontynentu, kluczowe jest nie tyle doprecyzowanie litery prawa, co jej bezwzględna i surowa egzekucja. EUTA stoi na stanowisku, że otwieranie na nowo debaty nad treścią Aktu o rynkach cyfrowych byłoby dziś przedwczesnym i szkodliwym błędem, który mógłby jedynie rozwodnić wypracowany z takim trudem kompromis, zanim jego skuteczność zostanie sprawdzona w boju. Zamiast legislacyjnej rewizji, europejski biznes domaga się od Komisji Europejskiej roli nieustępliwego arbitra, który zamiast pisać nowe podręczniki, zacznie wreszcie skutecznie używać gwizdka. W tej wizji DMA ma być nie tyle teoretycznym zbiorem życzeń, co sprawnie działającą gilotyną na nieuczciwe praktyki, pozwalającą lokalnym innowatorom rywalizować z gigantami na autentycznie wyrównanym boisku, bez obaw, że proces wdrażania zmian utknie w biurokratycznej próżni na kolejne lata.

Inżynieria finansowa SAFE 0 proc.: Ekonomista punktuje plan prezydenta i NBP

Projekt Prezydenta Karola Nawrockiego oraz Prezesa NBP Adama Glapińskiego wydaje się być na pierwszy rzut oka interesujący, ponieważ zakłada wykorzystanie zysków, jakie Narodowy Bank Polski osiągnął dzięki zakupom złota po korzystnych cenach. Jednak w proponowanej formule jest on ekonomicznie ryzykowny. Wygląda na to, że aby obejść konstytucyjne ograniczenia (których zmiana wymagałaby większości parlamentarnej, na którą prezydent nie liczy), NBP planuje przeprowadzić specyficzną operację inżynierii finansowej. Prawdopodobnie chodzi o sprzedaż złota i jego natychmiastowe odkupienie lub wymianę na obligacje, tak aby zgodnie z deklaracjami prezesa Glapińskiego poziom rezerw walutowych pozostał bez zmian.

– W sensie czysto księgowym taka operacja pozwoliłaby na „zaksięgowanie” zrealizowanych zysków ze sprzedaży kruszcu, co umożliwiłoby przekazanie do budżetu państwa kwoty rzędu 100–120 miliardów złotych. Problem polega jednak na tym, że fizycznie do NBP nie wpłynęłyby żadne nowe środki – powiedział serwisowi eNewsroom.pl profesor Witold Orłowski, ekonomista. – Cała operacja byłaby jedynie zapisem w księgach rachunkowych. Oznacza to, że te ponad 100 miliardów złotych musiałoby zostać wykreowane „z powietrza”. Prezes Glapiński używa fachowego terminu „kreacja pieniądza”, ale w powszechnym odbiorze znacznie lepiej rozumiemy pojęcie dodruku pieniądza. Krótko mówiąc, propozycja sprowadza się do następującego mechanizmu: dokonajmy zabiegów księgowych, które pozwolą uznać papierowy zysk z wyceny złota za zysk zrealizowany, a następnie wydrukujmy odpowiadającą mu kwotę pieniędzy, by rząd mógł za nie sfinansować zbrojenia. Dla każdego ekonomisty jest oczywiste, że jeśli za tymi środkami nie stoi realny napływ kapitału, mamy do czynienia z ryzykiem inflacyjnym. W mojej ocenie program ten miałby znacznie więcej sensu ekonomicznego, gdyby opierał się na realnych transakcjach. Wymagałoby to jednak zmiany konstytucji, aby móc legalnie sprzedać część rezerw walutowych lub złota i bezpośrednio przeznaczyć uzyskane środki na dofinansowanie armii w takiej skali, która nie zagroziłaby stabilności złotego. Taki scenariusz jest możliwy do wyobrażenia, ale wymagałby zbudowania szerokiego konsensusu politycznego i uzyskania większości konstytucyjnej w parlamencie. To z kolei wymuszałoby na prezydencie i prezesie NBP podjęcie negocjacji z obecną większością rządzącą, na co jak się wydaje nikt nie ma ochoty – zaznaczył Witold Orłowski.

Woda w miejscu pracy – obowiązek pracodawcy i element odpowiedzialnego zarządzania firmą

Jednak codzienne funkcjonowanie przedsiębiorstwa opiera się również na podstawowych elementach organizacji pracy. Jednym z nich jest dostęp pracowników do wody pitnej. Choć temat może wydawać się oczywisty, w praktyce sposób zapewnienia wody w miejscu pracy bywa bardzo różny. W niektórych firmach jest to element systemowo zaplanowany, w innych pojawia się dopiero wtedy, gdy ktoś przypomni o konieczności zamówienia zapasów. Z perspektywy zarządzania organizacją warto traktować ten obszar nie jako drobny szczegół administracyjny, ale jako element odpowiedzialnego prowadzenia firmy.

Obowiązek zapewnienia wody pracownikom wynika z przepisów

Zapewnienie pracownikom dostępu do wody pitnej nie jest wyłącznie dobrą praktyką organizacyjną. W wielu sytuacjach jest to bezpośredni obowiązek pracodawcy wynikający z przepisów BHP.

Pracodawca ma obowiązek zapewnić pracownikom wodę zdatną do picia, a w określonych warunkach — na przykład podczas pracy w wysokiej temperaturze lub przy dużym wysiłku fizycznym — również napoje dostosowane do warunków pracy.

W praktyce oznacza to, że dostęp do wody jest jednym z podstawowych elementów organizacji miejsca pracy, podobnie jak odpowiednie oświetlenie, zaplecze socjalne czy bezpieczne stanowiska pracy.

Dla osób zarządzających firmą oznacza to konieczność zapewnienia rozwiązania, które będzie stabilne i przewidywalne w codziennym funkcjonowaniu organizacji.

Komfort pracowników i sprawna organizacja pracy

Dostęp do wody w miejscu pracy ma również bardzo praktyczny wymiar. Pracownicy spędzają w pracy znaczną część dnia, dlatego możliwość sięgnięcia po wodę bez dodatkowego planowania jest po prostu elementem komfortu pracy. W biurach, magazynach czy zakładach produkcyjnych woda jest jednym z podstawowych elementów zaplecza socjalnego.

Jeżeli dostęp do niej jest stały i dobrze zorganizowany, temat nie wymaga dodatkowej uwagi ani interwencji ze strony administracji czy działów operacyjnych.

Właśnie dlatego wiele organizacji traktuje dostęp do wody jako jeden z elementów stabilnie działającej infrastruktury firmy.

Jak firmy rozwiązują temat dostępu do wody

Sposób zapewnienia wody pracownikom zależy od wielkości firmy, liczby pracowników oraz charakteru pracy.

W mniejszych organizacjach często stosuje się zakupy w sklepach lub hurtowniach. W przypadku większych zespołów pojawia się jednak konieczność regularnego planowania transportu i uzupełniania zapasów.

Część firm korzysta także z dystrybutorów z dużymi butlami. Choć rozwiązanie to jest popularne, wymaga obsługi butli oraz ich wymiany.

Coraz częściej przedsiębiorstwa decydują się natomiast na model regularnych dostaw wody butelkowanej bezpośrednio do firmy. W takim przypadku dostawca zajmuje się logistyką transportu, a organizacja otrzymuje wodę w ilości dopasowanej do aktualnych potrzeb zespołu.

Stabilne rozwiązanie zamiast doraźnej organizacji

Dla osób zarządzających organizacją istotne jest, aby podstawowe elementy funkcjonowania firmy nie wymagały ciągłego nadzoru.

Dlatego coraz więcej przedsiębiorstw wybiera rozwiązania, które pozwalają uporządkować temat dostępu do wody w sposób systemowy. Stałe dostawy eliminują konieczność pilnowania zapasów, organizowania transportu czy reagowania w sytuacji, gdy wody po prostu zabraknie.

Dzięki temu jeden z elementów codziennego funkcjonowania firmy zostaje uporządkowany i działa bez dodatkowej logistyki.

Dostęp do wody jako element odpowiedzialnego zarządzania

Choć temat wody w miejscu pracy może wydawać się drobny, w rzeczywistości jest jednym z elementów odpowiedzialnego zarządzania organizacją.

Zapewnienie pracownikom dostępu do wody wynika z przepisów, ale jest również częścią budowania stabilnego środowiska pracy. W dobrze funkcjonujących firmach takie kwestie są po prostu uporządkowane — bez improwizacji i bez konieczności ciągłego reagowania na bieżące potrzeby.

Jeśli chcesz sprawdzić, jak wygląda organizacja dostaw wody dla firm w praktyce, więcej informacji można znaleźć na stronie producenta i dystrybutora mineralnej wody butelkowanej dla przedsiębiorstw: https://wodadlafirmy.pl.

W lutym wzrost cen w sklepach utrzymał się na poziomie 3,8 proc. r/r. Sama żywność zdrożała o 3,4 proc. r/r

0

Analiza ponad 84 tys. cen detalicznych wykazała, że w lutym 2026 roku codzienne zakupy w sklepach zdrożały średnio o 3,8% rdr. Dotyczyło to łącznie 17 najczęściej kupowanych przez Polaków kategorii produktów. W styczniu br. i grudniu ub.r. wzrosty rdr. były niemal identyczne. Do tego ostatnio ceny samej żywności poszły w górę rdr. o 3,4%, a wcześniej – o 3,2% i 3,1% rdr. Zatem widać, że ciągle mocniej drożeje cały koszyk, obejmujący również art. nieżywnościowe. Notuje też wyższe wyniki niż wskaźnik CPI. W TOP5 najbardziej drożejących kategorii w lutym br. widać używki (+10,3% rdr.), chemię gospodarczą (+8,2% rdr.), słodycze i desery (+7,3% rdr.), pieczywo (+6,4% rdr.), a także mięso (+5,4% rdr.). Na dole tabeli widnieją warzywa (-2,5% rdr.), owoce (+1,6% rdr.), jak również produkty sypkie (+0,8% rdr.).

Z najnowszej edycji raportu pt. „INDEKS CEN W SKLEPACH DETALICZNYCH”, autorstwa UCE RESEARCH i Uniwersytetów WSB Merito, wynika, że w lutym 2026 roku codzienne zakupy zdrożały średnio o 3,8% rdr. Dotyczyło to żywności, napojów bezalkoholowych i alkoholowych oraz pozostałego asortymentu, np. chemii gospodarczej i art. dla dzieci. Łącznie przeanalizowano 17 kategorii. W styczniu br. wzrost rdr. wyniósł 3,7%, a w grudniu ub.r. – 3,8% rdr.

– Lutowe dane przedstawiają obraz umiarkowanej, stabilnej inflacji detalicznej i takie były warunki, gdy te dane zbierano. Na przestrzeni trzech ww. miesięcy ceny w sklepach poruszały się w wąskim przedziale. Rosły wolniej niż w czasach wysokiej inflacji. Natomiast konsumenci powinni o czymś pamiętać. Choć tempo wzrostu jest znacznie wolniejsze niż w szczytowym okresie, to koszty zakupów wciąż są na poziomach nieporównywalnie wyższych niż jeszcze trzy lata temu. To właśnie ta skumulowana podwyżka, a nie bieżąca dynamika, najbardziej uderza w portfele Polaków – mówi dr Robert Orpych z Uniwersytetu WSB Merito.

Ekspert wskazuje też, że oficjalna inflacja GUS wyniosła w Polsce w styczniu 2026 roku zaledwie 2,2% rdr. – To oznacza, że ceny w sklepach rosły dotychczas prawie dwa razy szybciej. Właśnie dlatego konsumenci często mają poczucie, że rzeczywistość jest gorsza, niż mówią oficjalne dane. Nasz raport koncentruje się stricte na wybranej, ale bardzo ważnej z perspektywy konsumenta grupie produktów codziennej potrzeby. Wskaźnik CPI obejmuje znacznie szerszy, ważony koszyk towarów i usług, w tym paliwa, usługi czy elektronikę, a te kategorie potrafią istotnie obniżać ogólny wynik – wyjaśnia dr Robert Orpych.

Analitycy z UCE RESEARCH informują, że ceny samej żywności w lutym br. poszły w górę średnio o 3,4% rdr. W styczniu wzrost rdr. wyniósł 3,2%, a w grudniu ub.r. – 3,1% rdr. – Zmiany cen żywności z pewnością mają znaczenie, bo dotyczą wszystkich kupujących w zasadzie każdego dnia. Wprawdzie te dodatkowe 0,2 p.p. w lutym nie musi robić piorunującego wrażenia, ale kiedy spojrzymy z większego dystansu, to możemy poczuć niepokój. W przemyśle spożywczym ceny sprzedaży spadły w ciągu roku o 3,2%, a w sklepach – o podobną wartość wzrosły. Najwyraźniej jako konsumenci akceptujemy taki poziom cen. W końcu w ciągu ostatniego roku przeciętne wynagrodzenie wzrosło o 6%. Stać nas na „przełknięcie” wyższych cen żywności – analizuje dr Marek Szymański z Uniwersytetu WSB Merito.

Jak stwierdza dr Robert Orpych, różnica między dynamiką wzrostu cen wszystkich analizowanych kategorii a samą żywnością to jeden z najciekawszych sygnałów płynących z lutowych danych. Jest dobrą wiadomością, bo przez lata jedzenie było głównym motorem wzrostów cenowych. – W przypadku żywności podstawowej konkurencja między sieciami jest bezwzględna i hamuje marże. Warto też pamiętać o tym, że sklepy często, zamiast podnosić ceny, zmniejszają gramaturę produktu. Konsument płaci tyle samo, ale dostaje mniej. I to jest wzrost cen, którego statystyki nie wychwytują – dodaje ekspert.

W TOP5 najbardziej drożejących kategorii w lutym br. widać używki (+10,3% rdr.), chemię gospodarczą (+8,2% rdr.), słodycze i desery (+7,3% rdr.), pieczywo (+6,4% rdr.), a także mięso (+5,4% rdr.). – W ujęciu rocznym mocno widoczne są podwyżki cen kawy, napędzane rosnącymi kosztami surowca, a także papierosów, m.in. z powodu wzrostu akcyzy. Słodycze i desery podlegają wzrostowi cen kakao. Z kolei mięso i pieczywo to dwie kategorie, które można uznać za podstawowe we współczesnej diecie, więc przy rosnących dochodach łatwiej nam zaakceptować wyższe ceny – tłumaczy dr Marek Szymański.

Na dole tabeli widnieją warzywa (-2,5% rdr.), owoce (+1,6% rdr.), a także produkty sypkie (+0,8% rdr.). –Warzywa są kategorią wyjątkowo wrażliwą na warunki pogodowe i sytuację podażową. Jeśli zbiory były dobre, zarówno w Polsce, jak i w krajach eksportujących do Europy, to ceny naturalnie spadają. Minus 2,5% rdr. to dobra wiadomość dla konsumentów robiących regularne zakupy. Produkty sypkie natomiast korzystają z efektu wysokiej bazy porównawczej, ponieważ rynki zbożowe wyraźnie uspokoiły się w stosunku do szczytu. Dobre zbiory to dużo towaru i niższe ceny. Można nawet stwierdzić, że ta część koszyka działa dziś jak naturalny amortyzator ogólnego wyniku raportu – podsumowuje dr Robert Orpych.

***
Opis metody analitycznej/badawczej

Dane pochodzą z cyklicznego raportu pt. „INDEKS CEN W SKLEPACH DETALICZNYCH” (powstającego co miesiąc od ponad 9 lat), autorstwa UCE RESEARCH i Uniwersytetów WSB Merito (dawniej Wyższych Szkół Bankowych). Analiza pokazuje średnią wartość cenową (cen regularnych oraz w promocjach), notowaną miesiąc do miesiąca i rok do roku. W najnowszej odsłonie porównano wyniki z lutego 2026 r. i tego samego okresu z 2025 r. Dotyczyło to 17 kategorii i ponad 100 najczęściej wybieranych przez konsumentów produktów codziennego użytku. Łącznie zestawiono ze sobą ponad 84 tys. cen detalicznych z przeszło 39,5 tys. sklepów należących do 62 sieci handlowych. Badaniem objęto wszystkie na rynku dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience oraz cash&carry docierające ze swoją ofertą do większości konsumentów w Polsce.

Bliski Wschód nadal straszy rynki. Ropa droga, dolar mocny, złoty pod presją

Doniesienia z Bliskiego Wschodu nie przestają rozbudzać wyobraźni wystraszonych inwestorów. Utrzymująca się niepewność nadal wpływa na ropę, ale i umacnia dolara. Traci na tym złoty, którego notowania pozostają pod silnym wpływem czynników zewnętrznych. W tle kontynuacja lekceważenia publikacji makroekonomicznych.

Niepewności ciąg dalszy

Inwestorzy pragną usłyszeć dobre wieści z Bliskiego Wschodu, a analitycy próbują oszacować datę zakończenia konfliktu. Sama teoria to jednak za mało, a brutalna rzeczywistość pozostaje głucha na myślenie życzeniowe. Z ostatnich rozmów państw G7 i Międzynarodowej Agencji Energii niewiele wynikło. Mimo że mowa o największym uwolnieniu rezerw w historii (do 400 milionów baryłek, czyli dwa razy więcej niż wprowadzona ilość surowca w 2022 roku po inwazji Rosji na Ukrainę) to nadal brakuje konkretów. Dziś wieczorem ma nastąpić kolejne spotkanie. Decyzja lub jej brak z pewnością wpłynie na wyceny „czarnego złota”, gdyż rynek surowcowy nadal bacznie obserwuje napiętą sytuację w Cieśninie Ormuz. Amerykanie zapewniają jej udrożnienie i ostrzegają Irańczyków przed stawianiem min w tym newralgicznym obszarze. Ostatecznie niewiele zmienia się w aspekcie potencjalnego zakończenia działań zbrojnych. Jedynym pozytywem jest brak doniesień o kolejnych uszkodzeniach infrastruktury naftowej w państwach wydobywających surowce energetyczne. Środowego południa notowania odmiany WTI wracają do 85 USD za baryłkę, po wczorajszej chwilowej zniżce do 75 USD. Natomiast Brent oscyluje przy 90 USD, po wczorajszym wyznaczeniu lokalnego dna przy 81 USD. Podsumowując – zmienność na ropie jest mniejsza niż w poniedziałek, jednak nadal pozostaje podwyższona, podobnie jak jej wyceny.

Złoty odbiciem dolara

PLN nadal pozostaje pod silnym wpływem czynników zewnętrznych. Wzrost niepewności w środę o poranku spowodował umocnienie waluty zza oceanu. Kurs EUR/USD zszedł do 1,159 USD, podczas gdy jeszcze wczoraj po południu sięgał 1,166 USD. Poranne zejście „edka” przełożyło się na osłabienie złotego i odbicie USD/PLN do 3,685 PLN i EUR/PLN do 4,275 PLN. Strach wygrał również na wykresach GBP/PLN i CHF/PLN, które około godziny 10:00 wzrosły odpowiednio do 4,95 PLN i 4,74 PLN. W ciągu kolejnych dwóch godzin złoty odrabiał straty. Przyczyną ruchu było chwilowe oddawanie zysków przez USD. Ostatecznie krajowa waluta pozostaje bardzo wrażliwa na czynniki zewnętrzne, w przeciwieństwie do krajowych. Praktycznie żadnego wpływu nie miały napływające wypowiedzi członków Rady Polityki Pieniężnej sugerujące, że marcowa obniżka mogła być ostatnią w tym roku. Oznacza to, że jastrzębia narracja jest dla rynków znacznie mniej istotna, niż możliwe konsekwencje niekończącej się wojny na Bliskim Wschodzie.

Niewidoczne dane makro

Dlaczego rynek miałby się przejmować retoryką płynącą z RPP, skoro nawet waga publikacji z największych gospodarek świata pozostaje niezauważona? Rynki z obojętnością przyjęły dziś informację o spadku inflacji konsumenckiej w Niemczech z 2,1% r/r do 1,9% r/r. Ktoś mógłby powiedzieć, że były one zgodne z oczekiwaniami, dlatego nie wpłynęły na notowania unijnej waluty i trudno odmówić tym argumentom racji. Należy też jednak uczciwie przyznać, że dzisiejsze dane za luty w ogóle nie uwzględniają konsekwencji wybuchu marcowej wojny. To dlatego nawet popołudniowa publikacja CPI ze Stanów prawdopodobnie będzie mieć marginalne znaczenie. Inwestorzy wyceniając przyszłość doskonale wiedzą, że dzisiejsze dane i tak nie będą mieć wpływu na przyszłe decyzje FED. To tu leży odpowiedź na pytanie, dlaczego dzisiejsze publikacje z Niemiec poszły w odstawkę, tak samo jak wczorajsze odczyty z Japonii czy Chin. Czy los ten podzielą także amerykańskie odczyty inflacji konsumenckiej, które zgodnie z prognozami mają niewiele się zmienić względem publikacji styczniowych? Tego dowiemy się o godzinie 13:30.

Nowa strategia VeloBanku. Bank celuje w dynamiczny rozwój i wyższą efektywność

VeloBank zaprezentował strategię „Mierz wyżej” na lata 2026-2028, opierającą się na czterech filarach: ambitnym wzroście, stawianiu klienta w centrum, budowie bardziej efektywnego banku oraz rozwoju organizacji i kultury współpracy. Zakłada w niej dynamiczny wzrost skali działalności, dalszy rozwój bankowości detalicznej, budowę wiodącej bankowości prywatnej oraz umocnienie pozycji w bankowości biznesowej. W ciągu najbliższych trzech lat bank planuje podwoić portfel kredytowy z ok. 19 mld zł do 43 mld zł, przy stabilnym koszcie ryzyka. Bank chce zwiększyć liczbę klientów z 1,7 mln do 2,7 mln oraz poprawić efektywność kosztową, obniżając wskaźnik kosztów do dochodów z ok. 56% do ok. 47%. Równocześnie bank dąży do utrzymania powtarzalnego zwrotu z kapitału na poziomie 19%.

Poprzednia strategia VeloBanku skupiała się na budowie nowoczesnego, bezpiecznego i transparentnego banku – bliskiego klientom. Jej realizacja przyniosła wymierne rezultaty: w ciągu trzech lat liczba pozyskanych klientów wyniosła ok. 700 tys., suma aktywów zwiększyła się o 47%, a kapitały banku potroiły się. Silny rozwój produktów takich jak VeloKonto, Elastyczne Konto Oszczędnościowe znacząco zwiększył akwizycję klientów, a segment detaliczny pozostał głównym motorem wzrostu.

W ramach strategii na lata 2023-2025, skupialiśmy się na budowaniu nowoczesnego charakteru banku, rozwijaniu cyfrowych kanałów sprzedaży oraz dostarczaniu klientom w coraz bardziej przystępny sposób produktów, które wspierają ich w codzienności. Strategia „Mierz wyżej” to z kolei plan dynamicznego wzrostu VeloBanku w zmieniającym się otoczeniu gospodarczym i technologicznym. Chcemy tworzyć bank, który pomaga klientom rozwijać się osobiście oraz biznesowo, w sposób prosty, wygodny i na ich zasadach. Naszą ambicją jest dalsze skalowanie biznesu, wzmacnianie zaangażowania klienta oraz budowa organizacji, która łączy technologię, efektywność i odpowiedzialny rozwój – mówi Adam Marciniak, prezes zarządu VeloBanku.

Nowa strategia zakłada, że głównym motorem wzrostu pozostanie bankowość detaliczna. Do 2028 roku VeloBank chce podwoić wartość portfela kredytowego w tym segmencie. Wzrost ma być napędzany przede wszystkim przez kredyty konsumenckie i hipoteczne, uproszczenie procedur oraz dalszą cyfryzację procesów kredytowych. Bank zakłada również rozwój oferty inwestycyjnej, kart kredytowych, a w segmencie biznesowym – rozbudowę finansowania dla MŚP oraz leasingu.

Ambitne są również cele dotyczące wzrostu liczby klientów. VeloBank chce zwiększyć bazę klientów z ok. 1,7 mln do ok. 2,7 mln w ciągu trzech lat, czyli pozyskać około milion nowych klientów, w tym część w ramach przejęcia części detalicznej Citi Handlowego. Jednocześnie bank zakłada podwojenie liczby klientów z główną relacją oraz rozwój oferty segmentowej, aby lepiej odpowiadać na potrzeby poszczególnych grup klientów.

Istotnym obszarem wzrostu ma być także private banking i wealth management. VeloBank zakłada wejście do czołówki bankowości prywatnej w Polsce, m.in. dzięki planowanemu przejęciu części detalicznej Citi Handlowego. Bank chce rozwijać ten obszar w oparciu o własne TFI, ofertę maklerską, usługi doradcze oraz zarządzanie portfelem. W perspektywie najbliższych trzech lat wolumen produktów inwestycyjnych ma wzrosnąć do ok. 20 mld zł, a liczba klientów korzystających z oferty inwestycyjnej ma się podwoić.

Strategia bankowości biznesowej zakłada dynamiczny wzrost finansowania przedsiębiorstw, ze szczególnym naciskiem na segment MŚP oraz rozwój leasingu. Bank planuje rozbudowę oferty finansowania przedsiębiorstw, aktywną akwizycję nowych klientów oraz wzmocnienie kompleksowej oferty usług dla biznesu, w tym atrakcyjnej oferty depozytowej i rozwiązań walutowych. Jednocześnie bank będzie kontynuował rozwój w obszarach, w których posiada silną pozycję rynkową – w finansowaniu projektów deweloperskich oraz sektora JST.

Kolejnym filarem nowej strategii jest klient i jego doświadczenie. VeloBank chce wejść do czołowej trójki instytucji finansowych w Polsce pod względem satysfakcji klientów oraz jakości obsługi. Kluczową rolę odegra tu rozwój aplikacji mobilnej – rozwiązań personalizacyjnych oraz Veli, czyli wirtualnej asystentki, która ma ewoluować w kierunku inteligentnego wsparcia finansowego. Strategia zakłada dalszy rozwój wygody cyfrowej, narzędzi AI oraz funkcji wspierających klientów w codziennym zarządzaniu finansami.

Jakub Papierski, Przewodniczący Rady Nadzorczej VeloBanku
Jakub Papierski, Przewodniczący Rady Nadzorczej VeloBanku

Strategia na lata 2026-2028 to okazja, by połączyć doświadczenie z odważnym spojrzeniem w przyszłość. Stawiamy na stabilny rozwój, wzmocnienie struktury bilansu i rozwój obszarów kluczowych dla budowania wartości. Kierunek wzrostu na najbliższe lata oparty jest na zwiększaniu skali działania VeloBanku, lepszych relacjach z klientami i inwestycjach w nowoczesne technologie – mówi Jakub Papierski, przewodniczący rady nadzorczej VeloBanku.

Trzecim filarem strategii jest efektywność. VeloBank zakłada poprawę wskaźnika kosztów do dochodów z ok. 56% do ok. 47% w 2028 roku, dzięki automatyzacji, cyfryzacji oraz szerokiemu wykorzystaniu sztucznej inteligencji w procesach sprzedażowych, operacyjnych i obsługowych. Strategia przewiduje także utrzymanie kosztu ryzyka na poziomie 0,9% w 2028 roku, wzmacnianie narzędzi analitycznych, modeli ryzyka i procesów decyzyjnych, umożliwiających utrzymywanie wysokiej jakości portfela przy planowanym wzroście skali.

Czwartym filarem strategii jest jeden zespół skupiający się na rozwoju organizacji i kultury współpracy. VeloBank chce inwestować w kompetencje pracowników, w szczególności w obszarach technologii, danych i sztucznej inteligencji, oraz budować środowisko pracy sprzyjające zaangażowaniu i przyciąganiu talentów. W swojej nowej strategii VeloBank wskazuje, że celem jest również umocnienie pozycji banku, jako wiodącego pracodawcy w branży finansowej.

Konflikt z Iranem może podbić ceny żywności w Polsce

Wzrost kosztów nawozów i paliw przełoży się na ceny żywności dla konsumentów. Pojawi się też konkurencja ze strony producentów, którzy – jak Ukraina czy Brazylia – byli do tej pory silniej obecni w rejonie Zatoki Perskiej. Kluczowy jest czas trwania konfliktu.

Konsekwencje ataku na Iran dla sektora produkcji żywności nie można jeszcze w pełni ocenić. Zależą one przede wszystkim od czasu trwania operacji wojskowej i jej wpływu na przepustowość szlaków żeglugowych. Można natomiast podjąć próbę identyfikacji obszarów, gdzie wpływ jest istotny. To: dostępność rynków zbytu, fizyczne przesunięcie strumieni handlu żywnością, zmiany cen nawozów oraz ropy naftowej i paliw. Dodatkowo należy brać pod uwagę jeszcze większy niż dotychczas wzrost globalnej niepewności. Skoncentruję się na perspektywie Polski.

Region, na który działania zbrojne wpływają bezpośrednio, jest większy niż Iran – to kraje narażone na odcięcie dostaw drogą morską. Strefa konfliktu obejmuje więc oprócz Iranu także Arabię Saudyjską, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn, Irak, Kuwejt, Liban, Oman, Katar i Jemen. Nie włączamy do niej Izraela, przyjmując że prawdopodobieństwo blokady dostaw morskich do tego kraju jest niskie.

Kraje strefy konfliktu nie są kluczowe z perspektywy eksportu żywności z Polski, więc ewentualne wstrzymanie wymiany handlowej z nimi ma ograniczony wpływ na kondycję krajowych producentów na poziomie całych branż, choć dla poszczególnych przedsiębiorstw może być istotne. W 2024 r. łączna wartość żywności tam eksportowanej była poniżej 700 mln euro, więc stanowiła zaledwie 1,5 proc. wartego ok. 48 mld euro polskiego eksportu towarów rolno-spożywczych. Największy rynek w tej grupie krajów to Arabia Saudyjska (do 40 proc. eksportu żywności do strefy konfliktu w ostatnich latach), następnie Zjednoczone Emiraty Arabskie (ok. 20 proc.) oraz Irak (ponad 10 proc.). Sam Iran to zaledwie 2 proc. eksportu polskich towarów rolno-spożywczych do tej grupy państw, co w 2024 r. przełożyło się na kwotę 13 mln euro.

Największymi eksportowanymi grupami produktowymi były wyroby piekarnicze (ok. 147 mln euro w 2024 r.), sery (80 mln euro), mięso drobiowe (54 mln euro), słodycze (38 mln euro), czekolada (35 mln euro) i cukier (33 mln euro). W całości eksportu z Polski w danej kategorii największy udział osiągnęły sery (7 proc.), słodycze, cukier i wyroby piekarnicze (5 proc.). W przypadku mięsa drobiowego było to nieco powyżej 1 proc.

Potencjalnie bardziej istotny może być efekt związany ze zmianą kierunku przepływów towarów innych producentów. Dla Ukrainy w 2024 r. Arabia Saudyjska była drugim co do wielkości rynkiem eksportu mięsa drobiowego. Istotne ilości tego towaru płynęły z Ukrainy także do Iraku i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, a w mniejszym stopniu także do Omanu i Kuwejtu. Zboże i oleje roślinne trafiały z Ukrainy do Libanu, Iraku, Arabii Saudyjskiej.

Brak możliwości transportu towarów na rynki docelowe może przełożyć się na zmianę bilansu w Europie i w konsekwencji negatywnie wpłynąć na możliwości zbytu towarów polskich producentów. Tym bardziej, że silną pozycję w strefie konfliktu ma też Brazylia – w 2024 r. dostarczyła tam mięso drobiowe za ok. 1,5 mld dol., głównie do Arabii Saudyjskiej, Iraku i Kuwejtu.

Wzrost cen węglowodorów i ograniczenia ich fizycznej dostępności przekładają się z kolei na możliwości produkcji i stosowania nawozów. Jest to jeden z głównych czynników kosztowych w produkcji roślinnej. Ocenia się, że przez Cieśninę Ormuz przepływa 25-30 proc. światowego handlu nawozami azotowymi. Zatrzymanie tego strumienia szybko przełoży się na ceny rynkowe. QatarEnergy, które w zeszłym roku wyeksportowało 5,4 mln t mocznika (ok. 10 proc. globalnego eksportu drogą morską), wstrzymało po atakach dronowych produkcję siarki, amoniaku i mocznika. Inni producenci w regionie rozważają spowolnienie lub czasowe wstrzymanie produkcji nawozów.

W Polsce 2 marca Grupa Azoty poinformowała o odwołaniu cenników nawozów azotowych oraz wstrzymaniu przyjmowania zamówień, a 5 marca podała, że powróci do przyjmowania zamówień na nawozy azotowe i standardowej współpracy na bieżących warunkach rynkowych. Producenci rolni zakupy nawozów jednak rozkładają w czasie, więc dla większości efekt wzrostu ceny nie skumuluje się w jednym momencie. Dodatkowo ograniczenie nawożenia w jednym sezonie, po latach typowego gospodarowania, nie wpłynie w drastyczny sposób na plonowanie – pełnię efektów widać dopiero w kolejnych sezonach.

Konsekwencją ograniczenia podaży ropy naftowej na światowym rynku jest wzrost cen paliw. To również wpływa bezpośrednio na koszty produkcji rolnej, zwłaszcza polowej, a także na koszty logistyki, podnosząc ostatecznie ceny na półkach sklepowych. Atak na Iran doprowadził do rozchwiania cen ropy. 9 marca notowania ropy Brent zbliżyły się do 120 dol.  za baryłkę, by później w ciągu dnia spaść do 90 dol.

Rynki szybko reagują na deklaracje polityczne, a te są w kwestii wojny z Iranem dynamiczne. Z cenami ropy pozytywnie skorelowane są światowe ceny zbóż i tłuszczów roślinnych. Te z kolei mają decydujący wpływ na poziom cen w Polsce. Kierunki rozwoju cen ropy naftowej także mają wpływ na to, jaką stawkę za plony ostatecznie otrzymuje polski rolnik. Na razie globalne notowania surowców rolnych od czasu rozpoczęcia ataku na Iran zareagowały wzrostem cen o ok. 10 proc. w przypadku pszenicy oraz niespełna 5 proc. w przypadku rzepaku (9 marca). Zatem zmiany są widoczne, ale daleko im do szoku obserwowanego po ataku Rosji na Ukrainę w 2022 r.

Oczywistym, bardziej poważnym zagrożeniem niż szybkie fluktuacje cen, byłyby uszkodzenia infrastruktury do obsługi handlu węglowodorami. Pierwsze dni wojny pokazały, że takie obiekty są celami ataków. W razie uszkodzenia ich odbudowa może zająć nawet lata, tym bardziej że prawdopodobnie będzie prowadzona pod ryzykiem kolejnego ataku. To może przesunąć ceny nośników energii na wyższe poziomy, na których pozostaną przez dłuższy czas, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Atak na Iran to kolejne z wydarzeń składające się na erę globalnej niepewności. Działania zbrojne dotknęły Cieśninę Ormuz, kluczowy rejon dla funkcjonowania przepływów światowej gospodarki. Główny aktor zdecydował się na podjęcie ryzyka, jakiego wcześniej unikano. Naruszono kolejne tabu. Jeśli w ostatnich latach mieliśmy do czynienia z blokadami głównych wąskich gardeł globalnej logistyki, to były to zdarzenia losowe, jak choćby blokada Kanału Sueskiego przez osiadły na mieliźnie kontenerowiec Ever Given w 2021 r. Tym razem przerwy w żegludze to wprost konsekwencja decyzji przywódców politycznych krajów istotnych dla stabilności światowego ładu.

To właśnie decyzje światowych przywódców i ich komunikacja są teraz kluczowe dla rozwoju sytuacji. Dla polskiego sektora produkcji żywności krótki konflikt, tj. trwający maksymalnie kilka tygodni, ma znaczenie ograniczone i nie zmienia jego strategicznej pozycji. Im dłużej trwa, tym sytuacja będzie stawać się trudniejsza. Wzrost kosztów produkcji i funkcjonowania będzie musiał przełożyć się na wzrost cen dla konsumentów, narażając ich na konieczność rewizji zwyczajów zakupowych. Jednak poważniejszą konsekwencją dla lokalnego sektora w średnim terminie może być konieczność zwiększonej konkurencji z producentami, którzy byli dotychczas silniej obecni w rejonie konfliktu, jak Ukraina czy Brazylia.

Autor: Grzegorz Kozieja – członek TEP, dyrektor Departamentu Analiz Food&Agro i Specjalizacji Sektorowych w BNP Paribas Bank Polska.

Wojna z Iranem oddala obniżki stóp w USA. Ropa i dolar znów w centrum uwagi

Może się okazać, że głównym problemem w obniżaniu stóp procentowych w USA wcale nie jest szef FED, lecz polityka obecnej administracji. Podnoszą oni oczekiwane poziomy inflacji jak nie cłami, to wojną w Iranie. Ropa chwilowo stabilizuje się w okolicach 90 USD, a frank szwajcarski – ku rozpaczy tamtejszych eksporterów – znów rośnie w siłę. 

Ropa wciąż głównym tematem

Zmienność na ropie wciąż jest szalona, ale powoli gaśnie. W poniedziałek różnica pomiędzy najwyższym a najniższym kursem w ciągu dnia wynosiła imponujące 36 USD. Wczoraj tak samo liczony parametr to „zaledwie” 14 USD. Problem w tym, że w standardowych czasach już 5 USD uznaje się za bardzo aktywny dzień. Takich „aktywnych dni” najwyraźniej czeka nas jeszcze wiele. Szczególnie że mamy środek tygodnia, więc inwestorzy powoli znów zaczną się przygotowywać do weekendu. Wczorajszy dzień uważany jest za najaktywniejszy dotychczas pod kątem liczby nalotów amerykańskich na Iran. Zniszczeniu uległo wiele statków irańskiej marynarki, co część analityków odczytuje jako siłowe przygotowanie do odblokowania cieśniny Ormuz. Na razie jednak czarne złoto zachowuje się dość ostrożnie i wciąż baryłka ropy oscyluje wokół 90 USD za ropę Brent.

Wojna a stopy procentowe w USA

Czasem są takie zagadnienia, które pozornie nie są ze sobą powiązane. Co bowiem łączy poziom stóp procentowych za oceanem z atakami USA i Izraela na Iran? Okazuje się, że analitycy widzą tu pewną relację. Trwający konflikt silnie wpływa nie tylko na ceny ropy, ale i amerykańską walutę. Dotychczas dominował scenariusz kolejnej obniżki stóp procentowych już w czerwcu. Teraz szanse na czerwcowy ruch w dół spadły poniżej 40%, głównie przez oczekiwania inflacyjne związane z drożejącą ropą. Obecnie niepewna obniżka  przewidywana jest w lipcu. Biorąc pod uwagę różne szacunki co do czasu trwania działań zbrojnych, nie można wykluczyć, że i w lipcu nie zobaczymy obniżek. Co to oznacza dla rynków walutowych? Im wyższe stopy procentowe, tym mocniejszy dolar. Mamy więc sytuację, w której amerykańska waluta umacnia się nie tylko z powodu ryzyk geopolitycznych, ale również zmian oczekiwań stóp.

Nie tylko dolar zyskuje na niepewności

Amerykańska waluta jest wszędzie wspominana jako beneficjent obecnej niepewności. Warto jednak zwrócić uwagę, że nie tylko ona zyskuje. W poniedziałek pierwszy raz od uwolnienia kursu franka doszło do sytuacji, kiedy za 1 EUR płacono mniej niż 0,9 CHF. W 2015 roku takie pułapy były widziane tylko przez pojedyncze minuty w wyniku silnego szoku. Dzisiaj jednak do takich docieramy i w ich okolicy kurs pozostaje. Co to oznacza w praktyce? Szwajcaria pomimo stopy procentowej na poziomie 0%, znów problem z gwałtownie umacniającą się walutą. To sprawia, że jej eksport – delikatnie mówiąc – staje się coraz mniej konkurencyjny cenowo.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak odczytów mogących rywalizować z wydarzeniami w geopolityce.

Nieruchomości handlowe w Europie odbiły. Inwestycje w sektor spożywczy wzrosły o 16 proc.

Sektor nieruchomości handlowych w Europie zanotował w 2025 roku pierwszy od pięciu lat wzrost wolumenu inwestycyjnego. Jak wynika z najnowszego raportu Savills „European Grocery Report 2026”, wartość transakcji w obiekty spożywcze wzrosła o 16% rok do roku, osiągając poziom 6,1 mld EUR. Rynek ewoluuje w stronę mniejszych formatów, podczas gdy tradycyjne hipermarkety tracą udziały na rzecz sklepów typu convenience oraz dyskontów.

Udział hipermarketów w europejskim rynku spożywczym spadł z 12% w 2019 roku do 10% w 2024 roku, a prognozy wskazują na dalszy spadek do 9% do 2029 roku. Średnia powierzchnia sklepu spożywczego w Europie zmniejszyła się o 2,6% w latach 2020-2024. Sieci handlowe planują zmniejszenie powierzchni wybranych sklepów nawet o 25%. Odzyskany metraż przeznaczą na obsługę szybkich dostaw do klientów (tzw. logistykę ostatniej mili) lub na wynajem dla innych firm.

Zmiana nawyków konsumenckich wymusza na operatorach redefinicję portfeli nieruchomości. Dzisiejszy klient stawia na szybkość i bliskość, co sprawia, że strategiczny nacisk przesuwa się na gęste sieci miejskie i mniejsze formaty, które lepiej wpisują się w codzienne misje zakupowe – komentuje Elżbieta Majdan, Associate Director Property & Asset Management Retail, Savills Polska. – Przykładem takiej transformacji są plany Carrefour, który do 2030 roku zamierza uruchomić 1750 nowych placówek w formatach convenience we Francji i Hiszpanii.

Płynność rynku wspierana przez sale-and-leaseback

Wzrost wolumenu inwestycji do poziomu 6,1 mld EUR był napędzany głównie przez duże transakcje portfelowe, których wartość wzrosła o 35%. Kluczową rolę odegrały operacje typu sale-and-leaseback (S&LB), stanowiące aż 21% całkowitego wolumenu inwestycji rynkowych. Jest to najwyższy udział tego typu transakcji od 13 lat. Raport odnotowuje również znaczący napływ kapitału z Ameryki Północnej – aktywność inwestorów z USA była o 59% wyższa od średniej pięcioletniej.

W obliczu presji na marże i konieczności modernizacji systemów energetycznych, detaliści coraz częściej sięgają po transakcje sale-and-leaseback, aby uwolnić kapitał zamrożony w murach – mówi Wioleta Wojtczak, Head of Research, Savills Polska. – Dla inwestorów nieruchomości spożywcze z długimi, indeksowanymi umowami najmu stanowią atrakcyjny produkt inwestycyjny. Choć w czwartym kwartale 2025 roku średnie stopy kapitalizacji w Europie dla najlepszych supermarketów utrzymały się na poziomie 5,8%, spodziewamy się ich kompresji w nadchodzących miesiącach.

Konsument w nowej rzeczywistości

Mimo wyhamowania inflacji cen żywności do 2,5% pod koniec 2025 roku, europejskie gospodarstwa domowe zachowują dużą ostrożność wydatkową. Wskaźnik oszczędności w strefie euro wyniósł 15,1%, co jest wynikiem znacznie powyżej średniej z lat 2014-2019 (12,6%). Sytuacja ta sprzyja rozwojowi marek własnych oraz dyskontów, których przychody w ostatniej dekadzie rosły średnio o 5,2% rocznie – niemal dwukrotnie szybciej niż w przypadku operatorów masowych (3,2%).

Cyfryzacja i zrównoważony rozwój

Przyszłość handlu spożywczego będzie oparta na modelu omnichannel, w którym sklepy stacjonarne pełnią rolę centrów realizacji zamówień online. Udział sprzedaży online w sektorze spożywczym ma ustabilizować się na poziomie 4,8% do 2028 roku (poza rynkiem brytyjskim). Jednocześnie rosną wymagania kapitałowe związane z regulacjami ESG, m.in. w zakresie wymiany systemów chłodniczych czy montażu instalacji fotowoltaicznych, co staje się stałym elementem planowania wydatków inwestycyjnych sieci handlowych.

A jak wygląda Polska na tle Europy?

Polska potwierdza wiele trendów zarysowanych w raporcie europejskim, choć zachowuje swoją specyfikę. Żywność, napoje i wyroby tytoniowe to najsilniejsza kategoria handlu detalicznego w naszym kraju, odpowiadająca za 25,7% sprzedaży detalicznej w 2025 r. Jednocześnie produkty te najrzadziej trafiają do koszyków online – udział e-grocery w ubiegłym roku oscylował średnio wokół 0,9% miesięcznie. To wynik znacznie niższy od prognozowanej średniej dla Europy.

Lokalny rynek, podobnie jak europejski, stawia na multiformatowość. Sieci takie jak Auchan i Carrefour operują w Polsce na wielu poziomach: od hipermarketów, przez supermarkety (1000-2000 m kw.) i sklepy osiedlowe (MojeAuchan, Globi, Express), aż po formaty ultra-convenience na stacjach paliw. Dane GUS potwierdzają odwrót od dużych powierzchni sklepowych: na koniec 2024 r. w Polsce działało 545 hipermarketów (spadek o 1 placówkę względem 2020 r.) oraz 10 647 supermarketów, których liczba w tym samym okresie wzrosła aż o 2477 obiektów.

Również na polskim rynku inwestycyjnym zainteresowanie sektorem spożywczym pozostaje wysokie. Przykładem aktywnego inwestora jest np. Centerscape, który w 2026 r. ogłosił zakup placówek sieci Lidl w Mszczonowie oraz Biedronki w Lidzbarku. Inwestorzy coraz częściej szukają też  parków handlowych z silnym operatorem spożywczym. Potwierdzają to ostatnie duże transakcje, jak przejęcie 8 centrów handlowych Auchan przez Shopper Park Plus czy planowany zakup portfela nieruchomości Intermarche i Bricomarche przez amerykański Ares Management Corporation.

SatRev wyniesie kolejnego satelitę na orbitę. Start zaplanowano na III kwartał

SatRev S.A., wrocławska spółka technologiczna z sektora kosmicznego, przygotowująca się do debiutu na rynku NewConnect, podpisała umowę z firmą RIDE! dotyczącą wyniesienia na niską orbitę okołoziemską (LEO – Low Earth Orbit) kolejnego 10-kilogramowego satelity badawczego. Start zaplanowano na trzeci kwartał bieżącego roku. Satelita, oparty na sprawdzonej w kosmosie platformie Raccoon, zintegruje trzy ładunki komercyjne, a misja posłuży demonstracji technologii w warunkach orbitalnych. To już kolejny wspólny projekt obu firm i zarazem kontynuacja intensywnego rozwoju działalności SatRev, na rynkach międzynarodowych, w segmencie budowy i wynoszenia satelitów.

Nowa misja ma charakter komercyjny – satelita posłuży do przeprowadzenia testów technologicznych na orbicie, potwierdzających działanie systemów klientów w środowisku kosmicznym. Platforma Raccoon, na której zostanie zbudowany satelita, przeszła już pełną walidację orbitalną podczas trwającej od ponad roku misji satelity SN-10, BlueBON. Szczegółowe informacje dotyczące ładunków i ich właścicieli nie są na tym etapie ujawniane ze względu na charakter realizowanych projektów.

Umowa z RIDE! stanowi kontynuację dotychczasowej współpracy. W ubiegłym roku obie firmy zrealizowały wspólnie wyniesienie m.in. nanosatelity SN-10, BlueBON. Powodzenie dotychczasowych przedsięwzięć zaowocowało niedawnym podpisaniem listu intencyjnego zakładającego realizację kolejnych misji satelitarnych w następnych latach.

Jestem przekonany, że zarówno SatRev, jak i RIDE! osiągną wiele sukcesów we wdrażaniu satelitów obserwacji Ziemi oraz telekomunikacyjnych, a w przyszłości także konstelacji na niskiej orbicie okołoziemskiej. Posiadanie takiego partnera pozwala firmie SatRev z większą pewnością planować przyszłość spółki – powiedział dr Daniel Więzik, Prezes Zarządu SatRev S.A.

Satelita BlueBON, wyniesiony na orbitę w styczniu 2025 roku, pozostaje w pełni operacyjny i od ponad roku realizuje zadania obserwacyjne. Dotychczas w ramach misji zobrazował ponad 0,6 mln km² powierzchni Ziemi, gromadząc już około 300 GB danych obrazowych w trakcie ponad tysiąca sesji pobierania danych z orbity. Misja ta stanowi kluczową referencję technologiczno-operacyjną dla dalszego rozwoju SatRev. Warto podkreślić, że w kontekście sytuacji geopolitycznej, w której niektóre podmioty komercyjne wstrzymują publikację zobrazowań satelitarnych kluczowych regionów, posiadanie własnych, suwerennych zdolności pozyskiwania danych obrazowych nabiera szczególnego znaczenia zarówno dla samej spółki, jak i dla jej obecnych oraz przyszłych klientów.

SatRev kontynuuje rozwój działalności na rynkach międzynarodowych. W ramach podpisanej na początku bieżącego roku umowy z omańską firmą ETCO SPACE, dotyczącą kontraktu na satelitarne monitorowanie infrastruktury gazowej w Sułtanacie Omanu, spółka rozpoczyna etap przeprowadzania specjalistycznych szkoleń dla partnera. Szkolenia te będą odgrywać kluczową rolę w przyszłych działaniach operacyjnych w ramach projektu i stanowią element budowania trwałych kompetencji po stronie omańskiej.