NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Ponad 350 liderów logistyki i lotnictwa w Warszawie. TIACA Executive Summit 2026 za nami

Po raz pierwszy w historii Polska była gospodarzem jednego z najważniejszych światowych wydarzeń branży cargo lotniczego. Do Warszawy przyjechało ponad 350 przedstawicieli najwyższej kadry zarządzającej sektora logistyki i lotnictwa z całego świata, aby uczestniczyć w TIACA Executive Summit 2026.Warszawa gospodarzem spotkania liderów cargo lotniczego TIACA Executive Summit 2026

Szczyt, organizowany przez the International Air Cargo Associacion, odbył się w dniach 1–3 czerwca, a tegorocznymi gospodarzami byli Port Polska oraz PLL LOT. W wydarzeniu uczestniczyli przedstawiciele linii lotniczych, spedytorów, operatorów logistycznych, integratorów, producentów, portów lotniczych oraz międzynarodowych organizacji branżowych, którzy dyskutowali o przyszłości globalnego rynku cargo lotniczego.

W ciągu dwóch dni debat, sesji keynote oraz spotkań networkingowych uczestnicy omawiali najważniejsze wyzwania i trendy kształtujące sektor – od dynamicznego wzrostu e-commerce, zmian geopolitycznych i cyfryzacji, po kwestie zrównoważonego rozwoju, efektywności finansowej oraz odporności globalnych łańcuchów dostaw. Warszawska edycja wydarzenia była również inauguracją nowego formatu TIACA – Keynote Speaker Series – którego celem jest prezentowanie branży cargo inspirujących perspektyw światowej klasy ekspertów, liderów biznesu i komunikacji.

Otwierając szczyt, dr Filip Czernicki, prezes zarządu spółki Centralny Port Komunikacyjny, program Port Polska, podkreślił strategiczne znaczenie organizacji wydarzenia w Polsce.

„Po raz pierwszy Polska jest gospodarzem jednego z najważniejszych globalnych spotkań branży cargo lotniczego. To nie tylko wyróżnienie, ale także wyraźne potwierdzenie rosnącej roli Polski w międzynarodowym systemie logistycznym oraz naszych ambicji aktywnego współtworzenia przyszłości rynku cargo” – powiedział – „Warszawa staje się dziś miejscem kluczowej międzynarodowej debaty o przyszłości cargo lotniczego. Europa Centralna i Wschodnia zyskuje strategiczne znaczenie, a nasz region potrzebuje silnego hubu cargo”

W swoim wystąpieniu dr Filip Czernicki przedstawił także założenia programu Port Polska oraz projektu Cargo City – planowanego zintegrowanego ekosystemu logistyczno-przemysłowego, łączącego infrastrukturę cargo, specjalną strefę ekonomiczną oraz Wolny Obszar Celny.

W centrum tej wizji znajduje się Cargo City – unikalny ekosystem logistyczno-przemysłowy projektowany jako platforma dla globalnych linii lotniczych, integratorów i operatorów logistycznych, umożliwiająca integrację logistyki i produkcji” – podkreślił. – „Naszą ambicją jest stworzenie jednego z najbardziej zaawansowanych i cyfrowych hubów cargo w Europie – odpowiadającego na potrzeby e-commerce, transportów specjalistycznych i nowoczesnego przemysłu, przy jednoczesnym wspieraniu zrównoważonego rozwoju i efektywności operacyjnej

Jednym z głównych tematów warszawskiego szczytu była rosnąca strategiczna rola Europy Centralnej i Wschodniej w globalnych łańcuchach dostaw oraz długoterminowy potencjał rozwoju regionalnego rynku cargo lotniczego. Zagadnieniu temu poświęcony był panel „Central European Challenges & Opportunities, Plotting the Pathway to Further Success”, w którym udział wzięli przedstawiciele linii lotniczych, lotnisk i branży logistycznej z regionu.

Dyskusja koncentrowała się na prognozach wskazujących, że gospodarki Europy Centralnej utrzymają w latach 2026–2027 tempo wzrostu PKB wyższe od średniej unijnej, co tworzy solidne podstawy dla dalszego rozwoju sektora cargo lotniczego. Paneliści wskazywali na dynamiczny rozwój zaawansowanej produkcji przemysłowej, silny sektor motoryzacyjny, rosnące znaczenie nearshoringu oraz gwałtowny wzrost wolumenów e-commerce jako kluczowe czynniki napędzające popyt na usługi cargo.

Podczas dyskusji Paweł Zagrajek, zastępca dyrektora ds. handlowych, odniósł się do szans i wyzwań stojących przed regionalnym rynkiem cargo, podkreślając:

Widzimy nie tylko wyzwania, ale przede wszystkim możliwości, jakie w przyszłości przyniesie rynek cargo lotniczego. Budowa lotniska greenfield daje wyjątkową szansę stworzenia ekosystemu w pełni dostosowanego do potrzeb branży cargo – od infrastruktury pasów startowych i strefy cargo, po dedykowane systemy obsługi, drogi dojazdowe, zaplecze dla ciężarówek, rozwiązania celno-podatkowe oraz funkcje logistyczne i produkcyjne wspierające łańcuchy dostaw” – powiedział – „choć do otwarcia lotniska pozostało jeszcze sześć lat, już dziś aktywnie wspieramy rozwój branży. Zainicjowaliśmy powstanie Cargo Community w Polsce, która działa na rzecz usuwania barier legislacyjnych, rozwoju kompetencji i innowacji oraz rozwiązywania kluczowych wyzwań sektora. Cargo jest także jednym z filarów naszej strategii rozwoju siatki połączeń – rozwijamy zarówno połączenia frachtowe, jak i pasażerskie wspierające przewozy belly cargo”.

Uczestnicy panelu zwracali również uwagę, że bliższa współpraca regionalna oraz zintegrowane planowanie infrastrukturalne mogą istotnie zwiększyć odporność łańcuchów dostaw i wzmocnić pozycję Europy Centralnej jako kluczowej bramy logistycznej łączącej rynki europejskie z Azją i innymi globalnymi korytarzami handlowymi.

Warszawski szczyt był także okazją do podkreślenia strategicznego znaczenia realizowanych w Polsce inwestycji transportowych i logistycznych, w tym budowy nowego centralnego lotniska oraz zintegrowanego węzła transportowego w ramach programu Port Polska. Jednym z kluczowych elementów projektu jest Cargo City – nowoczesny ekosystem logistyczno-przemysłowy integrujący transport lotniczy, kolejowy i drogowy wraz ze specjalną strefą ekonomiczną oraz Wolnym Obszarem Celnym.

 

Czy Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie PKOl może odwołać Prezesa?

Dyskusja dotycząca możliwości odwołania Prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego przez Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie koncentruje się obecnie wokół jednego zasadniczego zagadnienia. Czy statut PKOl przewiduje wyłączną kompetencję Zarządu i Komisji Rewizyjnej do odwoływania członków tych organów, czy też kompetencja ta ma charakter dodatkowy i nie wyłącza uprawnień Walnego Zgromadzenia jako najwyższego organu organizacji?

W mojej ocenie prawidłowa wykładnia statutu prowadzi do wniosku, że Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie może podjąć uchwałę o odwołaniu Prezesa PKOl przed upływem kadencji. Pogląd przeciwny nie znajduje wystarczającego oparcia ani w treści statutu, ani w zasadach funkcjonowania stowarzyszeń.

Każda analiza musi rozpocząć się od ustalenia pozycji ustrojowej Walnego Zgromadzenia. W konstrukcji stowarzyszenia jest ono najwyższym organem władzy. To członkowie zrzeszenia tworzą organizację, a walne zgromadzenie stanowi formę wykonywania przez nich zwierzchniej kompetencji wobec wszystkich pozostałych organów.

Nie jest przypadkiem, że Prawo o stowarzyszeniach przyznaje walnemu zgromadzeniu kompetencje dotyczące najważniejszych spraw organizacji, w tym wyboru władz, zatwierdzania sprawozdań czy zmian statutu. Organy wykonawcze i kontrolne są organami pochodnymi wobec wspólnoty członków wyrażającej swoją wolę na walnym zgromadzeniu. Z tego względu wszelkie ograniczenia kompetencji walnego zgromadzenia powinny wynikać ze statutu jednoznacznie i nie mogą być domniemywane.

W prawie publicznym i korporacyjnym od dawna funkcjonuje zasada, zgodnie z którą kompetencja do powoływania obejmuje co do zasady kompetencję do odwoływania. Nie jest to wprawdzie reguła absolutna, jednak stanowi utrwaloną dyrektywę wykładni przepisów ustrojowych. Znajduje ona odzwierciedlenie zarówno w funkcjonowaniu organów administracji publicznej, jak i w prawie spółek czy organizacji społecznych. Jeżeli określony organ uzyskuje kompetencję kreacyjną, przyjmuje się co do zasady, że może również zakończyć stosunek organizacyjny, który sam stworzył.

Wyłączenie tej zasady wymaga wyraźnej podstawy normatywnej.

W przypadku PKOl statut nie zawiera przepisu stanowiącego, że Prezes wybrany przez Walne Zgromadzenie może zostać odwołany wyłącznie przez Zarząd albo Komisję Rewizyjną. Nie zawiera również przepisu zakazującego Walnemu Zgromadzeniu podejmowania uchwał w przedmiocie odwołania Prezesa.

Brak takiego wyłączenia ma zasadnicze znaczenie dla oceny całej sprawy.

Kluczowym argumentem zwolenników przeciwnego stanowiska jest regulacja statutowa przyznająca Zarządowi i Komisji Rewizyjnej możliwość odwołania członków tych organów, którzy nie wykonują swoich obowiązków albo naruszają statut lub dobre imię PKOl.

Interpretacja wywodząca z tego przepisu wyłączność kompetencyjną budzi jednak zasadnicze zastrzeżenia.

Po pierwsze, statut nie posługuje się żadnym zwrotem wskazującym na wyłączność. Nie pojawiają się sformułowania „jedynie”, „wyłącznie”, „tylko” ani inne równoważne konstrukcje językowe.

Po drugie, przepis ten został skonstruowany jako szczególny mechanizm umożliwiający organom natychmiastową reakcję na sytuacje nadzwyczajne. Jego funkcją jest zapewnienie sprawności działania organizacji pomiędzy walnymi zgromadzeniami.

Po trzecie, od uchwał podejmowanych przez Zarząd lub Komisję Rewizyjną statut przewiduje odwołanie do Walnego Zgromadzenia. Samo to rozwiązanie wskazuje na nadrzędną pozycję Walnego Zgromadzenia w strukturze organizacyjnej PKOl.

W konsekwencji znacznie bardziej przekonująca wydaje się interpretacja, zgodnie z którą mamy do czynienia z kompetencją szczególną, stanowiącą wyjątek od zwykłego trybu działania organizacji, a nie z przepisem eliminującym kompetencje najwyższego organu.

W orzecznictwie sądowym dotyczącym stowarzyszeń wielokrotnie podkreślano, że statut należy interpretować w sposób zapewniający realizację praw członkowskich oraz zasad demokratycznego funkcjonowania organizacji.

Przyjęcie poglądu o braku kompetencji Walnego Zgromadzenia prowadziłoby do wniosku, że członkowie PKOl mogą wybrać Prezesa, ale nie mogą go odwołać nawet wtedy, gdy utraci on zaufanie zdecydowanej większości środowiska.

Trudno pogodzić taki rezultat z zasadą samorządności stowarzyszeń. Jeszcze bardziej problematyczna byłaby sytuacja, w której Zarząd mógłby jednocześnie odmówić zwołania Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia pomimo spełnienia przesłanek statutowych. W praktyce oznaczałoby to możliwość trwałego zablokowania kontroli najwyższego organu nad władzami organizacji.

Tego rodzaju wykładnia pozostawałaby w sprzeczności nie tylko z zasadami prawa stowarzyszeń, lecz również z podstawowymi standardami demokratycznego zarządzania organizacjami członkowskimi.

Jeżeli statut nakłada na Zarząd obowiązek zwołania Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia w terminie 30 dni od złożenia prawidłowego wniosku przez wymaganą liczbę członków, obowiązek ten ma charakter związany. Zarząd nie jest uprawniony do badania politycznej zasadności wniosku ani do oceny jego celowości. Jego zadaniem jest wykonanie postanowień statutu.

Odmowa zwołania zgromadzenia lub bierne ignorowanie obowiązku statutowego może być kwalifikowane jako działanie sprzeczne ze statutem i uzasadniać interwencję sądu rejestrowego oraz organu nadzoru nad stowarzyszeniem.

Nie można również wykluczyć argumentacji, zgodnie z którą uporczywe blokowanie działania najwyższego organu organizacji stanowiłoby nadużycie kompetencji przez Zarząd i nie mogłoby korzystać z ochrony prawnej.

Wykładnia językowa, systemowa i funkcjonalna prowadzi do tego samego rezultatu. Statut PKOl nie zawiera przepisu wyłączającego kompetencję Walnego Zgromadzenia do odwołania Prezesa. Kompetencje przyznane Zarządowi i Komisji Rewizyjnej należy traktować jako rozwiązanie szczególne, służące sprawnemu funkcjonowaniu organizacji pomiędzy posiedzeniami Walnego Zgromadzenia. Nie ma natomiast podstaw do przyjęcia, że przepis ten pozbawia najwyższy organ PKOl prawa do odwołania osoby, którą sam wybrał.

Dlatego należy uznać, że prawidłowo zwołane Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie może podjąć uchwałę o odwołaniu Prezesa PKOl, a wszelkie próby odmiennej interpretacji wymagają wykazania wyraźnej podstawy statutowej, której obecnie trudno się dopatrzyć.

Z rynku kryptowalut w ciągu kilku godzin wyparowały miliardy. Bitcoin znów krwawi, a dolar pokazuje siłę

Rynek kryptowalut został dotknięty kolejną gwałtowną falą wyprzedaży. Jeszcze kilka dni temu bitcoin utrzymywał się powyżej poziomu 73 000 dolarów, obecnie spadł w okolice 67 000 dolarów, osiągając najniższy poziom od początku kwietnia. W ciągu jednego dnia stracił niemal 6%. Mniejsze kryptowaluty ucierpiały jeszcze bardziej: ethereum spadło poniżej 1 900 dolarów, do około 1 875 dolarów, solana osunęła się do poziomu wsparcia przy 76 dolarach, a bitcoin cash tracił w dwucyfrowym tempie.

W krótkim czasie rynek utracił około 7% swojej całkowitej wartości, a przymusowe likwidacje lewarowanych pozycji inwestorów przekroczyły miliard dolarów, jak wynika z danych rynkowych. Dla części inwestorów jest to najbardziej wyraziste przypomnienie od lutowej wyprzedaży, że kryptowaluty pozostają jednymi z aktywów najbardziej wrażliwych na zmiany nastrojów rynkowych.

W przypadku kryptowalut panika rozprzestrzenia się bardzo szybko. Ruch, który na rynku walutowym wyglądałby wyjątkowo dramatycznie, w przypadku bitcoina lub mniejszych kryptowalut może wydarzyć się w ciągu kilku godzin. Właśnie dlatego obecny spadek jest ważny także dla osób, które nie posiadają kryptowalut bezpośrednio – pokazuje bowiem, że inwestorzy ponownie zaczynają ograniczać ryzykomówi Jacek Jurczyński, prezes firmy AKCENTA.

Obecna przecena nie została wywołana przez jedno wydarzenie. Rynek osłabł w momencie, gdy zbiegło się kilka niekorzystnych czynników

Pierwszym z nich był przyspieszający odpływ środków ze spotowych funduszy ETF opartych na bitcoinie. W poprzednich miesiącach fundusze te pomagały wynieść bitcoina na rekordowe poziomy, jednak gdy nastroje się odwracają, działają w przeciwnym kierunku: wraz z wycofywaniem środków przez inwestorów rośnie realna presja sprzedażowa na rynku bazowym. Skala zjawiska przestaje być marginalna. Spotowe ETF-y na bitcoina odnotowały już jedenaście kolejnych sesji z odpływem kapitału, a fundusze spotowe oparte na etherze piętnaście. Maj zakończył się rekordowymi miesięcznymi umorzeniami o wartości około 2,4 miliarda dolarów. Tylko w ostatnim tygodniu maja giełdowe fundusze kryptowalutowe straciły około 1,7 miliarda dolarów, co było drugim największym tygodniowym odpływem w tym roku.

Drugim impulsem była informacja, że spółka Strategy, wcześniej znana jako MicroStrategy, po raz pierwszy od lat sprzedała część swoich bitcoinów. W stosunku do jej ogromnych zasobów była to ilość symboliczna – 32 bitcoiny warte około 2,5 miliona dolarów, czyli praktycznie błąd zaokrąglenia przy ponad 843 tysiącach monet znajdujących się w posiadaniu firmy. Sprzedaż miała sfinansować wypłatę dywidendy z akcji uprzywilejowanych i nie oznaczała odejścia od strategii opartej na bitcoinie. Mimo to psychologiczny efekt był znaczący. Dla części rynku Strategy była symbolem przekonania, że wielcy posiadacze bitcoina po prostu nie sprzedają. Sam fakt, że firma upłynniła część swoich zasobów, wystarczył do wywołania nerwowej reakcji.

W przypadku ethereum rozwija się zupełnie inna historia. Największym korporacyjnym posiadaczem etheru jest BitMine Immersion Technologies, amerykańska spółka giełdowa typu treasury zarządzana przez stratega Fundstrat, Toma Lee, często określana jako odpowiednik Strategy dla etheru. BitMine posiada obecnie około 5,4 miliona ETH, czyli około 4,5% całej istniejącej podaży etheru, zakupionej po średniej cenie szacowanej na około 3 500 dolarów. Przy obecnej cenie etheru poniżej 1 900 dolarów wartość tych aktywów wynosi około 10 miliardów dolarów wobec kosztu nabycia zbliżającego się do 18 miliardów. Oznacza to niezrealizowaną stratę rzędu 8,5 miliarda dolarów – jedną z największych papierowych strat w historii korporacyjnego rynku kryptowalut.

Podczas gdy Strategy po raz pierwszy od lat sprzedała część swoich aktywów, choćby symbolicznie, BitMine dokupuje po spadkach. Przewodniczący spółki uważa ether poniżej 2 000 dolarów za atrakcyjny poziom wejścia, określa obecną wyprzedaż jako „klasyczne zachowanie przy rynkowym dnie” i utrzymuje, że kryptowalutowy „supercykl” dopiero nadejdzie. Liderzy związani z dwiema największymi kryptowalutami wysyłają więc jednocześnie przeciwstawne sygnały – jeden ogranicza ekspozycję, drugi ją zwiększa – co tylko podkreśla, jak bardzo podzielony jest rynek w kwestii dalszego kierunku ryzyka.

Trzecim czynnikiem jest geopolityka. Eskalacja napięć na Bliskim Wschodzie podniosła ceny ropy i ponownie otworzyła debatę o inflacji. Ponieważ transport przez Cieśninę Ormuz, przez którą przepływa około jedna piąta światowego morskiego handlu ropą, został faktycznie sparaliżowany, cena ropy Brent wzrosła w okolice 100 dolarów za baryłkę. Wyższe ceny ropy stanowią problem nie tylko dla konsumentów, ale także dla banków centralnych. Jeśli energia ponownie zacznie napędzać inflację, przestrzeń do szybkiego obniżania stóp procentowych znacząco się zmniejszy.

W tym właśnie miejscu wyprzedaż kryptowalut łączy się z szerszym kontekstem makroekonomicznym. Jeszcze niedawno część rynku zakładała, że amerykańska Rezerwa Federalna będzie mogła w ciągu roku obniżać stopy procentowe. Taki scenariusz zwykle oznaczałby słabszego dolara i mógłby wspierać bardziej ryzykowne aktywa, w tym kryptowaluty. Wyższa inflacja, droższa ropa i niepewność geopolityczna komplikują jednak ten obraz. Fed znajduje się obecnie raczej w sytuacji, w której musi utrzymywać stopy procentowe na wysokim poziomie przez dłuższy czas, a nawet ponownie ostrzegać przed możliwością ich podwyżki.

Europa tymczasem zmaga się z odwrotnym problemem. Według oczekiwań rynkowych Europejski Bank Centralny przygotowuje się do podwyżek stóp procentowych (inwestorzy zakładają obecnie trzy–cztery podwyżki w ciągu najbliższego roku, a ruchy już w czerwcu i lipcu uznają za realne), ponieważ inflacja w strefie euro pozostaje powyżej celu. Teoretycznie odmienny kierunek polityki EBC i Fed mógłby wspierać euro wobec dolara. Jednak w okresach stresu rynkowego inwestorzy nie kierują się wyłącznie różnicą stóp procentowych. Kiedy uciekają od ryzyka, dolar nadal korzysta ze swojego statusu światowej waluty rezerwowej.

Na papierze niektóre argumenty mogą wskazywać na słabszego dolara. Jeśli jednak jednocześnie spadają kryptowaluty, drożeje ropa i rosną napięcia geopolityczne, inwestorzy przyjmują defensywną postawę. W takim otoczeniu dolar często się umacnia – nie dlatego, że amerykańska gospodarka nie ma problemów, ale dlatego, że rynek szuka płynności i bezpieczeństwa – wyjaśnia Jurczyński.

Dlatego sytuacja ta jest ważna również dla przedsiębiorstw. Spadek bitcoina nie jest wyłącznie historią inwestorów obserwujących nocą czerwone wykresy. To ostrzeżenie, że nastroje na rynkach mogą odwrócić się bardzo szybko, a zmiana ta nie musi zatrzymać się na kryptowalutach. Może przenieść się na dolara, euro, koronę czeską, złotego czy forinta. Może także wpłynąć na ceny energii, transportu i surowców.

Importerzy rozliczający się w dolarach mogą znaleźć się pod presją z dwóch stron. Jeśli dolar się umocni, a jednocześnie wzrosną koszty zakupu lub transportu, cała kalkulacja kosztowa zacznie się pogarszać. Eksporterzy mogą natomiast krótkoterminowo skorzystać na ruchach walutowych, ale tylko wtedy, gdy mają właściwie ustawione ceny, warunki płatności i marże. Bez tego nawet pozornie korzystny kurs może maskować inne ryzyka kosztowe.

Firmy często zaczynają śledzić kurs walut dopiero wtedy, gdy zaczyna on bezpośrednio wpływać na ich działalność. Rynek jednak zwykle nie wysyła wcześniej zaproszenia. Obecna wyprzedaż kryptowalut pokazuje, jak szybko mogą zmieniać się nastroje. Dla przedsiębiorstwa posiadającego przychody lub koszty w walucie obcej kluczowe jest więc wiedzieć, przy jakim kursie zlecenie pozostaje jeszcze rentowne, a od którego momentu zaczyna zagrażać marżymówi Jurczyński.

Po wcześniejszych wzrostach kryptowaluty wypracowały sobie wizerunek aktywów zdolnych szybko generować wysokie zyski. Obecny spadek przypomina jednak drugą stronę tej historii. Bitcoin stracił niemal połowę wartości względem ubiegłorocznych szczytów przekraczających 126 000 dolarów. Mniejsze kryptowaluty znajdują się w jeszcze gorszej sytuacji i podczas wyprzedaży zwykle tracą szybciej niż lider rynku.

Dla rynków finansowych nie jest to więc jedynie kolejna „kryptoburza”. To test gotowości inwestorów do podejmowania ryzyka. Jeśli obawy związane z aktywami cyfrowymi rozleją się na inne segmenty rynku, skutkiem może być silniejszy dolar, droższe finansowanie, większa presja na waluty Europy Środkowej oraz trudniejsze planowanie dla firm prowadzących handel zagraniczny.

Wniosek dla przedsiębiorstw jest prosty. Nie trzeba spekulować na bitcoinie, aby jego spadek pośrednio wpłynął na działalność firmy. Wystarczy, że ta sama nerwowość poruszy kursy walut, ceny ropy lub oczekiwania dotyczące polityki banków centralnych. W takim otoczeniu ryzyko walutowe przestaje być teoretyczną pozycją w planie finansowym i staje się bardzo konkretnym czynnikiem, który może przesądzić o marży całego kontraktu.

Pokolenie Z, praca zdalna i AI. Rynek pracy wymusza nowe podejście do zarządzania

Olbrzymie zmiany w stylu i podejściu do pracy między pokoleniami, duża ilość specjalistów korporacyjnych, rozwój AI, napływ pracowników z innych krajów, pogłębiające się kryzysy gospodarcze, drożyzna w sklepach, to tylko część czynników, które wpływają na to, że coraz więcej osób nie może znaleźć wymarzonej pracy. Z drugiej strony, firmy mają problem z zatrudnianiem odpowiednich pracowników. Dlaczego tak ważne jest, aby w firma budowała silny i stabilny zespół oraz co sprawia, że jest to coraz trudniejsze?

Problem ze znalezieniem pracowników

Aż 57 % przedsiębiorstw w Polsce ma problem ze znalezieniem odpowiednich pracowników na oferowane stanowiska[1]. To jedynie o 2% mniej niż rok wcześniej. Rynek pracownika, który miał się bardzo dobrze przed 2020 rokiem, wyraźnie się kończy, a szukający wymarzonego zajęcia mają coraz większy problem. W jaki sposób obecnie firmy szukają pracowników, a kandydaci miejsca zatrudnienia?

Zatrudnianie ludzi to jedno z najtrudniejszych zadań przed jakimi stają przedsiębiorcy. Często zamiast działać w biznesie, tracimy czas i pieniądze na ludzi, którzy nie pasują do naszej firmy. Zatrudniać powinno się w oparciu o kulturę pracy, nie tylko umiejętności kandydata. Obecnie zarówno pracodawcy jak i pracownicy stoją przed trudnym zadaniem, bo obie strony mają niezwykle wysokie wymagania. Warto jednak się im przyjrzeć i wziąć je pod uwagę. Jasno określone zasady, przekazane wyraźnie już na początku współpracy są szansą na to, że będzie trwała ona dłużej – mówi Jakub B. Bączek.

Stworzyć idealny zespół

Według Harvard Business Review, firmy, które zatrudniają osoby pasujące do ich wartości i kultury mają o 27% mniejszy wskaźnik rotacji. Z kolei z badań Gallupa wynika, że osoby, które są dostosowane do kultury firmy o 36% są w nią bardziej zaangażowane.

Badania Glassdoor pokazują, że 75% kandydatów sprawdza opinie o pracodawcy przed aplikowaniem. Z drugiej strony, aż 70% rekruterów sprawdza media społecznościowe kandydatów, aby ocenić ich wartość, zaangażowanie i profesjonalizm,

Jeśli nasza firma jest dobrze postrzegana, może przyciągnąć lepszych pracowników i zmniejszyć rotację. Ja nie od początku potrafiłem zbudować idealny zespół. Mikrozarządzanie, wtrącanie się do wszystkiego, chęć kontroli nad każdym aspektem sprawiały, że mój zespół był dość „sztywny”. Nie działo się to z ich winy. Obawiali się porażki, przyłapania na czymś. Dopiero po latach prowadzenia wielu biznesów doszedłem do wniosku, że to zaufanie do pracowników buduje ich morale. Jest to bardzo trudne, zwłaszcza dla właścicieli przedsiębiorstw czy managerów. Chodzi o to, aby postanowić sobie, że nie wszystko musisz robić sam, że możesz tym ludziom zaufać. Bez delegowania zadań, nie zbudujemy zespołu, a do tego potrzebne jest zaufanie, że sobie poradzą – tłumaczy Jakub B. Bączek.

Aby zespół w firmie działał jak najlepiej, a dany przedsiębiorca mógł zdjąć ciężar ze swoich barków, potrzebna jest duża doza wolności, zaufania, rozmów, gdy coś jest nie tak, bo błędy będą się pojawiać. Pracownicy, którzy czują odpowiedzialność za swoją pracę, ufają pracodawcy, identyfikują się z firmą, pracują po prostu lepiej. Jest to korzyść dla każdej ze stron.

Dostosowanie do warunków rynkowych

Zadowoleni pracownicy i dobrze wykonywane obowiązki, wzrosty wyników w firmie, realizowanie zaplanowanych strategii, to naczynia połączone. Pracę zespołu trzeba budować w oparciu o to, jak wygląda rzeczywistość i co najlepiej sprawdzi się w danym przedsiębiorstwie.

Pokochaliśmy pracę zdalną. Takie są fakty i nie ważne, ile w internecie pojawi się artykułów krytycznych co do tej formy, a według mnie spowodowane jest tym, aby podprogowo przekonać ludzi do powrotu do biur, to komentarze mówią same za siebie. Praca zdalna daje nam olbrzymią wolność i jest dużym plusem w zachowaniu równowagi życiowej. Pokolenie Z, wręcz nie wyobraża sobie zatrudnienia wyłącznie stacjonarnego. Ja doskonale rozumiem tę potrzebę. W moich firmach pracownicy mogą pracować w wybranych przez siebie godzinach i skąd chcą. Kluczowe jest dla mnie osiągnięcie założonych celów, które określamy sobie regularnie. Czyli dajemy wolność i ufamy, ale sprawdzamy rezultaty np. raz na miesiąc. Nie jestem zwolennikiem odsiadywania 8 godzin w biurze. Oczywiście wszystko zależy od rodzaju wykonywanej pracy, nie wszędzie ten model się sprawdzi, dlatego tak istotne jest dopasowanie modelu pracy do pracowników oraz rodzaju działalności – dodaje Jakub B. Bączek.

Budowanie silnego i trwałego zespołu to zadanie czasochłonne, ale możliwe do wykonania. Najważniejsze to być zarówno wspierającym jak i dającym wolność szefem, przy tym jednak określać cele do realizacji i regularnie sprawdzać rezultaty oraz to, czy firma idzie w dobrym kierunku.

Jakub B. Bączek podkreśla także, że w dobie wielu różnic pokoleniowych jakie pojawiać się będą w zespołach, niezwykle istotne są umiejętności miękkie lidera, szefa, właściciela firmy. One pomogą rozwiązywać indywidualne problemy pracowników z należytą uwagą i szacunkiem tak, aby pracownik nie musiał zmieniać pracy co chwilę. Obie strony odnoszą wówczas olbrzymie korzyści. Pracownik czuje się zauważony, doceniony, a w przypadku potrzeby naprawienia błędu otrzymuje wsparcie. Pracodawca natomiast ma zmniejszoną rotację, spójny zespół, który wie w jaki sposób pracować i co firma chce osiągnąć.

[1] https://biuroprasowe.manpowergroup.pl/448722-blisko-6-na-10-firm-w-polsce-nie-moze-zrekrutowac-nowych-pracownikow

Ropa drożeje, kurs dolara zyskuje, złoty traci. Rynki w cieniu napięć na Bliskim Wschodzie

Za nami oczekiwana decyzja Rady Polityki Pieniężnej. Brak ruchu na stopach procentowych w czerwcu to neutralna wiadomość dla złotego, jednak krajowa waluta w środę o poranku traci, ulegając wpływowi czynników zewnętrznych. Podobnie zachowuje się euro, którego notowania względem amerykańskiego dolara po raz kolejny spadają do 1,16 USD, mimo oczekiwanej podwyżki kosztu pieniądza przez EBC.

Kolejna pauza

Zgodnie z oczekiwaniami Rada Polityki Pieniężnej nie zmieniła stóp procentowych na czerwcowym posiedzeniu. Decydenci mieli ku temu wiele powodów, o których zapewne dowiemy się więcej podczas dzisiejszej konferencji prasowej Prezesa Narodowego Banku Polskiego o godzinie 15:00. Wśród argumentów za utrzymaniem kosztu pieniądza przy poziomie 3,75% są zapewne najnowsze dane inflacyjne i PKB. Pauza RPP to dla krajowej waluty wiadomość neutralna, która ani jej nie umocniła, ani nie osłabiła. Mimo to, od wczoraj obserwujemy widoczny odpływ kapitału od złotego. Nie jest to jednak skutek czynników wewnętrznych, W tym czasie zdecydowanie większy impakt na notowania PLN-a miały kolejne negatywne doniesienia z Bliskiego Wschodu.

Wzrostowy czerwiec

Trzecia sesja czerwca mija w otoczeniu zwyżek cen ropy. Środowego południa odmiana amerykańska dobiła do 97 USD za baryłkę. Przypomnę, że poniedziałkowa sesja otwierała się „z ósemką” z przodu. Sam wykres mówi nam tyle, że na rynkach dominuje narracja oddalającego się porozumienia na Bliskim Wschodzie. I faktycznie tak jest. Dzisiejszej nocy doszło do wystrzelenia pocisków rakietowych przez Iran w stronę Kuwejtu i Bahrajnu. Mimo że atak był nieskuteczny, wymusił odpowiedź USA, na co potem zareagował Teheran. Mamy więc do czynienia z zupełnie inną rzeczywistością niż perspektywa szybkiego zakończenia konfliktu, a taka narracja wciąż płynie z ust Prezydenta USA. To wzrost globalnego ryzyka po raz kolejny negatywnie wpływa na krajową walutę. W środę o godzinie 13:00 kurs EUR/PLN to 4,24 PLN, a USD/PLN to 3,65 PLN. Przepływ kapitału w stronę bezpiecznej przystani spowodował również umocnienie dolara na wykresie głównej pary walutowej świata. Notowania EUR/USD przed południem po raz kolejny testowały wsparcie 1,16 USD.

Kiedy kapitał polubi euro?

W ostatnich dniach inwestorzy mają mieszane odczucia co do wspólnej waluty. Z jednej strony zawsze kiedy eskaluje sytuacja na Bliskim Wschodzie euro traci do dolara. Z drugiej strony jednak rynek dywaguje nad czerwcową podwyżką stóp procentowych przez EBC. Czy do niej dojdzie, dowiemy się za tydzień w czwartek. Jednak wczorajsze, pierwsze od 2,5 roku przekroczenie poziomu 3% inflacji konsumenckiej w strefie euro przybliża nas do jastrzębiego ruchu. W maju CPI to 3,2% r/r (poprzednio 3% r/r). W połączeniu z czerwcowym wzrostem cen ropy ten czynnik sprawia, że coraz więcej analityków skłania się ku tezie o konieczności działania ze strony europejskich decydentów. Zważając na fakt, że kurs EUR/USD od połowy maja wielokrotnie próbował pokonać wsparcie 1,16 USD (czyli poziom, przy którym ponownie się znajdujemy), najbliższa decyzja EBC wydaje się być bardzo istotna. Podwyżka potencjalnie wesprze unijną walutę, jednak jej brak przyczyni się do osłabienia, co może pogłębiać straty względem amerykańskiego dolara podczas ewentualnych doniesień o eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie w drugiej połowie miesiąca.

CPK przejmie część robót po problemach z tunelem podmiejskim w Łodzi

Spółka Centralny Port Komunikacyjny przejmie komorę przy dworcu Łódź Fabryczna, gdzie swój koniec mają dwa budowane tunele kolejowe w Łodzi. Pierwszy z nich to tunel podmiejski, który pobiegnie w kierunku drugiego łódzkiego dworca Łódź Kaliska i tunel przeznaczony dla Kolei Dużych Prędkości, którym pojadą szybkie pociągi do Wrocławia i Poznania.  Oba przedsięwzięcia w zachodniej części stacji Łódź Fabryczna są ze sobą ściśle powiązane technologicznie i wymagają skoordynowanej realizacji.

Podpisane porozumienie odpowiada na wyzwania związane z realizacją inwestycji. Po wstrzymaniu prac w komorze tunelu podmiejskiego oraz rozwiązaniu umowy z dotychczasowym wykonawcą spółka Centralny Port Komunikacyjny zadeklarowała gotowość przejęcia części robót konstrukcyjnych komory Fabrycznej PLK. Celem tego działania jest zapewnienie ciągłości prac oraz dotrzymanie harmonogramów budowy tunelu dalekobieżnego.

Zgodnie z ustaleniami, strona Port Polska zleci wykonanie przejętego zakresu prac swojemu wykonawcy w ramach tzw. zamówienia podobnego. PKP PLK pozostają odpowiedzialne za finansowanie tych robót.

Port Polska i PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. zawarły porozumienie przyspieszające budowę tuneli kolejowych w Łodzi Port Polska i PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. zawarły porozumienie przyspieszające budowę tuneli kolejowych w Łodzi

Porozumienie precyzuje podział odpowiedzialności między spółkami:

Spółka Centralny Port Komunikacyjny odpowiada za realizację przejętych robót konstrukcyjnych i nadzór inwestorski. PKP PLK zapewnia finansowanie prac, przekazanie dokumentacji projektowej oraz formalne przygotowanie inwestycji, a po zakończeniu robót przejmie gotowy obiekt.

Porozumienie jest kolejnym przykładem na dobrą współpracę między obiema spółkami, a przyjęte w nim rozwiązanie będzie wsparciem dla terminowego wykonana inwestycji i umożliwi kontynuowanie budowy obu tuneli w sposób skoordynowany. Jest to kluczowe dla zachowania spójności całego układu kolejowego w Łodzi oraz dla Kolei Dużych Prędkości.

Tunel dalekobieżny budowany w ramach inwestycji strategicznych Port Polska to kluczowy element magistrali kolejowej z Warszawy przez Łódź do Poznania i Wrocławia, która będzie przystosowana do prędkości 350 km/h. Podróż z Warszawy do Łodzi zajmie najszybszym pociągiem około 40 minut. Według aktualnych wyliczeń, najszybsze pociągi umożliwią pokonanie trasy z Warszawy do Wrocławia w 1 godz. 36 min, a podróż z Łodzi do Wrocławia powinna zając niecałą godzinę. W 2032 r. ma się zakończyć budowa trasy między Warszawą a Łodzią, a w 2035 r. powinny zostać oddane odcinki do Wrocławia i Poznania.

96 proc. firm z incydentem bezpieczeństwa. Rynek cyberochrony przechodzi w tryb proaktywny

Aż 96 proc. firm doświadczyło co najmniej jednego incydentu bezpieczeństwa w 2025 roku. To wzrost o 13 punktów procentowych w porównaniu do poprzedniego okresu[1]. Wykrycie udanych ataków nie zawsze jest proste – zlokalizowanie i opanowanie naruszenia bezpieczeństwa danych w różnych środowiskach IT zajmuje średnio 276 dni[2]. Rosnąca skala zagrożeń jest wyraźnym sygnałem dla organizacji: podstawowa ochrona przed atakiem to zdecydowanie mało. Nic więc dziwnego, że w tym roku aż 78 proc. firm planuje zwiększyć swoje nakłady finansowe na cyberbezpieczeństwo[3]. Wiele wskazuje na to, że inwestycje będą ukierunkowane przede wszystkim na kontrolę i zapobieganie ryzyku. Już teraz większość firm stawia na działania proaktywne – jedynie 21 proc. przeznacza swoje środki głównie na metody reaktywne, których celem jest naprawa błędów dopiero po wystąpieniu ataku lub awarii. Jak zadbać o skuteczną prewencję i ograniczyć ryzyko związane z rosnącym poziomem cyberzagrożeń?

Organizacje stawiają na proaktywność

Rosnąca skala cyberzagrożeń wpływa na podejście organizacji do strategii bezpieczeństwa IT. Najnowsze badania pokazują, że zgodnie z zasadą „lepiej zapobiegać niż leczyć” większość firm inwestuje swoje środki przede wszystkim w takie działania, jak obserwowalność IT, testy czy szkolenia. Aktualnie 56 proc. firm przeznacza większe środki na działania proaktywnie niż reaktywne[4]. Jak wyjaśnia Damian Traczuk, Inżynier ds. Observability w Linux Polska, inwestowanie w tego typu rozwiązania wskazuje na coraz większą świadomość firm w zakresie skutecznej ochrony ekosystemu IT przed zagrożeniami.

Wykorzystując metody proaktywne, organizacja nie ogranicza się do naprawy skutków awarii czy cyberataku, a podejmuje ruchy wyprzedzające, które pozwalają zapobiec tego typu zdarzeniom. Przykładem jest observability, czyli zdolność do określenia stanu wewnętrznego systemów na podstawie ich danych zewnętrznych. Mam na myśli wszystkie poziomy ekosystemów cyfrowych, w tym infrastrukturę sprzętowo-systemową, warstwę sieciową, aplikacje czy procesy biznesowe. Obserwacja IT wykracza poza standardowe monitorowanie problemów. Pozwala na identyfikację tendencji w działaniu systemów, co zwiększa świadomość operacyjną w zakresie tego, co może ulec kolejnym awariom i jak temu zapobiec. Przykładowo: anomalie w zakresie wartości metryk, czyli danych o kondycji i wydajności systemu, mogą być sygnałem zbliżającej się usterki. Dzięki tej informacji możliwe jest podjęcie działań prewencyjnych dodaje Damian Traczuk, Inżynier ds. Observability w Linux Polska.

Co skłania firmy do zwiększania środków na ograniczanie ryzyka?

Firmy stawiają na prewencję w zakresie cyberbezpieczeństwa z różnych przyczyn. U podstaw strategii ograniczania ryzyka stoją przede wszystkim cyberataki motywowane geopolitycznie, co potwierdza 64 proc. osób. Nie bez znaczenia jest również rosnący poziom dezinformacji (49 proc. odpowiedzi) czy konwergencja IT, czyli proces łączenia technologii w jeden spójny, zintegrowany ekosystem (42 proc.)[5]. Jak wyjaśnia Piotr Piętka, Solutions Architect w Linux Polska, ostatni z wymienionych czynników może być zaskakujący ze względu na fakt, że konwergencja jest jednym z głównych globalnych trendów.

Integracje systemów przynoszą wiele korzyści, z których główną jest automatyzacja przepływu danych pomiędzy aplikacjami a warstwą procesową. Dzięki temu firmy ograniczają ryzyko błędów manualnych, oszczędzają czas i pieniądze przeznaczane na żmudne zadania oraz mogą szybciej reagować na zmiany technologiczne i organizacyjne. Konwergencja IT wiąże się jednak z pewnym ryzykiem, wynikającym z tworzenia wysoce współzależnych środowisk. Taka złożoność zwiększa powierzchnię ataku, czyli sumę luk w zabezpieczeniach i punktów wejścia, które mogą zostać wykorzystane przez cyberprzestępców. Ponadto w rozbudowanych ekosystemach zdecydowanie trudniej jest wykrywać, analizować i usuwać awarie, a także zapobiegać im w przyszłości. Z tego powodu w procesie integracji tak istotne jest bezpieczeństwo IT, ze szczególnym uwzględnieniem obserwowalności (observability) systemów, która pozwala na identyfikowanie nawet najtrudniejszych do wychwycenia nieprawidłowości mówi Piotr Piętka, Solutions Architect w Linux Polska.

Nie wszystko da się przewidzieć

Ochrona przed cyberzagrożeniami nie jest standardem wszystkich firm. Co piąta z nich (21 proc.) nadal inwestuje więcej pieniędzy w działania i technologie reaktywne, czyli podejmuje działania dopiero po wystąpieniu incydentu[6]. Mowa między innymi o monitoringu IT, dzięki któremu organizacja jest na bieżąco informowana przy pomocy określonych metryk o tym, czy system działa, czy też doszło do jakiegoś niepożądanego zdarzenia. Informacja taka pozwala podjąć określoną akcję naprawczą. Jak wyjaśnia Marek Najmajer, Product Director w Linux Polska, reaktywne metody zapewnienia bezpieczeństwa IT są ważnym uzupełnieniem działań prewencyjnych.

Nie wszystkie problemy z ekosystemem IT da się przewidzieć. Przykładem są zagrożenia zero-day, czyli nieznane wcześniej luki w oprogramowaniu, które są wykorzystywane przez cyberprzestępców, zanim wykryje je zespół odpowiedzialny za bezpieczeństwo IT. Skala tego zjawiska jest dziś alarmująca: tylko w 2025 roku odnotowano 90 podatności zero-day wykorzystywanych w realnych cyberatakach, z czego niemal połowa uderzyła w systemy klasy enterprise[7]. Co więcej, każdego dnia powstają nowe typy ataków, a sztuczna inteligencja radykalnie przyspiesza ten proces, umożliwiając cyberprzestępcom automatyzację odkrywania podatności i błyskawiczne wdrażanie exploitów[8]. Właśnie dlatego samo monitorowanie IT, które informuje nas o tym, że coś się wydarzyło – nie wystarcza. Potrzebna jest też obserwowalność, pozwalająca zrozumieć, dlaczego do incydentu doszło i jak mu zapobiec w przyszłości. Umiejętność szybkiego reagowania na bieżące wyzwania oraz skutecznego wdrażania nowych procedur i polityk bezpieczeństwa IT w firmie po wystąpieniu incydentu są równie ważne, co podejście proaktywne. Oba te elementy strategii bezpieczeństwa wzajemnie się uzupełniają podsumowuje Marek Najmajer, Product Director w Linux Polska.

Podstawową różnicą między metodami proaktywnymi i reaktywnymi jest czas, w którym są stosowane. Pierwsze pozwalają ograniczyć ryzyko awarii systemu i cyberataku w przyszłości, drugie z kolei służą do szybkiej lokalizacji i naprawy błędów, które powstały po zdarzeniu. Organizacje nie powinny wybierać jednej opcji. Wręcz przeciwnie – to właśnie ich połączenie jest rozwiązaniem, które zapewnia najlepszą ochronę w całym ekosystemie IT.

[1] KPMG, Cyberodporność w erze zmian. Barometr cyberbezpieczeństwa

[2] IBM, Cost of a Data Breach Report 2025

[3] PwC, 2026 Global Digital Trust Insights,

[4] Jak wyżej.

[5] World Economic Forum, Global Cybersecurity Outlook 2026

[6] PwC, 2026 Global Digital Trust Insights

[7] Cybersecurity Dive, Nearly half of exploited zero-day flaws target enterprise-grade technology, March 6, 2026

[8] Google, GTIG AI Threat Tracker: Adversaries Leverage AI for Vulnerability Exploitation, Augmented Operations, and Initial Access, May 11, 2026

GeoScan sprawdzi działkę lub mieszkanie w minutę. Nowe narzędzie analizuje ponad 100 wskaźników nieruchomości

Zakup działki, mieszkania lub domu to decyzja, na którą wpływa znacznie więcej kwestii niż cena. Potencjalni nabywcy muszą wziąć pod uwagę szereg czynników – od ryzyk fizycznych (powodzie, osuwiska, podtopienia), przez hałas i ograniczony dostęp do infrastruktury publicznej, po obiekty uciążliwe znajdujące się w okolicy. Narzędziem umożliwiającym realizację całego procesu w sposób automatyczny jest portal GeoScan, który w niecałą minutę przeprowadza kompleksowy audyt dowolnej nieruchomości czy działki. Projekt otrzymał dofinansowanie z programu Fundusze Europejskie dla Polski Wschodniej, w ramach działania realizowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości (PARP).

Powódź, która w 2024 r. nawiedziła Polskę, zniszczyła lub uszkodziła ponad 11 tys. budynków. Jedna z największych katastrof naturalnych we współczesnej historii kraju pokazała, jak istotna jest dokładna analiza różnych aspektów działki budowlanej lub nieruchomości przed dokonaniem jej zakupu. Prawdopodobieństwo wystąpienia podtopień, osuwisk czy dostępność placówek edukacyjnych oraz komunikacji publicznej to tylko niektóre z elementów mających wpływ na jakość codziennego funkcjonowania w danej lokalizacji i bezpieczeństwo samej inwestycji. Do tego dochodzą takie kwestie jak historyczne ceny nieruchomości w okolicy, objęcie miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego czy analiza sąsiedztwa. Czynników, które kupujący powinni uwzględnić, jest wiele i są one bardzo zróżnicowane.

Zdobycie wszystkich niezbędnych informacji jest procesem bardzo czasochłonnym i kosztownym. Oprócz samych danych kluczowa jest także ich poprawna interpretacja. Z pomocą potencjalnym nabywcom przychodzi GeoScan – portal umożliwiający błyskawiczną analizę ponad 100 wskaźników opartych o dane przestrzenne, satelitarne oraz instrumenty prawne.

Nie tylko natura

Opracowane przez zespół GeoScan narzędzie bazuje na informacjach pochodzących z ponad 50 źródeł danych, zarówno publicznych, jak i komercyjnych. Przeprowadzenie analizy jest niezwykle proste – po wpisaniu adresu lub identyfikatora działki na stronie internetowej GeoScan automatycznie tworzony jest pełny raport, który kompleksowo prezentuje czynniki mające istotny wpływ na funkcjonowanie w danej lokalizacji. Są to informacje dotyczące m.in. uwarunkowań przestrzennych oraz ryzyk środowiskowych, takich jak ukształtowanie terenu, ryzyko powodziowe lub osuwiskowe czy stan wód gruntowych. Użytkownik platformy może także dowiedzieć się, czy w okolicy znajdują się konkretne usługi publiczne – szkoła, placówka medyczna lub punkt odbioru paczek.

Istotnym z punktu widzenia osoby planującej inwestycję elementem jest też ocena okolicy. Służy temu przeprowadzana w ramach GeoScan analiza Miejscowych Planów Zagospodarowania Przestrzennego oraz weryfikacja istnienia tzw. obiektów uciążliwych – zakładów produkcyjnych, ferm zwierząt itp. Narzędzie umożliwia także porównanie parametrów analizowanych nieruchomości, usprawniając wybór tej, która najlepiej spełnia wymagania nabywcy.

– Wydarzenia sprzed dwóch lat pokazały, jak wiele nieruchomości powstaje w miejscach obarczonych dużym ryzykiem. Według danych z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego “Społeczno-gospodarcze skutki chaosu przestrzennego“ 7,9 mln Polaków mieszka na terenach zagrożonych powodzią lub podtopieniami. Jednocześnie weryfikacja każdego z czynników mających wpływ na inwestycję bywa procesem kosztownym, długotrwałym, a przez to dostępnym głównie dla większych inwestorów i deweloperów. Z tej właśnie idei – wyposażenia kupujących i mniejszych inwestorów w narzędzie, które umożliwi im przeprowadzenie kompleksowego audytu nieruchomości przed inwestycją w sposób intuicyjny, wiarygodny i szybki – powstał GeoScan – mówi Aleksander Łabuć, założyciel i CEO GeoScan.

Pomoc dla każdego

Dotychczas z usług GeoScan skorzystało ponad tysiąc użytkowników, a narzędzie przeprowadziło ponad 3 tys. analiz nieruchomości w różnych lokalizacjach na terenie całej Polski. Użytkownikami platformy są głównie osoby prywatne, chcące ocenić daną lokalizację przed podjęciem decyzji o np. zaciągnięciu kredytu na budowę domu lub wynajmie mieszkania. Jak wskazuje prezes spółki, GeoScan stanowi także wsparcie dla profesjonalistów działających na rynku nieruchomości, od pośredników i rzeczoznawców po inwestorów.

– GeoScan od początku stoi po stronie kupujących, obniżając asymetrię informacji na rynku nieruchomości między sprzedającymi a nabywcami. Klienci indywidualni, wybierający mieszkanie, dom lub działkę na własne potrzeby mieszkaniowe lub inwestycyjne, stanowią główną grupę docelową GeoScan. Z uwagi na fakt, że nasza technologia umożliwia błyskawiczną analizę uwarunkowań przestrzennych, formalnoprawnych, infrastrukturalnych i danych przestrzennych każdego typu nieruchomości, stanowi ona wartość także dla profesjonalistów rynku real estate, codziennie prowadzących liczne audyty nieruchomości w całym kraju – wskazuje Aleksander Łabuć.

Kosmiczne wsparcie

Zalążkiem projektu GeoScan było rozwiązanie, które założyciele firmy zaprezentowali podczas konkursu technologicznego branży kosmicznej w Europie – NASA Space Apps Challenge. Opracowany wówczas prototyp narzędzia do analizy dostępności usług i zagrożeń środowiskowych przyniósł zespołowi zwycięstwo i stał się ważnym impulsem do dalszego rozwoju projektu.

Firma jest także jednym z beneficjentów Platformy Startowej Wschodni Akcelerator Biznesu, w ramach której pozyskała wsparcie merytoryczne ze strony ekspertów oraz środki finansowe, które posłużyły do rozwoju wersji MVP produktu. Obecnie GeoScan jest wspierany także przez Europejską Agencję Kosmiczną.

– Zwycięstwo w hackathonie NASA dodało nam wiatru w żagle i było jednym z pierwszych potwierdzeń, że budujemy technologię rozwiązującą realny, palący problem rynkowy. Udostępnienie platformy użytkownikom to jednak dla nas dopiero początek drogi. Zbudowaliśmy solidny fundament technologiczny i analityczny, ale już teraz intensywnie pracujemy nad wdrożeniem kolejnych modułów dedykowanych także dla sektora B2B, rozbudową zakresu oferowanych usług oraz bazy użytkowników korzystających każdego dnia z analiz GeoScan – tłumaczy Aleksander Łabuć.

Polska administracja wciąż nie ufa biznesowi

Dyskusja nad podejściem polskiej administracji do sektora prywatnego toczy się od lat, a wnioski płynące z porównania naszej rzeczywistości z krajami „starej” Unii Europejskiej są wciąż gorzkie. W państwach o ugruntowanej gospodarce rynkowej relacje na linii urząd–biznes oparte są na znacznie głębszym partnerstwie. Tamtejsi urzędnicy doskonale rozumieją prostą zależność, prężnie działający biznes napędza rozwój kraju i generuje środki, którymi administracja może dysponować. W Polsce niestety wciąż dominuje atmosfera nieufności. Zamiast dialogu, często spotykamy się z podejrzliwością. Urzędnicy zastanawiają się, co przedsiębiorcy „znowu wykombinowali”, by wykorzystać państwo do własnych celów. Choć obserwujemy pewne zmiany mentalne idące w dobrym kierunku, przed nami wciąż długa droga.

– W naszym systemie zbyt łatwo rzuca się oskarżenia o sprzyjanie partykularnym interesom biznesowym. Gdy urzędnik wykazuje inicjatywę, natychmiast pojawiają się złośliwe pytania: „co z tego miał?” lub „o co tu chodzi?” – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Piotr Soroczyński, Główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Rzadko zakłada się, że motywacją mogła być po prostu chęć rozwoju polskiej gospodarki i powiększenia wspólnego „tortu” do podziału. Problem ten jest szczególnie widoczny przy wielkich inwestycjach finansowanych ze środków publicznych. Wiele krajów na świecie świadomie wykorzystuje takie mechanizmy, by budować potęgę swoich firm. Państwowe kontrakty są tam trampoliną, która pozwala przedsiębiorstwom nabrać siły, by następnie mogły one prowadzić skuteczną ekspansję zagraniczną, a zyski z nowych rynków transferować z powrotem do kraju. W Polsce duże przedsięwzięcia, na przykład infrastrukturalne, często od początku ustawiane są na parametrach „na styk”. W przetargach i umowach brakuje przestrzeni na to, by wykonawcy mogli się realnie rozwinąć czy zbudować kapitał na przyszłość. Nierzadko warunki są tak twarde, że firmy balansują na granicy opłacalności, a czasem wręcz dokładają do interesu. Taka polityka, zamiast kreować narodowych czempionów, podcina skrzydła rodzimemu biznesowi, odbierając mu szansę na globalną konkurencyjność – zaznaczył Piotr Soroczyński.

20 tys. zł za drobny błąd w SENT. Branża transportowa domaga się zmian

Nie ma tygodnia, by Zachodniopomorskie Stowarzyszenie Przewoźników Drogowych nie odbierało sygnałów o tym, że przedsiębiorcy karani są bardzo wysokimi mandatami w ramach konsekwencji nałożonych przez mechanizm SENT. Mowa o kwotach rzędu – 20 tysięcy złotych za każde niedopatrzenie. – Jeżeli przewoźnik drogowy świadomie łamie przepisy to należy mu się kara, a co jeżeli popełnił drobny błąd np. pisarski? Nie ma litości. Według Krajowej Administracji Skarbowej kara to jest kara. Zdarzają się sytuacje, że jeden przewoźnik dostaje nawet 60 tysięcy złotych kary za kilka „przewinień”, które nie mają charakteru intencjonalnego. Tak się nie da funkcjonować – mówi Dariusz Matulewicz, prezes Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych.

Jak mówi prezes Dariusz Matulewicz system SENT jest nieustannie modyfikowany, a system kontroli zagęszcza się i staje dla przedsiębiorców poważnym problemem.

– System kontroli ma za zadanie dbać o przepisy prawa. Tutaj mamy ewidentnie system, którego zadaniem jest generowanie przychodu dla Skarbu Państwa i uderzanie w przedsiębiorców. W takim kształcie te przepisy to jest bat na przedsiębiorców i nie ma naszej zgody na to, by tak to funkcjonowało – mówi Dariusz Matulewicz, prezes Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych.

System SENT jest ciągle poszerzany i według nowelizacji z marca obejmuje już transport odzieży i obuwia. Teleinformatyczny system monitorowania przewozu towarów wrażliwych utworzony przez Krajową Administrację Skarbową miał dotyczyć wąskiego grona produktów, a stał się systemem regulacji, który jest prawdziwym postrachem przedsiębiorców. Nie tylko nieuczciwych, ale także tych, którzy np. popełnią drobne błędy w raportowaniu. W opinii przewoźników drogowych system jest nastawiony na karanie, a jednostki publiczne nie chcą rozmawiać z przedsiębiorcami.

– Jedno słowo źle i przynajmniej 20 tysięcy złotych kary. Takie przypadki to niemal codzienność i wiele firm transportowych przyznaje, że system SENT dawno minął się już z założeniami. Przewoźnicy postrzegają zarówno przepisy jak i sposób procedowania jako nadużycie i kolejny sposób na ich dręczenie w celu uzyskania jak największych wpływów z kar.  Pomimo możliwości interpretacji przewinienia na korzyść przewoźnika nic takiego się nie wydarza, a argumenty budowania zaufania u obywateli czy nie nieproporcjonalność kary do przewinienia powodują tylko oddalania wniosków od przedsiębiorców – mówi Dariusz Matulewicz.

Dla sektora TSL, ale także dla sektora np. odzieżowego czy e-commerce ostatnie zmiany w systemie SENT są mnożeniem biurokracji, są niezgodne z ideą deregulacji, uderzają w przedsiębiorców i powinny zostać natychmiast zweryfikowane przez Ministerstwo Finansów.

Interwencję w tej sprawie przygotowała Rzecznik MŚP. Jako Zachodniopomorskie Stowarzyszenie Przewoźników Drogowych planujemy szerokie zaangażowanie w dyskusję na ten temat.