Zdolność kredytowa w dół, ceny mieszkań nadal barierą. Kupujący mają coraz mniejszy wybór

Maj przyniósł trzeci z rzędu spadek zdolności kredytowej – i to już we wszystkich modelowych gospodarstwach domowych. W efekcie w wielu miastach w ciągu jednego miesiąca tysiące mieszkań przestało być dostępnych na kieszeń kupujących. Tak wynika z analizy BIG DATA RynekPierwotny.pl i Rankomat.pl.

– To dobrze, że Rada Polityki Pieniężnej nie podwyższyła stóp procentowych. W sytuacji, gdy rynek mieszkaniowy wyraźnie traci impet, taka decyzja mogłaby jeszcze bardziej osłabić popyt na mieszkania. Tym bardziej że już dziś – bez żadnych zmian stóp – widzimy spadek zdolności kredytowej i szybkie kurczenie się dostępności mieszkań – mówi Marek Wielgo, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Spadek zdolności kredytowej objął wszystkich

Z najnowszej analizy Rankomat.pl obejmującej oferty dziesięciu banków wynika, że w maju zdolność kredytowa spadła trzeci miesiąc z rzędu – i to we wszystkich typach gospodarstw domowych.

Przeciętnie zarabiający singiel (ok. 6 tys. zł netto) mógł liczyć na ok. 420 tys. zł kredytu o przejściowo stałym oprocentowaniu, czyli o ok. 3 proc. mniej niż w kwietniu. W przypadku dwuosobowego gospodarstwa domowego (8 tys. zł netto) spadek był podobny – do ok. 543 tys. zł (-3 proc.). Najmocniej ucierpiały jednak rodziny z dzieckiem (10 tys. zł netto), których zdolność kredytowa skurczyła się aż o ok. 5 proc. – do ok. 641 tys. zł.Rankomat-BG RP-maj 2026-zdolność kredytowa

Kredyt znika, mieszkania znikają szybciej

Spadek zdolności kredytowej natychmiast przełożył się na gwałtowne kurczenie oferty mieszkań dostępnych na kieszeń kupujących – szczególnie w segmencie najmniejszych i najtańszych lokali.

Z danych BIG DATA RynekPierwotny.pl wynika, że w maju liczba mieszkań dostępnych dla singli spadła we wszystkich analizowanych metropoliach – i to często dwucyfrowo. W Łodzi oferta skurczyła się z ok. 5,5 tys. do ok. 5,2 tys. mieszkań (-5 proc.), w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii – z ok. 5,2 tys. do ok. 4,8 tys. (-8 proc.), a w Poznaniu – z ok. 1,9 tys. do ok. 1,7 tys. (-10 proc.). W Trójmieście liczba dostępnych lokali spadła z ok. 1,3 tys. do ok. 1,1 tys. (-13 proc.), we Wrocławiu – z ok. 1,3 tys. do ok. 1 tys. (-24 proc.), a w Warszawie – z ok. 0,9 tys. do ok. 0,7 tys. (-24 proc.). Najbardziej spektakularny spadek odnotowano w Krakowie – z ok. 0,4 tys. do ok. 0,3 tys. mieszkań, czyli aż o 26 proc. w ciągu jednego miesiąca.Rankomat-BG RP-maj 2026-oferta dla singli

Nieco lepiej wygląda sytuacja bezdzietnych par, ale również w tym segmencie dominują spadki liczby dostępnych mieszkań. W Łodzi oferta praktycznie się nie zmieniła (ok. 8,1 tys. mieszkań), natomiast w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii spadła z ok. 8,1 tys. do ok. 7,7 tys. (-5 proc.). W Poznaniu zmniejszyła się z ok. 4,1 tys. do ok. 3,9 tys. (-4 proc.), we Wrocławiu – z ok. 4,3 tys. do ok. 3,7 tys. (-13 proc.), a w Warszawie – z ok. 3,8 tys. do ok. 3,4 tys. (-10 proc.). W Krakowie liczba mieszkań spadła z ok. 3,3 tys. do ok. 2,8 tys. (-16 proc.), a w Trójmieście – z ok. 2,9 tys. do ok. 2,7 tys. (-6 proc.).Rankomat-BG RP-maj 2026-oferta dla par

Maj przyniósł także pogorszenie sytuacji rodzin z dzieckiem, które jeszcze miesiąc wcześniej jako jedyne zwiększały swoją zdolność kredytową. W miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii liczba mieszkań dostępnych dla tej grupy spadła z ok. 9,4 tys. do ok. 9,1 tys. (-3 proc.), podczas gdy w Łodzi utrzymała się na poziomie ok. 9,1 tys. W Warszawie oferta skurczyła się z ok. 7,2 tys. do ok. 6,5 tys. (-8 proc.), we Wrocławiu – z ok. 6,6 tys. do ok. 5,9 tys. (-11 proc.), a w Krakowie – z ok. 6,1 tys. do ok. 5,2 tys. (-14 proc.). W Poznaniu pozostała stabilna (ok. 5,6 tys.), natomiast w Trójmieście zmniejszyła się z ok. 4,3 tys. do ok. 4,0 tys. (-6 proc.).Rankomat-BG RP-maj 2026-oferta dla rodzin

Widać to najlepiej w liczbach – w ciągu jednego miesiąca z rynku w największych metropoliach „zniknęły” tysiące mieszkań dostępnych dla przeciętnie zarabiających gospodarstw domowych. Nawet relatywnie niewielkie pogorszenie zdolności kredytowej wystarczyło, by dostępność oferty gwałtownie się skurczyła.

Niepewność rośnie – i studzi popyt

Na pogarszającą się dostępność mieszkań nakłada się rosnąca niepewność gospodarstw domowych. Choć stopa bezrobocia pozostaje relatywnie niska (6,1% w marcu), to wyraźnie rośnie obawa o przyszłość rynku pracy. Z badania koniunktury konsumenckiej wynika, że ponad 45 proc. Polek i Polaków spodziewa się wzrostu bezrobocia w ciągu najbliższych 12 miesięcy, a 16 proc. prognozuje jego wyraźne nasilenie – to najwyższy poziom pesymizmu od 2023 r.

– W praktyce oznacza to, że nawet osoby posiadające dziś zdolność kredytową mogą odkładać decyzję o zakupie mieszkania. Obawy o stabilność zatrudnienia bezpośrednio przekładają się bowiem na skłonność do zaciągania długoterminowych zobowiązań – komentuje Marek Wielgo.

Tąpnięcie popytu kredytowego już widać

Pierwsze sygnały ochłodzenia popytu widać już w danych z rynku kredytowego. W kwietniu liczba osób wnioskujących o kredyt mieszkaniowy spadła z 63,3 tys. w marcu do 42,3 tys., czyli aż o jedną trzecią. Jednocześnie liczba faktycznie udzielonych kredytów nie tylko nie spadła, ale nawet nieznacznie wzrosła – z ok. 28,7 tys. do 29,1 tys.

Ten pozorny paradoks ma jednak proste wyjaśnienie. Kwiecień był jeszcze „rozliczeniem” silnego popytu z marca, w dużej mierze napędzanego refinansowaniami. Banki finalizowały wcześniej złożone wnioski, podczas gdy napływ nowych klientów wyraźnie osłabł.Rankomat-maj 2026-kredyty

– Prawdziwy obraz rynku zobaczymy dopiero w kolejnych miesiącach, gdy liczba udzielonych kredytów zacznie odzwierciedlać słabszy napływ nowych wniosków – mówi Marek Wielgo.

Co dalej ze sprzedażą mieszkań?

Ekspert portalu RynekPierwotny.pl zwraca uwagę, że dodatkowym źródłem niepewności pozostaje polityka pieniężna. Jeszcze niedawno rynek oczekiwał kolejnych cięć stóp procentowych, jednak sytuacja geopolityczna i ryzyka inflacyjne wyraźnie zmieniły te oczekiwania.

Majowy odczyt inflacji (3,1 proc. r/r) był wprawdzie niższy od prognoz, ale nie daje jednoznacznych przesłanek do dalszego luzowania polityki pieniężnej. Najbardziej prawdopodobny scenariusz zakłada stabilizację stóp procentowych, co oznacza brak szybkiej poprawy zdolności kredytowej.

– Dla rynku mieszkaniowego oznacza to przedłużenie stanu zawieszenia. Bez wyraźnej poprawy zdolności kredytowej trudno oczekiwać odbudowy dostępności mieszkań, a rosnąca niepewność może dodatkowo ograniczać popyt – podsumowuje Marek Wielgo.

Jego zdaniem wariant optymistyczny zakłada dziś utrzymanie sprzedaży mieszkań na poziomie zbliżonym do 2025 r. Mniej korzystne scenariusze przewidują jednak spadek sprzedaży rzędu kilku, a w skrajnym przypadku nawet kilkunastu procent.

Największy hotel w Polsce zmieni turystykę nad Bałtykiem? Branża patrzy na Pobierowo

Długi czerwcowy weekend według szacunków Północnej Izby Gospodarczej oraz oddziałów w Świnoujściu, Gryficach oraz Koszalinie, będzie cieszyć się dużym zainteresowaniem turystów. Obłożenie w niektórych hotelach sięga stu procent, ale eksperci przyznają, że wiele wyjazdów będzie trwać jeden lub dwa dni. – Czerwcówka jest ostatnim przystankiem przed wypoczynkiem wakacyjnym. Widzimy duże zainteresowanie wypoczynkiem nad Bałtykiem, choć niektórzy przyjeżdżają na chwilę, by nie narażać się na koszty i oszczędzać środki na wakacje – mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Cała uwaga zwrócona na największy hotel w Polsce

Jak mówi Hanna Mojsiuk długi czerwcowy weekend jest ostatnim przystankiem przed wakacjami. Hotele są już gotowe na wysoki sezon, podobnie jak gastronomia czy sektor handlowy i rozrywkowy.

– W długi czerwcowy weekend wszystko tak naprawdę zależy od pogody. To jest preludium do sezonu wysokiego i spodziewam się nad morzem tysięcy turystów. Nie jest jednak tak, że wszyscy decydują się na dłuższe wyjazdy teraz, więcej jest turystów jednodniowych lub typowo city-breakowych. Nie należy się jednak na nich obrażać, bo takie krótkie wyjazdy też napędzają ruch w restauracjach, kawiarniach, barach czy w punktach handlowych – przyznaje Hanna Mojsiuk.

Wysokie zainteresowanie utrzyma się zapewne w Świnoujściu, Kołobrzegu i Międzyzdrojach. Oczy całej turystyki zachodniopomorskiej w tym sezonie zwrócone są jednak na Pobierowo.

– Cała turystyka patrzy z dużym zainteresowaniem na to, jaki wpływ na nasz region będzie mieć Hotel Gołębiewski. To jest gargantuiczny obiekt, przyciągający, wymagający pod każdym względem. Takie inwestycje cieszą, bo przyciągają turystów. Mamy jednak nadzieję, że będzie to faktor generujący nowych gości na Pomorzu Zachodnim, a niekoniecznie zabierający gości mniejszym obiektom. Z gospodarczego punktu widzenia patrzę na to miejsce z dużą nadzieją, ale wiem, że w turystyce dużo się mówi o „efekcie Gołębiewskiego”. I mówi się o tym zarówno w Polsce, jak i w Niemczech. Więc czerwiec będzie dla turystyki zachodniopomorskiej najciekawszym miesiącem od lat – mówi Hanna Mojsiuk.

Wysokie, choć nie rekordowe obłożenie

Długi weekend czerwcowy jest początkiem sezonu wysokiego. Bałtyk najwięcej turystów odwiedza w lipcu.

– Mamy wysokie obłożenie w długi weekend, ale widzimy, że goście rozbili  się na trzy długie weekendy, a niektórzy czekają już na wakacje. Mamy rezerwacje z Niemiec, z Czech, ale także ze Skandynawii. Oczywiście dominują Polacy i tak naprawdę zmiana proporcji będzie mieć miejsce dopiero w drugiej połowie sezonu. Klienci pytają o atrakcje kurortu, zauważamy, że to, co dzieje się w mieście i dookoła ma coraz większe znaczenie – przyznaje Grzegorz Dobosz, właściciel hotelu Hamilton.

– Świnoujście zachwyca. Mamy zieleń dookoła, wspaniały pas nadmorski, promy do Skandynawii, bliskość Szczecina, ale także bliskość stolicy Niemiec. Świnoujście ma potencjał zachwycający Europejczyków. Świnoujście rocznie odwiedza ponad 2,5 miliona turystów, co piastuje nadmorski kurort w czołówce miejsc wypoczynkowych nad polskim morzem. Parametry wzrostu turystycznego pozwalają na tezę, że niebawem Świnoujście może nawet wyprzedzić Sopot. Dla inwestorów to ważny wskaźnik pokazujący potencjał Pomorza Zachodniego – mówi Andrzej Spychalski, dyrektor obiektu Wave Świnoujście.

W 2025 roku z bazy noclegowej w kraju skorzystało 58,9 mln turystów, a cały sektor wygenerował 94 mld zł przychodów. Polska zajmuje drugie miejsce w Unii Europejskiej pod względem dynamiki wzrostu liczby udzielonych noclegów. Pomorze Zachodnie jest jednym z silniejszych regionów turystycznych w Polsce.

Błąd w Meta AI umożliwiał przejmowanie kont na Instagramie

W ostatnich tygodniach media zawładnęła informacja o błędzie w Meta AI, który pozwolił atakującym przejmować konta na Instagramie i innych usługach Meta. Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że to kolejny błąd „halucynującego” chatbota. W rzeczywistości problem był znacznie głębszy i dotyczył sposobu, w jaki AI została włączona w procesy odzyskiwania kont i autoryzacji – ostrzegają eksperci Check Point Research.

Meta przez dłuższy czas rozwijała systemy AI, które miały wspierać użytkowników w odzyskiwaniu kont, zgłaszaniu nadużyć czy resetowaniu haseł. W teorii miało to usprawnić proces i ograniczyć czas reakcji. Problem w tym, że AI nie była jedynie „asystentem”, a otrzymała realne uprawnienia operacyjne. Mogła inicjować działania, które normalnie wymagają silnej weryfikacji tożsamości, takie jak zmiana powiązanego adresu e-mail czy wysyłanie linków resetujących hasło.

To przesunęło chatbot z roli doradczej do wykonawczej, bez odpowiednio twardych mechanizmów kontroli – to był błąd, który ułatwił ataki cyberprzestępcze, uważają specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa z Check Point Research.

Jak doszło do przejęć kont?

Atakujący wykorzystali prostą, ale skuteczną ścieżkę: podawali nazwę użytkownika ofiary, używając VPN, aby dopasować lokalizację do „zaufanych” sygnałów systemu; manipulowali systemem analizy twarzy, by w końcu zmusić narzędzie do wykonania operacji zmiany danych odzyskiwania konta.

W efekcie AI inicjowała zmianę adresu e-mail i uruchamiała procedurę resetu hasła, umożliwiając przejęcie konta, w tym profili o dużej wartości rynkowej i rozpoznawalności.

Eksperci Check Pointa podkreślają, że sedno problemu nie leżało wyłącznie w podatności typu prompt injection. Kluczowy błąd architektoniczny polegał na tym, że AI miała dostęp do funkcji administracyjnych, brakowało twardych „checkpointów” uwierzytelniania, a decyzje systemu były oparte głównie na kontekście rozmowy, a nie niezależnej weryfikacji tożsamości. W praktyce oznaczało to, że jeśli użytkownik „brzmiał” przekonująco, system mógł wykonać krytyczne operacje.

Szerszy problem niż może się wydawać

Incydent wpisuje się w szerszy trend wdrażania tzw. agentów AI – systemów, które nie tylko odpowiadają na pytania, ale też wykonują różnego rodzaju akcje w imieniu użytkownika.

Kluczowym problemem niekoniecznie jest to, że AI zignorowała instrukcje lub została zmanipulowana przez sprytny komunikat. Wydaje się raczej, że AI była w stanie zainicjować lub ułatwić wrażliwe działania odzyskiwania kont bez wystarczającej, niezależnej weryfikacji. Innymi słowy, awaria bezpieczeństwa mogła dotyczyć samego procesu, a nie modelu – uważa Steve Giguere, główny rzecznik ds. bezpieczeństwa AI w Check Point.

To rodzi nowe ryzyka, bowiem może zostać zmanipulowana do wykonania nieautoryzowanych działań, a granica między pomocą a autoryzacją zaciera się. Jednocześnie klasyczne modele bezpieczeństwa (hasła, 2FA, sygnały urządzenia) mogą zostać ominięte, jeśli AI staje się „bramką” do systemu.

Sztuczna inteligencja nie musi być narażona na ataki, jeśli otrzyma uprawnienia wykraczające poza zabezpieczenia. W miarę jak organizacje wdrażają coraz więcej systemów agentowych, zespoły ds. bezpieczeństwa muszą oceniać nie tylko to, co sztuczna inteligencja potrafi powiedzieć, ale także to, co potrafi zrobić – dodaje ekspert Check Pointa.

Meta potwierdziła lukę i wdrożyła poprawki, zabezpieczając dotknięte konta. Incydent jednak wywołał szerszą debatę w branży o wykorzystanie AI w systemach bezpieczeństwa i projektowaniu „granic zaufania” dla agentów AI.

Działki rekreacyjne tanieją. Pandemiczny boom przechodzi do historii

Boom na działki rekreacyjne, który napędziła pandemia, wyraźnie wygasa. Po rekordowym popycie w latach 2020-2022, kiedy z oferty znikały działki zalegające w bazach od wielu miesięcy, rynek wszedł w fazę stabilizacji. Coraz większa liczba ofert i zmieniające się preferencje kupujących sprawiają, że nieruchomości letniskowe przestają być dobrem pierwszego wyboru.

Działki rekreacyjne, zarówno te zlokalizowane w ramach Rodzinnych Ogrodów Działkowych, ale także grunty stanowiące odrębną własność stały się przedmiotem szczególnego pożądania w czasie lockdownu, kiedy każdy marzył o kawałku własnej ziemi z niewielkim domem, skąd mógłby pracować zdalnie i przestać myśleć o licznych ograniczeniach. Trend szczególnego, choć dość nietypowego zainteresowania tym segmentem nieruchomości był widoczny w czasie największych ograniczeń jakie niosła ze sobą pandemia. Wiosna 2020 r. była czasem swoistego boomu na ten typ nieruchomości. Działki, które w zwyczajnych warunkach rynkowych nie cieszyły się popularnością wśród klientów, zaczęły znikać z baz pośredników, a kolejne wystawiane do sprzedaży nieruchomości miały już znacznie wyższą cenę. Rynek działek rekreacyjnych przeżywał swoje złote lata jak nigdy wcześniej. Po okresie wzmożonego zainteresowania nieruchomościami letniskowymi ostatnie dwa lata pokazują, że rynek ten uległ dość mocnemu wyhamowaniu.

Polacy odwrócili się od nieruchomości letniskowych?

Jak twierdzą eksperci Metrohouse po szczególnie dużej liczbie transakcji w latach 2020-2022 rynek uległ nasyceniu. Powrót do swobodnego podróżowania sprawił, że gospodarstwa domowe ponownie zaczęły inaczej rozkładać swoje wydatki. Środki, które w czasie pandemii były przeznaczane na zakup nieruchomości rekreacyjnych, dziś częściej trafiają na zagraniczne wyjazdy, konsumpcję lub poprawę standardu podstawowego miejsca zamieszkania. Działka rekreacyjna przestała być postrzegana jako konieczny element bezpieczeństwa i komfortu życia, a ponownie stała się dobrem uznaniowym.

Pomimo wzrostów cen paliw, bilety lotnicze pozostają relatywnie tanie, więc wiele turystycznych destynacji pozostaje dostępnych nawet dla portfela przeciętnie zarabiającego Polaka. – Obecnie na rynku, na którym działamy widać korekty w dół – nawet w okolicach 15 proc. r./r. Niższy poziom zainteresowania wynika z odmiennego pomysłu na spędzanie wolnego czasu przez młodsze pokolenia. Ludzie mają mniej czasu, jednocześnie więcej podróżują, a działka to nie tylko przyjemność, ale i obowiązki związane z utrzymaniem domu i obejścia w należytym stanie, mówi Paweł Sokulski, dyrektor oddziału Metrohouse w Serocku. O tym, że dość szybo znudziliśmy się działkami świadczy fakt, że na popularnych portalach ogłoszeniowych domy letniskowe wybudowane w ciągu ostatnich sześciu lat stanowią między 20 a 30 proc. wszystkich nieruchomości letniskowych na sprzedaż.

Gotówka zamiast kredytu

Barierą w dostępie do działek rekreacyjnych pozostaje ich cena oraz możliwości finansowania tego typu zakupów. Po istotnych wzrostach cen w czasie pandemii, nadal wystawiane do sprzedaży nieruchomości są dość kosztowną inwestycją. Większość z działek z domami letniskowymi potrzebuje nakładów inwestycyjnych – jeśli nie na sam dom, to na działkę (nasadzenia, mała architektura). Rosnące koszty materiałów budowlanych i robocizny sprawiają, że postawienie nowego domku letniskowego może być nawet dwukrotnie droższe niż w czasie przed pandemią. – Dodatkową barierą pozostaje ograniczona dostępność finansowania. W przeciwieństwie do mieszkań czy domów całorocznych, wiele nieruchomości rekreacyjnych nie spełnia wymogów umożliwiających sfinansowanie zakupu standardowym kredytem hipotecznym. W efekcie część kupujących musi korzystać z droższych kredytów gotówkowych lub pożyczek hipotecznych zabezpieczonych na innej nieruchomości. To powoduje, że rynek działek rekreacyjnych jest znacznie bardziej uzależniony od klientów dysponujących gotówką niż segment mieszkaniowy, mówi Piotr Rusin, analityk Credipass.

Jednocześnie klienci traktują priorytetowo zaspokojenie własnych potrzeb mieszkaniowych (zakup pierwszego mieszkania lub zamiana na większe), odsuwając dobra drugiego wyboru, jakimi są nieruchomości rekreacyjne, na dalszy plan. W warunkach rosnących kosztów życia kupujący coraz dokładniej analizują całkowity koszt posiadania nieruchomości rekreacyjnej. Oprócz ceny zakupu właściciel musi uwzględnić wydatki związane z utrzymaniem budynku i działki, opłatami za media, podatkami, dojazdami czy sezonowymi remontami. W praktyce oznacza to, że nawet nieruchomość użytkowana wyłącznie przez kilka tygodni w roku generuje koszty przez dwanaście miesięcy. Współcześni 30- i 40-latkowie (którzy w strukturze klientów stanowią najsilniejszą grupę zakupową), którzy lubią spędzać czas na łonie natury coraz częściej dochodzą do wniosku, że wolą wynająć domek w lesie czy nad jeziorem na dwa tygodnie w roku, niż absorbować swój wolny czas całoroczną opieką nad własnym gruntem. Takie osoby najczęściej już mają kredyt hipoteczny na nieruchomość, w której mieszkają na co dzień. Kolejny comiesięczny stały wydatek może nadmiernie obciążać budżet domowy.

Ile potrzeba na zakup działki z domem?

Jeżeli nie zależy nam na pełnej własności i chcemy posiadać działkę o powierzchni ok. 300-400 m kw. z niewielkim domem letniskowym dobrym wyborem jest dzierżawa jednej z działek umiejscowionych w ramach Rodzinnych Ogródków Działkowych. – Nad morzem dużą część rynku stanowią właśnie działki ROD, bo to dla wielu osób najprostsza i najtańsza forma rekreacji. Działek stricte rekreacyjnych jest mało, a rozstrzał cen jest duży. Najtańsze działki ROD to wydatek od kilkudziesięciu tysięcy złotych. Domek na działce rekreacyjnej w dobrej lokalizacji może kosztować nawet 500 tys. zł, mówi Michał Spieszyński, współwłaściciel biura Metrohouse w Kołobrzegu.

W skali całej Polski działki na ROD-ach są wystawiane na sprzedaż (w zależności od popularności lokalizacji) już od 30-50 tys. zł. Oferty sprzedaży dotyczą też działek o znacznie wyższych cenach, nawet powyżej 200 tys. zł. Pamiętajmy jednak, że działka ROD nie może być wykorzystywana do zamieszkania. Jak określa Regulamin Rodzinnego Ogrodu Działkowego „przez zamieszkiwanie rozumie się przebywanie z zamiarem skupienia i realizacji swoich spraw życiowych”. Altana działkowa w ramach „nie jest obiektem mieszkalnym; przebywanie w niej nie może stanowić podstawy do urzędowego potwierdzenia czasowego lub stałego pobytu”. Zanim zainteresujemy się działkami na popularnych ROD-ach należy prześledzić zapisy Regulaminu, bo posiadanie własnego skrawka ziemi niesie za sobą konieczność licznych kompromisów, m.in. dostosowanie się do regulacji związanych z zagospodarowaniem takiej działki.

Dysponując budżetem między 100 a 200 tys. zł i w sytuacji, gdy nie boimy się remontów możemy nabyć działkę ze starym wiejskim domem. Takie nieruchomości siedliskowe mogą stać się podstawą do stworzenia własnej działalności opartej na agroturystyce. Niestety wspólną cechą takich ofert jest dość wątpliwy stan techniczny zabudowań i o ile dla nabywcy-wizjonera taka działka będzie świetnym początkiem nowej inwestycji, to dla mieszczucha, który chce traktować ją jako obiekt na weekendowe wypady za miasto, nakłady pracy które należałoby ponieść, aby przywrócić zabudowaniom odpowiedni standard powodują, że nie jest to produkt dla każdego.

Najlepszym rozwiązaniem jest zakup działki rekreacyjnej z domem wybudowanym w ostatnich kilku latach. Taki wybór zwykle gwarantuje, że otrzymamy dom, który nadaje się do zamieszkania bez większych inwestycji, wybudowany w oparciu o współczesne projekty, często z zagospodarowaną działką. W tym przypadku musimy posiadać jednak budżet przekraczający 300 tys. zł, co powoduje, że nie jest to opcja zarezerwowana dla szerszego grona fanów daczy pod miastem.

Analityk Credipass zwraca uwagę, że działki rekreacyjne konkurują dziś o budżety klientów przede wszystkim z rynkiem mieszkaniowym. W sytuacji wysokich cen nieruchomości i rosnących kosztów życia wiele gospodarstw domowych koncentruje się na zakupie pierwszego mieszkania, poprawie warunków mieszkaniowych lub wcześniejszej spłacie zobowiązań kredytowych. W takich warunkach nieruchomości letniskowe schodzą na dalszy plan jako zakup, który można odłożyć w czasie.

Po pandemicznym boomie rynek działek rekreacyjnych wraca do swojej tradycyjnej roli segmentu niszowego, obsługiwanego przede wszystkim przez klientów dysponujących gotówką. O zakupie coraz rzadziej decydują emocje, a coraz częściej rachunek ekonomiczny obejmujący cenę nieruchomości, koszty utrzymania oraz dostępność finansowania.

Paypercut pozyskuje 5 mln EUR w rundzie seed na budowę infrastruktury płatniczej nowej generacji w Polsce i w CEE

  • Paypercut działa w Polsce od ubiegłego roku, integrując lokalnych dostawców płatności odroczonych. W 2026 roku fintech wchodzi na polski rynek z impetem – do działających już BNPL i płatności kartą dołączą BLIK i przelewy natychmiastowe, a docelowo również stablecoinowe szyny rozliczeń transgranicznych.
  • Założony przez weteranów branży fintech Paypercut daje sprzedawcom e-commerce w całym regionie CEE dostęp do pełnej oferty płatniczej poprzez jedną integrację. Spółka ma ambicje zostania domyślną infrastrukturą finansową dla biznesów w tej części Europy, z roadmapą obejmującą zarządzanie płynnością, FX, wypłaty i wbudowane usługi finansowe.
  • Liderami jednej z największych rund pre-seed w regionie są globalne fundusze: Concentric, Passion, RTP Global i Araya Ventures. Runda zwiększa łączne finansowanie do 7 mln EUR, przyspieszając ekspansję w Europie Środkowo-Wschodniej.

Paypercut, europejska platforma infrastruktury płatniczej umożliwiająca sprzedawcom internetowym akceptowanie m.in. płatności „Kup teraz, zapłać później” (BNPL) w całej Europie Środkowo-Wschodniej poprzez jedną integrację, ogłosiła dziś zamknięcie rundy seed o wartości 5 mln EUR, współprowadzonej przez Concentric, Passion Capital i Araya Ventures. W rundzie wzięły również udział SMOK Ventures, Portfolio Ventures, BrightCap Ventures, Blackwood, Sabah.fund, MFG Invest, Main Set oraz przedsiębiorca branży płatniczej Matt Doka. Łączne finansowanie Paypercut wynosi tym samym 7 mln EUR. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na przyspieszenie ekspansji w regionie CEE, umocnienie pozycji firmy na dotychczasowych rynkach, dalszy rozwój produktu i infrastruktury, a także dokapitalizowanie spółki w związku z jej wnioskiem o licencję EMI złożonym do Centralnego Banku Irlandii.

Od agregatora BNPL do infrastruktury dla całego regionu

Paypercut nie zaczyna od zera. Od czasu rundy pre-seed o wartości 2 mln EUR w lipcu 2025 roku firma rozwinęła się z agregatora BNPL do pełnoprawnej platformy infrastruktury płatniczej, z ponad 200 aktywnymi sprzedawcami na ośmiu rynkach Europy Środkowo-Wschodniej. Nowa runda to paliwo dla czegoś, co już działa – i tego, co dopiero nadejdzie.

CEE była zawsze traktowana przez branżę płatniczą po macoszemu – postrzegana jako zbyt rozdrobniona, z za wieloma walutami i za dużą komplikacją. Zbudowaliśmy Paypercut właśnie po to, żeby to zmienić. Ta runda daje nam zasoby, by działać szerzej i szybciej: więcej rynków, więcej metod płatności dla sprzedawców, a teraz również infrastruktura do przesyłania pieniędzy przez granice tak, jak zawsze powinno to działać – natychmiast i za ułamek dzisiejszego kosztumówi Stoil Vasilev, współzałożyciel i CEO Paypercut.

Koniec z fragmentacją: płatności w CEE przez jedną bramkę

Paypercut daje sprzedawcom internetowym w Europie Środkowo-Wschodniej dostęp do pełnej oferty płatniczej przez jedną integrację – bez osobnych umów na każdy rynek, bez rozproszonych dostawców i bez problemów związanych z lokalizacją. Karty, lokalne metody płatności, BNPL, linki płatnicze i kody QR, rozliczenia wielowalutowe – wszystko z jednego panelu. Wdrożenie, które zwykle zajmuje tygodnie papierkowej roboty, fintech skraca do kilku dni online – eliminując największą barierę dla sprzedawców wchodzących na kolejne rynki regionu CEE.

Wejście na polski rynek z paneuropejską infrastrukturą i ambicjami lidera

Paypercut jest obecny w Polsce od ubiegłego roku, a teraz przechodzi do ofensywy i szykuje się do pełnego wejścia komercyjnego. Polska to nie tylko kolejny punkt na mapie ekspansji – to jeden z priorytetowych rynków w regionie, z szybko rosnącą bazą sprzedawców i konsumentów coraz chętniej sięgających po nowoczesne metody płatności. Platforma już dziś łączy lokalnych dostawców BNPL działających w Polsce i szerzej w CEE, niedawno uruchomiła też płatności kartą. W najbliższych miesiącach uzupełni ofertę o BLIK i przelewy natychmiastowe, a docelowo również o transgraniczne szyny oparte na stablecoinach. To, co wyróżnia Paypercut na tle lokalnej konkurencji, to paneuropejski zasięg: sprzedawca integruje się raz i od razu uzyskuje dostęp do infrastruktury płatniczej działającej na pozostałych rynkach CEE – bez osobnych wdrożeń.

Polski rynek to dla Paypercut jeden z kluczowych kierunków ekspansji – i nie bez powodu. Polska jest europejskim liderem adopcji BNPL: według danych CRIF za 2025 rok, aż 18 proc. Polaków skorzystało z płatności odroczonych w ciągu ostatniego roku, a łączna wartość udzielonego finansowania sięgnęła 9,6 mld zł[1]. BLIK zakończył 2025 rok z blisko 3 mld transakcji o wartości 441,5 mld zł, obsługując 20,7 mln aktywnych użytkowników[2]. Cały rynek e-commerce osiągnął obroty ok. 92 mld zł, rosnąc niemal dwukrotnie szybciej niż handel tradycyjny[3]. Do tego sprzedaż transgraniczna polskich sklepów rośnie w tempie ponad 25 proc. rocznie[4] – a dla sprzedawców chcących korzystać z tej dynamiki infrastruktura płatnicza staje się nie kwestią wygody, lecz przewagi konkurencyjnej.

Polska jest dziś europejskim liderem płatności odroczonych i jednym z najbardziej dynamicznych rynków e-commerce w regionie. Polscy sprzedawcy zasługują na infrastrukturę, która nie tylko odpowiada na lokalne potrzeby – BLIK, przelewy natychmiastowe, BNPL – ale jednocześnie otwiera im drzwi do całego regionu CEE bez dodatkowego wysiłku. To właśnie oferuje Paypercut: jedno wdrożenie, jeden panel, paneuropejski zasięg. Rynek wyraźnie pokazuje, że czas na takie rozwiązanie nadszedł właśnie terazzaznacza Wojciech Oleksiejuk, Country Manager Poland w Paypercut.

Paypercut przyspiesza checkout i uruchamia transgraniczne płatności

Jeszcze w tym kwartale spółka uruchomi Express Checkout – przenosząc moment płatności na stronę produktu, zanim klient dotrze do koszyka. Płatności jednym kliknięciem przez Apple Pay i Google Pay z uwierzytelnianiem biometrycznym eliminują główną przyczynę porzuconych koszyków mobilnych, dane karty nigdy nie trafiają na serwery sprzedawcy, a cały proces zamyka się w dwóch dotknięciach ekranu. To jednak nie koniec planów produktowych. Płatności transgraniczne w CEE są do dziś powolne i drogie – firmy w regionie płacą szacunkowo ponad 4 mld euro rocznie za opłaty transakcyjne i przewalutowanie. Paypercut buduje własne stablecoinowe szyny rozliczeń, startując od korytarzy EUR-PLN i EUR-RON – umożliwiając sprzedawcom przesyłanie pieniędzy przez granice natychmiast i za ułamek obecnego kosztu.

– Naszych sprzedawców nie interesuje, jaką drogą podróżują ich pieniądze – interesuje ich to, żeby dotarły natychmiast, tanio i bezpiecznie. Stablecoiny to pierwsza technologia, która pozwala nam to zapewnić we wszystkich korytarzach CEE poza strefą euro. Dla internetowych sprzedawców w CEE to nie jest drobna poprawa. To fundamentalna zmianapodkreśla Martin Palazov, Head of Expansion w Paypercut.

[1] https://www.crif.pl/aktualnosci-i-wydarzenia/aktualnosci/prawie-co-piaty-polak-korzysta-z-uslugi-bnpl/

[2] https://www.blik.com/blisko-3-mld-transakcji-blikiem-w-2025-r-i-ponad-2-mln-nowych-uzytkownikow

[3]https://kig.pl/aktualnosc-ekonomicz/e-handel-coraz-mocniejszy-w-polsce-92-mld-zl-obrotu-w-2025-r-i-rekordowe-wyniki-e-grocery/

[4] https://ecdb.com/whitepaper/cross-border-ecommerce-2025

AI w pracy bez zasad i nadzoru. Badanie Sharp pokazuje skalę zjawiska Shadow AI

Nowe badania Sharp Europe sugerują, że dla wielu organizacji infrastruktura kulturowa wspierająca otwarte, odpowiedzialne korzystanie z AI nie nadąża za samą technologią. Spowalnia to odpowiedzialne wdrażanie sztucznej inteligencji w firmach. Badania Sharp, które objęły ankietą 2 500 przedstawicieli kadry zarządzającej w MŚP na 10 rynkach europejskich, pokazują, że tzw. Shadow AI, definiowane jako wykorzystanie AI poza zatwierdzonymi kanałami lub bez wiedzy współpracowników, nie ogranicza się już do eksperymentów młodszych pracowników z nowymi narzędziami. Stało się to wzorcem na każdym szczeblu organizacji, w tym na najwyższym.

Najważniejsze wnioski:

  • 44% przedstawicieli kadry zarządzającej wykorzystuje AI bez informowania o tym kolegów, aby zyskać bardziej kompetentny wizerunek wśród pracowników
  • 45% pracowników korzysta z narzędzi AI bez wiedzy kierownictwa
  • 37% liderów użyło AI przy jakiejś pracy, nie ujawniając tego zespołowi
  • 33% liderów obawia się, że zostaną uznani za leniwych lub oszukujących, jeśli będą mówili otwarcie o korzystaniu ze sztucznej inteligencji
  • 31% liderów już obawia się, że nieśledzone korzystanie z AI stanowi realne ryzyko biznesowe

Dlaczego to wciąż się dzieje

Badania wskazują na prosty powód: organizacje inwestowały w narzędzia AI, ale nie w warunkach, które sprawiają, że ich otwarte korzystanie daje poczucie bezpieczeństwa lub wsparcia. 35% liderów twierdzi, że brakuje im pewności technicznej, 35% nie ufa w pełni wynikom AI, a 33% obawia się, że widoczne wykorzystanie AI podważy ich autorytet.

„Liderzy milczą na temat AI nie dlatego, że robią coś niewłaściwego. Milczą dlatego, że wciąż brakuje odpowiednich ram działania, polityk i wspólnego zrozumienia tego, jak powinno wyglądać właściwe wykorzystanie sztucznej inteligencji. Nie są to obawy osób sprzeciwiających się AI lecz ludzi, którzy próbują odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości bez wystarczającego wsparcia.” – mówi Roland Singer, Vice President, Sharp DX Europe.

„To tak naprawdę nie kwestia indywidualnych zachowań. Chodzi o kulturę organizacyjną. Firmy szybko wdrożyły narzędzia, ale znacznie wolniej budują zaufanie i jasno określają zasady, które pozwalają z tych narzędzi skutecznie korzystać.”

Co będzie dalej

Zdaniem ekspertów z Sharp kolejny etap wdrażania AI nie będzie dotyczył dostępu do technologii. Kluczowe staną się zaufanie, odpowiedni nadzór oraz tworzenie miejsc pracy, w których korzystanie ze sztucznej inteligencji jest transparentne i powszechnie akceptowane, zamiast odbywać się po cichu, poza wspólnie ustalonymi zasadami.

31% liderów już zdaje sobie sprawę z ryzyka. Jednak największy problem tkwi w luce między świadomością a realnym działaniem – to właśnie tam zaczyna się prawdziwa praca. „Liderzy są w najlepszej pozycji, by nadać temu kierunek – dodaje Singer. „Nie poprzez posiadanie wszystkich odpowiedzi, ale poprzez otwarte mówienie o tym, jak sami korzystają z AI. To zmienia kulturę szybciej niż jakiekolwiek regulacje.”

Badania

Ankieta zostały przeprowadzone przez Censuswide w dniach 17 czerwca 2025 – 25 czerwca 2025 i wzięło w nich udział 2 500 właścicieli firm zatrudniających od 50 do 250 pracowników w Austrii, Belgii, Francji, Niemczech, Holandii, Polsce, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii i Wielkiej Brytanii.

Rynek wtórny zaskakuje. Popyt słabnie, ale ceny mieszkań nadal rosną

Majowe dane z rynku wtórnego przynoszą historyczny przełom. Trójmiasto z przeciętną ceną 16 867 zł/mkw. wyprzedziło Kraków i stało się drugim najdroższym rynkiem mieszkaniowym w Polsce. A to nie jedyne zaskoczenie, bo choć zainteresowanie kupujących wyraźnie słabnie, ceny mieszkań używanych wciąż rosną. Wpływ na stawki ma też sama oferta. Lokal z drugiej ręki to dziś nie tylko wielka płyta czy stary blok. Blisko 15% ogłoszeń w serwisie Otodom dotyczy budownictwa po 2020 roku.

Najważniejsze informacje:

  • Spadek popytu o 5% m/m – w maju zainteresowanie lokalami z drugiej ręki (mierzone liczbą zapytań na platformie Otodom) zmalało, co jednak nie powstrzymało dalszych podwyżek.
  • +8,2% wzrostu cen r/r – Trójmiasto jest najszybciej drożejącym rynkiem w Polsce, co pozwoliło mu wyprzedzić cenowo Kraków.
  • -20% zapytań r/r w Białymstoku – popyt w miastach wschodniej i południowej Polski dosłownie tąpnął. Dwucyfrowe spadki w Białymstoku i Kielcach to korekta wykraczająca poza zwykłą sezonowość.

– Rynek wtórny wysyła sygnał, którego nie sposób zignorować. Mieszkania drożeją, choć chętnych ubywa. Ten mechanizm jest prosty. Kurcząca się podaż zdejmuje presję ze sprzedających, którzy po prostu nie muszą iść na ustępstwa i schodzić z cen – zauważa Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom.

Ekspert Otodom przyznaje, że prawdziwym zaskoczeniem jest jednak to, co dzieje się w Trójmieście.

– Trójmiejski rynek wyprzedził cenowo Kraków i stał się absolutnym liderem pod względem dynamiki wzrostów (+1,9% miesiąc do miesiąca i aż +8,2% rok do roku). Wielomiesięczny trend powyżej średniej kontynuuje również Poznań (+5,1% w ujęciu rocznym). Warto jednak zauważyć, że tamtejsze stawki pozostają o ponad 4,4 tys. zł/mkw. niższe niż te w Trójmieście – dodaje Paweł Jarząbek.

TOP3 najdroższych rynków:

  1. Warszawa: 18 738 zł/mkw.
  2. Trójmiasto: 16 867 zł/mkw.
  3. Kraków: 16 785 zł/mkw.

Ile kosztuje mieszkanie z rynku wtórnego?

Spośród siedmiu największych miast Polski jedynie w Łodzi i Katowicach średnie stawki ofertowe z rynku wtórnego (na podstawie ogłoszeń z serwisu Otodom) utrzymują się poniżej granicy 10 tys. zł/mkw. Najdrożej niezmiennie jest w Warszawie – 18 738 zł/mkw. Coraz bliżej psychologicznej bariery 17 tys. zł/mkw. znajdują się z kolei Trójmiasto i Kraków. Natomiast środek stawki dopełniają Poznań i Wrocław – tam przeciętne ceny wynoszą odpowiednio 12 398 zł/mkw. i 13 575 zł/mkw.

Pod powierzchnią rosnących cen może kryć się jednak poważny problem, który dotknie obie strony transakcji. Jak zaznacza Paweł Jarząbek, najważniejszym trendem do obserwowania w kolejnych miesiącach będzie pogłębiający się rozdźwięk między kurczącym się popytem a rosnącymi cenami.

– Jeśli zainteresowanie kupujących nie wróci do marcowych poziomów, a ofert nadal będzie ubywać, rynek może wejść w fazę niskiej płynności. Scenariusz, w którym stawki rosną już tylko nominalnie, uderzy zarówno w kupujących, jak i sprzedających. Najbliższe miesiące, tradycyjnie słabsze sezonowo, będą ostatecznym testem prawdy. Czerwiec i lipiec pokażą, czy mamy do czynienia jedynie z przejściowym schłodzeniem, czy z trwalszą zmianą nastrojów – wyjaśnia menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom.

Dlaczego używane mieszkanie kosztuje niemal tyle co nowe?

Rynek wtórny, choć z nazwy „używany”, w rzeczywistości ulega strukturalnej transformacji. Dziś to coraz rzadziej lokal w PRL-owskim bloku czy przedwojennej kamienicy. Niemal 15% ofert w serwisie Otodom stanowi nowoczesne budownictwo oddane do użytku po 2020 roku. Kupujący płacą więc za standard porównywalny z rynkiem deweloperskim, zyskując ogromny atut, czyli lokal gotowy do natychmiastowego zamieszkania. Zestawienie majowych stawek doskonale obrazuje ten trend. W Krakowie średnia cena ofertowa mieszkania deweloperskiego to 16 878 zł/mkw., podczas gdy na rynku wtórnym (według bazy ogłoszeń Otodom) przeciętna stawka wynosi aż 16 785 zł/mkw. Różnica jest wręcz symboliczna. Podobny pułap widać w Trójmieście, gdzie nowy lokal kosztuje średnio 17 635 zł/mkw., a używany wystawiony w serwisie Otodom – 16 867 zł/mkw.

Popyt słabnie, a mapa Polski pęka na pół

Majowe dane ostatecznie zweryfikowały wiosenny, marcowy zryw kupujących jako zjawisko chwilowe. Rynek wtórny szybko wrócił do poziomów z początku roku. Popyt skurczył się o 5% miesiąc do miesiąca. To oznacza, że w 13 monitorowanych przez Otodom miastach łączna aktywność poszukujących zamknęła się w liczbie 103 177 zapytań.

Rozkład sił na mapie Polski jest jednak skrajnie nierówny. Warszawa, Wrocław i Poznań to rynki z bardzo silnym popytem, zarówno w ujęciu bezwzględnym, jak i rocznym. Stolica dominuje też strukturalnie, skupiając ponad 37% wszystkich zapytań z 13 analizowanych miast, a wzrost o 8% rok do roku sugeruje realny, trwały popyt, a nie jedynie efekt bazy ogłoszeń.

– Do grona pozytywnych zaskoczeń należą rynki nadmorskie. Szczecin oraz pędzące cenowo Trójmiasto okazały się w maju jedynymi ośrodkami w Polsce, które zanotowały wzrost zainteresowania w ujęciu miesięcznym. Zupełnie inne nastroje panują na południu i wschodzie kraju, gdzie widać wyraźne załamanie. Miasta takie jak Białystok (-20% r/r) czy Kielce (-12% r/r) notują głębokie, dwucyfrowe spadki zainteresowania. Na tych rynkach korekta popytu ma już charakter strukturalny, zdecydowanie wykraczający poza zwykłą sezonowość – podsumowuje Paweł Jarząbek.

Miasta z najniższym popytem m/m:

  1. Białystok: 1 791 (-19,1% m/m).
  2. Kielce: 1 355 (-15,6% m/m)
  3. Bydgoszcz: 3 266 (-10,1% m/m)

Thorium Space i Creotech Instruments łączą siły w obszarze komunikacji satelitarnej

Thorium Space podpisało z Creotech Instruments S.A. umowę o współpracy technologicznej i biznesowej w obszarze nowoczesnych systemów komunikacji satelitarnej. Porozumienie obejmuje m.in. wspólny rozwój technologii i produktów oraz oferowanie kompleksowych systemów satelitarnych dla klientów komercyjnych, instytucjonalnych i sektora obronnego.

Partnerstwo umożliwia obu spółkom potencjalne wykorzystanie swoich produktów i technologii w wybranych obszarach współpracy. Thorium Space dostosuje swoje rozwiązania komunikacji satelitarnej i payloady telekomunikacyjne do integracji z platformą satelitarną HyperSat, przy wykorzystaniu kompetencji Creotech Instruments w zakresie integracji i realizacji misji kosmicznych. Współpraca uwzględnia także wymianę wiedzy i doświadczeń oraz możliwość wspólnego udziału w przyszłych inicjatywach technologicznych lub biznesowych.

Aktualnie trwają prace nad koncepcją wspólnej misji, która planowana jest do zgłoszenia w ramach programów Europejskiej Agencji Kosmicznej. W dalszej perspektywie partnerzy planują realizację operacyjnych misji satelitarnych wykorzystujących rozwijane technologie komunikacyjne w zastosowaniach komercyjnych i rządowych.

Jednym z potencjalnych obszarów współpracy są technologie związane z bezpieczeństwem i odpornością systemów komunikacji satelitarnej. Thorium koncentruje się na rozwiązaniach umożliwiających bezpieczne przekazywanie danych pomiędzy satelitami a użytkownikami końcowymi z wykorzystaniem dedykowanej infrastruktury satelitarnej. Z kolei Creotech Instruments S.A., największy polski integrator misji kosmicznych i producent platform satelitarnych, po uzyskaniu flight heritage oraz przy rosnącym zainteresowaniu swoimi rozwiązaniami, rozwija kolejne generacje platform satelitarnych z myślą o szerokim zakresie zastosowań, w tym również w segmencie SATCOM.

W Thorium Space rozwijamy technologie komunikacji satelitarnej odpowiadające na rosnące zapotrzebowanie rynku europejskiego w zakresie bezpiecznej i niezależnej łączności. Partnerstwo z Creotech Instruments pozwala połączyć rozwijane przez nas payloady telekomunikacyjne i technologie SATCOM z dojrzałą platformą satelitarną HyperSat oraz kompetencjami integracyjnymi partnera. To ważny krok w kierunku budowy kompleksowych systemów satelitarnych rozwijanych
w Polsce i oferowanych na rynkach międzynarodowych
– powiedział dr Piotr Mierzejewski, Prezes Thorium Space.

Porozumienie otwiera możliwość rozmów o stworzeniu kompleksowych rozwiązań obejmujących zarówno segment kosmiczny, jak i naziemny dla rynku secure SATCOM oraz technologii dual-use.

Creotech Instruments od dłuższego czasu z zainteresowaniem przygląda się rozwojowi spółki Thorium Space. Dziś robimy kolejny krok – podjęliśmy decyzję o zacieśnieniu współpracy. Obszar telekomunikacji to segment sektora kosmicznego, który w najbliższych latach przeżyje swój renesans w Europie. Dlatego nowe platformy satelitarne opracowywane przez naszą spółkę w pełni przystosowane są do zastosowań w tym segmencie. Bliska współpraca z Thorium Space przybliża nas do tego celu – skomentował dr hab. Grzegorz Brona, Prezes Creotech Instruments S.A.

Thorium Space zakłada, że porozumienie przyspieszy komercjalizację rozwijanych technologii SATCOM oraz wzmocni pozycję spółki w obszarze secure SATCOM, technologii dual-use i niezależnych systemów komunikacji satelitarnej.

AI zmienia globalny eksport. Europa może zostać w tyle

Sztuczna inteligencja wyszła już poza fazę eksperymentów wśród eksporterów i staje się częścią ich codziennej działalności. W globalnym badaniu Allianz Trade z 2026 r. mniej niż 1% eksporterów twierdzi, że w ogóle nie korzysta ze sztucznej inteligencji. W opinii Aylin Somersan Coqui, dyrektor generalnej Allianz Trade, pytanie nie brzmi już „kto ją wdroży?”, ale „kto potrafi przekształcić wdrożenie w przewagę?”.

Według badania Allianz Trade Global Survey z 2026 r. nowi liderzy w dziedzinie sztucznej inteligencji wcale nie znajdują się tam, gdzie można by się tego spodziewać. Badanie, w którym wzięło udział 6000 firm z 13 rynków[1] , zostało przeprowadzone w dwóch etapach w lutym i końcu marca 2026 r. i ujawnia uderzający paradoks. Prawie połowa firm (43%) wdrożyła już sztuczną inteligencję na dużą skalę w wielu obszarach swojej działalności, ale tylko jedna trzecia (32%) z nich twierdzi, że jest ona w pełni zintegrowana z ich podstawową strategią. Ta rozbieżność ma znaczenie.

Wykorzystanie sztucznej inteligencji do automatyzacji zadań to co prawda postęp, ale wykorzystanie jej do przekształcania decyzji, produktów i dróg dotarcia do rynku to źródło przewagi konkurencyjnejwyjaśnia Aylin Somersan Coqui, dyrektor generalna Allianz Trade.

Eksporterzy z rynków wschodzących przejmują inicjatywę w zakresie strategicznej integracji AI w firmach. Chiny (41%), Zjednoczone Emiraty Arabskie (40%) i Brazylia (36%) przodują w umieszczaniu sztucznej inteligencji w centrum strategii. Tymczasem niektóre gospodarki rozwinięte pozostają bardziej ostrożne: tylko 22% firm w Wielkiej Brytanii i 21% w Singapurze określa AI jako kluczową. Wdrożenia operacyjne są również szeroko rozpowszechnione: Wietnam przoduje na świecie pod względem wdrożeń na dużą skalę (53%), a Singapur również zajmuje wysoką pozycję (51%). Nowa geografia AI staje się więc coraz mniej przewidywalna.

Rosnąca przepaść w oczekiwaniach

Prawdziwą przepaścią nie jest jednak wdrażanie. Jest nią wiara. Eksporterzy z rynków wschodzących są znacznie bardziej optymistyczni co do krótkoterminowych korzyści, a ta pewność wydaje się napędzać inwestycje. W Indiach 61% firm przewiduje, że sztuczna inteligencja zwiększy obroty eksportowe o 10% lub więcej w ciągu 12 miesięcy.

Oczekiwania te są znacznie wyższe niż w niektórych częściach Europy, gdzie tylko 18–24% spośród firm przewiduje porównywalny wpływ integracji narzędzi AI na ich wzrost. Różnica ta sugeruje, że eksporterzy z rynków wschodzących postrzegają sztuczną inteligencję nie jako stopniowy wzrost wydajności, ale jako szansę na wyprzedzenie konkurencji.

Inwestycje rosną, ale bariery strukturalne ograniczają ekspansję

Wzory wydatków odzwierciedlają ten optymizm. W Indiach 65% eksporterów przeznacza ponad 20% swoich budżetów IT na sztuczną inteligencję, a Brazylia (51%) i Zjednoczone Emiraty Arabskie (41%) również wykazują duże zaangażowanie. Europa natomiast pozostaje bardziej powściągliwa: Hiszpania (25%), Wielka Brytania (26%) i Włochy (28%) plasują się na dolnym końcu skali intensywności inwestycji.

Na wszystkich rynkach największą przeszkodą dla inwestycji w sztuczną inteligencję nie jest ani entuzjazm, ani koszty początkowe, ale brak dowodów na zwrot z inwestycji. Niepewność co do zwrotu z inwestycji deklaruje 35% firm w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, 31% w Singapurze i Niemczech oraz 30% w Stanach Zjednoczonych, co wskazuje, że wdrożenie wyprzedziło wymierne zyski. W innych regionach czynnikiem ograniczającym jest dostępność talentów. Na niedobór umiejętności wskazuje 31% firm w Chinach i Indiach, 30% w Wietnamie oraz 28% we Francji, co podkreśla globalną walkę o talenty w dziedzinie sztucznej inteligencji.

Przed nami gospodarka AI o dwóch prędkościach

Dane z badania Allianz Trade Global Survey z 2026 r. sugerują powstanie globalnego krajobrazu o dwóch prędkościach. Eksporterzy w Indiach, Brazylii i Zjednoczonych Emiratach Arabskich wdrażają sztuczną inteligencję, angażują kapitał, włączają ją w strategię swoich firm i oczekują szybkich, namacalnych zwrotów. Tymczasem większość firm w Europie i Ameryce Północnej, choć równie zaangażowanych we wdrażanie, postępuje z większą ostrożnością, napotykając ograniczenia bardziej wymagających progów zwrotu z inwestycji i wyrażając w związku z tym bardziej stopniowe oczekiwania z nią związane.

Ta rozbieżność może również wynikać z różnych punktów wyjścia. Mniejsza presja konkurencyjna, wyższy poziom wydajności oraz niska tolerancja na ryzyko (nietrafionej inwestycji) mogą sprzyjać mniej ambitnemu wdrażaniu sztucznej inteligencji w niektórych gospodarkach rozwiniętych. Dla inwestorów i decydentów konsekwencje są oczywiste. Rynki, na których znaczne inwestycje idą w parze z wysokimi oczekiwaniami, mogą przynieść znaczny wzrost wyników, ale mogą też spotkać się z dużym rozczarowaniem, jeśli zyski nie spełnią oczekiwań. Najbliższe 12 miesięcy powinno pokazać, czy entuzjazm przełoży się na wymierny wzrost eksportu, marż i wydajności tych firm.

[1] Brazylia, Chiny, Francja, Niemcy, Indie, Włochy, Polska, Singapur, Hiszpania, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone i Wietnam

Ropa znów drożeje. Bliski Wschód pozostaje jednym z głównych ryzyk dla globalnej gospodarki

Mimo zapewnień prezydenta Donalda Trumpa z ubiegłego tygodnia porozumienie z Iranem nie zostało jeszcze zawarte, a uczestnicy rynku obserwują jedynie kruche zawieszenie broni. Jego trwałość pozostaje niepewna, ponieważ w ostatnich dniach pojawiały się doniesienia o kolejnych wymianach ataków między USA a Iranem, co zwiększa ryzyko ponownej eskalacji konfliktu. Sytuacja na Bliskim Wschodzie po raz kolejny pokazuje, jak silnie rynek ropy jest związany z kondycją światowej gospodarki. Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) wskazuje, że konflikt w regionie stał się jednym z kluczowych zagrożeń dla globalnego wzrostu, ponieważ ogranicza podaż surowców energetycznych, podnosi koszty transportu i zwiększa niepewność na rynkach finansowych. Szczególne znaczenie ma Cieśnina Ormuz, przez którą w 2025 roku przechodziło około 20% światowej produkcji ropy i produktów ropopochodnych oraz 25% morskiego handlu ropą. Zakłócenia żeglugi w tym rejonie doprowadziły już do wzrostu cen energii, a dłuższy kryzys mógłby mieć znacznie poważniejsze konsekwencje dla gospodarek importujących surowce energetyczne.

OECD ostrzega, że w scenariuszu przedłużających się zakłóceń inflacja na świecie mogłaby być wyższa o około 0,4 pkt proc. w 2026 roku i o 1,3 pkt proc. w 2027 roku. Oznaczałoby to, że ropa stałaby się nie tylko problemem rynku energii, ale także czynnikiem utrudniającym stabilizację cen w całej gospodarce. Największe zagrożenie polega na jednoczesnym osłabieniu wzrostu gospodarczego i nasileniu presji inflacyjnej. Taka kombinacja jest szczególnie trudna dla rządów i banków centralnych, ponieważ tradycyjne narzędzia polityki gospodarczej działają wtedy w sprzecznych kierunkach. Podwyżki stóp procentowych mogą pomagać w ograniczaniu inflacji, ale jednocześnie pogłębiają spowolnienie gospodarcze. Z kolei wsparcie fiskalne dla gospodarstw domowych i firm może łagodzić skutki droższej energii, lecz przy ograniczonej podaży ropy może dodatkowo zwiększać popyt i wzmocnić presję cenową. Problem jest tym większy, że wiele państw ma już wysoki poziom długu publicznego, co ogranicza ich możliwości reagowania na kryzys. W tym kontekście OECD zakłada w innym raporcie, że Bank Anglii nie podniesie stóp procentowych w tym roku, mimo że średnioroczna inflacja w Wielkiej Brytanii ma wynieść 3,7%, czyli o 170 pb powyżej celu inflacyjnego BoE.

W pesymistycznym scenariuszu opisanym przez OECD globalny wzrost mógłby spaść do 2,1% w 2026 roku i 1,8% w 2027 roku, czyli do poziomów rzadko obserwowanych poza tak dużymi kryzysami jak globalny kryzys finansowy z lat 2008–2009 czy pandemia COVID-19. Część gospodarek mogłaby wejść w recesję lub znaleźć się na jej granicy, a pogorszenie nastrojów inwestycyjnych mogłoby osłabić również sektory uznawane obecnie za źródło odporności gospodarki, w tym inwestycje związane ze sztuczną inteligencją. Wyższe ceny ropy, słabszy popyt i większa zmienność na rynkach finansowych tworzyłyby środowisko, w którym przedsiębiorstwa ostrożniej podejmowałyby decyzje dotyczące rozwoju, zatrudnienia i finansowania nowych projektów.

Jeśli kryzys będzie się przedłużał, ropa może stać się czynnikiem pogłębiającym globalne spowolnienie i zmuszającym banki centralne oraz rządy do podejmowania kosztownych, trudnych decyzji. W tym sensie sytuacja na Bliskim Wschodzie jest jednym z głównych ryzyk dla stabilności gospodarki światowej w najbliższych latach. Ropa Brent odrobiła ponad 9-procentowe spadki z ubiegłego tygodnia, a sierpniowe kontrakty terminowe na tę odmianę surowca na giełdzie ICE Futures Europe są wyceniane na 97,93 USD za baryłkę.