Kredyty Mieszkaniowe w kwietniu 2019 r.

Wartość BIK Indeksu – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM) informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Najnowszy kwietniowy odczyt wyniósł + 16,2%, co oznacza że w kwietniu 2019 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 16,2% w porównaniu z kwietniem 2018 r. Kwietniowy odczyt jest niższy od marcowego o 10,4 p.p.

Chociaż w kwietniu 2019 r., wartość indeksu była niższa o 10,4 p.p., w relacji do odczytu marcowego, to wszystkie cztery tegoroczne odczyty zanegowały negatywną obserwację z grudnia 2018 r., kiedy to wartość Indeksu była najniższym odczytem od września 2012 r.

Łącznie w kwietniu 2019 r. o kredyt mieszkaniowy zawnioskowało 42,52 tys. osób w porównaniu do 38,26 tys. rok wcześniej – wzrost o 11,1%. Natomiast średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w kwietniu 2019 r. wyniosła 273,16 tys. zł, tj. o 9,8% więcej niż rok wcześniej.

prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej
prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej

– Kwietniowa wartość indeksu wynika zarówno ze wzrostu średniej wartości wnioskowanego kredytu, jak i wzrostu liczby wnioskodawców. 16,2% wartość indeksu jest więc efektem połączenia obu tych pozytywnych czynników. Podobne zjawisko mieliśmy już zarówno w marcu, jak i w lutym b.r. – mówi prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.

– Po czterech miesiącach widać już, co przewidywaliśmy pod koniec zeszłego roku, że rok 2019 na rynku kredytów mieszkaniowych będzie bardzo interesujący. Utrzymuje się zainteresowanie finasowaniem nabycia nieruchomości kredytem bankowym o coraz wyższej wartości – puentuje prof. Rogowski.

– Wysokie odczyty Indeksu za kwiecień br. znajdą odzwierciedlenie w wartości sprzedaży kredytów w maju i czerwcu, bowiem kredyt mieszkaniowy uruchamiany jest ok. 1 do 2 msc. od złożenia wniosku kredytowego (zapytania do BIK) – dodaje Główny Analityk BIK.

Przygotowania do wojen handlowych

Rynki finansowe w dalszym ciągu pozostają pod wpływem doniesień skupionych na rozmowach handlowych USA i Chin, które przynoszą mieszankę gróźb i optymizmu. Presja udziela się rynkowi akcji, ale na rynku walutowym przeważa cierpliwe wyczekiwanie na konkrety. Większość obawia się restartu wojen handlowych, ale jeszcze nikt na to nie stawia pieniędzy.

Dlaczego? Trudniej o to, gdy informacje z tych samych źródeł potrafią być sprzeczne. Od wczoraj prezydent Trump zdołał dwukrotnie zagrozić, że zmusi Chiny do zapłaty na nieuczciwe praktyki, które odbierają prace amerykańskim robotnikom. W tym samym czasie rzecznik Białego Domu przekazała, że USA otrzymała sygnały z Chin, że te chcą porozumienia. Chińska delegacja na czele z wicepremierem Liu jest już w Waszyngtonie, aby formalnie przystąpić do kolejnej rundy rozmów, która potrwa do jutra. Jednocześnie USA przygotowało wszystkie formalności, by jutro o 4:01 czasu Greenwich podnieść cła na chińskie towary z 10 proc. do 25 proc. Rynki tymczasem debatują, na ile jest to praktyka negocjacyjna Trumpa, której ostatecznie USA nie chcą wprowadzać. Pozostajemy w domysłach, gdzie każdy scenariusz jest prawdopodobny. I dlatego inwestorzy preferują czekać do samego końca, kiedy łatwo o nagły zwrot sentymentu. Nerwowość jednak powoli przenika do świadomości, co premiuje pozycje zgodne kierunkiem z awersją do ryzyka. Rynek akcji świeci się na czerwono, a na FX (nieznacznie) wygrywa JPY.

Kiedy większość czołowych banków centralnych decyduje się na łagodzenie nastawienia, Norges Bank wysuwa się na osamotnionego jastrzębia. Norweski bank centralny powinien utrzymać stopę procentową na 1 proc., ale komunikat może być istotnym katalizatorem zmienności. Chociaż majowe posiedzenie jest pośrednim bez nowych prognoz i konferencji prasowej, komunikat może dać finalne wskazówki, że podwyżka w czerwcu jest bardzo prawdopodobna. Ostatnim razem w marcu Norges Bank dokonał podwyżki stopy procentowej o 25 pb, a w komentarzu do decyzji zaznaczył, że kolejna podwyżka będzie mieć miejsce „w ciągu najbliższych sześciu miesięcy”. Projekcja ścieżki stopy procentowej przyznawała 50 proc. szans na następny ruch w czerwcu. Za podtrzymaniem jastrzębiego nastawienia przemawia silniejsza od prognoz inflacja bazowa (w kwietniu: 2,7 proc. r/r, prog. 2,5 proc.) oraz wyższe ceny ropy naftowej. W tym samym czasie korona norweska od ostatniego posiedzenia osłabiła się o ok. 3 proc. Kombinacja tych czynników rodzi ryzyko wyższej inflacji w przyszłości i wspiera dalsze podwyżki stopy procentowej. Jeśli w dzisiejszym komunikacie znajdzie się fragment: „nowe informacje wskazują, że prognozy dotyczące stopy procentowej w nadchodzącym okresie nie uległy większym zmianom”, można zakładać następny ruch w czerwcu. Rynek nie jest pozycjonowany na jastrzębi wydźwięk. Ostatnia przecena NOK pod presją taniejącej ropy naftowej oraz wzrostu awersji do ryzyka w reakcji na zaostrzenie sporu handlowego USA-Chiny wygoniła inwestorów z długich pozycji w koronie. To czyni NOK bardziej wrażliwy na pozytywne doniesienia. Jastrzębi wydźwięk komunikatu Norges Banku może przynieść wstępny skok NOK o 0,5-1,0 proc., choć pod znakiem zapytania pozostaje, czy przy nerwowej sytuacji na rynkach uda się utrzymać siłę na dłużej.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Jantoń podpisuje kolejną umowę na wyłączność z polską winnicą

8 maja br. w Dobroniu firma Jantoń podpisała z Winnicą Bagieniec umowę na wyłączność dystrybucji polskich win. Dzięki tej współpracy spółka rozbuduje portfolio polskich win i zapewni ich całoroczną dostępność na rynku HoReCa w kraju.

Uroczystego podpisania umowy dokonali: Jakub Nowak, Prezes Zarządu Jantoń S.A. Sp.K. oraz Jarosław Mazurek – właściciel Winnicy Bagieniec.

Jakub Nowak i Jarosław Mazurek
Jakub Nowak i Jarosław Mazurek
A. Brzozowska, T. Sobczak, S. Mazurek, J. Nowak, J. Mazurek, V. Mazurek, M. Malewicz, E. Madsen
A. Brzozowska, T. Sobczak, S. Mazurek, J. Nowak, J. Mazurek, V. Mazurek, M. Malewicz, E. Madsen
Jakub Nowak, Jarosław Mazurek
Jakub Nowak, Jarosław Mazurek

Jestem przekonany, że nasza współpraca z Winnicą Bagieniec przyczyni się do rozpropagowania rodzimych win w restauracjach w całym kraju – podkreśla Jakub Nowak, Prezes Zarządu firmy Jantoń. –Wśród trunków z polskich winnic znaleźć można zarówno te, które są w stanie konkurować z dobrej klasy winami europejskimi, jak i te, które wciąż wymagają dopracowania. My szukaliśmy partnera, dzięki któremu będziemy mogli dostarczać na rynek polskie wina wysokiej jakości. Winnica Bagieniec doskonale odpowiada na nasze potrzeby. Wina tworzą tu bowiem enolodzy, którzy dodatkowo korzystają ze wsparcia i doświadczeń zagranicznych ekspertów, dzięki czemu śmiało mogą one konkurować z winami europejskimi. Jeden z największych w Polsce wolumenów produkcji oferowany przez Winnicę pozwoli nam z kolei zapewnić całoroczną dostępność polskich win na rynku HoReCa. Spółka Jantoń we wrześniu ubiegłego roku rozpoczęła proces konsolidacji rynku, który pozwoli jej objąć pozycję lidera w kategorii win gronowych w Polsce. We wrześniu firma przejęła działalność operacyjną spółki Wino Makłowicz, a w marcu – w ramach projektu prowadzonego z Robertem i Mikołajem Makłowiczami – podpisała umowę na wyłączność dystrybucji win dla HoReCa z Winnicą Miłosz. Firma przejęła także na początku roku 2019 spółkę Platinum Wines, jednego z kluczowych polskich importerów i dystrybutorów win gronowych. Umowa z Winnicą Bagieniec jest kolejnym krokiem w ramach konsolidacji rynku, której podjęła się firma.

Rynek HoReCa, obejmujący również ofertę win, skokowo rośnie, co wynika ze wzrostu dochodów Polaków – podkreśla Jakub Nowak, Prezes Zarządu firmy Jantoń. – My ten rozwój przewidzieliśmy dużo wcześniej i starannie się do niego przygotowaliśmy. W naszej strategii założyliśmy akwizycję najbardziej obiecujących na rynku podmiotów. Równolegle znacząco rozbudowaliśmy struktury wewnątrz firmy do obsługi rynku HoReCa. Jesteśmy przygotowani, aby zapewnić ogólnopolską i kompleksową obsługę tego kanału poprzez oferowanie produktów takich jak: wina grzane, cydry czy wina gronowe z całego świata oraz całoroczną dostępność polskich win w restauracjach na terenie całego kraju.

Widoczny wzrost ryzyka biznesowego na Dolnym Śląsku

Jednoczesny: wzrost zatorów płatniczych – wydłużenie obiegu należności oraz ponad 40% wzrost liczby niewypłacalności w regionie.

Usługi i handel – to właśnie w tych sektorach notowana jest największa liczba i skala wzrostu zatorów płatniczych oraz niewypłacalności w woj. dolnośląskim

  • Wydłużenie średniego okresu obiegu należności (DSO) na Dolnym Śląsku (o tydzień w skali roku – ze średnio 82 dni przed rokiem do 89 dni w I kwartale br.), podczas gdy w sąsiednich województwach pozostawał on stabilny
  • Najkrótsze DSO jest w woj. lubuskim, ale… najkrótszy jest tam także średni kredyt udzielany odbiorcom (ok. 50 dni wobec 60-65 w innych województwach regionu)
  • Poziom trudnych długów (wartość należności przeterminowanych 120 dni po terminie płatności w odniesieniu do ogółu należności) jest potwierdzeniem realnej skali ryzyka w woj. dolnośląskim

przeciętny na tle kraju (potrafi on bowiem dochodzić do poziomu 8-9% wartości ogółu należności, a w najbardziej dotkniętych zatorami płatniczymi województwach to nawet 10-12% wartości należności od tamtejszych odbiorców)

wyraźnie wyższy niż w Wielkopolsce czy w Lubuskiem

  • Po stabilizacji liczby niewypłacalności w 2018r., w bieżącym roku ich liczba na Dolnym Śląsku dynamicznie rosła – aż o 43% r/r w I kwartale, co potwierdza wzrost ryzyka sygnalizowany przez wydłużenie obiegu należności
  • Pomimo przemysłowego charakteru regionu (m.in. motoryzacja, AGD/RTV, br. spożywcza) zestawienia niewypłacalności nie zdominowały firmy produkcyjne

Z Programu Analiz Należności Euler Hermes, będącego największym tego typu projektem w kraju (narzędzie dla firm do szybkiej analizy online bieżącego tempa regulowania należności przez kilkaset tysięcy najbardziej aktywnych przedsiębiorstw, na kwotę blisko 40 mld złotych w skali miesiąca – więcej*) wynika, iż firmy z województwa dolnośląskiego regulują swoje zobowiązania gorzej, zarówno w porównaniu do danych sprzed roku, jak i do moralności płatniczej w województwach sąsiednich. Aktualnie dostawcy dolnośląskich firm czekają na swoje należności średnio 89 dni, co nie jest może wynikiem wyróżniającym region in minus na tle średniej krajowej, ale jednak dłużej w porównaniu do sąsiednich województw czy np. mających podobny potencjał gospodarczy województw śląskiego i małopolskiego. Co ciekawe – w obydwu wspomnianych województwach aktualne ryzyko biznesowe wiążące się z niewypłacalnościami, koncentruje się głównie w sektorach handlu i usług, podobnie jak na Dolnym Śląsku… z tym że w tym regionie nie jest to novum – sektorowy rozkład lokalnych problemów gospodarczych wyglądał podobnie także w 2018 roku.

– Proeksportowy, i generalnie przemysłowy charakter gospodarki Dolnego Śląska jak na razie nie generuje większej skali problemów sektora wytwórczego (co mogłyby sygnalizować jego rosnące: opóźnienia płatnicze i liczba niewypłacalności) – zapewne dlatego, iż lokalny przemysł m.in. motoryzacyjny czy AGD jest mocno skoncentrowany, jego sprzedaż dokonuje się w ramach / do dużych grup przemysłowych – ocenia Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka. Także silna pozycja tutejszych firm transportowych i logistycznych, wynikająca z położenia województwa, jego dobrego skomunikowania poprzez sieć dróg i torów kolejowych, a także dużego zapotrzebowania logistycznego ze strony dobrze rozwiniętego przemysłu, wydaje się obecnie niezagrożona.

Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes
Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes

– To, z czym należy się natomiast liczyć to spora skala problemów firm usługowych: obok firm turystyczno-gastronomicznych także tych związanych z obsługą IT, usługami bazodanowymi, call center, programistycznymi, marketingowymi itp. – kontynuuje Tomasz Starus. – Nie koniecznie świadczyć to musi o aktualnym kryzysie czy porażce tego typu przedsięwzięć, a raczej potwierdza dynamiczny rozwój i rosnącą skalę działalności firm o takim profilu, skupionych w centrum usług jakie udało się zbudować lokalnie w oparciu głównie o potencjał aglomeracyjny i akademicki Wrocławia. Siłą rzeczy przy większej skali działalności (i krótkim jej stażu) odsetek firm z problemami jest bardziej ewidentny, zwłaszcza w obecnym czasie, gdy po inwestycjach to usługi są zazwyczaj pierwszą ofiarą oszczędności firm z nich korzystających.problemy firm na dolnym śląsku

Liczba niewypłacalności firm zarejestrowanych na Dolnym Śląsku pozostała niemal bez zmian w 2018 r. (95 niewypłacalności wobec 97 ich przypadków w 2017 roku), by znacznie przyspieszyć w I kwartale 2019 roku – do 33 takich przypadków (o 43% więcej w porównaniu do 22 niewypłacalności w analogicznym okresie ub. roku). Warto zauważyć, iż tutejsze niewypłacalne hurtownie rzadziej niż w innych regionach kraju związane były z obsługą rynku budowlanego, ich profil był zdecydowanie bardziej skupiony na towarach i rynku konsumenckim, a nie inwestycyjnym.niewypłacalności firm na dolnym śląsku

Pomimo wiodącej w regionie gospodarczej roli aglomeracji wrocławskiej, mapa problemów firm (wyrażonych niewypłacalnościami) w województwie dolnośląskim była na tle innych województw zdecentralizowana. W stolicy regionu działało jedynie ok. 40% niewypłacalnych firm (zarówno w 2018r. jak i w I kw. 2019r.) – zdecydowanie mniej, niż w wielu innych województwach. Otwarte pozostaje pytanie, czy liczne przypadki niewypłacalności firm z tak wielu miejscowości regionu, takich jak Świdnica, Legnica, Lubań, Oleśnica, Jelenia Góra czy Świebodzice świadczą w większym stopniu o równomiernym rozwoju gospodarczym województwa (przypominając także o jego przemysłowej historii), czy raczej o słabnącej kondycji firm operujących poza główną aglomeracją (nie korzystających m.in. z jej dużego i wykształconego rynku pracy, jak i bogatego lokalnego rynku zbytu)…niewypłacalności firm na dolnym śląsku sektory

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.

Banki w Polsce wciąż zarabiają, ale ich sytuacja się pogarsza. Sektor czekają kolejne regulacje

Banki w Polsce wciąż zarabiają, ale ich sytuacja się pogarsza. Sektor czekają kolejne regulacje 1

W ostatnich latach banki w Polsce łącznie zarabiają 12–15 mld zł. Najlepiej radzą sobie największe grupy, natomiast średnie instytucje borykają się z problemami. Na ich niekorzyść działają niskie stopy procentowe, a także regulacyjne obciążenia, takie jak choćby składki na Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Zdaniem Krzysztofa Kalickiego, byłego prezesa Deutsche Banku, sytuacja finansowa branży się pogarsza.

Generalnie mógłbym powiedzieć, że sektor bankowy jest w niezłej kondycji, ale ona raczej się pogarsza. Te wszystkie obciążenia, które spadły na sektor bankowy – regulacyjne zewnętrzne i wewnętrzne, podatek od składki na Bankowy Fundusz Gwarancyjny – to wszystko powoduje, że sektor bankowy, jego sytuacja finansowa z punktu widzenia takich parametrów jak stopa zwrotu, się pogarsza – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Kalicki, były prezes Deutsche Bank Polska. – W tej chwili stopa zwrotu z kapitału jest lekko ponad 7 proc., a to jest niewystarczające dla długoterminowego rozwoju.

Według Głównego Urzędu Statystycznego wynik finansowy netto sektora bankowego w 2018 r. wyniósł 14,7 mld zł, czyli o 7,6 proc. więcej niż w 2017 roku. Suma bilansowa banków wzrosła o 6,6 proc. i wyniosła 1,89 bln zł. Wartość kredytów udzielonych sektorowi niefinansowemu zwiększyła się o 5,6 proc. do kwoty 1,1 bln zł, a depozytów – o 7,5 proc. do 1,15 bln zł. Mimo tych pozornie pozytywnych danych Związek Banków Polskich podaje, że o ile zysk netto sektora w styczniu 2013 roku wynosił niemal 1,75 mld zł, to w styczniu br. spadł do 255,04 mln zł. Z kolei zwrot z kapitałów sektora zmniejszył się do poniżej 7 proc. w 2018 roku wobec 13 proc. w 2011 roku.

Jak komentuje prezes ZBP Krzysztof Pietraszkiewicz, od wielu lat branża obserwuje niepokojący i utrzymujący się spadek wyniku sektora bankowego. Pomimo że sektor uzyskuje wynik netto co roku na poziomie 12–15 mld zł, to cały czas w niekorzystny sposób zmienia się zwrot z kapitałów, przez co sektor staje się coraz mniej atrakcyjny dla inwestorów zagranicznych i krajowych.

– Sektor bankowy jest pod presją polityczną z bardzo wielu stron, a do tego dojdą kolejne wymagania regulacyjne i kapitałowe. Wydaje się, że to będzie dosyć dużym wyzwaniem dla sektora. Już w tej chwili pewna grupa banków ponosi straty. Duże instytucje lepiej sobie radzą, ale banki średnie mają niski zwrot na kapitale – mówi Krzysztof Kalicki. – Na pewno koszty, które obciążają banki, w ostatnich latach bardzo wzrosły. Zresztą widać ze wszystkich analiz statystycznych, że koszty ogólne przekroczyły koszty działania banku. Do tego jeszcze tempo wzrostu finansowania przez sektor bankowy jest wolniejsze, kredyty rosną wolniej niż nominalne PKB. To wszystko powoduje, że jesteśmy w momencie lekkiego zawahania, co będzie dalej.

Z danych KNF wynika, że na koniec lutego 2019 roku działalność prowadziły 32 banki komercyjne, 547 banków spółdzielczych oraz 31 oddziałów instytucji kredytowych. Wynik finansowy netto sektora bankowego na koniec lutego osiągnął 1,1 mld zł i był niższy o 0,5 mld zł (o 30,6 proc.) od osiągniętego na koniec lutego 2018 roku. Koszty odsetek na koniec 2018 roku wyniosły 15,7 mld zł, koszty z tytułu opłat i prowizji – 4,7 mld zł, a koszty działania banków – 33,6 mld zł.

Z analiz ZBP wynika, że maksymalne efektywne opodatkowanie największych polskich banków sięga 44 proc., a nominalne to ok. 33 proc. W efekcie stopa podatkowa jest o połowę wyższa niż w innych krajach regionu Europy Środkowo-Wschodniej.

Sytuacji nie poprawiają też niskie stopy procentowe.

– Stopy procentowe w dużej mierze są skorelowane z tym, co się dzieje makroekonomicznie. Jeżeli inflacja utrzymuje się na relatywnie niskim poziomie, to stopy procentowe nie rosną. Z punktu widzenia sektora bankowego byłoby lepiej, gdyby były one nieco wyższe – mówi Krzysztof Kalicki. – Pytanie jest takie, jak się rozwinie inflacja w Polsce, bo widać, że w wielu krajach ona pomału rośnie. To będzie problemem polityki pieniężnej. Na pewno sektor bankowy znajdzie się w korzystniejszej sytuacji, ale oczywiście nikt nie chciałby, żeby w kraju inflacja szczególnie poważnie wzrosła, bo to nie jest ani w interesie klientów banków, ani w interesie sektora.

W. Warski: Obecnie państwo nadmiernie ingeruje w gospodarkę. Jego rolą powinno być przygotowanie się na koniec dobrej koniunktury

W. Warski: Obecnie państwo nadmiernie ingeruje w gospodarkę. Jego rolą powinno być przygotowanie się na koniec dobrej koniunktury 2

Państwo musi w taki sposób kroić swoje prawa wewnętrzne rządzące społeczeństwem i gospodarką, by przejść przez kryzys suchą nogą – mówi Wojciech Warski, wiceprezes Business Centre Club. Jak podkreśla, to jest kluczowa rola regulatora, który w swoich działaniach wybiega w przyszłość. Jego zdaniem dziś mamy do czynienia z nadmierną ingerencją państwa w gospodarkę.

– To jest rola ingerenta, który usiłuje ręcznie sterować gospodarczymi, politycznymi i społecznymi procesami życia w kraju, nie tędy droga – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Warski, przedsiębiorca, wiceprezes Business Centre Club. – Prawdziwa rola państwa w przedsiębiorstwie to organizacja życia społeczno-gospodarczego kraju, rola regulatora, ale tylko tam, gdzie rzeczywiście dysponuje zasobami ogólnonarodowymi, np. w komunikacji, energetyce i dobrach publicznych, takich jak policja, armia, usługi zdrowotne czy usługi oświatowe. Nie oznacza to, że wszystkie usługi publiczne muszą być wykonywane przez państwo. Państwo jest ich organizatorem.

W 2018 roku polska gospodarka urosła o 5,1 proc., najmocniej od 2007 roku. To trzecie najszybsze tempo wzrostu w XXI wieku po latach 2007, 2006 i 2004. Wpływ na dobrą koniunkturę miały wyższe wydatki Polaków, dobre nastroje gospodarcze u największych partnerów handlowych Polski oraz rozkręcające się inwestycje.

Widać już jednak pierwsze zwiastuny spowolnienia: wskaźnik koniunktury gospodarczej ESI dla wszystkich 28 krajów Wspólnoty spadł w marcu do poziomu 5,0 i obniża się z miesiąca na miesiąc od czerwca ubiegłego roku, gdy wynosił 11,8. W Polsce na najniższym poziomie był w styczniu br., gdy spadł do 3,0. W kolejnych dwóch miesiącach lekko wzrósł (4,4 w lutym i 4,8 w marcu), ale i tak daleko mu do poziomu z lipca ubiegłego roku, gdy przekraczał 9. Wyraźne spadki widać także w Niemczech, które są największym partnerem handlowym Polski.

– Państwo musi się przygotowywać na spadek i na koniec prosperity dlatego, że taka jest właśnie rola państwa, regulatora, tego, który przewiduje przyszłość, może nie na kolejne 20 lat, ale jednak patrzy do przodu. W związku z tym państwo musi w taki sposób kroić swoje prawa wewnętrzne rządzące społeczeństwem i gospodarką, by przejść przez kryzys suchą nogą – zaznacza Wojciech Warski.

Jak podkreśla, na wzrost lub spadek PKB wpływ ma nie tylko otoczenie makroekonomiczne, lecz także decyzje polityków. Z wydatkami, do których zobowiązał się obecny rząd, będą musiały się uporać także kolejne władze, nawet jeśli dojdzie do zmiany na szczycie. Ponad 20 mld zł na już obowiązujący program Rodzina 500 plus i kolejne przeszło 40 mld  zł na tzw. piątkę Kaczyńskiego zwiększają deficyt budżetowy o niemal 70 mld zł. O ile w czasach korzystnej koniunktury i częściowo dzięki uszczelnieniu systemu podatkowego dotychczasowe finansowanie było możliwe, o tyle w gorszych warunkach makroekonomicznych deficyt będzie się pogłębiał. Tymczasem już po dwóch pierwszych miesiącach roku deficyt wynosi 800 mln zł. Przed rokiem było to 4,5 mld zł nadwyżki.

– Na wzrost PKB mają bardzo istotny wpływ czynniki niemierzalne, coś, co się nazywa klimatem politycznym. Kiedy „wieje optymizmem”, zachęca to do inwestycji i rozwoju PKB, kiedy natomiast jest przeciwnie, to wszyscy raczej zwijają żagle, szczególnie ci, którzy są bardzo podatni na działanie państwa w gospodarce – wyjaśnia wiceprezes BCC. – Wzrost PKB w dużej mierze zależy również od regulacji, jakie narzuci się na rynek pracy, rynek finansów i klimat społeczny. Bez spokoju społecznego nie może być znaczącego wzrostu PKB.

Ręczne sterowanie budżetem państwa, czyli zwiększanie wydatków sztywnych, takich jak stałe świadczenia społeczne, zwiększa dochody obywateli, ale jednocześnie może prowadzić do niepokojów społecznych ze strony pominiętych w redystrybucji dóbr grup.

Podczas kryzysu z końca ubiegłej dekady Polska była jedynym krajem Europy, który nie odnotował spadku PKB, z kolei obecnie tempo rozwoju polskiej gospodarki należy do najszybszych na kontynencie. W IV kwartale 2018 roku szybciej od naszego kraju rozwijały się tylko Łotwa i Węgry. Polska może się też pochwalić jednym z najniższych poziomów bezrobocia. Jednak dane o PKB wyglądają tak dobrze tylko w ujęciu rocznym. Natomiast jeśli przyjrzeć się danym kwartał do kwartału, to widać, że Polska znalazła się za połową stawki – dopiero na 15. miejscu. Natomiast pod względem tempa zmian zatrudnienia zajęliśmy ostatnie miejsce ze spadkiem o 1,2 proc.

– Nie uważam, że Polska jest jakimś ewenementem w Europie. Jest raczej beneficjentem tego, co się dzieje za naszymi granicami, światowej koniunktury, która była przede wszystkim pewnym odreagowaniem i odbiciem po kryzysie – przypomina Wojciech Warski. – Startując z dosyć niskiej bazy, odbiliśmy bardziej niż inni, m.in. również dlatego, że Polska przez ostatni kryzys finansowy i gospodarczy została przeprowadzona praktycznie suchą nogą. Z tego powodu to odbicie było możliwe i było ono znaczące.

Krajowy eksport drobiu będzie wyhamowywał. Silna światowa konkurencja cenowa blokuje dalszy wzrost

Krajowy eksport drobiu będzie wyhamowywał. Silna światowa konkurencja cenowa blokuje dalszy wzrost 3

Polska to największy europejski producent drobiu, który połowę swojej produkcji przeznacza na eksport. Cztery na pięć kilogramów mięsa drobiowego, głównie filetów, trafia do krajów Unii Europejskiej. Rynek ten zdaniem ekspertów wydaje się jednak nasycony, natomiast w innych częściach świata bariery celne i konkurencja cenowa utrudniają eksport. Według dyrektora Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz dalszy wzrost produkcji i eksportu mocno wyhamuje.

– Polski eksport drobiu – zdaniem Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz – osiągnął już wyżyny i będzie bardzo trudno wejść na wyższe poziomy. Dzieje się tak z tego powodu, że większość naszego eksportu jest przeznaczona do krajów Europy Zachodniej, a trudno znaleźć inne kraje, które chciałyby odbierać tak duże ilości drobiu w takiej cenie, w jakiej jest oferowany nasz drób – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Szymyślik, dyrektor Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz. – Na rynkach takich jak Chiny czy Republika Południowej Afryki musimy się mierzyć z bardzo dużą konkurencją światową. Tam są wielcy gracze jak Brazylia czy Stany Zjednoczone, którzy często oferują zdecydowanie korzystniejsze ceny niż nasze drobiarstwo.

Produkcja mięsa drobiowego w 2018 roku wyniosła globalnie blisko 123 mln ton. Trzech największych producentów to Stany Zjednoczone, Chiny oraz Brazylia. Roczny wzrost produkcji mięsa drobiowego na świecie wyniósł tylko około 1,6 proc. Największymi światowymi eksporterami mięsa kurcząt  rzeźnych w 2018 roku były Brazylia (3,7 mln ton), Stany Zjednoczone (3,16 mln ton), Unia Europejska (1,43 mln ton), Tajlandia (850 tys. ton), Chiny  (460 tys. ton), Turcja (380 tys. ton), Ukraina (300 tys. ton), Białoruś (175 tys. ton), Rosja (150 tys. ton), Argentyna i Kanada (po 125 tys. ton). Według prognoz amerykańskich analityków w 2019 roku Ukraina odnotuje wzrost eksportu mięsa drobiowego o prawie 17 proc. do 350 tys. ton.

– Polski drób będzie się sprzedawał na innych rynkach coraz gorzej, nie dlatego że jest złej jakości, tylko dlatego że konkurencja jest bardzo silna. Wydaje się, że rozwój, który w ostatnich latach był bardzo dynamiczny, będzie teraz mozolny i będzie wymagał zdecydowanie większej pracy, a wyniki będą bardziej stonowane – przewiduje dyrektor KIPDiP.

Według szacunków Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej produkcja mięsa drobiowego w 2018 roku wzrosła o 5–6 proc., a eksport o 12 proc. Oznacza to wielkość produkcji na poziomie ok. 2 950 tys. ton i sprzedaż w wysokości 1 295 tys. ton.

Sytuacja na europejskim rynku drobiu uważnie jest śledzona przez konkurentów. Według prognoz Amerykańskiego Departamentu Rolnictwa (USDA) produkcja mięsa drobiowego w Unii Europejskiej w 2019 roku wzrośnie o około 2 proc. w stosunku do 2018 roku, kiedy to wzrost wyniósł 2,5 proc., głównie dzięki zwiększeniu produkcji w Polsce.

Według tych samych prognoz import mięsa do UE pozostanie stabilny, a ok. 15 proc. dostaw będzie pochodziło z Ukrainy. Silny pozostanie także przywóz z Tajlandii czy Chin, przy równolegle słabszym imporcie z Brazylii. Z kolei unijny eksport w 2019 roku powinien być napędzany zwiększoną sprzedażą do Ghany, na Filipiny i Ukrainę, do Wietnamu i Demokratycznej Republiki Konga.

– Trudno jednoznacznie przewidzieć, co może się zdarzyć w przyszłości, ponieważ drobiarstwo jest branżą opartą bardzo mocno na czynniku naturalnym. Poza tym na rynku w ostatnich latach dzieją się rzeczy, które trudno było wcześniej przewidzieć i które mają duży wpływ na rynek. Przykładem jest to, co ostatnio zdarzyło się Brazylii, czyli największemu światowemu eksporterowi drobiu. Tam był problem z czystością mikrobiologiczną mięsa. Okazało się, że problem brazylijski przełożył się bardzo pozytywnie na polską sprzedaż zagraniczną – tłumaczy Mariusz Szymyślik.

Prognozy USDA zakładają również, że konsumpcja mięsa drobiowego w UE ma lekko wzrosnąć, a to dzięki zmianom preferencji dietetycznych konsumentów i gorszej sytuacji ekonomicznej w niektórych państwach unijnych.

– Drób dzięki współczesnym trendom konsumenckim jest dość dobrze postrzegany, ponieważ jest to mięso zalecane rekonwalescentom, sportowcom i ludziom, którzy wyznają zasady zdrowego trybu życia – wyjaśnia Mariusz Szymyślik. – Co więcej, nie niesie ze sobą żadnych ograniczeń religijnych. W wielu krajach wieprzowiny nie można sprzedać właśnie ze względów religijnych, a nie ma na świecie takiej religii, która zakazywała konsumpcji drobiu.

Zdaniem analityków Rabobanku w drugiej połowie 2018 roku globalna nadpodaż mięsa drobiowego, m.in. w Europie, doprowadziła do spadku marż. Miniony rok był jednym z najtrudniejszych dla branży z powodu amerykańsko-chińskiej wojny handlowej, nowych standardów Halal wprowadzonych przez Arabię Saudyjską, restrykcji handlowych związanych z grypą ptaków oraz wspomnianego skandalu z jakością mięsa drobiowego z Brazylii. Sytuacja ma się poprawić w drugiej połowie 2019 roku, głównie dzięki wzrostowi globalnego popytu na drób wywołanego przede wszystkim przez spodziewane braki mięsa w Chinach. Sytuacji światowego drobiarstwa w najbliższych miesiącach ma sprzyjać także ASF w Państwie Środka. Choroba ta ograniczy podaż mięsa wieprzowego, które powinno zostać zastąpione drobiem. Jednak chęć na wypełnienie tej luki ma wielu globalnych wytwórców.

Geolokalizacja pomaga firmom w rozwoju. Dane geograficzne pokazują w co i gdzie inwestować

Geolokalizacja pomaga firmom w rozwoju. Dane geograficzne pokazują w co i gdzie inwestować 4

Dane geograficzne mogą dostarczyć informacji na temat tego, w co – i przede wszystkim gdzie – inwestować, żeby biznes okazał się sukcesem. Szczególnie sprawdza się to w handlu i usługach, gdzie lokalizacja ma kluczowe znaczenie. Geolokalizacja w smartfonach klientów i dane z kart SIM mogą też dostarczyć sprzedawcom wielu cennych informacji: pokazać, skąd napływają klienci albo porównać odwiedzalność pomiędzy sklepami i umożliwić tworzenie dopasowanych kampanii marketingowych.

– Geolokalizacja wiąże się z przestrzenią, a przestrzeń zawsze jest dla firm jest kosztem: trzeba coś zawieźć do klienta, przywieźć, poświęcić czas, zużyć benzynę. Jest to obszar, który firmy bardzo aktywnie starają się optymalizować – szybciej dostarczać przesyłki, taniej wozić pasażerów czy sprawiać, że samochody oferowane do wynajmu będą używane w większym stopniu. Geolokalizacja jest obszarem, dzięki któremu firmy próbują oszczędzać. Za tym stoją dane i algorytmy, które starają się to przewidywać i optymalizować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Turlejski, współzałożyciel DataWise.

Jak podaje IBM, każdego dnia użytkownicy na całym świecie generują 2,5 miliarda gigabajtów nowych danych. Ich wykorzystanie to dla biznesu ogromna szansa na optymalizację i rozwój. Brytyjski „The Economist” określił dane mianem najważniejszego surowca XXI wieku, który generuje już więcej pieniędzy niż ropa. W realiach cyfrowej transformacji dane mają dla firm kluczowe znaczenie, stając się filarem ich działalności. Są wykorzystywane do poprawy procesów biznesowych, w celach reklamowych i marketingowych, do zarządzania wydajnością produkcji czy monitorowania lokalizacji w czasie rzeczywistym.

– Dane pomagają wybrać miejsce pod biznes, ocenić, czy nasze plany biznesowe są realne. Wiedząc, ilu konsumentów mieszka w danej lokalizacji, wiemy też, jaki jest potencjał i jakich zysków można oczekiwać – mówi Marek Turlejski. – Każdy, kto coś buduje, inwestuje w to duże pieniądze. Nawet założenie małego sklepu to dziesiątki tysięcy złotych poświęcone na znalezienie odpowiedniego miejsca, wynajem, zatowarowanie czy remont. To są często oszczędności życia, które mali przedsiębiorcy kładą na szali, ryzykując, że nie trafią, jeżeli w sąsiedztwie otworzy się np. duża sieć handlowa. Dane są narzędziem do uniknięcia ryzyka złej decyzji.

Lokalizacja to główny czynnik sukcesu zwłaszcza w usługach i handlu, dlatego m.in. sieci handlowe bardzo ostrożnie wybierają miejsca, w których otworzą nowe placówki. Analiza danych geograficznych może wskazać punkt, w którym – np. ze względu na zbyt dużą koncentrację konkurencyjnych placówek czy zbyt małą liczbę potencjalnych klientów – nie opłaca się otwierać kolejnego dyskontu, restauracji czy kiosku, za to wypalić może kwiaciarnia.

Z kolei geolokalizacja w smartfonach klientów i dane z kart SIM mogą dostarczyć retailerom mnóstwo informacji do optymalizacji ich biznesu: pokazać, jaką penetrację w danym zasięgu ma centrum handlowe, skąd napływają klienci albo porównać odwiedzalność pomiędzy sklepami. Mając takie informacje, punkty handlowe i usługowe mogą stworzyć precyzyjnie dopasowaną kampanię SMS skierowaną np. do osób, które nigdy ich nie odwiedziły, chociaż mieszkają w pobliżu i codziennie mijają je w drodze do domu.

– Przy poszukiwaniach lokalizacji trzeba brać pod uwagę aktualne informacje np. o tym, gdzie są konkurenci, a gdzie ich nie ma, i jest jeszcze potencjał biznesowy. Sieci handlowe szukają miejsc, w których jest dużo ludzi. Ci ludzie mogą tam spać i mieszkać albo pracować i tylko przejeżdżać. Te dwie grupy będą powodować to, że sprzedaje się np. więcej produktów dla dzieci albo kawy na wynos. To wszystko są informacje, które można skumulować z otwartych źródeł, np. udostępnianych przez różne państwowe agendy. Dane statystyczne o liczbie mieszkańców czy odsetku młodych ludzi pomagają podejmować decyzje biznesowe, bez potrzeby podróżowania na drugi koniec Polski czy liczenia wchodzących do sklepu klientów – mówi współzałożyciel DataWise.

Rower wciąż popularnym prezentem komunijnym. Aż 2/3 rocznych obrotów w sklepach rowerowych przypada na maj

Rower wciąż popularnym prezentem komunijnym. Aż 2/3 rocznych obrotów w sklepach rowerowych przypada na maj 5

Coraz lepsza dostępność ścieżek rowerowych oraz rosnący nacisk na ekologiczny transport i zdrowszy styl życia przyczyniają się do niesłabnącej popularności rowerów, której nie zagroziła nawet ostatnia moda na hulajnogi i deskorolki. Jazda na rowerze to wciąż najchętniej wybierana przez Polaków forma aktywności fizycznej, ale jednoślady królują też w zestawieniach najpopularniejszych prezentów komunijnych. Nawet 70 proc. rocznego obrotu w sklepach rowerowych generuje właśnie sezon wiosenny.

 Sytuacja polskiej branży rowerowej jest bardzo dobra. Rokrocznie obserwujemy wzrost sprzedaży rowerów. Nie jest to wzrost skokowy, ale stabilny. Na ten sezon patrzymy z dużym optymizmem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tadeusz Skwarczyński, product manager w Merida Polska.

Z badań przeprowadzonych na zlecenie Ministerstwa Sportu i Turystyki wynika, że jazda na rowerze to najpopularniejsza forma aktywności, którą wybiera 36 proc. Polaków. Zbliżone wnioski pokazuje też ubiegłoroczny Kantar TNS MultiSport Index 2018, według którego na rowerze jeździ 29 proc. Polaków, a pod względem popularności ta forma ruchu ustępuje miejsca tylko bieganiu, wyprzedzając m.in. siłownię, pływanie i piłkę nożną. Popularności rowerów nie zagroziła nawet ostatnia moda na hulajnogi i deskorolki.

Hulajnogi i deskorolki są ciekawą alternatywą, ale sprawdzają się dobrze tylko na krótkich dystansach. Na dystansach średnich i dłuższych rower jest bardziej efektywny – mówi Tadeusz Skwarczyński.

Jak wynika z badań Instytutu Badawczego IPC na zlecenie Polskiego Związku Rowerowego, każdego roku w Polsce sprzedaje się ponad milion rowerów, a krajowy rynek jest wart ok. 1 mld zł. Około 60–70 proc. rocznego obrotu w sklepach rowerowych generuje sezon wiosenny, który przypada na maj. Wynika to również z faktu, że rowery już od wielu lat utrzymują się w czołówce najpopularniejszych prezentów na komunię, wyprzedając nawet elektroniczne gadżety. Potwierdza to także ubiegłoroczne badanie serwisu Ceneo.pl, w którym zakup takiego prezentu zadeklarowało 38 proc. ankietowanych.

W przypadku rowerów komunijnych i dziecięcych sprawa wyboru jest dosyć prosta, ponieważ jest to tradycyjny segment rynku. Nie ma tu takiego pędu technologicznego, jak w przypadku rowerów dla dorosłych, ale także następują pewne zmiany. Tym, na co należy zwrócić uwagę przy zakupie, jest przede wszystkim materiał, z którego została wykonana rama roweru. Ze względu na wagę odchodzi się od ram stalowych na rzecz aluminiowych, z których zbudowana jest większość markowych rowerów. Taki rower można spokojnie znaleźć w wyspecjalizowanych sklepach. Unikałbym za to rowerów marketowych, gdzie jeszcze można spotkać ramy stalowe bardzo niskiej jakości – mówi Tadeusz Skwarczyński.

Jak podkreśla, marketowe jednoślady są zazwyczaj ciężkie, toporne i słabo wykonane, co później skutecznie zniechęca dziecko do jazdy na takim rowerze.

Zdaję sobie sprawę z tego, że różnica w cenie jest znaczna, ale – biorąc pod uwagę późniejszą radość z jazdy takim rowerem – lepiej od razu zainwestować w markowy rower, który będzie służył dużo dłużej i dostarczał dziecku przyjemności – mówi Tadeusz Skwarczyński.

Decydując się na zakup roweru dla dziecka, warto zwrócić także uwagę na to, czy jednoślad ma hamulce tarczowe, które zapewnią lepszą skuteczność hamowania i odporność na warunki atmosferyczne. Coraz popularniejsze na rynku są również tzw. rowery size+, które różnią się od tradycyjnych szerokością opony.

– Wielu producentów zaczęło wprowadzać w segmencie dziecięcym rowery bez amortyzatorów, ale za to z szerszymi oponami, żeby podnieść komfort jazdy i przyczepność. Poza tym już w rowerach 20- i 24-calowych pojawiają się hamulce tarczowe, szczególnie hydrauliczne. To nowość. Z pewnością rynek będzie zmierzał do tego, żeby rowery dla dzieci były lżejsze i wygodniejsze – mówi product manager w Merida Polska.

Na depresję cierpi prawie milion Polaków. Pomóc mogą nie tylko innowacyjne leki i terapie, lecz także roboty-psychiatrzy i aplikacje mobilne

Na depresję cierpi prawie milion Polaków. Pomóc mogą nie tylko innowacyjne leki i terapie, lecz także roboty-psychiatrzy i aplikacje mobilne 6

Z powodu zaburzeń nastroju cierpi milion Polaków. depresja dotyka nawet 900 tys. osób, tym samym jest jedną z najczęstszych chorób w naszym kraju. Problem jest jednak ze skutecznym leczeniem – w UE plasujemy się w ogonie pod względem liczby psychiatrów. Aplikacja MindMe polskiego start-upu pomaga w kontakcie z profesjonalnym terapeutą bez konieczności umawiania się na wizytę. To pierwsza w Polsce aplikacja do terapii online. Terapeuci są dostępni 24/h, a rozmowy mogą zatrzymać cykl pogłębiającej się depresji.

– Projekt MindMe jest skierowany do każdego, kto mierzy się z chorobami psychicznymi, z zaburzeniami, także z depresją, lękiem czy problemami z wychowaniem dzieci. Jest to aplikacja mobilna, można z niej skorzystać w każdym momencie, skontaktować się z psychoterapeutą i uzyskać poradę, najczęściej bez wychodzenia z domu – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Tomasz Młoduchowski, dyrektor zarządzający MindMe.

Na rynku pojawia się coraz więcej farmaceutyków, które mają stresu-nerwicy/”>pomóc walczyć z depresją. Większość nie działa od razu, dopiero po dłuższym okresie stosowania nastrój istotnie się poprawia. Niedawno wprowadzono do obrotu nowy lek, który działa w ramach aerozolu i może przynieść ulgę znacznie szybciej. Problem jednak w tym, że u części chorych lekarstwa zupełnie nie działają, pełnią funkcję przede wszystkim znieczulającą.

W Szwecji lekarze opracowali zabieg składający się z dwóch komponentów: zestawu słuchawkowego i aplikacji. Zestaw słuchawkowy dostarcza delikatne impulsy elektryczne do mózgu, a aplikacja pełni funkcję wirtualnego doradcy. Testowane są również roboty, których zadaniem ma być rozmowa z chorym. Taką funkcję mogliby pełnić psycholodzy i psychoterapeuci. Problem jednak w tym, że tych w Polsce brakuje, za to depresja dotyka coraz więcej osób.

depresja dotyka 1/4 społeczeństwa, tzn. co czwarty z nas będzie znał kogoś, kto ma z nią do czynienia. Zawsze trudno jest się zgłosić, oprócz tego dalej pokutuje stygma pójścia do psychologa, szczególnie w małych miastach, na wsiach ten dostęp jest jednak utrudniony. Za to mamy najlepszą w Europie penetrację telefonii komórkowej, ludzie nie boją się korzystać z tej aplikacji. Jeżeli skorzysta się z niej wcześniej, to choroba będzie mniej zaawansowana, nie będzie potrzebne leczenie farmakologiczne, a może się okazać, że wystarczy prosta porada, która zatrzyma ten cykl pogłębiającej się depresji – przekonuje Tomasz Młoduchowski.

Samo skorzystanie z porad terapeutów online jest bardzo proste – wystarczy pobrać aplikację, podać kilka podstawowych informacji, terapeuta nie jest przypisywany losowo, pacjent sam może wybrać z kim chce rozmawiać, a w każdym momencie na czacie czeka kilku lekarzy.

– To nasz autorski komunikator, ponieważ wszystkie komunikatory na rynku korzystają z tych informacji w celach marketingowych, w związku z tym nie nadają się one do stosowania w teleterapii czy w ogólnych zagadnieniach bezpieczeństwa informacji. Opracowaliśmy nasz komunikator w oparciu o standardy bankowe, w oparciu o standardy szyfrowanych informacji, szyfrowanego przekazu informacji i ochrony danych osobowych – podkreśla dyrektor MindMe.

Z raportu „Epidemiologia zaburzeń psychiatrycznych i dostępność psychiatrycznej opieki zdrowotnej. EZOP – Polska” wynika, że depresja jest jedną z najczęstszych chorób w Polsce. Łącznie na zaburzenia nastroju cierpi ok. miliona Polaków, z czego na depresję nawet 900 tys. Według WHO liczba chorych sięga 1,5 mln, a do 2030 roku depresja stanie się najczęstszą powszechną chorobą.

Jednocześnie pogłębia się problem z dostępem do specjalistów. Według Naczelnej Izby Lekarskiej aktywnych zawodowo psychiatrów jest w Polsce około 3,5 tys., nieco tylko większą liczbę podaje NFZ. Wyliczenia wskazują, że na milion osób przypada 90 psychiatrów. Gorzej w UE jest tylko w Bułgarii.

– W tym momencie mamy ponad 4 tys. osób, które zarejestrowały się na tej platformie. W każdej chwili ponad 50 z nich podlega terapii, obecnie to ponad setka – wylicza Tomasz Młoduchowski.

Grand View Research szacuje, że wartość globalnego rynku mHealth sięgnie 151,5 mld dol. do 2025 roku, a roczne tempo wzrostu przekroczy 25 proc.