Nowa miejska mobilność. Co oznacza dla ubezpieczeń?

4,3 bln dolarów będzie wart globalny rynek nowej mobilności w 2030 r.[1] – wynika z analiz McKinsey & Company. Nowa mobilność, czyli alternatywa dla tradycyjnego transportu samochodowego (pojazdy autonomiczne i elektryczne, urządzenia transportu osobistego, zamawianie transportu przez aplikacje), zdobywa popularność dzięki rozwojowi technologii, urbanizacji i postawom proekologicznym. Polska Izba Ubezpieczeń (PIU) opracowała raport o urządzeniach transportu osobistego (UTO), opisując ich charakterystykę, status prawny oraz wpływ na ubezpieczenia. Najważniejsze wnioski z raportu zostały omówione podczas panelu „Nowa miejska mobilność. Co oznacza dla ubezpieczeń?” na VII Kongresie PIU.

Według danych ONZ liczba ludności w miastach zwiększy się do 2025 r. prawie o 10%[2]. Coraz więcej osób będzie szukało sposobów sprawnego poruszania się po mieście. – Dodatkowo, rosnąca świadomość ekologiczna skłania nas do rezygnacji z samochodu, przynajmniej od czasu do czasu. Taką deklarację złożyło aż 79% Polaków w badaniu Eurobarometru, przeprowadzonym w 2017 r. – mówi Łukasz Kulisiewicz, ekspert PIU.

Nowe oblicze miejskiej mobilności

Międzynarodowa Organizacja Lekkich Pojazdów Elektrycznych (LEVA) definiuje UTO jako dwu/trzykołowe pojazdy z napędem elektrycznym, ogniwo-paliwowym lub hybrydowym, ważące do 100 kg. Zaliczamy do nich m.in. elektryczne rowery i hulajnogi, a także segway’e czy hoverboardy. Na popularyzację UTO duży wpływ miał rozwój technologii akumulatorów litowo-jonowych oraz ekonomii współdzielenia.

Około 10 lat temu pojawiły się pierwsze programy rowerów miejskich. UTO to najnowsza fala miejskiej mobilności. Ich ogromną zaletą jest możliwość pozostawienia pojazdu w dowolnym punkcie, w którym kończymy podróż oraz efektywność na krótkich dystansach. Dzięki temu jesteśmy w stanie szybko pokonać tzw. „ostatni kilometr”, czyli odcinek łączący miejsce docelowe np. z przystankiem komunikacji miejskiej – mówi Michael Wodzicki, Associate Partner w warszawskim biurze McKinsey & Company.

Potrzebna ochrona ubezpieczeniowa…

Według dyrektywy UE 168/2013, UTO to pojazdy z silnikami o mocy do 250 W, osiągające prędkość do 25 km/h. Nie podlegają homologacji. Nie dotyczy ich więc obowiązek posiadania numerów rejestracyjnych, a ich użytkownicy nie muszą mieć prawa jazdy czy ubezpieczenia OC. Ponadto brakuje jednolitych regulacji, które określałyby, jakie przepisy ruchu drogowego powinny być stosowane do UTO. Przekłada się to na brak odpowiedniej ochrony ubezpieczeniowej. Regulaminy wypożyczalni z  reguły przerzucają na użytkowników odpowiedzialność wynikającą z wypadków.

… i regulacje

UTO stają się częścią krajobrazu miejskiego. Dla ich dalszego rozwoju ważne jest uregulowanie ich roli w ruchu ulicznym, a przede wszystkim zapewnienie bezpieczeństwa wszystkim jego uczestnikom.

Wyzwaniem jest nowelizacja Prawa o ruchu drogowym. Trzeba zdefiniować obszar, po którym takie pojazdy mogą się poruszać oraz limit prędkości. W Barcelonie podzielono UTO na trzy klasy i określono ich wymiary, wymogi dotyczące bezpieczeństwa, ubezpieczenia i minimalnego wieku użytkownika. Z  kolei w Holandii żadna z wypożyczalni hulajnóg elektrycznych nie dostała jak dotąd zgody na funkcjonowanie. W Wielkiej Brytanii UTO można poruszać się wyłącznie na terenie prywatnym – mówi Łukasz Kulisiewicz, ekspert PIU.

Warto zaznaczyć, że użytkownicy UTO, którzy są narażeni na wypadki, mogą być zainteresowani nowymi produktami ubezpieczeniowymi.

[1] McKinsey Quarterly: Mobility’s second great inflection point, luty 2019 r.

[2] Population Division of the UN Department of Economic and Social Affairs, 2018 Revision of World Urbanization Prospects

Podaż biur rośnie, spada poziom pustostanów

Podaż biur rośnie, spada poziom pustostanów w porównaniu do zeszłego roku, a popyt napędzają firmy z sektorów IT, usług oraz produkcji – tak przedstawia się sytuacja na polskim rynku biurowym na koniec I kwartału 2019 r.

Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na polskim rynku biurowym w I kwartale 2019 r.

Popyt

Całkowity wolumen transakcji najmu w pierwszym kwartale tego roku wyniósł ponad 270 000 mkw., z czego 130 500 mkw. przypadło na główne rynki poza Warszawą, gdzie za 67% popytu odpowiadały Kraków (43%) i Wrocław (24%). Do największych transakcji zawartych w Polsce w tym czasie należało odnowienie umowy na 11 200 mkw. przez Akamai w Vinci Office w Krakowie, nowa umowa firmy Wirtualna Polska na 7 000 mkw. w Business Garden w Warszawie, nowa umowa firmy z sektora publicznego na 7 000 mkw. w budynku Vector+ w Warszawie, nowa umowa Perform Group (Perform Content i Perform Media) na 6 400 mkw. w Face2Face Campus w Katowicach oraz odnowienie umowy i ekspansja GlobalLogic na 6 300 mkw. w Bonarka for Business w Krakowie.

Karol Patynowski, Dyrektor ds. Rynków Regionalnych, JLL
Karol Patynowski, Dyrektor ds. Rynków Regionalnych, JLL

Niezmiennie głównym motorem napędowym największych regionalnych rynków biurowych w Polsce jest sektor nowoczesnych usług biznesowych. Firmy z tej branży w pierwszym kwartale tego roku wygenerowały blisko 40% zapotrzebowania na biura poza Warszawą. Najwyższy udział branży BPO/SSC w popycie został odnotowany w Katowicach – blisko 74%, i Trójmieście – ponad 45%. – Karol Patynowski, Dyrektor ds. Rynków Regionalnych, JLL

Ponadto, coraz istotniejszą rolę na rynkach biurowych – nie tylko w Warszawie – odgrywają operatorzy elastycznych przestrzeni do pracy. Ponad 60 000 mkw. nowej powierzchni elastycznej jest już potwierdzone do otwarcia w 2019 r., a wolumen ten może być jeszcze większy.

Podaż

Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL
Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Silną pozycję rynku biurowego w Polsce potwierdza wciąż rosnąca podaż. W Krakowie i Wrocławiu zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej wynoszą ponad milion mkw., w Trójmieście blisko 800 000 mkw., w Katowicach i Poznaniu przekroczyły 500 000 mkw., a Łódź osiągnie ten wynik już w tym roku. Natomiast łączne zasoby biurowe w Polsce, z uwzględnieniem Warszawy, to już prawie 10,7 mln mkw. – Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant, Dział Badań Rynku i Doradztwa, JLL

W I kwartale na polski rynek dostarczono łącznie ponad 142 000 mkw., w tym ponad 120 000 mkw. na największych rynkach regionalnych.

W budowie pozostaje blisko 1,6 mln mkw., z czego 800 000 mkw. na głównych rynkach regionalnych. Spośród nich najbardziej aktywny jest Kraków, Trójmiasto i Wrocław, gdzie powstaje Business Garden II, największy realizowany obecnie kompleks biurowy poza Warszawą, który już teraz cieszy się dużym zainteresowaniem najemców.
Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant, Dział Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Do największych ukończonych w I kwartale projektów biurowych w Polsce należy m.in: pięć budynków drugiej fazy kompleksu Business Garden w Poznaniu (46 100 mkw., Vastint), V.Offices w Krakowie (21 700 mkw., AFI Europe) oraz Spark B w Warszawie (15 700 mkw., Skanska Property Poland).

Powierzchnie niewynajęte i czynsze

Średni poziom pustostanów w Polsce to 9,3%. W Warszawie 9,1% istniejących zasobów biurowych pozostaje do wynajęcia. Poza nią, najniższy (5,4%) współczynnik powierzchni niewynajętej charakteryzuje Trójmiasto, a najwyższy (15,8%) przypada na Poznań. Łącznie na rynkach regionalnych niewynajęte jest 9,4% zasobów.

Dodatkowo, po raz pierwszy współczynnik pustostanów został przeanalizowany w Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii i wyniósł 9,8% na koniec pierwszego kwartału 2019.

Obecnie na rynkach regionalnych najwyższe czynsze transakcyjne charakteryzują Kraków (13,5 – 15 euro za mkw. miesięcznie), a najniższe Lublin (10,5 – 11,5 euro za mkw. miesięcznie). Z kolei w szerokim centrum Warszawy czynsze dla najlepszych nieruchomości wynoszą od 17 do 24 euro za mkw. miesięcznie, a poza nim od 11 do 15 euro za mkw. miesięcznie.

Zwiększa się rynkowy udział luksusowych mieszkań

Kwartalne analizy portalu RynekPierwotny.pl dotyczące sytuacji na największych rynkach deweloperskich już od dłuższego czasu informowały o wzroście znaczenia droższych mieszkań. Rozbudowa oferty bardziej ekskluzywnych „M”, przyspieszała wzrosty średniej ofertowej ceny 1 mkw. między innymi na terenie Warszawy oraz Gdańska. Zwiększanie się rynkowego udziału luksusowych lokali to z pewnością bardzo ciekawe zjawisko. Właśnie dlatego eksperci RynekPierwotny.pl postanowili bliżej mu się przyjrzeć.Drogie lokale RP wyk.1

Definicja drogiego mieszkania będzie zmieniać się razem z cenami

Przed analizą rynku ekskluzywnych mieszkań, najpierw trzeba dobrze zdefiniować takie lokale. Zastosowanie sztywnego progu cenowego dla wszystkich badanych rynków wydaje się niezbyt dobrym rozwiązaniem. W tym kontekście, duże znaczenie mają dwie kwestie. Po pierwsze, krajowe metropolie cechują się sporym zróżnicowaniem cenowym. Dlatego nowe mieszkania o cenie 8500 zł/mkw. w Łodzi mogą uchodzić za oferty „premium”. Lokale kosztujące tyle samo, na warszawskim rynku będą wciąż mieścić się w tzw. segmencie popularnym. Wynika to z faktu, że przeciętna ofertowa cena 1 mkw. nowego lokalu z Warszawy znacząco przekroczyła już 9000 zł/mkw. (według danych RynekPierwotny.pl). Szybkie wzrosty cen nowych mieszkań z największych rynków sprawiają, że swoista granica lokalowego luksusu przesuwa się w górę. To kolejny powód sugerujący, że lepiej nie klasyfikować bardziej ekskluzywnych „M” na podstawie jednego i stałego limitu cenowego.

W ramach swojej najnowszej analizy, eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili zakwalifikować mieszkania z segmentu „premium” do dwóch grup. Pierwsza kategoria skupia lokale o ofertowej cenie za 1 mkw. wynoszącej 150% – 200% średniej rynkowej stawki z danego kwartału. W drugiej kategorii znalazły się nowe „M”, które są co najmniej dwa razy droższe od średniej. Takie rozwiązanie sprawia, że progi kwalifikujące mieszkania do grupy „premium” zmieniają się wraz z cenami na rynku.

Nie we wszystkich metropoliach droższe lokale nabierają znaczenia

W pierwszej kolejności warto sprawdzić, jak przez ostatnie kwartały zmieniał się rynkowy udział wszystkich nowych mieszkań z ofertową ceną 1 mkw. wynoszącą ponad 150% lokalnej średniej. Poniższy wykres prezentuje dane na ten temat, które dotyczą sześciu krajowych metropolii i okresu pomiędzy II kw. 2016 r. oraz I kw. 2019 r. Informacje prezentowane na wykresie wskazują, że nie we wszystkich metropoliach był widoczny wzrost rynkowego udziału „drogich” ofert. Szybko wzrosła natomiast średnia wartość dla sześciu analizowanych miast. W II kw. 2016 r. mieszkania przynajmniej o 50% droższe od rynkowej średniej stanowiły 1,5% oferty deweloperów z sześciu metropolii. Analogiczny wynik obliczony dla I kw. 2019 r. to 3,4%.

Gdańscy deweloperzy liczą na zainteresowanie zamożnych klientów

Poniższa tabela prezentuje natomiast zmiany udziału nowych lokali należących do dwóch wcześniej wyodrębnionych grup (tzn. mieszkań z ofertową ceną 1 mkw. na poziomie 150% – 200% średniej oraz min. 200% rynkowej średniej). Informacje z tego zestawienia wskazują, że przez trzy lata średni odsetek mieszkań z obydwu analizowanych kategorii wzrósł około dwukrotnie. Najbardziej widoczne zmiany miały miejsce na terenie Warszawy i Gdańska. Z wyraźnym spadkiem znaczenia bardziej ekskluzywnych mieszkań (cena: 150% – 200% średniej), mieliśmy natomiast do czynienia w Poznaniu. Tamtejsi deweloperzy mają trudne zadanie w kontekście sprzedaży drogich lokali, ponieważ wielu zamożnych klientów woli się przeprowadzić do powiatu poznańskiego.

Szczególnie ciekawa wydaje się też sytuacja Gdańska, czyli tego miasta, które pod względem udziału mieszkań kosztujących 150% – 200% średniej niedawno wyprzedziło Warszawę. Wszystko wskazuje, że deweloperzy działający na terenie Gdańska chcą pozyskać bardziej zamożnych klientów (w tym również inwestorów). Prawdopodobnie wynika to z faktu, że sopocki rynek mieszkań stał się zbyt mały w stosunku do potrzeb nabywców.Drogie lokale RP tab.1

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Twisto pozyskało 60 mln zł na rozwój w Europie Środkowej i Wschodniej

0,5 mln użytkowników w Polsce i pozycja wiodącej aplikacji do codziennych płatności w Europie Środkowej i Wschodniej. Takie cele na najbliższe 5 lat postawiło przed sobą Twisto. Plan rozwoju technologicznej spółki, która w tym roku zadebiutuje na polskim rynku z  aplikacją do codziennych płatności i kartą wielowalutową, wsparli inwestorzy, którzy w drugiej rundzie zainwestowali w fintech 60 mln zł. 

W drugiej rundzie inwestycyjnej, w której Twisto pozyskało 60 mln zł (14 mln EUR), dominująca rolę odegrały międzynarodowe fundusze Finch Capital i Velocity Capital. Nowe akcje objęli również dotychczasowi inwestorzy fintechu – ING Ventures, UNIQA Ventures i ING Bank Śląski, którzy do tej pory zainwestowali w Twisto ok. 21 mln zł (5 mln EUR). Jednym z kluczowych inwestorów w spółce pozostał ENERN, fundusz venture i private equity, w Polsce znany z inwestycji w Booksy i Finiata.

– Runda inwestycyjna z 2017 r., w której wzięły udział ING Ventures, UNIQA Ventures i ING Bank Śląski, pozwoliła Twisto rozpocząć działalność w Polsce, gdzie zaoferowaliśmy najwygodniejsze na rynku płatności w formule „kup teraz, zapłać później” w sklepach internetowych. W tym roku uruchomimy na polskim rynku sztandarowe rozwiązanie Twisto – aplikację do codziennych płatności, powiązaną z kartą wielowalutową MasterCard i Apple Pay. Dzięki nowym funduszom umocnimy naszą wiodącą pozycję w Europie Środkowej i Wschodniej i  wprowadzimy kilka unikalnych innowacji produktowych –  ujawnia Michał Smida, założyciel i CEO Twisto.

Twisto działa w Polsce od lipca 2018 r., w strategicznym partnerstwie z ING Bankiem Śląskim.

– Formuła zakupowa Twisto – „kup teraz, zapłać później” jest już dostępna w ponad 150 sklepach internetowych. E-sklepy mogą wdrożyć Twisto samodzielnie lub jako element bramki do płatności online banku ING, imoje  – dodaje Krzysztof Blinowski, country manager w Twisto Polska.

Ekspansja na polski rynek to pierwszy kamień milowy w planie rozwoju Twisto.  W ciągu 5 lat fintech chce pozyskać  w Polsce 0,5 miliona użytkowników oraz zdobyć pozycję wiodącej aplikacji do codziennych płatności w Europie Środkowej i Wschodniej.

– Region Europy Środkowej i Wschodniej nie ma jeszcze swojego czempiona w dziedzinie consumer finance. Od pewnego czasu rozważaliśmy inwestowanie w firmę, która dostarcza unikalną wartość dla klienta i ma potencjał, by nim zostać. Poza niezwykle szybkim rozwojem, ogromną wartością Twisto jest Nikita – unikalny, autorski mechanizm internetowego scoringu klientów – wyjaśnia Aman Ghei, dyrektor w Finch Capital.

Nikita wykorzystuje big data i machine learning do wykrywania oszustw i sprawdzania wiarygodności kredytowej klienta w ułamku sekundy. Dzięki Nikicie użytkownicy Twisto mogą korzystać z oferowanych rozwiązań bez zbędnych formalności i podawania wrażliwych danych.

– W Europie Zachodniej nie spotkaliśmy firmy z tak postępowym podejściem do płatności i kredytów, choć to właśnie ten region bywa uważany za lidera innowacji finansowych. Wierzymy, że dzięki naszemu doświadczeniu i kompetencji zespołu Twisto, będziemy mogli szybko skalować biznes i pomóc Twisto umocnić pozycję wiodącego fintechu w regionie CEE – dodaje Allard Luchsinger, dyrektor Private Equity w Velocity Capital.

Po drugiej rundzie finansowania Twisto ma zabezpieczone ponad 21 mln EUR kapitału własnego i 15 mln EUR finansowania dłużnego. Do końca roku firma planuje pozyskać na rozwój dodatkowe 30-40 mln EUR finansowania dłużnego.

Aplikacja Twisto w tym roku w Polsce

W tym roku fintech zaplanował launch pełnej usługi Twisto na polskim rynku. Użytkownicy uzyskają dostęp do bezpłatnej aplikacji mobilnej z najwygodniejszymi rozwiązaniami do realizowania codziennych płatności, takimi jak opłacanie rachunków i faktur za pomocą zdjęcia telefonem i podział płatności za rachunek w restauracji na kilka osób jednym kliknięciem. Aplikacja jest powiązana z wielowalutową kartą MasterCard, która oferuje najlepszy kurs wymiany walut. Umożliwia również dostęp do indywidualnej linii z kredytem odnawialnym i realizację płatności zbliżeniowych przy pomocy Apple Pay.

Filipińczycy i Wietnamczycy przyjadą pracować w Polskich fabrykach

Polskie agencje pracy sięgają coraz dalej w poszukiwaniu chętnych do pracy w naszych zakładach. W azjatyckich konsulatach trwa wizowy zator, jednak nadzieję budzą Filipiny i Wietnam. Agencje pracy chcą też lobbować za zmianą prawa migracyjnego. – Stawka jest dużo wyższa niż tylko nasze interesy. Chodzi o kondycję polskiej gospodarki – mówi Michał Podulski, wiceprezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ).

Mateusz_Matysiak_Wietnam_rekrutacja_small– Bez wsparcia pracowników zza granicy polska gospodarka może wkrótce dostać zadyszki – mówi Michał Podulski, wiceprezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ). – Wiele firm, które są naszymi klientami już mówi nam, że ogranicza ilość zleceń, które mogłyby realizować, bo brakuje im rąk do ich wykonania. To nie służy ani rozwojowi biznesu, ani wpływom do budżetu z tytułu podatków – dodaje.

Agencja chce lobbować za zwiększeniem listy państw objętych tzw. uproszczoną procedurą zatrudniania oraz wydłużeniem tej procedury z sześciu do dwunastu miesięcy, dla krajów, które już są nią objęte.

W New Delhi bez zmian

Tymczasem nie dość, że coraz trudniej jest zrekrutować pracowników z Ukrainy (o których w dodatku konkurować będziemy wkrótce z Niemcami), to jeszcze rozczarowaniem roku okazały się kierunki azjatyckie: Indie, Nepal i Bangladesz, z którymi w 2018 agencje wiązały duże nadzieje.

– O pracowników stamtąd zaczęliśmy zabiegać od września 2017. Przez ostatni rok z 700 osób, które zrekrutowaliśmy wizę dostało 50. Musieliśmy przeorientować ten kierunek biznesowy, bo mocno się rozczarowaliśmy – mówi Rafał Dryla, prezes agencji GP People z siedzibą w Toruniu.

– Procedura wizowa w New Delhi to loteria. Wizy otrzymuje około 10 procent chętnych, a my nawet nie wiemy, jaki jest klucz do tych decyzji. To dla nas bardzo frustrująca sytuacja mówi Magdalena Wójtowicz, wiceprezes lubelskiej spółki InTemporis.

– Mamy dużo propozycji współpracy od rekruterów, którzy ściągają ludzi z tych krajów, ale co z tego, kiedy wiemy, że temat i tak utknie w konsulacie. Żaden pracodawca nie będzie czekał pół roku w niepewności na pracownika – mówi Aneta Janik-Barciś, prezes częstochowskiej spółki Macro-Work. Dodaje, że firma nie sprowadziła dotąd ani jednej osoby z tych krajów, za to pod koniec 2018 roku proponowała wsparcie ambasadzie. – Chcieliśmy wspomóc organizacyjnie i finansowo zatrudnienie personelu do polskiej placówki dyplomatycznej. Okazało się jednak, że ambasada nie może przyjąć takiego wsparcia bez podejrzenia o lobbing z naszej strony – mówi Janik-Barciś.

Rafał Dryla dodaje, że przez 1,5 roku korespondował z polskim MSZ, chcąc wyjaśnić skąd się biorą i jak wyeliminować zatory. Skończyło się na obietnicach. – Ministerstwo odpisało mi, że mają w planie wprowadzenie outsourcingu do obsługi ruchu wizowego. Ale do dziś go nie ma – mówi prezes GP People.

Nowa nadzieja w Wietnamie i Filipinach

Zdaniem Mateusza Matysiaka, managera Emat HRC (Wolsztyńska firma od 9 lat rekrutuje ludzi zza granicy, głównie z Ukrainy), problem niewydolności wizowej konsulatów nie ogranicza się jedynie do New Delhi, ale dotyczy całej Azji.

– Taka sama sytuacja jest Manili, Dżakarcie, czy w Hanoi. Zainteresowanie ludzi pracą w Polsce jest ogromne, ale służby konsularne są na to kompletnie nieprzygotowane. Brakuje też umów międzynarodowych. Pierwsze trzy, z Filipinami, Wietnamem i Bangladeszem niby już są, ale zanim wejdą w życie trochę czasu upłynie – mówi Mateusz Matysiak.

Mimo to firma, za rekomendacją doświadczonego na rynkach azjatyckich pośrednika, zdecydowała się rozpocząć poszukiwania pracowników w Wietnamie. Argumenty: Wietnamczycy są pracowitymi ludźmi i lojalnymi pracownikami znają już i pozytywnie kojarzą Polskę, bo żyje tu duża mniejszość wietnamska. Jednak największym zdaniem Matysiaka plusem jest to, że emigracja zarobkowa jest w Wietnamie mocno wspierana instytucjonalnie.

– Nasze oferty trafiają bezpośrednio do tamtejszych urzędów pracy, które działają bardzo profesjonalnie i dają dużą pomoc. Na bardzo wysokim poziomie jest też przygotowanie w ośrodkach kształcenia zawodowego. Uczą one nie tylko języka angielskiego, ale też różnic kulturowych. O ile kwalifikacje pracowników z Ukrainy jest zazwyczaj loterią, o tyle z Wietnamu zazwyczaj przyjeżdżają kandydaci o takich kwalifikacjach, o jakie prosi pracodawca – mówi Matysiak. – Spotkałem się z tym, że w okresie oczekiwania na wizę Wietnamczycy dostają pracę w zakładzie o podobnym profilu, żeby już wdrażać się na stanowisku – dodaje.

Pierwszą grupa, która ma przyjechać do Polski do pracy w fabryce kanapek, jest w trakcie procesu wizowego. Część już go zakończyła.

– Niestety polska strona ma bardzo ograniczone zasoby administracyjnie. Konsulat w Hanoi zatrudnia dwie osoby, które przecież nie zajmują się wyłącznie wizami pracowniczymi, ale te tysiącami studentów i ludzi odwiedzających rodziny w naszym kraju. Z tego, co wiemy przyjmują tygodniowo kilka osób, jeśli chodzi o wizy pracownicze – mówi manager Emat HRC. – Ale jesteśmy dobrej myśli. Liczymy, że pierwsza grupa przyleci do Polski w maju.

Zdaniem szefów agencji pracy już dawno powinna powstać prywatna służba konsularna.
– Wiadomo, jak działa administracja, biznes zawsze będzie działał szybciej – mówią. Ich zdaniem znacznie poprawiło by to sytuację na polskim rynku pracy.

Z kolei GP People zdobywa pierwsze doświadczenia w rekrutacji Filipińczyków. Firma liczy, że podpisana niedawno umowa międzynarodowa i otwarcie ambasady w Manili (dotychczas działała tylko jedna – w Kuala Lumpur), sprawią, że barier w nawiązywaniu współpracy będzie mniej.

– Z tego co wiem Filipińczycy są zainteresowani pracą w Polsce i przyzwyczajeni do migracji. Dlatego testuję ten kierunek z moimi handlowcami. Kiedy sprawdzimy, jak to działa w praktyce zdecydujemy, czy działamy na większą skalę – zapowiada Dryla.

500+ pracowników dla firm

Szefowie agencji pracy podkreślają, że polskie firmy potrzebują nowego otwarcia, jeśli chodzi o możliwości zatrudniania obcokrajowców. Rynki sześciu krajów (Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy), w których rekrutacja do Polski odbywa się na uproszczonych zasadach są już praktycznie wyeksploatowane.

Michał Podulski, który z ramienia SAZ zasiada w Radzie Dialogu Społecznego, a niedawno odebrał także nominację do Rady Rynku Pracy, chce skoncentrować się właśnie na problemach związanych ze sprowadzaniem cudzoziemców do Polski i przygotować we współpracy z zainteresowanymi stronami pakiet rozwiązań, które pomogły by w tym przedsiębiorcom.

– Chciałbym bardzo, żeby udało się wydłużyć okres objęty uproszczoną procedurą zatrudniania cudzoziemców z sześciu do dwunastu miesięcy, żeby zmniejszyć rotację pracowników. Będę też lobbował za zwiększeniem listy państw objętych tą procedurą albo przynajmniej grup zawodów, czy o specjalnych kwalifikacjach – mówi Podulski. – Na tej rozszerzonej liście widziałbym właśnie takie kraje, jak Indie, Wietnam czy Bangladesz. Jestem po obiecującym spotkaniu w biurze Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorstw, na którym przekazaliśmy pracownikom Rzecznika, że jest to temat, nad którym warto się pochylić, bo jeśli nie będziemy mieli ludzi do pracy to polska gospodarka nie będzie szła do przodu, tylko będzie się kurczyć.

Wiceprezes SAZ chce też, by włączyć się jako strona opiniująca w ramach Stowarzyszenia lub Rady Dialogu Społecznego, kwestie związane z uporządkowaniem polityki migracyjnej Rzeczpospolitej Polskiej. Półtora miesiąca temu wystosował pismo w tej sprawie do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

– Wiem, że Pani wiceminister Renata Szczęch pracuje obecnie nad ponad 200-stronicowym już dokumentem o polityce migracyjnej. Z przyjemnością zajmiemy się zaopiniowaniem tego dokumentu. Na razie czekam na odpowiedź – mówi Podulski.

POZWOLENIA NA PRACĘ W POLSCE

Z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że w 2018 r. wydano najwięcej, bo 238.334 pozwoleń na pracę w Polsce Ukraińcom, 19.912 zezwoleń otrzymali Nepalczycy, 19.233 Białorusini, 8.341 obywatele Bangladeszu, 8.362 Hindusie, 6.035 obywatele Mołdawii. Liczbę wakatów na polskim rynku pracy ocenia się obecnie na poziomie 150 tys.

Zakupy ze smartfonem w ręku

Coraz częściej mówi się o wpływie technologii cyfrowych na preferencje zakupowe Polaków, zarówno w trakcie zakupów w sklepach stacjonarnych, jak i tych internetowych. Obecnie trudno postawić wyraźną granicę oddzielającą te dwa światy. Raport firmy doradczej Deloitte „Koniec ery dwóch światów. Wpływ narzędzi cyfrowych na zakupy Polaków 2019” udowadnia, że podczas blisko dwóch na trzy wizyty w sklepie klienci wykorzystują urządzenia elektroniczne. Jest to tzw. Wskaźnik Wpływu Cyfrowego, który w Polsce kształtuje się na poziomie 60 proc. Dla przedstawicieli pokolenia Z i milenialsów jest on średnio 1,8 razy wyższy niż dla osób starszych. Najczęściej po smartfon czy laptopa sięgamy, kupując elektronikę, najrzadziej wybierając się po zakupy spożywcze.

Technologie cyfrowe wywierają silny wpływ na preferencje zakupowe Polaków, w tym także na obecność klientów w sklepach stacjonarnych. Eksperci Deloitte zdefiniowali go jako Wskaźnik Wpływu Cyfrowego (ang. Digital Influence Factor). Pokazuje on nie tylko, w jaki sposób klienci kupują i podejmują decyzje będąc na zakupach, ale pozwala także na poznanie ich preferencji w zakresie poszukiwania informacji na temat produktów, źródeł inspiracji czy też oczekiwanego wsparcia ze strony sprzedawców. Sieciom detalicznym informacje te mogą pomóc w zdefiniowaniu odpowiedniego podejścia i podjęciu niezbędnych działań w celu zaspokojenia potrzeb klientów na wszystkich etapach ścieżki zakupowej.

– Wykorzystywanie urządzeń elektronicznych służy klientom do znajdowania inspiracji, a w trakcie zakupów przekłada się na liczbę osób, które dokonują zakupu. Jest ona wyższa o 7 proc. w przypadku osób korzystających z technologii w porównaniu do osób niekorzystających z narzędzi cyfrowych ani przed, ani w trakcie zakupów – mówi Michał Pieprzny, Lider zespołu ds. sektora dóbr konsumenckich, Partner w dziale konsultingu Deloitte.

Wskaźnik Wpływu Cyfrowego pozwala określić odsetek wizyt klientów w sklepach stacjonarnych, pod wpływem użycia jakiegokolwiek urządzenia elektronicznego, tj. komputera stacjonarnego, laptopa, tabletu, smartfonu, wearables (tzw. urządzenia ubieralne), urządzenia do płatności elektronicznych w sklepie oraz sklepowego interaktywnego systemu informacji (np. tablice czy kioski informacyjne). Według analizy Deloitte wynosi on w Polsce 60 proc. Najwięcej klientów korzysta z technologii cyfrowych przed zakupami – prawie 3 na 4 klientów (74 proc.), blisko połowa (42 proc.) w trakcie, a po zaledwie co piąty klient (18 proc.). Co trzeci klient korzysta z urządzeń zarówno przed, jak i po zakupach (33 proc.).

Kobiety i mężczyźni na zakupach

Co ważne pomiędzy kobietami i mężczyznami nie ma znaczących różnic w tym zakresie. Poziom „zdigitalizowania” zakupów dla obydwu grup jest prawie równy i wynosi około 60 proc., przy czym jednak to mężczyźni nieznacznie częściej sięgają po urządzenia elektroniczne. – Nie jest zaskoczeniem, że Wskaźnik Wpływu Cyfrowego maleje wraz z wiekiem klientów, przy czym najwyższy wynik odnotowaliśmy w grupie wiekowej 18-24 lata. Jest to aż 71 proc. Dla wszystkich badanych osób do 44 roku życia wynosi on 60 proc. lub więcej – mówi Radosław Pidzik, Starszy menedżer w dziale konsultingu Deloitte. Dla porównania w grupie osób w wieku 45-54 lata spada on do 53 proc., a wśród 65-70-latków jest to już jedynie 38 proc.

Wraz z wielkością miejscowości rośnie odsetek wizyt klientów, na które wpłynęły technologie cyfrowe; wyjątek stanowią tu obszary wiejskie, gdzie wskaźnik ten jest nieznacznie wyższy niż dla mieszkańców miast poniżej 20 tys. mieszkańców. Co ciekawe klienci o najniższych dochodach osiągają wyższe wartości cyfryzacji zakupów niż osoby z dochodem od 2000 do 4000 zł.

W sieci szukamy informacji i porównujemy ceny

Odwiedzając jakie rodzaje sklepów, najczęściej sięgamy po urządzenia cyfrowe? Pod tym względem zdecydowanie wyróżnia się elektronika ze Wskaźnikiem Wpływu Cyfrowego na poziomie 68 proc. Tuż za nią plasują się zdrowie, meble, rozrywka i motoryzacja z wynikami około 62 proc. Na drugim biegunie znajdują się odzież i żywność (tu wskaźnik wyniósł zaledwie 50 proc.).

Na początku ścieżki zakupowej, czyli na etapie poszukiwania informacji i inspiracji, klienci, niezależnie od kategorii produktowej, cenią w urządzeniach elektronicznych możliwość szybkiego wyszukania informacji o produktach oraz porównanie ich cen (odpowiednio 25 i 26 proc. odpowiedzi). Źródłem informacji są dla nich najczęściej strony internetowe (48 proc. klientów). Jedna piąta badanych korzysta z wyszukiwarek internetowych. Poszukiwanie inspiracji odbywa się także za pośrednictwem mediów społecznościowych (8 proc. proc. klientów), z czego największą popularnością cieszą się Facebook i YouTube. W tym obszarze największą aktywność wykazują osoby młode (18-25 lat), wśród których przynajmniej jeden na czterech klientów skorzystał z mediów społecznościowych jeszcze przed zakupami.

Ze smartfonem w ręku wydajemy więcej

Co się dzieje w ich trakcie? Zdecydowana większość klientów (61 proc.) przyznaje, że wydaje więcej niż planowała, co – w zależności od kategorii zakupowej – wynika z zakupu dodatkowych produktów i akcesoriów (elektronika), skorzystania z promocji i rabatów, a tym samym włożenia dodatkowych produktów do koszyka (żywność) czy też z dbałości o jakość produktów (zdrowie oraz artykuły dla dzieci i niemowląt). Klienci korzystający z mediów społecznościowych wydają się bardziej świadomie podejmować decyzje oraz skuteczniej porównywać produkty i ceny, dzięki czemu w zdecydowanej większości kategorii produktów wydają mniej lub tyle samo, ile planowali. – Zdecydowana większość ankietowanych twierdzi, że dokonała zakupu świadomie, tj. wiedziała o produkcie, chciała go kupić i wiedziała, gdzie ma to zrobić. Mniej jest respondentów, którzy o produkcie usłyszeli pierwszy raz i skusili się na jego kupno dzięki reklamie. Co naturalne w szczególności bardzo mało podatni na impulsowe zakupy pod wpływem reklamy są klienci kupujący produkty z kategorii elektronika i motoryzacja – mówi Anna Bystrek, Menedżer w dziale konsultingu Deloitte.

Co ważne widoczne są tu dość wyraźne różnice w podejmowaniu decyzji przez kobiety i mężczyzn. Kobiety bardziej impulsywnie dokonują zakupów w kategorii odzież i meble, natomiast mężczyźni dokonują nieplanowanych zakupów kupując żywność czy produkty lub usługi związane z rozrywką.

Internet zastępuje sprzedawcę

Większość klientów (51 proc.) twierdzi, że w trakcie zakupów nie potrzebowała pomocy asystenta lub sprzedawcy. Jeśli pojawiało się takie zapotrzebowanie to głównie w trakcie zakupów z kategorii elektronika, meble czy motoryzacja, gdzie sprzedawcy są często traktowani jako eksperci w danej dziedzinie.

Na zakończenie ścieżki zakupowej warto przyjrzeć się temu jak klienci oceniają wsparcie urządzeń cyfrowych w całym procesie zakupowym. Blisko połowa respondentów (49 proc.) odpowiedziała, że dzięki użyciu urządzenia elektronicznego podczas zakupów łatwiej było im go dokonać, niewiele mniej osób odpowiedziało, że nie zauważyło różnicy, a prawie nikt nie odpowiedział, że było mu trudniej dokonać zakupu. – Nasze badanie ma unikalny charakter, ponieważ pokazuje, że dziś już nie mamy dwóch światów: zakupów cyfrowych i tradycyjnych. W mniejszym lub w większym stopniu się one przenikają, co jest niezwykle ważną informacją dla sprzedawców, którzy konkurują o konsumentów, dla których wykorzystywanie urządzeń cyfrowych na co dzień stało się chlebem powszednim. Jesteśmy również przekonani, że Wskaźnik Wpływu Cyfrowego w kolejnych latach będzie wzrastał – mówi Radosław Pidzik.

Raport „Koniec ery dwóch światów. Wpływ narzędzi cyfrowych na zakupy Polaków 2019” będzie jedną z inspiracji dyskusji panelowej nt. Handlu 4.0 w dniu 14 maja o godz. 15.30 podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.
Moderator: Michał Pieprzny, partner, Deloitte

Spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe: Dochody opodatkowane i zwolnione

Spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe stanowią bardzo specyficzną konstrukcję prawną. Ze względu na swoją złożoną i szczególną strukturę posiadają one odrębny sposób opodatkowania. Na pierwszy rzut oka chciałoby się stosować do nich zasady właściwe dla spółek kapitałowych. Spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe różnią się jednak tym, że nie są osobami prawnymi, a nadto stanowią zrzeszenie osób, a nie kapitałów. Jak zatem wygląda opodatkowanie spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych? Ze względu na specyficzny charakter tych podmiotów nie będą one podlegały opodatkowaniu CIT, o ile podejmowane przez spółdzielnię lub wspólnotę mieszkaniową czynności będą mieściły się w ramach „gospodarki zasobami mieszkaniowymi”. W pozostałych przypadkach spółdzielnia lub wspólnota mieszkaniowa zapłaci 19% podatek.

Czy dochody spółdzielni i wspólnot są opodatkowane?

Co do zasady spółdzielnie, jako osoby prawne, powinny podlegać opodatkowaniu podatkiem dochodowym od osób prawnych, zgodnie z przepisami ustawy o CIT. Niewątpliwie jednak akt ten wskazuje na pewne wyłączenia. Zostały one zawarte między innymi w art. 17 ust. 1 pkt 44 ustawy. Zgodnie z tymi regulacjami wyłączeniu spod opodatkowania podlegają dochody spółdzielni mieszkaniowych, wspólnot mieszkaniowych, towarzystw budownictwa społecznego oraz samorządowych jednostek organizacyjnych prowadzących działalność w zakresie gospodarki mieszkaniowej, uzyskane z gospodarki zasobami mieszkaniowymi części przeznaczonej na cele związane z utrzymaniem tych zasobów, z wyłączeniem dochodów uzyskiwanych z innej działalności gospodarczej niż gospodarka zasobami mieszkaniowymi.

Wszystko zależy od charakteru działalności

Precyzyjne określenie zasadności opodatkowania wymaga zatem odniesienia się do charakteru działalności spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych. Osiągnięty przez te podmioty zysk, pomniejszony o podatek dochodowy oraz dodatkowe obciążenia, nazywany jest nadwyżką bilansową. W oparciu o uchwałę walnego zgromadzenia podlega ona podziałowi proporcjonalnie do posiadanych przez członków spółdzielni udziałów. To, co spółdzielnia lub wspólnota mieszkaniowa posiada, zawiera się w trzech zasadniczych filarach. Po pierwsze w funduszu udziałowym. Powstaje on z wpłat udziałów poszczególnych członków, a także z odpisów na udziały członkowskie, jeżeli doszło do podziału nadwyżki bilansowej i innych źródeł określonych w odrębnych przepisach. Po drugie w funduszu zasobowym, który opiera się na wpisowym części nadwyżki bilansowej. Po trzecie natomiast w funduszu wkładów istniejącego tylko w niektórych spółdzielniach, wymagających wniesienia wkładu, który podlega zwrotowi i nie uczestniczy w pokryciu straty. Przekładając to na stronę praktyczną, utrzymanie wszelkich przestrzeni służących prawidłowemu korzystaniu z lokali mieszkalnych nie podlega opodatkowaniu. Jeżeli jednak spółdzielnia osiąga dochód z wynajmu lokali użytkowych osobom fizycznym lub prawnym, to taki dochód nie podlega zwolnieniu, ponieważ nie mieści się w „gospodarce zasobami mieszkaniowymi”.

Gospodarka zasobami mieszkaniowymi

Dochodem spółdzielni lub wspólnoty mieszkaniowej będzie zatem po pierwsze dochód faktycznie uzyskany z danego udziału, w tym również dochód przeznaczony na podwyższenie funduszu udziałowego oraz dochód, który stanowi równowartość kwot przekazanych na ten fundusz z innych funduszy. Po drugie dochód obejmujący wartość majątku otrzymanego w związku z likwidacją spółdzielni lub wspólnoty mieszkaniowej. Dochód osiągnięty dzięki zyskom spółdzielni lub wspólnoty opodatkowany jest na zasadach ryczałtu, w oparciu o stawkę 19%. Należy jednak pamiętać, że w tej sytuacji możemy mieć do czynienia ze zwolnieniem. Skorzystanie z niego będzie wymagało jednak łącznego spełnienia kilku przesłanek. Wypłacającym dywidendę oraz inne przychody z tytułu udziału w zyskach osób prawnych musi być bowiem spółka, będąca podatnikiem podatku dochodowego i mająca siedzibę w Polsce. Po drugie tym, który uzyskuje dochód – i jednocześnie jest jego odbiorcą – musi być spółdzielnia. W praktyce zatem omawiane zwolnienie skupia się na dywidendach z tytułu udziału w zyskach osób prawnych. Zwolnienie to znajdzie jednak zastosowanie tylko wtedy, gdy spółdzielnia uzyskująca dochód posiada udziały (akcje) w spółce wypłacającej te należności nieprzerwanie przez okres dwóch lat, a nadto, gdy ten okres upływa po dniu uzyskania tych dochodów. W przypadku niedotrzymania tych terminów po stronie spółdzielni pojawi się obowiązek podatkowy w wysokości 19% dochodów wraz z odsetkami. Oczywiście, przepisów dotyczących zwolnienia nie stosuje się wówczas, gdy byłoby to sprzeczne w danych okolicznościach z przedmiotem lub celem tych przepisów albo cel transakcji lub sposób działania był sztuczny.

Co stanowi dochód wspólnoty?

Innym aspektem opodatkowania spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych jest zagadnienie gospodarki zasobami mieszkaniowymi. Na podstawie art. 17 ust. 1 pkt 44 ustawy o CIT zwolnienie od opodatkowania oparte jest w dużej mierze właśnie na pojęciu „gospodarki zasobami mieszkaniowymi”. Tylko takie dochody będą bowiem podlegały zwolnieniu. Czym jest ta tajemnicza gospodarka zasobami mieszkaniowymi? Opierając się dodatkowo na ustawie o spółdzielniach mieszkaniowych, trzeba wskazać, że pod pojęciem zasobów mieszkaniowych należy rozumieć lokale mieszkalne, pozostałe pomieszczenia i urządzenia, które wchodzą w skład budynku mieszkalnego, lub które znajdują się poza nim, których to istnienie jest niezbędne dla prawidłowego korzystania z mieszkań. Z powyższego wynika, że w ramach zasobu mieszkaniowego będziemy mieli nie tylko same mieszkania, ale również takie przestrzenie jak piwnice, strychy, garaże i pomieszczenia administracyjne budynku. Naczelny Sąd Administracyjny w jednym z wydanych wyroków stwierdził, że „pod pojęciem gospodarki zasobami mieszkaniowymi należy rozumieć działania, mające na celu utrzymanie substancji pomieszczeń mieszkalnych w należytym stanie”. Tym, co wyróżnia elementy wchodzące w skład gospodarki zasobami mieszkaniowymi, jest niewątpliwie ich mieszkalna funkcja. Opodatkowane nie będą zatem m.in. wszelkiego rodzaju opłaty związane z użytkowaniem lokali mieszkalnych, czynsze, odsetki za zwłokę od nieterminowych wpłat tych opłat lub czynszów itd. Takie stanowisko potwierdził również Minister Finansów w wydanej interpretacji ogólnej z 5 marca 2008 r. Odniósł się wtedy dość szczegółowo do postanowień art. 17 ust. 1 pkt 44 ustawy o CIT, regulujących zwolnienia podatkowe.

Jakie dochody zostaną opodatkowane?

Skoro zatem wiadomo, co podlega wyłączeniu, należałoby również wskazać, jakie dochody zostaną opodatkowane. Ustawa wskazuje, że będą to wszystkie dochody osiągnięte z innej działalności gospodarczej niż gospodarka zasobami mieszkaniowymi, niezależnie od celu, na jaki zostanie przekazany. Mówimy zatem o działalności, która nie stanowi podstawy działania spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych. W ramach tego należałoby wymienić m.in. wynajmowanie lokali użytkowych, wynajmowanie powierzchni budynków mieszkalnych (dachów, elewacji itd.) pod reklamy, ustawienie anten satelitarnych itp.

Opodatkowanie spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych

Bez względu na to, czy spółdzielnia lub wspólnota mieszkaniowa osiąga dochody z działalności zwolnionej od opodatkowania, czy też mu podlegającej, podmiot ten zobowiązany jest do złożenia zeznania CIT-8. Obowiązek ten istnieje nawet w sytuacji, gdy spółdzielnia lub wspólnota mieszkaniowa poniesie stratę lub wykaże dochód zerowy. Ze względu na swoją wielowątkowość opodatkowanie spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych może okazać się problematyczne. Jak bowiem wynika z powyższych rozważań, możliwe jest zminimalizowanie obciążeń podatkowych spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych. Konieczne jest jednak opracowanie odpowiedniej strategii, która jednocześnie nie będzie wzbudzała podejrzeń ze strony fiskusa, a zatem wszelkie przepływy finansowe będą dobrze widoczne i w pełni uzasadnione.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Cyfryzacja miejsc pracy: jak uniknąć porażki? O sukcesie decydują 3 zasady

Trójka to dla naszej kultury cyfra szczególna. Zasada trójki działa wszędzie – w kinie, literaturze, w codziennym życiu. Wystarczy spojrzeć na słynne cytaty czy hasła reklamowe, które wykorzystują moc cyfry trzy – Veni, vidi, vici, Wolność, równość, braterstwo czy Just Do It. A co jeśli ten sam koncept zaadaptować do cyfrowej transformacji. IDC wspólnie z VMware przekonują, że jest to jak najbardziej możliwe. I pożądane. Szczególnie, że wiele firm nadal ma problem z digitalizacją miejsc pracy.

Analitycy Gartnera podają, że obecnie większość inicjatyw digitalizacji miejsca pracy kończy się niepowodzeniem. Tylko jedna czwarta średnich i dużych globalnych organizacji z powodzeniem dokona przekształceń w 80 proc. projektów. Za porażkami stoją jednak nie tyle kwestie technologiczne, ale przede wszystkim brak ogólnej strategii zmian.

Działania w cyfrowym miejscu pracy nie mogą być traktowane wyłącznie jako inicjatywa IT. Oprócz zmian w zakresie technologii konieczne jest zaangażowanie pracowników i zmiany kulturowe – wyjaśnia Carol Roswell, wiceprezes ds. badań w Gartnerze. Jej zdaniem bez tego sukces cyfryzacji miejsca pracy nie jest możliwy. W dzisiejszych czasach jest jednak pożądany i wart włożonego wysiłku. Według badań Forbes’a 78 proc. firm dostrzega wzrost sprzedaży i przychodów jako rezultat wdrożenia cyfrowego miejsca pracy.

Trzy filary innowacyjnego pracodawcy

Jak można stworzyć nowoczesne miejsce pracy, które przyniesie zyski firmie, a pracownikowi satysfakcję? Wystarczy pamiętać o trzech głównych filarach. IDC w swoim najnowszym raporcie Becoming „Future of Work” Ready: Follow the Leaders przekonuje, że firmy cyfrowy sukces trzeba oprzeć na kulturze organizacji, przestrzeni pracy i zasobach.

IDC wyraźnie podkreśla, że obecnie tylko 30 proc. europejskich organizacji opracowało i zaczęło wdrażać kompleksową strategię innowacyjnego środowiska pracy. Trzeba podkreślić, że tylko te organizacje, które będą w stanie zbudować swoją pozycję wokół wszystkich tych trzech filarów i nie będą bały się innowacji przetrwają każdą rynkową zawieruchę. Cała reszta, która nie będzie w stanie złapać wiatru zmian w swoje żagle, zostanie w ten czy inny sposób zmieciona z rynku – komentuje Charles Barratt, główny inżynier rozwiązań EUC dla biznesu w VMware EMEA.

Filar pierwszy: kultura

Kultura organizacyjna może być niekiedy największy firmowym atutem albo jego zgubą. Netflix przykładowo osiągnął swój status cyfrowego prymusa m.in. ze względu na kulturę szczerości w szeregach swoich pracowników. Odpowiedzialność za czyny i słowa jest jednak kluczowa bez względu na stanowisko. Z drugiej strony kultury oparte na zaufaniu i swobodzie czasem mogą wyrwać się spod kontroli. Jak przekonują eksperci, tzw. patologiczne kultury organizacyjne w konsekwencji demoralizują pracowników; zrażają klientów do produktów, niszczą reputację firmy i wartość całego biznesu.

Zła kultura organizacyjna to miejsce pracy, gdzie dominuje podejście „rządź i kontroluj”. A tutaj potrzeba otwartości i współpracy, jeśli biznes chce wdrażać nowe pomysły. Badania VMware wykazały, że zaszczepiając kulturę opartą na swobodzie wyboru narzędzi pracu, zaufaniu i szczerości, począwszy od zarządu aż po szeregowych pracowników, każda firma może być gotowa na wzrost obrotów, wydajności i ogólnego zadowolenia pracowników – przekonuje Charles Barratt z VMware EMEA. Ekspert przekonuje, że firmy, które postawiły np. na swobodę wyboru narzędzi pracy i aplikacji stosowanych w środowisku pracowniczym odnotowały nawet pięciokrotny wzrost produktywności swojego personelu.

Filar drugi: przestrzeń

Eksperci IDC podkreślają, że biznes by czerpać korzyści z cyfryzacji musi zmienić podejść do samej natury pracy. Nie jest to już tylko miejsce, a przede wszystkim czynność, która musi nieść konkretną korzyść. Dzisiejsze pokolenia pracowników nie chcą już pracować przy przysłowiowym biurku od 9:00 do 17:00. Nie liczy się bowiem to jak pracują, tylko jakie efekty przynoszą.

Analitycy IDC przekonują, że do 2021 r. 60 proc. firm z globalnej listy Forbes G2000 oficjalne wdrożą politykę zdalnego miejsca pracy, by podnieść zaangażowanie i produktywność swoich pracowników. By takie mobilne środowisko pracy mogło jednak zaistnieć firmy muszą lepiej zrozumieć jaki potencjał drzemie w dzisiejszych technologiach. To właśnie dzięki innowacjom mamy dostępne dla wszystkich biura coworkingowe, korporacje wdrażają polityki elastycznego czasu pracy, a pracowników wspierać będą niebawem aplikacje sterowane głosem i wirtualni asystenci – tłumaczy Charles Barratt z VMware EMEA.

Trzeci filar: zasoby

Trzecim kluczowym składnikiem udanej cyfryzacji miejsc pracy, według IDC, są zasoby organizacyjne. Ich charakter nieustannie ewoluuje i zmienia się na naszych oczach. Z jednej strony dynamika demograficzna przeobraża skład personalny firm pod kątem wielkości zespołów, wieku czy różnorodności. Z drugiej strony nowoczesne, inteligentne technologie cały czas automatyzują proces pracy, stwarzając dla biznesu coraz to ciekawsze perspektywy, ale i stawiając nowe wyzwania – jak pogodzić pracownika z automatem?

Automatyzacja, sztuczna inteligencja czy uczenie maszynowe wynoszą firmę na zupełnie nowy poziom produktywności i dokładności operacyjnej. Umożliwiają jednocześnie pracownikom uczenie się na błędach. Cyfrowe środowisko pracy daje bowiem w łatwy sposób testować nowe rozwiązania, a jeśli coś pójdzie nie tak, potrafi się naprawić i dać pracownikowi szansę na kolejny eksperyment – podsumowuje Barratt.

W tym roku rolnictwo może mieć problem z Ukraińcami do pracy

Ogrodnictwo i sadownictwo w sezonie zbiorów nie może się obejść bez siły roboczej. Mechanizacja jest niemal niemożliwa. Tylko zbiór ręczny gwarantuje wysoką jakość owoców i warzyw. Ale Polacy już od dawna nie chcą tego robić. Dotąd zastępowali ich Ukraińcy. I jeśli ich zabraknie, to branżę czekają poważne problemy. Jej przedstawiciele podkreślają, że sąsiedzi zza wschodniej granicy wciąż będą podejmować okresowe prace rolne. Jednak wraz ze wzrostem płac w innych sektorach w Polsce rosną także oczekiwania pracowników sezonowych. Są one trudne do spełnienia, ponieważ na rynku koszty produkcji nie mają znaczenia. Liczy się wyłącznie podaż i popyt. Może się też okazać, że jedyną szansą na przetrwanie producentów będą przybysze z takich krajów jak Wietnam, Nepal czy Bangladesz.

Ukraińcy niezbędni

Uprawy sadownicze, borówki, truskawki, maliny, a także pieczarki, pomidory czy ogórki ciągle wymagają dużej liczby pracowników do pielęgnacji, a głównie do zbiorów. Producenci owoców i warzyw od lat korzystają z pracy pomocników, tj. pracowników sezonowych oraz osób zatrudnianych na dłuższe okresy. Witold Boguta, prezes Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw (KZGPOiW), podkreśla, że najczęściej są to Ukraińcy, a ręczny zbiór jest niezbędny, by zapewnić wysoką jakość produktów.

– Polacy nie są taką pracą zainteresowani ze względu na jej specyfikę, głównie sezonowość. Ale z tego samego powodu odpowiada ona właśnie wschodnim sąsiadom, co oznacza, że trend na pewno się utrzyma. Ci pracownicy są bezwzględnie potrzebni – komentuje Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP i poseł na Sejm z PSL.

Natomiast Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych (KRIR), podkreśla, że w okresie prac sezonowych powszechne jest zjawisko zwiększonego zapotrzebowania na siłę roboczą. Dodaje, że brakuje wówczas rąk do pracy i polscy producenci muszą wspierać się pomocą obcokrajowców, przede wszystkim tych zza wschodniej granicy. Są oni niezbędni, ponieważ polskich robotników jest zbyt mało, a do tego wolą podejmować pracę w dużych miastach.

Jednak rosnące płace w wielu innych branżach w Polsce, także dla obcokrajowców, mogą utrudnić zatrudnianie pracowników sezonowych ze względu na wciąż niskie stawki w tym sektorze. Mirosław Maliszewski uważa, że w branży wszystko zależy od cen uzyskiwanych za owoce. Jeśli pozostaną na obecnym poziomie, części sadowników nie będzie stać na zewnętrzną siłę roboczą. Jego zdaniem, wszystko zależy od sytuacji dochodowej plantatorów, którzy konkurują z innymi dziedzinami gospodarki, na przykład z budownictwem, które może płacić więcej.

– Wzrost płac będzie powodował napływ obcokrajowców chętnych do podjęcia pracy przy zbiorach sezonowych. Zmiana ustawy o ubezpieczeniu społecznym rolników wprowadziła dla pracowników sezonowych stawkę w wysokości 184 zł miesięcznie, tj. składka zdrowotna 142 zł i wypadkowa 42 zł. Maksymalne płace za pracę określi natomiast sam rynek. O opłacalności produkcji nie decydują jedynie koszty pracy. Główną rolę odgrywa prawo popytu i podaży. Jeśli będzie możliwość sprzedaży produktów i w Polsce i za granicą, to produkcja będzie opłacalna – uważa Wiktor Szmulewicz.

Z kolei Witold Boguta podkreśla, że płace są jednym z najważniejszych składników kosztów produkcji i przygotowania do sprzedaży. Ich wzrost przyczynia się do niwelowania ważnej dotychczas przewagi konkurencyjnej. Większości prac wykonywanych przez pracowników nie da się zmechanizować, produkcja będzie się zmagać z coraz wyższymi kosztami i poszukiwaniem oszczędności w innych obszarach.

Niedobór rąk do pracy

– Mamy rynek pracownika i jeśli potrzeba rąk do pracy, to trzeba zapłacić takie stawki, aby praca została wykonana. Polscy producenci nie będą w stanie sami poradzić sobie z pracami sezonowymi. Brakuje ludzi. Ostatnie lata pokazały, że wciąż są obcokrajowcy chętni do podjęcia tego typu pracy. I raczej nic nie wskazuje na to, aby ten rok miał być inny – przekonuje prezes KRIR.

Mirosław Maliszewski twierdzi, że już widać odpływ pracowników z Ukrainy do innych sektorów gospodarki czy do sąsiednich krajów. Metodą na poradzenie sobie z brakami siły roboczej zza wschodniej granicy jest zatrudnianie osób z innych krajów, np. azjatyckich, jak m.in. Indie, Wietnam, Nepal czy Bangladesz. Do tego Witold Boguta dodaje, że polityka polskiego rządu, podobnie zresztą jak innych państw, jest tutaj kluczowa. Ważne będzie stworzenie odpowiednich warunków do przyjazdu i zatrudniania w Polsce pracowników z bardziej odległych krajów.

– Działania mające na celu zapobieżenie niedoborowi rąk do pracy już zostały podjęte. Dzięki nowelizacji ustawy o ubezpieczeniu społecznym rolników w zeszłym roku, wprowadzona została kategoria pomocnika. I dlatego możemy dziś tym pracownikom zaproponować lepsze warunki. Poza stawkami za pracę, zachętę stanowią ubezpieczenia zdrowotne, wypadkowe i macierzyńskie, a to jest bardzo ważne. Dzięki temu mamy szansę przekonać takich pracowników do przyjazdu do Polski i ich skutecznie zatrzymać – twierdzi Wiktor Szmulewicz.

Szef Związku Sadowników RP dodaje, że rolnikom i plantatorom pomogłoby rozszerzenie listy krajów z uproszczonymi procedurami i wprowadzeniem ułatwień formalnych w porównaniu do obecnego systemu pozyskiwania i przyjmowania do pracy cudzoziemców. Sądzi on, że biurokracja jest dzisiaj zbyt uciążliwa i przeszkadza wielu sadownikom w racjonalnym zatrudnianiu jednocześnie podnosząc jego koszty.

– Na razie widać zainteresowanie Ukraińców pracą w ogrodnictwie. By ten stan utrzymać konieczne jest gwarantowanie odpowiedniego poziomu płac i innych świadczeń. Producent nie ma wiele do powiedzenia, jeśli chodzi o uzyskiwane ceny za wytwarzane przez siebie produkty rolne. O tym decydują odbiorcy, jeśli więc ceny na produkty będą utrzymywane przez nich na niskim poziomie, część ogrodników będzie musiała zaprzestać produkcji – dodaje Witold Boguta.

Prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych konstatuje, że praca w Polsce staje się konkurencyjna wobec pracy na zachodzie Europy, a nasz kraj stał się atrakcyjny dla obcokrajowców. Jednak już nie wystarczy im zapewnić wyżywienia i zakwaterowania. Dlatego np. wprowadzenie ubezpieczenia przy tego rodzaju pracach jest bardzo istotne. Mirosław Maliszewski podsumowując przypomina, że ceny produktów nie są kształtowane jedynie przez koszty wytwarzania i np. zbioru. A nadmierne dodatkowe koszty, generowane przez skup, przetwórstwo i dystrybutorów, mogą spowodować bankructwa wielu gospodarstw, mniejszą podaż krajowych owoców i wzrost importu, co będzie niekorzystne dla konsumentów i całej gospodarki.

Vivid Games zwiększa przychody

O ponad 95% wzrosły przychody Vivid Games w pierwszym kwartale 2019 r. w porównaniu z analogicznym okresem roku ubiegłego.  Bydgoska spółka kontynuuje prace nad tytułami z segmentu mid-core, w tym Zombie Blast Crew, który zadebiutuje już w III kw. 2019 r.

W pierwszym kwartale 2019 r. Vivid Games wypracował ponad 2,67 mln przychodów ze sprzedaży, co stanowi niemal dwukrotność przychodów za analogiczny okres roku poprzedniego. Przychody generują nie tylko wydane w ostatnich miesiącach 2018 r.  Space Pioneer czy Gravity Rider, ale także lubiana przez użytkowników seria Real Boxing, która w ciągu ponad 6 lat zbudowała społeczność ponad 66 mln graczy z całego świata. Koszty operacyjne utrzymano na podobnym do zeszłorocznego poziomie, jednak zmieniła się ich struktura. Optymalizacja struktury organizacyjnej, o której zarząd wspominał już w raporcie rocznym pozwoliła na zmniejszenie udziału kosztów pracowniczych w całości wydatków. .Na koniec marca na rachunkach spółki znajdowało się ponad 2,7 mln zł. Zarząd zapewnia, że na bieżąco zarządza ryzykiem związanym ze spłatą zobowiązań finansowych.

Pierwszy kwartał 2019 r. to okres intensywnych prac nad wdrożeniem nowej strategii. W marcu do globalnej dystrybucji trafiły dwa pierwsze tytuły z nowego segmentu hyper-casual – Pocket Mini Golf i Endless Lake. Rozpoczęto też prace nad grą z segmentu mid core– Zombie Blast Crew, która zadebiutuje już w III kwartale br

Remigiusz Kościelny, prezes Vivid Games
Remigiusz Kościelny, prezes Vivid Games

– W I kwartale prowadziliśmy prace związane z produkcją gry Zombie Blast Crew, jak również innymi niezapowiedzianymi jeszcze tytułami wewnętrznymi segmentu mid-core. Rozpoczęliśmy również publikację gier typu hyper-casual. Za pomocą programu wydawniczego poszukujemy i testujemy nowe gry, a naszym celem pozostaje dynamiczna rozbudowa portfolio gier, a zarazem jego dywersyfikacja w zakresie segmentów, tematyki, sieci dystrybucji oraz przychodów z reklam i mikropłatności.  Dokonujemy również licznych aktualizacji dostępnych gier, które wpływają pozytywnie na ich metryki. Pracujemy również nad realizacją projektów B+R.- komentuje Remigiusz Kościelny, prezes Vivid Games.