Wyniki Grupy Kapitałowej Pragma Inkaso za I kwartał 2014 – 833% wzrost wyniku brutto

Według opublikowanych skonsolidowanych danych, GK Pragma Inkaso wypracowała wynik brutto na poziomie 1,8 mln zł. Prezentowane dane oznaczają skokowy wzrost w stosunku do I kwartału 2013 r. sięgający aż 833 proc.

Wynik na sprzedaży Grupy w I kwartale br. osiągnął wartość blisko 4,2 mln zł., był tym samym wyższy o 107 proc. w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku. Skonsolidowane przychody netto sięgające 8,9 mln zł wzrosły o 28 proc. r/r. W raportowanym okresie o 39 proc. wzrósł także wynik netto przypadający na akcjonariuszy Pragma Inkaso S.A. i wyniósł 1 344 tys. zł. Zysk netto zwiększył się o 17 proc. r/r., a suma bilansowa o 23 proc. do kwoty 195,7 mln zł. Znaczny wzrost widać również na przychodach z działalności operacyjnej (o 90%).

Na znaczącą poprawę wyników miały wpływ zapoczątkowane w ubiegłym roku i kontynuowane intensywne zmiany struktury i modelu biznesowego Grupy. Po pierwszym kwartale 2014 r. można już dostrzec pierwsze efekty wprowadzanej strategii. – zaznacza Tomasz Boduszek, Prezes Zarządu PRAGMA INKASO S.A.

Skonsolidowana wartość przychodów brutto wzrosła w porównaniu do I kwartału 2013 roku o 13%. Największy wzrost można zaobserwować w ramach usługi kupna wierzytelności pozapakietowych – o 40%, a usługi faktoringu stanowią 87% wartości skonsolidowanych przychodów brutto ogółem.

Największy wzrost w przychodach netto można zaobserwować również w ramach usługi kupna wierzytelności pozapakietowych – o 59%. Widoczny jest wzrost przychodów ze sprzedaży netto w ramach usługi faktoringu o 33% oraz windykacji na zlecenie o 11 proc. r/r.

Posiadając duży potencjał operacyjny możemy jako Grupa znacząco zwiększać skalę działania nie ponosząc jednocześnie wyższych kosztów operacyjnych. Liczę, że przychody i wyniki Grupy będą systematycznie wzrastać w kolejnych kwartałach – mówi Tomasz Boduszek, Prezes Zarządu PRAGMA INKASO SA.

Ruch w polskich i europejskich salonach samochodowych trwa

Kwiecień był ósmym miesiącem z rzędu, w którym w Europie rośnie sprzedaż samochodów osobowych. Z danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (ACEA) wynika, że Europejczycy kupili nieco ponad 1 mln „czterech kółek”, czyli o 4,6% więcej niż rok temu. Więcej klientów mają także polskie salony samochodowe, z których w kwietniu wyjechało o 17% więcej aut niż rok temu. Zgodnie z prognozami przedstawicieli Exact Systems, nowe przepisy obowiązujące od kwietnia br. nie zahamowały rynku.

W polskiej branży motoryzacyjnej zakończył się okres przebiegający pod hasłem „auto z kratką”, który wywołał lawinę zamówień na firmowe samochody. W kwietniu już nie mieliśmy do czynienia z tak wysoką sprzedażą, ale nadal obserwowaliśmy wzmożony ruch w salonach samochodowych. Wynika to między innymi z tego, że od kwietnia przedsiębiorców obowiązują nowe przepisy podatkowe, które co prawda są mniej optymistyczne niż te z okienka derogacyjnego, ale jednocześnie bardziej korzystne niż regulacje z 2013 r. – mówi Paweł Gos, prezes Exact Systems i ekspert Polskiej Izby Motoryzacji.

W kwietniu br. w Centralnej Ewidencji Pojazdów pojawiło się 28 tys. nowych samochodów osobowych, czyli o 17% więcej niż w tym samym miesiącu 2013 r. Od początku roku z polskich salonów wyjechało 125 666 osobówek, co oznacza 26% dynamikę rok do roku. W strukturze nabywców firmy przeważają nad klientami indywidualnymi.

Europa nadal rośnie, Wielka Brytania także

Kwiecień to ósmy miesiąc, w którym sprzedaż samochodów osobowych w Europie jest na plusie. Europejczycy kupili ponad 1 mln nowych osobówek (+4,6% r/r), a w sumie od początku roku 4,3 mln, czyli o ponad 7% więcej aut niż w analogicznym okresie 2013 r. Cztery miesiące tego roku, które mamy już za sobą, i ich wyniki rejestracji osobówek napawają optymizmem. Czy ożywienie już na stałe powróciło do europejskich salonów, tego jeszcze nie możemy być pewni. Wolumenowo ciągle nie jest najlepiej, jednak bardzo cieszą nas rosnące słupki sprzedaży w poszczególnych krajach takich jak Hiszpania czy Włochy, które podobnie jak Polska powoli wychodzą z „dołka motoryzacyjnego” – mówi Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Exact Systems. Fenomenem wciąż pozostają Wyspy Brytyjskie, których obywatele kupują więcej aut nieprzerwanie od 26 miesięcy. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że w grupie nabywców aut coraz większą część stanowią klienci indywidualni, którzy z uwagi na atrakcyjne oferty finansowania i dodatkowe benefity chętniej wymieniają swoje stare cztery kółka na nowe – dodaje Jacek Opala.

Większość głównych rynków europejskich w kwietniu odnotowała wzrost rejestracji nowych aut osobowych: Hiszpania (+29% r/r), Włochy (+2% r/r) i Wielka Brytania (+8% r/r). Niewielki, 4% spadek odnotowali nasi zachodni sąsiedzi.
W Polsce i Europie rządzi grupa Volkswagen

W kwietniu najchętniej kupowaną marką samochodową w segmencie osobówek w Polsce była Skoda z ponad 3 300 sprzedanymi modelami. Za nią uplasowali się Toyota i Ford. Widzimy jednak zmiany w popularności poszczególnych modeli. Skoda Oktavia, którą Polacy najchętniej kupowali w pierwszym kwartale, zajęła dopiero trzecie miejsce, podczas gdy pierwsze przypadło VW Golfowi, a drugie Toyocie Auris – mówi Jacek Opala. W Europie nadal najlepiej radzi sobie marka Volkswagen z blisko 140 tys. sprzedanych aut w kwietniu.

Co przyniesie cały 2014 rok?

Jestem optymistą, jeśli chodzi o całoroczny wynik sprzedaży samochodów w naszym kraju. Z pewnością będzie miał na niego wpływ popyt inwestycyjny ze strony polskich przedsiębiorców, dla których prawo po 1 kwietnia br., m.in. w zakresie odliczania VAT od paliwa, jest korzystniejsze niż do tej pory. Z drugiej jednak strony, także zakupy klientów indywidualnych powinny podnieść całoroczny wynik. Konsumenci są coraz bardziej pewni o bezpieczeństwo ich zatrudnienia, więc śmielej wydają pieniądze, m.in. na zakup „czterech kółek”. W czasie niestabilnej gospodarki wiele osób wstrzymywało się z „większymi” zakupami, dlatego teraz obserwujemy nadrabianie tej zaległości. Liczba 310–320 tys. nowych rejestracji w całym 2014 r., czyli ok. 5-10% wzrost r/r, jest się moim zdaniem bardzo realna – ocenia Paweł Gos.

Polacy powodują coraz więcej szkód komunikacyjnych za granicą

CEO Magazyn Polska

W 2013 roku Polacy spowodowali 42 tysiące wypadków za granicą. W ciągu 10 lat liczba ta wzrosła dwukrotnie. Co ważne, większość z tych szkód ma dużo wyższą wartość niż w Polsce. Według analiz Polskiego Biura Ubezpieczycieli Komunikacyjnych, średnia wartość szkody w Polsce to 6 tys. zł, a poza granicami kraju – ok. 16 tys. zł. To przekłada się na wyższe składki polis.

W 2004 roku z winy Polaków doszło do 20 tys. wypadków za granicą. W ubiegłym roku było ich ponad dwukrotnie więcej.

Większość tych szkód jest o dużo większej wartości niż w Polsce. W związku z tym konsekwencje dla naszego rynku ubezpieczeniowego, które przekładają się na wartość polisy, są bardzo duże – wyjaśnia agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Wichtowski, prezes Polskiego Biura Ubezpieczycieli Komunikacyjnych. – Średnia wartość szkody w Polsce według naszych analiz jest to około 6 tys. zł, natomiast średnia wartość szkody, która jest z całego obszaru Zielonej Karty, czyli z Europejskiego Obszaru Gospodarczego plus kilku innych krajów, jest to wartość około 16 tys. zł. Jeżeli pomnożymy 42 tys. razy średnią wartość, otrzymujemy ponad 600 mln zł.

Polskie Biuro Ubezpieczycieli Komunikacyjnych jest gwarantem wypłaty odszkodowań w sytuacji, kiedy Polak spowoduje wypadek za granicą. Jednocześnie gwarantuje wypłaty dla poszkodowanych Polaków, jeżeli wypadek zdarzy się w kraju z winy cudzoziemca.

Jak przypomina Mariusz Wichtowski, ubezpieczenie kupione w Polsce jest ważne we wszystkich krajach Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Biuro jest gwarantem wypłaty roszczeń również w sytuacji , kiedy sprawca wypadku nie ma wykupionego ubezpieczenia OC.

W takiej sytuacji nasze biuro udziela ochrony gwarancyjnej, pokrywa wszystkie zobowiązania wynikające ze szkody komunikacyjnej, a następnie dochodzi zwrotu wypłaconego odszkodowania od posiadacza pojazdu i od kierowcy tego samochodu równolegle, solidarnie – mówi prezes PBUK.

W niektórych wypadkach, kiedy wypłacane kwoty sięgają milionów złotych, praktycznie nie ma szans na odzyskanie tej sumy od sprawcy. Z drugiej strony, tolerowanie tego typu sytuacji też nie może mieć miejsca, więc Biuro musi dochodzić skutecznie zwrotu wypłacanych odszkodowań.

We wszystkich 46 krajach Systemu Zielonej Karty występuje określony poziom nieubezpieczonych pojazdów. Są rynki, na których jest to 0,01 proc., na przykład w Austrii czy Niemczech, ale są też rynki, na których jest to ponad 20 proc. To na przykład Bułgaria i kilka innych krajów – wymienia Mariusz Wichtowski. – Na polskim rynku nie jest to problem bardzo duży. To jest około 1 proc. W wymiarze procentowym plasujemy się w czołówce tych rynków, które są bezpieczne.

Ten 1 proc. oznacza jednocześnie, że ok. 220 tys. aut jest nieubezpieczonych. Prezes PBUK podkreśla, że na poziomie europejskim podejmowane są inicjatywy mające zmniejszać skalę tego zjawiska. To m.in. projekt „Walka z nieubezpieczonymi pojazdami”. Biuro walczy z tym również w Polsce.

Społeczne przyzwolenie na nieubezpieczanie pojazdów jest w dalszym ciągu nieproporcjonalnie wysokie. Rozumienie tego problemu przez niektóre organa w naszym kraju odbiega od rozumienia w innych krajach i jest bardziej tolerancyjne. Świadczyć o tym może na przykład zmniejszenie uprawnień dla policji w przypadku stwierdzenia, że ktoś jeździ bez ubezpieczenia. Na przykład w Wielkiej Brytanii tendencja jest dokładnie odwrotna. Zaostrza się sankcje, ażeby zminimalizować ryzyko – mówi Wichtowski.

Wyjaśnia, że w Wielkiej Brytanii nieubezpieczony samochód może być zatrzymany przez policję, razem z dokumentami. I jeśli właściciel pojazdu w ciągu kilku dni nie przedstawi dowodu ubezpieczenia, z mocy prawa auto może zostać zezłomowane na koszt właściciela i nie ma od tego odwołania.

W Polsce zdjęto z policji obowiązek i możliwość zatrzymania takiego samochodu, uznając, że byłoby to niesprawiedliwe w stosunku do ludzi, którzy zapomnieli się ubezpieczyć. Myślę, że w tym zakresie mamy jeszcze dużo do zrobienia – podkreśla prezes PBUK.

Na początku 2016 r. ze wszystkich autostrad znikną punkty ręcznego poboru opłat. Stawki za przejazd bez zmian

CEO Magazyn Polska

Za niecałe dwa lata z autostrad znikną bramki punktów poboru opłat i zostaną zastąpione przez system elektroniczny. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad zapłaci wprawdzie 8 mln zł kary za zerwanie kontraktu na rozbudowę punktów na autostradzie A4 między Wrocławiem a Gliwicami, ale dzięki temu państwo zaoszczędzi ponad 70 mln zł z niepotrzebnej inwestycji. Do 2018 r. korzyści z automatycznego poboru opłat mogą sięgnąć prawie 1 mld zł. Nie zmienią się stawki za przejazd autostradami.

Oczywiście zrealizowanie systemu elektronicznego wymaga nakładów, ale to jest tylko 400 milionów złotych bez tych narzędzi, które kierowcy będą musieli kupić albo – gdy będą chcieli – będą je wypożyczać – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adrian Furgalski, członek zarządu Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – Datą graniczną – mam nadzieję, że do tego czasu uda się wszystko zrobić – jest 1 stycznia 2016 roku. Ewentualnie jakieś opóźnienia, ale I kwartał 2016 roku jak najbardziej jest możliwy. Po stronie operatora tego systemu, a więc firmy Kapsch, nie rodzi to problemów, które byłyby do 2016 roku nie do przejścia.

Zgodnie z planem do 2016 r. ze wszystkich autostrad, zarówno zarządzanych przez GDDKiA, jak i koncesyjnych, znikną place i stacje poboru opłat. Z prywatnymi firmami zarządzającymi odcinkami autostradami A1, A2 i A4 toczą się już rozmowy. Najbardziej zaawansowane są z firmą Gdańsk Transport Company (GTC), zarządcą autostrady A1 z Gdańska do Torunia.

Co prawda za zerwanie kontraktu na budowę bramek na autostradzie A4 GDDKiA będzie musiała zapłacić 8 mln zł, czyli 10 proc. jego wartości. Pozwoli to jednak zaoszczędzić 72 mln zł. Korzyści z rezygnacji z poboru manualnego są potencjalnie bardzo duże – Furgalski wylicza, że oszczędności związane z rezygnacją z wykupu gruntów, budowy i utrzymywania punktów poboru opłat sięgną łącznie nawet 1,5 mld zł. Branżowy portal rynekinfrastruktury.pl wyliczył, że do listopada 2018 r. Skarb Państwa zyska netto 920 mln zł po uwzględnieniu kosztów wdrożenia systemu elektronicznego.

Niestety, wyrzuciliśmy w błoto 1,2 mld zł – to są koszty, które ponieśliśmy od 2007 roku na wykup olbrzymich terenów, żeby tam zainstalować place poborów, na olbrzymią ilość betonu, który tam trzeba było położyć, czy już nawet na bramki i ich wyposażenie – krytykuje Furgalski. – Na pewno nie może być tak, że gdzieś te bramki zostawimy i będzie jakiś okres przejściowy, a kierowca będzie się musiał zastanawiać, czy tam płaci elektronicznie, czy manualnie. Nie – w tej godzinie zero musimy całkowicie przejść z bramek na system elektroniczny.

Furgalski dodaje, że w parlamencie rządowy projekt odpowiedniej ustawy powinien zostać przyjęty bez większych problemów, bo żadna z partii nie jest przeciwna przejściu na system automatyczny.

Dla kierowców zmiany oznaczają prostsze i szybsze płatności. Stawki za przejazd nie zmienią się ani na autostradach koncesyjnych, ani na państwowych. Na tych drugich kierowcy aut osobowych nadal będą płacić 10 groszy za kilometr. Choć system będzie wspólny, zarządzający autostradami koncesyjnymi utrzymają własne stawki.

Płatności będą pobierane w całości automatycznie za pomocą urządzenia w samochodzie. Kierowcy często podróżujący autostradami będą mogli na stałe wypożyczyć takie urządzenie, prawdopodobnie za 40 zł. Stan konta będzie można doładować m.in. poprzez internet lub SMS. Kierowcy rzadziej korzystający z autostrad będą mogli wypożyczyć urządzenie z odpowiednim kredytem na stacjach benzynowych lub miejscu obsługi podróżnych.

Wreszcie dla takich, którzy sporadycznie korzystają z autostrad, możliwa jest opcja opłacenia podróży albo z terminali, które będą w miejscach obsługi podróżnych, albo po prostu z domu. Wiedząc, że jutro jadą z Warszawy do Łodzi, opłacą tę drogę, podadzą numer tablicy rejestracyjnej i system przy wjeździe zarejestruje te tablice, sprawdzi, że wszystko jest w porządku, wszystko zostało opłacone i można jechać – tłumaczy Furgalski.

Rewolucja w sposobie korzystania z internetu. Może zmienić się rola wyszukiwarek internetowych

CEO Magazyn Polska

Trybunał Sprawiedliwości UE orzekł, że internauta może zażądać usunięcia swojego nazwiska z sieci, jeśli pojawia się ono w kontekście wypaczającym prawdę o tej osobie. Prawo do bycia zapomnianym w sieci (right to be forgotten) służy ochronie prywatności, choć usunięcie z wyszukiwarki danych osobowych będzie bardzo trudną technicznie operacją – uważa Michał Boni, były minister administracji i cyfryzacji. Jego zdaniem wyrok przyspieszy prace nad europejskim rozporządzeniem dotyczącym ochrony prywatności i danych osobowych.

Jeżeli wyniki wyszukiwania kierują do niepełnych, nieistotnych lub nieaktualnych informacji na temat danej osoby prywatnej, może ona żądać skasowania swojego nazwiska – orzekł we wtorek Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. W takiej sytuacji odpowiedzialność za przetwarzanie takich danych ponosi operator wyszukiwarki internetowej. Jeśli nie podejmie on odpowiednich działań, osoba, której dane dotyczą, może zwrócić się do właściwego organu nadzorczego lub sądowego o to, by on nakazał usunięcia linku.

Witam z uznaniem ten wyrok, on powinien już właściwie zapaść rok temu, bo wtedy się o tym mówiło, ale widocznie Europejski Trybunał uznał, że jeszcze różne kwestie musi przeanalizować – powiedział Michał Boni agencji informacyjnej Newseria Biznes.

Eksperci podkreślają, że może to zrewolucjonizować sposób korzystania z internetu i zmienić rolę wyszukiwarek internetowych. Konkretna sprawa przed Trybunałem dotyczyła firmy Google. Gigant broni się przed koniecznością wymazywania niektórych wyników wyszukiwania, bo stanowi to pewnego rodzaju cenzurę. Firma podkreśla, że jedynie udostępnia dane, które są w internecie, ale ich nie kontroluje.

Mówimy o tym, że mogą się pojawiać w treściach odniesienia do konkretnych osób. I to już nie jest treść, tylko to jest informacja podmiotowa. Rozumiem stanowisko Google, bo technicznie to nie będzie łatwe, ale odróżniajmy treści, które swobodnie pozyskujemy i przekazujemy w internecie, od tego prawa podmiotowego, czyli wskazania jakiejś osoby lub oznaki tej osoby. Myślę, że trzeba będzie dla takiego wyroku znaleźć rozwiązanie – mówi Michał Boni.

Jego zdaniem prawo do wymazywania z obiegu błędnych informacji dotyczących osób prywatnych ma na celu ochronę ich prywatności, bo kasowanie danych nie będzie się odbywać automatycznie, lecz jedynie na wyraźną prośbę zainteresowanych. Podobnie ma być w rozporządzeniu unijnym dotyczącym ochrony prywatności i danych osobowych, nad którym trwają pracę. Według Boniego wyrok powinien przyspieszyć finalizację tych prac.

Udało się coś, co wydawało się takie trudne do przejścia, czyli prawo obywatela do tego, żeby dane o nim, co do których nie chce, żeby funkcjonowały w sieci, były wymazywane. To jest zbliżone do tej propozycji, która jest w rozporządzeniu, czyli że powinniśmy wyrażać zgodę na przetwarzanie naszych danych, bezpośrednią zgodę – wyjaśnia Boni. – Będzie pytanie, czy wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych. Jedni będą ją wyrażali, nawet bez specjalnego namysłu, inni nie będą jej wyrażali. Więc to nie jest żadne cenzurowanie, tylko kwestia realizacji tych praw podmiotowych.

Dodał, że wyrok Trybunału, jest ważnym sygnałem do rozpoczęcia debaty nad proponowanymi przez Parlament Europejski uregulowaniami prawnymi dotyczącymi ochrony danych osobowych. Do tych zmian trzeba jeszcze przekonać rządy poszczególnych państw, by rozporządzenie stało się jednolitym prawem dla całej Unii Europejskiej.

– Korzyści są oczywiste. Oczywiście trzeba dokładnie przeanalizować od strony technicznej, jak to ma wyglądać. I myślę, że to jest taki moment, w którym te prace analityczno-techniczne zostaną przyspieszone, żeby wiedzieć, jak tego typu dyspozycje od użytkowników przekładać na realne wdrożenie – zaznacza polityk.

Grupa Azoty stawia na ekspansję na rynku senegalskim. Będzie tam wydobywać surowce i rozwijać sprzedaż

0

CEO Magazyn Polska

Grupa Azoty ma zamiar wydać na inwestycje do 2020 roku 7 mld zł. Jest także zainteresowana rozwojem projektów z dużymi partnerami strategicznymi. Trwają analizy opłacalności budowy kompleksu petrochemicznego planowanego wspólnie z Grupą Lotos. Na etapie badań jest też projekt współpracy z KGHM, który zakłada wydobywanie polihalitu w Zatoce Puckiej. W planach Azotów jest również ekspansja na rynek senegalski, gdzie Grupa chce nie tylko pozyskiwać surowce, ale też rozwijać sprzedaż.

Rozwój działalności w Senegalu to dla Grupy Azoty projekt bardzo atrakcyjny i bardzo przyszłościowy. Polska firma kupiła tam już spółkę, która ma dostęp do złóż fosforytów – z jednego z nich surowiec dostarczany jest już do Polic. W 2014 r. ma do Polski trafić 400 tys. ton fosforytów z Senegalu. Spółka wylicza, że dzięki temu Police zaoszczędzą w 2014 r. ok. 30 mln zł.

Ale samo wydobycie to dla Grupy Azoty dopiero pierwszy etap ekspansji.

Rynek Senegalu, jak i też rynek afrykański, jest wielce rozwojowy. Powołaliśmy tam spółkę dystrybucyjną, która będzie zajmowała się dystrybucją nawozów grupy – mówi Andrzej Skolmowski, wiceprezes zarządu Grupy Azoty.

Grupa chce też aktywnie wpływać na zmiany w senegalskim rolnictwie, żeby budować tam rynek dla swoich produktów. Jak podkreśla Skolmowski, jest to niełatwe i trudno tu liczyć na szybkie efekty.

– To jest projekt rozpisany na lata, dlatego że musimy lokalnych rolników przekonać do naszych aplikacji, ale też i zmienić tę kulturę agrarną w Senegalu – tłumaczy wiceprezes Grupy.

Azoty mają także ambitne plany inwestycyjne w kraju. Najpewniejsze projekty, już realizowane przez Grupę, to nowa elektrociepłownia w Kędzierzynie-Koźlu i nowa wytwórnia poliamidów i granulacji mechanicznej w Tarnowie. Elektrociepłownia w Kędzierzynie zaspokoi w 25 proc. zapotrzebowania zakładów na energię elektryczną oraz w całości pokryje zapotrzebowanie na ciepło. Wytwórnia w Tarnowie pozwoli na większą niezależność od rynków dalekowschodnich.

Azoty zaangażowały się również w projekty z dużymi partnerami strategicznymi w kraju. Wspólnie z Grupą Lotos prowadzą analizy opłacalności budowy kompleksu petrochemicznego. Ta inwestycja, mająca powstać przy wsparciu Polskich Inwestycji Rozwojowych, może być warta nawet 12 mld zł. W tym roku ma zapaść decyzja, czy będzie ona realizowana.

– To jest jeszcze wstępna faza tzw. feasibility study – mówi Andrzej Skolmowski. – To badanie pozwoli nam, zarówno przemysłowi chemicznemu, jak i petrochemicznemu, na rzetelną odpowiedź, czy tego typu projekty mają szansę realizacji w tej części Europy, czy mają szansę realizacji tu w Polsce.

Duże nadzieje zarząd wiąże z deklaracjami KGHM-u, który chce mocniej zaangażować się w wydobycie surowców innych niż miedź i srebro. Między innymi zamierza wydobywać polihalit w Zatoce Puckiej, czyli siarczan potasowo-magnezowo-wapniowy, który może stanowić źródło potasu w produkcji nawozów wieloskładnikowych. A tu naturalnym odbiorcą są właśnie Azoty.

– Jesteśmy zainteresowani tym projektem, wspieramy go. Natomiast o zaangażowaniu kapitałowym na tym etapie mowy nie ma, jest to na razie część badawcza tego projektu – wyjaśnia rozmówca Newserii Biznes. – Również możemy powiedzieć o elektrowni poligeneracyjnej, o zagospodarowaniu góry fosfogipsów w Policach. Część projektów badawczych jeszcze przed nami.

Wiceprezes Skanska: kryterium niskiej ceny powinno zostać, bo zachęca do konkurencji i innowacyjności

0

CEO Magazyn Polska

Pomimo krytyki kryterium najniższej ceny pozostanie decydującym lub jednym z głównych czynników w większości przetargów. Przedstawiciele firmy Skanska AB Stockholm podkreślają, że zachęca ono do innowacyjności i tworzenia tańszych rozwiązań oraz napędza zdrową konkurencję. Jednak zmiany w prawie muszą wyeliminować problem nieuczciwych oferentów.

Administracja rządowa przygotowuje projekt ustawy, która będzie nieco bardziej kompleksowo spoglądać na możliwości wyboru oferentów i potencjalnych wykonawców do realizacji projektów, ale nie spodziewam się, powiedziałbym nawet, że nie oczekujemy jako firma, że nagle będziemy mieli tysiąc nowych przesłanek do wyboru oferty, bo wtedy zabije nam to klarowną, uczciwą, rzetelną konkurencję, która jest motorem rozwoju prywatnego biznesu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Roman Wieczorek, wiceprezes wykonawczy Skanska AB Stockholm.

Kryterium najniższej ceny jest często krytykowane jako źródło problemów w polskiej branży budowlanej. Nawet Najwyższa Izba Kontroli uważa, że ten sposób rozstrzygania jest zbyt często stosowany. Jednak Wieczorek przypomina, że kryterium najniższej ceny jest preferowane przez unijne przepisy, do których musi stosować się Polska. Dodaje, że kryterium to jest skutkiem walki o jak najtańsze inwestycje, a nie przyczyną problemów. Wieczorek zaznacza, że taka sytuacja dotyczy nie tylko branży budowlanej i infrastrukturalnej.

– Nie możemy wychodzić z założenia, że najniższa cena jest czymś złym, bo to ona powoduje, że konkurencja zaczyna funkcjonować, w ten sposób poszukuje się nowych rozwiązań technicznych, w ten sposób rozpoczyna się value engineering, w ten sposób firmy się rozwijają. A że zdarzają się takie, które w sposób nieodpowiedzialny przekazują cenę, to było, jest i niestety będzie w wolnej konkurencji – podkreśla Wieczorek.

Wieczorek dodaje, że choć ostatnie lata dla wielu wykonawców w Polsce były bardzo trudne, a nawet zakończyły się bankructwami, Skanska zatrudniła od 2011 r. ponad 2 tys. nowych pracowników. Podkreśla, że dzięki temu firma jest lepiej przygotowana do kolejnych lat, w których inwestycji znów powinno być bardzo dużo. Wieczorek oczekuje, że dzięki nauczce z poprzednich lat, pieniądze w nowej perspektywie unijnej będą jednak wydawane lepiej, a inwestycje – prowadzone do końca.

Te projekty już się zaczynają, już na rynku zaczynamy zauważać, że klienci, dysponenci środków finansowych, przygotowują oferty, w których firmy wykonawcze będą uczestniczyć. Kiedy będzie ta kumulacja, nie wiem. Byłoby najrozsądniej, gdyby udało się tak uczynić, żeby te środki były rozsądnie rozłożone w czasie. Przy czym nie możemy zapominać, że 2021 to jest koniec, w związku z tym jesteśmy ograniczeni czasowo. Ale myślę, że można tym zarządzić bardziej racjonalnie, niż to było poprzednio – ocenia Wieczorek.

Podkreśla, że zarządzanie ryzykiem w budownictwie to bardzo skomplikowany proces, który wymaga uwzględnienia wielu czynników. Na ostateczne powodzenie inwestycji wpływ mają m.in. ceny materiałów, koszty umów z podwykonawcami, dostępność materiałów i zasobów. Dlatego poprzednia unijna perspektywa budżetowa, w której na inwestycje drogowe wydanych zostało kilkadziesiąt miliardów euro, była okresem nauki.

Wieczorek zauważa, że wszyscy uczestnicy procesu inwestycyjnego, od rządu i instytucji publicznych aż po wykonawców, wiele się nauczyli. Te firmy, które nie poradziły sobie z nowymi wyzwaniami, upadły lub miały poważne problemy. To jednak normalne we wszystkich krajach, nie tylko w Polsce.

Dotknęła nas po prostu rzeczywistość biznesowa, która potrafi być twarda, a ekonomii się nie oszuka – mówi Wieczorek. – Nie możemy zapominać, że był święty rok 2012, który motywował nas do działań nie zawsze racjonalnych, i który wymuszał na administracji rządowej konieczność wydawania pieniędzy, nawet jeżeli rynek nie do końca był na to przygotowany. W związku z tym zbiegło się wiele okoliczności, których teraz nie ma. Nie ma żadnej imprezy tego typu, która wymusza określone działania.

Z tego powodu Wieczorek uważa, że kolejne lata będą bardzo udane dla branży budowlanej. Doświadczenia z ostatnich lat, dostępne środki oraz brak pośpiechu powinny zaowocować według niego skutecznymi inwestycjami.

Rośnie zainteresowanie Polaków ubezpieczeniami zdrowotnymi i abonamentami

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz częściej korzystają z prywatnej opieki medycznej. W ubiegłym roku wartość tego rynku wyniosła ponad 35 miliardów złotych. Największy wzrost zainteresowania notują ubezpieczenia zdrowotne i abonamenty. Ze względu na demografię oraz rosnący poziom zamożności Polaków rynek ten prawdopodobnie będzie wciąż rósł w siłę.

– Rynek prywatnej opieki medycznej od dłuższego czasu rozwija się w dość charakterystycznym dla siebie tempie. Jeżeli chodzi o ubezpieczenia zdrowotne i abonamenty, to jest to tempo dwucyfrowe, a pozostałe segmenty rynku rosną w tempie około 5-7 procent. W związku z tym jest to atrakcyjne, bo rynek ten rośnie znacznie szybciej niż inne segmenty gospodarki – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Joanna Szyman, prezes zarządu Scanmed Multimedis.

W ramach wydatków na prywatną opiekę medyczną najniższy wzrost można zaobserwować w wydatkach na zakup leków i sprzętu medycznego. Pozostałe segmenty rynku mają się dobrze, a eksperci przewidują, że w najbliższych latach popyt na usługi medyczne będzie wciąż rósł. Ma na to wpływ nie tylko coraz większy poziom zamożności Polaków i ograniczone nakłady na zdrowie w sektorze publicznym, lecz także czynniki demograficzne. Społeczeństwo się starzeje, wydłuża się średnia długość życia. W połączeniu z większą świadomością i chęcią przeznaczania większych środków na zdrowie, dla segmentu prywatnej opieki medycznej oznacza to stały wzrost.

O dobrych perspektywach rynku świadczy również duże zainteresowanie ze strony inwestorów branżowych.

 Rynek opieki medycznej cieszy się dużym zainteresowaniem. Świadczą o tym chociażby transakcje, które na nim zachodzą. Myślę, że w najbliższym czasie się to nie zmieni. Przede wszystkim dlatego, że rynek jest wciąż rozdrobniony i jest w początkowej fazie konsolidacji. Samych szpitali mamy ponad tysiąc, ponad 19 tys. jednostek opieki ambulatoryjnej, ponad 11 tys. POZ-ów. W związku z tym potencjał jest naprawdę duży. W konsolidacji i w synergiach wynikających z łączenia organizacji tkwią potencjał i efektywność – przyznaje Szyman w rozmowie podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego.

Większość prywatnych grup medycznych oferuje opiekę kompleksową – od lekarzy pierwszego kontaktu po specjalistów. Klienci doceniają zwłaszcza bogate zaplecze diagnostyczne i dobrze zaopatrzone szpitale – całodobowe, gdzie realizowane są procedury ratujące życie. Prywatne placówki przeważnie korzystają z finansowania prywatnego, ale też realizują kontrakty z Narodowym Funduszem Zdrowia. W przypadku grupy Scanmed Multimedis 50 proc. przychodów pochodzi z NFZ-u.

– W naszym portfelu istotną część stanowi komponent związany z podstawową opieką zdrowotną i opieką szpitalną – te dwa segmenty usług w dużej części są finansowane z Narodowego Funduszu Zdrowia. W szpitalnictwie udział NFZ-etu kształtuje się na poziomie około 60-65 procent. W przypadku usług ambulatoryjnych ta proporcja jest oczywiście dużo niższa, oczywiście poza segmentem opieki podstawowej, gdzie dominuje rzeczywiście płatnik publiczny – mówi Joanna Szyman.

Rosja zmniejsza import polskich jabłek. Owoce znad Wisły trafią do Chin i krajów arabskich

CEO Magazyn Polska

Dystrybutorzy owoców planują zmianę kierunku eksportu polskich jabłek. Rosja, do której trafia blisko 2/3 owoców, stopniowo odbudowuje swój rynek produkcyjny. Także niepewna sytuacja polityczna skłania do tego, by stopniowo uniezależnić się od rynku rosyjskiego. Polskie jabłka już w 2015 roku mogą trafić do Azji i krajów arabskich.

Mimo wcześniejszych informacji wciąż nie doszło do rozmów ws. zapowiedzi wprowadzenia przez Rosję embarga na wwóz jabłek z Polski. W kwietniu rosyjska Federalna Służba Nadzoru Weterynaryjnego i Fitosanitarnego poinformowała, że chce nałożyć embargo na polskie jabłka. Tłumaczyła to przekraczającym normy poziomem pestycydów i azotanów. Po 10 maja miały być prowadzone w tej sprawie rozmowy, jednak jak na razie nie ma żadnych potwierdzonych informacji dotyczących ewentualnego embarga.

Najbliższe dni będą kluczowe. Wiemy, że odbędą się zarówno spotkania przedstawicieli naszych władz z przedstawicielami Rossielchoznadzoru, jak i wewnętrzne spotkania, gdzie mają zapaść kluczowe dla polskiego rynku decyzje. Natomiast dopóki ich nie ma, dopóty nie ma też embarga i w tym momencie nie chcemy wróżyć z fusów – komentuje Jolanta Kazimierska, prezes Stowarzyszenia Polskich Dystrybutorów Owoców i Warzyw „Unia Owocowa”.

Polska jest największym producentem jabłek w Europie i największym na świecie eksporterem tych owoców. Według danych Związku Sadowników RP, w ubiegłym roku zostało wyeksportowanych 1,2 mln ton jabłek, z czego ponad 2/3 trafiło do Rosji. Rosyjscy konsumenci cenią polskie jabłka ze względu na walory smakowe i atrakcyjną cenę. Największym zagrożeniem dla branży jest jednak stopniowe zmniejszanie się rosyjskiego rynku.

Rosja stopniowo odbudowuje swój rynek produkcyjny i w perspektywie najbliższych 5–10 lat ten rynek może się naturalnie skurczyć. W związku z tym jesteśmy zmuszeni do tego, aby eksport zdywersyfikować i podejmować działania zapewniające sprzedaż niebagatelnej polskiej produkcji jabłek – zapowiada Kazimierska.

W kwietniu tego roku Komisja Europejska podjęła decyzję, że jednym z wniosków, który otrzyma dofinansowanie, będzie program Stowarzyszenia, stworzony przy współpracy ze Związkiem Sadowników. Zakłada on promocję polskich jabłek w Chinach i Zjednoczonych Emiratach Arabskich, a jego wartość wynosi ok. 5 mln euro. Jolanta Kazimierska ocenia, że projekt może ruszyć już jesienią tego roku. Choć nie wiadomo jeszcze, jaka ilość polskich jabłek może trafiać do Chin, to zdaniem prezes Unii Owocowej jest to rynek perspektywiczny. Chiny tytuł największego eksportera jabłek straciły niedawno właśnie na rzecz Polski.

W tej chwili ich jabłka są przeznaczane na konsumpcję lub są przetwarzane na soki zagęszczone, więc Chiny są otwarte na dobrej jakości jabłka importowane z różnych stron świata. To szansa dla nas. Mam nadzieję, że będziemy tam sprzedawać dużo jabłek, ale jest jeszcze za wcześnie, by o tym mówić, nie mamy jeszcze w tym regionie doświadczenia – tłumaczy Kazimierska.

„Unia Owocowa” duże nadzieje wiąże również ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. Kraj ten ma być platformą komunikacyjną i dystrybucyjną, a owoce miałyby być stamtąd wysyłane do Afryki Północnej – Algierii, Egiptu, Libii i Maroka.

Stowarzyszenie powstało w 2010 roku, a jego pierwsze działania dotyczyły eksportu na rynek wschodni, przede wszystkim do Rosji.

Nasza działalność ewoluuje. W tej chwili działamy zarówno na rzecz eksporterów, jak i organizacji producentów, które mierzą się z problemami dotyczącymi rozliczania projektów, nanoszenia zmian czy zatwierdzania planów dochodzenia do uznania. Jest to 23 procent zorganizowanego rynku w Polsce, który potrzebuje wsparcia merytorycznego, i takie staramy się mu udzielać – mówi Jolanta Kazimierska, agencji informacyjnej Newseria Biznes.

„Unia Owocowa” zabiega także o wypracowanie korzystnych norm, które pozwolą na sprawne funkcjonowanie grup producentów. Reprezentuje interesy dystrybutorów owoców i warzyw nie tylko w kraju, lecz także za granicą.

W tym miesiącu na rynek trafi nowa szczepionka przeciwko chorobie meningokokowej typu B

CEO Magazyn Polska

Inwazyjna choroba meningokokowa występuje rzadko, ale ma gwałtowny przebieg i doprowadza do ciężkich powikłań, a w 10 proc. przypadków kończy się śmiercią. Do polskich aptek jeszcze w maju trafi długo wyczekiwana szczepionka przeciwko serotypowi B meningokoków, odpowiedzialnemu za 70 proc. zakażeń w naszym kraju. Szczepienie zapewnia odporność w 90 proc. przypadków i jest szczególnie zalecana niemowlętom, nastolatkom oraz osobom w podeszłym wieku.

Neisseria meningitidis, czyli dwoinka zapalenia opon mózgowych, to bakteria odpowiedzialna za bardzo groźną, inwazyjną chorobę meningokokową. Zakażenia występują rzadko, ale mają bardzo szybki przebieg i w 10 proc. przypadków kończą się śmiercią. Według badań epidemiologicznych choroba 23 razy częściej dotyczy dzieci w pierwszym roku życia niż młodzieży czy osób dorosłych.

Zakażenia mają gwałtowny i początkowo skryty przebieg. Pierwsze cztery godziny to objawy grypopodobne, a później w ciągu następnych kilku godzin może dojść do masywnego uszkodzenia narządów wewnętrznych, co na zewnątrz objawia się wybroczynami. Te wybroczyny zatykają drobne naczynia. Jeżeli zakrzepica będzie zlokalizowana w palcach lub w nogach, może dojść nawet do amputacji – mówi agencji informacyjnej Newseria profesor Teresa Jackowska, przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego.

U pacjentów, których udało się wyprowadzić ze stanu krytycznego, może dojść do powikłań, w tym zaburzeń słuchu i zachowania oraz pogorszenia rozwoju umysłowego.

W naszym kraju zakażenia wywołują głównie meningokoki serotypu B oraz C. Do tej pory powszechnie stosowano szczepionki przeciwko serotypowi C, odpowiedzialnemu za 30 proc. zakażeń. W 2013 roku zarejestrowana została szczepionka przeciwko serotypowi B, który wywołuje 70 proc. przypadków inwazyjnej choroby meningokokowej.

Wiemy, że szczepienia meningokokowe są bardzo skuteczne. Około 90 proc. osób zaszczepionych nabywa odporność, czyli nie zachoruje na tę ciężką chorobę. Mamy trzy okresy, kiedy należy skupić się na szczepieniach: niemowlęta, nastolatkowie oraz osoby starsze, w wieku powyżej 60-65 lat – mówi prof. Jacek Wysocki, przewodniczący Polskiego Towarzystwa Wakcynologicznego.   

Szczepionka przeciwko serotypowi B meningokoków została już wprowadzona do programu szczepień w Wielkiej Brytanii. Niedługo trafi do polskich aptek, jednak na razie nie została wpisana do koszyka świadczeń gwarantowanych NFZ.

Jak to w Polsce bywa, zwykle na początku jest to rynek prywatny. Nas ta sytuacja, że szczepionkę mają tylko pacjenci, których na nią stać, nie zadowala. Jednak zwykle jest to etap wstępny, który wcześniej czy później prowadzi do refundacji, czyli do tego, żeby każdy potrzebujący tej szczepionki pacjent dostaje ją za darmo – dodaje Jacek Wysocki.

Szczepionka znalazła się na liście szczepień zalecanych przez Głównego Inspektora Sanitarnego.