Chude lata polskiej branży szkoleniowej

0

CEO Magazyn Polska

Rynek szkoleniowy wciąż odczuwa skutki kryzysu. Nie chodzi tylko o cięcia firm w wydatkach na szkolenia, lecz także o zmieniające się potrzeby przedsiębiorstw. Cały czas stawiają one na doskonalenie umiejętności zarządzania zmianą, zarządzania w nowej sytuacji, niezależnie od tego, czy chodzi o rozwój firmy, czy o jej restrukturyzację. Szkoleniowcy muszą sobie też radzić z rosnącą konkurencją ze strony uczelni wyższych.

To, co się dzieje na rynku szkoleniowym i na wielu rynkach usługowych, jest efekt kryzysu, mimo że upłynęło już 6 lat. Firmy poszukują przede wszystkim szkoleń z zakresu umiejętności zarządzania zmianą i umiejętności znalezienia się w innej sytuacji, niż była do tej pory – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Skała, prezes i założyciel szkoleniowej firmy Megalit z Krakowa. – W mojej opinii to jest to, czego najbardziej rynek potrzebował w ciągu ostatnich 2-3 lat, być może jeszcze ze dwa lata tak będzie się działo.

Kryzys spowodował, że wiele firm zostało zmuszonych do restrukturyzacji i zmiany sposobu działania, co pociągnęło za sobą także przemodelowanie współpracy z kontrahentami. Skała wyjaśnia to na przykładzie rynku farmaceutycznego. Działalność przedstawicieli firm farmaceutycznych, odpowiedzialnych za kontakty z właścicielami aptek, zmieniła się o tyle, że apteki łączą się w sieci, więc odwiedzanie każdej z nich przestaje mieć sens. Trzeba więc zmienić nie tylko sposób pracy przedstawicieli, lecz także strukturę firmy. 

Czasami zmiany wiążą się z cięciami, z konieczności restrukturyzacji w firmie. W takiej sytuacji trzeba rozwinąć umiejętności kadry menadżerskiej dotyczące tego, jak pracować z własnymi pracownikami, żeby ten proces przebiegł w miarę bezboleśnie – podkreśla Marek Skała. – Również zmiany polegające na rozwoju wymagają umiejętności radzenia sobie z nimi.

Kolejnym wzywaniem dla firm szkoleniowych jest rosnąca konkurencja ze strony uczelni wyższych, które coraz częściej stawiają na specjalizację w nowych dziedzinach, w których do tej pory specjalizowali się właśnie szkoleniowcy.

Trzeba szukać tego, do czego uczelnie jeszcze nie dotarły: do najnowszych osiągnięć i technik i znając rynek, trzeba umieć przełożyć tę nową wiedzę na konkretne rozwiązania i mechanizmy, które można wykorzystać na co dzień. Tutaj jest duże pole do popisu dla firm szkoleniowych, czyli trochę w kierunku consultingu i oczywiście absorbowanie nowych efektów badań, które się pojawiają – uważa Marek Skała.

Rozwój polskiego rynku szkoleniowego wspomagał w znacznej mierze dopływu środków unijnych z Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Wyczerpanie się środków z tego programu i trudna sytuacja finansowa może doprowadzić do spowolnienia w branży. 60 proc. uczestników  badania „EFS – End of Financial Support. Przyszłość rynku szkoleń w Polsce” zrealizowanego przez firmę HRP uznała, że popyt na szkolenia będzie spadał. Zdaniem Marka Skały, rosnąca konkurencja i dojrzałość rynku spowodują, że w najbliższych latach rynek będzie wymagał certyfikacji.

Obawiam się jednak o to, by wydawanie certyfikatów nie było traktowane tylko źródłem dodatkowych dochodów – mówi Skała. – Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, jaką wartość będzie mieć certyfikat i kto będzie go wydawał. Obecnie rolę certyfikatu spełnia członkostwo w Izbie Firm Szkoleniowych, ale myślę, że w przyszłości system certyfikacji firm szkoleniowych będzie bardziej rozwinięty – dodaje. 

Narodowy plan chorób rzadkich nadal niezatwierdzony

CEO Magazyn Polska

 

Nawet 8 proc. Europejczyków cierpi na choroby rzadkie. Schorzenia te najczęściej mają podłoże genetyczne i mogą być przyczyną niepełnosprawności. Ze względu na ciężki przebieg, trudną diagnostykę i brak skutecznej terapii tego typu zaburzeń, Rada Unii Europejskiej zaleciła wszystkim państwom członkowskim ustalenie planów postępowania z chorobami rzadkimi. Mimo że prace nad polskim Narodowym Planem dla Chorób Rzadkich trwają od 2011 roku, dokument do tej pory nie został zatwierdzony.

Choroby rzadkie to schorzenia dotykające bardzo niewielki odsetek społeczeństwa. W większości przypadków rozwijają się na skutek zaburzeń genetycznych, towarzyszą choremu do końca życia i często są przyczyną niepełnosprawności. Poszczególne choroby rzadkie występują u mniej niż 5 na 10 tys. Europejczyków, jednak całkowita liczba chorych obejmuje od 6 do 8 proc. populacji naszego kontynentu. Ze względu na ciężki przebieg, trudną diagnostykę i brak skutecznej terapii tego typu schorzeń, w 2009 roku Rada Unii Europejskiej zaleciła wszystkim państwom członkowskim ustalenie planów postępowania z chorobami rzadkimi.

Chodzi o to, żebyśmy my, jako pacjenci z chorobami rzadkimi, nie byli obciążeniem dla społeczeństwa, tylko żebyśmy aktywnie mogli dokładać się do niego. Jednak do tego potrzebna nam jest pomoc również ze strony administracji, bo nie każdy chory może się odnaleźć w tej rzeczywistości. Taki plan narodowy może pomóc nie tylko pacjentom, lecz także naukowcom, lekarzom i firmom, które takie produkują leki, jak również administracji państwowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Wojciech Oświeciński, prezes Stowarzyszenia Rodzin z Chorobą Gauchera.

W Polsce prace nad Narodowym Planem dla Chorób Rzadkich trwają od 2011 roku. Głównymi celami dokumentu miały być: rejestracja wszystkich chorób rzadkich, upowszechnienie ich diagnostyki i zwiększenie dostępności do opieki medycznej, rozwój i wspieranie badań oraz edukacja społeczna i pomoc chorym oraz ich rodzinom.

– Odbył się szereg konsultacji z chorymi, naukowcami i lekarzami. Również z administracją państwa. Pokładamy w tym wielkie nadzieje, licząc, że wreszcie uda nam się przekonać administrację do tego, żeby podjęła odpowiednie kroki i zaczęła ten program wdrażać. My przygotowaliśmy bardzo dokładny projekt tego programu. Teraz piłeczka jest po stronie administracji państwa – dodaje Wojciech Oświeciński.

Dokument nie został jeszcze zatwierdzony, mimo że Rada Unii Europejska zaleciła rozpoczęcie realizacji tego projektów do końca 2013 roku. 

Młodzi ludzie są gotowi na wiele ustępstw, by znaleźć pracę

CEO Magazyn Polska

Z badań wynika, że zatrudnionych jest nieco ponad 70 proc. absolwentów i studentów szkół wyższych. Sytuacja na rynku pracy powoduje, że młodzi ludzie, poszukując zatrudnienia, są gotowi na daleko idące kompromisy. Podejmują pracę, która nie jest zgodna z ich wykształceniem, obniżają swoje wymagania finansowe lub gotowi są na długie dojazdy do pracy. Ci, którzy jeszcze nie znaleźli odpowiedniego zatrudnienia, mogą skorzystać z projektów umożliwiających zdobycie stażu, nawet w prestiżowych firmach.
Przeprowadziliśmy badania, które miały pokazać, jak radzą sobie młodzi ludzie wchodzący dopiero na rynek pracy. Aż 72 proc. studentów bądź absolwentów do 28. roku życia deklaruje, że pracuje, czy to na umowę o pracę, czy na umowę cywilno-prawną. Odbywają też staże lub praktyki. 28 proc. osób nie jest czynnych zawodowo – mówi agencji informacyjnej Newseria Katarzyna Merska-Pietra, koordynator ds. komunikacji firmy Gumtree, organizującej program „Start do kariery”.

Młodzi ludzie chętnie podejmują pracę i chcą zdobywać doświadczenie zawodowe u boku pracowników z wieloletnim stażem.  Zaledwie 4 proc. studentów i absolwentów decyduje się na założenie własnej działalności gospodarczej.

–  Bardzo duży odsetek tych osób pracuje w branży, która nie jest zgodna z ich profilem wykształcenia. Młodzi ludzie są w stanie iść na kompromisy, żeby zdobyć pierwszą pracę i móc pozwolić sobie na taki start do kariery. I te kompromisy, na które najbardziej ich stać, to właśnie praca niezgodna z ich wykształceniem, są też w stanie dojeżdżać dalej do pracy bądź obniżyć swoje oczekiwania finansowe – mówi Katarzyna Merska-Pietrak.

Młodzi ludzie poszukujący pracy, którzy nie mają doświadczenia, na specjalnie przygotowanych stronach internetowych mogą uzyskać wskazówki i porady: jak szukać zatrudnienia, jak wyróżniać się spośród tysięcy kandydatów i na co zwracać szczególną uwagę podczas rozmów kwalifikacyjnych.

Chcielibyśmy tym ludziom dostarczyć wiedzy na temat tego, jak pisać CV, jaka jest specyfika poszukiwania pracy w internecie. Chcemy im dać możliwość spotkania się z przedstawicielami firm z różnych branż. To będzie możliwe podczas cyklu warsztatów, które zostaną zorganizowane w pięciu miastach: Warszawie, Krakowie, Łodzi, Poznaniu i Wrocławiu – dodaje Katarzyna Merska-Pietrak. – Już wkrótce zacznie działać strona internetowa, na której osoby, które chcą wziąć udział w tym programie, będą mogły się zarejestrować, wypełnić krótki formularz, zarejestrować swoje CV. Najlepsi kandydaci zostaną zarekomendowani firmom, które zgłoszą się do udziału w programie.

Cykl „Start do kariery” rozpoczną warsztaty na Politechnice Wrocławskiej, które odbędą się 21 maja.

Fitch Ratings podtrzymuje wysoką ocenę ENEA S.A.

Agencja podtrzymała dla spółki długoterminowe ratingi w walucie krajowej i zagranicznej na poziomie „BBB” oraz długoterminowy rating krajowy na poziomie „A (pol)”. Perspektywa ratingów jest stabilna.

Grunty inwestycyjne w Polsce – gdzie szukać tych najlepszych?

Piotr Goździewicz

Dr Piotr Goździewicz, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych, Region Europy Środkowo-Wschodniej, BNP Paribas Real Estate odpowiada na pytania na temat atrakcyjności inwestycyjnej gruntów.

Gdzie szukać działek pod inwestycje na rynku nieruchomości komercyjnych?

Działki atrakcyjne z punktu widzenia potencjalnego inwestora rynku nieruchomości komercyjnych zlokalizowane są przede wszystkim w obrębie dużych polskich miast oraz ich regionów (Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Katowice / Górny Śląsk, Poznań), w obrębach istniejących stref ekonomicznych np. Lódź czy też w okolicach zakładów produkcyjnych jak na przykład Volkswagen w Poznaniu. Oczywiście są to również węzły komunikacyjne czyli autostrady, lotniska, dworce kolejowe. Na przykład PKP jest właścicielem wielu lokalizacji z bardzo ciekawym potencjałem komercyjnym zarówno w charakterze strategicznym jak np. Warszawa czy Wrocław jak i w mniejszych miastach. Także w mniejszych miastach można znaleźć atrakcyjne lokalizacje. Będą to okolice osiedli mieszkaniowych z potencjałem na obiekty handlowe.

Jakie czynniki wpływają na atrakcyjność inwestycyjną działki z punktu widzenia inwestora?

Atrakcyjne lokalizacje działek inwestycyjnych powinny zapewnić potencjał na generowanie przez inwestora dochodów z wynajmu powierzchni komercyjnych, co przekłada się na zwrot z zainwestowanego kapitału. Lokalizacja działki pod obiekt biurowy musi zapewniać potencjał na znalezienie najemców na powierzchnię, która zostanie tam wybudowana. Działki pod obiekty handlowe zlokalizowane w miejscowościach o sile nabywczej mieszkańców przekraczającej średnią dla kraju, nawet jeśli jest to miejscowość poniżej 20 000 mieszkańców, również wygenerują popyt inwestycyjny.

Terenów inwestycyjnych można poszukiwać na przykład poprzez wyspecjalizowane firmy doradcze obecne na rynku nieruchomości komercyjnych, takie jak np. BNP Paribas Real Estate. Jednocześnie firma doradcza może także pomóc w sprzedaży takiej działki.

Aby zmaksymalizować cenę sprzedaży dobrze sprzedawać działkę razem z projektem inwestycyjnym tzn. na przykład razem z uzyskanym pozwoleniem na budowę, ale przynajmniej koncepcja możliwego projektu inwestycyjnego powinna być zgodna z miejscowym planem zagospodarowania terenu. Działka inwestycyjna, która mogłaby zainteresować inwestora zagranicznego, powinna mieć uregulowany stan prawny (tytuł własności lub użytkowanie wieczyste, brak roszczeń reprywatyzacyjnych).

Czy Polska Wschodnia ma szansę zyskać na atrakcyjności?

Jeśli chodzi o tereny Polski Wschodniej, to strategiczny plan i przedsięwzięcia z udziałem państwa poprzez np. rozwój infrastruktury drogowej i udział funduszy europejskich podniosłyby tam atrakcyjność terenów inwestycyjnych.

Kwietniowy spadek nastrojów konsumenckich Polaków

W kwietniu wartość Barometru Nastrojów Konsumenckich GfK spadła w stosunku do poprzedniego miesiąca o 3,7 punktu. Obecnie wynosi ona minus 22 punkty.

Biorąc pod uwagę poszczególne wskaźniki wchodzące w skład barometru, na przestrzeni ostatniego miesiąca pogorszyły się oceny przyszłej sytuacji ekonomicznej gospodarstw domowych i możliwości oszczędzania oraz oczekiwania co do pozytywnych zmian w sytuacji ekonomicznej kraju. Wartość składowej dotyczącej ocen zmian na rynku pracy pozostała bez zmian.

Przyszła sytuacja ekonomiczna gospodarstw domowych
W kwietniu oceny przyszłej sytuacji ekonomicznej gospodarstw domowych spadły o 2 punkty i wynoszą obecnie minus 7 punktów. Oznacza to powrót do sytuacji z początku roku.

Możliwości oszczędzania
W kwietniowym pomiarze wskaźnik przedstawiający skłonność gospodarstw domowych do oszczędzania spadł o 11 punktów i wynosi obecnie minus 42 punkty.

Przyszła sytuacja gospodarcza kraju
Wartość składowej barometru GfK dotyczącej ocen przyszłej sytuacji gospodarczej kraju spadła w kwietniu o 2 punkty i wynosi obecnie minus 16 punktów.

Przyszła sytuacja na rynku pracy
Wskaźnik ilustrujący składową barometru GfK mówiący o prognozach rozwoju sytuacji na rynku pracy pozostał w kwietniu na niezmienionym poziomie i wynosi obecnie minus 23 punkty. Jest to wciąż najwyższa wartość dla tej składowej od 2,5 roku.

Wyniki finansowe Grupy IPF (właściciel Provident Polska) w pierwszym kwartale 2014

Grupa International Personal Finance, właściciel Provident Polska, w pierwszym kwartale 2014 roku, osiągnął zysk na poziomie 63,5 mln PLN (12,7 mln GBP). Jest to wzrost o 18 mln PLN (3,6 mln GBP). Zysk polskiej spółki wyniósł 39 mln PLN (7,8 mln GBP) i wzrósł o 13,5 mln PLN (2,7 mln GBP).

Mimo coraz bardziej konkurencyjnego otoczenia, w Polsce i na Litwie osiągnięto bardzo dobre wyniki oraz mocny wzrost zysku bazowego o 21 mln PLN (4,2 mln GBP), wynikający głównie ze wzrostu udzielonych pożyczek o 10% i zwiększenia się przychodów o 15% w porównaniu z I kw. 2013. Provident Polska kończy kwartał z 843 000 klientów (rok temu było to 829 tysięcy), a jakość pożyczek utrzymuje się na dobrym poziomie. Utrata wartości należności od klientów w ujęciu rocznym, jako odsetek przychodu, pozostaje na stabilnym poziomie 28,7%. Spółka ściśle kontrolowała koszty, uwzględniając inwestycje na Litwie, wskaźnik kosztów do dochodu wzrósł tylko o 0,3 punktu procentowego – do 33,0%. Obecnie trwa geograficzna ekspansja działalności firmy na Litwie, gdzie Provident posiada 2 200 klientów.

Cieszę się, mogąc poinformować o pozytywnym rozpoczęciu roku i osiągnięciem dobrych poziomów wzrostu i zysków – powiedział Gerard Ryan, Dyrektor Zarządzający IPF. Na początku kwietnia z powodzeniem refinansowaliśmy nasze euroobligacje po istotnie niższym koszcie. Dzisiejsze ogłoszenie skupu akcji własnych na kwotę około 50 mln GBP w celu obniżenia wskaźnika kapitału własnego w całości finansowania do około 45%, dowodzi naszego zaangażowania w dalsze zwiększanie wartości dla akcjonariuszy. Znajdujemy się w dobrej pozycji do zapewnienia dalszego wzrostu w kolejnych miesiącach roku – dodał prezes Ryan

Utrzymując przyspieszenie osiągnięte w roku 2013 i koncentrując się na generowaniu zrównoważonego wzrostu osiągnęliśmy bardzo dobre wyniki operacyjne w pierwszym kwartale. Zysk brutto wzrósł o 3,6 mln GBP do 12,7 mln GBP. Wszystkie rynki przyczyniły się do silnego wzrostu zysku bazowego o 7,5 mln GBP, który został częściowo skompensowany przez zainwestowanie 2,3 mln GBP na naszych dwóch nowych rynkach – Litwie i Bułgarii – oraz przez wpływ niższych kursów walutowych wynoszący 1,6 mln GBP.

Najważniejszymi czynnikami kształtującymi wynik za I kw. był mocny wzrost udzielonych pożyczek o 18% oraz ich dobra jakość. Wzrost udzielonych pożyczek osiągnięto dzięki większej o 7% liczbie klientów, co stanowi kontynuację strategii wybiórczego łagodzenia warunków udzielania pożyczek nowym klientom oraz udzielania większych pożyczek obecnym klientom o dobrej jakości. Popyt na nasze produkty pożyczkowe o dłuższym terminie w Polsce, Czechach i na Słowacji jest nadal silny, a w lutym 2014 r. uruchomiona została pożyczka 100-tygodniowa na Węgrzech i pożyczki na okres do 78 tygodni w Rumunii.

Jednocześnie z osiąganiem wzrostu utrzymane zostały dobre wyniki w zakresie odzyskiwania należności, a jakość pożyczek utrzymuje się na solidnym poziomie. W związku z powyższym utrata wartości należności od klientów w skali roku, wyrażona jako procent przychodów, pozostawała na stabilnym poziomie 26,7%, mieszczącym się bez problemów w zakresie docelowym firmy: 25-30%. Wskaźnik kosztów do dochodów w ujęciu rocznym poprawił się od końca roku 2013 o 0,2 punktu procentowego do poziomu 39,3%, po zainwestowaniu 2,3 mln GBP na Litwie i w Bułgarii. Wskaźnik kosztów do dochodów w skali roku z wyłączeniem nowych rynków wyniósł 38,4%, co oznacza poprawę o 0,5% od końca roku.

Polacy mają małą wiedzę o systemie emerytalnym. ZUS zamierza edukować przyszłych emerytów już w szkole

CEO Magazyn Polska

Już od miesiąca Polacy mogą decydować o tym, gdzie ma być gromadzone 15 proc. ich składki na emeryturę. Dotychczas wpłynęło jedynie niecałe 60 tysięcy wniosków, co jest niewielką liczbą, biorąc pod uwagę 14 mln uprawnionych. Zdaniem ekspertów wiedza Polaków na temat ubezpieczeń społecznych jest wciąż znikoma, dlatego ZUS wprowadził w szkołach pilotażowe lekcje o systemie ubezpieczeń społecznych. Zakład chce, by od września takie lekcje były wprowadzone do wszystkich szkół ponadgimnazjalnych.

Badania dotyczące tego, jak ludzie rozumieją system emerytalny, pokazują, że świadomość nie jest niestety wysoka. Dlatego ZUS uznał, że trzeba edukować. Dzięki staraniom ministra pracy, ZUS-u i ministra edukacji do szkół wchodzi program edukacyjny przygotowany przez ZUS o tym, jak działa system emerytalny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zbigniew Derdziuk, Prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Program „Lekcje z ZUS” składa się z czterech lekcji przygotowanych przez ekspertów oraz nauczycieli metodyków. Mają one budować świadomość społeczną młodych Polaków i pokazać, jak poruszać się w systemie ubezpieczeń społecznych. Pierwszy etap pilotażu projektu odbył się w Płocku, Radomiu i Siedlcach w październiku i listopadzie ubiegłego roku, od tego roku akcja pilotażowa trwa już w całym kraju. Prezes ZUS zaznacza, że chce, by od września lekcje stanowiły element minimum programowego, a dla nauczycieli i uczniów zostały przygotowane specjalne podręczniki.

Każdy, kto zaczyna pracę, od razu musi być zgłoszony do systemu ubezpieczeń. Powinien wiedzieć, że może wybrać albo OFE, albo ZUS. Uważamy, że każdy, kto kończy szkołę, powinien wiedzieć także, jak funkcjonuje system emerytalny. Bo dzisiaj świadczenia emerytalne z ZUS-u to jest 11 proc. PKB. Co dziewiąta złotówka idzie na świadczenia związane z zabezpieczeniem społecznym. Warto, żebyśmy wiedzieli, jak nasze państwo funkcjonuje, jakie są nasze prawa i obowiązki w przyszłości, kiedy pracujemy i kiedy jesteśmy emerytami – tłumaczy Zbigniew Derdziuk.

Niewiele osób wie, jak wyliczana jest emerytura, od czego zależy jej wysokość i jaka jest przyszłość systemu emerytalnego w kontekście aktywności zawodowej obywateli i demografii. Jest to widoczne zwłaszcza przy rozpoczęciu kariery zawodowej przez młodych ludzi. Wedle danych z 2013 roku spośród blisko pół miliona uprawnionych, tylko niewiele ponad 20 procent samodzielnie dokonało wyboru OFE, z czego niewiele ponad 15 procent z tej grupy wybrało OFE bez wcześniejszego wezwania z ZUS-u. 80 procent uprawnionych było losowanych. Od lutego ci, którzy nie dokonają wyboru, nie będą już losowani, a ich składki emerytalne będą trafiały wyłącznie do ZUS-u.

Dlatego warto edukować, od czego zależą składki, jak działa system i jak różne rozwiązania wpływają na bezpieczeństwo przyszłych emerytur. Przed zmniejszeniem składek w 2011 roku 7,3 procent zarobków, czyli 37 procent naszej składki szło do OFE. Teraz, po zmniejszeniu, może to być 2,92 procent zarobków, ale to jest 15 procent naszych składek – przekonuje Derdziuk.

Członkowie OFE mogą wybrać, czy ta część składki ma być nadal przekazywana do II filaru, czy też zostać zewidencjonowana na specjalnym subkoncie w ZUS, na które trafia pozostała część składki z tego filaru, czyli w wysokości 4,38 procent wynagrodzenia. Decyzję można podjąć do końca lipca, jednak nie jest ona nieodwracalna. Co cztery lata, w ramach okienek transferowych, będzie można zmienić decyzję. Przez pierwszy miesiąc, z możliwości składania deklaracji o pozostaniu w OFE skorzystało 56 tys. osób (z 14 milionów uprawnionych). Blisko połowa zrobiła to osobiście, podczas wizyty w oddziale, na salach obsługi klienta. Ponad 35 procent wybrało pocztę, a tylko 15 procent skorzystało z drogi elektronicznej, za pośrednictwem portalu PUE.

Część ekspertów spodziewa się, że do lipca deklaracje może złożyć blisko jedna piąta wszystkich uprawnionych.
Zdaniem ekonomisty Ryszarda Bugaja, świadomość tego, jak wygląda i działa system emerytalny jest jednak dziś i tak większa niż przed kilkunastoma laty, kiedy w mediach trwała kampania reklamowa towarzystw emerytalnych, która miała przekonać Polaków do tego, że wybór OFE automatycznie oznacza wysoką emeryturę.

– To było zawracanie głowy, ale przecież prawie wszyscy ludzie uwierzyli, dlatego że ta grupa, która mogła, ale nie musiała zapisać się do PTE właściwie zapisała się prawie w 100 procentach, co zresztą ma daleko idące następstwa dla sektora finansów publicznych. Bo jeżeli oni się zapisali, to część ich składki poszła do towarzystw emerytalnych i więcej zabrakło w ZUS-ie i państwo musiało do ZUS-u więcej dopłacić – tłumaczy Ryszard Bugaj, ekonomista z Instytutu Nauk Ekonomicznych w PAN.

Wybór miały osoby urodzone między końcem 1949 r. a początkiem 1969 r. Od 1999 roku wszyscy, którzy rozpoczynali pracę, trafiali w ramach II filaru do powszechnego towarzystwa emerytalnego.

W ostatnich latach prawie wszyscy do towarzystw emerytalnych są losowani, sami się nie zapisują. Nawet dzisiaj, jeżeli jest to sytuacja taka, że trzeba zrobić krok, zapisać się, a ludzie nie wiedzą, co będzie naprawdę, to machają na to ręką – podsumowuje Bugaj.

Ministerstwo Gospodarki chce parytetów w radach nadzorczych spółek

0

Ministerstwo Gospodarki chce zachęcić biznes do pomysłu wprowadzenia parytetów w radach nadzorczych. Zdaniem wiceminister Ilony Antoniszyn-Klik, argumentów za tym jest wiele. Niedostateczna reprezentacja kobiet w firmach powoduje, że w pewnym sensie tracą na tym zarówno same firmy, jak i cała gospodarka. Debata dopiero rusza, ale już wiadomo, że będzie burzliwa, bo – jak podkreśla wiceminister – dotychczasowe reakcje są bardzo krytyczne.

Z danych Komisji Europejskiej wynika, że kobiety stanowią zaledwie 10 proc. zatrudnionych w radach nadzorczych polskich firm. W gronie 28 państw UE ten wskaźnik wynosi 17,6 proc, a celem KE jest osiągnięcie 40 proc. do 2020 r. Zwolennicy ustawowego rozwiązania problemu małej reprezentacji kobiet argumentują, że inne, podejmowane już działania są nieskuteczne i że zbyt duże nierówności płci są nieefektywne ekonomicznie.

– Zaczynamy debatę na temat udziału kobiet w radach nadzorczych. Sądzimy, że instrument parytetu powinien zostać poddany pod dyskusję jako jeden z możliwych instrumentów. Ograniczenie się tylko do firm Skarbu Państwa jest absolutnie niewystarczające, nie będzie odpowiadało na prawdziwe wyzwania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ilona Antoniszyn-Klik, wiceminister gospodarki.

Choć Ministerstwo Gospodarki spodziewa się dużej krytyki postulowanych przez UE rozwiązań, to uważa za konieczne podjęcie działań na rzecz większej równości między kobietami a mężczyznami.

– Wiemy, że będzie to bardzo burzliwa dyskusja, ale sądzimy, że nie wolno tematu aktywności kobiet w gospodarce zatrzymywać, on musi być prowadzony cały czas. Bierzemy na siebie ryzyko, że może być to debata trudna, być może nawet przegrana. Ale sądzimy, że ona jest jednak bezwzględnie potrzebna do tego, żeby doprowadzać do większej równości w biznesie – uważa wiceminister.

Pomysł odgórnego ustalania parytetów wzbudza kontrowersje wśród niektórych środowisk i ekspertów, ponieważ – ich zdaniem – jest nadmierną ingerencją w wolność gospodarczą, a ściślej, w prawo własności i autonomię spółek. Z tego względu nie jest wykluczone, że parytety mogą być rozwiązaniem sprzecznym z Konstytucją RP. Obecnie polskie prawo (Kodeks Spółek Handlowych) nie ogranicza swobody akcjonariuszy w zakresie wyboru członków rady nadzorczej. Istnieją jedynie rekomendacje, które nie są wiążące prawnie. Przykładem jest GPW, która w ramach dobrych praktyk zaleca spółkom publicznym dbanie o zrównoważony udział kobiet i mężczyzn w ich władzach.

W opracowaniu Forum Odpowiedzialnego Biznesu „Kobiety w biznesie: stan obecny, proponowane rozwiązania” wymienia się też inne argumenty przeciw parytetom, jak np. konieczność szukania na siłę kobiet do rad nadzorczych czy tzw. złote spódniczki, czyli wąskie grono kobiet, które dzięki parytetom wykorzysta swoje wysokie i rzadkie kompetencje do objęcia stanowisk w wielu radach nadzorczych. Ministerstwo Gospodarki zapowiada, że weźmie pod uwagę wszystkie opinie i nie będzie forsować zmian wbrew woli przedsiębiorstw. Chce jednak przekonywać, że więcej kobiet to lepsze zarządzanie, co w skali całej gospodarki oznacza wzrost zamożności.

– Na pewno nie będziemy próbowali wbrew biznesowi wprowadzać zmian. Ale jest bardzo dużo argumentów za tym, żeby parytety były wprowadzone. Trzeba jasno powiedzieć – w firmach, które są w części albo w równych częściach zarządzane przez obydwie płci, jest większa efektywność gospodarcza, jest większa innowacyjność. Nasza gospodarka nie wykorzystuje całego swojego potencjału. Kobiety, które są doskonale wykształcone, które nie uczestniczą w gospodarczym obrocie, powodują, że pewnej części PKB nie ma – twierdzi Ilona Antoniszyn-Klik.

Również według Forum Odpowiedzialnego Biznesu, istnieje wiele niezależnych raportów i badań, m.in. McKinsey & Company i Credit Suisse Research Institute, które stwierdzają, że wyższa obecność kobiet w zarządach lub radach nadzorczych pozytywnie wpływa na wyniki finansowe. Korzyści dla firm mają pojawiać się w okolicach 30 proc. udziału kobiet. Obecnie parytet 30/70 obowiązuje w Polsce na listach wyborczych i zdaniem resortu gospodarki warto się zastanowić nad jego zastosowaniem w sektorze firm.

Sądzimy, że to jest dobrym początkiem do rozmowy na temat parytetów w radach nadzorczych, które oczywiście mogą iść w obydwie strony, czyli chronią też panów przez nadmierną dominacją pań – uważa wiceminister gospodarki.

Realizacja 40-proc. celu KE będzie wyzwaniem nie tylko w Polsce. Obecnie żadne państwo unijne nie znajduje się blisko tego progu. Liderami są Finlandia i Łotwa, gdzie udział kobiet w radach nadzorczych stanowi odpowiednio 30 i 29 proc. Zdaniem unijnych urzędników, cel jest jednak osiągalny, o czym świadczą przykłady Norwegii i Islandii, gdzie reprezentacja kobiet w radach spółek sięga odpowiednio 44 i 49 proc.

Szwajcarski rynek pracy od maja stoi otworem dla Polaków

CEO Magazyn Polska

Od maja Szwajcaria zlikwidowała limity kwotowe na wydawanie długoterminowych pozwoleń na pobyt. Oznacza to całkowite otwarcie tamtejszego rynku pracy dla obywateli nowej Unii Europejskiej (oprócz Bułgarów i Rumunów), w tym dla Polaków. Do obecnych w Szwajcarii około 40 tysięcy Polaków mogą dołączyć następni, zwłaszcza że ten alpejski kraj kusi wysokimi zarobkami.

Szwajcarzy otwierają rynek, ponieważ jest taka potrzeba. Nie tylko polityczna, ze względu na integrację europejską, która też obejmuje Szwajcarów, choć mają oni w Europie pozycję wyjątkową. Wynika też z faktu, że społeczeństwo się starzeje, podobnie jak w innych rozwiniętych krajach europejskich, co powoduje, że potrzeba napływu taniej siły roboczej, zwłaszcza jeśli chodzi o zawody pielęgnacyjne, jest bardzo duża – zaznacza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bernhard Matussek, dyrektor zarządzający Kienbaum Polska.

Polacy, podobnie jak mieszkańcy innych krajów Europy Wschodniej, stosunkowo łatwo integrują się ze Szwajcarami. Ma to związek z podobnymi wyznawanymi wartościami. Szacuje się, że w Szwajcarii mieszka obecnie około 40 tysięcy Polaków, z czego połowa z nich to ci, którzy przyjechali ze względu na pracę.

Polacy są na rynku, obserwuję to przede wszystkim poprzez menadżerów, ludzi wysoko wykwalifikowanych, którzy pracują tam już od wielu lat. W Szwajcarii jest wiele centrali firm czy koncernów międzynarodowych. Wiedza i doświadczenie zdobyte przez polskich menadżerów w ciągu ostatnich 20 lat zaprowadziły ich również do centrali w Szwajcarii. Polacy na wysokich stanowiskach, na stanowiskach menadżerskich są tu obecni już od wielu lat – ocenia Bernhard Matussek.

Jak podkreśla, Szwajcaria oferuje wysokie zarobki, ale jednocześnie koszty utrzymania są tam znacząco wyższe niż w innych krajach europejskich.

Uposażenie, które trzeba mieć, żeby korzystać z dobrodziejstw tego kraju jest wysoko ponad przeciętność. Płaca minimalna w Szwajcarii wynosi około 4 tysięcy franków. To suma z naszego punktu widzenia bardzo wysoka. Płaca minimalna w Szwajcarii jest jednak związana z bardzo wysokimi kosztami życia codziennego, co powoduje, że nie są to pieniądze, które pozwalałyby na podobny poziom życia jak odpowiednio 1314 tys. zł w Polsce – wyjaśnia Matussek.

Wysokie zarobki mogą skusić tych, którzy szukają przede wszystkim pracy pomocniczej i sezonowej oraz młodych ludzi, którzy początek kariery zawodowej chcą spędzić za granicą. 18 maja Szwajcarzy zadecydują w referendum, czy chcą podniesienia płacy minimalnej do poziomu 25 dolarów za godzinę. To najwyższa stawka na świecie, ale zdecydowana większość Szwajcarów zarabia więcej. Już teraz, jak podaje wydany przez szwajcarski związek zawodowy Unia we współpracy z Ambasadą Polską w Bernie i OPZZ przewodnik dla Polaków, minimalne wynagrodzenie np. malarza w niektórych kantonach przekracza tę kwotę.

Wysoka średnia płaca (na poziomie około 5 tys. euro) i niski poziom bezrobocia (na poziomie 3,5 proc.) przyciąga do pracy w Szwajcarii wielu obcokrajowców, zwłaszcza Niemców, Francuzów czy Włochów. Obcokrajowcy stanowią blisko 20 proc. mieszkańców.

Są to ludzie, którzy przez to społeczeństwo często są odbierani jako ci, którzy zabierają pracę Szwajcarom. To jest pewnie początek dyskusji społecznej, która musi się odbyć, żeby wzrosła świadomość społeczna, że obcokrajowcy, nie mówię tu koniecznie o Polakach, będą potrzebni ze względu na strukturę wiekową społeczeństwa – ocenia Matussek.

W lutowym referendum Szwajcarzy opowiedzieli się – choć minimalną przewagą głosów – za ograniczeniem imigracji. Jednak z drugiej strony na rynku pracy brakuje siły roboczej, zwłaszcza słabo wykwalifikowanej, co oznacza, że wynik referendum może zostać zweryfikowany przez życie.