Grupa Muszkieterów stawia na rozwój. W planach 500 nowych sklepów do 2020 roku

0

CEO Magazyn Polska

Francuska Grupa Muszkieterów, która zrzesza właścicieli supermarketów spożywczych Intermarché oraz działających w segmencie dom i ogród sieci sklepów Bricomarché, chce wzmocnić swoją pozycję na polskim rynku. Do 2020 roku zamierza zwiększyć sieć punktów handlowych z obecnych 300 do 800. Dzięki przyjętej strategii firmie udało się zwiększyć obroty dwucyfrowo. W 2013 roku sięgnęły w sumie prawie 5 mld zł.

Pierwsze trzy miesiące tego roku w sklepach Intermarché okazały się lepsze pod względem sprzedaży o 5 proc. w porównaniu do sytuacji sprzed roku. Sprzedaż w okresie przedświątecznym była lepsza o 11 proc.

Obroty Intermarché w 2013 roku wyniosły 3,9 mld zł. W sklepach Bricomarché sprzedaż sięgnęła w tym czasie 980 mln zł. Według zarządu Grupy, jest przestrzeń do dalszego rozwoju. W sumie, zgodnie z przyjętymi założeniami w 2020 roku obroty Muszkieterów mają sięgnąć 16 mld zł.

– Nasza strategia jest nastawiona na bardzo agresywną politykę cenową i redukcję naszych cen, zarówno stałych, jak i promocyjnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Waligórski, prezes Dyrekcji Handlowej Intermarché.

Aby te plany udało się zrealizować, firma chce zainwestować w naszym kraju kolejne 6 mld złotych. Chodzi przede wszystkim o pieniądze na rozbudowę sieci. Dziś działa 205 sklepów pod marką Intermarché i 95 punktów handlowych z logo Bricomarché. Są one zlokalizowane głównie w zachodniej Polsce, w małych miejscowościach liczących do 70 tys. mieszkańców. W ciągu kolejnych pięciu lat ma ich być więcej, w sumie o pół tysiąca. Według strategii nowe markety zostaną uruchomione przede wszystkim w centrum i na wschodzie kraju.

– Od początku tego roku uruchomiliśmy już pięć nowych sklepów Intermarché – mówi Waligórski. – Cel na rok 2014 to 20 nowych marketów, działających pod tą marką. Myślę, że zrobimy niespodziankę, i tych sklepów będzie więcej.

Nowe punkty sprzedaży mają być otwierane zarówno w dużych miastach, takich jak Toruń, Łódź i Gdańsk, jak i w mniejszych miejscowościach, m.in. w Bukownie i Suchej Beskidzkiej.

Dalszy rozwój Grupy wpłynie także na zwiększenie zatrudnienia. Dziś Muszkieterowie są pracodawcą dla 13 tys. osób. W 2020 roku we francuskiej sieci pracować będzie 33 tys. osób, z czego 25 tys. w sklepach Intermarché.

Bezpośrednie loty z Warszawy do Dubaju coraz popularniejsze. Od czerwca Emirates zaoferuje większe samoloty

CEO Magazyn Polska

Uruchomienie połączenia lotniczego pomiędzy Warszawą a Dubajem okazało się sukcesem. Obsługująca je linia Emirates po ponad roku lotów zamierza zmienić latający do Dubaju samolot na większy, co pozwoli obsługiwać o połowę więcej pasażerów. Z bezpośredniego połączenia korzystają nie tylko turyści, którzy coraz chętniej wybierają dalekie kierunki podróży, lecz także przedsiębiorcy, którzy prowadzą interesy na rynkach azjatyckich.

– Po pierwszym roku działalności w Polsce możemy z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że spełniły się pokładane w tym połączeniu nadzieje – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Pyrka, country manager linii Emirates w Polsce. – Od 1 czerwca br. będziemy operowali samolotem Boeing 777-200, który zabiera 346 pasażerów na pokład. Do tej pory operowaliśmy Airbusem A330, który zabierał ich 237. Możemy więc mówić o 50-proc. przyroście oferowanych miejsc.

Emirates rozpoczęły bezpośrednie loty do Warszawy ze swojej bazy w Dubaju 6 lutego 2013 r. Przewoźnik lata na tej trasie raz dziennie. Pyrka podkreśla, że Boeing 777-200, który od czerwca będzie wykorzystywany przez linię, będzie największym samolotem pasażerskim regularnie pojawiającym się na warszawskim Lotnisku Chopina.

Dodaje, że najwięcej pasażerów lata tylko do Dubaju, choć nie brakuje osób przesiadających się w bazie Emirates. Największe miasto Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest jednak interesujące zarówno dla turystów, jak i dla przedsiębiorców.

– Coraz więcej polskich firm decyduje się rozszerzyć swoją działalność. Postrzegają Bliski Wschód, a także rynki azjatyckie, za pośrednictwem Dubaju, jako dobre miejsce do robienia swojego biznesu, jako miejsce swojego rozwoju. Dubaj staje się atrakcyjnym miejscem ze względu na siedziby i przedstawicielstwa spółek, które pochodzą z Afryki czy też z Azji i otwierają swoje handlowe reprezentacje właśnie tam. Jest także dobrym miejscem na spędzanie wakacji, ale przede wszystkim dobrym miejscem do rozpoczynania swojej ekspansji na Bliskim Wschodzie, w Azji czy Afryce – podkreśla Pyrka.

Dodaje, że również dla turystów jest to atrakcyjny cel podróży. Jednak osoby podróżujące na urlop często korzystają z siatki połączeń Emirates z Dubaju, by dolecieć do miejsc, które do tej pory były trudno dostępne. Pyrka wylicza m.in. Mauritius, Seszele, Sri Lankę, Malediwy, a także dalsze kraje. Polacy chętnie podróżują również do Tajlandii, Malezji, Indonezji, a nawet do Australii.

To właśnie rosnąca liczba pasażerów skłoniła Emirates do zmiany samolotu na większy. Do tej pory na trasie były wykorzystywane samoloty Airbus A330-200. Był to jedyny samolot latający do Polski wyposażony w fotele klasy pierwszej. Od czerwca ta klasa podróży tymczasowo zostanie wycofana z oferty Emirates w Polsce, bo Boeing 777-200 będzie miał tylko klasę biznes i ekonomiczną. Samolot z klasą pierwszą może powrócić do Warszawy od listopada, jak wynika z systemu rezerwacyjnego linii.

Od czerwca w ofercie Emirates do Polski na każdy lot będą 304 miejsca w klasie ekonomicznej i 42 w klasie biznes. Nie zmieni się oferta cargo, która pozostanie na poziomie maksymalnie 17 ton na rejs.

– Spodziewamy się, że trendy przychodów, przynajmniej jeżeli chodzi o Emirates w Polsce, są proporcjonalne do tego, co naszym pasażerom oferujemy, czyli będzie odpowiedni wzrost związany z wprowadzeniem nowego samolotu – przewiduje Pyrka, dodając, że sprzedaż usług takich jak cargo czy pakiety wakacyjne (poprzez spółkę Emirates Holidays) są dodatkowymi źródłami przychodów.

W ciągu roku od rozpoczęcia działalności w lutym 2013 roku Emirates przewiozły z i do Polski 145 tys. pasażerów – wynika ze statystyk linii.

Na rynek trafiły telewizory o rozdzielczości wyższej niż Full HD. Sporo klientów wciąż wybiera jednak modele z podstawowymi funkcjami

CEO Magazyn Polska

Konsumenci coraz chętniej sięgają po duże telewizory, ale nie wszyscy chcą płacić za dodatkowe usługi smart TV, czyli za dostęp do internetu i możliwość korzystania z aplikacji. Dlatego w tym roku na rynku dominować będą raczej duże odbiorniki z podstawowymi funkcjami, które będą przyciągać klientów atrakcyjną ceną. Tymczasem telewizory o rozdzielczości wyższej niż Full HD już pojawiają się na rynku, ale powszechne mogą stać się dopiero w przyszłym roku.

Rok 2013 rozpoczął modę na 4K. To były pierwsze jaskółki. W tym roku telewizory 4K, czyli o rozdzielczości czterokrotnie wyższej niż Full HD, wchodzą na rynek. Praktycznie w ofercie każdej firmy pojawi się jeden lub kilka telewizorów 4K – zauważa Adrian Wysocki, product manager AV w firmie Sharp.

Pomimo rozpoczęcia sprzedaży takich telewizorów przez co najmniej kilku producentów, w tym roku nie zdobędą one jeszcze zbytniej popularności. Powody są dwa.

Telewizory 4K są dużo droższe, o 50 do 80 proc. od telewizorów Full HD. Po drugie, cały czas jest problem z kontentem. Ponieważ kontentu 4K jako takiego nie ma – mówi Adrian Wysocki agencji informacyjnej Newseria.

Z czasem ten problem będzie zanikał i w tym roku pojawi się więcej filmów czy programów w rozdzielczości 4K, które będzie można pobrać lub wypożyczyć przez VOD. Jednak dopiero w 2015 roku takie materiały mają szansę się upowszechnić.

Podejrzewam, że w przyszłym roku jedna trzecia oferty praktycznie każdej firmy to będą już produkty w rozdzielczości 4K – prognozuje Wysocki. – W związku z tym, że z jednej strony mamy produkty Full HD, z drugiej strony mamy produkty 4K, które są bardzo wysokiej jakości, jeżeli chodzi o obraz. Natomiast cenowo są również wysoko pozycjonowane.

Odpowiedzią ma być technologia Quattron Pro, która opiera się na rozdzielczości Full HD, ale oferuje zaawansowaną obróbkę subpikseli i materiały 4K można oglądać na telewizorze o niższej rozdzielczości.

Jest to jedyne tego typu rozwiązanie na rynku, że telewizor Full HD przyjmie w ogóle sygnał 4K i odtworzy go na swoim ekranie. Dzięki upscalerowi wbudowanemu w ten telewizor możemy cieszyć się jakością wyższą niż Full HD, mając sygnał tylko Full HD – zapewnia przedstawiciel firmy Sharp.

Podczas gdy technologię 4K można nazwać technologią luksusową, ponieważ ceny telewizorów sięgają kilkunastu czy kilkudziesięciu tysięcy złotych, produkty Quattron Pro są zbliżone cenowo do rozwiązań Full HD, ale technicznie bliżej im do 4K.

Quattron Pro to krok pośredni pomiędzy Full HD a 4K dla kogoś, kto chce mieć duży telewizor, chce mieć telewizor o jakości zbliżonej do 4K, ale nie chce wydawać kilkunastu czy kilkudziesięciu tysięcy złotych – mówi Adrian Wysocki.

Producenci zauważyli potrzebę wprowadzenia na rynek dużych telewizorów, ale niekoniecznie naszpikowanych nowymi technologiami. Jest bardzo duża liczba klientów, którzy chcą oglądać telewizję na dużym ekranie, ale dla których najważniejszym kryterium wyboru jest cena.

W tym roku pojawi się coraz więcej większych telewizorów aż do 50 cali, które nie będą miały funkcjonalności smart, tylko po prostu będą telewizorami do oglądania telewizji. One będą bardzo konkurencyjne cenowo. Telewizory około 50 cali będą kosztowały około 2,5 tys. zł – twierdzi Wysocki.

Część klientów będzie wybierać jednak telewizory z funkcją smart z dostępem do internetu, aplikacji, filmów na życzenie czy gier. W tej chwili około 70 proc. takich telewizorów jest podłączonych w domach do internetu.

Zmiany na liście leków refundowanych. 117 nowych leków i 46 usuniętych

CEO Magazyn Polska

Na kolejnej nowej liście refundacyjnej leków, obowiązującej od maja, znajduje się 117 nowych produktów, a 46 z niej usunięto. Cztery nowe substancje czynne do tej pory nie były dostępne w programie refundacji. Spośród nowo dodanych 117 leków w ubiegłym roku 25 było dostępnych w sprzedaży. Pacjenci wydali na nie blisko 8,4 mln zł, a dziś po zastosowaniu refundacji zapłaciliby 2,9 mln zł.

Od maja obowiązuje kolejna już, nowa lista refundacyjna – zarówno na rynku leków aptecznych, jak i na rynku szpitalnym. Największe zmiany, jakie zostały umieszczone w tej liście, to pojawienie się czterech nowych leków [substancji czynnych red.], które do tej pory nie były dostępne dla pacjenta w wyniku refundacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Leoszkiewicz z IMS Health.

Wśród nich znajduje się lek, w którym zawarto dwie substancje czynne (tramadol i paracetamol), co oznacza, że jego działanie jest szersze i bardziej skuteczne. Na nowych lekach skorzystają chorujący na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc, epilepsję, pacjenci onkologiczni i z nasilonym bólem.

W przypadku dwóch innych substancji czynnych rozszerzono wskazania refundacyjne, co pozwoli pacjentom korzystać z leczenia w niższej cenie. Kwas zoledronowy, stosowany w leczeniu osteoporozy i zapobieganiu powikłaniom kostnym u chorych z zaawansowanymi nowotworami z przerzutami do kości, będzie mógł być stosowany we wszystkich zarejestrowanych wskazaniach. W przypadku rywaroksabanu, zapobiegającego powstawaniu zakrzepów krwi, zwiększono dostęp do leczenia dla pacjentów z zatorowością płucną i zakrzepicą żył głębokich.

Zmiany dopłat obejmują 765 pozycji farmaceutyków. 10-złotowa różnica w cenie dotyczy 24 leków: do 14 pozycji pacjent dopłaci, a 10 farmaceutyków potanieje o 10 złotych.

Nowa lista refundacyjna nie wprowadza drastycznych zmian w dopłacie pacjenta, w związku z czym nie należy się też martwić tym, iż pacjent po przybyciu do apteki będzie zaskoczony ceną swojego leku. Oczywiście zdarzają się wyjątki, aczkolwiek należy pamiętać o tym, że pacjent zawsze ma możliwość wykupu leku generycznego z ceną niższą niż cena leku, który został przepisany na recepcie – mówi Leoszkiewicz.

Sprzedaż 46 produktów, które usunięto z listy refundacyjnej od 1 maja, w ubiegłym roku osiągnęła wartość 3,2 mln zł, liczoną w cenach detalicznych brutto. Pacjenci dopłacili do nich 1,2 mln zł, a NFZ wydatkował w tym samym czasie 2,3 mln zł.

Proszę pamiętać o tym, że wśród leków usuniętych nie ma takiego, który znikając, pociągałby za sobą substancję czynną. Każdy produkt, który wychodzi z listy refundacyjnej, ma swój odpowiednik generyczny, w związku z czym pacjenci nie pozostali bez dostępu do omawianej wychodzącej molekuły – podkreśla Katarzyna Leoszkiewicz.

Fundusze unijne za lata 2007–2013 rozpędziły polską gospodarkę. Taki wynik może już się jednak nie powtórzyć

CEO Magazyn Polska

W poprzedniej perspektywie finansowej UE polska gospodarka rosła dzięki polityce spójności o 1 pkt proc. szybciej. Powstało wtedy blisko 350 tys. nowych miejsc pracy i ponad 1300 km autostrad i dróg ekspresowych – wynika z analiz wykonanych na zlecenie Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju. Ekonomiści zwracają jednak uwagę, że o ile udało się w krótkim okresie poprawić statystyki makroekonomiczne, to zbyt mało środków zainwestowano w poprawę konkurencyjności i innowacyjności.

Od 2004 do 2013 roku poziom dochodu na mieszkańca w Polsce odniesiony do średniej unijnej zwiększył się z 50 proc. do 67 proc. To jest potężny skok rozwojowy i skorzystaliśmy na nim wszyscy. Natomiast wśród branż, które skorzystały najbardziej z pewnością trzeba wymienić infrastrukturę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Borowski, główny ekonomista Crédit Agricole.

Z danych Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju wynika, że dzięki funduszom europejskim w latach 2007–2013 powstało lub zostało zmodernizowanych 11,016 tys. km dróg, w tym 1,355 tys. km autostrad i dróg ekspresowych. Ponadto wybudowano lub gruntownie zmodernizowano 1653 km linii kolejowych. W tym samym okresie dzięki współfinansowaniu ze środków UE powstało także 420 oczyszczalni ścieków i zrealizowano 528 inwestycji w zakresie odnawialnych źródeł energii.

To był czynnik, który znacząco przyspieszył wzrost gospodarczy w Polsce, ale przede wszystkim poprawił jakość istniejącej infrastruktury i zwiększył jej zasób. Z lepszej infrastruktury korzystamy wszyscy, nie tylko gospodarstwa domowe, ale i firmy. Dzięki niej mamy wyższą wydajność w skali całej gospodarki. Można zatem powiedzieć, że cała gospodarka na niej skorzystała – uważa Borowski. 

Według analiz wykonanych dla MIR, polityka spójności wpłynęła pozytywnie na tempo wzrostu gospodarczego w okresie od 2007 r. W 2012 r. według modelu Hermin, wzrost PKB dzięki wykorzystaniu funduszy unijnych był o 0,8 pkt proc. wyższy w porównaniu do scenariusza braku polityki spójności. Według modelu opracowanego przez Instytut Badań Strukturalnych, w 2012 r. dzięki środkom europejskim gospodarka rozwijała się szybciej o 1,1 pkt proc. Dzięki przyspieszeniu wzrostu gospodarczego w całym okresie od 2007 r. poziom PKB w 2012 r. był wyższy o 6,2 proc. (model EUImpactMod), a według modelu Hermin – nawet o 16,1 proc. w porównaniu do hipotetycznej sytuacji, gdyby gospodarka nie była zasilana funduszami UE. Autorzy opracowania na stronie MIR piszą jednak, że zasadnicza część tego wzrostu to tzw. efekt popytowy, z czym zgadza się Jakub Borowski.

– To jest potężna korzyść, potężne przyspieszenie wzrostu, dzięki programom wsparcia dla polskiej gospodarki. Natomiast te środki tylko w pewnym stopniu, w mniejszym, niż tego oczekiwaliśmy, przyczyniają się do zwiększenia konkurencyjności polskiej gospodarki. Innymi słowy, te środki były w znacznym stopniu przepalane w ramach pierwszej unijnej perspektywy finansowej – twierdzi główny ekonomista Crédit Agricole. 

Efekt popytowy wydatkowania środków unijnych polega na tym, że w krótkim okresie w związku z inwestycjami rosną wydatki firm i konsumentów oraz zatrudnienie w gospodarce. Po upływie czasu impuls popytowy zanika, dlatego ważniejsze jest, aby inwestycje współfinansowane przez UE generowały efekt podażowy, który trwale zwiększa dobrobyt. W skrócie, wymaga to takiego wyboru inwestycji, dzięki którym będzie rosła produktywność pracy i aktywów, jakie posiadają przedsiębiorstwa.

To jest dzisiaj podstawowe wyzwanie: w jaki sposób wydać tę potężną pulę środków unijnych, aby uczynić polską gospodarkę bardziej innowacyjną, aby nie kreować tylko dodatkowego popytu w gospodarce, ale żeby stworzyć też trochę podaży. Czyli stworzyć takie firmy, innowacje, techniki produkcji i produkty, które sprawią, że polska gospodarka będzie mocniejsza i bardziej widoczna na rynkach eksportowych – uważa Borowski.

Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju podaje, że z perspektywy finansowej 2007–2013 skorzystało ponad 28 tys. firm oraz 258 instytucji otoczenia biznesu. Wraz z wydatkami na infrastrukturę i politykę rynku pracy pozwoliło stworzyć około 350 tys. nowych miejsc pracy. Nie oznacza to jednak automatycznie tego, że gospodarka skorzystała na wszystkich ze stworzonych miejsc pracy czy dofinansowanych firmach. Rentowność wielu z unijnych projektów – a także sztucznie stworzonych miejsc pracy – będzie dopiero zweryfikowana przez rynek, czyli przez konsumentów i przedsiębiorców.

– Chodzi o to, aby środki trafiały do tych, którzy potrafią zamienić je na innowacje, na jakiś nowy produkt, na nową technikę produkcji, która popchnie polską gospodarkę do przodu, uczyni ją bardziej konkurencyjną. Znane są anegdoty na przykład taksówkarzy, którzy brali udział w kursach finansowanych ze środków unijnych, które miały podnosić ich znajomość języków obcych. Generalnie skuteczność takich kursów jest niska, jeżeli ta wiedza nie jest weryfikowana i ugruntowywana. To jest ciemny punkt i jednocześnie główne wyzwanie dla Polski dzisiaj – twierdzi Jakub Borowski.

Duże firmy coraz częściej odchodzą od tradycyjnych rozmów kwalifikacyjnych

CEO Magazyn Polska

Podczas rozmów kwalifikacyjnych pracodawcy oprócz sprawdzania kompetencji potencjalnego pracownika, coraz częściej badają także jego odporność na stres, zdolności analityczne oraz kreatywność. W ramach procesu rekrutacyjnego kandydat może zostać poproszony o opowiedzenie dowcipu lub zapytany o podejście do zdrady partnera. Nietypowe rekrutacje pomagają budować pozytywny wizerunek firmy jako pracodawcy.

Rekruterzy prześcigają się w wymyślaniu nietypowych pytań, które mają na celu zbadanie nie tyle kompetencji rozmówcy, ile jego kreatywności lub zdolności radzenia sobie ze stresem.

Wszystkie pytania rekrutacyjne, które potem wyciekają do opinii publicznej, mają za zadanie budować wizerunek pracodawcy, tworzyć employer branding danego przedsiębiorstwa. Z nietypowych pytań rekrutacyjnych słyną firmy, które cieszą się dobrą opinią pracowników, czyli Google czy Facebook. Inne firmy starają się naśladować te trendy, również w Polsce pojawiają się nietypowe pytania podczas procesu rekrutacyjnego – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Łukasz Śrama z HR24, firmy zajmującej się doradztwem personalnym i zawodowym.

Podczas rozmowy kwalifikacyjnej pracodawca może zapytać, ile piłek mieści się w autobusie albo ile złotówek potrzeba, by zbudować wieżę wysokości Pałacu Kultury. Abstrakcyjne zagadnienie ma na celu ocenę zdolności kandydata do analitycznego myślenia. Zdarza się również, że pracodawca zada rozmówcy niedyskretne pytanie na temat jego życia prywatnego.

Przykład dziwnego pytania, na które ciężko odpowiedzieć: „jak myślisz, ile razy zdradziła cię twoja żona?”. Badamy, jak kandydat zachowuje się pod wpływem stresujących bodźców. Podczas rozmów kwalifikacyjnych kandydat może zostać też poproszony o opowiedzenie dowcipu. Wtedy też często pojawia się wahanie, niepewność, jak wybrnąć z takiej sytuacji, kiedy nic nie przychodzi do głowy – mówi Łukasz Śrama.

Eksperci przekonują, że w sytuacji, kiedy podczas rozmowy kwalifikacyjnej padnie krępujące pytanie, najważniejsze jest zachować spokój i spróbować na nie odpowiedzieć.

PKO Bank Polski – dywidenda za 2013 rok

Zarząd PKO Banku Polskiego zaproponował podział zysku za 2013 rok, w tym wypłatę dywidendy w wysokości 937,5 mln zł, czyli 0,75 zł z brutto na jedną akcję. Spójna z polityką dywidendową banku rekomendacja zapewnia zachowanie miar adekwatności kapitałowej na bezpiecznym poziomie oraz dalszy rozwój instytucji. Po zaopiniowaniu przez Radę Nadzorczą decyzje podejmie Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy.

Zarząd proponuje przeznaczyć na dywidendę 31,65 proc. zysku netto do podziału za 2013 r. z uwzględnieniem stosownych zasad rachunkowości. Polityka dywidendowa PKO Banku Polskiego, zaktualizowana w 2012 roku, zakłada stabilne realizowanie wypłat dywidend w długim terminie z zachowaniem zasady ostrożnego zarządzania instytucją i stosownie do możliwości finansowych Grupy Kapitałowej. Jest zgodna z rekomendacją UKNF odnoszącą się do wzmocnienia baz kapitałowych banków.

– PKO Bank Polski prowadzi stabilną politykę dywidendową przy jednoczesnym dynamicznym rozwoju skali działalności, realizowanym poprzez wzrost organiczny oraz fuzje i alianse strategiczne. Siła kapitałowa Banku pozwala nam na regularne dzielenie się zyskiem z akcjonariuszami – podkreśla Zbigniew Jagiełło, Prezes Zarządu PKO Banku Polskiego.

Wypłata dywidendy w rekomendowanej wysokości zapewni utrzymanie wskaźnika adekwatności kapitałowej powyżej 12 proc. oraz wskaźnika Tier 1 powyżej 9 proc. z zachowaniem niezbędnego bufora kapitałowego, co pozwoli utrzymać dobrą sytuację kapitałową i płynnościową Banku oraz zapewni rozwój działalności kredytowej.

Proponowanym terminem ustalenia prawa do dywidendy jest 18 września 2014 roku, zaś wypłaty dywidendy 3 października tego roku.

Deklaracja jest zgodna z ogólnymi rekomendacjami KNF skierowanymi do prezesów banków odnośnie wypłaty dywidendy z zysku za 2013 rok.

PKO Bank Polski, jako jedyny przedstawiciel sektora na GPW, dokonywał wypłat dywidendy w każdym roku od momentu debiutu w 2004 roku, co świadczy o silnych fundamentach i wysokich wynikach finansowych. W ubiegłym roku przy wypłacie z zysku netto za rok 2012 stopa dywidendy (na dzień dywidendy) wyniosła 4,9 proc.

Czas zmian, reorganizacje, nowy właściciel i nowe porządki w firmie

Gdy firmę przejmuje nowy właściciel, dotychczasowi pracownicy obawiają się zaprowadzenia nowych porządków. Zwłaszcza, gdy towarzyszą im duże zmiany organizacyjne, likwidacja działów, zwolnienia oraz renegocjacje umów. Czy także ciężarna pracownica w okresie ochronnym powinna obawiać się pogorszenia warunków pracy i płacy a nawet zwolnienia? Wątpliwości wyjaśnia ekspert, Marta Kosakowska, aplikant adwokacki w TGC Corporate Lawyers.

Zgodnie z art. 231 kodeksu pracy, jeśli dochodzi do przejścia zakładu w ręce innego pracodawcy, to ten staje się stroną w dotychczasowym stosunku pracy, jaki łączył zatrudnionych z poprzednim pracodawcą.

Jeśli więc ciężarna pracownica wcześniej zatrudniona została w oparciu o umowę o pracę na czas nieokreślony, zgodnie z art. 177 § 1 k.p. , obecny pracodawca nie może wypowiedzieć ani rozwiązać z nią umowy o pracę, zarówno w okresie ciąży, jak i podczas urlopu macierzyńskiego, chyba że zachodzą przyczyny uzasadniające rozwiązanie stosunku pracy bez wypowiedzenia (czyli zastosowanie zwolnienia dyscyplinarnego).

Rozwiązanie angażu zatrudnionej spodziewającej się dziecka może nastąpić jedynie w sytuacji likwidacji zakładu bądź ogłoszenia upadłości.

Również w sytuacji, gdy pracodawca zdecydowałby się dokonać w spółce zwolnień grupowych, nie ma powodu do zmartwienia. Zgodnie bowiem z art. 5 ust 5 ustawy z dnia 13 marca 2003 r. o szczególnych zasadach rozwiązywania z pracownikami stosunków pracy z przyczyn niedotyczących pracowników, w okresie objęcia szczególną ochroną przed wypowiedzeniem lub rozwiązaniem stosunku pracy (czyli w okresie ciąży i urlopu macierzyńskiego), pracodawca może jedynie wypowiedzieć dotychczasowe warunki pracy i płacy. Ewentualne zastosowanie wypowiedzenia zmieniającego, na skutek którego zmniejszy się otrzymywane wynagrodzenie, spowoduje, iż do końca okresu szczególnej ochrony, pracownica będzie otrzymywała dodatek wyrównawczy.

Finansowa majówka, czyli dlaczego warto wysłać nasze nawyki i bariery na długi weekend

Odłożyć czy wydać? Takie pytanie zadajemy sobie niemal każdego dnia, zanim sięgniemy po portfel. Zazwyczaj nie ma wyjścia – życie kosztuje. Jednak mniejsze sumy moglibyśmy bez problemu odłożyć. „Moglibyśmy”, ale tego nie robimy.

Dlaczego?
Badania pokazują, że odsetek osób, które chcą lub uważają, że powinno się oszczędzać, od lat utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie. – Wynika to z normy społecznej oraz faktu, że ludzie, którzy oszczędzają, są postrzegani jako rozsądni i racjonalni – wyjaśnia prof. Tomasz Zaleśkiewicz ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. W rzeczywistości nasze zachowania znacząco odbiegają od deklaracji. Jedynie niewielki odsetek Polaków oszczędza, a jeszcze mniejszy robi to regularnie.

Uzasadnienie jest zazwyczaj podobne: „nie mam z czego”. Jednak bardzo często, wbrew powszechnemu przekonaniu, to nie wysokość zarobków blokuje nas przed oszczędzaniem. Psychologowie zajmujący się problematyką naszych zachowań finansowych wskazują, że taka postawa może mieć również inne podłoże.

– Wraz ze wzrostem zasobności rośnie poziom aspiracji. Z psychologicznego punktu widzenia nie jest więc oczywiste, że jeśli ludzie mają więcej pieniędzy, to będą więcej odkładać – twierdzi prof. Tomasz Zaleśkiewicz.

Sytuację tę komplikuje fakt, że oszczędzanie jest całkowicie sprzeczne z naturą człowieka. – Jest ono dla nas czymś nienaturalnym, wręcz nieprzyjemnym. Nie lubimy odraczać gratyfikacji. Bezpieczniej jest konsumować niż odkładać coś na przyszłość, bo nigdy nie wiadomo, co się wydarzy – tłumaczy.

Odległy cel utrudnia mobilizację
Odkładanie pieniędzy jest dla nas tym trudniejsze, im bardziej odległy cel obierzemy. – Trudno jest zmusić ludzi, żeby uruchomili w umyśle długoterminową perspektywę i już teraz zaczęli oszczędzać na coś, co wydarzy się np. za trzydzieści lat, np. na emeryturę – mówi prof. Zaleśkiewicz.

Dodatkową przeszkodę stanowi fakt, że w Polsce nie ma tradycji samodzielnego oszczędzania na przyszłość, a ze słowem „emerytura” nierozerwalnie wiąże się hasło „ZUS”. – „Zdejmuje” to z ludzi myślenie w kategoriach, że sami muszą wykonać wysiłek i wziąć odpowiedzialność za to, co wydarzy się gdy już będą musieli przejść na emeryturę – ocenia prof. Zaleśkiewicz. – A wytworzenie pewnych norm, nawyków jest szalenie trudne. Czasami wymaga to nawet kilku pokoleń – dodaje.

Finansowy żargon i postrzeganie ryzyka
Przed skorzystaniem z dostępnych na rynku narzędzi ułatwiających odkładanie i pomnażanie pieniędzy wielu z nas powstrzymuje też stosunkowo hermetyczny język, jakim posługują się przedstawiciele instytucji finansowych. Sprawia on, że ludziom bardzo trudno jest zrozumieć mechanizm działania produktu, tym bardziej na tle skomplikowanych procesów zachodzących na rynku finansowym.

Zdaniem Tomasza Zaleśkiewicza uproszczenie języka finansowego i posługiwanie się pojęciami lepiej obrazującymi działanie produktów finansowych, ekonomii i współzależności, jakie między nimi zachodzą, pomogłoby podejmować ludziom bardziej sensowne i rozsądne decyzje.

Barierą w korzystaniu z różnorodnych produktów finansowych jest też sposób w jaki ludzie postrzegają ryzyko inwestycyjne. Jak twierdzi badacz, nie ma to nic wspólnego z metodami oceny ryzyka stosowanymi przez profesjonalne instytucje finansowe. – Ludzie „mierzą” ryzyko zupełnie innymi kategoriami, np. czy mają nad czymś kontrolę lub czy coś znają. To, co jest ludziom znane, automatycznie wydaje im się bardziej bezpiecznie, nawet jeśli nie ma to nic wspólnego z danymi rzeczywistymi, obiektywnymi” – tłumaczy.

Zdaniem Piotra Minkiny z Union Investment TFI, to zapewne jeden z powodów, dla którego lokaty bankowe są tak bliskie Polakom, podczas gdy istnieją inne produkty, które charakteryzują się zbliżonym poziomem ryzyka, a często przynoszą zauważalnie wyższe zyski.

Warto też mieć świadomość, że aby efektywnie odkładać pieniądze, powinniśmy zmienić sposób myślenia. Nie traktujmy oszczędzania i pomnażania środków w kategoriach straconej szansy czy odmówienia sobie przyjemności. Lepiej pomyślmy, co zyskujemy – możliwość zrealizowania większego celu, marzenia lub stabilność finansową.
Mity związane z pomnażaniem kapitału

Przyjrzyjmy się także największym mitom, które narosły wokół pomnażania kapitału lub mówiąc bardziej fachowo – „inwestowania”.

Mit 1 – Inwestowanie jest dla ekspertów
Nieprawda. Podobnie jak w przypadku innych usług, nie musimy się na nich profesjonalnie znać, aby z satysfakcją z nich korzystać. Wystarczy wybrać rzetelną, przejrzystą i nadzorowaną przez KNF firmę inwestycyjną, która może się pochwalić dobrymi, wieloletnimi wynikami i stabilną kadrą. To jej specjaliści będą naszymi ekspertami od zarządzania pieniędzmi. My tylko zdecydujemy, na jak długo i w jaki sposób będą pomnażane nasze oszczędności.

Mit 2 – Inwestowanie jest czasochłonne
Nieprawda. Kluczowe jest zmobilizowanie się i zrobienie pierwszego kroku. Po wyborze konkretnego produktu, co można zrobić także w banku, wystarczy ustawić stałe zlecenie przelewu z konta. Nasz kapitał cały czas będzie „pracował” a my nawet tego nie odczujemy.

Mit 3 – Inwestowanie jest drogie
Kolejny mit. Aby zacząć pomnażać kapitał wystarczy 100 lub 200 zł miesięcznie. Nie obciąży to naszego domowego budżetu. Ważna jest systematyczność.

– Jeśli uświadomimy sobie pewne psychologiczne mechanizmy wpływające na nasze zachowanie, możemy wiele zyskać. Co więcej, przy odpowiedniej taktyce uda nam się nie tylko odłożyć satysfakcjonującą sumę pieniędzy, ale co ważniejsze – zrobić to bez wielkich wyrzeczeń i zaciskania pasa – mówi Piotr Minkina z Union Investment TFI.
Może zatem warto wykorzystać wolny czas, by określić swoje cele, ze spokojem przeanalizować wydatki? Może jesteśmy w stanie wyrobić sobie pewne pozytywne nawyki, które z czasem zaprocentują?

Cel, który eliminuje straty czasu. Materiał ekspercki

Każdego dnia wykonujemy dziesiątki, a niekiedy nawet setki różnych czynności. Niezależnie od natłoku obowiązków warto jednak w pewnym momencie zwolnić i zastanowić się, jaki cel mają te podejmowane przez nas działania. Jak się bowiem okazuje, wiele niepotrzebnych zadań wykonujemy mechanicznie i bezrefleksyjnie, marnując w ten sposób codziennie mnóstwo czasu.

Większość ludzi marzy o tym, by ich każdy kolejny dzień obfitował w szereg nowych wyzwań, doświadczeń, wrażeń czy decyzji. Proza życia często sprowadza nas jednak na utarte ścieżki, na których czyhają wciąż te same, powtarzalne czynności i zachowania.

Nad tym, jak się z tego wyrwać, przynajmniej raz na jakiś czas zastanawiają się niemal wszyscy: przedsiębiorcy i pracownicy, doświadczeni i nowicjusze, specjaliści i stażyści. Prędzej czy później dochodzą oni do zatrważającego wniosku: na działania zupełnie nieistotne tracimy zbyt dużo czasu!

Co zatem należy w sobie zmienić, by zyskać pewność, że za 10 lat nie będziemy wciąż w tym samym miejscu?

Bez celu tracisz czas

– Najlepszym sposobem, by zagwarantować sobie stały rozwój, a jednocześnie uniknąć wrażenia marnowania czasu, jest określanie długofalowych celów. Żyjąc „tu i teraz” narażamy się bowiem na to, że przez cały czas pracować będziemy na sukcesy innych osób, wg ich życzeń, a nie naszych – wyjaśnia Grzegorz Frątczak, ekspert zarządzania czasem.

Co więcej, działając bez wizji możemy w pewnym momencie złapać się na tym, że wykonujemy niemalże wszystko, co nam zlecono, nie zastanawiając się przy tym, jak wpłynie to na nasze dalsze losy.

Tak naprawdę to tylko od nas zależy więc, jaki skutek będą miały wspomniane setki czynności, których podejmujemy się każdego dnia: czy przybliżą nas do zaplanowanego efektu, czy też sprawią, że zmarnujemy czas kręcąc się w kółko.

Cel pozwala uniknąć bólu głowy

Wyznaczony przez nas cel pozwoli nadać sens wielu pomniejszym zadaniom. Taki sposób funkcjonowania sprawdzi się jednak również w dużo bardziej prozaicznych sytuacjach z życia codziennego.

Wyobraźmy sobie, że nasz znajomy proponuje nam wyjście do teatru na ostatnią sztukę prezentowaną w jakimś konkretnym terminie. Jednocześnie w tym samym czasie zaplanowano transmisję meczu piłki nożnej najlepszych drużyn Europy.
¬
– Staniemy w tym momencie przed nie lada problemem, co wybrać. Są osoby, dla których dylemat ten wiązał się będzie nawet z niemałym bólem głowy. Jeśli jednak przypomnimy sobie, że jeszcze w styczniu postanowiliśmy w tym roku się przede wszystkim ukulturalniać, ostateczna decyzja okaże się szybka, łatwa i przyjemna – podpowiada Grzegorz Frątczak.

Długofalowe cele upraszczają więc nasze życie, a jednocześnie pozwalają zaoszczędzić czas, który do tej pory trwoniliśmy na zastanawianie się i przedstawianie samemu sobie różnych argumentów przemawiających za jednym bądź drugim rozwiązaniem.

Małe cele, duży sukces

Kierując się wizją efektu końcowego z całą pewnością dużo łatwiej jest osiągnąć sukces. Istotna przy tym jednak jest umiejętność odpowiedniego projektowania swojego czasu poprzez wyznaczanie krótszych (tygodniowych, kwartalnych czy nawet rocznych) punktów kontrolnych.

– Jeśli postanowiliśmy, że za dwa lata nasza firma będzie miała 10 mln zł obrotów, kwoty tej nie możemy podzielić na poszczególne miesiące i tylko oczekiwać stałych przyrostów. Zamiast tego, lepiej zdecydować się na systematyczne odbywanie np. 20 spotkań z klientami i rozliczanie siebie z efektów nawiązanych relacji– zauważa przedstawiciel CEO Solutions.

Co więcej, działając w ten sposób szybko odkryjemy, jakich zasobów, umiejętności czy doświadczeń brakuje nam jeszcze do realizacji zamierzeń i będziemy w stanie odpowiednio zareagować. Tego typu podejście ułatwi nam także eliminowanie działań czy zachowań, które w rzeczywistości oddalają nas od naszego celu.

– Skoro bowiem wiemy, że za naszym sukcesem stanąć powinny owe spotkania, wszystko inne schodzi na dalszy plan. Nawiązujemy kontakt, szukamy lokalizacji, rezerwujemy swój czas i nie mamy trudności z odrzucaniem tego, co nam w tym przeszkadza – dodaje specjalista zarządzania czasem.

20%, które decyduje o wszystkim

Bez wątpienia na początku najtrudniej będzie przyzwyczaić się właśnie do owej eliminacji wszystkiego, co zbędne. Warto jednak w tym momencie przypomnieć sobie zasadę Pareto, która mówi, że nawet 80% efektów jest przeważnie wynikiem tylko 20% czynności.

W praktyce, to 1/5 działań decyduje o tym, w jakim kierunku zmierzać będzie nasze życie. Klucz do sukcesu stanowi zatem racjonalna ocena, które z wykonywanych przez nas na co dzień czynności mieszczą się w tej grupie, a jednocześnie przybliżają nas do osiągnięcia wybranego efektu końcowego.