Rośnie polski rynek centrów danych

Rynek usług oferowanych z wykorzystaniem centrów danych jest obecnie jednym z bardziej perspektywicznych segmentów całego rynku ICT w Polsce. Zgodnie z przewidywaniami PMR sprzed roku, widać wyraźnie ruch na rynku nowych powierzchni serwerowych w kraju. Wprawdzie część inwestycji jest przesunięta, ale konsekwentnie realizuje się nakreślony przez nas scenariusz skokowego wzrostu zasobów kolokacyjnych, i to zarówno w centrach komercyjnych, jak i prywatnych oraz hybrydowych.

Bieżąca sytuacja

Na polskim rynku centrów przetwarzania danych widoczny jest wyraźny trend wzrostu powierzchni dostępnej pod usługi kolokacji i hostingu. W zasadzie każdego roku do dyspozycji klientów oddawane jest 4-7 tys. m² nowej powierzchni serwerowej. Przekłada się to na przychody dostawców usług. Według kalkulacji PMR w ciągu ostatnich pięciu lat w ujęciu wartościowym rynek podstawowych usług oferowanych z wykorzystaniem centrów danych, czyli kolokacji, więcej niż podwoił swoją wartość, a dynamika wynosiła zawsze kilkanaście procent rocznie i była relatywnie odporna na czynniki makroekonomiczne. W jeszcze szybszym tempie w ostatnich dwóch latach wzrósł rynek hostingu serwerów.

Jeśli chodzi o przydział mocy, to dla 25 dużych centrów danych w Polsce oscyluje on w przedziale od nieco poniżej 1 MW do ponad 30 MW. Pomimo ewidentnej zależności powierzchni brutto obiektu i jego mocy maksymalnej, rozrzut pomiędzy obiektami o podobnym metrażu jest czasem widoczny. Wynika to z faktu, że niektórzy operatorzy w chwili podejmowania inwestycji w centra danych myślą już mocno do przodu, starając się przewidzieć rozwój sytuacji na rynku i swoją własną ekspansję.

W kolejnych latach, biorąc pod uwagę toczące się inwestycje, sytuacja na polskim rynku centrów przetwarzania danych nie ulegnie zasadniczej zmianie, a operatorzy będą oddawać do dyspozycji klientów kolejne tysiące metrów kwadratowych powierzchni. Nowością jest rosnąca liczba znaczących inwestycji w centra danych lokowane w parkach technologicznych i specjalnych strefach ekonomicznych. Projekty te są napędzane pozyskiwanymi funduszami UE, co skutecznie skraca czas zwrotu z inwestycji i pozawala na skuteczne konkurowanie z istniejącymi obiektami.

Najważniejsze inwestycje

Jeśli chodzi o czołowych dostawców usług kolokacyjnych w Polsce, to nie sfinalizowali oni w 2013 r. swoich inwestycji, ale nie można powiedzieć, że prace przy nowych obiektach wstrzymano. Serwerownie będą oddawane w roku bieżącym. Najwcześniej zapewne w przypadku 3S, które otwarcie swojej drugiej serwerowni w Katowicach planuje na kwiecień bieżącego roku, natomiast ATM spodziewa się, że budynek F4 ruszy w czerwcu (trwają prace wykończeniowe wewnątrz obiektu).

Na samym początku ubiegłego roku komercyjne usługi zaczęło oficjalnie oferować centrum danych DataSpace, należące do spółki Data Invest z Torunia. Obiekt mieści się na terenie lokalnego parku technologicznego. Całkowita powierzchnia brutto obiektu to 3 000 m2, powierzchnia samej serwerowni wynosi 1 100 m2, natomiast powierzchnia przeznaczona obecnie pod usługi kolokacji to około 400 m2.

W pierwszej połowie roku swój nowy obiekt w Błoniu pod Warszawą uruchomił też IBM. Całkowita powierzchnia brutto to 3 500 m2, a powierzchnia serwerowni – 1 000 m2. Pomieszczenie przeznaczone na sprzęt IT zostało zbudowane z wykorzystaniem technologii Rittal (dawniej Lampertz). Poza halą IT i pomieszczeniami technologicznymi wydzielona jest także przestrzeń biurowa i konferencyjna. Oczywiście specyfika biznesu prowadzonego przez IBM jest zupełnie różna od firm wyspecjalizowanych w usługach kolokacyjnych i nie takie będzie przeznaczenie tego obiektu.

Wśród istotnych projektów na polskim rynku centrów przetwarzania danych, których zamknięcie nastąpiło w 2013 r., wymienić należy nowy obiekt wybudowany przez spółkę TARR Centrum Innowacyjności – Exea Data Center, zlokalizowany w Toruńskim Parku Technologicznym. Powierzchnia brutto obiektu przekracza 4 700 m2, na samą serwerownię przypada 1 100 m2. Obecnie działają trzy niezależne komory z miejscem na 320 szaf rack, a czwarta jest w przygotowaniu. Warto przy tej okazji wspomnieć, że centrum kolokacyjne o podobnym metrażu jest też na ukończeniu w Grodzisku Mazowieckim. Wartość inwestycji to ok. 83 mln zł. Centrum ma przede wszystkim służyć na wewnętrzne potrzeby Polkomtelu i Cyfrowy Polsatu, jednak niewykluczony jest model hybrydowy i dzierżawa części powierzchni firmom zewnętrznym oraz rozwój usług komercyjnych.

W ubiegłym roku swoje centrum danych w Piasecznie odświeżył również mocno GTS. Obiekt poddano gruntownej renowacji. Wykonano szereg prac wykończeniowo-modernizacyjnych związanych chociażby malowaniem wnętrz i podłogi podniesionej, oddaniem nowych pomieszczeń konferencyjnych, renowacją i modernizacją infrastruktury towarzyszącej i zaplecza.
Nowe data center pojawiło się również niedawno w Katowicach. Obiekt jest częścią oddanego w I kw. 2014 r. w Parku Naukowo-Technologicznym Euro-Centrum budynku pasywnego. Cała inwestycja to część większego projektu współfinansowanego ze środków UE.

Audyt czołowych CPD w Polsce – uwagi metodologiczne

W artykule wykorzystano materiał z raportu opublikowanego w I kw. 2014 r. przez PMR: „Rynek centrów przetwarzania danych w Polsce 2014. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2014-2017” Raport powstał między innymi w oparciu o audyt 16 czołowych centrów przetwarzania danych w Polsce zlokalizowanych w Katowicach, Krakowie, Łodzi, Poznaniu i Warszawie. Na miejscu mieliśmy możliwość przeprowadzenia bezpośrednich wywiadów pogłębionych z dyrektorami technicznymi, dyrektorami marketingu i zarządem firm oferujących usługi w ramach centrów przetwarzania danych. Ponadto odbyliśmy rozmowy z innymi dużymi dostawcami obecnymi na polskim rynku data center. Odwiedziliśmy kilkanaście mniejszych serwerowni. Kontaktowaliśmy się również z kilkudziesięcioma innymi dostawcami, udostępniającymi przestrzeń pod kolokację i hosting w Polsce, a także oferujących usługi projektowania i budowy centrów danych i elementy infrastruktury. Dzięki wizytacjom i rozmowom uzyskaliśmy bardziej obiektywny obraz rynku, faktycznego stanu infrastruktury w centrach przetwarzania danych w Polsce i lepiej poznaliśmy plany rozwoju dostawców w kolejnych latach.

Czy sprzedaż firmowego samochodu ciężarowego bez VAT jest możliwa?

Czy przedsiębiorca będący płatnikiem VAT może bez tego podatku sprzedać samochód ciężarowy zakupiony wcześniej na umowę kupna-sprzedaży bez VAT? Jeśli tak, to na podstawie jakich przepisów? Wątpliwości wyjaśnia Magdalena Zarudzka, doradca podatkowy w Baker Tilly Poland Tax Advisers Sp. z o.o.

Na mocy ustawy o VAT, w brzmieniu obowiązującym zarówno przed, jak i po 1 stycznia 2014 r., generalnie sprzedaż rzeczy ruchomych, w tym samochodów, podlega opodatkowaniu podatkiem VAT. Od 1 stycznia 2014 r. zmianie uległy jednak zasady zwolnienia z opodatkowania podatkiem VAT sprzedaży takich towarów.

Do 31 grudnia 2013 r. zwolnieniem z VAT była objęta sprzedaż rzeczy ruchomych, jeśli przy ich nabyciu podatnikowi nie przysługiwało prawo do odliczenia VAT a przedmioty te spełniały definicję towarów używanych (tj. okres ich używania przez podatnika dokonującego ich dostawy wyniósł co najmniej pół roku po nabyciu prawa do rozporządzania tymi towarami jako właściciel).

Obecnie zwolniona z podatku VAT jest natomiast dostawa towarów wykorzystywanych wyłącznie na cele działalności zwolnionej z podatku VAT, jeżeli z tytułu nabycia, importu lub wytworzenia tych towarów nie przysługiwało dokonującemu ich dostawy prawo do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego. Nie ma obecnie znaczenia jak długo określony towar był używany do prowadzenia działalności gospodarczej.

W konsekwencji, aby teraz sprzedać samochód ciężarowy bez podatku VAT, spełnić należy łącznie oba poniższe warunki:
1) samochód był wykorzystywany wyłącznie do prowadzenia działalności zwolnionej z opodatkowania podatkiem VAT;
2) przy nabyciu samochodu nie przysługiwało prawo do odliczenia podatku VAT.

W opisywanym przypadku może nie zostać spełniony pierwszy z powyższych warunków, ponieważ, jak rozumiemy, samochód ciężarowy jest wykorzystywany do prowadzenia działalności podlegającej opodatkowaniu podatkiem VAT. Dlatego planowaną sprzedaż samochodu ciężarowego powinno się opodatkować podatkiem VAT.

A. Szczęśniak: kary dla PGNiG za niespełnienie obliga to absurd

PGNiG grożą kary za niespełnienie w ubiegłym roku obowiązku sprzedaży 30 proc. gazu przez giełdę. Spółka sprzedała tylko 4 proc. Zdaniem ekspertów  tak wysoki limit jest nierealny, bo na polskim rynku nie ma odbiorców, którzy kupiliby taką ilość paliwa na wolnym rynku. W tym roku ma już być lepiej, ale wypełnienie obliga  tegoroczny limit to już 40 proc.  jest zupełnie niewykonalne.

– Nie może być tak, że spółce narzuca się rzeczy niemożliwe do wykonania, a o tym, że jest to niewykonalne wiedzieli wszyscy, w momencie kiedy wprowadzali obligo, a potem za jego niewypełnienie nakłada się horrendalne kary – mówi Andrzej Szczęśniak, ekspert rynku paliw. – Jeżeli na początku kwietnia rzeczywiście takie kary zostaną nałożone, będzie to sytuacja przypominająca absurdalny sen.

Zgodnie z prawem PGNiG musi określoną ilość gazu sprzedać poprzez Towarową Giełdę Energii. W ubiegłym roku było to 30 proc., w tym będzie 40, a od przyszłego roku  55 proc. W ubiegłym roku firmie udało się sprzedać tylko 4 proc. gazu przez giełdę. Za niewykonanie obowiązku Urząd Regulacji Energetyki grozi jej karami. Teoretycznie mogą sięgnąć nawet 15 proc. ubiegłorocznych przychodów spółki, czyli 4,8 mld złotych.

– Obligo gazowe nie zostało spełnione, bo to całkowicie nierealne. Wprowadzone na chybcika, natychmiast, i od razu z wymogiem sprzedaży 1/3 gazu przez giełdę  mówi Szczęśniak  W takim pośpiechu firma przepuściła przez giełdę 4 proc. swojego rynku. Warto sytuację tę porównać na przykład do sytuacji na bardzo dojrzałym rynku niemieckim, na którym przez giełdę przechodzi 8 proc. towaru. Można zatem powiedzieć, że PGNiG w przyspieszonym tempie, na łapu-capu, zrobił połowę tego, co Niemcy robili przez wiele lat, spokojnie planując i rozwijając rynek.

Jak wyjaśnia  gdyby nawet PGNiG skierowało na giełdę wymagane ilości paliwa, to nie byłoby komu go kupić. Na polskim rynku nie ma tak dużych odbiorców, którzy chcieliby zaopatrywać się w gaz na TGE.

– Oczywiście są wielcy gracze, tacy jak Orlen, Azoty, Lotos, ale to są gracze, którzy sami sobie zapewniają gaz, dzisiaj już z importu – dodaje. – Jednym z podstawowych problemów PGNiG jest to, że ma wieloletnie kontrakty w toku, i to z odbiorcami, którzy mogliby kupować gaz przez giełdę, czyli z dużymi podmiotami.

Kontrakty te zostały zawarte na dużo korzystniejszych dla odbiorców warunkach  nie ma więc powodu, by kupowali oni gaz na wolnym rynku. PGNiG nie może też tych kontraktów wypowiedzieć, bo za to grożą spółce wysokie kary umowne.

– Te kontrakty nie wygasają z dnia na dzień. Nie rozwiązano ich też ustawą, która nakładała obligo. Tam w ogóle nie wprowadzono trybu wychodzenia z tych kontraktów – dodaje Szczęśniak.

Wprowadzenie obrotu gazem na TGE ma sprawić, że dzięki konkurencji paliwo to będzie tańsze. Jednocześnie jego koszt jest dotowany w części zużywanej przez odbiorców indywidualnych. Zdaniem Szczęśniaka  skierowanie tej części na giełdę wywoła skutek odwrotny do zamierzonego  gaz podrożeje.

– 30 proc. nawet na tak dojrzałych rynkach jak niemiecki, który jest wzorcowym rynkiem europejskim, jest niespotykane. To sztuczny zabieg, który przepędza przez giełdę ogromne ilości gazu. Oczywiście giełda na tym zyskuje, ale poza tym nie zyskuje nikt – mówi ekspert.

Jak dodaje, w tym roku spółka powinna sobie już poradzić lepiej ze sprzedażą gazu przez giełdę, ale do wypełnienia obliga będzie i tak daleko. A obłożenie firmy karami nie poprawi jej sytuacji.

– Nie może być tak, że konkurencja ma być dopychana kolanem, brutalną siłą. To po prostu jest niszczenie spółki i to nie jest na pewno tworzenie rynku – ocenia Szczęśniak.

Komentarz indeksowy BossaFX 21 marca 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 21 marca 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Polskie firmy bardziej konkurencyjne od francuskich

CEO Magazyn Polska

Polscy przedsiębiorcy coraz chętniej wchodzą na francuski rynek. Już nie tylko eksportują tam swoje towary, lecz także myślą o otwieraniu spółek i oddziałów nad Sekwaną. W ubiegłym roku Polska powiększyła nadwyżkę w handlu z Francją, czyli eksportuje tam znacznie więcej niż importuje. I to pomimo wolniejszego wzrostu gospodarczego we Francji, a więc potencjalnego mniejszego popytu na polskie towary.

 Polska ma obecnie przewagę w wymianie handlowej z Francją, czego nie było przez wiele lat. Szczególnie silny jest sektor przemysłowy. Sprzedajemy wyroby przemysłowe z wysoką wartością dodaną. Bardzo prężnie rozwija się sektor spożywczy, rolno-spożywczy, sektor meblarski. W tym roku odnotowaliśmy też duży eksport na rynek francuski do sektora lotniczego i wojskowego – twierdzi Hanna Stypułkowska-Goutierre, prezes Polskiej Izby Handlowo-Przemysłowej we Francji.

Według danych Ministerstwa Gospodarki, polski eksport do Francji wyniósł w 2013 r. ponad 8,5 mld zł. Import osiągnął wartość 5,8 mld zł, w rezultacie Polska miała więc ponad 2,5 mld zł nadwyżki handlowej. Różnica między wartością eksportu i importu na korzyść Polski powiększyła się w stosunku do 2012 roku, pomimo wolniejszego wzrostu gospodarczego we Francji. Obok dalszego wzrostu eksportu, polskie firmy coraz częściej myślą o rozpoczęciu działalności na rynku francuskim.

Zdaniem Hanny Stypułkowskiej-Goutierre, ekspansję ułatwiają im wciąż niskie koszty oraz wysoka jakość usług.

 – Polskie firmy mają dwie zalety. Po pierwsze, są konkurencyjne cenowo, a po drugie, mają świetny serwis, czego Francuzom często brakuje. Odnotowuję coraz więcej polskich inwestycji we Francji, co mnie ogromnie cieszy – mówi Stypułkowska-Goutierre.  Pomimo trudnego rynku, polskie firmy mają jednak odwagę i coraz bardziej interesują się tym dużym, ważnym rynkiem – 68 mln mieszkańców to prawie dwa razy więcej niż polski rynek. Myślę, że tutaj jest pole do popisu i coraz więcej firm zakłada oddziały, filie i spółki we Francji.

Podkreśla, że polscy inwestorzy we Francji – zwłaszcza firmy przemysłowe – napotykają jednak na poważną barierę w postaci wysokich podatków i składek na ubezpieczenia społeczne.

Natomiast firmy francuskie korzystają z niższych kosztów pracy w Polsce i coraz częściej wykorzystują powstałe nad Wisłą międzynarodowe centra usług biznesowych. Wśród francuskich inwestorów dominują firmy chemiczne, farmaceutyczne, telekomunikacyjne i banki. Już wkrótce mogą dołączyć do nich firmy energetyczne i zbrojeniowe, w związku z zapowiedzianym programem modernizacji polskiej armii oraz budowy elektrowni nuklearnej.

 – Obecnie toczą się już rozmowy na szczeblu rządowym, dotyczące możliwości startowania francuskich firm do potężnych przetargów, między innymi dotyczących sprzętu wojskowego – uważa Stypułkowska-Goutierre.

Francja jest czwartym najważniejszym rynkiem eksportowym Polski (po Niemczech, Wielkiej Brytanii i Czechach). W 2013 roku jej udział w całkowitym eksporcie wyniósł blisko 5,6 proc., natomiast w polskim imporcie – 3,8 proc. Z danych NBP wynika, że do końca 2012 r. Francuzi ulokowali w Polsce blisko 90 mld zł w formie bezpośrednich inwestycji zagranicznych. W samym tylko 2012 roku bezpośrednie inwestycje francuskich firm w Polsce wyniosły ponad 12 mld zł.

Rosja nie budzi już emocji na rynkach. Uwaga skierowana jest teraz na Chiny

CEO Magazyn Polska

Rynki spokojnie reagują na konflikt ukraińsko-rosyjski i wzajemne nakładanie na siebie sankcji przez świat zachodni i Rosję. Mimo wczorajszej wymiany politycznych ciosów, zarówno polskie, jak i europejskie indeksy, które na początku marca mocno traciły, zakończyły dzień na plusach. Zainteresowanie inwestorów przesuwa się znów na Chiny, które w ostatnich miesiącach znacząco spowolniły.

 Rynki doszły do wniosku, że w najbliższym czasie zagrożenie ze strony Krymu nam nie grozi – mówi Andrzej Kiedrowicz, dyrektor polskiego oddziału Easy Forex. – W stosunku do euro zbliżamy się znowu do poziomu 4,2, czyli takiego bezpiecznego poziomu dla naszej waluty w stosunku do euro. W ostatnich dniach zyskały również inne waluty regionu.

Najbardziej stracili ci, którzy inwestowali w waluty Ukrainy i Rosji, czyli krajów bezpośrednio zaangażowanych w konflikt. Ale wygląda na to, że też przejściowo – rubel już wrócił w do wartości sprzed miesiąca i za dolara trzeba zapłacić niecałe 36 rubli. Choć warto też pamiętać, że w ciągu całego ostatniego roku rubel stracił do dolara niemal 15 proc.

Wahania nie ominęły innych walut rynków wschodzących.

 Czyli węgierskiego forinta, czeskiej korony czy tureckiej liry, która również w pewnym sensie mogłaby być nie bezpośrednio, lecz poprzez Tatarów, którzy mieszkają na Krymie  zaangażowana w ten konflikt  tłumaczy Kiedrowicz. – Zyskującymi walutami są japoński jen i frank szwajcarski, czyli tak zwane waluty uważane za bezpieczne przystanie.

Najlepiej, przynajmniej na razie, ma się rynek surowców – głównie złota, które jest najdroższe od pół roku. Z tym, że tutaj nie tylko Ukraina i Rosja grają ważną rolę.

 Kluczowymi wydarzeniami dla rynku będą informacje z Chin, gdzie w ostatnich miesiącach widoczne jest spowolnienie gospodarcze, oraz to, jak to spowolnienie gospodarcze miałoby wpływać w szerszym kontekście na zachowanie indeksów giełdowych i surowców, które są bardzo podatne na kondycję gospodarczą Chin – mówi ekspert.

Nieźle wyglądają również indeksy giełdowe. Szczególnie szybko odbił rynek amerykański – S&P znów powraca w okolice maksymalnych wycen. Indeksy naszego regionu również znacząco odbiły się po spadkach z ubiegłego tygodnia.

 Największym zagrożeniem dla rynków finansowych był nie sam konflikt polityczny i wejście wojsk na Krym, tylko zapowiadane sankcje ze strony Europy i sankcje odwrotne ze strony Rosji w stosunku do Unii Europejskiej – uważa Kiedrowicz. – Wydaje mi się, że jeżeli w najbliższych tygodniach nie będzie jakiegoś zaognienia sytuacji, to polskie indeksy powinny powrócić do poziomów sprzed konfliktu krymskiego.

Najbardziej pewna jest pozycja ukraińskich obligacji – te już od dawna mają poziom śmieciowy i nic nie wskazuje na to, by na tych instrumentach można było zarobić.

 Nie wiadomo, kto w najbliższym okresie pomoże temu krajowi. Czy Unia Europejska wyłoży deklarowane wsparcie finansowe? Czy może Ukraina dogada się znowu z Rosją? Jest wiele niewiadomych i to na pewno będzie ciążyło na rentowności ukraińskiego długu w najbliższym czasie, i na pewno też w dłuższym terminie  ocenia.