Nowy odwiert Serinus Energy na Ukrainie przygotowywany do testów, z drugiego popłynął gaz

Odwiert poszukiwawczy Makiejewskoje-17 został orurowany do końcowej głębokości 3.445 metrów i będzie obecnie przygotowywany do przetestowania i podłączenia. Z kolei podczas testów orurowanego odwiertu Olgowskoje-24, uzyskano przepływ gazu. Odwiert zostanie poddany stymulacji jeszcze w tym roku. Prace na Ukrainie postępują bez przestojów i zmian.

„Jestem bardzo zadowolony z efektów działań Spółki od początku roku. Sukces odwiertu M-17, uruchomienie nowej stacji przetwórstwa gazu oraz zaplanowane na ten rok nowe odwierty i program stymulacji istniejących, dają dużą nadzieję na istotne zwiększenie produkcji. Wymierne efekty pozwalają nam oczekiwać niezmiennego tempa wzrostów. Śledzimy z uwagą sytuację na Ukrainie – nie wpływa ona na nasze działania i prace przebiegają bez zmian i bez zakłóceń” – powiedział Jakub Korczak, Wiceprezes ds. Relacji Inwestorskich i Dyrektor Operacji w Europie Środkowo-Wschodniej.

Odwiert Makiejewskoje-17

Celem odwiertu M-17 był gaz odkryty podczas prac przy odwiercie M-16 w piaskowcu strefy S6. Rejestry wykazały obecność w tej strefie warstwy gazu o grubości 9 metrów, potencjalnie opłacalnego do wydobycia, ze średnią porowatością na poziomie 15 proc. – a miejscami sięgającą 22 proc. Warstwa o grubości 2,5 metra, również o potencjale komercyjnym, znajduje się też w strefie S5.

Analizy wskazują, że istnieją kolejne dwie strefy, które należy poddać testom. Jedna z nich wykazała 22 metry piaskowca nasyconego gazem, natomiast w kolejnej prawdopodobnie mogą znajdować się węglowodory. Obie wymagają dodatkowych analiz i badań w celu weryfikacji potencjału.

Pole Makiejewskoje jest najbardziej produktywną koncesją Serinus na Ukrainie. Wydobycie prowadzone jest z sześciu odwiertów produkcyjnych i wynosi 422 tys. m sześc. gazu dziennie (294 tys. m sześc. dziennie przypadające na 70 proc. udział Serinus). Pochodzi z niego ok. 48 proc. całkowitej ukraińskiej produkcji Spółki.

Odwiert Olgowskoje-24

Prace wiertnicze przy O-24 zostały zakończone w październiku, wówczas odkryto trzy potencjalne strefy zawierające węglowodory. Trzeci wykonany test wykazał przepływ gazu, jednak wymagający szczelinowania. Stymulacja tej strefy (R-30c) była już przeprowadzana
z dobrym skutkiem w odwiertach O-4, O-5, O-6 i O-8.

Produkcja z pola Olgowskoje prowadzone jest obecnie z dziesięciu odwiertów i wynosi 382 tys. m sześc. gazu dziennie (269 tys. m sześc. gazu dziennie przypadające na 70 proc. udział Serinus).

Czy warto korzystać z hashtagów na Facebooku?

Już jakiś czas minął od kiedy Facebook wprowadził możliwość korzystania z hashtagów. Co w praktyce zmieniło się od tego czasu w komunikacji na tym platformie i czy ta zmiana coś dała?

Hashtagi przed wprowadzeniem na Facebooka kojarzyły się głównie z Twitterem, opcjonalnie z Instagramem. Facebook, zachęcony tą formą komunikacji, postanowił wprowadzić je u siebie. Coś jednak poszło nie do końca z planem i nie odnoszą one na tym portalu takich samych sukcesów jak pierwotnie. Co jest powodem takiego stanu rzeczy?

Przede wszystkim bezlitosny EdgeRank, który jest prawdziwą zmorą dla wszystkich zajmujących się promocją w sieci. Ogranicza on bowiem drastycznie nie tylko zasięg samych postów na fanpage’ach, ale również właśnie hashtagi. Po kliknięciu w linka, nie wyświetlają się niestety wszystkie dostępne wątki na promowany temat, przez co efektywne zastosowanie tego narzędzia w celach marketingowych znacząco traci na wartości.

Co więcej, Polacy nie do końca są przyzwyczajeni do możliwości korzystania z hashtagów. Hashtagi rozwinęły się głównie na twitterze, który do nigdy nie był tak popularny w Polsce jak na zachodzie. Kiedy tamtejsi użytkownicy uczyli się korzystania z nich i reguł, które nimi rządzą, polski internauta nie odczuwał takiej potrzeby. Wynikiem tego mogą być często błędne próby wpisywania hashtagów ze spacjami i znakami interpunkcyjnymi – twierdzi Bartłomiej Pałacki, Social Media Manager GRUPA 365NET.

Teorii dlaczego hashtagi rozwinęły się na Twitterze i Instagramie, a nie na Facebooku jest kilka, jednak najbardziej przekonuje fakt, że może być to spowodowane ograniczeniami ilości znaków, które są na pierwszych dwóch platformach dużo bardziej restrykcyjne niż na portalu Zuckerberga. Użytkownicy byli niejako zmuszeni do konsolidowania treści, w czym hashtagi bardzo się przydają.

Być może Facebook bardziej przychylnym okiem spojrzy próby wprowadzenia nowych narzędzi przez swoich użytkowników i dostosuje EdgeRank w taki sposób, aby korzystanie z hashtagów było bardziej korzystne, jednak nie wydaje się aby to miało nastąpić wkrótce. W międzyczasie warto wykorzystać ten pretekst do rozwoju naszej marki na innych polach w internetowej promocji.

Ustawa o prawach konsumenta

0

Nieudana transakcja w internecie? Każdy z nas będzie mógł w ciągu 14 dni zwrócić produkt kupiony online. Ponadto, koszty zakupu usług i towarów w sieci nie będą już dla klientów zaskoczeniem. Regulacje będą takie same w całej Unii Europejskiej. Co jeszcze się zmieni?

Zmieniają się przepisy chroniące konsumentów. Projekt ustawy o prawach konsumenta dotyczy kupujących online, poza lokalem przedsiębiorcy (np. na różnego rodzaju pokazach), ale także klientów sklepów tradycyjnych. Szczegółowe obowiązki informacyjne będą obowiązywać w przypadku każdego typu zawieranych umów. – Korzystne dla słabszych uczestników rynku zmiany obejmują m.in. wydłużenie prawa do odstąpienia od umowy zwartej na odległość i poza lokalem przedsiębiorstwa oraz większą swobodę w wyborze dochodzenia praw z tytułu rękojmi w przypadku wady produktu – wyjaśniał Wiceprezes Jarosław Król  podczas debaty zorganizowanej z okazji Światowego Dnia Konsumenta.

Zmiana definicji konsumenta

Obecnie konsumentem jest osoba fizyczna, która zawiera umowę kupna-sprzedaży z przedsiębiorcą. Projekt nowego prawa przewiduje, że konsumentem będzie także osoba prowadząca jednoosobową działalność gospodarczą, która zakupi produkt w celu, który w przeważającym stopniu, będzie niezwiązany z tą działalnością. Tym samym, rozszerzą się uprawnienia przedsiębiorców. Z drugiej jednak strony, nowa definicja budzi obawy sprzedawców, którzy zwracają uwagę na problem oceny i weryfikacji w jakim stopniu rzecz będzie nabywana w związku z prowadzoną działalnością. Proponowana treść art. 22¹ Kodeksu cywilnego:

§ 1. Za konsumenta uważa się osobę fizyczną dokonującą z przedsiębiorcą czynności prawnej niezwiązanej z jej działalnością gospodarczą lub zawodową.

§ 2. Przepisy o ochronie konsumentów stosuje się również do osoby fizycznej, która dokonując czynności związanej z prowadzoną działalnością gospodarczą lub zawodową, działa także w celu niezwiązanym z tą działalnością i cel ten przeważa.

Zamiast reklamacji – rękojmia

Naprawa, wymiana, obniżenie ceny, zwrot pieniędzy – takie uprawnienia będą przysługiwać konsumentom w związku z wadą zakupionego towaru. To od konsumenta będzie zależało, z której możliwości skorzysta. Klient, zamiast uprawnień z tytułu niezgodności z umową, będzie korzystał z rękojmi, która zostanie uregulowana w kodeksie cywilnym. Nie zmieni się czas na złożenie reklamacji z tytułu niezgodności z umową – klienci będą to mogli zrobić nadal w ciągu dwóch lat od zakupu. Z 6 do 12 miesięcy wydłuży się korzystny dla konsumenta czas, w którym przyjmuje się, że wada istniała już w momencie sprzedaży. Obecnie wiele reklamacji złożonych po upływie pół roku od zakupu jest automatycznie odrzucanych przez sprzedawców.

14 dni na zwrot towaru kupionego w internecie

Do 14 dni zwiększy się czas na odstąpienie od umowy zawartej na odległość (np. przez Internet, telefon) lub poza lokalem przedsiębiorcy (np. od akwizytora, na pokazie). Jeżeli konsument nie zostanie poinformowany o tym prawie, termin ten przedłuży się do 12 miesięcy (obecnie – trzy). Ustawa wprowadzi także jednolity wzór odstąpienia od umowy.

Kto płaci za wysyłkę

Projekt przepisów precyzuje, że w sytuacji odstąpienia przez konsumenta od umowy zawartej na odległość lub poza lokalem, klient ponosi koszty odesłania towaru, pod warunkiem, że został o tym wcześniej poinformowany. Obecnie brak precyzyjnej regulacji wzbudza wśród klientów oraz sprzedawców wiele wątpliwości co do tego, kto i kiedy płaci za odesłanie produktu.

Obowiązki informacyjne

Projekt ustawy rozszerza obowiązki informacyjne przedsiębiorców – nie tylko w przypadku zakupów internetowych, ale w każdym przypadku konsumenci będą musieli być jasno i rzetelnie poinformowani m.in. o danych przedsiębiorcy, wszystkich kosztach, które będą musieli ponieść.

Ponadto internetowy sprzedawca musi zadbać o to, żeby klient w momencie zamawiania płatnej usługi lub towaru wyraźnie potwierdził, że wie o tym, że musi od razu zapłacić. W przeciwnym razie umowa nie zostanie zawarta.

W przypadku zakupów na odległość i poza lokalem przedsiębiorcy wymagane przez prawo informacje będą musiały być udzielone na papierze lub za zgodą konsumenta – na innym trwałym nośniku. Taki sam obowiązek będzie dotyczył przekazania umowy zawartej w ten sposób. Sprzedawca, który nie wypełni obowiązku informacyjnego narazi się na karę grzywny.

Szeroki obowiązek informacyjny ma ułatwić konsumentom podjęcie świadomej decyzji o wyborze kontrahenta i kupnie produktu.

Koszty

Ustawa wprowadzi zakaz pobierania wyższych kosztów za wybór określonego sposobu zapłaty oraz za kontakt telefoniczny.

Przedsiębiorcy nie będą mogli obciążać konsumentów wyższymi kosztami niż te, które faktycznie ponieśli za określony sposób zapłaty.. Poza tym, konsumenci, którzy kontaktują się w sprawie nabytych produktów czy usług, dzwoniąc na specjalnie uruchomione numery infolinii, nie będą mogli być obciążani opłatami większymi niż za zwykłe połączenie.

Etap legislacyjny

Projekt wdrażający do polskiego prawa dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady  został przygotowany przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Prawa kupujących i obowiązki sprzedających będą identyczne w całej UE. Przepisy powinny wejść w życie najpóźniej 13 czerwca uchylając dotychczas obowiązujące ustawy: o sprzedaży konsumenckiej (prawa konsumentów w zakresie reklamacji z tytułu niezgodności towaru z umową zostaną przeniesione do Kodeksu cywilnego) i o ochronie niektórych praw konsumentów oraz o odpowiedzialności za szkodę wyrządzoną przez produkt niebezpieczny (określającą zasady zakupów internetowych oraz poza lokalem.

Ogicom: Kolejne przejęcie na polskim rynku hostingowym

Ogicom znowu przejmuje – tym razem doszło do transakcji, w wyniku której poznańskiemu operatorowi została powierzona obsługa kont należących do kilku tysięcy klientów firmy Webhost.pl. Jakie korzyści stoją za tego rodzaju operacjami i jakie konsekwencje niosą dla użytkowników?

Efektywność ekonomiczna hostingu jest silnie skorelowana ze skalą działania. To, co małym firmom początkowo udaje się zrealizować dla kilku czy kilkunastu klientów, przestaje tak dobrze funkcjonować, kiedy baza rośnie do kilkuset czy kilku tysięcy. Problemy z autorskimi rozwiązaniami, oczekiwania klientów w zakresie wysokiej jakości obsługi, brak standaryzacji pakietów hostingowych i problemy z zapewnieniem technicznej niezawodności przy ograniczeniach budżetowych – to tylko wybrane elementy, studzące entuzjazm właścicieli małych i średnich firm hostingowych. Kiedy się pojawiają – następuje dobry moment do pozyskania inwestora albo całkowitego sprzedania swojego biznesu.

Innym powodem, dla którego właściciele biznesów hostingowych myślą o ich sprzedaży, jest inwestycja w całkowicie nową działalność, wymagającą znacznych nakładów kapitałowych oraz pełnego zaangażowania. Właśnie przed takim wyborem 25. lutego 2014 roku stanęła firma Webhost.pl, obsługująca kilka tysięcy kont hostingowych.

– Rozmawiałem z kilkoma dużymi i wiarygodnymi podmiotami, ale ostatecznie wybór padł na Ogicom, który szybko, rzeczowo i czytelnie przedstawił wszystkie warunki transakcji. W zasadzie negocjacje trwały tylko kilka dni, podczas których udało się osiągnąć satysfakcjonujące porozumienie. Poza warunkami finansowymi ważne było dla nas doświadczenie operatora oraz praktyczne dopracowane całej procedury – skomentował Grzegorz Król, dotychczasowy właściciel marki Webhost.pl.

O ostatniej transakcji mówi także prezes Ogicom, Jakub Dwernicki: – Każde tego rodzaju przejęcie to inwestycja, na której zyskują wszystkie podmioty. Dotychczasowi właściciele mogą skupić się na nowej działalności, klienci – zyskują większego i bardziej stabilnego operatora, a przejmujący ma szansę na powiększenie bazy klientów oraz uzyskanie lepszego poziomu kosztów jednostkowych i zwiększenie wolumenu. W wypadku Webhost.pl transakcja przebiegła szybko dzięki świetnej współpracy z partnerem i znakomicie przygotowanej dokumentacji, która w żaden sposób nie opóźniła procedur dotyczących przejęć.

Przejęcia – co oprócz pieniędzy?

Naturalnie w przejęciach strona zbywająca jest zainteresowana uzyskaniem maksymalnej kwoty, ale nie mniej ważne są też inne elementy transakcji, tj.:

zapewnienie ciągłości działania usług użytkowników,
rozłożenie przychodu ze sprzedaży biznesu w czasie,
wpływ operacji na wizerunek sprzedającego i kupującego,
doświadczenie w formalnej obsłudze operacji,
wpływ operacji na zatrudnienie, zwłaszcza w firmie sprzedawanej,
techniczna migracja do nowego środowiska (co często stanowi ogromne wyzwanie),
przygotowanie komunikacyjne.

Wyjątkowo istotnym obszarem pozafinansowym jest także komunikacja. Wpływa ona na zadowolenie klientów z całej operacji i przyczynia do kształtowania poziomu ewentualnych rezygnacji z usług. Błędy w tym obszarze mogą powodować straty po stronach zarówno kupującego, jak i sprzedającego. – Konieczne jest staranne przygotowanie komunikacji z klientami. Pamiętajmy, że hosting to usługa nacechowana wysokim poziomem interakcji na linii Użytkownik-Hoster, bo poza formalną zmianą operatora dochodzi także do zmian technicznych. Dopracowane mechanizmy komunikacyjne są zatem tak samo ważne, jak przygotowanie prawne czy finansowe – mówi Artur Pajkert, autor mechanizmów komunikacyjnych zastosowanych podczas operacji.

Co można poradzić właścicielom firm IT, którzy chcieliby spieniężyć swój biznes?

Przede wszystkim – najlepiej skupiać się na swoich kluczowych kompetencjach, szczególnie że rynek wymaga coraz wyższego poziomu specjalizacji. Agencja reklamowa czy interaktywna nie zawsze jest najlepszym hosterem, podobnie jak firmy typu „software house”. Oba te rodzaje działalności wymagają całkowicie odmiennych kompetencji niż prowadzenie biznesu hostingowego.

Po drugie – hosting ma sens wówczas, jeśli zapewnia odpowiednią zyskowność, konieczną dla gwarantowania technicznej jakości usług. Nierozerwalnie wiąże się to ze skalą działania. Brak odpowiedniej rentowności w długim terminie odbije się „czkawką” nie tylko właścicielom biznesu, ale także klientom.

Po trzecie – szukając inwestora skłonnego do zainwestowania w dane przedsięwzięcie, należy dokładnie rozważać takie podmioty, które mają doświadczenie w przejęciach IT, bo poza samym kapitałem nie mniej ważne jest know-how, dotyczące samego procesu przejęcia. Często jest to czynnik wręcz ważniejszy od pieniędzy, ponieważ transakcja przeprowadzona źle może okazać się finansowo niekorzystna dla jednej lub obu stron, a klienci zamiast mieć lepiej niż dotąd – z niezadowolenia przejdą do firm trzech.

Źródło: www.Ogicom.pl

NIK: konieczna jest gruntowna i niezwłoczna analiza dostosowania potencjału szpitali do rzeczywistych potrzeb pacjentów

Kontraktowanie usług w lecznictwie szpitalnym i specjalistycznym jest mało przejrzyste, a procedury stosowane przez NFZ, nie zawsze zapewniają wybór najlepszych świadczeniodawców, którzy gwarantowaliby pacjentom odpowiednią jakość i dostępność usług. Tym samym Fundusz nie zawsze w najlepszy sposób gospodaruje publicznymi pieniędzmi, pochodzącymi ze składek zdrowotnych obywateli.

Zgodnie z założeniami kluczowe znaczenie w procedurze kontraktowania świadczeń zdrowotnych miały mieć dwa etapy: rankingowy i negocjacyjny – dzięki nim pacjent miał otrzymywać możliwie najlepsze świadczenie za możliwie najniższą cenę. Kontrola NIK wykazała jednak, że w przypadku lecznictwa szpitalnego oraz lecznictwa specjalistycznego tryb kontraktowania jest obarczony wieloma wadami.

W publicznym lecznictwie szpitalnym, sens kontraktowania wypacza to, że przyznawana na ostatnim etapie procedury cena za punkt rozliczeniowy (miara służąca do rozliczenia oferowanego świadczenia) jest stała i tak naprawdę nienegocjowalna, bez względu na jakość oferty przedstawionej na wcześniejszych etapach postępowania. W efekcie praktycznie wszystkie szpitale publiczne, które zgłosiły oferty, podpisują umowy, a etapy wcześniejsze, np. ranking placówek uwzględniający jakość oferowanych świadczeń, nie mają większego znaczenia.

Z kolei w przypadku ambulatoryjnej opieki specjalistycznej ranking jakościowy (sam w sobie niedoskonały, bo oparty na jakości deklarowanej w ofercie, nie zawsze zgodnej z rzeczywistą jakością placówek), jest przekreślany i kwestionowany na etapie negocjacji, w którym jedynym liczącym się kryterium są ceny procedur, zaproponowane przez świadczeniodawców. Na ich podstawie komisje negocjacyjne ustalają zupełnie nowy ranking i według własnych, zmiennych reguł (często przekazanych przez przełożonego ustnie) arbitralnie przydzielają kontrakty, narzucając warunki i ostateczne ceny. Odmowa podpisania propozycji Funduszu przez świadczeniodawcę jest równoznaczna z rezygnacją z kontraktu. Zdaniem NIK trudno ten sposób postępowania określić mianem negocjacji.

Kumulacja postępowań prowadzonych w ostatnim kwartale roku i konieczność podpisania w ograniczonym, krótkim czasie tysięcy umów ze świadczeniodawcami, powoduje wiele nieprawidłowości, zarówno na etapie oceny ofert, jak i negocjacji, skutkujących niejednokrotnie zawarciem kontraktu z podmiotami, które nie gwarantują odpowiednich warunków realizacji świadczeń.

Przyczyny rozbieżności pomiędzy efektem oczekiwanym a uzyskiwanym:
NFZ nie negocjuje cen za świadczenia, ale przedstawia gotowe oferty do akceptacji: w publicznym lecznictwie szpitalnym jest to stała cena za punkt (różny jest natomiast zakres kontraktu). Ceny proponowane przez Fundusz nie odpowiadają rzeczywistym kosztom ponoszonym przez świadczeniodawców. Podobnie jest w leczeniu specjalistycznym. NFZ nie monitoruje rynku usług medycznych i nie dysponuje realnymi wycenami procedur medycznych w poszczególnych regionach kraju. Kontrola u wybranych świadczeniodawców wykazała, że nie zachodziła zależność między ceną kontraktową, a rzeczywistymi kosztami udzielania danego świadczenia.

Zdaniem większości świadczeniodawców (61,5%) cena ustalana na etapie negocjacji z NFZ znajduje się na granicy opłacalności lub nawet poniżej.

Ponad 30% świadczeniodawców uznało, że wartość kontraktów pokrywa poniesione koszty świadczeń jedynie przy zastosowaniu całościowego rozliczania umów, gdzie tańsze w rzeczywistości procedury – drożej wycenione przez NFZ – finansują procedury niedoszacowane. Jest to szczególnie widoczne na przykładzie szpitali, które udzielają świadczeń w kilku a nawet kilkunastu zakresach: wówczas kluczowym czynnikiem, decydującym o rentowności tych jednostek jest zbiorcza wartość wszystkich zawartych umów.

Z powodu złego rozplanowania procesu kontraktowania w czasie i spowodowanej tym kumulacji ofert większość skontrolowanych oddziałów NFZ podpisuje umowy „w ostatniej chwili”, próbując pod presją czasu uniknąć syndromu kolejek do lekarzy na początku nowego roku. W czasie tak rozumianych negocjacji świadczeniodawcy mają często kilka lub kilkanaście minut na decyzję o podpisaniu bądź odrzuceniu oferty. Stwierdzone w trakcie kontroli warunki prowadzenia negocjacji wskazują, że niekiedy miały one charakter propozycji NFZ bez możliwości ich przedyskutowania, czy też zmiany, np. w Świętokrzyskim OW NFZ odbywały się one nawet co kilka minut i polegały na wyrażeniu zgody lub odmowy przyjęcia propozycji NFZ; w Małopolsce komisje konkursowe w okresie 2-3 tygodni przeprowadziły negocjacje dotyczące ponad pięciu tysięcy ofert, niejednokrotnie w godzinach nocnych.

Kontrola NIK wykazała przypadki podniesienia przez Fundusz, z własnej inicjatywy, liczby zakontraktowanych świadczeń zdrowotnych, ceny za punkt rozliczeniowy czy też jednostronnego zmniejszenia przez świadczeniodawcę liczby wykonywanych świadczeń, zmiany obsady personelu i godzin przyjmowania już po kilku miesiącach od zawarcia kontraktu. Podniesienie ceny świadczeń oznaczało często powrót do ceny proponowanej w ofercie lub nawet cenę wyższą, co było całkowitym zaprzeczeniem sensu ustalania zakresu kontraktu podczas negocjacji. NIK zauważa, że przepisy dopuszczają przeprowadzanie kolejnych, po tzw. konkursach głównych, postępowań, jednak podkreśla, że może prowadzić to do arbitralnego wzmacniania celowo dobranych świadczeniodawców. Sytuacja taka miała miejsce np. w województwie małopolskim, gdzie w uzupełniającym trybie rokowań na 2011 r. podpisano umowy z poradniami przyszpitalnymi, które w konkursach głównych przegrały z innymi placówkami.

Wnioski

NIK zauważa, że wprowadzane aktualnie zmiany w formule kontraktowania stanowią realizację części uwag, zgłoszonych w trakcie kontroli (np. nowelizacja ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej, która doprecyzowuje m.in. pojęcia ciągłości i kompleksowości udzielanych świadczeń, umożliwia odrębne kontraktowanie świadczeń specjalistycznych dla grupy poradni przyszpitalnych i precyzuje, że w przypadku ryzyka braku zabezpieczenia świadczeń kontrakt może być przedłużony maksymalnie o sześć miesięcy).

Biorąc jednak pod uwagę wyniki analizy obecnej formuły kontraktowania NIK rekomenduje Ministrowi Zdrowia rozważenie podjęcia daleko idących reform. Zdaniem NIK konieczna jest gruntowna, rzetelna i niezwłocznie przeprowadzona analiza dostosowania potencjału szpitali do rzeczywistych potrzeb pacjentów. NIK rekomenduje także wypracowanie takiego sposobu kontraktowania świadczeń, w którym najważniejsze kryterium stanowić będą jakość i dostępność świadczeń rzeczywiście oczekiwanych przez pacjentów z danego terenu. Pozwoli to uwolnić zawieranie umów ze szpitalami od lokalnych nacisków.

Jan Kulczyk inicjatorem Rady Polskich Inwestorów w Afryce

CEO Magazyn Polska

Afryka będzie w najbliższych latach jednym z najszybciej rozwijających się ekonomicznie regionów na świecie. Polskie firmy mogą na tym skorzystać – uważają uczestnicy debaty na temat polskich inwestycji w Afryce, zorganizowanej przez CEED Institute. Wsparciem dla przedsiębiorców ma być powołana wczoraj Rada Polskich Inwestorów w Afryce, której inicjatorem jest Jan Kulczyk, największy polski prywatny inwestor na kontynencie afrykańskim i twórca CEED Institute. Do Rady przystąpili przedstawiciele największych polskich firm działających w Afryce, m.in. Jerzy Starak (Polpharma), Roman Karkosik (Krezus), Adam Góral (Asseco Poland) i Karol Zarajczyk (Ursus).

 – W nowoczesnym, globalnym świecie to nie odległość decyduje o bliskości. Afryka patrzy na Polskę i nasz region z dużym zaufaniem. Imponuje im sukces naszej transformacji gospodarczej, determinacja i przedsiębiorczość. Na tle borykającej się z kłopotami Europy mamy w sobie świeżość i energię, niezbędne do wprowadzania wielkich zmian, przed którymi stoi dziś Afryka – mówił Jan Kulczyk, inaugurując powstanie Rady Polskich Inwestorów w Afryce, której został przewodniczącym.

Rada Polskich Inwestorów w Afryce będzie pełnić rolę platformy wymiany myśli oraz doświadczeń na rzecz dalszego rozwoju polsko-afrykańskiej współpracy gospodarczej. Zadaniem Rady będzie również przecieranie ścieżek kolejnym polskim firmom, które chcą zaistnieć na kontynencie afrykańskim.

W skład Rady weszły największe polskie przedsiębiorstwa inwestujące w Afryce, reprezentowane między innymi przez: Jana Kulczyka (Kulczyk Investments), Jerzego Staraka (Polpharma), Romana Karkosika (Krezus), Adama Górala (Asseco Poland), Krzysztofa Jałosińkiego (Zakłady Chemiczne Police, Grupa Azoty), Marcina Kubicę (Lubawa) oraz Karola Zarajczyka (Ursus). 

Podczas spotkania, które odbyło się siedzibie Polskiej Rady Biznesu, zaprezentowany został także kolejny, piąty już raport CEED Institute „Nieodkryty potencjał: przewodnik po sektorze naftowym Afryki Subsaharyjskiej”.

Zdaniem autorów raportu, w ciągu najbliższych lat Afryka ma należeć do najszybciej rozwijających się regionów świata. Szczególnie dobre perspektywy dotyczą Afryki Subsaharyjskiej. MFW prognozuje roczny wzrost PKB tego regionu wynoszący 6,1 proc. w tym roku i 5,8 proc. w 2015 r. Na podobną dynamikę mogą liczyć tylko kraje w Azji.

Dostrzegając ogromną różnorodność Afryki Subsaharyjskiej, autorzy raportu przeanalizowali podobieństwa i różnice w funkcjonowaniu przemysłu naftowego w poszczególnych krajach regionu.

 – Widzę szanse dla polskich przedsiębiorców, ale też dla europejskich firm. Uważam, że powinniśmy być w Afryce obecni wspólnie z całą Europą i w pewnym sensie również pod parasolem Unii Europejskiej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Kulczyk, przewodniczący rady nadzorczej Kulczyk Investments i założyciel CEED Institute.

 Żeby Afryka tak naprawdę ruszyła, niezbędna jest inwestycja w infrastrukturę. Za 115 mld dolarów można uruchomić całą infrastrukturę Afryki Subsaharyjskiej. A to momentalnie spowoduje boom we wszystkich innych dziedzinach, nie tylko w przemyśle wydobywczym, lecz także w usługach, w przemyśle lekkim i całej reszcie obszarów – podkreśla Jan Kulczyk.

115 mld dolarów to niewygórowana kwota w kontekście rozwoju całego kontynentu. Mniej więcej tyle samo (ok. 110 mld dolarów) otrzyma Polska z unijnego funduszu spójności w latach 2014–2020. Kulczyk podkreśla, że pieniądze te pozwolą rozwinąć rynek już teraz liczący 1,1 mld ludzi. Prognozy na najbliższe lata mówią o wzroście populacji Afryki do nawet 2 mld osób.

Fundamentem rozwoju Afryki jest przemysł wydobywczy, także naftowy, ale Kulczyk podkreśla, że dzięki rozwojowi infrastruktury i ofercie inwestorów, poprawi się także sytuacja w innych sektorach.

 – Afryka dzisiaj, to Polska lat 90., może 80. Wkrótce rozwinie się tam cały przemysł konsumpcyjny, infrastruktura, usługi, czyli to, co jest charakterystyczne dla wszystkich gospodarek rozwijających się. Nie trzeba odkrywać Ameryki, trzeba odkrywać Afrykę – apeluje Kulczyk.

Dodaje, że przedsiębiorcy muszą traktować inwestycje na rynkach afrykańskich długofalowo, bo perspektywy rozwoju gospodarczego są tam znacznie lepsze niż w krajach rozwiniętych. 

Komentarz indeksowy BossaFX 19 marca 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 19 marca 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Co piąta firma łamie przepisy przy zawieraniu umów cywilnoprawnych z pracownikami

CEO Magazyn Polska

Co piąta umowa cywilnoprawna powinna być umową o pracę, a w 18 proc. firm skontrolowanych przez Państwową Inspekcję Pracy doszło do naruszenia przepisów przy zawieraniu umów z pracownikami. Takie nieprawidłowości ma zwalczyć rządowy projekt oskładkowania umów-zleceń do wysokości minimalnej pensji. Według resortu pracy, propozycja ta razem z projektem oskładkowania wynagrodzeń członków rad nadzorczych to pierwsze kroki do poprawy jakości pracy.

 – Te pierwsze rozwiązania, które zaproponowaliśmy, są bardzo ostrożne. Po pierwsze, ozusowanie rad nadzorczych nikogo nie boli. W przypadku umów-zleceń, one już od dawna są ozusowane. Problem tylko jest w ozusowaniu tak zwanych zbiegów, a więc eliminowania prób obchodzenia prawa, kiedy mając dwie umowy-zlecenie, oskładkowana jest jedna za 100 zł, natomiast druga – za 2 tys. zł – już nie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Męcina, wiceminister pracy i polityki społecznej.

Ministerstwo, opierając się na danych z Państwowej Inspekcji Pracy, przestrzega, że nieprawidłowości w tym zakresie jest coraz więcej. W 2007 roku 4 proc. skontrolowanych firm łamało przepisy przy zawieraniu umów. W ubiegłym roku było to już 18 proc., a co piąta umowa cywilnoprawna powinna być umową o pracę.

Dotychczas przy pracy na kilka umów-zleceń obowiązkowym składkom podlegała jedna z nich. Oskładkowanie pozostałych było dobrowolne. Projekt rządu zakłada, że teraz składkom będą podlegać wszystkie zlecenia co najmniej do kwoty minimalnego wynagrodzenia.

 – Zdajemy sobie sprawę, że dla pewnego segmentu rynku to może być problem, stąd vacatio legis. Niedawno była dyskusja na temat tego, na ile niektóre branże poradzą sobie z konsekwencjami. Zwracano uwagę na to, że trzeba przyspieszyć prace nad zamówieniami publicznymi tak, żeby te zmiany wcześniej weszły w życie, a wtedy te branże sobie z tym poradzą. I naszym priorytetem będzie także zadbanie o właściwy kalendarz wdrażania tych zmian – podkreśla Jacek Męcina.

Wiceminister zapewnia, że propozycja rządu jest w dużej mierze odpowiedzią na postulaty stawiane przez związki zawodowe. Przekonuje, że zmiany w ustawie mają przede wszystkim na celu poprawić jakość pracy i zwiększyć ochronę ubezpieczeniową zatrudnionych, i trzeba na nie patrzeć w szerszym kontekście.

Jak podaje MPiPS, na umowach cywilnoprawnych zatrudnionych jest blisko 1,4 mln Polaków. Z danych Państwowej Inspekcji Pracy wynika, że pracownicy ci stanowią 13 proc. zatrudnionych, podczas gdy w 2008 roku było to 9 proc. W ciągu pięciu lat to wzrost o 40 proc.

Lekarze próbują walczyć z kolejkami do specjalistów. Rząd akceptuje tylko część pomysłów

CEO Magazyn Polska

Bartosz Arłukowicz, minister zdrowia, przedstawił premierowi pomysły na likwidację kolejek do specjalistów. Propozycje ograniczają się do poszerzenia kompetencji lekarzy rodzinnych i wprowadzenia systemu dobrowolnych ubezpieczeń. Jednak wprowadzenie drobnych opłat za wizytę u lekarza nie znajduje poparcia.

Lekarze pytani przez portal Medycyny Praktycznej zgodnie twierdzą, że coraz dłuższe kolejki do lekarzy specjalistów to efekt skomplikowanych zasad refundacji. Lekarze rodzinni muszą wysyłać co roku swoich pacjentów do specjalisty po to, by potwierdził diagnozę choroby przewlekłej (np. cukrzycy).

 – Są pacjenci, których sytuacja zdrowotna jest na tyle ustabilizowana, że przyjmują te same leki stale, wiadomo, że one im pomagają. Nie ma żadnego powodu, żeby co roku diagnozę i to samo ustawianie leków potwierdzał lekarz specjalista. Wystarczy, że nad pacjentem będzie czuwał lekarz rodzinny – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sylwia Szparkowska z Medycyny Praktycznej.

85 proc. lekarzy uznało, że zwiększenie uprawnień lekarzy rodzinnych skróciłoby czas oczekiwania na wizytę u specjalisty. Rozwiązanie postulowane przez lekarzy, i akceptowane przez Ministerstwo Zdrowia i NFZ, to np. umożliwienie lekarzowi rodzinnemu skierowania pacjenta na badania diagnostyczne.

 – Problem polega na tym, że duża część pacjentów trafiających do specjalisty potrzebuje jedynie skierowania na badania, by później wrócić do tego samego specjalisty po ocenę wyników i diagnozę – tłumaczy Sylwia Szparkowska.

Zdaniem ekspertki byłoby lepiej, gdyby u lekarza specjalisty pojawiali się pacjenci już z wynikami badań. Sylwia Szparkowska podkreśla, że takie rozwiązanie wymaga dodatkowych pieniędzy albo zmiany systemu bez podniesienia uprawnień lekarza rodzinnego.

Według Szparkowskiej, pacjenci wymagający stałego leczenia tworzą dużą część kolejek do lekarzy specjalistów. W tym przypadku problem dostrzega też Ministerstwo Zdrowia, które chce wprowadzić między innymi zgodę na przepisywanie na dłuższy czas recept.

 – Natomiast wprowadzenie drobnych opłat za każdą wizytę u lekarza nie znajduje poparcia ani w ministerstwie, ani wśród polityków, chociaż jest bardzo istotne dla środowiska lekarskiego – mówi dziennikarka Medycyny Praktycznej.

W ankiecie na takie rozwiązanie wskazało 88 proc. lekarzy. Ich zdaniem, pozwoliłoby to ograniczyć wizyty osób, które nie potrzebują porady lekarskiej, a przychodzą do lekarza raczej z powodów społecznych lub psychologicznych.

Podobnie wygląda kwestia wprowadzenia ubezpieczeń dodatkowych. Środowisko lekarskie od wielu lat uważa, że takie ubezpieczenia są konieczne (77 proc. przyznało, że to ograniczyłoby kolejki do specjalistów), a pacjenci w miarę możliwości powinni sami finansować wizytę u lekarza, odciążając system świadczeń medycznych.

 – Ci, którzy nie mają takiej możliwości, też trafialiby wtedy do lekarza szybciej – mówi Sylwia Szparkowska. – Bez względu na lepsze płace lekarze nie będą w stanie przyjmować więcej pacjentów. Państwo wciąż nie może sobie poradzić z systemem ubezpieczeń dodatkowych i sprawa pozostaje nierozwiązana.

W ankiecie portalu Medycyny Praktycznej wzięło udział ponad 2 tysiące lekarzy.

Właściciel marki Kamis rozbudowuje fabrykę pod Warszawą, zwiększa zatrudnienie i wprowadza nowe produkty

CEO Magazyn Polska

Polska jest strategicznym rynkiem dla firmy McCormick, właściciela m.in. marek Kamis i Galeo. Krajowy rynek miał znaczący udział w ubiegłorocznym, 15-proc. wzroście firmy. Podwarszawska fabryka zaopatruje również rynek ukraiński, rosyjski i rumuński. Dlatego McCormick zdecydował się na rozbudowę zakładu. Zamierza również wprowadzić na rynek jeszcze przed Wielkanocą i sezonem grillowym nowe produkty z kategorii ziół i przypraw. 

 Będziemy kontynuować inwestycje w Polsce, przede wszystkim w dalszą rozbudowę fabryki, tak, aby zakończyć ją w tym roku. Zamierzamy też inwestować w nasze obiekty i systemy, a także szkolenia. Wspieramy rozwój w Polsce, dążymy do doskonałości w konkurencyjności i technologii – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Olivier Touzalin, prezes spółki McCormick Polska.

Firma na razie nie przewiduje na polskim rynku przejęć, koncentruje się na działalności operacyjnej i rozwoju marek Kamis i Galeo.

 – Naszym priorytetem jest podniesienie ogromnego potencjału tych marek. To nie czas na przejmowanie innych. W zależności od wzrostu, z pewnością czeka nas zatrudnianie nowych pracowników – komentuje Olivier Touzalin.

McCormick przejął spółkę Kamis w 2011 roku. Od tej pory zainwestował już 42 miliony złotych w infrastrukturę IT, system SAP i powiększenie fabryki. Szef firmy podkreśla też rolę reklamy. Już w zeszłym roku firma inwestowała poważne środki w reklamę Kamisa w telewizji i w dalszym ciągu zamierza się promować za pomocą klasycznej reklamy oraz sponsoringu telewizyjnego.

Sprzedaż spółki na świecie wzrosła w 2013 roku o 15 proc., a znaczący wpływ na ten sukces miał rynek polski.

 – Dla firmy Polska jest platformą rozwoju w Europie Środkowo-Wschodniej. Z fabryki pod Warszawą dostarczamy produkty na Ukrainę, do Rosji i Rumunii. Bez wątpienia Polska to ważne źródło rozwoju firmy – przekonuje Olivier Touzalin.

Priorytetami firmy pozostają zioła i przyprawy. W ubiegłym roku na rynku pojawiło się ponad 40 produktów z tej kategorii. Ostatnio McCormick intensywnie inwestuje także w segment fiksów – 24 wprowadzone w ubiegłym roku na rynek produkty dobrze się sprzedają, więc firma chce poszerzać tę kategorię, która stanowi podstawę rozwoju spółki na świecie.

 – Nie umniejszam też wagi kategorii musztard, bo Kamis jest liderem w tej dziedzinie. Będziemy wspierali ten segment nowymi produktami, nowymi działaniami, będzie to  można zobaczyć w nadchodzących tygodniach – mówi Touzalin.

Najbliższe tygodnie będą dla McCormicka bardzo ważne – zbliża się szczyt sezonu, który przypada na okres przedwielkanocny, a także sezon grillowy. Trzecim istotnym okresem dla firmy jest Boże Narodzenie.

 – Na te okresy wzmożonej sprzedaży przygotowujemy specjalne produkty, będziemy również wspierać nasze marki w telewizji. Również ważna będzie aktywność sprzedawców naszych marek w sklepach – zapewnia prezes firmy. – McCormick jest liderem sprzedaży w sezonie grillowym i planuje jeszcze zwiększyć swoją aktywność w tym zakresie w obecnym roku.