Branża budowlana liczy na lepsze siedem lat

CEO Magazyn Polska

Branża budowlana liczy na to, że obecna perspektywa finansowa UE – w przeciwieństwie do ostatnich lat poprzedniej „siedmiolatki” – będzie dla nich szansą rozwoju. Przedsiębiorcy podkreślają, że wprowadzenie zmian w prawie zamówień publicznych może znacznie usprawnić proces budowy dróg ekspresowych i autostrad. Eksperci są zgodni, że o wyborze wykonawcy nie może decydować kryterium najniższej ceny.

Budżet unijny ustala pułapy finansowania różnych sektorów na siedem lat. W ostatnich latach dostarczył polskiemu budownictwu infrastrukturalnemu funduszy, jakich do tej pory nie miało ono do dyspozycji. Efektem, obok dużej ilości nowych odcinków autostrad i tras szybkiego ruchu, jest też paradoksalnie nie najlepsza forma sektora budownictwa. 

 – Kryzysy w branży z reguły były powodowane brakiem pieniędzy na inwestycje i rozwój, a nie nadmiarem pieniędzy. Tym razem okazało się, że nadmiar też może być zabójczy – mówi Marek Michałowski, ekspert Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa. – Szczególnie wtłoczony w bardzo krótki okres, bo ten program nie mógł wystartować, w związku z tym okazało się, że to, co miało być zrobione w siedem lat, musimy zrobić w trzy lata.

Opóźnienia w inwestycjach oraz zastosowanie kryterium najniższej ceny i przerzucanie odpowiedzialności na wykonawców przy realizacji programu doprowadziło do upadku wielu firm budowlanych.

 – Efekt jest taki, że branża budowlana zamiast cieszyć się z zarobionych pieniędzy, liże rany, liczy straty i zastanawia się, czy w nowej perspektywie unijnej będzie tak samo, czy nadal warto startować w kontraktach, czy może już nie – ocenia Michałowski.

Zdaniem eksperta Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa, realizacja inwestycji drogowych wymaga zmian w prawie zamówień publicznych. Przede wszystkim kryterium najniższej ceny nie powinno być jedynym czynnikiem przy wyborze oferty. 

 – Jeżeli cena ma być wciąż najważniejszym kryterium, to musi być rzetelna prekwalifikacja, czyli wybór wykonawców, którzy gwarantują, że od strony technicznej i finansowej są przygotowani i gwarantują realizację danego obiektu, czy to jest kawałek autostrady, most, czy obwodnica. Inaczej zawsze będą ogromne problemy – mówi Michałowski. – Nie może być tak, że wygrywa ten, kto dał najniższą cenę, a w ogóle nie wiadomo, czy jest przygotowany do realizacji tego zadania, czy nie jest.

Kondycję branży i jakość inwestycji mogłaby także poprawić umowa, która równo rozłożyłaby prawa, obowiązki i ryzyka między zamawiającego a wykonawcę. 

 – Jeżeli do tego jeszcze wprowadzimy obowiązek rozliczania na końcu budów i nie będzie takich sytuacji jak dziś, że większość roszczeń ląduje w sądach i branża traci płynność, to powinno być dużo lepiej – prognozuje Michałowski.

Polacy wybierają nietypowe formy turystyki m.in. do slumsów oraz opuszczonych dzielnic

CEO Magazyn Polska

Odwiedzanie slumsów, opuszczonych budynków, a także regionów ogarniętych konfliktem staje się atrakcyjne dla coraz większej liczby turystów. Nietypowe formy turystyki zyskują na popularności i są szansą dla mniejszych biur podróży na specjalizację. Nie brakuje także osób uprawiających turystykę seksualną, medyczną, a nawet tzw. turystykę śmierci. 

  Pojawiają się pierwsze zwiastuny nowych trendów turystycznych, które z jednej strony nie wymagają długiego pobytu, jak do tej pory plaża, opalanie, kąpiele, wypoczynek pod palmami czy zwiedzanie atrakcji turystycznych. Te oferty są bardziej nastawione na zaszokowanie, zainteresowanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Krystyna Szczęsny, wykładowczyni Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie.

Jednym z popularnych nowych trendów jest turystyka slumsowa. Polega ona na odwiedzaniu dzielnic skrajnej biedy. Jak podkreśla Szczęsny, tę formę podróży wybierają często bardzo zamożne osoby. Ośrodkami turystyki slumsowej są Ameryka Łacińska, w szczególności brazylijskie Rio de Janeiro, Indie, a także Kenia (slumsy Kibera w Nairobi).

Coraz więcej osób decyduje się także na turystykę urbex, czyli odwiedzanie miejsc, które nie są typowymi atrakcjami turystycznymi – opuszczonych budowli, cmentarzy, katakumb. Szczęsny zauważa, że osoby, które uprawiają tę formę podróżowania, chętnie dzielą się swoimi przeżyciami i zdjęciami w internecie, tworząc w ten sposób charakterystyczną społeczność. 

Dążenie do absolutnego zaszokowania ofertą powoduje stworzenie nowej, ciemnej strony w turystyce. Śmierć, mrok i strach stają się takimi samymi produktami branży turystycznych, jak zdrowie, słonce i radość. Są tacy turyści, którzy z chęcią doświadczają wątpliwego uroku ponurej tanatoturystyki, spragnieni mocnych wrażeń, przemierzają setki kilometrów, żeby na własne oczy zobaczyć spreparowane szczątki ludzkie, narzędzia tortur i miejsca masowych mordów. Ta kontrowersyjna forma podróży cieszy się coraz większym zainteresowaniemNasuwa się pytanie o etykę i moralne przyzwolenie społeczeństwa na ingerowanie w życie rdzennej ludności, z drugiej zaś strony podróżujący do takich miejsc mogą stać się świadkami współczesnej historii.

 – Uczestnicy tanatoturystyki fascynują się mrokiem, ciemnością, grozą. Jeżdżą w miejsca, gdzie odbywają się masowe egzekucje. Spotykają się z ludźmi, obserwują skazańców, ludzi w miejscach, gdzie toczą się wojny. To w ramach tanatoturystyki mieści się również turystyka aborcyjna, jak również tzw. turystyka śmierci, turystyka samobójców. Oczywiście spotyka się to z ogromną krytyką – dodaje Szczęsny.

W ocenie wykładowczyni chorzowskiej WSB mroczna turystyka jest przeznaczona przede wszystkim dla osób szukających nowych wrażeń i skoku adrenaliny.

Według niej pojawiające się nowe trendy nie występują jeszcze na dużą skalę, a wiele osób wciąż preferuje tradycyjny wypoczynek. Większość turystów wybiera wakacje na słonecznych plażach, połączonych z korzystaniem z ośrodków typu spa i wellness.

Zmieniające się trendy w turystyce wymuszają zmiany w ofercie biur podróży. Duzi touroperatorzy mogą sobie pozwolić na szeroką ofertę, w której każdy znajdzie coś dla siebie, ale małe biura powinni się raczej specjalizować. 

 – Wielkie firmy touroperatorskie będą mogły postawić na wiele kierunków. Natomiast mniejsze biura zachęcałabym jednak do segmentacji, do określenia specjalnych ofert. Wtedy turyści będą wiedzieli, gdzie szukać ofert dla singli, ofert dotyczących turystyki kobiecej, czy też na przykład turystyki slumsowej, albo też tego, co określamy turystyką masową, wyjazdy wypoczynkowe, wakacje nad morzem. Osobiście nie pochwalam takiej formy turystyki – mówi Krystyna Szczęsny.

DM IDM: czynsze w biurach w największych polskich miastach nie będą rosły przez kolejne 4-5 lat

CEO Magazyn Polska

Rozwój e-handlu i nadpodaż powierzchni handlowych w wielu miastach powoduje obniżki czynszów w galeriach handlowych. Również w biurowcach ceny wynajmu nie rosną, m.in. za sprawą dużej podaży nowych powierzchni biurowych, i tak może być przez kolejne 4-5 lat. To powoduje, że sytuacja deweloperów komercyjnych jest dużo gorsza niż deweloperów mieszkaniowych, którzy notują wzrosty sprzedaży.

 Sytuacja deweloperów komercyjnej, czyli tych budujących obiekty biurowe i galerie handlowe, nie jest tak dobra jak deweloperów mieszkaniowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Wewiórski, analityk Domu Maklerskiego IDM. – Mam na myśli głównie wywieranie presji na deweloperów, by obniżali czynsze w biurowcach i w galeriach handlowych.

Przyczyną problemów deweloperów w galeriach handlowych jest przede wszystkim dynamiczny rozwój handlu w internecie. 

 – E-commerce odbiera klientów galeriom. Niektóre rynki są już nasycone, np. we Wrocławiu czy Kielcach nie ma już raczej miejsca na nowe obiekty. Z drugiej strony są nawet miejsca w Warszawie, np. na Białołęce brakuje nowoczesnej powierzchni handlowej i deweloperzy nadal poszukują gruntów pod jej budowę – wyjaśnia Maciej Wewiórski.

Z kolei spółki wynajmujące powierzchnię biurową zmagają się z problemami stagnacji gospodarczej oraz dużej podaży nowych biurowców w największych polskich miastach.

 – Wywiera to presję na deweloperów, by obniżali czynsze i tym samym marże – zauważa analityk DM IDM. – Mniejsze przychody z wynajmu i przeszacowania wartości nieruchomości zapewne wpłyną na wyniki finansowe spółek deweloperskich.  

Zdaniem eksperta sytuacja nie ulegnie w najbliższych latach poprawie.  

 – Jesteśmy zdania, że ciągły rozwój e-commerce będzie miał negatywne przełożenie na stawki czynszów w galeriach. Z kolei wzrost powierzchni biurowej w dużych aglomeracjach nie pozwoli na wzrost stawek czynszów w najbliższych 4-5 latach – prognozuje Wewiórski.

Zamieszanie z ustawą o opakowaniach. Przedsiębiorcy skarżą się na brak odpowiednich rozporządzeń

CEO Magazyn Polska

Dziś rząd ma się zająć ustawą o bateriach i akumulatorach, której projekt zakłada, że producenci tych wyrobów będą finansować ich utylizację. Tymczasem do obowiązującej od początku roku ustawy o odpadach opakowaniowych brakuje rozporządzeń wykonawczych, które wskazałyby przedsiębiorcom, jak mają zagospodarowywać odpady w swoich firmach.

W styczniu tego roku weszła w życie ustawa o gospodarce opakowaniami i odpadami opakowaniowymi. Teoretycznie, bo Ministerstwo Środowiska wciąż nie wydało odpowiednich rozporządzeń wykonawczych. To jednak nie koniec zawirowań legislacyjnych dla przedsiębiorców w zakresie gospodarowania odpadami. 

 – Dyrektywa unijna dotycząca zużytego sprzętu elektrycznego narzuciła nam termin w połowie lutego, abyśmy wprowadzili nową ustawę. Tej ustawy w ogóle nie ma. W chwili obecnej postępują prace nad nowelizacją ustawy o bateriach i akumulatorach. Biorąc pod uwagę jeszcze ustawę opakowaniową, mamy trzy ustawy, które ulegają właśnie przekształceniom, a to oznacza dużo zmian na raz – ocenia Zbigniew Milkiewicz, prezes CCR Polska.

Projektem ustawy o bateriach i akumulatorach ma się dzisiaj zająć Rada Ministrów. Zakłada on udział producentów baterii i akumulatorów w kosztach utylizacji tych produktów.

Najwięcej niewiadomych wciąż niesie ze sobą ustawa o gospodarce opakowaniami i odpadami opakowaniowymi. Kontynuuje ona w dużej mierze poprzednią ustawę o obowiązkach przedsiębiorców w zakresie gospodarowania niektórymi odpadami i o opłacie produktowej z 2001 roku. Sprawa dotyczy wielu tysięcy przedsiębiorców w Polsce, którzy produkują lub wprowadzają na rynek swoje produkty w opakowaniach. Opakowania są albo wyrzucane w supermarkecie (w przypadku opakowań zbiorczych), albo trafiają do kosza na śmieci w gospodarstwie domowym. 

 – Celem ustawy, zarówno poprzedniej, jak i nowej, jest to, aby ktoś podjął się zbiórki odpadów opakowaniowych i poddał odpady recyklingowi. Idea jest jak najbardziej szczytna. Surowce wtórne, które uzyskujemy z takich zbiórek trafiają do właściwych zakładów recyklingowych, do papierni, do hut i dzięki temu mamy zwrot surowca do gospodarki – tłumaczy Milkiewicz.

Ustawa niesie ze sobą kilka istotnych zmian. Przede wszystkim dotyczą one obowiązku finansowania kampanii edukacyjnych przez przedsiębiorców. Przepisy wskazują, jaki procent wartości opakowań musi zostać wydany na edukowanie społeczeństwa w zakresie prawidłowego postępowania z odpadami opakowaniowymi. Kolejną wprowadzoną zmianą jest obowiązek zbierania części z całej grupy odpadów z gospodarstw domowych.

 – Czyli dla przykładu, jeśli dzisiaj był obowiązek zbiórki papieru i na poziomie ponad 50 proc., można było ten obowiązek rozliczyć zbiórką z sieci handlowych kartonów zbiorczych. Natomiast nowa ustawa wskazuje, że te odpady powinny pochodzić z gospodarstw domowych – wyjaśnia Zbigniew Milkiewicz.

Wątpliwości przedsiębiorców budzi też utrudnienie scedowania obowiązków recyklingu opakowań wielomateriałowych na organizacje odzysku, który może być realizowany tylko przez porozumienia zawierane przez izby gospodarcze, co jest całkowitą nowością. Pod pojęciem opakowań wielomateriałowych kryją się opakowania typu Tetra Pak, czyli przede wszystkim opakowania do żywności płynnej, pasty do zębów, przypraw, masła.

 – Do tej pory organizacje odzysku mogły realizować te obowiązki, przejmując je od wprowadzających. Natomiast dziś jest to w sferze wielkiej niewiadomej, gdyż prawdopodobnie te obowiązki może realizować tylko i wyłącznie izba gospodarcza. Żadna jeszcze nie wyszła z takim pomysłem do rynku. Nikt nie zawarł stosownego porozumienia, a przedsiębiorcy wciąż nie wiedzą, ile ich będzie ten recykling kosztować – podkreśla Milkiewicz.

Jak podkreśla, jedynym pewnym efektem wprowadzonej ustawy jest wzrost kosztów. Mają na to wpływ dwa czynniki. Z jednej strony, co roku rosną poziomy zbierania poszczególnych typów odpadów, co skutkuje wzrostem opłat. Ponadto obowiązek zbierania części odpadów z gospodarstw domowych sprawia, że koszty rosną zdecydowanie. Wciąż nie wiadomo, ile będzie kosztować obowiązek recyklingu opakowań wielomateriałowych poza organizacją odzysku.

 – Nie wiemy nawet, jak duży procent tych opakowań musi być zebrany, ponieważ nie zostało opublikowane rozporządzenie. Przedsiębiorcy nie mogą bazować na rozwiązaniach z poprzedniej ustawy, gdyż tam nie było osobnego rozwiązania dla opakowań wielomateriałowych – ocenia Milkiewicz.

Brak sprecyzowanych wytycznych może grozić chaosem, a przedsiębiorcom, którzy nie wywiążą się z obowiązku recyklingu, grożą wysokie kary, które mogą wynosić nawet setki milionów złotych.

Polska gospodarka rozwija się stabilnie, ale niejasne przepisy podatkowe utrudniają pracę przedsiębiorcom

CEO Magazyn Polska

Polska gospodarka jest na dobrej drodze do długotrwałego rozwoju – oceniają amerykańscy biznesmeni. Potrzebne są jednak kolejne inicjatywy, które skłonią zarówno polskie firmy, jak i zagraniczne przedsiębiorstwa do inwestowania kapitału w Polsce. Zmian wymaga przede wszystkim skomplikowany i niejasny system podatkowy, który stanowi poważny problem, szczególnie dla małych i średnich firm.

 – Sami przedsiębiorcy szukają dziś pomysłów na to, jak sprawić, by Polska stała się atrakcyjnym miejscem do inwestowania, i to nie tylko jeśli chodzi o inwestycje zagraniczne, lecz także krajowe. Polskie firmy też zadają sobie pytanie, gdzie zainwestować nadwyżki. Budują fabryki w Stanach Zjednoczonych, w Niemczech, i tam zatrudniają ludzi. Trzeba zrobić wszystko, by polski kapitał pracował w kraju – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tony Housh, członek zarządu Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce.

Część inwestycji odbywa się przez specjalne strefy ekonomiczne, których działalność w ubiegłym roku przedłużono do 2026 roku. Jednak polskim problemem jest wciąż skomplikowany system podatkowy, który obniża produktywność i hamuje rozwój firm.

 – Zmiany w systemie podatkowym, ułatwienia w raportowaniu, większa elastyczność systemu – te kroki wydają się drugorzędne, ale najprostsze, by pobudzić zatrudnienie i zachęcić do inwestowania w kraju – tłumaczy Tony Housh. – Czy potrzebuję „kratki” w swoim samochodzie? Jakie wydatki są moimi kosztami i jaką kwotę mogę odliczyć? To szczególnie ważne dla małych i średnich przedsiębiorców, którzy nie mają wyspecjalizowanego działu podatkowego w swojej firmie.

Housh wskazuje, że takie problemy utrudniają podejmowanie decyzji i powodują, że mały czy średni przedsiębiorca nie wie, co może zrobić, albo boi się, że jeśli coś zrobi, będzie miał kłopoty. Skutek takich dylematów to zaniechanie udziałów w transakcjach lub wstrzymanie inwestycji w rozwój.

 – W tym przypadku można zrobić bardzo dużo, po prostu upraszczając procedury. Cały czas pracujemy nad tym w Polsce i już jest lepiej, ale nadal można dostać dwie różne interpretacje przepisów w dwóch urzędach skarbowych. Jeśli prowadzisz przedsiębiorstwo w całym województwie mazowieckim, to możesz dostać inną interpretację w urzędzie w Radomiu i inną w Warszawie – podkreśla członek zarządu AmCham.

Z drugiej strony dane gospodarcze nadchodzące w tym roku są lepsze niż w poprzednim. Siedem lat problemów gospodarczych nie sprzyjało rozwojowi gospodarki i choć w Polsce sytuacja była lepsza niż w innych krajach, zdaniem przedstawiciela Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce, wielu przedsiębiorców z niepokojem patrzyło na to, co dzieje się naokoło i pieniądze lokowało w banku zamiast inwestować.

 – To z kolei powodowało ostrożność wśród konsumentów i niepokój o to, co się dzieje. A gospodarkę napędza teraz bardziej konsumpcja wewnętrzna. Eksport w ciągu kilku ostatnich lat był silny, i to na pewno pomogło gospodarce, ale żeby polski rynek rósł i to w sposób znaczący, czyli więcej niż 3 procent rocznie, to musimy wzmacniać popyt wewnętrzny. Ludzie muszą chcieć wydawać pieniądze, jednocześnie czując się bezpiecznie – tłumaczy Tony Housh.

Podkreśla, że sytuacja gospodarcza Polski jest stabilna i możemy liczyć na 2,5-3 procent wzrostu gospodarczego w ciągu kilku następnych lat.

 – Na pewno jest szansa na wzrost szybszy niż w ubiegłym roku, ale jednocześnie nikt nie chce bardzo szybkiego krótkotrwałego wzrostu. Wszystkim, i inwestorom, i mieszkańcom, lepiej posłuży 3-4 procentowy wzrost przez kolejne 10 lat niż gwałtowny wzrost i później spadek – podsumowuje Tony Housh.

„Nowa era rynku obligacji” – rozmowa z Dariuszem Laskiem (UI TFI)

„Nowa era rynku obligacji” – o sytuacji na rynku długu rozmawiamy z Dariuszem Laskiem, dyrektorem inwestycyjnym ds. papierów dłużnych Union Investment TFI

W ostatnim czasie polski rynek papierów dłużnych zachowywał się gorzej. Czy to w związku z przekazaniem obligacji z OFE do ZUS?

Tak, ale nie tylko. Polski rynek obligacji znalazł się pod presją, jeszcze zanim aktywa z OFE zostały przeniesione do ZUS. Było to związane z pogorszeniem globalnego sentymentu do rynków wschodzących w wyniku zmian w polityce monetarnej USA, a przede wszystkim dalszego ograniczania skupu aktywów przez Fed. Inwestorzy zagraniczni wycofywali kapitał z rynków wschodzących, przenosząc go do „bezpiecznych przystani”, choćby amerykańskich papierów skarbowych czy japońskiego jena. Wywołało to spadki cen aktywów na rynkach rozwijających się – w tym polskich obligacji. Do niedawna polski rynek obligacji skarbowych był odporny na tego typu zawirowania, jednak sytuacja się zmieniła.

To efekt reformy emerytalnej w Polsce?

Tak. Wskutek reformy struktura uczestników polskiego rynku długu uległa istotnym zmianom. Po zniknięciu jednego z największych graczy – OFE – dominującą pozycję zajęli inwestorzy zagraniczni. Tym samym zachowanie rentowności polskich obligacji skarbowych stało się w dużej mierze uzależnione od ich sentymentu. Zajmie jeszcze trochę czasu, zanim wszyscy uczestnicy rynku, m.in. TFI czy banki, oswoją się z nową rzeczywistością.

A zatem jesteśmy skazani na łaskę i niełaskę inwestorów zagranicznych?

Niezupełnie. Nową sytuację rynkową, w jakiej się znaleźliśmy, dostrzegło m.in. Ministerstwo Finansów, które poinformowało o możliwości dokonywania transakcji na polskich obligacjach skarbowych z Bankiem Gospodarstwa Krajowego, co powinno stabilizować ich rentowności. Ponadto przedstawiciele NBP uspokajają, że obserwują sytuację polskiej waluty. Uważam jednak, że obecnie NBP jest zbyt pasywne, szczególnie jeśli spojrzymy na aktywność banków centralnych na świecie. Niezależnie od doraźnych działań polskich organów państwowych oceniam, że w dłuższym okresie sytuacja się ustabilizuje.

Rada Polityki Pieniężnej nie zdecydowała się na podniesienie stóp. To dobra wiadomość dla rynku obligacji?

Rzeczywiście, RPP nie zdecydowała się na żaden ruch, ale było to zgodne z oczekiwaniami. Warto jednak zwrócić uwagę, że ostatnie odczyty wskaźników obrazujących kondycję gospodarczą Polski są lepsze, niż spodziewał się rynek. To w dalszej perspektywie oczywiście otwiera furtkę do zacieśniania polityki pieniężnej, jako że im lepsze dane z gospodarki, tym gorzej dla obligacji, a lepiej dla akcji.

Union Investment TFI o sytuacji na rynku akcji

„Na koniec dnia liczą się fundamenty” – o sytuacji na rynku akcji rozmawiamy z Ryszardem Rusakiem, dyrektorem inwestycyjnym ds. akcji Union Investment TFI

W Polsce trwa okres publikacji wyników spółek za IV kwartał 2013 r. Jakich danych można się spodziewać?
Wyniki kwartalne spółek w Polsce mogą być całkiem niezłe, jako że już w ubiegłym roku weszliśmy na ścieżkę wzrostu. W przeciwieństwie do zysków polskich firm słabsze wyniki zaprezentują zapewne spółki tureckie, które od kilku miesięcy zmagają się ze spowolnieniem i osłabianiem waluty. Gorsze dane widać póki co w raportach niektórych banków notowanych w Stambule. W ich przypadku słabsze wyniki mogą być efektem zawiązywania rezerw finansowych.

Kontynuując wątek Turcji – w ostatnim czasie ekonomiści obniżyli prognozy wzrostu gospodarczego dla tego kraju…
Rzeczywiście. Pierwszy raz, nie licząc kryzysowego 2009 r., wzrost PKB w Turcji będzie najprawdopodobniej niższy niż w Polsce. Wedle ostatnich przewidywań dynamika wzrostu gospodarczego w Turcji może spaść w tym roku do 1,5%. Ścięte zostały również prognozy zysków spółek. Z jednej strony to zła informacja dla inwestorów chcących już teraz zarabiać na tureckiej giełdzie, z drugiej jednak to szansa na zakup aktywów w dołku. Kupując akcje dziś, gra się przecież pod odreagowanie w kolejnych miesiącach i latach.

Wydaje się jednak, że obecnie nie ma chętnych na inwestowanie w Turcji.
Jeśli spojrzymy na średnie dzienne obroty o wartości kilku miliardów tureckich lir, teza ta nie znajduje uzasadnienia. Owszem, patrząc choćby na wartość indeksu tureckiej giełdy BIST 100 czy analizując skalę odpływu kapitału zagranicznego, dostrzeżemy, że sprzedający są obecnie w przewadze. Warto jednak zwrócić uwagę, że po drugiej stronie jest całkiem sporo kupujących.

Czy liczba kupujących może wzrosnąć?
Wszystko będzie zależało od sentymentu, jednak pamiętajmy, że stabilizacja w sferze politycznej czy walutowej prędzej czy później nastąpi. Wówczas tak szybko, jak kapitał odpływał z rynku tureckiego, zacznie napływać z powrotem.

Kto może być skłonny do zainwestowania w Turcji?
Spójrzmy choćby na Polskę i wyobraźmy sobie hipotetyczną sytuację. OFE, po oddaniu obligacji do ZUS, weszły w zupełnie nową erę, stając się de facto funduszami akcyjnymi. Są prawie w całości zbudowane na polskich akcjach. Dysponując wciąż potężnymi aktywami i chcąc efektywnie zarządzać portfelem, OFE będą musiały dywersyfikować inwestycje geograficznie. Załóżmy, że drobny ułamek, np. 0,5–1% (to jest około 2 mld zł), zarządzanych aktywów postanowią ulokować na tureckiej giełdzie, na której po ostatnich przecenach można znaleźć sporo okazji inwestycyjnych. Skala napływów na turecką giełdę (np. ze strony polskich funduszy emerytalnych) może sprawić, że część graczy zagranicznych, zachęconych zwiększonym popytem, zacznie wracać do Turcji. Fundamenty są na razie niezbyt dobre, ale pamiętajmy, że za jakiś czas się poprawią. Wówczas powróci sentyment – poza fundamentami to drugi kluczowy czynnik wspierający.

A jak prezentują się inne kraje w regionie „Nowej Europy”, np. Węgry?
Wbrew obiegowym opiniom o negatywnych skutkach działań premiera Viktora Orbána fundamenty węgierskiej gospodarki są całkiem dobre. Bezrobocie jest relatywnie niskie, wskaźniki wyprzedzające koniunktury (PMI) rosną, a do Węgier zaczął płynąć kapitał. Nieco gorzej, choćby na tle złotego, wypada forint, jednak jego osłabienie nastąpiło głównie w wyniku zawirowań na rynkach wschodzących. Z węgierską giełdą jest o tyle nieciekawie, że jej główny indeks BUX jest zdominowany przez cztery spółki: OTP Bank, MOL, Gedeon Richter i Magyar Telekom. Trudno więc mówić o poszukiwaniu okazji na węgierskim rynku akcji.

A Czechy?
Czeski rynek akcji jest zdominowany przez spółki defensywne, więc nie spodziewałbym się imponującej dynamiki wzrostu tamtejszej giełdy. Dużo ciekawiej prezentuje się polski rynek akcji i – dla osób świadomych wysokiego ryzyka – rynek turecki.

Na koniec przenieśmy się na Wall Street, będącą punktem odniesienia dla inwestorów. W USA osiągnięto limit zadłużenia, jednak na mocy porozumienia między demokratami a republikanami, limit został podniesiony do marca 2015 r. Czy możemy się spodziewać kontynuacji hossy na amerykańskiej giełdzie?

W krótkim horyzoncie to całkiem możliwe, szczególnie po „gołębich” wypowiedziach Janet Yellen przed Kongresem. Pamiętajmy jednak, że hossa na amerykańskiej giełdzie jest dojrzała i każda negatywna informacja, która pojawi się w najbliższym czasie, może stanowić pretekst do zapoczątkowania korekty.

Czy ewentualne pogorszenie w USA może się przełożyć na polski rynek akcji?
Ze statystycznego punktu widzenia to całkiem prawdopodobne. Z drugiej strony, patrząc na fundamenty polskiej gospodarki, można zauważyć sporą szansę na to, że warszawska giełda będzie zachowywała się lepiej niż amerykańska, gdzie wyceny wielu spółek są już „wymagające”.

Union Investment Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych S.A. od 18 lat oferuje najwyższej jakości rozwiązania finansowe inwestorom indywidualnym (w zakresie funduszy inwestycyjnych, portfeli asset management, a także produktów systematycznego oszczędzania) oraz instytucjom (w zakresie zarządzania płynnością firmy, asset management, tworzenia dedykowanych produktów). Towarzystwo wielokrotnie nagradzane było za osiągane wyniki zarządzania, w tym – jako jedyne – 11-krotnie stawało na podium najstarszego rankingu funduszy inwestycyjnych w Polsce, przygotowywanego przez Rzeczpospolitą i Analizy Online. Więcej informacji na stronie www.union-investment.pl

Komentarz indeksowy BossaFX 17 lutego 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 17 lutego 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

W tym roku PKP wyda 9 mld zł na modernizację torów

CEO Magazyn Polska

Obecny rok ma być przełomowy dla polskiej kolei. Do grudnia pasażerowie muszą liczyć się z dużymi utrudnieniami spowodowanymi remontami torów, na które Polska wyda niemal 9 mld zł. Jednak potem pociągi mają przyspieszyć, a symbolem zmian ma stać się wprowadzenie rozkładowych jazd Pendolino.

 – W tym roku skupiamy się przede wszystkim na wykorzystaniu funduszy Unii Europejskiej po to, żeby zaniedbaną polską infrastrukturę kolejową podnieść na wyższy poziom, żeby wydać w tym roku sensownie blisko 9 mld zł na nadrobienie tych wieloletnich zaległości związanych z infrastrukturą i wprowadzeniem polskich Pendolino na tory – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Karnowski, prezes zarządu PKP SA.

Karnowski podkreśla, że obecny rok będzie trudny z uwagi na trwające remonty. Zamykanie torów kolejowych i ograniczanie przepustowości linii jest jednak nieuniknione. Jak zaznacza prezes PKP SA, w przypadku budowy autostrad i dróg ekspresowych stare trasy nie muszą być zamykane, więc rozbudowa infrastruktury jest mniej uciążliwa dla kierowców. Jednak w przypadku kolei nowych tras nie buduje się równolegle do starych, lecz w tym samym miejscu.

Prezes PKP przyznaje, że remonty są dużym utrudnieniem dla funkcjonowania spółek z kolejowej grupy, ale dodaje, że każdy menedżer rozumie tę sytuację.

 – Wszyscy finansiści wiedzą, że nie można zjeść ciastka i mieć ciastko. Jeżeli remontujemy tory, infrastrukturę, to musimy robić zamknięcia. Jak się buduje autostradę, to wszyscy jeżdżą po starej drodze. Mamy nową autostradę, de facto większą przepustowość, bo dwa razy tyle dróg. W przypadku kolei musimy zamknąć, żeby wyremontować, musimy to zrobić, żeby wydać pieniądze z Unii i żeby mieć lepszą infrastrukturę. Ten rok będzie bardzo trudny – ocenia Karnowski.

Dużym utrudnieniem dla PKP, zwłaszcza dla PKP Intercity, będzie remont torów dalekobieżnych na warszawskiej linii średnicowej. Prace rozpoczną się 9 marca i potrwają do połowy czerwca. W związku z tym wiele pociągów dalekobieżnych jadących do, z i przez Warszawę zamiast przez Warszawę Centralną pojedzie przez dworzec Warszawa Gdańska.

Utrudnienia na torach powodują wydłużenie czasu przejazdu oraz zmniejszenie liczby połączeń, co zniechęca pasażerów. PKP Intercity straciło w ubiegłym rok ponad 4 mln pasażerów. Nienależące do Grupy PKP Przewozy Regionalne przewiozły nawet o 16 mln mniej osób w 2013 r. niż w 2012 r.

Karnowski zauważa jednak, że mimo straty liczby pasażerów oraz trudnej sytuacji na torach w Grupie PKP pozytywnym znakiem jest zakończony sukcesem debiut giełdowy PKP Cargo. Przewoźnik towarowy, który jest drugi po Deutsche Bahn w Europie, wszedł na GPW 30 października 2013 r.

 – Wejście PKP Cargo na giełdę jest przełomem w polskiej kolei. W tym sensie, że każda spółka, która była kiedyś w podobnej sytuacji wie, że wejście na giełdę oznacza większą transparentność, a tym samym większą efektywność. Jeszcze rok temu nikt nie wierzył, że nam się to uda. Udało się nam w założonym terminie 9 miesięcy wprowadzić pierwszą spółkę z grupy PKP na giełdę. Jest to ogromna korzyść nie tylko dla inwestorów, lecz także dla pracowników PKP Cargo, bo oni również byli beneficjentami tej zmiany – mówi Karnowski.

Dodaje, że debiut PKP Cargo to też szansa tej spółki na dynamiczny rozwój. Z kolei PKP SA dzięki ofercie publicznej, której wartość wyniosła ok. 1,4 mld zł, spłaca historyczne długi polskiej kolei.

Resort gospodarki pomaga producentom mebli w promowaniu się na pięciu rynkach Europy

CEO Magazyn Polska

Niemcy, Rosja, Ukraina, Wielka Brytania i Francja to pięć rynków, na których chcą się promować producenci polskich mebli. Wspiera ich w tym Ministerstwo Gospodarki,  m.in. poprzez pomoc de minimis, zagraniczne misje handlowe oraz specjalistyczne szkolenia dla firm.

Na działania promocyjne na rzecz branży meblarskiej na świecie resort gospodarki przeznaczy w tym roku około 5,5 mln złotych. Producenci mebli uzyskają natomiast w formule de minimis  13,5 mln złotych dofinansowania.

 – Wybraliśmy 15 branż, w tym również branżę meblarską, które uznaliśmy firmy mające duże perspektywy eksportowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Eliasz, naczelnik wydziału realizującego projekt systemowy „Promocja polskiej gospodarki na rynkach międzynarodowych” w Ministerstwie Gospodarki.

Choć Polska już jest czwartym na świecie (po Chinach, Niemczech i Włoszech) eksporterem mebli, program resortu gospodarki ma dodatkowo zwiększyć rozpoznawalność polskich wyrobów w środowisku międzynarodowym, przede wszystkim na pięciu zagranicznych rynkach.

 – Branża meblarska wybrała sobie pięć krajów: są to nasi sąsiedzi, czyli Niemcy, Rosja, Ukraina, ale też Wielka Brytania i Francja jako kraje docelowe, w których chciałyby się promować – wymienia Eliasz.

Jak wynika z danych  Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Producentów Mebli (OIGPM) – Polska w ubiegłym roku wyeksportowała meble za łączną kwotę ponad 9 mld dolarów. Największymi odbiorcami są Niemcy (39 proc. łącznego eksportu branży) oraz kolejno Francja (blisko 9 proc. eksportu), Czechy, Wielka Brytania, Szwecja i Holandia. Największy popyt zgłaszają na meble tapicerowane, meble do jadalni oraz salonu.

Resort gospodarki wspiera promocję polskich produktów w dwojaki sposób.

 – Pomoc dla przedsiębiorców w formule de minimis i pomoc dla branży jako całość podkreślająca właśnie efekt programu promocji – tłumaczy przedstawiciel ministerstwa.

Pierwszy z komponentów programu zakłada udział w targach w Polsce i za granicą, misjach handlowych oraz specjalistycznych szkoleniach dla firm. Przedsiębiorcy mogą ubiegać się również o refundację 85 proc. kosztów poniesionych w związku z realizacją działań zawartych w programie (dofinansowanie udziału w targach, przejazdu, transportu mebli i ich ubezpieczenie, przygotowanie materiałów promocyjnych). Drugi komponent programu zakłada m.in. organizację przez resort gospodarki stoisk informacyjnych na targach zagranicznych oraz kampanię promocyjną w zagranicznej prasie codziennej i branżowej.

Przedsiębiorcy, którzy biorą udział w programie, mają możliwość uczestniczenia inicjatywach zarówno wskazanych przez resort, jak i wybranych przez siebie. Ważnymi z punktu widzenia promocji wydarzeniami są dla nich zagraniczne misje gospodarcze, na których spotykają się z potencjalnymi kupcami, oraz szkolenia.

Realizowany w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka Poddziałanie 6.5.1. program promocji branży meblarskiej został przewidziany na 36 miesięcy i zakończy się 31 grudnia tego roku. Jego główne cele to poprawa wizerunku Polski, jej gospodarki oraz dostępu do informacji o Polsce, wzrost inwestycji polskich przedsiębiorców na rynkach zagranicznych, a także wsparcie i pomoc w rozwoju eksportu branży.