Nowy Członek Zarządu Banku Pocztowego S.A.

W dniu 25 czerwca 2012 r. Rada Nadzorcza Banku Pocztowego powołała z dniem 1 lipca 2012 r. pana Radosława Sałatę na Członka Zarządu Banku.

Pan Radosław Sałata jako Członek Zarządu Banku Pocztowego od 1 lipca 2012 r. odpowiedzialny będzie za Obszar Bankowości Rozliczeniowej i Instytucjonalnej.

Wcześniej Radosław Sałata pracował jako ekspert w firmie doradztwa strategicznego AT Kearney, gdzie realizował projekty w sektorze finansowym związane m.in. z restrukturyzacją sieci detalicznej sprzedaży usług finansowych, opracowaniem wdrożenia produktów bankowych dla klientów korporacyjnych oraz przygotowaniem feasibility study wprowadzenia na rynek nowoczesnej instytucji finansowej z istotną rolą zdalnych kanałów dostępu.

W latach 2007-2008, jako współzałożyciel i Wiceprezes Zarządu spółki Finamo S.A., odpowiadał za zbudowanie ogólnopolskiej, niezależnej firmy doradztwa finansowego dla klientów indywidualnych oraz MSP. Wcześniej, w latach 2005-2007 wprowadzał na polski rynek Eurobank EFG, pod nazwą handlową Polbank EFG, gdzie jako Dyrektor ds. Sieci Partnerskich oraz Wiceprezes Zarządu Polbank Dystrybucja sp. z o.o. był odpowiedzialny za stworzenie i zarządzanie siecią oddziałów franczyzowych, sprzedażą mobilną i brokerską. Przed podjęciem pracy w sektorze bankowym Pan Radosław Sałata odpowiadał za kształtowanie polityki taryfowej operatora telefonii komórkowej Polkomtel S.A.

Radosław Sałata jest absolwentem Rachunkowości i Zarządzania Finansami (Wydział Zarządzania) oraz Międzynarodowych Stosunków Gospodarczych i Politycznych (Wydział Ekonomiczno-Socjologiczny) Uniwersytetu Łódzkiego.

Z dniem 1 czerwca 2012 r. decyzję o rezygnacji z funkcji Członka Zarządu Banku Pocztowego, przyjętą przez Radę Nadzorczą, podjął Piotr Gawron.

Polacy najczęściej wybierają tradycyjną polską kuchnię, ale to McDonald’s, Da Grasso i KFC są największymi sieciami restauracji

Spędzanie czasu poza domem w pracy czy szkole są najczęstszymi powodami do jedzenia poza domem dla Polaków, według najnowszego badania przeprowadzonego dla raportu „Rynek HoReCa w Polsce 2012. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2012-2014”. Jako najbardziej ulubioną respondenci wybierali polską kuchnię, jednak to sieci barów szybkiej obsługi oraz pizzerii rozwijają się najszybciej, wpływając na zmianę przyzwyczajeń konsumentów.

Stosunkowo duży udział odpowiedzi wskazuje na specjalne okazje. Aż 34% osób je poza domem z powodów towarzyskich, 22% czyni to podczas spotkań ze znajomymi, a 12% przy wyjątkowych okazjach (urodziny, imieniny, rocznice itd.). Osoby, które tylko przy takich okazjach wybierają usługi gastronomiczne zamiast przygotowania posiłku w domu, stołują się poza domem rzadziej niż te, które codziennie w pracy lub szkole jedzą posiłki. Podobnie, 10% badanych deklaruje, że je „bez specjalnej okazji, dla odmiany od posiłków jedzonych w domu”. Wybierają się zatem do restauracji lub barów po to, aby spróbować czegoś nowego. Pozostałe odpowiedzi wskazywały na jedzenie w lokalach gastronomicznych z przyczyn pragmatycznych – 8% z powodu przebywania w podróży, zaś 7% badanych wymieniło zakupy jako sytuację, przy której decydują się skorzystać z usług gastronomicznych.

Zgodnie z badaniem, największą popularnością wśród respondentów cieszą się dania tradycyjne, polskiej kuchni – 27% badanych zamawia je bardzo często, 24% często, tylko 8% nie zamawia ich wcale. Jednakże, obok tego głównego trendu rośnie także grupa osób, które chętnie próbują innych kuchni narodowych, w tym nieco bardziej egzotycznych. Na rozwój świadomości w tym zakresie i zmianę upodobań Polaków mają wpływ dwa główne czynniki: coraz częstsze podróże zagraniczne oraz wzrost zasobności. Warto zauważyć, że na drugim miejscu, konsumenci wybierają Pizze jako najczęściej wybierane danie – jest ona bardzo często i często zamawiana przez 47% Polaków. Pizza została wydzielona z kuchni włoskiej, jako oddzielna kategoria w badaniu.

Następną popularną kategorią jest fast food (orientalny, np. kebab, oraz tradycyjny, np. hamburgery), jak również kuchnia chińska i włoska. Deklaracje co do bardzo częstego zamawiania dań z tych kategorii zgłasza tylko 5-6%, ale na stosunkowo częsty ich wybór wskazuje od 15 do 25% osób. Z drugiej strony. największy udział osób w ogóle niezamawiających dań w tej grupie ma kuchnia chińska – deklaruje to 45% badanych.

Wielu konsumentów od czasu do czasu próbuje także innych typów kuchni. Wszystkie pozostałe kuchnie cieszą się jednak zdecydowanie mniejszą popularnością i we wszystkich najsilniejsza jest grupa, która deklaruje, że nie je w ogóle potraw danej kuchni.

Przy analizie tych wyników należy pamiętać, że częstość zamawiania dań z różnych kuchni uzależniona jest także od tego, jak dużo lokali gastronomicznych oferuje konkretna kuchnia. Najbardziej popularne są lokale (zwłaszcza oferujące niższe ceny, jak bary czy jadłodajnie) z kuchnią polską.

Mimo wszystko jednak liderem rynku restauracyjnego jest w Polsce sieć McDonald’s. zarówno pod względem wartości sprzedaży jak i liczby placówek. Na koniec 2011 r. sieć posiadała 279 placówek, w tym 143 franczyzowych. Druga największa pod względem liczebności sieć – Da Grasso ze wszystkimi formatami – swą wysoką pozycję również zawdzięcza rozwojowi na zasadzie franczyzy. Trzecią z kolei jest niezwykle dynamicznie rozwijana sieć KFC ze 150 lokalami.

Szybko rosnąca liczba placówek sieci barów szybkiej obsługi (pierwsze i trzecie miejsce w pierwszej piątce sieci pod względem liczby placówek) i pizzerii (drugie i czwarte miejsce) pokazuje zmianę przyzwyczajeń żywieniowych konsumentów, która jest również widoczna w wynikach ankiety – pizza jako drugi najczęściej zamawiany posiłek. Choć tradycyjny fast food został wybrany jako szósty w badaniu, w przyszłości najprawdopodobniej będzie wybierany częściej w związku z tym, że zarówno McDonald’s jak i AmRest, właściciel marek KFC i Burger King, zmieniają swoją ofertę w celu przyciągnięcia większej liczby klientów. Menu składające się tylko z hamburgerów i frytek odeszło do historii. Aby przełamać negatywny stereotyp niezdrowego jedzenia, z którym te firmy są kojarzone, klientom serwowane są śniadania, sałatki, warzywa czy produkty mleczne.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek HoReCa w Polsce 2012. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2012-2014”.

PwC prognozuje zmiany w układzie sił światowych gospodarek do 2032 r.

Udział gospodarek rozwiniętych w światowym PKB może spaść do 37% w 2032 roku – wynika z szacunków firmy doradczej PwC. W 1992 roku kraje rozwinięte wytwarzały około 64% światowego PKB, podczas gdy obecnie ich udział w globalnym PKB kształtuje się na poziomie 50%.

Oznacza to, że do 2o32 roku gospodarki wschodzące i rozwijające się mogą wytwarzać aż 63% światowego PKB, co będzie się wiązało z ich rosnącą rolą i coraz większym zapotrzebowaniem na energię i zasoby naturalne.

Obserwowany trend wzrostowy generują w ogromnej mierze Chiny, Indie oraz pozostałe szybko rozwijające się państwa azjatyckie, których udział w światowym PKB wzrósł z 11% w 1992 r. do 26% dziś, a do roku 2032 może osiągnąć około 37%. Brazylia, Rosja i inne gospodarki wschodzące spoza Azji również powinny w ciągu następnych dwóch dekad rosnąć zdecydowanie szybciej niż G7.

Obecnie całkowite światowe PKB przekracza nieco 80 bln USD czyli realnie dwukrotnie więcej niż dwadzieścia lat temu, i około połowy wartości PKB za kolejne dwadzieścia lat. Produkcja gospodarek rozwiniętych może być w 2032 roku tylko około 2,4 razy wyższa niż w 1992 r.

„Choć najbardziej rozwinięte kraje powinny nadal odgrywać wiodącą rolę w dążeniu do osiągnięcia zrównoważonego rozwoju, to jednak długoterminowe rozwiązania dla światowych problemów, takich jak zmiany klimatyczne czy zapewnienie bioróżnorodności, przyniosą jedynie wspólne działania gospodarek wschodzących i rozwijających się, w tym krajów BRIC” – podkreśla Irena Pichola, lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju i odpowiedzialnego biznesu PwC. „Światowe zagrożenia stają się obecnie coraz częściej przedmiotem obserwacji ze strony międzynarodowych spółek. Przewiduje się, że tania energia, niedostatki zasobów naturalnych, braki wody i zmiany klimatyczne będą się stawać coraz poważniejszymi problemami dla wielu firm w nadchodzących latach.”

Jak wynika z badania PwC „Świat w 2050 roku”, prezesi spółek uznali tanią energię, równość i integrację społeczną, zrównoważoną konsumpcję i niedostatki zasobów naturalnych za trzy najważniejsze problemy związane z rozwojem w 2012 roku.

  • 87% respondentów twierdzi, że tania energia jest ważna dla ich działalności, a do 2022 r. ta proporcja wzrośnie do 89%. Znacznie wzrośnie też liczba respondentów, dla których kwestia ta jest bardzo ważna, z 39% w 2012 r. do 60% w 2022 r.
  • 83% ankietowanych firm wskazało równość i integrację społeczną jako ważny element swojej działalności, do 2022 r. ma to już być 86% z nich. Istotny wzrost będziemy obserwować też w liczbie respondentów, dla których kwestia ta jest bardzo ważna, z 26% w 2012 r. do 43% w 2022 r.
  • 80% firm oceniło, że zrównoważona konsumpcja i niedostatki zasobów naturalnych będą miały istotny wpływ na ich działalność, a do 2022 r. ten odsetek wzrośnie do 84%.
  • Rosną obawy o to, jaką rolę będą odgrywały w działalności sprawy niedoborów wody (z 65% do 78% do roku 2022) oraz zmian klimatycznych (z 68% do 78% do roku 2022).

„Zgodnie z globalnymi trendami znaczenie polskiej gospodarki w Europie będzie również rosło, dlatego też szczególne znaczenie w najbliższych latach będą miały wyzwania związane z czystą energią. W tej chwili tylko 7% energii wytwarzanej w naszym kraju pochodzi ze źródeł odnawialnych, a do roku 2020 powinno to być 15%” – wskazuje Mateusz Walewski, Starszy Ekonomista PwC.

„Podczas pierwszej konferencji w Rio w 1992 r. najbardziej rozwinięta część świata wytwarzała 64% światowego PKB i oczywistym wydawało się, że kraje te powinny odgrywać wiodącą rolę w rozwiązywaniu globalnych problemów związanych ze zrównoważonym rozwojem. Dominował wówczas pogląd, że światowe problemy wynikają w dużej mierze z rozwoju gospodarek dojrzałych i w tym kierunku zmierzały inicjatywy podejmowane po konferencji w Rio, jak np. protokół z Kioto, który koncentrował się na ograniczeniu emisji dwutlenku węgla przez gospodarki rozwinięte” – podkreśla Irena Pichola. ”Jednakże po znacznym osłabieniu światowym kryzysem finansowym, a obecnie kryzysem w strefie euro, rozwinięte gospodarki nie mogą dalej same przewodzić postępowi w tym zakresie – zarówno podczas konferencji Rio+20 jak również w przyszłości. Chiny, Indie, Brazylia, Rosja i inne gospodarki wschodzące nieco spowolniły, ale wydaje się, że jest to jedynie przejściowa cykliczna korekta. Długoterminowy model PwC sugeruje, że w ciągu następnych dwóch dekad prawdopodobnie nadal to one będą dominującymi graczami w generowaniu wzrostu gospodarczego.”

616 mln PLN dotacji unijnych dla mikro, małych i średnich firm

Ponad 616 milionów złotych dotacji unijnych może trafić do mikro, małych i średnich przedsiębiorstw w ramach Priorytetu 4 „Inwestycje w innowacyjne przedsiębiorstwa” PO IG. W okresie 27 sierpnia – 14 września br. można składać wnioski do Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości o dofinansowanie projektów dotyczących programu „Wsparcie na pierwsze wdrożenie wynalazku”. W ocenie ekspertów Deloitte program ten to doskonała okazja do otrzymania wsparcia finansowego projektów inwestycyjnych, które polegać będą na wdrożeniu wynalazku wcześniej objętego ochroną patentową lub zgłoszonego w Urzędzie Patentowym, a na który zostało już sporządzone sprawozdanie o stanie techniki (bądź równoważny dokument w procedurze międzynarodowej).

Nabór wniosków do pilotażowego konkursu w ramach Priorytetu 4 Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka „Wsparcie na pierwsze wdrożenie wynalazku” rozpocznie się 27 sierpnia 2012 r. Przyjmowanie zgłoszeń potrwa do 14 września br. Beneficjentami konkursu mogą być mikro, mali i średni przedsiębiorcy, którzy posiadają wyłączne prawo do korzystania z wdrażanego wynalazku.

„Dofinansowanie udzielane będzie po raz pierwszy i ma ułatwić przedsiębiorcom wdrożenie wynalazku, który został opatentowany lub zgłoszony do opatentowania, pod warunkiem, że są w stanie potwierdzić jego innowacyjność. Priorytetowo traktowane będą przy tym projekty dotyczące wynalazku, który powstał w wyniku działalności B+R prowadzonej na obszarze Polski. To doskonała okazja dla mniejszych przedsiębiorstw, dla których dotacja na pierwsze wdrożenie wynalazku może być przełomowym momentem w działalności.” – zauważa Magdalena Burnat-Mikosz, Partner Deloitte, Lider zespołu R&D and Government Incentives w Europie Środkowej.

Wsparcie może być udzielone wyłącznie na pierwsze wdrożenie wynalazku. Oznacza to, że nie będzie można go uzyskać, jeżeli na terytorium Unii Europejskiej produkt lub metoda będące przedmiotem wynalazku były wytwarzane lub używane w sposób zarobkowy bądź zawodowy.

„Choć o wsparcie na pierwsze wdrożenie wynalazku może ubiegać się każdy przedsiębiorca spełniający określone przez PARP warunki, to jednak większe szanse na dofinansowanie mogą mieć projekty, które zostały zawarte w dokumencie opracowanym przez Ministerstwo Gospodarki „Forsight technologiczny przemysłu – InSight 2030″. W opracowaniu zostały wskazane przyszłe kierunki rozwoju technologicznego przemysłu oraz badań naukowych, które mogą mieć istotny wpływ na rozwój naszej gospodarki” – zauważa Ewa Rutczyńska-Jamróz, Menedżer w zespole R&D and Government Incentives Deloitte.
Intensywność wsparcia dla wydatków inwestycyjnych nie może przekroczyć 50% kosztów kwalifikujących się do objęcia wsparciem. Co do zasady wymagana minimalna wartość wydatków kwalifikowanych to 4 mln PLN, przy czym całkowita wartość projektu nie może przekroczyć 50 mln EUR. Maksymalna kwota wsparcia na jeden projekt wynosi zaś 20 mln PLN.

Zdaniem ekspertów Deloitte można spodziewać się wzmożonej aktywności przedsiębiorców w ogłoszonym właśnie pilotażowym konkursie. Zainteresowanie będzie tym większe, ze względu na to, iż fundusze europejskie na realizację inwestycji w innowacyjnych przedsięwzięciach w perspektywie 2007-2013 zostały już praktycznie wyczerpane i jest to jedna z ostatnich możliwości otrzymania dotacji.

Wysoki budżet konkursu, jak również szeroki zakres przyjmowanych zgłoszeń, daje realną możliwość dofinansowania projektu, którą na pewno warto wykorzystać. „Spodziewamy się dużej konkurencji i zainteresowania tym pilotażowym konkursem, szczególnie, że jest on efektem dostosowania zasad uczestnictwa w programie do aktualnych potrzeb i wyjścia naprzeciw oczekiwaniom potencjalnych beneficjentów. Dlatego tak wielu z nich może upatrywać w nim szansę na uzyskanie znaczących środków na projekty wdrożeniowe, które dotychczas były zamrożone.” – dodaje Magdalena Burnat-Mikosz z Deloitte.

Polskie instytucje finansowe czekają duże wydatki

Polskie instytucje finansowe będą musiały dostosować się do realizacji amerykańskiej Ustawy o ujawnianiu informacji o rachunkach zagranicznych dla celów podatkowych (FATCA). Dla największych polskich banków koszt przygotowań może wynieść nawet 60 milionów złotych, co istotnie wpłynie na ich wyniki finansowe – szacują eksperci firmy doradczej Deloitte. Pomóc w obniżeniu tych wydatków mogą polskie władze, poprzez podpisanie umowy dwustronnej z USA dotyczącej FATCA i eliminację niektórych wymogów regulacyjnych.

Wymogi amerykańskiej regulacji FATCA (Foreign Account Tax Compliance Act) będą miały wpływ na większość instytucji finansowych na świecie, które mają powiązania z globalnym, a w szczególności z amerykańskim, rynkiem finansowym. Przepisy, które zostały uchwalone w 2010 r. dotyczą ściągalności podatków z aktywów ulokowanych poza granicami USA. Finalna regulacja spodziewana jest w lecie tego roku, a przepisy wykonawcze, będące obecnie w końcowej fazie konsultacji, wejdą w życie z dniem 1 stycznia 2013 r.

-„Jeżeli zagraniczna instytucja finansowa nie podpisze porozumienia z amerykańskimi służbami podatkowymi, musi liczyć się z nałożeniem 30 procentowej sankcji na wszystkie kwalifikujące się transfery z USA i to nie tylko od obywateli tego kraju” – mówi Marcin Olecki, Starszy Menedżer w Sektorze Instytucji Finansowych Deloitte. – „Dlatego już niedługo klienci, którzy dokonują transferów środków z USA powinni dokładnie sprawdzać, czy ich bank, albo biuro maklerskie ma podpisane stosowne porozumienia w tej sprawie, inaczej narażają się na spore koszty.” – dodaje.

Eksperci Deloitte zwracają uwagę na fakt, że polskie instytucje finansowe nie powinny odwlekać przygotowań, w oczekiwaniu na ostateczne wymogi regulacyjne. Wdrażanie wymogów w ostatniej chwili może być nie tylko bardziej kosztowne, ale także po prostu niewykonalne. FATCA wymaga bowiem m.in. zmian w obszarze technologii, które są zwykle czasochłonne w instytucjach finansowych. Dodatkowym ryzykiem jest to, że „partycypujące” zagraniczne instytucje finansowe, aby uniknąć konieczności odprowadzania podatku, ograniczą współpracę z instytucjami finansowymi „niepartycypującymi”, czyli takimi, które nie przyjmą FATCA. To może oznaczać dla części polskich instytucji finansowych izolację od globalnych rynków finansowych.

Przepisy FATCA będą dotyczyć w Polsce przede wszystkim banków detalicznych, korporacyjnych i inwestycyjnych, a także biur maklerskich, firm zarządzających aktywami i ubezpieczycieli (głównie życiowych).

Wdrożenie FATCA będzie wymagać szerokiej współpracy wewnątrz danej organizacji. Ważne jest zatem, aby od samego początku w prace planistyczne i dostosowawcze włączyć wszystkie niezbędne działy firmy. – „Wiele instytucji finansowych postrzega wciąż FATCA jako problem podatkowy, a tymczasem jest to złożona zmiana procesowo-informatyczna w oparciu o interpretację regulacji podatkowej” – mówi Marcin Olecki. – „Funkcje Zapewnienia Zgodności, IT, Operacje oraz Biznes muszą uczestniczyć w przygotowaniach do wdrożenia FATCA już od pierwszych kroków.” – dodaje.

Jak zaznaczają eksperci Deloitte, niezbędne będzie przeprowadzenie zmian w procesach otwierania nowych rachunków bankowych, identyfikacji i klasyfikacji klientów oraz zbierania dokumentacji. Dodatkowo konieczne będzie wdrożenie nowych narzędzi, jak np. stały monitoring statusu klientów czy odpowiednia komunikacja z nimi. Niezbędne będzie także raportowanie i uwzględnienie potencjalnego potrącania 30 procentowego podatku FATCA. Zatem dostosowanie systemów informatycznych do nowych wymogów informacyjnych związanych z FATCA będzie jednym z kluczowych elementów wdrożenia.

Instytucje finansowe, które zdecydują się na partycypację w FATCA, muszą liczyć się ze znacznymi kosztami wdrożenia. Z informacji uzyskanych przez ekspertów Deloitte wynika, że największe międzynarodowe instytucje finansowe wydadzą na to nawet 200 milionów euro. Jednostkowo, największe polskie banki mogą liczyć się z kosztami wdrożeniowymi sięgającymi ponad 15 milionów euro, czyli blisko 60 milionów złotych. Warto dodać, że instytucje, które będą mogły przyjąć status „Deemed Compliant” (wariant zgodności, w którym instytucja finansowa świadomie zrzeka się obsługi klientów powiązanych z USA) zredukują koszty nawet poniżej miliona złotych.

Do częściowego ograniczenia kosztów wdrożenia na polskim rynku regulacji FATCA może przyczynić się rząd, zawierając dwustronną umowę z USA w tej sprawie. – „Polski rząd posiada wskazówki jak wesprzeć instytucje finansowe we wdrożeniu FATCA, w postaci wspólnego stanowiska USA i 5 największych krajów europejskich” – mówi Jakub Bojanowski, Partner w Dziale Zarządzania Ryzykiem Deloitte. – „Dzięki podpisaniu umowy z USA w sprawie FATCA możliwa będzie likwidacja istniejących konfliktów prawnych oraz odciążenie kosztowo i operacyjnie polskich instytucji finansowych.” – dodaje.

Przedstawiciele Deloitte zwracają także uwagę, że wymogami FATCA dotknięta będzie większość klientów instytucjonalnych i część klientów indywidualnych polskich instytucji finansowych.

W przypadku klientów indywidualnych, główne konsekwencje będą dotyczyć tzw. „US Person” – obywateli USA, którzy posiadają podwójne obywatelstwo lub zieloną kartę. Będą oni musieli, między innymi, zapoznać się z nowymi regulaminami produktowymi i podpisać aneksy do umów. Tym samym będą musieli wyrazić zgodę na raportowanie danych osobowych i finansowych oraz zgodę na przetwarzanie informacji w celu identyfikacji podatkowej przez IRS.

Klienci instytucjonalni będą zobowiązani do przekazywania dodatkowej dokumentacji, potwierdzającej amerykański status podatkowy, w tym dodatkowych danych personalnych i firmowych.

Jak zaznaczają eksperci Deloitte, polskie instytucje finansowe, które nie dostosują się do wymogów FATCA, muszą liczyć się z tym, że wybrani klienci zmienią dostawców usług finansowych, aby uniknąć obciążenia 30 procentowymi sankcjami.

– „Czasu na wdrożenie wymogów FATCA jest już wbrew pozorom bardzo mało. Im później dana instytucja rozpocznie przygotowania, tym większe koszty będzie musiała ponieść” – mówi Jakub Bojanowski z Deloitte. – „Nie chodzi tu wyłącznie o koszty związane z wdrożeniem, ale także te wynikające z ryzyka utraty kluczowych klientów” – podsumowuje.

Andrzej Lachowski został Partnerem w Deloitte

Deloitte powiększa grono Partnerów, którzy wzmocnią pozycję firmy na rynku. Od 1 czerwca br. na stanowisko Partnera został awansowany Andrzej Lachowski, który zarządza w Dziale Konsultingu Grupą Technologiczną oraz Grupą Doradztwa Biznesowego dla Sektora Bankowego.

Andrzej Lachowski w swojej 14-letniej karierze konsultingowej uczestniczył w ponad 100 projektach doradczych dla klientów z różnych branż. Realizował programy dla największych międzynarodowych instytucji finansowych w Polsce i za granicą, w zakresie m.in. projektowania i integracji biznesu przy okazji fuzji i przejęć, optymalizacji procesów biznesowych ze szczególnym uwzględnieniem funkcji zarządzania ryzykiem kredytowym, opracowania modeli zarządzania siecią sprzedaży produktów bankowych, a także zarządzania wdrożeniami systemów informatycznych wspierających krytyczne procesy operacyjne w obszarze bankowości.

Jego promocja na stanowisko Partnera jest uznaniem wkładu w rozwój firmy oraz pomoże w realizacji długofalowej strategii Deloitte, której celem jest uzyskanie pozycji lidera wśród firm doradczych świadczących usługi dla instytucji finansowych w regionie Europy Środkowej.

Co siódma firma jest dłużnikiem

Ponad 1/5 polskich przedsiębiorców z sektora MSP spotkała się w ostatnim roku często z nierzetelnością ze strony kontrahentów, a blisko 64% sporadycznie. Tylko 15% firm twierdzi, że nie miała do czynienia z takim zjawiskiem. 78% z grona tych przedsiębiorstw, które trafiły na nieuczciwych klientów, straciło na tym od kilku do kilkuset tysięcy złotych – wynika z najnowszych badań Krajowego Rejestru Długów.

Na szczęście w 45% te straty nie były duże, sięgały bowiem kilku tysięcy złotych, ale w 33% nierzetelność klientów kosztowała ankietowane firmy kilkadziesiąt lub nawet kilkaset tysięcy złotych. Oczywiście nominał nie mówi wszystkiego o znaczeniu takiej straty dla kondycji finansowej firmy w oderwaniu od wielkości jej obrotów i zysków, bo dla mikroprzedsiębiorstwa kilka tysięcy złotych, które nie wpłynęły na konto może przesądzić o jego upadłości.

Czy te straty mają wpływ na zmianę postaw polskich przedsiębiorców? Najlepszą odpowiedzią na to pytanie będzie kompilacja dwóch przysłów: Polak, choć nadal mądry po szkodzie, coraz częściej zaczyna jednak dmuchać na zimne. Okazuje się bowiem, że co 4 (a dokładnie 26%) firma nigdy nie weryfikuje wiarygodności swoich kontrahentów. Na drugim biegunie mamy 16% przedsiębiorców, którzy takiej weryfikacji dokonują zawsze. Po środku jest największa grupa – 58% – tych, którzy zasięgają informacji o kontrahencie, ale z pominięciem drobnych transakcji (22%), bądź wręcz rezerwują sprawdzanie tylko dla kluczowych dla firmy transakcji (36%).

– Powodów takiej ryzykownej postawy wśród przedsiębiorców może być kilka. Wielu biznesmenów reaguje nieracjonalnie uważając, że nawet jeśli nie zachowają ostrożności, to i tak ich nic złego nie spotka. To trochę, jak ze zbyt szybką jazdą na drodze, kiedy wiele osób nie dopuszcza do siebie myśli, że ich ryzykowna jazda może skończyć się wypadkiem. Inny powód, to wzorowanie się na otoczeniu. Skoro nikt wokół nie sprawdza uczciwości kontrahentów, to dlaczego „mamy się wychylać”. To nie jest rozsądne i jak pokazują nasze badania kończy się stratami, często dotkliwymi – mówi Adam Łącki, prezes zarządu Krajowego Rejestru Długów.

W I kwartale 2012 roku wydłużył się także średni czas oczekiwania na zapłatę i wynosi on teraz 4 miesiące i 12 dni, a 25,8% wszystkich faktur jest płaconych po terminie. W 15% z tych przeterminowanych, termin płatności minął 12 miesięcy temu – takie płatności są uznawane już za stracone. Prawie 36% firm nie płaci w terminie swoim kontrahentom, bo same nie otrzymały zapłaty, 35% ogranicza inwestycje. Rosną też średnie koszty ponoszone przez firmy w związku z nieterminowymi płatnościami i sięgają już 8% wszystkich kosztów działalności.

– Chcemy przekonać przedsiębiorców, że warto jednak starannie dopierać partnerów biznesowych. Dlatego wspólnie z Krajowym Rejestrem Długów uruchamiamy bezpłatną akcję – sprawdz7firm.pl, w ramach której można bezpłatnie sprawdzić 7 dowolnych przedsiębiorstw – nowych lub dotychczasowych kontrahentów. Dlaczego 7? Z naszych doświadczeń wynika, że przy 7 sprawdzeniach zawsze trafia się na 1 nieuczciwego kontrahenta – wyjaśnia Waldemar Sokołowski, prezes zarządu Rzetelnej Firmy.

Aby w niej wziąć w niej udział wystarczy do końca czerwca wypełnić formularz zgłoszeniowy na stronie www.sprawdz7firm.pl.

Pracownicy w leasingu coraz popularniejsi

Coraz częściej spotykany na rynku pracy leasing pracowniczy budzi coraz więcej wątpliwości prawnych. Jak podkreślają przedstawiciele pracodawców, ta nowa forma zatrudnienia nie jest w żaden sposób regulowana w polskich przepisach. Zmiana ustawy o zatrudnieniu pracowników tymczasowych pomogłaby ten problem rozwiązać.

Chociaż polskie prawo pracy nie zna pojęcia leasingu pracowniczego, w praktyce jest on powszechnie stosowany.

– Polega to na tym, że jeden podmiot zatrudnia pracowników i kieruje ich do pracy do swojego klienta, który zgłasza zapotrzebowanie na pewną grupę pracowników – wyjaśnia Grażyna Spytek-Bandurska, ekspert Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan.

Jak dodaje, ta instytucja nie jest w żaden sposób regulowana prawnie, więc korzystanie z niej budzi wątpliwości wśród pracodawców co do jej legalności.

Z uwagi na pewne podobieństwa, leasing pracowniczy mógłby podlegać pod przepisy regulujący działanie agencji pracy tymczasowej. Jednak w opinii eksperta Lewiatana, potrzebna byłaby zmiana pewnych przepisów.

– Zmiany w ustawie o zatrudnianiu pracowników tymczasowych z pewnością byłyby pomocne, by ten podmiot zewnętrzny mógł być taką agencją, która musi spełnić pewne wymogi, mieć certyfikat zezwalający na funkcjonowanie jej na rynku – przekonuje Grażyna Spytek-Bandurska.

Zgodnie z ustawą, na podstawie której działają agencje, pracownik powinien być zatrudniony na podstawie umowy o pracę, głównie na czas określony. Tylko w sporadycznych przypadkach, kiedy charakter pracy na to pozwala, dopuszczona jest możliwość zawarcia umowy cywilnoprawnej: o dzieło lub zlecenia.

Przepisy określają również, że pracownik tymczasowy nie może pracować dłużej niż przez 18 miesięcy w ciągu kolejnych 36 miesięcy. I właśnie te limity czasu pracy pracodawcy chcieliby zmienić.

– Jednym z naszych postulatów jest to, żeby agencja pracy tymczasowej mogła kierować do pracodawcy, który jest jej klientem, swojego pracownika tymczasowego na czas nieokreślony, jeżeli są takie potrzeby rynku – proponuje Grażyna Spytek-Bandurska. – Oczywiście, wtedy to już nie byłaby praca tymczasowa, dorywcza. Jednak powinno istnieć i takie rozwiązanie dla zainteresowanych stron.

Według eksperta PKPP Lewiatan, korzyści z możliwości zatrudnienia pracownika na czas nieokreślony przez agencję wyniosą wszyscy zainteresowani.

– Pracownik tymczasowy ma zapewnioną pracę. Pracodawca-użytkownik korzysta na czas nieokreślony z takiego pracownika, jeżeli ma takie zapotrzebowanie biznesowe, a agencja ma podstawę do tego aby funkcjonować i właśnie w taki sposób kojarzyć tego pracownika tymczasowego z pracodawcą-użytkownikiem, który nie chce być bezpośrednim podmiotem zatrudniającym – mówi Spytek-Bandurska.

PKPP Lewiatan rozmawia o swoich pomysłach z przedstawicielami resortu pracy i związkowcami.

– Chcemy przekonać ich, że jest taka potrzeba rynkowa, żeby tworzyć nowe przepisy prawne i aby usankcjonować prawnie pewną praktykę – wyjaśnia Grażyna Spytek-Bandurska. – Rozmawiamy też z parlamentarzystami, aby można było te rozwiązania wprowadzić, tak, by zabezpieczały interesy pracowników i dawały gwarancję, że jest to legalne zatrudnienie, nie budzące żadnych wątpliwości.

Jej zdaniem opory przed nowym rozwiązaniem mogą mieć związkowcy, wśród których nie zawsze akceptowane są nowe, nietypowe formy zatrudnienia.

– W świadomości społecznej wciąż spotykamy się ze stwierdzeniem, że najlepszą formą zatrudnienia jest umowa na czas nieokreślony, w pełnym wymiarze czasu pracy i bezpośrednio tym podmiotem zatrudniającym jest pracodawca. Nowe formy mogą budzić bardziej niepokój niż rzeczywiście uzasadnione wątpliwości, zwłaszcza, że chcemy to bezpieczeństwo prawne zachować – zapewnia przedstawicielka PKPP Lewiatan.

Obecnie rząd pracuje nad zmianami przepisów dotyczących pracy tymczasowej. Jak podkreśla Grażyna Spytek-Bandurska, to dobra okazja, by zamieścić w ustawie zapisy o leasingu pracowniczym. W jej opinii to drobna zmiana, która może poprawić sytuację na rynku pracy.

– Być może wpłynie to na wzrost zatrudniania, zmniejszenie szarej strefy, a więc przyniesie to konkretne korzyści z tytułu m.in. wplywów do budżetu z tytułu podatków, ubezpieczeń społecznych – ocenia ekspertka.

Co roku wyłudzone miliardy podatku VAT. Kara za to często po stronie uczciwych przedsiębiorców

Na firmanctwie, czyli sposobie na wyłudzanie podatków, budżet państwa i uczciwi przedsiębiorcy tracą rocznie miliardy złotych. Z szacunków Izby Gospodarczej Metali Nieżelaznych i Recyklingu (IGMNiR) wynika, że w 2011 roku fikcyjne faktury opiewały na kwotę 5,8 mld zł. Tyle że odpowiedzialność za nieprawidłowości spada często na uczciwych przedsiebiorców i to oni muszą zapłacić za oszustwa innych. To bywa, że kończy się dla tych firm bankructwem.

Firmanctwo polega na tym, że podstawione spółki działają we współpracy z innymi podmiotami i reprezentują ich interesy w sposób, który ma na celu wyłudzenie podatku VAT. Jak podkreśla Kazimierz Poznański, z takim zjawiskiem borykają się nie tylko polscy przedsiębiorcy. Natomiast, według polskich przepisów, odpowiedzialność w takim przypadku spada na uczciwych podatników, którzy np. od podstawionej spółki kupili towar na fakturę, która nie odzwierciedlała rzeczywistej transakcji.

– Firmy, które w sposób uczciwy kupują towar czy usługi są obarczane przez administrację skarbową zobowiązaniem wynikającym z tytułu zwrotu VAT, gdyż kwestionowane jest jego rozliczenie. Twierdzą, że skoro się kupiło towary niewiadomego pochodzenia, być może to były transakcje sztuczne, obrót pustymi fakturami. Wobec tego odbiorca końcowy nie miał prawa odliczyć VAT-u i dzisiaj go musi zwracać z odsetkami – mówi Kazimierz Poznański, prezes Izby Gospodarczej Metali Nieżelaznych i Recyklingu

Tak było w przypadku Alumetal Kęty. Spółka kupiła towar, po czym podczas kontroli po 5 latach okazało się, że dostawca nie był jego właścicielem. Był nim inny podmiot, a dostawca tylko wystawiał fakturę. Chociaż urząd kontroli skarbowej orzekł, że Alumetal dochował należytej staranności przy transakcji, to i tak będzie musiał zapłacić podatek, wraz z odsetkami w wysokości 50 proc. za 5 lat. Jak podkreśla prezes spółki, jest to kilka milionów złotych.

– Boję się, że inni moi dostawcy też okażą się firmantami i ponownie będę musiał ponosić negatywne konsekwencje w związku z tą sytuacją – mówi Grzegorz Stulgis, prezes Alumetal S.A. – Nie mamy wyjścia. Musimy zapłacić podatek i potem dochodzić na drodze sądowej o zwrot podatku.

Taka kara dla niejednej firmy będzie oznaczać utratę pozycji na rynku lub nawet bankructwo. Traci również rynek pracy, bo przedsiębiorcy z problemami muszą zwalniać pracowników.

Zdaniem prezesa Alumetal, niezwykle ciężko jest się ustrzec przed nieuczciwymi sprzedawcami.

– Weryfikujemy dostawcę poprzez prawdzenie dokumentów rejestrowych, czy jest czynnym płatnikiem podatku VAT. Ale to jest trudne. To organy państwa powinny zapewniać bezpieczeństwo obrotu – dodaje w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Grzegorz Stulgis.

– Łatwiej znaleźć tego, który pracuje od lat, rozlicza się z fiskusem tak, jak prawo nakazuje, bo ci nieuczciwi nie wiadomo gdzie są. I skuteczność dla budżetu państwa jest o wiele większa, kiedy urzędnicy mówią: nie wiemy, kto dokładnie to zrobił, ale wyście kupili ten towar, wobec tego wy w pewnym sensie zapłacicie za niego karę – uważa Kazimierz Poznański.

Zdaniem przedstawicieli Izby nie może być tak, że uczciwy przedsiębiorca po latach może być oskarżany za tego, który pewne nadużycie popełnił. Tym bardziej, że w ostatnich dniach Europejski Trybunał Sprawiedliwości orzekł na przykładzie węgierskiego przedsiębiorcy, że podatnik, który podczas transakcji dochował należytej staranności i działał w dobrej wierze, nie może w takiej sytuacji ponosić odpowiedzialności podatkowej.

Jak szacują eksperci IGMNiR na podstawie danych z Reutersa, w samym przemyśle spożywczym mogło dojść do wyłudzenia podatków na kwotę 4 mld euro.

– Jeszcze rok temu Ministerstwo Finansów twierdziło, że nadużycie na VAT w branży metali było rzędu 300-400 mln zł. My twierdziliśmy, że może być tego nawet więcej – podkreśla Poznański. – Jeżeli mówimy o całej gospodarce, to są na pewno szalone pieniądze. Bijemy w dzwon mówiąc, że coś z tym trzeba zrobić.

W tym celu Izba apeluje do premiera, ministra finansów i ministra gospodarki. Przedsiębiorcy chcą przede wszystkim doprecyzowania przepisów o dochowaniu należytej staranności.

– Być może powinno być enumeratywnie napisane, co przedsiębiorca ma jeszcze zrobić, żeby nie zastanawiał się, żeby miał pewność, że dochował należytej staranności, żeby nie był dzisiaj czy za kilka lat oskarżany, że czegoś nie dochował – mówi prezes IGMNiR.

Po drugie, przedsiębiorcy domagają się uwzględnienia w polskim prawie pojęcia działania w dobrej wierze określonego w wyroku ETS.

– Często jest tak, że aparat skarbowy próbuje wmawiać, że ktoś miał zmowę, że to nagminnie było i powszechnie wiadomo, że takie rzeczy się działy. Nie można robić kalki na wszystkie przedsiębiorstwa i wszystkich przedsiębiorców. Trzeba każdy przypadek indywidulanie traktować. Potrzebny jest również element zaufania pomiędzy administracją fiskalną a przedsiębiorcą – przekonuje Kazimierz Poznański.

Poza tym Izba proponuje, by zmienić mechanizm samonaliczania VAT.

– Polega to na tym, że nie sprzedający odprowadza podatek VAT, a kupujący. Żeby nie było tak, że firma A sprzedaje towar i nie odprowadza VAT, a firma B, która ma prawo upomnieć się o zwrot VAT, nie dostanie go, skoro tamci nie wpłacili – wyjaśnia prezes IGMNiR.

Przedsiębiorcy podkreślają, że istnieją pewne rozwiązania, które łagodniej traktują nieuczciwe podmioty.

– Przyznanie się do firmanctwa pozwala danej firmie poddać się dobrowolnie karze. Wtedy kara jest na ogół w zawieszeniu i jest nieadekwatna do przestępstwa, które te podmioty popełniły. Dla tych firmantów to jest wygodne. To niestety powoduje, że na nas spadają wszelkie konsekwencje takich decyzji, bo ogany kontroli skarbowej uznają, że te faktury nie odzwierciedlają rzeczywistej transakcji – dodaje Grzegorz Stulgis, prezes Alumetal S.A.

Izba już skierowała do Komisji Europejskiej skargę i chce, by to urzędnicy w Brukseli rozstrzygnęli spór między administracją fiskalną a przedsiębiorcami.

– Mechanizm samonaliczania został wprowadzony kilkanaście lat temu we Włoszech, we Francji i w Hiszpanii, bo tam też zaczęły się takie problemy. My 3 lata upominaliśmy się o tę zmianę, uznając, że dla dobra budżetu państwa i dla dobra przedsiębiorców potrzebna jest ta nowa regulacja – dodaje Kazimierz Poznański.

Z szacunków IGMNiR wynika, że w 2011 roku fikcyjne faktury opiewały na kwotę 5,8 mld zł, co oznacza wzrost o ponad 50 proc. w stosunku do 2010 roku.

Produkcja mebli na kursie spadkowym

Dane statystyczne o popycie w Polsce jak i na rynkach europejskich mówią o hamowaniu sprzedaży dóbr trwałego użytku, wśród nich wyrobów dwóch sztandarowych polskich branż eksportowych – samochodów oraz mebli. Czy odbije się to na wynikach (a może już na nie wpłynęło) polskich producentów mebli?

Jak od lat się ocenia około 85% produkcji polskich firm meblowych trafia na eksport, z czego w podobnej proporcji, bo blisko 90% na rynki unijne. Tak wynika z danych Ogólnopolskiej Izby Producentów Mebli, szacującej także łączną wartość eksportu polskich firm w 2011 roku na 6,5 mld euro. Czy spadek popytu konsumenckiego w Europie uderza także w polskich producentów mebli?

Jak mówi Tomasz Starus, główny analityk i dyrektor Biura Oceny Ryzyka w Euler Hermes: Chwilowo zapewne tak, dopóki producenci aktywnie nie poszukają nowych kanałów zbytu spadek może być odczuwalny. Chwilowo, ponieważ po pierwsze znaczna część produkcji eksportowej polskich mebli to wcale nie wyroby najtańsze, ale należące do kategorii Premium – a ten segment, jak wiadomo cechuje się odpornością na kryzys. Po drugie – nawet producenci bardziej ekonomicznych, masowych mebli nie stoją na straconej pozycji, ponieważ pomimo stosunkowo drogiego surowca drzewnego są konkurencyjni cenowo i w dobie oszczędności zastępować mogą (tak jak producenci części motoryzacyjnych) dotychczasowych, lokalnych ale droższych dostawców. Konkurencyjności cenowej polskiego eksportu sprzyja także osłabienie naszej waluty.

Krajowa dynamika sprzedaży detalicznej towarów w kwietniu wykazywała wzrost o blisko 16% kategorii meble-rtv-agd, ale zapewne większość z tego generuje sprzęt RTV w związku ze zmianą sposobu nadawania, jak i z mistrzostwami w piłce nożnej, a także kilkuprocentowe wzrosty cen, zarówno sprzętu elektronicznego jak i samych mebli.

Z analiz Euler Hermes wynika, że sprzedaż mebli na rynku krajowym raczej nie wzrosła, o czym świadczy m.in. wzrost upadłości wśród dystrybutorów mebli. W maju wśród ogłoszonych upadłości znalazło się 6 firm hurtowo dystrybuujących towary w kategorii meble, oświetlenie, dywany (zatrudniających łącznie ok. 200 osób – nie były to więc zawsze najmniejsze sklepy, ale także liczące się w regionie podmioty). Co jednak bardziej znaczące – w maju upadło czterech liczących się producentów mebli, o łącznych obrotach rzędu 120 mln złotych, zatrudniających łącznie ponad 1100 osób. Po zsumowaniu liczby dystrybutorów jak i producentów, którzy zbankrutowali daje to razem około 10% upadłości ogłoszonych w maju – kiedy mieliśmy z taką ich skalą do czynienia? W poprzednich czterech miesiącach upadło tylko dwóch producentów mebli mających łączny obrót na poziomie 30 mln złotych.

– Mamy niewątpliwie do czynienia z pewnym problemem w branży meblarskiej. Może nie dotyczy on wszystkich – ogranicza się głównie (ale nie wyłącznie) do produkujących i sprzedających na rynek krajowy, ponieważ spadek zatrudnienia w branży wyniósł w kwietniu 6,2%, a nakłady inwestycyjne – jak podał GUS spadły w branży meblowej w I kw. br. aż o blisko 9% (podczas gdy w tym samym okresie przed rokiem wzrosły one o 28,6%). Nie mniej wymowny jest spadek produkcji sprzedanej mebli, który w okresie I-IV zmniejszył się do poziomu 95% w stosunku do tego samego okresu roku ubiegłego. Biorąc pod uwagę sam kwiecień spadek ten był jeszcze większy, bo 10% w stosunku do roku ubiegłego, czyli tak jak upadłości – spadek produkcji sprzedanej wydaje się nabierać tempa – uważa główny analityk i dyrektor Biura Oceny Ryzyka w Euler Hermes.

Czy to może efekt spowalniającego eksportu, spadku sprzedaży mieszkań w kraju a może ograniczania zakupów konsumenckich do dóbr codziennego użytku lub końca popytu związanego z wyposażaniem nowych obiektów na piłkarskie mistrzostwa – a może wszystkie te fakty łącznie mają wpływ na wspomniane wcześniej pogorszenie się wyników statystycznych branży meblowej. Potwierdzają je analizy płatności za wykorzystywane w produkcji komponenty meblowe w prowadzonym przez Euler Hermes programie Analiz Należności. Zwiększa się zarówno średnie opóźnienie, z jakim producenci mebli regulują swoje zobowiązania za komponenty, jak i wartość tych należności znacznie, bo ponad 4 miesiące przeterminowanych. W efekcie spadł wyraźnie średni wskaźnik moralności płatniczej producentów mebli, będący pochodną zarówno ich zachowań płatniczych jak i towarzyszących im zdarzeń prawnych, takich jak windykacja czy upadłości.

Jak zaznacza Grzegorz Hylewicz, dyrektor windykacji w Euler Hermes: Ostatnio częściej spotykamy się z problemami płatniczymi producentów mebli, są to jednak zazwyczaj sprawy dobrze rokujące i rozwiązywane głównie na drodze polubownej. Dużo częściej odzyskujemy należności nie od producentów mebli, ale na ich rzecz – przede wszystkim od odbiorców z zagranicy, co nie dziwi zważywszy na skalę eksportu. Sprawy są różne, zależnie od rynku: m.in. na rynku francuskim mamy do czynienia z wieloma zleceniami na stosunkowo nieduże kwoty, zazwyczaj do 50 tys. euro, które udaje się rozwiązać na drodze przedsądowej. Na rynkach niemieckim czy holenderskim problemy opóźnionych płatności za dostawy polskich mebli są rzadsze, jeśli już jednak do nich dojdzie to dotyczą z reguły wyższych kwot, trudniejszych także do odzyskania – tutaj mamy już do czynienia zazwyczaj z dochodzeniem należności na drodze sądowej.

Niezależnie od rynku, na jaki eksportują polscy producenci, coraz częściej ostatnio padają oni ofiarą wyłudzeń – odbioru towaru przez podstawione osoby, niezatrudnione w firmach, które rzekomo nabywają towar. Czy jest to efekt kryzysu na rynkach zachodnioeuropejskich? Zapewne tak, ponieważ jest to zjawisko niemalże masowe, dotykające wszystkich branż – apeluję więc do polskich eksporterów o zwiększoną ostrożność.