Produkcja samolotów pasażerskich poszybuje w górę

W 2012 r. i w kolejnych latach spodziewany jest systematyczny wzrost zamówień na samoloty pasażerskie. Wyższa produkcja maszyn komercyjnych spowodowana jest rosnącym popytem na wyjazdy turystyczne i podróże służbowe, szczególnie w regionie Azji i Pacyfiku. Niższą dynamikę sprzedaży odnotuje za to sektor obronny. Jest to związane ze spadkiem wydatków na zbrojenia, głównie w USA i Europie – to najważniejsze wnioski z raportu „2012 Global aerospace and defense outlook: A tale of two industries”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte.

Według ekspertów Deloitte, głównym motorem wzrostu w przemyśle lotniczym, będzie produkcja i rozwój pasażerskich samolotów nowej generacji, które pozwolą na zmniejszenie zużycia paliwa. Trend ten wymuszają rosnące ceny ropy naftowej na świecie. Dowodem, na dobrą koniunkturę w sektorze, są plany zwiększenia produkcji ogłoszone przez światowych gigantów – Boeing i Airbus oceniają rynkowe zapotrzebowanie na nowoczesne latające maszyny w granicach od 26,900 do 33,500 sztuk na najbliższe 20 lat.

Dodatkowo do 2035 r. dla światowego transportu lotniczego ma zostać opracowany innowacyjny satelitarny system nawigacji. Pozwoli on znacząco usprawnić zarządzanie stale rosnącym ruchem samolotowym. Według szacunków nowy program umożliwi zaoszczędzenie rocznie około 11,3 mld litrów paliwa, wyeliminowanie opóźnień w lotach o 4 mln godzin, a także ograniczenie emisji dwutlenku węgla o 29 mln ton. Będzie to możliwe dzięki m.in. zwiększeniu ilości korytarzy powietrznych oraz bardziej precyzyjnemu badaniu warunków pogodowych, co pozwoli na skrócenie czasu, który maszyny spędzają w powietrzu.

„Potwierdzeniem tych trendów na rynku polskim jest długo oczekiwana dostawa Dreamlinerów dla PLL LOT, które za ich pomocą mają zamiar podbijać między innymi rynek azjatycki. Nowe maszyny to nie tylko oszczędności w zużyciu paliwa dla przewoźnika, ale również mniejszy poziom hałasu dla mieszkańców.” – komentuje Adam Dziemba, starszy menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte Polska.

Światowe wydatki na zbrojenia w 2010 r. wyniosły ponad 1,6 biliona dolarów. Najwięcej na obronę wydały USA bo ponad 698 mld dolarów, następnie Chiny – 119 mld dolarów, a także Wielka Brytania i Francja – około 59 mld dolarów każde z nich. W bieżącym roku producenci z sektora obronnego zmierzą się ze spadkiem marż, co według ekspertów Deloitte zmusi ich m.in. do optymalizacji struktury kosztów, czy pozbycia się aktywów niezwiązanych z działalnością podstawową.

„Prawdopodobnie będziemy świadkami agresywnej walki w sektorze obronnym. Przede wszystkim będzie to związane z eskalacją programów obronnych oraz wzrostem sprzedaży do Indii, Brazylii, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Królestwa Arabii Saudyjskiej, Japonii i Korei Południowej. Są to bogacące się kraje, które mają dużą potrzebę rozwoju swojego potencjału w zakresie obrony.” –ocenia Tom Captain, lider Globalnego Zespołu ds. Sektora Lotniczego i Obronnego, Deloitte USA.

Trend związany z rozwojem systemu obronnego w powyższych krajach potwierdzają dane liczbowe, obrazujące wydatki wojskowe w przełożeniu na PKB danego kraju. Liderem jest Królestwo Arabii Saudyjskiej, które na ten cel przeznaczyło w 2010 roku 10,1% swojego PKB. Na kolejnych miejscach znajduje się Izrael – 6,4% PKB i nadal USA – 4,8% PKB (już dziś jednak wiadomo, że w ciągu najbliższych 10 lat USA zamierza zaoszczędzić na wydatkach wojskowych łącznie 487 mld dolarów).

Z raportu Deloitte wynika, że w 2012 r. przemysł lotniczy i zbrojeniowy będzie nadal inwestował w rozwój nowatorskich technologii, przede wszystkim w takich dziedzinach, jak: ochrona cyberprzestrzeni, broń wiązkowa, broń wykorzystująca mikrofale o dużej mocy, pociski ponaddźwiękowe, bezzałogowe samoloty dalekiego zasięgu operujące na dużych wysokościach oraz programy komputerowe potrafiące śledzić transakcje finansowe prowadzone przez znanych terrorystów.

Mniej pieniędzy na drogi, ale więcej dla przedsiębiorców

– Najbliższy budżet UE będzie prawdopodobnie ostatnim, tak korzystnym dla Polski – uważa minister rozwoju regionalnego. Dlatego trzeba go jak najlepiej wykorzystać. W nowej perspektywie finansowej z pewnością będzie mniej pieniędzy na drogi, ale więcej dla przedsiębiorców. Ministerstwo Rozwoju Regionalnego chce również uruchomić program wsparcia dla zmarginalizowanych regionów kraju.

Ministerstwo Rozwoju Regionalnego pracuje nad nowym programem pomocowym, który dotyczyłby wszystkich biedniejszych i najbardziej potrzebujących regionów Polski.

– To jest podzielone na kilka kategorii w całej Polsce, w różnych regionach takich, jak: Wałbrzych, miasta w województwie łódzkim, śląskim, zachodnio-pomorskim. Myślimy o takim programie, który zbierze tematycznie obszary z całej Polski, wymagające dodatkowego wsparcia poza tym, które będzie szło w ramach programów regionalnych i niektórych programów krajowych – wyjaśnia minister.

Według wstępnych założeń program miałby ruszyć od początku 2014 roku. Jednak zdaniem Elżbiety Bieńkowskiej ten termin wydaje się już mało prawdopodobny.

– Pewnie połowa 2014 roku, to jest ten moment, na który możemy mieć jeszcze nadzieję – podkreśla.

Negocjacje nowego budżetu UE na lata 2014-2020 już się rozpoczęły. Zdaniem Elżbiety Bieńkowskiej Polska prawdopodobnie dostanie więcej niż 68 mld euro z poprzedniej perspektywy finansowej.

– Trzeba wyraźnie sobie uzmysłowić, że następny budżet unijny, pewnie ostatni tak bogaty dla Polski, to będzie budżet, w którym musimy naprawdę zbudować stałe podstawy wzrostu – podkreśla minister rozwoju regionalnego.

Dokumentem, na którym będzie oparty cały unijny budżet, to strategia „Europa 2020”. To oznacza, że mniej środków zostanie przeznaczonych na rozbudowę i modernizację lokalnej infrastruktury. Zdaniem minister, rozmowy z samorządami będą trudne, ponieważ to one w dużej mierze korzystają z dotychczasowego unijnego wsparcia na drogi, koleje i inne projekty infrastrukturalne.

– W budżecie 2007-2013 zrobiliśmy ogromną ilość rzeczy. To było w bardzo dużej mierze zasypywanie tych dziur cywilizacyjnych, które mieliśmy, jeśli chodzi o drogi, kanalizacje, cały pakiet tych infrastrukturalnych rzeczy. Przyszły budżet to będzie na pewno więcej środków dla przedsiębiorców, więcej innowacyjności, połączenia nauki z biznesem, czyste środowisko i wszystkie działania, które do tego zmierzają – wymienia Elżbieta Bieńkowska.

Minister obawia się, że uzyskanie wsparcia w nowej perspektywie finansowej będzie trudniejsze niż do tej pory. Mimo że Komisja Europejska zapowiada wprowadzenie ułatwień dla beneficjentów.

– To, co się odmienia przez wszystkie przypadki w UE, czyli uproszczenia, zmniejszenie biurokracji, tego w regulacjach nie widać. Ja uważam, że jeżeli one zostałyby takie, jakie są w tej chwili, to trudność z pozyskaniem tych środków może być większa niż teraz – dodaje Elżbieta Bieńkowska.

Negocjacje nowej perspektywy finansowej na lata 2014-2020 rozpoczęły się podczas polskiej prezydencji. Sprawująca obecnie prezydencja Dania chce, aby jeszcze w tym półroczu zakończyły się ustalenia co do ilości środków przeznaczanych na poszczególne programy i dla krajów członkowskich. W czerwcu osiągnięty kompromis miałby zostać przedstawiony na spotkaniu Rady Europejskiej. Potem budżetem zajmie się Parlament Europejski.

Dobre wyniki polskich spółek nie zapobiegły spadkom na GPW

Przez kilka ostatnich dni warszawska giełda nie radziła sobie najlepiej. Poprawę sytuacji przyniosły dopiero sesje piątkowa i poniedziałkowa. Ale zapał kupujących wciąż hamowany jest przez spodziewane spowolnienie gospodarcze.

W ubiegłym tygodniu indeksy warszawskiej giełdy regularnie traciły. WIG20, czyli indeks 20 największych spółek, oscylował wokół poziomu 2250 punktów. Według analityków spadki mogą dziwić biorąc pod uwagę dobre informacje płynące z polskich spółek.

– Kończy się sezon publikacji wyników finansowych spółek. Te wyniki były bardzo dobre, zarówno jeśli chodzi o IV kwartał ubiegłego roku, jak i cały ubiegły rok. Były prawie o 50 proc. lepsze niż w 2010 roku, powinniśmy więc mieć do czynienia z pozytywną reakcją inwestorów. Miejmy jednak nadzieję, że inwestorzy docenią efekty naszej giełdy – mówi Roman Przasnyski, analityk Open Finance.

W jego opinii inwestorzy obawiają się scenariuszy rozwoju w europejskiej gospodarce.

– Myślę, że zapał do kupowania akcji hamują perspektywy na najbliższe miesiące. Spowolnienie gospodarcze w Chinach i strefie euro u nas też będzie miało miejsce, więc prawdopodobnie te bardzo dobre wyniki nie wystarczają inwestorom w kontekście tego, że nie będą one możliwe do powtórzenia w najbliższych kwartałach czy miesiącach – uważa Roman Przasnyski.

Dlatego nie ma pewności co do poprawy sytuacji na warszawskim parkiecie. Podczas wczorajszej, wzrostowej sesji indeksom pomogły głównie informacje o nastrojach niemieckich przedsiębiorców. WIG 20 zakończył notowania na z blisko 1-procentowym wzrostem.

Dane płynące z europejskiej gospodarki podobnie wpływają na kurs złotego wobec głównych walut.

– W momencie, kiedy pojawiają się jakieś niepokoje związane z europejskimi kłopotami z zadłużeniem czy innego rodzaju zawirowaniami na rynkach finansowych, to nasza waluta traci na wartości. W ostatnich dniach mieliśmy do czynienia z nawrotem obaw związanych z Grecją i Portugalią. Tego typu informacje najczęściej niekorzystnie wpływają na naszą walutę, ale myślę, że to nie jest tendencja trwała, więc nie mamy czego się obawiać – podkreśla analityk Open Finance.

Pierwszy kwartał roku okazał się bardzo korzystny dla polskiej waluty. Złoty zyskał ok. 6 proc. wobec euro i ponad 7 proc. wobec dolara.

Uwolnione zawody – wolne od odpowiedzialności?

Decyzja ministra sprawiedliwości, Jarosława Gowina, dotycząca deregulacji 100 zawodów wywołała zaniepokojenie w środowisku maklerów i doradców finansowych. Jakie mogą być jej efekty?

Minister sprawiedliwości Jarosław Gowin zapowiedział, że do listopada zaprezentuje listę 100 zawodów, które będą podlegać dwustopniowej deregulacji. Wśród zawodów znaleźli się przedstawiciele sektora finansów, m.in. maklerzy, doradcy finansowi, podatkowi i inwestycyjni. Decyzja ta niepokoi przedstawicieli instytucji finansowych.
Jesteśmy zdecydowanie przeciwni planom uwolnienia zawodów Maklera papierów wartościowych i Doradcy inwestycyjnego. Biuro maklerskie jest instytucją zaufania publicznego a zatrudnieni w nim maklerzy i doradcy są osobami, które odpowiadają za pieniądze naszych klientów. Dlatego powinni cechować się wysokimi kwalifikacjami i podlegać nadzorowi – komentuje Jacek Rachel Prezes Zarządu Domu Maklerskiego BDM.

Decyzja ministra sprawiedliwości tłumaczona jest chęcią zwiększenia dostępu do niektórych zawodów, przy jednoczesnym zapewnieniu, że zapowiadane zmiany nie przyniosą spadku jakości oferowanych usług. Wprowadzenie w życie Ustawy deregulacyjnej zawodów ma na celu m.in. zwiększenie zaangażowania pracodawców w proces zdobywania kwalifikacji przez ich podwładnych. Większe środki przeznaczone na szkolenia, wyjazdy doszkalające oraz egzaminy certyfikujące z pewnością korzystnie wpłyną nie tylko na wizerunek firmy lecz na jej efektywność. Jednocześnie jednak, kryzys ekonomiczny determinuje potrzebę zwiększania zaufania do instytucji finansowych i poszczególnych narzędzi. Dlatego pojawia się pytanie – czy reforma ministra sprawiedliwości zapewni wzrost zaufania do sektora finansów i korzystnie odbije się na gospodarce?

– Można zastanowić się nad zmianą formuły egzaminowania i licencjonowania ale dyskusja nad likwidacją licencji bez zaproponowania alternatywnych rozwiązań jest skrajnie nieodpowiedzialna i niebezpieczna. Zaufanie inwestorów do rynku jest pochodną jakości świadczonych usług i bezpieczeństwa wynikającego z faktu, że usługi te świadczą kompetentni i przygotowani do zawodu maklerzy i doradcy – mówi Prezes Jacek Rachel.

Minister Jarosław Gowin zapowiada, że reforma będzie przebiegać dwuetapowo. Do uwolnienia zamierza wyznaczyć 100 zawodów, z czego 50 zostanie wpisanych na specjalną listę już w lipcu, a reszta zostanie dopisana jeszcze w listopadzie bieżącego roku.

Nowe przepisy w sprawie OZE

Ułatwienia dla małych, przydomowych instalacji odnawialnych źródeł energii oraz obowiązek przyłączania OZE do sieci – to najczęściej wskazywane braki pierwszego projektu ustawy o OZE. W czasie konsultacji społecznych do Ministerstwa Gospodarki wpłynęło ponad tysiąc stron uwag. Dlatego resort pracuje nad drugą wersją ustawy.

Przedstawiciele branży energetyki odnawialnej ostrzegali, że proponowane zmiany zahamują rozwój inwestycji w OZE Polsce. A zdaniem prof. Krzysztofa Żmijewskiego to przyszłość polskiej energetyki.

– To już nie jest luksus, jak niektórzy uważają. To już nie jest fanaberia ekologów. To jest coś, bez czego nie będziemy mieli prądu – podkreśla przewodniczący Społecznej Rady Narodowego Programu Redukcji Emisji.

W opinii eksperta najważniejszą częścią ustawy jest artykuł 13 i jego otoczenie, czyli przepisy dotyczące mikroinstalacji.

– My to nazywamy energetyką prosumencką, czyli pospolitym ruszeniem energetycznym, żeby każdy mógł sobie zamontować na swoim dachu lub w swojej piwnicy własne źródło energii – mówi prof. Żmijewski.

Taką możliwość powinny wspierać środki z budżetu państwa. Jednak w opinii profesora rozwój mikroinstalacji jest nieunikniony, nawet bez pomocy publicznej.

– Niedługo, za ok. 5 lat te technologie będą dostępne bez konieczności jakiegokolwiek wsparcia ze strony państwa. Jeżeli moglibyśmy udzielić tego wsparcia, to mogłoby się to zdarzyć już za 3-4 lata, a więc bardzo niedługo. Jeżeli za 3 lata, to znaczy, że w 2015 roku, a więc przed momentem wyłączenia 5 tys. MW, które musimy wyłączyć, bo zobowiązaliśmy się do tego – podkreśla prof. Krzysztof Żmijewski.

Według niego resort gospodarki powinien również wprowadzić obowiązek przyłączania źródeł do sieci, jako gwarancję pewności danej inwestycji. Przedstawiciele branży wskazywali to jako jeden z najpoważniejszych ubytków poprzedniego projektu ustawy.

– Przepisy mówią, że każde źródło ma obowiązek przyłączenia do sieci, ale zaraz po przecinku jest powiedziane: „chyba, że nie ma zdolności technicznym i ekonomicznych”. Odpowiednie przepisy mogłyby tę sytuację zmienić, żeby operator sieci musiał przyłączać i żeby musiał się głęboko tłumaczyć, dlaczego tego nie robi – uważa ekspert.

Jeśli nowe przepisy w sprawie OZE nie zostaną przyjęte w ciągu 2 miesięcy Polska może trafić przed Trybunał Sprawiedliwości. Komisja Europejska po raz kolejny upomina Polskę, że opóźnienie we wdrażaniu unijnej dyrektywy mogą zagrozić celom pakietu energetyczno-klimatycznego, czyli osiągnięciu poziomu 20 proc. energii ze źródeł odnawialnych w 2020 roku. Kraje UE miały czas na implementację przepisów do grudnia 2010 roku.

Dziś pierwszy odwiert PGNiG w poszukiwaniu gazu łupkowego

Dziś odbędą się pierwsze wiercenia w Lubyczy Królewskiej na Lubelszczyźnie. To jedna z najważniejszych i najbardziej obiecujących koncesji Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa. Odwiert za 30,5 mln zł wykona PNiG Kraków. Prace potrwają 100 dni.

Lubycz Królewska to kolejna po Markowoli i Lubocinie miejscowość, gdzie PGNiG wykona odwierty, które mają potwierdzić złoża gazu łupkowego. W tym roku PGNiG planuje rozpocząć wiercenia jeszcze na kilku innych spośród swoich 15 koncesji na poszukiwania surowca. Planów spółki nie zmienia raport przygotowany przez Państwowy Instytut Geologiczny, według którego w Polsce znajduje się znacznie mniej gazu z łupków niż ponad 5 bln m3, które szacowali Amerykanie.

– Odnosimy się do zidentyfikowanych złóż konwencjonalnych, które mamy w Polsce. Jest to 94 mld m3 gazu ziemnego. To jest dla nas punkt odniesienia. Wszystko, co jest ponadto, czyli nawet według szacunków PIG między 350 a 760 mld m3 potencjału do wydobycia, to wciąż jest ogromna wartość, przy rocznej konsumpcji 14,5 mld m3 gazu – wyjaśnia Grażyna Piotrowska-Oliwa, prezes PGNiG.

I dodaje, że nawet takie ilości są dobrym uzasadnieniem do prowadzenia badań poszukiwawczych. Tym bardziej, że PGNiG posiada własne badania na temat potencjału gazu łupkowego w Polsce.

– Mamy własne badania sejsmologiczne. Na ich podstawie prowadzimy odwierty na swoich koncesjach. Mamy Wejherowo, gdzie jest bardzo zaawansowana praca w tej chwili. Na drugiej koncesji będzie prowadzony kolejny odwiert w Lubyczy Królewskiej na Tomaszowie Lubelskim, również w oparciu o nasze badania – mówi prezes spółki.

O konkretnych liczbach będzie można zacząć mówić po wykonaniu szeregu zaawansowanych prac na poszczególnych koncesjach i przeprowadzeniu szeczgółowych badań.

– Wszystko zależy od możliwości eksploatacyjnych poszczególnych złóż, od tego, ile będzie można tego gazu wydobywać, jaka będzie opłacalność ekonomiczna danego złoża. Dopóki nie będziemy mieli wykonanych bardzo zaawansowanych odwiertów i bardzo szczegółowych badań sejsmicznych, wszystkie wartości, wokół których się obracamy to są nadal szacunki, nawet to, o czym mówił PIG – uważa Grażyna Piotrowska-Oliwa.

PGNiG zapowiada, że zintensyfikuje poszukiwania surowca. Do końca kwietnia spółka zamierza porozumieć się z PGE, Tauronem i KGHM w sprawie współpracy na koncesji na Pomorzu.

Oszczędzający muszą przyzwyczaić się do mniejszych zysków

Już za kilka dni z rynku znikną zupełnie lokaty antybelkowe. 1 kwietnia wchodzi w życie zmiana w ordynacji podatkowej, która uniemożliwi omijanie 19-procentowego podatku na tzw. lokatach jednodniowych. Wraz z likwidacją lokat przez banki spada również przeciętne oprocentowanie innych lokat. To wszystko oznacza mniejsze zyski dla klientów.

To ostatnie dni, kiedy lokaty z dzienną kapitalizacją odsetek pozwalają oszczędzającym ominąć podatek Belki. Od początku roku banki systematycznie wycofuje je ze swoich ofert. Efekt jest taki, że spada oprocentowanie pozostałych lokat i zmniejsza się oferta produktowa banków.

– Ten proces był znany od wielu miesięcy, więc tu nie ma żadnych gwałtownych ruchów – podkreśla Mariusz Klimczak, prezes Banku Ochrony Środowiska.

Tylko do końca marca właściciele depozytów z dzienną kapitalizacją nie zapłacą podatku Belki, jeśli dzienny zysk z lokaty wynosi do 2,50 zł. Potem opodatkowaniu będzie podlegała każda kwota.

W ubiegłym roku lokaty antypodatkowe stanowiły 1/5 depozytów na rynku. Popularne lokaty nie znikną z rynku, będą jednak przynosiły mniejsze zyski.

– To nie jest tak, że od 1 kwietnia przestają funkcjonować te produkty. Nie będzie korzyści dodatkowej dla klienta, ale to nie oznacza, że klient nic nie dostaje, po prostu dostanie mniej o podatek – mówi Mariusz Klimczak.

Banki szukają teraz innych sposobów na zatrzymanie pieniędzy klientów, a klienci – na pomnażanie swoich oszczędności. Zdaniem Mariusza Klimczaka, prezesa BOŚ coraz większą popularnością będą cieszyć się produkty pozwalające na oszczędzanie długoterminowe.

– Myślę, że powoli klienci będą przechodzić na produkty o dłuższym terminie, 6-9 miesięcy i dłuższych, ale jednocześnie dające wyższe stopy zwrotu dla klientów – uważa prezes BOŚ.

Ministerstwo Finansów szacuje, że zmiana przepisów pozwoli fiskusowi ściągnąć ok. 380 mln zł podatku od oszczędności rocznie.

Rynek pracy najgorsze ma już za sobą. Dziś dane GUS

Dziś Główny Urząd Statystyczny poda dane o liczbie bezrobotnych w lutym. Według szacunków resortu pracy stopa bezrobocia będzie 0,3 proc. wyższa niż w styczniu i wyniesie 13,5 proc. Eksperci uspokajają, że takie wzrosty zimą to normalne zjawisko, a kolejne miesiące powinny przynieść poprawę sytuacji na rynku pracy.

– Niestety bezrobocie nie chce nam za bardzo spadać i utrzymuje się na ciągle dwucyfrowym poziomie – mówi prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

Jeśli prognozy Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej się potwierdzą, luty będzie czwartym miesiącem z rzędu, kiedy liczba bezrobotnych rośnie. W styczniu bezrobocie wyniosło 13,2 proc., a liczba bezrobotnych wzrosła do ponad 2,1 mln. Jak zapowiadają eksperci to powinny być tegoroczne szczyty, a sytuacja na rynku pracy powinna się poprawić.

– Idzie wiosna, a wiosną zwykle jest tak, że bezrobocie maleje, ponieważ przybywa różnego rodzaju prac, uruchamiane są kawiarnie ogródkowe i inne przedsięwzięcia, które wymagają ładnej pogody i wysokiej temperatury. Wiosna i lato sprzyjają dodatkowym pracom, w wakacje też pojawiają się różne nowe możliwości. Więc najgorsze miesiące mamy już za sobą – uważa prof. Elzbieta Mączyńska.

W ustawie budzetowej na 2012 roku założono, że na koniec grudnia bezrobocie spadnie do 12,3 proc.

Afera szpiegowska w Gruzji? ESET wykrył elektronicznego szpiega

Nietypowe zagrożenie komputerowe zwróciło uwagę ekspertów z laboratorium antywirusowego firmy ESET. Przechwycony koń trojański pobiera rozkazy od cyberprzestępcy z domeny należącej do … gruzińskiego rządu. Dokładna analiza wykazała, że zagrożenie zaprojektowano w taki sposób, aby wyszukiwało i wykradało m.in. dokumenty zawierające zwroty: minister, tajne, FBI, CIA, pułkownik, Rosja, USA oraz Europa.

Analitycy zagrożeń komputerowych firmy ESET oznaczyli przechwycone zagrożenie jako Win32/Georbot i sklasyfikowali je jako koń trojański, który może być kontrolowany przez cyberprzestępcę zdalnie. Zagrożenie potrafi przechwytywać informacje przechowywane na dyskach twardych komputerów, a także posiada zdolność tworzenia tzw. sieci zombie, czyli grup zainfekowanych komputerów, które wykonują polecenia cyberprzestępców. Win32/Georbot wykrada i przesyła dowolne pliki z komputerów swoich ofiar do zdalnego serwera cyberprzestępcy, a także umożliwia szpiegowanie internautów z wykorzystaniem kamer internetowych i mikrofonów, podłączonych do komputerów swoich ofiar. Win32/Georbot pozwala również przeszukać dysk zainfekowanej maszyny w celu lokalizacji dokumentów tekstowych, zawierających takie zwroty w języku angielskim, jak minister, tajne, FBI, CIA, KGB, kapitan, pułkownik, porucznik, telefon, kontakt, Rosja, USA, Europa czy Gruzja. Zagrożenie może przesłać takie dokumenty wprost do cyberprzestępcy.

– Z naszych ustaleń wynika, że Win32/Georbot był najczęściej wykorzystywany przez cyberprzestępców do przeszukiwania dysków zainfekowanych komputerów i pobierania z nich konkretnych plików – podkreśla Pierre-Marc Bureau, analityk firmy ESET.

Od 2011 roku zagrożenie jest monitorowane przez Agencję Wymiany Informacji Ministerstwa Sprawiedliwości Gruzji oraz przez międzynarodową organizację CERT. Obie te instytucje ściśle współpracują w sprawie wspomnianego zagrożenia z ekspertami firmy ESET.

Wszystkie rozkazy z instrukcjami działania dla Win32/Georbot cyberprzestępca wydaje i aktywuje ręcznie, indywidualnie dla każdej zainfekowanej maszyny, a nie automatycznie, jak ma to miejsce w wypadku tradycyjnych zagrożeń. Win32/Georbot komunikuje się ze zdalnym serwerem cyberprzestępcy po protokole HTTP, za pośrednictwem którego przesyłane są komendy działania. Z takiego serwera Win32/Georbot pobiera również swoje nowe wersje – według informacji zgromadzonych przez ekspertów firmy ESET dotychczas zagrożenie aktualizowało się nawet co kilka dni, głównie w celu lepszego maskowania swojej obecności przed programami antywirusowymi.

Ciekawą funkcjonalnością Win32/Georbot jest umiejętność działania w wypadku niemożności skontaktowania się ze zdalnym serwerem cyberprzestępcy, z którego przesyłane są do zagrożenia instrukcje działania. W wypadku zaistnienia takiej sytuacji Win32/Georbot łączy się z jedną z rządowych, gruzińskich domen, skąd otrzymuje adres IP nowego zdalnego serwera, z którym następnie nawiązuje połączenie. Nie oznacza to jednak, że zagrożenie ma coś wspólnego z gruzińskim rządem – często zdarza się, że cyberprzestępcy przechwytują i korzystają z infrastruktury firm lub instytucji bez ich wiedzy i zgody.

Według ekspertów z firmy ESET, analizujących Win32/Georbot, współczesna działalność cyberprzestępcza profesjonalizuje się, czego dowodem mogą być chociażby wyspecjalizowane zagrożenia, takie jak Stuxnet czy Duqu. Również Win32/Georbot, mimo prostej architektury, posiada kilka unikatowych funkcjonalności, dzięki którym potrafi skutecznie wykradać wrażliwe informacje z zainfekowanych maszyn. Fakt pobierania przez zagrożenie swoich aktualizacji z gruzińskich serwisów internetowych może sugerować, że głównym celem Win32/Georbot są Gruzini. Jednak z uwagi na fakt, iż Win32/Georbot atakował początkowo komputery użytkowników w dwóch strefach czasowych, nie wykluczone, że jego celem mogli być również mieszkańcy Rosji czy Iraku. Według hipotezy analityków firmy ESET – Win32/Georbot został stworzony przez grupę cyberprzestępców w celu kradzieży wrażliwych informacji i późniejszej ich odsprzedaży innym organizacjom.

Firmy z sektora MSP najdłużej oczekują na odzyskanie swoich należności

Mikro- i małe przedsiębiorstwa najdłużej ze wszystkich firm oczekują na odzyskanie swoich należności, a dla ponad 61% z nich stanowi to znaczącą barierę w rozwoju działalności. Wiele z nich poszukuje sposobu na „uprzątnięcie” zatorów płatniczych. A jest co sprzątać – tylko 13,8% mikro- i 7% małych nie ma w ogóle problemów z odzyskaniem swoich należności. Pozostałe zmagają się z nim w mniejszym lub większym stopniu. U 1/5 problem ten narasta.

Jak wynika z przygotowanego wspólnie przez Krajowy Rejestr Długów i Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce badania Portfel Należności Polskich Przedsiębiorstw, aż tyle firm z sektora MSP, nie jest w stanie odzyskać należności od swoich kontrahentów. Dla tych najmniejszych, problemem może stać się już jedna niezapłacona przez klienta lub partnera faktura. Jeżeli opiewa na kilka tysięcy złotych lub gdy ich liczba się spiętrzy, doprowadzić to może nawet do upadku firmy. Wśród wskazań na problem z odzyskiwaniem należności, aż 20% przedsiębiorców z sektora MSP odpowiedziało, że kłopoty z odzyskiwaniem długów nieustannie narastają.

Małe i średnie przedsiębiorstwa dominują w całkowitej liczbie firm na naszym rynku, przez co ich wpływ na tworzenie polskiego PKB jest niezwykle istotny. Jednocześnie w sposób bardziej dotkliwy odczuwają wszelkie wahnięcia w gospodarce i są o wiele bardziej czułe na zjawisko zatorów płatniczych.

Badanie wykazuje także, że nastąpiło wydłużenie przeciętnego okresu oczekiwania na spłatę zaległości. Przyczyną tego stanu jest właśnie gorsze regulowanie faktur przez klientów i kontrahentów firm z sektora małych i mikroprzedsiębiorstw. Obecnie czekają one około 4 miesięcy i 12 dni na zwrot należności. Firmy większe nie zmagają się z tym problemem, oczekując średnio 3 miesiące i 21 dni na zapłatę zaległych faktur. W mniejszych firmach prawie 30% faktur jest przeterminowanych o więcej niż 6 miesięcy, z czego aż 15% z nich nie zostaje uregulowanych przez ponad rok. Faktury przeterminowane o pół roku uznaje się za zagrożone. Te, które nie zostaną spłacone przez rok – za stracone.

To, w jaki sposób problemy z odzyskiwaniem należności wpływają na rozwój małych i mikrofirm, wynika z pytania dotyczącego barier utrudniających dalszy rozwój przedsiębiorstw. 34% badanych z tego sektora deklaruje konieczność ograniczania inwestycji ze względu na występujące opóźnienia w otrzymywaniu należności. Wpływa to w sposób bezpośredni na sytuację finansową firm, przez którą te radzą sobie o wiele gorzej od swoich większych partnerów. Od 17% do 20% małych firm wskazuje, że w ostatnim kwartale ich sytuacja się pogorszyła, podczas gdy w większych firmach wskaźnik ten wynosi tylko 5%.Równocześnie w dużych firmach, koszty nieterminowej obsługi należności są dwa razy mniejsze niż w mikroprzedsiębiorstwach.

– Więksi gracze na rynku posiadają możliwość specjalizacji i efektywnego zarządzania wierzytelnościami. Firmy małe są w o tyle trudniejszej sytuacji, że bardzo często nie opłaca im się rozwijać wyspecjalizowanych struktur do zarządzania wierzytelnościami – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA.
Nie posiadając możliwości skutecznego skłonienia dłużnika do zwrócenia długu, bez działów windykacji, ani prawników na usługach, przedsiębiorcy prowadzący małe firmy, częściej niż ich więksi partnerzy, muszą szukać sposobów na to, aby pomóc sobie w odzyskiwaniu zaległych należności.

Jednym z nich jest coroczna akcja społeczna organizowana przez Krajowy Rejestr Długów pod nazwą Wielkie Wiosenne Sprzątanie Długów. Podczas jej trwania każda z firm, która ma problemy z dłużnikami, może bezpłatnie dopisać ich do Krajowego Rejestru Długów. Firmy, które w ciągu ostatnich dwóch tygodni marca podpiszą umowę z KRD, do końca maja będą mogły bezpłatnie dopisać do rejestru dowolną liczbę swoich dłużników.

W poprzednich edycjach Wielkiego Wiosennego Sprzątania Długów udział wzięło prawie 32 tysiące firm, które dopisały łącznie 324 tysiące dłużników. Dzięki akcji odzyskano dotychczas 938,12 mln złotych długu.

– Wysokie zainteresowanie naszą akcją pokazuje, że mikro- i małe firmy potrzebują tego, aby objąć je szczególną ochroną i opieką. Koszty ponoszone przez nie na rzecz prowadzonej działalności są często nieproporcjonalnie wysokie, przez co ryzyko bankructwa takiej firmy jest o wiele większe. Aby nie zachwiać stanem naszej gospodarki, musimy robić wszystko, aby przedsiębiorstwa MSP mogły funkcjonować normalnie – zauważa Adam Łącki.