Święta pod kontrolą budżetów. Polacy w tym roku wydają ostrożnie, ale bez większych cięć

0

Jak wynika z najnowszego raportu rynkowego, 38,1% Polaków planuje utrzymać swój świąteczny budżet na zeszłorocznym poziomie. Chodzi o ilość pieniędzy przeznaczanych na zakup żywności na Wielkanoc, w tym napojów bezalkoholowych. 34,7% rodaków zapowiada podniesienie zakresu wydatków. Natomiast 17,5% konsumentów stwierdza, że ich budżet będzie niższy niż rok temu. Z kolei 7,2% osób nie potrafi się określić w tej kwestii. Tylko 2,5% badanych nic nie wyda na ww. cel, bo np. nie obchodzi świąt lub wyjeżdża w tym czasie. Autorzy raportu twierdzą, że Polacy w tym roku są raczej ostrożni, ale nie przeżywają kryzysu. Do tego po wynikach widać, że obecnie raczej funkcjonują w warunkach umiarkowanej stabilizacji z elementami lekkiej presji kosztowej.

Z raportu UCE RESEARCH i Shopfully Poland pt. „Polacy na świątecznych zakupach. Wielkanoc 2026” wiemy, jak konsumenci oceniają swój tegoroczny budżet na zakup żywności (w tym napojów bezalkoholowych) na Wielkanoc w odniesieniu do zeszłorocznego. 38,1% respondentów zapewnia, że będzie on taki sam jak poprzednio. Jak stwierdza Robert Biegaj, współautor raportu, taka deklaracja świadczy o próbie utrzymania gospodarstwa domowego na dotychczasowym poziomie wydatków.

– To można interpretować jako sygnał względnej stabilizacji zachowań konsumenckich. Wielu rodaków przyzwyczaiło się do określonego poziomu wydatków na świąteczne zakupy i stara się utrzymać podobny budżet, dostosowując do niego listę produktów lub korzystając z promocji. W tej grupie mogą być także osoby, które rok temu nie ograniczały wydatków na święta i chcą utrzymać podobny standard wielkanocnego stołu – komentuje ekspert.

Z kolei 34,7% Polaków zapowiada, że ich tegoroczny budżet będzie wyższy niż poprzedni (6,9% – znacznie wyższy, 27,8% – wyższy). Robert Biegaj uważa, że takie podejście może wynikać z kilku czynników. Po pierwsze, część konsumentów zakłada, że ceny produktów spożywczych przed świętami mogą być wyższe niż rok temu. Dlatego z góry planuje większe wydatki. Po drugie, w wielu przypadkach może to oznaczać chęć podniesienia nieco standardu świąt, np. kupienia większej liczby produktów lub lepszej jakości artykułów, choć niekoniecznie w bardzo dużej skali. To potwierdza fakt, że większość osób z tej grupy mówi raczej o nieznacznie wyższym budżecie.

– Nie można też wykluczyć wpływu indywidualnej poprawy sytuacji finansowej części gospodarstw domowych, np. dzięki podwyżkom wynagrodzeń czy premiom. To pokazuje, że sytuacja materialna części Polaków mogła w ostatnim roku nieco się poprawić, co pozwala im podejść do świątecznych wydatków z większą swobodą – mówi ekspert z Shopfully Poland.

Natomiast 17,5% uczestników sondażu stwierdza, że ich budżet będzie niższy (13,1% – niższy, 4,4% – znacznie niższy). – To grupa ostrożniejszych finansowo konsumentów. W części przypadków może to wynikać z konieczności ograniczenia wydatków z powodu indywidualnej sytuacji finansowej, np. wyższych bieżących kosztów życia. Możliwe też, że część respondentów planuje podejść do zakupów bardziej rozsądnie niż w ub.r. Należy podkreślić, że niższy budżet wcale nie musi oznaczać rezygnacji ze świątecznych produktów, lecz raczej bardziej racjonalne planowanie zakupów, np. większe korzystanie z promocji, porównywanie cen czy ograniczenie liczby kupowanych artykułów – analizuje Robert Biegaj.

Z raportu wynika też, że 7,2% Polaków nie potrafi się określić. – Te osoby podejmą decyzję bliżej świąt. W ich przypadku wysokość wydatków zależeć może od aktualnych cen w sklepach, dostępnych promocji lub bieżącej sytuacji finansowej. Część respondentów może też po prostu nie mieć jeszcze sprecyzowanych planów zakupowych – zwraca uwagę współautor raportu.

2,5% rodaków nic nie wyda na ww. cel, bo np. nie obchodzi świąt lub wyjeżdża w tym czasie. Zdaniem eksperta, to relatywnie niewielka grupa. Najczęściej są to osoby, które nie celebrują Wielkanocy, spędzą ten czas poza domem, np. w innym kraju. Ewentualnie będą uczestniczyć w spotkaniach organizowanych przez innych członków rodziny. W skali całej populacji nie jest to zaskakujący wynik, ponieważ święta nie dla wszystkich wiążą się z organizacją własnych zakupów i przygotowań.

– Deklaracje uczestników tego sondażu należy traktować przede wszystkim jako informacje orientacyjne, barometr nastrojów, a nie precyzyjne porównanie kwotowe rok do roku. Dane wskazują raczej to, jak Polacy postrzegają swoje wydatki i plany zakupowe, niż ile faktycznie wyda każda rodzina. Porównywanie budżetów rdr. przez respondentów obarczone jest naturalnym ryzykiem niedokładności, bo większość osób nie prowadzi szczegółowych rejestrów wydatków świątecznych i często bazuje na pamięci lub odczuciach – przekonuje Robert Biegaj.


***
Opis metody analitycznej/badawczej

Raport pt. „Polacy na świątecznych zakupach. Wielkanoc 2026” powstał na kanwie specjalnego badania opinii publicznej. Badanie zostało przeprowadzone na początku marca 2026 roku metodą CAWI (Computer-Assisted Web Interview), polegającą na realizacji ankiet internetowych wspomaganych komputerowo. Badanie zostało zrealizowane przez platformę analityczno-badawczą UCE RESEARCH i Shopfully Poland na ogólnopolskiej próbie 1008 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat. Respondenci zostali dobrani w sposób kwotowo-losowy (tj. pod względem wieku, płci i regionu) z wykorzystaniem panelu badawczego, a udział w badaniu miał charakter anonimowy.

Nie hakerzy, lecz rutyna. To proste błędy otwierają drzwi do cyberataków

Najczęściej bagatelizowane zagrożenia są zarazem najbardziej powszechne: phishing, fałszywe wiadomości, prośby o pilny przelew, a także brak aktualizacji systemów. To właśnie te „proste” pomyłki stoją za około 70-85% udanych ataków, a według raportów CERT Polska i firm security (np. Check Point) ponad 80-90% incydentów zaczyna się od błędu popełnionego przez człowieka. Tradycyjne filtry i procedury przestają wystarczać, jeśli nie towarzyszy im świadome zachowanie użytkowników. Dlatego dziś kluczowym elementem cyberodporności nie są wyłącznie technologie, lecz kultura bezpieczeństwa, regularne szkolenia oraz budowanie nawyku zatrzymania się i weryfikacji – zwłaszcza wtedy, gdy pojawia się presja czasu lub emocji.

Tam, gdzie zawodzi rutyna, zaczynają się straty

Cyberbezpieczeństwo firm przegrywa dziś rzadziej z wyrafinowanym hakerem, a częściej z codzienną rutyną: kliknięciem w fałszywy link, podaniem hasła na spreparowanej stronie, otwarciem zainfekowanego załącznika czy presją czasu w dziale finansów. Ten czynnik pozostaje najtańszą i najskuteczniejszą drogą wejścia do organizacji. Jednocześnie sztuczna inteligencja wzmacnia cyberprzestępców – usuwa typowe „czerwone flagi”, przyspiesza personalizację ataków i umożliwia ich prowadzenie na masową skalę.

Jak zauważa Adam Kassenberg, kierownik specjalizacji Cybersecurity w Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych, w realnym świecie nie wygrywa najbardziej zaawansowana technologia, ale konsekwentne przestrzeganie podstawowych zasad.

 – To rutynowy phishing, podszywanie się pod przełożonego czy kontrahenta oraz brak aktualizacji oprogramowania odpowiadają za realne straty — mówi. – Te zagrożenia są na pierwszy rzut oka „nudne”, więc łatwo je zlekceważyć, aż do momentu, gdy firma staje przed zablokowanymi danymi lub przelewem kilkuset tysięcy złotych w ręce oszusta podkreśla ekspert.

Rośnie wykrywalność, ale spora część ataków pozostaje „niewidzialna”

Rośnie wykrywalność incydentów, ale wciąż spora część ataków pozostaje „niewidzialna”. – Skala zgłoszeń rośnie, jednak liczby pokazują jedynie to, co zostało zaraportowane. Tylko 10-20% poważniejszych incydentów trafia do CERT/CSIRT lub UODO – reszta pozostaje w „szarej strefie” z obawy przed konsekwencjami wizerunkowymi, presją kontrahentów albo po prostu nie mają procedur, by rozpoznać, który incydent wymaga formalnego zgłoszenia podkreśla Adam Kassenberg.

Z danych CERT Polska wynika, że w 2025 r. zarejestrowano 658 tys. zgłoszeń, a obsłużono/zarejestrowano ok. 261 tys. incydentów (wobec ok. 103 tys. w 2024 r.). Wzrost o ponad 150% wynika głównie z lepszych narzędzi wykrywania i większej świadomości, a niekoniecznie z lawinowego przyrostu liczby ataków.

– Wiele firm żyje w przekonaniu, że nic się nie stało, bo niczego nie zauważyły. Tymczasem brak wykrycia nie oznacza braku incydentu – zwraca uwagę Kassenberg. – Te liczby pokazują skalę problemu, ale nie pokazują pełnego obrazu. Widać głównie to, co zostało wykryte i zgłoszone.

W praktyce najtrudniejsze do zauważenia są małe wycieki danych oraz przypadki, w których firma nieświadomie pełni rolę „pomostu” w kolejnych cyberatakach. – W praktyce „niewidzialne” są szczególnie drobne wycieki i sytuacje, w których organizacja staje się punktem pośrednim do kolejnych ataków i, co gorsza, odkrywa to dopiero po czasie – dodaje ekspert. Tego typu zagrożenia pozostają ukryte, a ich skutki stają się widoczne dopiero po czasie – od naruszenia bezpieczeństwa partnerów, przez utratę zaufania klientów, aż po poważne konsekwencje finansowe i prawne.

W publicznej wyobraźni dominują spektakularne ataki APT (Advanced Persistent Threat), często sponsorowane przez państwa, jednak w praktyce codzienną presję na biznes wywierają masowe kampanie wyłudzeń i złośliwe załączniki trafiające regularnie do setek tysięcy polskich użytkowników i firm.  – Prawdziwe straty generuje rutynowy phishing, oszustwa takie jak podszywanie się pod szefa lub kontrahenta oraz brak aktualizacji oprogramowania – zauważa ekspert. – Te zagrożenia są „nudne”, więc łatwo je bagatelizować, aż do momentu, gdy firma stoi z zablokowanymi danymi lub przelewem kilkuset tysięcy złotych na konto oszusta.

Ekspert wymienia m.in. fałszywe wiadomości od znanych firm, dostawców benefitów czy nawet zgubione pendrive’y. To ważny wniosek dla zarządów: ryzyko nie zawsze rośnie wraz z technologicznym zaawansowaniem atakującego, często rośnie po prostu wraz z natężeniem i skalą prób. W końcu „ktoś w firmie kliknie w podesłany link”.

Łańcuch dostaw: jedno słabe ogniwo otwiera drzwi do dziesiątek firm

Drugim niedocenianym trendem są ataki na łańcuch dostaw (supply chain). W polskich firmach temat bywa traktowany jako problem wielkich korporacji, podczas gdy realnie dotyczy także średnich i mniejszych podmiotów korzystających z popularnych narzędzi i podwykonawców.

 – Jeden zhakowany podwykonawca może otworzyć drzwi do dziesiątek, a nawet setek firm jednocześnieostrzega Kassenberg. Zwraca także uwagę na to, że organizacje rzadko wymagają od dostawców audytów bezpieczeństwa, nie monitorują dostępu osób trzecich i nie analizują, skąd pochodzą biblioteki lub aktualizacje oprogramowania. Problem dotyczy nie tylko dostawców. Czasem mogą to być firmy serwisowe czy podmioty mające fizyczny dostęp do infrastruktury.

AI ułatwia cyberataki: perfekcyjny phishing, deepfake’i i złośliwe programy

Sztuczna inteligencja nie tworzy nowej kategorii ryzyka. Ona wzmacnia stare, znane techniki, czyniąc je tańszymi i skuteczniejszymi. – Na razie przewagę zyskują atakujący. AI ułatwia phishing, deepfake’i i automatyzację atakówmówi Adam Kassenberg, wskazując, że w krótkim czasie przestępcy szybciej zaadaptują AI do ofensywy niż organizacje przygotują się do obrony.

W praktyce sztuczna inteligencja otwiera nowe możliwości dla cyberprzestępców. Pozwala na tworzenie spersonalizowanego phishingu, wolnego od typowych błędów językowych i precyzyjnie dopasowanego do roli oraz kontekstu ofiary. Umożliwia masową produkcję deepfake’ów – zarówno głosowych, jak i wideo – co może prowadzić do oszustw sięgających setek tysięcy, a nawet milionów złotych. AI wspiera też automatyzację spear-phishingu wymierzonego w kadrę zarządzającą oraz przyspiesza tworzenie wariantów złośliwego oprogramowania, w tym polimorficznego malware, który łatwiej omija tradycyjne mechanizmy wykrywania.

W 2025 r. sztuczna inteligencja znacząco obniżyła próg wejścia do skutecznego phishingu i tworzenia deepfake’ów. Ataki, które kiedyś wymagały tygodni pracy, dziś można przygotować i skalować w ciągu godzin.

Dla biznesu oznacza to przede wszystkim obniżenie kosztów przygotowania ataku oraz skrócenie czasu jego realizacji. Tam, gdzie wcześniej oszust musiał „ręcznie” tworzyć wiadomości i narażał się na błędy, dziś kampanie mogą być prowadzone szybciej, efektywniej i znacznie taniej.

1%: ryzyko nie w liczbie prób, tylko w skutkach

Choć większość prób ataków jest skutecznie blokowana przez zabezpieczenia, ryzyko koncentruje się w tej niewielkiej części ataków, które przełamują ochronę, oraz w drobnych incydentach, które bywają ignorowane, aż eskalują. – Ten przysłowiowy „1%” może zatrzymać firmę na tygodnie. Ale drobne incydenty, jeśli są ignorowane, mogą prowadzić do eskalacji i poważniejszych naruszeń – podkreśla Adam Kassenberg, ostrzegając jednocześnie przed konkretnymi liczbami.

Według szacunków z lat 2024–2025 średni koszt incydentu dla polskiej firmy wynosił ok. 30–35 tys. zł, jednak w przypadku średnich i większych przedsiębiorstw realne straty (w tym przestoje, kary, utrata kontraktów, odszkodowania) często sięgały od 500 tys. do kilkunastu milionów złotych.

Ekspert zwraca uwagę, że często koszty pośrednie, takie jak utrata zaufania klientów czy przerwa w działalności, są znacznie wyższe niż sam okup czy naprawa systemów.

Kto jest najbardziej narażony?

Z perspektywy rynku nie wszystkie organizacje są atakowane „tak samo”. Najbardziej narażone sektory (2024–2025) to: produkcja i przemysł, usługi profesjonalne/BPO/IT/telekom, ochrona zdrowia, retail i e-commerce, sektor publiczny oraz infrastruktura krytyczna (dostawcy wody, energii elektrycznej i odbiorcy odpadów). W 2025 r. CERT odnotował wyraźny wzrost ransomware w sektorze produkcyjnym i energetycznym (np. incydent z 29 grudnia 2025 r. w farmach wiatrowych i elektrociepłowni).

Są też wyraźne różnice w profilu ryzyka. Małe firmy częściej padają ofiarą prostego phishingu i „commodity ransomware”, bo mają słabszą ochronę i rzadziej aktualizują systemy; częściej też nie raportują incydentów, więc statystyki są zaniżone. Natomiast duże firmy częściej padają ofiarą ukierunkowanych ataków, ransomware-as-a-service, kradzieży danych w celu szantażu oraz ataków przez łańcuch dostaw, ponieważ dysponują znacznie większą „powierzchnią” narażoną na zagrożenia.

To oznacza, że „jedna strategia dla wszystkich” nie działa oraz że średnie firmy mogą być paradoksalnie w najtrudniejszym położeniu: są już wystarczająco atrakcyjne dla ransomware, a nadal niedoinwestowane w procesy i ekspertów od cyberzagrożeń.

Dlaczego to temat dla zarządu, nie tylko dla IT

Adam Kassenberg zwraca uwagę, że największą barierą w firmach jest sposób myślenia o cyberbezpieczeństwie: bywa ono traktowane jako „problem działu IT”, a nie jako ryzyko strategiczne. – Statystyki w większości zarządów pozostają abstrakcyjnymi liczbami. Dopiero przełożenie ich na konkretne scenariusze biznesowe – przestój, straty, kary – robi różnicę — podkreśla.

Wśród decyzji zarządczych, które najczęściej prowadzą do poważnych incydentów, wymienia się m.in. cięcie budżetów na bezpieczeństwo „w imię optymalizacji”, brak wdrożenia MFA na wszystkich kontach, brak ćwiczeń reakcji na incydenty, nieegzekwowanie aktualizacji oraz brak audytu bezpieczeństwa dostawców. W tle pojawia się jeszcze jedno zjawisko, określane jako „malowanie trawy na zielono” – raportowanie bezpieczeństwa jako dobrego, ponieważ formalnie istnieją procedury, choć w praktyce nie funkcjonują one skutecznie.

W tym kontekście Adam Kassenberg podsumowuje jasno sedno problemu: – Cyberbezpieczeństwo nie jest tematem pobocznym ani jednorazowym zakupem – to element kultury organizacyjnej. W debacie publicznej najbardziej brakuje uczciwej rozmowy o kosztach ludzkich błędów oraz o tym, że najdroższą ochroną jest ta, której w ogóle nie trzeba uruchamiać – czyli prewencja przez kulturę bezpieczeństwa, regularne symulacje phishingowe i egzekwowanie podstawowych zasad (MFA, aktualizacje, weryfikacja przelewów pod presją).

98 proc. firm w EMEA planuje zwiększyć inwestycje w sztuczną inteligencję

Aż 98% firm w regionie EMEA planuje zwiększyć inwestycje w sztuczną inteligencję do końca 2026 roku, a niemal co piąta z nich zakłada wzrost nakładów o ponad połowę – wynika z badania Red Hat. Jednocześnie przedsiębiorstwa coraz wyraźniej porządkują swoje podejście do tej technologii. Dla 75% podmiotów priorytetem strategii AI na najbliższe 18 miesięcy jest wdrażanie rozwiązań w praktyce, zapewnienie transparentności działań oraz optymalizacja kosztów. Sztuczna inteligencja przestaje być obszarem pojedynczych eksperymentów, a staje się elementem długofalowego planowania i zarządzania.

Przekłada się to na sposób, w jaki firmy w Europie projektują swoje strategie AI z myślą o szerszym ekosystemie IT. Trzy na cztery podmioty wskazują konieczność dostosowania strategii chmurowej do potrzeb sztucznej inteligencji, a niemal ten sam odsetek uznaje kwestie suwerenności AI za jeden z głównych obszarów uwagi na najbliższe półtora roku. Dla 73% respondentów istotnym elementem strategii pozostaje również bezpieczeństwo. Potwierdza to potrzebę powiązania rozwoju AI z istniejącą architekturą chmurową oraz obszarami zarządzania ryzykiem i kontroli. W europejskim kontekście trend ten dodatkowo wzmacnia rosnące znaczenie unijnych regulacji, w tym AI Act, które wymuszają większą przejrzystość, kontrolę nad danymi oraz odpowiedzialne podejście do wdrażania sztucznej inteligencji.

Zderzenie strategii z realiami wdrożeń

Wraz ze wzrostem inwestycji w AI firmy coraz wyraźniej dostrzegają przeszkody związane z jej wdrażaniem. Badanie Red Hat wskazuje, że 30% przedsiębiorstw mierzy się z brakiem współpracy między zespołami zajmującymi się AI a działami IT, a 27% ma trudność z jednoznacznym określeniem wartości zwrotu z inwestycji w sztuczną inteligencję. Co czwarta badana firma zwraca ponadto uwagę na brak transparentności modeli sztucznej inteligencji. Wyniki te sugerują, że dla wielu firm wyzwaniem nie jest już samo uruchamianie inicjatyw AI, lecz ich uporządkowanie i nadanie im spójnych ram zarządczych.

Mimo wskazywanych barier firmy nie zwalniają tempa wdrożeń AI i koncentrują się na zwiększaniu skali jej wykorzystania. Trzy na cztery przedsiębiorstwa stawiają sobie za priorytet upowszechnienie korzystania ze sztucznej inteligencji wśród pracowników, a 74% podkreśla rosnące znaczenie agentowej AI, czyli rozwiązań automatyzujących bardziej złożone zadania. Wskazuje to na rosnącą rolę sztucznej inteligencji w codziennej pracy oraz stopniowe rozszerzanie zakresu jej zastosowań.

Co kraj to potencjał

W badaniu Red Hat wzięły udział firmy prowadzące działalność w dziewięciu krajach regionu EMEA. Ponad połowa z nich (57%) przyznaje, że ich państwo już jest globalnym ośrodkiem rozwoju sztucznej inteligencji, a kolejne 36% uważa, że może się nim stać w ciągu najbliższych trzech lat. Jednocześnie na poziomie poszczególnych rynków widać wyraźne różnice w tempie i dojrzałości tego procesu.

W Holandii aż 93% firm uważa, że ich kraj już dziś jest globalną potęgą AI, podobnie jak w Szwecji (77%) czy Zjednoczonych Emiratach Arabskich (71%). W Niemczech i Hiszpanii dominuje bardziej ostrożne podejście – odpowiednio 53% i 70% przedsiębiorstw wskazuje, że ich państwo dopiero ma potencjał, aby osiągnąć taką pozycję w najbliższych latach. Na drugim biegunie znajdują się Włochy, gdzie tylko 36% firm uważa, że kraj już dziś jest liderem AI, a 24% nie wierzy, że stanie się nim w przewidywalnej przyszłości.

Mimo różnic w poziomie optymizmu firmy, które uważają, że ich kraj nie przewodzi jeszcze w obszarze sztucznej inteligencji, wskazują na bardzo podobne systemowe bariery rozwoju AI. W regionie EMEA najczęściej wymieniane przez respondentów są niedostateczne ramy polityczne i strategiczne na poziomie krajowym, na które zwraca uwagę 43% respondentów, a także ograniczenia związane z finansowaniem oraz dostępem do infrastruktury obliczeniowej (po 41%). Jednocześnie charakter tych wyzwań wyraźnie różni się między rynkami. W Holandii aż 57% firm zauważa niedostatki w obszarze polityki i strategii państwa na rzecz rozwoju sztucznej inteligencji, podczas gdy w Niemczech i Szwajcarii częściej podkreślany jest brak zaangażowania sektora prywatnego (47% i 48% respondentów). W Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Hiszpanii szczególnie wyraźnie wybrzmiewa problem dostępności odpowiedniej infrastruktury (odpowiednio 62% i 52%). Istotnym wyzwaniem pozostaje także luka kompetencyjna – w skali całego regionu 38% firm wskazuje na niedobory talentów jako jedną z barier wdrażania sztucznej inteligencji.

Z badania Red Hat wynika, że rozwój AI w regionie EMEA wchodzi w fazę porządkowania i integracji. Firmy z jednej strony planują znaczące zwiększenie inwestycji, z drugiej – równolegle koncentrują się na obszarach takich jak bezpieczeństwo, suwerenność, transparentność oraz integracja AI z architekturą chmurową. O powodzeniu tych działań zdecyduje nie tylko tempo wdrożeń, lecz przede wszystkim zdolność przedsiębiorstw do przejścia od zbioru rozproszonych narzędzi do spójnej strategii platformowej, która umożliwi zarządzanie sztuczną inteligencją w całej organizacji.

O badaniu: 

Badanie przeprowadzone przez firmę Censuswide objęło 909 menedżerów i dyrektorów IT (w tym osoby pełniące funkcje związane z infrastrukturą oraz infrastrukturą chmurową) oraz inżynierów AI (w tym inżynierów oprogramowania w obszarach AI/ML, inżynierów NLP i LLM oraz analityków danych) z firm zatrudniających ponad 500 pracowników w regionie EMEA (we Francji, Niemczech, Włoszech, Holandii, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii, Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Wielkiej Brytanii). Spośród tej grupy 100 respondentów pochodziło z Wielkiej Brytanii. Censuswide przestrzega zasad Market Research Society i zatrudnia badaczy będących członkami tej organizacji oraz postępuje zgodnie z kodeksem postępowania MRS i wytycznymi ESOMAR. Censuswide jest również członkiem British Polling Council.

Rynek PRS w Polsce rośnie mimo wyzwań. Inwestorzy stawiają na najem instytucjonalny

Instytucjonalny rynek mieszkań na wynajem staje się coraz ważniejszym elementem rynku mieszkaniowego, notując wzrosty podaży i przyciągając kapitał zarówno krajowy, jak i zagraniczny – takie wnioski płyną z raportu BNP Paribas Real Estate Poland „Instytucjonalny rynek mieszkań na wynajem (PRS)” za II połowę 2025 roku.

Dynamiczny rozwój PRS

Instytucjonalny rynek mieszkań na wynajem (PRS) w Polsce intensywnie się rozwija. W ostatnich latach zarówno podaż, jak i zainteresowanie inwestorów, krajowych i zagranicznych, systematycznie rosną. W samym 2025 roku przybyło 5,8 tys. mieszkań, co stanowi drugi najwyższy wynik roczny w historii tego rynku, potwierdzając etap stabilnego wzrostu.

Jak zauważają analitycy BNP Paribas Real Estate Poland, rośnie również popyt na wynajem mieszkań. Wynika to między innymi z ograniczonej dostępności zakupu mieszkań – w porównaniu z okresem niskich stóp procentowych i funkcjonowania programu „Bezpieczny Kredyt”. W efekcie fundamenty sektora pozostają silne.

Atrakcyjność segmentu PRS opiera się na stabilnych fundamentach rynkowych, w tym utrzymującym się silnym popycie na mieszkania na wynajem, długoterminowych trendach demograficznych oraz rosnącej preferencji dla elastycznych form zamieszkania w porównaniu z własnością mieszkaniową. W średnim horyzoncie czasowym segment mieszkaniowy powinien pozostać jednym z kluczowych obszarów rynku nieruchomości – podkreśla Arkadiusz Bielecki, Dyrektor Działu Wycen, BNP Paribas Real Estate Poland.  

Dominują duże miasta

Instytucjonalny rynek mieszkań na wynajem w Polsce pozostaje silnie skoncentrowany w największych aglomeracjach miejskich. Na koniec 2025 roku najwięcej zasobów znajdowało się w Warszawie (32%), Krakowie (19%) i Wrocławiu (16%).

Do największych budynków oddanych do użytkowania w 2025 roku należy projekt Kraków Romanowicza (673 mieszkań), Katowice Korczaka (523 mieszkań), AFI Home Metro Zachód w Warszawie (517) oraz UP2U Piątkowska w Poznaniu (460 mieszkań).

Liderem rynku pozostaje Resi4Rent (20% zasobów rynku), a Fundusz Sektora Mieszkań dla Rozwoju odpowiada za 16% rynku.

Więcej mieszkań w regionach

W latach 2026–2027 planowane jest oddanie kolejnych 5 tys. mieszkań. Biorąc pod uwagę lokalizacje nowych inwestycji, rośnie znaczenie rynków regionalnych, co potwierdza fakt, że Warszawa znajduje się dopiero na trzecim miejscu (24% nowej podaży). Do końca 2027 roku najwięcej nowych mieszkań zostanie oddanych do użytku we Wrocławiu (30%) i Trójmieście (26%).

Wśród największych inwestycji planowanych do oddania w ciągu dwóch najbliższych lat znajdą się projekt Wrocław Bardzka (620 mieszkań) i Gdańsk Nowomiejska (569 mieszkań), realizowane przez Resi4Rent oraz Lett Nocznickiego w Warszawie (480 mieszkań) od NREP.

Warszawa najdroższa, regiony z potencjałem

Typowe czynsze za mieszkania jednopokojowe w sektorze PRS w Warszawie kształtują się w przedziale od 2800 do 3900 zł miesięcznie. W innych dużych miastach poziom stawek jest wyraźnie niższy i bardziej zróżnicowany: w Trójmieście wynosi 2600 – 3000 zł, we Wrocławiu 2300 – 2700 zł, a w Krakowie 2200 – 2700 zł.

Dane wskazują, że Warszawa utrzymuje najwyższy poziom czynszów, przy jednoczesnym rosnącym znaczeniu rynków regionalnych. Różnice w stawkach mogą sprzyjać dalszej dywersyfikacji inwestycji PRS poza stolicą, szczególnie w większych miastach oferujących relatywnie niższe koszty wejścia i stabilny popyt na najem.

Rekordowe transakcje inwestycyjne

Wartość transakcji inwestycyjnych w sektorze PRS w Polsce na koniec 2025 roku przekroczyła poziom odnotowany w rekordowym 2024 roku. W samej drugiej połowie 2025 roku łączna wartość inwestycji w sektorze mieszkań na wynajem oraz prywatnych akademików wyniosła 108 mln euro, co oznacza wzrost o 4% rok do roku.

W okresie od stycznia do grudnia 2025 roku sfinalizowano kilka znaczących transakcji. Największą z nich był zakup projektu AFI Home Metro Szwedzka (ex. Bohema) przez OKAM Capital o wartości 76 mln euro. Kolejne istotne transakcje obejmowały nabycie obiektu AFI Metro Zachód przez Dom Development od AFI Europe za 61 mln euro oraz zakup Gdańsk Old Town przez Modernę od NREP za 35 mln euro.

Atrakcyjność sektora wynika z relatywnie wysokich stóp zwrotu na poziomie 5,5 – 6,5%, pomimo utrzymującej się ograniczonej skali aktywności inwestycyjnej. Jednocześnie dalsza ekspansja sektora napotyka istotne ograniczenia, w tym niepewność regulacyjną, ryzyko walutowe oraz wysokie koszty gruntów i finansowania – podkreśla Karolina Wojciechowska, Dyrektorka Działu Rynków Kapitałowych, BNP Paribas Real Estate Poland.

Własność prywatna a najem

Według danych Eurostatu, około 87% mieszkańców Polski zamieszkuje lokale będące własnością ich gospodarstw domowych, podczas gdy jedynie 13% korzysta z najmu. Tym samym Polska od wielu lat należy do krajów o najniższym udziale najmu komercyjnego w strukturze mieszkaniowej w Unii Europejskiej.

Prognozy wskazują jednak, że do 2040 roku, mimo utrzymania dominującej roli własności, udział osób mieszkających we własnych lokalach będzie stopniowo maleć na rzecz wzrostu znaczenia rynku najmu. Trend ten wspierają m.in. rosnąca mobilność społeczeństwa, napływ pracowników zagranicznych oraz utrzymujące się wysokie koszty kredytów hipotecznych.

Małe firmy ostrożne wobec KSeF. Pierwsze doświadczenia częściej negatywne niż pozytywne

Ponad 80% właścicieli małych i mikroprzedsiębiorstw miało już do tej pory styczność z Krajowym Systemem e-Faktur, ale tylko ok. 18% korzysta z niego na co dzień do wystawiania faktur – wynika z badania IFIRMA. Jednocześnie pierwsze doświadczenia nie są pozytywne: 45% ankietowanych ocenia pierwszy etap wdrożenia negatywnie (w tym 36% – bardzo źle), a ponad połowa badanych opowiada się za odroczeniem lub złagodzeniem obowiązku pełnego wdrożenia KSeF.

Na krytyczną ocenę pierwszego etapu wdrożenia KSeF mogły wpływać doświadczenia firm z pierwszego miesiąca działania systemu. Wśród najczęściej wskazywanych trudności znalazły się: problemy techniczne, na które wskazało 21,3% badanych, oraz konieczność wykonywania dodatkowych czynności po stronie firm (19,5%). W dalszej kolejności respondenci wymieniali: braki lub niejasności w wytycznych Ministerstwa Finansów, trudności z uprawnieniami, certyfikatami i autoryzacją oraz opóźnienia w przetwarzaniu dokumentów.

Największe obawy firm to nadal bezpieczeństwo danych i ryzyko popełnienia błędów

Aktualne obawy przedsiębiorców związane z KSeF w dużej mierze pozostają zbieżne z tymi, które były wyrażane jeszcze przed uruchomieniem systemu. W badaniu IFIRMA przeprowadzonym w grudniu 2025 r. najczęściej wskazywanym źródłem niepokoju były pomyłki wynikające z nowych procedur (24% badanych) oraz bezpieczeństwo danych i poufność informacji (22%). W najnowszej edycji ankiety te same kwestie pozostają wśród najczęściej wskazywanych obaw, jednak na pierwszy plan wysuwa się bezpieczeństwo danych (22%), a także o przerwy w działaniu systemu (20%) oraz zaistnienie błędów wynikających z nowych procedur (20%).

Wraz z pierwszymi doświadczeniami z KSeF ciężar obaw przesunął się z etapu przygotowań i hipotetycznych scenariuszy na poziom praktycznego działania systemu. W najnowszym badaniu właściciele firm najczęściej wskazywali kwestie związane z bieżącym funkcjonowaniem systemu. Co istotne, obawy utrzymują się mimo zapewnień administracji skarbowej, że za 2026 r. nie będą nakładane kary za błędne stosowanie KSeF, a sankcje za naruszenie obowiązków w systemie mają zacząć obowiązywać dopiero od 1 stycznia 2027 r. Może to sugerować, że sam okres ochronny nie wystarcza dziś przedsiębiorcom do odzyskania poczucia bezpieczeństwa – co drugi ankietowany przyznaje, że nadal odczuwa niepewność związaną z funkcjonowaniem systemu – komentuje Joanna Łuksza, kierownik Zespołu Ekspertów Księgowych w IFIRMA.PL.

Ponad połowa firm gotowa na KSeF, ale równie wiele chce odroczenia pełnego wdrożenia

W odpowiedziach przedsiębiorców widać wyraźne poparcie dla rozwiązań, które dawałyby firmom więcej czasu na dostosowanie się do nowych zasad. 56% respondentów popiera możliwość przesunięcia terminu pełnego wdrożenia KSeF lub odejścia od jego obowiązkowego charakteru, a 44% badanych opowiada się za wydłużeniem okresu przejściowego o co najmniej 2 lata.

Choć pierwsze doświadczenia z systemem nie zawsze były pozytywne, wyniki badania pokazują również sygnały stopniowej adaptacji przedsiębiorców do nowego modelu fakturowania. Ponad połowa firm deklaruje dziś, że jest gotowa na pełne przejście na KSeF lub znajduje się bardzo blisko tego etapu. 39% badanych wskazuje, że są już przygotowani do działania w systemie w pełnym zakresie, a kolejne 18% ocenia, że potrzebuje jedynie dopracowania kilku elementów, aby osiągnąć pełną gotowość – jednocześnie co drugi ankietowany uważa, że jego firma w ogóle nie jest przygotowana – wyjaśnia ekspertka IFIRMA.PL.

Firmy dostrzegają koszty, ale też zalety

Proces dostosowania do wymogów KSeF wiązał się również z dodatkowymi nakładami pracy i kosztami po stronie przedsiębiorców. 47% badanych już odczuwa lub spodziewa się wzrostu kosztów obsługi księgowej, podczas gdy jedynie ok. 7% doświadczyło ich spadku lub liczy na to. Mimo tych wyzwań i utrzymujących się obaw część małych i mikro firm dostrzega praktyczne zalety systemu oraz jego potencjał do uproszczenia codziennych procesów.

Jedną z najbardziej oczywistych korzyści jest większa widoczność faktur w jednym systemie oraz ograniczenie konieczności przesyłania dokumentów między firmą, kontrahentami i biurem rachunkowym. W praktyce oznacza to mniej wiadomości e-mail, mniej załączników i łatwiejszy dostęp do dokumentów wtedy, gdy są potrzebne – podsumowuje Joanna Łuksza z IFIRMA.PL.

O badaniu

Badanie zostało zrealizowane przez IFIRMA na przełomie lutego i marca 2026 roku w formie anonimowej ankiety online wśród właścicieli małych i mikro przedsiębiorstw. Próba wyniosła 319 respondentów. Celem badania było sprawdzenie, jak firmy korzystają dziś z KSeF, jak oceniają pierwszy etap wdrożenia systemu, jakie trudności napotkały w pierwszym miesiącu jego działania oraz na ile są gotowe na pełne przejście do nowego modelu fakturowania.

Podział Synektika dokonany – sąd zarejestrował emisję akcji Syn2bio

27 marca 2026 roku sąd rejestrowy wpisał do KRS podwyższenie kapitału zakładowego Syn2bio związane z emisją akcji podziałowych dla akcjonariuszy Synektika. Oznacza to formalne zakończenie procesu podziału Synektika na dwa niezależne podmioty. W efekcie, obok notowanego już na giełdzie Synektika, około 16 kwietnia br. na warszawskim parkiecie zadebiutują akcje Syn2bio – spółki, do której wydzielona została działalność związana z badaniami nad kardioznacznikiem oraz przyszłą komercjalizacją tego innowacyjnego radiofarmaceutyku do diagnostyki chorób serca.

– Podział Synektika stał się faktem. Do Syn2bio wydzieliliśmy działalność związaną z rozwojem kardioznacznika – naszym flagowym projektem badawczo-rozwojowym. Spółka ta ma zapewnione środki na kontynuowanie badań klinicznych przez kolejnych 12–14 miesięcy. Syn2bio będzie ponadto mogła ubiegać się o finansowanie z grantów, dotacji oraz programów przeznaczonych dla MŚP, które dla Synektika – jako dużego przedsiębiorstwa – nie były już dostępne. Z kolei Synektik, który dotychczas finansował koszty badań, zyska przestrzeń do dalszej poprawy rentowności i zwiększania wypłat dywidendy – przypomina ideę podziału Cezary Kozanecki, założyciel i prezes Synektika oraz prezes Syn2bio.

– Dzięki podziałowi wkrótce na GPW notowane będą dwie niezależne firmy o odmiennym profilu działalności, przyciągające inwestorów o różnym podejściu do ryzyka i oczekiwaniach. Pozwoli to na bardziej adekwatną wycenę obu spółek, lepiej odzwierciedlającą ich potencjał i kierunki rozwoju. Sądzę, że w dłuższej perspektywie powinno to przełożyć się na wzrost wartości akcji obu firm – ocenia Cezary Kozanecki.

Ostatnia prosta przed debiutem Syn2bio na GPW

Zarejestrowane przez sąd podwyższenie kapitału zakładowego Syn2bio związane jest z emisją łącznie 8.529.129 akcji Syn2bio (na taką samą liczbę akcji dzieli się obecnie kapitał Synektika). Zostaną one przydzielone akcjonariuszom Synektika w stosunku 1 do 1 – za każdą 1 akcję Synektika posiadaną w tzw. dniu referencyjnym inwestor otrzyma 1 akcję Syn2bio. Nastąpi to automatycznie, bez konieczności podejmowania dodatkowych czynności przez akcjonariuszy.

Intencją Spółki jest, aby dzień referencyjny został wyznaczony na 7 kwietnia br. W takim scenariuszu, sesja giełdowa 1 kwietnia (tj. dwa dni sesyjne przed dniem referencyjnym) będzie ostatnią, na której będzie możliwość nabycia akcji Synektika uprawniających do uczestnictwa w podziale. Oznacza to zarazem, że kurs odniesienia na kolejną sesję (2 kwietnia) zostanie pomniejszony o wartość działalności wydzielanej do Syn2bio, czyli o około 7,73% (proporcja ta wynika z wyceny sporządzonej wcześniej na potrzeby planu podziału, wg stanu na 30 czerwca 2025 r.). Wartość ta będzie jednocześnie stanowiła kurs odniesienia dla pierwszej sesji notowania akcji Syn2bio na GPW. Według przyjętego harmonogramu, giełdowy debiut Syn2bio spodziewany jest około 16 kwietnia br. Dzień wcześniej akcje tej spółki pojawią się na rachunkach akcjonariuszy.

Głównym przedmiotem działalności Syn2bio będzie dalszy rozwój projektu kardioznacznika oraz jego komercjalizacja, a w przyszłości także poszukiwanie nowych, innowacyjnych cząsteczek farmaceutycznych. Pozostała działalność prowadzona obecnie przez Synektik pozostanie w dotychczasowej spółce. Będzie się on zatem nadal zajmować m.in. dystrybucją i serwisem innowacyjnych urządzeń medycznych, opracowywaniem własnych rozwiązań informatycznych oraz produkcją i sprzedażą radiofarmaceutyków.

***

Przewidywany harmonogram publicznej oferty akcji Syn2bio – dalsze kroki

1 kwietnia 2026 r. Ostatni dzień sesyjny, w którym będzie można nabyć akcje Synektik S.A. uprawniające do objęcia akcji Syn2bio S.A.
7 kwietnia 2026 r. Dzień Referencyjny
10 kwietnia 2026 r. Podjęcie przez GPW uchwały o wprowadzeniu akcji Syn2bio S.A. do obrotu na rynku regulowanym
15 kwietnia 2026 Rejestracja akcji Syn2bio S.A. na rachunkach akcjonariuszy
16 kwietnia 2026 r. Pierwszy dzień notowania akcji Syn2bio S.A. na rynku regulowanym GPW

 

AI w elektronicznym arbitrażu gospodarczym. Cicha rewolucja, która zmienia sposób rozstrzygania sporów

Od niszy do globalnego trendu. Sztuczna inteligencja coraz śmielej wkracza do świata arbitrażu gospodarczego online – jednej z najważniejszych metod rozwiązywania sporów w różnych sektorach gospodarki: finansowym, IT, budowlanym, ubezpieczeniowym czy e-handlu. To, co jeszcze kilka lat temu było domeną startupów legal tech, dziś jest wdrażane przez największe instytucje arbitrażowe na świecie. Nie chodzi jednak o zastąpienie arbitrów sztuczną inteligencją. AI pełni rolę narzędzia, które przyspiesza pracę, porządkuje dane i wspiera podejmowanie decyzji. W praktyce oznacza to jedno: arbitraż online staje się szybszy, tańszy i bardziej dostępny.

Jak AI zmienia arbitraż gospodarczy w praktyce

Współczesne narzędzia AI wspierają niemal każdy etap postępowania arbitrażowego. Przede wszystkim rewolucjonizują analizę materiału dowodowego. W dużych sporach gospodarczych liczba dokumentów idzie w tysiące stron. Systemy AI są w stanie w kilka minut przeanalizować dane, które wcześniej wymagały tygodni pracy zespołów prawników. Zgodnie z założeniami unijnego AI Act, systemy wykorzystywane w procesach decyzyjnych o skutkach prawnych – w tym w arbitrażu – mogą być kwalifikowane jako rozwiązania wysokiego ryzyka, co wiąże się z obowiązkiem zapewnienia odpowiedniego nadzoru człowieka, transparentności oraz kontroli nad sposobem działania algorytmów. Równolegle organizacje branżowe, takie jak Chartered Institute of Arbitrators, podkreślają, że AI powinna wspierać efektywność i jakość postępowań, ale nie może zastępować decyzji podejmowanych przez arbitrów.

Wprowadzając do wymiaru sprawiedliwości AI trzeba pamiętać, że w obszarze rozstrzygania sporów nie ma miejsca na w pełni autonomiczne systemy. Dlatego projektując nowe funkcjonalności zakładamy, że najbardziej zaawansowane narzędzia – zwłaszcza te związane z przygotowywaniem pism procesowych – powinny pozostawać w rękach profesjonalnych pełnomocników. Przyczyny są bardzo proste: AI Act zakłada, że decyzje co do wyników generowanych przez algorytmy sztucznej inteligencji w systemach wymiaru sprawiedliwości podejmuje wyłącznie człowiek. Wyniki takie muszą więc podlegać późniejszej analizie przez człowieka, który bierze za nie odpowiedzialność prawną. Jedyną zaś grupą zawodową mającą do takich czynności kompetencje, zarówno profesjonalne jak i ustrojowe, są właśnie adwokaci i radcowie prawni. To nie jest zatem ograniczenie technologii, tylko świadomy wybór modelu, który ma zapewnić bezpieczeństwo i przewidywalność postępowania. – komentuje Robert Szczepanek, założyciel Ultima RATIO., pierwszego dostawcy systemu IT dla arbitrażu online w Polsce.

Ultima RATIO. rozwija narzędzia oparte na AI w sposób ściśle powiązany z arbitrażem gospodarczym online. Spółka pracuje nad rozbudową swojego systemu w dwóch głównych obszarach. Pierwszym z nich jest tzw. Contract Studio – środowisko przygotowywania umów, w którym użytkownik będzie mógł zarówno wygenerować dokument od podstaw, oprzeć się na własnym wzorze, jak i stworzyć samą klauzulę arbitrażową. System ma na bieżąco analizować treść dokumentu, w tym weryfikować kwestie formalne, takie jak umocowanie osób podpisujących do reprezentacji stron. Drugim elementem jest rozwój modułu Case Builder, który ma stanowić centralny punkt obsługi sprawy arbitrażowej. Po dodaniu materiału dowodowego system będzie automatycznie weryfikował jego kompletność i spójność, identyfikując brakujące dowody i niespójności faktyczne, takie jak brak strony danego dokumentu czy brak podpisu na dokumencie. Będzie też weryfikował potencjalne braki formalne. Integralną częścią tego rozwiązania ma być panel asysty proceduralnej, który porządkuje materiał sprawy poprzez tworzenie osi czasu zdarzeń oraz tzw. mapy sporu – zestawienia argumentów i kontrargumentów wraz z przypisanym materiałem dowodowym. System ma również wspierać przygotowywanie pism procesowych – w tym pozwów, odpowiedzi na pozew oraz stanowisk stron – a także projekty rozstrzygnięć.

Sztuczna inteligencja nie powinna zastępować arbitra ani pełnomocnika. Jej rolą jest uporządkowanie materiału sprawy, wskazanie braków formalnych i wsparcie w analizie argumentów. Dzięki temu ciężar pracy przesuwa się z czynności technicznych na strategię i merytorykę sporu. W naszej ocenie to właśnie w tym kierunku będzie rozwijał się arbitraż online w najbliższych latach. –  komentuje Robert Szczepanek, założyciel Ultima RATIO.

Największe instytucje już korzystają z AI

To nie są pilotaże – to realne wdrożenia. London Court of International Arbitration (LCIA) współpracuje z platformami wykorzystującymi AI do analizy orzecznictwa i argumentacji prawnej. Narzędzia te pozwalają szybciej identyfikować precedensy i budować spójne linie argumentacyjne. Singapore International Arbitration Centre (SIAC) dostosował swoje regulaminy do wykorzystania AI. Strony i arbitrzy mogą korzystać z technologii przy analizie dowodów czy zarządzaniu sprawą – instytucja stworzyła środowisko „AI-ready”. Podobne podejście przyjął Hong Kong International Arbitration Centre (HKIAC), który testuje rozwiązania legal tech i wprowadza je do praktyki w sposób pragmatyczny, bez nadmiernych regulacji. W Stanach Zjednoczonych American Arbitration Association (AAA/ICDR) poszła o krok dalej – wprowadziła formalne wytyczne dotyczące korzystania z AI przez arbitrów. Dopuszcza użycie technologii m.in. do analizy dokumentów czy przygotowania uzasadnień, ale jednocześnie jasno wskazuje: decyzja musi należeć do człowieka, a użycie AI powinno być transparentne. Najbardziej zaawansowane wdrożenia znajdują się dziś w Azji, szczególnie w Chinach. Instytucje takie jak Shenzhen Court of International Arbitration, Guangzhou Arbitration Commission czy Shanghai International Arbitration Center wykorzystują AI znacznie szerzej niż ich europejskie odpowiedniki. Technologia pełni tam rolę „cyfrowego sekretarza” – automatycznie transkrybuje rozprawy, tłumaczy wypowiedzi, analizuje dowody i przygotowuje projekty wyroków. W niektórych przypadkach testowano nawet wykorzystanie AI do prowadzenia rozpraw i rozstrzygania prostszych spraw. Z kolei China International Economic and Trade Arbitration Commission (CIETAC) wdrożyła systemy pełnej cyfryzacji postępowań – od składania pozwów po analizę dowodów.

Mimo dynamicznego rozwoju technologii, jedno pozostaje niezmienne: odpowiedzialność za wyrok spoczywa na arbitrze. Na całym świecie obowiązują podobne zasady. AI nie może samodzielnie wydawać wyroków, a arbiter nie może delegować decyzji na algorytm. Strony powinny być informowane o wykorzystaniu AI, a dane muszą być chronione zgodnie z zasadami poufności. To nie tylko kwestia prawa, ale także zaufania do systemu arbitrażowego. Wszystko wskazuje na to, że AI stanie się standardem w arbitrażu szybciej, niż wielu się spodziewa. W perspektywie dwóch lat można oczekiwać powszechnego wykorzystania AI w większości spraw, powstania szczegółowych regulacji dotyczących AI i coraz większego znaczenia narzędzi przewidujących wyniki postępowań. komentuje Robert Szczepanek, założyciel Ultima RATIO.

Co się zmieniło – i dlaczego to ma znaczenie

Wprowadzenie AI do arbitrażu przyniosło trzy fundamentalne zmiany.

  • Po pierwsze – czas. Spory, które trwały miesiącami, dziś mogą być rozstrzygane znacznie szybciej.
  • Po drugie – koszty. Automatyzacja ogranicza konieczność angażowania dużych zespołów prawników.
  • Po trzecie – dostępność. Arbitraż przestaje być narzędziem wyłącznie dla największych firm.

Rynki tracą nadzieję na deeskalację

To pytanie intryguje coraz większe grono obserwatorów konfliktu na Bliskim Wschodzie. Pierwsze odczyty dynamiki cen za marzec wskazują wzrosty, a medialny chaos informacyjny i obawy inflacyjne podbijają strach u inwestorów. Rynki reagują ucieczką kapitału do bezpiecznych przystani. Tym razem testu safe haven nie zdaje japoński jen. Czy po weekendzie notowania amerykańskiej ropy wrócą powyżej 100 USD za baryłkę? 

Umierają nadzieje na deeskalację

W czwartek dowiedzieliśmy się o wydłużeniu ultimatum Trumpa dla Iranu o kolejne 10 dni. W tym czasie Stany Zjednoczone mają nie atakować obiektów energetycznych wroga. Kiedyś taka informacja dałaby rynkom znaczną ulgę, jednak wczoraj oznaczała dosłownie kilkunastominutową naiwną wiarę w deeskalację. Chwilowe wzrosty amerykańskiej giełdy, czy spadki cen ropy (np. WTI z 94,5 USD na 89 USD) pozostawiły jedynie długie cienie nawet na wykresach o interwale 5-minutowym, po czym notowania szybko wróciły do wcześniejszych poziomów. Rynek aż za bardzo chce usłyszeć o zakończeniu wojny, jednak nawet szybka kalkulacja staje się chłodną i natychmiast przemawia inwestorom do rozsądku. W mijającym tygodniu pojawiło się kilka argumentów sugerujących wydłużanie się konfliktu. Zaczęło się od odrzucenia propozycji 15-punktowego planu pokojowego USA. Następnie przechodziliśmy przez doniesienia o możliwym dołączeniu Arabii Saudyjskiej czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich do działań zbrojnych, czy przedstawienie przez Iran zupełnie odmiennych od amerykańskich warunków zakończenia walk. Piątek to natomiast doniesienia o możliwej interwencji lądowej Amerykanów na Bliskim Wschodzie. To wszystko podbija obawy na rynkach.

Rynek wycenia ryzyko

Ruchy rynkowe mówią jedno — aktywa ryzykowne idą w odstawkę. Na rynku forex umacnia się amerykański dolar. Kurs EUR/USD w piątkowe południe wraca do 1,15 USD, a USD/PLN rośnie do 3,72 PLN. Strach uderza w złotego, który traci także do euro, funta czy franka. EUR/PLN to już 4,29 PLN, GBP/PLN to 4,95 PLN, a CHF/PLN to 4,67 PLN. Na czerwono świecą się europejskie indeksy giełdowe, podobnie jak kontrakty terminowe na amerykański rynek kapitałowy. Tracą także kryptowaluty. Wzrostów doświadczamy na wykresach surowców energetycznych. Odmiana amerykańska „czarnego złota” szybuje do 97 USD za baryłkę, a handlowana w Londynie przebija 104 USD. Jeżeli w drugiej części sesji nastroje nie ulegną zmianie, a w weekend dojdzie do nawet najmniejszej eskalacji konfliktu, poniedziałkowe otwarcie rynków może ponownie okazać się nad wyraz emocjonujące. Przy takim zbiegu okoliczności wykres ropy WTI może po raz kolejny próbować pokonać barierę 100 USD. Jeżeli jednak w ostatnich dniach marca rynek otrzyma rzetelne informacje mówiące o łagodzeniu napięć na Bliskim Wschodzie, możemy wrócić w okolice 95 USD za baryłkę, a nawet niżej.

Inflacja zaczyna straszyć

W piątkowym kalendarzu makroekonomicznym uwagę analityków zwrócił odczyt tempa wzrostu cen w Hiszpanii. Zarówno roczne, jak i miesięczne dane są wyższe od poprzednich, jednak nie dorównują wygórowanym oczekiwaniom. Wstępna inflacja konsumencka zwyżkuje z 2,3% r/r do 3,3% r/r. Okrągły punkt procentowy to istotny skok, jednak do prognozowanego 3,7% r/r trochę zabrakło. Czy zwyżki zostaną odnotowane w innych krajach, dowiemy się w pierwszej połowie przyszłego tygodnia. We wtorek publikacje z gospodarek strefy euro od Eurostatu, a także szybki szacunek od GUS-u. Tego samego dnia poznamy inflację bazową w Japonii. Będzie ona istotna dla jena, gdyż japońska waluta w ostatnich dniach traciła na forex. Kurs USD/JPY ponownie zbliżył się do 160 JPY, czyli poziomu kojarzonego z interwencjami Banku Japonii. Problem w tym, że aktualnie sytuacja Kraju Kwitnącej Wiśni komplikuje się coraz bardziej, gdyż gospodarka ta w dużej mierze oparta jest na importowanej, coraz droższej ropie. To właśnie ten fakt osłabia JPY, co sprawia, że w tym kryzysie ewidentnie nie jest on bezpieczną przystanią, jak miało to miejsce podczas poprzednich zawirowań, na skutek masowego odwracania transakcji carry trade.

Rosną ceny ropy i obawy o stopy procentowe

Miniony weekend był relatywnie spokojny na tle poprzednich. To jednak wcale nie oznacza, że ten też taki będzie. Za oceanem trwa dyskusja, co ze stopami procentowymi. Iran zamierza przepuszczać przyjazne statki. Norwegowie również boją się wzrostu cen.

Stopy procentowe za oceanem

Mamy obecnie rosnącą różnicę pomiędzy oczekiwaniami rynków co do stóp procentowych w USA a przewidywaniami samych członków FED. Te drugie prezentowane są w formie kropek na wykresach, zwanych czasem „fedokropkami”. Obecna sytuacja jest o tyle zadziwiająca, że na grudzień kropki wszystkich członków FED znajdują się na niższych poziomach niż wycena kontraktów rynkowych na stopę procentową. Co to oznacza w praktyce? Mamy dwie możliwości. Pierwsza zakłada, że rynki nadmiernie boją się wojny i czeka nas spora przecena dolara po ustaniu walk, związana z powrotem oczekiwań obniżek stóp – niskich, ale jednak. Druga możliwość to zmiana nastawienia członków FED wraz z przedłużającym się zaangażowaniem USA w Zatoce Perskiej i realizacja scenariusza walki z rosnącą inflacją, co powinno sprzyjać dolarowi.

Co z Cieśniną Ormuz?

Teoretycznie Iran deklaruje, że statki państw niebędących wrogo nastawionych mogą przekraczać Cieśninę Ormuz. Na liście tych krajów wymienione zostały m.in. Chiny, Indie, czy Rosja. Taka wiadomość technicznie powinna przecież uspokoić sytuację. Nic bardziej mylnego. Pomimo tej deklaracji ceny ropy naftowej znów idą w górę. Tutaj trzeba pamiętać jeszcze o kilku kwestiach. Po pierwsze, nie wiemy, jak stabilna jest sytuacja. Po drugie, koszty przewozu ropy wystrzeliły w górę, co też wpływa na ceny. Po trzecie, statki nie płyną przez brak ważnych ubezpieczeń. Efekt jest taki, że mamy już 103 dolary za baryłkę, a zbliżający się weekend raczej nie spowoduje, że cena będzie dzisiaj spadać. Zwyczajowo przed weekendem inwestorzy przygotowują się na negatywne scenariusze. Nie możemy oczywiście wykluczyć nagłych wiadomości z Białego Domu, jak to miało miejsce na początku tygodnia.

Norwegia nie zmienia stóp procentowych

Wczoraj – zgodnie z oczekiwaniami – Bank Norwegii nie zmienił stóp procentowych. Pozostały one na poziomie 4%. Rynek oczekiwał natomiast zmiany nastawienia. W rezultacie sam fakt, że na konferencji nie zapowiedziano wycofania się z obniżek, nie jest dużą niespodzianką. Możliwość podnoszenia stóp okazała się jednak pewnym zaskoczeniem. Zwłaszcza że najnowsza ścieżka oczekiwanych poziomów stóp procentowych dla tego kraju wynosi obecnie na koniec roku 4,25%-4,5%. Mamy zatem kolejny bank centralny, który uważa, że obecna sytuacja będzie powodowała nie tylko, że wstrzymanie cięć, ale wręcz może wymuszenie podwyżek stóp procentowych.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Europa coraz bliżej stagflacji. Konflikt z Iranem podnosi ryzyko kryzysu

Wojna z Iranem coraz wyraźniej przestaje być wyłącznie ryzykiem geopolitycznym, a staje się realnym problemem makroekonomicznym dla Europy. Z perspektywy rynkowej oznacza to wzrost prawdopodobieństwa scenariusza stagflacyjnego, czyli połączenia słabszego tempa wzrostu gospodarczego z utrzymującą się presją inflacyjną. To szczególnie niekorzystna kombinacja, ponieważ jednocześnie osłabia aktywność gospodarczą, pogarsza rentowność przedsiębiorstw i ogranicza możliwości reakcji zarówno po stronie polityki fiskalnej, jak i monetarnej.

Najbardziej narażone pozostają sektory energochłonne, przede wszystkim przemysł chemiczny. Niemcy, jako największa gospodarka przemysłowa Europy, odczuwają ten problem szczególnie mocno. Wysokie ceny energii, napięcia wokół cieśniny Ormuz oraz ryzyko dalszych zakłóceń w dostawach surowców sprawiają, że część firm ogranicza produkcję, co jest czytelnym sygnałem pogarszających się warunków prowadzenia działalności. To nie jest jednak problem ograniczony wyłącznie do przemysłu ciężkiego. Rosnące koszty paliw, transportu, ubezpieczeń i magazynowania zaczynają stopniowo przenikać do całego łańcucha dostaw, zwiększając ryzyko szerokiego wzrostu kosztów w gospodarce i dalszego osłabienia realnej siły nabywczej konsumentów.

Z punktu widzenia polityki gospodarczej sytuacja staje się coraz trudniejsza. Europejskie rządy zaczynają przygotowywać się na obniżenie prognoz wzrostu, a banki centralne mogą zostać zmuszone do utrzymania bardziej restrykcyjnego nastawienia lub nawet dalszego zacieśniania polityki pieniężnej, jeśli wzrost cen energii ponownie przełoży się na inflację bazową i oczekiwania inflacyjne. Oznaczałoby to częściowy powrót do schematu znanego z poprzednich kryzysów energetycznych – z jednej strony osłony dla gospodarstw domowych i wybranych sektorów gospodarki, z drugiej strony presję na wyższe stopy procentowe. Problem polega jednak na tym, że dziś wiele państw nie dysponuje już taką samą przestrzenią fiskalną jak wcześniej.

To właśnie ograniczenia budżetowe mogą stać się jednym z najważniejszych czynników różnicujących reakcję poszczególnych krajów. Niemcy nadal mają relatywnie większe możliwości wsparcia gospodarki, podczas gdy wiele innych państw strefy euro musi brać pod uwagę wysoki poziom zadłużenia oraz napięcia wokół finansów publicznych. Lepszy od oczekiwań deficyt we Francji może dawać tamtejszym władzom nieco większą elastyczność, ale nie zmienia to szerszego obrazu. Pole manewru fiskalnego w Europie jest dziś wyraźnie bardziej ograniczone niż w czasie poprzednich szoków. W praktyce oznacza to, że każda decyzja o wsparciu obywateli i firm będzie wiązała się z coraz trudniejszym wyborem między stabilizacją gospodarczą a dyscypliną budżetową.

Wielka Brytania znajduje się dodatkowo w szczególnie wrażliwym położeniu politycznym. Rosnące koszty życia już teraz wzmacniają napięcia społeczne i nastroje populistyczne, a przedłużający się konflikt mógłby ten proces jeszcze przyspieszyć. Jednocześnie rynek zaczyna zakładać, że zarówno Bank Anglii, jak i Europejski Bank Centralny mogą być zmuszone do bardziej jastrzębiego podejścia, jeśli wzrost cen energii i transportu okaże się trwały. To oznaczałoby dalsze pogorszenie warunków finansowania dla gospodarstw domowych i przedsiębiorstw, a tym samym dodatkowe obciążenie dla wzrostu. Jeżeli konflikt się przedłuży, Europa może wejść w okres wyraźnie słabszej aktywności gospodarczej przy jednoczesnym utrzymaniu inflacji powyżej celu banków centralnych.

Z rynkowego punktu widzenia to jeden z najbardziej wymagających scenariuszy. Oznacza presję na marże przedsiębiorstw, większą zmienność na rynku obligacji, utrzymanie wysokiej wrażliwości walut i akcji na ceny energii oraz rosnące znaczenie decyzji politycznych. Innymi słowy, wojna z Iranem staje się dla Europy nie tylko kryzysem bezpieczeństwa, lecz także szokiem energetycznym, inflacyjnym i fiskalnym, który może istotnie spowolnić ożywienie gospodarcze oraz podnieść temperaturę sporu politycznego w wielu krajach regionu.