Decydująca faza negocjacji UE–USA: czy unikniemy wojny celnej, która wstrząśnie rynkami finansowymi?

Trwające negocjacje handlowe pomiędzy Unią Europejską a administracją Donalda Trumpa wchodzą w decydującą fazę, a ich wynik może mieć istotny wpływ na rynki finansowe. Do 9 lipca strony muszą osiągnąć porozumienie, aby uniknąć drastycznego wzrostu ceł – w przeciwnym razie większość eksportu UE do USA może zostać objęta 50-procentowymi taryfami. W 2024 roku wartość unijnego eksportu samochodów i części samochodowych do Stanów Zjednoczonych wyniosła 52.8 mld euro, co czyni ten sektor największym beneficjentem handlu transatlantyckiego. Dodatkowo, UE sprzedała do USA stal i aluminium o wartości 24 mld euro, głównie z Niemiec, Francji i Włoch.

Unia jest gotowa zaakceptować 10-procentowe uniwersalne cło na wiele towarów, lecz domaga się preferencyjnych warunków dla strategicznych sektorów, takich jak farmaceutyki, półprzewodniki, alkohol oraz lotnictwo cywilne. Szczególnym celem UE jest uzyskanie zwolnień z obecnych 25-procentowych ceł na samochody i części oraz 50-procentowych na stal i aluminium, które w obecnym kształcie zagrażają konkurencyjności europejskiego przemysłu.

Komisja Europejska uznaje propozycję USA za lekko niekorzystną, ale nadal dopuszcza jej przyjęcie jako kompromis, który pozwoliłby na czasowe porozumienie i kontynuowanie negocjacji po 9 lipca. Równocześnie Bruksela przygotowuje się na ewentualność fiaska rozmów – w takim scenariuszu gotowy jest pakiet środków odwetowych obejmujących cła na amerykańskie towary o wartości 21 mld euro, w tym na soję, drób i motocykle, oraz dodatkowe taryfy na produkty o wartości 95 mld euro, takie jak samoloty Boeinga, amerykańskie samochody i bourbon. Dodatkowo UE rozważa wprowadzenie kontroli eksportu i ograniczeń w dostępie do zamówień publicznych.

Wśród możliwych scenariuszy wymienia się porozumienie z umiarkowaną nierównowagą, dalsze przedłużenie rozmów lub całkowite ich zerwanie, co uruchomiłoby pełną eskalację wojny handlowej. Taka eskalacja może wprowadzić znaczną zmienność na rynkach finansowych, prowadząc do osłabienia euro, wzrostu premii za ryzyko dla spółek przemysłowych i sektora motoryzacyjnego oraz obniżenia wycen spółek powiązanych z handlem transatlantyckim. Inwestorzy z niepokojem śledzą rozwój sytuacji, ponieważ niepewność co do wyniku negocjacji może prowadzić do wzmożonej awersji do ryzyka, zmienności na rynkach akcji oraz wzrostu popytu na bezpieczne aktywa, takie jak obligacje skarbowe USA czy złoto.

Autor: Krzysztof Kamiński – OANDA TMS

Złoty zyskał na inflacyjnym zaskoczeniu – cięć stóp nie będzie

Inflacyjne zaskoczenie w górę w praktyce zamyka dyskusję o możliwym cięciu stóp przez RPP. Taki układ przez najbliższe tygodnie będzie fundamentalnie wspierał złotego, ponieważ następne decyzyjne posiedzenie Rady dopiero we wrześniu. Na szerokim rynku na razie brakuje impulsu, kurs EUR/USD wyhamował i tworzy lokalną konsolidację poniżej 1,175 $.

Horyzonty RPP

W Polsce w ostatnich kwartałach mogliśmy się od tego odzwyczaić. Inflacyjny flesz (wstępne i szczątkowe dane) za czerwiec zaskoczył w górę. Co prawda rezultat 4,1% (przy oczekiwanym 4%) trudno uznać za silny negatywny sygnał w procesie dezinflacji, ale hasło wyższej dynamiki cen z pewnością rzuca się w oczy. Ten odczyt zasadniczo zamyka spekulacje wokół konkluzji środowego posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej, chociaż tak naprawdę nie powinien mieć z nią nic wspólnego. Zarządzanie polityką pieniężną można porównać do sterowania dużym okrętem. Dlatego decydenci zobowiązują się stosować perspektywę średniego terminu, co oznacza horyzont 6-8 kwartałów. W tym kontekście najważniejsza staje się przygotowana przez NBP najnowsza projekcja inflacyjna. Jej szczegóły poznają na razie tylko członkowie Rady i to wspomniana projekcja ma być podstawą dla najbliższych decyzji. Czy w tej analizie pojawią się powody do odważniejszych ruchów ze strony RPP? Nie wszyscy jeszcze porzucili to założenie, chociaż scenariusz bazowy przynajmniej na lipiec jest klarowny. Brak ruchu na stopach z ewentualną komunikacją otwierającą możliwość wrześniowego cięcia. Wtedy pojawi się pytanie, kiedy rynek zacznie dyskontować dalsze luzowania monetarne w Polsce. Jeśli jednak w komunikacie Rady (albo później na konferencji prezesa Adama Glapińskiego) wybrzmią jastrzębie nuty, to złoty będzie miał za sobą silne lokalne fundamenty przez najbliższe tygodnie.

EBC dostaje argument za obniżką

W Polsce żyjemy naszą inflacją, ale szeroki rynek zdecydowanie większą wagę przykładał do dynamiki cen w największej unijnej gospodarce. Po piątkowych negatywnych zaskoczeniach inflacyjnych z Francji i Hiszpanii, urosły obawy też o Niemcy. Jednak już w porannych danych z poszczególnych landów było widać korzystne sygnały dla całej RFN. Takowe rzeczywiście się zmaterializowały w zaskakującym spadku wskaźnika CPI do równych 2% w ujęciu rocznym (poprzednio 2,1%, prognoza 2,2%). Było to najniższe wskazanie od października i przynajmniej otwiera ono furtkę do spekulacji o dalszych cięciach stóp ze strony EBC. Taki scenariusz powinien stanowić obciążenie dla euro, ale rynek w pierwszym momencie przyjął powyższe dane ze spokojem. Wcześniejsza publikacja o włoskiej dynamice cen była zgodna z konsensusem (1,7% rok do roku). Natomiast niepokojąco wygląda niemiecka sprzedaż detaliczna. W maju w ujęciu rocznym poszła w górę jedynie o 1,6%, daleko nie wypełniając oczekiwań (3,3%) i mocno oddalając się od poprzedniej publikacji (4,6%). Z drugiej strony mniejsze zaangażowanie konsumentów może być jednym z kluczowych czynników dezinflacyjnych.

Spokojny poniedziałek przed burzą?

Inwestorzy na rynku walutowym podchodzą do dzisiejszych danych ze spokojem. Można odnieść wrażenie, że po ostatnich gwałtownych zmianach potrzeba naprawdę silnego impulsu do wykreowania dalszego kierunku. Wygaszenie zmienności na otwarciu tygodnia trudno jednoznacznie interpretować, chociaż korekta ostatnich ruchów byłaby czymś naturalnym i pozwoliła na stabilniejszą kontynuację trendów. Przed godz. 15 kurs EUR/USD utrzymuje się powyżej 1,17 $ z delikatną tendencją spadkową. Przekłada się to na kurs USD/PLN, który odbija do 3,62 zł, a kurs EUR/PLN balansuje na 4,24 zł. Najlepiej złoty radzi sobie na parze z funtem – kurs GBP/PLN spada w kierunku 4,95 zł (najniżej od kwietnia). Jedną z najmocniejszych walut szerokiego rynku jest dziś frank szwajcarski, co skutkuje powrotem kursu CHF/PLN w pobliże 4,54 zł.

Autor: Adam Fuchs, analityk walutowy Walutomat.pl

Zbrojeniówka na celowniku inwestorów: wysokie wyceny, wysokie oczekiwania

  • Zwiększające się wydatki na obronność w Europie, zwłaszcza w Niemczech, Polsce, Francji i Wielkiej Brytanii, przekładają się na rosnące zainteresowanie spółkami z sektora zbrojeniowego.
  • Rheinmetall należy do 20 najczęściej wybieranych akcji w regionie CEE i zajmuje 5. miejsce wśród europejskich spółek notowanych na giełdzie.
  • Wyceny europejskich firm obronnych, takich jak Rheinmetall, osiągają obecnie znacznie wyższe poziomy niż historycznie – przykładowo, mnożnik ceny do prognozowanego zysku na 2025 rok wynosi 60 dla Rheinmetall i aż 227 dla Palantir.

Spółki obronne stały się jednym z najgorętszych tematów na rynkach finansowych. Od czasu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę ich popularność znacząco wzrosła, a inwestorzy coraz chętniej włączają je do swoich portfeli – zauważa Oskar Bernhardtsen, Nordic Investment Strategist  Saxo Banku. Przykładem może być Rheinmetall, który znalazł się wśród 20 najczęściej wybieranych akcji w regionie CEE. Dla porównania, jeszcze w 2021 roku, przed wybuchem konfliktu, spółki zbrojeniowe praktycznie nie występowały w portfelach inwestorów. Dziś, po kilku latach, ten temat inwestycyjny zdominował rynek. Jednak wciąż pozostaje pytanie: czy rosnąca popularność może oznaczać ryzyko bańki?

Analiza portfeli ponad miliona klientów Saxo Banku pokazuje, że Rheinmetall jest dziesiątą najpopularniejszą spółką na świecie i piątą wśród europejskich firm notowanych na giełdzie. Dane te potwierdzają rosnące zainteresowanie tym tematem nie tylko w Europie Środkowo-Wschodniej, lecz także w innych częściach świata.

 Jak pokazują nasze dane, popularność spółek obronnych znacząco różni się w zależności od regionu. Rheinmetall zajmuje 18. miejsce wśród najczęściej wybieranych akcji w Europie Środkowo-Wschodniej, podczas gdy w Danii plasuje się już na 4. pozycji, a w Szwajcarii na 10. Z kolei Palantir i Leonardo, mimo niskiej pozycji w regionie CEE (odpowiednio 615. i 1462. miejsce), cieszą się znacznie większym zainteresowaniem w Europie Zachodniej. Podobny trend obserwujemy w przypadku Saaba i Kongsberga, które są popularniejsze w Wielkiej Brytanii, Danii i Belgii niż w Europie Środkowo-Wschodniej – mówi Marcin Ciechoński, odpowiedzialny za rozwój Saxo Banku w Polsce i dodaje: Dzięki szerokiej ofercie Saxo Banku klienci mają możliwość łatwego dostępu do wszystkich wymienionych spółek obronnych, co umożliwia skuteczną dywersyfikację portfela niezależnie od lokalizacji czy przyjętej strategii inwestycyjnej.

Chociaż obecność spółek obronnych takich jak Rheinmetall w portfelach inwestorów nie jest już niczym zaskakującym, warto zwrócić uwagę, że ich wyceny osiągnęły poziom porównywalny z gigantami technologicznymi, takimi jak Apple czy Microsoft.

Choć Rheinmetall pozostaje najbardziej rozpoznawalną spółką w sektorze obronnym, inwestorzy wykazują również duże zainteresowanie innymi firmami z tej branży, takimi właśnie jak Saab, Palantir, Kongsberg czy Leonardo. Pod względem wyceny, Rheinmetall notowany jest na poziomie około 60-krotności prognozowanych zysków na 2025 rok, Saab – 46-krotności, a Kongsberg – 49-krotności. Na tle tych firm wyróżnia się Palantir, którego mnożnik wynosi aż 227, co znacząco odbiega od reszty. Warto jednak pamiętać, że jako spółka technologiczna z ekspozycją na sektor obronny, Palantir nie powinna być bezpośrednio porównywana z tradycyjnymi europejskimi firmami zbrojeniowymi.

W 2021 roku wyceny spółek obronnych były znacznie niższe niż obecnie – przykładowo, Rheinmetall notowany był na poziomie 9-krotności zysku na akcję, a Saab na 16-krotności. Obecne mnożniki są istotnie wyższe, co może sugerować, że europejskie firmy zbrojeniowe stały się relatywnie drogie względem swoich zysków. Nawet przy założeniu realizacji prognoz na 2027 rok, obecne ceny akcji mogą wydawać się wygórowane w kontekście historycznych wycen. Wzrosty są znaczące: wycena Rheinmetall jest obecnie trzykrotnie wyższa niż w 2021 roku, Leonardo – czterokrotnie, Saab – dwukrotnie, a Kongsberg – o 75% wyższa. Wszystkie te spółki są dziś wyceniane wyraźnie powyżej swoich historycznych średnich, zarówno w ujęciu bieżącym, jak i z uwzględnieniem prognozowanych wyników.

dane od 2025 roku wzwyż to prognozy oparte na średnich szacunkach analityków

Źródło: Koyfin, Saxo Bank – dane od 2025 roku wzwyż to prognozy oparte na średnich szacunkach analityków, którzy objęli te akcje swoją rekomendacją.

Pomimo wysokich wycen, cztery europejskie spółki obronne od 2022 roku notują solidny wzrost zysków na akcję (EPS), co jest bezpośrednim efektem zwiększonych wydatków obronnych w Europie. Prognozy wskazują na utrzymanie tego trendu w kolejnych trzech latach. Z wyjątkiem Leonardo, wszystkie analizowane firmy osiągnęły stabilny wzrost EPS na poziomie od 20% do 60%. Jeśli dynamika ta się utrzyma, trudno mówić o bańce spekulacyjnej. Niższy i bardziej zmienny wzrost zysków w przypadku Leonardo tłumaczy jego relatywnie niższą wycenę (wskaźnik P/E) w porównaniu z innymi europejskimi firmami zbrojeniowymi. Choć wysokie mnożniki mogą sugerować ryzyko przewartościowania, to jednak silny wzrost zysków oraz pozytywne prognozy mogą uzasadniać dalszy wzrost cen akcji w tym sektorze.

dane od 2025 roku wzwyż to prognozy oparte na średnich szacunkach analityków

Źródło: Koyfin, Saxo Bank – dane od 2025 roku wzwyż to prognozy oparte na średnich szacunkach analityków, którzy objęli te akcje swoją rekomendacją.

Rosnące wydatki obronne to jeden z kluczowych czynników napędzających wzrost wartości akcji europejskich spółek zbrojeniowych. Zgodnie z prognozami, w 2024 roku większość krajów europejskich przeznaczy na obronność co najmniej 2% PKB, realizując tym samym pierwotny cel NATO. Niektórzy eksperci przewidują jednak, że przez pewien czas budżety te mogą wzrosnąć nawet do 5% PKB, co mogłoby dodatkowo zwiększyć oczekiwania wobec wyników finansowych firm z sektora.

Fakt, że obecne wyceny spółek obronnych są historycznie wysokie, może sugerować istnienie bańki spekulacyjnej. Z drugiej strony, silny wzrost zysków na akcję (EPS) oraz prognozy jego utrzymania przez co najmniej kolejne trzy lata wskazują, że wzrost cen akcji może być kontynuowany.

Z perspektywy inwestora kluczowe pytanie brzmi: jak wysokie będą europejskie budżety obronne w nadchodzących latach? To właśnie one – szczególnie w takich krajach jak Niemcy, Polska, Francja czy Wielka Brytania – pozostają głównym motorem napędowym wzrostu wartości spółek z sektora obronnego.

Do 2027 roku prognozowany wzrost przychodów wynosi: 100% dla Rheinmetall, 80% dla Saaba, 60% dla Kongsberga i 23% dla Leonardo. Jeśli cel 5% PKB zostanie osiągnięty, szacunki te mogą jeszcze wzrosnąć. Z drugiej strony, zakończenie wojny w Ukrainie i powrót budżetów obronnych do poziomu 2–2,5% PKB w kolejnych latach może sprawić, że obecne prognozy okażą się zbyt optymistyczne, co mogłoby prowadzić do korekty cen akcji w sektorze.

Presja na Fed rośnie, kurs dolar spada – złoty i euro na fali wzrostowej

Dolar osiągnął nowe minima od „dnia wyzwolenia” w obliczu rosnącej presji na Rezerwę Federalną, by obniżyła stopy procentowe. Złoty w zeszłym tygodniu umocnił się względem amerykańskiej waluty o ponad 2%, a tym samym kurs USD/PLN znalazł się najniżej od 2018 r.

Kluczowe punkty:

  • PLN radzi sobie dobrze, podobnie jak inne waluty Europy.
  • Ataki Trumpa na prezesa Fedu Powella przybierają na sile.
  • USD powraca do spadków.
  • PMI w strefie euro wskazują na nikły wzrost.
  • PMI w UK przełamują passę kiepskich odczytów.
  • Ceny ropy obniżają się, w miarę jak spada napięcie na Bliskim Wschodzie.

 

Źródłem wspomnianej presji są administracja Trumpa, która coraz wyraźniej daje do zrozumienia, że nie respektuje niezależności banku centralnego, oraz słabsze dane gospodarcze z USA. Jednocześnie nie obserwujemy kontynuacji handlu „sell America”, który wystraszył rynki w kwietniu. Amerykańskie akcje osiągają wręcz nowe maksima, a obligacje skarbowe również dobrze sobie radzą. Niemniej dolar ponownie pełni rolę wentyla bezpieczeństwa podczas konfliktów handlowych i w ubiegłym tygodniu doświadczył silnej deprecjacji względem zdecydowanej większości głównych walut.

 

W tym tygodniu w centrum reflektorów znajdą się dwa odczyty. We wtorek (01.07) wstępny raport inflacyjny ze strefy euro pomoże określić, jak dużą przestrzeń do dalszych obniżek ma Europejski Bank Centralny. Tego dnia, od raportu JOLTS, rozpocznie się również szereg publikacji z amerykańskiego rynku pracy, którego punktem kulminacyjnym będzie raport NFP (non-farm payrolls) za czerwiec w czwartek (03.07). Duża część ostatniej wątłości dolara jest reakcją na postrzeganą słabość amerykańskich danych. Informacje z rynku pracy ostatecznie potwierdzą tezę o znaczącym spowolnieniu w USA – lub jej zaprzeczą. Spodziewamy się w związku z tym znaczących ruchów walut.

PLN

Za złotym świetny tydzień – umocnił się o ponad 0,5% względem euro i o ponad 2% względem ogólnie słabszego dolara. Jest to wynikiem przede wszystkim zderzenia się słabości dolara oraz statusu złotego jako europejskiej waluty o wysokiej becie. Lokalnie uwaga skupiła się na danych gospodarczych, których większość zaskoczyła lekko w dół. Szczególnie warty odnotowania jest powrót dynamiki płac na ścieżkę spadkową po jej wzroście w kwietniu. W połączeniu ze słabszymi wynikami sektora przemysłowego i nieimponującej sprzedaży detalicznej wspiera to rozważanie dalszych cięć stóp procentowych w Polsce.

Sygnały z NBP, a w szczególności retoryka prezesa Adama Glapińskiego po ostatniej decyzji dotyczącej polityki monetarnej, pozwalają sądzić, że do kolejnej obniżki w tę środę (02.07) jeszcze nie dojdzie. Niemniej będziemy wypatrywać sygnałów, że jest ona tuż za rogiem. Poza konferencją prasową Glapińskiego (03.07) istotne będą również nowe projekcje makroekonomiczne.

EUR

Majowe wskaźniki PMI ze strefy euro nie zmieniły obrazu ledwo rosnącej gospodarki, która polega obecnie na perspektywach ogromnej stymulacji fiskalnej w Niemczech w dalszej części roku. Nie stoi to jednak na przeszkodzie do aprecjacji euro względem dolara, którą wspierają zabezpieczające przepływy od inwestorów posiadających zbytnią ekspozycję na amerykańskie aktywa oraz kurczenie się różnicy między stopami procentowymi w USA i Europie.

Wstępny odczyt inflacji (wtorek 01.07) pomoże ocenić, czy jest jeszcze przestrzeń na dalsze cięcia EBC z poziomu 2%, na którym też zgodnie z oczekiwaniami ma uplasować się czerwcowa dynamika cen.

USD

Opublikowane w ubiegłym tygodniu dane gospodarcze były mieszane. Niska liczba nowych rozpoczętych budów nieruchomości mieszkalnych oraz słabe dane o osobistych dochodach i wydatkach zostały zrównoważone przez niższą liczbę nowych deklaracji bezrobotnych i wysoką zamówień środków trwałych. Podsumowując, ton danych z ostatnich tygodni był słabszy, nie na tyle jednak, by pozwalał na wyciągnięcie daleko idących wniosków.

Dane z rynku pracy (01–03.07) powinny w dużej mierze pozwolić rozstrzygnąć tę kwestię. Istotne są również dalsze losy ustawy budżetowej. Dyskusje są gorące, a brak powodzenia negocjacji implikowałby znaczne zacieśnianie polityki fiskalnej od przyszłego roku. Jest to jednak naszym zdaniem mało prawdopodobny scenariusz.

GBP

Dane PMI za czerwiec w Wielkiej Brytanii nieco przewyższyły oczekiwania, co pomogło częściowo rozwiać ciemne chmury po ostatnich kiepskich odczytach dotyczących zatrudnienia i sprzedaży detalicznej. Dzięki temu w obliczu ogólnej wyprzedaży dolara funt dotrzymał kroku innym walutom europejskim, co wyraźnie kontrastuje z jego gorszymi wynikami w ostatnim czasie.

Ten tydzień raczej nie przyniesie aktualnych danych gospodarczych, handel funtem będzie więc zależeć głównie od wydarzeń na świecie, podczas gdy wyczekujemy na wyklarowanie ścieżki cięć stóp procentowych Banku Anglii.

Autorzy: Enrique Díaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk, Michał Jóźwiak – analitycy Ebury

Wybierasz kierunek studiów? Sprawdź, po których studiach zarabia się najwięcej i gdzie opłaca się wyjechać

Dla tych, którzy wciąż stoją przed dylematem, co studiować, Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego (MNiSW) we współpracy z Ośrodkiem Przetwarzania Informacji – Państwowym Instytutem Badawczym (OPI PIB) udostępniło 10. edycję ogólnopolskiego systemu monitorowania Ekonomicznych Losów Absolwentów szkół wyższych (ELA). Dzięki aktualnym danym każdy może sprawdzić, po jakich kierunkach studiów zarabia się najwięcej do pięciu lat po uzyskaniu dyplomu, a także jak długo trwa poszukiwanie pracy. W tym roku system został wzbogacony o nowe wskaźniki opisujące ekonomiczne losy absolwentów w zależności od województwa, w którym ukończyli studia.

ELA – cenne narzędzie nie tylko dla młodych

System ELA powstał i jest rozwijany przez Ośrodek Przetwarzania Informacji – Państwowy Instytut Badawczy na zlecenie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. To jedno z najbardziej zaawansowanych rozwiązań tego typu w Europie. Od 2016 roku dostarcza wiarygodnych danych na temat losów zawodowych absolwentów szkół wyższych.

Tegoroczna edycja została rozszerzona o dane dotyczące wewnętrznych migracji absolwentów oraz ich aktywności zawodowej w zależności od województwa ukończenia studiów i obecnego miejsca zamieszkania. To nie tylko cenne źródło informacji dla przyszłych studentów i studentek, ale także przydatne narzędzie dla samorządów, które chcą lepiej zrozumieć mobilność młodych ludzi i planować skuteczną politykę regionalną.

– System ELA pozwala sprawdzić m.in., które kierunki studiów zapewnią w przyszłości najwyższe zarobki, jak długo absolwenci szukają pracy po ukończeniu uczelni, a także – co stanowi nowość – jakie są ich dalsze losy w podziale na województwa, w których studiowali, oraz te, w których obecnie mieszkają i pracują – mówi Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Maria Mrówczyńska.

Dzięki tym dodatkowym informacjom ELA stała się nie tylko cennym źródłem wiedzy dla maturzystów, lecz także realnym wsparciem dla samorządów. Pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego młodzi ludzie opuszczają swoje regiony i co można zrobić, aby ich zatrzymać, zwłaszcza tych najbardziej utalentowanych – dodaje wiceminister Mrówczyńska.

Migracje po studiach – nowe spojrzenie w ELA

Nowe dane przedstawiamy na przykładzie absolwentów i absolwentek studiów II stopnia i jednolitych studiów magisterskich z rocznika 2023. Analiza dotyczy ich mobilności regionalnej oraz aktywności ekonomicznej w pierwszym roku po studiach. W ELA dostępne są również analogiczne dane dla roczników od 2019 roku, obejmujące wszystkie poziomy studiów.

Mechanizmy migracyjne zaprezentowano na podstawie trzech wskaźników. Dla każdego województwa przedstawiono procentowy udział absolwentów, którzy po uzyskaniu dyplomu zdecydowali się na opuszczenie województwa, w którym studiowali.

– Najczęściej swoje województwo zamieszkania zmieniali absolwenci z województwa warmińsko-mazurskiego. Był to udział niemal trzy razy większy niż w przypadku absolwentów z województwa podkarpackiego (43,9% wobec 15,3%). Drugim województwem o absolwentach najbardziej skłonnych do migracji do innego regionu Polski było województwo dolnośląskie (36,2%) – mówi dr hab. Mikołaj Jasiński, ekspert OPI PIB.

Dwa pozostałe wskaźniki odnoszą się do ekonomicznego bilansu migracji.

Pierwszy – pokazuje różnicę w nominalnych zarobkach między absolwentami, którzy po studiach wyjechali z województwa, w którym się kształcili, a tymi, którzy w nim pozostali. Drugi wskaźnik opisuje relatywną pozycję ekonomiczną obu grup – tych, którzy po dyplomie przenieśli się do innego regionu oraz tych, którzy zostali w województwie ukończenia studiów. Mierzy on różnicę pomiędzy wartościami Względnego Wskaźnika Zarobków (WWZ) w obu tych grupach.

– Największy dodatni bilans nominalnych wynagrodzeń związany z wyjazdami na podstawie danych systemu ELA widać wśród osób, które studiowały w województwie śląskim (+1454,18 zł) i warmińsko-mazurskim (+1273,64 zł). Największy ujemny wśród absolwentów z województwa dolnośląskiego (-345,02 zł). Bilans najbliższy zeru wystąpił w dwóch województwach: zachodniopomorskim (0 zł) i podkarpackim (+15,70 zł) – mówi dr hab. Agnieszka Chłoń-Domińczak, prof. SGH, ekspertka OPI PIB. Warto jednak pamiętać, że te same kwoty zarabiane w regionach o różnym poziomie ekonomicznym świadczą o różnej pozycji na lokalnym rynku pracy – dodaje profesor Chłoń-Domińczak.

Najnowsze dane pokazują, że województwa znacznie różnią się pod względem bilansu pozycji rynkowej absolwentów wyjeżdzających względem pozostających w województwach, w których uzyskali dyplom.

– Największy pozytywny bilans wyjazdów pod tym względem odnotowaliśmy dla województwa śląskiego – +0,22. Oznacza to, że absolwenci, którzy po studiach wyjechali z województwa śląskiego zarabiali w pierwszym roku po studiach o 22% lokalnych średnich zarobków więcej od tych, którzy pozostali w województwie śląskim – tłumaczy dr Marek Bożykowski, ekspert OPI PIB. Wskazania najbardziej neutralne (najbliższe zeru) zaobserwowaliśmy dla województwa zachodniopomorskiego (+0,01), natomiast wartości ujemne – w trzech województwach: podkarpackim, lubelskim i opolskim (po -0,03) – dodaje doktor Bożykowski.

W przypadku Względnego Wskaźnika Zarobków można zaobserwować jeszcze silniejszą niż dla nominalnych zarobków zależność między bilansem wyjazdów a skłonnością absolwentów do wyjazdów z województwa studiowania. Korelacja pomiędzy tymi wielkościami okazała się dodatnia i dwukrotnie wyższa niż w poprzednim przypadku, równa 0,28. To oznacza, że decyzje migracyjne absolwentów częściej wynikają z chęci poprawy pozycji na rynku pracy, a nie tylko z różnic w zarobkach.

Trzy województwa – trzy mechanizmy migracji absolwentów

Absolwenci z województwa warmińsko-mazurskiego najczęściej decydowali się na wyjazd po uzyskaniu dyplomu. Towarzyszyły temu wyraźne „premie” – zarówno w postaci wyższego bilansu nominalnych wynagrodzeń, jak i lepszej pozycji ekonomicznej w porównaniu do tych, którzy pozostali w regionie.

Inaczej sytuacja wyglądała w województwie dolnośląskim. Choć odsetek wyjeżdżających był również wysoki, to wyższe zarobki osiągali absolwenci, którzy zostali. Województwo dolnośląskie należy do regionów z najwyższymi wynagrodzeniami w kraju – nie tylko wśród absolwentów, ale także ogółu zatrudnionych (dane GUS). Co ciekawe, absolwenci, którzy opuścili ten region, mimo niższych zarobków, osiągnęli wyższą pozycję ekonomiczną względem tych, którzy zostali. Może to sugerować, że kierowali się nie tyle wysokością wynagrodzenia, co szansą na poprawę statusu zawodowego.

Województwo podkarpackie, mimo najniższych w kraju zarobków (zarówno wśród ogółu mieszkańców, jak i absolwentów), cechuje się najmniejszą skłonnością do migracji. Wyjeżdżający z tego regionu zarabiali podobnie do tych, którzy pozostali, a po uwzględnieniu lokalnych kosztów życia i poziomu wynagrodzeń ich pozycja ekonomiczna była nawet nieco niższa. Oznacza to, że mieszkańcy Podkarpacia nie mieli silnych bodźców ekonomicznych do opuszczenia regionu po studiach.

Nie tylko pieniądze – co jeszcze wpływa na decyzje absolwentów?

Najnowsze dane ELA to ważne źródło wiedzy o mobilności absolwentów i ekonomicznych aspektach ich decyzji. Choć korelacja między skłonnością do migracji a opłacalnością wyjazdu jest dodatnia, nie jest bardzo silna. Sugeruje to, że pozaekonomiczne czynniki, takie jak więzi społeczne, koszty życia czy jakość środowiska pracy również mogą odgrywać istotną rolę w podejmowaniu decyzji o zmianie miejsca zamieszkania po studiach, ale weryfikacja tego wymagałaby osobnych badań, z użyciem źródeł danych innych niż rejestrowe.

Ogólnopolski system monitorowania Ekonomicznych Losów Absolwentów szkół wyższych (ELA)

System ELA został stworzony i jest prowadzony przez Ośrodek Przetwarzania Informacji – Państwowy Instytut Badawczy (OPI PIB) na zlecenie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (MNiSW). Dostarcza wiarygodnych informacji o sytuacji absolwentów polskich uczelni na rynku pracy. Bazuje on na danych, które już od dawna gromadzone są w rejestrach publicznych. ELA czerpie dane z innego systemu rozwijanego również w OPI PIB, czyli z POL-onu oraz wykorzystuje informacje z rejestru osób objętych ubezpieczeniem społecznym, który jest prowadzony przez ZUS. Wszystkie dane przetwarzane przez system są zanonimizowane oraz wdrożone zostały odpowiednie mechanizmy, które gwarantują bezpieczeństwo. System jest bardzo nowoczesny i przyjazny dla użytkownika. Posiada narzędzia pozwalające m.in. na generowanie raportów, rankingów i infografik, zgodnie z potrzebami użytkownika.

Nowy etap dla INTERSPORT Polska

INTERSPORT Polska S.A. rozpoczyna proces podwyższenia kapitału zakładowego oraz wprowadza zmiany w składzie Rady Nadzorczej, odpowiadając na rosnącą konkurencję i zmieniające się oczekiwania klientów. Strategiczna decyzja ma na celu wzmocnienie pozycji firmy na rynku sportowym.

Kapitał na inwestycje – elastyczność i priorytety rozwojowe

Zarząd INTERSPORT Polska podjął uchwałę o podwyższeniu kapitału do 5 milionów złotych poprzez emisję do 50 milionów akcji serii M po cenie 0,75 zł za akcję. Emisja odbędzie się w trybie prywatnym, umożliwiając szybkie pozyskanie środków od wybranych inwestorów.

„Pozyskane środki przeznaczymy na rozwój sieci sprzedaży, kanały online i offline w modelu omnichannel, digitalizację oraz podnoszenie jakości obsługi klienta” – podkreśla Zarząd INTERSPORT Polska S.A.

Zmiany w Radzie Nadzorczej – transparentność i nadzór właścicielski

Spółka wprowadza zmiany w składzie Rady Nadzorczej, dostosowując jej strukturę do obecnego układu właścicielskiego. Nowy skład łączy międzynarodowe doświadczenie, wiedzę branżową i kompetencje finansowe. „Chcemy, aby Rada Nadzorcza była forum konstruktywnego dialogu, co buduje zaufanie inwestorów i partnerów biznesowych” – dodaje Zarząd.

Nowy skład Rady Nadzorczej:

  • Janusz Pieła – ponad 25 lat doświadczenia w branży sportowej, współwłaściciel LARIX
  • Krzysztof Pieła – współzałożyciel LARIX, specjalista w dystrybucji marek sportowych
  • Iuliia Maksymenko – Dyrektor Zarządzająca INTERSPORT Ukraina, regionalna menedżerka INTERSPORT International odpowiedzialna za region Europy Środkowej
  • Maciej Skrzycki – były dyrektor Sklepu Biegacza, ekspert w zakresie obsługi klienta
  • Thorsten Schmitz – były Dyrektor Zarządzający INTERSPORT Austria, ekspert retailowej strategii
  • Serhiy Usichenko – Specjalista w zakresie zarządzania finansami
  • Piotr Dygas – adwokat, partner w kancelarii DZNP, ekspert prawa handlowego

Rynek sportowy w Polsce – kontekst decyzji INTERSPORT

Decyzje właścicielskie INTERSPORT Polska zapadają w czasie dynamicznego rozwoju rynku sportowego, który rośnie o 6% rocznie (2023–2028). Wzrost popularności segmentów premium i outdoor oraz prognozowana wartość rynku sprzętu outdoorowego i fitness na poziomie 7 miliardów złotych do 2028 roku stwarzają przestrzeń do dalszych inwestycji.

„Nowe otwarcie to połączenie solidnego kapitału finansowego z jeszcze większym potencjałem ludzkim. To ambitny plan rozwoju, który przygotuje INTERSPORT Polska na przyszłe zmiany rynkowe” – podsumowuje Zarząd spółki.

Co czeka deweloperów i kupujących mieszkania w II połowie 2025 r.?

Rynek mieszkaniowy w Polsce znajduje się w punkcie zwrotnym. Po pierwsze: trwa największa od lat zmiana regulacyjna dotycząca publicznego dostępu do cen mieszkań, która nie tylko wpłynie na relacje między sprzedającymi i kupującymi, ale także na codzienną działalność deweloperów. Po drugie: na tle historycznie wysokich ale stabilnych cen popyt okazuje się słabszy niż jeszcze rok temu. A mimo to podaż mieszkań dynamicznie rośnie. Czy zatem sprzedaż w 2025 roku ma szansę być wyższa niż w 2024 roku?

27% firm deweloperskich w obliczu zmian

Na rynku deweloperskim trwa okres intensywnych przygotowań i niepewności co do przyszłości. Branża szykuje się do wejścia w życie nowelizacji ustawy, która zobowiązuje deweloperów do posiadania własnych stron internetowych i publikowania na nich pełnych informacji o cenach oferowanych mieszkań – od startu sprzedaży aż do jej zakończenia. Dotyczy to cen za metr kwadratowy, pomieszczeń dodatkowych (jeśli nie są wliczone w cenę główną), zmian stawek z datami oraz zasad promocji. Dane te będą też raportowane do portalu dane.gov.pl.

Czy i dla kogo to będzie wyzwanie? Dla deweloperów realizujących inwestycje wielorodzinne publikowanie cen online to już standard – większość udostępnia je bez konieczności kontaktu z biurem sprzedaży. Inaczej wygląda to na obrzeżach miast i w tzw “obwarzankach” , gdzie przeważają projekty domów. Z danych Otodom wynika, że spośród ok. 1,7 tys. aktywnych deweloperów działających na 20 głównych rynkach z aglomeracjami ok. 470 firm deweloperskich (27%) specjalizuje się w sprzedaży domów w aglomeracjach największych miast. Ze względu na stosunkowo niewielką skalę poszczególnych projektów do tej pory ich sprzedaż odbywała się nie w oparciu o na własne strony internetowe ale o ogłoszenia lokalne i portale ogłoszeniowe. Dlatego to właśnie te firmy mogą mieć największy problem z dostosowaniem się do nowych wymogów.

Dla wszystkich firm deweloperskich istotnym wyzwaniem pozostaje sposób raportowania cen – zarówno na własnych stronach internetowych, jak i w portalu dane.gov.pl. Np. wciąż nie ma pełnej jasności, czy deweloperzy prowadzący równocześnie kilka inwestycji będą musieli tworzyć odrębne strony dla każdej z nich ani w jakiej dokładnie formie mają być przekazywane dane cenowe do portalu rządowego. Choć PZFD zaangażował się w prace nad jednolitym dla całej branży rozwiązaniem, na szczegółowe wytyczne branża musi jeszcze poczekać. Tymczasem warto podkreślić, że firmy już teraz mogą – i zdecydowanie powinny – dokonać rejestracji w systemie dane.gov.pl. Zwlekanie z tym obowiązkiem do ostatniej chwili grozi przeciążeniem systemu, opóźnieniami i organizacyjnym chaosem.

Przy okazji nowych obowiązków deweloperów warto podkreślić jeszcze jeden aspekt – termin wprowadzania zmian. W przestrzeni medialnej pojawiają się, informacje, że deweloperzy będą zobowiązani do publikacji cen mieszkań już 11 lipca, co może być mylące dla wielu klientów. W rzeczywistości od momentu podpisania nowelizacji ustawy przez Prezydenta obowiązuje miesięczne vacatio legis, po którym deweloperzy mają dwa miesiące na dostosowanie się do przepisów, a więc nowelizacja ustawy w praktyce zacznie działać dopiero we wrześniu.

Czy sprzedaż deweloperów w 2025 roku ma szansę być wyższa niż w 2024 r.?

Prognozowanie na rynku mieszkaniowym jest trudne nie tylko dlatego, że dotyczy przyszłości, lecz przede wszystkim z powodu niejasności co do czynników, które w przeszłości kształtowały popyt i podaż. Znamy efekty dotychczasowej gry rynkowej, ale trudno wskazać, co miało decydujący wpływ na poziom cen czy ofertę mieszkań. Wolumen sprzedaży nie jest tu miarodajny – w sektorze deweloperskim transakcja staje się pewna dopiero po przeniesieniu własności, a motywy zakupu często pozostają nieznane. To właśnie indywidualne decyzje i zmienne okoliczności wpływające na nabywców utrudniają trafne prognozy popytu i podaży, a co za tym idzie – cen. Z tego powodu zamiast liniowych prognoz częściej opracowuje się scenariusze, uwzględniające różne możliwe ścieżki rozwoju rynku.

Na kształtowanie się sytuacji na rynku mieszkaniowym w kilku największych polskich miastach w ostatnich 5 latach istotny wpływ wywarło przede wszystkim szereg zewnętrznych w stosunku do rynku mieszkaniowego czynników o charakterze makroekonomicznym i społecznym. W efekcie, zarówno podaż jak i popyt podlegały gwałtownym zmianom nie tylko w relacji rok do roku ale nawet kwartał do kwartału.

Tę zmienność dobrze obrazują dane sprzedażowe. W 2020 roku liczba mieszkań sprzedanych na 7 największych rynkach w Polsce (Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań, Łódź, Trójmiasto, Katowice) wyniosła 44,8 tys., a w kolejnych latach odpowiednio:

  • w 2021 r. – 59,6 tys. (wzrost o 33%);
  • w 2022 r. – 36,1 tys. (spadek o 39%);
  • w 2023 r. – 51,1 tys. (wzrost o 42%);
  • w 2024 r. – 36,8 (spadek o 28%).

Podobnie zachowywała się nowa podaż na rynku deweloperskim, czyli tzw. wprowadzenia. W 2020 roku liczba mieszkań wprowadzonych do oferty (do sprzedaży) na 7 największych rynkach w Polsce (Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań, Łódź, Trójmiasto, Katowice) wyniosła 43,8 tys. a w kolejnych latach odpowiednio:

  • w 2021 r. – 52,3 tys. (wzrost o 19%);
  • w 2022 r. – 43,3 tys. (spadek o 17%);
  • w 2023 r. – 41 tys.; (spadek o 5%)
  • w 2024 r. – 53,3 tys. (wzrost o 30%).

Efektem tak wyraźnego rozdźwięku pomiędzy bieżącą podażą i bieżącym popytem na analizowanych 7 rynkach były zaskakujące zmiany liczby mieszkań oferowanych przez firmy deweloperskie na koniec grudnia w kolejnych latach. Na koniec 2019 roku na 7 największych rynkach w Polsce (Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań, Łódź, Trójmiasto, Katowice) oferowanych było 36,5 tys. mieszkań, a w kolejnych grudniach:

  • w 2020 r. – 43,1 tys.;
  • w 2021 r. – 36,1 tys.;
  • w 2022 r. – 46 tys.;
  • w 2023 r. – 34,8 tys.;
  • w 2024 r. – 55,3 tys.

Jednocześnie – niezależnie od zachowania popytu i podaży – we wszystkich analizowanych latach średnie ceny oferowanych przez firmy deweloperskie mieszkań rosły. Na koniec grudnia 2019 roku cena przeciętnego mieszkania deweloperskiego oferowanego w największych miastach wynosiła 513,4 tys. zł (8 950 zł/m²),  podczas gdy na koniec 2024 roku już: 803,5 tys. zł (14 768 zł/m²). Zatem wzrost ceny całkowitej przeciętnego oferowanego mieszkania wyniósł w tym okresie 57% a ceny wyrażonej w zł/m² – 65% (!).

Jakich zmian zatem na rynku mieszkaniowym w największych polskich miastach spodziewamy się w drugiej połowie 2025 roku?

Dzięki prowadzonemu na potrzeby Otodom Analytics monitoringowi rynku mieszkaniowego wiele już o 2025 roku wiemy. W pierwszych 5 miesiącach roku firmy deweloperskie wprowadziły do sprzedaży 20,9 tys. mieszkań. Popyt odpowiedział zakupem 15,3 tys. mieszkań. W efekcie na koniec maja na 7 największych rynkach oferta mieszkań deweloperskich sięgnęła 62 tys. Gdyby sprzedaż w kolejnych miesiącach 2025 roku kształtowała się tak jak od czerwca do grudnia 2024 roku, to roczny wolumen sprzedaży wyniesie 36,5 tys., co będzie oznaczało minimalny spadek rok do roku.

To obecnie najbardziej prawdopodobny scenariusz. Jednak po majowej obniżce stóp procentowych i wyraźnej (wzrostowej) reakcji popytu, prawdopodobny staje się również inny scenariusz. Taki, który mógłby się zrealizować, gdyby został wsparty kolejnymi obniżkami podstawowej stopy procentowej NBP.  W tym scenariuszu sprzedaż na 7 największych rynkach mogłaby od lipca 2025 roku kształtować się tak, jak w 2023 roku (co jest możliwe przy wysokiej ofercie i powszechności akcji rabatowych). W efekcie liczba mieszkań sprzedanych sięgnęłaby 45 tys., co oznaczałoby, że w drugim półroczu 2025 roku moglibyśmy odnotować sprzedaż wyższą o 28% od tej z pierwszego półrocza. W porównaniu rok do roku (2025 r. do 2024 r. ) wzrost sięgnąłby wówczas 22%.

Realizacja każdego ze scenariuszy (pierwszy to 36,5 tys. mieszkań sprzedanych, drugi to 45 tys. mieszkań sprzedanych) jest relatywnie wysoka i dla każdego z nich oscyluje wokół 35%, choć dzisiaj wyraźnie bliższy realizacji wydaje się scenariusz z niższą sprzedażą. Wiele będzie zależało od wyników, jakie zobaczymy na koniec czerwca. Najmniej prawdopodobny wydaje się obecnie scenariusz, którego nie został opisany (choć uczciwie trzeba o nim wspomnieć) a który zakłada załamanie się  sprzedaży w drugiej części roku i w 2026 roku. Aby się zrealizował, w otoczeniu polskiego rynku mieszkaniowego musiałoby dojść do wydarzeń, które po doświadczeniach pandemii, szoku inflacyjnego i wybuchu wojny w Ukrainie trudno dziś sobie wyobrazić.

Autor: Katarzyna Kuniewicz, dyrektorka badań rynku Otodom

Inflacja w Polsce wzrosła w czerwcu – koniec marzeń o obniżce stóp?

Według danych GUS inflacja w czerwcu wzrosła do 4,1 proc. Już w środę poznamy decyzję Rady Polityki Pieniężnej w sprawie stóp procentowych. Mimo wzrostu inflacji za kolejną obniżką stóp przemawia prawdopodobny silny spadek inflacji od lipca, jednak wiele wskazuje na to, że tym razem Rada nie zdecyduje się na taki krok.

Inflacja w czerwcu, według wstępnych danych GUS, wzrosła do poziomu 4,1 proc. z 4 proc. odnotowanych w maju. Inflacja po raz kolejny wzrosła także w ujęciu miesięcznym o 0,1 proc. Wzrost wynika przede wszystkim z drożejącej żywności (wzrost o 4,9 proc. r/r), przy spadających cenach energii i paliw. To jednak prawdopodobnie ostatni epizod wzrostu inflacji w tym roku. Już od lipca dynamika cen powinna wyraźnie zacząć hamować.

Mimo czerwcowego przyspieszenia, inflacja znajduje się na dobrej ścieżce do spadku poniżej 3 proc. w lipcu. Zadziała tu efekt bazy, ponieważ z rocznego odczytu inflacji wypadnie lipiec 2024 roku, kiedy nastąpiło częściowe odmrożenie cen energii, co wywołało ich gwałtowny wzrost. Dodatkowo od lipca obowiązywać zacznie niższa o 14,8 proc. taryfa na gaz ziemny dla gospodarstw domowych. Sejm przyjął również ustawę przedłużającą zamrożenie cen energii elektrycznej do końca 2025 roku. Wszystkie te elementy powinny wesprzeć proces dezinflacyjny i pozwolić inflacji zbliżyć się w drugiej połowie roku do celu inflacyjnego, który wynosi 2,5 proc. z dopuszczalnym odchyleniem o jeden punkt procentowy.

Dodatkowym czynnikiem wspierającym spadek inflacji jest silny złoty. Umocnienie krajowej waluty skutkuje spadkiem cen towarów importowanych. Szczególnie wyraźnie widać to w relacji do dolara, który kosztuje obecnie jedynie 3,61 zł, co oznacza najniższy poziom od 2018 roku. Również euro utrzymuje się na niższym poziomie niż podczas poprzedniego posiedzenia RPP, wynosząc 4,23 zł. Na wartość złotego wpływają między innymi utrzymujące się wyższe stopy procentowe, podczas gdy stopy obniża EBC, Bank Anglii czy też Czeski bank centralny.

Czy oznacza to, że Rada Polityki Pieniężnej zdecyduje się jutro na kolejną obniżkę stóp? Wydaje się, że najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest utrzymanie stóp bez zmian, mimo dynamicznie postępującego spadku inflacji. Rada, podejmując decyzję, będzie kierować się lipcową projekcją inflacyjną przygotowaną przez Narodowy Bank Polski. Wzrost inflacji w czerwcu może stanowić argument za pozostawieniem stóp na obecnym poziomie. Choć sytuacja na Bliskim Wschodzie uległa uspokojeniu, a ceny ropy na rynkach światowych zaczęły spadać, to Rada nadal będzie uwzględniać ryzyko ich ponownego wzrostu, co miałoby istotny wpływ na inflację w Polsce. W ostatnich miesiącach proces dezinflacyjny był bowiem w dużym stopniu wspierany właśnie przez taniejącą ropę. Rada może również zwrócić uwagę na wysoki poziom deficytu budżetowego oraz ryzyko wynikające z ekspansywnej polityki fiskalnej. Polska znajduje się obecnie w procedurze nadmiernego deficytu Unii Europejskiej.

Kolejne decyzyjne posiedzenie RPP odbędzie się po wakacjach, w dniach 2-3 września. Do tego czasu inflacja powinna być już znacznie niższa, co może ułatwić Radzie podjęcie decyzji o obniżce stóp procentowych.

Autor: Paweł Majtkowski, analityk eToro w Polsce

Finansowanie przemysłu obronnego w Polsce – przegląd funduszy i programów publicznych

Stale rośnie dostępność środków publicznych wspierających sektor obronny na poziomie europejskim, międzynarodowym oraz krajowym. Do nowych instrumentów finansowania należą m.in. Program SAFE, Fundusz Bezpieczeństwa i Obronności (FBiO), PFR DeepTech oraz Polish Defence Fund (PDF), którego utworzenie jest planowane przez Ministerstwo Obrony Narodowej – wynika z raportu „Przegląd dostępnych środków publicznych na rozwój sektora obronnego w Polsce” autorstwa PwC Polska. 

Dostępne fundusze i programy finansujące program obronności można podzielić na te działające na poziomie międzynarodowym/europejskim, na poziomie krajowym oraz dostępne ulgi i preferencje podatkowe. Głównym instrumentem na poziomie NATO jest NIF, NATO Innovation Fund, niezależny fundusz venture capital, wspierany przez 24 państwa członkowskie NATO, który inwestuje w nowatorskie startupy z branży nauki i inżynierii, aby wzmocnić obronność, bezpieczeństwo i odporność państw członkowskich.

Do mechanizmów europejskich zaliczamy finansowane od stycznia 2024 r. przez Europejski Bank Inwestycyjny (EBI) projekty obronne, w tym projekty podwójnego zastosowania (tzw. dual use), jednak nie inwestycje o ściśle wojskowym wymiarze. Drugim instrumentem europejskim jest European Defence Fund. EDF finansuje badania i rozwój, z dużym naciskiem na badania i odkrywanie nowej wiedzy, która w przyszłości może być zastosowana w obszarze militarnym i pokrewnych. Fundusz nie wspiera inwestycji produkcyjnych.

“W kontekście dużych zmian geopolitycznych należy na bieżąco weryfikować użyteczność wszystkich instrumentów wsparcia sektora obronnego oraz dual-use i dostosowywać je zarówno do strategicznych potrzeb państwa, jak też rynku. Programowanie działań wspierających sektor obronny, w tym wydatkowanie środków publicznych w tym zakresie powinno służyć bezpieczeństwu Polski, rozwojowi suwerenności technologiczno-przemysłowej, jak też długofalowemu pobudzaniu rozwoju gospodarczego kraju i podnoszeniu konkurencyjności przedsiębiorstw. Jest coraz więcej dostępnych środków, wiele zaangażowanych instytucji, dlatego szczególne znaczenie ma koordynacja działań zarówno w warstwie programowej (w tym strategia rozwoju polskiego przemysłu obronnego), jak też instytucjonalnej” – mówi Dionizy Smoleń, partner PwC Polska, lider zespołu usług dla sektora publicznego.

Na poziomie krajowym największym potencjalnym wsparciem są środki z Polityki Spójności w perspektywie 2021 – 2027, których Polska jest największym beneficjentem. W ich ramach możliwe jest finansowanie badań, rozwoju i innowacji w projektach środowiskowych i infrastrukturalnych. W ramach wsparcia krajowego wyróżnić można również:

  • Polską Strefę Inwestycji (PSI) – zasady udzielania pomocy są regulowane krajowym rozporządzeniem. W 2022 roku znowelizowano rozporządzenie strefowe, w którym wprost wskazano, iż produkcja broni, amunicji i materiałów wybuchowych nie może być objęta zwolnieniem podatkowym. Aktualnie trwają prace nad zmianami przepisów w tym zakresie.
  • Grant Rządowy – program wspierania strategicznych i kluczowych inwestycji dla kraju, nie wyklucza wsparcia inwestycji z sektora obronnego.
  • Fundusz Inwestycji Kapitałowych – podstawowym zadaniem Funduszu jest nabywanie lub obejmowanie akcji lub udziałów przez Skarb Państwa reprezentowany przez ministra właściwego do spraw aktywów państwowych.
  • Program PERUN – dotacja z budżetu krajowego. Mogą ją otrzymać projekty, które mają największą szansę na stworzenie technologii przynoszącej wzrost potencjału naukowego i rzeczywiste zwiększenie zdolności w zakresie obronności i bezpieczeństwa państwa.

“Rozwój przemysłu obronnego oraz sektora dual-use powinien służyć rozwojowi regionalnemu, wzrostowi gospodarczemu i podnoszeniu konkurencyjności. Pobudzenie zdolności inwestycyjnych w obronność poprzez uaktualnienie legislacji będzie miało pozytywny wpływ na funkcjonowanie całego rynku. Warto skorzystać z tej szansy i wzorować się na Komisji Europejskiej, która wprowadza liczne nowe instrumenty wspierające inwestycje w obronność. To ogromna szansa dla Polski na zbudowanie pozycji liderskiej w zupełnie nowym dla nas sektorze” – mówi Mieczysław Gonta, partner PwC Polska, lider zespołu dotacji i ulg podatkowych.

Do nowych instrumentów pozwalających na dofinansowanie sektora obronnego zaliczamy m.in.:

  • Program SAFE – 150 mld euro na pożyczki na wydatki wojskowe. Element planu ReArm Europe o łącznym szacowanym budżecie 800 mld euro. Środki z SAFE zostaną wypłacone zainteresowanym państwom członkowskim na żądanie, na podstawie ich planów krajowych.
  • Fundusz Bezpieczeństwa i Obronności – powstały poprzez przesunięcie środków z KPO (Instrumentu Zielonej Transformacji Miast). Środki z FBiO mają trafić na budowę infrastruktury ochrony cywilnej oraz inwestycje w cyberbezpieczeństwo. Ze środków nie mogą być finansowane zakupy uzbrojenia.
  • PFR DeepTech – program, który umożliwi finansowanie zaawansowanych technologicznie projektów przez doświadczone fundusze Venture Capital. Dodatkowym celem jest wsparcie technologii z potencjałem podwójnego zastosowania (tzw. dual-use).
  • Polish Defence Fund – w planie jest funduszu inwestycyjnego, którego koncepcję wypracowało Ministerstwo Obrony Narodowej. PDF jako niezależny i rynkowy podmiot ma mobilizować kapitał na potrzeby strategicznych inwestycji w sektorze obronnym oraz podwójnego zastosowania. Fundusz będzie skupiał się na start-upach i małych i średnich przedsiębiorcach

8 kwietnia 2025 r. Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o szczególnych zasadach przygotowania i realizacji strategicznych oraz kluczowych inwestycji w zakresie potrzeb obronności państwa i bezpieczeństwa publicznego oraz ustanawiania stref ochronnych dla niektórych terenów zamkniętych, przedłożony przez Ministra Obrony Narodowej. Nowe przepisy przewidują uproszczenie i usprawnienie procesu inwestycyjno-budowlanego, jeśli chodzi o przygotowanie oraz realizację strategicznych inwestycji dotyczących obronności państwa. Czas przygotowania i realizacji inwestycji skróci się średnio z 6 do 3 lat.

Wydatki na obronę a rynek długu – czy Europa poradzi sobie z rosnącym zadłużeniem?

  • Europejskie inwestycje w obronność wzrosły o +75% od czasu rosyjskiej inwazji na Ukrainę w 2022 roku.
  • Duży wzrost nakładów r/r w celu osiągnięcia proponowanego celu 3,5% PKB na podstawowe wydatki obronne (z zadeklarowanych 5% ogółem, w tym 1,5% na infrastrukturę krytyczną) – w stosunku do poziomu PKB z 2024 roku będzie to wymagało od Niemiec wydawania 64 mld USD więcej rocznie, od Francji 45 mld USD, a od Włoch 47 mld USD i od Wielkiej Brytanii 41 mld USD.
  • Zdolności przemysłowe pozostają w tyle, europejski przemysł nie jest w stanie dostarczyć więcej – portfele zamówień europejskich firm obronnych wzrosły o +70% od 2022 r., a zaległości (w ich realizacji) o +60% do ponad 1 bln EUR, jednak nakłady inwestycyjne nadal pozostają na poziomie jedynie około 5% ich przychodów (przemysłu obronnego) – tj. na równi z poziomami z 2020 r. i znacznie poniżej innych kapitałochłonnych branż, takich jak motoryzacja czy nowoczesne technologie
  • Kolejny problem: skąd wziąć pieniądze – jak dotąd tylko Belgia zamierza podnieść podatki, aby sfinansować wzrost wydatków obronnych, podczas gdy np. Wielka Brytania decyduje się na zmianę budżetu poprzez cięcie udzielanej pomocy zagranicznej.
  • Finansowanie obrony nowym długiem będzie pierwszym wyborem dla wielu rządów ponieważ podatki lub cięcia wydatków są politycznie kosztowne. Podniesienie wskaźnika wydatków obronnych nie jest jednak jednorazowym bodźcem – oznacza ono strukturalny wzrost nakładów. Poleganie na długu wystawi zatem poślizg fiskalny na próbę rynkową: podniesienie wydatków na obronność o +1-2 punkty procentowe PKB za pomocą długu niemal mechanicznie zwiększy wskaźniki zadłużenia o +10-20 punktów procentowych w ciągu następnej dekady. Mogłoby to zwiększyć spready obligacji skarbowych w strefie euro o +10-40 pb, pogarszając sytuację fiskalną.
  • Uciekanie się do mechanizmów finansowania na poziomie UE oferuje niewielką ulgę, ponieważ w dużej mierze stanowiłoby to ćwiczenie księgowe – płatności odsetek od wspólnego długu UE nadal musiałyby być finansowane z budżetów krajowych.

Jeden cel, wiele ścieżek i nierówne zobowiązania

Od czasu inwazji Rosji na Ukrainę na pełną skalę w 2022 r., europejskie inwestycje obronne gwałtownie wzrosły (+75%), przy czym lwia ich część została skierowana na zakup sprzętu (85% wzrostu). W porównaniu do nich wydatki na badania i rozwój wzrosły o skromne +26%. W 2023 r. europejskie zmówienia obronne (zakupy uzbrojenia) po raz pierwszy przekroczyły 100 mld EUR – co stanowiło blisko jedną trzecią całkowitych wydatków na obronność w tym roku. Perspektywa docelowego poziomu 3,5% PKB dla podstawowych wydatków obronnych zmienia obecnie planowanie strategiczne. Jeśli ten punkt odniesienia będzie na trwałe przyjęty, a PKB rosnąc będzie w konserwatywnym średnim tempie +1,5% w latach 2026-2029, to skumulowane wydatki na obronę mogą osiągnąć 2,6 bln EUR. Z tego od 660 mld EUR do 925 mld EUR może zostać przeznaczone na zamówienia i innowacje. Jeśli trendy z 2024 r. utrzymają się, wydatki inwestycyjne mogą wynieść około 845 mld EUR w tym okresie – blisko kwoty, którą UE prognozuje jako niezbędną do przezbrojenia do 2030 r. Jeśli jednak wzrost wydatków utrzyma się na poziomie z 2023 r., łączna wartość inwestycji spadnie w kierunku dolnej granicy tego przedziału.

Wyzwanie polega nie tylko na tym, ile się wydaje, ale także na tym, gdzie trafiają pieniądze

Z analiz Allianz Trade wynika, że w 2023 r. prawie 42% europejskich budżetów obronnych pochłaniały koszty osobowe. Dla porównania, Stany Zjednoczone przeznaczają 37% swojego budżetu obronnego na zamówienia i badania i rozwój. Europa musi przestawić się na inwestycje przemysłowe – ustalając poziom bazowy na co najmniej 30% całkowitych wydatków na obronność – w celu modernizacji zdolności i dostosowania się do standardów transatlantyckich. Co więcej, droga do wydatków na poziomie 3,5% PKB jest nierówna. Osiągnięcie tego poziomu wymagałoby dodatkowych 261 mld USD rocznie dla wszystkich członków NATO w UE w porównaniu z poziomami z 2024 roku, ale Niemcy planują osiągnąć ten cel do 2029 roku, Francja do 2030 roku, a Wielka Brytania do 2035 roku. Włochy zobowiązały się do osiągnięcia tego celu, ale ostrzegają, że może to zająć dekadę.

Polska już przekroczyła poprzeczkę, wydając 4,1% PKB na obronność w 2024 r. (wykres 1). W przypadku Niemiec przepaść jest ogromna.

Zwiększenie wydatków na obronność z 2,1% do 3,5% PKB oznaczałoby roczny wzrost o 63,6 mld USD. Francja musiałaby dodać 44,9 mld USD, Włochy 46,5 mld USD, a Wielka Brytania 41,2 mld USD. Szersze wydatki związane z bezpieczeństwem – na infrastrukturę, odporność energetyczną i cyberbezpieczeństwo – wynoszą już około 1,5% PKB w większości europejskich państw członkowskich NATO. Chociaż definicje pozostają elastyczne, obecne poziomy sugerują, że wiele krajów mogłoby osiągnąć benchmark 1,5% wydatków na obronność do 2035 r. poprzez realokację i ukierunkowane inwestycje. Potwierdzają to dane sektorowe z większych gospodarek, nawet po wyłączeniu wydatków socjalnych lub środowiskowych. Mimo to pojawiają się pęknięcia w konsensusie. Hiszpania, zobowiązując się do podniesienia wydatków na obronność z 1,3% do 2,1% PKB do końca dekady, utrzymuje klauzulę rezygnacji z celu 3,5%. Decyzja premiera Pedro Sáncheza wydaje się bardziej polityczna niż ekonomiczna, ponieważ sytuacja fiskalna Hiszpanii uległa poprawie. Może ona jednak stanowić precedens dla innych państw borykających się z podobnymi ograniczeniami politycznymi. Słowacja ma zastrzeżenia, a kilku członkom UE wciąż brakuje do osiągnięcia minimalnego poziomu 2% PKB NATO.

Wykres 1: Odstęp od celu 3,5% podstawowych wydatków na obronę od poziomów z 2024 r. (w %) i deficytów fiskalnych (w % PKB)

Odstęp od celu

Źródła: EBC, NATO, Allianz Research. Uwaga: Bilans fiskalny dla USA od 2023 r.

Europejski przemysł wciąż nadrabia zaległości i nie jest w stanie dostarczyć znacznie więcej – wynika z analiz Allianz Trade

Fala inwestycji po Ukrainie przełożyła się na gwałtowny wzrost zamówień w największych europejskich firmach obronnych. Nowe zamówienia wśród 30 wiodących europejskich firm obronnych wzrosły o+ 70% od końca 2021 r., podczas gdy zaległości w ich realizacji wzrosły o ponad +60% i przekroczyły 1 bilion EUR w ubiegłym roku. Zamówienia w 2024 r. szacowane są na 1,5-krotność rocznych przychodów, podczas gdy zaległości stanowią 6,5-krotność rocznej sprzedaży (wykres 2), co wskazuje, że wiele firm działa na poziomie zbliżonym do pełnego wykorzystania mocy produkcyjnych. Rheinmetall, kluczowy dostawca artylerii i amunicji, potroił swoje zaległości od końca 2022 r., osiągając 33 mld EUR w 1. kwartale 2025 r. Jednak pomimo rosnącego popytu, nakłady inwestycyjne w całym sektorze pozostają na niskim poziomie. W 2023 r. firmy obronne zainwestowały nieco ponad 5% przychodów (wykres 3) – na równi z poziomami z 2020 r. i znacznie poniżej innych kapitałochłonnych branż, takich jak motoryzacja czy technologia. Ta niechęć odzwierciedla utrzymujące się wśród zarządów firm wątpliwości co do trwałości obecnego ożywienia w sektorze obronnym. Formalne zobowiązanie państw członkowskich UE do utrzymania celu 3,5% PKB mogłoby pomóc zakotwiczyć oczekiwania i odblokować inwestycje na większą skalę w moce produkcyjne.

Kolejnym problemem w opinii Allianz Trade jest zależność zewnętrzna – ale tu obraz jest zróżnicowany. Podczas gdy Komisja Europejska poinformowała, że 78% importu wojskowego UE w okresie od lutego 2022 r. do lipca 2023 r. pochodziło spoza UE – głównie z USA – to szczegółowe dane handlowe przedstawiają bardziej zniuansowany rozkład. W przypadku Francji, Niemiec, Włoch, Hiszpanii i Polski wewnątrzunijny udział importu broni i amunicji utrzymuje się na poziomie około 50%. Chociaż udział importu z USA, Izraela i Korei Południowej nieznacznie wzrósł – z 28% do 32% – nie ma dowodów na przytłaczającą zależność. Jednak luki w niektórych segmentach rzeczywiście są rażące. Europa pozostaje w tyle w zakresie kluczowych technologii, takich jak drony, półprzewodniki, usługi w chmurze i zaawansowane czujniki.

W pierwszym kwartale 2025 r. Ukraina nadal importowała 95% swoich dronów z Chin, co podkreśla brak konkurencyjnej europejskiej alternatywy. Słaba pozycja przemysłowa UE w dziedzinie technologii wojskowych nowej generacji stwarza zagrożenie, zwłaszcza w świecie, w którym konflikty mogą wybuchać w cyberprzestrzeni i stratosferze równie często jak na lądzie czy morzu. Ekspansja przemysłu obronnego UE koncentrowała się dotychczas na krótkoterminowych potrzebach pola walki: amunicji, dronach i systemach lądowych. Trwała baza obronna wymaga jednak inwestycji we wszystkie sektory, w tym w marynarkę wojenną, lotnictwo i kosmonautykę oraz nowe technologie. Obejmuje to sztuczną inteligencję, robotykę i bezpieczną komunikację – krytyczne dla strategicznej autonomii. Europa musi również zacieśnić współpracę. Czas oczekiwania na nowe platformy wojskowe wynosi od 5 do 15 lat. Bez skoordynowanego planowania istnieje ryzyko, że nowe pieniądze zostaną utopione w powielaniu, opóźnieniach i marnotrawstwie. Potrzebna jest szczegółowa mapa drogowa i strategia przemysłowa .

Wykres 2: Stosunek rocznych zaległości w realizacji zamówień do przychodów największych europejskich firm zbrojeniowych

Wykres 2: Stosunek rocznych zaległości w realizacji zamówień do przychodów największych europejskich firm zbrojeniowych


Dane z działów obrony firm Airbus, Thales, Rolls-Royce, Kongsberg, Northrop Grumman i Thyssenkrupp (segment systemów morskich). Źródła: Dokumenty korporacyjne, LSEG Datastream, Allianz Research

Wykres 3: Roczny wskaźnik nakładów inwestycyjnych największych europejskich firm zbrojeniowych

Wykres 3: Roczny wskaźnik nakładów inwestycyjnych największych europejskich firm zbrojeniowych

Źródła: Dokumenty korporacyjne, LSEG Datastream, Allianz Research

Pozostaje pytanie: jak sfinansować dozbrojenie bez rozdmuchiwania deficytów?

Przywrócenie zasad fiskalnych UE w 2024 r., wraz z reaktywacją krajowej klauzuli korekcyjnej, zapewnia pewien margines swobody. Dla siedmiu państw członkowskich UE, które nadal znajdują się poniżej progu 2%, ta swoboda znosi wymówki dla dalszych opóźnień w zwiększaniu wydatków na obronność. W najbliższym czasie wydatki finansowane długiem – albo poprzez pożyczki krajowe, albo instrumenty na szczeblu UE – oferują najbardziej realną ścieżkę. Niemcy i Szwecja decydują się na zadłużenie; Grecja planuje zmienić priorytety w ramach istniejącego budżetu. Belgia dąży do podniesienia podatków, podczas gdy Wielka Brytania zdecydowała się na cięcie swojej pomocy zagranicznej. Żadna z tych strategii nie stanowi jednak trwałego rozwiązania. Realokacja funduszy UE może pomóc tymczasowo wypełnić lukę. Około 90 mld EUR mogłoby zostać przekierowane z programu Next Generation EU (NGEU) na wsparcie projektów podwójnego zastosowania i związanych z obronnością poprzez ukierunkowane pożyczki – szczególnie dla państw o ograniczonych możliwościach fiskalnych. Polska przedstawiła model, który przenosi 6 mld EUR z wydatków ekologicznych na wydatki obronne podwójnego zastosowania za pośrednictwem banku rozwoju, omijając terminy wypłat NGEU. Podobne modele można powielać za pomocą instytucji krajowych, takich jak niemiecki KfW, francuski CDC lub włoski Cassa Depositi e Prestiti. Na poziomie UE proponowany plan ReArm Europe – potencjalnie finansowany poprzez wspólne pożyczki SAFE (Platforma Strategicznych Technologii dla Europy) – mógłby zmobilizować do 150 mld EUR. Luźniejsze zasady dotyczące zadłużenia pomogłyby Włochom, Hiszpanii i innym nadwyrężonym budżetom wziąć udział w tym przedsięwzięciu. Teoretycznie UE mogłaby wspólnie zmobilizować do 800 mld EUR. Jednak jak zawsze, wdrożenie będzie zależało bardziej od woli politycznej poszczególnych krajów niż od zestawu narzędzi Brukseli, podczas gdy ostatecznym wyzwaniem jest przekonanie rynków do zakupu dodatkowego długu bez żądania znacznie wyższych stóp procentowych, a tym samym uniknięcie fiskalnego ciosu zwrotnego.

Wydatki na obronę nie są jednorazowym bodźcem; oznaczają one strukturalny wzrost nakładów

Roczny wzrost budżetu obronnego o 1-2 punkty procentowe PKB spowodowałby mechaniczny wzrost wskaźników zadłużenia o co najmniej 10-20 punktów procentowych w ciągu dekady, jeśli byłby finansowany długiem. W przeciwieństwie do jednorazowych pakietów stymulacyjnych, kraj nie może przerosnąć strukturalnego wzrostu wskaźnika deficytu. Nawet gdyby mnożnik fiskalny wydatków na obronę był większy niż jeden, wynikający z tego wyższy poziom PKB po prostu zwiększyłby wydatki jako udział w PKB. Spready obligacji skarbowych, które zmniejszyły się w ostatnich latach dzięki ściślejszemu zarządzaniu fiskalnemu, niemal na pewno uległyby rozszerzeniu. Wzrost wskaźnika zadłużenia do PKB o 1 punkt procentowy zazwyczaj zwiększa spready o 1-2 punkty bazowe (zob. wykres 6).[1] W ciągu dziesięciu lat może to oznaczać wzrost kosztów pożyczek o 10-40 pb, w zależności od kraju i ratingu kredytowego. Jak dotąd, poprawa salda pierwotnego uspokoiła rynki. Deficyty Włoch i Hiszpanii są bliskie zbilansowania, a spready utrzymują się poniżej 100 pb – daleko od rekordowych poziomów z czasów kryzysu, wynoszących ponad 400 pb. Raz utracone zaufanie inwestorów można jednak powoli odzyskać. Uciekanie się do mechanizmów finansowania na poziomie UE oferuje jedynie tymczasową ulgę, ponieważ w dużej mierze stanowiłoby to ćwiczenie księgowe – płatności odsetek od wspólnego długu UE nadal musiałyby być finansowane z budżetów krajowych. Europejscy przywódcy polityczni muszą zatem ostrożnie sekwencjonować wydatki i jasno komunikować się, aby uniknąć płoszenia rynków obligacji. Jedną z potencjalnych kompensat jest globalna niepewność geopolityczna. W miarę jak polityka Stanów Zjednoczonych staje się coraz bardziej nieprzewidywalna, inwestorzy mogą poszukiwać alternatyw dla obligacji skarbowych. Europejski dług państwowy może stać się bezpieczną przystanią, zapewniając okno niższych kosztów finansowania zewnętrznego nawet przy rosnących emisjach. Ta ulga może jednak okazać się tymczasowa.

Wykres 4: Stosunek długu do PKB w % (na 2024 r.) w porównaniu z obecnymi spreadami 10-letnich obligacji skarbowych w punktach bazowych

Stosunek długu do PKB

Źródła: LSEG Datastream, Allianz Research

UE pomoże zwiększyć inwestycje w obronność przy jednoczesnym zachowaniu bezpieczeństwa i autonomii. Nowy instrument SAFE zapewnia ramy dla pożyczek wspieranych z budżetu UE i wspólnych zamówień, wprowadzając jednocześnie kilka nowych zachęt podatkowych. W ramach SAFE pomoc finansowa będzie przyznawana wyłącznie na zamówienia obejmujące co najmniej jedno państwo członkowskie i drugi kwalifikujący się kraj (kwalifikują się państwa członkowskie UE-EOG-EFTA i Ukraina oraz wszystkie kraje, które podpisały partnerstwo w dziedzinie bezpieczeństwa i obrony z UE, takie jak Kanada). Kwalifikowalność dotyczy nie tylko krajów, ale także wykonawców i podwykonawców produktów i usług obronnych, a wszyscy zaangażowani w proces zamówień powinni mieć nie tylko swoje kierownictwo wykonawcze, ale także swoje obiekty i aktywa zlokalizowane w kwalifikującym się kraju i nie powinni w żadnym wypadku być kontrolowani przez państwo trzecie lub podmiot ze względów bezpieczeństwa. Wykonawcy z państw trzecich mogą uczestniczyć w postępowaniu, jeśli ich zaangażowanie nie przekracza 35% wartości zamówienia. Ramy SAFE zapewniają pewną elastyczność umowną stronom zamówień: wartość umów może zostać zmieniona, a w razie potrzeby można również włączyć nowych wykonawców. Produkty w ramach SAFE są zwolnione z podatku VAT, a nowy próg 900 000 EUR został ustalony dla zamówień na dostawy i usługi w celu ominięcia przepisów UE dotyczących zamówień publicznych, ponieważ Komisja dąży do zapewnienia elastyczności dla małych zamówień i umożliwienia większego udziału europejskim MŚP.

[1] Bezpośrednia zależność wykazuje elastyczność równą jeden między długiem do PKB a spreadami obligacji rządowych, jak pokazano na wykresie 4. Korzystając z bardziej wyrafinowanych regresji panelowych z dodatkowymi zmiennymi, współczynnik beta wzrasta do dwóch.

Transition Technologies PSC otwiera spółkę w Dubaju

Transition Technologies PSC (TT PSC) przyspiesza ekspansję na Bliskim Wschodzie zakładając spółkę w Dubaju – TTPSC Information Technology Consultants. To właśnie w tym regionie, zwłaszcza w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Arabii Saudyjskiej, spółka widzi ogromny potencjał wzrostu, m.in. dla nowoczesnej technologii.

„Z każdym miesiącem przyspieszamy naszą międzynarodową ekspansję, zarówno na dobrze znanych rynkach europejskich, jak i w dynamicznie rozwijających się regionach Bliskiego Wschodu. Po uruchomieniu w kwietniu oddziału w Wielkiej Brytanii, nadszedł czas na kolejny krok – założenie spółki w Dubaju.”  – mówi Konrad Dróżka, dyrektor zarządzający TT PSC odpowiedzialny za rozwój nowo założonej spółki. Jak dodaje: „To przemyślana, strategiczna decyzja, która otwiera przed nami nowe możliwości rozwoju i pozyskiwania kontraktów w tym regionie. Już teraz współpracujemy tu z pierwszymi klientami, a nasze dotychczasowe doświadczenia są bardzo obiecujące. Liczymy, że jeszcze w tym roku uda się nam rozpocząć kolejne projekty i nawiązać współpracę z nowymi partnerami.”

Po Niemczech, Francji, Danii, USA, Tajwanie i Wielkiej Brytanii jest to już siódmy zagraniczny oddział TT PSC.

„Warto podkreślić, że Zjednoczone Emiraty Arabskie przywiązują dużą wagę do cyfryzacji kluczowych sektorów przemysłu – energetycznego, zbrojeniowego oraz stalowego. Centralną rolę w tej transformacji odgrywają systemy zarządzania cyklem życia produktu (PLM) oraz sztuczna inteligencja, co przekłada się na intensywne inwestycje regionu w rozwój talentów i infrastruktury technologicznej. “ zwraca uwagę Konrad Dróżka.

Dodatkowo, w zeszłym roku Arabia Saudyjska ogłosiła wartą 100 mld USD inicjatywę Project Transcendence, której celem jest zbudowanie silnej pozycji kraju w globalnym wyścigu technologicznym. Całość wpisuje się w program Vision 2030, projekt rządowy, którego celem jest dywersyfikacja gospodarki i uniezależnienie jej od ropy.

Potwierdzeniem tych ambicji jest niedawna zapowiedź Humain – państwowej spółki, która planuje uruchomienie funduszu Humain Ventures o wartości 10 mld USD, by inwestować w startupy z USA, Europy i Azji oraz rozwijać kompetencje w strategicznych obszarach, takich jak infrastruktura AI i projektowanie chipów.

Tego typu inicjatywy pokazują, że Bliski Wschód nie chce już tylko korzystać z cudzych innowacji, ale samodzielnie kształtować globalny porządek technologiczny. Konrad Dróżka uważa, że dla firm z Polski to sygnał, że czas przestać traktować ten region wyłącznie jako rynek zbytu i zacząć widzieć go jako partnera w budowaniu przyszłości.

„Dziś brakuje im jedynie specjalistów, co otwiera realną szansę dla polskich firm, których eksperci IT cieszą się uznaniem na całym świecie. W regionie, który chce przekształcić gospodarki bazujące na surowcach w nowoczesne centra innowacji, polscy partnerzy mogą odegrać ważną rolę – nie tylko jako dostawcy, ale współtwórcy rozwiązań.” – dodaje.

Jego zdaniem, synergia nowoczesnych technologii IT, AI i rozwiązań przemysłowych otwierają nowe perspektywy ekspansji na rynkach o wysokim potencjale.

Ponad 12% spółek z o.o. wpisanych do KRD – 3,8 mld zł niespłaconych zobowiązań

Żadna forma prawna nie chroni przed długiem, jeśli ktoś prowadzi interesy w sposób nierzetelny i nie płaci w terminie za zamówione usługi czy towary. Efekt? Spółki prawa handlowego, ale też organizacje społeczne, zawodowe, samorządowe czy inne podmioty prawa publicznego, mogą trafić do Krajowego Rejestru Długów, jeśli mają przeterminowane i nieuregulowane zobowiązania finansowe. Ich zadłużenie w KRD wynosi ponad 5,6 mld zł i cały czas rośnie. Z każdym miesiącem przybywa też takich dłużników – rok temu było ich blisko 99 tys., dziś to już 106,6 tys. Największą grupę dłużników stanowią jednak spółki z ograniczoną odpowiedzialnością.

Z analiz Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej wynika, że łączny dług podmiotów niebędących konsumentami wynosi blisko 11,2 mld zł. Z tego nieco mniej niż połowa przypada na jednoosobowe działalności gospodarcze (5,5 mld zł), a większa część, czyli 5,6 mld zł – na spółki prawa handlowego oraz inne formy organizacji, takie jak: fundacje, stowarzyszenia, spółdzielnie, związki zawodowe, izby gospodarcze czy nawet przedsiębiorstwa państwowe. Wśród nich są organizacje społeczne, zawodowe, samorządowe lub podmioty prawa publicznego. Najwięcej emocji budzą jednak nierzetelne spółki z o.o.

Spółka z o.o. – bezpieczna, ale nie dla kontrahentów

Na koniec 2024 roku w Rejestrze Przedsiębiorców KRS zarejestrowanych było ponad 726 tys. podmiotów, z czego przeszło 687,5 tys. stanowiły spółki prawa handlowego (nie licząc spółek europejskich). W polskim prawie handlowym istnieje siedem rodzajów spółek: spółka jawna, spółka partnerska, spółka komandytowa, spółka komandytowo-akcyjna, spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, prosta spółka akcyjna oraz spółka akcyjna. Największą popularnością wśród przedsiębiorstwu cieszą się spółki z o.o. Na koniec 2024 roku w KRS widniało 602 307 spółek z ograniczoną odpowiedzialnością. Obecnie 12 proc. z nich wpisanych jest do KRD.

Do Krajowego Rejestru Długów wpisanych jest prawie 72 tys. spółek z ograniczoną odpowiedzialnością. Mają łącznie 3,8 mld zł długu. Ten rodzaj spółki wybiera w Polsce tak wielu przedsiębiorców, bo jest postrzegana jako bezpieczna, elastyczna i stosunkowo prosta w prowadzeniu. Spółkę z o.o. można założyć nawet przez Internet i dość łatwo pozyskuje się kapitał poprzez chociażby wprowadzanie nowych wspólników lub podwyższanie kapitału zakładowego. Do jej zalet należy też, a może przede wszystkim, ograniczona odpowiedzialność wspólników – wspólnicy odpowiadają za zobowiązania spółki tylko do wysokości wniesionego kapitału, co chroni ich majątek prywatny przed egzekucją w przypadku problemów finansowych spółki.

Niestety, wielu nierzetelnych przedsiębiorców wykorzystuje właśnie ten fakt do różnych nadużyć, czego przykładem jest aż 443 605 przeterminowanych zobowiązań finansowych, za jakie spółki z o.o. wpisano do Krajowego Rejestru Długów. To inaczej niż w przypadku jednoosobowej działalności gospodarczej, gdzie odpowiedzialność finansowa przedsiębiorcy jest zasadniczo nieograniczona i osobista, a właściciel odpowiada za wszystkie zobowiązania firmy całym swoim majątkiem, zarówno firmowym, jak i prywatnym (np. domem, samochodem, oszczędnościami). W przeciwieństwie do spółki z o.o., gdzie odpowiedzialność wspólników jest ograniczona do wysokości wniesionego kapitału, w JDG nie ma takiej ochrony majątku osobistego. Wielu przedsiębiorców decyduje się więc na spółkę z o.o., z obawy przed ryzykiem finansowym, jakie musieliby ponieść w przypadku niepowodzenia swojego biznesu – komentuje Sandra Czerwińska, ekspertka Rzetelnej Firmy.

Fundacja na spółkę ze stowarzyszeniem

Ale oprócz spółek z ograniczoną odpowiedzialnością sporą część dłużników w KRD stanowią również spółki komandytowe, które są winne wierzycielom ponad 332,6 mln zł, spółki akcyjne – 324,9 mln zł i spółki jawne – 151,4 mln zł. Ich obecność w rejestrze nie dziwi, biorąc pod uwagę fakt, że spółki prawa handlowego są nastawione stricte na prowadzenie działalności gospodarczej i dzielenie zysku między wspólników/akcjonariuszy. Ponoszą więc ryzyko inwestycyjne i transakcyjne, które może przynieść różne konsekwencje.

Dziwić może natomiast obecność w Krajowym Rejestrze Długów rożnego rodzaju fundacji, stowarzyszeń czy spółdzielni. Ale i na to jest wytłumaczenie:

Do KRD trafiają nie tylko spółki prawa handlowego, osoby fizyczne czy JDG-i ale wszystkie podmioty prowadzące działalność gospodarczą, które nie wywiązują się z umów, nie płacą rachunków, kredytów, czynszu czy innych zobowiązań, i zostają z tego tytułu wpisane do rejestru przez swoich wierzycieli. Jest to związane z faktem, że aktywnie uczestniczą w obrocie gospodarczym i ponoszą ryzyko finansowe. Warto zauważyć, że zarówno fundacje, jak i stowarzyszenia mogą prowadzić działalność gospodarczą lub odpłatną działalność pożytku publicznego, co wiąże się z zawieraniem umów, zaciąganiem zobowiązań i wspominanym ryzykiem finansowym. Po wpisie do KRS fundacje i stowarzyszenia uzyskują osobowość prawną, a to pozwala im na samodzielne zawieranie umów, zaciąganie zobowiązań i prowadzenie działalności – wyjaśnia Sandra Czerwińska, ekspertka Rzetelnej Firmy.

Przy złym zarządzaniu środkami, fundacje i stowarzyszenia tracą płynność finansową i z powodu przeterminowanych zobowiązań finansowych zostają wpisane do KRD. Jak się jednak okazuje – nie jest to odosobniony przypadek.

Obecnie widnieje w KRD 920 fundacji, których łączny dług opiewa na 35,1 mln zł, oraz prawie 2,5 tysiąca różnego rodzaju stowarzyszeń, związków czy spółdzielni, zadłużonych na blisko 70 mln zł. Obecność w KRD działa w tym przypadku jako mechanizm kontroli rzetelności finansowej organizacji i ostrzeżenie dla potencjalnych partnerów biznesowych czy instytucji finansujących, że choć fundacje i stowarzyszenia realizują cele społeczne, to przez złe zarządzanie budżetem, mogą też być źródłem poważnych kłopotów – zauważa Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Dolar najsłabszy od 2018 r. – słabe dane z USA i perspektywy obniżek stóp procentowych osłabiają walutę

Dolar jest już najsłabszy nie od 2020 roku, a tym razem od 2018. W danych z Azji znów gorszy odczyt z Japonii i lekka poprawa w Chinach. W tle stabilizują się ceny ropy naftowej na świecie, gdzie niemal zapomniano o sytuacji na Bliskim Wschodzie.

Dolar najtańszy od 2018 roku

Ostatni raz tak tanio można było kupić dolara w 2018 roku. Warto jednak pamiętać, że najniższy kurs wyniósł wówczas imponujące 30 groszy mniej niż obecnie. Ten wynik wydaje się być niezagrożony, przynajmniej na najbliższy czas. Nie zmienia to faktu, że ostatnie dni są bardzo trudne dla amerykańskiej waluty. W piątek dodatkowo otrzymaliśmy dane na temat dochodów i wydatków Amerykanów. W obydwu przypadkach mieliśmy wynik słabszy od oczekiwań. Ostatnio rosną też szanse na przyspieszenie cyklu obniżek stóp procentowych. W rezultacie mamy kolejne sygnały, które przekładają się na osłabienie dolara.

Dane z Azji

Dzisiaj w nocy poznaliśmy pakiet danych z Azji. Rozpoczęło się od Japonii – produkcja przemysłowa spadła tam w ciągu roku o 1,8%. Jest to tyle duża niespodzianka, że analitycy prognozowali wzrosty. Pomimo tych słabszych danych jen japoński zyskiwał, ale było to raczej odbicie po poprzednim gorszym tygodniu. Następnie poznaliśmy indeksy koniunktury z Chin. Te z kolei wypadły lepiej od oczekiwań. Wynik dla przemysłu wyniósł 49,7 pkt, a dla usług 50,5 pkt. Oba były zatem w środku skali, blisko poziomu 50 pkt rozdzielającego przewagę odpowiedzi pozytywnych od negatywnych. Warto zwrócić uwagę, że juan chiński również jest w ostatnich tygodniach w silnym odwrocie. Chińczycy – podobnie jak Amerykanie – postanowili najwyraźniej podnieść konkurencyjność swojej gospodarki słabą walutą. Nie są jednak tak skuteczni. W rezultacie juan zyskuje względem dolara, ale traci względem euro. To sugeruje, że strumień towarów z Chin, zamiast do USA, powinien być powoli przekierowywany na nasz kontynent.

Stabilizacja ropy

Od środy ropa przebywa w bardzo wąskim korytarzu wahań jak na ten surowiec. Jest to dwudolarowy przedział pomiędzy 66 a 68 dolarów za baryłkę. Oczywiście liczone jako ropa Brent, czyli ten gatunek surowca, który jest kwotowany na giełdzie w Londynie. Po zamieszaniu na Bliskim Wschodzie nie ma już żadnego śladu. W piątek na rynek trafiły kolejne dane o zamknięciu kolejnych miejsc wydobycia w USA. Spadek był o 1 punkt procentowy większy, niż oczekiwano. Należy jednak pamiętać, że w pierwszej kolejności zamykane są tam źródła relatywnie niewielkiej mocy, które przy obecnych poziomach cenowych przestają być opłacalne ekonomicznie. Likwidowanie powinno jednak docelowo ograniczać nadwyżkę surowca na rynku i związany z nią spadek cen.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:00 – Niemcy – inflacja CPI,

15:45 – USA – indeks Chicago PMI.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Develia sprzedaje Arkady Wrocławskie spółce Vastint Poland za około 183 mln zł

0

Develia podpisała umowę sprzedaży nieruchomości, na której znajduje się wielofunkcyjny budynek Arkady Wrocławskie ze spółką Vastint Poland, należącą do międzynarodowej grupy inwestującej w nieruchomości komercyjne. Cena sprzedaży netto to 42,967 mln euro (ok. 182 mln zł).

Arkady Wrocławskie to oddany do użytku w 2007 r. obiekt handlowo-biurowy znajdujący się we Wrocławiu w kwartale ul. Powstańców Śląskich, ul. Swobodnej, ul. Komandorskiej oraz ul. Nasypowej. Umowa podpisana przez Develię dotyczy sprzedaży nieruchomości gruntowej wraz z całą zabudową wielofunkcyjną. Aktualnie obiekt znajduje się w procesie rozbiórki.

– Finalizując transakcję sprzedaży Arkad Wrocławskich zrealizowaliśmy jeden z naszych kluczowych strategicznych celów, jakim jest dezinwestycja portfela biurowego i handlowego. Strategia, którą oparliśmy na tym założeniu pozwoliła nam w ostatnich latach reinwestować środki w rozwój priorytetowego dla nas segmentu mieszkaniowego poprzez rozwój organiczny oraz transakcje M&A i jednocześnie istotnie zwiększyć udziały Develii w tym rynku – mówi Andrzej Oślizło, prezes Develii. – Cieszę się, że nową inwestycję na miejscu Arkad Wrocławskich, które przez lata były ważnym miejscem dla mieszkańców stolicy Dolnego Śląska, będzie realizował inwestor z dużym doświadczeniem w projektach mixed-use, co pozytywnie wpłynie na atrakcyjność tego kwartału miasta – dodaje Andrzej Oślizło.

Umowa sprzedaży obiektu Arkady Wrocławskie została podpisana ze spółką Vastint Poland, należącą do międzynarodowej grupy inwestującej w nieruchomości komercyjne. Wartość transakcji wynosi 42,967 mln euro (ok. 182 mln zł).

– Sprzedaż Arkad Wrocławskich w pełni wpisuje się w politykę inwestycyjną Develii. Środki pozyskane z transakcji w wysokości 26 mln EUR przeznaczymy na spłatę kredytu zaciągniętego na jej prefinansowanie. Pozostałą kwotę chcemy płynnie reinwestować w segment mieszkaniowy zapewniający nam wyższe stopy zwrotu, co będzie możliwe dzięki finalizacji przejęcia Bouygues Immobilier Polska w najbliższym czasie – mówi Paweł Ruszczak, wiceprezes Develii.

Aktualnie obiekt Arkady Wrocławskie znajduje się w procesie rozbiórki, którą rozpoczęła Develia i zrealizowała w zakresie demontażu zewnętrznych elementów nieruchomości, a kontynuować będzie Vastint Poland. Nowy właściciel na zakupionym terenie planuje zrealizować nowoczesny obiekt wielofunkcyjny.

Arkady Wrocławskie od wielu lat były centralnym punktem spotkań, zakupów i wydarzeń kulturalnych, odgrywając istotną rolę w komercyjnym krajobrazie Wrocławia. Dziś wkraczamy w nowy rozdział historii tego miejsca. Nasze plany zakładają rozbiórkę istniejącego kompleksu i realizację nowoczesnej, wielofunkcyjnej inwestycji. Nowy projekt, starannie zaprojektowany i harmonijnie wpisujący się w tkankę centrum miasta, przyniesie trwałą wartość lokalnej społeczności. Przyciągnie zarówno mieszkańców, jak i przedsiębiorców, tworząc tętniącą przestrzeń do życia, pracy i spędzania wolnego czasu – mówi Roger Andersson, dyrektor zarządzający Vastint Poland.

Vastint Poland zrealizował dotychczas we Wrocławiu m.in. kompleks biurowy Business Garden oraz budynek biurowy B10 wraz z hotelem Element by Westin.

Doradcą prawnym Develii w ramach transakcji była firma Dentons, a komercyjnym Avison Young. Wsparcie prawne dla Vastint zapewnił Legal Kraft.

Niezależność Fed a kurs dolara – czy dolar zyska w lipcu?

Pod koniec ubiegłego tygodnia kurs EUR/USD przestał rosnąć i zatrzymał się tuż powyżej poziomu 1,1750. Może to sugerować koniec słabości dolara, choć odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna – wszystko zależy od przyczyn, które stoją za ostatnim wzrostem oczekiwań rynkowych na obniżki stóp procentowych w USA. To właśnie te oczekiwania były prawdopodobnie głównym czynnikiem osłabiającym dolara.

Znaczenie ma jednak to, dlaczego inwestorzy zaczęli zakładać, że Rezerwa Federalna zdecyduje się szybciej obniżyć stopy. Prawdopodbnie stoi za tym fakt, że rynek doszedł do wniosku, że wpływ ceł na inflację okaże się słabszy niż wcześniej sądzono. Co prawda nie możemy wykluczyć tego, że efekt inflacyjny taryf może dopiero nadejść w drugiej połowie roku, co uzasadniałoby bardziej ostrożne podejście Fed. W takim scenariuszu decyzja o pierwszej obniżce stóp mogłaby zapaść dopiero jesienią, a nie w lipcu – jak zaczęły to ostatnio wyceniać rynki.

Bardziej niepokojący byłby jednak scenariusz, w którym uczestnicy rynku dochodzą do wniosku, że Fed zaczyna ulegać presji politycznej ze strony Białego Domu. Nie chodzi tu o osobę Jerome’a Powella, lecz o pozostałych członków Komitetu Otwartego Rynku, w tym dwóch gubernatorów (Christophera Wallera i Michelle Bowman), którzy ostatnio wypowiadali się w znacznie bardziej „gołębi” tonie niż przewodniczący Fed. Ich sugestie, że do obniżki może dojść już w lipcu, nie przeszły bez echa.

W tym kontekście warto przypomnieć, że członkowie Rady Gubernatorów, która stanowi większość w FOMC, rzadko kiedy głosują inaczej niż reszta. W ciągu ostatnich 25 lat zdarzyło się to jedynie cztery razy. Bowman, co ciekawe, była jedną z osób, które wcześniej wyraziły sprzeciw – w 2023 roku nie poparła obniżki o 50 punktów bazowych. Gdyby w lipcu zarówno ona, jak i Waller, zagłosowali przeciwko utrzymaniu stóp bez zmian, byłby to wyraźny sygnał rozdźwięku w łonie samej rady. Taka sytuacja nie miała miejsca od lat 90., za czasów Alana Greenspana.

Tego rodzaju pęknięcie połączone z presją ze strony prezydenta, mogłoby poważnie zaszkodzić wizerunkowi Fed jako instytucji niezależnej. W oczach rynków taki rozwój wydarzeń mógłby potwierdzać zarzuty, że amerykański bank centralny działa zbyt opieszale, jeśli chodzi o luzowanie polityki pieniężnej, co z kolei tylko zachęcałoby Biały Dom do jeszcze silniejszych nacisków. Nawet jeśli stopy pozostałyby bez zmian w lipcu, dolar w takim otoczeniu niekoniecznie by zyskał – z powodu rosnących wątpliwości co do niezależności amerykańskiego banku centralnego. Ryzyko politycznego wpływu na Fed stanowi wciąz istotne źródło niepewności dla USD.

Autor: Łukasz Zembik, OANDA TMS Brokers

Podatek katastralny w Polsce od trzeciego lokum – czy spełni swoją rolę?

Kwestia podatku katastralnego w Polsce należy już od dawna do jednej z najbardziej palących i kontrowersyjnych kwestii dotyczących nie tylko rodzimej polityki fiskalnej, ale także finansowania samorządów czy też perspektyw rozwojowych krajowej gospodarki przestrzennej. Czy fakt wręcz rekordowej w ostatnim czasie medialnej popularności tematu katastru może zwiastować jego pewną materializację w krajowych realiach podatkowych?

Koncepcja wprowadzenia w Polsce podatku katastralnego, który miałby zastąpić tradycyjną daninę od nieruchomości, posiada już swoją bogatą i dość długą historię. Jeszcze do niedawna proces ten, dość szczęśliwie zresztą dla rodzimych posiadaczy jakichkolwiek nieruchomości, pozostawał w martwym punkcie. Tymczasem, jak zauważają eksperci portalu RynekPierwotny.pl, w niedawnym okresie przedwyborczym kwestia opodatkowania krajowych nieruchomości podatkiem od wartości zdominowała rodzimą przestrzeń medialną na niespotykaną dotąd skalę. Efektem jest wysyp propozycji i koncepcji z projektem ustawy autorstwa Lewicy na czele. Pytanie, na ile są one realne i możliwe do zastosowania.

Od trzeciego, a może piątego lokum. A stawka? Nawet do 4 procent…

Projekt ustawy autorstwa Lewicy wprowadzającej w Polsce podatek katastralny zakłada opodatkowanie taką daniną osób posiadających więcej niż dwa mieszkania. Jest to propozycja dość dobrze korespondująca z pomysłem minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyny Pełczyńskej-Nałęcz, która jednak dodatkowo proponuje wyłączenia dla właścicieli w zależności od liczby dzieci. Oznacza to, że jeżeli właściciel mieszkań ma co najmniej dwójkę dzieci i deklaruje, że jego mieszkania będą przeznaczone dla potomstwa, to te lokale miałyby być zwolnione z podatku katastralnego w stosunku jedno mieszkanie na jedno dziecko.

Inna, znacznie bardziej oryginalna propozycja, złożona w Sejmie w formie petycji obywatelskiej, zakłada opodatkowanie katastrem piątej i kolejnych nieruchomości mieszkalnych i gruntowych. Miały by być to nieruchomości będące przedmiotem najmu lub dzierżawy, nie wykorzystywane efektywnie (pustostany), a także służące właścicielowi jako „second home” lub mieszkanie wakacyjne, jeżeli ten posiadałby już co najmniej 4 inne nieruchomości.

Najciekawiej jednak wyglądają w tym przypadku proponowane stawki daniny: 2 proc. wartości katastralnej dla piątej i szóstej nieruchomości, 3 proc. dla siódmej i ósmej, wreszcie 4 proc. dla dziewiątej i kolejnych.

Od decyzji do materializacji bardzo daleka droga

Tymczasem dyskusję na temat wprowadzenia podatku katastralnego wypadałoby zacząć od analizy gotowości państwa polskiego do jego wprowadzenia. Tego typu kwestia raczej nie jest specjalnie podnoszona przy okazji prezentowania kolejnych pomysłów decydentów zapowiadających rewolucję w opodatkowaniu rodzimych nieruchomości. Tymczasem kataster to nie to samo, co zadysponowanie podatku od cukru czy dochodów sektora bankowego, które można wprowadzić od ręki i natychmiast liczyć profity budżetu państwa.

Polska niestety nie dysponuje ani niezbędną infrastrukturą administracyjną, ani tym bardziej kompleksowym systemem ewidencji wartości nieruchomości. Obecnie działający system ewidencji gruntów i budynków (EGiB) nie zawiera dokładnych wycen rynkowych nieruchomości. Poza tym księgi wieczyste są niekompletne i często nieaktualne. Brakuje centralnej bazy wartości nieruchomości. Przed wprowadzeniem katastru konieczna jest więc gruntowna reforma systemu ewidencji nieruchomości.

Poza tym podatek katastralny wymagałby stworzenia systemu regularnej i precyzyjnej taksacji nieruchomości – powszechnego systemu wyceny. Obsługa podatku katastralnego, w tym systemu wyceny, wymagałaby powołania licznego, specjalistycznego aparatu urzędniczego, którego zbudowanie, a następnie koszty funkcjonowania liczone byłyby w setkach milionów złotych rocznie. Sam koszt masowej wyceny kilkunastu milionów nieruchomości byłby gigantyczny, a sam proces złożony, długotrwały oraz narażony na liczne spory i manipulacje.

Prawdopodobnie rodzime społeczeństwo także wciąż nie jest w pełni gotowe na wprowadzenie tej daniny, co może skutkować silnym społecznym sprzeciwem.

Jak podatek katastralny wpłynąłby na krajowy rynek nieruchomości?

Najbardziej prawdopodobnym skutkiem wprowadzenia w Polsce katastru byłoby zniechęcenie do inwestowania w obłożone tym podatkiem nieruchomości. Trzeba mieć świadomość, że dotyczyłby on nie tylko nieruchomości mieszkalnych, ale także gruntowych czy komercyjnych, o czym się praktycznie nie wspomina w ostatnich publikacjach dotyczących tego tematu.

Zapewne przedmiotowa regulacja wywołałaby u właścicieli większej liczby mieszkań zdecydowany odruch podażowy. Przy umiarkowanych stawkach, nie wyższych niż 1 proc. wartości lokum, byłby on jeszcze stosunkowo ograniczony. Jednak przy większej skali, np. 2 proc. i więcej jak to bywa proponowane, mógłby skutkować wyprzedażową paniką mieszkań inwestycyjnych. Biorąc pod uwagę „wielką niewiadomą” wolumenów lokacyjnych mieszkaniowych pustostanów w Polsce, skutki takiej sytuacji byłyby trudne do przewidzenia.

Jak duża ilość lokali mieszkalnych pojawiłaby się na rynku po wprowadzeniu podatku od wartości, będzie zależało od formy jego wprowadzenia, a przede wszystkim od stawek daniny. W przypadku stawki 1-procentowej z całą pewnością rozwiązałby się mniejszy lub większy worek z podażą mieszkań dotychczas przetrzymywanych jako lokata kapitału. Wolumen rzędu 100-150 tys. lokali jest jak najbardziej realny, co przez jakiś czas dość mocno mogłoby wpływać na ceny mieszkań zarówno na mieszkaniowym rynku wtórnym jak i pierwotnym.

Podatek katastralny w Polsce, czyli jaki?

Propozycje polityków wprowadzenia podatku katastralnego w Polsce mogą budzić szereg wątpliwości. Wprowadzenie tej daniny od trzeciego lokum ma z jednej strony uruchomić jej funkcjonowanie w Polsce zgodnie z unijnymi zaleceniami, z drugiej jednak ma zapobiec narażaniu się swemu elektoratowi. Jak bowiem wiadomo, od lat w kraju istnieje stanowcza społeczna awersja w odniesieniu do podatku od wartości nieruchomości.

Gdyby faktycznie wprowadzić go w ten sposób, kataster objąłby około 300 – 400 tys. w większości tych najtańszych, inwestycyjnych mieszkań, z około 16 mln ogółem, i objąłby około 1 proc. podatników. Z kolei wśród tych nieopodatkowanych od wartości (czyli w przypadku pierwszych dwóch) znalazłyby się dziesiątki tysięcy najdroższych, luksusowych mieszkań i domów należących do wąskiego grona najbogatszych Polaków. W ten sposób podatek katastralny poza bardzo poważnym uszczerbkiem swojej efektywności nie spełniłby warunku sprawiedliwości społecznej, czyli obciążenia w pierwszym rzędzie najbardziej zasobnych w majątek rodaków.

Poza tym niebagatelne koszty wprowadzenia, a następnie utrzymania katastru w Polsce odpowiadałyby wszystkim nieruchomościom m.in. mieszkaniowym, natomiast dochód z racji wyższego opodatkowania katastralnego dotyczyłby tylko mniej więcej 3 procent ogółu lokali.  Jak zauważają eksperci portalu RynekPierwotny.pl to rodzi pytanie o finansową skuteczność takiego rozwiązania. We Włoszech podatek katastralny pobierany jest od drugiego lokum, a wpływy z niego wynoszą około 0,4 proc. PKB, czyli mniej więcej tyle, ile w Polsce z obecnego podatku od powierzchni. Przy katastrze od trzeciego posiadanego mieszkania w skrajnym przypadku budżetowe wpływy z kosztami mogłyby się wręcz nie zbilansować. Tymczasem główną misją podatku katastralnego jest radykalne podniesienie dochodów samorządów i w ten sposób odciążenie budżetu państwa, a nie bezefektywne pozorowanie działań zgodnych z zaleceniami Komisji Europejskiej czy OECD.

Trudno jest też do końca uzasadnić zwolnienie z podatku katastralnego osób posiadających co najmniej dwójkę dzieci w relacji jedno mieszkanie na jedno dziecko. To kolejny krok w kierunku wyłączenia z przedmiotowej daniny najzamożniejszej grupy rodaków.

Tymczasem, ażeby podatek katastralny w Polsce przyniósł namacalne efekty, opodatkowanie nim powinno dotyczyć bez wyjątku wszystkich mieszkań i domów, z pewnością jednak w sposób progresywny. Przykładowe stawki to 0,3 proc. od pierwszego lokum, 0,5 od drugiego, i nawet 1 proc. od trzeciego i kolejnych. Oczywiście niezbędny byłby powszechny na świecie w takim przypadku system ulg i zwolnień dla gorzej sytuowanych obywateli, m.in. dla seniorów, rodzin wielodzietnych czy inwalidów.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Inflacja CPI w Polsce w czerwcu powyżej prognoz

Wstępny odczyt czerwcowej inflacji CPI w Polsce wynosi 4,1 proc. i jest o 0,1 p.p. wyższy od zarówno poprzedniego odczytu, jak i oczekiwanego.

Tego typu zaskoczenie z pewnością umocni RPP przy utrzymaniu stopy procentowej na obecnym poziomie na najbliższym posiedzeniu, nawet pomimo słabych odczytów ekonomicznych z poprzedniego tygodnia.

Autor: Piotr Bawolski, CFA, Dyrektor ds. Klientów Strategicznych, Michael / Ström Dom Maklerski

Zbroimy się na potęgę, ale brakuje 250 tys. pracowników do armii i przemysłu zbrojeniowego

Polska inwestuje w rozwój potencjału militarnego na niespotykaną dotąd skalę, ale tempo realizacji planów może ograniczyć trudna sytuacja na rynku pracy. Jak wynika z opracowania „CE Economic Outlook” firmy doradczej Deloitte, branża ta będzie musiała zatrudnić dodatkowo około 70 tys. żołnierzy, 90 tys. specjalistów w przemyśle zbrojeniowym i 77 tys. osób w łańcuchach dostaw. Stanowi to istotne wyzwanie, jako że już dziś ponad 40 proc. spośród wszystkich firm w Polsce zgłasza trudności w obsadzeniu wakatów, a w ciągu najbliższych 10 lat liczba osób w wieku produkcyjnym spadnie o kolejne 800 tys. Bez dodatkowych działań zwiększających podaż pracy, rozbudowa sektora obronnego może prowadzić do presji płacowej, ograniczenia konkurencyjności polskich firm i wolniejszego wzrostu dochodów podatkowych.

Obecna skala zatrudnienia w przemyśle zbrojeniowym w Polsce jest znacząco mniejsza niż poziom potrzebny do realizacji planów modernizacyjnych. Do 2035 roku sektor ten będzie potrzebował wraz z siłami zbrojnymi i zapleczem technicznym ok. 250 tys. nowych pracowników. Będzie to wynikało zarówno z większej skali zamówień i liczniejszej armii, jak i rosnącej roli polskiego przemysłu w dostawach uzbrojenia. To ogromna zmiana, zwłaszcza że równolegle systematycznie zmniejsza się grupa osób w wieku między 18 a 44 lat. Utrzymanie równowagi będzie wymagało nie tylko zwiększenia zatrudnienia w przemyśle obronnym, ale także kompensacji ubytków kadrowych w innych branżach. W tym procesie istotną rolę może odegrać aktywizacja zawodowa studentów, seniorów czy osób z niepełnosprawnościami.

Jednocześnie polityka państwa powinna sprzyjać przepływowi pracowników do bardziej produktywnych sektorów, co poprawi efektywność wykorzystania zasobów i poszerzy wpływy z podatków, które są niezbędne do finansowania obronności. Równolegle należy przystosować system edukacyjny i szkoleniowy, by szybciej i skuteczniej odpowiadał na potrzeby sektora zbrojeniowego i Sił Zbrojnych RP.

Ambitne założenia zwiększenia zdolności militarnych wymagają nie tylko zakupów nowoczesnego uzbrojenia i rozbudowy jego produkcji w kraju, ale całego ekosystemu wsparcia: wyszkolonego personelu, infrastruktury, kompetencji przemysłowych i serwisowych. Bez ludzi nie da się zbudować nowoczesnej, skutecznej armii. W sytuacji, gdy mamy rekordowo niskie bezrobocie na poziomie 2,8 proc., a oprócz tego odnotowujemy stały spadek liczby osób w wieku produkcyjnym, to zapewnienie odpowiedniej liczby specjalistów staje się jednym z największych wyzwań dla całej branży – podkreśla Mariusz Ustyjańczuk, partner, lider sektora obronnego, Deloitte w Europie Środkowej.

Długofalowe finansowanie sektora

Inwestycje w obronność, choć nie należą do wydatków bezpośrednio wspierających wzrost gospodarczy, stanowią formę strategicznego ubezpieczenia. Ich celem jest zapobieganie konfliktom, które pociągają za sobą znacznie większe koszty. Według danych Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, kraje prowadzące wojnę na własnym terytorium notują średnio o 7 p.p. niższy PKB per capita niż państwa o podobnym profilu, które nie doświadczyły działań zbrojnych. Z tej perspektywy kwoty przeznaczane na obronność mogą okazać się nie obciążeniem, a warunkiem utrzymania stabilności gospodarczej oraz uniknięcia strat ekonomicznych i społecznych.

W związku z potrzebą trwałego podniesienia nakładów na ten cel, Polska musi znaleźć źródła finansowania bardziej zrównoważone niż dalszy wzrost długu publicznego, który zbliża się do konstytucyjnego limitu 60 proc. PKB. Długofalowo optymalną ścieżką jest wspieranie wzrostu gospodarczego i dążenie do poprawy sytuacji ekonomicznej, co przełoży się na wzrost produktu krajowego brutto i wyższe dochody podatkowe.

Inwestycje w obronność wymagają nie tylko znacznych nakładów finansowych, ale też realokacji zasobów w gospodarce. W warunkach starzejącego się społeczeństwa i jednej z najniższych stóp bezrobocia w Unii Europejskiej wyzwaniem staje się zarówno znalezienie funduszy, jak i wykwalifikowanych pracowników do realizacji tych planów. Dlatego strategia bezpieczeństwa musi być dziś ściśle powiązana z polityką rynku pracy i długoterminowym planem rozwoju – dodaje dr Aleksander Łaszek, lider zespołu analiz ekonomicznych, Deloitte.

Wydajność jako warunek sukcesu

Rozbudowa przemysłu obronnego w Polsce powinna iść w parze ze wzrostem efektywności tak, aby jak najlepiej wykorzystać dostępne zasoby. Głównym warunkiem skutecznej transformacji będzie odejście od pracochłonnych metod wytwarzania na rzecz ustandaryzowanych procesów przemysłowych. Wymaga to z jednej strony inwestycji w automatyzację po stronie firm, z drugiej, przemyślanej i długofalowej strategii zakupowej po stronie wojska. Efektywność może poprawić m.in. utrzymanie przewidywalnego, długoterminowego portfela zamówień, dbanie o komplementarność różnych typów uzbrojenia czy też aktywne włączenie sektora prywatnego i partnerstwa publiczno-prywatne.

Presja na szybkie podniesienie efektywności sektora jest duża ze względu na realność zagrożenia. Wiele krajów z regionu Europy Środkowej zdecydowało się na gwałtowny wzrost wydatków obronnych wraz z rozpoczęciem inwazji Rosji na Ukrainę. Dane pokazują wyraźną zależność – im bliżej Moskwy znajduje się stolica danego państwa, tym wyższy jest jego poziom nakładów na cele militarne w relacji do PKB. Przykładem może być Polska, w której poniesione koszty przekraczają 4 proc. PKB, a także kraje bałtyckie, takie jak Estonia, Łotwa czy Litwa – wszystkie powyżej poziomu 2,5-3 proc. PKB.

Kurs dolara blisko 7-letnich minimów. Złoty zyskuje na globalnej słabości USD

Jeszcze na poniedziałkowym otwarciu wydawało się to odległym mirażem, a jednak złoty może mieć zaraz za sobą jeden z najlepszych tygodni w tym roku. PLN korzysta z ucieczki kapitału od USD i poprawy rynkowych nastrojów. Czy to koniec dyskusji o lipcowej decyzji RPP? Czy wręcz przeciwnie – doskonały punkt wyjścia do zwiększonej zmienności w najbliższych dniach?

Tydzień PLN

Na początek warto zobrazować, jak skuteczny atak w tym tygodniu przeprowadził złoty na parach z głównymi walutami. Najmocniejsza (bo ponad 10-groszowa) zmiana widoczna jest na USD/PLN i jest to zgodne z globalnym trendem ucieczki od USD. Kurs dolara zbliżył się do 7-letnich minimów i wciąż może zdecydować się na testowanie 3,60 zł. Jednak do zmienności na parach dolarowych można było się w ostatnich miesiącach przyzwyczaić. Inwestorzy tym razem przesunęli ekspozycję na ryzyko głębiej, co poskutkowało wyrwaniem z marazmu nawet pary EUR/PLN. Kurs euro zanurkował w tym tygodniu o blisko 5 groszy, docierając tym samym w pobliże 4,23 zł. Można ten obszar uznać za istotny technicznie, ponieważ w jego pobliżu odnajdziemy dolne ograniczenie majowego trendu bocznego. Wybicie tego wsparcia będzie wyraźnym sygnałem dla podejścia do 4,20 zł. Jeżeli w przyszłym tygodniu nie zaskoczy polski odczyt inflacyjny (poniedziałek), a RPP zachowa się zgodnie z oczekiwaniami (brak ruchu w środę), to lokalne czynniki pozostaną silnym fundamentem dla złotego. Nawet w przypadku korekty aktualnych trendów straty rodzimej waluty mogą być ograniczone.

Kurs EUR/USD na szczytach

Lokalne fundamenty to jednak tylko część równania na parach złotowych. Na pierwszym miejscu pozostaje globalny przepływ kapitału. Na ten składa się m.in. ekspozycja na inwestycyjne ryzyko ze strony największych graczy. Dlatego właśnie w tym tygodniu tak bardzo zyskały waluty rynków wschodzących, w tym PLN. Jednak wiele z tego co opisujemy powyżej bierze swój początek na głównej parze świata. A kurs EUR/USD w dalszym ciągu zdaje się nienasycony i w piątkowe popołudnie testuje lokalne i zarazem kilkuletnie szczyty przy 1,173 $. Nastawienia inwestorów nie zmieniły dane o wydatkach Amerykanów. Ulubiona miara inflacyjna Rezerwy Federalnej, czyli PCE, poszła górę w ujęciu rocznym o 2,3%. Podobna zmiana dotknęła PCE Core, który wyniósł 2,7% rdr. Tak delikatne zmiany w maju nie powinny wpływać na zmianę optyki amerykańskich decydentów. Dlatego też mogą stanowić co najwyżej pretekst, a nie fundamentalny impuls dla dalszego postrzegania USD. Coraz większe piętno na polityce monetarnej USA odciska prezydent Donald Trump. Jego podejście do kwestii następcy na stanowisku szefa Fed można postrzegać jako próbę wywierania presji na bankierach. Nie można wykluczyć, że ostatecznie znajdzie to odzwierciedlenie w ruchach władzy monetarnej. Wtedy należałoby to uznać za negatywny sygnał co do niezależności banku centralnego.

Autor: Adam Fuchs, analityk walutowy Walutomat.pl

PZU i Bank Pekao robią kolejny krok na drodze do połączenia

PZU SA i Bank Pekao SA podpisały dokument wstępnie ustalający zasady współpracy obydwu firm przy potencjalnej transakcji reorganizacji grupy kapitałowej i stworzenia nowej grupy bankowo-ubezpieczeniowej (tzw. term sheet). Podpisanie dokumentu to kolejny krok w przygotowaniu transakcji, zacieśniający współpracę stron. Ustalono m.in., że spółki powołają Komitet Sterujący oraz wspólne grupy robocze, które będą realizowały prace nad projektem.

Zgodnie z podpisanym 2 czerwca memorandum o współpracy, PZU i Pekao chcą doprowadzić do reorganizacji i zwiększenia efektywności grupy kapitałowej poprzez uwolnienie nadwyżki kapitałowej sięgającej nawet 20 mld zł. W pierwszym etapie prowadzącym do potencjalnej transakcji planowany jest podział PZU SA poprzez wyodrębnienie spółki holdingowej oraz w 100 proc. zależnej od niej spółki prowadzącej działalność operacyjną w zakresie ubezpieczeń majątkowych i pozostałych osobowych. W drugim etapie spółka holdingowa PZU zostanie połączona z Bankiem Pekao jako podmiotem przejmującym. Ostateczną decyzję co do połączenia podejmą akcjonariusze obu spółek.

W term sheet wskazano, że PZU już podjęło i prowadzić będzie działania zmierzające do przeprowadzenia podziału i stworzenia struktury holdingowej. Dokument określa zasady współdziałania obu stron w dążeniu do zrealizowania planowanej transakcji, zadania do wykonania, poszczególne etapy prac. W celu zapewnienia ścisłej koordynacji działań, strony powołają Komitet Sterujący złożony z prezesów PZU i Pekao oraz po jednym członku zarządu z każdej ze spółek. Komitet będzie zbierał się regularnie i podejmował decyzje jednomyślnie.  Określi on m.in. harmonogram i kamienie milowe projektu. Strony zatrudnią też wspólnie zewnętrznego menedżera projektu oraz utworzą grupy robocze – wspólne oraz własne – dla poszczególnych obszarów działań związanych z realizacją projektu.

W term sheet wskazano także, że strony określą zasady ustalania parytetu wymiany akcji PZU na akcje Banku Pekao, które miałyby zostać wydane akcjonariuszom PZU w procesie połączenia tych spółek. Parytet ma zostać ustalony biorąc pod uwagę interes wszystkich akcjonariuszy, w tym akcjonariuszy mniejszościowych, a wyceny PZU i Banku Pekao zostaną dokonane przez renomowane podmioty wybrane odpowiednio przez ubezpieczyciela i bank.

Chcemy przeprowadzić absolutnie unikatową co do skali, złożoności i znaczenia transakcję. Nie było takiej na naszym rynku finansowym. Gramy o uwolnienie od 15 do 20 mld zł kapitału dla akcjonariuszy PZU i Pekao i dla polskiej gospodarki. Mobilizuje to nas i bank, angażuje wielu pracowników, najlepszych doradców i wymaga zgodnego współdziałania. Podpisanie term sheet, organizującego prace i wytyczającego ścieżkę, to sygnał, że realizujemy konkretne działania i zmierzamy do celu – mówi Andrzej Klesyk, p.o. prezes zarządu PZU.

Prace nad stworzeniem nowej i ważnej dla polskiej gospodarki grupy finansowej wkraczają w kolejny etap. Mamy klarowną mapę drogową, tworzymy merytoryczne zespoły robocze i wrzucamy wyższy bieg w naszej współpracy. Przed nami jeszcze wiele wyzwań, ale dzięki dobrej organizacji i kooperacji z PZU jesteśmy na dobrej drodze do zrealizowania tego ambitnego projektu – mówi prezes zarządu Banku Pekao Cezary Stypułkowski.

Term sheet potwierdza, że intencją stron jest zrealizowanie potencjalnej transakcji do 30 czerwca 2026 r. PZU i Bank Pekao zaznaczają, że przeprowadzenie transakcji jest uzależnione od szeregu czynników od nich niezależnych, m.in. wejścia w życie odpowiednich zmian legislacyjnych, w tym nowelizacji czterech ustaw (o zasadach zarządzania mieniem państwowym, prawa bankowego, o działalności ubezpieczeniowej i reasekuracyjnej oraz o dystrybucji ubezpieczeń), uzgodnienia i zawarcia przez strony stosownej dokumentacji transakcyjnej (w terminie do 120 dni od dnia wejścia w życie koniecznych zmian legislacyjnych), uzyskania zgód Rady Ministrów oraz szeregu zgód regulacyjnych, w szczególności KNF.

Pierwsza potwierdzona śmierć pacjenta w wyniku cyberataku na brytyjski system medyczny NHS

Brytyjski system ochrony zdrowia NHS zmaga się z tragicznymi konsekwencjami cyberataku, który miał miejsce 3 czerwca ubiegłego roku. W jego wyniku doszło nie tylko do paraliżu systemu opieki zdrowotnej w Londynie, ale – jak właśnie potwierdzono – także do śmierci pacjenta. To pierwszy przypadek, gdy zgon został bezpośrednio powiązany z działaniami cyberprzestępców.

Jak poinformował King’s College Hospital NHS Foundation Trust, jeden z pacjentów zmarł niespodziewanie podczas trwania ataku. – Śledztwo w sprawie incydentu związanego z bezpieczeństwem pacjenta wykazało szereg czynników, które przyczyniły się do śmierci, w tym opóźnienie w otrzymaniu wyniku badania krwi, spowodowane zakłóceniem pracy usług diagnostycznych – przekazał rzecznik placówki.

Cyberatak, przeprowadzony przez powiązaną z Rosją grupę ransomware’ową Qilin , uderzył w firmę Synnovis, odpowiedzialną za świadczenie usług diagnostyki laboratoryjnej, głównie w południowo-wschodnim Londynie. W wyniku ataku opóźnionych zostało 1 100 zabiegów onkologicznych, odwołano 2000 wizyt ambulatoryjnych a ponad 1000 operacji przesunięto na inny termin.

Najbardziej dotknięte zostały szpitale: Guy’s and St Thomas’, King’s College oraz Lewisham and Greenwich, a także przychodnie podstawowej opieki zdrowotnej w sześciu dzielnicach Londynu oraz dwa ośrodki zdrowia psychicznego.

Z powodu braku dostępu do systemów diagnostycznych, placówki medyczne nie mogły przeprowadzać standardowego dopasowania grup krwi i były zmuszone do stosowania krwi uniwersalnej grupy 0. To z kolei – jak poinformowało NHS England – przyczyniło się do ogólnokrajowego niedoboru krwi tej grupy.

Dane pacjentów opublikowane w sieci

W wyniku ataku cyberprzestępcy nie tylko sparaliżowali działanie systemów, ale również wykradli i upublicznili wrażliwe dane medyczne pacjentów. To kolejny aspekt pokazujący, jak poważne mogą być skutki naruszenia bezpieczeństwa cyfrowego w służbie zdrowia.

Były dyrektor ds. cyberbezpieczeństwa NHS Scotland, Deryck Mitchelson, obecnie pełniący tę samą funkcję w firmie Check Point, skomentował: Potwierdzona śmierć pacjenta to tragedia, ale nie jest zaskoczeniem. NHS opiera się na skomplikowanej sieci dostawców i usługodawców. To oznacza, że jesteśmy tylko tak bezpieczni, jak nasze najsłabsze ogniwo. Dla tych, którzy stoją za tym atakiem: to nie był bezosobowy akt. Nie chodziło tylko o dane czy systemy – chodziło o opiekę. O ludzi. Jeden z nich właśnie stracił życie. I to powinno naprawdę ciążyć na sumieniu.

Prezes Synnovis, Mark Dollar, dodał Jesteśmy głęboko zasmuceni, że ubiegłoroczny przestępczy cyberatak został zidentyfikowany jako jeden z czynników przyczyniających się do śmierci tego pacjenta.

Nowa era cyberzagrożeń

Tragiczne wydarzenia w Wielkiej Brytanii przypominają, że cyberatak to nie tylko kwestia utraty danych – to realne zagrożenie dla życia i zdrowia. W świecie, w którym służba zdrowia coraz bardziej polega na technologii, cyberbezpieczeństwo staje się równie ważne jak skuteczna terapia.

Sektor medyczny jest stałym celem ataków również w Polsce

Przed kilkoma dniami ofiara ataku padła Poznańska Pracownia Patomorfologii i Cytologii Paweł Kurzawa. Cyberprzestępcy włamali się do systemu informatycznego, szyfrując dane i żądając okupu. Choć nie potwierdzono wycieku danych, istnieje ryzyko, że nieuprawnione osoby mogły uzyskać dostęp do wrażliwych informacji, takich jak imiona i nazwiska pacjentów, daty urodzenia, numery PESEL, telefony oraz adresy e-mail.

Atak dotyczył plików zawierających wyniki badań. Pracownia poinformowała o incydencie Urząd Ochrony Danych Osobowych oraz policję, zabezpieczyła dokumentację i przeniosła dane na nowe serwery.

Wcześniej celem były m.in. szpital MSWiA w Krakowie, ALAB Laboratoria czy SPZOZ w Pajęcznie – co pokazuje, jak atrakcyjnym celem dla cyberprzestępców stają się dane medyczne.

W maju br. przedsiębiorcy założyli ponad 25 tys. jednoosobowych firm. To wzrost o blisko 5 proc. r/r

Jak wynika z analizy danych MRiT, w maju liczba wniosków dotyczących założenia jednoosobowej działalności gospodarczej spadła o ponad 9% w porównaniu z kwietniem. Natomiast rok do roku nastąpił wzrost o blisko 5%. Ostatnio prawie połowa takich przypadków dotyczyła biznesów, które nie miały wskazanego województwa prowadzenia działalności. Jednocześnie zgłoszeń ws. założenia JDG było mniej niż dotyczących jej zawieszenia. Ponadto liczba wniosków o wznowienie JDG spadła o blisko 16% w porównaniu z miesiącem wcześniejszym i o 2% w stosunku do maja 2024 roku.

Z danych udostępnionych przez Ministerstwo Rozwoju i Technologii (MRiT) wynika, że w maju br. do rejestru CEIDG (Centralna Ewidencja i Informacja o Działalności Gospodarczej) wpłynęło 25,2 tys. wniosków dotyczących założenia jednoosobowej działalności gospodarczej. To o 9,4% mniej niż miesiąc wcześniej, kiedy takich przypadków odnotowano 27,9 tys. Z kolei porównując dane rok do roku, widzimy wzrost o 4,6%. W maju 2024 roku było ich 24,1 tys.

– Z punktu widzenia gospodarki bardziej miarodajny i interpretowalny jest wynik rok do roku niż miesiąc do miesiąca. W tym przypadku wzrost liczby wniosków dotyczących założenia jednoosobowej działalności gospodarczej o 4,6% trzeba ocenić pozytywnie. Niemniej jednak nie należy ignorować wskazanego spadku mdm. Kluczowe jest pytanie, czy są to cykliczne korekty czy oznaki pogorszenia się warunków dla przedsiębiorczości – komentuje dr hab. Małgorzata Porada-Rochoń, prof. Uniwersytetu Szczecińskiego z Instytutu Ekonomii i Finansów tej uczelni.

W ocenie mec. Łukasza Goszczyńskiego z kancelarii prawa gospodarczego GKPG, spadek w stosunku miesiąc do miesiąca nie jest aż tak bardzo istotny, ale nie należy go lekceważyć. Z kolei wzrost rok do roku może wskazywać na polepszenie się nastrojów wśród obywateli, którzy chcą rozpocząć swoją przygodę z działalnością gospodarczą. Do tego mec. Adrian Parol, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny, dodaje, że to jest dobra jaskółka. Jednak, według eksperta, sytuację trzeba dalej obserwować, bo ten wzrost nie jest jeszcze jakąś stałą tendencją. Przedsiębiorcy, szczególnie ci najmniejsi, cały czas czekają na zapowiadane zmiany w prawie. Jeżeli one się nie pojawią, to sytuacja szybko może się zmienić w drugą stronę.

– Taki spadek miesiąc do miesiąca należy oceniać ostrożnie, w szczególności przyglądając się bacznie procesom i zjawiskom rynkowym, a także kolejnym danym. Mniej nowych firm oznacza mniejszą konkurencję i ograniczenia z innowacjami, co może w dłuższej perspektywie doprowadzić do stagnacji gospodarczej – dodaje ekspertka z Uniwersytetu Szczecińskiego.

Ponadto z danych MRiT wynika, że w maju br. 11,3 tys. wniosków (tj. 44,9% wszystkich z tego zakresu) dotyczyło firm, które nie miały wskazanego województwa prowadzenia działalności. Dla porównania, biorąc pod uwagę dane dotyczące województw, najwięcej zgłoszeń dotyczyło mazowieckiego – 2,4 tys., śląskiego – 1,4 tys. i wielkopolskiego – 1,4 tys.

– Tego typu sytuacja wynika zarówno z wygody, bo prawo na to pozwala, ale coraz częściej – z faktycznie prowadzonego profilu działalności gospodarczej. Przedsiębiorcy wykonują zlecenia na terenie całego kraju i nie chcą określać się na papierze, z której części kraju pochodzą, żeby nie ograniczać sobie zleceń przychodzących z różnych części Polski. I to jest sytuacja dość naturalna – ocenia mec. Adrian Parol.

W maju br. liczba wniosków dotyczących założenia JDG była więc mniejsza od liczby wniosków dotyczących zawieszenia JDG (25,2 tys. vs. 26,8 tys.). Jak przekonuje dr hab. Małgorzata Porada-Rochoń, prof. US, dane miesięczne należy oceniać z należytą ostrożnością. Przedstawiona sytuacja nie napawa optymizmem, ale też nie powinna nadmiernie niepokoić. Przywołane dane potwierdzają wyniki comiesięcznego monitoringu nastrojów polskich przedsiębiorstw w maju 2025 roku. Według nich, 24% mikrofirm przewiduje pogorszenie sytuacji gospodarczej, choć w kwietniu było to 36%.

– Skala zakładanych JDG w stosunku do liczby zawieszonych firm jest dość symboliczna. I raczej nie wyciągałbym z tego żadnych konkretnych wniosków. Chociaż należy też dodać, że ten proces trzeba dalej obserwować i analizować, ale raczej z perspektywy szerszego okresu. Wówczas obraz sytuacji będzie pełniejszy – twierdzi ekspert z kancelarii GKPG.

Dr hab. Małgorzata Porada-Rochoń, prof. US, zwraca uwagę na ostrożność sektora bankowego w zakresie finansowania JDG, w tym wymagania dotyczącego oceny zdolności kredytowej. One sprawiają, że finansowanie ekspansji i rozwoju może być ograniczone. Według ekspertki, szczególnego znaczenia nabiera również konieczność dostępu do kapitału w celu wznowienia działalności po uprzednim zawieszeniu. W marcu 2025 roku, w porównaniu z marcem 2024 roku, banki udzieliły mikroprzedsiębiorcom mniej kredytów (-2,9%) i na niższą wartość (-4,4%).

– Zgadzam się z tym stwierdzeniem, że w dzisiejszych czasach konieczność dostępu do kapitału nabiera szczególnego znaczenia. Jednak nasz sektor bankowy trochę po macoszemu traktuje przedsiębiorców, zwłaszcza tych najmniejszych, bo z reguły widzi tam spore ryzyko, które niestety, ale często się sprawdza – dodaje mec. Adrian Parol.

Według danych resortu, w maju br. do rejestru CEIDG wpłynęło 17,5 tys. wniosków o wznowienie jednoosobowej działalności gospodarczej. To o 15,8% mniej niż w kwietniu br. Wówczas takich przypadków odnotowano 20,7 tys. Natomiast rdr. widać spadek o 2%. W maju ub.r. było ich 17,8 tys.

– Zbliżający się okres wakacyjny i urlopowy cyklicznie rezonuje ze wzrostem zatrudniania pracowników sezonowych i wznawiania jednoosobowych działalności gospodarczych. Większa liczba tego typu wniosków w kwietniu niż w kolejnym miesiącu może wskazywać na rozpoczęcie działalności sezonowej w okresie tzw. majówki. Branżami, które w sposób szczególny wpisują się w kolaż biznesu sezonowego, są przede wszystkim turystyka i hotelarstwo, gastronomia, branża eventowa, transport i okolicznościowy handel – zaznacza dr hab. Małgorzata Porada-Rochoń, prof. US.

Podsumowując, mec. Łukasz Goszczyński uzupełnia, że ten 2% spadek rok do roku może trochę martwić, bo przecież w maju powinien już zacząć się sezon letni w usługach, gdzie to ożywienie w kwestii wznawiania JDG zawsze było zdecydowanie większe. Jedynym sensownym wyjaśnieniem może być to, że przedsiębiorcy z tego typu decyzją trochę się wstrzymali, bo na drodze stanęła im kiepska pogoda. Być może ocenili oni, że przy tak niesprzyjających warunkach jeszcze poczekają. Dlatego ekspert uważa, że z jednoznaczną oceną sytuacji należy poczekać, aż będą dostępne dane z czerwca br.

Make Dollar Weak Again? Kurs dolara najniższy od lat, złoty triumfuje

Europejska inflacja w cieniu amerykańskiej. Dolar w dalszym ciągu w głębokiej defensywie. Złoty kontynuuje atak na euro. Pasmo sukcesów prezydenta Donalda Trumpa.

Inflacja w Europie zaskakuje

W piątek rozpoczynamy comiesięczny sezon wstępnych odczytów inflacyjnych. Na razie ich wyniki zaskakują w górę, a równocześnie dobitnie pokazują różnice w unii walutowej. Francuski CPI w ujęciu rocznym wyniósł 0,9%, co w przypadku drugiej gospodarki UE wskazywałoby na przestrzeń do dalszych obniżek stóp w strefie euro. Jednak rzut beretem przez Pireneje i sytuacja staje się mniej oczywista. W Hiszpanii wskaźnik inflacji podskoczył do 2,2% rdr, czyli znalazł się w pobliżu aktualnych stóp procentowych, co może wzmagać ostrożność u monetarnych decydentów. Mimo wszystko powyższe publikacje nie były w stanie wykreować głębszego rynkowego impulsu. Takowy może jednak przyjść po południu, gdy poznamy dane o wydatkach Amerykanów. W południe kurs EUR/USD utrzymuje się stabilnie powyżej 1,17 $.

Make Dollar Weak Again

Prezydent USA może zaliczyć mijający tydzień do jednych z najbardziej udanych za swego urzędowania. Najpierw zasadniczo wymusił zawieszenie broni między Izraelem a Iranem, co zdjęło z rynków część ryzyka geopolitycznego. Potem szczyt NATO zgodził się na zwiększenie wydatków na obronność do 5% PKB, co z pewnością pozytywnie przełoży się na przemysł. Wreszcie w piątek Chińczycy potwierdzili, że uzgodnili z Amerykanami szczegóły handlowej umowy ramowej. Dzięki niej do USA mają ponownie popłynąć metale ziem rzadkich, bez których nie istnieje nowoczesna technologia. Wall Street na historycznych szczytach, a dolar najsłabszy od lat (co ma poprawić konkurencyjność amerykańskiej gospodarki). Jeżeli Donald Trump swoimi sugestiami co do następcy w fotelu szefa Fed wywoła ruch ze strony banku centralnego, a początek lipca rzeczywiście zmaterializuje umowy handlowe z największymi partnerami, to chyba resztę wakacji prezydent USA będzie mógł już spędzić na polu golfowym.

Piątek nie przynosi zmian, PLN w natarciu

Piątkowa sesja przebiega na GPW pod dyktando niedźwiedzi, ale indeksy oddają tylko drobne z pokaźnych tegotygodniowych zysków. WIG porusza się dziś w kontrze do rynków bazowych, Europa świeci się na zielono, z liderem w postaci paryskiego CAC40 (+1,2%). Na rynku walutowym dolar pozostaje w defensywie, a złoty nie przestaje atakować. Kurs EUR/USD coraz pewniej czuje się powyżej 1,17 $, czy to tylko przystanek w kontynuacji trendu? Kurs USD/PLN nie oddala się szczególnie od 3,60 zł, co może sugerować wciąż istniejącą szansę na przetestowanie tego poziomu. Siła rodzimej waluty jest dziś potwierdzona na EUR/PLN, który w dalszym ciągu spada i zbliża się do 4,23 zł, widzianego ostatnio w maju. Czy to już koniec spekulacji wobec nadchodzącej w najbliższą środę decyzji RPP?

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – Raport na temat wydatków Amerykanów (PCE),
  • 16:00 – USA – Raport Uniwersytetu Michigan.

Adam Fuchs analityk w InternetowyKantor.pl

Nowe przepisy ułatwią ładowanie pojazdów elektrycznych w budynkach wielorodzinnych

  • Ministerstwo Klimatu i Środowiska przedstawiło projekt nowelizacji ustawy o elektromobilności, który zdecydowanie ułatwia instalowanie punktów ładowania w budynkach wielorodzinnych. Propozycja resortu przewiduje m.in. możliwość samodzielnego zlecania przez mieszkańców niezbędnej ekspertyzy w przypadku bezczynności zarządcy budynku.
  • Projekt zmian jest efektem zaangażowania PSNM w rządową inicjatywę deregulacyjną „SprawdzaMY”, w ramach której zaproponowane zostały zmiany w zapisach do projektu ustawy.
  • Nowe przepisy spowodują, że mieszkańcy budynków wielorodzinnych zyskają realną możliwość korzystania z najtańszego sposobu ładowania samochodów elektrycznych, pewność prawną oraz precyzyjnie określone terminy.

Obecnie instalowanie punktów ładowania w budynkach wielorodzinnych w Polsce wciąż stanowi poważne wyzwanie. Zarządcy nieruchomości bardzo często nie stosują obowiązujących przepisów lub błędnie je interpretują. Aktualnie obowiązująca procedura przewiduje, że po złożeniu wniosku przez mieszkańca posiadającego tytuł do lokalu i miejsca postojowego, zarząd wspólnoty lub spółdzielni zleca wykonanie ekspertyzy określającej dopuszczalność instalacji punktu ładowania. – Niestety wobec braku przepisów umożliwiających egzekucję tej procedury powtarzają się przypadki blokowania instalacji ładowarek. Zarządy bardzo często nie realizują obowiązku zlecenia ekspertyzy lub odmawiają wydania zgody, nawet gdy ekspertyza tej odmowy nie uzasadnia. Przyczynia się to do opóźniania (często na długie miesiące) lub nawet uniemożliwiania instalacji punktów ładowania. W konsekwencji, obowiązujące, niedoskonałe prawo utrudnia mieszkańcom budynków wielorodzinnych korzystanie z samochodów elektrycznych, wpływając negatywnie na rozwój rynku e-mobility – mówi Jan Wiśniewski, dyrektor działu analiz PSNM.

W celu poprawy sytuacji PSNM zaangażowało się w rządową inicjatywę deregulacyjną „SprawdzaMY”, w ramach której zaproponowało optymalizację obowiązującej procedury. Postulaty branży zostały w znacznym zakresie uwzględnione – MKIŚ zaprezentowało niedawno projekt Ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych, który przewiduje m.in. uprawnienie wnioskodawcy do zlecenia sporządzenia ekspertyzy po bezskutecznym upływie terminu (na podstawie projektu 14 dni), który na zlecenie tej czynności ma zarządca budynku. W sytuacji, gdy złożona ekspertyza potwierdza techniczną możliwość instalacji, a nie występują przesłanki ustawowe do odmowy, wnioskodawca może przystąpić do realizacji inwestycji po bezskutecznym upływie wskazanego terminu lub w przypadku bezpodstawnej odmowy wydania zgody. Wprowadzenie nowych przepisów znacząco ułatwi mieszkańcom budynków wielorodzinnych uruchamianie prywatnych punktów ładowania i zachęci Polaków do przesiadania się do samochodów elektrycznych.

PSNM w ramach konsultacji publicznych przedstawiło propozycje doprecyzowania projektowanych przepisów, które mają wyeliminować pozostałe luki prawne i zwiększyć skuteczność nowych rozwiązań.

Doceniamy kierunek zmian zaproponowany przez MKIŚ, to potrzebna i potencjalnie bardzo korzystna zmiana. Widzimy jednak przestrzeń do dalszego udoskonalenia przepisów. Przede wszystkim proponujemy doprecyzowanie terminu, w którym zarządca ma obowiązek poinformować wnioskodawcę o zleceniu ekspertyzy – powinno to nastąpić niezwłocznie, lecz nie później niż w terminie 3 dni roboczych. Obecne brzmienie „niezwłocznie” pozostawia zbyt dużą swobodę interpretacyjną – wyjaśnia Jan Wiśniewski z PSNM – Kluczową kwestią pozostaje również wzmocnienie mechanizmów egzekwowania procedury. Obecna konstrukcja przepisu nie wyklucza sytuacji, w której zarządca może utrudniać lub uniemożliwiać przeprowadzenie ekspertyzy poprzez niedopuszczenie pracowników podmiotu wykonującego analizę do wizji lokalnej czy pomiarów w budynku. Dlatego postulujemy wprowadzenie jasnego obowiązku umożliwienia dostępu do nieruchomości oraz współpracy z ekspertami – dodaje.

Zgodnie z wynikami badania EV1000, przeprowadzonego przez EV Klub Polska wśród niemal 1000 rzeczywistych użytkowników samochodów elektrycznych, blisko 50% wszystkich sesji ładowania odbywa się w warunkach domowych. Jest to rozwiązanie zarówno najtańsze, jak i najwygodniejsze, co sprawia, że możliwość ładowania pojazdu w domu stanowiła istotny czynnik decyzyjny przy wyborze samochodu elektrycznego zamiast spalinowego. Głównym motywatorem tej preferencji są korzyści ekonomiczne. Mimo że koszt zakupu samochodów elektrycznych – nawet po uwzględnieniu dostępnych programów dopłat – nadal często przewyższa cenę ich spalinowych odpowiedników, to analiza kosztów eksploatacyjnych wykazuje, że różnica ta może stosunkowo szybko zostać zrekompensowana. Przy ładowaniu w domu, szczególnie w taryfie nocnej (ok. 0,62 zł/kWh), przejechanie 100 km kompaktowym autem elektrycznym zużywającym średnio 17,5 kWh/100 km kosztuje około 11 zł. Dla porównania, pokonanie tego samego dystansu samochodem spalinowym zużywającym 5 l/100 km przy cenie paliwa 6 zł/l generuje koszt rzędu 30 zł. Oznacza to, że przy średnim rocznym przebiegu w Polsce wynoszącym ok. 18 tys. km, właściciel samochodu elektrycznego ładowanego głównie w domu może zaoszczędzić co najmniej 3,5 tys. zł rocznie na samych kosztach energii w porównaniu do użytkownika pojazdu spalinowego, co czyni pojazdy elektryczne jeszcze bardziej konkurencyjnymi wobec aut spalinowych.

Projektowane rozwiązania wpisują się w europejski trend wspierania elektromobilności. Udrożnienie nieefektywnej procedury instalowania punktów ładowania w budynkach wielorodzinnych pozwoli na zwiększenie popytu i wykorzystania pojazdów elektrycznych przez osoby fizyczne. Zdaniem PSNM, zwiększone zapotrzebowanie na prywatne punkty ładowania stworzy również nowe możliwości biznesowe dla firm zajmujących się m.in. instalacją stacji ładowania, serwisem i konserwacją infrastruktury, czy też doradztwem i audytami energetycznymi.

20% transportu UE w polskich rękach – jak długo utrzymamy dominację?

Obecnie Polska odpowiada za realizowanie 20% transportu towarów w Unii Europejskiej. Wyprzedza między innymi Niemcy i Hiszpanię, które odpowiadają kolejno za 15% i 14%[1]. W branży pojawiają się jednak wyzwania w postaci dynamicznie zmieniającego się rynku, rosnących kosztów, czy starzejącej się kadry kierowców. Chcąc zachować swoją pozycję, polskie przedsiębiorstwa muszą być gotowe do pokonania tych trudności.

Polska branża transportowa była przez lata uważana za jedną z najbardziej konkurencyjnych na europejskim rynku. Głównymi atutami rodzimych firm były niskie koszty operacyjne oraz spora liczba dostępnych kierowców. Jednak w 2024 roku liczba nowo rejestrowanych ciężarówek spadła o 20% względem 2023 roku. Trend ten utrzymuje się w 2025 roku, co oznacza, że przewoźnicy nie tylko nie inwestują w nową flotę, a wręcz ją redukują.

– Polska nadal jest europejskim liderem w transporcie drogowym, pomimo trudności, jakie napotykamy w ostatnich latach. Wzrost kosztów, zmieniające się regulacje unijne oraz problemy kadrowe to jedne z głównych wyzwań, z jakimi borykają się polskie firmy – mówi Michał Pszona, General Manager na obszar Europy Środkowej i Północno-Wschodniej w sennder.

Które koszty rosną?

Podstawowym kosztem w branży transportowej jest paliwo. Cena benzyny na przestrzeni ostatnich pięciu lat wzrosła o ponad połowę, zaś w przypadku oleju napędowego był to wzrost o około 2/3. Branża jest wrażliwa również na zmiany kursów walut. Firmy transportowe zarabiające w euro tracą na wymianie, gdy jego wartość spada. W Polsce obserwowany jest również stały wzrost inflacji – średnio w ciągu ostatnich pięciu lat wyniósł 7,58%. Wpływa ona na zwiększenie kosztów operacyjnych oraz podwyżki wynagrodzeń w wielu branżach, w tym właśnie w transporcie.

Jednym z głównych celów przyjętej przez Komisję Europejską inicjatywy Zielony Ład jest zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych o 55% do 2030 roku. Oznacza to w praktyce konieczność zredukowania liczby pojazdów spalinowych, a tym samym zainwestowania np. we flotę ciężarówek elektrycznych. Tymczasem koszt takiego pojazdu jest czterokrotnie wyższy od ceny klasycznego spalinowego, wobec czego polskie firmy muszą przygotować się na spore wydatki w związku z czekającą je transformacją energetyczną. Proces ten dopiero raczkuje i rozwija się dużo wolniej, niż w krajach Europy Zachodniej. W 2024 roku Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej przeprowadził konsultacje na ten temat, określając maksymalny budżet programu na miliard złotych[2]. Temat jednak ucichł i na ten moment brakuje konkretów.

Rosnące problemy kadrowe

Innym wyzwaniem, jakie napotyka branża, jest konieczność uzupełniania braków kadrowych. Zawód kierowcy nie jest atrakcyjny dla osób młodych. Obrazuje to średnia wieku wśród kierowców w UE, która wynosi 47 lat.

Liczba wakatów zwiększyła się także w momencie mobilizacji pracowników ukraińskich, stanowiących sporą część kadr. W tej sytuacji firmy europejskie decydują się na zwiększanie swojej bazy pracowników kierowcami spoza Europy. Przykładem mogą być litewskie przedsiębiorstwa tworzące centra szkoleniowe w Indiach, aby przygotować tamtejszych kierowców do pracy na Starym Kontynencie – zwraca uwagę ekspert sennder.

Co czeka branżę w kolejnych latach?

Tym, co z pewnością może pomóc polskiej branży w utrzymaniu pozycji lidera, będzie postawienie na innowacyjne rozwiązania. Na firmy transportowe pozytywnie wpłynie również poszukiwanie sposobów na oszczędzanie zasobów.

Prowadząc firmę transportową warto skoncentrować się na cyfryzacji i optymalizacji tras. Pozwala to redukować puste przejazdy i zwiększać rentowność przedsiębiorstwa – mówi Michał Pszona.

Potencjalne czynniki, jakie mogą zwiększyć popyt na usługi transportowe, to rozwój przemysłu zbrojeniowego w Europie lub odbudowa ukraińskiej gospodarki. Konieczność dostaw wyposażenia militarnego czy zwiększenie dystrybucji we wschodniej części kontynentu mogłyby znacząco pomóc w odbiciu w branży.

[1] Key figures on European transport – 2024 edition

[2] Dofinansowanie do zeroemisyjnych pojazdów ciężarowych. Drugie konsultacje społeczne programu – Fundusz Modernizacyjny – Portal Gov.pl

Ekspert o ustawie deregulacyjnej: nie spotkałem jeszcze przedsiębiorcy, który uważa proponowane zmiany za rewolucyjne

Skrócenie czasu kontroli, dłuższe vacatio legis dla zmian podatkowych, podniesienie limitu zwolnienia z VAT, zniesienie obowiązku publikacji strategii podatkowej – to tylko niektóre z pomysłów, które znalazły się w pierwszym pakiecie zmian deregulacyjnych przygotowanych przez rząd. Celem nowelizacji ma być ułatwienie życia przedsiębiorcom i zmniejszenie liczby zbędnych formalności. Jednak, jak wskazuje ekspert SaldeoSMART, wiele z proponowanych zasad już dziś funkcjonuje w polskim systemie prawnym, tylko nie zawsze są egzekwowane. Na ile omawiane zmiany faktycznie wprowadzą powiew świeżości do rzeczywistości biznesowej?

Projekt deregulacji gospodarki to inicjatywa mająca na celu uproszczenie przepisów i ograniczenie obciążeń administracyjnych, szczególnie w obszarze podatków. Jako część szerzej zrealizowanej akcji społecznej, zebrano ponad 400 propozycji zmian, a około 300 z nich trafiło do dalszego procedowania przez administrację rządową. Na tej podstawie przygotowano cztery pakiety legislacyjne, z których jak dotąd tylko pierwszy przeszedł całą ścieżkę legislacyjną i wejdzie w życie.

Zmiany korzystne, ale czy nowe?

Pierwszy pakiet przepisów obejmuje zmiany w dziewięciu ustawach, w tym w ordynacji podatkowej, ustawie o VAT oraz przepisach dotyczących CIT. Zdaniem Wojciecha Frankiewicza, Partnera w Kancelarii Staniek&Partners i eksperta SaldeoSMART w zakresie prawa podatkowego, niektóre z tych propozycji mogą mieć realny wpływ na codzienne funkcjonowanie firm. Przykładowo zmiana w zakresie limitu zwolnienia z VAT z 200 tys. zł do 240 tys. zł czy wydłużenie do sześciu miesięcy okresu wejścia w życie niekorzystnych dla przedsiębiorców przepisów.

Na duży plus należy ocenić skrócenie o połowę czasu kontroli mikroprzedsiębiorstw, a szerzej także ogólne dostosowanie dotkliwości i częstotliwości inspekcji do rozmiaru firmy – mówi Wojciech Frankiewicz. – Tego rodzaju audyty są nierzadko dużym obciążeniem operacyjnym, powodują przestoje, dezorganizację pracy, a niekiedy wręcz wstrzymują procesy decyzyjne. Im krócej trwają i im mniej inwazyjne są dla przedsiębiorców, tym lepiej – podkreśla.

Dobre intencje, stare wyzwania

Nie wszystkie propozycje zawarte w pierwszym pakiecie budzą jednak entuzjazm. Część z nich w ocenie eksperta ma charakter czysto deklaratywny. Szeroko komentowane w mediach domniemanie niewinności podatnika formalnie już obowiązuje: zarówno w ordynacji podatkowej, jak i kodeksie postępowania administracyjnego istnieją zasady, zgodnie z którymi niedające się uniknąć wątpliwości należy rozstrzygać na korzyść podatnika. Podobnie zapowiadane tzw. „wezwania miękkie”, które mają dawać przedsiębiorcom szansę na mniej formalny kontakt z urzędnikiem i wyjaśnienie wątpliwości podatkowych jeszcze przed wszczęciem oficjalnego postępowania. Ten mechanizm również już funkcjonuje w prawie polskim, choć pod inną nazwą.

Zasad gwarantujących podatnikowi prawo do uczciwego i bezstronnego traktowania nie trzeba wymyślać od nowa, one są już zapisane w obowiązujących przepisach. Problem polega na tym, że organy skarbowe nierzadko je ignorują, a firmy wciąż spotykają się z uznaniowym podejściem urzędników, rozbieżnymi interpretacjami tego samego przepisu oraz brakiem przewidywalności co do skutków swoich działań biznesowych – komentuje Wojciech Frankiewicz.

Sedno problemu nietknięte

Ekspert zauważa również, że w aktualnym projekcie deregulacyjnym brakuje tego, co dla firm najistotniejsze: systemowego uporządkowania prawa i poprawy jego stosowania w praktyce. Zmiany koncentrują się głównie na pojedynczych ułatwieniach, które nie dotykają kluczowych bolączek polskiego systemu podatkowego, takich jak mnogość przepisów i brak jednolitych standardów ich stosowania, przewlekłość postępowań administracyjnych czy nadmiar obowiązków informacyjnych nakładanych na przedsiębiorców. W rezultacie nawet pozornie proste czynności wiążą się z ryzykiem błędu, za który odpowiedzialność ponosi wyłącznie firma, niezależnie od jej intencji czy skali działalności.

Wiele podmiotów, szczególnie z sektora MŚP, nie ma dziś zasobów, by samodzielnie odnaleźć się w gąszczu przepisów. Przygotowując dla jednego z klientów zestawienie obowiązków wynikających tylko z prawa pracy, ochrony środowiska i przepisów korporacyjnych, zidentyfikowaliśmy długą na dziesięć stron listę terminów, których trzeba dochować. A gdzie w tym wszystkim jeszcze obowiązki wynikające z prawa podatkowego? – zwraca uwagę Wojciech Frankiewicz, ekspert SaldeoSMART. – Przedsiębiorcy chcą przede wszystkim jasnych reguł, których będą mogli się trzymać. Tymczasem obecny system przypomina często tor przeszkód, w którym nietrudno o potknięcie, a organy skarbowe niekiedy sprawiają wrażenie, jakby tylko na nie czekały – dodaje.

Ostrożny optymizm

Na razie przedsiębiorcy reagują na pomysły zmian z ostrożnym sceptycyzmem. Propozycje zawarte w pierwszym pakiecie deregulacyjnym traktowane są raczej jako zapowiedź kierunku niż realna poprawa warunków prowadzenia biznesu. Sam ekspert SaldeoSMART ocenia je jednak z nieco większym optymizmem.

Jeśli choć część nowych zasad zacznie być rzeczywiście przestrzegana, a kolejne modyfikacje będą wprowadzane z myślą o uproszczeniu, a nie fiskalizacji prawa, będzie to krok w dobrym kierunku. Ale nawet najlepsze przepisy niewiele dadzą, jeśli nie zmieni się mentalność urzędnicza. Gdy odpowiednik ZUS w Wielkiej Brytanii wykryje nieprawidłowość, kontaktuje się z firmą, by wspólnie ją wyjaśnić, zanim podejmie dalsze kroki. W Polsce natomiast przedsiębiorca często dowiaduje się o nieumyślnym błędzie podatkowym po kilku latach i musi od razu uregulować całą zaległość wraz z odsetkami. Takie doświadczenia zniechęcają do działania i wstrzymują rozwój biznesu – podsumowuje Frankiewicz.

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju ogłasza pierwszy nabór w programie STEP

Komisja Europejska uruchomiła nową inicjatywę STEP, mającą na celu uniezależnienie Unii Europejskiej od rynków zewnętrznych, ochronę łańcuchów wartości w kluczowych sektorach oraz wzmocnienie pozycji Europy na arenie międzynarodowej. W jej ramach Narodowe Centrum Badań i Rozwoju ogłosiło pierwszy konkurs. 300 mln zł z programu Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki przeznaczono na projekty B+R w obszarze biotechnologii.

Ostatnie lata – naznaczone globalną pandemią oraz międzynarodowymi konfliktami – obnażyły słabości dotychczasowego systemu gospodarczego, w tym m.in. zakłócenia w łańcuchach dostaw oraz nadmierne uzależnienie od produkcji zlokalizowanej w Azji. W odpowiedzi na te zagrożenia Komisja Europejska rozpoczęła działania, które mają na celu budowę silniejszego, bardziej odpornego i innowacyjnego przemysłu europejskiego.

Głównym narzędziem jest program STEP, czyli Platforma na rzecz Technologii Strategicznych dla Europy (ang. Strategic Technologies for Europe Platform). To nowa inicjatywa Komisji Europejskiej, opracowana z myślą o zmniejszeniu strategicznych zależności UE od rynków zewnętrznych (w szczególności Stanów Zjednoczonych i Chin). Ma też na celu ochronę i wzmacnianie łańcuchów wartości w obszarach technologicznych uznanych za strategiczne dla Unii. Te obszary to technologie cyfrowe i innowacje deep-tech, czyste i zasobooszczędne technologie oraz biotechnologie. STEP dąży także do wzmocnienia pozycji Europy na arenie międzynarodowej oraz zwiększenia jej konkurencyjności i odporności na wyzwania globalne, takie jak kryzysy klimatyczne czy geopolityczne.

W Polsce działania w ramach inicjatywy STEP są finansowane z programu Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki.

Z entuzjazmem podchodzimy do możliwości, jakie daje instrument STEP. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju odpowiada w nim za wspieranie innowacyjnych projektów badawczo-rozwojowych, które przyczynią się do rozwoju technologii krytycznych lub rozwiązań mających na celu ochronę i wzmacnianie łańcuchów wartości technologii krytycznych. Sprawdzą się tu zatem wizjonerzy, najlepsi z najlepszych w wybranych branżach, którzy potrafią wykazać wpływ swojego projektu na wzmocnienie konkurencyjności polskiej i unijnej gospodarki – tłumaczy prof. dr hab. inż. Jerzy Małachowski, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. – W pierwszym naborze kierujemy wsparcie do sektora biotechnologicznego. Szukamy projektów, które rozwijają przełomowe rozwiązania w zakresie bioinżynierii, biofarmacji, bioprodukcji, bioinformatyki i innych zastosowań nauki do organizmów żywych, a także wzmacniają łańcuchy wartości w obszarze biotechnologii, zmniejszają zależność UE od dostawców spoza Europy.

STEP w obszarze biotechnologii

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju ogłosiło pierwszy konkurs w ramach STEP dla projektów z obszaru biotechnologii. Zgodnie z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie ustanowienia tej inicjatywy, biotechnologie należy rozumieć jako „zastosowanie nauki i technologii do organizmów żywych, a także ich części, produktów i modeli w celu zmiany żywych lub nieżywych materiałów do tworzenia wiedzy, towarów i usług”. Szczegółowy, zamknięty katalog technologii istotnych dla STEP wskazano w Wytycznych Komisji Europejskiej. Umieszczono tu takie obszary, jak: DNA/RNA; białka i inne cząstki; kultury komórkowe i tkankowe oraz inżynieria tkankowa i komórkowa; techniki procesów biotechnologicznych; geny i wektory RNA; bioinformatyka oraz nanobiotechnologia. Listę uzupełniają leki zawarte w unijnym wykazie produktów leczniczych o krytycznym znaczeniu oraz ich składniki.

Technologie krytyczne w dwóch ścieżkach

Technologie krytyczne oraz technologie ich łańcuchów wartości rozwijane będą w ramach projektów badawczo-rozwojowych, obejmujących badania przemysłowe i prace rozwojowe albo tylko prace rozwojowe, dofinansowane przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w dwóch ścieżkach:

  • Ścieżka A – dla projektów badawczo-rozwojowych, które wnoszą na rynek wewnętrzny UE innowacyjny lub najnowocześniejszy lub przełomowy element o znaczącym potencjale gospodarczym (wymagana jest kombinacja co najmniej dwóch z tych elementów),
  • Ścieżka B – dla projektów badawczo-rozwojowych, które przyczyniają się do ograniczania lub zwalczania strategicznej zależności Unii.

W naborze NCBR o dofinansowanie mogą ubiegać się przedsiębiorstwa oraz ich konsorcja z innymi przedsiębiorstwami, organizacjami badawczymi lub organizacjami pozarządowymi, które prowadzą działalność w obszarze biotechnologii.

Budżet naboru to łącznie 300 mln zł (150 mln zostanie przeznaczonych na Ścieżkę A oraz drugie tyle – na Ścieżkę B).

Nabór wniosków o dofinansowanie dla projektów w Ścieżce B (Strategiczna niezależność) rozpocznie się 15 lipca i potrwa do 29 sierpnia 2025 r., natomiast nabór wniosków w Ścieżce A (Innowacyjność) rozpocznie się 22 lipca i potrwa do 5 września 2025 r. Złożone wnioski zostaną poddane dwuetapowej ocenie merytorycznej oraz ocenie finansowej.

Poza projektami badawczo-rozwojowymi, znajdującymi się w gestii Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, w ramach inicjatywy STEP możliwe jest również finansowanie projektów o charakterze inwestycyjnym, obejmujących m.in. budowę linii produkcyjnych, rozbudowę zakładów czy wdrażanie kontroli jakości – w tym przypadku wnioski będą przyjmowane przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości.

Realizowany przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju nabór programu STEP w obszarze biotechnologii jest realizowany w ramach Priorytetu 5. „Wsparcie projektów realizujących cele inicjatywy STEP” programu Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki.

Szkoła wolna od smartfonów – projekt ustawy trafił do Sejmu

27 czerwca 2025 r. Klub parlamentarny Polski 2050 złożył w Sejmie projekt ustawy regulującej korzystanie ze smartfonów przez uczniów szkół podstawowych na terenie tych placówek. Inicjatywa, której autorem jest Marszałek Sejmu Szymon Hołownia, ma na celu ograniczenie uzależnienia dzieci od ekranów oraz poprawę ich zdrowia psychicznego, koncentracji i relacji społecznych. Projekt ustawy to realizacja jednej z obietnic wyborczych, którą zapowiadał Marszałek Hołownia podczas kampanii prezydenckiej.

„Istnieje problem wykorzystywania naszych dzieci przez gigantów cyfrowych, którzy nic sobie robią z ich bezpieczeństwa i z ich przyszłości. Projekt będzie zawierał bardzo jasne, czytelne regulacje dotyczące bana na smartfony w szkołach podstawowych, żeby choć te 7–8 godzin nasze dzieci mogły być skupione na czymś innym niż tylko zasysaniem różnych treści z internetu.” – mówił Szymon Hołownia podczas konferencji programowej 20 czerwca br.

Nowe przepisy mają obowiązywać we wszystkich szkołach podstawowych w Polsce – oznacza to konieczność wprowadzenia regulacji korzystania z telefonów komórkowych i innych urządzeń służących do komunikacji na odległość na terenie szkoły. Wyjątki będą możliwe – np. w uzasadnionych przypadkach medycznych lub edukacyjnych – ale muszą zostać zapisane w statucie szkoły. Projekt nie zabrania wnoszenia telefonów – to szkoły zdecydują, czy i jak organizować np. depozyty.

Analogiczne regulacje będą mogły wprowadzić szkoły ponadpodstawowe oraz inne placówki oświatowe, jednak tam decyzja o ewentualnym zakazie będzie fakultatywna. Każda z tych placówek będzie zobowiązana do podjęcia decyzji w ciągu 3 miesięcy od wejścia w życie ustawy. W procesie ustalania zasad szkoły będą miały obowiązek zasięgnięcia opinii rady rodziców oraz samorządu uczniowskiego – opinia nie będzie wiążąca, ale formalnie wymagana.

Projektowane rozwiązania są zgodne z trendami europejskimi – podobne zakazy obowiązują już m.in. we Francji, Holandii, Szwecji i Belgii*.

W Polsce problem tzw. „smartwicy” narasta. Dzieci i młodzież spędzają z telefonem kilka godzin dziennie – często kosztem kontaktów z rówieśnikami, rodziną i nauki. Korzystanie z urządzeń mobilnych wpływa negatywnie na koncentrację, zdrowie psychiczne i fizyczne uczniów oraz rozwój ich umiejętności społecznych. Projektowana ustawa ma pomóc szkołom i rodzicom w budowaniu bardziej zrównoważonych nawyków cyfrowych.

To nie jest zwykły gadżet. To strategia budowania relacji z klientem

Każdy przedsiębiorca wie, że zdobycie nowego klienta kosztuje pięć razy więcej niż utrzymanie dotychczasowego. Gadżety reklamowe przestają być postrzegane jako zwykłe dodatki promocyjne, a stają się przemyślanymi narzędziami marketingowymi. Właściwie dobrane prezenty firmowe mogą stać się kluczem do budowania długotrwałych relacji z klientami i zwiększenia ich lojalności. Dlaczego więc warto traktować gadżety jako strategiczną inwestycję w rozwój biznesu, a nie jedynie jako koszt marketingowy?

Psychologia prezentu. Dlaczego małe gesty mają wielką moc?

Zasada wzajemności to jeden z najsilniejszych mechanizmów psychologicznych, który wpływa na nasze zachowania w relacjach biznesowych. Gdy otrzymujemy prezent, nawet symboliczny, czujemy naturalną potrzebę odwzajemnienia tego gestu, co przekłada się na większą skłonność do zakupów. Dobrze zaprojektowany gadżet firmowy staje się częścią codziennego życia klienta, przypominając o marce przy każdym użyciu. Pozytywne skojarzenia z marką budują się poprzez użyteczność prezentu – im częściej klient korzysta z gadżetu, tym silniejsza staje się więź emocjonalna.

Strategiczny wybór – jak dopasować gadżet do grupy docelowej?

Segment docelowy determinuje skuteczność całej strategii gadżetowej, dlatego kluczowe jest głębokie zrozumienie potrzeb i stylu życia odbiorców. Dla klientów biznesowych idealnie sprawdzą się gadżety biurowe z GiftDesign.pl, które podkreślą profesjonalizm i będą codziennie przypominać o współpracy. Funkcjonalność gadżetu powinna bezpośrednio odpowiadać na rzeczywiste potrzeby klientów – bezużyteczny przedmiot szybko trafi do szuflady i zostanie zapomniany. Jakość wykonania musi odzwierciedlać standardy firmy, ponieważ tandetny gadżet może negatywnie wpłynąć na postrzeganie marki.

Budowanie lojalności przez codzienność. Siła praktycznych prezentów

Przedmioty codziennego użytku mają wyjątkową moc budowania świadomości marki, ponieważ towarzyszą klientowi przez długie miesiące czy nawet lata. Przykładem może być kubek termiczny personalizowany z GiftDesign.pl, który codziennie przypomina o firmie podczas porannej kawy. Regularne ekspozycje marki w naturalny sposób wzmacniają jej rozpoznawalność i budują pozytywne skojarzenia bez agresywnych działań reklamowych. Klient, który używa firmowego gadżetu, nieświadomie staje się ambasadorem marki, prezentując ją w swoim otoczeniu zawodowym i prywatnym. 

Szczególnie wartościowe są gadżety sezonowe, jak gadżety na wakacje z GiftDesign.pl, które towarzyszą klientom w wyjątkowych momentach. Wspomnienia pozytywne związane z wakacjami czy podróżami służbowymi dodatkowo wzmacniają emocjonalną więź z marką.

Jak gadżety przekładają się na wyniki biznesowe?

Zwrot z inwestycji w gadżety reklamowe można mierzyć przez pryzmat zwiększonej lojalności klientów, częstotliwości zakupów i wartości zamówień. Badania pokazują, że koszt pozyskania nowego klienta może być nawet dziesięciokrotnie wyższy od kosztu utrzymania dotychczasowego przez właściwie dobrane prezenty. Wskaźniki NPS (Net Promoter Score) często wzrastają po wdrożeniu przemyślanej strategii gadżetowej, co przekłada się na większą skłonność do rekomendacji. 

Redukcja kosztów pozyskiwania nowych klientów następuje naturalnie, gdy dotychczasowi stają się ambasadorami marki dzięki pozytywnym doświadczeniom. Ważne jest także monitorowanie reakcji klientów na otrzymane gadżety oraz zbieranie feedbacku, który pomoże w optymalizacji przyszłych działań.

Polska Press Grupa będzie drukować „Gazetę Wyborczą”

26 czerwca br. Polska Press Grupa podpisała umowę z Wyborcza sp. z o.o., należącą do Agory SA. Na mocy porozumienia, od września br. „Gazeta Wyborcza” będzie drukowana w drukarniach należących do Polska Press Grupy. Tym samym do grona wydawców korzystających z usług poligraficznych spółki dołącza kolejny ogólnopolski tytuł.

Od września 2025 roku do grona klientów dołączy spółka Wyborcza – wydawca zarówno papierowej, jak i cyfrowej wersji „Gazety Wyborczej”. Zgodnie z umową zawartą 26 czerwca br., druk „Gazety Wyborczej” będzie realizowany w drukarniach należących do Grupy.

Polska Press Grupa umocni swoją pozycję na rynku usług poligraficznych, nawiązując współpracę z nowym partnerem.

– Cieszymy się, że tak uznany tytuł jak „Gazeta Wyborcza” będzie u nas drukowany. To dowód zaufania do naszych kompetencji i jakości, którą oferujemy. Dostarczamy najlepsze rozwiązania z zakresu druku coldsetowego oraz heatsetowego i jesteśmy gotowi sprostać oczekiwaniom nawet najbardziej wymagających partnerów, a ta współpraca to dla nas ważny krok w dalszym rozwoju segmentu usług poligraficznych – mówi Zenon Nowak, prezes zarządu Polska Press Grupy.

To partnerstwo jest efektem decyzji spółki Wyborcza o zamknięciu drukarni w Warszawie oraz całkowitym przeniesieniu usług poligraficznych do zewnętrznego dostawcy.

– Podjęliśmy strategiczną decyzję o zmianie procesu produkcji i przeniesieniu wszystkich usług poligraficznych Wyborczej do firmy zewnętrznej. Wybraliśmy Polska Press, bo to partner, który gwarantuje nam wysoką jakość, kompleksową usługę, dobre warunki finansowe, ale przede wszystkim elastyczny model współpracy, co w przypadku długoterminowego kontaktu i dynamicznie zmieniającego się rynku mediów, jest niezmierne ważne podsumowuje Mikołaj Chrzan z zarządu spółki „Wyborcza”.

Andrzej Wroński obejmie stanowisko CEO w 7R

0

Andrzej Wroński obejmie stanowisko CEO w 7R i pokieruje dalszym rozwojem strategicznym firmy.

Andrzej Wroński zostanie Prezesem Zarządu w 7R – jednego z wiodących deweloperów nowoczesnych powierzchni magazynowych i przemysłowych w Polsce, z rosnącą obecnością w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Funkcję obejmie w nadchodzących miesiącach; dokładna data rozpoczęcia pracy zostanie ogłoszona wkrótce.

Andrzej wnosi do 7R ponad 20 lat doświadczenia w zarządzaniu i operacjach na rynku nieruchomości logistycznych. Wraz z jego dołączeniem, rozpocznie się nowy rozdział w historii firmy – oparty nie tylko na dostarczaniu nowoczesnych powierzchni magazynowych, ale także na tworzeniu kompleksowego ekosystemu rozwiązań wspierających najemców w ich działalności.

– 7R od zawsze wyróżniało się innowacyjnym i elastycznym podejściem. Pod kierownictwem Andrzeja wejdziemy w nowy etap rozwoju, skupiając się na dalszym wzmacnianiu naszych kompetencji. Budujemy platformę, która wspiera naszych najemców i partnerów w efektywnym działaniu, szybkiej adaptacji do zmian oraz realizacji celów zrównoważonego rozwoju – mówi Petri Valkama, Partner i Zastępca CIO w NREP.

Dogłębna znajomość branży oraz wizjonerskie podejście Andrzeja Wrońskiego mają wzmocnić pozycję 7R jako preferowanego partnera dla wymagających najemców.

– Cieszę się, że wkrótce dołączę do 7R w tak ważnym momencie – mówi Wroński. – Firma wyróżnia się wysoką jakością, zaangażowaniem w zrównoważony rozwój i budowanie długofalowej współpracy. Naszym celem jest bycie zaufanym partnerem i kompleksową platformą zarówno dla najemców, jak i inwestorów. Dzięki połączeniu lokalnej ekspertyzy z elastycznym podejściem inwestycyjnym, 7R ma solidne fundamenty do tworzenia trwałej wartości dla najemców, partnerów kapitałowych i akcjonariuszy.

Pod kierownictwem Andrzeja Wrońskiego 7R planuje przyspieszyć realizację strategii rozwoju, umocnić pozycję w regionie oraz kontynuować ekspansję poza Polską, dostarczając coraz większą wartość swoim najemcom, partnerom i inwestorom.

Rynek powierzchni przemysłowo-logistycznych w I kwartale 2025 r.

Początek 2025 roku na rynku powierzchni przemysłowo-logistycznych w Polsce upłynął pod znakiem stabilizacji – zarówno po stronie deweloperów, jak i najemców. Według raportu „At A Glance – rynek powierzchni przemysłowo-logistycznych w Polsce” podsumowującego pierwszy kwartał 2025 roku, całkowity wolumen transakcji najmu wyniósł 1,11 mln m kw., co oznacza wzrost o 16% rok do roku. Jednocześnie aż 56% tej powierzchni stanowiły odnowienia dotychczasowych umów, co wskazuje na ostrożne podejście firm do zawierania nowych kontraktów.

Mniejsza aktywność deweloperów

W omawianym okresie oddano do użytku blisko 700 tys. m kw. nowej powierzchni przemysłowo-logistycznej, co oznacza spadek o 20% względem analogicznego okresu roku poprzedniego. Najwięcej nowych obiektów powstało w regionach: Dolny Śląsk (269 tys. m kw.), Górny Śląsk (118 tys. m kw.) oraz w strefie Poznań (61 tys. m kw.).

Całkowity wolumen powierzchni w budowie osiągnął poziom 1,37 mln m kw. – to o 41% mniej niż przed rokiem i 22% mniej niż w IV kw. ubiegłego roku. Do największych realizowanych obecnie projektów należą: Panattoni Park Zgierz II (68 tys. m kw.), Park Magazynowy Tuszyn (59 tys. m kw.) oraz 7R Park Lublin (57 tys. m kw.). Największa aktywność deweloperska skoncentrowana była w strefach: Warszawa II (326 tys. m kw.), Górny Śląsk (270 tys. m kw.) oraz Polska Centralna (253 tys. m kw.). Obserwowany w Polsce spadek liczby nowych inwestycji przemysłowo-logistycznych wpisuje się w globalny trend ograniczania tempa rozwoju sektora magazynowego.

Budowy spekulacyjne będące swoistym papierkiem lakmusowym sektora powierzchni przemysłowo-logistycznych są ograniczone, a deweloperzy rozpoczynają inwestycje zabezpieczone odpowiednio wysokim poziomem przednajmu. W kolejnych kwartałach raczej nie spodziewamy się większych zmian: udział odnowień umów nadal będzie dominował w strukturze popytu brutto, a aktywność deweloperów pozostanie na niskim poziomie, co w dłuższej perspektywie może wpłynąć na obniżenie wskaźnika pustostanów – komentuje Ludwika Korzeniowska, Dyrektorka Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych BNP Paribas Real Estate Poland.

Przewaga odnowień umów najmu, w czołówce firmy 3PL

W I kwartale 2025 wolumen transakcji najmu wyniósł ponad 1,1 mln m kw., a największy popyt na powierzchnie przemysłowo-logistyczne odnotowano w regionach: Warszawa II (246 tys. m kw.), Górny Śląsk (228 tys. m kw.) i Polska Centralna (152 tys. m kw.). Wśród największych transakcji znalazły się: nowa umowa najmu 67 tys. m kw. w 7R Park Gdańsk III, odnowienia umów najmu 55 tys. m kw. w Prologis Park Chorzów przez Moto-Profil oraz 50 tys. m kw. w P3 Łódź II przez OBI.

Według analityków BNP Paribas Real Estate Poland, średni poziom wynajęcia projektów w budowie przekroczył 58%. W okresie od początku stycznia do końca marca największy udział w popycie brutto miały firmy z sektora 3PL, które odpowiadały za 33% wszystkich transakcji najmu. Na drugim miejscu znalazły się firmy handlowe z 15% udziałem w całkowitym wolumenie.

Choć dominowały przedłużenia umów (56%), a nowe najmy stanowiły 36% wolumenu, popyt na powierzchnie przemysłowo-logistyczne w Polsce pozostaje na stabilnym poziomie. Jego utrzymaniu sprzyjają solidne fundamenty gospodarcze, strategiczne położenie Polski w europejskich łańcuchach dostaw, rosnące znaczenie nearshoringu, konkurencyjne koszty operacyjne, dostępność wykwalifikowanej kadry, rozwinięta infrastruktura oraz dostęp do rynku UE.

Na rynku pojawili się nowi gracze – CIRRO E-Commerce, dostawca rozwiązań logistycznych dla e-commerce, oficjalnie zadebiutował w Polsce, natomiast litewski fundusz inwestycyjny Nordspace planuje budowę stu parków biznesowych w segmencie Small Business Units.

Czynsze stabilne, wzrost pustostanów

Po wcześniejszych wzrostach, czynsze za powierzchnie przemysłowo-logistyczne uległy stabilizacji. Na koniec I kwartału 2025 roku stawki za standardowe obiekty wahały się od 3,20 do 8,50 EUR/m kw./miesiąc – najwyższe notowano w lokalizacjach miejskich, takich jak Warszawa i Kraków. Najemcy obiektów typu SBU płacili wyższe stawki, natomiast rynki z większym poziomem pustostanów oferowały większe pakiety zachęt.

Wskaźnik pustostanów na koniec marca 2025 roku wyniósł 8,5%, co oznacza wzrost o 1,0 p.p. w ujęciu kwartalnym. Najwyższy poziom niewynajętej powierzchni odnotowano w strefie Zachód (20,1%), a najniższy – w strefie Opole (2,4%). Łącznie na rynku dostępnych było 2,9 mln m kw. powierzchni niewynajętej.

Self storage zyskuje na znaczeniu

Analitycy BNP Paribas Real Estate Poland zwracają uwagę na rosnące znaczenie rynku magazynów samoobsługowych (SelfStorage), którego dynamiczny rozwój szczególnie widoczny jest w dużych aglomeracjach. Obecnie w Polsce działa blisko 200 obiektów tego typu.

Wzrost segmentu self storage napędzany jest przede wszystkim rosnącym zapotrzebowaniem na elastyczne i efektywne rozwiązania magazynowe – zarówno wśród klientów indywidualnych, jak i firm unikających długoterminowych umów najmu. Szczególnie chętnie z takiego rozwiązania korzystają firmy z sektora e-commerce, który znajduje się na wczesnym etapie rozwoju w Polsce, ale jego tempo ekspansji jest obiecujące.

Magazyny a bezpieczeństwo energetyczne

Postępująca automatyzacja produkcji i procesów magazynowania towarów zwiększa zapotrzebowanie na niezawodne źródła zasilania. Nawet krótkie przerwy w dostawie energii elektrycznej mogą generować istotne straty dla firm czy najemców, co czyni bezpieczeństwo energetyczne kluczowym aspektem działalności operacyjnej.

Do najczęściej stosowanych środków zaradczych, które mają zminimalizować ryzyko i potencjalne straty spowodowane przez przerwy w dostawie prądu, należą systemy zasilania awaryjnego, zapewniające ciągłość działalności operacyjnej przedsiębiorstwa przez pewien czas. W ostatnim czasie na popularności zyskują również instalacje fotowoltaiczne i wiatrowe. Kluczową rolę w tym kontekście odgrywają jednak magazyny energii, które standardowo służą do gromadzenia nadwyżki wyprodukowanej ze słońca lub wiatru energii – podsumowuje Robert Pawłowski, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych BNP Paribas Real Estate Poland

Poznański rynek mieszkaniowy 2025: stabilne ceny, ostrożni deweloperzy, dynamiczny najem

Na poznańskim rynku mieszkaniowym widać coraz wyraźniej, że deweloperzy zdejmują nogę z gazu, ale kupujący wciąż są aktywni. Ceny pozostają stabilne, zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym, gdzie według danych Otodom średnia stawka sięga już niemal 12 tys. zł za mkw. Równolegle kwitnie najem. W mieście, gdzie uczy się blisko 100 tys. studentów, popyt na wynajmowane mieszkania nie słabnie, a Poznań staje się jednym z najważniejszych ośrodków rozwoju sektora PRS w Polsce.

Choć rynek mieszkaniowy w stolicy Wielkopolski nie doświadcza dziś gwałtownych zmian, to pod powierzchnią widać znaczące przetasowania. Z jednej strony zachowawcze podejście deweloperów, którzy wolą wstrzymać nowe inwestycje niż ryzykować nadpodaż. Z drugiej niesłabnący popyt i dynamiczny rozwój sektora najmu, który w Poznaniu nabiera wyjątkowego charakteru dzięki silnej obecności studentów i rosnącemu udziałowi najmu instytucjonalnego. Przyglądamy się, jak wygląda aktualna kondycja poznańskiego rynku mieszkaniowego zarówno od strony podaży, jak i oczekiwań kupujących i najemców.

Poznańscy deweloperzy: ostrożni, ale aktywni

Jak wskazują dane Otodom, w pierwszym kwartale roku poznańscy deweloperzy wprowadzili do sprzedaży niespełna 1,6 tys. mieszkań, czyli aż o 53% mniej niż rok wcześniej. To wyraźny sygnał, że branża chłonie zmieniające się realia i ostrożnie podchodzi do nowych inwestycji.

Widzimy, że deweloperzy w Poznaniu działają z większą rozwagą. Ograniczają liczbę nowych projektów, ale równocześnie nie rezygnują z planowania kolejnych etapów inwestycji. Koncentrują się na sprzedaży tego, co już mają w ofercie. To podejście minimalizuje ryzyko nadpodaży, a jednocześnie pozwala reagować elastycznie na sygnały z rynku – komentuje Agata Stachowiak, ekspertka rynku mieszkaniowego Otodom.

Warto zaznaczyć, że zainteresowanie zakupem mieszkań w Poznaniu pozostaje dość wysokie – w pierwszym kwartale 2025 roku sprzedano 1,2 tys. lokali, co oznacza wzrost o 9% względem analogicznego okresu ubiegłego roku. Przy obecnym tempie sprzedaży i braku nowych wprowadzeń do oferty, czas potrzebny na całkowite wyprzedanie dostępnych mieszkań wynosi 6,4 kwartału, a więc tylko nieznacznie przekracza poziom uznawany za równowagę rynkową (4–6 kwartałów).

Mimo ograniczenia liczby nowo wprowadzanych lokali, dane GUS pokazują, że poznańscy deweloperzy nie rezygnują z dalszego rozwoju. W pierwszych czterech miesiącach 2025 roku uzyskali oni ponad 2,1 tys. pozwoleń na budowę – to wynik zbliżony do zeszłorocznego. Co więcej, liczba rozpoczętych budów w I kw. roku wzrosła aż o 37% r/r., sięgając 1,5 tys.

Stabilna oferta i ceny

Poznań to dziś jedno z miast, gdzie kupujący mogą liczyć na szeroki wybór mieszkań deweloperskich i względny spokój cenowy. Na koniec maja 2025 r. w ofercie deweloperów znajdowało się 7,4 tys. lokali. To niemal tyle samo co miesiąc wcześniej, ale o 12% więcej niż rok temu. Najwięcej nowych inwestycji było dostępnych w rejonie Nowego Miasta Północ, Naramowic, Umultowa i Radojewa – aż 23% całej oferty. Drugim ważną lokalizacją są Jeżyce i Łazarz, które odpowiadają za 19% dostępnych mieszkań. Pozostałe części miasta utrzymują zbliżony udział, na poziomie 10–12%.

Z kolei ceny nowych mieszkań w Poznaniu nie ulegają większym wahaniom. Od listopada 2024 r. średnia stawka za mkw. utrzymuje się na poziomie 12,9 tys. zł. To wzrost zaledwie o 3% r/r. Przeciętne mieszkanie o powierzchni 54 mkw. kosztuje tu dziś około 687 tys. zł, czyli niespełna 12 tys. zł więcej niż przed rokiem.

Prawie 12 tys. zł/mkw. na rynku wtórnym

Poznański rynek wtórny również utrzymuje stabilny kurs. W maju 2025 r. w serwisie Otodom dostępnych było 3,9 tys. ofert sprzedaży mieszkań, czyli tyle samo, co w poprzednich miesiącach. Jednak w skali roku oznacza to wzrost podaży aż o 29%. Równocześnie ceny pozostają stabilne: średni koszt mkw. wynosi 11,8 tys. zł, co stanowi wzrost o zaledwie 1% r/r.

Taki układ sił sprzyja kupującym. Mają szerszy wybór i większe pole do negocjacji. Jednocześnie zmusza sprzedających do większego realizmu cenowego. A jak pokazują dane Otodom, na poznańskim rynku wtórnym to metraż w dużej mierze kształtuje cenę. Najmniejsze mieszkania (do 40 mkw.) kosztują dziś średnio 12,8 tys. zł/mkw., a więc o 19% więcej niż największe lokale, przekraczające 90 mkw., których stawka za metr to 10,8 tys. zł.

Mniejsze mieszkania są najczęściej wybierane przez inwestorów oraz singli, którzy szukają kompaktowych lokali w atrakcyjnych lokalizacjach. To generuje większy popyt i podbija ceny. Z kolei większe metraże, choć droższe w całkowitej cenie, oferują bardziej atrakcyjny przelicznik za metr kwadratowy – komentuje Agata Stachowiak, ekspertka rynku mieszkaniowego Otodom.

Miasto wynajmu i PRS-ów

Poznań to dziś jeden z najważniejszych punktów na mapie polskiego rynku najmu, zarówno prywatnego, jak i instytucjonalnego. W mieście, gdzie uczy się blisko 100 tys. studentów, zapotrzebowanie na mieszkania na wynajem nie słabnie. Z jakim wydatkiem muszą się liczyć potencjalni najemcy w stolicy Wielkopolski?

Najmniejsze lokale, o powierzchni do 40 mkw., kosztują średnio 2068 zł miesięcznie. Mieszkania w najpopularniejszym segmencie  40–60 mkw., chętnie wybierane przez pary i młode rodziny, wiążą się z wydatkiem rzędu 2633 zł. Większe lokale, o metrażu 60–90 mkw., wynajmowane są średnio za 3543 zł, a za największe (powyżej 90 mkw.)  trzeba zapłacić już 4358 zł miesięcznie.

Silny i chłonny rynek sprawił, że Poznań stał się pionierem najmu instytucjonalnego (PRS). To właśnie tutaj ruszył pierwszy projekt Funduszu Sektora Mieszkań na Wynajem, a dziś miasto znajduje się w krajowej czołówce pod względem liczby inwestycji w tym modelu. Nowe inwestycje PRS takie jak te przy ul. Śniadeckich czy Saperskiej  cieszą się blisko 95-procentowym poziomem wynajęcia.

Poznań to dziś rynek o silnym fundamencie popytowym – przyciąga studentów, młodych profesjonalistów i osoby migrujące do miasta za pracą. W warunkach ograniczonej oferty akademików naturalnym kierunkiem rozwoju staje się tu najem instytucjonalny, który odpowiada na potrzeby najemców szukających alternatywy dla rynku prywatnego. PRS-y stają się tym samym nie tylko uzupełnieniem poznańskiego rynku mieszkaniowego, ale i rosnącą konkurencją dla prywatnych wynajmujących – podsumowuje Agata Stachowiak, ekspertka rynku mieszkaniowego Otodom.

Polska administracja w chmurze – szybka adopcja, niska jakość wdrożeń

Ponad 70 proc. polskich jednostek administracji publicznej korzysta już z rozwiązań chmurowych – wynika z najnowszego raportu o stanie wdrożeń cloud computingu w sektorze publicznym. Samorządy lokalne są w tym zakresie bardziej otwarte niż administracja centralna, która wciąż podchodzi do chmury dość ostrożnie. Z raportu płyną jednak niepokojące wnioski dotyczące jakości i świadomości wdrożeń: zdecydowana większość instytucji publicznych korzystających z chmury opiera się na usługach jednego dostawcy, co budzi obawy o zjawisko vendor lock-in, czyli uzależnienia od pojedynczego partnera technologicznego. Co więcej, eksperci zwracają uwagę na brak długofalowych strategii chmurowych w administracji.

Raport został przygotowany wspólnymi siłami ekspertów Związku Cyfrowa Polska i kancelarii Andersen Tax & Legal. – Poddaliśmy szczegółowej analizie kryteria wyboru dostawców przez organy administracji publicznej oraz struktury kosztów związanych z przechowywaniem danych w chmurze. Wszystko po to, aby zdiagnozować obecny poziom uchmurowienia polskiej administracji publicznej oraz zidentyfikować najważniejsze wyzwania stojące na drodze wdrażania technologii cloud w sektorze publicznym – mówi Mikołaj Śniatała, ekspert w kancelarii Andersen Tax & Legal.

Jak wynika z raportu, choć skala adopcji technologii w instytucjach publicznych rośnie, to widoczne są  poważne luki w planowaniu, zabezpieczeniach i zarządzaniu środowiskami chmurowymi w tych jednostkach. Eksperci Cyfrowej Polski wskazują na powszechny brak przejrzystej strategii wdrażania chmury – większość jednostek administracji nie planuje migracji, nie analizuje ryzyk ani nie bada nowych rozwiązań.  Nie planuje też zmiany dostawcy ani dywersyfikacji usług. Według ekspertów, ten brak strategii ogranicza elastyczność i odporność systemu. Cyfryzacja sektora publicznego w Polsce, mimo widocznych postępów, wciąż zbyt często sprowadza się do jednostkowych wdrożeń usług chmurowych. Takie działania, choć same w sobie wartościowe, nie są częścią spójnej strategii. W efekcie brakuje całościowego podejścia do monitorowania kosztów i mierzenia efektywności wdrażanych rozwiązań, co znacząco utrudnia ocenę ich realnego wpływu – mówi Michał Kanownik, prezes Cyfrowej Polski.

Vendor lock-in realnym zagrożeniem

Jednym z najważniejszych wniosków z raportu jest skala uzależnienia polskiej administracji od jednego dostawcy. 78 proc. wszystkich jednostek korzystających z chmury używa rozwiązań tylko jednej firmy. Wskazuje to na ryzyko tzw. vendor lock-in, czyli trwałego związania z jednym podmiotem technologicznym. Co więcej, aż 7 na 10 instytucji przy wyborze usług chmurowych kieruje się dotychczasowymi umowami licencyjnymi, a nie oceną bezpieczeństwa, innowacyjności czy opłacalności.

Tymczasem, jak oceniają w raporcie eksperci, w przypadku usług chmurowych niezbędne jest zagwarantowanie, że nie dojdzie do uzależnienia się od jednego dostawcy. – Istotne jest zwłaszcza to, aby warunki umowne określające prawa i obowiązki obu stron umowy obejmowały procedurę migracji i wyjścia z chmury – uważa Michał Kanownik.

Niezwykle ważna jest też kwestia cyberbezpieczeństwa – podkreślono w raporcie. Tylko 7 proc. badanych przez Cyfrową Polskę i kancelarię Andersen Tax & Legal jednostek publicznych uznało bezpieczeństwo za główne kryterium wyboru dostawcy usług chmurowych. To może budzić uzasadnione obawy – szczególnie w kontekście przechowywania danych wrażliwych, przetwarzanych przez instytucje publiczne.

Niewykorzystany potencjał rozwiązań krajowych

Eksperci, którzy brali udział w przygotowaniu opracowania, wskazują ponadto na niewykorzystane możliwości rodzimych rozwiązań chmurowych, a zwłaszcza na ograniczenia projektów takich jak Rządowa Chmura Obliczeniowa (RCO) czy system Zapewniania Usług Chmurowych (ZUCH). Jak wynika z raportu, ich niska adopcja przez podmioty administracji wynika z braku zaufania, nieczytelności instytucjonalnej, słabej oferty technicznej oraz braku wsparcia wdrożeniowego. W praktyce sektor publiczny nie traktuje ZUCH jako realnej alternatywy wobec globalnych dostawców.

Obserwację rażąco niskiej popularności tych dostawców potwierdza także Najwyższa Izba Kontroli, która w wystąpieniu pokontrolnym z 16 marca 2025 r. wskazała, że w latach 2020-2022 w bazie ZUCH było zaledwie 9 podmiotów, które podjęły aktywność w systemie – dodaje Mikołaj Śniatała z kancelarii Andersen Tax & Legal.

Polska w chmurze, czyli polityka Cloud-First

Zdaniem Michała Kanownika rozwiązaniem niektórych z tych problemów mogłoby być wprowadzenie w Polsce polityki Cloud-First, zachęcającej administrację do priorytetowego wykorzystywania rozwiązań chmurowych przy jasnym określeniu zasad, standardów i wymagań wobec dostawców. – Taka polityka wyznaczyłaby kierunki rozwoju, zwiększyłaby przewidywalność projektów IT w administracji i ułatwiła współpracę z sektorem technologicznym – wskazuje prezes Cyfrowej Polski.

W ramach promowania polityki Cloud-First rząd miałby wydawać rekomendacje dotyczące wykorzystania chmury. W ocenie ekspertów Cyfrowej Polski, określenie zasad i warunków, które będą musiały zostać spełnione przez dostawców usług, usprawniłoby nabywanie rozwiązań chmurowych przez jednostki administracji. Podmioty publiczne oraz zewnętrzni dostawcy musieliby znać warunki brzegowe oraz wymagania dotyczące produktów i usług, które mają zostać wdrożone. Jednocześnie zespoły IT działające w administracji mogłyby skutecznie i z wyprzedzeniem planować i opracowywać przyszłe rozwiązania – wyjaśniono w raporcie.

Opracowanie, który właśnie opublikowaliśmy, wskazuje na brak spójnej strategii, niski poziom dbałości o bezpieczeństwo i brak dywersyfikacji dostawców w dziedzinie rozwiązań chmurowych. Dlatego wspólnie z ekspertami z różnych środowisk apelujemy o wypracowanie spójnej krajowej polityki rozwoju chmury, zwiększenie kompetencji w administracji oraz stworzenie warunków dla większej konkurencji na rynku usług cloud computing – podsumowuje Michał Kanownik.

Odpowiedzi na pytania dotyczące m.in. typu danych przechowywanych w chmurze, preferowanych przez administrację dostawców, czynników wpływających na ich wybór oraz kosztów korzystania z usług chmurowych zebrane zostały od 82 jednostek administracji publicznej w okresie od stycznia do maja 2025 r.

Wypłaty z Ekstraklasy za sezon 2024/25 przekroczyły 300 mln zł

Ekstraklasa SA wypłaciła ponad 298 mln zł 18 klubom ligi za sezon 2024/25. To o 18 mln zł więcej niż pierwotnie planowano. Tym samym jest to najwyższa kwota przekazana klubom w historii rozgrywek. Oprócz środków pieniężnych, kluby otrzymały również świadczenia barterowe o wartości ok. 3 mln zł. Ekstraklasa SA, zgodnie z łączącą ją z federacją umową, przekazała 10,5 mln zł Polskiemu Związkowi Piłki Nożnej. Podjęto również decyzję, że część środków, wypracowanych w trakcie sezonu 2024/25, zostanie przesunięta do budżetu na kolejny sezon i przeznaczona na wypłatę dla piątego reprezentanta Polski w europejskich pucharach w sezonie 2026/27.

Miniony sezon PKO Bank Polski Ekstraklasy był bardzo udany pod względem sportowym i frekwencyjnym. Bardzo nas cieszy, że do tych osiągnięć możemy dołożyć także rekord finansowy. Łączna kwota ok. 309 mln zł dla klubów i federacji to więcej niż budżet założony na początku sezonu oraz najwyższa suma w historii naszej ligi. W ten sposób budujemy silne zaplecze finansowe klubów, które jest kluczowe dla sukcesów sportowych w coraz bardziej konkurencyjnym świecie futbolu  – mówi Marcin Animucki, prezes Ekstraklasa SA.

Coraz większe środki przekazywane klubom od kilku lat przekładają się na jeszcze większe emocje w rozgrywkach ligowych i coraz większe sukcesy w europejskich pucharach, a w konsekwencji coraz wyższą pozycję w rankingu UEFA. Musimy jednak wciąż pracować, by co najmniej utrzymać tę pozycję, jak najwyżej punktując w europejskich rozgrywkach. Dlatego też wraz z Radą Nadzorczą podjęliśmy wspólnie decyzję o zabezpieczeniu dodatkowo wypracowanych środków z tegorocznych przychodów i przesunięciu ich na następny rok. Wypłacimy je wówczas ekstraklasowej drużynie, która jako piąta będzie uczestniczyć w europejskich pucharach. Rozpocznie ona grę od drugiej rundy eliminacji Ligi Konferencji, tak jak czwarty zespół w tabeli, i dlatego będzie to wsparcie w tej samej wysokości – wyjaśnia Marcin Animucki.

Finansowa czołówka PKO Bank Polski Ekstraklasy pod względem wysokości wypłat z ligi w sezonie 2024/25 jest taka sama jak jej podium sportowe. Najwięcej pieniędzy, bo aż 36,1 mln zł, trafiło do Mistrza Polski, Lecha Poznań. Raków Częstochowa zainkasował blisko 30,2 mln zł, a Jagiellonia Białystok otrzymała z ligi przeszło 26 mln zł.

2025-06-26 Ekstraklasa_model_podzialu 2025-06-26 Ekstraklasa_podzial srodkow za 2024_2025

Na wzroście przychodów Ekstraklasy korzysta cała liga, chociaż oczywiście najwyżej premiowane są wysokie i powtarzalne wyniki na boisku. Warto podkreślić, że w tym roku po raz pierwszy aż dwa kluby przekroczyły pułap 30 mln zł wypłaconych środków, a wypłata dla mistrza osiągnęła rekordowy poziom 36 mln zł. Patrząc na przeciwny koniec finansowej tabeli, jeszcze dwa sezony temu siedem klubów otrzymywało wypłatę poniżej 10 mln zł, podczas gdy tym razem nie było ani jednego takiego klubu. Wszystko to odzwierciedla wysoką i wciąż rosnącą wycenę naszej ligi przez nadawców oraz partnerów marketingowych, na co systematycznie pracujemy – wyjaśnia Krzysztof Bauza, dyrektor finansowy Ekstraklasa SA.

Pula przekazana bezpośrednio klubom przez Ekstraklasę w sezonie 2024/25 wyniosła ponad 298 mln zł, podczas gdy dziesięć lat temu, w sezonie 2014/15, było to 122 mln zł. Ten progres dokonał się przede wszystkim za sprawą pozyskiwania przez ligową spółkę kolejnych, coraz wyższych kontraktów dotyczących transmisji meczowych. Obecnie głównym źródłem ligowych wpływów jest czteroletnia umowa z Canal+ na łączną kwotę 1,3 mld zł. Przychody najwyższej polskiej ligi piłkarskiej pochodzą także ze sprzedaży scentralizowanych praw marketingowych, w tym umów sponsorskich. W sezonie 2024/25 Ekstraklasę wspierali PKO Bank Polski jako partner tytularny oraz Totalizator Sportowy jako partner główny, a także Engelbert Strauss, Stihl, DrWitt, adidas, EA Sports, Sega, SportZoo, Tisa, Opta oraz marka Aztorin. Oprócz tego Ekstraklasa sprzedaje prawa mediowe za granicę oraz otrzymuje wpływy licencyjne związane z wykorzystywaniem wyników rozgrywek PKO Bank Polski Ekstraklasy przez firmy bukmacherskie.

Pula 298 mln zł za sezon 2024/25 została podzielona zgodnie z modelem ustalonym przez kluby. Połowa tych środków, ok. 149 mln zł, to dzielona równo kwota stała, z której każdy z 18 klubów otrzymał blisko 8,3 mln zł. Druga składowa (33,5%) to pula za wynik sportowy z ostatniego sezonu, która wyniosła ok. 99,8 mln zł. Na wysokość wypłaty dla danego klubu miało przede wszystkim wpływ wywalczone miejsce w tabeli, a także ewentualna premia za awans do pucharów europejskich lub – w przypadku klubu spadającego do niższej ligi – opłata solidarnościowa. Pula dla spadkowiczów wynosi 1% całości środków przekazywanych klubom i jest wypłacana klubom z co najmniej dwuletnim stażem w Ekstraklasie.

Ważną składową kwot przekazywanych klubom jest także wypłata za wyniki sportowe osiągnięte w ciągu ostatnich pięciu sezonów – tzw. ranking historyczny. Wynosi ona 14% całej puli i jest dzielona zgodnie z zasadą, że najwyższą wagę ma sezon właśnie zakończony, a najniższą sezon najbardziej odległy. W ten sposób za sezon 2024/25 rozdysponowaliśmy ok. 41,7 mln zł. Na najwyższą kwotę zapracowała tym razem Legia Warszawa. Stołeczny klub otrzymał z tego tytułu prawie 4,4 mln zł. Za nim znalazły się Pogoń Szczecin z 4,1 mln zł oraz Raków Częstochowa z 3,9 mln zł – tłumaczy Krzysztof Bauza.

Jak co roku Ekstraklasa współfinansowała organizowany przez PZPN program Pro Junior System. W minionym sezonie wypłata na ten cel wyniosła prawie 7,3 mln zł i została sfinansowana m. in. przez PKO Bank Polski jako partnera tytularnego rozgrywek i sponsora projektów Akademie Klasy Ekstra, Ekstra Talent i Ekstra Klub. Ta część wypłaty trafiła do siedmiu ekstraklasowych klubów.

Po raz kolejny, największą część środków z tytułu programu Pro Junior System przekazaliśmy klubowi KGHM Zagłębie Lubin. Za sezon 2024/25 było to ponad 2,4 mln zł. Z puli PJS został także zasilony budżet Fundacji Ekstraklasy, która promuje piłkę nożną wśród młodzieży oraz wspiera rozwój młodych piłkarzy i piłkarek, organizując projekty Akademii Klasy Ekstra, Ekstra Talent, program Ekstra Klub czy szkolenia dla trenerów. Oprócz tego kluby na piłkę młodzieżową otrzymują z Ekstraklasy po 1 mln zł w ramach kwoty stałej. Oznacza to, że łącznie za sezon 2024/25 przekazaliśmy na szkolenie młodzieży blisko 25,5 mln zł. Środki, które przeznaczamy na ten cel, pochodzą od sponsora tytularnego, PKO Banku Polskiego, a także z licencji bukmacherskich i z kar Komisji Ligi – podsumowuje Marcin Animucki.

Poza wypłatami pieniężnymi ligowa spółka w zakończonym niedawno sezonie przekazała klubom również świadczenia barterowe o łącznej wartości ok. 3 mln zł. Wśród tego typu świadczeń znalazły się m.in. sprzęt sportowy, w tym piłki, jak również Ekstraklasa udostępniła klubom statystyki meczowe i fitnessowe, nabyte na potrzeby sztabów szkoleniowych, oraz maty ochronne na murawę.

W sezonie 2024/25 Ekstraklasa SA zasiliła kwotą 10,5 mln zł budżet PZPN – część tej sumy jest przekazywana z tytułu zarządzania ligą, a część służy finansowaniu wynagrodzenia sędziów, delegatów i obserwatorów meczowych.

Europejski Akt o Dostępności wchodzi w życie 28 czerwca 2025 – co to oznacza dla firm?

28 czerwca 2025 roku zaczną obowiązywać postanowienia Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA). Nowe przepisy zobowiązują firmy do zadbania o to, aby osoby z niepełnosprawnościami mogły bez ograniczeń korzystać z ich produktów, takich jak komputery i telefony komórkowe, ale także oprogramowanie i aplikacje. Brak zgodności z nowymi wymogami to nie tylko ryzyko kar finansowych – to realne zagrożenie utraty pozycji rynkowej i reputacji.

Osoby z niepełnosprawnością zgłaszają problemy z uzyskiwaniem dostępu do cyfrowych usług o ponad 50 proc. częściej niż użytkownicy bez niepełnosprawności. Problem cyfrowego wykluczenia, na które odpowiedź stanowi EAA, może dotyczyć więc 1 na 4 obywateli Unii Europejskiej. W odpowiedzi na te wyzwania, firmy muszą zmienić podejście do swoich produktów i usług już na etapie ich planowania. Human-Centered Design – projektowanie zorientowane na użytkownika – staje się nie tylko sposobem na spełnienie wymogów regulacyjnych, ale również skuteczną strategią budowania trwałej przewagi konkurencyjnej.

Człowiek w centrum zainteresowania

Pojęcie projektowanie zorientowane na użytkownika może mieć zastosowanie w wielu dziedzinach. Odnosi się do techniki rozwiązywania problemów, w której stawia się człowieka jako główny punkt odniesienia. W usługach i produktach cyfrowych oznacza to, że proces ich tworzenia powinien brać pod uwagę indywidualne ludzkie potrzeby.

Projektowanie nowych rozwiązań i usług cyfrowych musi uwzględniać unikalne zdolności umysłowe i fizyczne konsumentów. Przykładem takiego działania może być dodanie możliwości uruchomienia usługi w trybie ciemnym lub wyszukiwania głosowego. Warto wziąć także pod uwagę czynniki demograficzne i osobowościowe, potencjalne emocjonalne reakcje przy korzystaniu z rozwiązań technicznych, a także zróżnicowanie językowe i kulturowe. Uwzględnienie tych wartości pozwala na znaczne poszerzenie grupy konsumenckiej – tłumaczy Jakub Andrzejewski, Business Development Manager for Poland & CIS w firmie Progress Software. – Ponadto, ulepsza ogólny komfort klientów poprzez głębszą personalizację oraz redukowanie czynników powodujących frustrację.

Zmiana niepozbawiona wyzwań

Jak ukazuje badanie firmy Progress Human-Centered Software Design: A State of the Marketplace, świadomość znaczenia dostępności cyfrowej wśród firm jest dziś bardzo wysoka – aż 98 proc. respondentów dostrzega wartość projektowania zorientowanego na użytkownika. Równocześnie jednak tylko niewielka część firm – zaledwie 34 proc. – przekłada tę wiedzę na praktykę, podejmując konkretne działania, takie jak szkolenie zespołów, zmiana wewnętrznej polityki czy dostosowywanie produktów do potrzeb różnych użytkowników. Największą przeszkodą okazuje się modernizowanie już istniejących aplikacji.

Aż 86 proc. badanych przyznaje, że wprowadzanie zmian w starszym oprogramowaniu jest trudniejsze niż projektowanie nowych rozwiązań od zera, z uwzględnieniem wymogów dostępności. Dla wielu firm oznacza to konieczność podejmowania niełatwych decyzji: czy skupić się na rozwoju nowych produktów, czy inwestować w dostosowanie tych już istniejących. Rzadko kiedy możliwe jest zrealizowanie obu strategii jednocześnie, co przekłada się na to, że zgodność z zasadami dostępności dotyczy dziś jedynie około 59 proc. aplikacji – mówi Jakub Andrzejewski.

Wśród dodatkowych barier, które utrudniają wdrożenie podejścia HCD, firmy wskazują m.in. wysoką złożoność procesów projektowych, ograniczone budżety, brak specjalistycznych narzędzi oraz niewystarczającą współpracę pomiędzy zespołami odpowiedzialnymi za produkt.

Co grozi firmom, które nie dostosują się do nowych regulacji?

Niezależnie od trudności, firmy dostarczające usługi cyfrowe muszą jasno określić swoje podejście do kwestii dostępności. Wymuszają to zarówno nowe unijne regulacje, jak i oczekiwania konsumentów, którzy coraz częściej wybierają rozwiązania odpowiadające ich indywidualnym potrzebom. Ignorowanie tego trendu może okazać się bardzo kosztowne. Z raportu firmy UserWay wynika, że przedsiębiorstwa, które nie inwestują w poprawę dostępności, tracą miliardy dolarów względem konkurencji, która postawiła na użytkownika i inkluzywne podejście do projektowania.

Ponadto, w ramach EAA przewidziane są konkretne sankcje dla tych, którzy nie dostosują się do wymogów. Nadzór nad ich przestrzeganiem sprawować będą różne instytucje – w zależności od branży – m.in. PFRON, UKE, minister właściwy ds. cyfryzacji czy inspekcja transportu drogowego. Co istotne, kontrola może zostać wszczęta już przy pojawieniu się „uzasadnionych wątpliwości” co do zgodności danego produktu z regulacjami. Efektem uznania oferty firmy za niezgodną z EAA może być nakaz wprowadzenia zmian, a nawet konieczność wycofania produktu z rynku oraz zakaz jego dalszej sprzedaży.

Przedsiębiorstwa mogą zostać także poddane karom finansowym. Ich wysokość może sięgnąć aż 10-krotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia, jednak nie więcej niż 10% rocznego obrotu firmy. Dla mniejszych podmiotów może być to groźny cios w płynność finansową. Natomiast w przypadku dużych firm może oznaczać przede wszystkim poważne straty wizerunkowe oraz utratę zaufania klientów.

Branża drzewna w Polsce – najgłębszy kryzys od dekad i niepewna przyszłość

Polski przemysł drzewny – obejmujący tartaki, producentów płyt, opakowań drewnianych, mebli, celulozy i papieru – przeżywa jedno z najtrudniejszych załamań od dekad. Spadki produkcji i eksportu, gwałtownie malejąca rentowność firm oraz rosnące zadłużenie i upadłości zachwiały fundamentami tej branży. Rząd ogłosił wprawdzie w 2024 roku „pakiet dla przemysłu drzewnego” z szeregiem działań wspierających, jednak efekty tych inicjatyw będą odczuwalne dopiero w przyszłości. Tymczasem sektor mierzy się z konsekwencjami taniego importu z Ukrainy i ograniczeń w pozyskiwaniu krajowego surowca. Banki sygnalizują rosnące ryzyko, a przedsiębiorcy rozpaczliwie szukają sposobów na utrzymanie płynności – od restrukturyzacji po faktoring. Czy druga połowa 2025 roku przyniesie długo wyczekiwane odbicie, czy raczej pogłębi kryzys?

Jeszcze niedawno uchodziła za jeden z motorów polskiego eksportu i lidera europejskiego przetwórstwa drewna. Dziś – u progu lata 2025 roku – branża drzewna walczy o przetrwanie. Powodów obecnego kryzysu jest wiele, ale większość z nich ma wspólny mianownik – gwałtowne załamanie równowagi między kosztami a popytem. Po pandemicznym boomie lat 2020–2021 przyszło długie wyhamowanie – głównie na rynkach zagranicznych, na których opiera się duża część polskiej produkcji. Recesja konsumencka w Niemczech, ograniczenie inwestycji w Europie Zachodniej i spadek zamówień eksportowych odczuwalne są do dziś nie tylko w zakładach meblarskich, ale także w tartakach, papierniach czy u producentów płyt drewnopochodnych.

Skumulowane ciosy uderzają w branżę

Jednocześnie krajowi producenci zmagają się z rosnącymi kosztami – energii, pracy, transportu, materiałów – które trudno przerzucić na klientów. W efekcie marże gwałtownie się skurczyły. Do tego dochodzi mocny złoty, który podcina skrzydła eksporterom. Coraz częściej opłaca się wstrzymać produkcję niż realizować kontrakty z ujemną rentownością. Branżowe stowarzyszenia alarmują: jeśli trend się nie odwróci, nawet 50 tysięcy miejsc pracy może zniknąć z rynku, a wartość potencjalnych strat przekroczy 12 miliardów złotych.

O ile malejący popyt można jeszcze tłumaczyć cyklem koniunkturalnym, o tyle zalew taniego drewna i półproduktów z Ukrainy to dla wielu firm nóż w plecy. Po zniesieniu ceł i kontyngentów przez Unię Europejską – w geście solidarności z ogarniętym wojną sąsiadem – rynek zalały transporty drewna, sklejki i elementów palet, oferowane często po cenach niższych niż koszty produkcji w Polsce. Szczególnie boleśnie skutki tego importu odczuwają producenci opakowań drewnianych – z paletami na czele – którzy coraz częściej są wypierani z rynku, mimo że jeszcze niedawno byli jego liderami.

Surowiec na wagę złota – dramatyczny spadek podaży drewna w kraju

Branża drzewna bez drewna? Jeszcze kilka lat temu taki scenariusz wydawał się nierealny. Tymczasem firmy z sektora przetwórstwa drewna coraz częściej wprost mówią o realnym deficycie surowca. Wszystko za sprawą serii decyzji środowiskowych, które ograniczyły pozyskiwanie drewna w Lasach Państwowych.

Wprowadzone od początku 2024 roku moratorium, obejmujące ok. 20% powierzchni lasów, odcięło dostęp do cennych drzewostanów w regionach takich jak Bieszczady, Puszcza Białowieska czy Karpacka. Dyrektor Generalny Lasów Państwowych potwierdził, że w 2025 roku oferta drewna do sprzedaży będzie mniejsza o około 2 mln m³ względem roku ubiegłego. To ogromna różnica, która przekłada się na cały rynek – od tartaków, przez producentów płyt, po zakłady meblarskie i papiernie.

Reakcja rządu – pakiet wsparcia, blokady importu i pierwsze reformy

Choć przez długi czas politycy unikali jednoznacznych deklaracji wobec pogarszającej się sytuacji przemysłu drzewnego, w końcu – pod presją branży i opinii publicznej – zaczęli działać. W marcu 2024 roku zaprezentowano tzw. „Pakiet dla Przemysłu Drzewnego”: zestaw dziewięciu rekomendacji, które miały zwiększyć dostępność surowca dla krajowych przetwórców i ograniczyć eksport nieprzetworzonego drewna. Najważniejsze założenia obejmowały zwiększenie puli drewna dla krajowych klientów, premiowanie firm prowadzących głęboki przerób na terenie Polski oraz preferowanie dostaw do odbiorców lokalnych, by zmniejszyć ślad transportowy. Wprowadzono także m.in. większy udział sprzedaży ofertowej dla zweryfikowanych odbiorców krajowych.

Pod koniec 2024 roku rząd chwalił się, że pakiet przynosi pierwsze efekty: eksport drewna do Chin spadł o 39% (czyli o 108 tys. ton). Jednak Polska Izba Gospodarcza Przemysłu Drzewnego (PIGPD) studziła ten entuzjazm. Wskazywała też na paradoks: mimo deklarowanej ochrony krajowego przemysłu, w całym 2024 roku eksport surowca z Polski wzrósł o ponad 26% – do 4,2 mln m³, w tym wywóz poza UE zwiększył się o 25%.

Równolegle do działań wspierających przetwórców, rząd próbuje też ograniczyć napływ taniego surowca z Ukrainy. W marcu 2025 roku polskie służby celne zaczęły zatrzymywać na granicy transporty drewna i półproduktów drzewnych z Ukrainy. Środowisko drzewne poparło tę decyzję, domagając się jednocześnie wprowadzenia unijnych ceł antydumpingowych na ukraińskie drewno, na wzór sankcji zastosowanych w czerwcu 2025 roku przez UE wobec sklejki liściastej z Chin (do 62,4%). W Brukseli jednak nadal brakuje konsensusu w tej sprawie, a Komisja Europejska nie chce ryzykować precedensu ograniczania handlu z krajem objętym wojną.

Rząd dostrzegł także problem konkurencji między przemysłem drzewnym a energetyką. Przez lata duża część wartościowego drewna – w tym sortymenty pełnowartościowe – trafiała do elektrociepłowni jako biomasa. Przemysł od lat alarmował, że traci przez to dostęp do surowca, który mógłby być przetwarzany z większą wartością dodaną. W czerwcu 2025 roku rząd wykonał pierwszy ruch – rozporządzeniem wyłączono część sortymentów z kwalifikacji jako biomasa. Ten długo oczekiwany krok PIGPD określiła jako „pierwszy prawdziwy sygnał, że głos przemysłu został wysłuchany”.

Branża w liczbach – pierwsze oznaki odbicia czy cisza przed burzą?

Od stycznia 2025 r. funkcjonuje nowy system sprzedaży drewna z preferencjami dla lokalnego przerobu i ograniczeniami eksportu surowca, co ma wspierać krajowy przemysł. Wreszcie, po miesiącach zapaści, polski przemysł drzewny zaczął łapać oddech. Dane Głównego Urzędu Statystycznego napawają ostrożnym optymizmem – przynajmniej w przypadku części sektora. W marcu 2025 roku produkcja sprzedana wyrobów z drewna, korka, słomy i wikliny wzrosła aż o 13,3% rok do roku, co uplasowało przemysł drzewny w czołówce najszybciej rozwijających się branż przetwórstwa. W całym pierwszym kwartale wzrost wyniósł 6,9%. Najnowsze dane za maj pokazują wzrost o 7,6%.

Branża odbiera te wyniki jako sygnał, że najgorsze może już być za nią – przynajmniej jeśli chodzi o podstawową produkcję tartaczną i elementy drewniane. Firmy zaczynają nadrabiać zaległości z końca 2024 roku, a niektóre z nich – głównie średniej wielkości zakłady – notują wzrosty portfela zamówień z krajowego rynku. Trudno jednak mówić o powszechnym odbiciu – szczególnie, gdy spojrzymy na sektor meblarski.

Tu sytuacja nadal jest daleka od komfortowej. Producenci mebli weszli w 2025 rok z bagażem problemów – zmniejszonymi zamówieniami, rosnącymi kosztami i presją ze strony taniego importu. W 2024 roku wolumen eksportu mebli zmniejszył się o 6%, a import mebli wzrósł o 10%. Wartość produkcji sprzedanej mebli w I kwartale 2025 roku wyniosła 14,8 mld zł i choć to wynik niewiele niższy niż przed rokiem, wciąż nie widać wyraźnego odbicia. Światełkiem w tunelu może być wzrost produkcji sprzedanej mebli o 8,7% w maju 2025 roku. Eksport mebli – dotąd lokomotywa całej branży – nadal pozostaje jednak osłabiony, bo rynek niemiecki, kluczowy dla polskich producentów, wciąż nie wrócił do formy.

Jest jednak iskierka nadziei – i to z rynku krajowego. W kwietniu 2025 roku sprzedaż detaliczna w kategorii „meble, RTV, AGD” wzrosła realnie o 13,2% rok do roku. Łączny wzrost w pierwszych czterech miesiącach roku sięgnął 12,5%. Analitycy ING zauważyli, że „początek II kwartału 2025 r. wyglądał bardziej optymistycznie niż niemrawy I kwartał”, wskazując na jednoczesny wzrost popytu konsumenckiego i spadek inflacji. Eksperci B+R Studio oceniają, że cały 2025 rok będzie okresem stabilizacji, ale na wyraźny powrót do dynamiki sprzed kryzysu branża będzie musiała jeszcze poczekać.

Długi, niewypłacalność, widmo upadłości – finanse branży na krawędzi

Choć dane produkcyjne z początku 2025 roku dają nadzieję na poprawę, to obraz finansowej kondycji firm z branży drzewnej wciąż jest alarmujący. Wzrost zadłużenia, utrata płynności i narastające ryzyko bankructw pokazują, że wielu przedsiębiorców balansuje na granicy upadłości. Jak wynika z danych Krajowego Rejestru Długów, zadłużenie firm z sektora drzewnego przekroczyło już 100 milionów złotych – to o ponad 30 mln zł więcej niż zaledwie 2,5 roku temu. Największe trudności mają tartaki, a także producenci palet, elementów ogrodowych czy podłóg.

Problemy nie omijają również branży meblarskiej. Łączne długi firm produkujących meble w krajowym rejestrze długów sięgają już 130 mln zł, po wzroście o ponad 20% rok do roku. – „Coraz więcej przedsiębiorstw musi wybierać między utrzymaniem płynności a spłatą zobowiązań” – wskazują analitycy branżowi. Gorsza kondycja finansowa producentów mebli rykoszetem uderza również w sektor drzewny – przede wszystkim w dostawców surowca i komponentów, którzy często pracują na niskich marżach i nie są w stanie samodzielnie absorbować opóźnień w płatnościach.

Niepokojąco wygląda również dynamika niewypłacalności. W całej gospodarce w I kwartale 2025 roku upadłość ogłosiło, według Coface, 1969 firm – to o 20% więcej niż rok wcześniej. Branża drzewna znajduje się w czołówce najbardziej zagrożonych sektorów. Już w 2024 roku liczba niewypłacalnych firm w tym obszarze wzrosła o rekordowe 167% – z 27 przypadków w III kwartale 2023 do 72 rok później. Eksperci biją na alarm: „Tysiące firm z branży drzewnej jest zagrożonych upadłością” – ostrzega Polska Izba Gospodarcza Przemysłu Drzewnego.

Najtrudniejsza sytuacja panuje we wschodnich regionach Polski, gdzie ograniczenia w dostępie do surowca najmocniej dały się we znaki. Na Podlasiu i Podkarpaciu zamknięto już 22% działających firm. Słabnący popyt, rosnące koszty energii i pracy, dramatycznie drogie drewno – to wszystko sprawia, że nawet firmy z długą historią działalności i mocną pozycją lokalną, nie są dziś pewne jutra.

Kredytowy klincz i finansowe koło ratunkowe – kto pomoże branży?

Chociaż rząd próbuje uspokoić sytuację w branży drzewnej – m.in. poprzez zmiany w systemie sprzedaży drewna i priorytet dla lokalnych odbiorców – to realne efekty tych działań mają dopiero nadejść. W czerwcu 2025 roku wiele firm nadal boryka się z dramatycznymi brakami surowca, niepewnością jutra i kurczącymi się zasobami finansowymi. Problemy te nie uszły uwadze sektora bankowego – ale zamiast wsparcia, pojawiła się reakcja defensywna.

„Branża ma złe PKD” – mówią dziś w bankach, porównując sytuację firm drzewnych do tej, w jakiej kilka lat temu znalazły się przedsiębiorstwa budowlane. Instytucje finansowe zaczęły traktować sektor jako podwyższonego ryzyka – głównie ze względu na niestabilność dostaw surowca, spadające przychody i trudności z prognozowaniem sytuacji rynkowej. Jak relacjonują przedsiębiorcy, uzyskanie nowego kredytu czy leasingu stało się bardzo trudne – banki żądają dodatkowych zabezpieczeń, skracają okresy finansowania lub odmawiają go całkowicie. Podwyższone stopy procentowe, mimo pierwszej obniżki w maju 2025, wciąż windują koszt obsługi zadłużenia, co pogłębia kryzys płynności w firmach.

W tej sytuacji coraz częściej mówi się o potrzebie realnego wsparcia ze strony państwa. – „Robimy wszystko, żeby firmy mogły prowadzić działalność. Jeśli ktoś będzie poszkodowany, będziemy pracować nad modelami wsparcia finansowego” – deklarował wiceminister klimatu Mikołaj Dorożała. Branża oczekuje jednak konkretów: specjalnego funduszu stabilizacyjnego, preferencyjnych linii kredytowych na zakup drewna, czy gwarancji państwowych zabezpieczających kontrakty z Lasami Państwowymi. Na razie Ministerstwo Klimatu ograniczyło się do powołania zespołów roboczych z udziałem przedstawicieli Lasów i przemysłu – ale bez wymiernych rezultatów.
Faktoring – finansowa tarcza dla przemysłu drzewnego

W obliczu ograniczonego dostępu do kredytu i pogarszającej się sytuacji płynnościowej, firmy z sektora drzewnego coraz częściej sięgają po alternatywne formy finansowania. Jedną z nich – i zarazem najdynamiczniej rosnącą – jest faktoring. Zyskuje on szczególnie na popularności wśród małych i średnich tartaków oraz producentów mebli i komponentów drewnianych, które najdotkliwiej odczuwają presję zatorów płatniczych i długich terminów od kontrahentów.

Według danych Polskiego Związku Faktorów już kilkanaście procent firm z sektora leśno-drzewnego korzysta z tej formy finansowania – co oznacza setki milionów złotych uwolnionych z zamrożonych faktur.

Faktoring to nie tylko finansowanie bieżącej działalności. To także narzędzie, które pozwala firmom z branży drzewnej zachować płynność, kontrolować ryzyko niewypłacalności kontrahentów i bezpiecznie rozwijać eksport. W obecnej sytuacji gospodarczej, elastyczne finansowanie staje się warunkiem przetrwania dla wielu przedsiębiorstw. Szczególnie ważna jest szybkość – wiele zakładów nie może sobie pozwolić na kilkutygodniowe oczekiwanie na decyzję kredytową, podczas gdy faktoring można uruchomić nawet w kilka godzin – podkreśla Dominik Łada, Kierownik ds. finansowania biznesu w Bibby Financial Services.

Perspektywy i nadzieje – czy branża przetrwa kryzys?

Branża drzewna w połowie 2025 roku stoi na granicy: z jednej strony pogłębiający się kryzys surowcowy i finansowy, z drugiej – pierwsze sygnały zmian i nadziei. Wciąż rosnące zadłużenie firm, fala niewypłacalności, ograniczony dostęp do kredytów i surowca – to codzienność wielu przedsiębiorstw. Rządowy „Pakiet dla Przemysłu Drzewnego”, nowe zasady sprzedaży drewna i zapowiedzi wsparcia to krok w dobrą stronę, ale ich efekty są odłożone w czasie.

Firmy ratują się elastycznymi rozwiązaniami finansowymi, takimi jak faktoring, który pomaga zachować płynność i stabilność operacyjną. Sektor wciąż posiada silne atuty – doświadczenie, jakość, eksportowy potencjał – ale bez skutecznych działań systemowych i realnej współpracy z administracją, może nie przetrwać tej próby.

Nadzieją pozostaje nadchodząca druga połowa roku. Jeśli przyniesie uspokojenie sytuacji surowcowej, trwałe wsparcie finansowe i wzrost popytu, branża drzewna może odbić się od dna. Jeśli nie – wielu firmom grozi trwała utrata konkurencyjności, a Polsce – osłabienie jednego z filarów przemysłowego eksportu.

Ceny kakao i kawy lecą w dół – a dolar razem z nimi

Ostatnie dni były bardzo udane dla miłośników czegoś słodkiego do kawy. Nie dość, że w wyniku realizacji zysków ze spekulacji na surowcach w dół idą zarówno ceny kontraktów na kawę, jak i kakao, to jeszcze wyrażone są one w silnie taniejącym dolarze.

Dolar najtańszy od 2020 roku

Jeszcze wczoraj kurs dolara wyrażony w polskich złotych był najniższy od 2021 roku. Tamte minima jednak szybko pękły i dziś oglądamy najniższe poziomy od 2020. Do nich brakuje obecnie amerykańskiej walucie trochę ponad jednego grosza. Niewykluczone więc, że kiedy ten tekst zostanie opublikowany będziemy już mówić o najtańszym dolarze od 2017 roku. Tamte minima znajdują się jednak 15 groszy niżej niż obecne notowania, więc nawet przy obecnych działaniach administracji USA nie należy się spodziewać ich przekroczenia w kolejnych dniach. Dlaczego dolar aż tak traci? Należy wskazać na sumę kilku czynników. Zacznijmy od geopolityki. Przez ostatnie kilkanaście dni niepewność wobec działań na Bliskim Wschodzie sztucznie wzmacniała dolara, a osłabiała złotego. Teraz ten element zniknął. Po drugie inwestorzy lubią pewność. Jeżeli jest coś, czego bez wątpienia nie daje im obecna administracja, to jest to właśnie pewność. Po trzecie, i nie mniej istotne, inwestorzy spodziewają się przyspieszenia cyklu obniżek stóp procentowych. Sumę tych czynników widzimy na wykresach.

Dobre wiadomości nie tylko dla łasuchów

Wiele osób narzeka, że serwisy informacyjne składają się z samych złych wiadomości. Nic bardziej mylnego. W zeszłym tygodniu doszło do dużego przełomu na rynku kakao. Jeszcze tydzień temu cena kontraktu znajdowała się na poziomie 10 000. Dzisiaj to już poniżej 9 000. Warto zwrócić uwagę, że od początku roku spadek wynosi już ponad 25%. Dla wielu osób bardziej istotne informacje płyną jednak z rynku kawy. Po tym jak w lutym kontrakty na ten surowiec osiągnęły historyczne maksima, rozpoczął się trend spadkowy. Obecnie ceny obu tych surowców są słodko-gorzkie. Z jednej strony jest to około 30% poniżej szczytów, co powinno przecież cieszyć. Z drugiej strony nigdy przed 2024 rokiem żaden z nich nawet nie zbliżał się do poziomów, na które obecnie spadł. Będzie zatem taniej, co nie znaczy, że tanio. No i trzeba pamiętać, że kontrakty wyrażane są w dolarach, a ten też tanieje.

Czesi nie zaskakują

Wczoraj poznaliśmy decyzję Czeskiego Narodowego Banku w sprawie stóp procentowych. Po majowej obniżce, dzisiaj utrzymano stopy procentowe na niezmienionym poziomie (3,5%). Analitycy wskazują co prawda, że inflacja w maju wzrosła do 2,4% w ujęciu rocznym (1,8% w kwietniu). Dane z kwietnia należy jednak traktować jako jednorazową anomalię, bo w 2024 w tym miesiącu był skok inflacji. W tym roku, w porównaniu do poziomu z 2024, wzrost w kwietniu okazał się więc niższy. Po samej decyzji na rynku nie było zgodności, co do dalszych scenariuszy. Zaczęło się dużą, kilkuminutową przecenę korony czeskiej, ale po chwili waluta naszych południowych sąsiadów była już silniejsza niż przed ogłoszeniem tej decyzji.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – PKB,
  • 14:30 – USA – zamówienia na dobra,
  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewskigłówny analityk w InternetowyKantor.pl

Miedź kontynuuje rajd wzrostowy w wyniku ograniczeń podaży związanych z cłami

  • Ceny miedzi rosną piąty dzień z rzędu ze względu na napiętą sytuację podażową na rynku londyńskim, napędzaną zakupami przed oczekiwaną zapowiedzią ceł importowych przez USA.
  • Chociaż obecny trend cenowy jest wynikiem zakłóceń logistycznych i dynamiki zapasów, długoterminowe perspektywy dla miedzi pozostają zdecydowanie bycze.
  • Boom na infrastrukturę cyfrową, połączony z rosnącym popytem na pojazdy elektryczne i sieci ładowania, a także zwiększonym zapotrzebowaniem na sprzęt do chłodzenia, ma potencjał spowodować znaczny wzrost zapotrzebowania na energię, a co za tym idzie – na jej główny przewodnik, miedź.

Ceny miedzi rosną w odpowiedzi na spadek cen energii, który jest efektem usunięcia kluczowej premii za ryzyko podaży związane z niedawnymi napięciami na Bliskim Wschodzie, co sprawiło, że metale przemysłowe stały się w tym tygodniu najlepszym performerem wśród surowców. Ole Hansen, dyrektor ds. strategii surowców w Saxo zauważa, że Indeks Bloomberg Commodity Industrial Metals wzrósł o 2%, a prym wiedzie miedź, która rozszerzyła już imponujący rajd od początku roku do około 22%, plasując się wśród najlepiej radzących sobie głównych surowców w 2025 roku.

Na London Metal Exchange (LME) trzymiesięczne kontrakty terminowe na miedź są notowane w pobliżu wielomiesięcznych szczytów w przedziale 9 800 – 10 000 USD za tonę metryczną. Tymczasem na nowojorskiej giełdzie COMEX miedź wysokiej jakości jest wyceniana na blisko 5 USD za funt po tym, jak w marcu chwilowo osiągnęła rekordowy poziom 5,37 USD, napędzana gorączkowymi zakupami przed oczekiwaną zapowiedzią amerykańskich ceł importowych.

Miedź kontynuuje rajd wzrostowy

Miedź wysokiej jakości, kontrakt na pierwszy miesiąc – Źródło: Saxo.

Ograniczenie podaży napędza napiętą sytuację na rynku

Ostatni wzrost cen miedzi nastąpił w warunkach niedoboru podaży w Londynie, gdzie zapasy miedzi na LME znacznie uszczupliły się w ostatnich tygodniach. Łatwo dostępne rezerwy zmniejszyły się w dużej mierze z powodu wzrostu importu do USA, gdyż handlowcy i producenci śpieszyli się, aby zabezpieczyć dostawy surowca przed wprowadzeniem nowych taryf celnych. Wyczerpanie zapasów w magazynach LME spowodowało, że krótkoterminowe kontrakty na miedź są droższe niż te z dostawą w dalszej przyszłości, co jest klasycznym sygnałem ograniczonej dostępności fizycznej.

Choć obecny impet cenowy jest napędzany przez zakłócenia logistyczne i dynamikę zapasów, długoterminowe perspektywy dla miedzi pozostają zdecydowanie bycze. W miarę jak gospodarka światowa przyspiesza przejście na elektryfikację, miedź – najbardziej efektywny i wszechstronny przewodnik przemysłowy na świecie – staje się coraz bardziej niezbędna.

Chiny i USA a rozwój sieci energetycznych: dwaj giganci głodni miedzi

Chiny pozostają na czele globalnej ekspansji sektora energetycznego. W ciągu ostatniej dekady zużycie energii elektrycznej w Chinach rosło średnio o 5–6% rocznie i obecnie jest dwukrotnie wyższe niż w Stanach Zjednoczonych. Do 2030 roku zapotrzebowanie na energię elektryczną w Chinach może przekroczyć 11 000 terawatogodzin (TWh), co odpowiada mocy 1 biliona paneli słonecznych, 1,5 miliona turbin wiatrowych o mocy 4 MW każda lub około 1 200–1 400 reaktorów jądrowych.

Tymczasem w USA rośnie silne zainteresowanie produkcją energii elektrycznej, co prowadzi do ponownego uruchamiania elektrowni jądrowych w celu zaspokojenia przyszłego popytu, a częściowo w celu zrekompensowania niestabilnej produkcji z odnawialnych źródeł, takich jak energia słoneczna i wiatrowa. Constellation Energy, największy operator elektrowni jądrowych w USA, prognozuje, że krajowe zapotrzebowanie na energię elektryczną będzie rosło dwukrotnie szybciej do 2030 roku w porównaniu z poprzednią dekadą. Zmiana ta jest napędzana przez:

  • Sztuczną inteligencję i centra danych o dużej skali;
  • Adopcję pojazdów elektrycznych i rozwój sieci ładowania;
  • Relokację przemysłu do kraju (reshoring);
  • Boom w infrastrukturze cyfrowej, napędzany przez centra obliczeniowe AI i energochłonne usługi w chmurze.

Te wydarzenia, a zwłaszcza boom w infrastrukturze cyfrowej oraz rosnący popyt na sprzęt do chłodzenia, wykorzystywany do łagodzenia skutków wzrostu temperatur w niektórych częściach świata, stanowią silny, dodatkowy czynnik napędzający popyt na miedź. W efekcie Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA) prognozuje wzrost globalnego zużycia miedzi z 26 milionów ton w 2023 roku do niemal 33 milionów ton do 2035 roku, co oznacza wzrost o 26%, napędzany przez rozwój czystej energii oraz wdrożenie infrastruktury cyfrowej.

Nowy wieloletni supercykl w ruchu?

Historycznie surowce poruszały się w ramach długotrwałych, napędzanych popytem supercykli, czyli wieloletnich okresów podwyższonych zwrotów, wywołanych fundamentalnymi zmianami w globalnych trendach gospodarczych. Ostatnie supercykle to:

  • Lata 1970–1990: ekspansja monetarna po Bretton Woods i szoki naftowe (+780% zwrotu indeksu BCOM);
  • Lata 2000–2020: industrializacja Chin i Indii (+470%);
  • Obecny rajd, który potencjalnie rozpoczął się w 2020 roku, może oznaczać początek nowego supercyklu surowcowego, napędzanego przez to, co niektórzy analitycy nazywają „Sześcioma D”, czyli dekarbonizację, deglobalizację, wydatki obronne (Defense spending), de-dolaryzację, demografię oraz susze i zmiany klimatyczne (Droughts & climate change).

Miedź stanowi centralny element wielu z tych megatrendów, z uwagi na swoją kluczową rolę w infrastrukturze sieci energetycznych, systemach energetycznych oraz technologii energii odnawialnej. Elektryfikacja świata – od wiejskich obszarów Indii po centra danych w USA – wymaga szybkiego i trwałego rozwoju sieci elektrycznej. Najbardziej jest to widoczne w Chinach.

Perspektywy: Metal przyszłości

Aktualny wzrost cen miedzi, spowodowany rzeczywistym ograniczeniem podaży, obrazuje, jak dynamicznie fundamenty rynkowe mogą wpływać na wyniki w warunkach ograniczonej dostępności surowca. Jednak poza krótkoterminowym kryzysem podażowym, globalna transformacja energetyczna tworzy solidne podstawy dla trwałego, strukturalnego wzrostu popytu. Jeśli podaż nie nadąży – szczególnie biorąc pod uwagę trwające niedoinwestowanie w sektorze górnictwa i rafinacji – scenariusz wyższych cen i rosnącej zmienności stanie się bardzo prawdopodobny. Jako jeden z nielicznych surowców łączących krótkoterminowy byczy impet z długoterminowymi megatrendami, miedź konsekwentnie umacnia swoją pozycję jako „metal przyszłości”.

– Dywersyfikacja portfela inwestycyjnego jest kluczowa w kontekście obecnej zmienności na rynku miedzi. Nawet przy megatrendach wspierających ten metal – jak transformacja energetyczna i cyfryzacja – krótkoterminowe szoki podażowe dowodzą, że żaden surowiec nie jest wolny od nieprzewidywalnych wstrząsów. Rozłożenie inwestycji między różne klasy aktywów pozwala zredukować ekspozycję na nagłe spadki wartości jednego sektora, co jest szczególnie istotne w obliczu geopolitycznych napięć wpływających na ceny surowców. Dodatkowo, dywersyfikacja geograficzna i sektorowa zabezpiecza przed lokalnymi kryzysami, jak np. przyspieszone zakupy miedzi w USA wywołujące niedobory w Europie czy Azji. Podsumowując – zrównoważony portfel nie tylko łagodzi straty, ale też umożliwia wykorzystanie szans z różnych rynków, co w 2025 r. jest niezbędne przy rosnącej niepewności gospodarczej – mówi Aleksander Mrózek, Manager ds. relacji z kluczowymi klientami regionu CEE w Saxo Banku.

Spadek cen ropy pomaga branży lotniczej

Obserwowany od poniedziałku spadek cen ropy o ponad 11 proc. przyniósł ulgę całemu sektorowi lotniczemu. We wtorek po południu akcje Lufthansy, jednego z głównych konkurentów polskiego LOT-u, wzrosły ponad 6 proc. Chociaż nastroje inwestorów są pozytywne, to trwałe odbicie w branży będzie jednak zależeć od czegoś więcej niż tylko cen ropy czy paliwa lotniczego.

Cena ropy Brent spadła w tym tygodniu już o ponad 11 proc. To wyjątkowo silny ruch, nawet jak na zmienny rynek surowców. Impulsem była informacja o zawieszeniu broni między Izraelem a Iranem, ogłoszona przez prezydenta USA Donalda Trumpa. Reakcją rynków było zaskoczenie i wyraźna ulga. Spadek cen ropy w połączeniu ze złagodzeniem sytuacji geopolitycznej to pozytywny sygnał dla akcji linii lotniczych – o ile nie pojawią się inne czynniki ryzyka, jak np. spadająca liczba rezerwacji.

Ceny paliwa lotniczego nie są tożsame z cenami ropy, ale są z nimi ściśle powiązane. Surowcem do jego produkcji jest ropa naftowa, a ostateczną cenę kształtują także koszty rafinacji, transportu, magazynowania, podatki oraz specyfika podaży i popytu na samym rynku paliwa lotniczego. Ponieważ paliwo to stanowi ok. 20-30 proc. kosztów operacyjnych linii lotniczych, spadek cen ropy obniża bezpośrednio ich wydatki. To w może mieć pozytywny wpływ na marże, zwłaszcza na trasach średnio- i dalekodystansowych. W silnie konkurencyjnym otoczeniu niższe koszty energii dają też większą elastyczność w kształtowaniu cen biletów lub marż.

Po stronie popytowej również można liczyć na wsparcie wynikające ze spadku cen ropy. Spadające ceny ropy działają jak bodziec stymulacyjny, mogą zwiększyć zarówno konsumpcję, jak i aktywność podróżniczą. Do tego wyklucza to scenariusz odbicia inflacji, czego obawiała się część inwestorów w dłuższym terminie. Dla Lufthansy i innych linii lotniczych, może to oznaczać podwójnie pozytywny scenariusz.

Spośród pięciu globalnych linii lotniczych notowanych na giełdzie to Lufthansa wykazała najwyższy roczny wzrost przychodów – 9,9 proc. Jednocześnie jednak osiągnęła najniższą rentowność bowiem marża EBIT z ostatnich 12 miesięcy wyniosła zaledwie 3,8 proc. Wskazuje to na wyższe koszty, nieefektywność lub słabszą siłę cenową. Z tego względu niższa wycena,  wskaźnik cena/zysk na poziomie 6,1, wydaje się uzasadniona. Dla porównania, Polskie Linie Lotnicze LOT, które nie są notowane na giełdzie, osiągnęły w 2024 roku marżę EBIT na poziomie 8,1 proc. Czyli ponad 2 razy wyższą niż Lufthansa.

Porównanie giełdowych linii lotniczych

Linia lotnicza Wzrost przychodów r/r w I kw. (%) Wskaźnik C/Z prognozowany Marża EBIT (ostatnie 12 mies.) (%)
Delta Air Lines 2,1 8,9 9,3
Lufthansa 9,9 6,1 3,8
Ryanair 5,9 11,8 11,2
Singapore Airlines 2 15,7 8,9
United Airlines 5,4 7,5 9,9
Średnia 5,1 10 8,6

Źródło: Tickr

Najwyższą wycenę z linii lotniczych notowanych na giełdzie ma Singapore Airlines (C/Z 15,7), choć marża EBIT wynosi przeciętne 8,9 proc. Liderem rentowności pozostaje Ryanair ( marża 11,2 proc.) z drugą najwyższą wycena (C/Z 11,8). Delta i United Airlines osiągają ponadprzeciętne marże – odpowiednio 9,3 proc. i 9,9 proc., a mimo to ich wskaźniki C/Z są niższe: 8,9 i 7,5.

We wtorek akcje Lufthansy w ciągu dnia zyskały już ponad 6 proc., w środę wzrost zmniejszył się do 3,5 proc. Akcje niemieckiego przewoźnika są jednak nadal notowane ok. 67 proc. poniżej historycznego maksimum z 2018 roku. W długim terminie to oznacza znaczną przestrzeń do wzrostu. Jeśli ceny ropy utrzymają się na niskim poziomie, Lufthansa może poprawić swoje marże. Paliwo, jeden z największych składników kosztów, tanieje, co działa bezpośrednio na korzyść rentowności. Mimo niskiej wyceny, spółka musi jednak nadrobić zaległości operacyjne, o czym świadczy przeciętna marża z ostatnich 12 miesięcy. Same niskie ceny ropy nie wystarczą. Kluczowe będą ogólna kondycja gospodarki i popyt na podróże. Bez stabilnej sytuacji makro i solidnego popytu potencjał wzrostu pozostaje ograniczony. Ryzyko geopolityczne w cieśninie Ormuz nadal istnieje. Niepewność po stronie podaży na rynku ropy się utrzymuje, a nagłe wzrosty cen mogą znów podnieść koszty linii lotniczych.

Dane na dzień 25.06.2025 g. 12:00 CET

Autor: Paweł Majtkowski, analityk eToro w Polsce