Bardzo ciężka noc

Bardzo ciężka noc 1

Piątkowy poranek jest w kolorach czerwonych, większość aktywów traci na wartości. Zyskują jedynie obligacje niektórych państw, metale szlachetne oraz jen japoński. Funt szterlinga znalazł się przez chwilę na 31 letnim minimum, dolar australijski, nowozelandzki oraz euro tracą odpowiednio 3.09%, 2.94%, 2.87% w stosunku do dolara amerykańskiego.

Polski złoty dostał rykoszetem, euro było notowane powyżej 4.50 zł, frank szwajcarski powyżej 4.20 zł, natomiast dolar amerykański ponad 4.10 zł. Wyprzedawane są także surowce, jedynie złoto utrzymało się nad powierzchnią i zyskuje ponad 4%. Rynek po tak burzliwej nocy powinien znaleźć się w korekcie ostatnich ruchów.

Przed chwilą odbyła się również konferencja z udziałem Davida Camerona, który już oficjalnie z 3 miesiące odejdzie ze swojego stanowiska. Nowy lider poprowadzi swój kraj do wolności.

Mateusz Groszek
Młodszy Analityk Rynków Finansowych

BREXIT. Nowe porządki

BREXIT. Nowe porządki 2

Szok. Niedowierzanie. Brytyjczycy ku zaskoczeniu wszystkich, w tym przede wszystkich rynków finansowych, opowiedzieli się za wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej (UE). W reakcji na to funt do dolara potaniał o prawie 11%, japońska giełda spadła o 7%, szwajcarski frank podrożał o 6% do 4,19 zł. I to nie koniec zamieszania na rynkach finansowych. Dziś tworzy się historia. Ruszyła lawina, która bardzo wiele może zmienić. Zarówno w europejskiej polityce, jak w i światowej gospodarce, i na rynkach finansowych.

W piątek inwestorzy obudzili się w nowej rynkowej rzeczywistości. Rzeczywistości BREXIT-u. Wszystko wskazuje na to, że Brytyjczycy opowiedzieli się za opuszczeniem Unii Europejskiej. W ten scenariusz jeszcze wczoraj nikt nie wierzył. Nie wierzyły sondażownie, bukmacherzy i rynki finansowe. Stało się jednak inaczej niż oni zakładali. Około 52% Brytyjczyków opowiedziało się za BREXIT-em.

Oczywiście wyniki dzisiejszego referendum nie są wiążące, ale trudno oczekiwać, żeby tamtejszy parlament je zignorował. A to oznacza, że świat wkracza w nową erę. Tworzą się nowe porządki. Już to widać na rynkach finansowych. Tak jak można było tego oczekiwać, w reakcji na wyniki referendum, mocno tracą giełdy, drastycznie został przeceniony funt, mocno wyprzedawany jest złoty, osłabia się euro i tanieje m.in. ropa. Jednocześnie inwestorzy szukają tzw. bezpiecznych przystani. Drożeje więc złoto, szwajcarski frank i japoński jen.

O godzinie 07:16 notowania funta w relacji do dolara spadły aż do 1,3390 z 1,4993 dolara wczoraj na koniec dnia, przejściowo schodząc do 1,3217, co było najniższym kursem od …31 lat. I to prawdopodobnie jeszcze nie koniec spadków. Funt może dalej tanieć. Zarówno dziś, jak i w kolejnych miesiącach. Najpierw w okolice 1,30, a później w kierunku 1,20 dolara. A być może jeszcze niżej. George Soros przed referendum wieszczył, że w przypadku BREXIT-u kurs GBP/USD spadnie poniżej 1,15.

Funt tanieje też w relacji do złotego. Rano trzeba było za niego zapłacić 5,4966 zł, podczas gdy jeszcze w czwartek na koniec dnia, gdy BREXIT wydawał się mało realny, kosztował on 5,6981 zł.

To jednak wyjątek. Złoty bardzo mocno traci na wartości do większości głównych walut. I tak euro drożeje o 16 gr i kosztuje 4,5025 zł, szwajcarski frank o 28 gr do 4,2255 zł, a dolar o 31 gr do 4,1143 zł. Ta reakcja nie jest zaskoczeniem. Już dawno było jasne, że polska waluta bardzo ucierpi, jeżeli Wielka Brytania wyjdzie z Unii. Wskazywała na to jej silna reakcja na wcześniejsze sondaże sugerujące wzrost zwolenników BREXIT-u. Można oczekiwać, że to jeszcze nie koniec wyprzedaży złotego. Oczywiście, za chwilę pojawią się słowne, a być może nawet faktyczne interwencje ze strony Narodowego Banku Polskiego (NBP) i rządu, ale przy tak dużej nerwowości na rynkach finansowych i słabości złotego (również wywołanej czynnikami o charakterze krajowym, czyli sytuacją polityczną, cięciem ratingu, obawami o budżet oraz o losy ustawy frankowej), takie działania nie mogą okazać się skuteczne.

Dziś mocno powinna też spaść, nie spisująca się przecież najlepiej, warszawska giełda. Wczoraj indeks WIG20 wzrósł o 1,7% do 1853,7 pkt., rosnąc 5. kolejną sesję. W piątek już na „dzień dobry”, może on spaść o 5%. Obserwowana od początku kwietnia duża słabość polskiego rynku akcji sprawia, że WIG20 bardzo szybko wróci do styczniowego dołka 1657,4 pkt. Ten poziom nie musi jednak zatrzymać spadków. Szacujemy, że dyskontowanie BREXIT-u ze wszystkimi jego krótko i długoterminowymi konsekwencjami sprowadzi WIG20 do 1480-1580 pkt.

Krótkoterminowa reakcja rynków finansowych na BREXIT nie ograniczy się tylko do dzisiejszego dnia. Owszem, po weekendzie może nastąpić pewne uspokojenie i być może nawet przyszły tydzień rozpocznie się na rynkach od odreagowania. Jednakże, konsekwencje wyjścia UK z Unii mogą być tak daleko idące, że ta krótkoterminowa reakcja w postaci ucieczki od ryzyka i szukania bezpiecznych inwestycji może trwać również w przyszłym tygodniu. Skutki długoterminowe zaś będą odczuwalne przez wiele miesięcy.

Potencjalne polityczne, rynkowe i inne skutki BREXIT-u:

  • 1.dymisja premiera Davida Camerona i duże zamieszanie w brytyjskiej polityce;
  • 2.wzrost poparcia dla Donalda Trumpa;
  • 3.rozpad Wielkiej Brytanii;
  • 4.Wielka Brytania straci najwyższy rating na poziomie AAA;
  • 5.będą kolejne referenda ws. pozostania w Unii Europejskiej / Strefie Euro;
  • 6.rosnące prawdopodobieństwo rozpadu/przedefiniowania roli Unii Europejskiej (Europa 2. prędkości);
  • 7.wzrost poparcia dla prawicy (również tej skrajnej) w Europie;
  • 8.nasili się kryzys imigracyjny w Europie;
  • 9.silne wyhamowanie wzrostu gospodarczego (kryzys) w Europie;
  • 10. hamowanie wzrostu gospodarczego w Europie i niepokój na rynkach finansowych mogą wywołać kryzys gospodarczy w Chinach;
  • 11. Fed na wiele miesięcy odłoży podwyżki stóp procentowych w USA lub nawet może je ponownie obniżyć;
  • 12. wzrost napięcia na rynkach finansowych spowoduje ucieczkę inwestorów z rynków wschodzących (mocno ucierpi złoty i polska giełda);
  • 13. rząd Beaty Szydło nie zrealizuje obietnic wyborczych i już wkrótce zacznie mieć problemy z realizacją budżetu;
  • 14. ze zdwojoną siłą wróci temat pomocy dla frankowiczów w Polsce (obecnie CHF/PLN jest najdroższy od 15 stycznia 2015), co wywoła obawy o kondycję sektora bankowego, ale też będzie ciążyć warszawskiej giełdzie i złotemu;
  • 15. kurs GBP/USD jeszcze w tym roku może spaść do 1,15, EUR/USD do 1,00, EUR/CHF do 1,00, natomiast euro, dolar i szwajcarski frank mogą kosztować po 4,40-4,50 zł.

W przypadku tak dużej nerwowości na rynkach finansowych i potencjalnie daleko idących skutków gospodarczych i politycznych wczorajszego referendum w Wielkiej Brytanii, naturalne jest oczekiwanie na działania ze strony banków centralnych zmierzające do stabilizacji sytuacji. Nie jest wykluczone, że takie skoordynowane działania będą miały miejsce (np. od miesięcy mówi się, że Narodowy Bank Szwajcarii będzie interweniował w celu osłabienia franka, gdy kurs EUR/CHF spadnie poniżej 1,07). Tyle tylko, że to może pomóc jedynie na chwilę. Gdyby BREXIT przydarzył się 8-10 lat temu to nie byłoby żadnego problemu. Banki centralne i gospodarka poradziłyby sobie. Teraz jednak kondycja światowej gospodarki jest o wiele słabsza, wzrost jest budowany na bardzo kruchych podstawach (potrafią go zachwiać obawy przed podwyżkami stóp procentowych w USA), polityka w Europie, ale też i w USA, jest na mocnym wirażu (do głosu dochodzą coraz częściej politycy o skrajnych poglądach), ale przede wszystkim banki centralne nie mają już żadnej amunicji, żeby walczyć z potencjalnym kryzysem gospodarczym lub nawet amortyzować jego skutków. To sprawia, że zasadne staje się twierdzenie, iż piątek jest pierwszym dniem tworzenia się nowego porządku politycznego i gospodarczego w Europie. A być może nawet i na świecie.

Marcin Kiepas
Główny Analityk Admiral Markets

Szok może zmienić się w panikę

Mamy do czynienia z szokiem na globalnych rynkach, wywołanym wynikami brytyjskiego referendum. Banki centralne wydają się przygotowane na atak spekulacyjny, ale nie można przewidzieć czy szok nie zamieni się w panikę. Złoty będzie się osłabiał wobec franka i dolara.

Negatywne długotrwałe skutki będą się dopiero pojawiać, gdy negocjowane będą warunki wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Na razie obserwujemy pierwszą reakcję rynków. Złoty się osłabia i na tym co obserwujemy w tej chwili jeszcze nie koniec.

-Obserwujemy krótkotrwały wzrost niepewności, ale możemy mieć do czynienia nawet z paniką. Będzie się wzmacniać przede wszystkim frank szwajcarski, traktowany przez inwestorów jako bezpieczna przystań, ale także dolar amerykański i jen japoński – mówi w rozmowie z MarketNews24 Rafał Sadoch, analityk Domu Maklerskiego mBank. – W najbliższych dniach osłabiać się będzie funt brytyjski, euro, ale także złoty polski.
Są to złe wiadomości dla Frankowiczów i zwłaszcza dla polskich rolników, którzy byli największym beneficjentem transferów finansowych z UE.

Emigracja zarobkowa do Wielkiej Brytanii zostanie zahamowana. Czy Polacy będą też wracać? Skalę zmian trudno przewidzieć. Na pewno zmniejszą się transfery gotówkowe do rodzin w Polsce.

12 mld zł z UE na unowocześnienie polskiej służby zdrowia. Wzorem do naśladowania może być Holandia

CEO Magazyn Polska

W badaniach Euro Health Consumer Index holenderski system opieki zdrowotnej jest uznawany za najlepszy. Wprawdzie jego zbudowanie wiązało się z wysokimi nakładami, ale szybko się one zwróciły. Polski system także wymaga zmian. Unowocześnianiu służby zdrowia posłużą w najbliższych latach środki unijne – ok. 12 mld zł.

Wykorzystanie funduszy unijnych to wielka szansa, szczególnie dla Polski, żeby zoptymalizować system opieki zdrowotnej. Wiele się nauczyliście, czerpiąc z doświadczeń innych krajów. Popatrzcie na system holenderski, weźcie od nas to, co zrobiliśmy dobrze, i jednocześnie wprowadźcie do tego usprawnienia – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Guy Peeters, ekspert ds. ochrony zdrowia, przewodniczący Holenderskiej Federacji Uniwersytetów Medycznych.

Jak podkreśla, dzięki wykorzystaniu funduszy unijnych opieka zdrowotna w każdym kraju europejskim powinna być na zbliżonym poziomie. Z tym jednak wciąż są problemy. W perspektywie finansowej UE na lata 2007–2013 na realizację inwestycji w obszarze ochrony zdrowia współfinansowanych z funduszy europejskich Polska wydała 4,5 mld zł. W perspektywie 2014–2020 kwota ta będzie trzykrotnie większa i wyniesie ok. 12 mld zł.

Fundusze unijne przeznaczone na ochronę zdrowia przekazywane województwom to ok. 1,5 mld euro. Najlepszym sposobem, by samorządy mogły je efektywnie wykorzystać, jest z jednej strony uwzględnianie potrzeb własnych, z drugiej zaś dążenie do synergii z ogólnokrajowym systemem zdrowia. W ten sposób efekty nakładów będą widoczne nie tylko w danym województwie, lecz także w całym systemie opieki zdrowotnej w Polsce – ocenia Anca-Andreea Calugaru z Schuman Associates.

Choć zdaniem ekspertki Polska nauczyła się dobrze wydatkować unijne środki i pod tym względem wyprzedza dużą część krajów regionu, to konieczna jest poprawa współpracy między poszczególnymi instytucjami. Wciąż jednak pozostaje dużo do zrobienia w zakresie ochrony zdrowia. W rankingu Euro Health Consumer zajęliśmy jedno z ostatnich miejsc, za nami znalazła się tylko Czarnogóra. Na szczycie, już od kilku lat, znajduje się Holandia.

Od Holendrów możemy się nauczyć tego, jak zarządzać środkami na ochronę zdrowia z systemu ubezpieczeń społecznych. Holenderski system jest bardzo ciekawy, ponieważ łączy finansowanie prywatne i publiczne, co więcej, raz w roku każdy obywatel może zmienić ubezpieczyciela – wskazuje Ewa Sosnówka-Tkaczyk, kierownik działu ds. funduszy europejskich Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.

Dzięki reformie służby zdrowia z 2006 roku towarzystwa ubezpieczeniowe walczą o pacjentów. Bez względu na dochody każdy obywatel może samodzielnie wybrać instytucję dysponującą jego składką. Ubezpieczyciele walczą o klientów ceną i jakością ubezpieczeń, a świadczeniodawcy konkurują o umowy z towarzystwami.

Mnie przede wszystkim zaimponowało to, że standardem w Holandii jest dotarcie pacjenta do lekarza podstawowej opieki zdrowotnej w 1 minutę. U nas trochę inaczej to wygląda. Dla mnie te holenderskie rozwiązania są bardzo proste. Myślę, że kolejne ekipy powinny bardziej w ten system holenderski wejść i z niego skorzystać. Po co mamy wywarzać drzwi, które w Holandii już dawno są otwarte. Te rozwiązania są przetestowane od 1998 roku, a my próbujemy to robić od początku – mówi Urszula Jaworska, prezes Fundacji Urszuli Jaworskiej.

W badaniach Euro Health Consumer Index holenderski system opieki zdrowotnej od lat jest uznawany za najlepszy lub plasuje się w czołówce. Równie wysoko oceniają go sami Holendrzy. W 2008 roku, czyli już po reformie, zaledwie 9,1 proc. obywateli dało ocenę poniżej 6 (w 10-stopniowej skali). Co czwarty mieszkaniec Holandii określił go zaś jako doskonały.

W Holandii świadczenia nie kupuje jeden fundusz czy budżet państwa, jak np. jest planowane u nas, tylko są 24 konkurencyjne fundusze. Żaden fundusz nie może nikogo wykluczyć. Każdy, tak jak u nas, płaci składkę solidarnościową, obowiązkową, która uprawnia do podstawowej opieki zdrowotnej, ale nie w rozumieniu dostępu do lekarza rodzinnego, tylko do najważniejszych świadczeń szpitalnych w poradniach, do opieki rodzinnej i do leków – tłumaczy Aleksandra Kurowska, redaktor „Dziennika Gazety Prawnej”.

Jak podkreśla, w Holandii zdiagnozowano problemy i wdrożono reformy. Choć początkowo oznaczało to konieczność poniesienia wysokich kosztów, szybko się one zwróciły. W Polsce, choć mówi się dużo o konieczności dostosowania opieki zdrowotnej do wyzwań demograficznych, niewiele w tym kierunku jest robione.

Holandia wykorzystuje innowacyjne rozwiązania, stawia m.in. na telemedycynę, dzięki której leczenie jest tańsze, zmniejsza się też odsetek leczenia szpitalnego.

Rozwiązania technologiczne mogą pomóc w zwiększaniu efektywności służby zdrowia poprzez obniżanie kosztów, ponieważ dzięki skoordynowanej opiece zdrowotnej, lepszej profilaktyce, lepszej diagnostyce czas przebywania w szpitalu pacjentów będzie krótszy – mówi Tomasz Lisewski, dyrektor generalny Philips na region Europy Środkowo-Wschodniej.

W Polsce niezwykle ważne jest zwiększenie roli lekarzy pierwszego kontaktu, tak by chorzy, którzy nie wymagają hospitalizacji, nie trafiali do szpitali. Opieka szpitalna zawsze generuje dużo większe koszty, a dodatkowo rodzi się pytanie, czy to jest dla chorych – przekonuje Guy Peeters.

W Polsce hospitalizacja wciąż jest nadużywana. Z danych OECD wynika, że tylko w latach 2000–2012 liczba hospitalizacji w stosunku do liczby mieszkańców wzrosła o ok. 20 proc. Obecnie nawet co czwarta hospitalizacja jest nieuzasadniona, a jeden dzień pobytu w szpitalu kosztuje średnio kilkaset złotych.

Pacjent, który potrzebuje pomocy medycznej, musi mieć ja zapewnioną u siebie, na miejscu. Jeżeli się to dobrze poukłada, co widać w Holandii, to nie musi to być obciążające dla lekarza podstawowej opieki zdrowotnej. Musi to być dobrze skoordynowane z opieką szpitalną i opieką ambulatoryjną. Klucz do tego to jest informatyzacja systemu – nie przeniesie się tej opieki do POZ, jeżeli lekarz nie będzie miał wiedzy od lekarza prowadzącego, lekarza specjalisty. A znam wiele takich poradni, gdzie lekarz nie ma nawet komputera – mówi Urszula Jaworska.

Polska wciąż zmaga się z bagażem zaległości w służbie zdrowia jeszcze z poprzedniego systemu. Teoretycznie jest coraz lepiej, w dużej mierze dzięki funduszom unijnym, które do Polski płyną znacznie szerszym strumieniem niż do naszych najbliższych sąsiadów. Mimo to w rankingu Euro Health Consumer wyprzedzają nas kraje bałtyckie, również Czechy i Słowacja.

Czechy, Słowacja, Litwa, Łotwa to są państwa, które nas już wyprzedziły, ponieważ mają odwagę podnosić nakłady na zdrowie, bo bez tego się nie obędzie, a z drugiej strony mają odwagę dokonywać niezbędnych reform – podkreśla Aleksandra Kurowska.

O koniecznej transformacji polskiej służby zdrowia i potencjale środków unijnych w tym zakresie rozmawiali eksperci z Polski i Holandii podczas konferencji zorganizowanej przez Ambasadę Królestwa Niderlandów.

Od przyszłego roku zmienią się zasady zatrudniania pracowników spoza UE

CEO Magazyn Polska

Rolnicy czy właściciele firm budowlanych korzystających z usług wykonawców ze Wschodu będą musieli przygotować się na zmianę przepisów. Od nowego roku zamiast oświadczenia o zamiarze zatrudnienia cudzoziemca spoza Unii wprowadzone zostaną zezwolenia na pracę krótkoterminową lub sezonową, wydawane przez starostę. To może uderzyć w pracowników ze Wschodu, ale powinno zlikwidować nadużycia przy ich zatrudnianiu.

Ustawa jest niejako wymuszona dyrektywą Unii Europejskiej, która reguluje dostęp emigrantów spoza Unii do europejskich rynków pracy. Z punktu widzenia krajów zachodnich, gospodarek rozwiniętych z bardzo mocnymi, atrakcyjnymi rynkami pracy to jest zrozumiała i dobra dyrektywa ­– mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Korkus, prezes Grupy EWL, zatrudniającej obcokrajowców na polskim rynku pracy. – Polska jest jednak dostawcą pracy w ramach Unii Europejskiej, a dla nas krajem, z którym wymieniamy się doświadczeniem, inwestycjami czy pracownikami jest Ukraina, która już nie jest członkiem Unii Europejskiej.

Imigranci zarobkowi ze Wschodu zatrudniani są głównie w sektorach mocno uzależnionych od sezonowości, takich jak rolnictwo, ogrodnictwo czy budownictwo. Do tej pory obywatele sześciu państw byłego ZSRR – Ukrainy, Rosji, Białorusi, Armenii, Gruzji i Mołdawii mogli być zatrudniani na podstawie zgłoszenia do powiatowego urzędu pracy przez pracodawcę zamiaru ich zatrudnienia (okresie do sześciu miesięcy w ciągu roku). Wystarczało też – o ile na to przystali – wypłacać im wynagrodzenie minimalne. Teraz będą musieli być opłacani tak jak inni pracownicy w branży.

Ta dyrektywa europejska w jakiś sposób to ogranicza. Ustawa, która została napisana, z jednej strony spełnia wymagania dyrektywy, a z drugiej strony aż tak nie ingeruje w te procedury zatrudnienia. Jest tam kilka zmian, które uważamy za pozytywne, wynikające z doświadczeń, które zdobyliśmy po 7 latach prowadzenia uproszczonego dostępu do rynku pracy – tłumaczy Korkus.

W ubiegłym roku zgłoszono ponad 780 tys. oświadczeń, najwięcej, bo ponad 760 tys., dotyczyło obywateli Ukrainy. Problem polega na tym, że często dochodziło przy tym do nadużyć, gdyż faktycznie zatrudniano mniej niż dwie trzecie zgłoszonych pracowników. Zgłoszeń dokonują np. osoby bezrobotne, nieuzyskujące przychodów z działalności gospodarczej, a celem jest uzyskanie korzyści majątkowej. Część przyjezdnych pracowników po opłaceniu się zapraszającemu pracodawcy korzystała z możliwości pobytu w Polsce i swobodnego przejazdu do innych krajów strefy Schengen.

Podobne nadużycia miały miejsce w przypadkach zezwoleń na pracę. Dlatego zgodnie z wymogami dyrektywy, ale chcąc maksymalnie zliberalizować procedurę, zaproponowano w projekcie dwie formy zezwoleń: ośmiomiesięczne na pracę sezonową w rolnictwie, ogrodnictwie lub turystyce oraz uproszczone sześciomiesięczne na pracę krótkoterminową we wszystkich sektorach gospodarki, przy którym niewymagany będzie tzw. test rynku pracy (ma on wykazać, że na dane miejsce pracy nie było chętnych Polaków). Wydawać będzie je starosta.

W ustawie zlikwidowano pojęcie oświadczenia o zamiarze powierzenia pracy obcokrajowcowi, zamiast tego jest pozwolenie krótkoterminowe. To pozwolenie też będzie wydawane na bardzo liberalnych zasadach, jednak ono będzie komplementarne z zasadami, które narzuca nam Unia Europejska – mówi prezes Grupy EWL. – To jest dobra ustawa, tylko pytanie, jak ona się sprawdzi w istniejących realiach. Obecnie największym problemem dla obcokrajowców jest np. dostanie się do polskiego konsulatu, ale to już jest poza jurysdykcją ministerstwa pracy. Na pewno powinno to być skonsultowane z Ministerstwem Spraw Zagranicznych i to musi być zrobione zgodnie z realiami, które obowiązują teraz w krajach, z których przyjeżdżają do nas imigranci.

Nowe przepisy zwiększą także kontrolę PUP. Pracodawca będzie miał obowiązek przedstawienia umowy o pracę i ubezpieczenia zdrowotnego pracownika. Obcokrajowcy zostaną objęci taką samą ochroną jak polscy pracownicy.

Nowelizacja ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, nad którą trwają prace, miałaby zacząć obowiązywać od stycznia 2017 r.

Nowelizacja ustawy o OZE czeka na podpis prezydenta. Branża obawia się konsekwencji

CEO Magazyn Polska

Sejm przyjął poprawki Senatu wprowadzone do nowelizacji ustawy o odnawialnych źródłach energii i teraz czeka ona na podpis prezydenta. Opozycja i część ekspertów nazywają nowe przepisy antyprosumenckimi. Chodzi o brak mechanizmu taryf gwarantowanych, który miał umożliwić rozwój przydomowych mikroinstalacji. To uderza nie tylko w osoby mniej zamożne, które chciałyby w takich instalacjach wytwarzać energię, lecz także w krajowe firmy, które produkują urządzenia dla mikroenergetyki – podkreślają przedstawiciele Greenpeace.

Te firmy miałyby szansę się rozwinąć i konkurować na europejskich i światowych rynkach. Niestety, nie ma rynku wewnętrznego, nie ma też popytu na ich urządzenia w skali kraju z uwagi na brak odpowiedniego systemu wsparcia, mimo że na świecie takie systemy są wdrażane. Przedstawiciele tego przemysłu nie wiedzą, co robić, są w sytuacji bardzo niestabilnej – alarmuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Ogniewska z Fundacji Greenpeace Polska.

W ubiegłym roku w ustawie o OZE znalazła się propozycja mechanizmu taryf gwarantowanych, czyli mechanizmu wsparcia dla najmniejszych producentów energii, który miał wyrównywać szanse mniej i bardziej zamożnych rodzin na zakup mikroinstalacji (źródeł mocy do 40 kW). Ten mechanizm w przyjętej właśnie przez Sejm nowelizacji został zastąpiony tzw. opustem. Za każdą kilowatogodzinę wprowadzoną do sieci prosument dostawać będzie rabat na kupowaną energię. Zdaniem ekspertów Greenpeace i Instytutu Energetyki Odnawialnej przyjęty system rozliczeń z prosumentem nie jest dla niego opłacalny ekonomicznie i będzie faworyzował osoby zamożne.

Ogniewska podkreśla, że na nowych przepisach i związanej z nimi niepewności co do dalszego rozwoju straci także polski przemysł związany z OZE, szczególnie w segmencie małych i mikroinstalacji. Natomiast regulacje działają na korzyść dużych koncernów energetycznych.

To jest pewien rodzaj niekonsekwencji, ponieważ wielokrotnie słyszymy ze strony decydentów, że chcemy się rozwijać w kierunku konkurencyjności i innowacyjności, a nie prostej montowni. Tymczasem nie dajemy szans polskiemu przemysłowi produkcji urządzeń na rzecz OZE. Gorzej, mówi się, że te urządzenia są importowane, chociaż mamy polskie firmy, które doskonale mogłyby się dalej rozwijać – mówi Ogniewska.

IEO szacuje, że w przypadku ambitnej strategii rozwoju zielonej energetyki w kraju mogłoby powstać blisko 70 tys. nowych miejsc pracy.

Przede wszystkim powinno się wrócić do systemu taryf gwarantowanych dla mikroinstalacji i rozszerzyć go na wszystkich użytkowników, umożliwić firmom, osobom indywidualnym oraz samorządom korzystanie z systemu wsparcia – przekonuje Anna Ogniewska z Fundacji Greenpeace. – Należy także dywersyfikować wsparcie dla większych źródeł, a nie tylko stawiać na duże koncerny i duże instalacje. W ten sposób pozwolimy na rozwój mniejszych i średnich źródeł oraz różnych technologii.

Ustawa ma wejść w życie 1 lipca br.

Współpraca rolników i pszczelarzy przekłada się na wzrost i jakość plonów

CEO Magazyn Polska

Sadownicy i rolnicy widzą realny wpływ pszczół na zwiększenie objętości i jakości uzyskiwanych plonów – dowodzą badania Kleffmann Group przeprowadzone dla Polskiego Stowarzyszenia Ochrony Roślin. Z kolei pszczelarze podkreślają, że obecność uli w pobliżu owadopylnych upraw pozwala na wzrost produkcji w pasiece. Rolnicy i pszczelarze decydują się więc na współpracę, która obu stronom daje wymierne korzyści. 

Blisko 3/4 ankietowanych pszczelarzy deklaruje stałą współpracę z rolnikami. Najczęściej współpraca pomiędzy pszczelarzem a rolnikiem polega na umieszczaniu uli przy plantacjach (97 proc.), stosowaniu przez rolników bezpiecznych dla pszczół środków ochrony roślin (84 proc.) oraz informowaniu pszczelarzy o terminach planowanych zabiegów ochrony (81 proc.).

Zarówno rolnicy, jak i pszczelarze bardzo mocno podkreślają obopólne korzyści płynące z relacji, która występuje między tymi grupami. 65 proc. ankietowanych pszczelarzy stwierdziło, że dotychczasowa współpraca była na bardzo dobrym i dobrym poziomie. Wśród rolników i sadowników odsetek ten wyniósł 90 proc. Około 12 proc. z nich docenia przyjacielskie kontakty.

Obie strony oceniają współpracę bardzo wysoko. Byłem zaskoczony takimi pozytywnymi wynikami, ponieważ w zastosowanej przez nas sześciopunktowej skali oceny satysfakcji średnie oceny przekraczają 5 punktów, to jest naprawdę duża wartość – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Michał Gazdecki, ekspert Kleffmann Group, autor badania.

Współpraca oparta na poszanowaniu specyfiki pracy rolnika i pszczelarza pozwala na sprawną działalność i korzystanie z zysków. Z punktu widzenia pszczelarza szczególnie ważne jest informowanie o terminie i rodzaju wykonywanych oprysków. Eksperci podkreślają, że zatrucia środkami ochrony roślin, powstałe w wyniku ich niewłaściwego stosowania, odpowiadają za około 1–3 proc. upadków rodzin pszczelich w skali roku w Polsce. Natomiast w chwili obecnej główną przyczyną upadków rodzin pszczelich zarówno w Polsce, jak i na świecie jest warroza. Inwazja pasożyta Varroa destructor wraz z towarzyszącymi jej wirusami to główny problem, z którym muszą radzić sobie pszczelarze.

Dobra współpraca pomiędzy plantatorem a pszczelarzem polega na tym, że obaj muszą spełnić pewne warunki. Plantator ma więcej obowiązków, bo musi pogodzić wykonywanie zabiegów ochrony roślin z bezpieczeństwem pszczół. Musi wykonywać zabiegi preparatami, które są dopuszczone do stosowania na konkretnych plantacjach i te zabiegi muszą być wykonywane w takich godzinach, żeby nie kolidowały z pracą pszczół na takiej plantacji. Zwykle dzieje się to późnym wieczorem lub nocą. Z drugiej strony pszczelarz nie może przeszkadzać w zabiegach wykonywanych na plantacjach, czyli ule nie mogą być ustawiane w miejscach, gdzie nie powinny, gdzie np. istnieje niebezpieczeństwo pożądlenia domowników – mówi dr Dariusz Teper z Zakładu Pszczelnictwa w Puławach.

Zarówno rolnicy, jak i pszczelarze zdają sobie sprawę z tego, że partnerska współpraca oparta przede wszystkim na skutecznej komunikacji, to szansa na dobrą koegzystencję, wyższą jakość i wielkość plonu, a w konsekwencji dostęp do bezpiecznej żywności.

Dzięki działalności pszczół poprawiamy zarówno plonowanie roślin uprawnych, jak i jakość plonu, co jest szczególnie ważne np. w uprawach sadowniczych – mówi dr Gazdecki.

U różnych gatunków plon uzależniony od zapylaczy kształtuje się na różnym poziomie, ale w większości przypadków jest to blisko 90 proc.

– Wprawdzie w przypadku rzepaku to ok. 30 proc., ale trudno się spodziewać, że plantator pogodziłby się z tym, że miałby o 1/3 niższy plon – konkluduje dr Teper.

Deweloperzy czekają na szczegóły programu Mieszkanie Plus. Jego skutki będą odczuwalne od 2018 roku

CEO Magazyn Polska

Ogłoszony przez rząd program Mieszkanie Plus nie powinien mieć dużego wpływu na rynek deweloperski – oceniają przedstawiciele RED Real Estate Development. Ich zdaniem klienci, których stać na zakup mieszkania lub mają zdolność kredytową, nie będą raczej poszukiwać tanich mieszkań na wynajem. Wszystko jednak zależy od kształtu programu. Ewentualne skutki zaczną być odczuwalne najwcześniej za dwa lata.

Ogłoszenie założeń nowego programu rządowego Mieszkanie Plus spowodowało trochę ruch na rynku deweloperskim – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Teresa Witkowska, dyrektor sprzedaży w Grupie Kapitałowej RED. – Aby odpowiedzieć na pytanie, jakie to będzie miało następstwa, musimy jeszcze zaczekać, bo to wstępna wersja programu. Szczegóły mają być ujawnione do końca 2016 roku. Dokładny wpływ na rynek poznamy zapewne dopiero dwa lata później, kiedy pojawią się pierwsze projekty związane z tą inicjatywą.

Zgodnie z przedstawionymi przez premier Beatę Szydło założeniami program ma zaoferować Polakom mieszkania na wynajem ze stawką ok. 10–20 zł za mkw. Jego filarem będzie Narodowy Fundusz Mieszkaniowy, bank ziemi, dysponujący gruntami, na których będą powstawać inwestycje. To jednak wieloletni plan.

Mieszkanie Plus jest kierowane do specyficznej grupy: rodzin z dziećmi oraz osób młodych, których nie stać na zaciągnięcie kredytu hipotecznego – zauważa Teresa Witkowska. – Nie są to więc potencjalni nabywcy mieszkań. 95 proc. klientów kupujących lokale w naszych inwestycjach może zaciągnąć kredyt hipoteczny i mają zdolność kredytową.

Tym bardziej program nie będzie zagrożeniem dla segmentu nieruchomości premium.

Wiadomo, że standard, w jakim będzie wybudowany ten lokal, a ma to być tanie budownictwo, nie będzie takim standardem, jaki w tej chwili oferują deweloperzy. Żeby skusić klienta do zakupu mieszkania, muszą oni proponować nowoczesne rozwiązania i wiele różnych możliwości, np. opcję zakupu lokalu z wykończeniem pod klucz – mówi Witkowska.

Według przedstawionych przez rząd założeń wynajmowanie lokalu od państwa w dłuższej perspektywie może prowadzić do uzyskania prawa własności. Resort infrastruktury i budownictwa ma doprecyzować kryteria przyznawania mieszkań. Czynnikami decydującymi ma być np. liczba dzieci, dochód itp.

Ewentualny wpływ programu lub jego brak na rynek będzie jednak zależał od wielu kwestii, które dopiero zostaną doprecyzowane lub będą się pojawiać dopiero po rozpoczęciu pierwszych inwestycji.

Lokalizacja tych inwestycji będzie kluczowa. Mają to być nieruchomości realizowane na gruntach, które są własnością Skarbu Państwa. Takie działki niejednokrotnie są w bardzo ciekawych lokalizacjach – wskazuje Teresa Witkowska.

Zapowiedziany przez rząd Narodowy Fundusz Mieszkaniowy ma zostać przyjęty w IV kwartale roku, a pierwsze inwestycje powinny się rozpocząć w 2018 roku.

Poza NFM filarami programu Mieszkanie Plus mają być także wsparcie społecznego budownictwa czynszowego oraz zachęty do oszczędzania na cele mieszkaniowe, zakup lub remont.

Polska zagłębiem usług biznesowych. Zatrudnienie w branży do końca roku powinno przekroczyć 200 tys. osób

Sektor nowoczesnych usług dla biznesu jest jednym z największych pracodawców w Polsce, porównywalnym już do sektora motoryzacji. Dziś 852 centra zlokalizowane w całym kraju zatrudniają 193 tys. osób, ale już w tym roku ich liczba powinna przekroczyć 200 tys. Do łask inwestorów wraca Warszawa, ale prężnie rozwijają się także inne miasta. Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych spodziewa się napływu kolejnych firm z USA, Francji, Niemiec, a także rozwoju segmentu badań i rozwoju.

– Sektor motoryzacyjny, jedna z lokomotyw polskiej gospodarki, zatrudnia ponad 220 tys. osób, więc sektor usług dla biznesu zaczyna dobijać do tego robiącego wrażenie poziomu – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Iwona Chojnowska-Haponik, dyrektor w Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych (PAIiIZ). – Myślę, że do końca tego roku możemy się spodziewać około 5 tys. nowych miejsc pracy tylko w ramach inwestycji, nad którymi pracuje PAIiIZ. Niektóre firmy trafiają bezpośrednio do regionów, więc możemy się spodziewać 3–4 razy więcej nowych miejsc pracy.

Według ostatniego raportu PAIiIZ branża BSS (skrót od ang. Business Service Sector) obecnie zatrudnia w 852 centrach około 193 tys. osób. Przed dwoma laty wchodzące w jej skład sektory SSC (z ang. Shared Services Centers, czyli centra usług wspólnych) i BPO (z ang. Business Process Outsourcing, czyli centra outsourcingu procesów biznesowych) dawały pracę ponad 100 tys. osób.

Co roku zastanawiamy się, czy jest możliwe utrzymanie dwucyfrowego przyrostu zatrudnienia i obrotów sektora. Na razie wydaje się, że tak. Przede wszystkim ze względu na liczbę studentów zarówno krajowych, jak i zagranicznych będących głównymi pracownikami w tej branży – mówi Iwona Chojnowska-Haponik.

Jak podkreśla, zatrudnienie koncentruje się w siedmiu największych aglomeracjach kraju, które są jednocześnie największymi ośrodkami akademickimi. W ostatnim czasie widać znów rosnące zainteresowanie Warszawą. Jeszcze do niedawna ośrodki regionalne zwyciężały niższymi kosztami, dziś te różnice nie są już tak znaczące.

– Po pierwsze, za specjalistę IT na terenie całej Polski trzeba zapłacić niemalże takie same pieniądze. Po drugie, to w Warszawie jest jednak najgłębszy rynek pracy, a firmy przychodzą z coraz bardziej ambitnymi pomysłami, więc poszukują wyjątkowych umiejętności – wymienia dyrektor PAIiIZ. – Kolejnym czynnikiem, który decyduje o atrakcyjności stolicy, jest agresywne podejście do realizacji projektu. Pół roku i firmy chciałyby mieć już działające centrum.

W ubiegłym roku królowało Trójmiasto, które pozyskało takie projekty jak State Street (ponad 1,8 tys. miejsc pracy) czy Alexander Mann Solutions (300).

Firmy rozglądają się też za możliwościami inwestowania w mniejszych miejscowościach – wyjaśnia Iwona Chojnowska-Haponik. – Najczęściej to takie podmioty, które już są obecne i szukają alternatywnej lokalizacji, również polskie firmy, które działają na lokalnych rynkach, lub firmy poszukujące bardzo konkretnych specjalizacji, np. podmioty z obszaru lotnictwa czy aeronautyki z pewnością wybiorą Podkarpacie czy Dolny Śląsk.

Zdaniem Iwony Chojnowskiej-Haponik w kolejnych latach można się spodziewać przede polskich inwestycji, które wciąż stanowią większość, ale zamiar wejścia na krajowy rynek BSS zgłaszają także firmy z całego świata. Amerykanie najbardziej koncentrują się na sektorze finansowym, a firmy francuskie są szczególnie zainteresowane IT. Także coraz więcej podmiotów niemieckich dopytuje się o możliwości inwestycji w ramach BSS.

To nowe doświadczenie dla tamtejszych przedsiębiorstw, z zasady rodzinnych, które dopiero odkrywają korzyści płynące z konsolidacji procesów biznesowych – tłumaczy Iwona Chojnowska-Haponik. – Możemy się także spodziewać wielu reinwestycji oraz inwestycji w ramach działalności badawczo-rozwojowej, a więc segmentu, na którym Polsce obecnie najbardziej zależy. Te ostatnie będą również mocno wspierane funduszami europejskimi. Mamy więc wszystkie atuty, żeby pozyskiwać nowe projekty tego typu.

W ubiegłym roku firmy BSS zainwestowały w Polsce około 100 mln zł, ale dynamika tego sektora mierzona jest przede wszystkim liczbą utworzonych miejsc pracy.

– Ten sektor ma również ogromne znaczenie dla polskiego eksportu, ponieważ 90 proc. wszystkich usług jest eksportowanych i to na rynki zarówno Unii Europejskiej, ale też coraz częściej dalej w świat, chociażby do Ameryki Północnej – dodaje dyrektor PAIiIZ.

Pracodawcy zaczną lepiej płacić i dbać o pracowników

Stopa bezrobocia rejestrowanego spadła w maju br. do poziomu 9,1 proc.- podał GUS.

Komentarz prof. Jacka Męciny, doradcy zarządu Konfederacji Lewiatan

Dobre dane z rynku pracy potwierdzają informacje o dużej płynności na rynku pracy. Liczba nowo zarejestrowanych w urzędach pracy w maju wyniosła 154 tys., a liczba zgłoszonych ofert pracy ponad 126 tys.. Oznacza to, że zmierzamy do równowagi na rynku pracy, co przekłada się na większą liczbę zatrudnionych w gospodarce, a dla pracodawców oznacza większe problemy z pozyskiwaniem nowych pracowników.

Oczywiście sytuacja jest zróżnicowana regionalnie. Wciąż łatwiej znaleźć kandydata do pracy w warmińsko – mazurskim, podkarpackim czy kujawsko – pomorskim. Ale z perspektywy pracodawców pozyskiwanie pracowników staje się prawdziwym wyzwaniem, zwłaszcza w regionach silnie zindustrializowanych, jak mazowieckie, śląskie, dolnośląskie, wielkopolskie, pomorskie czy małopolskie.

Czy Polsce grozi trwały problem z dostępem do pracowników, który w przyszłości stanowić będzie barierę rozwoju firm, czy pozyskiwania nowych inwestycji?
Mimo, że rynek pracy pracownika staje się coraz bardziej realnym wyzwaniem dla firm, które muszą liczyć się z wyższymi kosztami pozyskiwania i utrzymywania w zatrudnieniu pracowników, to wciąż charakteryzuje się on niewykorzystanym potencjałem. To wciąż ponad milion bezrobotnych, których przywrócenie na rynek pracy będzie bardziej kosztowne i trudne, to ponad 800 tys. kobiet pozostających w domu z dziećmi, a w znacznej części przygotowanych do natychmiastowego podjęcia pracy, gdy tylko pojawią się sprzyjające warunki. To blisko 2 mln polskiej emigracji zarobkowej, której powrót na atrakcyjnych warunkach na polski rynek pracy wydaje się bardziej realny. To wreszcie co najmniej 600 tys. zatrudnionych w szarej strefie, na których przejściu do formalnej gospodarki zyska państwo, pracownicy i pracodawcy.

Przestrzegałbym rząd przed zbyt łatwymi decyzjami o prostym obniżeniu wieku emerytalnego, czy z drugiej strony radykalnym ograniczeniem dostępu obywateli Ukrainy do polskiego rynku pracy – takie działania mogą wywołać szok na rynku pracy w perspektywie najbliższego roku i niekorzystanie odbić się na kondycji całej gospodarki.

Należy się liczyć w perspektywie najbliższych lat z presją na wzrost wynagrodzeń, ale i poprawy warunków pracy – i to ogromne wyzwanie stoi przede wszystkim przed pracodawcami. Tylko ci pracodawcy, który zrozumieją i postawią na związek dobrych warunków płacy i pracy z łatwością dostępu do kapitału ludzkiego, nie tylko w zakresie pozyskiwania, ale i utrzymania w zatrudnieniu wygrają wyścig o pracownika. W tym sensie pracodawca, który promuje proefektywnościowe systemy wynagradzania, proponuje pracownicze programy emerytalne, szkolenia, lepsze rozwiązania dla rodziców łączących obowiązki rodzinne z zawodowymi, czy zatrudnienie osób 50+ buduje swoją przewagę konkurencyjną na rynku pracy.

Ponadto, specjalne działania potrzebne są w obszarze pozyskiwania i utrzymywania talentów, lepszej współpracy biznesu z uczelniami i szkołami. Na naszych oczach rynek pracy zmieniając swoje oblicze odkrywa i przed państwem i przed biznesem nowe wyzwania.

Konfederacja Lewiatan

Brexit ciąg dalszy

Brexit ciąg dalszy 3

Od godziny 8:00 odbywa się głosowanie dot. wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Funt szterling znajduje się pod ogromną presją. Raz w górę, raz w dół, z tym, że bardziej w górę.

Według banku UBS po ewentualnym opuszczeniu Wspólnoty indeks 50 największych europejskich spółek straci na swojej kapitalizacji około 20%, indeks 100 największych brytyjskich spółek straci trochę mniej. Do paniki dojdzie również na rynku walutowym, jednakże tutaj należy spodziewać się interwencji Banków Centralnych na większą skalę.

Brexit ciąg dalszy 4

Przy ewentualnym opuszczeniu Unii Europejskiej przez Wielką Brytanie ekonomiści spodziewają się obniżki stóp procentowych przez Bank Centralny Anglii. Jeżeli do tego nie dojdzie, to już na początku 2017 roku będziemy mogli zobaczyć pierwszą podwyżkę stóp procentowych w tym kraju.

Mateusz Groszek
Młodszy Analityk Rynków Finansowych

Zagrożony pakiet onkologiczny

Aby szybko diagnozować i leczyć osoby z chorobą nowotworową wprowadzono zasadę nielimitowania tych świadczeń. Propozycja zawarta w projekcie ustawy o zmianie ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych zakłada odwrócenie tej zasady, co w konsekwencji może doprowadzić do zagrożenia gwarancji stabilności dostępności do tych świadczeń – uważa Konfederacja Lewiatan.

Wprowadzając tzw. pakiet onkologiczny ustawodawca wprost wskazał, że jest to dla niego dziedzina priorytetowa. Doświadczenie pokazuje, że kwestie przekazane do uregulowania Prezesowi NFZ nigdy nie wpłynęły pozytywnie na rynek opieki zdrowotnej. Oprócz finansów liczy się bowiem pacjent – wskazuje dr Dobrawa Biadun, ekspertka Konfederacji Lewiatan

Ponadto niezrozumiałym jest wprowadzanie kolejnych restrykcji w stosunku do placówek szpitalnych, które mogą realizować diagnostykę i leczenie onkologiczne w ramach hospitalizacji. Zdaniem członków Polskiej Unii Szpitali Specjalistycznych proponowane wymogi realizacji świadczenia stanowią środek niewspółmierny do zakładanego celu, dyskryminując mniejsze podmioty, które z obiektywnych przyczyn nie mogą zagwarantować posiadania wysokospecjalistycznych oddziałów. Kryteria naruszają zatem zasadę równego traktowania świadczeniodawców.

Niepokoi również zupełne odejście od konsyliów. Zaplanowanie leczenia onkologicznego we wszystkich jego etapach wymaga często włączenia lekarzy ze specjalności w zakresie chemio- i radioterapii oraz specjalności zabiegowej odpowiednej do typu nowotworu. Wykreślenie obowiązku realizacji konsyliów, a co za tym idzie zapewne rezygnacja ich finansowania nie odzwierciedla konieczności zapewnienia komunikacji lekarzy różnych specjalności. Taką komunikację zapewniała forma „konsyliów”, które pozwalały na zapewnienie pacjentom kompleksowego podejścia do planowania leczenia i diagnostyki onkologicznej.

– Jakkolwiek propozycja rezygnacji z obowiązku zwoływania konsylium w każdym przypadku zasługuje na poparcie, to nie powinno się zupełnie z nich rezygnować – dodaje dr Dobrawa Biadun.

Konfederacja Lewiatan

Breksit a rynek złota

W tym miesiącu złoto zaczęło odnotowywać ożywienie, co wynika ze słabych danych z raportu na temat zatrudnienia w USA z dnia 3 czerwca oraz posiedzenia FOMC, które odbyło się 15 czerwca i miało gołębi charakter. W połączeniu z obawami związanymi z Brexitem wydarzenia te pomogły wywołać znaczną aktywność zakupową od funduszy hedgingowych, które swoje stawki w grze na wzrosty cen zredukowały w maju o jedną trzecią. A do tego jeszcze zapotrzebowania na ETF, które cały czas utrzymywało się na wysokim poziomie.

Widząc jak od ostatniego czwartku rynek stracił w przybliżeniu połowę czerwcowej zwyżki, uważam, że w związku z potencjalnym wynikiem referendum za wyjściem z UE z rynku niemalże w całości wyeliminowano premię za ryzyko. Wpływ takiego wyniku referendum najprawdopodobniej spowodowałby na rynkach finansowych tsunami, zapewniając jednocześnie duże wzmocnienie złota. Początkowym zwycięzcą byłoby złoto wyceniane w GBP i EUR, zakładając przy tym, że dolar będzie się wobec tych walut gwałtownie umacniać.

Złoty skorzystałoby z wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej przede wszystkim ze względu na niepewność i awersję do ryzyka, negatywnie wpływającą na inne kategorie aktywów oraz możliwość dodatkowego opóźnienia podwyżki stóp procentowych dla funduszy Rezerwy Federalnej w USA. Może to również doprowadzić do obaw o wywołanie efektu domina w pozostałych państwach członkowskich UE, jak np. w przypadku Marine Le Pen, która obiecała referendum w sprawie „Frexitu”, jeśli w przyszłym roku uda się jej wygrać wybory prezydenckie we Francji.

W ostatni czwartek XAU w stosunku do funta brytyjskiego osiągnął poziom najwyższy od trzech lat i kształtuje się na poziomie około 940 £. Wynik za wyjściem Wielkiej Brytanii z UE w parze GBP/USD spowodowałby spadek o 6-10%, dzięki czemu złoto wyceniane w funcie brytyjskim zbliżyłoby się bardzo blisko do niedawnych rekordów na poziomie 1000 £, natomiast wyceniane w euro mogłoby zacząć się przymierzać do poziomu 1200 €.

Sądzę, że referendum w sprawie Brexitu odgrywało znaczącą rolę wyłącznie podczas mającej miejsce na początku czerwca ostatniej rundy zwyżki złota do poziomu 1315 $. W obliczu podwyższonego ryzyka Brexitu złoto znalazło już nieco wsparcia w związku z kiepskimi danymi z USA, gołębią polityka ze strony FOMC i ujemną rentownością obligacji rządowych. W razie prawdopodobnego wyniku referendum za pozostaniem w UE na wszystkie rynki negatywnie wpłynęłyby krótkookresowe wahania wraz z dalszymi korektami.

Średniookresowe perspektywy w przypadku złota nadal są jednak popierane, a wynik referendum za pozostaniem w UE nie powinien mieć na nie wpływu. Szukamy wsparcia, aby zająć pozycję przed 1200 $, potencjalnie już na poziomie 1245 $. Opinie są tak rozbieżne, że wczoraj jeden z klientów zaproponował mi zakład o nowy garnitur, jeśli uda nam się utrzymać na poziomie powyżej 1245 $.

Prognozy w przypadku cen złota na pozostałą część tego roku w przypadku wyniku referendum za wyjściem i za pozostaniem w UE:

  • Pozostanie w UE: Obecny zakres może się nieco rozszerzyć w kierunku 1350 $, a na koniec roku wynieść 1300 $.
  • Wyjście z UE: Wynik za wyjściem z UE mógłby początkowo wywołać zwyżkę w kierunku 1400 $, na koniec roku wyznaczając jej granicę na poziomie 1350 $.

Ole Hansen, szef działu strategii rynków towarowych, Saxo Bank

 

Popołudniowy komentarz walutowy z 23.06.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 23.06.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Home Broker radzi: aranżacja balkonu

Piękny balkon to miejsce wyciszenia i wypoczynku. Gustownie urządzony i funkcjonalny może stać się ulubionym miejscem w domu. Na co zwrócić uwagę podczas aranżacji balkonu? Jak dobrać meble? I jak urządzić mały balkon?

Balkon powinien tworzyć spójną kompozycję. Zanim zaczniemy wypełniać go meblami i dodatkami, warto dobrze przemyśleć koncepcję i styl w jakim chcemy urządzić nasz balkon. Inspiracją może być, np. elegancki nowoczesny minimalizm, surowy rustykalizm, powiew świeżości stylu skandynawskiego czy siła niedoskonałości, czyli shabby chic.

Meble balkonowe

Meble to podstawa w aranżacji. Im większa przestrzeń, tym łatwiej dobierzemy meble na balkon. Zależnie od preferencji możemy wybrać krzesła, ławki, leżaki, fotele, pufy lub sofę. Niezbędnym elementem jest niewielki stolik na balkon. Będziemy mogli postawić na nim kubek z kawą, paterę z owocami lub położyć gazetę. Cennym meblem jest szafka na balkon, do której będziemy mogli schować poduchy lub środki ochrony roślin. Funkcję takiej szafki może pełnić skrzynia. Będzie ona jednocześnie miejscem do przechowywania rzeczy i siedziskiem.

Na balkonie dobrze sprawdzają się meble z technorattanu. Są trwałe, wygodne i mają ciekawy wygląd. Nie wymagają konserwacji i są odporne na wilgoć oraz promienie słoneczne. Można je kupić pojedynczo lub w zestawach. Wygodne siedzisko na balkonie możemy też stworzyć samodzielnie, wykorzystując europalety lub drewniane skrzynki. Wystarczy dokładnie je oczyścić, pomalować, przykryć miękkim pledem i ułożyć na nich kilka kolorowych poduszek w różnych rozmiarach.

Osłona na balkon

Osłona na balkon daje większą prywatność i chroni przed wiatrem. Do wyboru mamy np. maty z winylu. Kupuje się je w gotowych rulonach i przeplata przez tralki balustrady. Są odporne na niekorzystną pogodę i urazy mechaniczne. Można kupić je w dowolnym kolorze. Nie blakną i łatwo można je czyścić. Bardzo efektowne są także maty z naturalnych surowców, np. wikliny, trzciny, paproci, wrzosu lub leszczyny. Cechuje je jednak mniejsza odporność na zniszczenia i warunki atmosferyczne.

Donice i skrzynie balkonowe

Na balkonie nie może zabraknąć świeżych kwiatów. To one dopełniają aranżację i pozwalają poczuć się jak na łonie natury. Zależnie do naszych upodobań, umiejętności ogrodniczych i ilości czasu możemy zasadzić kwiaty kwitnące (najpopularniejsze balkonowe kwiaty kwitnące to pelargonie, surfinie i begonie), bukszpany lub zioła.

Kwiaty możemy zasadzić w donicach lub skrzyniach balkonowych. Donice nie powinny zabierać zbyt dużo miejsca na balkonie, ale ich wielkość musi umożliwiać swobodny przyrost korzeni. Wybierając doniczki na balkon, kierujmy się trwałością materiału. Najlepiej kupować donice z włókna szklanego, ceramiczne lub ze stali nierdzewnej. Odporne na niekorzystne warunki pogodowe i bardzo efektowne są także donice rattanowe i podświetlane. Są eleganckie, nowoczesne i mają proste formy.

Oświetlenie balkonu

Oświetlenie balkonu powinno być kameralne. Lampiony, świeczki i latarenki stworzą niezwykłą atmosferę. Można je ustawić w rogach na podłodze lub na stoliku. Lampiony i latarenki pięknie wyglądają zawieszone na poręczy lub ścianie budynku.

Pomysł na mały balkon

Balkon w bloku nie ma zwykle zbyt dużej przestrzeni. Nie liczy się jednak wielkość a pomysł. Nawet niewielki balkon może być przytulny i pięknie urządzony. Aranżacja małego balkonu powinna być przede wszystkim funkcjonalna. To pozwoli nam utrzymać porządek i zagospodarować każdy kąt. Na małe balkony najlepiej wybierać składane krzesła, które po złożeniu odwiesimy na ścienne wieszaki lub schowamy do skrzyni. Ciekawym rozwiązaniem są także stoliki montowane na balustradzie lub w ścianie budynku. Takie gotowe nakładki efektownie wyglądają i nie zajmują dużo miejsca. Mogą być zamontowane na stałe lub tymczasowo. W przypadku małych balkonów warto też wykorzystać powierzchnię ścian. Możemy tam zwiesić półki, wieszaki lub doniczki z kwiatami. Rolę oświetlenia na małym balkonie może pełnić świecący łańcuch opleciony wokół poręczy.

Funt na nowych szczytach

Chart GBPUSD, W1, 2016.06.23 10:05 UTC, Admiral Markets AS, MetaTrader 4, Real

Funt szterling jest najsilniejszą walutą tygodnia. W bieżącym tygodniu funt brytyjski umacnia się już o 3,38% w stosunku do dolara amerykańskiego. Przodują również pary surowcowe tj. dolar nowozelandzki, dolar australijski oraz dolar kanadyjski.

Funt na nowych szczytach 5

Dolar osłabia się ze względu na duży optymizm wokół „Brexitu„, bowiem rynek przestał wierzyć, że obywatele Wielkiej Brytanii poprą opuszczenie Unii Europejskiej. Wzrost awersji do ryzyka spowodował napływ kapitału w mniej bezpieczne waluty.

Analitycy ankietowani przez Bloomberga wskazywali na poziom 1.50 w przypadku pozostania UK w EU, z tym, że został już osiągnięty. Możliwe, że rynek już zdążył wycenić ten scenariusz, jednak co będzie gdy wyjdą?

Mateusz Groszek
Młodszy Analityk Rynków Finansowych

BREXIT? Jaki BREXIT?

BREXIT? Jaki BREXIT? 6

Dziś zwrot „BREXIT” jest odmieniany przez wszystkie przypadki. Tyle tylko, że żadnego BREXIT-u nie będzie. Przynajmniej w ocenie rynków finansowych i bukmacherów.

O godzinie 08:00 w Wielkiej Brytanii rozpoczęło się referendum ws. pozostania w Unii Europejskiej. Zakończy się ono o godzinie 23:00. W nocy będą znane wyniki cząstkowe, a jutro około godziny 08:00 mają być znane te ostateczne. Po zamknięciu lokali wyborczych nie zostaną opublikowane wyniki exit poll, ale za to jeszcze dziś w południe pojawi się nowy sondaż.

Będzie więc BREXIT, czy go nie będzie? Nie będzie! Opublikowane wczoraj późnym wieczorem sondaże wskazują, na wprawdzie niewielką, ale jednak przewagę, zwolenników obecność Wielkiej Brytanii w Unii.

Co do braku BREXIT-u przekonane są też rynki finansowe i bukmacherzy. Dziś kurs funta w relacji do dolara wybił się ponad lokalne szczyty z maja (1,4739 i 1,4769 dolara), wzrósł do 1,4885 dolara i był najwyżej w tym roku. Tymczasem jeszcze przed tygodniem, w szczycie obaw przed BREXIT-em, gdy sondaże wskazywały właśnie na taki scenariusz, kurs GBP/USD testował poziom 1,4012 dolara (najniższy od 6 kwietnia).

Od początku tygodnia mocno też rosną europejskie giełdy, dyskontując prawdopodobny brak BREXIT-u. W tym gronie jest GPW. Indeks WIG20 zyskuje dziś 0,5% i testuje poziom 1832,2 pkt., po tym jak wczoraj wzrósł on o 1,1%. To już 5. kolejna wzrostowa sesja w Warszawie.

Wiary w wyjście Brytyjczyków z Unii nie mają też bukmacherzy. Z zakładów wynika, że w ich ocenie prawdopodobieństwo BREXIT-u wynosi zaledwie około 16%.

Mając to wszystko na uwadze trudno się dziwić, że na rynkach finansowych systematycznie rośnie apetyt na ryzyko. W efekcie na wartości zyskuje nie tylko funt, ale też drożeją akcje na europejskich giełdach, rośnie cena ropy, a jednocześnie tanieją uważane za bezpieczne inwestycje szwajcarski frank i japoński jen.

Wygrana w referendum zwolenników zachowania obecnego status quo przyniesie uczucie ulgi rynkom finansowym, co przełoży się jutro na kontynuację obserwowanych obecnie tendencji. W dłuższym terminie beneficjentem będzie zwłaszcza funt. Należy bowiem oczekiwać, że zakończenie okresu niepewności w brytyjskiej gospodarce przełoży się na przyspieszenie wzrostu gospodarczego, co już wkrótce ożywi dyskusję na temat przyszłych podwyżek stóp procentowych przez Bank Anglii.

Co by się jednak stało, gdyby Brytyjczycy opowiedzieli się za opuszczeniem Unii? Niewątpliwie byłby to szok dla rynków finansowych. W piątek można by oczekiwać 3-5% spadków na giełdach, drastycznej przeceny funta, osłabienia euro i złotego, a jednocześnie wzrostu kursów złota, franka, jena, dolara oraz niemieckich i amerykańskich obligacji. Ta krótkoterminowa negatywna reakcja mogłaby przedłużyć się na przyszły tydzień, natomiast długoterminowe skutki byłyby odczuwane przez wiele miesięcy.

Dane makroekonomiczne

Dziś w centrum uwagi jest brytyjskie referendum. Inne tematy schodzą na dalszy plan. Warto jednak wspomnieć o dwóch rzeczach. Mianowicie o sytuacji na polskim rynku pracy i czerwcowych indeksach PMI dla Francji i Niemiec.

W maju stopa bezrobocia w Polsce spadła do 9,1%. To wynik zgodny z konsensusem. To też najniższe bezrobocie od listopada 2008 roku. Spadek bezrobocia ostro przyspieszył w ostatnich miesiącach. Jeszcze w lutym kształtowało się ono na poziomie 10,3%. Tendencja ta będzie kontynuowana. W czerwcu stopa bezrobocia powinna spaść poniżej 9%, żeby na koniec roku ukształtować się gdzieś w przedziale 8,5-8,7%.

Niepokojące informacje napłynęły natomiast z Francji. W czerwcu, jak wynika z opublikowanych dziś wstępnych szacunków, indeks PMI dla tamtejszego sektora przemysłowego spadł do 47,9 z 48,4 pkt., a dla usług do 49,9 z 51,6 pkt. W obu przypadkach były to dane poniżej konsensusu (odpowiednio: 48,8 pkt. i 51,7 pkt.).

Analogiczne indeksy dla Niemiec pokazały wzrost przemysłowego PMI do 54,4 z 52,1 pkt. (prognoza: 52 pkt.) i spadek jego usługowego odpowiednika do 53,2 z 55,2 pkt. (prognoza: 55 pkt.).

Marcin Kiepas
Główny Analityk Admiral Markets

Jak bezpiecznie kupić lub sprzedać mieszkanie

Przy kupnie lub sprzedaży nieruchomości szczególnie ważne jest zapewnienie bezpieczeństwa transakcji. Sprzyja temu skorzystanie z pośrednictwa doświadczonego biura obrotu nieruchomościami.

Przy korzystaniu z takiego pośrednictwa, pośrednik sprawdza np. czy nieruchomość nie jest obciążona długami, pomaga też znaleźć najkorzystniejszą ofertę kredytową na zakup nieruchomości.

O takim podejściu do rynku mówi Maria Musiałek, dyrektor oddziału i prawnik w Grupie Emmerson SA.

Kompleksowość usług dla deweloperów

Na kompleksowość usług dla deweloperów w wykonaniu firmy pośredniczącej na rynku nieruchomości składa się pięć najważniejszych elementów.

Te elementy to: pomoc w otrzymaniu kredytu inwestycyjnego, doradztwo projektowe, obsługa prawna, stworzenie planu marketingowego dla inwestycji i jej efektywny PR. O takim podejściu do rynku mówi Maria Musiałek, dyrektor oddziału i prawnik w Grupie Emmerson SA.

Norges Bank: stopy bez zmian

Chart USDNOK, W1, 2016.06.23 08:08 UTC, Admiral Markets AS, MetaTrader 4, Real

O godzinie 10:00 poznaliśmy decyzję Norges Banku odnośnie stóp procentowych. Konsensus ekonomistów nie zakładał żadnych zmian i tak też się stało. Koszt pieniądza pozostał na niezmienionym poziomie, stopa depozytowa utrzymała się na poziomie 0,5%.

Na wykresie tygodniowym bykom udało się obronić wsparcie, które rozciąga się w przedziale wahań 8.03-8.1. Tym samym na rynku wystąpiła korekta, która nie powinna pokonać poziomu 8.516. Odbicie notowań na tej parze walutowej jest powiązane z rynkiem ropy naftowej, na którym po mocnej zwyżce nastąpiła łagodna korekta. W długim terminie bazowym scenariuszem pozostanie kontynuacja spadków.

Mateusz Groszek
Młodszy Analityk Rynków Finansowych

Głosowanie w deszczu

Referendum w Wielkiej Brytanii trwa, rynki czekają na wynik, płynność jest niewielka. Ciekawe, czy w ciągu dnia pojawią się jakieś przecieki na temat spodziewanego rezultatu. Kampania przed głosowaniem była bardzo dziwna i niezbyt czysta. Czy dzisiaj obozy zwolenników i przeciwników Breksitu zachowają spokój? Jeżeli rzeczywiście różnica między jednymi a drugimi jest tak niewielka, jak wynika z sondaży, wystarczy iskra, by przeważyć szalę na jedną lub drugą stronę. Zwłaszcza ostatnie godziny mogą być interesujące. W Anglii pada, a to – jak donoszą media –  zły symptom dla przeciwników Breksitu, którym po prostu może nie chcieć się wyjść z domu, by zagłosować. Zwolennicy Breksitu są podobno bardziej odporni na deszcz.

Świat kręci się dzisiaj wokół Brytyjczyków, więc wszystkie dane rynkowe mają drugorzędne znaczenie. Wprawdzie nie są one błahe, ale to Londyn zawłaszczył wyobraźnię inwestorów. Jeżeli nawet wczorajsze i przedwczorajsze wystąpienia szefowej Rezerwy Federalnej Janet Yellen przeszły bez większego echa, to czego można oczekiwać od dzisiejszych PMI z Europy i USA, albo po  danych z amerykańskiego rynku nieruchomości?

Ciekawie zrobi się po 23.00 naszego czasu, gdy głosowanie się skończy, a pojawią się dane sondażowe. Ruch na walutach może być spory, zwłaszcza, gdyby okazało się, że zwycięża opcja Breksit. Nad ranem powinno być już wiadomo, jaką drogę wybrali Brytyjczycy.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

VN:F [1.9.22_1171]

Rating: 0.0/5 (0 votes cast)

Co wycenia rynek?

Co wycenia rynek? 7

Źródło: ig.ft.com

Ostatnie dwa tygodnie mijają pod siłą funta szterlinga na szerokim rynku. Aktualnie w cenach jest pozostanie Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. Przedwyborcze sondaże, które były publikowane przez ostatni tydzień były mieszane, jednakże musimy pamiętać, że w każdej publikacji było około 11% osób niezdecydowanych. Zatem analitycy przewidują, że osoby bez zdania zagłosuje z większym prawdopodobieństwem na „Remain a member of the European Union„. Poniżej przedstawiamy również kartę do głosowania.

Co wycenia rynek? 8

Mateusz Groszek
Młodszy Analityk Rynków Finansowych

Gigantyczny wzrost zmienności kursu złotego

Zanim poznamy wyniki referendum w Wielkiej Brytanii nadal mogą utrzymywać się gigantyczne wzrosty zmienności kursów walut. Polski złoty jest walutą, która bardzo silnie reaguje na Brexit.

Zagrożenie Brexit wywoływało przez ostatnie dni wyjątkowy wzrost zmienności kursu walut. Każde badanie opinii publicznej w Wielkiej Brytanii powodowało gigantyczne wstrząsy. – Polski złoty zachowuje się pod dyktando tego co dzieje się w Wielkiej Brytanii – mówi w rozmowie z MarketNews24 Rafał Sadoch, analityk Domu Maklerskiego mBank.

Możliwości pracy w Wielkiej Brytanii zostałyby ograniczone

To nie będzie tak, że jeżeli Wielka Brytania zdecyduje się na wyjście z Unii Europejskiej, wszyscy pracujący na Wyspach Polacy będą musieli następnego dnia wrócić do kraju. – W przypadku wyjścia wypracowane zostaną takie umowy, które będą miały na celu złagodzenie negatywnego wpływu na biznes. Nikt jednak nie tworzył rozwiązań proceduralnych, stosownych w chwili wyjścia z UE. One dopiero będą tworzone – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. Więcej w materiale wideo.

Przez brexit polski wzrost gospodarczy mógłby spowolnić z 4 do 3,5 proc. Straciliby na nim eksporterzy

CEO Magazyn Polska

Skutkiem opowiedzenia się za brexitem w czwartkowym referendum w Wielkiej Brytanii byłby wzrost niepewności na rynkach finansowych. W efekcie na wartości straciłby złoty, a umocniłyby się bezpieczne waluty takie jak dolar i frank szwajcarski. Zawirowania na rynkach walutowych byłyby jednak tylko przejściowe ocenia Piotr Bujak, główny ekonomista PKO Banku Polskiego. W razie realizacji negatywnego scenariusza spodziewa się on także spadku eksportu polskich produktów do Wielkiej Brytanii, co mogłoby obniżyć wzrost gospodarczy o 0,5 pkt proc. w skali roku. Najnowsze sondaże pokazują jednak rosnącą przewagę zwolenników pozostania Wielkiej Brytanii w UE.

Jeśli Brytyjczycy zdecydują o wyjściu, można spodziewać się znaczącego wzrostu niepewności na rynkach finansowych i wzrostu awersji do ryzyka u inwestorów. To oznaczałoby przede wszystkim umocnienie walut uznawanych za bezpieczne przystanie, czyli dolara amerykańskiego i franka szwajcarskiego. Należałoby spodziewać się spadku popytu na ryzykowne aktywa, czyli osłabienia rynków akcji, a jednocześnie umocnienia aktywów uważanych za bezpieczne, takich jak niemieckie czy amerykańskie obligacje – analizuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Bujak, główny ekonomista PKO Banku Polskiego.

Polska, podobnie jak inne kraje regionu, oceniana jest jako rynek ryzykowny. W przypadku brexitu inwestorzy przemieszczaliby kapitał w kierunku bardziej bezpiecznych walut, jak np. frank szwajcarski. Już teraz za franka trzeba płacić 4,10 zł. Jeśli faktycznie doszłoby do opuszczenia Unii przez Wielką Brytanię, jego kurs mógłby jeszcze pójść w górę, podobnie jak kurs dolara. Jak jednak wskazuje ekspert, ten efekt byłby krótkotrwały i dlatego nie powinien wywołać długotrwałych zawirowań w polskiej gospodarce.

W ciągu kilku tygodni, maksymalnie kilku miesięcy, niepewność związana z brexitem powinna się stopniowo zmniejszać. To spowodowałoby odreagowanie notowań złotego wobec główny walut, w tym franka szwajcarskiego – ocenia główny ekonomista PKO Banku Polskiego.

Wzrosnąć mogłaby również rentowność polskich obligacji. Już teraz wynosi ona ponad 3,2 proc., po brexicie mogłaby osiągnąć poziom 3,6 proc. To oznaczałoby wyższe koszty obsługi długu, co mogłoby zwiększyć deficyt.

Brexit oznaczałby również pogorszenie nastrojów przedsiębiorstw i konsumentów. To wpłynęłoby na koniunkturę w europejskiej gospodarce. Według naszych szacunków ewentualny spadek polskiego eksportu towarów i usług do Wielkiej Brytanii, związany z wyraźnym obniżeniem dynamiki wzrostu gospodarczego na Wyspach, mógłby obniżyć wzrost gospodarczy w Polsce o 0,5 punktu procentowego w ciągu roku po brexicie – ocenia Piotr Bujak.

Wielka Brytania jest ważnym rynkiem dla polskich eksporterów. Więcej towarów wysyłamy tylko do Niemiec. W ubiegłym roku wartość wyeksportowanych towarów na Wyspy wyniosła 11 mld euro. Szacunki Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej wskazywały, że w tym roku wartość eksportu mogłaby dojść do poziomu 12 mld euro. Eksperci Euler Hermes oceniają, że po brexicie straty na eksporcie produktów rolno-spożywczych mogą sięgnąć 100 mln euro rocznie.

Udział Wielkiej Brytanii w naszym eksporcie sięga 7 proc. Ewentualna recesja Wielkiej Brytanii mogłaby w zauważalny sposób osłabić popyt zewnętrzny na polskie towary i usługi, a to mogłoby w pewnym stopniu spowolnić gospodarkę. Zamiast wzrostu gospodarczego 4 proc. w kolejnych dwóch latach moglibyśmy zobaczyć wzrost na poziomie 3,5 proc. – przekonuje Bujak.

Jego zdaniem istotnym zagrożeniem związanym z brexitem są także obawy o nasilenie tendencji dezintegracyjnych w UE. Ekonomista uspokaja jednak, koszty wyjścia z UE dla pozostałych krajów byłyby wyższe, co może zniechęcać do podjęcia działań w tym kierunku.

Trzeba pamiętać, że dla większości krajów unijnych, szczególnie ze starej piętnastki, wyjście z UE byłoby dużo trudniejsze niż dla Wielkiej Brytanii, ponieważ są one także członkami strefy euro. Wyjście ze strefy euro jest już dużo bardziej skomplikowane i bardziej kosztowne niż wyjście z UE. Dlatego prawdopodobieństwo tego, że inne kraje poszłyby śladem Wielkiej Brytanii, jest ograniczone – podkreśla Piotr Bujak.

Zgodnie z opublikowanym we wtorek w nocy sondażem ORB International, przygotowanym na zlecenie „Daily Telegraph”, zwolennicy pozostania Wielkiej Brytanii w UE mają przewagę 8 pkt proc. nad opowiadającymi się za brexitem. Uspokojenie przed referendum widoczne jest też na rynkach walutowych. Kurs USD/PLN po przetestowaniu 16 czerwca okolic 4 zł za dolara, powrócił do poziomu 3,87, czyli do stanu z końca pierwszej połowy czerwca.

W ubiegłym roku Służba Celna zajęła na granicach ok. 300 mln sztuk nielegalnych papierosów. W walce z przemytem pomocne mogą być nowe technologie

CEO Magazyn Polska

Wielkość szarej strefy rynku tytoniowego szacuje się nawet na 30 proc. legalnego rynku. Tylko w ubiegłym roku Służba Celna zajęła 450 mln sztuk papierosów, z czego ok. 300 mln na granicy. Z powodu szarej strefy rocznie budżet traci 6 mld zł. Przemyt można ograniczyć za pomocą nowych technologii – bramek rentgenowskich lub wykorzystania systemu viaTOLL, a także zwiększając efektywność służb operacyjnych i liczbę funkcjonariuszy.

Przemyt papierosów zmniejsza bezpieczeństwo finansowe państwa, bo straty z tego tytułu są ogromne, choć trudne do policzenia, ponieważ szara strefa wymyka się dokładnym badaniom. Niemniej jednak z badań prowadzonych co roku w całej Europie wynika, że szara strefa w Polsce to blisko 17 proc. całkowitej sprzedaży w kraju – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Arkadiusz Łaba, naczelnik Wydziału Granicznego Departamentu Kontroli Celnej, Podatkowej i Kontroli Gier Ministerstwa Finansów.

Z raportu Związku Przedsiębiorców i Pracodawców „Szara strefa to nieuczciwa konkurencja” wynika, że wielkość szarej strefy rynku tytoniowego może stanowić nawet 25–30 proc. legalnego rynku. Tylko w latach 2010–2014 legalnie działające podmioty straciły przez nią 1,2 mld zł, a z tytułu niezapłaconych podatków budżet państwa stracił 17 mld zł. Narodowe Centrum Studiów Strategicznych podaje, że rocznie z powodu szarej strefy budżet traci 6 mld zł.

Część nielegalnych wyrobów tytoniowych to krajowa produkcja, często na szeroką skalę. Znacznie większym problemem jest jednak przemyt, zwłaszcza ze Wschodu.

W ubiegłym roku Służba Celna zajęła łącznie 450 mln sztuk papierosów. Większość, ok. 2/3, została zatrzymana na granicy. Największy problem mamy na wschód od Polski, z fabrykami ulokowanymi na Białorusi i w obwodzie kaliningradzkim, które zostały zaprojektowane po to, by produkować papierosy na eksport. Z naszego punktu widzenia to w dużej mierze przemyt – podkreśla Łaba.

Przemyt papierosów jest procederem dochodowym. Narodowe Centrum Studiów Strategicznych ocenia, że grupy organizujące przemyt działają jak dobrze zorganizowane przedsiębiorstwa, mają dokładny podział ról i zadań.

Wchodzi w to także przemyt indywidualny, tzw. mrówek, na własne potrzeby bądź do sprzedaży detalicznej, ale największy problem jest związany z hurtowym przemytem. Część trafia do krajów Europy Zachodniej, przede wszystkim Wielkiej Brytanii i Skandynawii, gdzie ze względu na cenę zarobek jest wysoki. Duża część jest też rozprowadzana w Polsce – analizuje Hubert Wodzyński, zastępca szefa zarządu Wywiadu Ekonomicznego SA w Warszawie.

Przemyt kwitnie, bo duże są również możliwości zarobku. Na Wschodzie paczka papierosów kosztuje równowartość 4 zł, w Polsce ok. 16 zł. Na Zachodzie Europy cena jest jeszcze wyższa.

Eksperci podkreślają, że do walki z przemytem konieczne jest odpowiednie zabezpieczenie granic. Obecnie na przejściach są urządzenia RTG, w części funkcjonariusze mogą korzystać z pomocy wyszkolonych psów.

Problem przemytu można zniwelować za pomocą nowych technologii, przede wszystkim bramek rentgenowskich, które będą prześwietlały duże samochody, TIR-y w poszukiwaniu nielegalnych papierosów i innych towarów. Z kolei wykorzystanie systemu viaTOLL czy w ogóle systemów monitorujących drogi, do których służby miałyby dostęp online, pozwoliłoby szybko monitorować przepływ towarów za pomocą poruszania się samochodów – przekonuje Wodzyński.

Powszechna instalacja systemu viaTOLL, czyli elektronicznego systemu pobierania opłat na drogach ekspresowych i autostradach, mogłaby pozwolić na szerszą kontrolę pojazdów ciężarowych, np. poprzez ich ważenie na poszczególnych odcinkach. Już kilka lat temu resort spraw wewnętrznych postulował, by służby miały dostęp na bieżąco do systemu, zwłaszcza że może być on w walce z przemytem niezwykle skuteczny. U naszych sąsiadów, m.in. w Czechach, system poboru opłat analizuje intensywność przejazdów na danym odcinku.

Istotne jest również zwiększenie efektywności służb operacyjnych poprzez zwiększenie liczby funkcjonariuszy operacyjnych zajmujących się problemem przestępczości zorganizowanej oraz wyposażenie ich w instrumenty, które pozwolą im skuteczniej podejmować tę walkę. Trzeba pamiętać o tym, że przestępca jest zawsze pół kroku przed nami, jego nie obowiązują przepisy prawa, więc wykorzystuje wszystkie możliwości – podkreśla zastępca szefa zarządu Wywiadu Ekonomicznego.

Jak wskazuje ekspert, możliwości wyboru jest dużo. Można skorzystać z doświadczeń Izraela, który na szeroką skalę wykorzystuje nowinki technologiczne.

– Ten rynek wart jest wiele milionów dolarów, więc z rozwiązań firm izraelskich korzystają firmy amerykańskie, np. Bank of America. Tu jest duże pole do popisu, musimy tylko wybrać taki wariant, na który nas będzie stać i który będzie dla nas optymalny – ocenia Hubert Wodzyński.

Łódź staje się prężnie rozwijającym się centrum IT i usług biznesowych. W najbliższym czasie powstanie tu blisko 3,5 tys. nowych miejsc pracy

CEO Magazyn Polska

Łódź jeszcze niedawno kojarzona z produkcją przemysłową staje się centrum branży IT i usług wspólnych dla biznesu. Jako lokalizację do prowadzenia biznesu Łódź wybrały m.in. Philips, Fujitsu, Hewlett-Packard, Indesit i Gillette. W najbliższym czasie ma powstać blisko 3,5 tys. nowych miejsc pracy nie tylko w dużych korporacjach, lecz także w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw. – Na przestrzeni najbliższych 5 lat możemy dołączyć do peletonu dynamicznie rozwijających się europejskich aglomeracji – przekonują przedstawiciele władz miasta.

Łódź ulega dużym przeobrażeniom. Kluczowym czynnikiem wpływającym na ukierunkowanie rozwoju miasta i jego przemian jest wyznaczenie w Strategii Zintegrowanego Rozwoju Łodzi 2020+ priorytetowych branż przyciągających inwestorów. Dla miasta kluczowe są te branże, które tworzą wartość dodaną i oferują dobrej jakości miejsca pracy, czyli sektory business proces outsourcing, shared service center czy IT. Rozwojowym sektorem jest również nowoczesne włókiennictwo, jeden z priorytetowych kierunków rozwoju miasta.

Staramy się koncentrować na przyciąganiu coraz to nowych inwestorów z dziedziny IT i branży usług dla biznesu. To branże, które generują duże zatrudnienie i są to miejsca pracy naprawdę dobrej jakości, zdecydowanie odchodzące od stereotypów prostych składalni. Ponadto koncentrujemy się w dużej mierze na produkcji przemysłowej, która wbrew obiegowym opiniom generuje duży wzrost – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Adam Pustelnik, dyrektor Biura Obsługi Inwestora i Współpracy z Zagranicą w Urzędzie Miasta Łodzi.

Ze względu na centralne położenie w kraju naturalnym kierunkiem rozwoju Łodzi są logistyka i transport. Duży udział w PKB miasta ma również branża farmaceutyczna. Jak podkreśla przedstawiciel UM Łodzi, miasto jako lokalizację do prowadzenia swojej działalności wybrali światowi giganci, m.in. Infosys BPO Poland, Philips, Fujitsu Technology Solutions, Sii, TomTom, Hewlett-Packard czy Nordea Operations Centre – w branżach BPO/SSC oraz IT, wiodące firmy z sektora AGD, jak Indesit oraz B/S/H, a także Gillette. Region przyciągnął również takie firmy, jak Rossmann, DB Schenker, Dachser i firmy kurierskie.

W Łodzi w portfolio inwestorów możemy znaleźć wiodące światowe marki. Szczególnie w branży IT, w branży księgowej i szeroko rozumianych usług finansowych pojawiają się na horyzoncie duże reinwestycje liczące kilka tysięcy miejsc pracy, jednak nie mogę wymienić konkretnych brandów. Na horyzoncie pojawiają się też mniejsze inwestycje, jak choćby jedna z holenderskich firm, która produkuje opakowania, czy jedno z austriackich centrów informatycznych – zapowiada dyrektor Biura Obsługi Inwestora i Współpracy z Zagranicą w UM Łodzi.

Największą liczbę miejsc pracy stworzą firmy działające w sektorze IT (1,7 tys. nowych stanowisk), firmy z sektorów BPO/SSC (850). Ponadto 570 miejsc pracy będzie czekało w sektorze produkcyjnym, a 160 we włókienniczym.

Poszukiwani będą przede wszystkim programiści, jak w każdej polskiej aglomeracji, ale w Łodzi szczególnie, gdyż jesteśmy dużym klastrem ICT. Programiści i eksperci od programów SAP, programiści Java, testerzy aplikacji oraz fachowcy wyspecjalizowani w procesach produkcyjnych, kierownicy produkcji. Również branże opakowaniowa, AGD, w której jesteśmy jednym z większych klastrów w Europie, oraz branża logistyczna wykazują zapotrzebowanie na kapitał ludzki – wymienia Pustelnik.

Wśród firm, które aktualnie prowadzą i zapowiedziały procesy rekrutacyjne, znalazły się m.in. Fujitsu (800 stanowisk), Accenture (150 stanowisk), GFT (100 stanowisk). W sektorach SSC i BPO rozwijają się m.in. Nordea Bank AB Oddział w Polsce (300 stanowisk), Clariant (150 stanowisk), Fujitsu (200 stanowisk), czy HP Global Business Center (70 stanowisk). Również firmy produkcyjne poszukują pracowników, wśród nich m.in. ABB (210 stanowisk) czy SuperDrob SA (65 stanowisk).

Jak podkreśla Pustelnik, plany inwestycyjne firm to w dużej mierze efekt polityki miasta i kontaktów z inwestorami.

Staramy się współpracować z potencjalnymi inwestorami na zasadzie one stop shop. Inwestor zastanawiający się, czy wybrać Łódź, czy inną lokalizację, rozmawia z jedną osobą wyznaczoną przez Urząd Miasta z Biura Obsługi Inwestora i Współpracy z Zagranicą, która przeprowadza go przez meandry polskiej administracji, biurokracji i koordynuje cały proces lokalizacji jego centrum – tłumaczy ekspert UM Łodzi.

Jego zdaniem dobrze wyglądają również perspektywy na najbliższe lata. Miasto ubiega się o organizację międzynarodowej wystawy Expo International 2022, która może przynieść korzyści wizerunkowe i promocyjne.

Wszystko wskazuje na to, że na przestrzeni najbliższych kilku lat możemy dołączyć do peletonu naprawdę dynamicznie rozwijających się europejskich aglomeracji. Trzymam kciuki, żeby ta tendencja nie uległa zmianie, bo jesteśmy na dobrej ścieżce – ocenia Adam Pustelnik.

Prezes Orange Polska: Do światłowodowego internetu podłączyliśmy milion gospodarstw domowych. Na inwestycje wydamy do 2,2 mld zł

CEO Magazyn Polska

Prędkość internetu podwaja się co 2-3 lata, ale zapotrzebowanie na transmisję danych rośnie znacznie szybciej. – Tylko światłowody doprowadzone bezpośrednio do domu czy biura gwarantują odpowiednią prędkość internetu – podkreśla prezes Orange Polska i zapowiada duże inwestycje w rozbudowę sieci. Do końca 2018 roku operator wyda na ten cel nawet 2,2 mld zł, dzięki czemu w zasięgu sieci znajdzie się do 3,5 mln gospodarstw domowych, ponad trzy razy więcej niż obecnie.

Światłowody to technologia przyszłości. W zasięgu naszej sieci jest już milion gospodarstw domowych w Polsce, co oznacza, że ok. dwóch i pół miliona Polaków ma dostęp do bardzo szybkiego szerokopasmowego internetu w domu – mówi agencji Newseria Biznes Jean-François Fallacher, prezes Orange Polska. – Światłowody pozwalają nam surfować po internecie z prędkością światła, ponieważ to światło przewodzi te informacje. To najnowocześniejsza i długoterminowa technologia. Inwestycje, które realizujemy w Polsce, powstają na wiele lat.

Światłowodowy internet Orange dociera do gospodarstw domowych w 26 miastach Polski. Operator zapowiada rozpoczęcie inwestycji w 33 kolejnych. Docelowo w 2018 roku w zasięgu sieci ma znaleźć się 3,5 mln gospodarstw, czyli jedna czwarta wszystkich, które mamy w Polsce.

Planujemy wydać do 2,2 mld zł na rozbudowę sieci światłowodów – mówi Jean-François Fallacher. – Jesteśmy świadkami cyfrowej rewolucji. Wszyscy wykorzystują coraz więcej danych, by przesyłać zdjęcia, oglądać pliki wideo. A do tego potrzeba szybkiego internetu.

Z danych UKE wynika, że w latach 2011-2015 wielkość transmisji danych wzrosła o 660 proc. Bez szybkiego łącza trudno mówić o sprawnie i z sukcesem funkcjonujących firmach i administracji, a co za tym idzie o rozwijającej się gospodarce.

To będzie dobre dla rozwoju Polski, ponieważ tę technologię możemy wykorzystywać nie tylko do prywatnych celów. Nasze inwestycje będą kluczowe dla biznesu – przekonuje prezes Orange Polska. – Chcemy umożliwić przedsiębiorstwom, od jednoosobowych firm po duże podmioty, szybszy dostęp do internetu, dzięki czemu w tym cyfrowym świecie ich biznes stanie się bardziej efektywny.  

Dostęp do szybkiego internetu obniża koszty funkcjonowania firm, ułatwia im kontakty z administracją państwową, klientami i partnerami. Dodatkowo szybkich łączy wymagać będą rozwijające się dynamicznie komunikacja machine-to-machine i internet rzeczy.

Taka infrastruktura pomoże Polsce zwiększyć efektywność w wyścigu, w którym biorą udział wszystkie kraje w Europie i na świecie – mówi Fallacher.

W ofercie Orange jest internet o prędkości do 600 Mb/s. Dla przykładu ściągnięcie filmu w jakości HD ważącego 3,5 GB trwa w takim przypadku niecałą minutę. W przypadku łącza o prędkości 80 Mb/s potrzeba na to blisko 6 minut.

W tym roku Polska po raz pierwszy znalazła się w rankingu przygotowanym  przez FTTH Council Europe. Jest to klasyfikacja państw europejskich pod kątem posiadanej przez nie infrastruktury światłowodowej. Wprawdzie na razie nasz kraj zajmuje ostatnią pozycję, ale zapowiadane inwestycje na pewno to zmienią.

Jak podkreślają przedstawiciele Orange, ten plan inwestycyjny nie oznacza, że operator rezygnuje z rozwoju innych technologii. Pod koniec ubiegłego roku firma wygrała w czasie aukcji UKE bloki w pasmach 800 MHz oraz 2600 MHz, które będą przeznaczane pod mobilny internet 4G. Pierwsze stacje wykorzystujące nowe pasma zostały uruchomione już w lutym.

Kto bardziej straci na Brexicie – Unia czy Wielka Brytania?

Brytyjska gospodarka jest relatywnie mała w porównaniu do całości Unii, jednak jej obecność w strukturach UE jest kluczowa dla funkcjonowania Wspólnoty.

– Można mieć sporo wątpliwości co do priorytetów Unii Europejskiej w ostatnich latach, szczególnie w kwestiach ekonomicznych. Natomiast rozbijanie tego twory nie będzie Europie służyło. Recesja prędzej pojawi się w Wielkiej Brytanii niż w samej Wspólnocie – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. Więcej w materiale wideo.

Pracodawcy rzadko korzystają z możliwości zawierania umów terminowych na dłużej niż 33 miesiące. Do Inspekcji Pracy zgłoszono kilka tysięcy nadużyć

CEO Magazyn Polska

Zgodnie z obowiązującymi przepisami pracodawca może zawrzeć z pracownikiem tylko trzy umowy na czas określony, a okres ich trwania nie może przekraczać 33 miesięcy. W obiektywnie uzasadnionych przypadkach są jednak możliwe odstępstwa od tej zasady. Wbrew temu, czego się obawiano, pracodawcy nie nadużywają tej możliwości. Na 1,8 mln umów terminowych tylko kilka tysięcy zostało zgłoszonych do Państwowej Inspekcji Pracy – mówi Robert Stępień z Kancelarii Raczkowski Paruch.

Ten przepis budził duże wątpliwości na etapie jego wprowadzania. Obawiano się, że pracodawcy będą nadużywać tej możliwości, czyli będą bez ograniczeń zawierać umowy na czas określony w sytuacji, kiedy nie ma takiego uzasadnienia, twierdząc, że są istnieją ku temu obiektywne przesłanki. W praktyce okazało się jednak, że niewielu pracodawców korzysta z tego rozwiązania – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Robert Stępień, aplikant radcowski w Kancelarii Raczkowski Paruch.

Z danych Państwowej Inspekcji Pracy wynika, że w ciągu dwóch miesięcy na 1,8 mln umów czasowych tylko w 6,1 tys. przypadków wskazano przyczyny, które uzasadniają niestosowanie limitów zatrudnienia czasowego. Co istotne, 3,7 tys. dotyczy umów zawieranych po 22 lutego tego roku, czyli po wejściu w życie nowych przepisów prawa pracy, zaś 2,4 tys. podpisanych wcześniej i uzupełnionych o wskazanie obiektywnych przyczyn.

Moim zdaniem wynika to przede wszystkim z niewiedzy pracodawców. Takie rozwiązanie to nowość, wcześniej na podstawie starych przepisów nie można było go zastosować, a przecież ma istotną zaletę. Jeśli wskażemy obiektywną przyczynę, np. kontrakt terminowy zawarty przez pracodawcę, uzasadniający zatrudnienie w danym okresie większej liczby pracowników, czy realizacja konkretnego projektu lub zwiększona liczba zamówień w danym czasie, to możemy zawierać umowy na czas określony z przekroczeniem 33 miesięcy, czyli nawet na kilka lat – tłumaczy ekspert.

Obiektywna przyczyna powinna zostać zawarta w umowie o pracę. W terminie 5 dni roboczych od dnia jej zawarcia należy o tym zawiadomić właściwego okręgowego inspektora pracy w formie pisemnej lub elektronicznej i wskazać przyczyny zawarcia takiej umowy. Jeśli takich przesłanek nie będzie lub pracodawca nie może ich wykazać, nie zastosowanie się do limitów będzie wykroczeniem przeciwko prawom pracownika, a to zagrożone jest sankcją grzywny w wysokości od 1 tys. do 30 tys. zł.

– Myślę, że z czasem pracodawcy zaczną z tych przepisów korzystać. To przede wszystkim kwestia świadomości po ich stronie. Z czasem będzie ona rosnąć i przepisy będą bardziej powszechnie stosowane. Obecnie to dopiero cztery miesiące od ich wejścia w życie, więc naprawdę krótki okres – ocenia Robert Stępień.

Przełom w badaniach chorób odkleszczowych. Dzięki analizie DNA bakterii można precyzyjnie określić zagrożenie i podjąć skuteczne leczenie

CEO Magazyn Polska

Nawet co trzeci kleszcz jest nosicielem patogenów wywołujących groźne choroby i tylko wczesna diagnostyka daje szansę na szybkie rozpoczęcie leczenia oraz uniknięcie uciążliwych powikłań. Dzięki najnowszym badaniom DNA czas diagnostyki pacjenta po ukąszeniu kleszcza można przyspieszyć nawet dziesięciokrotnie. Dzięki temu lekarz jest w stanie precyzyjnie określić zagrożenie i niezwłocznie rozpocząć właściwą terapię.

Choroby przenoszone przez kleszcze wywołują objawy podobne do tych grypowych lub pochodzenia reumatologicznego. Błędna diagnoza znacznie wydłuża czas terapii. Za pomocą badań serologicznych nie można jednak precyzyjnie zdiagnozować obecności mikroorganizmów przenoszonych przez kleszcze, a jedynie liczbę przeciwciał, które nasz organizm produkuje w walce z bakteriami. Z kolei najnowsza metoda pozwala na szybkie i precyzyjne ustalenie obecności w naszym organizmie bakterii i zagrożenia, jakie ze sobą. Wszystko dzięki analizie ich kodu DNA.

Kleszcze przenoszą kilkanaście, nawet kilkadziesiąt groźnych patogenów, które powodują zarówno u nas, jak i u naszych zwierząt groźne, czasami śmiertelne choroby. Są wśród nich m.in. borelioza, odkleszczowe zapalenie opon mózgowych, anaplazmoza, babeszioza, mykoplazmoza oraz wiele innych. I tylko wykonując badanie genetyczne, jesteśmy w stanie je wszystkie zdiagnozować, aby skutecznie i celowo leczyć – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Jacek Wojciechowicz, prezes zarządu Inno-Gene.

Bardzo ważne jest szybkie rozpoznanie nie tylko ze względu na powikłania, lecz także ze względu na czas i koszty leczenia tego schorzenia. W początkowej fazie, w momencie, kiedy na ciele pojawia się rumień, choroba jest łatwa do wyleczenia. Z czasem, jeśli dojdzie do powikłań, trzeba przygotować się na długą i kosztowną terapię. Dlatego w tym przypadku, pośpiech jest jak najbardziej wskazany.

Kleszcza trzeba jak najszybciej wyciągnąć, zapakować w zwykłą przesyłkę pocztową i wysłać do laboratorium weterynaryjnego na badania badanie genetyczne, które wykrywa szereg różnych patogenów, które mogą stanowić dla nas zagrożenie – mówi Jacek Wojciechowicz.

Obecnie jedynym w Polsce laboratorium, które tak kompleksowo prowadzi badania w kierunku identyfikacji patogenów przenoszonych przez kleszcze (panel odkleszczowy), jest Centrum Badań DNA. Analizę genetyczną bakterii może też zlecić lekarz, który przekazuje wycinek ukąszonej skóry do diagnostyki.

Jeśli zauważymy na ciele w miejscu ukłucia kleszcza niepokojące objawy, np. zaczerwienienie, lub pacjent zacznie mieć szereg różnych dolegliwości, to są objawy takie grypopodobne, wtedy możemy przypuszczać, że doszło do infekcji którymś z patogenów przenoszonych przez kleszcze i wówczas możemy się zdiagnozować w laboratorium medycznym, wykonując badanie genetyczne lub serologiczne – tłumaczy Jacek Wojciechowicz.

Na wyniki badań trzeba poczekać od dwóch do siedmiu dni roboczych. Ale warto, bo umożliwiają one dość szybkie i skuteczne podjęcie leczenia ukierunkowanego.

Ustawa o kredycie hipotecznym czyli obowiązki trudne do zaakceptowania

Resort finansów chce nałożyć na kredytodawców trudny do spełnienia obowiązek doręczenia klientowi oferty kredytowej w ciągu 7 dni od złożenia przez niego wniosku. Z drugiej strony klient ma czekać aż 14 dni (!) na możliwość podpisania umowy. To kontrowersyjne rozwiązanie – uważa Konfederacja Lewiatan.

20 czerwca upłynął termin zgłaszania uwag do projektu ustawy o kredycie hipotecznym. W swoim stanowisku Konfederacja Lewiatan wskazała m.in. na trudne do zaakceptowania obowiązki, które chce wprowadzić ustawodawca. Przedstawiony przez Ministerstwo Finansów projekt ustawy zobowiązuje kredytodawcę, aby ten w każdym przypadku wysłał klientowi ofertę i zagwarantował jej dojście przesyłką pocztową w ciągu 7 dni od otrzymania wniosku konsumenta.

– Pojęcie „przedstawienia oferty”, którym posługuje się projekt ustawy, oznacza bowiem zgodnie z przepisami Kodeksu cywilnego jej złożenie w taki sposób, żeby odbiorca mógł zapoznać się z jej treścią – a więc np. otrzymać przesyłkę pocztową. To ryzyko trudne do zaakceptowania przez kredytodawców. Postulujemy więc, aby zmienić ten zapis, np. na taki, który zakłada, że kredytodawca w terminie 7 dni od otrzymania wniosku – wyśle ofertę – mówi Anna Dużyńska-Pucha, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Zresztą projekt ustawy nakłada niezrozumiałe obowiązki nie tylko na kredytodawców, ale również na klientów. Konsumenci po otrzymaniu oferty wiążącej mają bowiem obowiązek oczekiwać aż 14 dni na możliwość jej przyjęcia. Wydaje się, że wydłuży to znacznie proces otrzymania kredytu, a tym samym sfinalizowanie zakupu nieruchomości. Co więcej, sama Dyrektywa, którą ta ustawa wdraża, tak długiego terminu oczekiwania nie zakłada.

Konfederacja Lewiatan

Końcowe odliczanie

Rynek sparaliżowany przez referendum, Yellen praktycznie ignorowana Rynek nadal oczekuje, że wygrają zwolennicy pozostania w UE Wynik wskazujący na Brexit spowoduje bardzo nieprzyjemny szok Długie oczekiwanie dobiega końca, a stopień, w jakim referendum sparaliżowało rynek w Wielkiej Brytanii było widać już wczoraj, gdy mało kto zwrócił uwagę na półroczne zeznania przed Senatem składane przez prezes… Czytaj więcej… »

Popołudniowy komentarz walutowy z 22.06.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 22.06.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Brexit najbardziej może zagrozić polskim eksporterom

23 czerwca Brytyjczycy w referendum zdecydują o pozostaniu lub wyjściu z Unii Europejskiej. Polscy przedsiębiorcy patrzą na ryzyko Brexitu z dystansem, ale i niepokojem. Liczą przede wszystkim na to, że racjonalizm zwycięży i Brytyjczycy pozostaną w UE – zauważa Konfederacja Lewiatan.

– Zainteresowanie sprawami zagranicznymi wśród przedsiębiorców jest mniejsze od oczekiwanego, bo wielu z nich koncentruje swoje działania na rynku krajowym (specyficzna bardziej rozdrobniona niż średnio w UE struktura gospodarki z większym udziałem mikrofirm – 96%). Ale świadomość ryzyk związanych z opuszczeniem UE przez Wielką Brytanię rośnie każdego dnia wraz z napływającymi z wysp informacjami o postawach Brytyjczyków oraz z kontaktów z partnerami gospodarczymi. Istotna jest świadomość, że referendum nie oznacza automatycznie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii, ale rozpoczęcie żmudnego, co najmniej 2-letniego procesu negocjacji i ponownego ustalenia relacji między UE a Wielką Brytanią – mówi Jakub Wojnarowski, zastępca dyrektora generalnego Konfederacji Lewiatan.

Wyjście Wielkiej Brytanii może uderzyć przede wszystkim w eksporterów. Co prawda rynki finansowe już od dłuższego czasu przygotowują się na informację o decyzji obywateli brytyjskich, ale może dojść do krótkotrwałych wahań kursu funta. W przypadku decyzji o wyjściu z UE, funt straci nieco na wartości, natomiast decyzja Bremain oznacza ustabilizowanie kursu. Większe ryzyko niesie Brexit dla złotego. W ciągu ostatnich miesięcy zwiększyła się podatność polskiej waluty na różne czynniki ryzyka, a do takich należy wynik referendum. W przypadku decyzji o wyjściu z UE, długofalowo złoty będzie tracił w stosunku do euro.

Brak wiedzy o modelu współpracy po ewentualnym Brexicie powoduje, że pojawia się także niepewność w relacjach handlowych. Nie ma co prawda regulacji, które mogłyby bezpośrednio wpływać na zmiany, ale dla Polski – Wielka Brytania jest drugim co do wielkości partnerem handlowym. Wymiana handlowa w ciągu ostatnich 10 – 12 lat co roku rosła stabilnie o 3 – 5% r/r. Eksport towarów w 2015 r. do Wielkiej Brytanii wyniósł prawie 11 mld euro. Dla całej polskiej gospodarki problemem będzie zamortyzowanie ewentualnych utrudnień w eksporcie, bo do Wielkiej Brytanii polskie firmy eksportują towary wysoko przetworzone – maszyny i produkty chemiczne – w sumie stanowią one prawie 60% wartości eksportu. Polska nie będzie w stanie poprzez działania na rynku wewnętrznym zamortyzować negatywnych skutków Brexitu (jak udało się w przypadku ograniczenia handlu z Rosją po wprowadzeniu sankcji kilka lat temu i utrudnień w eksporcie produktów przede wszystkim rolnych).

– Skutki Brexitu oczywiście nie nastąpią gwałtownie i Wielka Brytania nawet po ewentualnej negatywnej decyzji co do pozostania w UE, będzie miała 2 lata na negocjacje modelu współpracy gospodarczej. Możliwe są rozwiązania bilateralne między poszczególnymi krajami, wspólna umowa handlowa z UE, czy model współpracy jaki reguluje wymianę gospodarczą między UE a Szwajcarią. Model norweski – pełnego dostępu do rynku wydaje się mniej prawdopodobny ze względu na przyczyny Brexitu (niezgoda na część przepisów UE). Potencjalne zyski mogą pojawić się w sektorze usług dla biznesu, po ewentualnym przeniesieniu się części firm z londyńskiego City do np. Frankfurtu w Niemczech. Już obecnie jest to jeden z dynamiczniej rozwijających się sektorów polskiej gospodarki (zatrudnienie powyżej 200 000 osób) – dodaje Jakub Wojnarowski.

Drugie wyzwanie dla Polski to ewentualny powrót migrantów zarobkowych, którzy wyjechali z Polski do Wielkiej Brytanii po wejściu Polski do UE w 2004 r. Obecnie w Wielkiej Brytanii przebywa ok 700 tys. Polaków. Z danych brytyjskich wynika, że ok 60 – 70% przebywających migrantów w Wielkiej Brytanii nie spełni warunków wizowych. W przypadku pracowników wykonujących najtańsze prace w sektorze usług hotelowych i gastronomii oraz rolnictwie to ponad 90% (badania Oxford University Migration Observatory), a część Polaków wciąż wykonuje takie prace. Oczywiście należy spodziewać się ułatwień wizowych dla obywateli Unii Europejskiej po ewentualnym Brexicie, ale ostateczny kształt przepływu osób i dostęp do rynku pracy nie jest znany i polski rynek pracy będzie musiał wchłonąć dodatkowe kilkaset tysięcy pracowników w ciągu 2 – 3 lat (sytuacja na rynku pracy w Polsce jest relatywnie dobra, ale gwałtowna zmiana niesie ryzyka wzrostu bezrobocia i ograniczenia transferów z Wielkiej Brytanii do Polski).

Trzecie wyzwanie to skutki wyjścia Wielkiej Brytanii dla przyszłości Polski w Unii Europejskiej. W wymiarze finansowym oznacza konieczność renegocjowania budżetu UE do 2020 r. i ograniczenie środków przyznanych Polsce w tej perspektywie finansowej. Oznacza to dodatkowe ryzyko dla ambitnego planu odpowiedzialnego rozwoju zaproponowanego przez wicepremiera Mateusza Morawieckiego, który w części inwestycyjnej miałby składać się częściowo ze środków europejskich. W wymiarze politycznym może oznaczać nasilenie się tendencji odśrodkowych w części państw członkowskich, które zaczną tak jak Wielka Brytania „walczyć o swoje”, a z drugiej strony dążenie do szybszej i pogłębionej integracji części państw, członków strefy euro, których współpraca jest najbliższa. W każdym z tych modeli Polska traci – zarówno finansowo, jak i politycznie, znajdując się poza głównym nurtem UE i nie wchodząc do strefy euro.

Konfederacja Lewiatan

Opór nie do przejścia

Chart [SP500], W1, 2016.06.22 12:53 UTC, Admiral Markets AS, MetaTrader 4, Real

Indeks pięciuset największych gigantów amerykańskich nie może poradzić sobie z oporem 2075-2106. Jest to już trzeci test tego poziomu, jednakże bez skutku. Pomoc może przyjść w piątek nad ranem, czyli jeżeli nie dojdzie do Brexitu, to na rynek może zawitać optymizm, który w końcu wypchnie indeksy na wyższe poziomy. Musimy być świadomi tego, że tylko amerykańskie giełdy nie poddały się pesymizmowi, cały europejski parkiet w dalszym ciągu jest na minusie od początku roku.

Gdyby jednak doszło do wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, możemy po raz kolejny zobaczyć spadki rzędu 20%. Wszystko w rękach Brytyjczyków.

Dział Analiz

Brexit: Najlepszy scenariusz dla Polski?

Rynki finansowe przewidują, że Wielka Brytania pozostanie w UE, nawet jeżeli jest to wbrew najnowszym sondażom dotyczącym wyboru jakiego dokonają Brytyjczycy.

-Historycznie patrząc podobne sondaże niedoszacowywały liczbę osób, które są za utrzymaniem status quo – mówi w rozmowie z MarketNews24 Rafał Sadoch, analityk Domu Maklerskiego mBank.

Taki wariant byłby najlepszy dla Polski i jest najbardziej prawdopodobny. Zakłady bukmacherskie oceniają przewidywany wynik referendum podobnie jak rynki finansowe.