Grupa CDRL, właściciel marki Coccodrillo oraz Buslik, w IV kwartale br. wygenerowała 97,8 mln zł przychodów w obu markach – jest to około 17 proc. mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Rekordową popularnością cieszą się kanały e-commerce. W polskim sklepie internetowym sprzedaż wzrosła o 93 proc., a w sklepie internetowym sieci Buslik o 88 proc. r/r.
– Przychody w IV kwartale są umiarkowanie dobre. Należy je oceniać biorąc pod uwagę obecną sytuację społeczno-gospodarczą. Mocno odczuwamy przedłużające się zamknięcie naszych sklepów stacjonarnych w galeriach handlowych – wprowadzony lock-down oraz niepewne nastroje konsumenckie związane z pandemią spowodowały, że nasze przychody są niższe niż przed rokiem. Niemniej jednak, bardzo dobrze radzą sobie nasze sklepy e-commerce – w kanałach internetowych odnotowujemy rekordowe wyniki – komentuje Tomasz Przybyła, wiceprezes CDRL.
W IV kwartale, w sklepach stacjonarnych w Polsce, przychody wyniosły 30,17 mln zł. Jest to wynik o 31 proc niższy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Sklepy stacjonarne sieci Buslik, w omawianym okresie osiągnęły przychody na poziomie 42,33 mln zł, czyli o 20,9 proc. mniej, niż w IV kwartale 2019 roku.
Nieustannie wzrasta popularność kanałów e-commerce. Polski sklep internetowy, w IV kwartale wygenerował 10,93 mln zł przychodów i jest to wynik wyższy od odnotowanego w analogicznym okresie ubiegłego roku o 93 proc. Sklep internetowy sieci Buslik odnotował 3,85 mln zł przychodów, co stanowi wzrost o 88 proc. r/r.
Narastająco, od stycznia do końca grudnia Grupa CDRL wygenerowała 387,47 mln zł przychodów. Jest to wynik niższy od ubiegłorocznego o 13,7 proc.
Tempo szczepień i przedłużane lockdowny wskazują na to, że rozwiązania związane z telemedycyną dla części pacjentów będą koniecznością jeszcze przez wiele miesięcy. Dostrzegają to nie tylko prywatni konsumenci, ale też inwestorzy. Dlatego możemy mówić o trwającym boomie na rozwiązania telemedyczne. Co interesującego w tym temacie wymyślili Polacy?
W Polsce powstało co najmniej kilka znaczących spółek telemedycznych. Rozwijają zarówno rozwiązania łączące hardware (urządzenie) z softwarem (np. aplikacją), jak i same rozwiązania software.
Higo – kilka narzędzi w jednym
Przykładem głośnego produktu, który został zaprojektowany nad Wisłą i wejdzie do sprzedaży w najbliższych miesiącach, jest urządzenie Higo.
Koncept, na którym opiera się działanie Higo, jest genialny w swojej prostocie. Z pomocą polskiego urządzenia każdy będzie mógł zmierzyć sobie (lub innej osobie) temperaturę, osłuchać serce, brzuch i płuca, zrobić zdjęcie ucha czy gardła. Następnie rezultaty za pomocą dedykowanej aplikacji mobilnej będzie mógł przesłać do lekarza. Precyzyjna diagnoza bez wychodzenia z domu, wykonywana niezwykle intuicyjnym urządzeniem, z którym poradzi sobie i dziecko, i osoba starsza – to pomysł tak obiecujący, że jeszcze przed swoją premierą rynkową warszawska spółka Higo Sense otrzymała wyróżnienia na targach Medica w Düsseldorfie czy podczas Giant Health Event w Londynie.
– To prawda, świat zdążył już zauważyć Higo – mówi Łukasz Krasnopolski, prezes spółki Higo Sense. – Bardzo nas to cieszy, tym bardziej, że oficjalną premierę urządzenia przewidujemy już niedługo. Jesteśmy bardzo podekscytowani i mamy nadzieję, że nasz produkt w trakcie wciąż trwającej pandemii pozwoli wygodniej funkcjonować szczególnie tym osobom, które najbardziej ryzykowały by wychodząc z domu, np. do przychodni. Higo pozwoli im szybko i sprawnie wykonać najbardziej podstawowe badania bez wstawania z kanapy.
Produkt został już dopuszczony do sprzedaży na terenie Unii Europejskiej. Trwają prace nad wprowadzeniem go do obrotu na Bliskim Wschodzie i w Ameryce Południowej.
Aidmed – innowacyjne urządzenie dla astmatyków i nie tylko
W drugim kwartale 2021 r. swoją premierę ma mieć inny polski innowacyjny produkt z branży healthtech, czyli Aidmed gdańskiej firmy Aidlab. To urządzenie służy do zdalnego badania bezdechu sennego, serca oraz astmy.
– Naszym celem jest spopularyzowanie badań domowych – komentuje Jakub Domaszewicz, współzałożyciel firmy Aidlab. – To właśnie COVID-19 pokazał, jak istotne jest inwestowanie w telemedycynę. Podczas panującej pandemii, nie ściągniemy ludzi na diagnostykę okresową, dlatego to właśnie telemedycyna jest szansą na poprawę sytuacji.
Zespół Aidlabu czeka jeszcze proces związany z certyfikacją medyczną, ale już teraz firma zdobyła inwestora – jest nim Life Science Innovation Fund, polski fundusz VC.
DocPlanner – światowy lider
Wśród stworzonych w Polsce rozwiązań związanych z e-zdrowiem są też takie, które na przestrzeni ostatnich lat zdążyły osiągnąć globalny sukces. Istniejąca od kilkunastu lat grupa DocPlanner, w Polsce odpowiedzialna za dobrze znany serwis ZnanyLekarz.pl, na świecie rozwija całą sieć podobnych stron: MioDottore.it we Włoszech, DoktorTakvimi.com w Turcji, itd.
Ta działająca w kilkunastu krajach platforma służy do umawiania się się na wizyty lekarskie przez internet. Pacjenci po wszystkim mogą też ocenić specjalistę – opisać przebieg badania i polecić lub odradzić spotkanie kolejnym osobom.
– Naszym wzorem jest serwis booking.com działający na rynku hoteli – mówił szef serwisu Mariusz Gralewski w roku 2012 w wywiadzie dla mambiznes.pl – Chcemy osiągnąć podobną pozycję na rynku medycznym.
I… chyba się udało. Dziś ZnanyLekarz i zagraniczne iteracje serwisu to największa tego typu platforma na świecie – korzysta z niej nawet 30 milionów osób miesięcznie.
Duże pole do innowacji
Firm osiągających sukcesy, a związanych z telemedycyną, jest w Polsce znacznie więcej. Powstała w Polsce opaska SiDLY monitoruje funkcje życiowe pacjentów, a w razie problemów automatycznie informuje ratowników medycznych. Z kolei produkty wrocławskiej firmy Infermedica wykorzystują mechanizmy sztucznej inteligencji w celu skutecznego wstępnego diagnozowania pacjentów. StethoMe proponuje konsumentom inteligentne urządzenie połączone z aplikacją mobilną, pozwalające kontrolować symptomy astmy u dzieci. A krakowska firma AILIS stworzyła technologię pozwalającą na szybką i bezdotykową diagnozę raka piersi, dokładniejszą od mammografii.
– Nie mam wątpliwości co do tego, że telemedycyna w najbliższych latach będzie się mocno rozwijała – twierdzi Łukasz Krasnopolski z Higo Sense. – Żyjemy w świecie, w którym przez internet można zorganizować spotkanie w pracy, obejrzeć najnowszy film czy zrobić zakupy spożywcze. Nie ma żadnych przeciwwskazań, by najnowsze zdobycze z zakresu IT, uczenia maszynowego czy rozwiązań UX-owych nie miały pomóc osobom potrzebującym opieki lekarskiej. To przyszłość, która być może jeszcze dziś nie jest dla wszystkich oczywista, ale w przeciągu dekady czy dwóch będzie na pewno – przewiduje Krasnopolski.
Zimowy lockdown kolejny raz pokrzyżował wyjazdowe plany wielu Polaków. Już co trzecia osoba w związku z pandemią odłożyła lub zrezygnowała z wydatków na ten cel – wynika z „Barometru oszczędności” Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA. Polacy wstrzymują się także z realizacją bonów turystycznych, których do pobrania zostało jeszcze ok. 3 mln. Nie pomaga to w odrobieniu należności w branży. Od początku marca do końca roku długi biur i agentów turystycznych wzrosły o 30%, osiągając poziom 20,4 mln zł. W ciągu pierwszych 2 tygodni stycznia powiększyły się o kolejne 0,6 mln zł.
Poziom zadłużenia organizatorów wyjazdów, jak i agentów oraz pośredników turystycznych jest dość zbliżony. Według danych KRD nieco wyższe należności do zwrócenia mają ci pierwsi, a wynoszą one ponad 11 mln zł. Łącznie ich kwota zadłużenia na koniec 2020 roku sięgała 20,4 mln zł.
Stracony sezon, trudny rok
W ciągu 2020 r. o ponad jedną piątą urosło średnie zadłużenie biur i agentów turystycznych. Pod koniec grudnia sięgało ono prawie 39 tys. zł. O 16% zwiększyła się także liczba zobowiązań. Biura i agenci najczęściej pieniądze winni są bankom (7,2 mln zł), a w drugiej kolejności funduszom sekurytyzacyjnym (6,2 mln zł). 1,7 mln zł mają także do odzyskania od nich firmy faktoringowe.
Największymi kwotami do spłacenia obciążone są biura oraz agenci turystyczni z Małopolski. Ich zadłużenie sięga blisko 5,5 mln zł. – Zimowe ferie i sezon narciarski przez lockdown nie poprawiły ich sytuacji. Dla wielu firm z tego regionu to najważniejszy czas w roku. Trudno będzie to odrobić latem. Według Instytutu Badań Rynku Turystycznego Traveldata większość touroperatorów w kraju nie oczekuje także powrotu ruchu turystycznego przed sezonem wakacyjnym – zauważa Adam Łącki, prezes Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA.
Drugą pozycję wśród zadłużonych województw zajmuje Mazowsze (3,5 mln zł). Z trzecim co do wysokości długiem mierzą się firmy z Śląskiego (2,2 mln zł), ale tuż za nim jest Pomorze (2,1 mln zł). Większość podmiotów mających do spłacenia należności to jednoosobowe działalności gospodarcze.
1/3 Polaków nie zdecydowała się na wyjazd
Sytuację w której znalazła się branża turystyczna obrazują także wyniki badania „Barometr oszczędności” Krajowego Rejestru Długów. Polacy zapytani o to, z jakich planowanych wcześniej wydatków zrezygnowali lub jakie chwilowo wstrzymali celem zaoszczędzenia pieniędzy w czasie pandemii, najczęściej wskazywali właśnie na wyjazdy turystyczne. Odłożyła lub zarzuciła je więcej niż co trzecia osoba (35%).
Co więcej, ruchu w branży turystycznej na razie znacząco nie poprawił bon turystyczny. Z możliwych do wykorzystania bonów, aktywowanych zostało 1,1 mln, a ok. 275 tys. zrealizowano. Do pobrania zostało wciąż ok. 3 mln bonów. – Brak perspektyw na wyjazd powstrzymuje Polaków od wykorzystywania bonów turystycznych przekazanych przez rząd. Jednak mają one swoją datę ważności, więc można prognozować, że po poluzowaniu obostrzeń Polacy wrócą do urlopowania, chociażby po to by nie zmarnować tego wakacyjnego dodatku – dodaje Adam Łącki z Krajowego Rejestru Długów.
—
Ogólnopolskie badanie „Barometr oszczędności” zostało przeprowadzone w drugiej połowie października 2020 roku przez IMAS International na zlecenie Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej metodą CAWI na reprezentatywnej grupie 1000 Polaków.
Stanowisko Prezesa ORLEN China, spółki z Grupy ORLEN pełni Jarosław Baran. To ceniony menadżer z wieloletnim doświadczeniem, zdobytym głównie na rynku azjatyckim. Zadaniem ORLEN China jest bezpośrednia sprzedaż produktów Koncernu, a tym samym wzmocnienie jego pozycji na perspektywicznym chińskim rynku oraz w sąsiednich krajach.
Jarosław Baran od ponad 10 lat mieszka i pracuje na terytorium Chińskiej Republiki Ludowej. Jest absolwentem Suzhou University (specjalność: Kultura Chin, Chiński Język i Literatura), Albertus Magnus College (MBA Leadership) oraz Central Connecticut State University (MBA, Ekonomia). To specjalista głównie w obszarze analiz rynkowych działalności gospodarczej w Chinach i w innych państwach azjatyckich. Posiada szerokie kompetencje w zakresie sprzedaży, zarządzania procesami produkcyjnymi oraz w zarządzaniu finansami na terytorium Chin. Doświadczenie zawodowe zdobywał pracując m.in. na stanowiskach kierowniczych w Ryerson, ATLAS, UTC, Pratt and Whitney oraz Sikorsky Aircraft.
Utworzona w ubiegłym roku spółka ORLEN China stała się centrum kompetencji sprzedażowych (w tym e-commerce), marketingowych, logistycznych i spedycyjnych na rynku chińskim. Spółka jest zarejestrowana w mieście Suzhou (prowincja Jiangsu) na wschodzie Chin. Obecnie prowadzi działalność głównie w prowincji Jiangsu oraz prowincjach sąsiadujących. Prowincja Jiangsu zamieszkiwana jest przez ponad 80 mln ludzi i stanowi ważny chiński ośrodek o charakterze przemysłowym, z rozwiniętym przemysłem maszynowym, elektronicznym i samochodowym. Prowincja posiada również 150 stref rozwoju i jest liderem w ich tworzeniu. Strefy te koncentrują bezpośrednie inwestycje zagraniczne, międzynarodowy handel oraz innowacje technologiczne.
Produkty Grupy ORLEN są oferowane w Chinach od 2016 roku. Pierwszy etap działalności ORLEN China objął sprzedaż olejów silnikowych, które do tej pory dystrybuowane były w Chinach za pośrednictwem zewnętrznych partnerów. Według szacunków Koncernu, zmiana modelu sprzedaży produktów pozwoli w najbliższych trzech latach wygenerować znacznie większy zysk operacyjny niż w przypadku kontynuowania wcześniejszego modelu handlowego.
Według danych z końca grudnia 2020 r., w Polsce było zarejestrowanych łącznie 18 875 samochodów osobowych z napędem elektrycznym. W ubiegłym roku przybyło ich 9 879 sztuk – o 140% więcej niż w 2019 r. – wynika z Licznika Elektromobilności, uruchomionego przez PSPA oraz PZPM.
Pod koniec grudnia 2020 r. po polskich drogach jeździło 18 875 elektrycznych samochodów osobowych, z których 53% stanowiły pojazdy w pełni elektryczne (BEV, ang. battery electric vehicles) – 10 041 szt., a pozostałą część hybrydy typu plug-in (PHEV, ang. plug-in hybrid electric vehicles) – 8 834 szt. Park elektrycznych samochodów dostawczych i ciężarowych w analizowanym okresie zwiększył się do 839 szt. W dalszym ciągu rośnie też flota elektrycznych motorowerów i motocykli, która na koniec grudnia osiągnęła liczbę 8 941 szt.
Pod koniec ubiegłego roku park autobusów elektrycznych w Polsce liczył 430 szt. W okresie od stycznia do grudnia 2020 r. flota elektrobusów powiększyła się o 201 zeroemisyjnych pojazdów. W porównaniu z rokiem 2019 oznacza to zmianę o 253% r/r.
Wraz ze wzrostem liczby pojazdów z napędem elektrycznym, rozwija się również infrastruktura ładowania. Pod koniec grudnia w Polsce funkcjonowały 1 364 ogólnodostępne stacje ładowania pojazdów elektrycznych (2 641 punktów). 33% z nich stanowiły szybkie stacje ładowania prądem stałym (DC), a 67% wolne ładowarki prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. W grudniu uruchomiono 40 nowych, ogólnodostępnych stacji ładowania (109 punktów).
„Biorąc pod uwagę wzrost liczby pojazdów bateryjnych i hybryd plug-in w 2020 roku można zakładać, że w najbliższych latach ich rejestracje osiągną poziom kilkunastu – a może nawet kilkudziesięciu tysięcy sztuk. Jednakże, aby to założenie stało się faktem, niezbędne jest – co podkreślaliśmy już wielokrotnie – znacznie większe wsparcie oraz uproszczenie procedury zakupu takiego pojazdu. Absolutnie kluczowy jest również rozwój sieci stacji ładowania. Bardzo cieszy tak duży wzrost floty przyjaznych środowisku autobusów. Jeśli ten trend się utrzyma, to możemy mieć nadzieję, że w ciągu najbliższych kilkunastu lat przeważająca liczba autobusów, które będą jeździły w naszych miastach będą elektryczne lub nawet wodorowe” – mówi Jakub Faryś, Prezes PZPM.
„Rok 2020 r. okazał się być rokiem kilku rekordów w polskiej elektromobilności. Mimo niesprzyjających warunków zanotowaliśmy największy, jak do tej pory, wzrost liczby osobowych i dostawczych EV, a także elektrycznych autobusów. Rynek przyspieszył szczególnie mocno w grudniu, kiedy zarejestrowano aż 1 771 osobowe BEV i PHEV i oddano do użytku ponad 100 ogólnodostępnych punktów ładowania. Zakładamy, że w 2021 r. rozwój zeroemisyjnego transportu będzie jeszcze bardziej dynamiczny. Pozytywny wpływ na rynek e-mobility powinny wywrzeć m.in. takie czynniki jak nowelizacja Ustawy o elektromobilności, wprowadzenie E-taryfy, czy uruchomienie systemu wsparcia ze środków NFOŚiGW w obszarze pojazdów elektrycznych i infrastruktury” – dodaje Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający PSPA.
Z powodu pandemii Covid-19 polski rynek vendingu, czyli automatów, w których można kupić napoje i przekąski, znalazł się w bardzo trudnej sytuacji. Wiele firm ponosi duże straty finansowe i rozważa możliwość zamknięcia prowadzonej działalności. Konfederacja Lewiatan apeluje o wsparcie dla branży poprzez rozszerzenie rozwiązań pomocowych w ramach tarcz antykryzysowych.
Obecnie w branży vendingowej funkcjonuje około 400 małych i średnich przedsiębiorstw, które zatrudniają od 5 do 100 pracowników. Od początku ubiegłego roku systematyczne pogarsza się ich kondycja finansowa. Coraz więcej firm nie radzi sobie z regulowaniem na bieżąco zobowiązań wobec kontrahentów. Szacuje się, że w branży vendingowej pracuje około 20 000 osób. Wiele z tych etatów jest realnie zagrożonych.
– Przyczyną kłopotów jest wprowadzenie w szkołach i na uczelniach wyższych nauczania zdalnego, powszechne stosowanie pracy zdalnej w biurach czy instytucjach, a także zamknięcie obiektów sportowych. Dlatego apelujemy o objęcie branży vendingowej wsparciem finansowym na równi z innymi przedsiębiorcami, którzy zostali pozbawieni możliwości zarobkowania – mówi Kacper Olejniczak, ekspert Konfederacji Lewiatan.
W ramach tarcz antykryzysowych pomoc otrzymały branże, które też sprzedają żywność i napoje w ściśle określonych lokalizacjach m.in. takich jak: szkoły, przedszkola, uczelnie, biura, urzędy, obiekty sportowe. Chodzi np. o ruchome placówki gastronomiczne, sprzedaż detaliczną żywności na straganach i targowiskach, czy przygotowywanie i dostarczanie żywności dla odbiorców zewnętrznych (catering). Branża vendingowa takiego wsparcia dotychczas nie otrzymała.
Z taśm produkcyjnych zakładów w Poznaniu i we Wrześni w roku 2020 zjechało 207 610 pojazdów – o 22% mniej w porównaniu z rokiem poprzednim.
Spadek produkcji to skutek pandemii koronawirusa oraz rozruchu produkcji nowego modelu Caddy 5 w zakładzie w Poznaniu
Pomimo zmniejszenia produkcji wynik ten daje spółce ponownie pozycję największego producenta samochodów w Polsce
Przełomowy rok dla elektromobilności. Volkswagen Poznań wyprodukował w 2020 roku 1291 pojazdów elektrycznych (+4781%)
Poznań, 18 stycznia 2021r -. Rok 2020 był wyjątkowo trudnym czasem dla branży motoryzacyjnej. Pandemia Covid-19 wpłynęła zarówno na sprzedaż nowych pojazdów, jak i na produkcję. Pomimo niesprzyjających warunków, obie fabryki Volkswagen Poznań – w Poznaniu i we Wrześni – zbudowały w roku ubiegłym 207 610 samochodów, w tym 1291 w pełni elektrycznych aut dostawczych. Wg danych opublikowanych przez Instytut Samar, to ponad 48 procent ogółu samochodów wyprodukowanych w ubiegłym roku w Polsce (427 972 pojazdy). Dzięki temu wynikowi, Volkswagen Poznań pozostał liderem produkcji aut w Polsce. Dodatkowo odlewnia Volkswagen Poznań wyprodukowała niemal 3,5 miliona komponentów, w tym obudów silników elektrycznych dla platformy MEB wykorzystywanej przez wszystkie marki Grupy Volkswagen.
Pandemia koronawirusa, która rozwinęła się w Europie wiosną 2020 r., spowodowała zatrzymanie produkcji w niemal wszystkich fabrykach motoryzacyjnych w Europie. Również Volkswagen Poznań wstrzymał produkcję w dniach od 20 marca do 27 kwietnia 2020 r., co znacząco wpłynęło na wielkość produkcji w tym roku. Z taśm produkcyjnych fabryk Volkswagen Poznań w roku 2020 zjechało 207 610 pojazdów (2019: 266 127 samochodów, tj -22%), w tym z zakładu w Poznaniu 131 152 auta (2019: 177 676; tj -26%), a z zakładu we Wrześni 76 458 pojazdów (2019: 88 451 tj -13,5%). Niższa produkcja, którą odnotowano na przestrzeni całego roku, była jednak nie tylko wynikiem pandemii Covid-19, ale również wynikała z przygotowania i rozruchu produkcji nowej generacji Caddy 5 w poznańskiej fabryce. Pełne moce produkcyjne nowego modelu zostaną osiągnięte 2w roku 2021.
W okresie od stycznia do grudnia 2020 fabrykę w Poznaniu opuściło 19 949 Transporterów 6.1, 94 235 nowych Caddy 4, oraz 16 968 sztuk nowego modelu Caddy 5. Z zakładu we Wrześni wyjechało natomiast 58 114 sztuk Volkswagena Craftera, w tym 586 egzemplarzy w pełni elektrycznego e-Craftera oraz 18 344 sztuki modelu MAN TGE, w tym 705 również w pełni elektrycznego MAN eTGE. Zakład Volkswagen Poznań we Wrześni jest jedynym producentem w pełni elektrycznych modeli e-Crafter i MAN eTGE. Produkcja e-Craftera ruszyła tu w lipcu 2020 r. Wielkość produkcji aut elektrycznych osiągnęła w roku 2020 pułap 1291 egzemplarzy, co jest ogromnym skokiem ilościowym i technicznym w stosunku do 27 sztuk zbudowanych we Wrześni w roku 2019.
Odlewnia Volkswagen Poznań wyprodukowała w roku 2020 niemal 3,5 mln sztuk podzespołów (2019: 4,2 mln komponentów) wykorzystywanych w modelach różnych marek Grupy Volkswagen. Jest wśród nich m.in. prawie 1,5 mln obudów przekładni kierowniczej dla samochodów osadzonych na płytach MQB, MLB i z silnikiem montowanym poprzecznie, ponad 100 tysięcy obudów silników elektrycznych dla aut osadzonych na płycie MEB oraz ponad 84 tysiące obudów skrzyń biegów.
„Rok 2020 na całym świecie stał pod znakiem pandemii. Zakłady Volkswagen Poznań również odczuły jej skutki, jednak dla nas ten mijający rok stał przede wszystkim pod znakiem wdrożenia do produkcji najnowszego modelu – Caddy 5” – mówi Dietmar Mnich, prezes zarządu Volkswagen Poznań oraz dyrektor zakładu w Poznaniu. „Do tego projektu przygotowywaliśmy się od dłuższego czasu. Rozbudowaliśmy na jego potrzeby hale produkcyjne w Poznaniu, uruchomiliśmy nowoczesny park maszynowy i odpowiednio przeszkoliliśmy załogę. Przygotowania zakończyły się sukcesem i produkcja Caddy 5 rozpoczęła się w Volkswagen Poznań w październiku 2020. W roku 2021 będziemy sukcesywnie zwiększać jego produkcję i wdrażać kolejne wersje modelowe, w tym model Caddy Maxi. Jestem też niezmiernie dumny z dynamicznie rosnącej produkcji w pełni elektrycznych modeli w zakładzie we Wrześni oraz rozwoju portfolio odlewni o nowe komponenty do aut koncernu Volkswagen .”
Plany Volkswagen Poznań na rok 2021, oprócz systematycznego zwiększania produkcji Caddy 5, skupiają się także na przygotowaniu do produkcji modelu City Van dla kooperanta Grupy Volkswagen – koncernu Ford. Natomiast odlewnia rozpocznie w roku 2021 przygotowania do produkcji kolejnych komponentów dla samochodów elektrycznych Grupy Volkswagen.
Masowa praca zdalna w firmach stawia przed menedżerami duże wyzwanie – jak zmotywować pracownika, którego widzi się tylko na ekranie? Eksperci wskazują jednak, że firmy zawsze miały problem z motywacją pracownika – a szczególnie pracownika młodego. Od kiedy z repertuaru menedżera zniknęła motywacja przemocą, a pracownik zaczął otrzymywać więcej pieniędzy, niż potrzebuje do przeżycia, pracodawcy zmagają się z pytaniem – co zrobić, by zmotywować ludzi do pracy? Na przestrzeni lat powstało wiele narzędzi, które miały w tym pomóc. Od integracyjnych imprez, które sięgają historią czasów rewolucji przemysłowej, przez publiczne nagradzanie najlepszych pracowników, po występy motywacyjnych mówców i pisarzy science fiction. Jakie narzędzia potrzebne są menedżerowi teraz, w dobie pandemii?
– Świat pracowników jest bardzo zróżnicowany. W związku z tym działają na nich różnego rodzaje motywacje. Jest duża grupa ludzi, na których nadal działa zwykła motywacja finansowa. Ci ludzie chcą dostać pieniądze, a sami budują swoje potrzeby poza pracą – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Krzysztof Obłój, profesor Akademii im. Leona Koźmińskiego oraz Uniwersytetu Warszawskiego. – Do tych, którym to nie wystarcza, trzeba znaleźć inne klucze. Tutaj trzeba zaś podkreślić zmiany, które zaszły w naszym funkcjonowaniu na rynku pracy. W coraz mniejszym stopniu akceptujemy autorytety. Autorytety naszych rodziców, naszych dziadków, rząd nie są już w cenie. Autorytetem nie jest też przełożony. Dlatego pracownicy – szczególnie młodzi – nie akceptują jakiejkolwiek próby wywierania wpływu, również krytyki. Jak ktoś na nich krzyknie, albo ich urazi – trzaskają drzwiami i wychodzą. Firmy uczą się więc nowych sposobów oddziaływania na pracowników. Kiedyś uważało się, że są pewne normy i wartości – a menedżer ma prawo wymusić na pracownikach, żeby tych wartości przestrzegali. Teraz mają inny sposób – budują kulturę w firmie kotwicząc ją w rzeczach, które są dla młodego pokolenia szalenie ważne. W tematach ekologicznych, środowiskowych, genderowych. Wtedy pracownik chce zostać w takiej firmie na dłużej, bo ona jest – i to chyba jest najlepsze słowo, jakie można znaleźć – społecznie odpowiedzialna – wskazuje Obłój.
– Szczepienia są sprawą podstawową z punktu widzenia bezpieczeństwa uczniów, nauczycieli i pracowników niebędących nauczycielami – podkreśla Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. Dlatego ZNP postulował do rządu o wykonywanie ich wśród nauczycieli równolegle z grupą seniorów, którzy będą szczepieni od 25 stycznia. Na to jednak nie ma na razie szans, tym bardziej że w następnych tygodniach możliwe jest ograniczenie dostaw szczepionek przez firmę Pfizer. Jak podkreśla prezes ZNP, wszystkim zależy na bezpiecznym powrocie do nauki stacjonarnej, zwłaszcza że ma to duże znaczenie dla normalnego funkcjonowania milionów rodziców.
– Nie ulega wątpliwości, że decyzja o powrocie dzieci do szkół jest dosyć kontrowersyjna, i to, że rozpoczęliśmy pracę, wywoła emocje u wielu nauczycieli. Pojawiły się opinie, że jest to decyzja trochę na wyrost, nie w pełni przemyślana, a jednocześnie decyzja, która nie daje ani uczniom, ani nauczycielom pełnej gwarancji bezpieczeństwa. Związek postulował i postuluje zupełnie inne rozwiązania w tym zakresie i wydaje się, że mamy też czas na ich wdrożenie – mówi agencji Newseria Biznes Sławomir Broniarz.
Nauczyciele – podobnie jak przedstawiciele służb mundurowych – są przewidziani w pierwszej grupie do szczepień, ale pierwszeństwo w niej mają seniorzy. ZNP zaapelował do rządu o to, aby zakwalifikować nauczycieli do szczepień przeciw COVID-19 równolegle z seniorami. Podkreślał, że w Polsce jest ok. 5,8 mln osób w wieku 60+, tymczasem nauczycieli przedszkolnych, szkolnych i akademickich jest ok. 677 tys., co oznacza, że szczepienie pedagogów równolegle z seniorami w niewielkim stopniu odbiłoby się na tempie całego procesu.
– Szczepienia są sprawą podstawową z punktu widzenia bezpieczeństwa uczniów, nauczycieli i pracowników szkół. Naszym zdaniem one absolutnie powinny być przeprowadzane równolegle ze szczepieniami osób w wieku 75–80 lat – mówi prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. – Tak robią np. Niemcy i Brytyjczycy, którzy stwierdzili, że poziom zachorowalności wśród nauczycieli jest cztery razy większy niż w całej populacji.
Na przyspieszenie szczepień wśród nauczycieli szanse są na razie nikłe. Jak podkreślał na konferencji prezes ZNP po piątkowych zapewnieniach Michała Dworczyka, ministra odpowiedzialnego za program szczepień, będzie to możliwe, jeśli krzywa szczepień emerytów zacznie spadać, a na rynku będzie odpowiednia podaż szczepionek. Zgodnie z zapowiedziami firmy Pfizer w kolejnych tygodniach dostawy do UE mają być jednak czasowo ograniczone ze względu na zmiany w procesie produkcji. To może wpłynąć na tempo masowych szczepień.
W petycji skierowanej do prezydenta i rządu ZNP wskazuje, że od tego, czy edukacja realizowana jest w trybie stacjonarnym, czy nie, jest uzależnione normalne funkcjonowanie 1/4 osób mieszkających w Polsce. To 6 mln uczących się oraz przynajmniej jedno z rodziców 3 mln dzieci szkół podstawowych. Dlatego zaszczepienie nauczycieli i uruchomienie placówek edukacyjnych będzie mieć pozytywny wpływ na gospodarkę, bo umożliwi rodzicom powrót do normalnej pracy.
– Powinniśmy zacząć szczepienia od nauczycieli edukacji przedszkolnej i klas I–III – podkreśla Sławomir Broniarz. – Edukacja I–III jest przebadana, wiemy, jak duży jej odsetek choruje, i szczepienia są naturalną konsekwencją wykonanych testów, bo inaczej wyrzuciliśmy paręset tysięcy złotych w błoto. Z kolei nauczyciele przedszkoli, których jest ok. 100 tys., umożliwiają normalną pracę przynajmniej 2 mln obywateli, bo dziecko bezpieczne w przedszkolu jest podstawą do tego, żeby matka i ojciec mogli pójść do pracy. Jeżeli nie zaszczepimy tej grupy w pierwszej kolejności, to stwarzamy ogromne zagrożenie dla bezpieczeństwa rynku pracy. Część rodziców będzie musiała pójść na zasiłek opiekuńczy, co też radykalnie zwiększa koszty.
W piątek, 15 stycznia zakończyły się masowe, bezpłatne przesiewowe testy nauczycieli, pedagogów i pracowników administracyjnych szkół, do których zgłosiło się ok. 165 tys. osób. Według informacji GIS na 80 tys. osób przebadanych do środy pozytywne wyniki miało jedynie ok. 2 proc. Osoby te zostały poddane izolacji i na razie nie wrócą w poniedziałek do szkół.
– Wydaje się jednak, że testowanie jest chybionym pomysłem, dlatego że nie wiemy, jak wiele osób przetestowanych i mających ujemny wynik przez ten tydzień spotykało się z innymi osobami, które mogły być chore i mogły przynieść to zarażenie – mówi prezes ZNP.
Po feriach, w poniedziałek 18 stycznia do nauki stacjonarnej wracają uczniowie klas I–III szkół podstawowych. MEiN i Główny Inspektorat Sanitarny przygotowały wytyczne, które wskazują, jak organizować zajęcia w modelu stacjonarnym. Są one podobne do zaleceń z września. Znajdują się w nich rekomendacje dotyczące organizacji zajęć, higieny, czyszczenia i dezynfekcji pomieszczeń, organizacji pracy stołówek czy postępowania w przypadku podejrzenia zakażenia u pracowników szkoły. Każda klasa ma mieć indywidualny harmonogram zajęć, uwzględniający godziny rozpoczynania i kończenia lekcji, przerw czy korzystania ze stołówki szkolnej, tak by nie miała kontaktu z innymi klasami. Do każdej z klas powinien też być przydzielony jeden nauczyciel na stałe.
Prezes ZNP podkreśla jednak, że decyzja o organizacji zajęć w szkołach powinna być zarezerwowana dla dyrektora danej placówki i organu prowadzącego.
– To dyrektor szkoły – w porozumieniu z samorządem – powinien podejmować decyzję: „tak, moja szkoła ma warunki, jesteśmy przebadani, przetestowani, dzieci nie chorują i można wprowadzić naukę stacjonarną w pełnym wymiarze lub hybrydowo”. To jest decyzja oparta na najbardziej miarodajnych uwarunkowaniach organizacyjno-leczniczo-zdrowotnych i ona powinna być podejmowana oddolnie – podkreśla Sławomir Broniarz
Wciąż jeszcze nie wiadomo, kiedy do tradycyjnego nauczania wrócą uczniowie starszych roczników. Nastąpi to jednak nie wcześniej niż 1 lutego, po zakończeniu obowiązywania rządowych obostrzeń. Decyzję w tym zakresie MEN podejmie najprawdopodobniej w tym tygodniu, na podstawie m.in. wskaźników zachorowań i zgonów.
W resorcie finansów trwają prace nad Systemem Informacji Finansowej, który pozwoli odpowiednim służbom i instytucjom szybko ustalić, w jakich bankach Polacy mają konta oraz czy korzystają ze skrytek bankowych lub kont maklerskich. Zgodnie z unijnymi przepisami ma to być narzędziem walki z poważnymi przestępstwami. – Służby powinny mieć dostęp do danych finansowych w przypadku ścigania poważnych przestępstw, jednak istnieje ogromne ryzyko, że będzie to wykorzystywane także w innych, błahych sprawach, a być może nawet w sytuacjach, które są zwykłym nadużyciem – mówi Wojciech Klicki, prawnik z Fundacji Panoptykon.
Obecnie polskie i europejskie służby mają dostęp do informacji o aktywach posiadanych przez obywateli, ale uzyskanie ich jest czasochłonne. Opracowywany System Informacji Finansowej ma ułatwić i przyspieszyć pozyskiwanie danych. Stworzenie takiej bazy to wymóg dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady UE w sprawie zapobiegania wykorzystywaniu systemu finansowego do prania pieniędzy lub finansowania terroryzmu. Krajowe przepisy, implementujące tę dyrektywę, powinny być wdrożone do sierpnia 2021 roku. Projekt ustawy zgodnie z zapowiedziami Ministerstwa Finansów ma trafić na Radę Ministrów w pierwszym kwartale 2021 roku.
– System Informacji Finansowej będzie centralną bazą, w której zbierane będą informacje na temat wszystkich środków finansowych, jakie przechowują w instytucjach finansowych Polacy. Będzie on działał po to, aby policja, służby specjalne mogły w łatwy sposób zlokalizować, gdzie kto ma pieniądze. Przy czym ten system nie będzie służył do zweryfikowania tego, ile mamy pieniędzy, na co je wydajemy i jaki ostatni przelew zrobiliśmy, tylko zlokalizowaniu, w jakim banku znajdują się środki finansowe konkretnej osoby – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wojciech Klicki.
W Systemie Informacji Finansowej będą gromadzone, przetwarzane i udostępniane informacje o otwartych i zamkniętych rachunkach, obejmujących rachunki w bankach, SKOK-ach i innych podmiotach, rachunki papierów wartościowych, rachunki zbiorcze wraz z rachunkami pieniężnymi służącymi do ich obsługi. Będą w nim także dane o umowach o udostępnieniu skrytek sejfowych.
Informacje z SInF będą wykorzystywane do realizacji zadań ustawowych sądów, prokuratury oraz służb – nie tylko Policji, ale także Centralnego Biura Antykorupcyjnego, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Służby Kontrwywiadu Wojskowego, Agencji Wywiadu, Służby Wywiadu Wojskowego, Żandarmerii Wojskowej, Straży Granicznej, Generalnego Inspektora Informacji Finansowej oraz Krajowej Administracji Skarbowej.
– Służby publiczne odpowiedzialne za bezpieczeństwo mają często problem ze zweryfikowaniem tego, gdzie konkretna osoba podejrzewana o przestępstwo, pranie brudnych pieniędzy lub działalność terrorystyczną przechowuje swoje środki finansowe. Zwykle zajmuje im to dużo czasu i wymaga wiele zachodu. System Informacji Finansowej ma być centralną bazą, która szybko pozwoli uzyskać potrzebne informacje. Porządkuje chaos, jaki obecnie funkcjonuje – wyjaśnia prawnik z Fundacji Panoptykon.
Jak podkreśla, to potrzebne rozwiązanie, jednak jego wdrożenie nie jest pozbawione zagrożeń.
– Jak zwykle przy tworzeniu centralnej bazy danych podstawowym zagrożeniem jest ryzyko, że prędzej czy później informacje wyciekną i będą wykorzystywane w sprawach, które nie wiążą się z przestępstwem – mówi. – Potrzeba utworzenia systemu nie oznacza, że możemy bezrefleksyjnie zgodzić się na powołanie kolejnej bazy, w której będą mogli grzebać liczni funkcjonariusze kilkunastu instytucji publicznych. Podsumowując, System Informacji Finansowej powinien powstać, natomiast powinien funkcjonować w taki sposób, aby zminimalizować ryzyko nadużyć i wykorzystywania danych w celach innych niż deklarowane.
Dyrektywa unijna przewiduje mechanizmy zabezpieczające przed nadużyciami. Fakt przeglądania danych przez konkretnego funkcjonariusza będzie rejestrowany, a informacje o tym co jakiś czas będą przekazywane do Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Jak podkreślają eksperci Panoptykon, w Polsce jednak przepisy pozbawiły ten organ możliwości weryfikowania działań służb. Brak nadzoru zewnętrznej instytucji może stwarzać ryzyko nadużyć.
– Służby mogą niemal legalnie pozyskiwać wszelkie informacje na temat naszej aktywności, mogą zakładać podsłuchy, robią to kilkadziesiąt razy dziennie w zasadzie bez realnej weryfikacji ze strony sądu. Ostatnie statystyki, które analizowaliśmy, wskazują na to, że służby uzyskują zgodę na założenie podsłuchu w 98–99 proc. przypadków. Do informacji na temat naszej lokalizacji, sieci połączeń służby mają dostęp bez jakiejkolwiek kontroli i korzystają z tego bardzo często, w 2019 roku stało się to 1,3 mln razy – mówi Wojciech Klicki
Fundacja pod koniec grudnia ub.r. przekazała Ministerstwu Finansów swoje rekomendacje do projektu ustawy, które pozwolą ochronić obywateli przez nadmierną ingerencją służb w ich prywatność. Chodzi o zapisanie w ustawie, a nie tylko w uzasadnieniu, że sprawozdanie roczne dotyczące działania SInF jest informacją publiczną i podlega udostępnieniu w Biuletynie Informacji Publicznej. Drugi postulat to ograniczenie możliwości wydłużania okresu przechowywania danych w SInF (mają być kasowane po pięciu latach, ale projekt dość nieprecyzyjnie pozwala na wielokrotne przedłużanie tego terminu).
– O ile dzisiaj jesteśmy mniej więcej w środku peletonu europejskiego pod względem wysokości emerytur, o tyle w 2060 roku będziemy należeć do krajów o najniższych emeryturach – mówi Krzysztof Nowak, prezes Mercera. Według różnych szacunków za 40 lat wysokość emerytury w Polsce będzie stanowić 25–30 proc. ostatniej pensji, czyli prawie dwukrotnie mniej niż dzisiaj. To efekt nie tylko zmian demograficznych, lecz także niskiego wieku emerytalnego. Stopa zastąpienia będzie jeszcze niższa dla kobiet ze względu na to, że przechodzą na emeryturę o pięć lat wcześniej niż panowie. – Emeryt w Polsce dziś nie jest bogaty, w przyszłości będzie biedny, a kobiety będą jeszcze biedniejsze – podkreśla ekspert.
– W ostatnim Mercer CFA Pension Index polski system emerytalny został oceniony jako system z grupy średnich, który ma dobre strony, ale też elementy wymagające poprawy. Oceniamy 39 krajów i 2/3 populacji na świecie. Polska plasuje się mniej więcej pośrodku tej stawki – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Nowak, prezes Mercera. – Zła wiadomość jest taka, że tracimy punkty rok do roku. Nie są to duże zmiany, ale trzeba bardziej spojrzeć na to, co się dzieje w systemie.
Jak wynika z raportu „Global Pension Index 2020” firmy Mercer, nasz system emerytalny zajmuje 25. miejsce na 39 badanych krajów, podczas gdy rok wcześniej była to 21. pozycja. Polska spadła w rankingu mimo wdrożenia pracowniczych planów kapitałowych czy wprowadzenia 13. i 14. emerytury. To efekt m.in. niskiego udziału prywatnych emerytur. Z danych KNF wynika, że na koniec I połowy 2020 roku było ponad 1,4 mln otwartych kont emerytalnych (IKE i IKZE), na których zgromadzono 14,4 mld zł aktywów.
– Nawet nie chodzi o to, ile umów jest zawartych, bo te wskaźniki są coraz lepsze, ale o to, że aktywa są bardzo niewielkie – wskazuje ekspert. – Relacja wartości aktywów, czyli środków długoterminowych, do produktu krajowego brutto, bo to najłatwiejszy wskaźnik relatywny, który pozwala porównać różne kraje, wynosi 8,5 proc., podczas gdy w czołówce są kraje ze wskaźnikiem przekraczającym 100 proc.
Szansą na zmianę jest wprowadzenie pracowniczych planów kapitałowych. Wraz z rozwijaniem tej reformy na kolejne grupy firm i instytucji i większym wskaźnikiem partycypacji rola prywatnych emerytur będzie rosła, a wraz z nią ocena polskiego systemu, ale to proces długoterminowy. Tym bardziej że pracownicy na razie nie są przekonani do tej formy oszczędzania.
– ZUS i jego kondycja to znak zapytania. Nawet nie chodzi o to, na ile ona jest problematyczna dzisiaj, bo ciągle jeszcze pamiętamy okres prosperity, kiedy rosła liczba osób opłacających składkę, np. za sprawą migrujących do Polski pracowników ze Wschodu, kiedy luka w wydatkach versus wpływy była stosunkowo niewielka, ale przyszłość tak dobrze nie wygląda. ZUS stanowi pewne zagrożenie, z którym na pewno będziemy się mierzyć w przyszłości – ocenia prezes Mercer Polska.
Bolączką polskiego systemu emerytalnego jest jednak przede wszystkim niski wiek emerytalny. To w połączeniu z sytuacją demograficzną, czyli stale zmniejszającą się liczbą osób pracujących i rosnącą liczbą emerytów, powoduje, że emerytury są coraz niższe.
– Im wyższy wiek emerytalny, tym emerytury będą wyższe, bo więcej zdołamy zgromadzić na kontach, a przy okazji nie będzie takiej dużej presji na wypłatę świadczeń, których nie pokrywają bieżące wpływy składek. Wyższy wiek to zarówno element polepszenia wypłacalności systemu ZUS, jak i istotny element zwiększający wysokość emerytury – przekonuje Krzysztof Nowak.
Z badania przeprowadzonego dla serwisu Ciekaweliczby.pl na panelu Ariadna wynika, że 54 proc. Polaków wolałoby dalej pracować po osiągnięciu wieku emerytalnego, żeby mieć wyższą emeryturę. 46 proc. deklaruje, że woli przejść na emeryturę, gdy tylko będzie to możliwe, nawet kosztem niższego świadczenia. Obecnie średnia emerytura w Polsce wynosi ponad 2,2 tys. zł, a przeciętna stopa zastąpienia wynosi mniej niż 60 proc. W kolejnych dekadach nastąpi jednak jej drastyczny spadek, największy w UE. Jak podaje Instytut Badań Strukturalnych, w 2040 roku wyniesie ona 28 proc., a w 2060 – 24 proc.
– Projekcje, które zresztą Ministerstwo Finansów przekazuje OECD czy UE, są drastycznie niższe niż obecnie. Mówi się, że w 2060 roku stopa zastąpienia wyniesie 29 proc. dla mężczyzn, a 23 proc. dla kobiet. Według naszego modelu nie są tak niskie, ale też nie przekraczają 30–35 proc. – wylicza prezes Mercera.
IBS podaje, że w 2060 roku przy wieku emerytalnym 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn emerytury minimalne lub niższe będą stanowiły prawie 2/3 ogółu. Jeśli zostałby on podniesiony do 67 lat dla obu płci, odsetek ten zmniejszyłby się do 1/4. Jak podkreślają eksperci, grupą poszkodowaną będą przede wszystkim kobiety. Zwykle mają one niższe wynagrodzenie w trakcie kariery zawodowej, a ze względu na niższy wiek emerytalny również krótszy okres płacenia składek, za to dłuższy okres pobierania świadczenia.
– W grupie krajów OECD, które utrzymują różny wiek emerytalny dla kobiet i mężczyzn, jest jeszcze tylko kilka państw poza Polską, a tylko trzy–cztery z nich mają tak jak my różnicę aż pięcioletnią. My naprawdę jesteśmy wyjątkiem. Tradycyjnie używane argumenty o roli kobiety jako osoby, która musi przejść wcześniej na emeryturę, ponieważ ma zadanie wychować wnuki, są przecież średnio prawdziwe – przekonuje ekspert. – Pochylamy się nad losem kobiet, kiedy mówimy: one muszą przejść szybciej na emeryturę, bo na to zasłużyły. Ale brakuje drugiej części zdania: skoro zasłużyły, to dlaczego nic nie robimy, żeby wyrównać tę lukę emerytalną?
Dyskusje o podnoszeniu wieku emerytalnego i zrównaniu wieku dla kobiet i mężczyzn wciąż są jednak trudne i często traktowane w kategoriach czysto politycznych. Bez wydłużenia okresu aktywności zawodowej i okresu odprowadzania składek trudno będzie uniknąć niewydolności systemu emerytalnego.
– Wiek emerytalny w Polsce jest jednym z najniższych w Europie, zawsze taki był, ale jego obniżanie powoduje, że znajdujemy się w grupie krajów, w której nie chcielibyśmy być, obok np. Rosji czy Indii – mówi Krzysztof Nowak. – Musimy sobie odpowiedzieć na dwa pytania. Czy my naprawdę nie żyjemy dłużej? Czy tak trudno sobie wyobrazić Polaków pracujących w wieku 60–65 lat i może więcej?
ESG, czyli czynniki niefinansowe obejmujące np. dbałość firmy o środowisko i kwestie ważne społecznie, mają coraz większe znaczenie w podejmowaniu decyzji przez inwestorów. Takich danych szukają m.in. ubezpieczyciele czy banki, które dzięki nim mogą ocenić, czy firma działa w zgodzie z zasadami zrównoważonego rozwoju i opłaca się udzielić jej finansowania. W tym roku duże polskie spółki giełdowe będą już po raz czwarty obowiązkowo publikować dane ESG w swoich raportach niefinansowych, ale już wkrótce większą wagę do tego aspektu będą musiały przyłożyć również podmioty średnie i mniejsze. W przeciwnym razie grozi im utrudniony dostęp do kapitału.
– Dzisiaj żaden globalny inwestor zarządzający aktywami nie może powiedzieć: „kwestie ESG mnie nie interesują, interesuje mnie tylko to, żeby jak najwięcej zarobić”. Zbyt duża konkurencja w tej branży sprawia, że wszyscy globalni gracze idą w jedną stronę, a w dodatku polskie fundusze – przez obowiązek raportowania składu swojego portfela pod kątem ESG – też dołączają do tego trendu. Więc jeśli ktoś chce realnie pozyskiwać pieniądze z giełdy, utrzymywać swoją bazę, budować relacje inwestorskie, musi postawić na bardzo kompleksowe raportowanie ESG – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Marek Dietl, prezes warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych.
Czynniki ESG (environmental, social i governance) obejmują dbałość o środowisko, kwestie społeczne i sposób prowadzenia biznesu (np. to, jak firma neutralizuje swoje emisje CO2, zmniejsza zużycie wody, współpracuje z lokalnymi społecznościami, jak dba o sprawy pracownicze i jaką ma politykę w kwestiach etyki i przeciwdziałania korupcji). Są one głównym kryterium zrównoważonego rozwoju przedsiębiorstw. W 2018 roku polskie firmy po raz pierwszy zostały zobowiązane do ujawniania takich informacji w wyniku wprowadzenia unijnej dyrektywy 2014/95/UE z 2014 roku i nowelizacji krajowej ustawy o rachunkowości, która ją wdrożyła.
Te rozszerzone obowiązki sprawozdawcze objęły największe podmioty z GPW (o zatrudnieniu powyżej 500 osób albo przychodach netto przekraczających 170 mln zł rocznie). Jak pokazują analizy, wciąż mają one w tej kwestii wiele do nadrobienia. Według badania Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych w ubiegłym roku dane niefinansowe za 2019 rok opublikowało 151 dużych spółek z warszawskiego parkietu. Ponad połowa z nich nie sporządziła raportów zgodnie z uznanymi standardami raportowania. Przeciętny wynik wyniósł 1,87 punktów na 10 możliwych. To zmniejsza przydatność tych raportów dla inwestorów i utrudnia porównanie raportów poszczególnych spółek.
Co istotne, raportowanie ESG będzie jeszcze większym wyzwaniem, bo w tym roku – publikując swoje raporty finansowe za 2020 rok – spółki po raz pierwszy będą musiały zastosować się do nowych, rozszerzonych wytycznych Komisji Europejskiej, które dotyczą oddziaływania na klimat. W praktyce firmy będą musiały ujawnić informacje dotyczące m.in. emisji CO2 w ramach całego łańcucha wartości i opisać wpływ ryzyk klimatycznych na swój model biznesowy. Do tej pory niewiele z nich uwzględniało w raportach takie parametry.
Jest też niemal pewne, że Komisja Europejska będzie dokładać spółkom nowych obowiązków związanych z raportowaniem niefinansowym, m.in. w związku z planowaną już nowelizacją dyrektywy 2014/95/UE, która wprowadzi jednolity, europejski standard raportowania zagadnień zrównoważonego rozwoju i obejmie tym obowiązkiem nie tylko spółki duże, ale również średnie i mniejsze.
Motywacją dla nich będą też przepisy, które wchodzą w życie od marca tego roku. Wtedy w Polsce i innych krajach UE zacznie obowiązywać unijne rozporządzenie SFDR 2019/2088 dotyczące ujawniania informacji związanych ze zrównoważonym rozwojem (kwestii środowiskowych, pracowniczych, praw człowieka i antykorupcji) w sektorze usług finansowych.
– Od tego roku większość inwestorów globalnych stosuje full ESG integration, czyli wyceniając spółkę, biorą pod uwagę nie tylko parametry finansowe czy perspektywy generowania przepływów gotówkowych, ale patrzą też na kwestie takie jak odpowiedzialność za środowisko, ład korporacyjny i odpowiedzialność społeczna. Wszystkie spółki, które nie raportują bądź raportują niski poziom realizacji tych czynników, są umieszczane na liście specjalnego nadzoru i docelowo mogą być wyłączane z portfela inwestorów. To bardzo głęboko ingeruje w działania firm, bo np. banki są oceniane pod względem ich polityki kredytowej i tego, czy jest ona zgodna z tymi zasadami ESG – mówi dr Marek Dietl.
Choć nowe prawo dotyczy wprost tylko instytucji finansowych (banki, ubezpieczyciele, fundusze inwestycyjne), to pośrednio obejmie również inne firmy i giełdowe spółki. Instytucje finansowe, zgodnie z SFDR, będą bowiem musiały publikować wskaźniki niefinansowe dotyczące portfela swoich klientów. Najpierw więc będą musiały od nich te dane pozyskać. W praktyce oznacza to, że znacznie więcej firm niż dotychczas będzie musiało raportować swoje dane niefinansowe ESG do banków, ubezpieczycieli czy funduszy inwestycyjnych.
– Raportowanie ESG jest wymuszane przez inwestorów, bo oni zgodnie z zasadami muszą raportować swój portfel. Z jednej strony jest to więc miękka regulacja, z drugiej – ona bardzo szybko przeradza się w twardą, bo po prostu akcje spółek, które nie będą prawidłowo raportować ESG, będą wyprzedawane, ich kurs będzie spadał. Tak więc jest to dla nich silna motywacja, żeby jak najlepiej raportować parametry ESG swoim inwestorom – podkreśla prezes GPW.
Co istotne, raportowanie ESG może być dla firm nie tylko kolejnym obowiązkiem, ale też realnie pomóc im w zarządzaniu swoim biznesem, ograniczaniu ryzyk etc. Poza tym firmy, które nie przyłożą do tego odpowiedniej wagi, muszą liczyć się z utrudnionym i droższym dostępem do kapitału.
– Tutaj nie ma odwrotu. Stuprocentowe zainteresowanie będą miały tylko te spółki, które spełniają parametry ESG. W świecie ultraniskich stóp procentowych, kiedy inwestorzy nie osiągają nadzwyczajnie wysokich zysków z różnych klas aktywów, właśnie to, że robimy coś dobrego dla planety, będzie wyróżnikiem – mówi dr Marek Dietl.
Z wrześniowego raportu 300Research („Zrównoważone finanse. Od Miltona Friedmana i kapitalizmu udziałowców do zielonej sekurytyzacji i ESG”) wynika, że inwestycje uwzględniające ESG przynoszą coraz lepsze zyski. W globalnej skali aktywa zarządzane przy wykorzystaniu strategii zrównoważonego inwestowania są dziś warte ok. 40 bln dol., co stanowi około połowy całkowitej wartości aktywów w posiadaniu firm inwestycyjnych na świecie. Jak wynika z raportu, do wzrostu przyczyniła się też pandemia COVID-19, która pokazała, że fundusze ESG cechuje znacznie większa odporność na nagłe wstrząsy niż te, które skupiają się tylko na wskaźnikach finansowych.
– Polskie firmy, żeby być konkurencyjne, muszą nadrabiać pewne zaległości, a w tym procesie odciskają piętno na środowisku naturalnym. Teraz trzeba pokazać inwestorom, w jaki sposób chcą dołączać do tych najlepszych praktyk w zakresie ochrony środowiska, odpowiedzialności społecznej i ładu korporacyjnego. To roboczo nazywa się ESG Best Effort. Chodzi o to, żeby jak najmniej spółek z naszego parkietu znalazło się na liście ostrzeżeń i zostało skreślonych z portfeli globalnych firm jako nieinwestowalne – mówi prezes GPW. – Trzeba też wytłumaczyć inwestorom zagranicznym, że właśnie ich wsparcie inwestycyjne – poprzez obejmowanie akcji i obligacji – jest szansą dla całego regionu, żeby być bliżej standardów ESG.
Największym problemem w raportowaniu ESG wciąż pozostaje brak jednolitych standardów i metodologii, co z jednej strony utrudnia spółkom sporządzanie takich raportów, a z drugiej – uniemożliwia ich weryfikację i porównywanie. Dlatego GPW we współpracy z Europejskim Bankiem Odbudowy i Rozwoju (EBOR) oraz firmą doradczą Steward Redqueen tworzą jednolite wytyczne do raportowania ESG dla spółek notowanych na parkiecie.
Lekarzowi interpretacja radiologiczna zmian w mózgu zajmuje ok. 20–30 minut. Dzięki sztucznej inteligencji ten czas można skrócić do kilku minut, a przy tym niemal całkowicie wyeliminować pomyłki. Aż 60 proc. badań obrazowych tomografii komputerowej to badania mózgu i przy tej skali błędy w interpretacji sięgają 20 proc. Co roku tylko w Stanach Zjednoczonych wykonuje się 23 mln, a w Europie 13 mln tomografii komputerowych. Ryzyko pomyłki jest więc ogromne. Polacy opracowali program oparty na sztucznej inteligencji i uczeniu maszynowym, który analizuje obrazy tomograficzne i wykrywa zmiany w mózgu.
– System BrainScan służy do wspierania lekarzy radiologów w podejmowaniu decyzji podczas analizy obrazów tomografii komputerowej głowy. Pozwala na wykrycie najczęściej spotykanych schorzeń na obrazach TK mózgu, w związku z tym przyspiesza pracę radiologów i pozwala zobaczyć dużo więcej niż nieuzbrojone oko człowieka. System oparty jest na metodach sztucznej inteligencji, tzn. najpierw trenowany jest na bazie dziesiątek, setek tysięcy badań, na których wskazane są określone schorzenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Robert Kitłowski, prezes BrainScan.
Sztuczna inteligencja już na stałe weszła do medycyny. Zmienia prawie każdy jej aspekt, w tym obrazowanie. W tomografii komputerowej (TK) sztuczna inteligencja pozwala zredukować dawkę promieniowania dla pacjenta. Zaawansowane algorytmy poprawiają jakość obrazu, szczególnie w zakresie redukcji szumów, a oparte na sztucznej inteligencji metody wykrywania i charakteryzowania patologii działają automatycznie. SI stała się już niezbędna, zwłaszcza tam, gdzie ogromna ilość danych sprawia, że człowiek może zawodzić.
– Najczęstszymi schorzeniami, które widoczne są na obrazach tomografii komputerowej mózgu, są krwawienia, udary niedokrwienne, również nowotwory. System wspomagający lekarza w podejmowaniu decyzji przede wszystkim musi się charakteryzować wysoką jakością, tzn. musi być w stanie nie tylko znaleźć daną patologię, ale też nie utrudniać tej pracy. Ważną kwestią jest wysoka swoistość takiego systemu, tzn. zdolność do unikania fałszywych alarmów – tłumaczy Robert Kitłowski.
Rozwiązanie opracowane przez polski start-up, BrainScan, automatycznie wyszukuje podobne skany tomografii komputerowej lub rezonansu magnetycznego w zestawie ponad 116,6 tys. danych. Wyszukuje podobne przypadki medyczne, porównuje wyniki, a następnie przedstawia lekarzowi skany z lokalizacją zmian podobnych do analizowanego przypadku oraz szczegóły dotyczące diagnozy i leczenia.
– W ciągu dosłownie kilku sekund jesteśmy w stanie wykryć zmiany, schorzenia, które człowiekowi zajmują dużo więcej czasu, aby je znaleźć. Jesteśmy w stanie nauczyć czy wytrenować system na nieograniczonej liczbie badań, dzisiaj to jest 100 tys. badań znajdujących się w naszej bazie danych. Jesteśmy w stanie ten model trenować w nieskończoność i w pewnym momencie modele uczenia maszynowego będą miały jakość wykrywania zmian nieosiągalne dla ludzi – przekonuje prezes BrainScan.
Z danych BrainScan wynika, że co roku w USA wykonuje się 23 mln tomografii komputerowych mózgu, w Europie – ok. 13 mln. Na jednego pacjenta przypada ok. 70 zdjęć tomografii komputerowej, a możliwości lekarzy są ograniczone. Zazwyczaj interpretacja radiologiczna zmian w mózgu zajmuje lekarzowi ok. 20–30 minut. Dzięki sztucznej inteligencji ten proces można skrócić do kilku minut, a przy tym niemal całkowicie wyeliminować ryzyko pomyłki. Obecnie aż 60 proc. badań obrazowych TK to badania mózgu i przy tej skali błędy w interpretacji sięgają 20 proc.
– W przypadku badań tomografii komputerowej mamy często do czynienia z kilkoma seriami, w każdej serii jest po kilkadziesiąt, być może i kilkaset przekrojów, czyli zdjęć poszczególnych kawałków, w naszym przypadku mózgu. W przypadku MRI to jest kilkukrotnie więcej danych, dlatego analiza tych badań jest tak kosztowna i tak czasochłonna – ocenia ekspert.
Firma otrzymała milion dolarów finansowania na badania i rozwój od Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Dzięki wsparciu system został już wdrożony, trwają też prace nad wdrożeniem go w największej sieci teleradiologicznej w Polsce.
– Pracujemy także nad pozyskaniem kolejnej rundy finansowania, tzw. rundy A, mamy dobry odzew ze strony inwestorów. Chcemy być ekspertami, jeśli chodzi o analizę tomografii komputerowej głowy i ten obszar zagospodarujemy do końca tego roku i będzie to projekt skończony. Następnie przejdziemy do analizy MRI głowy, na który też mamy już zgromadzone bazy danych i mamy też określone ustalenia z klientami co do zastosowania tego systemu w praktyce – zapowiada Robert Kitłowski.
Zespół polskich naukowców w ramach eksperymentu ALICE w Wielkim Zderzaczu Hadronów w CERN bada algorytmy sztucznej inteligencji wyspecjalizowane w analizie nieuporządkowanych zbiorów Big Data. W ten sposób badacze chcą nie tylko poznać zasady funkcjonowania Wszechświata w skali kwantowej, lecz także usprawnić procesy analizy informacji giełdowych oraz przetwarzanie szerokiego zasobu danych na potrzeby sektora medycznego.
– Badanie oddziaływań między silnie działającymi na siebie cząstkami oparte na korelacji i uczeniu maszynowym to projekt w ramach eksperymentu ALICE w Wielkim Zderzaczu Hadronów w CERN. We współpracy między wieloma jednostkami badawczymi analizowane są kwarki, podstawowe cząstki budujące materię. Nasza grupa stara się odgadnąć i odpowiedzieć na fundamentalne pytania dotyczące tego, z czego powstał Wszechświat, jak po Wielkim Wybuchu wyglądały oddziaływania między ciężkimi kwarkami i jak one ze sobą rozmawiały, tworząc w efekcie wielu przemian dzisiejszą Ziemię w takim stanie, w jakim ona jest – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr hab. inż. Tomasz Trzciński, adiunkt na Wydziale Elektroniki i Technik Informacyjnych Politechniki Warszawskiej.
Choć nadrzędnym celem projektu „Badanie fundamentalnych własności materii jądrowej w eksperymencie ALICE na Wielkim Zderzaczu Hadronów LHC w CERN” było pozyskanie wiedzy na temat procesów fizycznych zachodzących we wnętrzach gwiazd neutronowych, doświadczenia przeprowadzane w ramach tego programu pozwolą usprawnić proces przetwarzania i analizy dużych, chaotycznych zbiorów informacji.
Eksperymenty przeprowadzone przez polski zespół dowiodły, że zastosowanie narzędzi z zakresu uczenia maszynowego pozwala algorytmom sztucznej inteligencji sprawniej wyszukiwać błędne informacje w obszernych zasobach Big Data. Tym samym dane pozyskane i przetworzone przy wykorzystaniu technologii modelowania generatywnego charakteryzują się wyższą precyzją niż te analizowane za pośrednictwem klasycznych narzędzi badawczych.
– W ramach grantu zajmujemy się wykorzystaniem i rozwojem metod uczenia maszynowego takich jak sieci neuronowe. Eksperyment daje jako rezultaty terabajty danych, które są zbierane podczas zderzeń dwóch wiązek pod ziemią. Kiedy zbieramy te dane w ramach detektorów rejestrujących pole magnetyczne, okazuje się, że część z nich jest nieprawidłowa, wykazuje jakieś anomalie. Standardowym podejściem jest modelowanie tych procesów przy użyciu symulacji takich jak Monte Carlo, ale te symulacje są obciążające, dlatego staramy się wykorzystać modele generatywne, żeby ten proces przyspieszyć – tłumaczy ekspert.
W trakcie projektu zapoczątkowanego w 2017 roku udało się opublikować szereg prac naukowych przybliżających wykorzystanie algorytmów sztucznej inteligencji do katalogowania danych, wychwytywania anomalii oraz nieregularności w zasobach Big Data. Praca Polaków doprowadziła m.in. do upowszechnienia modeli generatywnych w algorytmach wykorzystywanych przez fizyków w procesie analizy rezultatów badań na potrzeby publikacji w takich magazynach naukowych jak „Nature”. Technologię tę wykorzystano m.in. w trakcie prac nad artykułem poświęconym dziwnym kwarkom oraz oddziaływań, jakie zachodzą między nimi.
O potędze algorytmów uczenia maszynowego w procesie analizy Big Data przekonani są także naukowcy z Uniwersytetu Waszyngtońskiego, którzy we współpracy z zespołem Microsoft Research eksperymentują z wykorzystaniem ich w procesach predykcyjnych prognozy pogody. Na bazie archiwalnych danych pogodowych z ostatnich 40 lat opracowali mechanizm przewidywania zmian atmosferycznych z dużą dokładnością przy wykorzystaniu okrojonej liczby informacji. Eksperymentalny algorytm błyskawicznie generuje modele predykcyjne oparte na ściśle wyselekcjonowanych danych. Dzięki temu zużywa w procesie prognozowania aż 7 tys. razy mniej mocy niż klasyczne narzędzia predykcyjne.
Z praktycznych narzędzi do wykrywania anomalii w strumieniu danych korzysta już Elektrownia Łagisza należąca do firmy Tauron. Oprogramowanie analizuje informacje pozyskiwane z czujników przemysłowych i za pośrednictwem algorytmów sztucznej inteligencji poszukuje błędów, które mogą świadczyć o nieprawidłowym działaniu systemu. Narzędzie potrafi także analizować dane historyczne, aby stworzyć modele predykcyjne eksploatacji poszczególnych urządzeń funkcjonujących w sieci.
– Badanie anomalii czy nieregularności w zbiorach danych jest stosowane nie tylko w fizyce wysokich energii. Natomiast fizyka wysokich energii ma swoje specyficzne atrybuty, takie jak parametry fizyczne czy też ich złożoność obliczeniową, które wymagają dostosowania algorytmów. Zastosowanie samych metod można rozszerzyć np. na analizę danych medycznych czy analizę ciągów czasowych, np. podczas badania zachowań na giełdzie czy też w innych miejscach, gdzie szereg czasowy wskazuje jakieś punkty w czasie i anomalie w nim występujące są istotne, żeby je wychwycić – wyjaśnia dr hab. inż. Tomasz Trzciński.
Trend reflacyjny (realizacja polityki pobudzającej wydatki) pozostaje w mocy, ale chaotyczne ruchy na rynku długu USA odebrały rynkom impet. Ożywienie rajdu ryzykownych aktywów będzie zależeć od tego, jak skuteczny będzie prezydent-elekt Biden w forsowaniu swojego planu ratunkowego. W walce z pandemią równie ważne jest realizowane tempo szczepień. Jednak bez konkretnego impulsu, mix czynników przynosi huśtawkę cen.
Przyszły tydzień: zaprzysiężenie Bidena, Philly Fed, PMI z USA/EZ/UK, BoJ, BoC, Norges Bank, PKB Chin, rynek pracy z Australii.
USA
USA zaczynają tydzień od święta w poniedziałek (Dzień Martina Luthera Kinga), a dalej na pierwszym planie będzie zaprzysiężenie prezydenta-elekta Bidena (śr), któremu mogą towarzyszyć protesty i zamieszki. Szturm na Kapitol z 6 stycznia rynki przyjęły dość spokojnie, ale ryzyko, że teraz może być inaczej, jest niepomijalne. W kwestii danych indeksy PMI (pt) najprawdopodobniej wskażą na słabnącą dynamikę ekspansji w związku z mierzeniem się gospodarki z pandemią. Mimo to wartości wyraźnie powyżej 50 pkt dla indeksów przemysłu i usług wciąż podkreślają podtrzymywany optymizm przedsiębiorców. Po indeksie Fed z Filadelfii (czw) oczekuje się stabilizacji. Dane z rynku nieruchomości (czw, pt) będą miały drugorzędny charakter.
Strefa euro
W strefie euro po posiedzeniu Europejskiego Banku Centralnego (czw) nie spodziewamy się zmian w polityce, biorąc pod uwagę, że dopiero co w grudniu bank dokonał rekalibracji swojej polityki (rozszerzenie PEPP i TLTRO). Uwaga skupi się na komunikacie i ocenie bieżącej sytuacji zdrowotnej i jej wpływie na perspektywy gospodarcze. Można oczekiwać, że na konferencji prezes Lagarde pozostawi furtkę do dalszego luzowania polityki, jeśli z powodu pandemii gospodarka będzie się rozwijać poniżej prognoz EBC. Ale to raczej za mało, by wygenerować wieżą presję na sprzedaż EUR. Z danych PMI (pt) aktualizacja restrykcji będzie rzutować na zmiany indeksów. Wskaźniki dla sektora usługowego obniżą się mocniej, ale indeksy dla przemysłu pozostaną powyżej 50 pkt., sugerując podtrzymanie rozwoju sektora. Niemiecki indeks ZEW (wt) będzie mieszanką pogorszenia oceny bieżącej (zaostrzenie restrykcji) i poprawie wskaźnika oczekiwań (ożywienie wsparte dystrybucją szczepionek).
Wielka Brytania
W Wielkiej Brytanii wprowadzenie pełnego lockdownu zapewne poskutkuje wyraźnymi spadkami wskaźników PMI (pt) z większym spadkiem w usługach. Nowa rzeczywistość brexitu także nie pomoże w poprawie nastrojów przedsiębiorców. Sprzedaż detaliczna za grudzień (pt) na pierwszy rzut oka powinna wyglądać dobrze, ale prognozowany wzrost wynika z niskiego punktu odniesienia – w listopadzie zamknięto sklepy i spadek sprzedaży będzie kontrastować z przedświątecznymi zakupami żywności i prezentów. Większe ryzyko leży po stronie negatywnych zaskoczeń, przez co widzimy większe pole do osłabienia się funta w kolejnych dniach.
Polska
Kalendarz danych z Polski zawiera inflację bazową (pon), dane z rynku pracy (czw), PPI i sprzedaż detaliczną (pt). Spadek cen bazowych o 0,1 proc. m/m jest sygnalizowany przez już opublikowane dane o CPI. W pozostałych odczytach będziemy szukać negatywnego wpływ restrykcji na aktywność gospodarczą, jednak jest mało prawdopodobne, aby złoty reagował na odczyty. Niezdecydowanie na rynkach zewnętrznych przeradza się w konsolidację na rynku złotego. Złoty jest relatywnie słabszy w porównaniu z innymi walutami regionu i zakładamy powrót do umocnienia, choć ostrzeżenia NBP o możliwych interwencjach będą hamować zapał do kupna złotego.
Japonia
W Japonii bank centralny powinien utrzymać parametry polityki monetarnej (śr-czw). Wzrost liczby zachorowań na COVID-19 najprawdopodobniej wpłynie na obniżenie prognoz wzrostu gospodarczego, w związku z czym bank zadeklaruje utrzymanie łagodnego nastawienia w polityce pieniężnej. Ocena strategii jest planowana na marzec, a zatem teraz nie powinniśmy liczyć na zmiany w forward guidance. Nie sądzimy, aby posiedzenie wywarło wpływ na JPY.
Kanada
Przed decyzją Banku Kanady (śr) konsensus prognoz sugeruje utrzymanie stopy overnight na 0,25 proc., jednak rynek stopy procentowej wycenia małą szansę (2 pb) na cięcie w reakcji na zaostrzenie restrykcji w związku z szalejącym wirusem, co zagraża perspektywom odbicia gospodarczego. Rynek walutowy nie jest przygotowany na obniżkę i taka decyzja byłaby dużą niespodzianką. Negatywnie na CAD, choć raczej w mniejszej skali, może wpłynąć zwiększenie programu skupu aktywów.
Norwegia
Styczniowe posiedzenie Norges Banku (czw) jest spotkaniem odbywanym pomiędzy publikacjami nowych prognoz, przez co nie jest to moment na podejmowanie kluczowych decyzji. Nowe informacje z gospodarki wspierają oczekiwania banku do podwyżki stopy procentowej na początku 2022 r., ale na ten moment bank powtórzy w komunikacie, że wokół perspektyw ożywienia utrzymuje się duża niepewność. Dla NOK śledzenie trendu cen ropy naftowej powinno być ważniejsze.
Chiny
W Chinach odczyt PKB za IV kw. (pon) powinien potwierdzić systematyczną odbudowę ożywienia do czasu odbicia w II kw., a wsparciem pozostaje eksport w obliczu rozwoju globalnej wymiany handlowej.
Australia
W Australii głównym odczytem będzie raport z rynku pracy (czw) z oczekiwaniami kolejnego silnego odczytu (prog. 50 tys.) i spadku stopy bezrobocia (6,7 proc.), gdyż gospodarka rozpędza się po kryzysie. AUD może znaleźć wsparcie w danych, choć aktualnie to nastroje na rynkach zewnętrznych mocniej wpływają na AUD i inne waluty ryzykowne.
W branży tytoniowej oraz wśród niektórych ekspertów podatkowych rozgorzał spór wokół tego, czy podatki nałożone na podgrzewacze tytoniu są w Polsce faktycznie aż o 5-krotnie niższe niż podatki od tradycyjnych papierosów, czy może ta różnica jest znikoma.
Publiczną dyskusję na ten temat zainicjował prof. Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych, który w grudniu 2019 r. przygotował na zlecenie British American Tobacco Poland Trading Sp. z o.o. ekspertyzę dotycząca oceny skutków fiskalnych i ryzyk rynkowych wynikających z wejścia w życie ustawy z dnia 21 listopada 2019 r. o zmianie ustawy o podatku akcyzowym w zakresie zmiany stawek podatku akcyzowego na wyroby tytoniowe. Ponadto, w szeregu swoich wypowiedzi a także podczas listopadowej, zamkniętej debaty w Business Centre Club prof. Modzelewski podkreślał, że stawka podatku akcyzowego od nowatorskich wyrobów tytoniowych stanowi tylko jedną piątą akcyzy od papierosów.
W styczniu tego roku głos zabrała Federacja Przedsiębiorców Polskich. W wydanym przez organizację komunikacie stwierdzono, że w przeliczeniu na 1 gram tytoniu podatki od wyrobów nowatorskich wynoszą 76 groszy, a od papierosów – 82 groszy.
Oznacza to, że różnica w łącznym opodatkowaniu na korzyść podgrzewaczy tytoniu wynosi zaledwie 7 proc., a nie jest pięciokrotna, jak sugerował to prezes Instytutu Studiów Podatkowych.
„Główny wniosek płynący z analizy Federacji Przedsiębiorców Polskich jest jednoznaczny: obciążenie podatkowe tytoniu w nowatorskich wyrobach tytoniowych jest obecnie niemal takie samo, jak w papierosach” – wskazuje Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP) i prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).
Według niego, twierdzenia o rzekomych przywilejach podatkowych tytoniu do podgrzewania nie mają zatem żadnego ugruntowania w liczbach.
„Warto także pamiętać o tym, że akcyza realizuje nie tylko fiskalne cele państwa, lecz także cele w obszarze polityki zdrowotnej. A tutaj tytoń do podgrzewania wygrywa w cuglach z papierosami, co potwierdzają stanowiska międzynarodowych instytucji zdrowia publicznego. Te pozafiskalne cele akcyzy potwierdził minister finansów Tadeusz Kościński w jednym z wywiadów mówiąc, że podatek akcyzowy ma na celu zmianę zachowania społeczeństwa” – dodał Marek Kowalski.
Zwraca on ponadto uwagę, że wyliczenia Witolda Modzelewskiego dotyczą opodatkowania w przeliczeniu na opakowanie produktu.
„Takie porównanie jest pozbawione racjonalnych podstaw, zważywszy na ogromną różnicę zawartości tytoniu pomiędzy tymi produktami. Jedna paczka 20 szt. papierosów zawiera ok. 14 g tytoniu, podczas gdy jedna paczka 20 szt. wkładów do podgrzewania tytoniu zawiera znacznie mniej, bo ok. 6 g tytoniu” – podkreśla Marek Kowalski.
Według niego, wpływy z samej akcyzy do budżetu państwa, w przeliczeniu na 1 gram tytoniu wynoszą 66 groszy w przypadku papierosów i 31 groszy w przypadku wyrobów nowatorskich. Po doliczeniu VAT-u obciążenia wyrobów tytoniowych z tytułu podatków praktycznie wyrównują się.
Obie strony podnoszą w tym sporze również inne argumenty niż tylko kwestię różnicy w traktowaniu poszczególnych produktów przez prawo podatkowe.
W trakcie ubiegłorocznej debaty w Business Center Club pojawiła się propozycja podniesienia opodatkowania nowatorskich wyrobów tytoniowych do poziomu 40-50 proc. akcyzy, którą są objęte tradycyjne papierosy. Uczestnicy dyskusji wskazywali, że pozwoliłoby to zwiększyć roczne wpływy do budżetu państwa o ponad 1 mld zł.
Jednak zdaniem szefa FPP, realizacja postulatu prof. Modzelewskiego, dotyczącego „urealnienia” stawek akcyzy, w rzeczywistości oznaczałaby, że opodatkowanie 1 grama tytoniu w nowatorskich wyrobach tytoniowych byłoby prawie 2,5-krotnie wyższe w porównaniu do zwykłych papierosów.
Prof. Modzelewski twierdzi, że z podwyżki akcyzy na tytoń do podgrzewania budżet państwa może uzyskać ponad 1 mld zł dodatowych dochodów. Wcześniej Ministerstwo Finansów prognozowało, że 10% podwyżka akcyzy na wszystkie wyroby tytoniowe i alkoholowe (wprowadzona w 2020 r.) może przynieść wpływy rzędu 1,7 mld zł.
Ponadto w komunikacie wydanym przez Federację Przedsiębiorców Polskich podkreślono, że „istnieją solidne powody zdrowotno-ekonomiczne”, które wpływają na różnicowanie poziomu opodatkowania akcyzą wyrobów nikotynowych.
Wskazano na „zdecydowanie mniejszą ilość szkodliwych dla zdrowia substancji wydzielanych w trakcie podgrzewania tytoniu (…), zamiast jego spalania, jak to ma miejsce w przypadku zwykłych papierosów”.
FPP przywołuje w tym kontekście na decyzję amerykańskiej Agencji ds. Żywności i Leków (FDA), która w lipcu 2020 roku nadała jednemu z wyrobów nowatorskich status „produktu tytoniowego o zmodyfikowanym ryzyku”.
Federacja Przedsiębiorców Polskich w swoim stanowisku stwierdza, że „polityka akcyzowa państwa nie powinna ignorować różnego poziomu szkodliwości poszczególnych rodzajów wyrobów nikotynowych”.
W oświadczeniu FPP czytamy ponadto, że za niższą akcyzą na nowatorskie wyroby tytoniowe przemawiają również argumenty ekonomiczne, jak na przykład „niepomiernie większe” inwestycje w prace badawczo-rozwojowe niż w przypadku producentów tradycyjnych papierosów.
GPW dominuje wśród giełd wschodniej Europy. Jednak to wynika ze słabości innych rynków finansowych w tym regionie. Co dalej ze strategią rozwoju warszawskiej giełdy?
– Powinniśmy wrócić do koncepcji budowania GPW jako regionalnego hubu obrotu kapitałem, przyciągając na polski rynek i spółki, i inwestorów- mówi w rozmowie z MarketNews24 Ludwik Sobolewski, współzałożyciel i wspólnik Qualia Advisory, były prezes GPW. – Można myśleć też o jakimś aliansie, o bliższej współpracy z innymi giełdami regionu, ale dotąd z tego niewiele wynika.
GPW powinna orientować się na Wschód, bo tu są rezerwy kapitału inwestycyjnego. Tu także jest wiele spółek, które mogą być zainteresowane debiutem na GPW. Sprzyja temu aktualna sytuacja, gdy kapitał akceptuje podwyższone ryzyko.
W porównaniu z innymi rynkami kapitałowymi wschodniej Europy, warszawska giełda dominuje. Szczególnie dobry okazał się miniony rok. Bardzo wzrosły obroty, dla NewConnect osiągnęły historyczny rekord.
– Na pewno nie powinniśmy myśleć o GPW, jako o giełdzie narodowej. Najważniejsza jest płynność, ta powstaje, gdy mamy różnych uczestników rynku, generujących popyt i podaż – dodaje L.Sobolewski. – I GPW powinna myśleć tak – jak startupy, bo one w swych koncepcjach rozwoju z zasady wychodzą poza rynek lokalny, zwłaszcza, że nawet regulatorzy europejscy w bardzo zdecydowany sposób przyjmują taką perspektywę, stąd bardzo dynamiczny rozwój finansowania społecznościowego.
Liczba osób pozostających bez pracy jest w miarę niska. W grudniu 2020 r. stopa bezrobocia wyniosła 6,2% i była tylko nieznacznie wyższa niż w listopadzie (6%).
Analizując sytuację na rynku pracy w całym roku 2020 widać wyraźnie, że po pierwszej fali zwolnień w okresie wiosennego lockdownu, która objęła głównie osoby pracujące na podstawie umów terminowych i umów cywilnoprawnych w branżach w największym stopniu odczuwających skutki pandemii, sytuacja się ustabilizowała.
Od czerwca ub.r. poziom bezrobocia właściwie nie zmienił się (poza sezonowym wzrostem), co jest efektem zaangażowania dużych środków publicznych w ramach tarcz antykryzysowych. Cel jaki przyświecał ich wprowadzeniu, czyli ochrona zatrudnienia, został osiągnięty.
Czas nazywany „okresem odpowiedzialności narodowej”, który w praktyce przyniósł powrót do ograniczenia funkcjonowania handlu, gastronomii, działalności turystycznej i noclegowej, jest kolejnym wyzwaniem dla rynku pracy. Nowe tarcze, już oszczędniej oferujące wsparcie przedsiębiorcom z branż objętych obostrzeniami, są krytykowane za opóźnienie i nieprzystającą do aktualnej sytuacji, zbyt wąską listę kodów PKD, które uprawniają do skorzystania ze wsparcia. Jednocześnie coraz częściej słychać głosy przedsiębiorców niegodzących się z planem zamykania poszczególnych gałęzi gospodarki i wskazujących, że dalszy lockdown uniemożliwia utrzymanie zatrudnienia na dotychczasowym poziomie.
Mając na uwadze obecną sytuację, dalsze utrzymanie bezrobocia na dotychczasowym poziomie wydaje się niemożliwe, a przynajmniej mało prawdopodobne. W pierwszej kolejności zwalniać będą te firmy, które mają drastyczny spadek obrotów, a nie są objęte wsparciem. Na koniec roku bezrobocie może osiągnąć około 7,5%. Sytuacja, w której stopa bezrobocia wzrośnie do wartości sprzed dekady jest mało prawdopodobna – mamy coraz mniejsze zasoby pracowników z uwagi na trendy demograficzne, a około milionowa grupa cudzoziemców stanowi swoistego rodzaju bufor chroniący nasz rynek pracy.
Na środowym posiedzeniu Rada Polityki Pieniężnej nie zmieniła stóp procentowych. Stopa referencyjna pozostała zatem na poziomie 0,1%, a stopa depozytowa na poziomie 0%. Pod koniec ubiegłego roku niektórzy członkowie Rady nie wykluczyli obniżki stóp na styczniowym posiedzeniu. Możliwe, że NBP czeka z tym na opublikowanie nowej prognozy makroekonomicznej.
W oświadczeniu na styczniowym posiedzeniu NBP ponownie stwierdzono, że silniejszy kurs złotego może spowolnić ożywienie gospodarcze. Wspomniano też, że NBP zastrzega sobie prawo do interwencji na rynku walutowym w razie potrzeby. Takiej decyzji można się spodziewać jeśli kurs złotego nie spadnie poniżej poziomu 4,50 względem euro. Pytanie brzmi, jak rynek finansowy zareaguje na potencjalną interwencję banku centralnego. Można oczekiwać, że będzie chciał przetestować kurs na poziomie 4,50 w I kwartale i sprawdzić reakcję NBP. Warto pamiętać, że polski bank centralny ma de facto nieograniczone możliwości interwencji w celu osłabienia złotego. Jednak, w kontekście przejrzystości polityki pieniężnej, lepiej byłoby oficjalnie wprowadzić poziom kursu, poniżej którego NBP nie chce, aby złoty się umocnił. NBP może jednak się przed tym bronić w kontekście doświadczeń Szwajcarii i Czech. W świetle polityki banku centralnego na najbliższe sześć miesięcy, prognoza rozwoju złotego jest dostosowana do słabszych wartości.
W mijającym tygodniu złoty osiągnął poziom 4,50 PLN/EUR, a następnie zbliżył się do poziomu 4,55. Kurs eurodolara spadł, a pod koniec tygodnia utrzymywał się w okolicach 1,213 USD/EUR.
Marta Pavlik, analityczka instytucji płatniczej AKCENTA
Jak wynika z najnowszego sondażu, ok. 41% Polaków uważa, że w drugiej kolejności po medykach powinni być szczepieni przeciw COVID-19 seniorzy. Potem wskazano nauczycieli, osoby poniżej 60. roku życia z chorobami współistniejącymi i służby mundurowe. Dalej wymieniani są pracownicy żłobków i przedszkoli oraz kasjerzy. Dość wysoko plasują się politycy i urzędnicy. Natomiast na końcu zestawiania badani podali trenerów siłowni i klubów fitness, a wraz z nimi – wybitnych aktorów, inne zasłużone osoby, przedsiębiorców, prawników, a także sportowców.
Zdaniem aż 40,9% Polaków, w drugiej kolejności po medykach powinni być zaszczepieni przeciw COVID-19 seniorzy. 30,7% badanych wymienia nauczycieli. 23,5% respondentów podaje osoby poniżej 60. roku życia z chorobami współistniejącymi. Natomiast 21,5% ankietowanych wskazuje przedstawicieli służb mundurowych.
– Według ankietowanych, powinny obowiązywać dwa podstawowe kryteria ustalania kolejności szczepień, tj. ryzyko zakażenia i zadanie w walce z epidemią. Dlatego na pierwszych miejscach mamy grupy ryzyka – seniorów, nauczycieli i chorych. Ale wysoko są także mundurowi, którzy bezpośrednio czuwają nad bezpieczeństwem Polaków – komentuje dr Łukasz Moll z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Wrocławskiego.
Z badania również wynika, że 19,9% ankietowanych wskazało pracowników żłobków i przedszkoli. Natomiast 15,4% wymieniło kasjerów i sprzedawców. Krzysztof Zych, główny analityk UCE RESEARCH, dostrzega w deklaracjach badanych dużą racjonalność, empatię i solidarność społeczną w trudnych czasach. Przede wszystkim zostały wskazane osoby, które są potencjalnie najbardziej narażone na zakażenie. Wysoko w zestawieniu są też ci, którzy na co dzień pozostają blisko innych ludzi, w tym najmłodszych dzieci.
– Polacy przyswoili reguły hierarchizacji zawodów, które odzwierciedlają wprowadzane obostrzenia. Świadczy o tym to, że np. przedszkolanki znalazły się na dalszym miejscu niż nauczyciele. To jest odzwierciedleniem faktu, że przedszkola i żłobki pozostawały w ostatnich tygodniach otwarte, a szkoły przeszły na tryb edukacji zdalnej – zauważa dr Moll.
Politycy zostali wskazani przez 9,6% badanych, a urzędnicy – przez 6,7% osób. Warto podkreślić, że te grupy znalazły się wyżej w zestawieniu niż bardziej zagrożeni od nich przedstawiciele innych zawodów, np. fryzjerzy, kosmetyczki czy trenerzy. W ocenie Krzysztofa Zycha, politycy, którzy zwykle cieszą się niskim zaufaniem społecznym, tutaj zdobyli wysoką pozycję. Może to wynikać z faktu, że tworzą oni prawo, które pomaga walczyć ze skutkami pandemii, oczywiście abstrahując od tego, jak są oceniane ich decyzje.
– Politycy oraz urzędnicy przygotowują i wdrażają strategie walki z koronawirusem, odbywają wiele spotkań i wyjazdów. Przez to też są w pewnym sensie na pierwszym froncie zmagań z epidemią. Są wyżej w zestawieniu od innych grup zawodowych niekoniecznie z powodu uprzywilejowania. Być może wynika to z opinii badanych o istotnej roli tych osób w batalii z wirusem – zaznacza ekspert z Uniwersytetu Wrocławskiego.
Na samym końcu zestawiania badani umieścili trenerów siłowni i klubów fitness – 0,6%, wybitnych aktorów – 0,7%, inne zasłużone osoby dla kraju – 0,8%, przedsiębiorców – 1%, prawników – 1,1%, a także znanych sportowców – 1,3%. Tuż przed nimi ankietowani wskazali kosmetyczki – 1,6%, kelnerów – 1,7%, fryzjerów i studentów – po 2,1%, taksówkarzy i pracowników przewozu osób – 2,6%, jak również kierowców komunikacji miejskiej (4,4%).
– Polacy pokazali, że nie jest dla nich ważna pozycja zawodowa czy rozpoznawalność. Chcą społecznie uczciwego mechanizmu i równości wobec pandemii. I za to należy rodaków pochwalić. Być może było też tak, że ostatnio wzmożona debata publiczna, momentami nawet nacechowana agresją, w tym zakresie jeszcze bardziej zaostrzyła ich przekonania. Ale i bez tego celebryci nie znaleźliby się wysoko w rankingu. Pandemia dotyka w równym stopniu wszystkich i Polacy to właśnie wyrazili – stwierdza ekspert z UCE RESEARCH.
Jak podsumowuje dr Moll, badanie ujawniło siłę działania pandemicznej etyki społecznej. To nie suma zgromadzonych kapitałów, tj. pieniędzy, znajomości, wiedzy i prestiżu, powinna decydować o kolejności szczepienia. Niezwykle ciekawe będzie to, czy wychodzenie z pandemii wzmocni zaufanie do instytucji państwa i przekonanie o priorytetowym charakterze usług publicznych. W tym przypadku sprawiedliwy i uporządkowany rozkład w dostępie do szczepionki może mieć kluczowe znaczenie.
Badanie zostało przeprowadzone w dniach 08-11.01.2021 r. metodą CAWI przez platformę analityczno-badawczą UCE RESEARCH i SYNO Poland na zlecenie Gazety Wyborczej na reprezentatywnej próbie 1008 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat. Ankietowanym zadano pytanie wielokrotnego wyboru. Mogli zaznaczyć maksymalnie 5 odpowiedzi.
Od dziś firmy, które znalazły się w trudnej sytuacji związanej z pandemią koronawirusa, mogą złożyć wniosek o wsparcie w ramach Tarczy Finansowej 2.0 w bankowości elektronicznej Banku Millennium. Złożenie wniosku jest maksymalnie proste i intuicyjne. Decyzja PFR w sprawie udzielenia wsparcia również zostanie przekazana w serwisie internetowym banku.
Proces odbywa się w pełni online w bankowości elektronicznej. Aby każdy uprawniony przedsiębiorca mógł wygodnie ubiegać się o subwencję, Bank Millennium udostępnił wniosek zarówno w Millenecie dla Przedsiębiorstw, jak i bankowości internetowej dla klientów indywidualnych, z której korzystają też osoby prowadzące jednoosobową działalność. Wniosek o subwencję oparty jest na oświadczeniach przedsiębiorcy i składany jest przez osobę uprawnioną do reprezentowania firmy lub osobę posiadającą pełnomocnictwo do złożenia wniosku. Podczas składania wniosku konieczne jest dołączenie dokumentu potwierdzającego umocowanie osoby składającej wniosek (wypis z KRS lub CEIDG) w formacie pdf lub pełnomocnictwa podpisanego zgodnie z reprezentacją firmy elektronicznym podpisem kwalifikowanym. Status wniosku oraz potwierdzenie udzielenia lub odmowy subwencji, przygotowane na podstawie decyzji otrzymanej przez bank z PFR, również będą dostępne online.
Subwencje Polskiego Funduszu Rozwoju w ramach Tarczy 2.0 skierowane są do mikro, małych i średnich firm z 45 branż identyfikowanych na podstawie PKD, które musiały ograniczyć lub zawiesić działalność w związku z pandemią koronawirusa. Firmy te mogą skorzystać z Tarczy 2.0 także w sytuacji, gdy otrzymały już subwencję w ramach pierwszej tarczy, a dodatkowo mogą skorzystać z możliwości pełnego umorzenia.
Dla mikrofirm zatrudniających od 1 do 9 pracowników, które osiągnęły obroty lub sumę bilansową za 2019 r. poniżej 2 mln euro, a które odnotowały spadek obrotów min. 30% w okresie kwiecień-grudzień 2020 lub w IV kwartale 2020, w porównaniu do analogicznego okresu w 2019 roku, subwencje finansowe będą wynosić 18 tys. zł na zatrudnionego (przy spadku przychodów o 30-60%) lub 36 tys. zł na zatrudnionego (przy spadku przychodów powyżej 60%). Maksymalna kwota subwencji dla mikrofirmy to 324 tys. zł.
Dla małych i średnich firm, zatrudniających od 10 do 249 pracowników, o obrotach poniżej 50 mln euro lub sumie bilansowej poniżej 43 mln euro, które odnotowały spadek obrotów o co najmniej 30% w okresie kwiecień-grudzień 2020 lub w IV kwartale 2020, w porównaniu do analogicznego okresu w 2019 roku, subwencja wypłacana będzie w wysokości 70% straty brutto za miesiące listopad 2020 – marzec 2021 (w okresie styczeń – marzec 2021 spadek prognozowany). Maksymalna kwota subwencji to 3,5 mln zł i nie więcej niż 72 tys. zł na pracownika.
Podstawą weryfikacji wniosków i oświadczeń, które wpływają na przyznanie subwencji (i jej wysokość) w ramach Tarczy Finansowej PFR są rejestry publiczne. Wymagane będzie złożenie pliku JPK_V7M lub JPK_V7K do organu
podatkowego, z wyprzedzeniem umożliwiającym przeprocesowanie danych przez organ podatkowy i przekazanie danych do PFR (do 7 dni).
Dziś o północy Polski Fundusz Rozwoju S.A. uruchomił możliwość składania wniosków o subwencje w ramach Tarczy Finansowej PFR 2.0 dla Mikrofirm i MŚP z 45 branż najbardziej poszkodowanych w wyniku drugiej fali pandemii. Program prowadzony jest przez PFR we współpracy z bankami, które w swoich systemach bankowości elektronicznej przyjmują wnioski składane przez przedsiębiorców oraz z KIR jako partnerem technologicznym, umożliwiającym przekazywanie informacji pomiędzy bankami i PFR. Łączna wartość wsparcia finansowego dostępnego w ramach Tarczy 2.0 wynosi ok. 35 mld zł.
W ramach pierwszej edycji Programu „Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla Małych i Średnich Firm”, uruchomionego w kwietniu 2020 r., KIR otrzymał zadanie wdrożenia systemu teleinformatycznego umożliwiającego automatyzację przepływu danych między bankami a PFR. W drugiej edycji utrzymana jest rola i odpowiedzialność KIR, polegająca na pośredniczeniu w pełnym przepływie informacji na linii banki i PFR w związku z realizacją Tarczy.
Podobnie jak w pierwszej edycji Tarczy Finansowej PFR, wsparcie będzie udzielane szybko, w prosty i bezpieczny sposób, za pośrednictwem systemów bankowości elektronicznej 17 banków komercyjnych i większości banków spółdzielczych. Dzięki ścisłej współpracy wszystkich uczestników projektu, przyznawane przez PFR wsparcie finansowe trafia wprost na rachunki bankowe przedsiębiorców, realnie przeciwdziałając negatywnym konsekwencjom dla polskiej gospodarki.
– KIR konsekwentnie wspiera obsługę kolejnej edycji rządowego programu pomocowego Tarcza Finansowa PFR. Jako podmiot współtworzący infrastrukturę polskiego systemu finansowego, odpowiadamy za prawidłowy i szybki przepływ informacji między bankami a PFR. Tworząc narzędzie umożliwiające automatyzację tego procesu wykorzystaliśmy własne unikalne kompetencje, zaplecze IT i wcześniej zgromadzone doświadczenia – mówi Piotr Alicki, Prezes Zarządu KIR.
– Działamy ze świadomością wielkiej odpowiedzialności jaka wiąże się z realizacją tak wymagającego zadania, ale również z satysfakcją, że możemy czynnie wspierać inicjatywę służącą ograniczaniu strat społecznych i gospodarczych związanych z pandemią – dodaje Piotr Alicki.
Pula subwencji przewidziana dla Mikrofirm i dla sektora MŚP wynosi 13 mld zł (łączna kwota podzielona jest po 6,5 mld zł). Najbardziej poszkodowane branże także mają możliwość skorzystania z umorzenia pełnej kwoty subwencji uzyskanej z Tarczy Finansowej PFR dla MŚP 1.0, bez konieczności spełnienia warunku o utrzymaniu stanu zatrudnienia. Szacowana kwota umorzenia wyniesie ok. 7 mld zł. Mikrofirmy oraz MŚP, zakwalifikowane do Tarczy Finansowej PFR dla MŚP 2.0, mogą zatem otrzymać łącznie 20 mld zł.
Jesienią 2020 roku opublikowany został projekt nowelizacji ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów. Proponowane zmiany mają na celu przede wszystkim implementację rozporządzenia nr 2017/2394 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 12 grudnia 2017 r. w sprawie współpracy między organami krajowymi odpowiedzialnymi za egzekwowanie przepisów prawa w zakresie ochrony konsumentów (rozporządzenie CPC) do miejscowego porządku prawnego. Założenia aktu, koncentrujące się na nowych, szerokich uprawnieniach Prezesa Urzędu Konkurencji i Konsumentów, z miejsca wzbudziły liczne kontrowersje oraz obawy przedsiębiorców działających za pośrednictwem internetu. Czy ich niepokój jest zasadny?
„Ochrona konsumentów stanowi w dzisiejszym świecie coraz większe wyzwanie, z uwagi na zmiany zachodzące w obrocie gospodarczym. Rozwój nowoczesnych technologii i związana z nim postępująca cyfryzacja gospodarki (…), oprócz korzyści, przynosi również zagrożenia dla sytuacji konsumentów” – trudno nie zgodzić się z tezą postawioną przez Radę Ministrów w uzasadnieniu nowelizacji ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów (dalej „Ustawa”). Patrząc przez pryzmat postępującej inflacji prawa, z którą mamy do czynienia już od dłuższego czasu, nie dziwi fakt, że również obszar ochrony konkurencji i konsumentów sukcesywnie staje się przedmiotem coraz to nowszych regulacji i obostrzeń – również na płaszczyźnie europejskiej. Najnowszym aktem w tym zakresie jest rozporządzenie CPC i mimo że rozporządzenia unijne zasadniczo obowiązują bezpośrednio w porządkach prawnych państw członkowskich UE, to w tej sytuacji kraje zobowiązane są do wskazania organu uprawnionego oraz przyznania mu stosownych kompetencji przewidzianych tym rozporządzeniem, o ile dotychczas uprawnienia takie mu nie przysługiwały. W Polsce organem właściwym będzie Prezes UOKiK, a tym samym katalog jego prerogatyw ulegnie rozbudowie.
Co będzie wolno Prezesowi UOKiK?
Na gruncie Ustawy obowiązującej w dotychczasowym kształcie do zadań Prezesa UOKiK należy przede wszystkim prowadzenie postępowań oraz w wyniku tego wydawanie decyzji w sprawach: praktyk ograniczających konkurencję, koncentracji przedsiębiorców, o uznanie postanowień wzorca umowy za niedozwolone oraz praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów, jak również prowadzenie badań stanu koncentracji gospodarki oraz zachowań rynkowych przedsiębiorców. Nadane natomiast nowelizacją uprawnienia można z kolei podzielić na cztery, zasadnicze kompetencje.
Szerszy dostęp do informacji posiadanych przez organy publiczne
Twórcy projektu nowelizacji utrzymują, że aktualne, ustawowe zobowiązanie organów administracji publicznej do udostępniania Prezesowi UOKiK posiadanych przez nich istotnych informacji, na potrzeby toczących się postępowań, nie jest wystarczające. Wobec tego dopuszczalny powinien być również wgląd Prezesa we wszelkie informacje dotyczące przepływów środków finansowych oraz osób w nie zaangażowanych. Stosownie do uzasadnienia projektu, powyższe, nowe możliwości w zakresie gromadzenia dowodów miałyby zwiększyć wykrywalność naruszeń, a co za tym idzie, generalnie zwiększyć poziom bezpieczeństwa zbiorowych interesów konsumentów. Ciekawy jest przykład, zaprezentowany w treści uzasadnienia na poparcie omawianej zmiany, a mianowicie afera Getback. Zdaniem twórców planowanej nowelizacji, rozwikłanie analogicznych przypadków (zwłaszcza w odniesieniu do ustalenia osób odpowiedzialnych za naruszenie oraz jego zakresu) będzie znacznie łatwiejsze, kiedy Prezes UOKiK będzie dysponował instrumentami, pozwalającymi na uzyskanie informacji dotyczących przepływów finansowych między rachunkami.
Zakup kontrolowany
Jakkolwiek pracownicy UOKiK już od jakiegoś czasu kontrolują przedsiębiorców, wykorzystując instytucję „tajemniczego klienta”, to jej minusem była konieczność poprzestania na okazaniu zainteresowania i brak możliwości faktycznego dokonania zakupu czy realizacji określonej transakcji. Po wprowadzeniu ustawy zmieniającej, kontrolerzy nie tylko będą mogli sfinalizować zakup towaru bądź skorzystanie z oferowanych usług, ale ponadto będą mogli dokonywać tego z zastosowaniem ukrytej lub przybranej tożsamości. Ale to jeszcze nie koniec – będą to robić posługując się fałszywymi dokumentami tożsamości, których wykonanie ma leżeć w gestii ABW. Na marginesie warto nadmienić, że do tej pory w podobny sposób mogła działać Policja, Straż Graniczna, jak również służby specjalne, zaś teraz do tego zacnego grona dołączy także UOKiK.
Ingerencja w strony internetowe
Kolejnym uprawnieniem Prezesa UOKiK, które może dotknąć chyba największą liczbę przedsiębiorców, jest możliwość nakazania określonych czynności względem danej strony internetowej. Co istotne, katalog czynności, które mogą pojawić się w takiej decyzji jest tak naprawdę nieograniczony, gdyż ustawodawca wymieniając trzy z potencjalnych działań posługuje się sformułowaniem „w szczególności”, a zatem należy traktować je jako (wyjątkowo jaskrawe) przykłady, które warto przytoczyć. Pierwszym z nich i mimo wszystko najmniej inwazyjnym jest nakazanie zamieszczenia ostrzeżenia dla konsumentów wchodzących na stronę internetową. Niestety przy kolejnym zaczynają się schody – dopuszczalne będzie polecenie usunięcia treści, ograniczenia dostępu lub wyłączenia oznaczonego serwisu. Nie ulega wątpliwości, że może być to cios dla większości podmiotów, które w jakikolwiek sposób funkcjonują w świecie wirtualnym – nie wspominając o tych, które prowadzą działalność tylko za pośrednictwem internetu, co dotyczy, m.in. całej, prężnie rozwijającej się branży e-commerce. Ale to jeszcze nie koniec tych atrakcji wątpliwej natury. Trzecia z potencjalnych decyzji, które będzie mógł wydać Prezes UOKiK to nakaz usunięcia domeny internetowej. Podobnie jak w przypadku blokady strony, wykonanie tego polecenia może mieć tragiczne i nieodwracalne skutki dla naprawdę licznych przedsiębiorców, więc nic dziwnego, że przedmiotowa nowelizacja przysparza im wielu bezsennych nocy. Z kolei jako uzasadnienie powyższych poprawek wskazano, że obecnie działalność online jest na tyle rozpowszechniona, że w przypadku związanych z nią naruszeń, bez możliwości sprawnej interwencji ze strony organu, prawdopodobne jest spowodowanie poważnych, trwałych i trudnych do następczego usunięcia negatywnych rezultatów dla zbiorowych interesów konsumentów.
Przeszukania z prawdziwego zdarzenia
Ostatnia z nowości zaprezentowanych w treści projektu ustawy o zmianie UOKiK to wprowadzenie dodatkowych uprawnień Prezesa UOKiK w zakresie przeszukań w siedzibach sprawdzanych przedsiębiorców. Na gruncie bieżącego stanu prawnego, co do zasady jedyną opcją kontrolerów było zwrócenie się do podmiotu o udostępnienie oznaczonych dokumentów, co nie zawsze przynosiło zamierzone efekty. Wyjątek, w którym dopuszczalne było przeszukanie to postępowanie antymonopolowe. Natomiast teraz Prezes Urzędu będzie mógł w pełnym zakresie dokonywać przeszukania pomieszczeń oraz rzeczy, oczywiście o ile będzie miał uzasadnione podstawy do przypuszczenia, że interesujące go informacje bądź przedmioty (m.in. księgi, akta, pisma, informatyczne nośniki danych czy inne urządzenia) w tym miejscu się znajdują, która to przesłanka niewątpliwie nie będzie stanowiła dużej przeszkody do realizacji tej kompetencji.
Prezes UOKiK jak agent
Zapoznając się z nowelizacją ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów trudno oprzeć się wrażeniu, że dzięki nowym uprawnieniom, Prezes UOKiK aspiruje do roli swego rodzaju agenta, dorównując w pewnym zakresie Policji, CBA czy służbom celnym. Jednak czy taka metamorfoza się sprawdzi? Czy urzędnicy UOKiK będą w stanie nagle przeistoczyć się w quasi-policjantów? Można mieć co do tego wątpliwości. A może mimo wszystko Urząd mile nas zaskoczy? Na te pytania może odpowiedzieć tylko praktyka, której najprawdopodobniej przyjrzymy się już niebawem.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Dane na temat nowo zarejestrowanych bezrobotnych w USA ponownie w ostatnim czasie negatywnie zaskoczyły rynki. To najgorszy wynik od sierpnia 2020 roku.
Problemy za oceanem
W USA najważniejsze dane to te z rynku pracy, a ten wcale nie wygląda za dobrze. Liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych wcale nie dąży do normy, która tygodniowo przed pandemią wynosiła około ćwierć miliona sztuk. Obecnie ponownie gwałtownie rośnie i wynosi już niemal milion sztuk. Nie może zatem dziwić, że pomimo dobrej passy dla dolara w ostatnich dniach wczoraj mieliśmy po tych danych wyraźną korektę. Inwestorzy boją się, że większe bezrobocie przełoży się na gorsze wyniki gospodarki w kolejnych okresach.
Dane z Wysp
Dzisiaj poznaliśmy odczyt PKB z Wielkiej Brytanii. Jest on znacznie lepszy od oczekiwań analityków. W ujęciu rocznym PKB spada o 8,9%, podczas gdy oczekiwano 12,1%. Nie można tego oczywiście łączyć z korzystnym wpływem brexitu, gdyż to dane za lipiec. Tak niskie oczekiwania były zresztą sumą wpływu pandemii oraz strachu inwestorów przed potencjalnymi negatywnymi wpływami brexitu na gospodarkę kraju. Funt jednak od początku tygodnia idzie wyraźnie w górę, drożejąc od poniedziałku ponad 11 groszy.
Korekta inflacji
Ostateczne dane inflacji za grudzień wyniosły jednak 2,4%, a nie 2,3%. Oznacza to, że jednak spadek nie był aż tak silny, ale w dalszym ciągu był znacznie większy niż oczekiwania. Poziom zmian cen jest szczególnie istotny, tym bardziej w kontekście ostatnich wypowiedzi prezesa NBP, który powiązał możliwość obniżki stóp procentowych właśnie z poziomem inflacji. Spadek w rezultacie może osłabiać złotego zbliżając nas do kolejnych obniżek.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – inflacja konsumencka,
15:15 – USA – produkcja przemysłowa.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl
Tradycyjnie z początkiem nowego roku notowane na GPW spółki deweloperskie publikują raporty ze sprzedaży mieszkań za ostatni kwartał oraz cały miniony rok.Pomimo znacznie pogorszonego przez COVID-19 środowiska gospodarczego zaprezentowane statystykipozytywnie zaskakują wynikami sprzedaży giełdowych tuzów. Pytanie, na ile realne jest utrzymanie pozytywnych trendów w bieżącym roku.
Udany finisz wyjątkowo nietypowego roku
Zaprezentowana piętnastka czołowych firm krajowej branży deweloperskiej o profilu mieszkaniowym, spółek notowanych na rynku podstawowym oraz Catalyst warszawskiej GPW, w ostatnim kwartale ub. roku zakontraktowała w sumie 6522 lokale, co jest wynikiem niemal identycznym w relacji rok do roku. Warto jednak podkreślić wysoką bazę takiego zestawienia, gdyż IV kwartał 2019 roku należał do jednych z najlepszych sprzedażowo w historii pierwotnego rynku mieszkaniowego.
Niemal połowa stawki prezentowanych spółek zakomunikowała wyniki kwartalne znacznie lepsze licząc rok do roku. Z drugiej strony tylko w jednym przypadku – J.W. Construction zanotowano ponadprzeciętny spadek sprzedaży rzędu blisko 50 proc. Trzeba przyznać, że jak na końcówkę najbardziej od dekad nietypowego i trudnego pod względem gospodarczym roku, to jest to ogólny rezultat budzący respekt.
„Trzej tenorzy” bez zmian
Faktem, który stanowi sporą niespodziankę o zdecydowanie pozytywnym wydźwięku, jest niewielki, niespełna sześcioprocentowy regres kontraktacji ogółem prezentowanych spółek w całym roku 2020 w stosunku do roku 2019. Wszelkie możliwe znaki i prognozy wskazywały raczej na kilkunastoprocentowy spadek rocznej sprzedaży nowych mieszkań zarówno na całym mieszkaniowym rynku pierwotnym, jak i na jego elitarnym wycinku grupującym deweloperów giełdowych.
Tymczasem wynik niespełna 22 tys. sprzedanych w ubiegłym roku lokali okazał się wprawdzie ujemny, jednak w symbolicznym wymiarze. Na ten niewątpliwy sukces złożyły się w pierwszym rzędzie roczne wyniki sprzedażowe wybranych spółek, które jak na panujące okoliczności gospodarcze okazały się bardzo dobre, czy wręcz rewelacyjne. Do tego elitarnego grona w 2020 roku zaliczają się Ronson Development, Budimex Nieruchomości, Lokum Deweloper, Echo Investment, Dom Development, a dalej pomimo symbolicznego regresu także Atal, Murapol i Victoria Dom.
Z kolei na rynkowym podium identycznie jak przed rokiem miejsca zajęły Dom Development, Atal i Murapol. A to oznacza, że trzej rynkowi „tenorzy” niezależnie od warunków gospodarki wciąż trzymają się mocno i nie mają zamiaru ustępować miejsca konkurencji.
Jakie perspektywy na rok bieżący?
Przy okazji warto podkreślić, że rok 2020 był na pierwotnym rynku mieszkaniowym co najmniej zadowalający pod względem inwestycyjnym w kategorii statystyk mieszkań rozpoczętych i uzyskanych pozwoleń, a rekordowy w kwestii lokali oddanych do użytkowania. W sumie mamy wiec obraz wciąż działającego „bezawaryjnie” w dobie COVID-19 pierwotnego segmentu krajowej mieszkaniówki, która tym samym może pretendować do miana „zielonej wyspy” rodzimej gospodarki. Pytanie, czy aż tak optymistyczną wymowę stanu koniunktury uda się utrzymać również w roku bieżącym.
W tej kwestii zdania są mocno podzielone nawet wśród samych deweloperów, gdzie obok zdecydowanie świetlanych wizji pojawiają się i takie, które zakładają możliwy spadek sprzedaży nowych mieszkań w 2021 roku nawet o jedną piątą. Niestety, w obecnej sytuacji społeczno-gospodarczej kraju, wynikającej z wysokiego prawdopodobieństwa okresowego pogorszenia sytuacji ekonomicznej Polaków, dużo łatwiej o argumentację dla tych mniej optymistycznych prognoz.
Paweł Pach, prezes zarządu PKO Leasing, został wybrany na stanowisko Przewodniczącego Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu (KW ZPL) podczas ostatniego posiedzenia komitetu.
Paweł Pach do organu kierującego działalnością Związku Polskiego Leasingu dołączył w połowie 2019r. Wcześniej, w latach 2012-2014, był związany z polską organizacją leasingową, zajmując stanowisko Wiceprzewodniczącego KW ZPL.
Stojąc na czele Związku Polskiego Leasingu Paweł Pach będzie reprezentował polską branżę leasingową wobec instytucji i partnerów zewnętrznych na rynku krajowym, będzie zajmował się digitalizacją, transformacją statutową ZPL, a także nadzorował statystyki i komunikację organizacji.
2020 rok przyniósł wiele wyzwań dla całego rynku finansowego. Oczywiście minął on pod znakiem pandemii Covid-19, jednak dla branży leasingowej był to intensywny czas wdrażania nowych rozwiązań produktowych, cyfryzacji usług oraz digitalizacji procesów. Przed Komitetem Wykonawczym ZPL etap intensywnej pracy na rzecz wdrażania wspólnych działań, które przyczynią się do rozwoju naszych usług. Zadaniem Komitetu jest realizowanie nadrzędnych dla organizacji celów wspierających wszystkie firmy leasingowe w Polsce – powiedział Paweł Pach, nowo wybrany Przewodniczący KW ZPL.
Poprzednio Związkiem Polskiego Leasingu kierowała Ewa Łuniewska, która awansowała w strukturach Grupy ING Banku Śląskiego. Obok Pawła Pacha swoją pracę w Komitecie Wykonawczym ZPL będą̨ kontynuować Marcin Balicki (prezes Millennium Leasing), Szymon Kamiński (prezes PEKAO Leasing), Rafał Merk (członek zarządu Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów), Artur Nowicki (Grupa DBK), Cezary Raczynski (prezes mLeasing) oraz Radosław Woźniak (prezes Europejskiego Funduszu Leasingowego).
Biogram Pawła Pacha
Obok społecznej działalności w ZPL, Paweł Pach sprawuje funkcję prezesa zarządu PKO Leasing (od marca 2019r.) i przewodniczącego Rady Nadzorczej Prime Car Management – spółki z Grupy PKO Banku Polskiego (od września 2019r.).
Nowy Przewodniczący KW ZPL jest absolwentem Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie oraz studiów MBA. Był uczestnikiem programu IESE Business School Advanced Management Program – University of Navarra. Z branżą finansową związany jest od ponad 20 lat, z czego od 17 pracuje w Grupie Kapitałowej PKO Banku Polskiego. Posiada wieloletnie doświadczenie managerskie w obszarze bankowości przedsiębiorstw i leasingu. W latach 2007-2010 był w PKO Banku Polskim Dyrektorem Departamentu Produktów MSP, w 2010 – 2014 pełnił funkcję prezesa zarządu PKO Leasing. W tym czasie uruchomił także działalność spółki zależnej – PKO Leasing Sverige AB w Szwecji. W latach 2014 – 2019, Paweł Pach był Dyrektorem Pionu Relacji z Klientami Korporacyjnymi w PKO Banku Polskim.
Pandemia koronowirusa zakwestionowała wiele paradygmatów biznesowych w 2020 r., więc śmiało można wysnuć wniosek, że rynek startupów, podobnie zresztą jak cała gospodarka, miał w mijającym roku mocno pod górkę. Biznes to jednak zdecydowanie dłuższy horyzont czasowy niż roczny, pandemia koronawirusa nie będzie trwała wiecznie, a niektóre z pomysłów zwyczajnie potrzebują czasu na inkubację i osiągniecie właściwych parametrów biznesowych. Czas pokaże, ale jeśli szukać przyszłych jednorożców to najprędzej w branży medtech/telemedycznej, która według Deloitte* może być do 2025 r. warta nawet 612,7 mld USD.
Nie zmienia to faktu, że sama pandemia mocno rozbudziła zainteresowanie medycyną i o ile w pierwszej fazie zainteresowanie kapitału często bezpośrednio było związane z rozwiązaniami ukierunkowanymi na walkę z koronawirusem to w dłuższym horyzoncie czasowym nie będzie to jedyny warunek zaistnienia na szeroko pojętym rynku medycznym. Jak się bowiem okazuje problem nie dotyczy tylko Covid-19 i koronawirusa, ale również wielu chorób, które zwyczajnie (tymczasowo) zeszły na drugi plan z powodu walki z pandemią, ale wciąż pozostają problemem z gatunku zdrowia publicznego – nieustająco są przyczyną wielu zgonów i dolegliwości. Dodatkowym wyzwaniem jest np. telemedycyna – pozwalająca na zdalne zajmowanie się pacjentem. Obecne warunki pod wieloma względami pokazały jej ukryty potencjał. I tak jak powrót po pandemii może być już w realiach świata dla którego praca zdalna to nie tyle awaryjne wyjście, co jedna z metod wartych udoskonalania, a e-commerce to pełnokrwisty kanał sprzedaży, tak w niedługim czasie telemedycyna może okazać się remedium na wiele problemów medycznych od przeciążenia oddziałów po np. problem zakażeń szpitalnych.
Według Deloitte* światowy rynek urządzeń medycznych do 2025 r. ma osiągnąć wartość 612,7 mld USD (podczas gdy w 2018 r. był wyceniany na 425,5 mld USD). Widać więc w tym obszarze realny potencjał. Deloitte dodatkowo zauważa* jeden niezwykle ważny trend z perspektywy medtechów z Polski: firmy medtech z krajów rozwijających się w coraz większym stopniu zdobywają część rynków zagranicznych, umacniając również swoją obecność na rynku krajowym. W całym zaangażowaniu w medtech, można było się obawiać, że rozwiązania powstałe poza ścisłym światowym centrum gospodarczym mogą mieć wielkie trudności w zdobywaniu rynku – okazuje się jednak, że były to zbyt pesymistyczne i przedwczesne opinie, gdyż przede wszystkim liczy się innowacyjność. Dobry produkt z reguły zawsze się obroni.
Gdzie realnie szukać rozwiązań, które odmienią rynek? Jest na pewno wiele sektorów, które mogą ich dostarczyć, czasami są to ścieżki nieoczywiste. W tym kontekście jednymi z ciekawszych podmiotów są np. producenci urządzeń typu wearables, takich jak np. smartwatche, które użytkownik może nosić w jakimś celu, ale potencjalnie mogą one spełniać wiele dodatkowych funkcji jak np. diagnostyczna. O rosnącej randze wearables przekonuje chociażby nabycie Fitbit, (produkującego smartwatche i działającego w branży konsumenckiego medtechu) przez Google za ponad 2,1 mld dolarów.
Autorem komentarza jest Aleksander Gruszczyński, Prezes Zarządu w Carlson Investments S.A.
Unia Europejska przeznacza duże środki na odbicie koniunktury po pandemii koronawirusa. Polska może otrzymać w ciągu najbliższych paru lat aż 30 miliardów euro z funduszu odbudowy UE w samych bezzwrotnych grantach. Drugie tyle dostaniemy w ramach pożyczek. Same granty stanowić będą około 6% polskiego PKB, a ich wydanie powinno podnieść nasze PKB o 3-4 punkty procentowe. Mimo opóźnienia, trwają już prace nad Krajowym Planem Odbudowy – który ma trafić do Brukseli w pierwszym kwartale tego roku. Dzięki temu otrzymamy granty i będziemy mogli zacząć wydawać unijne pieniądze. Oczywiście należy to robić to zgodnie z zasadami. Na co zostaną przeznaczone otrzymane fundusze? Prawdopodobnie największe środki zostaną przeznaczone na energię wiatrową na morzu – a w dalszej kolejności na inne segmenty, takie jak fotowoltaika. To bardzo ważny element planu odbudowy, gdyż aż 20-30% międzynarodowych korporacji chce współpracować z partnerami, którzy opierają się na czystym miksie energetycznym. Musimy więc pokazać ścieżkę dojścia do czystszej energii, żeby przyciągnąć jak najwięcej takich inwestycji.
– Jedna trzecia środków ma zostać wydana na transformację cyfrową, jedna trzecia na transformację w kierunku odnawialnych źródeł energii i zmniejszenia emisji CO2. Reszta może zostać wydana na inne cele strukturalne. Z pierwszych wypowiedzi polityków można wywnioskować, że bardzo istotnym elementem polskiego planu odbudowy będzie wciąż infrastruktura twarda: drogi, obwodnice i koleje – powiedział serwisowi eNewsroom Rafał Benecki,główny ekonomista ING Banku Śląskiego. – Oprócz tego pojawią się spore środki na cyfryzację służby zdrowia i innych elementów administracji publicznej. Spora kwota zostanie przeznaczona na zmianę modelu energetycznego Polski. W tej chwili Polska nie spełnia praktycznie żadnego celu klimatycznego. Efektem tego jest drożejąca energia i spadająca konkurencyjność polskiej gospodarki. Obawiam się jednak, że sporo środków unijnych będzie wydane krótkoterminowo – by osiągnąć szybkie odbicie koniunktury. A przygotowanie projektów, które dadzą efekty podażowe dla gospodarki i wzrost konkurencyjności, wymaga o wiele więcej czasu. Myślę, że zbyt dużo uwagi zostanie poświęcone szybkości wydawania, a niekoniecznie jakości tych projektów. Na tym może ucierpieć długoterminowa korzyść, jaką niosą te środki – przewiduje Benecki.
Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) zwraca uwagę, że konieczne jest podjęcie prac nad poprawą standardów stanowienia prawa. Często bowiem to nie rozwiązania prawodawcy, ale tryb ich przyjęcia budzi największe kontrowersje. Trzeba podkreślić, że nie będzie wystarczające przywrócenie nieco zapomnianych instytucji, które po części wskutek pandemii zostały uśpione – jak np. konsultacje publiczne „twarzą w twarz”. Potrzebne jest prawdziwie nowe otwarcie procesu legislacyjnego.
Ministerstwo Rozwoju, Rodziny i Technologii zapowiedziało podjęcie prac nad tzw. tarczą prawną. W ramach tej inicjatywy mają być wprowadzone rozwiązania uławiające prowadzenie działalności gospodarczej. Bez wątpienia nadal istnieje potencjał do upraszczania procedur, a przede wszystkim do cyfryzacji relacji przedsiębiorców z urzędami.
„Zapowiedziano na przykład, że przepisy powinny wchodzić w życie dwa razy do roku. Zdaniem FPP dotychczasowe porażki podobnych planów wynikają poniekąd właśnie ze zbyt ambitnych założeń. Dlatego proponujemy, aby przepisy wchodziły w życie co kwartał – ale za to bez wyjątków lub z bardzo ograniczonymi wyjątkami. Podobnie sensowne jest ustalenie systemu określania długości vacatio legis. Nie zawsze bowiem odsunięcie w czasie wejścia w życie drobnych zmian wymaga długiego okresu przygotowania. Natomiast podstawowy termin 14 dni dla ustaw jest zdecydowanie za krótki. Naturalnie – wielkie, systemowe zmiany powinny wchodzić w życie po znacznie dłuższym okresie vacatio legis. Obecnie w ogóle nie zwraca się uwagi na nowelizowanie tych samych ustaw w krótkim okresie czasu. To tylko potęguje chaos prawny” – podkreśla Grzegorz Lang, radca prawny, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich i Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).
Federacja Przedsiębiorców Polskich zebrała swoje doświadczenia z udziału w procesie legislacyjnym w raporcie z grudnia 2018 r., w którym przedstawiła siedem rekomendacji na rzecz dobrego prawa. Rekomendacje odnoszą się do różnych aspektów stanowienia prawa – tak proceduralnych, jak i merytorycznych. Ich wspólnym mianownikiem jest wzajemny szacunek przygotowujących przepisy i ich adresatów, a także otwartość na wiedzę i doświadczenia innych. Rekomendacje dotyczą:
stabilności prawa – czyli możliwie rzadkich zmian
efektywności prawa – czyli ukierunkowania na efekt, bez uregulowań incydentalnych (często wprowadzanych pod pozorem tzw. doprecyzowywania przepisów)
stałego podnoszenia jakości prawa – czyli wyzbycia się „akcyjności” zmian na rzecz stałego, usystematyzowanego monitoringu
wzmocnienie analiz skutków regulacji, co wymaga odpolitycznienia ich przeprowadzania
weryfikacji założeń projektodawcy i korzystania z wiedzy eksperckiej
sprawności samego procesu legislacyjnego – przez zróżnicowanie złożoności procedur w zależności od ciężaru gatunkowego projektów
dostępności do prawa – przez dążenie do prostoty i zapewnienie przejrzystości publikacji prawa.
Najważniejsze, aby każda zmiana była wprowadzana możliwie szeroko i konsekwentnie. Dobre prawo powstaje w ciszy, z dala od blasku fleszy i licytacji politycznych. To jednak wymaga od decydentów wytrwałości i konsekwencja stosowania zasad poprawnej legislacji, pomimo częstych pokus pójścia na skróty.
Prezydent-elekt Biden chce wypełnić pokładane w nim nadzieje na wsparcie gospodarki, ale zaoferowane 1,9 bln USD w wydatkach może być trudne do zrealizowania. Oczekiwania rynkowe były wyższe, stąd dzisiejsza sprzedaż faktów. USD odbija, mimo że prezes Fed Powell uderzył w gołębie tony.
Joe Biden ujawnił swój plan wyciągania gospodarki z kryzysu. W kwocie 1,9 bln USD zawierają się czeki zapomogowe, zasiłki dla bezrobotnych, środki na zarządzanie walką z pandemią oraz pomoc dla władz stanowych i federalnych. Rozważana jest też podwyżka płacy minimalnej. Inicjatywa to głównie postulaty Demokratów, które były poruszane w ubiegłym roku, ale regularnie torpedowane przez Republikanów. Oznacza to, że są nikłe szanse, aby pakiet przeszedł przez Senat w zaprezentowanej formie, gdyż do przegłosowania oporu Republikanów będzie potrzeba 60 głosów (przy 50 w rękach Demokratów). W rezultacie bardzo możliwe, że końcowa wielkość pakietu, która udałoby się przepchnąć przez Kongres, może być mniejsza nawet o połowę. Uczestników rynku dosięga brutalna rzeczywistość polityczna – niebieska fala ma swoje ograniczenia w zasadach działania Kongresu. Budowane w ostatnich dniach oczekiwania były wygórowane. Do tego Biden przestrzegł, że każdy będzie musiał częściowo ponieść ciężar pakietu w podatkach (prędzej bardziej zamożni Amerykanie i firmy). W końcowym rozrachunku to zastrzyk fiskalny dla całej gospodarki będzie miał kluczowe znaczenie, na razie nie ma potencjału na dodatkowy optymizm. Sprzedaż faktów przed weekendem ma sens, zanim „przegryzie” się idea długofalowej ekspansji fiskalnej.
Dalej uważam, że w obecnych warunkach nie ma miejsca na umocnienie dolara i tylko świadomość wysokich wycen walut G10 względem USD w okresach zawahania przechyla szalę na rzecz redukcji pozycji. Wczoraj mieliśmy próbkę tego, w która stronę podążałby dolar, gdyby inwestorzy nie wdawali się w dywagacje na temat przedwczesnego zwrotu w polityce Fed. USD znalazł pretekst do umocnienia w wyższych rentownościach obligacji, które rosną na oczekiwaniach, że ekspansja fiskalna pchnie w górę inflację, a na co Fed zareaguje zacieśnianiem polityki. Osobiście wątpię w ten ostatni element łańcucha, a w czwartek znalazłem potwierdzenia w słowach prezesa Fed Powella. Stwierdził on, że Fed poczeka na trwałe przekroczenie celu inflacyjnego na poziomie 2 proc. i w najbliższym czasie nie będzie się przymierzał do podwyżki stóp procentowych ani ograniczenia skupu aktywów. Powell dodał, że podejście Fed będzie mniej ilościowe, a bardziej skupi się na jakościowym osądzie danych. Innymi słowy nie ma konkretnego poziomu inflacji, który da sygnał do podwyżki, a większe znaczenie będą miały inne wskaźniki, np. związane z rynkiem pracy. W moim odczuciu Powell robi wszystko, by przekonać rynki, że przyszła polityka Fed nie może być analizowana według starych wzorców, kiedy strach decydentów przed uciekającą inflacją skłaniał ich do przedwczesnej normalizacji. Ale ekspertów od Fed na rynku jest tyle samo, co ekspertów o skoków narciarskich w Polsce, więc przekonanie wszystkich do swojej racji nie będzie dla Powella łatwym zadaniem.
W USA mamy dziś wysyp kluczowych danych o aktywności gospodarczej, gdzie częściowo powinniśmy obserwować negatywny wpływ ekspansji pandemii COVID-19. Ryzyko dotyczy przede wszystkim sprzedaży detalicznej. Ograniczenie zgromadzeń powinno przyhamować sezonowe zakupy świąteczne, podczas gdy zamknięcie restauracji obniży sprzedaż żywności. Z drugiej strony wzrost cen paliw zwiększy ich udział w wolumenie zakupów. Dobry wynik powinna za to pokazać produkcja przemysłowa, gdyż aktywność tego sektora nie słabnie w odpowiedzi na ożywienie globalne oraz poprawę sytuacji w sektorze paliwowym wraz ze wzrostem cen ropy naftowej. Indeks NY Empire State prawdopodobnie wzrośnie na oczekiwaniach poprawy perspektyw gospodarczych wraz z uruchomieniem pakietów fiskalnych. Indeks nastrojów konsumentów pokaże jaka jest wypadkowa ekspansji koronawirusa i zapowiedzi wypłaty czeków w wysokości 2000 USD.
Przedstawiciele Ministerstwa Klimatu i Środowiska, w ramach konferencji uzgodnieniowej projektu ustawy o zmianie ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych oraz niektórych innych ustaw, odnieśli się do uwag zgłoszonych w procesie konsultacji publicznych i przedstawili kierunki zmian. – Uwzględniono wiele spośród uwag branży, ale pozostają obszary, w których proponowane zmiany pociągają za sobą negatywne konsekwencje dla rynku – uważa Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych.
Organizatorzy konferencji, która odbyła się w dniach 12-13 stycznia br., poinformowali, że w ramach prac nad projektem i we współpracy z Ministerstwem Rozwoju, Pracy i Technologii, przygotowywane są przepisy wdrażające postanowienia Dyrektywy 2018/844 z dnia 30 maja 2018 r. zmieniającej dyrektywę 2010/31/UE w sprawie charakterystyki energetycznej budynków i dyrektywę 2012/27/UE w sprawie efektywności energetycznej. Dyrektywa przewiduje obowiązek wyposażania budynków nowych i poddawanych ważniejszym renowacjom we wstępną infrastrukturę kanałową, celem umożliwienia późniejszej instalacji punktów ładowania.
Dobrą informacją jest także utrzymanie pakietu przepisów ułatwiających instalację punktów ładowania w istniejących budynkach wielorodzinnych na wniosek mieszkańców – posiadaczy pojazdów elektrycznych. Całość propozycji w tym zakresie jest efektem prac prowadzonych w ramach „Białej Księgi Elektromobilności” PSPA.
– Zmiany były nieznaczne, a niektóre z nich pozytywnie nas zaskoczyły. Mowa o podwyższeniu mocy punktu ładowania, na którego instalację wystarcza zgoda w rozumieniu czynności zwykłego zarządu: z 7,4 kW do 11 kW. Ostateczny kształt projektowanej regulacji, w wersji zaprezentowanej przez Ministerstwo, otwiera furtkę do poprawy sytuacji mieszkańców budynków wielorodzinnych korzystających z samochodów elektrycznych. Brzmienie przepisów w nowej treści będziemy jeszcze weryfikować, kiedy zostaną upublicznione – mówi Joanna Makola, prawnik i kierownik projektu Biała Księga Elektromobilności PSPA.
Ministerstwo przychyliło się także do propozycji PSPA w zakresie wprowadzenia zmian w relacjach pomiędzy operatorem ogólnodostępnej stacji ładowania (OOSŁ) a dostawcą usługi ładowania (DUŁ). Model funkcjonowania rynku opisany w obowiązującej wersji ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych oznacza w praktyce brak możliwości świadczenia usług ładowania przez więcej niż jednego dostawcę usług ładowania na jednej stacji ładowania. Wynika to z szeregu przepisów, składających się na opis obowiązków podmiotów tworzących rynek ogólnodostępnej infrastruktury, w tym zwłaszcza, niewdrażalny w praktyce, mechanizm kupowania i rozliczania energii elektrycznej przez dostawców usług ładowania.
– Można spodziewać się zmian w propozycji obligatoryjnego zapewnienia dostępu do infrastruktury OOSŁ przez zewnętrznych DUŁ i w okresie przejściowym rynkowego uregulowania relacji OOSŁ-DUŁ w zakresie dostępu do infrastruktury. Elementem podlegającym zmianom w ustawie ma też być charakterystyka działalności i obowiązków DUŁ – mówi Jacek Błaszczyński z PSPA.
W opinii polskiej branży elektromobilności zdecydowanie negatywną informacją jest natomiast utrzymanie wysokich opłat za wpis do rejestru Ewidencji Infrastruktury Paliw Alternatywnych. Maksymalna wysokość opłaty, którą od pojedynczej stacji ładowania będzie musiał uiścić operator stacji ładowania to 25 zł miesięcznie. Dodatkowo opłatę ryczałtową w wysokości 250 zł miesięcznie mają zostać obciążeni dostawcy usługi ładowania. Konkretny wymiar opłaty doprecyzuje rozporządzenie wykonawcze. Fakt pojawienia się dodatkowej opłaty od początku prac nad projektem nowelizacji budził duże i zrozumiałe kontrowersje.
– Jest to nowa opłata nałożona na uczestników rynku i potencjalnie bardzo dotkliwa. Nie znajdujemy dla niej żadnego uzasadnienia. Skutek może być jeden – wyhamowanie tempa rozwoju rynku ogólnodostępnej infrastruktury. Biorąc pod uwagę ilość stacji ładowania w Polsce na koniec 2020 roku, Urząd Dozoru Technicznego, który już teraz pobiera również opłaty z tytułu odbiorów stacji ładowania, maksymalnie mógłby zostać zasilony kwotą powyżej 400 tys. złotych. Prognozy zawarte w Polish EV Outlook zakładają rozwój rynku do poziomu 48 tys. ogólnodostępnych punktów ładowania, co oznacza kwotę przekraczającą nawet 10 mln złotych. Wprowadzenie opłat negatywnie równoważy okoliczność przyjęcia E-Taryfy, o której przyjęcie branża długo zabiegała – dodaje Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzajacy PSPA.
Do zmian na korzyść należy zaliczyć wycofanie się resortu z takiej konstrukcji prawnej Stref Czystego Transportu (SCT), jaką przewidywał projekt w wersji z dnia 10 listopada 2020 r. Ministerstwo uwzględniło uwagi branży i zrezygnowało z proponowanego wcześniej, ustawowego prawa wjazdu do SCT pojazdów napędzanych LPG. Wycofano również projekt przepisu wiążącego prawo wjazdu do stref z określonymi normami EURO w określonych przedziałach czasowych. Według nowej propozycji, gminy o liczebności powyżej 100 tys. mieszkańców, w których odnotowano przekroczenia poziomu emisji tlenków azotu (NOx), będą miały prawny obowiązek ustanowienia SCT. Z projektu znika przepis dopuszczający wjazd dla pojazdów należących do przedsiębiorców oraz pojazdów użytkowanych w celu pomocy osobom potrzebującym wsparcia w sprawach życia codziennego, który, przy tak ogólnym określeniu, otwierał furtkę do nadużyć. Rada gminy zachowa jednak prawo do ustanawiania dodatkowych wyłączeń od ustawowego zakazu wjazdu.
– Na jednoznacznie negatywną ocenę zasługuje natomiast zapowiedź wycofania się z przepisów zwalniających pojazdy zero- i nieskoemisyjne o masie powyżej 3.5 t z e-myta oraz opłat za poruszanie się po autostradach – dodaje Joanna Makola.
Podczas dwudniowej konferencji uzgodnieniowej uczestnicy zgłosili uwagi doprecyzowujące w zakresie definicji ustawowych, w tym zwłaszcza w odniesieniu do wodoru i infrastruktury tankowania wodorem. Organizatorzy spotkania zapowiedzieli upublicznienie nowej wersji projektu ustawy zmieniającej z końcem stycznia br.
W minionym roku złoty stracił na wartości w relacji do większości głównych walut świata. Bardzo mocno przyłożył się do tego Narodowy Bank Polski, który pod koniec grudnia interwencjami na rynku walutowym podbił o ok. 4 proc. kursy dolara, franka czy euro. Zdaniem głównych instytucji walutowych świata, złoty z nawiązką odrobi straty, a wręcz ma być najsilniejszą walutą 2021 r.
W ostatnim roku kursy CHF/PLN i EUR/PLN podniosły się o mniej więcej 7 proc. Z kolei dolar amerykański jest o ok. 2 proc. tańszy niż przed rokiem. Szczególnie wyróżnia się natomiast korona szwedzka, która w relacji do złotego kosztuje obecnie ok. 12 proc. więcej niż w styczniu 2020 r. i jest zarazem najdroższa od 2017 r.
Złoty ma wieść prym i odrabiać straty
Które waluty na początku 2021 r. są najbardziej pozytywnie postrzegane przez instytucje finansowe, i czy w tym gronie znajdziemy złotego? Główną miarą w tym zakresie jest mediana (wartość środkowa) prognoz walutowych zbieranych przez najważniejszą finansową agencję informacyjną świata – Bloomberg. Określa się ją mianem rynkowego konsensusu.
– Okazuje się, że międzynarodowe banki inwestycyjne i inne instytucje finansowe wśród 20 najistotniejszych walut najbardziej pozytywnie postrzegają perspektywy złotego – mówi Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl.
Z oczekiwań rynkowych wynika, że kurs EUR/PLN powinien spaść do 4,35, czyli pandemicznych minimów z lata ub.r. Jeszcze mocniej, gdyż o ok. 5 proc., może w tym roku potanieć dolar. Pozytywna dla polskiej waluty tendencja ma trwać również w kolejnym roku. Prognozy zakładają, że na koniec 2022 r. za euro płacić będziemy 4,30 zł, a za dolara mniej niż 3,40 zł.
Na umocnienie przyjdzie poczekać
Na spełnienie się optymistycznych prognoz możemy jednak poczekać, przede wszystkim za sprawą wspomnianych już działań Narodowego Banku Polskiego, który chciałby, żeby słabsza waluta pomagała gospodarce wychodzić z covidowego załamania.
– Grudniowymi interwencjami NBP potwierdził swoją renomę najłagodniej usposobionych władz monetarnych w regionie. Wraz ze skrajnie niską atrakcyjnością odsetkową złotego stanowi to balast i czynnik neutralizujący pozytywne fundamenty – ocenia analityk Cinkciarz.pl.
Wspomniane fundamenty tworzą przede wszystkim relatywnie silna gospodarka i nadzwyczaj korzystna dla waluty sytuacja w bilansie płatniczym – obecnie notowana jest rekordowa nadwyżka na rachunku bieżącym obrotów z zagranicą.
– W 2020 r. dynamika PKB wyniosła ok. -3 proc. r/r. Tymczasem w 2021 r. możemy oczekiwać ponad 4 proc. odbicia, a to już jest wzrost dynamiki PKB nieosiągalny dla większości najważniejszych gospodarek świata – zauważa analityk Cinkciarz.pl.
Tolerancja NBP dla silniejszego złotego będzie rosnąć wraz z wychodzeniem rodzimej i globalnej gospodarki z pandemicznego krachu pod wpływem masowych szczepień.
– W związku z tym, w pierwszym kwartale kurs EUR/PLN być może jeszcze nie zdoła się oderwać od bariery 4,50 – prognozuje Bartosz Sawicki.
Dolar pozostanie słaby?
W ubiegłym roku, od dna rynkowego krachu wykrystalizowała się tendencja osłabienia amerykańskiego dolara do innych głównych walut. Rynki finansowe zostały zalane przez banki centralne walczące z pandemicznym kryzysem właściwie nieograniczoną płynnością finansową. Kapitał zaczął rozlewać się po rynkach finansowych w poszukiwaniu jak najwyższych stóp zwrotu.
W takim otoczeniu bazującego apetytu na ryzyko popyt na dolara, postrzeganego wciąż jako bezpieczną walutę i fundament światowego rynku finansowego, był bardzo słaby. W łagodzeniu polityki przodowała amerykańska Rezerwa Federalna, co pogłębiło tarapaty najważniejszej waluty.
– Jakby tego było mało, atrakcyjność dolara podkopuje wyższa niż w innych gospodarkach rozwiniętych inflacja. Tolerancja dla jej utrzymywania się na podwyższonych pułapach została wręcz wpisana w założenia polityki Fed – komentuje analityk Cinkciarz.pl.
Wszyscy eksperci są dość zgodni, że w 2021 r. globalna gospodarka ostro przyspieszy, a kapitał powinien jeszcze szerszym strumieniem odpływać od dolara w kierunku innych walut. Taka ocena znajduje potwierdzenie także w prognozach walutowych: dolar w 2021 r. ma stracić względem euro, franka, jena czy walut skandynawskich. Ponownie bardzo silna ma być szwedzka korona. Należy jednocześnie podkreślić, że dynamika wyprzedaży dolara powinna być dużo słabsza niż w poprzednim roku.
Są jednak waluty gospodarek rozwiniętych, które przestaną korzystać na słabości dolara. Stabilny powinien być kurs funta, na którego umocnienie – pomimo uniknięcia bezumownego brexitu – może nie pozwolić skomplikowana sytuacja gospodarcza i perspektywy polityki pieniężnej Banku Anglii. Z kolei lekkie straty mają zaliczyć waluty Antypodów. Trzeba jednak pamiętać, że od pandemicznego dna kurs dolara australijskiego i nowozelandzkiego podniósł się aż o odpowiednio 40 i 30 proc.
Podobnie jak w przypadku złotego, pozytywnie postrzegane są perspektywy innych walut naszego regionu, czyli znajdujących się w porównywalnym położeniu czeskiej korony oraz węgierskiego forinta. Również rubel, w tym przypadku za sprawą oczekiwanej kontynuacji wzrostów cen surowców energetycznych, ma się wyraźnie umacniać pomimo widma potencjalnych sankcji w erze prezydentury Joe Bidena.
– Co ciekawe, najsłabsza w gronie najistotniejszych walut turecka lira, która pomimo odrabiania strat w czwartym kwartale, znów ma ostro tracić na wartości. Nierównowagi trapiące tę ważną gospodarkę wschodzącą i polityczne ingerencje w niezależność banku centralnego będą jeszcze długo odbijać się czkawką – szacuje analityk Cinkciarz.pl.
90 proc. funduszy aktywnych w Polsce, pomimo pandemii i kryzysu, dobrze ocenia swoją obecną sytuację. 66 proc. określą ją jako stabilną, a 24 proc. spodziewa się poprawy – wynika z badania „Barometr branży Private Equity i Venture Capital”. W 2021 rok wchodzą z ostrożnym optymizmem. – Inwestorzy oceniają, że ten rok będzie szansą na zakup spółek po dobrych cenach, które zostały skorygowane podczas pandemii, albo na sprzedaż firm, które nie zostały dotknięte kryzysem – informuje Piotr Dalak z JP Weber, współautor raportu.
– Sektor private equity i venture capital dobrze poradził sobie z kryzysem. Na przełomie roku fundusze oceniają swoją sytuację na dobrą lub bardzo dobrą. Jest to naturalne po spowolnieniu w roku 2020 – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Dalak, associate partner z JP Weber.
Jak wskazuje „Barometr branży Private Equity i Venture Capital”, przeprowadzony przez firmę doradczą JP Weber pod patronatem Polskiego Stowarzyszenia Inwestorów Kapitałowych, mimo pogarszającej się sytuacji gospodarczej w kraju co piąty fundusz (21 proc.) ocenia, że 2020 rok zakończy ze zwrotem z inwestycji na plusie. Niemal połowa spodziewa się podobnego poziomu zwrotu z inwestycji co w 2019 roku, a co trzeci badany uważa, że zwrot będzie niższy niż rok wcześniej. Równocześnie jednak 44 proc. badanych funduszy spodziewa się zmniejszenia budżetów na nowe inwestycje.
– Kiedy spojrzymy na aktywność funduszy, widać, że przez pierwsze trzy kwartały roku koncentrowały się one na swoich spółkach portfelowych. Dopiero ostatni kwartał pokazał wyraźne zaangażowanie w inwestycje, co było widać po liczbie rozpoczętych projektów due diligence – mówi associate partner z JP Weber. – Teraz fundusze przeszły w proces akwizycji lub też dezinwestycji, w zależności od etapu rozwoju ich spółek portfelowych. Widzimy, że ich aktywność rośnie, co jest naturalne, biorąc pod uwagę spowolnienie w pierwszej połowie 2020 roku.
Niemal połowa funduszy (46 proc.) wskazuje, że pandemia nie wpłynęła na ich decyzje inwestycyjne. Kolejne 28 proc. mówi, że dostrzega ten wpływ w niewielkim stopniu, a 25 proc. – że był on znaczący. Co piąty ankietowany fundusz spodziewa się, że wpływ pandemii na gospodarkę będzie długoterminowy.
Jak podkreśla ekspert JP Weber, fundusze postrzegają 2021 rok jako okres nowych szans, w którym będą dążyć do zakupu spółek po dobrych cenach, skorygowanych przez kryzys, albo do sprzedaży firm, które nie zostały dotknięte kryzysem i pozwolą osiągnąć wysokie zwroty z inwestycji.
– Spodziewamy się, że liczba przeprowadzonych inwestycji w roku 2021 wzrośnie w porównaniu do roku 2020 – ocenia Piotr Dalak. – Jednym z głównych czynników, który może skłonić fundusze do zwiększenia swojej aktywności, są atrakcyjne wyceny, tzw. łapanie okazji. Fundusze patrzą na długoterminowe wzrosty ze swoich inwestycji, więc zakupienie spółki na tzw. dołku jest idealnym momentem do tego, żeby zrealizować swoją strategię i planowany zwrot z inwestycji.
Eksperci spodziewają się ożywienia nie tylko w branżach, które ucierpiały na skutek kryzysu, lecz także w tych, które wyszły z niego obronną ręką. Przykładem jest sektor IT, i to mimo wysokich wycen spółek.
– Fundusze private equity są szczególnie skupione na IT, retail i e-commerce oraz healthcare. Jest to naturalne, gdy popatrzymy na to, co się działo w roku 2020. Z kolei w centrum zainteresowania venture capital są gaming, sztuczna inteligencja oraz rozwiązania PII [umożliwiające identyfikację – red.]. Spółki IT są oceniane jako przewartościowane, jakkolwiek cieszą się największym zainteresowaniem wśród planowanych inwestycji funduszy. Jest to ciekawe, biorąc pod uwagę to, że fundusze wolą kupić tanio i sprzedać drogo, co naszym zdaniem oznacza, iż potencjał rynku IT w okresie długoterminowym dla Polski jest bardzo duży – podkreśla ekspert JP Weber.
W ocenie badanych w wielu branżach wycena spółek jest dziś zawyżona. Fundusze PE wskazały przede wszystkim na sektory IT, retail i e-commerce oraz healthcare i pharma, natomiast fundusze VC wymieniły gaming, fintech oraz AI. Eksperci wskazują, że to może być przyczyna, dla której większość funduszy planuje transakcje ze spółkami działającymi w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, a tylko 1/3 – inwestycje w spółki z Polski. Pomimo wysokich wycen sektory IT, medycyna, nowe technologie, ale również produkcja czy automotive powinny odnotować wzmożoną liczbę transakcji w nadchodzących miesiącach.
2020 rok był bardzo trudny dla przedsiębiorców turystycznych na Podhalu. Tatry mogło odwiedzić o 40 proc. turystów mniej niż przed rokiem, a największą bolączką jest zamknięcie turystyki w sezonie zimowym. Rządowe tarcze nie obejmą wszystkich poszkodowanych, co powoduje, że kryzys zaczyna się już rozlewać na inne branże. – Doszliśmy do takiego momentu, gdzie jest tylko frustracja, bunt i nieposłuszeństwo. Może się okazać, że faktycznie część biznesów otworzy się mimo obostrzeń – mówi Agata Wojtowicz, prezes Tatrzańskiej Izby Gospodarczej.
– Nastroje są coraz gorsze z dnia na dzień i z tygodnia na tydzień. Coraz więcej przedsiębiorców jest już na skraju wytrzymałości. Wielu z nich doszło do ściany, do takiego momentu, gdzie pozostaje tylko bezradność, frustracja, bunt i niemalże nieposłuszeństwo, bo nie ma już chyba innego rozwiązania – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agata Wojtowicz.
Coraz głośniejsze w regionie, ale też w innych częściach polskich gór, stają się więc głosy sprzeciwu lokalnych przedsiębiorców i ich zapowiedzi, że bez względu na przedłużające się obostrzenia otworzą swoje biznesy od 18 stycznia. Protest w tej sprawie zorganizowali w ostatnich dniach m.in. mieszkańcy Krynicy-Zdroju czy Zakopanego, Karpacz zapowiedział lokalne referendum w sprawie zniesienia ograniczeń sanitarnych.
Pogorszenie się nastrojów to efekt przedłużenia do końca stycznia restrykcji, spośród których najbardziej dotkliwe są zamknięcie hoteli, restauracji, stoków narciarskich i innych górskich atrakcji turystycznych. Cały ten rok dał się przedsiębiorcom turystycznym na Podhalu we znaki. Izba szacuje, że liczba turystów w całym roku była o ok. 40 proc. niższa niż w 2019 roku, a miesiące letnie dały tylko chwilowy oddech właścicielom hoteli, pensjonatów czy restauracji. Problem w tym, że największe ograniczenia przypadły na szczyt sezonu zimowego i ferie szkolne.
– To nie jest już tylko kryzys branży turystycznej, w miejscowościach o charakterze turystycznym na Podhalu mówimy o kryzysie wszystkich branż. Większość z nich żyje i funkcjonuje dzięki przyjazdom turystów. Faktycznie może się okazać, że może nie wszystkie, ale część biznesów się otworzy mimo zakazów – ocenia, prezes Tatrzańskiej Izby Gospodarczej.
Na rządowe wsparcie może liczyć tylko część przedsiębiorców. Zgodnie z założeniami tarczy 6.0. przysługuje ona tylko wybranym branżom, najbardziej dotkniętym kryzysem. Wyznacznikiem są kody PKD prowadzonej działalności, a to powoduje szereg problemów. Przykładowo od 16 grudnia o dodatkowe świadczenie postojowe mogą wystąpić osoby prowadzące pozarolniczą działalność gospodarczą oznaczoną, według Polskiej Klasyfikacji Działalności, kodem 55.10.Z (hotele i podobne obiekty zakwaterowania). Podmioty, które świadczą usługi zakwaterowania oparte na PKD 55.20.Z (inne obiekty noclegowe turystyczne i miejsca krótkotrwałego zakwaterowania), PKD 55.30 (pola kempingowe i pola namiotowe) czy PKD 68.20 (wynajem i zarządzanie nieruchomościami udostępnianym na usługi zakwaterowania) zostali praktycznie pozostawieni sami sobie.
– W wykazie firm, które mogły starać się o pomoc z tarczy 6.0, nie zakwalifikowano tych, które zajmują się krótkoterminowym wynajmem, gdzie indziej niesklasyfikowanym. To pokoje gościnne, których pod Tatrami jest naprawdę bardzo dużo. Czyli de facto można powiedzieć, że od lata ci ludzie nie mają żadnej pomocy i w tej chwili także żadnych perspektyw otrzymania jej w najbliższym czasie – mówi Agata Wojtowicz.
Tarcza Finansowa PFR 2.0 ma wesprzeć finansowo część branż. Wiadomo, że na pomoc mogą liczyć przedsiębiorcy prowadzący działalność na podstawie 55.20.Z, czyli obiekty noclegowe turystyczne i miejsca krótkotrwałego zakwaterowania. Co jednak istotne, jest to wsparcie dla firm, które zatrudniają co najmniej jednego pracownika. Większość górali, którzy oferują pokoje na wynajem, prowadzi jednoosobową działalność. Z tej pomocy nie skorzystają także m.in. przewodnicy czy piloci.
– Jeżeli jeszcze w ocenie rządu nie jesteśmy gotowi na to, aby w jakikolwiek sposób uwolnić gospodarkę, to musi pomyśleć o pomocy, która trafi do wszystkich firm bez względu na to, czy zatrudniają pracowników, czy nie. Nie można ludzi zostawić bez jakichkolwiek środków do życia. Nam de facto już jesienią skończyły się środki, które mieliśmy wypracowane zimą zeszłego roku – wskazuje prezes TIG. – Ludzie mają kredyty, leasingi. To są rzeczy, które trzeba co miesiąc spłacać. Sytuacja zarówno małych, jak i dużych firm jest coraz gorsza.
Samo zwolnienie z opłacania składek na ubezpieczenia społeczne i świadczenie postojowe to tylko kropla w morzu potrzeb. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że wciąż nie wiadomo, kiedy rząd zdecyduje się na odmrożenie branży turystycznej. Górale już jesienią przedstawili swoje propozycje, wypracowane z epidemiologami, częściowego otwierania działalności turystycznej – hotelarskiej i gastronomicznej.
– Przyrasta grupa osób, które zachorowały, są ozdrowieńcami, osób, które mają przeciwciała. Za chwilę będzie kolejna grupa osób zaszczepionych i na pewno tę część osób moglibyśmy przyjmować. Jesteśmy gotowi sprostać wszelkim wymaganiom reżimowym. Otwarcie gospodarki, nawet w pewnych ramach i w węższym zakresie, da chociaż malusieńki impuls dla tej gospodarki – przekonuje Agata Wojtowicz. – Jakiekolwiek, nawet niewielkie otwarcie i możliwość powrotu do pracy wydaje mi się najlepszym rozwiązaniem.
Jak podkreśla, problemem jest też brak dialogu z rządem, a wszystkie decyzje podejmowane są bez konsultacji. Przedłużanie obostrzeń bez wsparcia dla wszystkich przedsiębiorców może skończyć się ogromnym bezrobociem, a to może pociągnąć za sobą pogłębienie innych problemów społecznych.
– Oczekujemy od rządzących zwolnienia chociażby z płacenia ZUS-u, pomocy, która przynajmniej w jakimś stopniu ograniczy straty. De facto wszystkie środki pomocowe w tej chwili wiążą się z porównywaniem przychodów, a tak naprawdę każda działalność, nawet jednoosobowa, ma stałe koszty funkcjonowania. To źródło pomocy powinno być związane ze stratami, które ponosimy, z rekompensatą części tych strat. W przeciwnym razie oprócz niezadowolenia i buntu zaczną dochodzić coraz większe problemy społeczne – przestrzega prezes Tatrzańskiej Izby Gospodarczej.
Komisja Europejska zakontraktowała do tej pory w sumie 2,3 mld dawek szczepionek na COVID-19 od sześciu firm farmaceutycznych. Jeżeli rozmowy z dwoma kolejnymi zakończą się podpisaniem umów, ta liczba jeszcze wzrośnie. – UE już w tej chwili ma dużo więcej dawek, niż sama potrzebuje – mówi dyrektor Przedstawicielstwa KE w Polsce, dr Marek Prawda. Dostawy mają ruszyć w pełni w II kwartale br., ale niektóre kraje się niecierpliwią i prowadzą z producentami indywidualne rozmowy dotyczące zakupu dodatkowych szczepionek. Jak podkreśla ekspert, te negocjacje nie mogą w żaden sposób ograniczać wywiązywania się z dostaw w ramach unijnego programu.
Indywidualne negocjacje prowadziły m.in. Niemcy, które – według medialnych doniesień – miały rozmawiać z firmami BioNTech i Pfizer oraz CureVac w sprawie zakupu na własną rękę dodatkowych 50 mln szczepionek. Wzbudziło to duże kontrowersje na forum UE, ponieważ wcześniej wszystkie kraje zgodziły się, że nie będą samodzielnie negocjować z producentami, aby uniknąć rywalizacji o szczepionki.
– To, że prowadzone są rozmowy bilateralne, wynika z nerwowych reakcji w poszczególnych krajach. W Niemczech przetoczyła się debata typowa dla społeczeństwa bogatego, sytego i w związku z tym trochę niecierpliwego, że jak to możliwe, abyśmy w styczniu i lutym ciągle mieli do wykorzystania za mało szczepionek, skoro daliśmy na to najwięcej pieniędzy. Niemcy zapłaciły firmie BioNTech 375 mln euro, żeby mogła zwiększyć swoje zdolności wytwórcze. Rząd niemiecki jest oskarżany przez obywateli o nadmiar solidarności – mówi agencji Newseria Biznes dr Marek Prawda, dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce. – To jest typowe dla wszystkich nieracjonalnych debat w trudnych sytuacjach.
Komisja Europejska zaznacza, że wszystkie 27 państw UE zobowiązało się – wiążąco prawnie – wyłącznie do wspólnych negocjacji i zakupów szczepionek. Dwustronne, indywidualne umowy państw UE z producentami mogą być zrealizowane tylko po uprzednim wywiązaniu się z umów wynegocjowanych z Brukselą w ramach wspólnego mechanizmu zakupów.
– Rozmowy bilateralne, prowadzone przez niektóre kraje z producentami, nie mogą w żaden sposób ograniczać wywiązywania się z dostaw obiecanych w ramach unijnego programu – podkreśla ekspert. – Przyjdzie czas, że być może państwa członkowskie będą uzupełniały swoje dostawy, ale w tej chwili UE zakontraktowała ok. 2,3 mld szczepionek, które częściowo już są, a częściowo będą do nas spływać w kolejnych tygodniach i miesiącach. W związku z tym UE ma już w tej chwili dużo więcej dawek, niż sama potrzebuje. Zresztą wąskim gardłem nie są zamówienia, dlatego rozmowy bilateralne rządów z producentami nie są rozwiązaniem.
Jak podkreśla, większym problemem jest teraz konieczność zorganizowania całego procesu szczepień od strony logistycznej. Po zaaprobowaniu i dopuszczeniu kolejnych preparatów do użytku przez Europejską Agencję Leków trzeba będzie szybko rozprowadzić je po całej Europie i zorganizować punkty szczepień. Dlatego Komisja Europejska już w połowie października zleciła krajom członkowskim opracowanie krajowych strategii w tym zakresie.
– Za kilka czy kilkanaście tygodni tym wąskim gardłem będzie raczej to, czy będzie miał kto szczepić i to w bardzo szybkim tempie. Problem będzie leżał w wydolności systemów – mówi dyrektor Przedstawicielstwa KE w Polsce.
W tej chwili UE ma zakontraktowanych w sumie 2,3 mld dawek szczepionek od sześciu koncernów farmaceutycznych. Dostawy mają ruszyć w pełni w II kwartale br., co potwierdziła komisarz do spraw zdrowia Stella Kyriakides (po odbywającym się w tym tygodniu spotkaniu ministrów zdrowia 27 krajów UE).
– UE już latem zdecydowała się rozmawiać z tymi producentami, których oferty wydawały się najlepsze i najbardziej prawdopodobne. Ale nikt nie wiedział, który z oferentów będzie pierwszy, a kto będzie potrzebował więcej czasu. Dziś już wiemy, że wszystkie konie, na które postawiła UE, szybko biegną do mety, niektóre już dobiegły, a inne zrobią to w najbliższych tygodniach, jak np. AstraZeneca, której szczepionka 29 stycznia ma zostać warunkowo dopuszczona w UE – mówi dr Marek Prawda.
Jak podkreśla, wspólny unijny program zamówień to najbezpieczniejsze i najlepsze rozwiązanie, jakie UE mogła przyjąć. Co więcej, jest to pierwsze takie przedsięwzięcie w historii wspólnoty.
– Nigdy dotąd nie było tak, żebyśmy wspólnie uzgodnili portfolio towaru, który kupujemy, że będziemy w tej kwestii współpracować, wymieniać się informacjami i robić wszystko, żeby zwiększyć zdolności produkcyjne firm, a przede wszystkim, co trzeba podkreślić, żeby zapewnić równy i sprawiedliwy podział dla bogatych i biednych, małych i dużych. W wyniku tej decyzji o wspólnym zakupie wszyscy są w takiej samej sytuacji i nikt nie zostanie pozostawiony z tyłu – podkreśla dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce.
Pierwszą szczepionką na COVID-19 dopuszczoną do użytku w UE był preparat opracowany przez firmy Pfizer i BioNTech. 21 grudnia został zaaprobowany przez Komisję Europejską i trafił na rynek pod marką Comirnaty. Akcja szczepień w większości krajów UE ruszyła pod koniec grudnia. Początkowo KE zakontraktowała 300 mln dawek szczepionki Pfizera, ale w ubiegłym tygodniu poinformowała o wynegocjowaniu dodatkowych 300 mln, które będą dostarczane od II kwartału br.
Dopuszczony do użytku w UE został także preparat Moderny, zaaprobowany przez KE 6 stycznia. Unia ma zakontraktowane w sumie 160 mln dawek, które będą dostarczane w kolejnych miesiącach.
12 stycznia Europejska Agencja Leków otrzymała też wniosek o dopuszczenie do obrotu szczepionki firmy AstraZeneca (UE ma umowę na ponad 400 mln dawek). Zajmie się nim pod koniec stycznia, co oznacza, że dostawy ruszyłyby już w lutym. Wtedy planowane jest również dopuszczenie do użytku w UE czwartej szczepionki firmy Janssen Pharmaceutica, należącej do koncernu Johnson & Johnson, której dostawy ruszyłyby w kwietniu.
– UE zamówiła 400 mln dawek szczepionki Astra Zeneca i większa część z nich ma popłynąć do nas już w lutym. Jeżeli kolejny producent – CureVac, u którego zakupiliśmy 405 mln dawek – też będzie dostępny za kilkanaście tygodni, przy czym te szczepionki są już produkowane, nastąpi radykalne przyspieszenie. To znaczy, że od strony zamówień zrobiono wszystko, co można było zrobić – podkreśla Marek Prawda.
12 stycznia Komisja Europejska zakończyła także wstępne rozmowy z firmą Valneva dotyczące zakupu opracowanej przez nią szczepionki. Umowa ma objąć 30 mln dawek z opcją dokupienia dodatkowych 30 mln na późniejszym etapie.
Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy gotowa do 29. finału, nietypowego ze względu na pandemię i obowiązujące obostrzenia. Tegoroczna akcja charytatywna to już blisko 8 tys. puszek stacjonarnych, 12 tys. eSkarbonek, prawie 1,4 tys. sztabów oraz rzesza wolontariuszy. – Liczymy się z tym, że w czasie pandemii zebranych pieniędzy może być dużo mniej. Ale zbiórka już trwa i o dziwo jednego dnia potrafi przybyć na naszym koncie ponad milion złotych. W tych czasach to nieprawdopodobna suma – mówi Jurek Owsiak, pomysłodawca i prezes Fundacji WOŚP. Finał rozpocznie się w sobotę 30 stycznia wieczorem.
– Pandemiczna rzeczywistość wiele zmieniła, dlatego działamy głównie online’owo, ale nie rezygnujemy z tradycyjnego finału. Wzorem ostatnich kilku lat na placu Defilad budujemy ogromne studio, centrum świata, gdzie zgromadzą się muzycy i goście oraz osoby pracujące przy finale. Ze względów pandemicznych nie będzie publiczności, ale w całej Polsce będą zorganizowane sztaby orkiestry. Gramy także w wielu państwach na wszystkich kontynentach, zdołaliśmy się połączyć nawet z naszą bazą polarników w Norwegii – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jurek Owsiak.
Jak wyjaśnia, organizacja tegorocznego finału przebiega pod znakiem restrykcji epidemiologicznych. Opiera się na przepisach sanitarnych, które weszły w życie pod koniec grudnia, a które zostały stworzone dla Telewizji Polskiej i organizowanego przez nią Sylwestra Marzeń z Dwójką.
– Są one zupełnie wystarczające, aby zorganizować sztaby WOŚP i zachowując wszystkie restrykcje, przeprowadzić finał. Sanepid ocenił nasze przygotowania bardzo dobrze. Wszystkie osoby pracujące w warszawskim centrum będą miały każdego dnia wykonywane szybkie testy na COVID-19. Specjalne wejście uniemożliwi osobie z wynikiem pozytywnym kontakt z innymi, co wyeliminuje ryzyko zarażenia. Wszyscy wolontariusze otrzymali już maseczki, a sztaby dysponują płynami do dezynfekcji i zapewniają rękawiczki. Zgodnie ze wskazaniami lekarzy zalecamy, aby nie przylepiać serduszka, tylko podać je do ręki. W tym roku wydrukowaliśmy ich 35 mln – wymienia założyciel i prezes Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
Początkowo finał był zaplanowany na 10 stycznia, został jednak przesunięty ze względu na ograniczenia, które wprowadzono od 28 grudnia do 17 stycznia. Rząd zdecydował się je wydłużyć do końca miesiąca, jednak nowy termin finału pozostał w mocy.
– Jesteśmy przygotowani do finału. Byliśmy gotowi już na 10 stycznia i już tylko odliczamy dni. Współpracujemy nadal z naszym operatorem telewizyjnym, czyli TVN, TTV, TVN24, ale także z portalami internetowymi. Będzie można nas zobaczyć o każdej porze dnia i nocy, ponieważ zaczynamy finał już w sobotę, 30 stycznia, o godzinie 21:00 i gramy całą noc poprzedzającą, od godziny 8:00 już będziemy wszyscy w studiu. Scenariusz transmisji jak zawsze będzie pisało życie – będziemy próbowali łączyć się ze sztabami i informować, co w trawie piszczy – zapowiada twórca WOŚP.
Każdy, kto chce wesprzeć orkiestrę, może to zrobić na wiele sposobów, także nie wychodząc z domu. Poza tradycyjną kwestą na ulicach zbiórka jeszcze prężniej niż rok temu działa w internecie. Od 15 grudnia powstało już prawie 12 tys. eSkarbonek, a kolejnych wciąż przybywa (w ubiegłym roku było ich 1,5 tys.). Na prawie 110 tys. aukcji na Allegro, które też rozpoczęły się wcześniej, zebrano już ponad 4,3 mln zł.
Ogółem na cele 29. Finału WOŚP zgromadzono do 14 stycznia ponad 10,4 mln zł. Twórca Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy przyznaje, że pandemia może wpłynąć na hojność Polaków i wynik zbiórki będzie skromniejszy niż w poprzednich latach. Ostatni finał przyniósł ponad 186 mln zł, a to suma, którą trudno będzie pobić.
– Ludzie tracą pracę, biznesy oraz zasoby finansowe, które były często zabezpieczeniem ciągłości biznesu. Te zasoby się skurczyły albo w ogóle skończyły. W związku z tym liczymy się z tym, że pieniędzy zebranych podczas finału może być dużo mniej. Ile ostatecznie znajdzie się na koncie WOŚP w dniu finału? Nawet nie próbujemy przewidywać. To dla nas może być dużym zaskoczeniem – dodaje Jurek Owsiak. – Mamy ogromny szacunek dla każdego grosika, który ludzie wrzucają do puszek.
Cel zbiórki podczas 29. Finału WOŚP to wsparcie dziecięcej laryngologii, otolaryngologii i diagnostyki głowy – taki sam jak 13 lat temu. Sprzęt medyczny, który został wtedy zakupiony, jest już zużyty i przestarzały, dlatego szpitale ponownie wymagają dofinansowania. Wsparcie otrzyma ponad 80 oddziałów w szpitalach w całej Polsce. Pieniądze trafią na zakup takich sprzętów jak zestawy endoskopów laryngologicznych, endoskopy giętkie, egzoskopy, lasery diodowe, koblatory do operacji migdałków, aparaty USG i RTG itp.
– Na ten cel już teraz zbieramy pieniądze, ale fundacja prowadzi także ogólnonarodowe programy medyczne, w tym najbardziej znany – badania przesiewowe słuchu, a także program intensywnej terapii noworodka, wspomagania oddechu, czyli zakup respiratorów, które wykorzystują najnowocześniejsze technologie i nie są inwazyjne. Ponadto wspieramy wczesną diagnostykę onkologiczną czy chociażby reumatologię, którą dostosowaliśmy do światowego standardu, także leczenie dzieci chorych na reumatyzm – wymienia prezes Fundacji WOŚP. – Jeżeli jest potrzeba, to te pieniądze możemy przeznaczyć na cele ad hoc. Przykładowo w czasie pandemii ponad 70 mln zł wydaliśmy na zakup urządzeń medycznych i artykułów medycznych potrzebnych szpitalom.
W tym roku już po raz 15. odbędzie się także bieg „Policz się z cukrzycą”, z którego dochód będzie przeznaczony na zakup pomp insulinowych dla kobiet w ciąży chorujących na cukrzycę typu 1. Tym razem nie będzie to jednak bieg masowy, ale wirtualny, czyli uczestnicy, którzy zakupią pakiety, sami wyznaczą sobie trasę na dystansie 5 km i samodzielnie też ją pokonają. Zainteresowanie wirtualnym biegiem przerosło oczekiwania organizatorów – 10 tys. pakietów szybko się rozeszło, ale zapowiadane są kolejne (w zeszłym roku wystartowało 7 tys. biegaczy). Wśród uczestników są także biegacze z innych państw w Europie, Azji czy nawet Oceanii.
– Jesteśmy w blokach startowych. Nic nas nie zaskoczy. Tegoroczny 29. Finał WOŚP będzie trochę inny, ale jest w nas bardzo dużo energii do działania – podsumowuje Jurek Owsiak.
Tylko w Polsce od początku pandemii koronawirusa przeprowadzono blisko 8 mln testów. Początkowo popularnością cieszyły się zwłaszcza testy PCR, które potwierdzają lub wykluczają chorobę COVID-19. Obecnie, podczas drugiej fali, częściej wykonywane są testy na przeciwciała, które pozwalają określić, czy dana osoba przeszła już chorobę. Na rynku pojawiają się kolejne, superszybkie testy, które wykrywają koronawirusa w ciągu kilku minut, jednak mają mniejszą wiarygodność niż testy PCR. W Polsce można wykonać tzw. ultraekspresy, czyli test molekularny RT-PCR, który wyniki podaje do trzech godzin po badaniu.
– Kiedy zaczynała się pandemia, PCR-y były wiodącymi testami. Obecnie, kiedy pandemia jest już z nami jakiś czas, testy na przeciwciała zaczynają wychodzić na prowadzenie. Ludzie, którzy przechorowali i mieli objawy, a nie poszli z tym do lekarza, oraz ci, którzy nie mieli tych objawów, a chcą się sprawdzić, w tej chwili zaczynają wykonywać te testy na przeciwciała – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jakub Strzelczyk, prezes Zdrowegeny.pl.
Światowa Organizacja Zdrowia podkreśla, że testy wykrywające zakażenie SARS-CoV-2 są jednym z podstawowych narzędzi w walce z pandemią. Zgodnie z danymi resortu zdrowia w Polsce dotychczas wykonano blisko 8 mln testów, przy czym ok. 1,4 mln okazało się pozytywnych.
WHO ocenia, że skuteczne strategie testowania opierają się na różnych typach testów, które można stosować w różnych ustawieniach i sytuacjach. Testy molekularne zaczęły być wdrażane w ciągu miesiąca od zsekwencjonowania wirusa, mają głównie charakter laboratoryjny, wymagają odpowiedniej infrastruktury i przeszkolonego personelu. Taki rodzaj testów wykorzystuje odwrócenie transkryptazy (enzymu kopiującego informację DNA do RNA) w reakcji łańcuchowej polimerazy w czasie rzeczywistym (RT-PCR) oraz strategie hybrydyzacji kwasów nukleinowych do identyfikowania RNA wirusa.
– Skuteczność badań PCR jest w tej chwili w granicach 99,6 proc., czyli to są bardzo dokładne testy. Rzeczywiście pokazują stan bieżący, czyli to, czy ktoś ma, czy nie ma koronawirusa w swoim organizmie – podkreśla Jakub Strzelczyk.
Coraz popularniejsze stają się testy antygenowe, które wskazują, czy dana osoba przechodziła już COVID-19. To lokalna współpraca umożliwiła opracowanie i wdrożenie pierwszego Ag-RDT (z ang. antigen rapid diagnostic test) zatwierdzonego przez WHO w ciągu ośmiu miesięcy od pierwszej identyfikacji wirusa. Dla porównania opracowanie pierwszego RDT dla HIV zajęło prawie pięć lat. Kilka innych antygenów RDT dla COVID-19 jest obecnie testowanych.
– Testy na przeciwciała są wykonywane w dwóch klasach: IgG/IgM. To podstawowe klasy, gdzie badamy poziom przeciwciał we krwi i daje nam to obraz tego, czy ta choroba była świeża, jeżeli była w ogóle, czy też już jesteśmy po tej chorobie i te przeciwciała się utrzymują – tłumaczy ekspert.
Testy na przeciwciała są skuteczne niemal w 99 proc. Jak jednak przekonują specjaliści, możliwe są opóźnienia w wytwarzaniu przeciwciał sięgające nawet kilku tygodni po narażeniu danej osoby na kontakt z wirusem.
– Dzisiaj standardowy czas testu PCR jest w granicach do 24 godzin, a testów antygenowych – do 12 godzin. Obydwa testy są dopuszczone przez Ministerstwo Zdrowia i są wpisane jako testy rekomendowane do sprawdzenia zakażeń koronawirusem – zaznacza Jakub Strzelczyk.
Na rynku pojawiają się superszybkie testy, które obiecują wyniki w zaledwie kilka minut. Niedawno naukowcy opracowali elektrochemiczny czujnik stworzony z zastosowaniem papieru pokrytego grafenem, który wykrywa obecność wirusa w mniej niż pięć minut. Inne testy kasetkowe również pozwalają uzyskać wynik w kilka minut, jednak ich wiarygodność jest znacznie mniejsza niż testów PCR i antygenowych. W Polsce można wykonać np. badanie molekularne RT-PCR. Szybsze niż standardowe testy, a przy tym równie skuteczne.
– Mamy w swojej ofercie superszybkie testy, tzw. ultraekspresy. To test molekularny RT-PCR wykonywany na specjalnych aparatach, na specjalnych odczynnikach, i jego czas wynosi do trzech godzin roboczych, czyli rzeczywiście bardzo szybko – ocenia prezes Zdrowegeny.pl.
Choć większość świata zwolniła w 2020 roku w związku z pandemią, przemysł kosmiczny ruszył do przodu. Para astronautów po raz pierwszy wystartowała na orbitę prywatnym statkiem kosmicznym, na Marsa ruszyły trzy oddzielne misje, a setki milionów kilometrów od Ziemi robot przechwycił największą próbkę asteroidy w historii. Jednocześnie wiele firm z sektora kosmicznego boryka się z problemami, zwłaszcza małe i średnie przedsiębiorstwa, które na ogół stanowią większość podmiotów komercyjnych. Tymczasem jakiekolwiek opóźnienia w dostarczaniu materiałów oznaczają albo ogromny wzrost kosztów, albo konieczność rezygnacji z misji.
Chociaż wydaje się, że wiele firm z sektora kosmicznego radzi sobie z obecnym kryzysem COVID-19, znaczna liczba boryka się z problemami. Dotyczy to zwłaszcza małych i średnich przedsiębiorstw, które stanowią większość podmiotów komercyjnych. Pojawiają się coraz większe obawy o średnio- i długoterminowe skutki kryzysu – nie tylko dla budżetów, ale też powodzenia misji.
– Początek 2021 roku, kiedy muszą być sfinalizowane dwa–trzy duże urządzenia dla dwóch poważnych misji, to może być problem i to nie tylko dla mojej instytucji, ale również dla przemysłu, z którym współpracujemy – mówi agencji Newseria Innowacje dr hab. Piotr Orleański, kierownik Laboratorium Satelitarnych Aplikacji Układów FPGA, Centrum Badań Kosmicznych PAN. – Jak na razie udawało nam się dotrzymać terminów z drobnymi opóźnieniami albo z drobnymi komplikacjami wynikającymi z izolacji części personelu ze względu na kwarantannę.
Ocenia się jednak, że branża kosmiczna w mniejszym stopniu niż inne odczuła skutki pandemii koronawirusa. W listopadzie wystartowała misja NASA SpaceX Crew-1 na Międzynarodową Stację Kosmiczną, po certyfikacji systemu przez program załogi komercyjnej NASA. Misja jest pierwszą z serii regularnych, rotacyjnych lotów z astronautami na orbitę. W październiku powiodła się amerykańska misja pobrania próbki asteroidy – NASA OSIRIS-REx pobrała próbkę z asteroidy Bennu, powrót zaplanowano na 2023 rok. Agencja poczyniła też znaczne postępy w kierunku pierwszego testu w locie bez załogi SLS i statku kosmicznego Orion. Za pomocą rakiety SLS możliwa ma być misja powrotu załogowego na Księżyc.
W 2020 roku wystartowały też trzy misje na Marsa, a wśród nich znalazł się duży łazik amerykański – Perseverance. Rok 2021 zapowiada się równie pracowicie, choć pandemia część projektów opóźnia.
– ESA dopuszcza pewne opóźnienia, bo oni też liczą się z tym, że pewnych rzeczy nie będzie można zrobić. Przy współpracy z NASA co tydzień musimy składać raporty z sytuacji COVID-owej w zespole. To pewien standard, który oni zbierają od wszystkich instytucji zaangażowanych w eksperyment i mają obowiązek się do tego jakoś odnieść. Już wiemy, że np. pewne przeglądy, które w projekcie zawsze następują, są przesuwane o kilka tygodni czy dwa miesiące ze względu na to, że nie wszystkie rzeczy można zrobić na czas – tłumaczy dr hab. Piotr Orleański.
Na 2021 rok zaplanowano kilka istotnych misji. Po wieloletnich opóźnieniach ma zostać wyniesiony Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba, czyli następca Kosmicznego Teleskopu Hubble’a. Ma on pozwolić na zbadanie wczesnego Wszechświata i atmosfery odległych egzoplanet. W listopadzie ma ruszyć pierwsza misja księżycowej rakiety SLS i statku Orion. To najważniejszy test przed pierwszym od dawna lotem załogowym w okolice Księżyca.
Nie mniej istotna, zwłaszcza dla przyszłego bezpieczeństwa Ziemi, jest misja NASA DART. Statek ma uderzyć w księżyc planetoidy Didymos, na skutek czego jego prędkość ma zmienić się o ułamek milimetra na sekundę. Jeśli misja się powiedzie, w przyszłości będzie można zmieniać trajektorię planetoidy zagrażającej Ziemi.
Wciąż jednak nie wiadomo, czy wszystkie misje uda się zrealizować. Wszystko zależy od rozwoju pandemii.
– Musimy liczyć się z tym, że jakiekolwiek opóźnienia związane np. z pandemią będą w sposób automatyczny zamieniały się na olbrzymie dodatkowe koszty, które będzie trzeba ponieść, albo np. na rezygnację z misji, bo upływa termin wystrzelenia, a koniunkcja planet czy układ możliwości dolecenia do danego miejsca w kosmosie nam ucieka – mówi ekspert Centrum Badań Kosmicznych PAN.
Instytucje naukowe, choć liczą się z opóźnieniami, pracują w pełnym reżimie sanitarnym.
– Na razie jesteśmy w stanie większości terminów dotrzymywać i większości zagrożeń wynikających z pandemii w jakiś sposób przeciwdziałać. Clean room, w którym odbywa się większość operacji z urządzeniami lotnymi, które lecą w kosmos, jest bardzo dobrym przeciwdziałaniem przeciwko pandemii – wskazuje dr hab. Piotr Orleański.
Co przyniesie 2021 rok? Wiele gospodarek może doświadczyć silnego odbicia napędzanego przez duży, wcześniej stłumiony przez COVID-19 popyt konsumencki. Potencjał konkretnych walut będzie zaś uzależniony od tempa szczepień w poszczególnych państwach. Poniżej przedstawiamy nasze główne oczekiwania: zarówno w kontekście konsekwencji dalszej walki z pandemią na świecie, jak i nowego politycznego otwarcia w USA.
Rok 2020 dla rynków finansowych był bezprecedensowy. Pod koniec lutego, kiedy koronawirus zaczął błyskawicznie rozprzestrzeniać się poza Chinami, inwestorzy na rynku walutowym wpadli w panikę. Gwałtownie wzrosła aktywność na rynku i jego zmienność. Inwestorzy sprzedawali aktywa ryzykowne, skupując za to te bezpieczne, szczególnie dolara amerykańskiego. Indeks USD w połowie marca wzrósł do najwyższego poziomu od ponad trzech lat, a kluczowe indeksy odzwierciedlające zachowanie walut emerging markets (EM) w pewnym momencie znalazły się 7–15% niżej niż na początku roku (Wykres 1). Indeksy akcji runęły (indeks S&P 500 stracił ok. 1/3 swojej wartości na przestrzeni miesiąca), w dół skierowały się również ceny surowców. Przewodziła im ropa naftowa, której cena (kontraktów futures) w pewnym momencie spadła poniżej zera po raz pierwszy w historii.
Wykres 1: Indeksy walut EM MSCI i JPM (styczeń ‘20 – styczeń ‘21)
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 13/01/2021
Od szczytu wyprzedaży (19 marca ub.r.) sentyment do ryzyka stopniowo poprawiał się. Kolejne dziewięć miesięcy 2020 roku w znacznej mierze charakteryzowało się handlem w trybie „risk on”. Rynki uspokoiła masowa odpowiedź fiskalna ze strony rządów i wsparcie banków centralnych. Na początku kryzysu władze na całym świecie zobowiązały się do wprowadzenia ogromnych programów mających na celu wsparcie przedsiębiorstw i obywateli, szczególnie przez utrzymanie miejsc pracy i wsparcie dla bezrobotnych. Banki centralne z kolei obniżyły stopy procentowe do rekordowych poziomów, skupując jednocześnie ogromne ilości aktywów w ramach luzowania ilościowego. Niektóre – tak jak Rezerwa Federalna – przywróciły programy skupu aktywów znane z czasów poprzedniego kryzysu finansowego, podczas gdy inne – takie jak Bank Rezerwy Australii – po raz pierwszy zdecydowały się na taki krok.
W ostatnich kilku tygodniach 2020 roku inwestorzy nadal faworyzowali aktywa ryzykowne, przymykając oko na drugą falę zakażeń, która przetoczyła się przez większość krajów rozwiniętych. Uczestnicy rynku pozytywnie zareagowali na listopadowe zwycięstwo Joe Bidena w wyborach prezydenckich w USA, a potem na wieści o postępach we wprowadzaniu do użycia szczepionek na COVID-19. Trzy kluczowe: od Pfizer, Moderny oraz AstraZeneca wywołały silną odpowiedź immunologiczną w końcowej fazie testów. Wielka Brytania rozpoczęła masowe szczepienia z wykorzystaniem szczepionki Pfizer i BioNTech 8 grudnia, a szczepienia z użyciem preparatu Uniwersytetu Oksfordzkiego i AstraZeneca zaczęły się na początku stycznia br. Szczepienia rozpoczęto również w USA. Unia Europejska zatwierdziła szczepionkę od Pfizer tuż przed świętami, budząc nadzieje na powrót do stanu bliskiego gospodarczej normalności do połowy 2021 roku. Optymizm ten sprawił, że inwestorzy na rynku walutowym porzucili waluty bezpieczne – dolar amerykański utracił wszystkie zyski, jakie skumulował od początku ubiegłego roku i obecnie znajduje się w pobliżu trzyletnich minimów (Wykres 2).
Wykres 2: Indeks USD (styczeń ‘20 – styczeń ‘21)
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 13/01/2021
Tymczasem wyjątkowo dobrze od szczytu kryzysu radziły sobie te waluty G10, z którymi rynek wiąże większe ryzyko, takie jak dolar australijski (AUD) i korona szwedzka (SEK).
Większość walut emerging markets również doświadczyła silnego odbicia. Kluczowe indeksy opisujące ich zachowanie, od MSCI i JP Morgan, obecnie znajdują się na wielomiesięcznych szczytach, jednak ten ostatni nadal pozostaje poniżej poziomów sprzed pandemii. Najlepiej radziły sobie waluty Azji, gdzie skala infekcji była relatywnie niska, w tym juan chiński (CNY), który zachowuje się coraz bardziej jak waluta G10. Niemniej jest też kilka wyjątków, szczególnie lira turecka (TRY) i real brazylijski (BRL), które na przestrzeni roku straciły ponad 20% (Wykres 3).
Wykres 3: FX Performance Tracker dla wybranych walut (01/01/20 – 31/12/20)
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 06/01/2021
Jaki może być wpływ pandemii COVID-19 na rynki w 2021 roku?
Pandemia COVID-19 miała, oczywiście, ogromny wpływ na rynki finansowe i globalną gospodarkę w 2020 roku. Wieści, że trzy z kluczowych szczepionek są w trakcie procesu zatwierdzania przez regulatorów lub dystrybucji w niektórych krajach rozwiniętych, zwiększyły apetyt na ryzyko i wywołały nadzieje na powrót do normalności do połowy 2021 roku.
Z trzech opracowanych szczepionek te Pfizer i BioNTech oraz Moderny, czyli oparte o mRNA, okazały się wysoce efektywne w wywoływaniu reakcji immunologicznej w trakcie testów, jednak obie są stosunkowo drogie, kosztują bowiem odpowiednio 20 i 33 euro za dawkę. Szczepionka Pfizer wymaga dodatkowo przechowywania w temperaturze -70 stopni Celsjusza, co stwarza pewne problemy logistyczne. Szczepionka Uniwersytetu Oksfordzkiego i AstraZeneca, czyli tzw. szczepionka wektorowa, jest nieco mniej efektywna, jednak znacznie tańsza i łatwiejsza w przechowywaniu.
Producent
Efektywność
Temperatura składowania
Cena dawki
Pfizer i BioNTech
95%
-70°C
20 euro
Moderna
94%
-20°C
33 euro
Uniwersytet Oksfordzki i AstraZeneca
62-90%
+2–8°C
4 euro
Którym walutom wprowadzenie szczepionek może przynieść największe korzyści?
Jak dotąd ruchy, jakie obserwowaliśmy na rynku walutowym po informacjach o odkryciu kolejnych szczepionek, w znacznej mierze dotyczyły jego jako całości. Okres ten charakteryzował się wzrostami cen aktywów ryzykownych i wyprzedażą aktywów safe haven. Wchodząc w 2021 rok sądzimy jednak, że ruchy te mogą stać się coraz bardziej zindywidualizowane. A waluty tych krajów, w których dystrybucja szczepionek przebiega najszybciej, mogą stać się tymi faworyzowanymi przez inwestorów. Sądzimy, że w tym kontekście najlepiej powinny poradzić sobie waluty państw, które:
Zamówiły największą liczbę dawek szczepionki na osobę u kilku dostawców.
Posiadają infrastrukturę i procesy umożliwiające szybką masową dystrybucję szczepionek.
Odniosły największe straty gospodarcze ze względu na pandemię w związku z:
Wysokim wskaźnikiem infekcji i liczbą zgonów.
Najbardziej restrykcyjnymi obostrzeniami.
Zgodnie z danymi Bloomberga, jak dotąd największą liczbę dawek szczepionek w relacji do populacji spośród wszystkich krajów czy też stref gospodarczych zamówiła Kanada (ponad 8 na osobę). Drugie i trzecie miejsce w tym zestawieniu zajmują Wielka Brytania (5,9) i Australia (5,5). Zjednoczone Królestwo było przy tym pierwszym państwem na świecie, które zdecydowało się rozpocząć masowe szczepienia na początku grudnia. Nie jest zaskoczeniem, że kraje emerging markets zamówiły szczepionek znacznie mniej, w większości przypadków mniej niż jedną dawkę na osobę. Naszym zdaniem w części tłumaczy to fakt względnie ograniczonego umocnienia walut rynków wschodzących w związku z informacjami dotyczącymi szczepionek.
Wykres 4: Przybliżona liczba zamówień dawek szczepionki przeciw COVID-19 (na osobę)
Źródło: Bloomberg/The Economist Data: 06/01/2021
Sądzimy też, że gospodarki państw, w których wprowadzono najbardziej restrykcyjne obostrzenia, powinny doświadczyć silniejszych wzrostów po tym, jak te zostaną zniesione. Kraje takie jak USA, Kanada, Meksyk, Wielka Brytania i kraje strefy euro od początku kryzysu doświadczyły jednych z najsurowszych restrykcji zgodnie z indeksem restrykcyjności reakcji rządu na COVID-19 Uniwersytetu Oksfordzkiego (COVID-19 government response stringency index, Wykres 5).
Wykres 5: Indeks restrykcyjności reakcji rządu na COVID-19 – wybrane kraje o wysokiej restrykcyjności (styczeń ‘20 – styczeń ‘21)
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 13/01/2021
Z drugiej strony, kraje takie jak Australia, Nowa Zelandia, Japonia i Szwajcaria były w stanie w znacznie większym stopniu otworzyć gospodarki (Wykres 6). Dlatego spodziewamy się, że wpływ masowych szczepień na ich waluty będzie mniejszy.
Wykres 6: Indeks restrykcyjności reakcji rządu na COVID-19 – wybrane kraje o niższej restrykcyjności (styczeń ‘20 – styczeń ‘21)
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 13/01/2021
Jak globalna gospodarka może radzić sobie w 2021 roku?
2020 był rokiem bezprecedensowym nie tylko dla rynków finansowych, lecz także dla globalnej gospodarki. Po rekordowych spadkach PKB odnotowanych w drugim kwartale, w trzecim w niektórych nastąpiły rekordowe wzrosty. O ile wygląda na to, że ponowne wdrożenie restrykcji w czwartym kwartale również negatywnie wpłynęło na gospodarkę, o tyle jednak jesteśmy optymistycznie nastawieni do odbicia gospodarek w 2021, ze względu na:
Masowe szczepienia w I połowie 2021 roku. Sądzimy, że po zaszczepieniu wysokiego odsetka osób najbardziej narażonych i uzyskaniu przez nie odporności może nastąpić szybkie (do wiosny) wycofywanie restrykcji. Naszym zdaniem może to wywołać znaczący wzrost aktywności gospodarczej od II kwartału nowego roku.
Polityka fiskalna i pieniężna pozostanie wysoce akomodacyjna. Rządy na całym świecie zobowiązały się do wsparcia fiskalnego przez większą część 2021 albo cały rok. Również kluczowe banki centralne planują pozostawić stopy procentowe na rekordowo niskich poziomach w przewidywalnej przyszłości. Wiele z nich nie wyklucza dalszego rozszerzenia programów skupu aktywów w tym roku.
Duży stłumiony popyt konsumencki związany z odpornością rynków pracy i ograniczonymi możliwościami wydawania pieniędzy w trakcie pandemii. Jest to jeden z kluczowych powodów, ze względu na który – w kontekście roku 2021 – jesteśmy bardziej optymistyczni niż rynkowy konsensus. Sądzimy, że wiele gospodarek będzie w stanie doświadczyć większego odbicia, niż obecnie oczekują banki centralne.
Czego spodziewać się po prezydenturze Bidena?
Tak jak sądziliśmy, zwycięstwo Joe Bidena w listopadowych wyborach prezydenckich wzmocniło sentyment względem aktywów ryzykownych i negatywnie wpłynęło na amerykańską walutę. Uważamy, że zwycięstwo Bidena nie tylko zwiększa szanse na większą stymulację fiskalną w USA w nowym roku, lecz także doprowadzi do mniejszego protekcjonizmu niż ten z czasów administracji Trumpa. A to również kwestia pozytywna dla sentymentu do ryzyka.
Istotną informacją w kontekście jego prezydentury jest to, że wbrew naszym i rynkowym oczekiwaniom Demokraci zwyciężyli w prawyborach do Senatu w Georgii. Dodatkowe dwa miejsca dają im większość w wyższej izbie Kongresu. Również Izba Reprezentantów jest przez nich kontrolowana. Powinno to ułatwić Bidenowi przyjęcie znaczącego pakietu fiskalnego w celu wsparcia amerykańskiej gospodarki przez pozostały okres pandemii.
Taki scenariusz w naszej ocenie jest pozytywny dla aktywów uznawanych za bardziej ryzykowne (w tym walut emerging markets) i negatywny dla dolara, niemniej perspektywy łagodniejszej polityki fiskalnej, a tym samym wzrostu potrzeb pożyczkowych USA przełożyły się na wzrost rentowności amerykańskich obligacji, co nieco wzmocniło dolara amerykańskiego.
Jak może wyglądać rynek walutowy w 2021 roku?
Sądzimy, że warunki makroekonomiczne i dotyczące polityki pieniężnej będą sprzyjać dalszym wzrostom cen aktywów ryzykownych w 2021 roku. Z optymizmem patrzymy na perspektywy światowej gospodarki i sądzimy, że masowa dystrybucja szczepionek na COVID-19 w pierwszej połowie roku powinna pozwolić na szybsze wycofywanie obostrzeń, niż naszym zdaniem obecnie wycenia rynek. Uważamy, że wiele z restrykcji, wciąż obowiązujących w krajach rozwiniętych może zostać zniesione. Naszym zdaniem może to być źródłem silnego wzrostu aktywności gospodarczej w drugim kwartale i pozwolić globalnej gospodarce w 2021 roku na szybszy wzrost, niż obecnie zakłada rynek. Wykrycie bardziej zaraźliwych szczepów koronawirusa stanowi jednak istotne ryzyko i może nieco opóźniać łagodzenie obostrzeń.
Oczekujemy dalszej wyprzedaży dolara amerykańskiego w relacji do większości głównych walut w 2021 roku i szerokich wzrostów walut emerging markets. Tak jak wyglądało to na początku kryzysu, sądzimy, że wyniki poszczególnych walut w krótkim okresie będą zależały od tego, jak władze poradzą sobie z rozprzestrzenianiem się wirusa oraz od długości i restrykcyjności wdrożonych obostrzeń. Sądzimy, że w średnim terminie inwestorzy ponownie skupią się na fundamentach makroekonomicznych oraz oczywiście na tym, jak efektywnie dany kraj radzi sobie z procesem szczepienia populacji.
Na podstawie wymienionych wyżej kryteriów 6 stycznia stworzyliśmy rankingi, które wskazują kraje (a tym samym waluty) które naszym zdaniem mogą najbardziej skorzystać na masowych szczepieniach w 2021 roku. W przypadku krajów emitujących waluty należące do grupy G10 nasz ranking opiera się zarówno na liczbie zamówionych dawek szczepionek na mieszkańca, jak i rygorystyczności reakcji rządu na pandemię. Dla grupy wybranych dziesięciu krajów-emitentów walut emerging markets ranking został rozszerzony, aby uwzględniać również krajowe fundamenty makroekonomiczne i jakość infrastruktury. To ostatnie, naszym zdaniem daje przybliżony szacunek tego jak skuteczne będą kraje w masowej dystrybucji szczepionek, zwłaszcza tych, które wymagają przechowywania w bardzo niskiej temperaturze.
G10: bilans istotności szczepionek na COVID-19
G10
Ranking zamówień szczepionki na COVID-19
Zamówione dawki szczepionki na mieszkańca*
Ranking restrykcji COVID-19
Średnia indeksu restrykcyjności reakcji rządu na COVID-19^
RANKING OGÓLNY
Wielka Brytania
2
5,9
1
67,3
1
Kanada
1
8,2
4
63,5
2
Strefa euro
=4
3,3
3
64,5**
3
Australia
3
5,4
5
63,2
4
USA
7
2,8
2
66,7
5
Szwecja
=4
3,3
6
57,6
6
Nowa Zelandia
6
3
9
40,1
7
Szwajcaria
9
1,9
7
50,5
8
Japonia
8
2,4
10
38,2
=9
Norwegia
10
1,4
8
48,2
=9
*przybliżona wielkość według Bloomberga na dzień 05/01/21
**średnia dla Niemiec, Francji, Hiszpanii i Włoch
^od 1 marca 2020
Wybrane emerging markets: bilans istotności szczepionek na COVID-19
EM
Ranking zamówień szczepionki na COVID-19
Ranking infrastruktury^^
Ranking restrykcji COVID-19
Ranking fundamentów makroekonomicznych***
RANKING OGÓLNY
Indie
3
=7
1
4
=1
Chiny
8
3
2
2
=1
Rosja
2
5
8
1
=3
Korea Południowa
1
2
10
=3
=3
Brazylia
4
10
4
=3
5
Singapur
N/A
1
9
6
6
Meksyk
7
6
3
8
7
Turcja
6
4
6
9
8
Indonezja
5
9
7
7
9
RPA
9
=7
5
10
10
^^na podstawie World Economic Forum Global Competitiveness Report (2019)
***przypisane przez Ebury na podstawie ilości rezerw walutowych, stopnia zadłużenia zewnętrznego i bilansu rachunku bieżącego
Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury
Informacje zawarte w niniejszym dokumencie służą wyłącznie do celów informacyjnych. Nie stanowią one porady finansowej lub jakiejkolwiek innej porady, mają charakter ogólny i nie są skierowane dla konkretnego adresata. Przed skorzystaniem z informacji w jakichkolwiek celach należy zasięgnąć niezależnej porady.
Analitycy są zgodni — rok 2020 był rekordowy pod względem inwestycji w młode spółki technologiczne. Krajowy rynek start-upów to kapitał na poziomie co najmniej 1,5 mld zł, a wyniki za grudzień wciąż poddawane są dokładnym szacunkom. Najśmielsze przewidywania mówią o przekroczeniu bezprecedensowych w skali kraju 2 mld zł. Jakie czynniki i branże mogą wpłynąć na taki wynik?
Wzrost dzięki debiutantom?
Jak podaje redakcja Pulsu Biznesu, raporty PFR Ventures za rok 2020 nie obejmują m.in. ostatnich inwestycji funduszy zalążkowych (seed capital) Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, a także danych z Banku Gospodarstwa Krajowego. Nie zmienia to jednak faktu, że przekraczająca 1,5 mld zł skala inwestycji może poruszyć wyobraźnię niejednego pretendenta do wejścia na rynek venture capital. Nadal gromadzone są wyniki za ostatni kwartał ubiegłego roku, choć i aspekt niedoszacowania raportów rzuca nowe światło na sytuację start-upów w dobie covidu.
Najciekawszym aspektem raportów jest sama skala inwestycji w rodzime start-upy. Początkowo, wielu znawców tematu wróżyło daleko idącą stagnację branży, a nawet postępujący regres. Fakt, iż nadal nie zebrano wszystkich danych, może napawać optymizmem, a dotychczasowe wyniki najpewniej zostaną uzupełnione niemałym kapitałem pochodzącym z tzw. seed capital, czyli funduszy przeznaczonych dla firm na bardzo wczesnych etapach rozwoju (lub spółek bez konkretnego track record). Przewidywany wpływ na opublikowane już wyniki? Już teraz mówi się o prawdopodobnym przekroczeniu 2 mld zł.
Pandemiczne nadrabianie zaległości
Co jednak z pierwotnie pesymistycznymi diagnozami w kontekście m.in. wiosennego lockdownu? Drugi kwartał stanął pod znakiem wyraźnego znaku zapytania w kontekście inwestowania w krajowe start-upy. Ale właśnie wtedy też młode spółki otrzymały wsparcie na poziomie 169 mln zł. Tym samym kolejne miesiące upłynęły już w atmosferze nadrabiania strat, a chwilowe przeszkody nie przesądziły o kłopotach w działalności. Nie tylko w Polsce, ale i w skali światowego rynku, pandemia nie przeszkodziła w trendzie inwestowania w start-upy z branży technologicznej. Nic też nie wskazuje na to, aby taki stan rzeczy miał się zmienić
Sama pandemia przysłużyła się spółkom gamingowym (choć z pewnością do wzrostu zainteresowania niszą przyczyniła się również tegoroczna premiera Cyberpunka), a także e-commerce. Kto jeszcze? Badacze z Polskiego Funduszu Rozwoju wymieniają m.in. młode firmy z branży digital marketingowej, e-grocery, EdTech, usługi streamingowe oraz branżę medyczną. Ciekawą perspektywą dzielą się również specjaliści z Fundacji Startup Poland. Raport “Polskie Startupy 2020. COVID EDITION” potwierdza siłę krajowego sektora — aż 66 proc. młodych firm nie odczuło wpływu pandemii na swoją działalność, a czasami skorzystało w obliczu nowych realiów.
Nie pierwszy raz, mimo małego rynku
Szacowana skala inwestycji w krajowe start-upy za rok 2020 to kolejny z rzędu rekord zainteresowania branżą. W roku 2019 polski rynek oscylował w okolicach 1,266 mld zł, a rok wcześniej – 155,7 mln zł. Tak też ostatnie 2 lata działalności to przekroczenie magicznej granicy miliarda złotych na rynku VC. A najniższe wyniki? Najgorzej pod tym względem wypadał rok 2010 (16,9 mln) oraz 2012 (43,4 mln). Co ciekawe, największe zainteresowanie inwestowaniem w venture capital przed erą miliarda datuje się na rok… 2017! Wtedy też szacowana wartość inwestycji utrzymywała się na poziomie 214,8 mln zł.
Venture capital w polskich realiach jest wciąż relatywnie małym rynkiem. Dla porównania sztandarowy przykład rozwoju rodzimych start-upów — Izrael — tylko w II kwartale 2020 roku notował 2,455 mld dolarów (w analogicznym okresie 2019 roku — 2,2 mld dolarów). Drugi pod względem wartości VC rynek Europy — Niemcy — osiągnął poziom 5,7 mld dolarów za cały rok 2019 (wzrost o 49 proc. Względem roku 2018). Są to jednak czołowi gracze na globalnej scenie startupowej, choć polski rynek ma jeszcze wiele do zaoferowania zarówno w kontekście Zachodu, jak i regionu środkowo-wschodniego.
Wyniki za rok 2020 faktycznie napawają optymizmem, a inwestowanie w start-upy na naszych oczach staje się integralną częścią krajowej kultury biznesowej. Nadal wysoko poprzeczkę stawiają spółki zachodnie, chociaż i w tym aspekcie rodzime firmy powinny czuć się zmotywowane do dalszego rozwoju. Coraz bliżej nam do rynków zza Odry niż wciąż raczkujących poczynań wschodu i południa. Czy stać nas na kolejne rekordy? Tę kwestię najpewniej rozstrzygnie tempo walki z pandemią.
Autor: Łukasz Blichewicz — współzałożyciel i prezes zarządu Grupy Assay, ekspert w zakresie rozwoju i finansowania spółek technologicznych.