Dane ze Straży Miejskich: Polacy rzadziej donoszą na spalających odpady w domowych piecach. Jest też mniej mandatów

W październiku i listopadzie 2020 roku straże miejskie przyjęły mniej zgłoszeń o zadymieniu i prawdopodobnym spalaniu odpadów niż w analogicznym okresie 2019 roku. Tylko w Warszawie spadek ten wyniósł przeszło 22%. Ponadto Polacy rzadziej informowali o tych sprawach m.in. w Poznaniu, Bydgoszczy oraz Katowicach. Patrząc na dane z innych miast wojewódzkich, można zauważyć, że liczba zgłoszeń wzrosła we Wrocławiu i w Kielcach. Wpływa na to m.in. średnia dobowa temperatura powietrza, pandemia oraz wzrost świadomości społecznej. Problem dotyczy przede wszystkim prywatnych posesji. Z danych wynika również, że spadła liczba nakładanych mandatów.

Mniej zgłoszeń

1784 zgłoszenia o zadymieniu i prawdopodobnym spalaniu odpadów przyjęła od 1 października do 30 listopada 2020 roku Straż Miejska w Warszawie. W analogicznym okresie 2019 roku było ich 2292. Tego typu spadki odnotowano także w Poznaniu (z 662 na 445), Bydgoszczy (z 522 na 409), Łodzi (z 594 na 343), Katowicach (z 695 na 255), Białymstoku (z 310 na 187). Podobnie było w Gdańsku (z 217 na 175), Lublinie (z 242 na 141), Opolu (z 159 na 95) oraz Gorzowie Wielkopolskim (z 56 na 24). Natomiast liczba zgłoszeń wzrosła we Wrocławiu (z 1007 do 1097) oraz w Kielcach (z 109 do 123).

– Porównywalne okresy trudno ze sobą zestawiać. 1 września 2019 roku w Krakowie, w pierwszym mieście w Polsce, zaczęła obowiązywać tzw. uchwała antysmogowa, ustanawiającą zakaz palenia węglem i drewnem. Proces likwidacji pieców trwa w stolicy Małopolski od wielu lat . Natomiast 2020 rok okazał się czasem pandemii. Dlatego od października ubiegłego roku nasze działania opierają się głównie na zgłoszeniach mieszkańców. Stąd spadek przeprowadzanych kontroli, np. w listopadzie 2020 roku było ich 430 – komentuje Marek Anioł, rzecznik prasowy Straży Miejskiej w Krakowie.

Z kolei Arkadiusz Bereszyński, rzecznik Straży Miejskiej w Bydgoszczy, zaznacza, że liczby zgłoszeń i kontroli nigdy nie są takie same. Zdarza się, że tej samej nieruchomości dotyczy więcej niż jedna informacja od okolicznych mieszkańców w ciągu kilkunastu czy kilkudziesięciu minut. Czasami jest też tak, że osoba zgłaszająca wskazuje kamienicę. I np. w niej odbywa się 12 kontroli, bo tyle jest tam mieszkań. W Bydgoszczy było mniej zgłoszeń, patrząc rok do roku w analizowanych miesiącach. Natomiast wzrosła liczba interwencji (ostatnio – 570, wcześniej – 494).

– Na naszym obszarze różnica dot. liczby zgłoszeń może mieć związek ze średnią dobową temperaturą. W 2019 roku w omawianym czasie była ona niższa w stosunku do ubiegłego roku.  Ponadto mieszkańcy chętniej podejmują działania zmierzające do poprawy jakości powietrza, np. wymieniają piece węglowe na ogrzewanie gazowe – mówi Klaudia Szczygieł z Zespołu Prewencji i Profilaktyki Społecznej Straży Miejskiej w Katowicach.

Jak podkreśla Bolesław Romańczyk, zastępca komendanta Straży Miejskiej w Gorzowie Wielkopolskim, ostatnio na mniejszą liczbę zgłoszeń miała wpływ decyzja Wojewody Lubuskiego z 12 października 2020 roku. Zgodnie z nią, priorytetem działań jednostki jest realizacja zadań egzekwowania zakazów i nakazów ustanowionych w związku z walką z pandemią. Jednakże po konsultacjach z komendantem miejskim Policji uzgodniono, że interwencje dotyczące spalania odpadów będzie nadal realizowała Straż Miejska.

– Zjawisko spalania śmieci zmniejsza się, co wiąże się ze wzrostem świadomości społecznej. Nasze działania mają charakter nie tylko kontrolny, ale też profilaktyczny. Informujemy mieszkańców o prawidłowych sposobach palenia w piecu. Podczas kontroli rozdajemy także ulotki, na których m.in. przedstawione są prawidłowe sposoby rozpalania ognia, generujące najmniej dymu – mówi Robert Gogola, naczelnik Eko-Patrolu Straży Miejskiej w Lublinie.

Niepokojący dym

Z kolei Jarosław Gesinowski ze Straży Miejskiej w Białymstoku podkreśla, że zgłoszenia dotyczyły głównie zadymienia z kominów posesji prywatnych. One były wskazywane przez mieszkańców, których niepokoił czarny, gryzący dym bądź drażniący zapach. Pojawiały się też informacje dot. nieruchomości, na których prowadzona jest działalność gospodarcza.

– Nasze uprawnienia ograniczają się tylko do kontroli gospodarki odpadami komunalnymi, w tym procederu ich spalania oraz stosowanego paliwa. W zakładach pracy najczęściej dochodzi do spalania odpadów produkcyjnych, a to już kompetencje Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska – mówi Przemysław Piwecki, rzecznik Straży Miejskiej w Poznaniu.

Natomiast Waldemar Forysiak ze Straży Miejskiej we Wrocławiu, zaznacza, że nie zawsze czarny dym jest wynikiem spalania odpadów. Spowodowane to może być niesprawną instalacją grzewczą, niskiej klasy piecem itp. Natomiast Przemysław Piwecki dodaje, że w przypadkach wątpliwych strażnik pobiera próbki popiołu i przekazuje je do badań laboratoryjnych.

– Najczęściej zgłoszenia dotyczą palenia dozwolonym opałem, chociaż bardzo niskiej jakości. Przy rozpalaniu brykietów, tzw. ekogroszku czy nawet wilgotnego drzewna dym wydobywający się z komina może sugerować spalanie odpadów. Dopiero po osiągnięciu właściwej temperatury objaw znika – informuje insp. Joanna Wojtach, rzecznik prasowy Straży Miejskiej w Szczecinie.

Mniej mandatów

W omawianym okresie 2020 roku warszawska Straż Miejska nałożyła 85 mandatów karnych na właścicieli posesji niestosujących się do przepisów ochrony środowiska. Rok wcześniej było ich 148. Rzadziej za spalanie odpadów karano również w Poznaniu (spadek ze 130 na 108), Gdańsku (z 92 na 34), we Wrocławiu (z 32 na 28), w Katowicach (z 20 na 5), a także w Lublinie (z 6 na 5). Natomiast w Gorzowie Wielkopolskim widać w statystykach wzrost takich środków (z 2 do 5).

– Za spalanie odpadów grozi mandat lub grzywna, gdy sprawa trafi do sądu. Przez kilka lat utrzymywała się tendencja 10%, tj. na 10 kontroli tylko 1 wykazywała nieprawidłowości. Teraz ten stosunek jest 20:1. Chociaż zdarzają się prawdziwi ekotruciciele. Jeden z mieszkańców domu spalał odpady, a nas dziwił ciągle pustawy pojemnik na nie. Robił tak, aż doprowadził do zapalenia się sadzy w kominie. Dobrze, że nieruchomość nie spłonęła i nikt nie ucierpiał – wyjaśnia insp. Wojtach.

Jak informuje Mieczysław Krzyszczuk, II z-ca kom. Straży Miejskiej w Opolu, większość interwencji nie potwierdza spalania odpadów. W latach 2019-2020 około 20% kontroli skończyło się ukaraniem. Najczęściej powodem było spalanie sklejek meblowych, malowanych elementów drewnianych, lakierowanych pudełek oraz odpadów komunalnych. Karano też za składowanie pociętych ww. elementów przy palenisku. Waldemar Forysiak podkreśla, że strażnicy mogą nakładać mandaty tylko za spalanie odpadów lub naruszenie uchwały antysmogowej. Ta ostatnia zakazuje we Wrocławiu spalania węgla brunatnego, flotów i miałów węglowych oraz wilgotnego drewna.

– Dużym wsparciem dla nas jest współpraca z firmą, która wykonuje na zlecenie miasta pomiary przy pomocy drona. Tylko w listopadzie 2020 roku działania z użyciem tego sprzętu objęły swoim zasięgiem ponad 11 tys. budynków na obszarze 10 km kw. Podjęliśmy wówczas 197 działań, z czego 13 zakończało się sankcjami – dodaje rzecznik Straży Miejskiej w Szczecinie.

Dronem żadnego wykroczenia nie można stwierdzić ani ujawnić, co podkreśla Arkadiusz Bereszyński. Dlatego w Bydgoszczy nie korzysta się z takich rozwiązań. Zawsze konieczna jest fizyczna kontrola. Zajmuje się tym grupa specjalistyczna zwana roboczo Ekopatrolem. To jest sześcioro funkcjonariuszy, którzy skierowani są tylko do tego typu działań. Pozostałe grupy interwencyjne, które krążą po mieście, są odciążone poprzez tę komórkę specjalistyczną.

– Należy zauważyć znaczące zmiany, które zaszły w postrzeganiu problemu złej jakości powietrza na przestrzeni kilku ostatnich lat. Mieszkańcy coraz częściej mają świadomość związanych z tym zagrożeń. Wzrasta także poczucie karności u osób, które dopuszczały się wykroczeń naruszających przepisy ustawy Prawo o ochronie środowiska oraz uchwały antysmogowej – podsumowuje Klaudia Szczygieł z katowickiej Straży Miejskiej.

Bank Pocztowy przyjmuje wnioski od firm o subwencje w ramach Tarczy Finansowej PFR 2.0

Od 15 stycznia 2021 r. Bank Pocztowy rozpocznie przyjmować wnioski od swoich klientów – mikro, małych i średnich firm zatrudniających od 1 do 249 pracowników o udzielenie wsparcia w ramach Tarczy Finansowej PFR 2.0. To program, którego celem jest pomoc finansowa dla firm z 45 branż, które musiały ograniczyć lub zawiesić działalność w związku z sytuacją epidemiologiczną związaną z COVID-19, a w szczególności działających w branży turystycznej, gastronomicznej i handlowej.

– Jesteśmy dumni, że znaleźliśmy się wśród banków współpracujących z Polskim Funduszem Rozwoju. Nasz bank dociera do mikro, małych i średnich firm działających w małych miasteczkach i w gminach odległych od wielkich miast na terenie całej Polski. Tarcza 2.0 PFR pozwoli przedsiębiorcom, także z tych regionów, przetrwać trudny czas i utrzymać wiele miejsc pracy. Współpraca z PFR i pomoc małym przedsiębiorcom idealnie wpisuje się w niedawno przyjętą Strategię Banku Pocztowego 2021 – 2024 – komentuje Jakub Słupiński, p.o. Prezesa Zarządu Banku Pocztowego.

Firmy, które złożą wniosek lub otrzymają subwencję w ramach Tarczy Finansowej PFR, nie ponoszą żadnych kosztów np. z tytułu prowizji bankowej czy za rozpatrzenie wniosku.

Operatorzy wirtualnych biur w czasie pandemii

Ogromne zmiany jakie wywołały obostrzenia związane z epidemią koronawirusa przeobraziły rynek biurowy w stopniu dotąd niespotykanym. Na ile te zmiany są trwałe – pokażą najbliższe miesiące i lata. Zamknięte biurowce oraz pracownicy pozostający przez długie miesiące w domu w ramach pracy zdalnej w sposób naturalny pozwalały zakładać, że to będzie rok wirtualnych biur. Mniejsi najemcy „uciekali” od stałych umów na powierzchnie biurowe, rosnąca liczba specjalistów startujących z własnymi mikro-firmami coraz częściej stawiała na elastyczną formę funkcjonowania. Czy możemy jednak mówić o boomie?

Badanie ankietowe przygotowane przez DESKTOMY – najpopularniejszą polską platformę wspierającą pracę wirtualnych biur – zostało przeprowadzone na początku grudnia 2020 r. Wybrani operatorzy wirtualnych biur zostali poproszeni o podsumowanie sytuacji w 6 miesiącach epidemicznej rzeczywistości (kwiecień-wrzesień 2020). Odpowiedzi udzieliły firmy obsługujące ok. 2000 „wirtualnych najmów”.

– Nasz pierwszy raport analizujący sytuację na rynku wirtualnych biur nie mógł skupić się na żadnym innym kontekście niż epidemia COVID-19. Nie wiemy jeszcze jak bardzo wydarzenia ostatnich 10 miesięcy zmienią sposób organizacji pracy w dłuższej perspektywie, ale z pewnością ostatecznie ugruntowały w świadomości wielu drobnych przedsiębiorców świadomość korzyści z bardziej elastycznego sposobu organizowania mikro-przedsiębiorstw. Model: wirtualne biuro oraz doraźny najem przestrzeni coworkingowej czy biur serwisowanych na stałe przekona wielu – podsumowuje Kacper Kozioł, DESKTOMY Product Owner.

Autorzy raportu poprosili operatorów wirtualnych biur o ocenę sytuacji w takich obszarach jak: dynamika wzrostu sprzedaży usług, podział nowych klientów na firmy działające wcześniej na rynku i nowopowstające, wskazanie branż, których przedstawiciele najczęściej wybierali usługę wirtualnego biura, a także skłonność do zakupu dodatkowych usług biurowych (sale konferencyjne, coworking).

– Przy okazji badania pokusiliśmy się o symulację, która miałaby odpowiedzieć na pytanie o obecną skalę zjawiska wirtualnych biur. To bodajże pierwsza taka próba na naszym rynku. Myślę, że jej efekt może zaskoczyć. Gdyby wszystkich, korzystających z wirtualnych biur zgromadzić w jednej, spełniającej najwyższe standardy powierzchni biurowej zajęliby oni ponad 800 tys. m. kw.! Dla porównania największe polskie centrum biurowe oferuje ok. 100 tys. m.kw… – konkluduje Kacper Kozioł

Santander Bank Polska przyjmuje wnioski o subwencje z Tarczy Finansowej PFR 2.0

Od 15 stycznia Santander Bank Polska udostępni w bankowości internetowej dla firm możliwość wnioskowania o wsparcie z kolejnej edycji Tarczy dla mikro, małych i średnich firm. Z subwencji dla przedsiębiorstw poszkodowanych w drugiej fali pandemii będzie mogło skorzystać 45 branż.

Nabór wniosków jest zaplanowany przez PFR od 15 stycznia do 28 lutego 2021 roku. Aby móc otrzymać wsparcie konieczne jest posiadanie odpowiedniego PKD. O subwencję mogą się starać m.in. firmy zajmujące się gastronomią, turystyką, transportem, organizowaniem aktywności sportowych, kulturalnych i związanych z rozrywką. Podobnie jak w przypadku poprzedniej tarczy, firmy będą musiały spełnić też warunek spadku obrotów minimum o 30% w stosunku do wybranego okresu 2019 roku oraz zatrudnienia. Konieczne jest także prowadzenie działalności na ostatni dzień 2019 roku oraz na dzień złożenia wniosku. Przedsiębiorstwo nie może być w stanie likwidacji, upadłości lub restrukturyzacji. Niezbędny jest też brak zaległości w opłacaniu podatków i składek na ubezpieczenie społeczne na 31 grudnia 2019 roku, 31 grudnia 2020 roku lub na dzień składania wniosku.

Co istotne z programu będą mogły skorzystać także firmy, które otrzymały już subwencję w ramach pierwszej Tarczy Finansowej.  Wartość pomocy w drugiej edycji programu PFR to 13 miliardów zł.

Co będzie działo się z cenami mieszkań w 2021 r.?

Ubiegłoroczne prognozy sprawdziły się w niewielkim stopniu, a w wielu zapowiadano spadek cen mieszkań. Tegoroczne przewidywania obciążone są jeszcze większym ryzykiem.

– W minionym roku wzrost cen tylko spowolnił, o ile w 2019 r. wzrosły one o 11 proc., to w 2020 r. o ok. 6 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jarosław Sadowski z Expandera. – Jeżeli w tym roku ceny wzrosną, to przede wszystkim ze względu na bardzo niskie stopy procentowe.

Jednocześnie jednak, z powodu pandemii, wzrosło znaczenie pracy zdalnej i wiele osób dostrzegło, że nie muszą mieszkać w wielkich miastach, aby dobrze zarabiać.

Ta zmiana może sprzyjać większemu zainteresowaniu mieszkaniami w okolicach pobliskich tym miastom, skoro rzadziej będziemy dojeżdżać do miejsca zatrudnienia.

Kolejny powód niepewności to tryb w jakim nauczać będą wyższe uczelnie. Będzie miał duży wpływ na opłacalność kupowania mieszkań na wynajem.

– Jednocześnie mamy jednak do czynienia z bardzo dużym przyrostem imigrantów, w listopadzie ZUS poinformował, że rekordowa ich liczba płaciła stawki – dodaje ekspert Expandera. – Dlatego tak trudno przewidzieć, które z tych tendencji okażą się dominujące z ich wpływem na ceny mieszkań.

Jeżeli ceny będą spadać to bardzo wolno, tak wynika z doświadczeń z lat wcześniejszych. Jest to spowodowane tym, że sprzedający bardzo niechętnie akceptują takie zmiany rynkowe. Szybciej akceptowane są natomiast wzrosty cen.

Wiedza podstawą budowania marki. Company Management Congress Twoją drogą do sukcesu

Company Management Congress to głos w biznesie, którego potrzebuje każdy przedsiębiorca. To miejsce debaty na najważniejsze dla branż zagadnienia. Przyspieszy rozwój biznesu w 2021 roku!

W czasach niepewności warto inwestować w sprawdzone rozwiązania. Tym, co zawsze przyniesie profit, jest edukacja. Podczas Company Management Congress poruszone zostaną kwestie istotne dla każdego przedsiębiorcy. Dostarczymy sprawdzonych rozwiązań, znajdziemy narzędzia zmieniające biznes i odpowiemy na pytania nurtujące właścicieli firm.

Company Management Congress to rozwiązanie dla tych, którzy chcą zwiększać swoje kompetencje w zarządzaniu biznesem. To event, który rozszerza branżowe perspektywy i pokazuje najlepsze dostępne drogi rozwoju. Bazuje on na wiedzy liderów, którzy odnieśli sukces i swoją receptą na niego chcą podzielić się z innymi. W prelekcjach mówią na podstawie wieloletniego doświadczenia, które pozwoliło im poznać każdą stronę prowadzenia przedsiębiorstwa. Wiedzą na co uważać, ale także jakie atuty podkreślać, by wyróżnić się na tle konkurencji.

Event ten to okazja do pogłębiania wiedzy z zakresu zarządzania finansami i tego, jak usprawnić działanie firmy pod kątem księgowym. To także kompendium wiedzy z zakresu skutecznej sprzedaży i metod osiągania większych korzyści finansowych niż dotychczas. Podczas wydarzenia przybliżone zostaną zaawansowane zagadnienia odnoszące się do marketingu i promocji oraz podstaw budowania marki. Pokazane zostaną również procesy, które mogą usprawnić działanie przedsiębiorstwa dzięki outsourcinguowi. To kompendium wiedzy z zakresu prawa, któremu podlega działalność gospodarcza, jak również najlepsza platforma do nauki zarządzania zasobami ludzkimi. Ponadto, doświadczeni prelegenci zdradzą tajniki podejmowania strategicznych decyzji i wskażą, na co uważać, by nie popełnić kluczowych błędów. Jedną z podstaw Company Management Congress jest nauka poprzez wymianę doświadczeń. Nacisk położony został więc na nawiązywanie efektywnych relacji biznesowych, które mają pomóc w definiowaniu problemów współczesnego biznesu i znajdowaniu odpowiedzi w dynamicznie zmieniającym się środowisku.

Podczas Company Management Congress myślimy o przyszłości biznesu, patrząc na teraźniejszość. Wiemy, z jakimi problemami zmagają się przedsiębiorcy i jak trudno jest większości z nich zniwelować straty poniesione przez pandemię covid-19. Dostarczamy rozwiązań, które pozwalają wyjść z kryzysu. Poprzez postawienie na rozbudowane case studies skupimy się na najlepszych rozwiązaniach dla poszczególnych branży, a moderowane debaty będą okazją do wymiany myśli każdego uczestnika Kongresu.

Pamiętaj, wiedza jest podstawą do budowania marki. Nie możesz z niej nie skorzystać. Zmień z nami oblicze polskiego biznesu i weź udział w Company Management Congress!

Udział w wydarzeniu potwierdzony będzie certyfikatem poświadczonym przez Partnerów Merytorycznych wydarzenia.

Złotym sponsorem wydarzenia została spółka Respect Energy. Partnerem merytorycznym jest Quest Change Managers Sp. z o.o. Zaś Partnerem wydarzenia KPR Kancelaria Restrukturyzacyjna.

Pamiętaj, wiedza jest podstawą do budowania marki. Nie możesz z niej nie skorzystać. Zmień z nami oblicze polskiego biznesu i 20 maja 2021 roku weź udział w Company Management Congress!

Company Management Congress

Termin: 20 maja 2021

Miejsce: DoubleTree by Hilton Warsaw, Warszawa

Rynek sztuki młodej wzrósł 370 proc.

W ciągu ostatnich trzech lat obrót na aukcjach sztuki młodej wzrósł niemal pięciokrotnie, wynika z danych OneBid. Dzieła niewypromowanych jeszcze artystów bywają pierwszym wyborem nowych inwestorów, dlatego warto sprawdzić, jak wypadają na tle całego rynku kolekcjonerskiego.Młoda sztuka – ilość Młoda sztuka – obrót i średnia cena

Rynek sztuki w pigułce

Mimo że w ubiegłym roku aukcje sztuki odbywały się przeważnie przy pustych salach, licytującym udało się ustanowić historyczne rekordy. Autorem najdroższego obrazu, tradycyjnie, okazał się Wojciech Fangor, którego dzieło kosztowało z aukcyjnymi opłatami ponad 7,3 mln zł.

Rok 2020 przyniósł wzrost obrotu malarstwem o niemal 36 proc., choć to nie jedyna kategoria, w której Polacy postanowili lokować kapitał na niepewne czasy. Jako główny trend minionego roku wskazałbym wyraźny wzrost udziału licytacji online – 40 proc. obiektów sprzedanych na aukcjach malarstwa trafiło do kolekcjonerów licytujących przez aplikację czy przeglądarkę – komentuje Jarogniew Muszyński, właściciel platformy OneBid.

W pandemicznym roku liczba obrazów wylicytowanych przez internet podwoiła się, a wśród nich było m.in. najcenniejsze w historii dzieło Zdzisława Beksińskiego, które kosztowało 708 tys. zł.

Malarstwo współczesne stanowiło 61 proc. wszystkich wylicytowanych w 2020 r. obrazów, dawne 16 proc., a najnowsze – 23 proc., podaje raport OneBid. Artystą najczęściej notowanym w ubiegłorocznej tabeli rekordów okazał się Jacek Malczewski, którego olejne dzieło „Artysta i chimera” kosztowało około 3,7 mln zł. Według archiwów, na aukcyjny rynek trafiło również w 1992 r., osiągając wówczas kwotę 28 tys. zł – od tamtych czasów praca Jacka Malczewskiego zdrożała więc 130-krotnie.

Patrząc na mapę i kalendarz, blisko jedna czwarta kolekcjonerów przypadła na okręg warszawski, a 41 proc. obrotu malarstwem – na IV kwartał.

Sztuka młoda w liczbach

Jednym z pierwszych wyborów inwestorów wkraczających na rynek sztuki jest twórczość niewypromowanych jeszcze artystów, której ceny wywoławcze są zazwyczaj rzędu kilkuset złotych. W minionym pandemicznym roku odnotowaliśmy o 58 proc. wyższe obroty na aukcjach sztuki młodej, a w stosunku do 2017 r. obrót wzrósł 4,7 razy. Ponad połowa transakcji w tym segmencie była w 2020 r. rezultatem licytacji przez platformę online, a dane wskazują, że proporcja będzie się tylko zwiększać – zauważa Jarogniew Muszyński z OneBid.

Średnia cena dzieła artysty, który dopiero buduje swoją rynkową pozycję, wyniosła w ubiegłym roku 1227 zł, a w horyzoncie trzech lat wzrosła o 41 proc., według danych OneBid. Od 2017 r. zarówno roczne obroty, średnie ceny, jak i ilość wylicytowanych prac młodych artystów nieprzerwanie rośnie. Na co zwracać uwagę, chcąc zainwestować?

Sztuka młoda: 4 porady i przestrogi dla początkującego inwestora

  1. Czytaj noty katalogowe, a w szczególności historię wystawową – jednym z czynników wpływających na wartość prac artysty na rynku jest eksponowanie ich przez muzea czy galerie. Przeglądając noty w katalogach online, warto zestawiać ze sobą dorobki artystów i sprawdzać, czy zostały już wyróżnione przez branżowe instytucje.

2. Licytuj tylko w uznanych domach aukcyjnych, unikaj podejrzanych ofert, zamieszczanych na popularnych serwisach handlowych.

W dobie pandemii mnóstwo antykwariatów i galerii rozpoczęła prezentowanie swojej oferty i aukcyjnych katalogów na naszej platformie. Kategorii samych przedmiotów jest ponad dwadzieścia, jednak każdy z tych oferentów to podmiot prowadzony przez specjalistów, nierzadko z najdłuższą historią na rynku. Inwestując w dzieła, monety, grafiki czy design zawsze trzeba zwracać uwagę, czy podmiot wystawia certyfikat autentyczności, gwarantuje oryginalność obiektu – komentuje Jarogniew Muszyński.

3. Nie prognozuj stopy zwrotu, tylko buduj kolekcję, która będzie cieszyć oko właściciela. Na rynku młodej sztuki prognozowanie wzrostu cen w krótkim horyzoncie jest mało wiarygodne, dlatego że ceny podnoszą się zazwyczaj stopniowo, a o nagłym skoku zadecydować może zwykle jedynie ogromny wystawienniczy sukces artysty.

Nierzadko takie inwestycje określa się „poszukiwaniem drugiego Sasnala” – właśnie dlatego, że wystawiana obecnie przez czołowe muzea twórczość Wilhelma Sasnala swój cenowy skok zawdzięcza przede wszystkim wystawie w londyńskiej galerii Charlesa Saatchiego. Niedługo po ekspozycji ten wpływowy światowy kolekcjoner sprzedał jedno z eksponowanych dzieł na aukcji w Christie’s, gdzie osiągnęło pułap 396 tys. dolarów z opłatą aukcyjną – zauważa Jarogniew Muszyński.

4. Przeglądaj internetowe archiwum. Chcąc nabrać rozeznania w pozycji artystów na rynku, warto czytać nie tylko katalog aukcji, która akurat nas interesuje, ale również sprawdzić, jakie notowania prace danego autora uzyskały dotychczas. W rejestrach OneBid prześledzić można czasem wieloletnią drogę artysty na rynku aukcyjnym, co daje punkt odniesienia przydatny szczególnie przed licytacją.

Według bazy OneBid, najdroższym obrazem na aukcjach sztuki najnowszej była w 2020 r. praca „W krainie wodnych koni” autorstwa Pauliny Zalewskiej – rekord wyniósł 17 250 zł, a aukcję zorganizował Rynek Sztuki w Łodzi.

W krainie wodnych koni
„W krainie wodnych koni” autorstwa Pauliny Zalewskiej

Ciekawostki: Co Polacy kolekcjonowali w 2020 r.?

Łączny aukcyjny obrót we wszystkich kategoriach poza malarstwem wyniósł około 72 mln zł, podaje raport OneBid. Polscy kolekcjonerzy wylicytowali tysiące grafik i rysunków, numizmatów, druków, sreber, wyrobów szklanych, kolekcjonerskiej biżuterii czy designu. Łącznie, w roku mijającym Polakom w domach, w wyniku samych tylko licytacji online właścicieli zmieniło ponad 61 tys. obiektów.

Rekord na rynku książek: 70 400 zł

Przedwojenny egzemplarz „Sanatorium pod Klepsydrą” uzyskał w 2020 r. najwyższą stawkę z uwagi na fakt, że opisany został w katalogu jako pierwsze wydanie, a autor opowiadań – Bruno Schulz – umieścił w nim odręczną dedykację.

Rekord na rynku fotografii: 129 800 zł

„Sztuka konsumpcyjna” z 1974 r. autorstwa Natalii LL ustanowiła aukcyjny rekord w Polsce, a fotografie z tego cyklu trafiły na główną ekspozycję paryskiego Centrum Pompidou. W powszechnym odbiorze zdjęcia kojarzone są z kobiecymi sylwetkami sugestywnie jedzącymi banany.

Rekord na rynku militariów: 141 600 zł

Licytowane w 2020 r. roku militaria zdrożały średnio o 74 proc., a najcenniejszym okazał się pistolet połączony z czekanem z XVII wieku. Broń kombinowana opuściła cieszyński warsztat rusznikarski i zachowała pełne pełne bogactwo zdobień wykonanych m.in. z masy perłowej.

Rekord na rynku designu: 68 440 zł

Najdroższe współczesne meble to m.in. komplet dwóch krzeseł i stolika wykonany z brązu i lanego kryształu autorstwa Bronisława Krzysztofa. Drugie miejsce w kategorii zajął zestaw mebli z lat. 60. projektu Rajmunda Teofila Hałasa, który osiągnął wartość 47,2 tys. zł i ustanowił na aukcji przebicie rzędu 4620 proc.

Rekord na rynku banknotów: 350 900 zł

Najcenniejszym pieniądzem papierowym 2020 r. było 500 zł z 1794 r., czyli jeden z pierwszych polskich banknotów. Na aukcjach numizmatów, podobnie jak na rynku dzieł, obserwowano w minionym roku hossę: sprzedano o połowę więcej monet niż w 2019 r., przy czym aż 98 proc. z nich wylicytowano online.

Źródłem danych do raportu jest platforma do licytowania online OneBid.

Polską branżę gier czekają dalsze wzrosty. Będzie warta 3 mld PLN w 2024 roku.

Przychody wygenerowane przez polską branżę gier w 2019 roku wyniosły 1,75 miliarda PLN, z czego spółki notowane na GPW odpowiadają za 1,2 miliarda PLN obrotu. W Polsce produkcją gier zajmuje się blisko 500 firm. To tylko część wniosków z raportu Kondycja Polskiej Branży Gier 2020 opublikowanego przez Krakowski Park Technologiczny. Badania na potrzeby raportu realizowały firmy ManaHR oraz Publicis Groupe Poland, część dotyczącą giełdy opracowała IPOPEMA Securities S.A.

Krótki materiał wideo podsumowujący najważniejsze dane z raportu można obejrzeć poniżej.

Polską branżę gier czekają dalsze wzrosty

W 2017 roku polski rynek gier wideo był wart 1,85 mld PLN (520 mln USD). W zaledwie dwa lata jego wycena wzrosła o nieco ponad 25%, do 2,32 mld PLN (619 mln USD). Zwiększyła się również liczba grających Polaków – w 2017 r. było ich 14,36 mln, a w 2019 już 18,05 mln. W Polsce gra i kupuje gry coraz więcej osób.

W publikacji autorzy przybliżają także charakterystykę rynków wideo w wybranych krajach Europy Środkowej i Wschodniej, uwzględniając między innymi ich wielkość w ujęciu ilościowym i wartościowym. Na tle tych danych autorzy przedstawiają informacje na temat wartości rynku gier wideo w Polsce analizując dynamikę rynku, tendencje oraz czynniki wpływające na trendy wzrostu lub spadku wartości. Całość raportu uzupełniają charakterystyki modeli biznesowych produkcji i dystrybucji gier w Polsce, modeli płatności i monetyzacji gier oraz prognozy dla polskiego rynku gier w perspektywie 5 lat.

Polish Gamers Research 2019Polish Gamers Research 2019

W raporcie nie pominięte zostały również istotne dane związane z demografią, sytuacją materialną oraz wydatkami na gry polskich graczy. Autorzy siódmej edycji badania Polish Gamers analizują popularność poszczególnych metod płatności wśród graczy, ich ulubione platformy i gatunki gier czy motywacje do grania. Raport stara się również uchwycić źródła zakupu nowych gier przez polskich konsumentów, a także skalę piractwa.

Podobnie jak w roku 2018 i 2019, znaczna część badania „Polish Gamers Research” została poświęcona zwyczajom konsumenckim najmłodszych grających Polaków, a także ich rodziców. Na podstawie wyników „Polish Gamers Research 2020” badacze zauważają potrzebę zwiększenia wysiłków w kierunku edukacji rodziców w kwestii poznania i zrozumienia wagi stosowania się do wytycznych klasyfikacji wiekowej.Polish Gamers Research

W tegorocznym badaniu 72% rodziców odpowiedziało twierdząco na pytanie, czy ich dzieci w wieku do 18 lat grają w gry wideo. To o 1% mniej niż w roku 2019 i o 6% więcej niż w 2018. 28% rodziców deklaruje, że ich dzieci nie mają styczności z grami. Najwyższy odsetek grających dzieci (powyżej 20%) notuje się w grupach wiekowych 10-12, 13-15 oraz 16-18 lat. Zgodnie z deklaracjami rodziców wśród grających dzieci przeważają synowie (59%). W opcji kontroli rodzicielskiej na urządzeniach, na których grają dzieci, korzysta 45% rodziców.

Polish Gamedev 2019Polish Gamedev 2019

Dane zebrane przez autorów raportu pokazują, że tworzenie gier w Polsce jest w dalszym ciągu domeną młodszych osób. Niemal 50% pracowników gamedevu nie przekroczyło jeszcze 30 roku życia. Szersza charakterystyka przykładowego pracownika polskiego gamedevu pokazuje również, że są to w prawie ¾ przypadków osoby z wyższym wykształceniem, najczęściej pracujący w jednym miejscu, krócej niż 2 lata. Większość stanowisk w branży gier niezmiennie zajmowanych jest przez mężczyzn, ale ten trend powoli się zmienia. Według danych z Kondycji Polskiej Branży Gier 2020 ¼ obsady krajowych studiów to kobiety.wynagrodzenia w branży gier

W opublikowanym raporcie przeanalizowano również wynagrodzenia prawie 2000 pracowników polskiego gamedevu, uwzględniając zarówno pensje na poszczególnych stanowiskach jak i w obszarach konkretnych specjalizacji. Wynagrodzenia wahają się od 15 tysięcy złotych netto na stanowiskach dyrektorskich, do 3,7 tysięcy złotych netto w przypadku juniorów. Co ciekawe różnice między wynagrodzeniami pracowników firm z Warszawy, a pozostałych miast są zauważalne tylko na najwyższych stanowiskach. W przypadku innych poziomów zatrudnienia mówimy o porównywalnych stawkach lub nawet wyższych poza Warszawą.

Poza profilem polskiego pracownika gamedevu i danymi dotyczącymi wynagrodzeń, rozdział Polish Gamedev 2019 zawiera również obszerną analizę demografii polskich studiów produkujących gry, z uwzględnieniem lokalizacji (kolejny raz liderem jest województwo mazowieckie, gdzie siedziby ma 30% wszystkich firm), ich wielkości (dominują firmy zatrudniające do 9 pracowników) czy popularności platform sprzętowych, na które tworzone są gry (niezmiennie dominuje PC, na którego opracowywane jest 84% gier powstających w Polsce).

Raport dostępny jest w tym miejscu.

Autorami raportu są: Anna Krampus-Sepielak kierująca zespołem wsparcia branży gier w Krakowskim Parku Technologicznym, Maciej Śliwiński, koordynator projektu badań w Krakowskim Parku Technologicznym, Michał Bobrowski pełniący funkcję członka zarządu i szefa marketingu GRY-OnLine S.A oraz Patrycja Rodzińska-Szary, ekspertka od branży gier przez wiele lat związana z GRY-OnLine S.A oraz grupą Axel Springer Polska. Nadzór nad poprawnością metodologii i stosowanymi narzędziami badawczymi sprawował Damian Gałuszka z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Raport powstał dzięki wsparciu finansowemu ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Baltic Games Industry oraz Agencji Rozwoju Przemysłu.

Andrzej Arendarski: Najszersze otwarcie gospodarki, z zachowaniem racjonalnych ograniczeń, ale nie zakazów

List otwarty Andrzeja Arendarskiego prezesa Krajowej Izby Gospodarczej do Prezesa Rady Ministrów

W imieniu przedsiębiorców, w szczególności sektora MMŚP, apeluję o jak najszybsze zniesienie obecnych zakazów prowadzenia działalności i powrócenie do zasad obowiązujących w wakacje 2020 r. – działać może każda branża, pod warunkiem zachowania stosowanych obostrzeń sanitarnych. Mija prawie rok od czasu, jak mierzymy się z pandemią COVID-19. W tym okresie, co najmniej kilkakrotnie słyszeliśmy od polityków sprzeczne informacje o postępie epidemii w Polsce. Byliśmy świadkami tworzonych ad hoc i trudnych do logicznego usprawiedliwienia zakazów administracyjnych. Teraz jesteśmy świadkami często pozornych działań rządu mających pomóc przedsiębiorcom. Wszystkie od dawna zamknięte branże jak: sportowo-rekreacyjna (siłownie, baseny), gastronomia, turystyka, targowo-eventowa i wiele innych – są zagrożone bankructwem. Obserwując działania administracji od lata 2020, nie można się oprzeć wrażeniu, że pędzimy na oślep w nieznanym kierunku. Decyzje o kolejnych zakazach i ograniczeniach są wprowadzane na podstawie liczby zakażonych, bez uwzględnienia liczby przeprowadzonych testów, ich rodzaju i stopnia przebiegu choroby. Zaufania do tego wskaźnika w żaden sposób nie poprawiła monopolizacja dostępu do danych o zakażeniach. Również kwestia logistyki szczepień i ich przebiegu budzą nasze poważne obawy.

Należy zadać sobie pytanie, czy stać nas na dalsze chaotyczne działania? Czy stać nas na sprowadzenie realnego zagrożenia dla dwóch milionów miejsc pracy w mikrofirmach spowodowanego powszechną teoretyczną kwarantanną? Czy Państwo stać na utrzymywanie w bliskiej przyszłości dodatkowych milionów bezrobotnych? Czy sektor bankowy i leasingowy jest przygotowany na falę upadłości firm? Czy budżet państwa stać na poniesienie dodatkowych kosztów spowodowanych brakiem aktywności Polaków (szacuje się, że roczne z tego tytułu bezpośrednie koszty gospodarcze wynoszą 7 mld zł – w tym 6 mld ze względu na absencje pracownicze i niemal 1 mld zł jako koszt publicznego systemu ochrony zdrowia)?

Czy służba zdrowia jest gotowa na dodatkowe koszty leczenia chorób cywilizacyjnych (takich jak: cukrzyca, nadwaga, miażdżyca, nadciśnienie) spowodowanych brakiem aktywności fizycznej? Zaczynamy żyć w iluzorycznym świecie tworzonym przez nierespektowane i nieegzekwowane przepisy, a obok tego istnieje prawdziwe życie, naznaczone codzienną walką o utrzymanie budowanego, często przez całe życie, biznesu.

W okresie koniunktury rząd doprowadził do niebezpiecznie wysokiego poziomu wydatki socjalne, na co wskazywało wielu ekonomistów i przedstawicieli organizacji biznesu. Oczywiście, nikt nie mógł przewidzieć kataklizmu, jakim jest pandemia, ale o istnieniu cykli koniunkturalnych wiemy wszyscy, a środków „na gorsze czasy” nie zabezpieczono. Teraz mści się to w dwójnasób, zmuszając rząd do gwałtownego poszukiwania środków, co obciąża przede wszystkim, walczący z skutkami pandemii biznes. Jest to bardzo często walka o przetrwanie, o być albo nie być. Jest to walka o ratowanie dorobku własnego przedsiębiorców, ale i podstaw egzystencji tysięcy pracowników. Opłata mocowa, podatek handlowy, cukrowy, wyższe stawki podatku od nieruchomości, galopujące koszty wywozu odpadów, to tylko przykłady nowych danin, które istotnie utrudniają firmom przetrwanie, a dla konsumentów – jak bardzo politycy nie zaklinaliby rzeczywistości – oznaczają znaczną podwyżkę cen w sklepach. Do tego trzeba dodać wzrost płacy minimalnej oraz składek do ZUS. W efekcie upraszczania podatku VAT przedsiębiorcy są zobowiązywani do składania coraz to nowych oświadczeń pod rygorem sankcji karnych. Takie otoczenie prawne, połączone z kolejnymi obostrzeniami prowadzenia działalności w żaden sposób nie pozwoli wielu firmom przetrwać do kolejnego lata.

Wygląda na to, że w sposób nieuchronny zmierzamy w stronę etatystycznej gospodarki. Problemem jest jednak to, że jak bardzo śmiałe nie byłyby plany zakreślone w strategiach i zielonych księgach, nie zmienią one podstawowych praw ekonomii – biznes, który nie może działać nie przynosi zysków, biznes obciążany kolejnymi podatkami i obowiązkami nie może się rozwijać, biznes, który trzeba zamknąć nie daje miejsc pracy. Nawet, jeżeli będzie należał do spółki kontrolowanej przez państwo. Bo państwo jest bogate bogactwem swoich obywateli. Biedni podatnicy, to biedne państwo.

Dlatego apeluję do Pana Premiera i całej Rady Ministrów o wprowadzenie rzetelnych i przejrzystych kryteriów, na podstawie, których będą podejmowane działania administracji. Niech miarą zagrożenia i konieczności wprowadzania obostrzeń będzie liczba wolnych łóżek w szpitalach – tylko tych istniejących realnie, a nie na podstawie decyzji wojewody. Niech miarą zaufania do przedsiębiorców będzie umożliwienie im działania z zachowaniem reżimu sanitarnego, a nie tworzenie kazuistycznego prawa, które jest coraz częściej ignorowane pod hasłem obywatelskiego nieposłuszeństwa. Niech miarą solidarności będzie jak najszybsze szczepienie nauczycieli, aby młodzież mogła wrócić do szkół nie w przyszłym roku szkolnym tylko najpóźniej za miesiąc.

Apeluję o jak najszersze otwarcie gospodarki, z zachowaniem racjonalnych ograniczeń, ale nie zakazów. Apeluję, aby państwo uporządkowało kwestię odszkodowań za bezprawny lock down i podjęło próbę odzyskania zaufania przedsiębiorców. Jawny publiczny opór przeciwko zamykaniu gospodarki nie bierze się z lekkomyślności przedsiębiorców tylko desperacji wynikającej z widma bankructwa połączonej z brakiem szacunku administracji dla dorobku ich życia.

Apeluję, żeby administracja zaczęła działać w sposób, który da się przewidzieć i uzasadnić, na podstawie podanych wcześniej kryteriów. Tylko tak biznes będzie mógł działać i przetrwać, nawet w kryzysowych czasach. Tylko tak Państwo może dalej funkcjonować, ponieważ państwo nie może istnieć bez dwóch rzeczy – pieniędzy i zaufania swoich obywateli.

Andrzej Arendarski

Ile podatków wpływa do budżetu państwa od tytoniu do podgrzewania? Prof. Modzelewski myli się w obliczeniach

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) zwraca uwagę, że według prawidłowych wyliczeń podatku akcyzowego i podatku VAT – w oparciu o zawartość tytoniu – opodatkowanie na 1 gram tytoniu w papierosach wynosi 82 grosze, a w nowatorskich wyrobach tytoniowych (podgrzewaczach tytoniu) – 76 groszy.

„Prof. Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych, w swoich licznych publicznych wypowiedziach z ostatnich tygodni powtarza tezę, że nowatorskie wyroby tytoniowe (popularnie określane jako „podgrzewacze tytoniu”) są opodatkowane podatkiem akcyzowym 5-krotnie mniejszym niż zwykłe papierosy. Takie stwierdzenie wprowadza opinię publiczną w błąd, bowiem jest ono prawdziwe tylko wtedy, jeśli uznamy, że istotą akcyzy na wyroby tytoniowe nie jest opodatkowanie tytoniu, lecz papieru, w który jest owinięty. Takie porównanie jest jednak pozbawione racjonalnych podstaw, zważywszy na ogromną różnicę zawartości tytoniu pomiędzy tymi produktami. Jedna paczka 20 szt. papierosów zawiera ok. 14 g tytoniu, podczas gdy jedna paczka 20 szt. wkładów do podgrzewania tytoniu zawiera znacznie mniej, bo ok. 6 g tytoniu. Realizacja postulatu prof. Modzelewskiego dotyczącego „urealnienia” stawek akcyzy oznaczałaby zatem, że opodatkowanie 1 grama tytoniu w nowatorskich wyrobach tytoniowych byłoby prawie 2,5-krotnie wyższe niż w zwykłych papierosach, przy spalaniu których wydzielanych jest znacznie więcej szkodliwych dla zdrowia substancji w porównaniu z podgrzewaniem tytoniu” – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP), prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Należy podkreślić ważne stanowisko Ministra Finansów Tadeusza Kościńskiego w sprawie akcyzy[1]:

„Akcyza to bardzo skomplikowany podatek, jest bardzo dużo konkurencji na rynku, a każdy chce płacić jak najmniej podatku. A niektóre podatki akcyzowe, tak jak opłata cukrowa, mają na celu zmianę zachowanie społeczeństwa. Tych podatków nie można tak zero-jedynkowo wprowadzać czy likwidować”.

Porównując bowiem opodatkowanie 1 grama tytoniu w papierosach tylko akcyzą budżet państwa otrzymuje 66 groszy, a w przypadku wyrobów nowatorskich 31 groszy. Jeśli jednak doliczyć do tego podatek VAT okazuje się, że 1 gram tytoniu w zwykłych papierosach jest opodatkowany na poziomie 82 groszy, a we wkładach do podgrzewania 76 groszy. Oznacza to, że tytoń zawarty w ww. wyrobach już obecnie podlega takiemu samemu obciążeniu podatkowemu.

Najlepsze nastroje panują w budownictwie i przemyśle, a najgorsze w usługach

Miesięczny Indeks Koniunktury (MIK) jest nowym wskaźnikiem badającym nastroje polskich przedsiębiorstw i pierwszym, który pokazuje ich sytuację w 2021 r. Został on opracowany przez Polski Instytut Ekonomiczny we współpracy z Bankiem Gospodarstwa Krajowego. Firmy negatywnie oceniają swoją sytuację w obszarze nowych zamówień, a relatywnie dobrze płynność finansową i plany podnoszenia wynagrodzeń. Najlepsze nastroje panują w budownictwie i przemyśle, a najgorsze w usługach.

Kryzys pandemiczny pokazał, że mierzenie gospodarki musi być jednocześnie kompleksowe i możliwie szybkie. Wraz z BGK przygotowaliśmy Miesięczny Indeks Koniunktury, który dla pięciu sektorów gospodarki będzie prezentował kondycję i perspektywy przedsiębiorstw. Chcemy na bieżąco przyglądać się sytuacji  zarówno małych, średnich jak i dużych firm na bazie siedmiu kluczowych dla nich komponentów. W naszych analizach będziemy stawiać nie tylko na jakościowe dane, ale również ich szybką agregację tak, aby w każdym drugim tygodniu miesiąca prezentować najbardziej aktualne wyniki na bazie reprezentatywnych badań odpowiadających strukturze gospodarki. Dzięki temu po przeprowadzeniu całego cyklu monitoringu  będziemy mieli informację jak zmieniała się koniunktura gospodarcza w Polsce w całym 2021 r.  – powiedział Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Dla nas, jako banku rozwoju, bardzo ważnym aspektem MIK jest objęcie tym badaniem także małych przedsiębiorstw. Są one po pierwsze obszarem gospodarki, którego wsparcie jest jednym z naszych podstawowych zadań, a po drugie są szczególnie wrażliwe na obecny i dalszy przebieg aktualnego kryzysu. Choć dopiero kolejne fale badania pozwolą na pełną interpretację osiąganych rezultatów, to już pierwsze wyniki potwierdzają tę wrażliwość. Dla nas bardzo istotne będą także zmiany wyników części badania poświęconej dostępowi firm do finansowania zewnętrznego. Choć nie są one częścią podstawowego indeksu MIK, to będziemy je analizować ze szczególną uwagą – powiedział Mateusz Walewski, Główny Ekonomista BGK.

Wyniki indeksu i badania

Poziomem neutralnym  Miesięcznego Indeksu Koniunktury jest 100 pkt. Wynik powyżej tej wartości oznacza poprawę koniunktury, a poniżej jej pogorszenie. Styczniowy indeks w większości badanych obszarów negatywnie odstawał od wartości neutralnej. Jedynie wśród ocen płynności finansowej i wynagrodzeń przeważają odpowiedzi pozytywne. Uśredniony MIK w styczniu 2021 r. wyniósł 85,9, co oznacza pogorszenie koniunktury przedsiębiorstw.

Styczniowe wyniki sugerują, że firmy weszły w 2021 rok w dość trudnych warunkach, co szczególnie widać w ocenie grudniowego klimatu gospodarczego. Perspektywy na przyszłość wyglądają lepiej, ale pozostają poniżej neutralnych poziomów. Najtrudniejsza sytuacja dotyczy sektora usługowego, a relatywnie pozytywnie można ocenić koniunkturę w przemyśle i budownictwie – komentuje Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora w Polskim Instytucie Ekonomicznym.

Miesięczny Indeks Koniunktury

Sytuacja finansowa firm:

W grudniu 2020 r. 48 proc. firm odnotowało niższą wartość sprzedaży w porównaniu do listopada. Spadek pod koniec stycznia przewiduje nieco więcej firm (52 proc.). Wzrostu sprzedaży spodziewa się tylko 14 proc. firm. W tym samym okresie, co trzecia firma (35 proc.) odnotowała spadek liczby nowych zamówień w relacji miesiąc do miesiąca. Nieco ponad połowa (53 proc.) utrzymała je na niezmienionym poziomie.

Większość   firm   (57   proc.)   deklaruje   płynność   finansową zapewniającą   funkcjonowanie   na   okres   powyżej   trzech miesięcy. Tylko 6 proc. przedsiębiorstw zadeklarowało brak wystarczających  środków na funkcjonowanie nawet przez miesiąc.  Dodatkowo, w grudniu 79 proc. firm utrzymało w ujęciu miesięcznym poziom finansowania bieżącej działalności środkami zewnętrznymi.

Rynek pracy:

Przedsiębiorcy pozytywnie oceniają sytuację na rynku pracy.. W grudniu 2020 r. 78 proc. firm planowało utrzymanie zatrudnienia i wynagrodzenia na niezmienionym poziomie w najbliższych trzech miesiącach. Firmy częściej planują zatrudniać (13proc.) i dawać podwyżki (9 proc.) niż zwalniać (9 proc.) i obniżać płace (6 proc.)

Inwestycje i moce produkcyjne:

Wystarczające moce produkcyjne w stosunku do portfela zamówień deklaruje 72 proc. przedsiębiorstw. Co piąty badany wskazywał na zbyt duże moce produkcyjne przy przewidywanych zmianach popytu, a zbyt małe jedynie co 8 proc. badanych przedsiębiorstw.

Co druga firma (49 proc.) nie inwestowała w IV kwartale 2020 r., ale co czwarta (24 proc.) zwiększyła poziom tych wydatków względem poprzednich trzech miesięcy.

***

Metodologia badania indeksu MIK

MIK będzie badał nastroje polskich przedsiębiorstw w siedmiu obszarach: wartość sprzedaży, nowe zamówienia, zatrudnienie, wynagrodzenie, moce produkcyjne, inwestycje, płynność finansowa. Komponenty te posłużą do wyznaczania comiesięcznych wskaźników i porównania ich poziomów w grupach firm wyłonionych według wielkości (liczba zatrudnionych) i reprezentowanej branży. Badanie będzie realizowane w pierwszych dniach kolejnych miesięcy na reprezentatywnej próbie 500 przedsiębiorstw z pięciu sektorów gospodarki: przemysł, handel, budownictwo, usługi, transport, spedycja i logistyka. Pierwsze badanie Polskiego Instytutu Ekonomicznego oraz Banku Gospodarstwa Krajowego przeprowadzono przez ASM Centrum Badań i Analiz Rynku w dniach 4-5 stycznia 2021 r. wśród właścicieli firm lub osób decyzyjnych w przedsiębiorstwach. Zrealizowane zostało za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych (CATI) na próbie losowo-kwotowej obejmującej 500 firmy, w 4 kategoriach wielkości i 5 sektorach branżowych. Na podstawie tej próby można przeprowadzić wnioskowanie o populacji polskich przedsiębiorstw przy poziomie ufności 0,95 z błędem szacunku 5%.

Stopy procentowe nie spadły, ale mogą w przyszłości

Niby znamy decyzje RPP w sprawie stóp procentowych, a jednak zbyt wiele się nie dowiedzieliśmy. Stopy nie spadły, ale mogą w przyszłości. Konieczne jest jednak spełnienie jakichś warunków, które mogą być mocno uznaniowe.

Stopy procentowe bez zmian

Co prawda, Rada Polityki Pieniężnej nie zmieniła stóp procentowych, ale konferencją po decyzji na rynku jednak namieszała. Co takiego znalazło się w komunikacie? Po pierwsze jest tam możliwość dalszych interwencji walutowych, czyli czegoś, czego w Polsce raczej nie stosowano jeszcze jakiś czas temu. Warto zwrócić uwagę na wypowiedź prezesa o warunkach koniecznych do dalszej obniżki stóp procentowych. Są to: 3 fala pandemii i spadek inflacji poniżej celu inflacyjnego NBP. Analitycy w przeważającej większości uważają, że to się nie wydarzy. Patrząc na ostatni gwałtowny spadek inflacji już za kilka miesięcy może się okazać, że te warunki zostaną jednak spełnione. Inwestorzy bojąc się dalszych działań reagowali sprzedażą złotego, dlatego euro podrożało wczoraj do 4,54 zł.

Dobre dane ze strefy euro

Wczoraj poznaliśmy dane na temat produkcji przemysłowej w strefie euro. Spada ona, co prawda, w skali roku o 0,6%, ale to dobry wynik biorąc pod uwagę oczekiwany spadek o 3,3%. Po raz kolejny okazuje się, że Unia Europejska radzi sobie lepiej z pandemią, niż dotychczas sądzono. Na dane te trzeba jednak patrzeć z pewnym dystansem, gdyż oczekiwania są tworzone przed cząstkowymi odczytami z niektórych państw. W rezultacie ich wpływ na rynek walutowy jest często (tak jak w tym wypadku) niewielki. Pokazują one jednak pewien kierunek zmian dla całej organizacji.

Korekta na rynku ropy

Wczorajsze dane z USA pokazały, co prawda, że zapasy ropy naftowej spadają, ale znacznie szybciej rosną zapasy benzyny i destylatów. W rezultacie można oczekiwać, że prędzej czy później wymusi to jednak ograniczenie zakupów surowca. To właśnie ten wniosek był jednym z powodów wczorajszej przeceny na rynku ropy naftowej.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Ropa naftowa: kiedy puszczą hamulce?

Mocniejszy dolar hamuje wzrost ceny ropy naftowej, która po uprzednim załamaniu, pozytywnie zareagowała na spadek zapasów surowca w USA. Rynek wyczekuje raportu OPEC o stanie i perspektywach rynku ropy naftowej. Pakiet fiskalny, choć chwilowo hamuje wzrost ceny, może stać się jej największym wsparciem w średnim terminie. Jakie są prognozy dla rynku ropy?

Piąty raz z rzędu, w Stanach Zjednoczonych odnotowane ubytek ropy naftowej w magazynach. W ciągu drugiego tygodnia stycznia, ze zbiorników surowca ubyło 3,2 mln baryłek.

– Spadek przekraczał oczekiwania rynku, jednak to co istotniejsze w dłuższym terminie, to spadek wielkości zapasów produktów ropopochodnych. W sumie, zmiana wielkości zapasów dwóch rodzajów paliw w USA wyniosła -9,2 mln baryłek. Duży spadek sugeruje odbudowanie części popytu na paliwa i inne produkty wytwarzane z ropy naftowej, wraz ze stopniowym powrotem do aktywności gospodarczej. Nie bez znaczenia był z pewnością grudniowy okres świąteczny, który zwyczajowo podwyższa migracje ludności – tłumaczy analityk TMS Maciej Madej.

Tuż przed odczytem DOE, kurs ropy naftowej załamał się o 1,5 proc., co prawdopodobnie było efektem realizacji zysków na wysokich poziomach. Chwilę przed spadkiem, baryłka WTI kosztowała 53,6 USD, a ropa typu Brent, 56,8 USD za baryłkę.

DOE potwierdza spadek zapasów ropy naftowej

Potwierdzenie spadku wielkości zapasów dało szanse na odbicie notowań i wobec zapowiedzi drastycznego ograniczenia produkcji surowca przez Arabię Saudyjską w lutym, tak właśnie powinno się stać. Kurs odbił, ale wzrost został szybko wyhamowany przez umocnienie USD. W ostatnich dniach kluczową rolę przy wycenianiu znacznej części aktywów odgrywają rentowności amerykańskich obligacji, które oddziałują na kurs USD.

– Paradoksalnie, to co w tej chwili hamuje wzrost cen ropy naftowej, może stać się głównym motorem napędowym jej wzrostu w przyszłości. W ciągu dnia Joe Biden ma ogłosić swój pomysł na kształt pakietu wsparcia fiskalnego dla gospodarki USA. Duże wsparcie z pewnością przyczyni się do dynamicznego odbicia gospodarczego, co bezpośrednio przełoży się na wzmożony popyt na paliwa i surowce energetyczne. Dobre dane o eksporcie z Chin sugerują, że tempo odbicia PKB w 2021 roku (pomimo problemów z tempem szczepień) może być rekordowe. W momencie kiedy pakiet fiskalny zostanie przyjęty, a aktywność gospodarcza zacznie się na dobre rozpędzać, wszystkie hamulce, które blokują wzrost ceny ropy puszczą, a ceny mają szansę dynamicznie wrócić na wysokie poziomy – ocenia analityk TMS.

Niemniej, w czwartek przed południem, mocny dolar przeszkadza w wyraźnym odbiciu ceny ropy naftowej.

– Z technicznego punktu widzenia, kurs testuje linię wsparcia ustawioną w okolicy 55,8 USD w przypadku benchmarku Brent. Linia broniła się kilkukrotnie w ciągu nocy, ale presja na nią jest coraz silniejsza. W dalszej części dnia, powinniśmy poznać raport OPEC o stanie rynku ropy naftowej. Z doniesień medialnych wynika, że popyt na surowiec w 2021 roku wzrośnie o 5,9 mln baryłek dziennie, po tym jak w 2020 spadł o 9,7 mln baryłek dziennie. Netto będziemy mieli zatem w dalszym ciągu do czynienia z luką popytową – mówi Madej.

Baryłka ropy Brent kosztuje 55,8 USD, a jej cena jest 0,4 proc. niższa od punktu odniesienia. Ropa spod znaku WTI tanieje w czwartek o 0,3 proc., a baryłka surowca kosztuje 52,7 USD.

Ropa zyskała 10% w tym roku. Będą dalsze wzrosty?

Ropa naftowa zakończyła rok 2020 na sporym minusie. Pomimo kwietniowego dołka, kurs wspiął się w górę blisko 650 proc. Mimo tego – rok zamknął się na tym rynku około 22 proc. pod kreską. Na początku 2021 r., mimo pogarszającej się sytuacji pandemicznej, ropa zyskała 10%. Wzrost cen wspiera m.in. słaby dolar, zapowiedzi prezydenta elekta na temat bilionów na stymulację amerykańskiej gospodarki, a także rosnący popyt Chin na ropę naftową i inne surowce oraz efekt szczepień i ograniczenie produkcji przez OPEC+.

– Na rynku ropy naftowej widoczne jest odrodzenie popytu, co potwierdza piąty z rzędu spadek zapasów. W połączeniu z cięciami produkcji, zapowiedzianym przez Arabię Saudyjską, o blisko 1 mln baryłek netto w lutym, daje to dość sporą przestrzeń do wzrostu ceny surowca w nadchodzących tygodniach – ocenia kierownik departamentu analiz TMS Brokers Łukasz Zembik.

W raporcie „Prognozy inwestycyjne na 2021 rok” analitycy TMS zwracają jednak uwagę, że „zbyt szybkie rozluźnienie restrykcji wydobycia spowoduje spadki cen. Zbyt ostrożne podejście może skutkować dalszymi wzrostami notowań surowca, a w konsekwencji może dojść do rozłamu i wzrostu produkcji na rynku amerykańskim. Zakładamy, że cena ropy w pierwszych 6 miesiącach roku powinna znajdować się pod presją, zaś druga połowa roku może przynieść stabilizację na wyższych poziomach, nawet ok. 60 USD/oz, co przełoży się na ceny paliwa”.

Elektryczna motoryzacja zmieni tradycyjne łańcuchy dostaw

Auta elektryczne coraz szybciej zdobywają rynek nowych pojazdów w Europie. Prawie wszyscy najwięksi producenci samochodów inwestują miliony euro w nowe modele, modernizują zakłady i wprowadzają zmiany technologiczne w całym łańcuchu dostaw. Według danych Automotive from Ultima Media, sprzedaż pojazdów w pełni elektrycznych wzrośnie z 2,3% światowej sprzedaży pojazdów osobowych i użytkowych w 2019 roku do 19% w 2030 roku, 36% do 2035 roku i 80% do 2040 roku.

Wspólnie ze specjalistami GEFCO, wiodącym dostawcą usług logistycznych dla branży motoryzacyjnej w Europie, oceniamy wpływ nadchodzących zmian na wyzwania dla branży logistycznej.

Nie ma wątpliwości, że wpływ elektromobilności na produkcję, logistykę i dystrybucję będzie znaczący. Z jednej strony pojazdy elektryczne posiadają mniej ruchomych części i komponentów w porównaniu z autami spalinowymi, co oznacza mniejsze wolumeny w transporcie i bardziej zautomatyzowany proces montażu. Z drugiej strony łańcuch dostaw pojazdów elektrycznych obejmuje wyraźnie nowe procedury zamówień i produkcji, nowe miejsca zaopatrzenia i lokalizacje dostawców, a także więcej części o wyższej wartości. Obowiązują również ścisłe przepisy związane z obsługą i transportem akumulatorów litowo-jonowych, a także ich serwisowaniem i recyklingiem. Chociaż wiele podstawowych zadań pozostanie niezmienionych, dostawcy usług logistycznych muszą rozwijać nowe umiejętności, zdobywać certyfikaty i nowe zdolności biznesowe, aby wykorzystać szanse jakie daje rosnący popyt na pojazdy elektryczne.

„Obecnie istnieje mniej ograniczeń dotyczących transportu pojazdów elektrycznych, niż w przypadku transportu baterii. Jednak wysyłka takich pojazdów jest wciąż bardziej złożona w porównaniu do aut tradycyjnych. Dla przykładu zarówno rosyjskie, jak i chińskie koleje nie zezwalają na transport pojazdów elektrycznych” – mówi Emmanuel ARNAUD, Executive Vice-President for sales and marketing, GEFCO.

„Auta elektryczne zazwyczaj posiadają więcej części elektronicznych o wysokiej wartości, które wymagają większego kapitału obrotowego w celu utrzymania wyższego poziomu zapasów” – mówi Marco Wang, starszy dyrektor ds. logistyki w chińskim startupie Nio z branży EV. Utrzymanie zapasów takich części powoduje wzrost kosztów. Dostawcy usług logistycznych również wymagają dokładniejszego śledzenia i większej kontroli takich łańcuchów dostaw.

Jak zauważają eksperci GEFCO, większa liczba drogich i mniejszych części może również prowadzić do zmian w transporcie. Na przykład, zamiast utrzymywać więcej zapasów w celu buforowania długich czasów transportu morskiego, sensowne może być, aby producenci samochodów i dostawcy częściej korzystali z transportu przyspieszonego, takiego jak fracht lotniczy. Istnieje również możliwość transportu części koleją między Azją i Europą. To skuteczny sposób na zaoszczędzenie czasu w porównaniu do transportu morskiego, jednak korzystanie z transportu kolejowego do przewożenia akumulatorów nie zawsze jest możliwe.

„Dostawy baterii litowych koleją w Chinach są zabronione ze względu na traktowanie baterii jako towar niebezpieczny klasy 9. Alternatywny transport morski i kolejowy za pośrednictwem portu we Władywostoku jest w obecnej sytuacji właściwym rozwiązaniem” – wyjaśnia Alice Defranoux, Rail Manager, GEFCO.

Producenci pojazdów elektrycznych nie muszą stosować się do tradycyjnej dla przemysłu motoryzacyjnego strategii produkcji push. Młode przedsiębiorstwa zazwyczaj działają w oparciu o model build-to-order, który zazwyczaj wiąże się z większą zmiennością w łańcuchu dostaw w porównaniu z produkcją na zapas, ponieważ trudniej jest przewidzieć zapotrzebowanie na części i wahania zamówień. Elastyczność łańcucha dostaw będzie zatem istotnym czynnikiem nie tylko przy uruchamianiu zakładów produkujących EV dla nowych marek, ale także dla samych producentów pojazdów o ugruntowanej pozycji rynkowej.

Producenci pojazdów elektrycznych będą produkować warianty układów napędowych w tym samym zakładzie produkcyjnym, jeśli nie na tej samej linii montażowej. W międzyczasie, wraz z łańcuchami dostaw zmieniają się dostawcy, zarówno w konsekwencji dalszych inwestycji w nowe technologie, jak i pod presją redukcji kosztów logistyki, aby utrzymać konkurencyjność. Pascal Trummer, wiceprezes Magna International, powiedział Automotive Logistics, że taka sytuacja skłania niektóre firmy do podążania za producentami OEM i do dalszej ekspansji w regionach o niższych kosztach – niekoniecznie w Azji, ale na przykład we wschodniej Europie, gdzie produkcja pojazdów elektrycznych i akumulatorów będzie rosła.

Rozwój elektromobilności może przynieść branży logistycznej wiele korzyści. Obecnie rynek sukcesywnie przystosowuje się do zmian jakie wynikają z rosnącej liczby pojazdów elektrycznych. „Nadal konieczne jest tworzenie odpowiednich standardów. Rynek się zmienia, a standardy i przepisy ewoluują wraz z nim” – podkreśla Bruno CONSTANS, marketing and innovation director, GEFCO.

Aleksandra Bluj: WIBOR znów jest reprezentatywny

„Musieliśmy dokonać weryfikacji i walidacji metody, sprawdzić, skonsultować i potwierdzić, że zakres dostosowania metody opracowywania pozwala na trafny opis rzeczywistości ekonomicznej oraz zapewnić KNF, że w przypadku zmiany tej rzeczywistości będziemy w stanie doprowadzić WIBOR do takiego stanu, w którym będzie on wciąż +reprezentatywny+” – opisuje drogę GPW Benchmark do roli administratora wskaźników referencyjnych stopy procentowej w rozmowie z PAP wiceprezes spółki Aleksandra Bluj.
„W grudniu 2020 roku Komisja Nadzoru Finansowego udzieliła nam zezwolenia na opracowywanie stawek referencyjnych WIBOR i WIBID, które stanowią rodzinę wskaźników referencyjnych. To koncepcja dwustronności, z którą wskaźniki WIBID i WIBOR funkcjonowały i która jest charakterystyczna dla naszego rynku. Różnica polega na tym, że WIBOR jest wskaźnikiem kluczowym, a WIBID nie ma takiego statusu, ale również jest dzisiaj uznany za zgodny z rozporządzeniem BMR” – mówi wiceprezes GPW Benchmark Aleksandra Bluj.

„WIBOR jest wskaźnikiem kluczowym, nie dlatego, że spełniamy wszystkie, dość rygorystyczne ilościowe przesłanki wynikając z BMR, ale dlatego, że Polska WIBOR-em stoi. Kredyty, czy obligacje zmiennokuponowe, oparte są o WIBOR. Polska jest krajem, w którym używa się przede wszystkim zmiennej stopy procentowej w udzielanych kredytach, w tym przede wszystkim kredytach hipotecznych. Ponieważ właściwie nie ma alternatywy dla WIBOR-u, to Komisja Nadzoru Finansowego stwierdziła, że WIBOR jest krajowym wskaźnikiem kluczowym” – dodaje.

GPW Benchmark zajmuje się wyznaczaniem indeksów rynku akcji i obligacji oraz dostarcza wskaźniki referencyjne dla rynku pieniężnego WIBID i WIBOR. Wchodząca w skład Grupy Kapitałowej GPW spółka jest administratorem wskaźników referencyjnych w rozumieniu unijnego rozporządzenia BMR, wpisanym do rejestru ESMA (ang. The European Securities and Markets Authority), instytucji nadzorującej unijny rynek kapitałowy. Otrzymanie zezwolenia dla opracowywania wskaźnika WIBOR, oznacza, że GPW Benchmark stała się obecnie jednym z trzech licencjonowanych administratorów wskaźnika kluczowego. Stało się to po przeprowadzonym przez GPW Benchmark procesie dostosowania wskaźników WIBID i WIBOR, która doprowadziła te wyjątkowo ważne dla krajowego rynku finansowego wskaźniki do zgodności z wymaganiami nałożonymi na podstawie przepisów unijnego prawa, zawartych w rozporządzeniu BMR.

Nad zmianami w WIBOR-ze GPW Benchmark pracowała przez ponad dwa lata.

„Musieliśmy dokonać weryfikacji i walidacji metody, sprawdzić, skonsultować i potwierdzić, że zakres dostosowania metody opracowywania pozwala na trafny opis rzeczywistości ekonomicznej oraz zapewnić KNF, że w przypadku zmiany tej rzeczywistości będziemy w stanie doprowadzić WIBOR do takiego stanu, w którym będzie on wciąż +reprezentatywny. To słowo-klucz, które może mieć wiele interpretacji, ale najważniejsze i najbardziej trafne znaczenie jest takie, że wskaźnik referencyjny ma mierzyć rzeczywisty rynek. Dyskusja na temat tego czym jest rzeczywisty i aktywny rynek, może być długa, tym bardziej, że argument, że ilość i wartość depozytów niezabezpieczonych jest ograniczona, jest zasadny. Mając na uwadze fakt, że rynek międzybankowy jest nisko-transakcyjny, aby zapewnić ciągłość WIBOR-u, musieliśmy z jego istoty wydobyć najważniejsze elementy. Wykorzystaliśmy wskazania BMR, które mówią, że kiedy nie możemy wziąć danych z Rynku Bazowego, to bierzemy je z Rynków Powiązanych” – wyjaśnia Aleksandra Bluj.

„Poradziliśmy sobie z tym zadaniem, ale jesteśmy zobowiązani sprawdzać, czy stworzona przez nas konstrukcja dobrze działa. Musimy regularnie zapewniać, że WIBOR jest tworem żywym” – dodaje.

Jednym z najgroźniejszych zjawisk z punktu widzenia administratora wskaźników jest spadek transakcyjności, który grozi utratą atrybutu „reprezentatywności”.

„Obserwowaliśmy w okresie nasilenia pandemii koronawirusa widoczne spadki poziomu transakcyjności, a przy tym ilości dokonywanych transakcji, nawet dla tych najkrótszych, najbardziej płynnych terminów zapadalności. Jako administrator wskaźnika kluczowego jesteśmy zobowiązani do tego, żeby naszymi działaniami zapewniać stabilność i ciągłość systemu finansowego, któremu wskaźniki referencyjne służą, co w tym wypadku oznacza ciągłe poszukiwanie takich segmentów rynku, które pozwalają na budowanie stabilnych i reprezentatywnych wskaźników alternatywnych. My takie koncepcje już też mamy” – mówi Bluj.

Zapewnienie scenariuszy postępowania na wypadek zaprzestania opracowywania stosowanych wskaźników referencyjnych to jedno z wymagań stawianych przez Rozporządzenie BMR. Wybór wskaźnika alternatywnego jest rozwiązaniem najbardziej pożądanym i czytelnym do zastosowania. Scenariusze awaryjne lub wskaźniki alternatywne powinny być uwzględniane w niemal każdej umowie, w której pojawia się wskaźnik referencyjny. To zabezpieczenie dla uczestników obrotu i stron umów w sytuacji, kiedy z jakichś powodów – na przykład utraty reprezentatywności – podstawowy wskaźnik przestanie być opracowywany. Pozwoliłoby to na ograniczanie ryzyka sytuacji, w której kredytobiorca nie wie, jak będą oprocentowane jego zobowiązania, jeśli WIBOR miałby zniknąć.

„Rozporządzenie BMR i inne regulacje wskazują, że podmiot, który stosuje wskaźnik referencyjny powinien mieć plan na wypadek, gdyby coś stało się ze wskaźnikiem referencyjnym. Najlepszym planem zaradczym jest posiadanie wskaźnika alternatywnego, chociaż istnieją też inne rozwiązania” – mówi Aleksandra Bluj.

„Związek Banków Polskich wraz z największymi bankami przygotował już takie rozwiązania zaradcze. I one są cały czas wdrażane, dyskutowane i ulepszane. Ale jeśli chodzi o szeroki rynek i pozostałe podmioty, to widać deficyt rozwiązań definiujących, co należy wpisać do umów jako alternatywę do stosowanych już wskaźników referencyjnych. Zakładam jednak, że częściowo wynika to z tego, że polski rynek nie podjął jeszcze decyzji odnośnie wskaźnika alternatywnego” – wyjaśnia Bluj.

Dobra wiadomość dla przedsiębiorców. Tarcza Finansowa 2.0 – PFR uwzględnia dużą część postulatów Rzecznika MŚP

Rząd uznał argumenty Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców, w związku z czym PFR wprowadził w Tarczy Finansowej 2.0 dwie zasady postulowane przez Rzecznika.

Jedną z nich jest zasada umożliwiająca otrzymanie wsparcia dla kolejnych firm. Aby zakwalifikować się do programu należy posiadać jeden z 45 ujętych kodów PKD na dzień 31 grudnia 2019 roku i 1 listopada 2020 roku oraz w chwili złożenia wniosku. Nie musi być to jednak kod dominujący.

Druga to umożliwienie zakwalifikowania się do programu firmom niezatrudniającym pracowników na umowę o pracę na koniec 2019 roku, którzy jednak zatrudnili choć jedną taką osobę do 31 lipca 2020 roku.

Ponadto do pierwotnej listy 38 kodów PKD, dodano 7 nowych kodów, w tym m.in kod agencji reklamowych, pod którym działają firmy organizujące targi. konferencje czy imprezy rozrywkowe o co również wnosił Rzecznik MŚP.

– Do Biura Rzecznika MŚP zgłaszało się wielu przedsiębiorców zwracających uwagę na problem dominującego kodu PKD. Często kod dominujący nie jest miarodajny w stosunku do kodu, z którego przedsiębiorca czerpie największe przychody. Cieszę się, że PFR przychylił się do moich uwag w tej kwestii. Oczekuję, że podobne zmiany zostaną wprowadzone również w Tarczy Branżowej w przedmiocie np. zwolnienia ze składki na ZUS – komentuje sprawę Adam Abramowicz, Rzecznik MŚP.

Unseen Silence planuje debiut na NewConnect w 2021. Producent gier planuje pozyskać z emisji 1 mln zł

Unseen Silence, niezależny developer i wydawca gier na komputery osobiste, ogłosił strategię dotyczącą nadchodzących tytułów spółki. Zgodnie z nią, gry tworzone będą w oparciu o znanych i doświadczonych partnerów oraz środki z trwającej do 29.01.2021 oferty publicznej akcji.  Spółka planuje również debiut na giełdzie NewConnect przed końcem bieżącego roku.

W puli trwającej oferty publicznej akcji znajduje się blisko 33,9 tys. nowych walorów serii B po cenie 29,50 zł za sztukę, a łączna wartość oferty wynosi maksymalnie 1 000 050 zł. Spółka planuje debiut na NewConnect pod koniec 2021 roku. W tym czasie Unseen Silence będzie kontynuował pracę nad dwoma nadchodzącymi grami – Ultra Mega Cats oraz Terror: Endless Night.

– Motywem przewodnim produkcji Unseen Silence będą emocjonujące historie – bez względu czy użytkownik będzie przeżywał je sam, czy też tworzył je grając wspólnie z przyjaciółmi. Czerpiemy inspirację w szczególności z działalności Paradox Interactive – szwedów słynących z wydawania fantastycznych gier – przybliża działalność prezes spółki Ignacy Kurkowski.

Premiery projektów, nad którymi pracuje obecnie spółka są zaplanowane na bieżący i przyszły rok. Największym tytułem spółki jest Ultra Mega Cats – kooperacyjny shooter online. Za stworzenie podstaw obecnie odpowiada Mataboo, które jest jednym z największych i najbardziej utalentowanych zespołów outsourcingowych w Polsce. ‘magicy kodu’ współpracowali przy takich tytułach jak chociażby Blair Witch na platformie Nintendo Switch oraz zagranicznych produkcjach AAA: Devil May Cry, Ultra Street Fighter, Mortal Kombat X, Resident Evil, Hitman, Injustice 2, Shadow Warrior 2.

Prace nad Ultra Mega Cats przebiegają obecnie we współpracy Mataboo. Produkcja ma być podstawą większego uniwersum jakie tworzymy wokół Ultra Mega Cats i planujemy jej rozwój przez najbliższe lata. Dlatego też, aż 85% finansowania pozyskanego z obecnej emisji będzie przeznaczone na tę grę – kontynuuje prezes Unseen Silence

Gracze będą wspólnie tworzyć drużynę kotów w cybernetycznych zbrojach, które muszą uciec z pełnego przeciwników obszaru. Wyznacznikami produkcji mają być wysoka regrywalność, wyspecjalizowane klasy, pozwalające na podział obowiązków w zespole oraz możliwość całkowitego spersonalizowania bohaterów – między innymi za pomocą specjalnie dla gry stworzonej aplikacji mobilnej i skorzystania z modelu mikropłatności. Gra weszła w fazę produkcyjną na początku listopada 2020 roku, a docelowo zostanie w pierwszej kolejności wydana w formule Early Access na platformie Steam, ale spółka nie wyklucza również obecności na konkurencyjnym Epic Games Store. Unseen Silence przewiduje premierę wersji Early Access na pierwszy/drugi kwartał 2022 roku.

Przed Ultra Mega Cats w Early Access zadebiutuje Terror: Endless Night. Gra jest luźną adaptacją historii HMS Terror – XIX wiecznego okrętu, którego tragedia w czasie wyprawy badawczej kosztowała życie kilkudziesięcioosobowej załogi. Przedstawia autorską historię jednej z wypraw, która ruszyła na ratunek HMS Terror.  Opowieści o nieudanej ekspedycji są interesującym źródłem inspiracji – wspomnienie jej można odnaleźć chociażby w powieści Jądro Ciemności Josepha Conrada. Gra, powstaje pod opieką mentorską Pixel Crow, a do której Unseen Silence posiada pełnię praw autorskich. Wydawcą produkcji jest Movie Games, a premiera planowana jest na koniec 2021 roku.

Terror: Endless Night będzie grą, która łączy zarządzanie ekstremalnie niewielkimi zasobami z rozbudowaną fabułą. Wcielamy się w rolę kapitana statku, którego decyzje będą miały decydujący wpływ w walce z warunkami atmosferycznymi, chorobami i przede wszystkim – kruchą, ludzką psychiką – kończy prezes Ignacy Kurkowski.

Stopy procentowe bez zmian. Słabość złotego powinna być przejściowa

Rada Polityki Pieniężnej nie zmieniła poziomu stóp procentowych, ale w komunikacie zasygnalizowano, że NBP może dokonywać interwencji na rynku walutowym „w celu wzmocnienia oddziaływania poluzowania polityki pieniężnej na gospodarkę”. Bank centralny NBP przestrzega kupujących złotego, że może zrobić cos, co już zrobił. Nie miał innego wyjścia, ale też nie zobowiązuje się do niczego. Słabość złotego powinna być przejściowa.

Rada Polityki Pieniężnej w komunikacie po styczniowym posiedzeniu powtórzyła, że pandemia negatywnie odbija się na aktywności gospodarczej, w efekcie czego bank centralny zamierza utrzymać program skupu aktywów i oferować kredyt wekslowy na refinansowanie kredytów firm. Poza tym NBP chce przeciwdziałać umocnieniu złotego, tylko że opcje NBP są ograniczone. Przynajmniej jedna z grudniowych interwencji walutowych była potwierdzona, więc dementowanie aktywności na rynku złotego nie miało sensu. Całkowicie zignorowanie tematu i pominięcie go w komunikacie byłoby ryzykownym posunięciem, gdyż mogłoby zostać odebrane jako potwierdzenie jednorazowego charakteru grudniowych działań (poparcie tezy o osłabieniu złotego dla podbicia fixingu na koniec roku). Część inwestorów mogłaby to odebrać jako wyparowanie ryzyka dalszych interwencji i zaproszenie do kupna złotego. NBP naturalnie tego nie chce, co zresztą wskazał w komunikacie, powtarzając, że „tempo ożywienia gospodarczego może być także ograniczane przez brak wyraźnego i trwalszego dostosowania kursu złotego” do luźnej polityki pieniężnej. Ponieważ cięcie stóp procentowych do zera przysparza za dużo kłopotów (m.in. stopa depozytowa poniżej zera), pozostają utajone interwencje na rynku walutowych lub jawne przed nim przestrzeganie. NBP prawdopodobnie liczy, że to drugie wystarczy (gdyż też jest mnie kosztowne) i patrząc na wstępną reakcję złotego może się wydawać, że zabieg się powiódł. Mam jednak wątpliwości, na jak długo to wystarczy. Przy stale odbudowywanym pozycie na aktywa rynków wschodzących i poprawie perspektyw gospodarczych w Polsce i strefie euro presja na umocnienie złotego będzie tylko silniejsza, im dłużej będzie on pozostawał relatywnie tani. Nadwyżka na rachunku bieżącym Polski ponad 1,7 mld EUR (ostatnie dane za listopad) jest mocnym argumentem wspierającym walutę. Świadomość gotowości NBP do interwencji może tylko spowolnić ten proces, ale nie zatrzymać. Poziomem granicznym przyjętym przez uczestników rynku w ostatnich dniach stało się 4,50, co do przełamania którego inwestorzy mogą mieć teraz większe opory, ale na pozytywnym, pro-ryzykownym tle makroekonomicznym sprzedaż złotego nie ma sensu. Oczekujemy wyhamowania wzrostów EUR/PLN przed 4,56 i poufniejszego powrotu niżej.

Na szerokim rynku tematem dnia jest szykowany przez prezydenta-elekta Bidena pakiet fiskalny wart 2 bln dolarów. O takiej kwocie informują źródła prasowe na podstawie doniesień doradców Bidena. Duże kwoty oznaczają jednak duże trudności w przeforsowaniu pakietu. Biden chce zyskać obupartyjne poparcie dla wydatków, co oznacza konieczność uzyskania 60 głosów w Senacie, jeśli prezydent-elekt nie chce wykorzystywać bocznej furtki w postaci rewizji budżetu (wówczas wystarczy zwykła większość głosów). Ale Republikanie nie zgodzą się na 2 bln wydatków, a i w obozie Demokratów pojawiaj się głosy sprzeciwu. Stąd nocny wyskok rentowności obligacji USA, który podsycił umocnieni USD, może okazać się przedwczesny i niesłuszny.

Nowy kryzys pojawiał się we Włoszech, gdzie lider partii Viva Renzi ogłosił, że wycofuje swoich ministrów z koalicji rządzącej, zagrażając upadkiem rządu. Jednak ryzyko przyspieszonych wyborów jest niewielkie. Rząd i prezydent chcą uniknąć takiego rozwiązania w czasie pandemii i premier Conte szuka innych głosów dla odzyskania większości. Poszukiwanie nowych koalicjantów może zająć kilka dni, a alternatywą pozostaje także rząd techniczny. Cała sprawa wprowadza nieco zamieszania na rynku włoskich obligacji, jednak wpływ na giełdę w Mediolanie i EUR powinien być znikomy.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rząd nie jest przygotowany na trzecią falę epidemii. Biznes potrzebuje planu, nie działania z zaskoczenia

Pojawienie się szczepionki i pierwsze serie szczepień nie powinny uśpić naszej czujności. Pandemia wciąż trwa – a zgodnie z doświadczeniem sezonowych wzrostów zachorowań czeka nas na wiosnę trzecia fala koronawirusa. Jak rząd powinien się do niej przygotować? Po pierwsze: zainwestować czas i środki w służbę zdrowia, by nie powtórzyła się sytuacja z jesieni – kiedy to szpitale i medycy nie byli przygotowani na duży wzrost zachorowań. Drugą konieczną rzeczą jest przygotowanie odpowiednich, przemyślanych i zaplanowanych z wyprzedzeniem restrykcji dotyczących biznesu i działania gospodarki.

– Jeśli szczepionka okaże się skuteczna, to może nie będzie kolejnej fali zachorowań na jesieni. Ale to i tak oznacza, że pierwsza połowa roku będzie dla nas okresem dramatycznie trudnym. Ważne jest więc, aby państwo umiało działać w sposób minimalizujący straty – kierując pomoc tam, gdzie ona jest naprawdę najbardziej potrzebna. Tej pomocy nie będzie bowiem za dużo. Będzie jej raczej za mało w stosunku do potrzeb – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Witold Orłowski, ekonomista. – W 2020 roku obserwowaliśmy ogromne nieudolności w działaniu. Największą z nich było nieprzygotowanie służby zdrowia na drugą falę pandemii. Dlatego teraz rząd powinien przede wszystkim – tak jak wiele rządów na świecie – zająć się funkcjonowaniem służby zdrowia. Od niej bowiem zależy skala strat. Potem, jeśli już trzeba będzie wprowadzać lockdown, rząd powinien to robić w porozumieniu z biznesem. Nie chcemy znowu patrzeć, jak słaba władza boi się, że biznes ją przechytrzy – więc na wszelki wypadek działa z zaskoczenia. Trzeba działać inaczej: rozmawiać i ustalać, w jaki sposób wprowadzić niezbędne ograniczenia, by były jak najmniej kosztowne. Potrzebny jest też dobry plan, jak wykorzystać środki, które będą dostępne z programów pomocowych. Będą to mniejsze kwoty niż dostępne do tej pory. Tym bardziej nie stać nas na błędy, które pojawiły się w zeszłym roku. Rząd zapomniał o jakimś kodzie PKD, przez co musiał zamiast jednej tarczy robić sześć kolejnych – łatając dziury i dopisując klauzule. Tutaj też przyda się więc współpraca z biznesem – by pomoc, która musi być udzielana, była udzielana w sposób sprawny – podkreśla Orłowski.

Kasetony dibondowe

Wybranie odpowiedniego nośnika, na którym umieszczona zostanie reklama, jest — zaraz po treści — bardzo ważnym elementem kampanii promocyjnej. To gwarancja, że przekaz trafi do odbiorców, będzie czytelny i trwały. Jednym z najlepiej sprawdzających się materiałów podkładowych jest dibond.

Co to jest dibond?

Coraz częściej podczas projektowania materiałów promocyjnych proponowane są tak zwane reklamy dibondowe. Co to jest dibond? To płyta kompozytowa, w której skład wchodzi kilka tworzyw. Najczęściej produkowana jest z warstw aluminium oddzielonych od siebie polietylenem. Uzyskana konstrukcja sprawia, że produkt ten jest bardzo wytrzymały i dobrze sprawdza się jako nośnik treści marketingowych.

Właściwości dibondu

Płyta dibondowa dzięki zastosowaniu kilku rodzajów materiałów ma dużą trwałość. Głównym trzonem konstrukcji jest solidne aluminium oraz łączący warstwy rdzeń polietylenowy. Każde dodatkowo wprowadzone tworzywo dodaje nowe właściwości, które sprawiają, że w efekcie produkt zyskuje na funkcjonalności.

Materiał typu dibond:

  • ma dużą odporność na warunki atmosferyczne, takie jak: wiatr, opady deszczu czy śniegu,
  • dobrze znosi, zarówno niskie, jak i wysokie temperatury oraz gwałtowne zmiany wartości,
  • łatwo poddaje się obróbce, między innymi: cięciu, wierceniu, frezowaniu, gięciu, czy zgrzewaniu,
  • jest bardzo wytrzymały oraz odporny na uszkodzenia mechaniczne, w tym zarysowania i pęknięcia,
  • nie blaknie, nawet w wyniku długotrwałego oddziaływania promieniowania UV,
  • nie rozwarstwia się i jest wodoodporny,
  • zachowuje długą żywotność,
  • sprawdzi się na różnych rodzajach i rozmiarach powierzchni,
  • jest lekki, co daje duże możliwości w kwestii montażu.

 

Rodzaje reklam z dibondu

Firma DRW Studio jako producent reklam dibondowych proponuje szereg rozwiązań, które sprawdzą się nie tylko w odniesieniu do różnych branż, ale też w kwestii montażu w dowolnych miejscach. Kasetony z dibondu są uniwersalnym nośnikiem reklamowym i mogą być stosowane na zewnątrz, jak i wewnątrz pomieszczeń. Dzięki możliwościom obróbki udaje się stworzyć wyróżniające się na tle konkurencji produkty marketingowe skierowane do różnych odbiorców.

Wśród dostępnych rodzai reklam z płyt kompozytowych są między innymi:

  • kasetony z dibondu jednostronne oraz dwustronne,
  • zabudowy dibondowe złożone z kilku elementów,
  • totemy wolnostojące,
  • tabliczki informacyjne,
  • pylony.

Oprócz wyboru konkretnego formatu reklamy klient decyduje również czy chce płytę kompozytową w wersji błyszczącej czy matowej. Zastosowanie różnych barw i rodzaju powierzchni pozwala na uzyskanie dowolnego efektu, np. eleganckiego szyldu.

Każdy element może być dodatkowo urozmaicony np. modułami LED czy efektem halo. To sprawia, że wyprodukowany model jest indywidualnie dopasowany do potrzeb klienta.

Zalety reklam dibondowych

Dzięki możliwości indywidualnego skonstruowania płyty dibondowej, czyli odpowiednim dopasowaniu formatu warstw aluminium i polietylenu, uzyskuje się nośnik reklamy dobrany do panujących warunków. Wykorzystana grubość komponentów decyduje o tym, czy podkład będzie sztywny, czy bardziej elastyczny.

Kasetony dibondowe wyróżniają się dużą estetycznością na tle innych produktów marketingowych. Łatwo utrzymać je w czystości, a przy tym są niezwykle odporne na czynniki zewnętrzne.

Istnieje kilka sposób nanoszenia treści i wzorów na dibond. Najefektywniejsze jest frezowanie, dzięki któremu bardzo precyzyjnie tworzone są różne kształty liter czy znaków. Treść umieszczona na panelu może być nie tylko różnokolorowa, ale też wypukła. Dodatkowo można zamontować oświetlenie, które przyciąga wzrok i zwraca uwagę na prezentową markę.

Wśród zalet reklam z dibondu warto dodać atrakcyjną cenę. Koszt wyprodukowania kasetonów uzależniony jest od wybranego wariantu, jego grubości czy sposobie naniesienia treści, ale zyskuje się cenną trwałość i długą żywotność produktu. Zainwestowanie środków w płytę dibondową to gwarancja uzyskania podkładu reklamowego, który będzie się estetycznie prezentował przez długi czas.

Podsumowanie

Popularność reklam dibondowych jest uzasadniona korzystnymi właściwościami produktu. Takie kampanie dobrze się prezentują, są solidne i dają ogromne możliwości w kwestiach projektowych. Firma specjalizująca się w branży reklamowej wie jak stworzyć produkt, który będzie dobrze reprezentował firmę i zwróci uwagę klientów.

Twisto pozyskało na rozwój 72 mln zł

  • ZIP, notowany na australijskiej giełdzie fintechowy unicorn dołączył do grona inwestorów Twisto, wśród których są już m.in. ING i Uniqa.
  • Nowym inwestorem Twisto jest również Elevator Ventures, fundusz wspierany przez Raiffeisen Bank International.
  • 72 mln zł pozyskane od inwestorów Twisto przeznaczy na rozwój płatności odroczonych w Europie Środkowej.

Twisto, wiodący fintech w Europie Środkowej, specjalizujący się w odrocznych płatnościach za zakupy w sklepach internetowych i stacjonarnych, pozyskał 72 mln zł (16 mln EUR) na rozwój działalności na dotychczasowych oraz nowych rynkach. Co równie ważne, skorzysta też z know-how jakie do spółki wniosą nowi inwestorzy. Są wśród nich ZIP, fintech z Australii, inwestor branżowy, który usługi płatności odroczonych oferuje na rynkach australijskim, nowozelandzkim, brytyjskim i amerykańskim. ZIP jest notowany na giełdzie w Sydney, gdzie w 2020 r. uzyskał status unicorna, czyli spółki o kapitalizacji przekraczającej 1 mld USD.

– Witamy na pokładzie nowych inwestorów. Mają duże doświadczenie w świadczeniu podobnych usług, więc ich know-how jest dla nas równie ważne, jak finansowanie. Cieszymy się, że swoje zaangażowanie finansowe zwiększyli także obecni inwestorzy, co jest wyrazem ich wiary w to co robimy – mówi Michal Smida, założyciel i CEO Twisto. – Naszym długoterminowym celem jest oferowanie inteligentnych rozwiązań finansowych na dużą skalę. Budujemy pozycję lidera płatności odroczonych w naszej części Europy, który w ciągu kilku lat będzie obsługiwał milion klientów miesięcznie. Cieszę się, że w tej roli widzą nas również inwestorzy – dodaje.

Inwestor branżowy

– Jesteśmy podekscytowani inwestycją w Twisto. które postrzegamy jako wschodzącego lidera płatności odroczonych w Europie Środkowej i Wschodniej. Twisto oferuje kompleksowy produkt i ma zwinny zespół zorientowany na klienta. Rozpoczęliśmy już bliską współpracę, aby podzielić się doświadczeniami i jeszcze przyspieszyć rozwój firmy – mówi Larry Diamond, współzałożyciel i CEO ZIP.

Finansowanie dla Twisto to pierwsza inwestycja australijskiego fintechu w Europie kontynentalnej i druga (po Wielkiej Brytanii) inwestycja w Europie. ZIP jest uważany za jednego ze światowych liderów płatności: „kup teraz, zapłać później”. Działa w tym samym segmencie rynku jak Twisto: oferuje płatności odroczone online (w sklepach internetowych) i offline (w sklepach stacjonarnych, dzięki aplikacji połączonej z kartą płatniczą). Z usług i produktów ZIP korzysta 5,3 mln klientów na czterech rynkach. Spółka zatrudnia 500 osób.

Elevator Ventures to z kolei wiodący fundusz fintech, wspierany przez austriacki Raiffeisen Bank International.

Jesteśmy pod wrażeniem rozwiązań do codziennych płatności i zarządzania finansami, które oferuje aplikacja Twisto. Dynamiczny rozwój w Europie Środkowej dowodzi, że Twisto odpowiada na realne potrzeby klientów w tym regionie. Wesprzemy Twisto w ambicjach wejścia na kolejne rynki w Europie kontynentalnejtwierdzi Maximilian Schausberger, dyrektor zarządzający Elevator Ventures.

W tej rundzie finansowania udział wzieli także obecni inwestorzy Twisto: Finch Capital, Velocity Capital, ING Bank i austriacka grupa ubezpieczeniowa UNIQA. 7 mln EUR stanowi finansowanie dłużne na rozwój portfela kredytowego od brytyjskiego Kreos Capital, a także od pierwszego czeskiego funduszu venture capital – Orbit Capital.

Wraz z otrzymanym finansowaniem Twisto zamknęło rundę inwestycyjną B. Łącznie w tej rundzie fintech otrzymał od inwestorów 21,28 mln EUR. Wyłącznym doradcą finansowym Twisto i jego udziałowców podczas transakcji było Royal Park Partners.

Płatności odroczone omnichannel

Twisto oferuje płatności odroczone omnichannel. Dzięki aplikacji połączonej z kartą Mastercad, zarejestrowany klient może przesunąć płatność w każdym sklepie (online i offline) do 45 dni za darmo. Osoby niezarejestrowane mogą przesuwać płatność o 21 dni w e-sklepach, które wdrożyły Twisto jako metodę płatności. Aplikacja Twisto umożliwia też podzielenie na 3 raty za 0 zł płatności za zakupy w popularnych sklepach internetowych. Dodatkowo Twisto oferuje swoim użytkownikom cashback do 10 proc. w ponad 850 sklepach internetowych, a także płatności mobilne Google Pay i Apple Pay. Z usług Twisto korzysta ponad 1,3 mln klientów w Polsce i w Czechach. Blisko 170 tys. osób to zarejestrowani użytkownicy aplikacji.

Bezpieczeństwo – słowo klucz do funkcjonowania organizacji w nowej rzeczywistości

Firmy boją się o swoją przyszłość! Pracownicy obawiają się utraty pracy! Ludzie boją się o swoje zdrowie i życie! Biznes o konsekwencjach pandemii – rośnie odsetek firm obawiających się o przyszłą koniunkturę! To zaledwie promil haseł, jakie już od miesięcy można znaleźć w różnych mediach i na ustach wielu, a które negatywnie, choć niestety niezwykle skutecznie, wpływają na poczucie bezpieczeństwa wśród organizacji i zatrudnionych. Bezpieczeństwo jest bowiem tym słowem, którym najbardziej zachwiały wydarzenia ostatnich kilkunastu miesięcy, i które aktualnie nabiera nowego znaczenia, zarówno w wymiarze życia prywatnego, jak i zawodowego. Odmieniane jest przez wszystkie przypadki, wypowiadane we wszystkich językach i przez osoby na różnych szczeblach społecznej drabiny. I choć utożsamiane jest przed wszystkim z teraźniejszością, szczególnie w negatywnym aspekcie jego braku w wielu obszarach, to właśnie bezpieczeństwo staje się powoli znakiem przyszłości i elementem nowej rzeczywistości, do której zmierzamy obecnie wszyscy. Czy stanie się ono również kluczem do funkcjonowania jednostki, społeczeństwa jak i organizacji w przyszłości?

Wraz z pojawieniem się pandemii, kolejnymi obostrzeniami, zakazami, wytycznymi i ograniczeniami większość ludzi zaczęła obawiać się o swoje bezpieczeństwo. Obawa ta dotyczyła nie tylko aspektu zdrowotnego, ale także, a może przede wszystkim życia zawodowego i powiązanej z nim nieodłącznie kwestii sytuacji finansowej. Poza bowiem dbaniem o zdrowie i życie własne oraz najbliższych, najważniejsze jest zabezpieczenie podstawowych potrzeb egzystencjalnych. Nie jest to jednak możliwe bez zapewnienia odpowiednich środków, które najczęściej pochodzą z wynagrodzenia za wykonywaną pracę.

Z punktu widzenia funkcjonowania organizacji występujące obawy miały i mają nadal inne podłoże, choć w ostatecznym rozrachunku również sprowadzają się do bezpieczeństwa odczuwanego na poziomie jednostki. To bowiem ludzie, pracownicy firm i instytucji, ponownie okazali się największym zasobem organizacji oraz gwarancją jej przetrwania. Gwarancją skuteczną jednak tylko wtedy, gdy zapewni się odpowiedni poziom bezpieczeństwa jednostce. By jednak było to możliwe w obecnej sytuacji, oprócz bezpiecznych warunków pracy, pewności zatrudnienia oraz dochodów, konieczne jest również dostarczenie zatrudnionym niezbędnych, a często nieznanych lub niepotrzebnych dotychczas kompetencji. Dostosowanie się do aktualnych warunków wymaga bowiem nie tylko nowej wiedzy i umiejętności, ale także szybkiego zdobywania doświadczenia w różnych obszarach.

Bezpieczeństwo ukryte w kompetencjach

Reorganizacja pracy, błyskawiczna zmiana strategii funkcjonowania, konieczność zachowania płynności finansowej oraz działania przy ogromnej intensywności lub przymus całkowitego zaprzestania codziennej aktywności sprawiły, że większość firm i instytucji dostrzegła, iż największym ich zasobem i gwarancją ciągłości istnienia są ludzie. Proces zmiany i konieczność „wypełnienia” luk w wielu niepotrzebnych dotychczas, ale też często zaniedbywanych obszarach pokazały, że nieuniknione jest dostarczenie nowych kompetencji, bez których dalsze działanie może być wręcz niemożliwe. Kompetencje te, zarówno twarde jak i miękkie, są obecnie niezbędne niemal w każdym obszarze funkcjonowania, ale także na każdym szczeblu hierarchii. Od wiedzy z nowych obszarów, poprzez inne spojrzenie na zarządzanie sobą w czasie, kwestie zapewnienia nowej higieny pracy w warunkach „pozabiurowych”, zarządzanie zespołami projektowymi czy kreatywnością na odległość, aż po zdalną sprzedaż i obsługę klienta czy też odpowiedzenie na jego obecne, inne niż jeszcze jakiś czas temu, potrzeby. Deficyty w zakresie wiedzy i umiejętności w nowych obszarach widoczne są na wszystkich szczeblach hierarchii – zarówno u kadry zarządzającej, specjalistów, jak i szeregowych pracowników.

Ich sprawne zabezpieczenie, poprzez szybkie określenie, dostarczenie i wdrożenie w zawodowej codzienności poszczególnych zatrudnionych, może nie tylko zapewnić bezpieczeństwo i przetrwanie samej organizacji, ale przede wszystkim jej pracowników. Dostarczenie niezbędnej obecnie wiedzy oraz umiejętności przekłada się na wzrost kompetencji zatrudnionych, ich efektywne działanie lub konieczne skuteczne ich przekwalifikowanie. Dzięki temu mogą oni sprawnie świadczyć swoją pracę, zapewniając odpowiedni poziom oferowanych produktów czy usług oraz obsługi klientów, co przekłada się na ciągłość pracy i zatrudnienia, a tym samym poczucia bezpieczeństwa. Samej organizacji natomiast daje gwarancję dalszego funkcjonowania i utrzymania oferty na oczekiwanym przez rynek poziomie. Kompetencje są obecnie elementem, który może dostarczyć niezbędne poczucie bezpieczeństwa zarówno na poziomie jednostki jak i firmy lub instytucji, przynosząc obopólne korzyści.

Dowodem na dostrzeganie potrzeby stałego dostarczania nowych kompetencji i podnoszenia kwalifikacji kadry, szczególnie w okresie zmieniających się warunków, jest fakt, że większość dojrzałych organizacji nie zrezygnowała ze szkoleń, a nawet zintensyfikowała swoje działania w tym obszarze. Od początku pandemii, zainteresowanie podnoszeniem kwalifikacji kadr, szczególnie w zakresie umiejętności miękkich, ale w dotychczas nieznanych obszarach lub takich, do których w związku z pojawieniem się COVID-19, zmieniło się podejście lub też wykorzystywane narzędzia, cieszy się stale rosnącym zainteresowaniem. Firmy szkoleniowe i trenerzy, którzy dostosowali formę świadczonych przez siebie usług do wymogów współczesności i nowych realiów funkcjonowania biznesu nie mogą narzekać na brak pracy. Rynek usług rozwojowych, tak jak inne branże, jest obecnie w procesie niespotykanej dotychczas transformacji. Część podmiotów, szczególnie tych, które z różnych powodów nie mogły dostosować swojej oferty do aktualnych potrzeb może zniknąć z rynku. Pozostałe jednak już teraz mogą rozwijać zarówno nowe obszary szkoleniowe jak i wykorzystywane do przekazywania i wdrażania wiedzy narzędzia. Dostrzeżone bowiem znaczenie kompetencji i ich wpływu na stabilność funkcjonowania teraz i w przyszłości będzie dalej wdrażane w życie, stając się kluczem do zaspokojenia wielu potrzeb, w tym szczególnie tak teraz potrzebnego poczucia bezpieczeństwamówi Grzegorz Święch, Wiceprezes i Partner w firmie szkoleniowej Nowe Motywacje.

Najbliższe miesiące będą miejmy nadzieję ostatnim sprawdzianem nowej rzeczywistości. Jak dużo czasu będzie potrzebne by odbudować poczucie bezpieczeństwa utracone przez ludzi i firmy na tak wielu płaszczyznach? Tego obecnie nie wiem nikt. Możemy jednak wierzyć w to, że nowe umiejętności, wiedza, kompetencje i doświadczenia, które zdobyliśmy w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy oraz które zostały dostarczone pracownikom przez świadome organizacje, pozwolą dostosować się do aktualnych warunków, przygotować na przyszłość i czerpać z przeszłości oraz stworzyć poczucie bezpieczeństwa na obecne czasy. Oby jednak tym razem doświadczenie nauczyło nas, że bezpieczne poruszanie się do przodu wymaga również „zabezpieczenia tyłów”.

Audyt efektywności energetycznej – co musisz o nim wiedzieć

Prowadzisz firmę? W takim razie z pewnością zdajesz sobie sprawę, jak istotne jest skuteczne zarządzanie energią w przedsiębiorstwie. To zadanie niełatwe, lecz przynoszące korzyści na licznych polach. Mniejsze straty energii to niższe rachunki za prąd i oszczędności, które można zainwestować w rozwój. Działania podejmowane w celu zmniejszenia zużycia energii wpływają także pozytywnie na środowisko naturalne. Skąd jednak pewność, że wybrana inwestycja rzeczywiście przełoży się na niższe zużycie? Odpowiedzi na to pytanie dostarczy audyt efektywności energetycznej.

Czym jest audyt efektywności energetycznej?

Już na wstępie warto podkreślić, że audyt efektywności energetycznej nie jest tożsamy z audytem energetycznym. Skupia się on bowiem na konkretnym przedsięwzięciu prowadzonym w ramach przedsiębiorstwa, a nie na całej gospodarce energetycznej organizacji. Jeśli zatem jako przedsiębiorca chcesz podjąć się wybranego działania, które ma przynieść zmniejszenie zużycia energii lub ograniczenie strat energii, warto abyś zdecydował się na przeprowadzenie właśnie audytu efektywności energetycznej.

Co prawda audyt ten nie jest obowiązkowy, lecz pozwala stwierdzić, czy podejmowane działanie ma w ogóle sens z punktu widzenia profilu energetycznego firmy i potencjalnych oszczędności. Korzyści, które ze sobą niesie, są zatem niezwykle istotne.

Przebieg audytu efektywności energetycznej

Audyt efektywności energetycznej to proces złożony, który składa się najczęściej z 4 etapów:

  1. Ustalenie zakresu i czasu przeprowadzanego audytu.
  2. Gromadzenie informacji dot. obecnego stanu technicznego instalacji i pracy urządzeń, a także rozpoznanie źródeł, które generują straty energetyczne. Audyt przeprowadzany jest przeważnie przez zewnętrznego audytora, a nawet zespół audytorów.
  3. Analiza zebranych danych i ich ewaluacja, a następnie przedstawienie propozycji przedsięwzięć mających na celu minimalizację rozpoznanych strat. Propozycje te muszą być realne do zrealizowania, dlatego analizowane są także rozwiązania techniczne posiadane przez firmę, a także jej finanse.
  4. Sporządzenie raportu z przeprowadzonego audytu. W audycie znaleźć muszą się także informacje o potencjalnej oszczędności energii, której uzyskanie będzie możliwe po przeprowadzeniu przedsięwzięcia.

Audyt energetyczny jest obowiązkowy

Audyt nieobowiązkowy – czy aby na pewno?

Prawo nie narzuca obowiązku przeprowadzania audytu efektywności energetycznej na przedsiębiorstwa, jak ma to miejsce w przypadku audytu energetycznego, który w dużych przedsiębiorstwach trzeba powtarzać co 4 lata. Niemniej istnieją sytuacje, w których przedsiębiorca ma obowiązek się na niego zdecydować. Dotyczy to dwóch przypadków. Pierwszy z nich odnosi się do chęci uzyskania dofinansowania na realizację przedsięwzięć mających na celu zmniejszenie zużycia lub strat energii, drugi zaś związany jest z uzyskaniem białych certyfikatów. O ile ta pierwsza sytuacja wydaje się w pełni zrozumiała, o tyle nie każdy może znać pojęcie białych certyfikatów.

Czym one są? Najprościej mówiąc, białe certyfikaty to świadectwa efektywności energetycznej, które można uzyskać za realizację przedsięwzięcia w zakresie oszczędności energii. Oszczędność ta musi wynieść minimum 116,3 MWh i wynikać z przeprowadzonego audytu efektywności energetycznej. Co więcej, białe certyfikaty stanowią towar obrotu giełdowego. Dzięki nim firma może zatem uzyskać dodatkowy dochód w wyniku osiągnięcia zysku z ich sprzedaży na Towarowej Giełdzie Energii podmiotom zobowiązanym do ich umarzania.

Audyt efektywności energetycznej – kiedy przeprowadzić?

Audyt efektywności energetycznej to świetne źródło informacji na temat aktualnego stanu wykorzystania energii przez firmę. Dzięki niemu zweryfikować można, czy planowane przedsięwzięcie rzeczywiście przełoży się na oszczędność energetyczną. Wydaje się zatem, że jego przeprowadzenie jest nie tylko wartością dodaną, a wręcz koniecznością przy podejmowaniu decyzji dotyczących zarządzania energią w przedsiębiorstwie.

Deloitte: W czasie noworocznych wyprzedaży cenę tylko co dziesiątego produktu w sklepach online obniżono więcej niż o 5 proc.

W czasie noworocznych wyprzedaży w dół poszły ceny dronów i laptopów, za to w górę ceny zabawek oraz drobnego AGD.

W tym roku noworoczne wyprzedaże mają specyficzny charakter, gdyż ze względu na pandemiczne obostrzenia można z nich skorzystać przede wszystkim w sklepach internetowych. Czy na początku 2021 roku klienci mogą liczyć na atrakcyjne okazje? Jak wynika z kolejnej edycji „Świątecznego Barometru Cenowego”, ruch cenowy w największych sklepach online w pierwszej dekadzie stycznia 2021 roku w porównaniu z cenami z połowy listopada 2020 roku, wyniósł 3,7 proc. Oznacza to, że znacznie więcej produktów podrożało niż potaniało. Przeprowadzona przez Deloitte we współpracy z firmą Dealavo analiza ofert ponad 1000 sklepów z branży e-commerce pokazała, że wbrew komunikacji reklamowej, klientom mogło być ciężko znaleźć produkty, które faktycznie były znacząco przecenione.

Eksperci Deloitte i Dealavo w okresie pomiędzy 20 listopada 2020 (tydzień przed Black Friday) a 7 stycznia 2021 roku analizowali ceny kategorii produktów, które w międzynarodowym badaniu Deloitte „Zakupy Świąteczne 2020” Polacy wskazywali jako najczęściej wybierane na prezenty dla najbliższych. Po świętach Bożego Narodzenia analiza skupiła się na ogłaszanych przez sprzedawców e-commerce noworocznych obniżkach. – Polacy przyzwyczaili się już do poświątecznych wyprzedaży i bardzo chętnie z nich korzystają. W tym roku sytuacja jest o tyle specyficzna, że zaraz po świętach, na skutek obostrzeń, centra handlowe nie otworzyły się i wciąż pozostają zamknięte. E-commerce był więc na wygranej pozycji – mówi Anna Winnicka, Menadżer w dziale Konsultingu Deloitte.

Dzięki świątecznemu badaniu Deloitte znane są kategorie produktów, które Polacy najchętniej wybierają jako prezenty dla najbliższych. Dlatego do analizy wybrano najpopularniejsze produkty z poniższych kategorii: drobne AGD, akcesoria elektroniczne, czekolady, DIY, drony, gry, konsole, kosmetyki, książki, laptopy, muzyka, perfumy, planszówki, smart speakers, smartfony, artykuły sportowe, tablety, telewizory, wearables, zabawki oraz zegarki. Łącznie przebadano ponad 400 produktów, które znajdują się w ofercie ponad tysiąca sklepów online i przeanalizowano około 3,5 tys. cen.

Ceny w górę i trochę w dół

Jak wynika z analizy sklepów internetowych, które reklamowały się naprawdę dużymi obniżkami, prowadzone kampanie marketingowe nie pokrywały się z rzeczywistymi obniżkami cen. Wręcz odwrotnie. – Ceny dwóch trzecich produktów w analizowanym okresie wzrosły. Średni wzrost wyniósł 8 proc., ale istotne jest to, że w przypadku 32 proc. z nich wzrost ten wyniósł powyżej 5 proc. Tylko jedna trzecia analizowanych produktów miała obniżone ceny, co pokazuje, że sprzedawcy większą wagę przywiązywali do marketingowych przekazów niż rzeczywistych obniżek – wyjaśnia Anna Winnicka. Średni spadek ceny wyniósł 5,3 proc., a 11 proc. produktów miało obniżki głębsze niż 5 proc. Kategorie, w których średnie ceny wzrosły to drobne AGD, konsole, zabawki i produkty z kategorii muzyka. Biorąc pod uwagę spadki i wzrosty, średni ruch cenowy pomiędzy 20 listopada a 7 stycznia wyniósł 3,7 proc., podczas gdy rok temu było 1,1 proc.

W ostatnim czasie detaliści selektywnie zwiększali ceny – zauważyliśmy to zarówno między Black Friday a świętami, między świętami a Nowym Rokiem, jak i na początku stycznia. Na początku 2021 roku podwyżki są niższe niż w ostatnim miesiącu 2020 r., za to obejmują większą pulę produktów (66 proc. vs. 52 proc. produktów), przez co średni wzrost cen wyniósł aż 8 proc. na początku stycznia w porównaniu do 6,2 proc. między Black Friday a Nowym Rokiem – mówi Jakub Kot, Prezes Dealavo.

W czasie listopadowego Black Friday konsumenci mieli do dyspozycji większą liczbę produktów objętych obniżkami (49 proc. produktów vs. 30 proc. w styczniu), jak również mniejszą liczbę tych, których cena wzrosła (41 proc. vs 66 proc. w styczniu). Co prawda, przy średnim ruchu cenowym, oscylującym wokół 0 proc. nie można mówić o jakichś atrakcyjnych okazjach, ale w styczniu przy ruchu na poziomie 3,7 proc. było to jeszcze mniej prawdopodobne.

Eksperci Deloitte przeanalizowali również około 3,5 tys. cen i porównywali ich ruch w okresie przed Black Friday i w czasie noworocznych wyprzedaży. Okazało się, że wzrost dotyczył 34 proc. z nich, a spadek 23 proc. Z kolei 43 proc. cen pozostało bez zmian.

Tańsze słodycze i laptopy, droższe zabawki oraz drobne AGD

W poprzednich latach opłacało się poczekać z zakupem sprzętu elektronicznego lub gier komputerowych do noworocznych wyprzedaży. Jak było w tym roku? Okazuje się, że tym razem prawidłowość ta dotyczyła jedynie dronów i laptopów, trzeba jednak zaznaczyć, że upusty były raczej symboliczne. Obniżki były także widoczne w kategorii słodycze.

Jeżeli chodzi o zabawki, to najwyższy wzrost cen obserwowaliśmy w okresie przedświątecznym, podczas gdy w styczniu podwyżki te – zwłaszcza w odniesieniu do zabawek edukacyjnych i kreatywnych – były spłycane do poziomu z początku grudnia – mówi Mateusz Mańkowski, Konsultant w zespole strategii Deloitte. Wyjątkiem od tej reguły były zabawki konstrukcyjne, wśród których ceny aż 92 proc. analizowanych produktów w czasie noworocznych wyprzedaży zostały podniesione. I tak zestaw Lego Friends Domek Na Drzewie Mii był droższy 7 stycznia niż 20 listopada średnio aż o 39 proc., a Lego 41367 Friends Skoki przez przeszkody Stephanie o 17 proc. Podobnie było także z muzyką, gdzie zanotowano wzrosty średnio o 25-30 proc. oraz produkty sportowe (nawet 43 proc.). Z kolei w kategorii drobnego AGD cena 77 proc. produktów w analizowanym okresie poszła w górę. I tak na przykład w przypadku trymera firmy Remington (NANO SERIES NE3850) – średnia cena wzrosła o 13 proc., identycznie jak cena robota odkurzającego Xiaomi Mijia Mi.

Eksperci Deloitte porównali tegoroczny okres wyprzedaży z okazji Black Friday i Nowego Roku z analogicznym okresem z przełomu 2019/2020 roku. W 2019 roku na tydzień przed Black Friday niemal 31 proc. produktów miało najniższą cenę. W 2020 roku, czyli podczas ostatniego BF było to 27 proc. W czasie samego Black Friday było to odpowiednio 42,2 i 28 proc. Podobnie było tuż przed świętami Bożego Narodzenia i w czasie noworocznych wyprzedaży. – Można więc powiedzieć, że rok temu klienci mieli większą szansę trafić na atrakcyjną ofertę niż dziś. Może się to wiązać ze zmniejszającą się dostępnością produktów bądź faktycznie mniejszą skalą obserwowanych obniżek cenowych w tym czasie – mówi Mateusz Mańkowski.

Komitet Genetyki Człowieka i Patologii Molekularnej PAN przeciw fake newsom nt. COVID-19

Stanowisko Komitetu Genetyki Człowieka i Patologii Molekularnej PAN w sprawie rozpowszechnianych nieprawdziwych informacji o szczepionkach przeciw COVID-19 oraz testach PCR wykrywających SARS-CoV-2 z dnia 4 stycznia 2021 roku.

W ostatnim czasie, głównie w mediach społecznościowych, ukazują się wypowiedzi pod postacią wywiadów, sygnowane przez osoby posiadające tytuł naukowy. Wypowiedzi te  wprowadzają dezinformację na temat wirusa SARS-CoV-2 i szczepionek przeciw COVID-19. Jednym z przykładów jest internetowy wywiad O szczepionce genetycznej Pfizera i testach PCR prof. Romana Zielińskiego udzielony Agnieszce Kisielewskiej. Takie wypowiedzi pozostają w sprzeczności z aktualnym stanem wiedzy w zakresie genetyki medycznej i diagnostyki laboratoryjnej.

Członkowie Komitetu Genetyki Człowieka i Patologii Molekularnej PAN, reprezentanci z wyboru krajowego środowiska genetyków medycznych i patologów, zaniepokojeni brakiem podstaw naukowych takich wypowiedzi i ich ewidentną szkodliwością społeczną, czują się w obowiązku ostrzec potencjalnych czytelników.

  1. Autorzy wypowiedzi nie są fachowcami w zakresie genetyki medycznej. Diagnostyka laboratoryjna i genetyka medyczna to odrębne dziedziny, w których autorzy wypowiedzi nie mają recenzowanego dorobku publikacyjnego. Świadczy o tym baza PubMed, prezentująca wszystkie istotne publikacje biomedyczne na świecie, gdzie autorzy wypowiedzi reprezentowani są w sposób ilościowo i jakościowo marginalny. Żadna z ich prac nie dotyczy genetyki człowieka, tylko np. mikroorganizmów lub małż z Jeziora Miedwie. Według miarodajnej bazy Scopus, również wskaźniki bibliometryczne tychże autorów są w rzeczywistości istotnie niższe od podawanych w tekście.
  2. Przedstawiane tezy konstruowane są w sposób niejasny, przy użyciu szczątkowej, nierzadko opacznej, wiedzy biologicznej. Nadmierne posługiwanie się naukowym żargonem u niezorientowanego odbiorcy ma wywołać wrażenie merytorycznej kompetencji.

Komitet z zasady nie dyskutuje problematyki nie popartej dowodami naukowymi. Jednak w tym przypadku, widząc jakie szkody pociąga za sobą zaistnienie przedmiotowych tez w  przestrzeni publicznej, uznano  za właściwe sprostowanie najbardziej rażących z nich:

  1. Próba dyskredytacji molekularnych testów na obecność SARS-CoV-2, opartych o technikę PCR lub ilościową RT-PCR jest błędna. Wyjaśniono to już w https://konkret24.tvn24.pl/zdrowie,110/wywiad-o-nieskutecznosci-testow-na-covid-19-wyjasniamy-manipulacyjne-tezy,1028628.html). Techniki te dają się doskonale wystandaryzować, szczególnie w ich odmianie ilościowej, używanej w identyfikacji wirusa SARS-CoV-2. Istotą techniki PCR jest specyficzne namnożenie niewielkiej liczby kopii ściśle określonego fragmentu materiału genetycznego, nawet w mieszaninie zawierającej przewagę innych sekwencji. Specyficzność prawidłowo zaprojektowanej reakcji, przy równoczesnym zastosowaniu odpowiednich kontroli, jest jedną z niekwestionowanych zalet techniki PCR, która od lat stanowi złoty standard w molekularnej diagnostyce genetycznej na całym świecie.
  2. Jest nieprawdą, że RNA podawany w szczepionce przeciw COVID-19 zostaje przepisany na DNA. Podawany w szczepionce konstrukt genetyczny (mRNA) nie ulega odwrotnej transkrypcji, nie wnika do jądra komórkowego, nie zostaje również wbudowany do genomu komórkowego. RNA stanowi tylko matrycę w procesie translacji zachodzącej w cytoplazmie, umożliwiając komórce gospodarza syntezę jednego konkretnego białka wirusowego (nie całego wirusa). Białko to tworzy kolec koronawirusa i przeciwko niemu uruchamiana jest odpowiedź immunologiczna organizmu. A o to właśnie w szczepionce chodzi. Dodatkowo, podany mRNA, ze względu na swoją znaczną niestabilność (stąd uciążliwa konieczność transportu w temp. -70 st C), po uruchomieniu procesu translacji ulega nieodwracalnemu rozpadowi.
  3. Szczepionki anty-COVID-19 oparte są na opracowywanym przez wiele lat modelu molekularnych szczepionek mRNA i poddawane były badaniom klinicznym zgodnie ze standardowymi procedurami. To, że nie rekomenduje się podawania ich ciężarnym, wynika z konieczności przeprowadzenia w dalszej kolejności dodatkowego, odrębnego cyklu badań, co jest elementem normalnej rutyny badań klinicznych leków.
  4. Rzekomo negatywny wpływ szczepionki na procesy rozrodcze powodowany ma być podobieństwem białka kolca i białka syncytyny. W wypowiedziach internetowych mylone są pojęcia homologii i reakcji krzyżowych. Białko kolca i syncytyna zawierają niewielkie fragmenty o pewnym podobieństwie sekwencji aminokwasów, jednak nie oznacza to że przeciwciała na to białko będą reagowały z syncytyną. Fragment jaki białko kolca (glikoproteina S) dzieli z syncytynami jest zbyt mały, aby wywołać immunologiczną reakcję krzyżową. Nie wykazano reaktywności krzyżowej swoistych przeciwciał antywirusowych z ludzka syncytyną obecną w plemnikach. Nie stwierdzono także wpływu infekcji SARS-CoV-2, a tym bardziej szczepienia przeciw COVID-19, na zdrowie reprodukcyjne kobiet.  Podsumowując, nie ma żadnych naukowo uzasadnionych przyczyn aby sądzić, że szczepionka może w jakikolwiek sposób zagrażać płodności kobiet lub mężczyzn czy  rozrodowi w ogólności.
  5. Powszechnym obyczajem w nauce jest poddawanie wszelkich wyników badań recenzji zewnętrznej, dokonywanej przez niezależnych specjalistów będących autorytetami z danej dziedziny. Tezy z omawianych wywiadów takiego procesu nigdy nie przeszły. Członkowie Komitetu, jako profesjonaliści, mogliby takiej recenzji dokonać, jednak najpierw tezy takie musiałyby zostać sformułowane w sposób właściwy dla prac naukowych, a nie funkcjonować jedynie w postaci bezkrytycznie publikowanych enuncjacji medialnych.

Przypominamy, że aktualną wiedzę naukową na temat pandemii można uzyskać na stronie  www.naukaprzeciwpandemii.pl

Członkowie Komitetu z całą mocą podkreślają, że jedyną naukowo umocowaną metodą kontrolowanego przerwania epidemii SARS-CoV-2 jest zaszczepienie się szczepionką przeciw COVID-19. 

Pod stanowiskiem podpisało się 34 członków Komitetu:

  1. dr hab. Michał WITT, Instytut Genetyki Człowieka PAN, Poznań
  2. dr hab. Ewa BARTNIK, Uniwersytet Warszawski
  3. dr hab. Krystyna CHRZANOWSKA, Instytut-Pomnik Centrum Zdrowia Dziecka, Warszawa
  4. dr hab. Cezary CYBULSKI, Pomorski Uniwersytet Medyczny, Szczecin
  5. dr hab. Tadeusz DĘBNIAK, Pomorski Uniwersytet Medyczny, Szczecin
  6. Dr hab. Wojciech FENDLER, Uniwersytet Medyczny w Łodzi
  7. dr hab. Agata FILIP, Uniwersytet Medyczny w Lublinie
  8. Dr hab. Paweł GAWLIŃSKI, Instytut Matki i Dziecka, Warszawa
  9. Dr hab. Maciej GIEFING, Instytut Genetyki Człowieka PAN, Poznań
  10. dr hab. Olga HAUS, Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Bydgoszczy
  11. Dr hab. Dorota HOFFMAN-ZACHARSKA, Instytut Matki i Dziecka, Warszawa
  12. dr hab. Anna JAKUBOWSKA, Pomorski Uniwersytet Medyczny, Szczecin
  13. dr hab. Danuta JANUSZKIEWICZ-LEWANDOWSKA, Uniwersytet Medyczny im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu
  14. dr hab. Barbara JARZĄB, czł. koresp. PAN, Centrum Onkologii – Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie, Gliwice
  15. dr hab. Krystian JAŻDŻEWSKI, Warszawski Uniwersytet Medyczny
  16. dr hab. Bogdan KAŁUŻEWSKI
  17. dr hab. Janusz KOCKI, Uniwersytet Medyczny w Lublinie
  18. dr hab. Małgorzata KRAJEWSKA-WALASEK
  19. dr hab. Maciej KURPISZ, Instytut Genetyki Człowieka PAN, Poznań
  20. dr hab. Grzegorz KURZAWSKI, Pomorski Uniwersytet Medyczny, Szczecin
  21. dr hab. Janusz LIMON, czł. rzecz. PAN, Gdański Uniwersytet Medyczny
  22. dr hab. Jan LUBIŃSKI, Pomorski Uniwersytet Medyczny, Szczecin
  23. dr hab. Andrzej MACKIEWICZ, Uniwersytet Medyczny im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu
  24. dr hab. Jerzy Stanisław NOWAK
  25. dr hab. Andrzej PŁAWSKI, Instytut Genetyki Człowieka PAN, Poznań
  26. Dr hab. Natalia ROZWADOWSKA, Instytut Genetyki Człowieka PAN, Poznań
  27. dr hab. Maria M. SĄSIADEK, Uniwersytet Medyczny im. Piastów Śląskich we Wrocławiu
  28. dr hab. Janusz SIEDLECKI
  29. dr hab. Ryszard SŁOMSKI , Instytut Genetyki Człowieka PAN, Poznań
  30. Dr hab. Marlena SZALATA, Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu
  31. dr hab. Maciej WIZNEROWICZ, Uniwersytet Medyczny w Poznaniu
  32. dr hab. Iwona WYBRAŃSKA, Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego
  33. dr hab. Jacek ZAREMBA – czł. rzecz. PAN, Instytut Psychiatrii i Neurologii, Warszawa
  34. dr hab. Ewa ZIĘTKIEWICZ, Instytut Genetyki Człowieka PAN, Poznań

Polacy coraz częściej decydują się na ubezpieczenia z opcją leczenia za granicą. Korzystają z tego także w przypadku lockdownu i zamknięcia granic

Coraz więcej Polaków deklaruje, że posiada polisę na życie – indywidualną bądź grupową. Jak wynika z badania Prudential Family Index 2020, tylko 19 proc. respondentów oświadcza, że nie ma żadnego ubezpieczenia zapewniającego pomoc w przypadku ciężkiego zachorowania i ochronę dla rodziny ubezpieczeniowego na wypadek jego śmierci. – Polacy coraz większą wagę przywiązują do tego, na jaki rodzaj wsparcia mogą liczyć w przypadku poważnych problemów ze zdrowiem – mówi Leszek Osiewacz z Unilink. Wśród wybieranych opcji coraz częściej jest możliwość konsultacji i leczenia za granicą.  

Ubezpieczenie na życie to wsparcie finansowe w przypadku śmierci ubezpieczonej osoby – wówczas świadczenie otrzymają wskazane przez nią osoby. Zakres ochrony można rozszerzyć o świadczenia m.in. po zdiagnozowaniu choroby onkologicznej, jeśli powoduje np. konieczność pobytu w szpitalu czy operację. W ramach dodatku do polisy można także liczyć na pomoc medyczną poza granicami kraju.

 Z roku na rok ubezpieczenia na leczenie za granicą cieszą się coraz większą popularnością. Za stosunkowo niedużą składkę klient zyskuje bardzo szeroką ochronę ubezpieczeniową. W przypadku produktu Best Doctors, który oferuje wiele towarzystw ubezpieczeniowych, ubezpieczyciel pokrywa świadczenie do 2 mln euro leczenia zagranicznego w przypadku poważnej choroby – mówi agencji Newseria Biznes Leszek Osiewacz, dyrektor Departamentu Sprzedaży Ubezpieczeń Życiowych i Zdrowotnych w Unilink.

Z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń wynika, że na ubezpieczenia na życie Polacy wydali w I półroczu 2020 roku 10,1 mld zł, o nieco ponad 4 proc. mniej niż przed rokiem. Słabszy wynik to jednak efekt wiosennego lockdownu, a jesienią widoczne było już odbicie sprzedaży. Na przestrzeni lat widać wyraźną tendencję wzrostową. Badanie firmy Prudential wskazuje, że w 2017 roku indywidualne polisy życiowe posiadało 42 proc. badanych, podczas gdy w 2020 roku odsetek wzrósł do 56 proc. W przypadku polis grupowych odsetek wzrósł z 33 do 41 proc. w ciągu trzech lat. Jednocześnie o 14 pkt proc. spadła liczba osób deklarujących, że nie posiadają żadnego ubezpieczenia na życie.

Na skutek pandemii i pierwszego lockdownu wzrosło też zainteresowanie Polaków dodatkowymi ubezpieczeniami zdrowotnymi – dostęp do lekarzy stał się znacznie trudniejszy, a kolejki coraz dłuższe. Wiele wizyt zostało zastąpionych teleporadami. Dostęp do prywatnej opieki medycznej w I połowie ubiegłego roku posiadało – jak podaje PIU – ok. 3 mln Polaków,  czyli o 13 proc. więcej niż rok wcześniej. To pokazuje, że kwestie zdrowotne stały się w ostatnich miesiącach bardzo istotne.

– Dzisiaj COVID-19 pochłania bardzo dużą energię publicznej służby zdrowia, natomiast są inne schorzenia i choroby, dlatego ubezpieczenie leczenia za granicą zyskuje na popularności i widzimy to również u naszych agentów – wskazuje ekspert z firmy Unilink. – To produkt oparty bardzo często na dużych, prywatnych klinikach, które są wyjęte z systemu publicznej opieki zdrowotnej. Działa również w czasie COVID-u, nie mamy żadnych sygnałów, żeby miało być inaczej.

Wykupienie możliwości leczenia za granicą pozwala skonfrontować uzyskaną w Polsce diagnozę z oceną zagranicznych lekarzy. Jeśli leczenie okaże się konieczne, ubezpieczyciel zorganizuje cały proces w zagranicznej placówce. Pacjent może wybrać leczenie w jednym z trzech zaproponowanych miejsc.

W momencie, w którym jest potwierdzona diagnoza, czyli mamy poważne zachorowanie, klientowi są przedstawiane do wyboru trzy placówki, które specjalizują się w tego typu schorzeniach. Pokrywane są koszty przylotu, pobytu, operacji, zabiegu, do tego transport powrotny do kraju. Część tego typu rozwiązań pozwala jeszcze na rehabilitację w Polsce, ale co do zasady w całym procesie leczenia za granicą jesteśmy prowadzeni za rękę przez ubezpieczyciela – przekonuje Leszek Osiewacz.

Polisa działa w przypadku zdiagnozowania nowotworu złośliwego, nowotworu nieinwazyjnego lub raka in situ, w razie potrzeby przeprowadzenia zabiegu operacyjnego naczyń wieńcowych, wymiany zastawki, zabiegu neurochirurgicznego czy przeszczepu od żywego dawcy narządów lub szpiku kostnego.

Polskie firmy rozwijają eksport maseczek ochronnych. Walczą o rynek z niskiej jakości produktami sprowadzanymi z Chin

Od początku pandemii wiele polskich firm zmodyfikowało produkcję, dostosowując ją do nowych realiów. W tej chwili krajowe zakłady wytwarzają w sumie ok. 200 mln sztuk miesięcznie wysokiej klasy maseczek ochronnych i rozwijają eksport do krajów UE, ponieważ polski rynek stał się dla nich zbyt mały. Mimo że krajowi producenci są już w stanie zaspokoić zapotrzebowanie rodzimego rynku, w Polsce nadal powszechnie dostępne są maseczki importowane z Chin, spośród których wiele nie spełnia jednak norm bezpieczeństwa. Na rynku pojawiły się nawet firmy, które sprowadzają środki ochronne z Państwa Środka i przepakowują je w polskie opakowania, wprowadzając konsumentów w błąd.

– Krajowa produkcja maseczek urosła do tego stopnia, że przekroczyła ok. 200 mln sztuk miesięcznie, z czego tylko nasza firma produkuje 65 mln sztuk. Przed pandemią jeden główny zakład w Polsce produkował około 1 mln sztuk maseczek. To w zupełności zabezpieczało potrzeby szeroko pojętego segmentu ochrony zdrowia. Natomiast w marcu, kiedy rozpoczęła się pandemia, to było już stanowczo za mało. Wtedy pojawił się import, w międzyczasie powstała też m.in. nasza firma i kilku innych producentów – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Sawicki, dyrektor ds. kluczowych klientów TW Plast.

Jak wynika z danych GUS, w listopadzie ub.r. polskie firmy wyprodukowały 7,4 mln maseczek ochronnych stosowanych w medycynie i ponad 26,7 mln pozostałych maseczek. Ze statystyk wynika, że produkcja rośnie z miesiąca na miesiąc, bo jeszcze w październiku te liczby wynosiły odpowiednio 4,5 oraz 17,4 mln sztuk. Badanie GUS objęło jednak tylko podmioty gospodarcze uczestniczące w obowiązkowym, miesięcznym badaniu produkcji wyrobów przemysłowych, w których liczba pracujących wynosi 50 osób i więcej.

Koronawirus spowodował nagły wzrost zapotrzebowania na maseczki ochronne, które stały się wręcz towarem pierwszej potrzeby. Jak zauważa przedstawiciel TW Plast, w tej chwili jest ono mniejsze niż w pierwszym okresie pandemii, ale nadal jest wysokie.

– Dane z GUS-u dotyczące zapotrzebowania na maseczki ochronne też się zmieniają – na początku wskazywały, że jest to ok. 30 mln maseczek tygodniowo, w tej chwili to zapotrzebowanie spadło. Natomiast mamy w kraju prawie 40 mln obywateli. Biorąc pod uwagę, że najlepiej chronią maseczki jednorazowe, łatwo policzyć, że to zapotrzebowanie wynosi kilkaset milionów sztuk – mówi Krzysztof Sawicki.

Co istotne, krajowe zakłady już w tej chwili są w stanie zaspokoić zapotrzebowanie polskiego rynku. Ten stał się już zbyt mały, dlatego rodzime firmy rozwijają eksport i sprzedają maseczki do wielu innych krajów UE.

Ze względu na wolumen, który produkujemy, Polska stała się już zbyt małym rynkiem, dlatego w tej chwili polskie maseczki można spotkać też w kilkunastu krajach UE, a nawet w krajach Ameryki Południowej – mówi dyrektor w TW Plast. – Polski produkt cieszy się zaufaniem klientów w całej Europie. Dwa miesiące temu otworzyliśmy drugą fabrykę w Danii, która jest jednym z najbardziej wymagających rynków, jeśli chodzi o jakość produktów.

Jak wynika z danych Eurostatu, największym beneficjentem zamówień związanych ze sprzętem ochronnym wciąż pozostają jednak Chiny, gdzie trafiają zamówienia warte miliardy euro. Dzieje się tak, mimo że wiele chińskich wyrobów jest niskiej jakości i nie spełnia norm bezpieczeństwa.

W Polsce chińskie maseczki trafiły m.in. do Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, która już w maju poinformowała służby medyczne o ich wadliwości. Mimo to wiele firm nadal sprowadza chiński towar, a w mediach często pojawiają się informacje dotyczące maseczek z Chin, które nie spełniają odpowiednich norm. Najgłośniejszym przykładem było lądowanie na warszawskim Okęciu słynnego samolotu Antonov, który przywiózł z Państwa Środka środki ochronne i maseczki, które jak się okazało, nie spełniały norm FFP określających stopień filtrowania zanieczyszczeń.

 Od początku pandemii powstało wiele firm specjalizujących się w imporcie i dystrybucji produktów z Chin. Część przedsiębiorstw, szukając nowych możliwości przetrwania w tych trudnych czasach, zajęła się importem chińskich maseczek i dystrybuowaniem ich w Polsce i na inne kraje – mówi Krzysztof Sawicki. – W tej chwili nie jesteśmy w stanie oszacować, jak wiele maseczek pochodzi z importu, takie dane są nie do zweryfikowania. Czynnikiem, który to utrudnia, jest m.in. to, że kilku polskich producentów importowało maseczki z Chin, po czym przepakowywało je w polskie opakowania, sugerując klientom, że jest to wyrób krajowy i wprowadzając na rynek niepełnowartościowy produkt.

Nieco ponad miesiąc temu, w listopadzie, włoska Gwardia Finansowa w rejonie Neapolu skonfiskowała przyłbice i maseczki ochronne sprowadzone z Chin, które nie miały atestów sanitarnych. Problem z jakością chińskich wyrobów dotyczy nie tylko europejskiego i polskiego rynku – już we wrześniu raport opracowany przez amerykański Narodowy Instytut Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy (NIOSH) pokazał, że prawie 70 proc. masek KN95 importowanych z Chin do USA nie spełniało minimalnych amerykańskich norm bezpieczeństwa.

– Większość produktów, które pochodzą z Chin, nie spełnia podstawowych parametrów użytkowych, a przede wszystkim nie spełnia europejskiej normy 14683 dotyczącej filtracji antybakteryjnej, która dla maseczki medycznej powinna wynosić 98 proc. i więcej zatrzymywania wirusów, bakterii i przepuszczalności Delta P powietrza. Te dwa parametry stanowią o tym, że maseczka jest produktem medycznym. Produkty sprowadzane z Chin są znacznie tańsze, co przy koszcie produkcji kluczowego materiału, czyli warstwy antybakteryjnej znajdującej się w maseczce, pozwala sądzić, że w ich konstrukcji nie zastosowano odpowiedniego zabezpieczenia – mówi ekspert.

Jak podkreśla, chińskie wyroby są tańsze, ale często zapewniają też o wiele gorszy poziom bezpieczeństwa przed zarażeniem wirusem SARS-CoV-2. To istotne o tyle, że często są stosowane przez osoby szczególnie narażone na zakażenie, korzysta z nich też personel medyczny. Dlatego wybierając i kupując maseczki ochronne, należy za każdym razem szukać na nich specjalnych atestów i oznaczeń, aby mieć pewność, że produkt spełnia normy i zapewnia właściwą ochronę.

– Konsumentowi trudno jest zweryfikować, czy produkt spełnia właściwe parametry medyczne. Na szczęście po kilku miesiącach pandemii świadomość konsumentów w tym zakresie wzrosła. Kluczowe jest sprawdzenie na opakowaniu, czy taki wyrób ma oznaczenie europejskiej normy medycznej EN 14683 i oznaczenie filtracji antybakteryjnej BFE – Bacterial Filtration Efficiency. Produkt medyczny powinien spełniać według normy parametry zatrzymywania bakterii powyżej 98 proc., co pozwala zabezpieczyć zarówno osobę, która nosi tę maseczkę, jak i inne osoby w jej otoczeniu – podkreśla Krzysztof Sawicki.

Prezes UOKiK: Weryfikujemy, czy CD Projekt był świadom braków gry Cyberpunk 2077 w momencie startu sprzedaży

UOKiK zwrócił się do CD Projektu o wyjaśnienia dotyczące problemów z grą Cyberpunk 2077. Chce sprawdzić, czy spółka nie wprowadziła graczy w błąd i w jakim stopniu realizuje reklamacje i zwroty środków dla niezadowolonych klientów. – Mamy świadomość trudności, z jakimi boryka się CD Projekt, i nie chcemy utrudniać mu prowadzenia działalności, ale są pewne wątpliwości, które wymagają zweryfikowania – mówi prezes urzędu Tomasz Chróstny.

– Nasze wystąpienie do CD Projekt ma ustalić, w jaki sposób przedsiębiorca realizuje rekompensaty i zwroty dla konsumentów. Drugą sprawą jest to, na ile ten przedsiębiorca, windując pewne oczekiwania, był świadom tego, że funkcjonalność gry odbiega od tych oczekiwań i od prezentowanych przez niego wcześniej informacji. Chcemy zweryfikować, czy nie wprowadził konsumentów w błąd co do funkcjonalności tego produktu, który zaoferował na rynku, a także w jakim stopniu uwzględnia reklamacje konsumentów, którzy są z niego niezadowoleni i na starszym sprzęcie często nie mogą korzystać z tej gry w takim stopniu, jak było to przewidziane – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Chróstny, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Cyberpunk 2077 to najnowszy, długo wyczekiwany przez graczy tytuł CD Projektu, największego polskiego producenta gier. Jego premiera miała miejsce 10 grudnia. Rozczarowani gracze zgłaszają jednak trudności z rozgrywką na starszych konsolach Xbox One i PlayStation 4. Były one na tyle duże, że już kilka dni po premierze Sony zadecydowało o wycofaniu gry z PlayStation Store, a Microsoft wprowadził możliwość zwrotów tej produkcji w wersji na Xboxa One. CD Projekt przeprosił za liczne błędy w grze i zadeklarował zwrot pieniędzy wszystkim niezadowolonym klientom.

W tym tygodniu skargi od graczy niezadowolonych z Cyberpunka 2077 wpłynęły też do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. W efekcie UOKiK zwrócił się do CD Projektu o wyjaśnienia dotyczące problemów z grą i podjętych przez niego działań.

– Działamy w toku wystąpienia miękkiego. Mamy świadomość trudności, z jakimi boryka się przedsiębiorca, i nie chcemy utrudniać mu prowadzenia działalności. Natomiast są pewne wątpliwości, które wymagają zweryfikowania – mówi prezes UOKiK.

Co istotne, UOKiK nie prowadzi na razie oficjalnego postępowania wobec CD Projektu, a jedynie wystąpił z wnioskiem o wyjaśnienia. O dalszych krokach zadecyduje dopiero po ich otrzymaniu. Jeśli okaże się, że istnieją podstawy do postawienia spółce zarzutu naruszenia zbiorowych interesów konsumentów, wówczas postępowanie nabierze oficjalnego charakteru. W czarnym scenariuszu UOKiK może wymierzyć polskiemu producentowi gier karę pieniężną w wysokości maksymalnie 10 proc. przychodu firmy.

Mimo błędów Cyberpunk 2077 sprzedaje się bardzo dobrze. Po 10 dniach od premiery spółka poinformowała, że szacowana sprzedaż wyniosła ok. 13 mln egzemplarzy. Producent planuje wypuścić serię aktualizacji do gry, jak również łatki, które powinny wyeliminować problem z grywalnością na starszych konsolach.

 Jeżeli chodzi o producentów gry, to jest pierwsza sprawa, której tak mocno się przyglądamy. Niemniej jej zakres jest bardzo szeroki. Mówimy o grze, która nie tylko nie spełniła oczekiwań konsumentów, ale pod względem funkcjonalności daleko odbiega od tego, o czym konsumenci słyszeli od miesięcy, a nawet lat. Dlatego zweryfikowania wymaga to, w jakim stopniu przedsiębiorca był świadom braków tego produktu, który wypuścił na rynek, czy nie było pewnej celowości w jego zachowaniu – mówi Tomasz Chróstny.

Niewydolność serca najczęstszą przyczyną zgonów w Polsce także w dobie COVID-19. Co roku na tę chorobę umiera 140 tys. osób

W Polsce na niewydolność serca cierpi 1,2 mln osób. Choroba rokuje gorzej niż zawał serca, rak prostaty czy jelita grubego. Ponad 40 proc. pacjentów nie przeżywa pięciu lat po diagnozie. Pandemia koronawirusa dodatkowo pogorszyła sytuację chorych. – Osoby z niewydolnością serca są bardziej narażone na powikłania i zgon – mówi Marta Domańska z Instytutu LB Medical. Dlatego środowiska lekarzy i pacjentów apelują do rządu o natychmiastowe działania, m.in. o refundację nowoczesnych terapii, które mogą wydłużyć życie chorym.

Niewydolność może pojawiać się po nadmiernym obciążeniu serca przez choroby układu krwionośnego, do których zalicza się m.in.: nadciśnienie tętnicze. Pierwsze symptomy niewydolności serca pozostają często niezauważone i wielu pacjentów dowiaduje się o chorobie, kiedy jest ona w zaawansowanym stadium. Niewydolność serca objawia się dusznością, na początku związaną z wysiłkiem, a później odczuwaną także w spoczynku, łatwym męczeniem się czy obrzękami. Według danych Ministerstwa Zdrowia problem ten dotyczy ok. 1,2 mln Polaków, którzy borykają się z tym schorzeniem w różnych stadiach zaawansowania.

– Niewydolność serca postępuje wolno i często trudno zwrócić uwagę na pierwsze symptomy. Objawia się ona zmęczeniem podczas biegania czy nawet chodzenia, a ludziom wydaje się, że jest to efekt braku treningów albo wynika z wieku i starości – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Marta Domańska. – Często więc trafiamy do lekarza już w bardzo zaawansowanym stadium tej choroby.

W ostatnich fazach niewydolności serca osoby, które cierpią na to schorzenie, mają problem z takimi prozaicznymi czynnościami jak przejście z pokoju do kuchni czy zrobienie sobie herbaty.

– Dlatego ciężko im walczyć o swoje prawa i dostęp do leczenia, bo po prostu nie mają na to siły – zauważa ekspertka Instytutu LB Medical.

Z raportu dotyczącego zachorowalności i leczenia niewydolności serca w Polsce, przygotowanego z inicjatywy organizacji pacjentów, wynika, że ta choroba jest epidemią współczesnych czasów. Według danych z 2018 roku co 10. zgon ma związek z niewydolnością serca, co daje jej pierwsze miejsce wśród bezpośrednich przyczyn wszystkich zgonów w Polsce. Co roku umiera na nią 140 tys. osób.

– Pandemia COVID-19 pogorszyła sytuację osób z niewydolnością serca, bo są one bardziej narażone na powikłania i zgon w wyniku zarażenia koronawirusem – mówi Marta Domańska.

Jak podkreśla, pokazują to także dane dotyczące wzrostu śmiertelności. W okresie od połowy września do listopada 2020 roku odnotowano o 16 tys. więcej zgonów niż w poprzednich latach ostatniej dekady. Z tego niecałe 3,6 tys. to ofiary COVID-19. Eksperci oceniają, że w pozostałej grupie – około 12,5 tys. zgonów – znaczną część stanowi właśnie niewydolność serca.

– Dlatego zmiany postulowane w liście otwartym do ministra zdrowia powinny zostać wprowadzone natychmiast. Główne rekomendacje to opieka koordynowana i dostęp do nowoczesnych terapii. Dzięki zastosowaniu tych dwóch filarów sytuacja osób z niewydolnością serca może się istotnie zmienić. Wszyscy mamy nadzieję, że COVID-19 minie, ale zostaniemy z problemem epidemii niewydolności serca – mówi ekspertka Instytutu LB Medical.

Wprowadzenie opieki koordynowanej to przede wszystkim przekierowanie strumienia pacjentów ze szpitali do lecznictwa ambulatoryjnego, dostęp do rehabilitacji kardiologicznej, dostęp do rozwiązań telemedycyny, opieka lekarska na każdym etapie leczenia. Dziś Polska jest liderem pod względem liczby hospitalizacji – w 2019 roku było ich ponad 300 tys. i kosztowały ok. 1,6 mld zł (z 1,7 mld zł ogólnych kosztów świadczeń zdrowotnych i 6,2 mld zł całkowitych kosztów związanych z niewydolnością serca).

– Rokowania pacjentów z niewydolnością serca są porównywalne do rokowania osób z nowotworami. Ponad 40 proc. osób nie przeżywa pięciu lat od diagnozy, więc jest to choroba, która zbiera największe żniwo zgonów wśród Polaków – podsumowuje Marta Domańska.

Opracowana przez Polaków sonda z grafenu wykryje zawał podczas operacji serca. Jest dokładniejsza niż EKG i minimalizuje ryzyko powikłań pooperacyjnych

Grafen już od lat rewolucjonizuje medycynę. Pomaga zwalczać komórki nowotworowe, jest wykorzystywany w sekwencjonowaniu DNA, w protezach i implantach. Na bazie grafenu powstały mikrocienkie tatuaże, które mierzą stan serca, wykonując jednocześnie odczyty elektrokardiografu i sejsmokardiografu. Polscy naukowcy opracowali grafenową sondę Heart Sense, która rozwiązuje kluczowy problem operacji wszczepiania by-passów, czyli utratę sygnału EKG. Elektrody przyczepione do ciała często nie rejestrowały sygnału. Cienka i lekka sonda na bazie grafenu odczytuje sygnał bezpośrednio z serca i wykrywa nawet mikrozawały w trakcie operacji.

– Grafen jest niesamowitą strukturą geometryczną węgla. Ma wiele cech, m.in. doskonale przewodzi prąd. Wykorzystaliśmy tę funkcję do wykrywania zaburzeń sygnału elektrycznego generowanego przez serce. Ponieważ jest to węgiel, jest on substancją zgodną biologicznie, nie jest traktowany jak ciało obce. W czasie zawału serca dochodzi do zaburzenia czynności elektrycznej i tę czynność elektryczną grafen potrafi wykryć i ją przewieźć do monitora – mówi agencji Newseria Innowacje dr n. med. Grzegorz Suwalski, kardiochirurg, prezes zarządu Quantum Innovations.

Grafen jest dobrym przewodnikiem elektrycznym, lepszym niż miedź. Tę funkcję wykorzystali naukowcy, którzy pracują nad środkami przeciwnowotworowymi. Grafen odróżnia komórki nowotworowe od zdrowych poprzez nadpobudliwość elektryczną tych pierwszych. W kontakcie z jednym z ogniw materiał grafenowy zbiera dużą liczbę elektronów, co znacząco zmienia energię drgań jego atomów węgla. Naukowcy opracowali też minitatuaże, które przyczepione do skóry mierzą pomiary EKG i SCG serca.

Polscy naukowcy poszli krok dalej. Stworzyli cienką i lekką sondę Heart Sense, która przyczepiona bezpośrednio do serca jest w stanie rozpoznać nawet mikrozawały podczas operacji na otwartym sercu. Jest przy tym znacznie dokładniejsza niż zwykłe elektrody przyczepione do ciała.

– Heart Sense jest nowym typem biosensora do stosowania w kardiochirurgii, drukowanym metodą elektroniki drukowanej. To cienka folia, na której nadrukowanych jest kilka warstw mających różne funkcje. Pierwsza z nich to warstwa adhezyjna, która zwiększa siłę przylegania zawartych w niej cząsteczek skrobi do powierzchni organu. Ta warstwa przytrzymuje elektrodę całkowicie bezinwazyjnie na powierzchni serca na każdej jego części, nie przesuwa się w trakcie pracy serca. Druga warstwa to warstwa grafenowa, czyli ta, która jest odpowiedzialna za zbieranie sygnału elektrycznego – tłumaczy dr Grzegorz Suwalski.

Nowa sonda to odpowiedź na pandemię obecnych czasów, czyli choroby wieńcowe. Miażdżyca oraz choroba wieńcowa to najczęstsze przyczyny niewydolności serca. Tylko w Polsce cierpi na nią niemal 700 tys. pacjentów, jest zaś przyczyną nawet 60 tys. zgonów rocznie. Operacja wszczepiania by-passów, czyli pomostowania tętnic wieńcowych, to jedna z częstszych operacji na otwartym sercu. Jest przy tym stosunkowo bezpieczna, z różnych badań wynika, że śmiertelność nie przekracza 2–3 proc. Jednak problemem podczas zabiegu jest nieoptymalne monitorowanie ukrwienia serca.

– W operacjach wykonywanych tą techniką dochodzi do konieczności ratunkowego zastosowania krążenia pozaustrojowego wynikającego często z niedokrwienia serca. Nie widzimy tego w czasie operacji, ponieważ elektrody skórne przyczepione do powierzchni pacjenta są całkowicie dysfunkcjonalne. Z powodu otwartej klatki piersiowej, zmian pozycji serca w niej sygnał elektryczny serca nie jest przewodzony do tych elektrod. Postawiliśmy sobie za cel przywrócić optymalne monitorowanie ukrwienia serca poprzez stworzenie elektrody, która działa bezpośrednio na jego powierzchni – podkreśla prezes Quantum Innovations.

Testowe operacje potwierdziły skuteczność Heart Sense. Udowodniły też, że sonda wykrywa zawał serca lepiej niż dotychczas stosowane skórne elektrody EKG. Dodatkowo samo oprogramowanie monitora nie wymaga żadnego zaangażowania ze strony zespołu operacyjnego, urządzenie działa samoczynnie i dostarcza sygnał EKG przez cały czas trwania operacji. W ten sposób minimalizuje ryzyko zawału i pooperacyjnych powikłań wynikających z niedokrwienia mięśnia sercowego.

– Urządzenie Heart Sense jest zaprojektowane do stosowania w operacjach pomostowania tętnic wieńcowych wykonywanych techniką bez zastosowania krążenia pozaustrojowego. To jest 40 proc. wszystkich operacji wszczepiania by-passów na świecie. Ten rynek wynosi obecnie kilkaset tysięcy operacji rocznie. Wprowadzimy urządzenie w ciągu dwóch–trzech lat już na sale operacyjne – zapowiada dr Grzegorz Suwalski.

Pandemia rewolucjonizuje pracę laboratoriów. Dzięki rozszerzonej rzeczywistości laboranci mogą pracować zdalnie

Opracowane przez polską firmę rozwiązanie pozwoli wykorzystać rozszerzoną rzeczywistość w pracy laboratoriów. Dzięki temu laboranci będą mogli wyświetlać informacje w formie hologramów, nie zajmując przy tym rąk. Rozwiązanie nie tylko usprawni pracę na miejscu, lecz dzięki integracji z systemem zarządzania informacjami laboratoryjnymi umożliwi pracę zdalną. Technologią rozszerzonej rzeczywistości są zainteresowane laboratoria z całego świata, również z Polski.

– Polskie laboratoria nie odstają od tych z Wielkiej Brytanii, Francji, Japonii czy Arabii Saudyjskiej pod względem zaawansowania technologicznego. Wszystko zależy od tego, jak są dofinansowane. Co ciekawe, polskie laboratoria również sięgają po innowacje, jak np. wykorzystanie rozszerzonej rzeczywistości w codziennej pracy analityków – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Bartosz Michałowski z Solution4Labs.

Przyszłością pracy w laboratorium może być wykorzystanie rozszerzonej rzeczywistości. Opracowane przez Polaków rozwiązanie Holo4Labs wykorzystuje okulary Microsoft HoloLens ze zintegrowanym systemem zarządzania informacjami laboratoryjnymi (LIMS). Dzięki temu pracownicy laboratorium mogą wykonywać swoje badania, mając wolne obie ręce. Wszystkie informacje potrzebne do pracy są wyświetlane w postaci hologramów. Rozwiązanie obsługuje sterowanie gestami dłoni i za pomocą poleceń głosowych. Skanowanie opisów próbek odbywa się poprzez identyfikację tagów QR. Interfejs rozszerzonej rzeczywistości wyświetla informacje z bazy danych, a także pozwala na pracę z trójwymiarowymi modelami cząsteczek substancji.

– Wszystkie te dane są pomocne, zarówno w pracy codziennej, jak i w sytuacjach nieprzewidzianych, kiedy np. trzeba serwisować urządzenie i system podpowiada, co dokładnie należy zrobić krok po kroku – wskazuje Bartosz Michałowski. – Podstawą cyfrowej rewolucji jest integracja urządzeń z systemem informatycznym, który potrafi automatycznie pobrać dane z tych urządzeń. Pracownicy nie muszą przepisywać danych, co powoduje, że nie ma ryzyka popełnienia błędu. Cyfrowa rewolucja sprawia, że jesteśmy w stanie tworzyć nowe, bezpieczniejsze materiały, nowe leki. Wszystko to ma znaczenie również w codziennym życiu.

Podstawą działania nowoczesnego laboratorium jest jednak nie tyle technologia pozwalająca na wizualizację części danych w formie hologramów, lecz możliwość dostępu do cyfrowych danych laboratoryjnych z każdego miejsca na świecie. To szczególnie istotne zwłaszcza w dobie pandemii koronawirusa.

– W nowoczesnym laboratorium funkcjonuje szereg rozwiązań usprawniających pracę, jednak podstawą zawsze jest system klasy LIMS służący do kompleksowego zarządzania pracą w laboratorium, od pracy nad próbkami, poprzez analizę badań, wykonywanie kalkulacji, ale także zarządzanie pracą, zasobami, alokacje tych zasobów, a finalnie przygotowywanie raportów czy też wizualizacje w czasie rzeczywistym istotnych wskaźników pracy w laboratorium – wymienia ekspert.

Według analityków MarketsandMarkets światowy rynek systemów zarządzania informacjami laboratoryjnymi w 2020 roku był wyceniany na miliard dolarów. Do 2025 roku ma wzrosnąć do 1,7 mld dol. Jednym z czynników napędzających ten rynek ma być pandemia koronawirusa, w wyniku której wzrosło zainteresowanie pracą zdalną również w laboratoriach.

– Cyfrowa rewolucja pomogła w czasie pandemii, przede wszystkim jeśli chodzi o organizację pracy. Część pracowników zwróciła uwagę na potrzebę pracy zdalnej. Do tej pory nie było to możliwe, ponieważ większość czynności laboratoryjnych trzeba wykonać w samej placówce. Część zadań, takich jak opracowanie analiz z badania czy przygotowanie raportu, mogłaby być wykonana z domu. Osoba pracująca zdalnie może za pomocą pobranych danych przygotować swoją pracę – tłumaczy Bartosz Michałowski.

Część laboratoriów wciąż jednak pracuje na dokumentacji papierowej, choć najnowsze technologie są na wyciągnięcie ręki.

– Wykorzystanie oprogramowania w laboratorium jest niezwykle istotne do utrzymania wysokiej jakości wyników. Część laboratoriów nadal trzyma się dokumentacji papierowej, tak jak to robiły 10 czy 20 lat temu, jednak coraz więcej menadżerów laboratoriów zwraca uwagę na ten aspekt, że zaawansowanie technologiczne obejmuje zarówno sprzęt, jak również oprogramowanie – przekonuje ekspert z Solution4Labs.

Stopy procentowe bez zmian. W co gra Rada Polityki Pieniężnej?

RPP nie obniżyła stóp procentowych. Jednak temat będzie powracał. Dlatego, że taka obniżka prowadzi do zwiększenia transferu pieniędzy z NBP do budżetu państwa, który będzie rozdysponowywany przez rząd.

Rada Polityki Pieniężnej utrzymała stopy procentowe bez zmian, główna stopa referencyjna nadal wynosi 0,1 proc. Oznacza to, że raty kredytów złotowych pozostaną bez zmian. Takiej decyzji RPP spodziewała się większość analityków.

– Zaskoczenia nie ma, ale nie było to przesądzone, ponieważ Rada pod koniec 2020 r. straszyła obniżką stóp procentowych – mówi w rozmowie z MarkeNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Po lawinie negatywnych komentarzy RPP wycofała się z tej narracji, jednak nie wykluczałbym tego, że wkrótce taka decyzja zostanie jednak podjęta.

Istotne jest, aby te rozważania łączyć też z grudniowymi decyzjami NBP o interwencji na rynku walutowym, żeby doprowadzić do osłabienia polskiej waluty. To wówczas pojawiło się uzasadnienie, że NBP skupował waluty „w celu wzmocnienia oddziaływania poluzowania polityki pieniężnej na gospodarkę”.

– To dość delikatny temat, ponieważ wiadomo, że niższa stopa procentowa jest negatywna dla kursu polskiej waluty – wyjaśnia ekspert XTB. – Wyższy kurs dolara czy euro wobec złotego oznacza większy papierowy zysk NBP z tytułu rezerw, a tym samym wyższą wpłatę do budżetu państwa. I to wydaje się głównym celem tych interwencji, choć dalsze luzowanie polityki pieniężnej nie przyniesie korzyści polskiej gospodarce.

Interwencja NBP okazała się mało skuteczna, złoty szybko odrobił straty, a to już było skutkiem tego, co działo się na światowych rynkach.

Istotne jest kiedy odejdziemy od rozluźniania polityki pieniężnej. Zwłaszcza, że bank centralny prowadzący politykę celu inflacyjnego nie może jednocześnie skutecznie realizować polityki regulowania kursu walutowego. To są dwa sprzeczne cele. Pozostaje też kwestia od kiedy NBP chciałby już podwyższać stopy procentowe.

– Jeżeli miałoby dojść do obniżki stóp procentowych, to spodziewałbym się jej w najbliższych miesiącach, ze względu na trudne dla gospodarki restrykcje związane z epidemią – dodaje P.Kwiecień. – Gdy jednak uda się już powrócić do względnej normalności w funkcjonowaniu życia gospodarczego, może okazać się, że polityka pieniężna jest zbyt luźna i wówczas konieczne będzie jej lekkie zacieśnienie.

Alienacja rodzicielska – uzależnienie od alkoholu jako wynik deficytu drugiego rodzica

W Polsce panuje na niespotykaną w Europie skalę epidemia alienacji rodzicielskiej. Problem dotyka nawet kilkuset tysięcy dzieci. Zdaniem specjalistów będą one borykały się z jej konsekwencjami przez długie lata dorosłego życia, być może nawet do samej śmierci. Według niektórych naukowców za ogromną częścią uzależnień od alkoholu stoi właśnie deficyt relacji przywiązania, będący skutkiem alienacji rodzicielskiej. Czy w świetle nowych teorii zmieni się w Polsce postrzeganie roli obojga rodziców w kształtowaniu psychiki dziecka?

Rocznie w Polsce rozwodzi się około 70 tysięcy małżeństw. Ile rozstaje się związków nieformalnych, choć posiadających wspólne dziecko, tego nie wie nikt, bo nikt takich statystyk nie prowadzi. Większość par po rozstaniu potrafi porozumieć się co do schematu opieki nad dzieckiem, które zwykle mieszka przy mamie, a z tatą ma tak zwane kontakty – orzeczone przez sąd lub zapisane w ugodzie między rodzicami regularne spotkania, czasem z noclegami poza stałym miejscem zamieszkania dziecka. Wielu rodzicom ta formuła odpowiada, a i dzieci mają w ten sposób kontakt z obojgiem rodziców. Niewielki odsetek par po rozstaniu decyduje się na popularną w Europie od dziesięcioleci tak zwaną opiekę naprzemienną, według której dziecko mieszka u obojga rodziców w porównywalnych okresach – na przykład tydzień u mamy, tydzień u taty. Według psychologów jest to najmniej szkodliwa dla dziecięcej psychiki forma opieki po rozstaniu rodziców, ale w polskich realiach to wciąż najrzadziej spotykana. Niestety, w ogromnej części polskie dzieci z rozbitych rodzin doświadczają alienacji rodzicielskiej: mieszkają z mamą, która nastawia je negatywnie do taty, a w efekcie – prędzej czy później – tracą z nim kontakt. Trudno powiedzieć jaki jest motyw postępowania sprawców alienacji: czasem jest to chęć zemsty na byłym partnerze, a czasem chęć „wyczyszczenia” pola dla „nowego taty”. Niezależnie od tego jakie byłyby powody, efekt jest zawsze ten sam: krzywda tak dziecka, jak i alienowanego rodzica. 

Zbrodnia na dziecięcej duszy

Psychologowie i psychiatrzy mówią jednym głosem: alienacja rodzicielska jest przemocą wobec dziecka i powinna być tak właśnie traktowana przez prawo i organy państwa. Tymczasem niewiele jest w Polsce badań na ten temat. Powstają co prawda prace naukowe lub paranaukowe, ale wciąż ich liczba jest nieadekwatna do skali zjawiska. 

Jeden z pionierów popularyzacji terminu alienacji rodzicielskiej i autor książki „Dziecko, rodzic i rozwód oraz alienacja rodzicielska”, Maciej Wojewódka tak definiuje to zjawisko: „zespół świadomych lub nieświadomych zachowań prowadzących do powstawania zaburzeń w relacji pomiędzy dzieckiem, a drugim rodzicem”.

Takimi zachowaniami są przede wszystkim manipulowanie przekonaniami, postawami i emocjami dziecka, szantaż emocjonalny, utrudnianie kontaktów dziecka z drugim rodzicem i inne działania mające na celu niszczenie, a co najmniej deprecjonowanie relacji rodzicielskiej z „drugim” rodzicem. Efektem alienacji rodzicielskiej jest tak zwany zespół alienacji rodzicielskiej, nazywany także syndromem Gardnera, od amerykańskiego psychiatry sądowego doktora Richarda Gardnera, który zdefiniował jako pierwszy to zjawisko.

Alienacja rodzicielska oczywiście niszczy komfort psychiczny nie tylko dziecka, ale także separowanego, alienowanego rodzica. O ile w latach 60., a wtedy powstawał obowiązujący do dzisiaj w Polsce Kodeks rodzinny i opiekuńczy, mężczyźni rzadko domagali się praw do wychowywania dzieci, to dzisiaj sytuacja jest zupełnie inna. Choć w ostatnich kilkudziesięciu latach kobiety wywalczyły sobie równy dostęp do edukacji i praktycznie wszystkich zawodów, tak mężczyźni wciąż nie potrafią wywalczyć sobie rzeczywistych praw rodzicielskich. – Cały czas pokutuje mit, że lepsza najgorsza matka, niż najlepszy ojciec – tłumaczy Mikołaj, jeden z ojców walczących o prawo do widywania się z własnym dzieckiem. Tę obserwację potwierdzają twarde dane statystyczne. W 2019 roku ogółem rozwody dotknęły 37 tysięcy dzieci. Z tej liczby wykonywanie władzy rodzicielskiej sądy powierzyły wyłącznie ojcu w 1189 przypadkach. 

Coraz częściej pojawiają się prace naukowe pokazujące kolejne dowody na długotrwałe, negatywne skutki alienacji rodzicielskiej. Być może to właśnie jest przyczyną zaburzeń i chorób, których genezy dotychczas nikt nie odkrył? 

Alkoholizm jako efekt alienacji?

Naukowcy od lat próbują znaleźć przyczynę alkoholizmu, odpowiedź na pytanie dlaczego jedni mogą pić alkohol w sposób kontrolowany, a inni wpadają w nałóg. Na ciekawy tor skierowała tę dyskusję Ewa Wyrzykowska z Katedry Psychologii Klinicznej Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Zaproponowała ona tezę mówiącą tyle, że uzależnienie od alkoholu może być wynikiem deficytu w zakresie relacji przywiązania. Warto zatrzymać się na parę chwil przy tej koncepcji, według której uzależnienie od substancji psychoaktywnej jest traktowane jako substytut zależności od drugiego człowieka.

Teoria przywiązania jest relatywnie świeżą koncepcją psychologiczną. Jej autor – John Bowlby – zasłynął tym, że jako pierwszy rozpoznał i opisał biologicznie i ewolucyjnie uwarunkowaną potrzebę przywiązania dziecka do rodziców. Kontynuatorzy myśli Johna Bowlby’ego zdefiniowali jeden bezpieczny styl relacji dziecka z opiekunami i trzy niebezpieczne: lękowo-ambiwalentny, unikowy i zdezorganizowany. Według książki „Przywiązanie w psychoterapii” DJ Wallin z 2011 roku od 68 do ponad 80 procent osób powiela styl przywiązania w dzieciństwie na swoje dorosłe relacje. A co wspólnego ma z tą teorią kwestia uzależnień?

Urazy dzieciństwa rekompensowane kieliszkiem

Według teorii więzi uzależnienia są bezpośrednim wynikiem zaburzenia przywiązania i reakcją na zranienie lub uszkodzenie osoby cierpiącej. „Substancje psychoaktywne stanowią sposób wypełnienia próżni tworzonej przez brak stabilizującej relacji. Jednocześnie jednak podtrzymują cierpienie uzależnionej jednostki, gdyż są zaprzeczeniem potrzeby więzi z drugim człowiekiem i prowadzą do szukania zaspokojenia w nich samych” – przekonuje Ewa Wyrzykowska.

Osoby z niekorzystnym wzorcem przywiązania charakteryzują się różnymi deficytami w obrębie struktur psychicznych i osobowościowych, takich jak słabość ego, brak zdolności do samoopieki, trudności w utrzymywaniu poczucia własnej wartości. U osób uzależnionych za to identyfikuje się cztery grupy zaburzonych zdolności: regulowania emocji, szacunku do siebie, czerpania satysfakcji z relacji z innym człowiekiem oraz troski o siebie. Z pozornym ratunkiem przychodzi… alkohol. Jak tłumaczy Ewa Wyrzykowska: „Funkcją substancji psychoaktywnej staje się zastąpienie brakujących umiejętności oraz struktur psychicznych i w ten sposób przywrócenie, przynajmniej częściowo, poczucia własnej wartości i wewnętrznej harmonii”. Problem w tym, że alkohol daje efekty krótkoterminowe, co prowadzi do spirali uzależnienia. Wyrzykowska twierdzi, że alkohol „może dostarczać funkcje, które w ego uzależnionego pacjenta są deficytowe z powodu braku uwewnętrznionych, wystarczających doświadczeń podlegania opiece innych w dzieciństwie”.

Badania kwestionariuszowe prowadzone także w Polsce dowodzą, że istnieje ścisły związek między uzależnieniem od alkoholu i narkotyków a dominującymi – niebezpiecznymi – wzorcami przywiązania w dzieciństwie. Mało tego: według badań osoby uzależnione z doświadczeniem alienacji rodzicielskiej mają wyższe wyniki w zakresie natężenia objawów zaburzeń psychicznych takich jak represyjność, schizoidalność i aleksytymia.

Zamiast walczyć ze skutkami, zajmijmy się przyczynami?

Wydaje się, że kwestia wpływu skutków alienacji rodzicielskiej na uzależnienia, także od alkoholu, jest przesądzona. Mamy tym samym kolejny dowód na to, jak ogromna krzywda spotyka rocznie tysiące polskich dzieci. Naukowcy, pedagodzy, psychiatrzy, psychologowie i przedstawiciele organizacji pozarządowych zajmujących się tą tematyką biją na alarm. Rok temu powstał w Sejmie Zespół do spraw Przeciwdziałania Alienacji Rodzicielskiej. Ze względu na obostrzenia związane z pandemią koronawirusa spotkał się tylko raz. Znów nadzieje całego środowiska zostały wystawione na ciężką próbę… 

Alienacja rodzicielska jest w Polsce praktycznie poza zainteresowaniem systemu wymiaru sprawiedliwości. Podejmowane były i są próby zmiany Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego w ten sposób, by wprost opisać i penalizować alienację jako przemoc wobec dziecka, ale jak dotychczas spełzły one na niczym. Tymczasem mamy do czynienia z coraz większą falą zaburzeń psychicznych u dzieci i nastolatków. Obostrzenia związane z pandemią z pewnością nie poprawiły sytuacji. Coraz młodsi ludzie targają się na własne życie, dotyka ich epidemia uzależnień od nowoczesnych technologii, a system ochrony zdrowia odpowiada na te problemy olbrzymim deficytem psychologów i psychiatrów dziecięcych. Jedno jest pewne: nie jesteśmy w stanie skutecznie walczyć ze skutkami. Może więc nie mamy innego wyjścia i powinniśmy wreszcie zająć się przyczynami?

3xzdrowie Centrum MedyczneArtykuł powstał we współpracy z Centrum Medycznym 3xZdrowie oferującym terapię wykorzystującą unikalne połączenie wiedzy medycznej i wieloletniej praktyki z zakresu osteopatii, psychologii i dietetyki. Celem terapii 3xZdrowie jest jest poprawa i wzmocnienie fizyczne, mentalne i emocjonalne.

RPP postanowiła utrzymać stopy procentowe NBP na niezmienionym poziomie

NBP będzie nadal prowadził operacje zakupu skarbowych papierów wartościowych oraz dłużnych papierów wartościowych gwarantowanych przez Skarb Państwa na rynku wtórnym w ramach strukturalnych operacji otwartego rynku. Terminy oraz skala prowadzonych działań będą uzależnione od warunków rynkowych. NBP będzie także nadal oferował kredyt wekslowy przeznaczony na refinansowanie kredytów udzielanych przedsiębiorcom przez banki.

Dane z gospodarki światowej wskazują, że wraz ze wzrostem liczby zakażeń COVID19 oraz ponownym zaostrzeniem restrykcji epidemicznych w IV kw. 2020 r. wyhamowało ożywienie globalnej koniunktury. Pogorszeniu uległa przede wszystkim sytuacja w sektorze usług, przy dalszym wzroście aktywności w przemyśle. Jednocześnie inflacja w gospodarce światowej utrzymuje się na niskim poziomie. W strefie euro prognozy wskazują na spadek PKB w IV kw. 2020 r. Banki centralne głównych gospodarek utrzymują niskie stopy procentowe oraz prowadzą skup aktywów.

W ostatnich miesiącach – pod wpływem oczekiwań dotyczących pozytywnego wpływu szczepień na dalszy przebieg pandemii – nastąpiła pewna poprawa nastrojów na międzynarodowych rynkach finansowych, przyczyniając się do wzrostu cen części aktywów finansowych. Jednocześnie wzrosły ceny części surowców na rynkach światowych, w tym ropy naftowej.

W Polsce wzrost liczby zakażeń COVID-19 oraz zaostrzenie restrykcji epidemicznych w IV kw. oddziaływały negatywnie na aktywność gospodarczą, w szczególności w części sektora usług. W październiku i listopadzie nastąpił spadek sprzedaży detalicznej. Utrzymujący się wzrost produkcji przemysłowej sugeruje, że sytuacja w tym sektorze jest relatywnie korzystna. Aktualne prognozy wskazują, że roczna dynamika PKB w IV kwartale była nadal ujemna i prawdopodobnie niższa niż w poprzednim kwartale.

Dane z rynku pracy za listopad wskazują na stabilizację przeciętnego zatrudnienia oraz rocznej dynamiki przeciętnych wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw. Jednocześnie inflacja w grudniu ub. r. – według szybkiego szacunku GUS – obniżyła się do 2,3% r/r (z 3,0% r/r w listopadzie). Można oczekiwać, że po spadku PKB w 2020 r., w bieżącym roku nastąpi ożywienie aktywności gospodarczej, przy czym skala ożywienia będzie zależała przede wszystkim od sytuacji epidemicznej i związanych z nią restrykcji. Dalszy przebieg pandemii oraz jej wpływ na sytuację gospodarczą w kraju i za granicą pozostaje głównym źródłem niepewności dotyczącej kształtowania się krajowej koniunktury.

Pozytywnie na koniunkturę będą oddziaływać działania ze strony polityki gospodarczej, w tym poluzowanie polityki pieniężnej NBP. Wzrost aktywności może być natomiast ograniczany przez podwyższoną niepewność oraz słabsze niż przed pandemią nastroje podmiotów gospodarczych, które będą skutkować istotnym obniżeniem dynamiki inwestycji. Tempo ożywienia gospodarczego może być także ograniczane przez
brak wyraźnego i trwalszego dostosowania kursu złotego do globalnego wstrząsu wywołanego pandemią oraz poluzowania polityki pieniężnej NBP.

NBP będzie nadal prowadził operacje zakupu skarbowych papierów wartościowych i dłużnych papierów wartościowych gwarantowanych przez Skarb Państwa na rynku wtórnym w ramach strukturalnych operacji otwartego rynku. Celem tych operacji jest zmiana długoterminowej struktury płynności w sektorze bankowym, zapewnienie płynności rynku wtórnego skupowanych papierów wartościowych oraz wzmocnienie oddziaływania obniżenia stóp procentowych NBP na gospodarkę, tj. wzmocnienie mechanizmu transmisji monetarnej. W celu wzmocnienia oddziaływania poluzowania polityki pieniężnej na gospodarkę NBP może także stosować interwencje na rynku walutowym. Terminy oraz skala prowadzonych działań będą uzależnione od warunków rynkowych. NBP będzie także nadal oferował kredyt wekslowy przeznaczony na refinansowanie kredytów udzielanych przedsiębiorcom przez banki.

Polityka pieniężna NBP łagodzi negatywne skutki pandemii, wspiera aktywność gospodarczą oraz stabilizuje inflację na poziomie zgodnym ze średniookresowym celem inflacyjnym NBP. Poprzez pozytywny wpływ na sytuację finansową kredytobiorców oddziałuje także w kierunku wzmocnienia stabilności systemu finansowego.

Lokal za Grunt – Senat przyjął pierwszą ustawę z rynkowej części pakietu mieszkaniowego

Inwestorzy będą mogli nabywać grunty od gmin w zamian za mieszkania lub inne lokale służące wspólnotom samorządowym – takie będą efekty ustawy przygotowanej przez Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii, którą przyjął dziś bez poprawek Senat. Rozwiązanie to będzie się opierać na współpracy między gminami a inwestorami.

– Przyjęta przez Senat ustawa to pierwsza z propozycji rozwiązań tworzących część rynkową pakietu mieszkaniowego. Zawiera ona narzędzia sprzyjające inwestowaniu i zaspokajaniu potrzeb mieszkaniowych z wykorzystaniem modelu współpracy między samorządami i inwestorami. Dziś częstym wyzwaniem dla inwestorów jest uzyskanie dostępu do gruntów odpowiednich pod budowę osiedli mieszkaniowych. Chcemy uwolnić w tym celu tereny, które są w posiadaniu gmin. Oczywiście z korzyścią dla nich i ich mieszkańców. W zamian za zbycie gruntu inwestorowi gmina otrzyma określoną liczbę lokali. Będzie je mogła przeznaczyć na zaspokojenie lokalnych potrzeb mieszkaniowych lub np. pod działalność zdrowotną, edukacyjną czy kulturalną. Dodatkowo gmina będzie mogła liczyć na bezzwrotną pomoc państwa przy realizacji infrastruktury technicznej i społecznej. Jest to szczególnie istotne, bo pomaga zapewnić zarówno rozwiązania niezbędne do prawidłowego funkcjonowania budynków, jak i te pozytywnie wpływające na jakość zamieszkiwania – mówi wicepremier, minister rozwoju, pracy i technologii Jarosław Gowin.

– Dzięki proponowanym przez nas rozwiązaniom dajemy samorządom narzędzia do zwiększania oferty mieszkań w przystępnej cenie dla swoich mieszkańców. Jednym z nich jest program Lokal za Grunt. Dzięki temu instrumentowi będzie można wykorzystać potencjał inwestycyjny gruntów należących nie tylko do gmin, ale także do Krajowego Zasobu Nieruchomości. To z kolei przyczyni się do poprawy jakości życia społeczności lokalnych – dodaje wiceminister rozwoju, pracy i technologii Anna Kornecka.

Lokal za Grunt

Gminy dysponują znacznym potencjałem gruntów przeznaczonych pod budownictwo mieszkaniowe. Według danych GUS w 2019 r. w zasobie gmin znajdowało się ok. 28 tys. ha gruntów pod takie budownictwo, z czego ok. 45,3% powierzchni była uzbrojona. W przypadku budownictwa rynkowego jednym z najważniejszych czynników ograniczających dalszy wzrost podaży mieszkań jest dostępność gruntów odpowiednich pod zabudowę. MRPiT proponuje tu model wymiany korzyści między gminą a inwestorem – z zachowaniem zasady konkurencyjności i transparentności.

Gminy mogą przeznaczać swoje nieruchomości na cele inwestycyjne już obecnie, na podstawie ogólnych zasad gospodarowania gruntami gminnymi. W praktyce jednak możliwości te nie są w pełni wykorzystywane. Ustawa ma to zmienić i zachęcić samorządy lokalne do szerszego angażowania się w działania służące rozwojowi budownictwa z wykorzystaniem zasobu nieruchomości gminnych. Na konieczność opracowania takiej regulacji zwracały uwagę zarówno samorządy, jak i potencjalni inwestorzy.

Podstawowy model współpracy między gminą a inwestorem:

  • Inwestor (nabywca nieruchomości od gminy) budowałby budynek (ewentualnie remontował lub przebudowywał budynek istniejący) i przekazywałby część mieszkań samorządowi gminnemu.
  • Gmina mogłaby te mieszkania zachować w swoim zasobie (jako mieszkania komunalne) lub wnieść je do spółek gminnych (np. towarzystw budownictwa społecznego/społecznych inicjatyw mieszkaniowych) lub państwowych.
  • W ten sposób, bez potrzeby samodzielnego prowadzenia skomplikowanego i czasochłonnego procesu inwestycyjnego, gmina uzyskiwałaby zasób mieszkaniowy, który mogłaby przeznaczyć na zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych wspólnoty lokalnej.

Elastyczny model

Ustawa dopuszcza również inne formy inwestowania, np. uzyskiwanie przez gminy mieszkań położonych w innych lokalizacjach lub powierzchni niemieszkalnych (np. pod działalność edukacyjną, zdrowotną, kulturalną itp.).

Nieruchomości oferowane przez gminę będą musiały być objęte miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego lub decyzją o warunkach zabudowy. Istotnie przyspieszy to proces inwestycyjny i zmniejszy niepewność potencjalnych inwestorów co do możliwości zagospodarowania danego gruntu.

Przepisy ustawy wprowadzą dodatkowo zachęty do inwestowania na terenach poddawanych rewitalizacji oraz prowadzenia prac remontowych w budynkach zabytkowych.

Obustronne korzyści

Korzyści dla inwestorów:

  • rozszerzenie dostępu do nieruchomości o potencjale inwestycyjnym, często atrakcyjnie zlokalizowanych i dobrze skomunikowanych;
  • większe możliwości dostosowania sposobu pozyskania nieruchomości do posiadanych aktywów i potrzeb inwestora;
  • możliwość odroczenia ostatecznego rozliczenia ceny nieruchomości do czasu zakończenia inwestycji;
  • przyspieszenie procedur związanych z rozpoczęciem procesu inwestycyjno-budowlanego, np. dzięki możliwości nabycia nieruchomości objętej już decyzją o warunkach zabudowy;
  • możliwość przeznaczenia do przekazania w zamian za nieruchomość lokali lub budynków pochodzących z innych inwestycji oraz swoboda w gospodarowaniu lokalami i budynkami objętymi inwestycją, a nieprzekazywanymi gminie.

Korzyści dla samorządów:

  • zwiększenie zasobu służącego realizacji zadań gminy, bez konieczności bezpośredniego zaangażowania się w realizację procesu inwestycyjno-budowlanego, w tym niekiedy od razu po zbyciu gruntu;
  • szerokie możliwości wykorzystania instrumentu do realizacji zadań gminy (np. w celu zwiększenia oferty lokalowej, realizacji działań rewitalizacyjnych, poprawy dostępu osiedli mieszkalnych do infrastruktury technicznej i społecznej, zwiększenia zakresu lub poprawy jakości usług świadczonych na rzecz mieszkańców);
  • możliwość zagospodarowania działek niewykorzystywanych do realizacji zadań (a generujących koszty związane z utrzymaniem nieruchomości) przy jednoczesnym zwiększeniu zasobu lokalowego gminy i uzyskaniu istotnych społecznie efektów niematerialnych (np. poprawy jakości życia mieszkańców gminy);
  • zwiększenie atrakcyjności inwestycyjnej regionu.

Więcej beneficjentów w „Mieszkaniu na Start”

Najemcy mieszkań uzyskanych przez gminę w ramach rozliczenia „lokal za grunt” i wniesionych do spółek gminnych lub spółek Skarbu Państwa będą mogli ubiegać się o dopłaty do czynszu w ramach programu Mieszkanie na Start, których wysokość zależy od lokalizacji mieszkania oraz liczby członków gospodarstwa domowego.

Dopłaty mają na celu polepszenie warunków mieszkaniowych osób średniozamożnych (uzyskujących średnie dochody) i są dużym wsparciem dla wielu rodzin. Program Mieszkanie na Start jest realizowany od 1 stycznia 2019 r.

Grant na Infrastrukturę

Proponujemy też dodatkowe zachęty dla gmin do angażowania się w działania dla realizacji polityki mieszkaniowej państwa.

Gmina, która zaangażuje się w prowadzenie polityki mieszkaniowej poprzez:

  • tworzenie mieszkań komunalnych,
  • tworzenie mieszkań w formule SIM,
  • współpracę z inwestorami na zasadach „lokal za grunt”,
  • inwestycję mieszkaniową, z którą związane są dopłaty do czynszu MnS,

będzie mogła uzyskać grant na infrastrukturę (droga, żłobek, przedszkole itd.) w wysokości 10% tego przedsięwzięcia infrastrukturalnego, przy czym nie wyższy niż wkład tej gminy w inwestycję promieszkaniową.

Przykład

Gmina decyduje się skorzystać z rozwiązania Lokal za Grunt. Wystawia w tym trybie na sprzedaż działkę o wartości 1 mln zł. Jeśli dojdzie do podpisania umowy, będzie mogła dodatkowo uzyskać grant na pokrycie do 10% kosztów przedsięwzięcia infrastrukturalnego towarzyszącego inwestycji realizowanej przez nabywcę nieruchomości.

Ustawa przewiduje też preferencje w ubieganiu się o wsparcie ze środków z Rządowego Funduszu Rozwoju Dróg i Funduszu rozwoju przewozów autobusowych o charakterze użyteczności publicznej przy łączeniu działalności promieszkaniowej z innymi formami działania na rzecz lokalnej wspólnoty. Takie zachęty będą pozytywnie wpływać nie tylko na działalność inwestycyjną w przestrzeni mieszkaniowej, ale również w przestrzeni towarzyszącej rozwojowi mieszkalnictwa. Intencją tych rozwiązań jest to, żeby z jednej strony gmina, która zaangażuje się w prowadzenie polityki mieszkaniowej, była wyżej punktowana przy ubieganiu się o już dostępne środki z programów rządowych i unijnych, a z drugiej dostawała dodatkowy grant z Funduszu Dopłat na realizację infrastruktury towarzyszącej mieszkalnictwu.

Blisko 60% Polaków nie chce przedłużania lockdownu. Ekonomiści: Dla gospodarki to był kosztowny błąd

Prawie sześciu na dziesięciu Polaków uważa, że po 18 stycznia br. rząd ze względu na sytuację epidemiologiczną nie powinien przedłużać lockdownu. Natomiast w gronie osób wyrażających przeciwne zdanie, zdecydowanie najczęściej pojawia się odpowiedź o utrzymaniu tych obostrzeń do czasu mocnego spadku liczby zakażeń. Z kolei ponad dwa razy mniej rodaków wskazuje na okres do końca lutego br. Takie wnioski płyną z ogólnopolskiego badania przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland.Polacy są zmęczeni obostrzeniami. Większość chce zakończenia tzw. lockdownu

55,8% Polaków twierdzi, że po 18 stycznia ze względu na sytuację epidemiologiczną rząd nie powinien przedłużać lockdownu. Przeciwnego zdania jest 30,9% rodaków. Z kolei 13,3% nie ma opinii w tej kwestii. Według Piotra Kuczyńskiego, analityka rynków finansowych, te wyniki pokazują, że sporo osób odczuwa problemy wynikające z zamknięcia gospodarki. Jednym spadły zarobki, drugim zbankrutowały firmy, a inni obawiają się bezrobocia. To do ludzi bardziej przemawia niż możliwość zachorowania.

Prof. Modzelewski
Prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów

– Gdyby odpowiadali tylko przedsiębiorcy, to przewaga poglądów za nieprzedłużaniem ograniczeń byłaby większa. Widzimy zatem efekt zupełnej niewiarygodności polityki zakazów prowadzonej w tej dziedzinie. Najpierw resort zdrowia podał, ile osób musi być zakażonych, żeby ogłosić tzw. narodową kwarantannę, a potem odszedł od tych wytycznych. Nikt nie udowodnił, że branże, gdzie wprowadzono zakazy działalności, są największym zagrożeniem epidemicznym – komentuje prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów.

Zdaniem Krzysztofa Zycha, głównego analityka UCE RESEARCH, widać zmęczenie społeczne pandemią, co po prawie roku izolacji jest zupełnie zrozumiałe. Ponadto Polacy dostrzegają, że nie tylko tracą swobodę i w pewnym stopniu wolność, ale przede wszystkim stają się biedniejsi. A perspektywy są coraz bardziej mętne. Według prof. Modzelewskiego, obecny lockdown jest błędem, niczego nie wnosi. Natomiast koszt ekonomiczny tego jest olbrzymi.

Marek Zuber, ekonomista
Marek Zuber, ekonomista

– Ludzie boją się, że dojdzie do totalnej zapaści w gospodarce, co prędzej czy później odczują. Nawet jeżeli w tej chwili ich to bezpośrednio nie dotyka. Wiele osób nie rozumie postępowania rządu, który np.  zamyka siłownie, a sale do tańca pozostawia otwarte. Do tego rozpoczęto szczepienia, więc część Polaków sądzi, że problem z wirusem jest rozwiązany – stwierdza ekonomista Marek Zuber.

Spośród osób, które są za przedłużeniem lockdownu, aż 42,3% uważa, że rząd powinien to robić do czasu mocnego spadku zakażeń. Według eksperta z UCE RESEARCH, te odpowiedzi zapewne pochodzą od Polaków, których w tym czasie pandemia zbytnio nie dotknęła. W grę może też wchodzić czynnik strachu, ale raczej w mniejszej skali. Z kolei 18,9% respondentów mówi o okresie do końca lutego tego roku, a 18,6%, – do połowy lutego. Natomiast 11,9% opowiada się za obostrzeniami do 31 stycznia.

– Sens lockdownu jest taki, żebyśmy się nie zarażali. W związku z tym mija się z celem podawanie dat dziennych, do kiedy restrykcje będą konieczne. Teraz nie wiemy, czy np. w połowie lutego liczba zakażeń bardzo mocno spadnie. Dlatego logiczna jest odpowiedź wybrana przez ponad 42% badanych – przekonuje Marek Zuber.

Jak podkreśla prof. Modzelewski, lockdown wprowadza nieprawdopodobne spustoszenie, nie tylko ekonomiczne. Ludzie przyzwyczajają się, że można nie pracować i otrzymywać pieniądze. Z kolei Krzysztof Zych zaznacza, że zamykanie ludzi w domach doprowadza do wielu tragedii, w tym nierówności i przemocy. Ponadto Polacy przestali się leczyć na inne choroby niż COVID-19. To może w przyszłości okazać się dla nas i służby zdrowia znacznie groźniejsze niż koronawirus.

Piotr Kuczyński
Piotr Kuczyński, ekonomista

– Mówi się o zasadzie litery K w gospodarce. Część branż idzie do góry w górnym ramieniu litery K, a niektóre podążają do dołu, w tym drugim ramieniu. I niestety ten rozjazd społeczny będzie się utrzymywał. W najgorszej sytuacji pozostają eventy, gastronomia, turystyka, a także branże, które im służą – analizuje Piotr Kuczyński.

Ograniczenia widzimy w sektorze najbardziej spolonizowanym, co podkreśla prof. Modzelewski. I dodaje, że już teraz są wykupowane aktywa tych branż, bo mamy do czynienia z masową likwidacją działalności gospodarczych. Upadają firmy, które drugi lockdown po prostu dobił. Ekspert apeluje do władzy o znoszenie tych zakazów, bo ich przedłużanie może mieć dla kraju nieobliczalne skutki.

– Budżet państwa nie jest w stanie wytrzymać kolejnego zamknięcia gospodarki, a już na pewno nie do momentu, kiedy mocno spadnie liczba zakażeń. Firmy, które obecnie nie zarabiają, z dnia na dzień nie wyjdą na prostą. Oczywiście można dodrukowywać pieniądze czy uprawiać kreatywną księgowość, ale matematyki nie da się oszukać – dodaje Krzysztof Zych.

Z kolei Piotr Kuczyński podkreśla, że wiele państw masowo dodrukowuje pieniądze. Nawet Joe Biden zapowiedział ogłoszenie planu na kolejne biliony dolarów. Zdaniem eksperta, kiedyś tego typu działania skończą się tym, że ludzie przestaną wierzyć w tradycyjną gotówkę. I wtedy będzie kolejny problem.

– Jeżeli ratowanie gospodarki ma polegać na pompowaniu dziesiątek miliardów złotych w firmy, które są zagrożone upadłością, to wszyscy zapłacimy za ten ruch. To będzie oznaczało np. wyższe podatki. A jeśli zabraknie takiego wsparcia, wówczas dojdzie do jeszcze większego zubożenia społeczeństwa. Upadnie więcej firm, wzrośnie bezrobocie, spadnie konsumpcja i będzie mniej inwestycji. A to już odczuje cała szeroko pojęta gospodarka – podsumowuje Marek Zuber.

Badanie przeprowadzono w dniach 08-11.01.2021 r. metodą CAWI przez platformę analityczno-badawczą UCE RESEARCH i SYNO Poland na zlecenie Gazety Wyborczej na reprezentatywnej próbie 1008 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat.

Co ze stopami procentowymi? Decyzja RPP już dzisiaj

Już dzisiaj dowiemy się, czy Rada Polityki Pieniężnej faktycznie zmieni politykę monetarną, a przynajmniej czy na konferencji po posiedzeniu potwierdzi zmianę nastawienia.

Decyzja Rady Polityki Pieniężnej już dzisiaj

Przed godziną 16:00 powinniśmy poznać decyzję w sprawie stóp procentowych. Zwyczajowo zapadała ona około godziny 13:30, ale patrząc na ostatnie późniejsze publikacje plus zamieszanie w związku z możliwą obniżką stóp można zakładać, że dzisiaj również nie pojawi się ona zbyt szybko. Analitycy spodziewają się, że zmian stóp na dzisiejszym posiedzeniu nie będzie, jednakże nie brakuje głosów, że już teraz możliwa jest obniżka o 0,1% do 0%. Gdyby doszło do obniżki można się spodziewać utraty wartości przez złotego. Scenariusz, w którym złoty by się umacniał (z tych realnych oczywiście) to brak zmian i uspokajający komunikat na konferencji prasowej o 16:00.

Dane z Czech

Nasi południowi sąsiedzi opublikowali dzisiaj serię danych makroekonomicznych. Inflacja podobnie jak w Polsce w grudniu szła wyraźnie w dół spadając do 2,3% z 2,7%. Rynek oczekiwał symbolicznego spadku do 2,6%. Z drugiej strony sprzedaż detaliczna (bez uwzględnienia samochodów) w skali roku spada o 7% przy oczekiwanym spadku o zaledwie 3,6%. Rynek walutowy przyjął te dane bardzo spokojnie. Czeska korona od rana jest na zbliżonych poziomach do tych sprzed publikacji.

Spowolnienie w Indiach

Wczoraj poznaliśmy pakiet danych z Indii. Inflacja w dalszym ciągu wyraźnie spowalnia. 4,59% to wynik nie tylko niższy od oczekiwań, ale też najniższy rezultat od drugiej połowy 2019 roku. Do tego produkcja przemysłowa za listopad spada w ciągu roku o 1,9%. To wynik o 1,5% słabszy od oczekiwań analityków. Pomimo tego inwestorzy przychylniej patrzą na indyjską rupię, która zyskiwała na wartości po tych danych. Była to jednak korekta spadków z początku tygodnia.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – inflacja,
16:00 – Polska – komunikat po posiedzeniu RPP,
16:30 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Krzysztof Poznański dyrektorem zarządzającym Polskiej Rady Centrów Handlowych

12 stycznia 2021 roku na stanowisko dyrektora zarządzającego Polskiej Rady Centrów Handlowych powołano Krzysztofa Poznańskiego, menadżera z blisko trzydziestoletnim doświadczeniem w zarządzaniu firmami, operacjami i sprzedażą. Nowy dyrektor zarządzający od lat jest związany z branżą centrów handlowych. Odpowiadał między innymi za finalizację inwestycji, zarządzanie i przekazanie nowemu właścicielowi centrum handlowego Złote Tarasy. 

Krzysztof Poznański z sukcesami zarządzał operacjami spółki Multikino oraz firmami G4S Security Systems, ISS Facility Services, czy Aamal Services. Ma wieloletnie doświadczenia w sektorze facility services powiązanym z branżą nieruchomości na rynkach międzynarodowych, gdzie m.in. odpowiadał za zarządzanie P&L, rozwój biznesu i pozyskiwanie klientów. Do jego osiągnięć należy także przygotowanie do uruchomienia i płynne otwarcie centrum handlowego i biurowego Złote Tarasy w Warszawie. Jako dyrektor centrum odpowiadał za wyniki i budżet projektu, zarządzanie operacjami i relacjami z najemcami, a także z właścicielami.

Doświadczenie nowo powołanego dyrektora zarządzającego w branży centrów handlowych będzie kluczowe dla wypracowania rozwiązań wspierających interesy przedsiębiorców działających w sektorze miejsc handlu i usług.

„Branża centrów handlowych mierzy się z dotkliwymi skutkami pandemii i konsekwencjami decyzji o kolejnych lockdownach. Nasza organizacja i branża potrzebują nowej strategii, która odpowie na wyzwania stojące przed sektorem handlu, przyczyni się do jego szybkiej odbudowy po pandemii oraz sprawi, że głos branży zostanie usłyszany. Jesteśmy przekonani, że bogate doświadczenia Krzysztofa w realizacji licznych interdyscyplinarnych projektów oraz znajomość branży centrów handlowych wzmocnią działania Polskiej Rady Centrów Handlowych” – powiedział Jan Dębski, Prezes Zarządu PRCH.

Krzysztof Poznański będzie współodpowiedzialny za stworzenie i realizację strategii działania oraz dalszego rozwoju Polskiej Rady Centrów Handlowych. Do jego obowiązków będzie należała współpraca z członkami oraz partnerami stowarzyszenia, reprezentowanie interesów branży na arenie krajowej i międzynarodowej oraz zarządzanie operacyjne organizacją.

„Objęcie stanowiska dyrektora zarządzającego Polskiej Rady Centrów Handlowych w tak newralgicznym dla branży momencie jest niezwykle ambitnym zadaniem i wiąże się z olbrzymią odpowiedzialnością. Jako organizacja będziemy musieli w kolejnych miesiącach sprostać wielu wyzwaniom. Jestem jednak głęboko przekonany, że jako sektor oraz organizacja wyjdziemy z obecnej sytuacji znacznie silniejsi. Do naszych głównych zadań będzie należało wypracowanie rozwiązań, które pomogą w ograniczeniu konsekwencji restrykcji wprowadzanych w związku z pandemią, szybkim powrocie branży na ścieżkę wzrostu i silne  wsparcie właścicieli, zarządzających oraz najemców centrów handlowych. Będziemy też promować branżę centrów handlowych jako ważny element polskiej gospodarki” – dodał Krzysztof Poznański, nowy dyrektor zarządzający Polskiej Rady Centrów Handlowych.

Wrócimy na ulice? Czy ulice handlowe będą alternatywą dla centrów?

Wielu polskich konsumentów zwraca się mocniej w kierunku mniejszych sklepów, zlokalizowanych poza tradycyjnymi centrami handlowymi, które wzmacniają ich poczucie bezpieczeństwa. To szansa, którą właściciele lokali przy ulicach handlowych mogą teraz wykorzystać.

Ożywienie handlu przy reprezentacyjnych ulicach polskich aglomeracji to niekończący się temat, który powrócił i tym razem, przy okazji pandemii. Paradoksalnie, niepewność, z którą mierzą się teraz najemcy, może kierować ich uwagę w stronę lokalizacji alternatywnych, w tym ulic, które nie były objęte zakazem handlu, zapewniając w ten sposób ciągłość działania. Aby jednak zwiększyć ich atrakcyjność należałoby uprościć procedury przetargowe, stworzyć spójną strategię i nawiązać bliską współpracę na linii miasta-właściciele prywatni.

Czynsz to nie wszystko

COVID-19 zweryfikował kondycję finansową wielu marek czy lokali usługowych i niektóre z nich niestety tego testu nie przetrwały. Dotyczy to również najemców działających przy ulicach handlowych. Jest jednak jedno „ale”.

Na rynku nadal działa wiele firm, które przed pojawieniem się COVID-19 były w więcej niż dobrej sytuacji finansowej, miały spore rezerwy gotówki i teraz upatrują szansy w przejęciu lokali, które ze względu na trudny czas oferują bardziej atrakcyjne stawki czynszów niż przed marcem tego roku. Możemy więc spodziewać się, że z czasem niektóre ze zwalnianych lokali, będą zapełniać się nowymi najemcami. Jest to jednak proces wydłużony, na co wpływ ma również fakt, że sam proces wynajmu lokali przy ulicach handlowych jest dużo większym wyzwaniem niż w obiektach komercyjnych, takich jak centra czy biurowce, tłumaczy Anna Wdowiak, Starszy Konsultant w Dziale Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

Skomplikowane procedury przetargowe i konkursy ofert, czy rozdrobniona struktura właścicielska są podstawowymi elementami, które do tej pory zniechęcały wielu najemców, aby przynajmniej rozważyć któryś z lokali znajdujących się na przykład przy reprezentacyjnych ulicach Warszawy.

Najemcy, a zwłaszcza duże, sieciowe firmy, oczekują, że proces jego pozyskania będzie prostszy, a sami właściciele będą gotowi do pewnej elastyczności w negocjacjach. Nic nie stoi bowiem na przeszkodzie, aby po wyeliminowaniu największych barier rozwoju, sieci handlowe, dla których na wielu rynkach zagranicznych ulice handlowe to kluczowy element strategii biznesowej, zaczęły stosować podobną politykę także w stolicy Polski. Pamiętajmy, że za dużymi, znanymi markami przyjdą klienci, a to przyciągnie do danej lokalizacji kolejne firmy, dodaje Anna Wdowiak

Potrzebna strategia

Dwa lata temu na zlecenie urzędu m. st. Warszawy zespół JLL przeprowadził badanie, na podstawie którego przygotował rekomendacje mające na celu rozwój handlu śródmiejskiego w Warszawie, a konkretnie na odcinku ulicy Marszałkowskiej od Placu Zbawiciela do Al. Jerozolimskich.

Zwróciliśmy wtedy uwagę, że wśród czynników, które mogą go wesprzeć konieczny jest m.in. wzrost ruchu pieszych, budowa pominiętej stacji metra A12 – Plac Konstytucji, czy stworzenie reprezentacyjnej, wysokiej jakości i zielonej przestrzeni publicznej. Z kolei selekcja najemców miałaby się opierać nie tylko na kwestiach czynszowych, ale także na dążeniu do podniesienia jakości i unikalności oferty. Kluczowy jest też wpływ tych najemców na życie uliczne, wydłużenie godzin otwarcia sklepów, a także atrakcyjność samych witryn sklepowych, mówi Anna Wysocka, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

Do tego dochodzi również kwestia estetyki, która jest niezwykle ważna, jeśli chodzi o zwiększenie potencjału ulic handlowych. Aby przyciągnąć atrakcyjnych, wpisujących się w potrzeby warszawiaków najemców miasto, tam gdzie to konieczne, powinno zadbać o remonty zdewastowanych elewacji budynków. Oczywiście ważne jest, aby ulice były przyjazne dla samych klientów i tu pojawia się konieczność np. przeanalizowania możliwości budowy dodatkowych przejść dla pieszych, co pozytywnie wpłynie na cyrkulację klientów. Dzięki temu ulice handlowe będą mieć szansę, aby stać się realną alternatywą dla centrów handlowych.

Pandemia może przyspieszyć zmiany, które ratusz zaczął wprowadzać już przed COVID-19. Przykładem są Aleje Jerozolimskie, gdzie wachlarz najemców zajmujących lokale handlowe jest bardziej starannie dobierany, tak aby pasował do przyjętej strategii ofertowej, a powinna być ona spójna i trafiać w faktyczne potrzeby zakupowe. Współpraca na linii miasto – prywatni właściciele jest tu jednak kluczowa. Obie strony powinny być zainteresowane, aby takie rozmowy prowadzić i wspólnie wypracować kompromis dotyczący polityki lokalowej, np. poprzez tworzenie lokalizacji o konkretnym profilu najemców. Pandemia dotyka wszystkich bez wyjątku, rosnący wakat dotyczy zarówno miasta, jak i prywatnych właścicieli i obie strony powinny być teraz bardziej zdeterminowane do stworzenia wspólnej strategii działania, dodaje Anna Wysocka.

Dobry sposób na dywersyfikację

Zamknięte centra handlowe i strach przed zarażeniem sprzyjały rozwojowi e-commerce. Liczba osób robiących zakupy online zwiększała się w miesiącach, kiedy centra handlowe były w większości przypadków zamknięte – w szczytowym momencie udział e-commerce wzrósł do blisko 12% w handlu detalicznym, a po złagodzeniu obostrzeń spadał.

To pokazuje, że Polacy nadal preferują zakupy tradycyjne, choć jednocześnie ich nawyki zmieniają się. Tym bardziej, że marki dywersyfikują swoje strategie i mocniej stawiają na handel tzw. hybrydowy, a co za tym idzie, liczą się coraz bardziej lokalizacje niezależne, łatwo dostępne, znajdujące się bezpośrednio przy ulicy. Warto też podkreślić, że duzi, znani najemcy działają już przy ulicach handlowych, czego przykładem jest ulica Marszałkowska i obiekt Wars, Sawa, Junior. Aby jednak przyciągnąć na ulice handlowe kolejnych operatorów należy stworzyć atrakcyjne warunki najmu i udostępnić markom poszukiwane metraże, np. poprzez łączenie lokali, podsumowuje Anna Wdowiak.

Prezes Vivid Games podsumowuje 2020 rok

O ponad 130 proc. do 28,99 mln zł wzrosły przychody ze sprzedaży Vivid Games w 2020 r. wynika ze wstępnych wyników finansowych opublikowanych przez spółkę. Zysk netto bydgoskiej firmy sięgnął 2,12 mln zł, o ponad 400 proc. więcej niż rok temu. To najlepsze wyniki w historii developera.

Mimo światowych zawirowań związanych z COVID 19, ubiegły rok był dla Vivid Games bardzo udany. Znacząco zwiększyliśmy nakłady marketingowe związane z tzw. user acquisition, co przyniosło skokowy wzrost przychodów, zwłaszcza w przypadku Real Boxing 2, który był motorem sprzedażowym w minionym roku. wskazuje Remigiusz Kościelny, prezes Vivid Games.

W 2020 r. spółka wypracowała 28,99 mln zł przychodów ze sprzedaży, o 130 proc. więcej niż w 2019 r. i o prawie 50 proc. więcej niż zakładała prognoza na ubiegły rok.

Miniony rok i początek bieżącego to również czas zawarcia porozumienia z obligatariuszami i wypłaty pierwszej z dwunastu kwartalnych rat wraz z odsetkami, która miała miejsce 4 stycznia br. Obsługa jedynego długu spółki, nie wpłynie znacząco na kondycje finansową spółki. Na koniec grudnia ubiegłego roku Vivid Games posiadał 8 mln zł gotówki w kasie w porównaniu do 2,5 mln w styczniu 2019 r.

Portfolio już zapowiedzianych na 2021 rok premier w połączeniu z wykorzystaniem posiadanego know-how, daje solidne podstawy pod wyniki bieżącego roku. W tym roku chcemy przetestować 10 nowych gier mobilnych – zarówno tych pochodzących z programu wydawniczego jak i naszych oryginalnych produkcji. Zakładamy, że 4-6 z nich może trafić później do globalnej dystrybucji. W planie wydawniczym mamy już „Right Swipes”, „Amusing Heroes” oraz “The Cash” – zapowiada prezes. – Dążymy do sytuacji, w której w portfolio będą trzy duże gry mobilne z miesięcznymi przychodami w wysokości co najmniej 1 mln zł, jak również kontynuujemy poszukiwania hitu, który będzie przynosił przynajmniej 4 mln zł przychodów miesięcznie – kontynuuje.

Remigiusz Kościelny zapowiada również, że spółka zamierza kontynuować praktykę podawania wstępnych miesięcznych wyników finansowych. – Spotkało się to z bardzo dobrym odbiorem przez akcjonariuszy. Natomiast nie planujemy podawać prognoz wyników na 2021 rok. Historycznie podawanie prognoz w naszej branży jest obarczone zbyt dużym marginesem błędu, co widać choćby po ubiegłorocznych wynikach. Pomimo skokowego wzrostu przychodów i „przestrzelenia” in plus o 50 procent prognozy sprzedaży, nie udało nam się zrealizować prognozowanego na 2020 roku 3 mln zł zysku netto, mimo że zysk ze sprzedaży wyniósł prawie 4 miliony złotych – podsumowuje prezes.