Urzędnicy Trumpa wchodzą do gry

0

Dla Wall Street środa była też, podobnie jak w Eurolandzie, dniem publikacji indeksów PMI, ale nie to było istotne. Istotne było to, co mówili urzędnicy prezydenta Trumpa.

Pierwszy raz od niepamiętnych czasów Amerykanie przyznali, że odpowiada im słaby dolar. W Davos powiedział to Steven Mnuchin, sekretarz skarbu Stanów Zjednoczonych. Sekretarze skarbu zawsze mówili, że chcą silnego dolara (mimo że myśleli tak jak Mnuchin). Tym razem Mnuchin powiedział m.in., że spadek wartości dolara stanowi wsparcie dla amerykańskiej gospodarki. Przyznanie, że USA chcą osłabienia dolara może skończyć się prawdziwą wojną walutową.

Wtórował mu kolejny urzędnik. Wilbur Ross, sekretarz ds. handlu USA, pytany o to, czy nie obawia się rozpętania wojny handlowej powiedział, że „Wojna handlowa trwa od dłuższego czasu. Teraz różnicą jest to, że do gry wchodzą siła amerykańskie”. Po podniesieniu ceł na chińskie panele słoneczne i pralki taka wypowiedź mogła być zapowiedzią dalszych takich działań. A Chiny bezczynne nie pozostaną.

W pełnej skali wojna walutowa i handlowa między Chinami i USA (oraz Niemcami) byłaby końcem globalnego rozwoju gospodarczego. To zauważyli Europejczycy i dlatego spadały indeksy europejskie. Amerykanie mogli jednak pozostać w swoim wspaniałym świecie bez przerwy rosnących indeksów (ironia).

W tej sytuacji dane makro miały trzeciorzędna znaczenie. Opublikowano wstępne Indeksy PMI (wstępne odczyty dla sektorów przemysłowego i usług). Dowiedzieliśmy się, że indeks dla przemysłu wyniósł 55,5 pkt. (oczekiwano spadku z 55,1 na 55 pkt.), a dla usług wyniósł 53,3 pkt. (oczekiwano wzrostu z 53,7 na 54 pkt.). Pojawiły się też dane o cenach domów w listopadzie oraz o sprzedaży domów na rynku wtórnym w grudniu. Ceny domów wzrosły tak jak oczekiwano o 0,4%, a sprzedaż domów na rynku wtórnym spadła o 3,6% (oczekiwano spadku o 2%).

Wall Street na początku sesji postanowiła całkowicie zlekceważyć słowa sekretarza ds. handlu i cieszyła się słabością dolara oraz wzrostem ceny ropy. Po godzinie pojawiły się pierwsze oznaki niepokoju i indeksy zabarwiły się na czerwono. Jednak na trzy godziny przed końcem sesji Wall Street zanurzyła się w swojej bajce o hossie bez końca i indeksy zaczęły rosnąć. Udało się doprowadzić S&P 500 do poziomu neutralnego, a NASDAQ stracił 0,63%. Nic nieznacząca korekta.

Czytaj również:  Trump i władze Chin dążą do eskalacji wojny handlowej

Takie reakcja Wall Street dają złudną nadzieję urzędnikom administracji Trumpa, którzy mogą stwierdzić, że wojna handlowa i słaby dolar to jest to, czego chce gospodarka i Wall Street. Mogą się bardzo przeliczyć, ale ten obłęd może jeszcze chwilę potrwać.

GPW rozpoczęła środową sesję pokazem słabości, który był kontynuacją tego, co widać już było we wtorek. Bykom nie pomagały tez inne indeksy na europejskich giełdach. Polskie indeksy spadały i po godzinie WIG20 tracił około pół procent. Przed południem rynek wszedł w fazę marazmu.

Dopiero po pobudce w USA nastroje zaczęły się poprawiać. Najwyraźniej czekano na pomoc Amerykanów. Jednak rosnące kontrakty na amerykańskie indeksy nie pomagały europejskim giełdom, a końcówka sesji była w Europie bardzo słaba. Szaleństwa Wall Street niespecjalnie się w Europie podobają. Nic dziwnego, ze WIG20 spadł, ale stracił tylko 0,33%, a MWIG40 i SWIG80 straciły jeszcze mniej.

Wypowiedzi sekretarzy skarbu i handlu USA są niezwykle niepokojące, ale słabnący dolar i szybko drożejące surowce powodują skierowanie kapitałów funduszy inwestycyjnych na waluty i akcje krajów rozwijających się. Nieprzerwana hossa rwa również na tych rynkach. Co się jednak stanie, jeśli woja handlowa zacznie dolara umacniać? Być może już dzisiaj po posiedzeniu ECB?

Oczywiście nic w polityce monetarnej strefy euro się nie zmieni, ale może zmieć się słownictwo komunikatu/wypowiedzi szefa ECB, co może wpłynąć na zachowanie rynku walutowego i obligacji, a za ich pośrednictwem również rynku akcji. Siła euro może, a nawet powinna spowodować, zdecydowanie „gołębią” wymowę komunikatu i/lub konferencji.

Gdyby euro zaczęło tracić to pomogłoby rynkowi akcji w Eurolandzie, ale niekoniecznie w USA i niekoniecznie rynkom rozwijającym się. Jednak pierwsze umocnienie dolara przemknęłoby na emerging markets raczej niezauważone.

Autor: Piotr Kuczyński – Główny Analityk, Dom Inwestycyjny Xelion