Wirus zmieni gospodarkę – rozmowa z Jackiem Giedrojciem

0
Jacek Giedrojć
Jacek Giedrojć

Pandemia odcisnęła znaczące piętno niemal na każdym sektorze gospodarki. Wiele przedsiębiorstw, np. z branży gastronomicznej i hotelarskiej, musiało ograniczyć lub całkiem zaprzestać prowadzenia swojej działalności. W innych przypadkach udało się zachować ciągłość pracy firmy, dzięki zmianie trybu ze stacjonarnego na zdalny. Skutki takiego rozwiązania widzimy już teraz, jednak dr Jacek Giedrojć tłumaczy, że od lat obserwuje się tendencję wzrostową w zakresie przyjmowania takiego modelu pracy. Ekonomista dodaje, że o ile bardzo trudno jest przewidywać najbliższą przyszłość gospodarczą Polski, tak nieunikniony wydaje się wzrost podatków, zwłaszcza dla najzamożniejszych obywateli i globalnych korporacji.

Jacek Giedrojć – założyciel Warsaw Equity Group, od 1992 roku prowadzi w Polsce działalność inwestycyjną. Na podstawie swoich kwalifikacji, wieloletniego doświadczenia zawodowego oraz obserwacji bieżących wydarzeń, wyjaśnia w rozmowie następstwa pandemii w polskiej gospodarce i radzi, w jaki sposób skutecznie zarządzać firmą, nie tylko w czasie korona kryzysu.

Jedyną stałą rzeczą w życiu jest zmiana – po pandemii czeka nas ewolucja czy rewolucja?

Historycznie wielkie epidemie skutkowały spłaszczeniem struktury społecznej, a w szczególności zmniejszeniem nierówności ekonomicznych. Najlepiej znanym przykładem jest czarna śmierć, czyli epidemia dżumy, która przybyła do Europy jedwabnym szlakiem w połowie XIV wieku. Wielka śmiertelność poskutkowała brakiem rąk do pracy w stosunku do kapitału (wtedy przede wszystkim ziemi). W efekcie płace wzrosły, a renty spadły.

Szczęśliwie śmiertelność COVID-19 jest niewspółmiernie mniejsza. Można sobie jednak wyobrazić inny mechanizm niwelowania nierówności. Na wiele tygodni zostaliśmy wszyscy, biedni i bogaci, zamknięci w domach. Ciężka ręka państwa ograniczyła różne wolności, również gospodarcze. Psychologicznie to wyrównujący czynnik, który może z nami pozostać na dłużej. Co więcej, skoro w czasach pandemii od wszystkich oczekuje się wyrzeczeń, to trzeba wszystkich dowartościować. Powszechne prawo wyborcze i państwo dobrobytu jest produktem światowych wojen z pierwszej połowy XX wieku. W następstwie pandemii wyborcy również mogą domagać się bardziej egalitarnych rozwiązań w różnych sferach życia.

Czy kryzys związany z epidemią może przyspieszyć proces przestawiania się polskiej gospodarki na bardziej innowacyjną, oferującą nowoczesne rozwiązania?

Pandemia niewątpliwie przyspiesza cyfryzację, ale to głównie adopcja cudzych innowacji. Obawiam się, że w czasie kryzysu firmy przede wszystkim skupią się na przetrwaniu. Innowacyjne przedsięwzięcia są obarczone ryzykiem i dlatego są odsuwane na dalszy plan. Oczywiście wiele będzie zależało od tego, na ile publiczne środki pomocowe dla firm będą wspierały innowacyjne projekty, np. związane z dekarbonizacją.

Szansą jest oczekiwany proces przenoszenia działalności, zwłaszcza R&D (od ang. research and development), przez wielkie koncerny z Dalekiego Wschodu, tzw. reshoring. Niestety, w tej kwestii wytworzona przez obecną władzę atmosfera oblężonej twierdzy, nieustannie zagrożonej zepsuciem płynącym z zachodu, wyraźnie nam szkodzi. Homofobiczne wypowiedzi prezydenta Dudy odbiły się w świecie szerokim echem. Trzeba by bowiem przekonać światowych, kreatywnych ludzi, z różnych stron świata, niekoniecznie białych, heteroseksualnych katolików, żeby zechcieli w Polsce przez jakiś czas pomieszkać i wspomniane centra R&D organizować. Zresztą, rodzima kreatywność również kwitnie w warunkach tolerancji, otwartości. Kilka lat temu w czasie jednej z konferencji oprowadzałem Rosjanina po mojej alma mater i opowiadałem o tym, jak w miejscu, gdzie kiedyś rosły sady brzoskwiniowe, powstał Harvard. Mężczyzna pokiwał głową i skonstatował — tak, wystarczy, że władza ogrodzi kawałek terenu, wyznaczy cele i da dużo pieniędzy. Nie przyszło mu do głowy, że wielkie rzeczy nie muszą być państwowe, narodowe, ani centralnie organizowane, lecz wystarczy, że będą powstawać w klimacie tolerancji, sporu i otwartości na różne, nawet uznawane przez niektórych za obrazoburcze, poglądy.

W ciągu ostatnich miesięcy byliśmy świadkami znacznych zmian w sposobie prowadzenia działalności przez liczne przedsiębiorstwa: zmiana trybu pracy na zdalny, ograniczenie lub przerwanie pracy, dostosowanie się do panujących obostrzeń. Jaki to będzie miało wpływ na dalsze prosperowanie firm?

Nie demonizowałbym tych zmian. Jedni przedsiębiorcy zyskają, inni stracą. Od lat obserwujemy tendencję wzrostową w zakresie przyjmowania modelu pracy zdalnej. Dyslokacje są nieuniknione, a kreatywna destrukcja to wręcz znak firmowy kapitalizmu czy wolnego społeczeństwa w ogóle.

Czeka nas zmiana komunikacji i paradygmatu zarządzania?

Od mniej więcej 80. lat paradygmat zarządzania został podporządkowany tzw. wartości akcjonariuszy (shareholder value paradigm). W jego myśl korporacje są własnością akcjonariuszy i istnieją po to, aby im przysparzać zysków. To fatalny sposób myślenia o firmach, który, co gorsza, zakorzenił się w prawie, regulacjach i różnych kodeksach dobrych praktyk giełdowych. W efekcie spadły inwestycje i innowacyjność. Zastanówmy się przez moment jak to wygląda z punktu widzenia pojedynczego akcjonariusza – lepiej przymusić spółkę do wypłaty dywidendy albo wykupu akcji własnych, niż czekać lata na zwroty z dalekosiężnych przedsięwzięć. Dlaczego wspomniany akcjonariusz miałby się przed tym powstrzymać skoro zyski tu i teraz są pewne, a rezultaty inwestycji i innowacji odległe w czasie i niepewne? Co więcej, ten udziałowiec może zainwestować uzyskane środki w kolejną spółkę i powtórzyć proces wyciskania gotówki. Jednak na poziomie systemu jako całości takie działania są przeciw produktywne. Zyski akcjonariuszy jako grupy, nie mówiąc o innych interesariuszach i społeczeństwie jako całości, w długim okresie wynikają z ryzykownych inwestycji firm. Ktoś trafnie porównał shareholder value paradigm do łowienia ryb dynamitem. Można szybko wyłowić wszystkie ryby, ale kosztem ekosystemu, dzięki któremu ryby w ogóle istnieją.

Od paru lat w wysoko rozwiniętych krajach narasta krytyka paradygmatu. Pandemia uwypukla jego słabości jak np. wydrążanie zdolności produkcyjnych i innowacyjnych firm poprzez offshoring do Chin. Mam nadzieję, że pandemia przyspieszy odchodzenie od tego szkodliwego paradygmatu.

Jaki model zarządzania najlepiej sprawdzi się w dzisiejszych czasach?

Trzeba myśleć o firmach jak o organizacjach budujących kompetencje przez lata, a nie chwilowych splotach relacji, które mogą zostać rozerwane, wykorzystane po to, aby zyskali ci, którzy w danym momencie są akcjonariuszami. Takie myślenie każe zarządzającym uwzględniać interesy nie tylko akcjonariuszy, ale również klientów, pracowników i szerszego otoczenia.

Dziś modne jest obwinianie korporacji o wszelkie problemy świata. Wszakże większość korporacji robi to, czego od nich w obecnym klimacie intelektualnym oczekujemy — maksymalizują zwroty akcjonariuszy. Nie zawsze tak jednak było. Korporacja, byt zawieszony między tym co prywatne i publiczne, jest jedną z najważniejszych innowacji organizacyjnych zachodu. Jak pokazują badania, firmy, które przez wiele dekad systematycznie odnosiły sukcesy (odzwierciedlone we wzroście cen ich akcji), bez wyjątku stawiają̨ na pierwszym miejscu nie akcjonariuszy, lecz albo klientów, albo pracowników.

Jakie są perspektywy na najbliższe miesiące?

Paradoksalnie dziś najtrudniej przewidywać najbliższą przyszłość. Tak dużo zależy od rozwoju epidemii. W średnim okresie rysuje się kilka trendów. Nieunikniony wydaje się wzrost podatków, zwłaszcza dla najzamożniejszych obywateli oraz globalnych korporacji. Ratowanie poziomu życia gospodarstw domowych i zdolności organizacyjnych oznacza wzrost wydatków fiskalnych w czasie, gdy dochody spadają. Powoduje to wzrost długu publicznego, który kiedyś trzeba będzie spłacić. Patrząc bardziej długoterminowo, pandemia uświadomiła nam zaniedbania w usługach publicznych, które w przyszłości będą wymagały większych nakładów. Drugi trend jest związany ze wspomnianymi skutkami pracy zdalnej. Ostatnio wszyscy wiele się nauczyliśmy i te nowe praktyki z nami zostaną. Wynikają z tego szanse i ryzyka dla firm technologicznych, nieruchomościowych, służby zdrowia, a w dłuższej perspektywie nawet urbanistyki i transportu. Warto wreszcie jeszcze raz wspomnieć o deglobalizacji. Pandemia pokazała ryzyka długich, globalnych łańcuchów dostaw i uzależnienie od wątpliwych partnerów w tak wrażliwych aspektach jak lekarstwa i sprzęt medyczny.