Telemedycyna daje wiele możliwości – nawet po pandemii

Szybsze konsultacje, łatwiejszy dostęp do specjalistów, niezależnie od miejsca, gdzie przebywamy – tak telemedycyna zmienia współczesną opiekę zdrowotną, a co najważniejsze przyczynia się do poprawy zdrowia całego społeczeństwa. Kryzysy od zawsze były bodźcami do wprowadzania innowacji, a obecna pandemia spowodowała, że nasz wzrok padł na potencjał drzemiący w telemedycynie. Umożliwienie lekarzom zdalnej opieki nad pacjentami, unikanie kontaktu fizycznego, wpisuje się w strategie utrzymywania dystansu społecznego, koniecznego do ograniczenia rozprzestrzeniania się koronawirusa. Wielu Polaków miało okazję przekonać się o korzyściach tego rozwiązania, odbywając wizyty lekarskie za pomocą telefonu lub komputera. Poly postrzega pandemię jako czynnik otwierający oczy na możliwości, które daje nam technologia w zakresie zapewnienia równej, dostępnej i trwałej opieki zdrowotnej – nawet po zakończeniu obecnego kryzysu zdrowotnego.

W Polsce telemedycyna jest dosyć nowym fenomenem. Dopiero od 2016 r. prawo umożliwia udzielania świadczeń zdrowotnych na odległość. Z badań firmy PMR, polski rynek usług telemedycznych w 2018 r. był wart ponad 4 mln złotych. Jednak zgodnie z przypuszczeniami ekspertów do 2023 r. ma osiągnąć aż 143,4 mln złotych. Technologia posiada wielki potencjał w rozwiązywaniu problemów z zapewnieniem dostępności do opieki zdrowotnej na całym świecie. Coraz więcej osób zaczęło korzystać z porad lekarskich na odległość za pośrednictwem wideo, a tendencja ta występuje niezależnie od szerokości geograficznej. Obecny kryzys zdrowotny i konieczność zachowania bezpiecznej odległości od siebie zwróciły uwagę placówek świadczących opiekę i pacjentów na tę możliwość, co może stanowić poważny bodziec do rozwoju tego sektora również po zakończeniu obecnej pandemii.

Rozwiązania Poly w zakresie współpracy w dziedzinie opieki zdrowotnej i wideokonferencji mogą pomóc placówkom medycznym i lekarzom poprawić jakość usług- mówi Jakub Abramczyk, Sales Director Eastern Europe w firmie Poly.

– Dzięki umożliwieniu ekspertom medycznym dotarcia nawet na obszary wiejskie i słabo zaludnione i umożliwienie natychmiastowych konsultacji fachowa pomoc lekarska staje się bardziej dostępna i powszechna, co może przekładać się na poprawę zdrowia wielu ludzi. Pokonanie barier geograficznych to także obniżenie kosztów opieki medycznej – podsumowuje Abramczyk.

USA – Szpital Orlando Health i Departament Zdrowia Psychicznego Południowej Karoliny

Szpital Orlando Health na Florydzie dzięki wprowadzeniu diagnostyki za pomocą telekonferencji ułatwił szybką diagnostykę udaru, co jest kluczowe by zapobiec trwałym uszkodzeniom mózgu u pacjenta. Z kolei Departament Zdrowia Psychicznego Południowej Karoliny zdołał zwiększyć swoją wydajność o 200% i przeprowadził ponad 25 000 telekonsultacji w obszarze psychiatrii. Jednocześnie skrócono czas pobytu w placówkach medycznych, w tym na ostrym dyżurze o połowę, a koszty diagnostyki jednej osoby obniżono o 3000$.

Holandia – Uniwersyteckie Centrum Medyczne w Utrechcie

W Utrechcie wprowadzenie rozwiązań opartych o wideokonferencje zwiększyło dostęp do szkoleń w zakresie stereoskopowej chirurgii 3D. Dzięki temu ta rewolucyjna metoda stała się łatwiej dostępna dla wszystkich lekarzy, którzy chcieli poszerzyć swoje kompetencje w tym zakresie, a jednocześnie obniżono koszty kursów medycznych. Sieć ta pozwoliła stworzyć międzynarodową społeczność, która współpracuje w celu skutecznej diagnostyki i leczenia pacjentów.

Wielka Brytania – NHS

W Wielkiej Brytanii NHS rozwiązania telemedyczne były w stanie zapewnić szybką diagnostykę udaru u 500 pacjentów, a tym samym obniżyć wskaźnik śmiertelności o 45%. Dzięki telemedycynie liczba przyjęć na ostry dyżur zmniejszyła się o 20%. Dzięki tym zmianom Wielka Brytania osiągnęła oszczędności w wysokości 30 000 funtów na jednego pacjenta.

Chiny – Szpital Xuanwu

W chińskim szpitalu Xuanwu działa sztab ekspertów, który wspiera przeprowadzanie skomplikowanych operacji przez personel pracujący, dzięki łączenia się z nimi za pomocą telekonferencji. Utworzenie ogólnokrajowej sieci zmniejszyło czas potrzebny na leczenie pacjentów w często niedostępnych i odległych terenach kraju, tym samym zwiększając przeżywalność.

Wietnam – Departament Zdrowia prowincji Quang Ninh

Blisko tysiąc pracowników wietnamskiego departamentu zdrowia w prowincji Quang Ninh zostało przeszkolonych za pomocą wideokonferencji w obszarze ratownictwa. Pozwoliło to na znaczne oszczędności, dzięki bardziej efektywnemu przepływowi pracy w zakresie opieki nad pacjentami, a także przez zmniejszenie kosztów wyjazdów na szkolenia.

Republika Południowej Afryki – Szpital Dziecięcy Czerwonego Krzyża

Pracujący w tym szpitalu lekarze otrzymali możliwość zdalnej nauki i uzyskania dostępu do doświadczenia i wiedzy kardiologów dziecięcych praktykujących w innych krajach. W efekcie zastosowania telekonferencji znacząco skrócono kolejki oczekujących na zabiegi małych pacjentów.

Brazylia – Unimed

Dzielenie się wiedzą w czasie rzeczywistym i rozszerzenie zasięgu do 20 milionów klientów i 110 tys. lekarzy przy spadku kosztów o 18 milionów R$ było wynikiem przyjęcia wideokonferencji dla brazylijskiego Unimedu, któremu udało się również obniżyć emisję gazów przez zrezygnowanie z podróży na konwencje.

Polski E-commerce: nowy sezon i wyzwania

Choć dzisiaj już z dużym dystansem spoglądamy na wydarzenia, które miały miejsce w marcu, to nadal w branży e-commerce pojawiają się pytania dotyczące nadchodzących miesięcy. Po boom’ie na online oraz uwolnieniu handlu widać wyciszanie się dynamicznych wzrostów. Grupa Domodi przeprowadziła badanie, w którym sprawdziła, jak jej partnerzy, przeważnie z branż moda oraz dom i ogród, działali podczas kryzysu oraz jak widzą nadchodzące miesiące.06_GRUPA DOMODI 05_GRUPA DOMODI

 Jak działały marki w trakcie lockdown’u?

Badanie miało na celu pokazanie, w jaki sposób rodzime marki poradziły sobie w tym  okresie, w co inwestowały, a z jakich narzędzi postanowiły zrezygnować. Jednym z pytań było także to, jaki wpływ miał koronawirus na finanse w polskim e-commerce. Tutaj, aż 46% ankietowanych wskazało, że impakt był negatywny, a dla 8% – bardzo negatywny. Pozytywne aspekty zanotowało 18% badanych, a te wyjątkowo korzystne – wskazało 13%. Wśród badanej grupy 15% nie zauważyło wpływu wirusa na sytuację finansową swojej firmy.

Największe obawy wiązały się jednak z potencjałem zakupowym konsumentów i zyskami sklepów. Dla 28% badanych przychody, od momentu ogłoszenia pandemii, wzrosły, a 18% firm zauważyło, że wzrost ten był znaczny. Według 24% badanych w ich sytuacji nie zmieniło się nic. Natomiast 31% ankietowanych wskazało na spadki, w tym 25% na lekkie, a 6% – znaczące.02_GRUPA DOMODI02_GRUPA DOMODI

Jakie działania podjęły  marki?

W tym czasie weryfikacji uległo wiele działań oraz obszarów w firmach, gdzie aż dla 75% podmiotów objęły one decyzje marketingowe. Jak się dzisiaj okazuje, bardzo ważnym element pozostała aktywność reklamowa osadzona w realiach online’owych oraz wcześniejsze, przetestowane narzędzia, które nie zawiodły. Takim schematem postanowiło  działać 36% badanych, stosując strategię stabilności i inwestycji w sprawdzone źródła. Drugie tyle badanych (36%) skupiło się na narzędziach, które w najskuteczniejszy sposób generowały sprzedaż, ograniczając przy tym inne wydatki na marketing internetowy. W opozycji do tych bezpiecznych metod działania pozostało 25% ankietowanych, którzy poczynili odważne inwestycje w nowe źródła, po to by pozyskać użytkowników.

Naturalną konsekwencją pandemii było przeniesie się użytkowników do internetu, gdzie rozgrywała się reklamowa batalia o zwrócenie uwagi na wybraną markę. Tym samym dla 36% badanych wydatki na reklamę wzrosły, gdzie 30% wskazuje lekki, a 6% znaczący ich skok.

03_GRUPA DOMODIWyzwania dla branży e-commerce

Końcówka I i II kwartał 2020 roku były niekwestionowanym testem dla wielu firm. Uwidocznił on nie tylko słabości, ale przede wszystkim wyzwania, z jakimi marki musiały się zmierzyć. Dla większości największym z nich było zaopatrzenie magazynów, co wiązało się ze wstrzymaniem procesów produkcji czy dostaw. Niskie stany magazynowe były zagrożeniem dla płynności handlowej wielu sklepów. Idealnym rozwiązaniem okazała się informacja o wydłużonych zwrotach połączona z dodatkowym rabatem. To pozwoliło na kontynuację sprzedaży. Część sklepów spotkała się także z potrzebą zmiany polityki finansowej, problemami z usługami kurierskimi czy komunikacją z klientami. Wyzwaniem okazało się także pozyskiwanie ruchu, gdyż zwiększył się koszt jego zakupu. Podobnie było z transakcyjnością gdzie wyzwaniem okazała się niższa konwersja. Co cieszy, to fakt, że gro badanych marek wyszło z tej sytuacji silniejszymi. To bardzo optymistyczne, patrząc na dane udostępnione na początku maja przez Ministerstwo Rozwoju, według których w kwietniu podmiotów, które zakończyły działalność było 6,7 tys. Dla porównania w marcu zamknięto aż 11,7 tys. firm.

Najważniejsze pytania dotyczą jednak tego, co przed nami. I choć głosy predykcji w e-commerce nie milką, to badanie Grupy Domodi pokazuje, że 68% podmiotów uważa, że zwiększy się popyt w internecie, 11% stwierdza, że nic się nie zmieni w porównaniu z tym, z czym mierzyliśmy się do marca. Natomiast tylko dla 10% popyt w sieci będzie niższy.

W Grupie Domodi zauważamy wzrost liczby nowych oraz powracających sklepów. To sygnał że nasi partnerzy są zainteresowani ponownie inwestycjami w reklamę internetową. Kanały e-commerce w dużych firmach fashion szybko rosną – miesiąc do miesiąca są to kilkunasto procentowe wzrosty. Wynika to z faktu zmniejszenia zainteresowania konsumentów galeriami handlowymi – mówi Paweł Piekarski, Manager B2B w Grupie Domodi. – Stabilizująca się sytuacja z koronawirusem powoduje, że konsumenci wracają do swoich sentymentów zakupowych tym samym widzimy zwiększającą się transakcyjność ruchu w internecie. W najbliższych dniach zaobserwujemy wzrost zakupów odzieży letniej, dlatego na Domodi przygotowujemy akcję specjalną Summer Sale 2020, dzięki której w jednym miejscu w sieci zbierzemy najlepsze promocje na kolekcje letnie – dodaje.

Szczegóły badania

W badaniu wzięło udział 100 podmiotów e-commerce, które są partnerami Grupy Domodi i współpracują z serwisami Domodi.pl, Allani.pl oraz Homebook.pl. Zostało ono przeprowadzone w dniach 25-31.05.2020 wśród przedstawicieli firm e-commerce, z których  71% stanowiło małe polskie firmy, 14% to średnie polskie firmy (do 100 osób), 11% należało do dużych, polskich przedsiębiorstw (powyżej 100 osób), a 4% –  do firm z zagranicznym kapitałem.

Osoby w większości reprezentowały obszar zarządczy, zajmując stanowiska prezesa firmy lub będąc właścicielem (62% badanych). Z działu e-commerce pochodziło 15% odpowiadających, a 11% – z marketingu. 2% inne.

Wśród badanych branż znalazły się: moda z udziałem 42%, dom i ogród – 45%, biżuteria i dodatki – 7% oraz 6% inne branże. 64% badanych pracuje w firmie, która działa tylko w otoczeniu online’owym. 12% zaznaczyło, że posiada sklepy stacjonarne w galeriach handlowych, a 24%-  głównie sklepy poza galeriami.

Atende Software z kolejnym wygranym przetargiem dla NASK na ochronę przed atakami DDoS

Firma Atende Software, operator platformy redGuardian, kolejny raz wygrała ogłoszony przez NASK PIB przetarg na świadczenie usług ochrony Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej przed atakami typu DDoS. Przedmiotem zamówienia jest zabezpieczenie infrastruktury Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej (OSE) przed atakami wolumetrycznymi.

Platforma redGuardian od Atende Software spełniła wszystkie wymagania zamawiającego – między innymi w zakresie pojemności (do 100 Gbit/s ruchu oczyszczonego), listy mitygowanych ataków, czasu aktywacji i dezaktywacji ochrony oraz mechanizmów wykrywania ataków i anomalii ruchu. Całkowita wartość umowy wynosi 1,37 mln zł brutto.

Ogólnopolska Sieć Edukacyjna to szybki, bezpieczny i bezpłatny Internet w każdej szkole. Projekt powstał dzięki staraniom Ministerstwa Cyfryzacji, a jego Operatorem jest NASK Państwowy Instytut Badawczy. Platforma redGuardian ochrania sieć przed atakami typu DDoS, zapewniając dotarcie do szkół ruchu oczyszczonego. Usługa działa w dwóch trybach: na żądanie oraz ciągłym. W przypadku ataku typu DDoS, ruch jest automatycznie kierowany na węzły redGuardian.

– Cieszymy się z wygranego przetargu. To kolejne potwierdzenie, że technologia opracowana w Polsce może z powodzeniem konkurować z globalnymi liderami branży. – komentuje Przemysław Frasunek, Wiceprezes Zarządu Atende Software.

Usługi finansowe w nowej “postcovidowej” rzeczywistości

Zapytaliśmy prezesów kilku firm, jak widzą przyszłość rynku, jakie zmiany nas czekają, w jakim kierunku będzie zmierzał nowy świat po izolacji. Czy jesteśmy bezsilni, czy gotowi do działania?

Ewa Małyszko, prezes zarządu PFR TFI partnera merytorycznego debaty: „Zarządzanie w czasach pandemii” zwróciła uwagę, że: „Bez wątpienia wybuch pandemii przyczynił się do zawirowań, które obserwujemy także na rynku pracy. Obok branż, które bardzo ucierpiały z powodu lockdownu, takich jak turystyka, gastronomia, beauty są również sektory, którym obecna sytuacja dała impuls do szybszego rozwoju. Mam tu na myśli m.in. branże e-commerce, kurierską czy też szeroko pojętych nowych technologii. Pandemia pokazała, jak ważny jest rozwój technologii cyfrowych. To one pozwoliły przetrwać ten czas, dostosować się do nowych okoliczności. Trudno sobie wyobrazić, jak funkcjonowalibyśmy bez internetu, aplikacji mobilnych, możliwości zdalnego kontaktu. Teraz będziemy funkcjonować w zmienionym świecie. Chodzi nie tylko o wymiar techniczno-organizacyjny, ale również ludzki. Wiele usług przeniesie się do świata wirtualnego. Już widać, jak duże możliwości daje np. telemedycyna. Gdy dołożymy do tego jeszcze takie technologie, jak wirtualna i poszerzona rzeczywistość, to okaże się, że lista nowych profesji jest bardzo długa”.
Optymistycznie patrzy w przyszłość także dyrektor generalna StepStone.pl Hanna Hieronimczuk: „Wszystko wskazuje na to, że najgorszy okres mamy już za sobą. Najtrudniejsze miesiące to kwiecień i maj. Wszyscy po raz pierwszy znaleźni się w sytuacji całkowitego lockdown gospodarki. Firmy reagowały natychmiastowo, zamrażając budżety, nie tylko na rekrutacje. Obecnie powoli wracamy do nowej normalności. Rynek pracy zmieni się, zmniejszy się zapotrzebowanie na pracowników turystyki, gastronomii czy MICE. Natomiast w innych branżach potrzeby rekrutacyjne będą rosły. Mam tu na myśli IT, transport, logistykę, opakowania i FMCG, e-commerce oraz większość stanowisk blue collar job”.

A jak usługi finansowe odnajdują się w nowej rzeczywistości? Grzegorz Szulik, prezes Provema odpowiada: „Mówiąc w skrócie, jeszcze rzadziej chodzimy do banków i częściej korzystamy z aplikacji internetowych. To dobrze dla wszystkich. Instytucje finansowe będą mogły ograniczyć koszty, a klienci oszczędzają czas i mają dostęp do usług przez 24 godzina na dobę. Pandemia tylko utrwaliła od dawna widoczne trendy. Proszę sobie wyobrazić, że jeszcze kilka lat temu niektórzy przedsiębiorcy jeździli do banków i stali w kolejkach, żeby złożyć przelewy. Korzyści dla gospodarki, wynikające z aktualnie stosowanych rozwiązań są ogromne”.
Paweł Kruszyński, członek zarządu Grupy Assay ostrzega jednak: „Bardzo dużo mówi się o zagrożeniach dla przedsiębiorstw wynikających z epidemii. To do nich są skierowane wszystkie programy pomocowe. Tymczasem nie mówi się nic o zagrożeniach dla inwestorów. W związku z emisją ogromnej ilości pieniądza, który trafi bezpośrednio do przedsiębiorstw i gospodarstw domowych, cały czas istnieje niebezpieczeństwo wysokiej inflacji. Wtedy, przy pozostawieniu zerowych stóp procentowych, okazałoby się, że właściciele oszczędności mogą również ponosić straty i koszty walki z kryzysem. Rolą sektora finansowego jest stworzenie produktów, które zabezpieczą inwestorów przed takim niebezpieczeństwem”.

Nowa rzeczywistość przyspiesza przejście na bankowość online

Tradycyjne banki obecnie stoją przed ogromnym wyzwaniem, jak wynika z World FinTech Report opracowanego przez ekspertów Capgemini i Efma. Model Open X i digitalizacja to absolutny must have, jeśli instytucje finansowe chcą nadal pełnić istotną rolę w życiu swoich klientów. Pandemia COVID-19 znacząco przyspieszyła transformację wielu sektorów gospodarki – w tym także bankowości detalicznej. Jak wynika z najnowszych badań – ponad 57 proc. konsumentów wybiera usługi bankowości internetowej w dobie pandemii, to wzrost o ponad 8 p.p. w do sytuacji sprzed kryzysu, a na tym nie koniec.

Wydany przez Capgemini i Efmę World Retail Banking Report 2020 (WRBR) wskazuje, że aż 57 proc. konsumentów decyduje się na korzystanie z usług bankowości w sieci, a nieco mniej – 55 proc. preferuje bankowe aplikacje mobilne. To znaczący wzrost w bardzo krótkim czasie. Sytuacja ta jest podyktowana przede wszystkim dynamicznym przyspieszeniem cyfrowym wywołanym przez globalny kryzys zdrowotny, wskazuje na to fakt, że przed wybuchem pandemii na korzystanie z bankowości internetowej decydowało się 49 proc. użytkowników, a z bankowości mobilnej korzystało jedynie 47 proc. osób.

– Tak dynamiczny wzrost zainteresowania bankowością online wskazuje, że sektor finansowy znajduje się w przełomowej dla siebie chwili i wiele usług bankowych nabierze nowego wymiaru już na zawsze. Zresztą obecna sytuacja idealnie pokrywa się z prognozami i rekomendacjami wynikającymi już z World FinTech Report 2020 (WFTR) – mówi Marek Woźny, Vice President, Head of Capgemini Application Services Market Segment Poland.

To było nieuchronne

Opublikowany pod koniec kwietnia WFTR 2020 podkreślał dużą rozbieżność pomiędzy oczekiwaniami klientów, a ofertami banków. Dane wskazywały, że niespełna 50 proc. posiadaczy konta z pokolenia Y lub młodszego odczuwało niezadowolenie w związku ze zbyt wąską ofertą usług swojej instytucji finansowej. Raport obnażał także wady struktur bankowych, które mocno blokowały ich własny rozwój w zakresie digitalizacji i jeszcze większej elastyczności.

Tymczasem globalny kryzys wywołany pandemią koronawirusa, wdrożenie restrykcyjnych przepisów sanitarnych, rekomendacje dotyczące dokonywania transakcji bezgotówkowych, czy też zachowanie dystansu społecznego wymusiły na bankach przedefiniowanie wielu usług. W niezwykle krótkim czasie instytucje musiały dostosować swoich dotychczasowe normy do zupełnie nowej rzeczywistości, w której szczególny nacisk został położony na produkty lub platformy online.

– Najnowszy raport dotyczący bankowości detalicznej wyraźnie wskazuje, że banki muszą przekształcić swoje przestarzałe modele funkcjonowania, na rzecz platform cyfrowych, które zapewnią im konkurencyjność i miejsce na rynku. Open X, czyli ścisła współpraca z partnerami zewnętrznymi w zakresie nowych technologii, będzie miała kluczowe znaczenie dla odniesienia długoterminowego sukcesu w sektorze. Bezproblemowa wymiana danych i zasobów oraz innowacje produktowe zapewnią klientom lepszą jakość obsługi i ogólne większe zadowolenie z dostosowania do oczekiwań – mówi Marek Woźny.

Zmiany nie przychodzą łatwo

Choć sytuacja faktycznie zmusiła banki do zmiany i większej otwartości na innowacje, to WRBR pokazuje również, że 80 proc. dyrektorów banków ma obawy ściśle powiązane z kwestiami cyberbezpieczeństwa, zarządzania nieaktualnymi danymi (68 proc.), czy też w wyznaczeniu właściwego partnera w przejściu na platformę digital (73 proc.).

Zgodnie z raportem, rekomendowaną ścieżką postępowania jest stopniowe ewoluowanie instytucji, w stronę inteligentnej bankowości. Przeprowadzone badania wykazały, że progresywna modernizacja jest najlepiej postrzeganą metodą dążącą do zmiany wśród zarządzających bankami (54 proc.) – pozwala na nierewolucyjną transformację przestarzałych systemów. 66 proc. badanych szacuje, że proces wprowadzania innowacji do instytucji finansowych zajmuje ok. dwa lata.

Wśród istotnych czynników decydujących o sukcesie jest również partnerstwo – 58 proc. ankietowanych dyrektorów banków twierdzi, że wdrożenie produktu we współpracy z partnerami z zakresu FinTech lub BigTech zajmie o połowę mniej czasu, czyli mniej niż 12 miesięcy.

Co także istotne – zgodnie z raportem Capgemini i Efmy – można wyszczególnić trzy główne ścieżki na osiągnięcie nowoczesnego modelu bankowości stworzonego w oparciu o platformę cyfrową:

  • Zakupienie i integracja gotowej platformy;
  • Stworzenie własnego serwisu transakcyjnego online;
  • Wykorzystanie udostępnionej platformy przygotowanej do użycia

– Niezależne od zatwierdzonego scenariusza wdrażania końcowego efektu powinny być przede wszystkim mocno osadzone na rynku instytucji, zapewniają jej dobrą, konkurencyjną pozycję i podnoszą jakość zadowolonych klientów. Wiele zestawów urządzeń w krótkim czasie musiało dostosowywać się do nowych rzeczywistości, które wymuszają przyspieszenie transformacji cyfrowej, jednak warto zwrócić uwagę, że obecna sytuacja jest w wielu aplikacjach wstępnych do szerszej ewolucji. Ważnym sygnałem dla Sektora Finansowego JEST jednak Fakt, že KLIENCI SA Już Gotowi na przyjęcie cyfrowego MODELU Bankowości detalicznej – podsumowuje Marek Woźny , Vice President, szef  z  Capgemini  Application Services Market Segment Polska .

Mniej wypadków polskich kierowców na zagranicznych drogach

Po raz pierwszy od wielu lat spadła liczba kolizji z winy kierujących pojazdami z polskimi rejestracjami na zagranicznych drogach. W 2019 r. nasi zmotoryzowani spowodowali ich 73 tys. W poprzednim roku byli sprawcami ponad 75 tys. zdarzeń. Nastąpił więc spadek o ponad 3 proc. Tradycyjnie najwięcej kolizji kierujący pojazdami z polskimi tablicami powodują na drogach Niemiec, Francji, Włoch, Wielkiej Brytanii i Holandii. Ponownie jednak wzrosła liczba szkód           z winy naszych zmotoryzowanych bez OC. W 2019 r. PBUK pokryło z tego tytułu 585 świadczeń o wartości blisko 16 mln zł, czyli niemal dwukrotnie wyższej niż w poprzednim roku.mniej wypadków za granicą

Kierujący pojazdami z polskimi tablicami rejestracyjnymi powodują na zagranicznych drogach 200 zdarzeń dziennie. W całym 2019 r. byli sprawcami 73 tysięcy kolizji i wypadków. W porównaniu       z rokiem 2018, kiedy to wyrządzili ponad 75,2 tysięcy szkód, nastąpił ich spadek o 3 proc. Nadal jednak poważne żniwo zbiera brak poczucia odpowiedzialności za bezpieczeństwo na drogach           i nadmierne przekonanie o własnych umiejętnościach.

 

Spadek liczby zdarzeń z winy polskich zmotoryzowanych na zagranicznych drogach to pozytywny sygnał. Od wielu lat odnotowywaliśmy bowiem pod tym względem wyłącznie tendencję negatywną. Dlatego prawdziwe powody do zadowolenia będziemy mogli mieć dopiero po kilku latach poprawy. Co więcej, na koniec bieżącego roku mamy szansę odnotować kolejny pozytywny spadek liczby zdarzeń z winy naszych zmotoryzowanych. Ze względu na pandemię koronawirusa i kilkumiesięczne zamknięcie granic dla ruchu pojazdów osobowych, kolizji transgranicznych może być mniej. Ale to nieco zafałszuje faktyczny obraz sytuacji. Dlatego dopiero kolejny rok pokaże czy poprawa jest trwałamówi Mariusz Wichtowski, prezes zarządu Polskiego Biura Ubezpieczycieli Komunikacyjnych.

Wykres 1. Zdarzenia spowodowane przez kierujących pojazdami z polskimi rejestracjami na zagranicznych drogach (w tys.)mniej wypadków za granicą 2

– W ostatniej dekadzie liczba zdarzeń z winy naszych zmotoryzowanych za granicą uległa podwojeniu. Jest to pochodna z jednej strony intensywnej migracji zarobkowej i ruchu turystycznego, a z drugiej nieumiejętności dostosowania się do odmiennych zasad i zachowań na zagranicznych drogach, jak i niskiej kultury prowadzenia pojazdów. Przekłada się to na sukcesywnie zwiększające się obciążenie finansowe polskiego rynku ubezpieczeniowego z tytułu szkód powodowanych poza granicami Polski przez kierujących pojazdami zaopatrzonymi w krajowe tablice rejestracyjne lub dla których wystawione zostały polisy ubezpieczeniowe przez zakłady ubezpieczeń działające na terenie kraju. W 2019 r. sięgnęło ono kwoty blisko 1,6 miliarda złotych dodaje Mariusz Wichtowski.

Najgorzej jeździmy po drogach niemieckich

Najwięcej szkód polscy zmotoryzowani spowodowali w 2019 r. na terenie Niemiec – ponad 37 tys. Stanowi to ponad połowę wszystkich zdarzeń z winy kierujących polskimi pojazdami za granicą. Nieznacznie zmalała liczba podobnych kolizji i wypadków przypadających na drogi Wielkiej Brytanii – z 4,8 tys. do 4,4 tys. Wzrosła natomiast we Francji – z 5,2 tys. do 5,7 tys. oraz w Holandii – z 4,2 tys. do 4,3 tys. We Włoszech utrzymuje się na stałym poziomie 5,2 tys. Łącznie w tych pięciu krajach polscy kierowcy byli sprawcami 56,7 tys. zdarzeń, co stanowi 78 proc. wszystkich kolizji i wypadków spowodowanych przez naszych zmotoryzowanych na zagranicznych drogach.

Wykres 2. Szkody spowodowane przez kierujących pojazdami z polskimi rejestracjami w 2019 r. na zagranicznych drogach, w podziale na kraje miejsca zdarzeniamniej wypadków za granicą 3

Kierowcy bez OC podwoili wartość szkód

 

W 2019 r. ponownie nastąpił silny wzrost liczby zdarzeń spowodowanych przez kierujących pojazdami z polskimi tablicami rejestracyjnymi bez ważnego ubezpieczenia OC. PBUK uregulowało w ubiegłym roku aż 585 nowych zgłoszeń dotyczących tego rodzaju szkód.

Wykres 3. Szkody spowodowane przez kierujących na zagranicznych drogach nieubezpieczonymi pojazdami zarejestrowanymi w Polsce, pokryte przez PBUKmniej wypadków za granicą 4

Regulowanie zobowiązań za szkody powstałe w wyniku zdarzeń spowodowanych przez polskich zmotoryzowanych prowadzących nieubezpieczone pojazdy należy do Polskiego Biura Ubezpieczycieli Komunikacyjnych. Łącznie z tego tytułu PBUK wydatkowało w 2019 r. kwotę  blisko 16 mln zł. Rok wcześniej sięgała ona 8,7 mln zł. Nastąpił więc niemal dwukrotny wydatków polskiego rynku ubezpieczeniowego za nieodpowiedzialnych kierowców.

W okresie pandemii nauczyciele stracili kontakt z wieloma uczniami. Dzieci te wypadły na kilka miesięcy z systemu edukacji

Stan epidemii spowodował, że setki dzieci z całej Polski przestały realizować obowiązek edukacji szkolnej. Anna Choszcz-Sendrowska ze Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce podkreśla, że dokładna liczba uczniów, którzy z różnych powodów nie biorą udziału w zdalnym nauczaniu, wciąż nie jest znana. Organizacja zwróciła się do władz rządowych z prośbą o podjęcie działań w sprawie młodzieży, z którą nauczyciele nie mają kontaktu telefonicznego ani internetowego. 

Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce od 36 lat pomaga porzuconym i osieroconym dzieciom. Od 11 lat prowadzi także profilaktyczne programy dla dzieci z rodzin dotkniętych trudną sytuacją życiową. Podczas pandemii wspomaga ponad 1,5 tys. podopiecznych, zapewniając im dostęp do sprzętu umożliwiającego zdalną edukację.

Początek pandemii był dla nas wszystkich szalenie trudny, zwłaszcza w e-learningu. W jednym domu SOS może mieszkać szóstka dzieci wraz z rodzicami, natomiast komputer zazwyczaj jest jeden. To sprawiło, że edukacja zdalna była naprawdę dużym wyzwaniem. Jeszcze trudniej było w programach SOS Rodzinie, które obejmują dzieci z rodzin w różnego rodzaju kryzysach. Tam problem dotyczył nie tylko sprzętu, lecz również dostępu do internetu – mówi agencji Newseria Anna Choszcz-Sendrowska ze Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce.

Chociaż skala wykluczenia internetowego była spora, organizacji udało się zaradzić problemom. Pomogły w tym zaprzyjaźnione firmy. To właśnie dzięki szybkiej reakcji z ich strony udało się zorganizować potrzebny sprzęt elektroniczny. Dzieci, które znajdują się pod opieką SOS Wiosek Dziecięcych, mogły dzięki temu podjąć naukę zdalną.

Działamy w 18 lokalizacjach w całej Polsce. Jednak boimy się o te dzieci, z którymi nie mamy kontaktu. Dyrektorzy szkół informują nas, że część uczniów nie uczestniczy w zajęciach szkolnych. Nie wysyłają zadań ani nie biorą udziału w spotkaniach organizowanych online. Bardzo niepokoi nas sytuacja tych dzieci. Z naszego doświadczenia wiem, że w tych rodzinach może dziać się coś niedobrego –  podkreśla ekspertka.

Nie wiadomo dokładnie, jak wiele dzieci w Polsce nie realizuje obecnie obowiązku edukacji. Renata Kaznowska, wiceprezydent Warszawy odpowiedzialna za oświatę, przekazała, że w stolicy 604 uczniów jest wyjętych z systemu. Oznacza to, że od początku zdalnej edukacji nie było z nimi kontaktu. Z kolei Marta Mazurek, wiceprzewodnicząca Komisji Oświaty i Wychowania w Radzie Miasta Poznania, tłumaczy, że przeprowadzone kontrole wykazały 227 podobnych przypadków. Nie wiadomo jednak, jak wygląda sytuacja w innych miastach i mniejszych miejscowościach. Dlatego właśnie SOS Wioski Dziecięce zwróciły się o pomoc do ministra edukacji narodowej.

Dobrze byłoby, gdyby rząd połączył siły z władzami lokalnymi, ośrodkami pomocy społecznej i dyrektorami szkół. Razem mogliby stworzyć wytyczne dotyczące tego, co w takiej sytuacji powinno się robić. Brakuje jasnych reguł postępowania w takich przypadkach. Liczymy na to, że ministerstwo podejmie działania w tej sprawie – zaznacza Anna Choszcz-Sendrowska.

Nie wiadomo, z jakiego powodu dzieci nie realizują obowiązku edukacji. Brak udziału w zajęciach może być spowodowany zarówno problemami rodzinnymi, jak i cyfrowym wykluczeniem czy nawet próbą uniknięcia obowiązków. Ekspertka z SOS Wioski Dziecięce zaznacza, że zbliżające się wakacje nie rozwiążą problemu. Uczniowie, którzy obecnie znajdują się poza systemem, powinni powrócić do niego jeszcze przed zakończeniem roku szkolnego.

Trudno powiedzieć, czy sytuacja się unormuje, jeżeli od września wrócimy do tradycyjnej formy nauki. Pozostaje pytanie, czy uczniowie, którzy obecnie nie uczestniczą w zajęciach, powrócą do szkół w nowym roku. Dzieci, z którymi obecnie nie ma kontaktu, będą miały kilkumiesięczne zaległości. Osoby, które zajmują się edukacją w Polsce, powinny zainteresować się sytuacją tej młodzieży i zaplanować konkretne działania – tłumaczy.

Dobry okres dla księgarni internetowych. Ze względu na bezpieczeństwo zyskiwały również e-booki

Pandemia i przymusowa izolacja sprzyjały czytelnictwu. Polacy kupili w tym okresie zdecydowanie więcej książek niż zwykle. –  Zanotowaliśmy rok do roku wzrost o ponad 170 proc. sprzedaży, teraz jest trochę niższy, ale wciąż powyżej naszych prognoz – mówi Łukasz Kierus, współwłaściciel księgarni internetowej TaniaKsiążka.pl. Polacy do koszyka wrzucali znacznie więcej e-booków i audiobooków. To może spowodować, że trwale wzrośnie popularność tych formatów książek.

– Pandemia spowodowała dosyć niespodziewany wzrost sprzedaży w internecie. Osiągnęliśmy wzrost zdecydowanie przekraczający nasze oczekiwania, notując rok do roku wzrost o ponad 170 proc. sprzedaży, czyli mieliśmy gwiazdkę w marcu. Ten trend wzrostowy utrzymał się, teraz jest trochę niższy, ale nadal powyżej oczekiwań – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Łukasz Kierus.

Z ostatniego raportu czytelnictwa za rok 2019 przeprowadzonego przez Bibliotekę Narodową wynika, że przynajmniej jedną książkę przeczytało w ubiegłym roku 39 proc. Polaków. To tylko nieco więcej niż w 2018 roku (37 proc.). Wydaje się jednak, że dzięki pandemii stan czytelnictwa w Polsce znacznie się poprawi. Społeczeństwo pozbawione takich rozrywek jak kino, teatr, sport czy wyjścia z przyjaciółmi szukało ich we własnych domach. Cyfrowa Biblioteka Narodowa Polona, największa tego typu biblioteka w Polsce, notowała w okresie narodowej kwarantanny 10-krotny wzrost użytkowników dziennie. Z jej zasobów korzystało nawet 2,5 tys. osób jednocześnie.

– Klienci przede wszystkim wybierali tzw. książki do poczytania, beletrystykę, literaturę kobiecą, ale również książki dla dzieci – wskazuje ekspert i podkreśla, że nadzwyczajny okres pandemii wpłynął na wzrost zainteresowania innymi, nietypowymi pozycjami. – Hitem była książka o chlebie, bo wiemy, że zniknęły drożdże z polskich sklepów i każdy w domu uczył się robić własny chleb. Dodatkowo wskoczyły na szczyt książki dotyczące epidemii, jak „Dżuma” Camusa.

Wśród najpopularniejszych autorów znaleźli się Blanka Lipińska czy Remigiusz Mróz. Część osób nadrobiła zaległości związane z twórczością laureatki literackiej Nagrody Nobla Olgi Tokarczuk. Z półek zniknęły też książki dla najmłodszych, ale również gry planszowe, puzzle i klocki. Choć w sprzedaży internetowej wciąż dominują tradycyjne papierowe książki, wzrosło zainteresowanie książkami elektronicznymi.

Ich procentowy udział został mniej więcej podwojony w stosunku do tego, co wcześniej było normą – zauważa współwłaściciel TaniaKsiążka.pl

Dotychczas, jak wynika z danych Biblioteki Narodowej, po e-booki i audiobooki sięgał niewielki odsetek osób. Na e-booki wskazywało 6 proc. czytelników (2,5 proc. w całej populacji), a słuchanie audiobooków zadeklarowało 3 proc. badanych w całej populacji. Z kolei 6 proc. czytelników łączy czytanie ze słuchaniem.

 Klienci zaczęli coraz częściej wybierać książkę elektroniczną, ponieważ jest do niej natychmiastowy dostęp, bez konieczności wychodzenia z domu. Przede wszystkim zyskały na tym e-booki. Audiobooki trochę mniej, ponieważ dużo osób słucha ich w trakcie spacerów, dojazdów do pracy, a podczas lockdownu tego nie mieliśmy – tłumaczy Łukasz Kierus.

Według niego ten trend wzrostowy dla e-booków będzie się utrzymywać również po pełnym otwarciu sklepów, podobnie jak większa popularność zakupów internetowych. To jednak oznacza, że konkurencja w sieci będzie się zaostrzać.

– Rynek e-commerce urósł w ciągu dwóch miesięcy tak jak w normalnych okolicznościach urósłby przez dwa lata. Spora część zakupów na stałe zostanie przeniesiona do internetu – mówi współwłaściciel TaniaKsiążka.pl. – Obecnie mierzymy się z większą konkurencją. Widzimy dużo więcej sprzedawców i dużo większy ruch w e-commerce.

Nawet 2-3 mln Polaków ma problem z nietrzymaniem moczu. Polska jako jedyny kraj w Europie nie refunduje nowoczesnych leków

Nietrzymanie moczu często określane jest jako „wstydliwy problem”, chociaż jest on coraz powszechniejszy. Jeden z typów NTM – nadreaktywny pęcherz – rozpoznaje się w Polsce średnio u co 3. kobiety i co 10. mężczyzny. Dolegliwość, która zmusza do częstego szukania toalety, potrafi zrujnować życie bardziej niż nadciśnienie czy cukrzyca. Pacjenci wycofują się z życia zawodowego, towarzyskiego, seksualnego i rodzinnego, nie wychodzą do kina czy restauracji w obawie przed nietrzymaniem moczu. Lista leków refundowanych w tym schorzeniu nie zmieniła się od początku jej istnienia, czyli od prawie dekady. Chorzy liczą, że wreszcie pojawi się na niej długo oczekiwany lek nowej generacji, który od wielu lat jest już stosowany w całej Europie, za wyjątkiem Polski.

Według danych Stowarzyszenia UroConti problem nietrzymania moczu dotyka ok. 2,5 mln Polaków. Odsetek osób cierpiących na to schorzenie może być znacznie wyższy – jego intymny charakter utrudnia zebranie rzetelnych danych. Jednym z trzech typów NTM jest zespół pęcherza nadreaktywnego (OAB), który dotyka prawie 50 mln osób w Europie. W Polsce każdego roku diagnozuje się 10–15 tys. nowych zachorowań. Częstotliwość występowania tego schorzenia rośnie jednak wraz z wiekiem i zazwyczaj towarzyszą mu inne objawy ze strony dolnych dróg moczowych.

 Zespół pęcherza nadreaktywnego częściej występuje u kobiet, w okolicy 27 proc., u mężczyzn jest to około 10 proc. Przyczyny występowania u kobiet i mężczyzn są zdecydowanie różne, związane jest to z anatomią oraz przyczynami, które powodują to schorzenie – mówi agencji Newseria Biznes urolog, dr n. med. Mariusz Blewniewski ze Szpitala Specjalistycznego im. M. Kopernika w Łodzi.

OAB to poważna i często bolesna choroba, która wymaga leczenia, jednak przylgnęło do niej miano „wstydliwej dolegliwości”. Pacjentki i pacjenci niechętnie mówią o niej podczas wizyt lekarskich. Tylko co trzeci chory w ogóle zgłasza się z tym problemem do lekarza i to średnio dopiero po około dwóch latach od wystąpienia pierwszych objawów, w momencie kiedy te są już bardzo nasilone i utrudniają normalne funkcjonowanie.

 Ta dolegliwość może wykluczać ludzi z codziennego życia i to w zakresie społecznym, rodzinnym, jak i zawodowym. W ramach stowarzyszenia obsługujemy infolinię Rzecznika Praw Pacjenta, gdzie udzielamy porad w tym zakresie. Przy okazji wysłuchujemy różnych historii dotyczących życia z tą dolegliwością. Pacjenci skarżą się na to, że nie chodzą do kina, teatru i na imprezy, bo się krępują. Czują się wykluczeni w strefie seksualności. Izolują się, nie uczestniczą w życiu społecznym, imprezach rodzinnych. Potrafią zaszyć się w domu, a to może prowadzić do stanu depresji – mówi Anna Sarbak, prezes zarządu Stowarzyszenia Osób z NTM UroConti, organizatora Światowego Tygodnia Kontynencji (World Continence Week), który w tym roku po raz pierwszy odbywa się online.

Konieczność częstego wychodzenia do toalety i nieobecności przy biurku w wielu przypadkach bywa też przyczyną utraty pracy. Eksperci podkreślają, że zespół pęcherza nadreaktywnego nie zabija, ale niekiedy potrafi zrujnować życie o wiele bardziej niż cukrzyca czy nadciśnienie.

 Jeżeli chodzi o możliwości leczenia nadreaktywności pęcherza moczowego w Europie, zakres różnego rodzaju opcji jest ogromny. Najprostsze metody polegają na modyfikacji nawyków żywieniowych pacjenta i ćwiczeniach. W grę wchodzi również fizykoterapia łącznie z biofeedbackiem, czyli ćwiczeniem mięśni miednicy. W przypadku braku lub niewystarczającej poprawy po tego typu opcjach terapeutycznych rozpoczyna się leczenie farmakologiczne substancjami o działaniu antymuskarynowym lub lekiem o aktywności beta-3-adrenergicznej. Jeżeli również te opcje zawiodą, kolejny etap to leczenie z użyciem toksyny botulinowej oraz neuromodulacji nerwów krzyżowych – wymienia dr hab. n. med. Paweł Miotła, urolog z Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.

W zespole pęcherza nadreaktywnego lista leków refundowanych nie zmieniła się od początku jej istnienia, czyli od 2011 roku. Pacjenci w pierwszej linii leczenia nadal mają więc dostęp tylko do dwóch substancji o tym samym mechanizmie działania (solifenacyny i tolterodyny). Dla porównania na świecie jest ich zazwyczaj cztery–sześć. Z kolei w drugiej linii leczenia wciąż nie ma żadnego refundowanego leku na OAB.

 Pacjenci czekają na pojawienie się nowej generacji leków. Można nabyć około 23 leków na bazie solifenacyny i tolterodyny, ale one powodują różne skutki uboczne, jak np. suchość w jamie ustnej, zaburzenia jelitowo-żołądkowe, neurologiczne, poznawcze czy odnawianie się wrzodów w żołądku. Nie wszyscy pacjenci mogą z nich korzystać. Cały czas czekamy na pojawienie się najlepszej opcji, która wyeliminuje albo zminimalizuje te skutki uboczne – mówi Anna Sarbak.

Lekiem będącym jedyną opcją terapeutyczną dla pacjentów w drugiej linii leczenia OAB jest mirabegron. Polska jest jak na razie jedynym krajem w Unii Europejskiej, który go nie refunduje, choć ten lek już dwukrotnie uzyskał pozytywną rekomendację Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji.

– Nie możemy się doczekać, kiedy ten lek jako refundowany trafi do aptek. Jego producent powtórzył już wniosek o refundację, przedstawiając korzystne warunki ekonomiczne. Dziwi fakt, że leki oparte na tej substancji są stosowane w Europie Zachodniej i w Stanach już od wielu lat. Podobnie jak w Bułgarii, Portugalii i Słowenii, a są to kraje, które mają podobne PKB jak Polska – mówi prezes Stowarzyszenia Osób z NTM UroConti

– Refundowane obecnie leki antycholinergiczne często dają objawy uboczne, przez które chorzy rezygnują z farmakoterapii. Wtedy zostaje im już leczenie zabiegowe – dodaje dr Mariusz Blewniewski. – Brak refundacji tego leku powoduje, że nie mamy z farmakoterapii takich korzyści, jakich byśmy się spodziewali.

Jak podkreśla dr Paweł Miotła, doustna farmakoterapia jest nie tylko wygodna dla pacjentów, ale też pozwala uniknąć interwencji chirurgicznej. Ponadto lek nowej generacji cechuje duże bezpieczeństwo stosowania, co jest kluczowe zwłaszcza w przypadku starszych pacjentów.

 Leki starszej generacji niejednokrotnie upośledzają funkcje poznawcze pacjenta. To oznacza, że osoby, które świetnie radziły sobie w swoim środowisku domowym, w momencie rozpoczęcia terapii zaczynają się zastanawiać, gdzie położyli klucze, albo nie są w stanie zapamiętywać informacji sprzed chwili. W związku z tym bezpieczeństwo terapii u osób starszych jest tutaj kluczowe. Leki nowszej generacji takie bezpieczeństwo zapewniają. Stąd wydaje się słuszne, aby były dostępne w opcji refundowanej również dla polskich pacjentów – mówi urolog z Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.

„Diament Meblarstwa” wyzwala kreatywność

15 edycja konkursu „Diament Meblarstwa” to okazja do wykorzystania kreatywnego potencjału firmy w budowaniu przewagi konkurencyjnej w nowej rzeczywistości.

Zgłoszenia przyjmowane są do 12 października br. Uczestnicy konkursu, organizowanego przez Wydawnictwo meble.pl, wydawcę miesięcznika „BIZNES meble.pl” oraz Meble.pl S.A., zmierzą się w 21 kategoriach produktowych, w ramach których istnieje możliwość wyboru klasy: standard lub premium, a także w dwóch dodatkowych kategoriach (marketing i komunikacja oraz wizje), bez podziału na klasy. Natomiast w kategorii „młody design” studenci oraz ubiegłoroczni i tegoroczni absolwenci szkół i uczelni wyższych mogą zgłaszać bezpłatnie swoje projekty mebli i elementów wyposażenia wnętrz.

Diament Meblarstwa

HARMONOGRAM KONKURSU:

ETAP 1: cena promocyjna

1 czerwca – 31 lipca 2020 r.– promocyjny koszt zgłoszenia pierwszego produktu: 990 zł + 23% VAT

ETAP 2: cena regularna

1 sierpnia – 12 października 2020 r. – regularny koszt zgłoszenia pierwszego produktu: 1.790 zł + 23% VAT

ETAP 3: głosowanie kapituły

19 – 26 października 2020 r. – głosowanie kapituły konkursowej

ETAP 4: nagrodzeni

29 – 30 października 2020 r. – poinformowanie uczestników o wynikach konkursu

2 listopada 2020 r.– opublikowanie wyników na stronie konkursowej www.diamentmeblarstwa.pl

ETAP 5: gala konkursowa

grudzień 2020 – uroczysta gala wręczenia nagród w konkursie (Warszawa)

Zwycięzców wskaże kapituła, w skład której wchodzi kilkadziesiąt osób: architekci, projektanci wnętrz, blogerzy, przedstawiciele mediów i organizacji, naukowcy i eksperci z branży meblarskiej, przedstawiciele handlu, technolodzy produkcji, przedstawiciele hurtowni oraz firm patentowych i atestowych. Ocenie poddane zostaną wzornictwo, zgodność z aktualnymi trendami, innowacyjność, zaawansowanie technologiczne, funkcjonalność i ergonomia oraz ogólna prezencja produktu.

Oficjalne zakończenie konkursu i uroczyste wręczenie nagród zwycięzcom, odbędzie się w grudniu br. w Warszawie.

Na potrzeby konkursu wydany zostanie specjalny katalog konkursowy, w którym zaprezentowane zostaną wszystkie produkty zgłoszone do konkursu. Ponadto zapowiedzi konkursu, wyniki, jak również relację z gali finałowej, można będzie znaleźć w miesięczniku „BIZNES meble.pl”, na portalu www.biznes.meble.pl oraz na profilach: miesięcznika „BIZNES meble.pl” i konkursu „Diament Meblarstwa”.

Patronami Honorowymi i Medialnymi 15. edycji „Diamentu Meblarstwa” są portale internetowe, czasopisma oraz instytucje związane z branżą meblarską, co wiąże się z szeroką promocją konkursu w postaci zapowiedzi oraz relacji w mediach.

ZWIĘKSZ WARTOŚĆ SWOICH PRODUKTÓW! SIĘGNIJ PO DIAMENT!

www.diamentmeblarstwa.pl

Polska i europejska branża mleczarska odczuwa skutki koronawirusa. Eksporterzy muszą szukać nowych rynków zbytu

Około 30 proc. polskiej produkcji mleczarskiej trzeba eksportować, bo krajowy rynek nie jest w stanie jej wchłonąć. Tymczasem koronawirus, który spowodował przerwanie łańcuchów dostaw i w dużym stopniu zamknięcie granic, pokrzyżował plany mleczarni nie tylko w Polsce, ale i w całej Unii Europejskiej. Producenci wiążą duże nadzieje z powrotem kanału gastronomicznego oraz wspólną europejską promocją na rynkach trzecich.

Według wstępnych danych (GUS) w 2019 roku wartość polskiego eksportu ogółem wyniosła 235,8 mld euro i była wyższa niż rok wcześniej o 5,5 proc. Udział eksportu towarów rolno-spożywczych w eksporcie ogółem wyniósł 13,3 proc., tyle samo co w 2018 roku. Duża w tym zasługa branży mleczarskiej, która ok. 30–35 proc. produkcji kieruje na rynki zagraniczne.

 W okresie wybuchu pandemii został w zasadzie wstrzymany eksport, co w bardzo mocnym stopniu odbiło się na naszych zakładach i spółdzielniach mleczarskich, w szczególności tych największych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Maliszewska, dyrektor Polskiej Izby Mleka, wiceprezydent COGECA. – Dodatkowo duży problem, z jakim borykaliśmy się w czasie pandemii, związany był z częściowym spadkiem konsumpcji w kraju, a wynikało to z tego, że zamknięte były hotele, restauracje, które wciąż w dużym stopniu są zamknięte. Ta gałąź dystrybucji HoReCa jest dla nas bardzo ważna.

Ze wstępnych danych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi wynika, że w I kwartale br. eksport produktów mleczarskich delikatnie wzrósł w porównaniu do I kwartału 2019 roku (z 398 931 do 407 388 ton), głównie za sprawą większej sprzedaży serów i twarogów oraz serwatki.

Jak wynika z raportu Instytutu Biznesu, Grupa Mlekovita w I kwartale br. wyeksportowała produkty warte 400 mln zł (35 proc. produkcji) i było to o 30 proc. więcej niż w I kwartale 2019 roku. OSM Giżycko sprzedało za granicę towar wart 120 mln zł i było to 80 proc. produkcji spółdzielni. Wśród krajów,  które przyjęły znacząco większe ilości polskiego mleka i śmietany, są Jemen, Meksyk, Chiny i Japonia.

W czasie lockdownu producenci starali się skupić na promocji krajowej konsumpcji, co zaowocowało większą sprzedażą mleka, zwłaszcza UHT, czy masła, kiedy konsumenci kupowali produkty na zapas. Z kolei zakłady, które miały taką możliwość, magazynowały nadwyżki produkcji.

– Dzisiaj widzimy też trudne kwestie związane z eksportem do krajów trzecich. Pomimo że powoli dostajemy sygnały, że ruszają statki, eksport np. do Chin, które cały czas są dla nas istotnym rynkiem zbytu, to nadal jest to nieporównywalnie mało w stosunku do tego, jakie efekty mieliśmy przed wprowadzeniem stanu epidemii – ocenia Agnieszka Maliszewska. – Cała Europa o tym głośno mówi, bo jest ona największym globalnym eksporterem wyrobów mleczarskich.

Jeszcze w grudniu 2019 roku ekspertka Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej Teresa Zdziarska oceniała sytuację na europejskim rynku mleka jako pozytywną, a ceny niemal wszystkich produktów mleczarskich z wyjątkiem masła szły w górę. W ciągu trzech kwartałów ub.r. rosła także produkcja, m.in. pełnego mleka w proszku o 23,3 proc., serwatki (7,4 proc.) czy napojów mlecznych innych niż jogurty (o 4,9 proc.).

W marcu i kwietniu ceny produktów mleczarskich w UE spadały, m.in. mleka w proszku pełnego i odtłuszczonego, no co oddziaływał spadek światowego popytu. Jak podkreślają analitycy PKO Banku Polskiego (Agro Nawigator z 5 maja), Komisja Europejska prognozowała, że w 2020 roku unijny eksport odtłuszczonego mleka w proszku zmniejszy się o 17 proc. w stosunku do rekordowego poziomu z 2019 roku, a masła – o 10 proc. przy jednoczesnym wzroście produkcji (ze względu na to, że producenci przerzucili się na wytwarzanie produktów o większej trwałości – proszków mlecznych i właśnie masła). W reakcji na negatywne zmiany rynkowe KE przygotowała propozycję programu dopłat do prywatnego przechowywania produktów mleczarskich (odtłuszczonego mleka w proszku, masła, sera) mającą na celu przywrócenie równowagi na unijnym rynku mleka.

Jako europejscy przetwórcy czekamy na poszukiwanie nowych rynków. Zapowiedzi złożone przez komisarza ds. rolnictwa Janusza Wojciechowskiego, że kiedy będzie już można swobodnie podróżować, zostanie przeprowadzona ekspansja promocyjna europejskich produktów żywności, czyli to, co robił wcześniej komisarz Phil Hogan i co rzeczywiście przynosiło efekty, oceniam jako bardzo dobry pomysł – mówi dyrektor Polskiej Izby Mleka.

Zdaniem branży pandemia nieco zmieni sprzedaż i zwyczaje konsumentów, choćby poprzez wzrost zakupów spożywczych przez internet. Trudno jednak oczekiwać, by krajowy rynek zagospodarował całe nadwyżki produkcji, a Polacy całkowicie zrezygnowali z produktów wytwarzanych za granicą. Obserwowanie kierunków zmian w zachowaniach konsumentów na całym świecie jest zdaniem ekspertki dla odzyskania skali biznesu.

 Jeszcze kilka lat temu naszym sztandarowym produktem eksportowym były mleko w proszku i serwatka w proszku. Dzisiaj numerem jeden są nasze sery i twarogi, więc prawdopodobnie, patrząc jak bardzo świat konsumencki jest otwarty na nasze dobre jakościowo produkty  będziemy sami poszukiwali tego, jak np. produkty świeże fermentowane sprzedawać konsumentom w innych krajach, żeby zwiększyć ich udział w eksporcie – prognozuje Agnieszka Maliszewska. – Będziemy też szukać nowych produktów, bo cały czas badamy gusty konsumenckie, a konsumenci oczekują coraz to nowszych produktów, np. w innych, mniejszych opakowaniach, bardziej funkcjonalnych, przeznaczonych dla ludzi aktywnych, sportowców, ludzi starszych. Na pewno tego typu zmiany będą miały miejsce na rynku mleczarskim.

Czy potrzeba zawieszenia reguły wydatkowej?

Wysokość wydatków publicznych ograniczona jest algorytmem, zwanym regułą wydatkową. Określa ona maksymalną ilość wydatków rządu w rocznym budżecie, uzależnioną od poziomu inflacji. Ogranicza to zadłużenie państwa i powiększanie deficytu finansowego. Reguła posiada jednak klauzulę wyjścia, która pozwala na zawieszenie jej stosowania w szczególnych przypadkach. Powodem do tego może być na przykład kryzys, którego teraz doświadczamy. Recesja gospodarcza spowodowana przez epidemię koronawirusa wymaga tego, by dużą ilość pieniędzy państwowych przeznaczyć na wsparcie pracowników i przedsiębiorców, cierpiących podczas gospodarczego lockdownu. By te pieniądze wydać, rząd musi zrewidować działanie reguły wydatkowej. Ministerstwo Finansów ogłosiło więc niedawno plany wprowadzenia specjalnego trybu, który określa warunki zawieszenia reguły i powrotu do jej przestrzegania po zakończeniu kryzysu.

– Znajdujemy się w bardzo wyjątkowej sytuacji, spowodowanej przez kryzys wywołany przez koronawirusa. Szereg działań antykryzysowych spowoduje, że deficyt finansów publicznych zbliży się prawie do 10% PKB. W takiej sytuacji spełnienie limitu wydatków, określonych przez regułę wydatkową, jest niemożliwe – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Reguła wydatkowa już teraz przewiduje klauzulę wyjścia, czyli możliwość zawieszenia jej stosowania – natomiast prawo nie precyzuje sposobu powrotu do jej przestrzegania po zakończeniu kryzysu. To właśnie określi nowy projekt, przygotowany przez Ministerstwo Finansów. Zakłada on, że reguła wydatkowa może zostać zawieszona, w zależności od kształtowania się prognozowanych wskaźników ekonomicznych. Przez ten czas wydatki państwa wciąż będą jednak limitowane – zasady proponowane przez Ministerstwo Finansów określają ścieżkę powrotu poziomów wydatków państwa do tych określonych przez regułę wydatkową. Zapobiegnie to rozwodnieniu reguły i daje nadzieję, że rząd nie skorzysta z okazji, by w przyszłości pozbyć się jej ograniczeń – ocenia Kozłowski.

Autonomiczny robot oczyszcza już Pacyfik z wielkiej plamy odpadów. Teraz usunie także plastik z rzek i portów

Pandemia koronawirusa może spowodować wzrost zużycia plastiku. Do oceanów na całym świecie trafia rocznie ponad 14 ton tego tworzywa sztucznego. Oczyszczaniem wód zajmuje się coraz więcej fundacji i start-upów. Zbudowane przez holenderską fundację The Ocean Cleanup inteligentne urządzenie do przechwytywania odpadów plastikowych już zbiera śmieci z Wielkiej Pacyficznej Plamy Śmieci. – Musimy także zatrzymać falę nowego plastiku, który dociera do oceanów każdego dnia – mówi Boyan Slat, założyciel i prezes fundacji. Dlatego „Interceptor” wypłynie także na rzeki oraz do portów. Jednym z pierwszych będzie jamajski port w Kingston.

Według danych opublikowanych przez Biuro Analiz Parlamentu Europejskiego do oceanów na całym świecie trafia rocznie prawie 13 mln ton plastiku, a w morzach zalega go już ponad 150 mln ton. Według twórców aplikacji Litterati pandemia koronawirusa spowoduje wzrost zużycia tego materiału.

Tylko na Jamajce przez zatokę Hunts Bay i port Kingston do oceanu trafia rocznie 578 ton plastikowych odpadów – wynika z badań przeprowadzonych przez fundację The Ocean Cleanup.  Zanieczyszczenie to będzie można znacznie zredukować dzięki innowacyjnemu odkurzaczowi wodnemu Interceptor, opracowanemu przez Holendrów.

– Uruchamiając Interceptora od fundacji The Ocean Cleanup, usuniemy olbrzymie ilości śmieci z portu w Kingston (stolica Jamajki – przyp.red.), zanim trafią do oceanu. W tym samym czasie zwiększymy świadomość wśród społeczności na temat naszych działań, motywując ludzi do nowych zachowań – twierdzi Nalini Sooklal, dyrektor zarządzający Recycling Partners of Jamaica (RPJ).

Interceptor ma być w pełni zasilany energią słoneczną. Samoczynnie zbiera odpady plastikowe, przepływając przez zanieczyszczone wody. W momencie, gdy jego zbiornik będzie niemal całkowicie zapełniony, urządzenie wyśle wiadomość do lokalnego operatora zajmującego się zbiórką śmieci. Po opróżnieniu odpady zostaną poddane recyklingowi. Inwestycja we wdrożenie tej technologii zostanie dofinansowana kwotą miliona dolarów przez Benioff Ocean Initiative.

Nad rozwiązaniem działającym na podobnej zasadzie jak to opracowane przez The Ocean Cleanup pracuje też Clear Blue Sky, organizacja typu non-profit zajmująca się walką z zanieczyszczeniem oceanów. FRED to zbudowany przez nią, zasilany energią słoneczną robot oparty na konstrukcji katamaranu. Jest to maszyna próżniowa, która zbiera pływające plastikowe odpady w sposób zbliżony do tego, z którym mamy do czynienia w przypadku taśmy przenośnika. Urządzenie pływa z prędkością około dwóch węzłów, co pozwala mu na płynną pracę.

Usunięcie zalegających już w wodach śmieci nie rozwiąże jednak problemu zanieczyszczenia oceanów plastikiem.

– Musimy także zatrzymać falę nowego plastiku, który dociera do oceanów każdego dnia – mówi Boyan Slat, założyciel i prezes fundacji The Ocean Cleanup.

Bank Światowy przewiduje, że do 2050 roku globalna produkcja odpadów wzrośnie o 70 proc.

Sztuczna inteligencja już zastępuje dziennikarzy. Coraz trudniej odróżnić treści tworzone przez maszynę

Coraz więcej działań dziennikarzy będzie przejmować sztuczna inteligencja. Microsoft niedawno zerwał współpracę z dziennikarzami kontraktowymi. Zastąpi ich SI, która dobierze i opublikuje odpowiednie materiały w serwisie MSN.com. Wykorzystując proces uczenia maszynowego, aplikacje są już w stanie wygenerować długi artykuł na podstawie zaledwie kilku słów lub nieskładnych gramatycznie zdań. Funkcjonalność sztucznej inteligencji w automatycznym tworzeniu dłuższych form wypowiedzi coraz częściej będzie wykorzystywania także do generowania fake newsów. Niektóre generatory umożliwiają więc nie tylko zautomatyzowane pisanie tekstów, lecz także wykrywanie tych, które napisał robot.

– Możliwości analizy języka bardzo się rozwinęły w ciągu ostatnich miesięcy, co wiąże się z wypuszczeniem pewnych modeli przez OpenAI, które są wytrenowane na całym dostępnym tekście w internecie. Są one w stanie wytworzyć bardzo składny i sensowny język na podstawie bardzo małej ilości danych – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Filip Kozera, założyciel Kristalic.

W lutym 2019 roku OpenAI zaprezentowało swoje narzędzie GPT-2, które generuje przekonujący, lecz fałszywy tekst. Sztuczna inteligencja uczyła się gramatyki i budowała zasób językowy na podstawie zbioru 40 GB tekstu obejmującego 8 mln stron internetowych. OpenAI postanowił jednak wówczas nie upubliczniać GPT-2 w obawie przed możliwymi szkodami związanymi z możliwością wykorzystania narzędzia do produkowania fake newsów. Algorytmy sztucznej inteligencji są w stanie wygenerować zaawansowany i poprawny gramatycznie tekst na podstawie bardzo okrojonej informacji. Obecnie narzędzie znów jest dostępne.

– Za każdym razem, gdy piszę jakiś esej, na początku piszę go bardzo słabo gramatycznie, żeby były tam tylko fakty, i później go przerabiam. Po napisaniu tylko suchych faktów nasz algorytm wytworzył piękne gramatyczne zdania i dużo wypełniaczy. Można więc wyobrazić sobie świat, w którym można napisać cztery zdania i później zamienić to w 1,2 tys. słów, które zawierałyby te same informacje, tylko algorytm wypełniłby te luki bardzo ładnym angielskim – wyjaśnia Filip Kozera.

Już dziś praca algorytmów sztucznej inteligencji może być wykorzystana do zamiany notatek głosowych na tekst i ułożeniu go w gramatycznie poprawne i logicznie uporządkowane zdania. Co więcej, informacje z notatek można wyszukiwać na takiej zasadzie, na jakiej działają wyszukiwarki internetowe. Służy temu np. aplikacja Kristalic. Rozwiązanie dostarczane przez polski start-up obsługuje 120 języków i jest w stanie identyfikować rozmówcę. Może być też zintegrowane z popularną w czasie pandemii platformą Zoom.

Przyszłością w wykorzystywaniu sztucznej inteligencji do generowania tekstów może być natomiast poszerzenie ich funkcjonalności o nadawanie artykułowi czy wiadomości zabarwienia emocjonalnego czy narzuconego stylu wypowiedzi.

– Przykładowo piszemy wiadomość mailową, a później przesuwamy suwakiem, że powinna być dużo bardziej formalna, bo wysyłamy ją do naszego szefa. To jest oczywiście przykład, jednak po napisaniu jednego wyrażenia, np.: „przełóż spotkanie na jutro”, taki mail może zostać wygenerowany całkowicie samodzielnie. Te rozwiązania mogą być wykorzystywane wszędzie, gdzie człowiek pisze jakiś tekst, nawet obecnie w mailach nasza składnia jest już sprawdzana przez Grammarly. Dlaczego nie moglibyśmy np. zmienić stylu wypowiedzi? – zauważa założyciel Kristalic.

Funkcjonalność wynikającą z możliwości uczenia maszynowego można jednak wykorzystać również w odwrotnym modelu – do rozpoznawania potencjalnych fake newsów pisanych przez automat. Taką funkcję ma generator wiadomości Grover. Jest on w stanie identyfikować teksty stworzone na podstawie nie tylko własnych algorytmów SI, lecz także innych.

– Obecnie sztuczna inteligencja potrafi wytworzyć teksty, które są nie do odróżnienia od tekstów napisanych przez ludzi. Na pewno będziemy obserwować wysyp fake newsów, będą ich ogromne ilości. Prowadzone są prace nad tym, żeby rozpoznawać, co jest napisane przez człowieka, który często popełnia  jakieś błędy logiczne albo ma jakiś styl pisania, i to się porównuje do tego, co jest napisane przez algorytm, żebyśmy mogli w ogóle rozpoznawać, co zostało napisane przez algorytm, a co nie – mówi Filip Kozera.

Według Allied Market Research światowy rynek sztucznej inteligencji do 2025 roku osiągnie wartość niemal 169,5 mld dol.

Bezpłatna Konferencja ONLINE – IT Security Trends: Bezpieczeństwo w erze pracy zdalnej

Już 24 czerwca 2020, podczas konferencji IT Security Trends, pojawi się możliwość zapoznania z bieżącymi zagrożeniami oraz najnowszymi trendami w obszarze cyberbezpieczeństwa.

Serdecznie zapraszamy do udziału i rejestracji na konferencję ONLINE

Podczas letniej edycji wydarzenia, chcemy odpowiedzieć na pytanie jak zmieniająca się cyfrowa rzeczywistość wpływa na kształtowanie cyberbezpieczeństwa w dobie pracy zdalnej.

W programie wydarzenia m.in.:

  • Plany awaryjne i zarządzanie kryzysowe infrastrukturą IT

Robert Wojtasiak – BNP Paribas

  • Compliance a cloud computing

Kuba Ruiz – Bird & Bird

  • Bezpieczeństwo IT w dobie pracy zdalnej

Michał Pilc – PCSS

  • Reagowanie na incydenty w organizacji, a rotacja pracowników

Marcin Sikorski – KPMG

  • Jak hackować legalnie?

Michał Czuryło – Konieczny, Wierzbicki, Wspólnicy 

Firmy muszą zmierzyć się z bieżącymi wyzwaniami ochrony przed cyber atakami oraz kradzieży danych. To trudne zadanie i wymaga odpowiednich narzędzi oraz kwalifikacji. Doświadczeni eksperci oraz kluczowi gracze ze świata bezpieczeństwa IT będą dzielić się swoją wiedzą podczas wydarzenia.

DLA KOGO? ZAPRASZAMY:

  • Kadrę zarządzającą, a w szczególności reprezentantów departamentów IT, dyrektorów technicznych, a także osoby, które odpowiadają za bezpieczeństwo IT w firmie .

Aby wziąć bezpłatny udział w konferencji ONLINE, wystarczy zarejestrować się na stronie: http://itsecuritytrends.pl/#rejestracja

Uwaga, liczba miejsc ograniczona! Decyduje kolejność zgłoszeń.

Strona internetowa wydarzenia: www.itsecuritytrends.pl

Ceny mieszkań jednak nie spadną?

Mimo kilkutygodniowego „lockdownu” branża nieruchomości ma się nieźle. W dłuższej perspektywie problemem może być dostęp do kredytów na nowe inwestycje deweloperskie i zakup mieszkań. Nie zmienia to faktu, że chętnych na własne lokum nie brakuje, a to zapewne doprowadzi do wzrostu cen – wynika z debaty „Pokryzysowe scenariusze dla rynku nieruchomości”, która odbyła się w ramach onlinowej edycji Europejskiego Kongresu Finansowego.

Kryzys spowodowany epidemią koronawirusa, w niczym nie przypomina wydarzeń sprzed kilkunastu lat, kiedy pękła bańka na rynku nieruchomości w wielu krajach i ceny mieszkań czy domów zaczęły spadać.

„Na razie nic się nie wydarzyło. Było wahnięcie całej gospodarki, średnio- i długoterminowo wszystko wróci do normy. Nie uważam, żebyśmy mieli w deweloperce do czynienia z poważnym kryzysem. Ten kryzys kilkanaście lat temu był zupełnie inny, inne miał przyczyny i przebieg” – mówił Michał Sapota, prezes HRE Investment. Firma zajmuje się inwestycjami na rynku mieszkaniowym.

Zgodził się z nim Jarosław Zagórski, dyrektor handlowy i rozwoju Ghelamco Poland, potentata w branży nieruchomości biurowych. „Mieliśmy najdłuższy okres wzrostu w historii. Rynek został przegrzany, przykładem jest ostatni kwartał, gdzie mieliśmy 390 tys. metrów po stronie popytowej, a 86 tys. po stronie podażowej. Rynek był daleki od równowagi. O rynek biurowy się nie martwię” – przekonywał.

Za największe zagrożenie dla branży nieruchomości biorący udział w debacie eksperci upatrywali działania banków. „Sektor finansowy wywołał poprzedni kryzys, źródła dzisiejszego są inne, ale zachowanie banków będzie miało fundamentalny wpływ na to, co się będzie działo nie tylko z deweloperką mieszkaniową czy nieruchomościami, ale całą gospodarką” – mówił prezes Sapota.

Zwrócił uwagę, że banki stały się bardzo ostrożne w udzielaniu kredytów. Śrubują wymagania dla potencjalnych pożyczkobiorców. Na przykład w przypadku mieszkań nastąpiło drastyczne zwiększenie wymaganego wkładu własnego. A to blokuje popyt.

Przy takim zachowaniu banków, na pewno dojdzie do zawieszenia części inwestycji deweloperskich. „W związku z tym, w perspektywie roku, dwóch może spaść podaż nowych mieszkań i pojawić presja na wzrost cen. Bo chętnych na kupno nieruchomości jest dużo” – przekonywał Sapota.

Działania instytucji finansowych będą miały również niebagatelny wpływ na rynek nieruchomości komercyjnych. „Trudniej jest dostać kredyt deweloperski, marże wzrosły oraz wymagania, które należy spełnić. Kiedyś można było dostać kredyt na 60-75 proc. wartości nieruchomości, teraz jest to 50 proc. Spadek stóp procentowych nie przełożył się na ożywienie finansowania” – mówiła Agnieszka Hryniewiecka-Jachowicz, członek zarządu Polskiej Izby Nieruchomości Komercyjnych.
Dlatego część projektów, które były zapowiadane nigdy nie powstanie, część zostanie przejętych przez innych deweloperów w trakcie ich realizacji. „Będzie się działo, to, co się dzieje na rynku przy tego typu perturbacjach. Jako firma patrzymy na to jak na dużą szansę” – komentował Zagórski.

W debacie wziął udział również Damian Kazimierczak, główny ekonomista Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa. Zwrócił uwagę, że jeśli chodzi o sektor budownictwa rośnie wartość niespłaconych zobowiązań, o czym informują Biura Informacji Gospodarczej. Wynika to z bezpośrednich skutków „lockdownu” – przerwania łańcuchów dostaw materiałów oraz problemów z firmami podwykonawczymi, które zatrudniały Ukraińców czy Białorusinów. Pracownicy ci zdecydowali się na powrót do domu w obliczu zagrożenia. „Choć te problemy nie są duże, nie możemy powiedzieć, że budownictwo będzie „zieloną wyspą”, cechuje się pewną inercją. Pewne oznaki spowolnienia będziemy widzieć już w tym roku. Natomiast wyraźnie w 2021. Kołem napędowym na pewno będą inwestycje publiczne. Drogi, koleje, energetyka” – powiedział Kazimierczak.

Wiele więc wskazuje, że pewne spowolnienie w sektorze nieruchomości nastąpi, ale jego wielkość jest trudna do oszacowania.

Trójmorze jako obiekt sporu Chin i Stanów Zjednoczonych

Rywalizacja Stanów Zjednoczonych i Chin to starcie dwóch światowych systemów: systemu walutowego z Bretton Woods oraz chińskiej inicjatywy Nowego Jedwabnego Szlaku, który jest zalążkiem systemu równoległego. Pandemia koronawirusa przyspieszyła zmiany w obu tych systemach i zintensyfikowała tarcia między nimi. Dla obu graczy – USA i Chin – szczególnie ważny jest region Trójmorza, czyli pasa ciągnącego się przez 12 państw europejskich: od Estonii, przez Polskę, aż po Bułgarię. Zarówno region Trójmorza, jak i Unia Europejska będą musiały stawić czoła rywalizacji tych globalnych graczy, wykorzystujących tzw. sticky power. A dziś nie chodzi już tylko o wpływy w zakresie systemów finansowych i walutowych czy tożsamość cywilizacyjną – Zachód kontra wartości konfucjańskie, lecz także o kontrolę nad infrastrukturą 5G i międzynarodowy wizerunek w kontekście odpowiedzialności za wybuch pandemii – wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Belt and Road meets Three Seas. Chinese and American sticky power in the context of Polish security and other strategic interests”.

Według szacunków na podstawie Indeksu Mocy Państw Instytutu In.europa Chiny i inne kraje konfucjańskie pod wieloma względami prześcignęły już Europę, USA i inne państwa zachodnie, co będzie miało wpływ na etykę badań naukowych oraz politykę publiczną i zaowocuje ewolucją światowych systemów politycznych. Rosnąca potęga Chin jako niedemokratycznej, konfucjańskiej siły już zaalarmowała Stany Zjednoczone, które widzą w niej strategicznego rywala.

Chiny wprowadzają innowacyjne rozwiązania m.in. na polu sztucznej inteligencji czy globalnej infrastruktury internetowej, co daje im znaczne wpływy w cyfrowej transformacji światowych gospodarek. Z kolei Stany Zjednoczone, jeszcze zanim Donald Trump objął urząd prezydenta, promowały rozwój globalnych stref ekonomicznych, m.in. za sprawą Systemu z Bretton Woods. Rozwiązania stosowane przez Chiny i USA znacząco się różnią, co może prowadzić do sporów natury etycznej. Z punktu widzenia krajów zachodnich takie inicjatywy, jak mająca doprowadzić do reaktywacji Jedwabnego Szlaku Jeden pas i jedna droga, mogą być postrzegane jako korumpujące i uzależniające od chińskiej gospodarki. Całkowity koszt tego projektu szacuje się na od 4 do 8 bilionów dolarów, a umowy współpracy z Chinami podpisało już 125 krajów – tłumaczy Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Uwagę obu mocarstw przykuwa europejskie Trójmorze: region obejmujący 12 państw Europy Środkowo-Wschodniej, które ucierpiały przez lata komunizmu i do dziś są w pewnym stopniu zacofane technologicznie oraz infrastrukturalnie. Tym samym mają duży potencjał inwestycyjny i stanowią obiekt zainteresowania zarówno Chin, jak i USA. Dla tych pierwszych jest to brama do Europy dla Jednego pasa i jednej drogi, dla drugich: to bariera dla rosyjskiej czy chińskiej polityki.

Szczególnie ważnym obszarem dla obu mocarstw jest bezpieczeństwo cyfrowe, które już przyczyniło się do eskalacji wojny handlowej, gdyż zarówno Chiny, jak i USA zdają sobie sprawę z kluczowej roli, jaką odegra 5G w nowych strukturach politycznych i gospodarczych. Dlatego też oba mocarstwa starają się wpływać na decyzje państw Trójmorza w zakresie współpracy na tym polu.Trójmorze jako obiekt sporu Chin i Stanów Zjednoczonych

Polska i Rumunia traktują priorytetowo partnerstwo z europejskimi i amerykańskimi firmami, podczas gdy np. Węgry – z chińskimi. Z kolei Bułgaria wydaje się nie opowiadać za strategicznym preferowaniem żadnej ze stref wpływu. Ze względów historycznych Polska wiąże inwestycyjne nadzieje z Zachodem. Jednocześnie jest też zainteresowana współpracą z Chinami, co widać np. w planach budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego. W związku z tym projektem planowana jest m.in. budowa 1600 km nowych linii kolejowych – mówi Piotr Arak.

Jak koronawirus wpłynie na globalizację?

W obliczu kryzysu wywołanego pandemią koronawirusa SARS-CoV-2 coraz częściej mówi się o zmniejszaniu współzależności gospodarek Zachodu od Chin (decoupling) oraz nasileniu procesów przenoszenia produkcji z Państwa Środka z powrotem do państw Zachodu (reshoring). Analitycy PIE zwracali już uwagę, że reshoring rozpoczął się kilka lat temu i obejmował przede wszystkim przenoszenie produkcji z Chin do Indii i krajów Azji Południowo-Wschodniej, lecz w związku z wojną handlową Stanów Zjednoczonych z Państwem Środka, także do USA.

Jak tłumaczy Grzegorz Lewicki, autor raportu i fellow Polskiego Instytutu Ekonomicznego, teraz procesy te wydają się niezbędne z uwagi na bezpieczeństwo. Zwróćmy uwagę, że gdy w marcu 2020 r. gwałtownie wzrosło w Polsce zapotrzebowanie na środki dezynfekujące, nigdzie nie można było znaleźć kluczowych składników niezbędnych do ich produkcji, co przerwało łańcuchy produkcyjne polskich firm i uniemożliwiło dostarczenie finalnego produktu. Stało się tak, ponieważ producenci z Niemiec i Holandii ulokowali kluczowe składniki na rynku lokalnym, by w pierwszej kolejności wspomóc swoich obywateli – mówi Grzegorz Lewicki.

Dlatego też w dłuższej perspektywie możemy się spodziewać, że globalizacja przyjmie jeszcze bardziej zróżnicowany wymiar, będący wynikiem tymczasowych globalnych spowolnień i przyspieszeń, które w różnym stopniu będą dotykać poszczególne kraje. Trzonem takiej „pstrokatej” globalizacji będzie bezpieczeństwo – wyjaśnia Grzegorz Lewicki. Po ekstremalnych doświadczeniach związanych z pandemią, państwa zaczną tworzyć eksperymentalne instytucje pozwalające na tymczasowe ograniczanie cywilizacyjnej złożoności na wypadek kryzysu. Ich celem będzie sprawne i bezpieczne ograniczanie m.in. transportu lotniczego, migracji czy produkcji zagranicznej, kiedy wystąpi taka nagła potrzeba, np. w przypadku pandemii.

Szacowanie skutków epidemii. Prognozy dotyczące recesji w Polsce coraz bardziej pesymistyczne

Prognozy dotyczące recesji są dla Polski coraz bardziej pesymistyczne. Jednak pogarszają się też ratingi dla większości państw. W naszym regionie Europy wyjątkowo dobrze oceniana jest gospodarka Estonii.

Według globalnej analizy międzynarodowej Grupy Coface, zawartej w „Country and sector risks barometer”, tegoroczna recesja będzie silniejsza niż w 2009 r., podczas poprzedniego kryzysu światowego. Wyniesie 4,4 proc. Mimo poprawy spodziewanej w 2021 r. (+5,1 proc.) – przy założeniu, że nie będzie drugiej fali pandemii koronawirusa – PKB w Stanach Zjednoczonych, strefie euro, Japonii i Wielkiej Brytanii pozostanie na poziomie od 2 do 5 punktów niższym w porównaniu z 2019 r.

– Ten rok będzie dla Polski najgorszy od czasów transformacji, a nasze prognozy są bardziej pesymistyczne od niedawnych przewidywań Fitch, według tej agencji polski PKB ma spaść o 3,2 proc., my natomiast przewidujemy spadek o 4,2 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej. – Natomiast w 2021 r. powrócimy już na ścieżkę dodatniej zmiany PKB, będzie to wzrost o 4 proc.

Brak widoków na szybkie nadrobienie strat powstających w światowej gospodarce wynika głównie z dwóch kwestii. Pierwszą z nich jest utrzymująca się niepewność co do ewolucji pandemii, prowadząca do oczekiwanego wzrostu skłonności gospodarstw domowych do ostrożnościowego oszczędzania oraz rezygnacji z inwestycji przez firmy. Druga, to niemożliwe do odzyskania straty w produkcji w niektórych sektorach (zwłaszcza w działalności usługowej i surowcach energetycznych).

Środki zastosowane przez banki centralne pomagają stabilizować rynki finansowe od kwietnia. Dotyczy to w szczególności krajów (zwłaszcza w Europie Zachodniej), w których banki te uczestniczyły w podtrzymywaniu zdolności produkcyjnych niektórych firm, głównie poprzez zwiększanie zadłużenia. Niemniej jednak oznacza to jedynie odsunięcie w czasie korekt zatrudnienia oraz problemów z przepływami pieniężnymi w przedsiębiorstwach.

Ryzyko rośnie ze względu na złą kondycję firm. W ocenie głównych ekonomistów Coface do 2021 r. skala niewypłacalności przedsiębiorstw na świecie wzrośnie o jedną trzecią w porównaniu z 2019 r. Mimo wsparcia ze środków publicznych nasilenie upadłości firm sygnalizowane już w poprzednim barometrze Coface (po I kw. 2020 r.) dotknie prawdopodobnie wszystkie dojrzałe gospodarki: Stany Zjednoczone (+43 proc.), Wielką Brytanię (+37 proc.), Japonię (+24 proc.), Francję (+21 proc.) i Niemcy (+12 proc.). Jednak wiele gospodarek wschodzących (+44 proc. w Brazylii, +50 proc. w Turcji) również odczuje ekonomiczne konsekwencje blokady, a także spadku przychodów z turystyki, mniejszych transferów od osób pracujących za granicą oraz niższych wpływów z eksploatacji surowców, których ceny spadają.

Skutki tego widać w najnowszym „Country and sector risks barometer”. Co zmieniło się w ocenie Polski?

– Ocenę Polski musieliśmy obniżyć z poziomu A3, do poziomu A4, a jest to ocena opierająca się na sytuacji sektora przedsiębiorstw, którego płynność uległa pogorszeniu, pomimo wprowadzania tarcz antykryzysowych – wyjaśnia G.Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej. – Ta zmiana ratingu nie jest czymś wyjątkowym, musieliśmy obniżyć oceny dla wielu krajów, które są najważniejszymi dla Polski partnerami handlowymi.

Taki sam rating jak Polska mają m.in. Czechy, Słowacja, Francja. W regionie Europy Środkowo-Wschodniej wyższą ocenę ma Estonia, a to z tego względu, że jest gospodarką bardzo zdygitalizowaną.

Polska gospodarka najgorsze miesiące ma już prawdopodobnie za sobą. Jednak wysoka konsumpcja, która była głównym silnikiem polskiej gospodarki szybko nie powróci. Według eksperta Coface do poziomu sprzed pandemii nie powrócimy ani w tym, ani 2021 r.

Zając na rynkach walutowych, czyli nowe konflikty zastępcze

Trwa testowanie sytuacji po koronawirusie i po wyborach w USA. Japońska waluta odrabia straty. To efekt napięć w Azji. Co ciekawe, na razie nie reagują na nie globalne giełdy. Czy zatem reakcja na walutach jest przejściowa?

Kurs jena wzmacnia się od 8 czerwca, gdy za japońską walutę trzeba było zapłacić 3,58 zł, a w połowie czerwca już 3,67 zł. Dla porównania, za dolara płacimy 3,90 zł.

Nerwowo jest na Półwyspie Koreańskim. Po odwilży z 2018 roku nie ma już śladu – Korea Północna zerwała wszelkie stosunki ze swoim sąsiadem z południa, w tym przestała odpowiadać na telefony, które w ostatnim czasie były przeprowadzane regularnie. Oficjalnie powodem dla takiej decyzji są… balony z ulotkami, wysyłane z terytorium Korei Południowej przez uciekinierów z północy. Ponieważ mieszkańcy Korei Płn. mają dostęp do takich informacji, jakie zechce udzielić im władza, ulotki wysyłane są w celu „uświadomienia” ich w sytuacji. Czy może to być pretekst do większego konfliktu? Mówi się o tym, że Kim Jong Un ma problem, gdyż COVID wbrew oficjalnym statystykom dał się mocno we znaki i zwrócenie uwagi na „wspólnego wroga” ma odciągnąć ją od problemów w kraju, a być może też prowadzić do uzyskania pomocy.

– To kolejny epizod w wieloletnim konflikcie między tymi dwoma krajami, a prawdopodobnie Korea Północna chce zwrócić na siebie uwagę świata, aby uzyskać większą pomoc finansową – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Dla inwestorów jest to o tyle ważne, że obawiają się konfliktów w Azji, ze względu na różne konsekwencje odnawianego sporu Chiny-USA.

To właśnie z tego powodu inwestorów zaniepokoił tlący się konflikt na linii Chiny – Australia. Pekin zaostrza retorykę wobec żądań przeprowadzenia niezależnego śledztwa dotyczącego źródła koronawirusa przez australijskie władze. Chińskie władze odradzają obywatelom podróż do Australii, a studentom pobieranie nauk w tym kraju. Na razie wpływ na szeroki rynek jest niewielki, ponieważ napięcia na linii z USA przycichły.

Czy Australia odgrywa tu rolę „zająca”? Administracji Donalda Trumpa konflikt na linii z Chinami jest teraz nie na rękę – przed wyborami zależy mu na jak najmocniejszym ożywieniu gospodarczym oraz wzrostach na rynku akcji. Starcie z Chinami utrudniłoby to pierwsze i zniweczyło drugie. Trump ostatnio w sondażach wypada coraz gorzej (m.in. przez protesty na tle rasowym w USA) i być może, jeśli sytuacja nie będzie się poprawiać, wyciągnie „chińską kartę”. Na razie jednak ewidentnie chce wyciszyć temat, dlatego też reakcja na spięcie z Chinami ogranicza się do rynku walut, szczególnie w Azji.

Dolar australijski tracił na wartości względem amerykańskiego oraz jena. W konsekwencji tracił też złoty, także wobec franka. Czy ten ruch okaże się trwały?

– Spór Australia-Chiny to konflikt zastępczy, Chiny chcą przetestować jak daleko mogą się posunąć wobec Australii, która jest bardzo bliskim sojusznikiem USA – wyjaśnia ekspert XTB. – To, że rosną napięcia związane z Hongkongiem i Tajwanem, z sytuacją na granicach Indii – zwiększa ryzyko dla inwestorów, a to ryzyko nie jest jeszcze wycenione, prawdopodobnie powróci w większym stopniu po wyborach prezydenckich w USA. Z tych właśnie powodów Australia odgrywa rolę „zająca”.

Niskie oczekiwania inflacyjne argumentem za kolejną stymulacją? Rynek patrzy na Fed

Wall Street znów rośnie po tym, jak pojawiły się nowe sygnały ożywienia gospodarczego po otwarciu gospodarki Stanów Zjednoczonych. Rynki są również wspierane przez najnowsze bodźce płynące ze strony Rezerwy Federalnej.

Opublikowane wczoraj dane pokazały wzrost dynamiki sprzedaży detalicznej w USA w maju aż o 17,7 proc. w porównaniu do czerwca, przy silnym odbiciu w sektorze motoryzacyjnym. Wzrost wyniósł 12,4 proc. dla wskaźnika podstawowego (z wyłączeniem samochodów). Rynki finansowe odrobiły w ostatnich dniach część większych straty zanotowanych w ubiegły czwartek. Setki miliardów dolarów wstrzyknięte ze strony banków centralnych i rządów przyczyniły się do szybszego ożywienia gospodarczego. Dzięki temu również o wiele łagodniej rynki reagują na kolejne informacje o zamknięciu szkół i przedszkoli w Pekinie, jako reakcji na ewentualną drugą falę zakażeń.

Jerome Powell, przewodniczący amerykańskiej Rezerwy Federalnej powiedział dziś, że pełne ożywienie gospodarcze w USA nie nastąpi, dopóki Amerykanie nie będą pewni, że epidemia koronawirusa zostanie opanowana. Podczas gdy ostatnie oznaki poprawy, w tym niespodziewany wzrost zatrudnienia i rekordowy wzrost sprzedaży detalicznej w ubiegłym miesiącu, są optymistyczne, to szkody wyrządzone przez przymusowe wyłączenia gospodarki w celu ograniczenia rozprzestrzeniania się wirusa pozostawiły głęboką dziurę do wypełnienia, szczególnie w zakresie zatrudnienia, powiedział Powell.

Jak wynika z kolei z wypowiedzi wiceprezesa Fed Richarda Claridy, Rezerwie Federalnej nie chodzi tylko o rynek pracy. Oczekiwania inflacyjne, już niskie na początku recesji, są zagrożone spadkiem poniżej celu inflacyjnego Fed wynoszącego 2 proc. Kładę duży nacisk na propagowanie polityki, która będzie ukierunkowana na osiągnięcie nie tylko maksymalnego zatrudnienia, ale także dobrze zakotwiczonych oczekiwań inflacyjnych — powiedział Clarida w wystąpieniu przygotowanym dla Stowarzyszenia Polityki Zagranicznej w Nowym Jorku. W związku ze spadkiem oczekiwań inflacyjnych niewykluczone, że stymulacja Fed będzie jeszcze większa, aby pobudzić wzrost cen.

Bank centralny Stanów Zjednoczonych przewiduje, że gospodarka USA skurczy się o 6,5 proc. w 2020 r. Powell jednak przyznał we wtorek, że jego koledzy w dużej mierze nie przyjęli podczas dokonywania tej oceny znaczącej drugiej fali infekcji.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Eksport i import hamują. Szczególnie ucierpiała wymiana handlowa z Niemcami

W opublikowanym dzisiaj komunikacie GUS podaje, że w pierwszych czterech miesiącach roku obroty towarowe handlu zagranicznego spadły o 5,3% r/r. W samym kwietniu eksport wyniósł ok. 14 733 mln EUR (spadek o 26%), natomiast import wyniósł ok. 14 757 mln EUR (spadek o 24,9%).

Mamy zatem do czynienia z nieznacznie ujemnym saldem w handlu – eksport netto w kwietniu wynosi ok. -24 mln EUR i jest w wartościach absolutnych o ok. 100 mln EUR mniejszy niż przed miesiącem.

Dzisiejsze dane odzwierciedlają skutki wszystkich okołokoronawirusowych procesów, jakie miały miejsce w gospodarce: trudności z pozyskaniem niektórych surowców czy komponentów, administracyjnego zamrożenia aktywności podmiotów lub zaostrzenia reżimów sanitarnych, oraz spadku popytu – zwłaszcza na dobra trwałe. Inaczej niż w marcu, zamarł również import, ponieważ wstrzymanie prac w ramach łańcuchów dostaw powoduje obniżenie obrotów towarowych, a i konsumenci prywatni wykazali spadającą skłonność do konsumpcji.

Z uwagi na duże znaczenie dóbr trwałych w strukturze polskiego handlu, spadki są dotkliwe, a intensywność wymiany z poszczególnymi partnerami ulega zmianie – tak dzieje się w przypadku Niemiec, gdzie spadek eksportu wyniósł 21,8%, a importu – 31,5%. W oparciu o inne dostępne dane można zakładać, że wyniki majowe przyniosą wzrosty w horyzoncie miesięcznym, chociaż jeszcze niekoniecznie powrót do wartości sprzed epidemii. Niektóre branże przemysłowe – jak automotive – dotkliwie doświadczają głębokiego spadku popytu i bez znaczącej poprawy sentymentu klientów trudno oczekiwać dynamicznego powrotu na starą ścieżkę wzrostu.

dr Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

Drugi kwartał 2020 na rynku nieruchomości komercyjnych

Przed wybuchem pandemii koronawirusa, polska gospodarka należała do najszybciej rozwijających się w Unii Europejskiej. Jak jest aktualnie? Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield w najnowszym wydaniu raportu pt. „Trends Radar” podsumowuje sytuację makroekonomiczną, analizuje poszczególne sektory branży nieruchomości pod kątem wpływu pandemii oraz przedstawia prognozy dotyczące rozwoju sytuacji gospodarczej w Polsce.

Sytuacja makroekonomiczna

W wyniku wybuchu pandemii i całkowitego lockdownu wprowadzonego przez polski rząd w marcu, gospodarka Polski po raz pierwszy w historii może wejść w fazę recesji w drugim kwartale 2020 roku. Spodziewany jest spadek wydatków konsumpcyjnych, które, zdaniem Oxford Economics, będą raczej odroczone w czasie niż stracone oraz pogorszenie sytuacji na rynku pracy, mimo podejmowanych działań osłonowych. Również w zakładach produkcyjnych, mimo niewprowadzenia przymusowego lockdownu, odnotowano gwałtowny spadek produkcji.

Zdaniem ekspertów Oxford Economics stopniowe znoszenie obostrzeń od początku maja może skutkować przyspieszeniem aktywności gospodarczej w drugim półroczu i w roku 2021.

Rynek biurowy

W odpowiedzi na zagrożenie związane z pandemią, Polski rząd nie wprowadził żadnych ograniczeń wyłączających powierzchnię biurową z użytkowania, niemniej jednak, w wyniku wprowadzenia przepisów dotyczących dystansowania społecznego, liczba stanowisk pracy w biurach znacznie się zmniejszyła, a firmy wprowadziły zalecenie pracy zdalnej dla wszystkich lub znacznej części swoich pracowników. Według badania przygotowanego przez Cushman & Wakefield oraz Antal jedynie 21% ankietowanych pracowało w czasie pandemii w biurze. Wraz ze stopniową poprawą sytuacji epidemiologicznej w Polsce, rozpoczął się proces powrotów do biur, stawiając, tym samym, organizacje przed wyzwaniem dostosowania przestrzeni biurowej do nowych norm i zapewnienia bezpieczeństwa pracownikom.

W ostatnich dwóch miesiącach część najemców przyjęło podejście „wait and see” i wstrzymało decyzje dotyczące najmu nowej powierzchni. Nie wątpliwie wpłynie to w pewnym stopniu na statystyki dotyczące popytu w tym kwartale i kolejnych miesiącach. Niemniej jednak, sygnały płynące z rynku są coraz bardziej pozytywne a część procesów transakcyjnych może zostać wznowiona w najbliższym czasie. Wydłużone procesy administracyjne, ograniczona dostępność pracowników budowlanych i ryzyko przerwania łańcucha dostaw skutkują przesunięciem terminów oddania do użytkowania części projektów biurowych będących obecnie w budowie. Ponadto, w dłuższym okresie obecna sytuacja wpłynie na decyzje deweloperów o odłożeniu rozpoczęcia realizacji inwestycji planowanych do oddania na lata 2022-2023, co może doprowadzić do luki podaży w tym okresie.

Według Cushman & Wakefield około 50% łącznej liczby pracowników biurowych na świecie prawdopodobnie będzie korzystać w przyszłości z różnych form elastycznego modelu pracy, a przestrzeń biurowa będzie ewoluować od tradycyjnego biura w jednej lokalizacji do modelu hybrydowego, łączącego w różnym stopniu pracę w standardowej przestrzeni z biurem elastycznym oraz przy wykorzystaniu pracy zdalnej. Redukcja powierzchni biurowych nie będzie możliwa, nawet przy mniejszej liczbie pracowników, ze względu na konieczność zachowania dystansu społecznego.

COVID-19 oraz tzw. „lock-down” miały znaczący wpływ na rynek nieruchomości komercyjnych. W przypadku powierzchni biurowych naturalną konsekwencją był wymuszony test pracy zdalnej na niespotykaną do tej pory skalę. W zależności od technologicznego przygotowania poszczególnych organizacji ten test wypadł lepiej lub gorzej, ale niezależnie od wyników sprowokował liczne dyskusje na temat przyszłości biur i środowiska pracy jako takiego. Wypowiedzi liderów największych organizacji i pracodawców były spójne w kontekście prawdopodobieństwa przyspieszenia transformacji środowiska pracy w kierunku większej elastyczności oraz modelu hybrydowego łączącego możliwość pracy zdalnej i biurowej, bardzo prawdopodobnej redukcji ilości stanowisk pracy biurowych przy jednoczesnym założeniu większego dystansowania, które może bilansować zapotrzebowanie powierzchniowe. Na rynku nadal jest sporo niepewności i skrajnych opinii. Co do jednego jesteśmy przekonani – COVID-19 istotnie przyspieszy trwającą już wcześniej transformację środowiska pracy w kierunku elastyczności i mobilności oraz rozwój modeli hybrydowych łączących różne modele pracy. Jednocześnie spodziewamy się zmiany niektórych dotychczasowych trendów i preferencji – np. rozgęszczania miejsc pracy w miejsce wcześniejszego zagęszczania, decentralizacji i tworzenia rozproszonych ekosystemów biur jako komfortowych miejsc spotkań i pracy zespołowej. Z pewnością w najbliższych miesiącach możemy się nadal spodziewać dynamicznych zmian oraz rewizji strategii licznych organizacji – mówi Paulina Misiak, Partner, Head of Tenant Representation, Cushman & Wakefield.

Rynek handlowy

Zniesienie ograniczeń w funkcjonowaniu centrów handlowych w drugim, a nie w trzecim etapie odmrażania gospodarki, sprawiło, że obiekty handlowe w krótkim czasie musiały zostać przygotowane do ponownego otwarcia przy zachowaniu wszystkich obowiązujących zasad związanych z bezpieczeństwem klientów. Stanowiło to ogromne wyzwanie podnoszące jednocześnie koszty funkcjonowania obiektów handlowych.

Mimo wcześniejszych spekulacji na temat końca funkcjonowania centrów handlowych zdecydowana większość najemców (średnio 90%) otworzyła ponownie swoje sklepy, a klienci, w badaniu “Powrót Polaków do zakupów po epidemii” przeprowadzonym przez PRCH i agencję Inquiry, w 81% odpowiedzieli, że podczas robienia zakupów w centrach handlowych czuli się bezpiecznie. Średnia odwiedzalność od ponownego otwarcia obiektów handlowych systematycznie rośnie, przy czym wyższe wskaźniki odnotowuje się w małych i średnich centrach. W piątym tygodniu 1-7 czerwca 2020 r. średnia odwiedzalność utrzymywała się na poziomie 72%-99% w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego (PRCH).

Zdaniem ekspertów Cushman & Wakefield będziemy świadkami zmiany formatów i restrukturyzacji sieci placówek. Nowe rozwiązania technologiczne i bezdotykowa obsługa klienta w galeriach handlowych będą zyskiwać na znaczeniu, a e-commerce stanie się uzupełnienie sprzedaży stacjonarnej – zwłaszcza w branży mody i dodatków. Wzrost poziomu pustostanów może skutkować spadkiem dochodów z czynszu przy jednoczesnym wzroście kosztów funkcjonowania centrów handlowych spowodowanych dodatkowymi środkami bezpieczeństwa. Największe straty przewidywane są w branży rozrywkowej, która najdłużej pozostawała w stanie zamrożenia. Eksperci spodziewają się działań marketingowych pobudzających popyt konsumencki oraz wzmacniania funkcji społecznej centrów handlowych.

Od pierwszego dnia lockdownu było oczywiste, że rynek handlowy przejdzie swoistą korektę i będzie wyglądał inaczej niż przed pandemią. Zmiany będą zauważalne zarówno po stronie najemców, jak i wynajmujących. Nawet jedna trzecia najemców może w różnym stopniu wycofać się z rynku, zmienić kanał dystrybucji lub zmienić format, w związku z czym w centrach handlowych pojawią się wakaty. Wielu z tych najemców, którzy będą ograniczać swoją obecność na rynku, miało dobre lokalizacje w centrach handlowych. Będzie to więc czas dla łowców okazji. Pojawi się możliwość zaistnienia w dobrych lokalizacjach dla najemców, którzy do tej pory nie dostali od rynku takiej szansy. Mam na myśli koncepty dyskontowe, które nie ucierpiały tak mocno na skutek pandemii – mówi Beata Kokeli, Partner, Head of Retail Agency, Cushman & Wakefield.

Rynek magazynowy

Rynek magazynowy przechodzi przez kryzys wywołany pandemią w relatywnie dobrej kondycji, wspomagany w głównej mierze rozwojem branży e-commerce, dodatkowo przyśpieszonym w pierwszych tygodniach pandemii z uwagi na wprowadzone obostrzenia w sektorze handlowym i przeniesienie się części aktywności zakupowej do kanału online. Bieżąca wartość rynku ecommerce szacowana jest na 50 mld zł, a według danych Unity Group, do końca roku 2020 może się nawet podwoić.

Wysoka dynamika sektora e-commerce wpływa korzystnie na popyt na powierzchnię magazynową oraz przeobraża strukturę tego rynku. Rosnące wymagania w zakresie szybkości dostaw oraz obsługi posprzedażowej sprawiają, że sieć logistyczna coraz częściej obejmuje inwestycje deweloperskie lokalizowane w bliskiej odległości od finalnej grupy konsumentów, na obszarach dużych miast lub w ich bezpośrednim otoczeniu (np. przy obwodnicach miejskich). Obserwujemy dynamiczny rozwój konceptów takich jak „Small Business Units”, „City Logistics” czy „City Flex”, które doskonale wpisują się w trend rozwoju logistyki „ostatniej mili” na rynkach takich jak Warszawa, Łódź, Wrocław czy Trójmiasto. Deweloperzy dostarczają również obiekty specyficzne typu „Build To Suit”, realizowane w oparciu o indywidulane wymagania najemców, w tym m.in. powierzchnie przeładunkowe typu „cross-dock” popularne wśród firm z branży kurierskiej i logistycznej. Jednocześnie, większe regionalne centra logistyczne i magazyny centralne stanowiące pierwsze ogniwo dystrybucji w łańcuchu dostaw, będą coraz intensywniej rozbudowywane o nowoczesne systemy automatyczne pozwalające na szybka kompletację i minimalizację zatrudnienia.

Zdaniem ekspertów Cushman & Wakefield jest zbyt wcześnie, aby prognozować finalne konsekwencje pandemii koronawirusa dla sektora magazynowego. Prawdopodobne jest, że firmy i branże, które mierzą się z dużymi problemami w najbliższej przyszłości zmniejszą zapotrzebowanie na powierzchnię magazynową. Z drugiej strony można spodziewać się, że „utracony” potencjalny popyt będzie w dużej części rekompensowany coraz silniejszą aktywnością sektora e-commerce i logistycznego.

Optymistyczne jest stopniowe łagodzenie restrykcji oraz prognozy mówiące o powrocie gospodarki na ścieżkę wzrostu w 2021 roku. Warto zauważyć również, że w średnim i dłuższym terminie Polska może zyskać jako lokalizacja produkcyjna. Wydaje się, ze jednym z rezultatów aktualnego kryzysu będzie dążenie firm produkcyjnych do zmniejszenia ryzyka związanego z „blokadą” jakieś lokalizacji i dywersyfikacja lokalizacyjna oraz zwiększenie zapasów w krajach europejskich.

Niezależnie od dynamicznych zmian jakie możemy obserwować w kolejnych miesiącach, pozycja Polski jako rosnącego w siłę ogniwa globalnego łańcucha logistycznego powinna się nadal umacniać w perspektywie długoterminowej. Głównym czynnikiem rozwoju rynku magazynowego pozostanie wysoka dynamika branży E-commerce, która w warunkach bezprecedensowego kryzysu, z jakim mamy do czynienia, nabrała jeszcze większego znaczenia – zaznacza Joanna Sinkiewicz, Partner, Head of Industrial & Logistics, Cushman & Wakefield.

Rynek inwestycyjny

Zgodnie z oczekiwaniami ekspertów Cushman & Wakefield, w kwietniu i maju 2020 r. odnotowano na rynku niewielką liczbę transakcji w porównaniu z wolumenami transakcji inwestycyjnych w pierwszym kwartale, na które pandemia nie miała praktycznie żadnego wpływu. Sfinalizowane w drugim kwartale transakcje dotyczyły głównie nieruchomości biurowych i magazynowych, a zostały zapoczątkowane jeszcze przed wybuchem pandemii.

Nieruchomości logistyczne nadal stanowią klasę aktywów, którą kryzys dotknął w najmniejszym stopniu i, która wciąż cieszy się dużym zainteresowaniem inwestorów. Oferty zakupu zostają składane pomimo pandemii, a okazje inwestycyjne poddawane są szczegółowej analizie pod kątem wiarygodności najemców, wpływu COVID-19 na poszczególne branże, zdolności regulowania należności oraz fizycznej obecności w obiektach. Nieruchomości handlowe i hotelowe, aktualnie nie cieszą się dużym zainteresowaniem inwestorów, a alternatywne klasy nieruchomości (tj. mieszkania na wynajem instytucjonalny, akademiki i domy seniora) stanowią niewielką część rynku w Polsce, pomimo optymistycznych prognoz.

Przewidujemy, że wolumeny transakcji inwestycyjnych w drugim i trzecim kwartale będą niewielkie ze względu na przyjęcie przez wielu inwestorów strategii wyczekiwania, wydłużanie czasu na zawarcie transakcji, obostrzenia w podróżowaniu i brak konsensusu co do wycen po zakończeniu pandemii. W wyniku uzależnienia od inwestorów zagranicznych, którzy dotychczas odpowiadali za ponad 90% wolumenów transakcji inwestycyjnych, odbicie może nastąpić z kilkutygodniowym opóźnieniem w porównaniu z innymi rynkami w Europie i wiązać się z planowanym na połowę czerwca i początek lipca złagodzeniem obostrzeń w podróżowaniu samolotem. Wraz z powrotem gospodarki na ścieżkę wzrostu w drugim półroczu aktywność inwestycyjna na polskim rynku inwestycyjnym może szybko wzrosnąć, ponieważ inwestorzy nadal będą mogli liczyć w naszym kraju na atrakcyjniejsze stopy kapitalizacji w porównaniu z Europą Zachodnią oraz silny popyt ze strony najemców – mówi Marcin Kocerba, Associate, Capital Markets, Cushman & Wakefield.

Pandemia Covid-19 wpłynęła na pogorszenie się dobrobytu finansowego konsumentów w Europie, którzy obawiają się rosnących rachunków i długów

Intrum publikuje raport specjalny, który analizuje wpływ pandemii Covid-19 na gospodarstwa domowe w 24 krajach Europy. White Paper daje wgląd w obecne tendencje – rosnącą presję ekonomiczną i pogorszenie się dobrobytu finansowego konsumentów, który został przeanalizowany szczegółowo w raporcie Intrum “European Consumer Payment Report 2019”.

Kluczowe dane z naszego raportu specjalnego pokazują negatywne spojrzenie konsumentów na ich obecną sytuację finansową. Jak można było oczekiwać – widoczny jest narastający stres związany z kwestiami finansowymi. Jednakże, 1 na 3 respondentów przyznaje, że pandemia miała również pozytywny wpływ na to, w jaki sposób zarządzają finansami osobistymi.

– Cały świat zmaga się z zagrożeniem dla naszego zdrowia, jakim jest pandemia Covid-19, która ma również bezpośredni wpływ na zachwianie gospodarki w całej Europie, sytuację finansową konsumentów, przedsiębiorstw – i społeczeństw w ogóle. Znając te fakty, trzeba przyznać, że ogólna świadomość w kwestiach finansowych, możliwość zmiany podejścia do wydawania pieniędzy i budowanie oszczędności, mogą pomóc konsumentom w Europie przetrwać ten niepewny czas – mówi Mikael Ericson, Prezes i CEO Intrum.

Pogorszenie się dobrobytu finansowego konsumentów w Europie  – najważniejsze dane pochodzące z “European Consumer Payment Report 2020. Special Edition White Paper”:

  • 48% konsumentów przyznaje, że ich dobrobyt finansowy pogorszył się w porównaniu do sytuacji sprzed 6 miesięcy:
    • Grecja 67%, Polska 62%, Hiszpania 59%, Włochy 59%,
    • Millennialsi: 53%,
    • Rodzice: 55%, osoby bez dzieci: 44%.
  • Tylko 23% osób spodziewa się poprawy w ciągu 6 nadchodzących miesięcy:
    • Tylko 8% konsumentów we Włoszech.
  • 45% przyznaje, że obawy dotyczące rosnących rachunków wpływają negatywnie na ich samopoczucie (2019: 43%):
    • Rodzice: 51% (2019: 48%),
    • Osoby bez dzieci: 41% (2019: 41%).

Spadek dochodów powoduje obawy dotyczące zapłaty rachunków i długów:

  • 4 na 10 konsumentów przyznaje, że pandemia Covid-19 wpłynęła na ich zatrudnienie/sytuację zawodową, powodując spadek dochodów:
    • Wśród Millennialsów: 48%.
  • 1 na 5 konsumentów w wyniku pandemii popadł w większe długi, by pokryć codzienne wydatki:
    • Wśród Millennialsów: 24%,
    • Rodzice: 22%, osoby bez dzieci: 16%.
  • Odnotowano wzrost liczby osób, które muszą pożyczać pieniądze, by zapłacić rachunki – z 12% do 18%:
    • Wśród Millennialsów: 22%,
    • Rodzice: 21%, osoby bez dzieci: 16%.

Oszczędzanie w obecnej sytuacji jest trudne – obawa niepewnej przyszłości:

  • 58% osób jest niezadowolonych z tego, ile pieniędzy jest w stanie oszczędzać każdego miesiąca (2019: 52%):
    • Rodzice: 62%, osoby bez dzieci: 54%.
  • 39% konsumentów oszczędza mniej na przyszłość, niż to miało miejsce wcześniej, przed wybuchem pandemii Covid-19:
    • Wśród Millennialsów: 44%,
    • Rodzice: 45%, osoby bez dzieci: 36%.

– Zgodnie z oczekiwaniami, widzimy te negatywne tendencje przede wszystkim wśród „słabszych” gospodarstw domowych, o najmniejszych dochodach, takich jak, np. „młode” rodziny, ale także wśród Millennialsów. Pogorszenie się dobrobytu finansowego, rosnące rachunki oraz rosnące długi są coraz większym problemem. Aby móc zmierzyć się z tym trendem, należy jeszcze bardziej zająć się kwestią zwiększania wiedzy w obszarze zagadnień finansowych wśród Europejczyków – mówi Mikael Ericson, Prezes i CEO Intrum.

14-dniowa kwarantanna głównym problemem ukraińskich migrantów zarobkowych w Polsce

Odbycie obowiązkowej 14-dniowej kwarantanny w Polsce jest jednym z głównych problemów ukraińskich migrantów zarobkowych związanych z przyjazdem do pracy w Polsce. Takie wnioski płyną z sondażu przeprowadzonego przez agencję zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal wśród ukraińskich migrantów zarobkowych, którzy przybyli do pracy w Polsce, w tym na pokładzie trzech czarterów z Ukrainy zorganizowanych przez Gremi Personal. W badaniu uwzględniono również głosy Ukraińców, którzy zgłosili się na  gorącą infolinię uruchomioną przez Gremi Personal po wybuchu epidemii. Badanie przeprowadzono w dniach 8-14 czerwca wśród grupy 900 respondentów.

Dla 78% Ukraińców poważnym problemem jest znalezienie środków na utrzymanie się przez 14 dni kwarantanny w Polsce, jako że nie wszystkie agencje zatrudnienia zajmują się organizacją pobytu migrantów zarobkowych w ośrodkach kwarantanny.

Jak podkreśla Centrum Analityczne agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal równie ważnym pozostaje fakt, iż 63% respondentów stwierdziło, że w przyszłości rozważa podjęcie pracy w Niemczech, Czechach, Finlandii i innych krajach UE, jak tylko zniesione zostaną ograniczenia w przekraczaniu granic.

Jak widzimy, zainteresowanie innymi krajami UE, oprócz Polski, powraca wśród ukraińskich migrantów zarobkowych. Gdy tylko kraje europejskie zaczną oferować bardziej lojalne warunki niż Polska, można się spodziewać, że Ukraińcy właśnie tam będą aktywniej podejmować pracę. Na przykład Słowacja zniosła już obowiązkową 14-dniową kwarantannę dla obywateli ukraińskich przyjeżdżającyh do pracy, jeśli przedstawią zaświadczenie potwierdzające negatywny wynik testu na obecność COVID-19. Biorąc pod uwagę duży popyt na ukraińską siłę roboczą, być może warto, aby polski rząd rozważył zastąpienie 14-dniowej kwarantanny ukraińskich migrantów zarobkowych obowiązkowymi testami na obecność wirusa COVID-19. Nie tylko polscy rolnicy potrzebują pracowników sezonowych, którzy mogą teraz zostać poddani kwarantannie na polach. Wiele polskich przedsiębiorstw nadal odczuwa poważne niedobory siły roboczej. Ponadto, statystyki dotyczące liczby zachorowań na koronawirusa i ozdrowień w obu krajach (w Polsce i na Ukrainie) są prawie identyczne. Przypomnijmy, że Polska zniosła obowiązek poddawania się kwarantannie w przypadku obywateli krajów UE, na przykład Niemiec i Francji, gdzie liczba zachorowań na koronawirusa jest kilkakrotnie wyższa niż na Ukrainie.

Centrum Analityczne agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal

Eksperyment uczy

Pierwsze doświadczenia w pracy zdalnej to wyzwanie, ale jednocześnie źródło cennej wiedzy – zarówno dla pracowników, jak i firm wdrażających nowe narzędzia. Jak wykorzystać tę lekcję w codziennej współpracy, także po zakończeniu epidemii?

W ostatnich latach firmy, chcąc zatrzymać cennych i zdolnych pracowników, prześcigają się w proponowanych im benefitach, a jednym z nich jest możliwość okazjonalnej pracy zdalnej. Z badania[1] przeprowadzonego przez dr Annę Dolot z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie wynika, że dla 43% respondentów, którzy w trakcie pandemii pracują z domu, tzw. home office był dotychczas doświadczeniem sporadycznym.

Praca domowa w biznesowym wydaniu

Obecna sytuacja spowodowała konieczność przeorganizowania funkcjonowania wielu przedsiębiorstw i instytucji. To, co do tej pory było dodatkową korzyścią, stało się koniecznością. Realizacja obowiązków na stanowiskach, które na to pozwalają, przeniosła się do prywatnych domów i mieszkań. Podczas pandemii koronawirusa blisko 86% uczestników badania pracowało zdalnie 5 dni w tygodniu. Z dnia na dzień ich salon czy kuchnia na kilka miesięcy zmieniły się w biuro, a w wielu przypadkach jednocześnie także w szkołę. Praca zdalna stała się ogromnym wyzwaniem, dlatego warto wsłuchać się w feedback płynący od pracowników zmagających się z nową rzeczywistością. – Informacje zwrotne docierające do nas każdorazowo po „przetestowaniu” teorii w praktyce są dla nas bezcenną nauką i drogowskazem. To właśnie wiedza, która przychodzi wraz z nowymi doświadczeniami, ma największą wartość i znaczenie w podejmowaniu kolejnych wyzwań i szukaniu rozwiązań, które dobrze sprawdzą się nie tylko w codziennej praktyce, ale również w wyjątkowych sytuacjach, takich jak ta, z którą mierzymy się obecnie – mówi Stephane Tikhomiroff, dyrektor generalny Perfetti Van Melle Polska.

Praca zdalna wymaga doskonałej organizacji. Dla pracownika wyzwaniem jest płynna granica pomiędzy życiem zawodowym a czasem prywatnym (zacieranie się tego podziału, jako negatywny skutek epidemii, wymieniło aż 54% badanych), a także konieczność pogodzenia kilku ról – członka zespołu w firmie, partnera, rodzica.  – Ogromną rolę w procesie organizacji pracy firmy w trybie zdalnym odgrywają pracodawcy i bezpośredni przełożeni. To ich zadaniem jest zapewnienie pracownikom możliwie najbardziej komfortowych warunków pracy i narzędzi, które pozwolą na realizowanie obowiązków poza siedzibą firmy. Istotna jest także codzienna komunikacja z pracownikami, która oprócz priorytetyzacji zadań, buduje poczucie przynależności do zespołu oraz motywuje do efektywnej pracy – podkreśla Stephane Tikhomiroff.

Chociaż nowoczesne technologie pozwalają nam się widzieć i słyszeć za pomocą komunikatorów, to jednak nic nie zastąpi nam codziennych rozmów w biurze. Uczestnicy badania dr Anny Dolot wśród negatywnych konsekwencji pracy zdalnej w trakcie pandemii, najczęściej wskazywali właśnie brak bezpośredniego kontaktu ze współpracownikami – ten czynnik wskazało 69% z nich. Brakuje nam zarówno możliwości wymiany informacji czy opinii na tematy zawodowe, bieżącego omawiania czy wspólnego planowania działań, ale także zwykłej nieformalnej rozmowy, koleżeńskich relacji i wsparcia. Póki nie znamy daty powrotu do biurowej rzeczywistości, warto włączyć do codziennego planu dnia statusy zespołu czy zadania wymagające pracy grupowej – by chociaż w ten sposób ograniczyć poczucie izolacji.

Obecna sytuacja pokazuje, jak ważne dla pracowników są bezpośrednie relacje społeczne.  Rolą pracodawcy jest zapewnienie regularnej komunikacji z członkami zespołu – nie tylko na stopie zawodowej, ale także mającej wzmocnić poczucie wspólnoty oraz zwiększyć motywację do codziennej realizacji obowiązków. Ważne jest także, by pracownicy mieli poczucie bezpieczeństwa i mogli otwarcie komunikować swoje problemy czy obawy przełożonym. Pandemia pokazała także, że dobra organizacja pracy zdalnej czyni ją równie efektywną, jak stacjonarna. Spodziewać się więc można wzrostu zainteresowania tą formą realizowania obowiązków zawodowych w przyszłości.

[1] Badanie „Wpływ pandemii COVID-19 na pracę zdalną – perspektywa pracownika” przeprowadzono w dniach 7-15 kwietnia 2020 r. na próbie badawczej 327 respondentów. Dobór grupy miał charakter celowy – badanie skierowano do osób, które w tym czasie posiadały zatrudnienie oraz pracowały zdalnie.

Ponad połowie firm nie opłaca się prowadzenie sklepu w galerii handlowej

  • W maju br. frekwencja w galeriach handlowych była o 52% niższa niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.
  • 52,2% firm uważa, że obecnie nie opłaca się prowadzenie sklepów w galeriach, zaś 29% twierdzi, że jest to nieopłacalne, ale dostrzega symptomy poprawy.
  • 39,1% firm planuje, w związku z pandemią, zamknięcie do 20% sklepów w galerii handlowej, a 30,4% zlikwidowanie nawet od 20% do 40% placówek – wynika z badania Konfederacji Lewiatan przeprowadzonego wśród 203 przedsiębiorstw.

Zdaniem respondentów sprzedaż w sklepach i punktach zlokalizowanych w galeriach handlowych, w maju br. w stosunku do stycznia i lutego, obniżyła się o 46%.

Na pytanie, jak oceniają opłacalność prowadzonych w galeriach handlowych sklepów czy punktów, 52,2% firm odpowiedziało, że to działalność zdecydowanie poniżej opłacalności, 29% stwierdziło, że jest to nieopłacalne, ale dostrzegają symptomy poprawy, a dla 15,9% to biznes na granicy opłacalności.

W związku z pandemią 39,1% firm planuje zamknięcie do 20% punktów handlowych, a 30,4% od 20% do 40% punktów. Nie planuje zamknięcia sklepów w galeriach 18,8% firm.

5,8% firm rozważa całkowite przeniesienie działalności do lokali znajdujących się poza galeriami handlowymi, natomiast 4,3% chce sprzedawać produkty tylko w Internecie.

– Zamknięcie centrów handlowych doprowadziło setki firm i tysiące ich pracowników do dramatycznej sytuacji. Z dnia na dzień miejsca pracy zostały zamknięte, a firmy z każdym dniem traciły przychody. Po kilku tygodniach od otwarcia galerii widać, że sytuacja szybko nie wróci do stanu sprzed pandemii. Ponad połowa firm uważa, że obecnie nadal nie opłaca się prowadzenie sklepów w galeriach. Potrzebne są decyzje, które pozwolą branży handlowej nadrobić straty. Dlatego apelujemy m.in. o zawieszenie zakazu handlu w niedziele. Pozwoliłoby to ochronić większą liczbę miejsc pracy w handlu i branżach ściśle z nim współpracujących, zwiększyć sprzedaż oraz poprawić bezpieczeństwo sanitarne w czasie zakupów – mówi Grzegorz Baczewski, dyrektor generalny Konfederacji Lewiatan.

– Ruch w galeriach handlowych jest zdecydowanie mniejszy, a w dużych miastach (w najdroższych galeriach) jest dużo poniżej 50% sprzed pandemii. Jeżeli w najbliższych 2-3 miesiącach frekwencja w centrach handlowych nie będzie wracała do poprzedniego poziomu to Ochnik będzie musiał zmniejszyć liczbę salonów. W najbardziej pesymistycznym scenariuszu rozważamy zredukowanie sieci sprzedaży nawet o 30-40%. Część klientów nie wróci już do tradycyjnych zakupów – mówi Marcin Ochnik, prezes zarządu firmy Ochnik.

26,1% respondentów uważa, że w dużych galeriach handlowych liczba klientów wróci do poziomu gwarantującego opłacalność biznesu, co najmniej za 12 miesięcy, 24,6% jest przekonanych, że potrzeba na to co najmniej 18 miesięcy, 17,4% sądzi, że stanie się to do końca roku. 17,4% firm twierdzi wręcz, że sprzedaż już nie wróci do poprzedniego poziomu opłacalności.

Trochę więcej optymizmu panuje wśród firm, które mają sklepy w małych i średnich galeriach handlowych. 21,7% uważa, że do końca roku liczba klientów wróci w nich do poziomu gwarantującego opłacalność biznesu, a 27,5% sądzi, że potrzeba na to co najmniej 12 miesięcy. 10,1% firm jest przekonanych, że już nie wróci do poprzedniego poziomu opłacalności.

Konfederacja Lewiatana badanie online przeprowadziła w dniach 2-6 czerwca 2020 r. na próbie 203 przedsiębiorców prowadzących działalność w galeriach handlowych.

Tarcza 4.0. Co się zmienia?

  1. Czy wysokość odpraw dla zwolnionych w czasie pandemii może być zmniejszona?

Niestety, jak wynika z zapisów ustawy, w okresie epidemii lub stanu zagrożenia epidemicznego wysokość odprawy, odszkodowania czy innych świadczeń pieniężnych wypłacanych w związku z rozwiązaniem umowy o pracę rzeczywiście może być niższa, jeśli u pracodawcy nastąpił spadek obrotów lub istotny wzrost obciążenia funduszu wynagrodzeń. Warto dodać, że definicje spadku obrotów lub istotnego wzrostu obciążenia funduszu wynagrodzeń są również określone w ustawie.

  1. Jak interpretować „istotne obciążenie funduszu wynagrodzeń”?

O istotnym wzroście obciążenia mówi się, gdy iloraz kosztów wynagrodzeń pracowników i przychodów ze sprzedaży i towarów – w wybranym miesiącu, ale nie wcześniej niż przed 1 marca 2020 roku – wzrośnie o co najmniej 5 proc. w porównaniu do ilorazu tych wartości z miesiąca poprzedzającego (miesiąc bazowy). Udział kosztów wynagrodzeń w przychodach musi we wskazanym miesiącu wynosić więcej niż 30 proc. Taka sytuacja daje pracodawcy możliwość obniżenia czasu pracy pracowników maksymalnie o 20 proc. czy też obniżenie jego wynagrodzenia maksymalnie o 50 proc. przez objęcie pracownika postojem ekonomicznym.

  1. Jak rozwiązana została kwestia dofinansowania z FGŚP?

W kwestii dofinansowania do wynagrodzeń pracowników został teraz doprecyzowany sposób liczenia spadku obrotów, obecnie jest on liczony od 1 stycznia 2020 roku. Dofinansowanie przysługuje obecnie także przedsiębiorcom, którzy nie wprowadzili przestoju czy nie obniżyli wymiaru czasu pracy. Obejmuje połowę wysokości wynagrodzeń pracowników, jednak nie może to być więcej niż 40 proc. przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia według GUS.

  1. Czy pojawiają się jakieś zmiany związane zasiłkiem opiekuńczym?

Zasiłek opiekuńczy będzie wypłacany do 28 czerwca tego roku. Mają do niego prawo również rodzice, którzy nie zdecydują się na posłanie dziecka do żłobka, przedszkola czy szkoły, nawet pomimo faktu, że te placówki już przyjmują dzieci.

  1. Czy pracodawca może zawiesić funkcjonowanie ZFŚS i wypłacanie świadczeń socjalnych?

Jak wynika z ustawy, jeśli przedsiębiorca w czasie epidemii lub stanu zagrożenia epidemicznego, odnotował spadek obrotów gospodarczych lub istotne obciążenie funduszu wynagrodzeń, rzeczywiście może zawiesić funkcjonowanie Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych. Wstrzymane mogą zostać również wypłaty świadczeń urlopowych czy dokonywanie odpisu podstawowego na ten Fundusz. Natomiast, jeśli wysokość odpisu w danej firmie była wyższa niż wynikało to z obowiązujących przepisów, to wówczas stosuje się wysokość odpisu wynikającą z ustawy.

Tomasz Czerkies jest związany z ADP Polska od 2007 roku. Jako radca prawny zajmuje się opracowywaniem ekspertyz, sporządzaniem opinii prawnych, reprezentowaniem firmy w kontaktach z organami państwowymi, jak również klientami oraz identyfikowaniem zmian prawnych. Na co dzień specjalizuje się w problematyce prawa pracy, prawa cywilnego, prawa podatkowego, ochrony danych osobowych i ubezpieczeń społecznych, a także w zagadnieniach związanych z zatrudnieniem i relacjami między pracodawcą a pracownikiem.

Grupa INC pozyskała w I transzy emisji 2,1 mln zł dla Incuvo

Grupa INC, specjalizująca się w finansowaniu innowacyjnych podmiotów, z zakończyła pierwszą transzę emisji akcji spółki Incuvo SA, w której zapisy mogli składać więksi inwestorzy.  W ramach tej rudny pozyskano 2,1 mln zł. Druga transza akcji, o wartości 700 tys. zł, zostanie zaoferowana 23 czerwca w publicznej kampanii crowdinvestingowej. Szczegóły zostaną udostępnione na platformie CrowdConnect.pl. Środki od inwestorów spółka, której specjalizacją jest porting oraz produkcja gier w wirtualnej rzeczywistości,  przeznaczy na produkcję gry Green Hell VR oraz rozbudowę i wzmocnienie teamu produkcyjnego. W tym roku Incuvo chce zadebiutować na rynku NewConnect.

Incuvo to niezależne studio gamingowe z Katowic, które specjalizuje się w portowaniu i produkcji gier na urządzenia dedykowane wirtualnej rzeczywistości. Aktualnie studio pracuje nad VR-ową  wersją gry Green Hell. Pozyskane z emisji akcji środki, w wysokości 2,1 mln zł przeznaczy na produkcję i marketing portu gry na platformy PC oraz Oculus Quest.  Symulator osadzony w unikalnym otoczeniu amazońskiego lasu deszczowego, autorstwa Creepy Jar, okazał się hitem na PC. Incuvo zamierza kreatywnie podejść do VR-owej wersji projektu, dodając m.in. zupełnie nowe elementy, które nie znalazły się w wersji na komputery osobiste, a mają szansę uatrakcyjnić rozgrywkę w wirtualnym świecie.

– Emisja Incuvo, podobnie jak poprzednie projekty gamingowe,  została podzielona na dwie transze. Dziś zakończyliśmy z sukcesem pierwszą z nich. Z tej rundy pozyskaliśmy kwotę 2,1 mln zł. 23 czerwca na platformie CrowdConnect.pl wystartuje publiczna kampania crowdinvestingowa drugiej transzy emisji. W tej transzy spółka chce pozyskać 700 tys. zł, które zostaną przeznaczone na rozbudowę i wzmocnienie teamu produkcyjnego – informuje Paweł Śliwiński, prezes DM INC.-  Model biznesowy Incuvo wyróżnia się na tle konkurencyjnego rynku gier wideo specjalizacją, którą są gry w technologii VR. Warto wspomnieć, że rynek wirtualnej rzeczywistości systematycznie rośnie, a konkurencja na nim jest jeszcze relatywnie niska.  – komentuje Paweł Śliwiński, prezes DM INC.

Zapisy prowadzone przez Emitenta na dedykowanej stronie internetowej rozpoczną się o 10:00 we wtorek 23 czerwca, przy czym Dokument Ofertowy będzie dostępny co najmniej dzień wcześniej. Jednorazowy zapis na akcje Incuvo w ramach drugiej transzy może wynieść minimalnie 2,5 tys. zł, a maksymalnie 25 tys. zł.

Szybka Paczka GLS teraz w Krakowie. Zadebiutował też rower kurierski

Firma kurierska konsekwentnie rozwija sieć i otwiera kolejne punkty Szybkiej Paczki. Ten najnowszy w Krakowie jest jednak wyjątkowy, ze względu na dodatkową funkcję stacji przeładunkowej dla dostaw realizowanych rowerem kurierskim.

Firmowy punkt Szybkiej Paczki miał premierę wiosną ubiegłego roku w Poznaniu. Wtedy jeszcze ze statusem rozwiązania pilotażowego. Czy dzisiaj można już ocenić, jak sprawdził się ten pomysł? – Z miesiąca na miesiąc notujemy znaczące wzrosty w liczbie obsługiwanych paczek. Rozwój sieci punktów Szybkiej Paczki to dla nas cel strategiczny. Dążymy do tego, by oferować szeroki wachlarz nowoczesnych usług i działać w elastycznym modelu zorientowanym na indywidualne potrzeby klientów – mówi Małgorzata Markowska, marketing manager GLS Poland.

Firmowy punkt Szybkiej Paczki jest wyposażony m.in. w punkt pakowania, a nawet przymierzalnię (to ukłon w stronę osób zamawiających online odzież). Poza tym klienci mają tu możliwość odbioru i nadawania przesyłek za pobraniem, a płatności można dokonywać kartą lub BLIKIEM, z którym GLS niedawno nawiązał współpracę.

To nowoczesna i komfortowa przestrzeń. Zakres usług jest dopasowany do potrzeb zarówno odbiorców, jak i nadawców, w tym również działających w branży e-commerce. Zapewniamy w pełni profesjonalną obsługę, zgodną z wypracowanym przez nas standardem. Zespół punktu w całości stanowią nasi pracownicy – dodaje Małgorzata Markowska.

Natomiast już od 10 lat rozwija się sieć punktów nadania i odbioru Szybka Paczka/ ParcelShop GLS prowadzonych przez partnerów firmy, których liczba w całej Polsce przekroczyła 1000.

To ważny element usług kurierskich. Systematyczna rozbudowa sieci punktów nadania i odbioru, znajdujących się w dogodnych lokalizacjach, pozwala nam być blisko klientów – podkreśla Małgorzata Markowska.

Kurierskim rowerem pod Wawelem

Krakowski punkt firmowy Szybkiej Paczki GLS jest zlokalizowany przy ul. Dietla 93, blisko skrzyżowania z ul. Starowiślną, a więc w ścisłym centrum miasta. Równocześnie służy jako stacja przeładunkowa dla przesyłek adresowanych do odbiorców w okolicy. Dociera do nich kurier poruszający się rikszą, a dokładniej rowerem kurierskim zbudowanym specjalnie na potrzeby tego rodzaju usług. W Polsce takiego rozwiązania nie stosowała dotąd żadna firma z branży. Dlaczego GLS wprowadza je akurat w Krakowie?

W sercu miasta jest duża strefa ograniczonego wjazdu dla pojazdów silnikowych. Natomiast riksza bez problemu i zgodnie z obowiązującymi przepisami dojeżdża bezpośrednio do odbiorców. Lokalizacja przy ul. Dietla pozwala nam połączyć rozwiązania ekologiczne, które również wpisane są w strategię naszego rozwoju, z Szybką Paczką – wyjaśnia Małgorzata Markowska.

Punkt Szybkiej Paczki w Krakowie otwarto 1 czerwca, chociaż na razie, ze względu na obostrzenia związane z pandemią, niedostępne dla klientów są przymierzalnia i punkt pakowania.

Jednak sytuacja epidemiczna stopniowo się stabilizuje. Równocześnie obserwujemy wyraźny wzrost liczby przesyłek związanych z handlem online, a punkty Szybkiej Paczki znakomicie wspierają rozwój e-commerce – zaznacza Małgorzata Markowska.

Dodajmy, że klienci GLS mogą nadal bez przeszkód wysyłać paczki do krajów UE, w których operuje firma.

To ważne o tyle, że usługi wysyłki za granicę, zwłaszcza do takich krajów jak Niemcy, Holandia, Wielka Brytania i Irlandia, cieszą się coraz większym zainteresowaniem. W ciągu ostatnich pięciu lat wolumen przesyłek zagranicznych systematycznie wzrastał. – dodaje Małgorzata Markowska.

GLS_Krakow_Szybka Paczka_04Grupa GLS to jeden z liderów jakości w europejskiej logistyce przesyłek. Cała sieć operatora, za pośrednictwem spółek-córek oraz partnerów transportowych, obejmuje 45 krajów, w tym USA i Kanadę.

RPP uważa, że złoty jest zbyt mocny. Stopy procentowe w Polsce bez zmian

Posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej odbyło się niemal bez niespodzianek. Zaskoczył tylko fragment o sile polskiej waluty. Dążenie do osłabienia PLN byłoby fatalnym sygnałem dla kredytobiorców frankowych.

Decyzja RPP

Zgodnie z oczekiwaniami analityków stopy procentowe pozostały na niezmienionych poziomach. Warto natomiast zwrócić uwagę na sygnały niezadowolenia na kurs złotego względem głównych walut. Zdaniem członków Rady polska waluta jest zbyt silna, co przeszkadza eksportowi. Sformułowanie wyrażone w komunikacie RPP mówi, co prawda, o braku dostosowania złotego do globalnego wstrząsu i poluzowania polityki monetarnej. Jednak brzmi to trochę jakby Rada miała pretensje do rynku, że nie da się nim sterować ręcznie. Złotówka owszem straciła od początku kryzysu na wartości, ale rodzima gospodarka wcale nie radzi sobie tak źle na tle Europy Zachodniej by uzasadniać na razie radykalne przeceny.

Dobre dane z USA

Wczoraj poznaliśmy dane na temat sprzedaży detalicznej w USA. Analitycy spodziewali się odbicia na poziomie 8% w górę w maju po bardzo słabym kwietniu, kiedy to spadki sięgnęły 14,7%. Odczyt wyniósł 17,7%, w rezultacie udało się zasypać całą stratę z kwietnia. Są to dobre dane pokazujące, że za oceanem wcale nie jest tak źle jak dotychczas sądzono. W rezultacie tych danych obserwowaliśmy wczoraj silne umocnienie się dolara względem euro. W rezultacie dolar podrożał wczoraj względem złotego o ponad 5 groszy.

Inflacja w Europie

Dzisiaj z rana poznaliśmy odczyty zmian cen zarówno w Wielkiej Brytanii jak i w Strefie Euro. Ceny na Wyspach rosną zgodnie z oczekiwaniami o 0,5% w skali roku. Po tych danych nie było większej reakcji na funcie brytyjskim. W strefie euro inflacja średnia ważona wyniosła 1,2%. Co ciekawe, dane te zbiegły się z osłabieniem europejskiej waluty względem dolara amerykańskiego.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Czy wpompowanie pieniądza w gospodarkę spowoduje inflację?

Zasilanie rynku dodatkowym pieniądzem w czasach kryzysu jest konieczne, by dofinansować budżety przedsiębiorców i pracowników. Podczas kryzysu w 2008 roku banki na różne sposoby wpompowały w rynek dodatkowe środki, by utrzymać działalność gospodarki. Dzisiaj, podczas kryzysu epidemiologicznego, mamy do czynienia z większym zadłużaniem się państwa na rzecz utrzymania przedsiębiorstw i pracowników. Takie sytuacje prowokują rozmowę o inflacji. Czy dodatkowe pieniądze – wpuszczane na rynek przez państwo – spowodują spadek wartości waluty? Czy będziemy mieć po kryzysie do czynienia z galopująca inflacją? Eksperci twierdzą, że niekoniecznie.

Z dzisiejszym zaawansowaniem naszej gospodarki czasowe zwiększenie dodatkowego pieniądza na rynku nie musi powodować poważnych problemów z inflacją – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Dodatkowe środki są niezbędne do tego, żeby gospodarka jako całość mogła dotrwać do pierwszej poprawy sytuacji ekonomicznej po okresie pandemii. Tylko tak firmy, konsumenci i pracownicy będą mogli przetrwać ten najtrudniejszy okres. Oczywiście jest to w dużej mierze bilans kredytowy. Trzeba pamiętać, że prędzej czy później ten kredyt będziemy musieli spłacić – a po drodze do tej spłaty obsługiwać podwyższone zadłużenie. Jeśli zaś chodzi o obawy związane z inflacją – wynikające z twardego założenia: dużo pieniądza, duża inflacja – to nie powinny się one sprawdzić. Z praktyki wielu gospodarek z ostatnich lat widać, że nie jest to nieuchronna kolej rzeczy – uważa Soroczyński.

Na razie czeka nas rynek pracodawcy, ale może szybko zniknąć

Scenariusze dla polskiej gospodarki po epidemii koronawirusa są różne. Zależą głównie od sytuacji epidemiologicznej i od możliwego jesiennego powrotu zachorowań. Jeśli jednak spełnią się oczekiwania władz i od lipca koniunktura gospodarcza wróci do normalności, możemy się spodziewać nastania kilku trendów. Pierwszy z nich związany jest z naturalnym porządkiem sezonowym – okres wakacyjny to czas aktywności turystycznej, ale również rekrutacji na nowe stanowiska pracy w rolnictwie i budownictwie. Pojawi się więc tutaj przestrzeń dla nowych pracowników. Jednak kolejne elementy sytuacji gospodarczej, związane ściśle z kryzysem epidemicznym, zapewne odwrócą tę sytuację. Bankructwo wielu firm stworzy tak zwany “rynek pracodawców”, gdzie chętnych do pracy jest więcej, niż dostępnych stanowisk.

– W kolejnym miesiącu wielu osobom, które straciły pracę w okresie wiosennym, będą kończyły się okresy wypowiedzeń. Trafią więc na nowo odmrożony rynek, poobijany po kryzysie. Warunki sprawią, że pozycja negocjacyjna pracowników będzie słabsza, a miejsc pracy nie starczy dla wszystkich – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Kubisiak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Będzie to jednak etap przejściowy. Uruchomi się bowiem wiele makro trendów, z którymi mieliśmy do czynienia przed kryzysem. W szczególności będą to czynniki demograficzne, które odpowiadają za wyraźne kurczenie się zasobów pracowniczych w polskiej gospodarce. Do tego dochodzi charakter imigracji. Napływ cudzoziemców do Polski był ostatnich latach głównie krótko bądź średnioterminowy – nie wypełniał więc luki po Polakach, którzy wyemigrowali. Możemy się spodziewać, że w ciągu kilku kwartałów wróci do Polski “rynek pracownika”, na którym miejsc pracy będzie więcej niż chętnych – przepowiada Kubisiak.

Wpływ COVID-19 na gospodarkę – co widać w indeksach

Pandemia koronawirusa wpłynęła na wszystkie sektory gospodarki wywołując jeden z największych kryzysów ekonomicznych w ciągu ostatnich 100 lat. Dziś, niemal 5 miesięcy od wybuchu epidemii, obserwujemy powolny powrót do tzw. „nowej normalności”, choć na poprawę sytuacji w niektórych branżach przyjdzie jeszcze poczekać.

Stopniowy powrót do normalności

Od połowy marca 2020 r. polski rynek stopniowo się stabilizuje. Widać to zarówno w indeksach giełdowych, jak i w podejściu i aktywności biznesu. Podobny schemat obserwujemy też w innych krajach – spadki rozpoczęte w połowie lutego trwały przez miesiąc, by następnie (w różnym tempie) rozpocząć odrabianie strat.

Najsilniej w wyniku pandemii ucierpiały giełdy francuska i włoska, które wraz z hiszpańską mają największe trudności z powrotem do poziomów sprzed epidemii. Najlepiej z wychodzeniem z kryzysu radzą sobie natomiast Stany Zjednoczone i Niemcy, które w stosunku do 2 stycznia odrobiły straty do poziomu odpowiednio 6% i 10%. Stosunkowo niewielka reakcja amerykańskiej giełdy na pandemię wydaje się zastanawiająca, szczególnie w zestawieniu z lawinowym wzrostem bezrobocia i ryzykiem wystąpienia silnego załamania gospodarczego. Zaskakująca jest również wysoka odporność giełdy chińskiej, która odnotowała stosunkowo niewielkie straty, pomimo załamania się globalnego łańcucha dostaw, którego Chiny były kluczowym elementem.

Jak tłumaczy Olgierd Świerzewski, Executive Director w kancelarii Kochański & Partners, różnice we wpływie COVID-19 na gospodarki poszczególnych państw wynikają z odmiennych działań podjętych w walce z pandemią:

Państwa, które w dobie globalizacji są ze sobą silnie powiązane, przyjęły całkowicie odmienne strategie walki z pandemią – od początkowego zaniechania jakichkolwiek działań, po nagłe nałożenie surowych restrykcji. Złożoność problematyki sprawia, że wpływ pandemii na różne państwa oraz ich poszczególne sektory gospodarki nie jest jednakowy.

Skrajne reakcje sektorów

W Polsce największe spadki, bo aż o 50%, odnotowały w połowie marca sektory odzieżowy i farmaceutyczny. Najmniejsze straty dotyczyły natomiast branży budowlanej (14%), nieruchomościowej i nowych technologii (po 18%).

Pandemia jeszcze przyspieszyła i tak szybko postępującą digitalizację życia gospodarczego i społecznego. Sektor nowych technologii jest dostawcą innowacyjnych rozwiązań, które będą standardem w nowej, zmienionej rzeczywistości. – komentuje Szymon Balcerzak, Szef Zespołu Doradztwa Transakcyjnego i Analiz w Kochański & Partners.

Obecne notowania giełdowe wskazują na stosunkową stabilizację w gospodarce i powolne odrabianie strat. Sektor odzieżowy zmniejszył spadek do 30% w stosunku do początku roku, a firmy technologiczne i budowlane przeżywają dynamiczne odbicie, przekraczając wartość indeksów sprzed 2 stycznia.

Najgorzej przedstawia się sytuacja wciąż pogrążonego w kryzysie sektora bankowego, który – w połowie marca notując stratę rzędu 36% – pogłębił spadki do poziomu 46%. Niepokojące sygnały docierają również z sektora nieruchomościowego, który pomimo stosunkowo niedużej utraty wartości indeksu wolno odrabia straty, a ich poziom od połowy marca cały czas oscyluje między -13% a -21% w odniesieniu do wartości z początku roku.

Mniejsze przedsiębiorstwa przechodzą przez COVID (prawie) bezobjawowo

Co ciekawe, jak wskazują notowania sWIG80, małe i średnie przedsiębiorstwa lepiej niż duże zareagowały na kryzys wywołany pandemią koronawirusa. Dotychczas nie sprawdziły się prognozy dotyczące wystąpienia masowych upadłości. Jest to szczególnie istotne z punktu widzenia sytuacji na rynku pracy; w sektorze MŚP zatrudnionych jest bowiem aż 57,5% pracowników.

Należy jednak pamiętać, że wprowadzona w tarczy antykryzysowej możliwość odroczenia płatności ZUS czy zobowiązań podatkowych o 3 miesiące może spowodować nawarstwienie problemów płynnościowych w sektorze małych i średnich firm w okolicach wakacji.

Dotychczasowa, lepsza reakcja na pandemię ze strony mniejszych przedsiębiorstw – skupiających swoją aktywność na rynku lokalnym – ukazuje, jak ważna jest ich rola w kontekście uodpornienia rodzimej gospodarki na światowe spowolnienia czy kryzysy gospodarcze – zauważa Adrian Grzegorzewski, analityk z kancelarii Kochański & Partners.

Santander Bank Polska poszukuje innowacji w obszarze #fintech

Santander Bank Polska wraz z akceleratorem Accelpoint zaprasza do składania aplikacji do programu akceleracyjnego AccelUp. Rekrutacja w trzeciej rundzie programu kończy się 30 czerwca. AccelUp to program, który łączy dojrzałe startupy z obszarów fintech oraz insurtech z globalnymi korporacjami. Aplikacje zbierane są na stronie internetowej www.accelpoint.pl.

Uczestnicy programu AccelUp otrzymują wsparcie finansowe do 200 tys. zł oraz wsparcie business know-how w postaci ponad 100 godzin konsultacji z ekspertami rynkowymi. Startupy będą miały również możliwość skorzystania z szerokiego zaplecza networkingowego, w tym możliwość prezentacji przed globalnymi funduszami inwestycyjnymi. AccelUp to program typu non-equity – po zakończeniu akceleracji całość udziałów pozostaje po stronie startupu.

Dotychczas odbyły się już dwie tury akceleracyjne programu AccelUp, w ramach którego poszukiwane są startupy z trzech obszarów: FinTech, InsurTech i TelCo. Eksperci Santander Bank Polska patronują ścieżce FinTech.

– Współpraca ze startupami w ramach programu akceleracyjnego AccelUp stwarza bezpieczną przestrzeń do testowania usług przyszłości. Startupy mogą korzystać z profesjonalnego środowiska testowego, a my mamy swój udział w dostosowywaniu takiego rozwiązania do realnych potrzeb klientów. Obecna sytuacja na rynku pozwala zaistnieć wielu nowym innowacjom oraz może zmienić wartość dotychczasowych rozwiązań. Zrozumienie zmieniających się potrzeb naszych klientów, zwłaszcza teraz, przy niespodziewanych okolicznościach, jest dla nas priorytetem. Tym cenniejsze w trzeciej rundzie będą dla nas nieszablonowe rozwiązania oferowane przez startupy – komentuje Dariusz Paczewski, Digital & Innovation Leader, Santander Bank Polska.

Do programu zaproszone są startupy z produktami gotowymi do wdrożenia. W pierwszym etapie akceleracji firmy otrzymają pomoc w zaadaptowaniu produktów do potrzeb banku, z kolei w drugim startup przetestuje produkt na infrastrukturze banku i przeprowadzi Proof of Concept.

– Dotychczasowe wsparcie w ramach programu AccelUp jest bardzo pozytywnie oceniane przez startupy biorące udział w dwóch dotychczasowych rundach akceleracji. Zapraszamy kolejne startupy do aplikowania. Nasi partnerzy szczegółowo zdefiniowali swoje oczekiwania – wiemy, jakich innowacji poszukują. Dzięki temu mamy naprawdę wyróżniającą się skuteczność we wdrażaniu rozwiązań startupów i rozwijaniu współpracy z odbiorcami technologii w naszym programie. W tej rundzie szczególnie istotne są dla nas obszary takie jak: Big Data & Machine Learning, AML/KYC, Security, Client onboarding, digitalizacja, automatyzacja i optymalizacja procesów wewnętrznych, innowacyjne kanały dystrybucji kredytów i ubezpieczeń, nowe produkty i usługi dla klientów z segmentów retail i SME – tłumaczy Maciej Majewski, Head of AccelUp Acceleration w Accelpoint.

Wszystkie szczegóły dotyczące regulaminu i zgłoszeń do programu znaleźć można na stronie: https://accelpoint.pl/accelup/apply

Ceny mieszkań w maju stanęły. Komentarz eksperta

Odczyt stawek ofertowych mkw. nowych mieszkań z danych bazy portalu RynekPierwotny.pl na koniec maja wskazuje na wyraźne hamowanie tendencji wzrostowej i przechodzenie rynku do stanu oczekiwanej stabilizacji. Co prawda w czterech z sześciu monitorowanych lokalizacji ceny wciąż rosły, jednak tylko w Gdańsku była to zmiana ponad jednoprocentowa, natomiast w Krakowie, Łodzi i Wrocławiu o ułamek procenta.

Uwagę zwraca jednak rynek stołeczny, na którym w maju doszło do umiarkowanej, półprocentowej korekty. Jest to jednak o tyle istotne, że główny rynek nieruchomościowy kraju ma dla ogólnej koniunktury w mieszkaniówce co najmniej takie znaczenie, jak wszystkie pozostałe lokalizacje razem wzięte. Innymi słowy, jeśli w Warszawie tendencja wzrostowa zostanie zatrzymana, będzie to niemal pewny zwiastun podobnego rozstrzygnięcia dla reszty rodzimych metropolii. Majowy spadek jest być może zapowiedzią tego typu sytuacji.

Z kolei co do perspektyw ewolucji cen na pierwotnym rynku mieszkaniowym, potencjalnym hamulcem dla ewentualnej głębszej przeceny może być niedawna obniżka krajowych stóp procentowych, przyjęta dość euforycznie na giełdzie w odniesieniu do akcji spółek deweloperskich o profilu mieszkaniowym.

W maju bez istotnych statystycznie zmian pozostały średnie wartości metraży sprzedawanych przez deweloperów lokali mieszkalnych. Taka też tendencja powinna się utrzymywać jeszcze przez dłuższy okres czasu. Jest to w głównie efekt malejących wolumenów nowych wprowadzeń w czasie pandemii.Tabela – Średnie ceny mieszkań w maju -6 największych miast

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Maleją zatory płatnicze firm. Najwięcej niesolidnych zleceniodawców mają transport i handel

Ubyło firm, które w ciągu ostatnich 6 miesięcy przez ponad 60 dni nie mogły uzyskać płatności za swoje towary i usługi. Paradoksalnie lockdown, który zaszkodził 6 na 10 przedsiębiorstw MSP, przełożył się na poprawę rozliczeń B2B. W trudnych czasach firmy zmobilizowały się do zabiegania o zapłatę, częściej sprzedają na przedpłaty i same starają się też robić przelewy szybciej niż zwykle by nie przysparzać partnerom biznesowym dodatkowych kłopotów. W efekcie udział firm, które nie mogą ściągnąć należności spadł z ok. 50 proc. w zeszłym roku do 35 proc. w drugim kwartale br. – pokazują badania przeprowadzone dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor.

Zamrożenie gospodarki, wynikające z ograniczeń związanych z koronawirusem, wpędziło w tarapaty większość firm MSP. Ze względu na odcięcie od rynku i klientów, a także niedobór pracowników zajętych opieką nad dziećmi, w ograniczonym zakresie lub wcale nie działało w kwietniu i na początku maja aż 59 na 100 z nich. W przypadku 35 firm na 100 nie zmieniło się nic. Są też nieliczni wygrani, skalę działania zwiększyło 6 firm na 100 – wynika z badania przeprowadzonego przez Instytut Keralla Research dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor.

Działalność firm MŚP w sytuacji pandemii

Wirus podleczył zatory płatnicze firm
Źródło: BIG InfoMonitor

– Pierwsze tygodnie pandemii wywołały obawy, że przedsiębiorcy ratując się będą jeszcze bardziej niż wcześniej nadużywać kredytu kupieckiego. Tak się jednak nie stało. Po niemal dwóch miesiącach zamrożenia gospodarki firm, które nie mogą się doczekać na należności, jest mniej. Z ok. 50 proc. mikro, małych i średnich przedsiębiorców wyczekujących na liczne płatności przez ponad dwa miesiące, ich udział w pierwszym kwartale stopniał do 40 proc., a w drugim do niespotykanego od lat poziomu 35 proc. Tak dobrego wyniku nie udało się osiągnąć w szczycie koniunktury gospodarczej, a okazał się zasługą kryzysu! I bynajmniej nie jest to wyłącznie efekt dużo mniejszej liczby wystawianych faktur – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Należności przeterminowane ponad 60 dni w poprzednich 6 miesiącach

Wirus podleczył zatory płatnicze firm 2
Źródło: BIG InfoMonitor

Pomagają większa kontrola i przedpłaty

Niestety jakość wzajemnych rozliczeń nie poprawiła się dlatego, że zleceniodawcy i kupujący zaczęli sami z siebie lepiej niż wcześniej pilnować terminów. – Przedsiębiorcy pod wpływem koronawirusa, zakasali rękawy i zaczęli odrabiać pracę domową, w większym stopniu angażując się w sprawdzanie kontrahentów, szybciej reagując, gdy pieniądze nie przychodzą na konto, korzystając z usług firm windykacyjnych, decydując się też skrócić terminy płatności, które – jak praktyka pokazuje – i tak często są samowolnie przedłużane przez płatników – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak.

Pandemia aż co szóste przedsiębiorstwo skłoniła też do przejścia na przedpłaty. Jedna trzecia z tej grupy zaproponowała takie rozwiązanie wyłącznie firmom, które wcześniej opóźniały rozliczenia, a dwie trzecie bez wyjątków wszystkim swoim klientom: solidnym i niesolidnym, znanym i zupełnie nowym.

Czy pandemia wpłynęła na postępowanie firm wobec opóźnień o ponad 60 dni?

Wirus podleczył zatory płatnicze firm 3
Źródło: BIG InfoMonitor

Na poprawę jakości rozliczeń B2B wpłynął również wzrost samodyscypliny płacących za towary i usługi. Ponad 8 proc. firm informuje, że ich odbiorcy obecnie starają się płacić szybciej niż zwykle. – Wprawdzie na początku pandemii co trzeci przedsiębiorca deklarował, że w trudnych czasach wykaże się większą empatią wobec swoich partnerów i będzie bardziej cierpliwy oczekując na płatność, ale też szybszy w regulowaniu zobowiązań, dziś myślących w ten sposób jest już znacznie mniej. Dobrze, że pozostała choć część. Empatia ma jednak swoje przyczyny – przedsiębiorcy zdają sobie sprawę z powagi sytuacji i nie chcą przyłożyć ręki do upadłości swoich dostawców, bo zaszkodziłoby to również im. Przerwania łańcucha dostaw lub bankructwa dostawców boi się co piąta firma. W największym stopniu martwi się tym przemysł (37 proc.) i handel (34 proc.) – mówi Sławomir Grzelczak.

Wiele firm, obawia się także, iż zbankrutują ich zleceniodawcy (16 proc.), tu akurat dominują transport i budownictwo. Takie postrzeganie sytuacji może przekładać się na wyższą skłonność do wydłużania terminów płatności, podobnie zresztą jak największe obecnie zmartwienie przedsiębiorców, czyli strach przed brakiem klientów (44 proc.), którzy zmuszeni przez sytuację zaczną ciąć koszty. To w największym stopniu pesymistyczna wizja sektora usług (57 proc.) i budownictwa (47 proc.).

Czego w ciągu 6 nadchodzących miesięcy Państwa firma obawia się najbardziej?

Wirus podleczył zatory płatnicze firm 4
Źródło: BIG InfoMonitor

Prawie jedna czwarta należności spóźnia się ponad dwa miesiące

W beczce miodu, w której ubywa firm, zmagających się z fakturami opóźnionymi o min. 60 dni, jest łyżka dziegciu – rośnie problem w ujęciu wartościowym. Gdy w minionym roku kłopoty firm skarżących się na niesolidność kontrahentów przeciągających zapłatę dotyczyły średnio 16 zł na każde 100 zł należności, dziś jest to już 23 zł. – Co trzeciej firmie (36 proc.) nie przychodzi na konto przez ponad dwa miesiące od wyznaczonego terminu prawie jedna czwarta z należności. To już jest naprawdę niebezpieczna sytuacja i nie ma się co oszukiwać, w takich warunkach firmy te również nie są w stanie płacić terminowo swoich zobowiązań i zarażają problemem zatorów płatniczych kolejnych. Część z nich na dłuższą metę tego nie przetrwa i skończy ogłaszając upadłość – mówi Sławomir Grzelczak.

Najwięcej niesolidnych zleceniodawców mają transport i handel

W ujęciu branżowym największe kłopoty ze ściąganiem należności ma transport i handel, przy czym ten pierwszy ma najwięcej zleceniodawców, którzy nie regulują płatności przez ponad dwa miesiące. W handlu, gdzie niemal dwie trzecie przedsiębiorców skarży się na opóźnione płatności przez ponad 30 dni, z czasem sytuacja się poprawia i powyżej dwóch miesięcy zobowiązań wobec firm handlowych nie reguluje ok. 40 proc. firm. W transporcie ponad połowa zleceniodawców nie płaci powyżej 30 dni, a po upływie kolejnych 30 dni niesolidnych płatników ubywa nieznacznie. Skalę opóźnień, której doświadcza transport i handel trudno porównać z sytuacją w innych sektorach. W przemyśle, usługach i budownictwie niesolidnych płatników jest o jedną trzecią, a w budownictwie nawet o połowę mniej. Branża, której niesolidni zleceniodawcy przed laty dawali się we znaki najbardziej, dziś skarży się najrzadziej.

W ostatnich 6 miesiącach firma czekała na opóźnioną płatność

Wirus podleczył zatory płatnicze firm 5
Źródło: BIG InfoMonitor

– Budownictwo jest mocno uwikłane we wzajemnych relacjach, tymczasem lockdown dotknął go w niewielkim stopniu, sprzyjała mu też ciepła zima, prace cały czas trwały, a popyt nie zawodził. Trudności na razie przysporzył co najwyżej wyjazd na Ukrainę wielu przestraszonych pandemią pracowników, ale to sprawiło, że jeszcze trudniej było o ręce do pracy, co dodatkowo zmobilizowało do dalszej poprawy wzajemnych rozliczeń, zarówno w trosce o relacje, jak i w obawie, że opóźnienia mogą spowodować bankructwo zleceniobiorców i ich zejście z placów budów – wyjaśnia Sławomir Grzelczak i dodaje: Niestety w transporcie wygląda to znacznie gorzej. Choć polskie firmy w przewozach międzynarodowych w czasie pandemii radziły sobie nieźle, wręcz przejmując część zleceń firm z Europy Zachodniej, to jednak już transport towarów w kraju przyhamował, wzrosła konkurencja, a zleceniodawcy wykorzystują sytuację m.in. dyktując warunki i terminy płatności. Dodatkowo, wielu z nich, pandemia też mocno dała się we znaki.

Transport, który ma najwięcej kłopotów ze ściąganiem należności, ma też najbardziej rozpowszechniony problem z terminową obsługą swoich zobowiązań. Z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK wynika, że na koniec kwietnia co 11. firma transportowa ma opóźnienia pozakredytowe i kredytowe (9,1 proc.), czyli zgłoszone do rejestru BIG nieopłacone faktury oraz nieuregulowane przez co najmniej 30 dni od terminu min. 500 zł raty kredytów widoczne w BIK. Łączne zaległości transportu przekroczyły już 2,1 mld zł i jest to czwarty sektor w gospodarce pod względem poziomu zaległości. Największe kwoty przypadają na handel – niemal 7,9 mld zł przeterminowanych zobowiązań oraz 5,6 procentowy udział firm z problemami, następny jest przemysł 5,8 mld zł zaległości (5,4 proc.) oraz budownictwo 5,2 mld zł (5,6 proc.). W całej gospodarce jest to 33,73 mld zł zaległości i 5,9 proc. niesolidnych firm. Kto nie płaci na czas, można sprawdzić w BIG InfoMonitor online, pobierając raport o danej firmie w oparciu o jej NIP, lub też na stałe monitorować sytuację wybranych przedsiębiorstw. Informacja o każdej wpisanej zaległości jest wówczas od razu udostępniana mailem.

Badanie Badanie Keralla Research techniką wywiadów telefonicznych na próbie 500 mikro, małych i średnich firm. Termin badania: kwiecień/maj 2020.

Badanie Keralla Research techniką wywiadów telefonicznych na próbie 120 mikro, małych i średnich firm. Termin badania: koniec maja 2020.

Innowacje w dobie kryzysu. Wyzwania CEO

Pandemia COVID-19 wymusiła na wielu przedsiębiorstwach transformację cyfrową. To dopiero pierwszy krok na drodze do innowacji, które mogą okazać się czynnikiem sukcesu przy wychodzeniu z obecnego kryzysu. Jednak firmy prowadzące w Polsce działalność B+R nie należą do czołówki światowych innowatorów.

Z badania Opinia24 przeprowadzonego dla Ayming wynika, że w 2019 r. tylko 60 proc. z nich opracowało nowy produkt, a co piąta – nową usługę. 38 proc. ankietowanych nie skorzystało z żadnej formy ochrony własności intelektualnej. Do głównych wyzwań, które stoją przed kadrą zarządzającą w firmach rozwijających innowacje, zaliczymy m.in. uzyskanie zewnętrznego finansowania, opracowanie strategii innowacji oraz rozwój kultury innowacyjnej – wynika z raportu Ayming Polska „Droga do innowacji a COVID-19. Wyzwania dla CEO”.

Choć świat ponad dekadę temu również zmagał się z kryzysem gospodarczym, nie dotknął on wówczas aż w takim stopniu rodzimych przedsiębiorców, jak ma to miejsce teraz. Z danych GUS wynika, że po marcu, który przyniósł zmniejszenie produkcji przemysłowej o zaledwie 2,3 proc. w porównaniu z tym samym okresem w 2019 r., w kwietniu nastąpiło poważne załamanie. Produkcja spadła aż o 24,6 proc., a kryzys dotknął 30 z 34 gałęzi przemysłu. Już na początku pandemii najlepiej radziły sobie firmy, które wcześniej wdrożyły rozwiązania cyfrowe i były elastyczne biznesowo. Wielu z nim wykorzystanie innowacji w działalności biznesowej pozwoliło na szybkie przystosowanie się do nowej rzeczywistości rynkowej.

Krajobraz innowacyjności

Przedsiębiorcy w Polsce dość optymistycznie oceniają swój dotychczasowy poziom innowacyjności. Porównując się do konkurencji międzynarodowej, 42 proc. z nich wystawiło sobie notę 3 w skali od 1 do 5. Co trzeci respondent pytany przez agencję Opinia24 przyznał, że dobrze ocenia swój poziom innowacyjności. Tak przedstawiają się deklaracje, a jak wygląda praktyka? W raporcie Ayming czytamy, że w 2019 r. najwięcej firm ulepszyło swój produkt (62 proc.) lub opracowało nowy (60 proc.). Ulepszonym procesem pochwaliło się 40 proc. ankietowanych, zaś zupełnie nowym – 31 proc. Co piąte przedsiębiorstwo opracowało nową usługę, a co czwarte ją ulepszyło. 33 proc. badanych sięgnęło po ochronę patentową, a 7 proc. zarejestrowało wzór użytkowy lub wzór przemysłowy. W związku z COVID-19 rozwój innowacyjności w Polsce może zauważalnie wyhamować, ale to właśnie innowacje w przypadku części przedsiębiorstw mogą przyśpieszyć wyjście
z kryzysu.

Wielu przedsiębiorców było zmuszonych zweryfikować swoje plany i zminimalizować wydatki. Przed pandemią koronawirusa aż 59 proc. badanych firm planowało zwiększyć swoje budżety B+R w ciągu najbliższych trzech lat, z czego co piąta deklarowała, że będzie go „zdecydowanie więcej”. W obecnej sytuacji sięgnięcie po zewnętrzne finansowanie może okazać się już nie tylko dodatkowym czynnikiem intensyfikującym działalność innowacyjną w przedsiębiorstwie, ale w wielu przypadkach wręcz sposobem na podtrzymanie działalności B+R w czasach spowolnienia gospodarczego. Jest to jednak tylko jedno z wyzwań na długiej drodze do zwiększenia poziomu innowacyjności – stwierdza Agnieszka Hrynkiewicz-Sudnik, Dyrektor Obszaru podatków i finansowania innowacji w Ayming Polska.

Wyzwanie: finansowanie innowacji

Z raportu Ayming wynika, że 93 proc. ankietowanych finansuje innowacje na bazie własnych zasobów. Ponad połowa badanych firm posiada wydzielony budżet na działania badawczo-rozwojowe. Co ciekawe, dla 70 proc. z nich jego wysokość jest wystarczająca. Jeśli chodzi o formy zewnętrznego finansowania, przedsiębiorcy
w Polsce najczęściej sięgają po dotacje unijne – w 2019 r. aplikowało o nie 40 proc. firm. Z ulgi podatkowej na badania i rozwój skorzystało 21 proc. ankietowanych, a z pożyczek i kredytów – 23 proc. Zdaniem respondentów do zwiększenia własnych nakładów na B+R w największym stopniu przyczyniłyby się wyższe ulgi podatkowe (67 proc.), łatwiejszy dostęp do dotacji (65 proc.) oraz mniejsza formalizacja procedur
(57 proc.)

Ważną kwestią jest uzyskanie środków finansowych także na wdrożenie już wypracowanych innowacji. Rolą CEO jest wybór takiego rozwiązania, które będzie najbardziej korzystne dla firmy. Najpowszechniejszym sposobem jest sprzedaż wyników badań lub udzielenie licencji. Drugą możliwością jest dotarcie do partnerów biznesowych, którzy będą zainteresowani wypracowanym rozwiązaniem. Trzecim rodzajem komercjalizacji jest wdrożenie wypracowanych rozwiązań we własnym zakresie w ramach prowadzonej działalności produkcyjnej. Zazwyczaj jest to najbardziej kosztochłonny sposób wdrożenia, ale może okazać się najbardziej dochodowym. Przedsiębiorcy mogą skorzystać ze wsparcia finansowego w ramach ulgi badawczo-rozwojowej lub – w zależności od dostępności – także z dotacji unijnych – tłumaczy Marek Dalka, Kierownik Działu Innowacji, Ulg i Dotacji w Ayming Polska.

Wyzwanie: strategia innowacji

Zaledwie 27 proc. firm potwierdziło posiadanie strategii innowacji, a 34 proc. jest w trakcie jej przygotowania. Co trzecie przedsiębiorstwo jest zdania, że taki dokument nie jest mu w ogóle potrzebny. Autorami strategii innowacji są najczęściej Zarządy (85 proc.), Dział B+R (52 proc.) oraz Działy Finansowe (30 proc.). Co czwarta firma korzysta ze wsparcia podmiotów zewnętrznych. Opracowana strategia pełni nie tylko rolę biznesowego drogowskazu. Przedsiębiorcy, którzy ją wdrożyli, bardziej świadomie korzystają z dostępnych zewnętrznych instrumentów finansowania innowacji. Niemal połowa podmiotów posiadających strategię finansuje swoje działania badawczo-rozwojowe z pomocą dotacji krajowych, zaś 38 proc. rozlicza ulgę B+R.

Innowacje dotyczą właściwie każdej funkcji w organizacji, co wymaga zaprojektowania złożonego systemu, który będzie je wspierał. Jednym z wyzwań dla CEO związanym ze stworzeniem strategii jest ustalenie, w jaki sposób innowacje będą tworzyć wartość dla klientów i organizacji. Należy również zastanowić się nad alokacją zasobów – zarówno zespołów, jak i budżetów – do poszczególnych działań innowacyjnych, aby efektywnie wspierały realizację strategii biznesowej. Wreszcie, istotnym wyzwaniem jest uznanie strategii za elastyczny twór, który powinien ewoluować w zależności od zmian rynkowych, oczekiwań klientów czy działań konkurencji – dodaje Magdalena Burzyńska, Dyrektor Zarządzający w Ayming Polska.

 

Wyzwanie: stworzenie kultury innowacyjnej

Organizacja, która przejawia cechy kultury innowacyjnej, w większym stopniu podejmuje i rozwija u siebie działalność innowacyjną. Do tych cech zaliczymy m.in. otwartość, wzajemne zaufanie, relację partnerstwa, nastawienie na zdobywanie nowej wiedzy oraz zachęcanie do podejmowania własnej inicjatywy. Tymczasem kultura innowacyjna w polskich przedsiębiorstwach jest stosunkowo słabo rozwinięta, choć można zaobserwować pozytywne zmiany. 73 proc. firm przebadanych przez Ayming promuje postawy innowacyjne wśród pracowników. Dodatkowo 16 proc. przedsiębiorców przyznało, że pracuje nad opracowaniem systemu motywacyjnego. U ponad połowy ankietowanych przybrał on formę gratyfikacji finansowej, a w co piątej przełożeni jako motywację stosowali pochwały.

– Stworzenie kultury innowacyjnej wymaga od kadry zarządzającej wprowadzenia takiego sposobu zarządzania, który polega na angażowaniu pracowników w proces podejmowania decyzji dotyczących organizacji, zwiększaniu ich samodzielności i umożliwianiu brania odpowiedzialności za swoje działania. Bardzo ważnym aspektem jest akceptowanie błędów i zgoda na niepowodzenia. Jeśli CEO otwarcie nie zakomunikuje takiego przekazu, osoby odpowiedzialne za rozwijanie innowacji nie będą proponować własnych pomysłów i realizować zadań obarczonych jakichkolwiek ryzykiem. Im mniej hierarchiczna organizacja, większa swoboda działania i możliwość pracy w interdyscyplinarnych zespołach, tym większe szanse na przepływ wiedzy, generowanie pomysłów i sukces podejmowanych inicjatyw – komentuje Magdalena Burzyńska, Dyrektor Zarządzający w Ayming Polska.

Metodologia: Badanie przeprowadzone techniką CATI przez firmę Opinia24 wśród 100 przedsiębiorstw. Zostało zrealizowane w okresie od 25 lutego do 13 marca 2020 roku. Zakwalifikowano do niego firmy zatrudniające ponad 50 pracowników, które działają w branżach prowadzących działalność badawczo-rozwojową. W zależności od wielkości przedsiębiorstwa na pytania odpowiadali: właściciel, CEO, dyrektor generalny, dyrektor finansowy lub dyrektor/manager ds. rozwoju.

Na wakacje 2020 Polacy wyruszą samochodami

  • 88% przedstawicieli urzędów miast, gmin oraz urzędów marszałkowskich, zajmujących się turystyką i promocją przewiduje, że w tym roku więcej Polaków dotrze na wakacje samochodem – wynika z badania przeprowadzonego przez Avis Polska.
  • Turystom podróżującym autem będą sprzyjały inwestycje w infrastrukturę drogową – wszyscy respondenci zadeklarowali, że w ich miejscowości lub regionie zostały one przeprowadzone w ostatnim roku.
  • Blisko jedna czwarta (22%) ankietowanych stwierdziła, że w ich mieście lub regionie turystom zostaną udostępnione środki do dezynfekcji w pobliżu parkingów, a u 9% powiększone zostaną miejsca parkingowe w celu zachowania bezpiecznego dystansu.

Na tegoroczne wakacje, w dobie stopniowego luzowania środków związanych z epidemią, wyruszymy samochodem – przewidują przedstawiciele urzędów miast, gmin oraz urzędów marszałkowskich, zajmujący się turystyką i promocją – wynika z ankiety przeprowadzonej przez Avis Polska, markę wynajmu samochodów. Blisko jedna czwarta badanych podkreśla, że ich miejscowość czy region zapewni dodatkowe środki do dezynfekcji na parkingach. Dobrą informacją dla podróżujących są również inwestycje w infrastrukturę drogową, jakie samorządy przeprowadziły na przestrzeni ostatniego roku.

Polacy wsiądą za kółko latem

88 proc. ankietowanych ekspertów odpowiedzialnych za turystykę i promocję w miastach lub regionach spodziewa się, że więcej podróżujących przyjedzie na wakacje samochodem. Turyści będą w tym roku chętniej korzystali z aut jako bezpieczniejszej alternatywy wobec zbiorowych środków transportu. Wyjazd samochodem ułatwia zachowanie dystansu społecznego.

Podróżowaniu autem po Polsce będzie sprzyjać poprawa infrastruktury. Wszyscy uczestnicy badania zadeklarowali, że w ciągu minionego roku w ich miejscowości lub regionie dokonano inwestycji poprawiających bezpieczeństwo i komfort podróżujących autem, na przykład zmodernizowano drogi czy oświetlenie uliczne.

Dbałość o bezpieczeństwo i higienę

Znaczna część miast i regionów dokłada starań, aby zapewnić turystom podróżującym samochodem odpowiednie środki czystości i higieny. Blisko jedna czwarta (22%) badanych zadeklarowała, że w pobliżu parkingów zostaną udostępnione płyny do odkażania dla kierowców i pasażerów. Część uczestników badania Avis wskazywała również zwiększenie liczby miejsc parkingowych (7%) lub zwiększenie powierzchni każdego ze stanowisk parkingowych (9%), aby zapewnić bezpieczny dystans między turystami.

Samorządy informują i przypominają turystom o konieczności stosowania środków bezpieczeństwa. Odpowiednie informacje pojawiają się najczęściej poprzez stronach internetowych i profilach w mediach społecznościowych (94%), a także w punktach informacji turystycznej (72%)*.

W tym roku wzrośnie popularność wyjazdów na wakacje samochodem ze względu na większą liczbę turystów planujących wypoczynek w kraju. Nie każdy posiada własny samochód, czasem auto nie jest wystarczająco duże, dlatego spodziewamy się, że Polacy będą częściej decydowali się na usługi wypożyczalni. Samochód, jako indywidualny środek transportu, to bezpieczniejsza alternatywa w czasie pandemii – mówi Martin Gruber, dyrektor zarządzający Avis Budget Group na Europę Centralną. – Jako Avis chcemy zapewnić podróżującym poczucie bezpieczeństwa i komfortu, dlatego wdrożyliśmy dodatkowe środki czystości i dezynfekcji w ramach w ramach programu o nazwie „Obietnica Bezpieczeństwa Avis”. Zadbaliśmy też o większą elastyczność najmu – klienci Avis i Budget mogą bez dodatkowych opłat modyfikować lub anulować rezerwację najmu auta w Europie, który ma rozpocząć się przed 1 września 2020 roku. Osoby, które zdecydują się na rezygnację z rezerwacji przed rozpoczęciem wypożyczenia otrzymają pełny zwrot kosztów – podkreśla.

5G niesie firmom szanse, ale też cyberzagrożenia

Już połowa światowej populacji jest podłączona do mobilnego internetu (3,8 mld osób). Do 2025 r. będzie to 5 mld ludzi, a co piąte takie połączenie będzie w sieci 5G[1]. Transmisja danych w tym standardzie gwałtownie się rozwija, nie tylko w telefonach i laptopach, ale też urządzeniach IoT, takich jak odkurzacze, elektroniczne zamki czy opaski monitorujące stan zdrowia. Rośnie więc także liczba potencjalnych cyberzagrożeń, zarówno dla użytkowników, jak i firm.

Nowe furtki dla cyberataków

Technologia 5G ze względu na dużą szybkość niesie nowe możliwości biznesowe – szacuje się, że w ciągu najbliższych 14 lat doda do wartości światowej gospodarki 2,2 bln dolarów[2]. Prawdopodobnie już niedługo zgodne z nią modemy pojawią się w sprzętach wykorzystywanych w firmach (kopiarki, automaty z napojami), mieszkaniach (lodówki, zamki do bram garażowych) czy nawet szpitalach (urządzenia diagnostyczne podłączone do ciała przebywających w domu pacjentów). Wraz z nimi pojawią się jednak nowe furtki dla cyberprzestępców.

Hakerzy będą mogli na przykład uzyskać nieautoryzowany dostęp do kopiarki z modemem 5G i niezauważenie pobrać wszystkie znajdujące się na jej dysku poufne dokumenty. Możliwość błyskawicznego przesyłania ogromnej ilości danych za pomocą transmisji 5G sprawi, że zainfekowanie lub kradzież informacji z urządzenia ofiary będzie trwało ułamki sekund. Uniemożliwi to także skuteczne działanie programów ochronnych bez widocznego obniżania wydajności całej sieci. Przestępcy będą mogli w sposób niezauważony pobierać dane i łatwiej oraz dłużej ukrywać swoje działania.

Jak chronić się przed atakami z sieci 5G?

Nie można zakładać, że firmy i użytkownicy będą rezygnowali z konkretnych rozwiązań tylko dlatego, że są one wyposażone w modem 5G i przez to narażone na niebezpieczeństwo. Powinni jednak dopasować swoją politykę bezpieczeństwa oraz nawyki, aby uwzględniały zmiany technologiczne w sposobie komunikowania się urządzeń ze światem.

– Modem 5G w inteligentnych urządzeniach może stanowić dla cyberprzestępców drzwi do całej firmowej sieci, dlatego należy rozważyć jej segmentację. Wszelkie poufne informacje powinny trafić do segmentu odizolowanego od tych, które zapewniają łączność 5G. Konieczne jest także ciągłe skanowanie sieci, aby na bieżąco wykrywać podłączone do niej urządzenia, którymi nie można zarządzać. Pomagają w tym narzędzia typu Endpoint Detection & Response (EDR), które nadzorują wszystkie połączenia sieciowe. Przede wszystkim należy jednak pamiętać o dotychczasowych, sprawdzonych metodach ochrony, takich jak szyfrowanie danych oraz ciągłe kontrolowanie uprawnień dostępu do informacji, programów i urządzeń – radzi Łukasz Formas, kierownik zespołu inżynierów w firmie Sophos.

[1] https://www.gsma.com/mobileeconomy/wp-content/uploads/2020/03/GSMA_MobileEconomy2020_Global.pdf

[2] https://www.gsma.com/mobileeconomy/wp-content/uploads/2020/03/GSMA_MobileEconomy2020_Global.pdf

Dużo spraw naraz

Szereg sprzecznych czynników oddziałuje na rynki, tonując rajd ryzykownych aktywów. Zaskakująco silne dane z USA, zapewnienia o wsparciu fiskalno/monetarnym i postępy w pracach nad lekarstwami na COVID-19 są stawiane na przeciw obawom o drugiej fali zachorowań z mieszanką ryzyk geopolitycznych.

Z perspektywy reakcji inwestorów brakuje konsensusu, jak podchodzić do mieszanki czynników. Jeszcze wczoraj Wall Street poszło mocno w górę w oparciu o rekordowe odbicie sprzedaży detalicznej w USA w maju. Ale już na rynku walutowym zaznaczyło się ponowne cofnięcie od ryzykownych walut w kierunku USD przy obawach wywołanych przez raporty o skoku zachorowań w sześciu stanach USA, a dziś rano niepokój wzbudzają raporty o trudnościach władz Pekinu z opanowaniem nowego ogniska zachorowań. Sesja w Azji była też zakłócana przez ryzyka geopolityczne na linii Indie-Chiny i Korea Północna-Korea Południowa. Innymi słowy szum informacyjny przestał być jednostronny i podsycający nadzieje na szybkie odbicie globalnego ożywienia.

Którakolwiek narracja będzie w danym momencie najgłośniejsza, w tym kierunku dokona się wahnięcie rynków. Wczoraj EUR/USD ponownie zjechał pod 1,1250, ale dziś rano dolar ponownie się osłabia. Po ostrożnym handlu na rynkach akcji w Azji, Europa szykuje się na kontynuację wzrostów. Złoto jest stabilne, ropa naftowa odbija po nocnej korekcie. Rynki w większości przechodzą w stan wstrzymania w oczekiwaniu na nowe impulsy. Wniosek, jaki z tego płynie, to otwartość rynków na dwustronną zmienność.

Huśtawka nie omija też złotego, choć tutaj dodatkowej „pomocy” udzieliła Rada Polityki Pieniężnej. W komunikacie po wczorajszym posiedzeniu napisano, że ożywienie gospodarcze może być ograniczane przez brak wyraźnego dostosowania kursu złotego do globalnego wstrząsu wywołanego pandemią oraz luzowania polityki pieniężnej. Odniesienie do waluty rzadko występuje w komunikacji Rady i szczególnie zaskakuje, biorąc pod uwagę, że złoty wcale nie wyróżnia się siłą względem innych walut regionu (CZK, HUF). Komentarz sugeruje, że Rada wolałaby słabszego złotego, który mógłby pomóc załagodzić skutki załamania popytu zewnętrznego i wesprzeć eksport. To także sygnał, że dalsze umocnienie złotego może spotkać się z bardziej stanowczą reakcją NBP, nawet w formie bezpośrednich interwencji. Dla traderów na rynku złotego to znak, aby wahania na złotym (np. dla EUR/PLN w przedziale 4,41-4,48) rozgrywać od strony sprzedaży polskiej waluty. Nawet jeśli nastroje na rynkach zewnętrznych będą pozytywne, obawy przed interwencją NBP będą hamować aprecjację złotego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.