Provema wykupiła przed terminem obligacje za ponad 3 miliony złotych

Provema – polska spółka z sektora technologii finansowych, 15 czerwca wykupiła przed czasem swoje obligacje serii A, o wartości 3 339 218 złotych. Obligacje były wyemitowane za pośrednictwem Domu Maklerskiego Copernicus.

Provema jest coraz ważniejszym graczem na polskim rynku pożyczek konsumenckich. Spłata przed czasem tak dużej kwoty, w okresie głębokiego kryzysu gospodarczego, świadczy o dobrej kondycji finansowej przedsiębiorstwa oraz o skuteczności zaprojektowanego przez założycieli modelu biznesowego. Polega on na maksymalnej automatyzacji procesu udzielania pożyczek. Są one dostępne wyłącznie w sieci, dzięki czemu koszty zmienne związane z udzieleniem pożyczki zmalały praktycznie do zera.

Dzięki przyjętemu modelowi organizacji pracy, firma bez problemów była w stanie natychmiastowo przestawić się na pracę zdalną. Brak bezpośredniego kontaktu z klientem rozwiązuje też problem ewentualnego przenoszenia wirusa przez pracowników.

Od początku istnienia firmy, w procesie obsługi klientów stawiamy na rozwiązania z użyciem algorytmów sztucznej inteligencji – mówi Grzegorz Szulik, prezes zarządu Provemy. Szczególnie istotne jest to w procesie akceptacji wniosków kredytowych, gdzie potrafiliśmy skrócić czas podejmowania decyzji do ułamków sekund. Zauważyliśmy także, że powierzenie podejmowania decyzji oprogramowaniu opartemu na zaawansowanych rozwiązaniach statystycznych i uczeniu maszynowemu, prowadzi do mniejszej ilości błędów i zmniejsza szkodowość udzielonych kredytów”.

Model biznesowy Provemy bardzo dobrze sprawdził się w czasie obecnego kryzysu związanego z pandemią koronawirusa – powiedział Bartosz Tomczyk, przewodniczący rady nadzorczej. W czasie, gdy inne firmy pożyczkowe ograniczały działalność, my byliśmy w stanie cały czas się rozwijać. W odpowiedzi na zawartą w tarczy antykryzysowej zmianę regulacji dotyczących maksymalnych kosztów pożyczek, musieliśmy jedynie nieznacznie zmodyfikować naszą strategię produktową. W tym czasie nasi konkurenci, nie wyłączając liderów rynkowych, mówią o konieczności znacznej redukcji kosztów operacyjnych.”

Europejska branża cyfrowa – więcej funduszy na cyfryzację w UE

27 organizacji branży cyfrowej z 23 krajów członkowskich Unii Europejskiej, w tym z Polski m.in. Związek Cyfrowa Polska, wezwało liderów europejskich we wspólnym stanowisku do zwiększenia inwestycji w innowacje i udziału wydatków cyfrowych w unijnym budżecie i funduszu naprawczym.

List został skierowany do Przewodniczącego Rady Europejskiej Charlesa Michela oraz premierów krajów UE, w tym do premiera Mateusza Morawieckiego. Europejska branża cyfrowa postuluje w nim określenia konkretnych wydatków na cyfrową transformację europejskich przedsiębiorstw, rozbudowę infrastruktury oraz wzmocnienia tych unijnych funduszy, które odpowiadają za rozwój cyfrowy. Zdaniem organizacji konieczne są także inwestycje w programy rozwijające kompetencje cyfrowe w ramach np. Europejskiego Funduszu Społecznego + oraz Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego.

Cyfryzacja zwiększy wzrost gospodarczy UE

– Nowy budżet Unii Europejskiej jest wyjątkową okazją do ponownego odkrycia naszej gospodarki, a nie tylko odbudowania starej. Inwestujmy w przyszłość, a nie w przeszłość – powiedziała Cecilia Bonefeld-Dahl, dyrektor generalna Digital Europe. Jak zauważa podczas pandemii firmy, które zainwestowały w digitalizację okazały się bardziej odporne niż te przedsiębiorstwa, które nie przeprowadziły w swoich organizacjach cyfrowej transformacji. – Dlatego musimy wzmocnić nasze społeczeństwa i gospodarki, wspierając cyfryzację europejskiego przemysłu. Wydatki na digitalizację i umiejętności utorują drogę do szybszego ożywienia gospodarczego, stworzą nowe miejsca pracy i umożliwią stworzenie europejskiego zielonego ładu” – stwierdziła dyrektor generalna Digital Europe.

W liście do unijnych liderów cyfrowe organizacje europejskie zaznaczają, że np. inwestycja tylko w sztuczną inteligencję może zwiększyć wzrost gospodarczy Europy o 3,6 mld euro do 2030 r. Jednocześnie w tym samym czasie transformacja cyfrowa wielu branż może również umożliwić redukcje globalnej emisji CO2 o 20 proc.

Branża cyfrowa przypomina również, że dziś konieczna jest inwestycja w edukację i infrastrukturę cyfrową. Dziś tylko 60 proc. Europejczyków ma dostęp do ultraszybkiego internetu szerkopoasmowego. A ponad połowa obywateli UE – szczególnie tych, którzy stracili pracę w tradycyjnych gałęziach przemysłu – musi zdobyć nowe umiejętności cyfrowe, aby móc dalej utrzymać się na rynku pracy.

Koło napędowe unijnej gospodarki

Zdaniem prezesa Związku Cyfrowa Polska Michała Kanownika krajowe i unijne inwestycje w cyfryzację są kluczowe dla odbudowania gospodarki po kryzysie wywołanym przez koronawirusa. – Cyfrowa gospodarka będzie po pandemii kołem napędowym rozwoju krajów Unii Europejskiej. Rządy powinny więc zwrócić jeszcze większą uwagę na ten sektor i zwiększyć jego finansowanie – uważa Michał Kanownik. Przypomina, że to właśnie dzięki nowoczesnym rozwiązaniom cyfrowym pomimo ograniczeń możliwe było kontynuowanie prowadzenia wielu biznesów, edukacji i życia kulturalnego oraz społecznego. – Wiele z tych dziedzin przeszło przyśpieszoną cyfryzację. Źle się stanie, jeśli to tempo zostanie zastopowane. Powinniśmy kontynuować ten cyfrowy rozwój, odważnie inwestując w innowacje – dodaje prezes Cyfrowej Polski.

Wynajem mieszkań na noclegi wraca do gry. Będzie odbicie po pandemii?

Czy właściciele mieszkań na wynajem dobowy zdołają zrekompensować sobie straty z powodu zawieruchy o nazwie COVID – 19? Na razie informacje są optymistyczne. Sezon letni rozpoczął się z kilkutygodniowym opóźnieniem i póki co docierają dobre wieści dla właścicieli obiektów turystycznych i pokojów na wynajem. Polacy nie przestraszyli się koronawirusa i chcą wakacji. Chętnie decydują się na urlop w kraju. Zainteresowanie jest spore.

Przypomnijmy punkt wyjścia – wraz z zamknięciem granic, decyzją o przymusowej kwarantannie osób wracających z zagranicy oraz z wygaszeniem gospodarki, zainteresowanie noclegami spadło nieomal do zera. Z początkiem kwietnia rząd zamknął hotele i inne obiekty noclegowe. Wynajem pokoi był możliwy tylko osobom podróżującym służbowo, w celu kwarantanny bądź pracownikom służby zdrowia.

Choć obostrzenia nie zamknęły definitywnie furtki umożliwiającej najem, rynek z dnia na dzień po prostu zamarł. Choćby z powodu zamkniętych restauracji, klubów, anulowanych koncertów i innych imprez masowych, zainteresowanie noclegami zmniejszyło się drastycznie – zwłaszcza, że zamknięcie gospodarki przekładało się też na znacznie mniejszą liczbę pracowników nocujących w wynajętych mieszkaniach, czy hostelach.

Hotele i inne obiekty noclegowe formalnie ponownie ruszyły od 4 maja, a więc już po – zazwyczaj intratnej – majówce. W rzeczywistości ogromna część placówek nie wystartowała, gdyż wznowienie działalności było uzależnione od spełnienia szeregu wymogów bezpieczeństwa, ale też po prostu z powodu niskiego zainteresowania.

Obecnie, gdy gospodarka jest już odblokowana, można mówić o względnie normalnej sytuacji, w której czynnikiem być albo nie być właścicieli miejsc noclegowych jest już sam popyt. Czy branża noclegowa podniesie się finansowo, po straconych co najmniej dwóch miesiącach? A może zdoła odrobić straty?

Wakacje made in Poland

Na początku sezonu ciężko mówić o tym, jaki on będzie. Na chwilę obecną, informacje docierające od właścicieli obiektów noclegowych i mieszkań na wynajem krótkoterminowy wydają się jednak optymistyczne. Polacy nie zrezygnowali z wakacji i to jest bardzo cenny fakt nr 1. Fakt nr 2, który również mówi nam o zainteresowaniu jest taki, że nie widać na razie specjalnych zmian cen wypoczynku względem roku ubiegłego. Przeciętnie za nocleg nad polskim morzem dla jednej osoby w szczycie sezonu płaci się około 50 – 70 zł.

Organizatorzy turystyki, a także administratorzy stron z ofertą najmu noclegowego, przyznają, że zainteresowanie wypoczynkiem w kraju jest duże.  Wzrostowi mobilności sprzyja też powrót imprez typu targi i kongresy.

Te są możliwe od 6 czerwca, co prawda po spełnieniu szeregu wymogów, ale jednak. Organizacja targów wymaga aktualnie wydzielenia poszerzonych, minimum 3-metrowych ciągów komunikacyjnych, sprzedaży biletów wyłącznie w formie on-line, oczywiście standardem są też rękawiczki i maseczki.

Wracając do turystyki – nie bez znaczenia dla popytu w tym roku będzie stymulant wakacyjnych wyjazdów w postaci bonu 1000 plus. Pewnym prognostykiem letniego zainteresowania wypoczynkiem Polaków będą natomiast wyniki z czerwcowego długiego weekendu, przypadającego od święta Bożego Ciała 11 czerwca w czwartek, do niedzieli 14 czerwca. Z danych HRE Investments zebranych na popularnych portalach rezerwacyjnych wynika, że na tydzień przed długim, czerwcowym weekendem w popularnych kurortach wakacyjnych zarezerwowano już 70-80 proc. miejsc.

Dane są więc bardzo dobre, biorąc pod uwagę, że gospodarka i społeczeństwo na świeżo wyszły z pandemii koronawirusa.

Cyberbezpieczeństwo w czasie pandemii, czyli jak kwitnie podziemie hakerskie

Każdego dnia rejestrowanych jest niemal 1800 złośliwych domen, których nazwy związane są z pandemią COVID-19[1]. Hakerzy wykorzystują strach przed wirusem, wyłudzając w ten sposób poufne informacje czy wymuszając klikanie nieznanych łączy. Dodatkowo przymusowa praca zdalna skłoniła wiele przedsiębiorstw do szybkiego adaptowania rozwiązań chmurowych, które niezabezpieczone w odpowiedni sposób, stają się doskonałą okazją do pozyskania tajnych informacji.

Próby zakłócenia pracy firm lub wyłudzenia cennych danych mnożą się każdego dnia. Zaczynając od instytucji publicznych – popularne stały się ataki na służbę zdrowia (udaremniona próba ataku na paryski szpital), czy urzędy (z problemami mierzyli się m.in. amerykańskie ministerstwo zdrowia i opieki społecznej oraz australijski rząd[2]). Na sile przybrały także kradzieże wrażliwych danych, jak w przypadku sklepu z zapalniczkami Zippo.pl, gdzie skradziono dane klientów, w tym numery kart płatniczych wraz z kodem CVV[3]. Ostatnią ofiarą cyberataków stała się również firma będąca głównym dostawcą bankomatów i technologii płatności dla banków Diebold Nixdorf[4]. Firma w swoim oświadczeniu potwierdziła przypuszczenia, informując również, że atak został udaremniony. Niestety nie są to jednostkowe przypadki, a nie każdej firmie udaje się w porę zareagować. Jak więc uchronić się przed atakami cyberprzestępców? Na najważniejsze pytania odpowiada Stefan Kotański z Iron Mountain Polska.

  1. Aż 90% ataków cyberprzestępców dochodzi do skutku z powodu błędu ludzkiego. Jak maksymalnie ochronić pracowników przed atakami hakerskimi, które mogą mieć wpływ na całą firmę?

Stefan Kotański, Iron Mountain Polska: To, co jest najbardziej niebezpieczne w atakach hakerów, to ich ciągła zmienność. Cały czas powstają nowe techniki, sposoby, pomysły na pozyskanie wrażliwych danych. Dlatego tak ważna jest edukacja personelu, aby każdy pracownik wiedział, jakie zachowania mogą być dla firmy niebezpieczne i jak samemu może chronić to, co dla przedsiębiorstwa jest najważniejsze. Istotne jest również, aby tę wiedzę regularnie aktualizować. Takie szkolenia powinny odbywać się co najmniej raz na pół roku. Dlaczego jest to tak ważne? Poza atakami, które są bezpośrednio powiązane z technicznymi aspektami, jak np. zabezpieczenia sprzętu, istnieje bardzo wiele socjotechnik, jak np. ataki phishingowe, których celem jest wyłudzenie od pracowników wrażliwych danych. Często odbywa się to za pośrednictwem fałszywych maili czy SMSów. Przestępcy nakłaniają pracowników do kliknięcia w zamieszczone linki czy pobrania załączników, które często okazują się szkodliwym oprogramowaniem. Istotne jest więc, aby regularnie pokazywać, jakie kolejne techniki wyłudzania danych są stosowane, aby uchronić firmę przed wyciekiem informacji.

Kolejnym aspektem jest wyczulenie pracowników na korzystanie tylko i wyłącznie z firmowej infrastruktury do wykonywania służbowych obowiązków. Jest to szczególnie istotne dzisiaj, kiedy wielu pracowników korzysta ze zdalnego trybu pracy. Wiele osób wykorzystuje wtedy swoje prywatne komputery czy pocztę, np. w celu wydrukowania dokumentów na domowej drukarce. Nagle okazuje się, że poufne dane krążą poza siecią firmową, a pamiętajmy, że nasze komputery często nie są tak dobrze zabezpieczone, jak sprzęt służbowy – często nie mamy aktualnych antywirusów, szyfrowania danych czy jakichkolwiek ograniczeń dostępów.

  1. Wraz z rozwojem technologii pojawiają się coraz to nowsze sposoby na wyłudzenie lub pozyskanie w nielegalny sposób danych firmowych. Co jest najpopularniejszym błędem firm, w kwestii ochrony wrażliwych danych?

S.K: Jednym z największych błędów firm jest obcinanie budżetu na bezpieczeństwo IT. Szczególnie w obecnym czasie firmy szukają oszczędności, co nikogo nie dziwi, jednak środki przeznaczane na bezpieczeństwo powinny być ograniczane jedynie w skrajnych sytuacjach. Musimy pamiętać, że wzrasta liczba ludzi pracujących zdalnie, co oznacza również wzrost liczby ataków na firmy. Organicznie budżetów w tym aspekcie może nam jedynie zaszkodzić. Tutaj warto również podkreślić, że ten budżet dzieli się na dwa istotne cele – przeznaczony na ulepszanie samego sprzętu i oprogramowania, oraz na poszerzanie kompetencji ludzi odpowiedzialnych za bezpieczeństwo w firmie. To od tego personelu w dużej mierze zależy bezpieczeństwo informacji o naszych klientach a co za tym idzie, wizerunek i przyszłość firmy.

Częstym błędem jest również przechowywanie danych wrażliwych w postaci tzw. plain text, czyli w sposób, który umożliwia ich łatwy odczyt każdemu, kto uzyska do nich wgląd. Jeśli więc nastąpi nieautoryzowany dostęp do bazy, to jest to prosta droga do wycieku danych. Takie informacje powinny być szyfrowane. Wtedy nawet po pokonaniu zabezpieczeń infrastrukturalnych czy docierając do danych przez podstęp przestępca nie będzie mógł zrobić z danych żadnego użytku.

Kolejnym aspektem jest obszar techniczny. Z zachowań, które są najczęściej obserwowane w firmach, prym wiedzie brak regularnej aktualizacji oprogramowania. Wykrywane luki są często łatane przez samych producentów. Żeby tych mankamentów w systemie nie wykorzystali cyberprzestępcy, kluczowe jest wprowadzanie aktualizacji, kiedy tylko się one pojawią. Niestety, obserwujemy, że w wielu firmach pracownicy odkładają wprowadzenie zmian do momentu, kiedy system sam ich nie wymusi. Tym bardziej kluczowe okazuje się centralne zarządzanie politykami aktualizacji – a to właśnie zadanie zespołów odpowiedzialnych za bezpieczeństwo danych.

  1. Możliwości technologiczne do gromadzenia i przetwarzania danych są bardzo duże, a obecna sytuacja wymusiła na wielu firmach wprowadzenie rozwiązań chmurowych. Jak odpowiednio się zabezpieczyć, aby dane firmy nie wyciekły?

S.K: Wszystko zależy od polityki firmy. Jeśli przedsiębiorstwo akceptuje korzystanie z tzw. chmur publicznych jak Amazon, Azure czy Google Cloud, to kluczowym zabezpieczeniem jest szyfrowanie danych. O tych mechanizmach możemy mówić w dwóch aspektach – at rest oraz in transit. W dużym skrócie chodzi o zapewnianie odpowiedniego szyfrowania danych przechowywanych już w chmurze, a także w trakcie ich przesyłu – czyli zabezpieczenie drogi między chmurą a użytkownikami. Odpowiednie szyfrowanie danych pozwala nam na zachowanie ich poufności, czy integralności.

Drugą drogą jest korzystanie z chmur prywatnych. Korzystając w tym aspekcie z pomocy outsourcera, który udostępnia miejsce na dane, aplikacje, czy całą platformę ze swojej serwerowni, zdejmujemy z siebie wiele obowiązków. Często takie podmioty mają odpowiednie zaplecze techniczno-organizacyjne a firma nie musi ponosić olbrzymich kosztów początkowych opłacając jedynie realne koszty wykorzystania infrastruktury. Wyspecjalizowane podmioty posiadają określoną politykę backupu, czy centrów zapasowych tzw. disaster recovery. Dzięki temu jakiekolwiek sytuacje, które mogłyby zagrozić głównej serwerowni, nie zakłócają dostępu do informacji klienta. W takich przypadkach istnieje możliwość odtworzenia danych czy przełączenia się na serwerownię zapasową. Dodatkowo jako outsourcer możemy wprowadzić szereg uzupełniających zabezpieczeń związanych z dostępem do danych, np. ograniczenie adresów IP, czy postawienie dedykowanego VPN z sieci klienta do naszej.

Pamiętajmy, że poza szyfrowaniem danych, niezwykle istotna jest również kwestia bezpieczeństwa fizycznego. Takie serwerownie muszą być objęte odpowiednią ochroną –  monitoringiem, kontrolą dostępu. Muszą również mieć stosowne zabezpieczenia przeciwpożarowe, odpowiednią klimatyzację oraz spełniać szereg innych restrykcji, które sprawią, że nasze dane będą bezpieczne. Systemy powinny być też stale rozwijane i cyklicznie audytowane przez wyspecjalizowane podmioty.

  1. Mimo różnych zabezpieczeń może okazać się, że firma jednak padnie ofiarą cyberprzestępców. Co zrobić, kiedy tak się stanie? Czy są firmy, instytucje, które mogą nam pomóc w takim przypadku?

S.K: W każdym przypadku lepiej jest zapobiegać niż leczyć. Jeśli jednak taka sytuacja będzie już miała miejsce, to kluczowym aspektem jest wzięcie odpowiedzialności za firmowe niedopatrzenia. Nasze pierwsze działania powinny skupić się na odpowiedniej komunikacji. Musimy poinformować o zaistniałej sytuacji klientów, uprzedzić, że ich dane zostały skradzione, a tym samym dać im szansę na odpowiednie zabezpieczenie się przed możliwymi konsekwencjami. Możemy również postarać się zrekompensować jakoś nasz błąd – dobrym przykładem jest postępowanie Politechniki Warszawskiej, która po wycieku danych wrażliwych ponad 5 000 studentów i pracowników zobligowała się do pokrycia kosztów usługi zabezpieczającej w BIK.

Musimy również zmodernizować luki, przez które nastąpił wyciek danych, a także sprawdzić, czy nasz system nie ma innych słabych punktów. Dodatkowo, co pewnie będzie najtrudniejsze, będziemy musieli stopniowo odbudowywać zaufanie do firmy.

  1. Często odpowiednia infrastruktura IT kojarzy nam się z bardzo dużym nakładem finansowym. Czy możliwa jest bezpieczna digitalizacja przedsiębiorstwa, która szczególnie w obecnej sytuacji, nie obciąży znacząco budżetu firmy?

S.K: Najlepszym rozwiązaniem w takim przypadku jest outsourcing. Zamiast inwestować we własną infrastrukturę IT, która może znacznie przekraczać dostępne budżety, taniej i efektywniej będzie skorzystanie z firm, które świadczą takie usługi. Jednym z najbardziej popularnych sposobów jest model SAAS, software as a service. Takie rozwiązanie przerzuca wszelkie obowiązki związane z zarządzaniem oprogramowaniem, aktualizacją, czy bezpieczeństwem danych na podwykonawcę. Usługa udostępniana jest użytkownikom przez Internet. Jeśli w danym okresie mamy wzrost wykorzystania, związany np. z sezonowością naszych usług, czy produktów, to nie ma potrzeby udoskonalania naszej infrastruktury, która przez pozostałą część roku będzie niewykorzystana w pełni. Wtedy opłaty generowane są tylko w momencie, kiedy faktycznie tej zwiększonej mocy obliczeniowej potrzebujemy.

Sposobów na zabezpieczenie danych naszej firmy jest wiele – każde przedsiębiorstwo może wybrać metodę dopasowaną do charakteru biznesu oraz dostępnych budżetów. Warto jednak pamiętać, że nie należy ograniczać wydatków na bezpieczeństwo, gdyż raz utraconego zaufania naszych klientów, możemy już nie odzyskać.

[1] Według Palo Alto Networks

[2] https://www.pap.pl/pap-technologie/612230%2Cnieudany-cyberatak-na-szpitale-w-paryzu-w-czasie-pandemii-koronawirusa.html

[3] https://cyberrescue.info/wyciek-danych-i-kart-platniczych-z-zippo-pl/

[4] https://krebsonsecurity.com/2020/05/ransomware-hit-atm-giant-diebold-nixdorf/

Polacy kupują online mniej odzieży, więcej jedzenia i artykułów spożywczych

Pandemia koronawirusa SARS-CoV-2 zmienia nawyki zakupowe Polaków. Coraz częściej szukają produktów w internecie. Czasowo zamknięte sklepy stacjonarne sprawiły, że część klientów zrobiła zakupy po raz pierwszy w sieci. Znacząco wzrosło zainteresowanie e-commerce. Jednak jak wynika z badania Wonga Polska, wśród osób, dla których ten kanał nie jest nowością, widać spadek konsumpcji wielu produktów.

Więcej jedzenia, mniej odzieży

Pandemia, czasowe zamrożenie części gospodarki oraz powszechność pracy zdalnej znacząco wpłynęły na sprzedaż w internecie. Nie zawsze jednak tylko w postaci wzrostów, ponieważ osoby, które jeszcze przed jej wybuchem chętnie robiły zakupy w sieci, teraz ograniczają konsumpcję. Jak wynika z przeprowadzonego przez Kantar badania Wonga Polska „Cyfrowe zwyczaje Polaków”, aż 36 proc. ankietowanych przyznało, że kupuje mniej ubrań przez internet niż rok temu – to największy spadek.

Tylko 7 proc. rzadziej w sieci nabywa sprzęt RTV/AGD, a 5 proc. kosmetyki. Natomiast 9 proc. badanych zmawia mniej jedzenia i artykułów spożywczych, 3 proc. alkohol i buty.

Co istotne, 6 proc. ankietowanych odpowiedziało, że kupuje mniej produktów ze wszystkich kategorii w porównaniu do zeszłego roku. Po prostu ograniczyło swoje wydatki.

– Jak pokazują wyniki badania, większość wzrostów w sektorze e-commerce może być spowodowana napływem nowych klientów, którzy ze względu na czasowe zamknięcie sklepów stacjonarnych lub ograniczenia sanitarne, poszukiwali nowych miejsc do robienia zakupów. W przypadku osób chętnie korzystających z usług online widać jednak zmniejszoną konsumpcję wielu kategorii dóbr, co może wynikać z ogólnej sytuacji gospodarczej i niepewności na rynku pracy – zauważa Aneta Gergont-Gałązka, dyrektor departamentu marketingu w Wonga Polska.

Znaczące wzrosty dotyczą natomiast zamawiania jedzenia i artykułów spożywczych. Więcej tego typu produktów kupuje blisko co trzeci (32 proc.) ankietowany. 8 proc. osób częściej nabywa w sieci także chemię, a 3 proc. książki.

Najpopularniejsze kategorie zakupowe Polaków

W porównaniu do ubiegłego roku, widać spadki w kategoriach produktów, jakie ankietowani najczęściej zamawiają przez internet. Z 54 do 45 proc. spadły zakupy kosmetyków, które rok temu były najpopularniejszym rodzajem produktów kupowanych w sieci –  wynika z badania Wonga Polska. Na drugim miejscu znajdują się książki i gry (to spadek o 5 proc. rok do roku). 32 proc. wskazało że kupuje obecnie w sieci sprzęt RTV, to nieco mniej niż rok temu, 25 proc. – sprzęt AGD (o 11 proc. mniej niż rok wcześniej).

– Patrząc na osoby, dla których zakupy w internecie nie są nowością, to podobnie jak w całej gospodarce widać spadek konsumpcji. I to praktycznie w każdej kategorii produktów. Teraz, po odmrożeniu większości sklepów stacjonarnych część osób może z powrotem do nich wrócić. Jednak nie ulega wątpliwości, że pewna grupa konsumentów po „wypróbowaniu” kanału online będzie z niego korzystać już stale, co w konsekwencji jeszcze bardziej przyspieszy rozwój sprzedaży produktów i usług w sieci – podsumowuje Aneta Gergont-Gałązka z Wonga Polska.

Pracodawcy obniżają wynagrodzenia. Często niezgodnie z Prawem Pracy

Pracodawcy mocno obniżają wynagrodzenia. Nie zawsze robią to zgodnie z prawem pracy i zapisami Tarczy Antykryzysowej.

Pracodawcy, których przychody wyraźnie się zmniejszyły podczas pandemii koronawirusa, szukają sposób na ograniczenie wydatków. Oczywistym rozwiązaniem wydaje się optymalizacja kosztów zewnętrznych i wewnętrznych oraz ograniczenie zatrudnienia. Tego też obawiał się Rząd RP stąd też już w pierwszych modułach Tarczy Antykryzysowej zastosowano rozwiązania, których celem było utrzymanie jak największej ilości miejsc pracy oraz zachęcenie przedsiębiorców by w trudnym czasie lockdown nie zwalniali pracowników, a np. ograniczali im etaty lub obniżali podstawę wynagrodzenia. Jak się niestety okazywało, niektórzy przedsiębiorcy również w tej przestrzeni pozwalali sobie na nadużycia. – Pracownicy nie mogą pozostawać bierni. Tu chodzi o ich pracę, ich pieniądze i ich godność – mówi Małgorzata Marczulewska, Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom.

  • Według statystyk z minionego kwartału, nawet połowa pracodawców zdecydowała się na czasowe obniżenie wynagrodzeń swoim pracownikom
  • Najpoważniejsza jest sytuacja w przemyśle, transporcie, branży kreatywnej (w tym w mediach) oraz w branżach sezonowych
  • Obniżenie wynagrodzenia w przypadku stosowania Tarczy Antykryzysowej musi opierać się m.in. na umowie z pracownikami, nie może być wyższe niż 20% i musi być oznaczone konkretnym terminem
  • Do naszego Stowarzyszenia zgłaszają się pracownicy skarżący się, że zarabiają mniej, a pracują tyle samo. Szefowie chcą by firma była efektywna przy możliwie niskich kosztach

Obniżki są możliwe, ale nie mogą występować „ot tak, bo koronawirus”

Obniżki stały się realną alternatywą dla zwolnień i likwidacji stanowisk pracy. Specjaliści przyznają jednak, że często dochodziło do rozmaitych nadużyć ze strony pracodawców. Np. obniżka wynosiła więcej niż 20% wynagrodzenia mimo iż firma korzysta z tarczy antykryzysowej, pracodawca nie wydzielił czasu kiedy pensja powróci do stanu sprzed pandemii lub pracodawca nie poinformował, że obniżenie wynagrodzenia wiąże się z tym, że pracownik ma prawo do jednego dnia wolnego w tygodniu.

– Pojawia się wielu pracodawców, którzy czas pandemii koronawirusa wykorzystują do obniżania wynagrodzeń swoim pracownikom. W przypadku wielu branż jest to uzasadnione, bo firma np. bardzo źle zniosła lockdown i jej odbudowanie może zająć długie miesiące. Prawda jest jednak taka, że pojawiają się również sytuacje, gdzie firmy działają dobrze mimo pandemii, a i tak dochodzi do optymalizacji. Jeżeli przedsiębiorca korzysta z Tarczy Antykryzysowej to obniżenie wynagrodzenia może nastąpić na określony umową czas i nie może być ono wyższe niż 20% – mówi mec. Mateusz Galikowski, współpracujący ze Stowarzyszeniem STOP Nieuczciwym Pracodawcom. – Informowanie pracowników telefonicznie czy ustnie, brak porozumienia ze stroną związkową, brak informacji o sytuacji firmy to są sytuacje karygodne i nie powinny mieć miejsca. Sugeruję pracownikom najpierw rozmowę z organizacjami pracowniczymi np. związkiem zawodowym, jeżeli to się nie uda to możemy wystąpić do zarządu firmy o udostępnienie porozumienia przewidującego obniżenie wynagrodzenia. Jest to wieża, którą pracownik ma prawo uzyskać. Nie można obniżyć pensji pracownikowi „ot tak, bo koronawirus” – dodaje mec. Mateusz Galikowski i dodaje, że w ramach Tarczy Antykryzysowej wynagrodzenie może zostać obniżone o 20%, ale kwota ostateczna wypłaty nie może być niższa niż wynagrodzenie minimalne.

Pracodawca „zapamięta” kto był z nim w trudnych chwilach. To groźba?

Pracownicy muszą być świadomi, że obniżenie wynagrodzenia wiąże się także z obniżeniem czasu pracy: – Pracujemy cztery dni w tygodniu, za wynagrodzenie odpowiadające czterem dniom. Nie ma to jednak żadnego wpływu na nasze świadczenia emerytalne. Tutaj sprawa też jest skomplikowana, bo nie w każdej firmie system godzinowy jest taki oczywisty. Jeżeli w przedsiębiorstwach pracuje się na zmiany, pracuje zdalnie lub w systemie dyżurowym to może dochodzić do sytuacji, że to obniżenie wymiaru pracy o 20% nie będzie takie oczywiste – mówi mec. Mateusz Galikowski. – Pracodawca musi poinformować pracownika, kiedy jego pensja powróci do stałej formuły. Okres maksymalny obniżenia pensji to kilka miesięcy, jest to uzależnione od czasu trwania wsparcia w ramach Tarczy Antykryzysowej. Pracownicy muszą być świadomi, że po zakończeniu działania tarczy pracodawca ma prawo np. renegocjować warunki umowy. Powrót do wyższych zarobków w dużej mierze jest więc uzależniony od tego jak firma będzie radzić sobie z kryzysem wywołanym pandemią – dodaje mec. Galikowski.

Jak mówi Prezes Zarządu Grupy AVERTO i Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom w naszym regionie dochodzi do sporej ilości skarg na zachowanie pracodawców. Niektórzy podwładni podejrzewają swoich szefów np. o nie do końca uczciwe zachowanie związane z wypłacaniem świadczeń pomocowych: – Mieliśmy skargi dotyczące np. tego, że pracodawca nie informował pracowników, że obniżka wynagrodzenia jest równoważna ze zmniejszeniem czasu pracy. Pracownicy więc chodzili do pracy normalnie, a zarabiali mniej. Były też zgłoszenia, że szef przyznał, że pracownicy powinni przychodzić do pracy cztery, a nie pięć dni w tygodniu, ale on by chciał by przychodzili normalnie, a jak nie będą to on „zapamięta” kto nie był razem z firmą w trudnych czasach – dodaje Prezes Marczulewska. – Pracownicy mają prawo egzekwować swoje prawa i my jako stowarzyszenie im w tym pomagamy, telefonów jest całe mnóstwo. Radzimy solidarność i wspieranie pracodawców, ale szefowie firm muszą być świadomi, że utrzymywanie efektywności na siłę przy zmniejszeniu wynagrodzeń nie jest zachowaniem propracowniczym – dodaje Prezes Małgorzata Marczulewska.

Ewa Łuniewska na czele polskiej branży leasingowej

Ewa Łuniewska, prezes ING Lease Polska, podczas ostatniego posiedzenia KW ZPL została wybrana na stanowisko Przewodniczącej Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu. Po raz pierwszy, w 26-letniej historii polskiej organizacji leasingowej, to stanowisko zostało powierzone kobiecie.

Warszawa, 17.06.2020: Nowa przewodnicząca KW ZPL współpracuje ze Związkiem Polskiego Leasingu od 2017r., kiedy dołączyła do Komitetu Wykonawczego i razem z Marcinem Balickim, prezesem Millennium Leasing, zainicjowała działalność grupy roboczej, koncentrującej się na digitalizacji branży leasingowej. Jako przewodnicząca reprezentuje związek wobec instytucji i partnerów zewnętrznych na rynku krajowym, zajmuje się transformacją statutową Związku Polskiego Leasingu, jak również nadzoruje komunikację zewnętrzną i wewnętrzną organizacji.

Komitet Wykonawczy ZPL wypracuje w najbliższym czasie nowe ramy strategiczne organizacji. Zależy nam na tym, aby dobrze reprezentować całą branżę leasingową, która odgrywa kluczową rolę w polskiej gospodarce. Mamy wiele wspólnych priorytetów obejmujących digitalizację procesów leasingowych, aktywne uczestnictwo w tworzeniu ram prawnych, a nawet tworzenie wspólnych platform – powiedziała Ewa Łuniewska, Przewodnicząca KW ZPL.

Pełny skład KW ZPL i nowy podział kompetencji

Na czele polskiej organizacji leasingowej stoi Ewa Łuniewska, Przewodnicząca KW ZPL i prezes ING Lease Polska, oraz siedmiu prezesów, sprawujących w ZPL funkcje wiceprzewodniczących. Wybrani członkowie KW ZPL odpowiadają za określone obszary działalności polskiej organizacji leasingowej. Jak wspomniano wcześniej Ewa Łuniewska, jako przewodnicząca, reprezentuje związek wobec instytucji i partnerów zewnętrznych na rynku krajowym, zajmuje się transformacją statutową Związku Polskiego Leasingu, jak również nadzoruje komunikację zewnętrzną i wewnętrzną organizacji.

Na rzecz rozwoju digitalizacji branży pracują Marcin Balicki (prezes Millennium Leasing) i Paweł Pach (prezes PKO Leasing). Paweł Pach nadzoruje także działalność Grupy ds. dobrych praktyk i CSR. Sprawami prawnymi i podatkowymi (w tym przeciwdziałaniu fraudom) zajmuje się Cezary Raczynski (prezes zarządu mLeasing). Tematy z obszaru rachunkowości nadzoruje w ZPL Rafał Merk (członek zarządu Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów). Rafał Merk odpowiada także – wspólnie z Arturem Nowickim, członkiem Rady Nadzorczej Grupy DBK, za rynek motoryzacji i pogłębianie współpracy z PZWLP. Radosław Woźniak, prezes Europejskiego Funduszu Leasingowego, z ramienia KW ZPL, nadzoruje obszar statystyk i monitorowania rynku polskiej branży leasingowej. Nowym obszarem na mapie działalności KW ZPL, skoncentrowanym na transformacji statutowej Związku Polskiego Leasingu, zajmują się: Szymon Kamiński, prezes PEKAO Leasing, Ewa Łuniewska, Marcin Balicki, Paweł Pach i Cezary Raczyński. Natomiast sprawami współpracy międzynarodowej opiekuje się Mieczysław Woźniak, członek Zarządu Leaseurope i wieloletni członek KW ZPL.

Biogram Ewy Łuniewskiej, Przewodniczącej KW ZPL

Poza społeczną działalnością w ZPL, Ewa Luniewska pełni funkcję Prezesa Zarządu ING Lease Polska (od czterech lat i sześciu miesięcy). Z Grupą ING, nowa liderka branży leasingowej, jest związana od 29 lat. Na początku kariery zawodowej Ewa Łuniewska odpowiadała za bankowość korporacyjną, finansowanie strukturyzowane oraz dłużne rynki kapitałowe w Oddziale ING Bank N.V. w Warszawie. W 2001 roku została powołana na stanowisko Dyrektora Departamentu Klientów Strategicznych w ING Banku Śląskim. Od 2006 roku jako Dyrektor w Pionie Korporacyjnej Sieci Sprzedaży odpowiadała za doskonalenie oferty produktów bankowych dla klientów korporacyjnych, a także rozwój przeznaczonych dla nich kanałów internetowych i mobilnych. Ewa Łuniewska jest absolwentką Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Grupa Dekpol – stabilnie w trudnych czasach

Grupa Kapitałowa Dekpol opublikowała wyniki finansowe za pierwszy kwartał 2020 roku, zgodnie z którymi skonsolidowane przychody  wyniosły 205,1 mln zł. Grupa specjalizująca się w generalnym wykonawstwie, działalności deweloperskiej oraz produkcji osprzętu do maszyn budowlanych, w pierwszych trzech miesiącach br. wypracowała jednocześnie 8,1 mln zł zysku netto.

Grupa Kapitałowa Dekpol w pierwszym kwartale 2020 r. osiągnęła przychody ze sprzedaży w wysokości 205,1 mln zł. Oznacza to wzrost o 16% w porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego. Jednocześnie Grupa przez pierwsze trzy miesiące bieżącego roku wypracowała 8,1 mln zł zysku netto. Wartość kapitałów własnych kształtuje się na poziomie 250,4 mln zł.

Segment produkcji osprzętów do maszyn budowlanych od początku 2020 roku działa już w formie wydzielonej spółki Dekpol Steel. Podmiot planuje poszerzyć ofertę produktową w kraju i za granicą przy wykorzystaniu sprawdzonej sieci sprzedaży. Dekpol Steel prowadzi również rozmowy z dwoma ogólnoświatowymi liderami w dziedzinie budownictwa infrastrukturalnego.

„Głównym celem Dekpol Steel na rok 2020 jest wzrost wyniku netto poprzez wdrożenie procesów optymalizacji produkcji, jak również standaryzację wytwarzanych produktów. Jednocześnie mocno inwestujemy w kapitał ludzki i rozwijamy nasz zespół. Pomimo panującej sytuacji związanej z pandemią wirusa COVID-19 naszą siłę upatrujemy właśnie w ludziach, to oni tworzą wartość firmy, stąd podjęliśmy decyzję o utrzymaniu kadry, a nawet jej zwiększeniu w miarę jak warunki rynkowe zaczną się stabilizować. Uważamy, że dzięki takiemu działaniu nasz cel utrzymania pozycji lidera na rynku producentów osprzętu do maszyn budowlanych w Polsce, jak i Europie (obecnie plasujemy się na zaszczytnym trzecim miejscu) stanie się realny. Jednocześnie stale poszukujemy nowych szans rozwoju” – podkreślił Andrzej Kuchtyk, Prezes Zarządu Dekpol Steel Sp. z o.o.

W ramach działalności deweloperskiej w pierwszym kwartale br. oddane do użytkowania zostały dwie inwestycje (Nowe Rokitki etap V i VI oraz Grano Residence) obejmujące łącznie 421 lokali. W przychodach spółki Dekpol Deweloper rozpoznana została sprzedaż 180 lokali wobec 80 wydanych w analogicznym okresie rok wcześniej. W marcu br. Spółka odnotowała spadek liczby zawieranych umów spowodowany głównie sytuacją epidemiczną, poprzez wprowadzenie procedur bezpieczeństwa oraz ogólną niepewnością związaną z wyhamowaniem globalnej gospodarki. „W tym roku planujemy bezpiecznie wprowadzić na rynek kilka inwestycji. Nasza struktura nowych projektów dostosowana jest jeszcze bardziej pod potrzeby klientów i popyt rynkowy. Mówiąc wprost budujemy to czego oczekują klienci, co powinno przełożyć się na osiągane wyniki w przyszłości” – podsumował Sebastian Barandziak, Prezes Zarządu Dekpol Deweloper Sp. z o.o.

Z kolei w zakresie usług generalnego wykonawstwa Grupa Kapitałowa na koniec pierwszego kwartału 2020 roku w swoim backlog’u posiadała kontrakty, dla podmiotów zewnętrznych, o łącznej umownej wartości ponad 574 mln zł netto. Po pierwszym kwartale do realizacji pozostanie około 372 mln zł netto, z czego znacząca większość prac zostanie zrealizowanych w tym roku. „Pandemia koronawirusa SARS-CoV-2 nie miała istotnego wpływu na naszą działalność w zakresie generalnego wykonawstwa. Wszystkie prace odbywały się z zachowaniem wszelkich procedur i zasad bezpieczeństwa oraz co jest bardzo istotne były realizowane terminowo. Dbałość o bezpieczeństwo stała się dla nas priorytetem i jest doceniana przez naszych kontrahentów” – zapewnił Mariusz Tuchlin, Prezes Zarządu Dekpol S.A.

Grupa Leonardo ma nowy kontrakt z lotniskiem we Frankfurcie

  • Fraport AG (Frankfurt Airport Services Worldwide), jeden z największych operatorów sektora portów lotniczych na świecie, wybrał Leonardo na dostawcę systemu obsługi bagażowej dla nowego Pirsu G w Terminalu 3 Lotniska we Frankfurcie
  • Nowy system wykorzystujący dwie poprzeczno-taśmowe maszyny sortujące MBHS® (Multi-Sorting Baggage Handling System – Wielosortujący System Obsługi Bagażu), będzie obsługiwał bagaże ok. 5 milionów pasażerów rocznie, znacznie poprawiając jakość oraz bezpieczeństwo usług
  • Technologia obsługi bagażu firmy Leonardo została już wybrana przez szereg portów lotniczych w Europie, na Bliskim Wschodzie oraz w rejonie Azji i Pacyfiku

Grupa Leonardo umocniła swoją pozycję lidera w sektorze logistyki lotniskowej, podpisując kontrakt na dostawę systemu obsługi bagażowej (BHS) na Lotnisku we Frankfurcie, najbardziej obciążonym węźle lotniczym w Niemczech zajmującym czwarte miejsce w Europie w roku 2019 z ok. 70 mln podróżnych przemieszczających się za jego pośrednictwem.

Leonardo przejmie zarządzanie projektem mającym na celu stworzenie nowego systemu sortowania bagażu dla znajdującego się obecnie w fazie budowy Pirsu G w Terminalu 3, zapewniając całościową obsługę od zaprojektowania po integrację systemu. Po uruchomieniu, Pirs G będzie początkowo obsługiwał ok. 5 mln pasażerów rocznie.

Nowe rozwiązania w zakresie obsługi bagażu, które będzie miało wbudowane funkcje związane z bezpieczeństwem i sortowaniem, zostanie wdrożone w dwóch fazach. W roku 2021 BHS zostanie dostarczony i zainstalowany jako system autonomiczny. W drugiej fazie system zostanie rozbudowany i zintegrowany z ogólnym systemem obsługi bagażowej portu lotniczego.

Dwie poprzeczno-taśmowe maszyny sortujące MBHS® (Multi-Sorting Baggage Handling System), które dysponują najnowocześniejszymi technologiami i mają niski pobór mocy, a jednocześnie są łatwe w utrzymaniu, będą stanowić podstawę nowego BHS. Dołączy do nich ok. 40 stacji odprawy bagażowej, karuzele bagażowe oraz wszystkie niezbędne podsystemy transportu bagażu i kontroli bezpieczeństwa zgodne ze standardami międzynarodowymi. Leonardo ponadto dostarczy oprogramowanie, które pozwoli operatorom na monitorowanie systemu i zarządzanie bagażem w trakcie sortowania i przetwarzania w celu załadowania do samolotu.

Lotnisko we Frankfurcie to kolejny klient wybierający rozwiązania firmy Leonardo w zakresie obsługi bagażowej, dołączając do takich lotnisk jak rzymskie Fiumicino, lotnisko w Genewie, paryskie Orly, lotnisko w Lionie, Zurychu oraz inne lotniska w Europe, a także porty lotnicze na Bliskim Wschodzie czy rejonie Azji i Pacyfiku, w tym Międzynarodowy Port Lotniczy w  Kuwejcie czy Międzynarodowy Port Lotniczy w Hongkongu.

Chmura nową „normą” w organizacji pracy?

Jak pokazują ostatnie badania przeprowadzone przez Deloitte, tylko 26% badanych firmy zadeklarowało gotowość do powrotu do pracy w dawnym, biurowym wymiarze. Pozostałe firmy wolą utrzymać status quo pracy zdalnej możliwie jak najdłużej lub nawet trwale zmienić model funkcjonowania przedsiębiorstwa. Warto zgłębić w jakich konkretnie sektorach gospodarki i poszczególnych działach firm, nadal będziemy chcieli i mogli utrzymać pracę zdalną.

Pandemia pokazała prawdziwy potencjał pracy zdalnej, jej zalety i korzyści, zwłaszcza w zakresie optymalizacji kosztów. Jak wynika z analiz oraz informacji od naszych partnerów, praca zdalna w wielu przypadkach okazała się bardzo efektywna. Przy czym, zapytane o konkretne obszary, w których mobilność przyniosła duże korzyści praktycznie wszystkie firmy wskazują te miejsca w swoich organizacjach, które były już od dawna gotowe na cyfrową rewolucję. Są to głównie działy administracji, HR, księgowości, finansów, zarządzania i szeroko rozumianego IT. Oczywiście za nimi idą e-commerce czy usługi, takie jak np. marketing oraz reklama. Te obszary biznesu w Polsce mogły być online już przed pandemią – teraz zwyczajnie zmusiła je do tego sytuacja.

Praca zdalna to oszczędność kosztów poniesionych na biuro, jego wyposażenie, utrzymanie oraz zapewnienie pracownikom odpowiednich warunków do funkcjonowania. To też niższe wydatki na podróże służbowe, spotkania i relacje z kontrahentami. Model, w którym eliminujemy te czynniki w ujęciu tradycyjnym i zaczynamy stawiać na narzędzia w chmurze jest znacznie korzystniejszy finansowo. Przy czym musimy mieć świadomość, że nie wszędzie zastąpimy procesy biznesowe w tzw. realu tymi, które mają dzisiaj miejsce online.

Niewątpliwie praca zdalna może być hitem 2020 roku. W tym hurraoptymizmie tkwi pewne ryzyko. Moim zdaniem niemal „seryjne wdrożenia”, realizowane na fali zachwytu chmurą zamiast ułatwiać transformację, mogą skutkować rozczarowaniem i potęgować komplikacje. Warunkiem skuteczności wdrożenia jest nie tylko szybkie, ale przede wszystkim gruntowne jego przygotowanie. Firmy powinny w odpowiedni sposób, razem z doświadczonymi specjalistami ułożyć i usystematyzować procesy. Warto podkreślić, że musi się to odbyć przed rozpoczęciem implementacji narzędzi informatycznych. Współtworzymy świat IT w Polsce od ponad dekady i z naszych doświadczeń wynika, że chmura i jej odpowiednie zastosowanie dotyczy już niemal każdej branży, ale w znacząco różnym stopniu. Ta rewolucja cyfrowa trwa, a teraz dynamicznie nabiera tempa. Firmy IT, integratorzy i wdrożeniowcy, odpowiedzialni za implementację rozwiązań technologicznych w biznesie powinny wesprzeć gospodarkę swoim autorytetem doradcy. Wiele podmiotów chce rozwiązań IT, jest świadoma tej potrzeby, ale tak naprawdę nie ma pojęcia od czego zacząć, a już na pewno, które z procesów w swoim przedsiębiorstwie można zautomatyzować i objąć w dużej mierze informatyzacją. Ponadto można, a nawet trzeba apelować do dostawców usług, żeby ceny rozwiązań były jeszcze bardziej przystępne. Żeby chmura mogła stać się nową normą i wszystkim dobrze służyć, trzeba nas (i ją) do tego dobrze przygotować.

Komentarz Piotra Kaweckiego, Prezesa Zarządu ITBoom Sp. z o.o.

Najtańsze OC, AC, NNW w maju 2020 r. – ranking

W maju ubezpieczenia OC ponownie potaniały. Czy te obniżki miały wpływ na pozycje ubezpieczycieli w rankingu OC, AC i NNW przygotowywanym przez ekspertów Ubea.pl?

W maju ruch na drogach zaczął już wracać do normy. Mimo tego w piątym miesiącu roku eksperci porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl odnotowali spadek średnich kosztów polis OC dla kierowców. Nie była to duża zmiana, ale dzięki niej przeciętna składka OC wróciła do styczniowego poziomu.

Czy obniżka średniej składki z maja 2020 r. wywarła duży wpływ na wyniki rankingu Ubea.pl? Kto tym razem oferował kierowcom najtańsze składki? Czy Link4 ponownie zdominował konkurencję?

Jak powstał majowy ranking OC, AC i NNW?

Majowy ranking Ubea.pl, podobnie jak poprzednie zestawienia, obejmuje cztery kategorie:

  • OC
  • OC + NNW
  • OC + AC
  • OC + AC + NNW

Każdy ubezpieczyciel biorący udział w rankingu mógł zdobyć od 0 do 5 punktów. Najniższy wynik oznaczałby, że dane towarzystwo we wszystkich porównaniach (uwzględniających tę firmę) zajęło ostatnią pozycję. Zakład ubezpieczeń z 5 punktami musiałby zdobyć pierwsze miejsce w każdej kalkulacji z jego udziałem.

Oczywiście skrajne wyniki są praktycznie niemożliwe. Większość towarzystw zdobywa od 2 do 4 punktów – wskazuje Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.Najtańsze OC, AC, NNW w maju 2020 r. – ranking

Link4 ponownie liderem rankingu

W kwietniu marka Link4 zajęła pierwsze miejsce we wszystkich kategoriach rankingu. Czy w maju to towarzystwo ubezpieczeniowe powtórzyło ten wyczyn? Tak! W poszczególnych kategoriach Link4 zdobył następującą liczbę punktów:

  • w rankingu ubezpieczeń OC: 4,64 pkt.
  • w rankingu pakietów OC + NNW: 4,59 pkt.
  • w rankingu pakietów OC + AC: 4,60 pkt.
  • w rankingu pakietów OC + AC + NNW: 4,45 pkt.

Już teraz można więc stwierdzić, że Link4 jest zdecydowanym faworytem do wygrania kwartalnej oraz półrocznej klasyfikacji ubezpieczycieli” – podkreśla Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Ubezpieczenia z Link4 mocno potaniały

Zwycięstwo Link4 w majowym rankingu przestaje dziwić, jeśli spojrzy się na miesięczne zmiany średnich składek OC w poszczególnych towarzystwach:

  • Aviva – wzrost o 1,8% względem kwietnia 2020
  • Benefia – spadek o 2,2%
  • Generali – spadek o 1,1%
  • Link4 – spadek o 16,2%
  • Proama – spadek o 1,3%
  • UNIQA – wzrost o 4,7%
  • Wiener – spadek o 1,7%

„Tak duży spadek cen OC w Link4 oznacza, że w następnym miesiącu konkurentom będzie jeszcze trudniej dogonić tego ubezpieczyciela” – podkreśla Andrzej Prajsnar, ekspert Ubea.pl.

Szerszy zakres odpowiedzialności karnej za lichwę – nowelizacja art. 304 Kodeksu karnego

Ustawą z dnia 14 maja 2020 r. o zmianie niektórych ustaw w zakresie działań osłonowych w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2, która została ogłoszona w dniu 15 maja 2020 r., rozbudowano art. 304 Kodeksu karnego statuujący przestępstwo lichwy (wyzysku), w konsekwencji czego doszło do znacznego i istotnego poszerzenia odpowiedzialności karnej za to przestępstwo.

Zgodnie z art. 8 ww. ustawy, potocznie nazywanej „Tarczą 3.0”, w art. 304 Kodeksu karnego dotychczasową treść oznacza się jako § 1 i dodaje się po nim § 2 i 3 w brzmieniu:

„§ 2. Kto, w zamian za udzielone osobie fizycznej świadczenie pieniężne wynikające z umowy pożyczki, kredytu lub innej umowy, której przedmiotem jest udzielenie takiego świadczenia z obowiązkiem jego zwrotu, niezwiązanej bezpośrednio z działalnością gospodarczą lub zawodową tej osoby, żąda od niej zapłaty kosztów innych niż odsetki w kwocie co najmniej dwukrotnie przekraczającej maksymalną wysokość tych kosztów określoną w ustawie, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.

  • 3. Tej samej karze podlega, kto, w związku z udzieleniem osobie fizycznej świadczenia pieniężnego wynikającego z umowy pożyczki, kredytu lub innej umowy, której przedmiotem jest udzielenie świadczenia pieniężnego z obowiązkiem jego zwrotu, niezwiązanej bezpośrednio z działalnością gospodarczą lub zawodową tej osoby, żąda od niej zapłaty odsetek w wysokości co najmniej dwukrotnie przekraczającej stopę odsetek maksymalnych lub odsetek maksymalnych za opóźnienie, określonych w ustawie”.

Zakres i istota penalizowanych czynów

Do tej pory dla realizacji znamion przestępstwa lichwy z art. 304 Kodeksu karnego (nowy art. 304 § 1) konieczne było dopuszczenie się wykorzystania przymusowego położenia drugiej strony umowy np. pożyczkobiorcy i nałożenie na nią obowiązku świadczenia niewspółmiernego ze świadczeniem wzajemnym. Udowodnienie okoliczności w postaci wykorzystania przymusowego położenia drugiej strony nastręczało jednak często trudności, w konsekwencji czego w niektórych przypadkach brak było możliwości pociągnięcia lichwiarzy do odpowiedzialności karnej.

Głównym założeniem nowelizacji jest uznanie za czyn zabroniony żądania zapłaty z umowy pożyczki, kredytu lub innej umowy, której przedmiotem jest udzielenie takiego świadczenia z obowiązkiem jego zwrotu, kosztów pozaodsetkowych w kwocie co najmniej dwukrotnie przekraczającej maksymalną wysokość tych kosztów określoną w ustawie lub odsetek w wysokości co najmniej dwukrotnie przekraczającej stopę odsetek maksymalnych lub odsetek maksymalnych za opóźnienie. Co istotne, chodzi wyłącznie o świadczenia (kredyty, pożyczki itp.) udzielane osobom fizycznym w zakresie niezwiązanym z ich działalnością gospodarczą lub zawodową.

Zgodnie z uzasadnieniem do projektu ustawy z dnia 14 maja 2020 r. o zmianie niektórych ustaw w zakresie działań osłonowych w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV penalizowane będzie wyłącznie wystąpienie przez świadczeniodawcę (pożyczkodawcę, kredytodawcę itp.) z żądaniem nadmiernych świadczeń z tytułu korzystania z kapitału. Czynem zabronionym nie będzie samo zawarcie umowy określającej koszty lub odsetki w niedozwolonej wysokości. Odpowiedzialność karna ma być uzależniona od żądania świadczenia określonej wysokości, a nie od potencjalnej wysokości wynikającej z umowy.

Penalizowane żądanie nadmiernego świadczenia może przybrać zarówno formę czynności faktycznych (np. żądanie w formie ustnej, pisemnej lub korespondencji elektronicznej), jak również czynności prawnych, w tym szczególne ich formy w postaci czynności procesowych (np. wystąpienie z powództwem o zapłatę).

Co szczególnie istotne, omawiane przestępstwa zagrożone są karą pozbawienia wolności od 3 miesięcy aż do lat 5.

Uzasadnienie zmian

Jako uzasadnienie dla wprowadzanych zmian wskazano, że dotychczasowa regulacja art. 304 Kodeksu karnego była niedostosowana do ścigania typowych współczesnych przestępstw lichwiarskich, czyli tzw. pożyczek „chwilówek”, w wyniku których pokrzywdzeni tracą czasem dorobek całego życia wskutek niespłacenia w terminie pożyczki na stosunkowo niewielką kwotę”. Wprowadzenie nowych odmian przestępstwa lichwiarstwa ma więc na celu ochronę pewności obrotu gospodarczego, w tym przede wszystkim jego nieprofesjonalnych uczestników.

Obowiązywanie nowych przepisów

Omawiane zmiany weszły w życie po upływie 14 dni od dnia ogłoszenia ustawy, a więc 29 maja 2020 r. Należy mieć jednak na uwadze, że zgodnie z przepisami przejściowymi przepisy art. 304 § 2 i § 3 Kodeksu karnego w brzmieniu nadanym tą ustawą mają zastosowanie do czynów popełnionych po dniu wejścia w życie niniejszej ustawy. Mają zastosowanie także wtedy, gdy żądanie zapłaty dotyczy odsetek lub kosztów innych niż odsetki, wynikających z umowy, która została zawarta przed dniem wejścia w życie niniejszej ustawy, jeżeli odpowiednio wysokość tych kosztów albo odsetek przekraczała poziom dozwolony w dniu wejścia w życie ustawy z dnia 31 marca 2020 r. o zmianie ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych oraz niektórych innych ustaw.

Odpowiedzialność karna grozi więc co do zasady za czyn polegający na żądaniu zapłaty odsetek lub innych kosztów w wygórowanej wysokości wynikających zarówno z umowy zawartej już po dniu wejścia w życie omawianej ustawy z dnia 14 maja 2020 r., jak również z umowy zawartej przed wejściem w życie tej ustawy, jeżeli w tym drugim przypadku wysokość odsetek lub kosztów przekraczała poziom dozwolony na dzień 31 marca 2020 r. Niezależnie od powyższego w dalszym ciągu obowiązywać będzie już jako art. 304 § 1 Kodeksu karnego dotychczasowy przepis statuujący przestępstwo wyzysku.

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Walka z kryzysem będzie miała kolor zielony

Rezygnacja z biur na rzecz pracy zdalnej, nagradzanie rolników za redukcję śladu węglowego, inwestycje środków rozwojowych w OZE – to tylko kilka przykładów, jak za sprawą zielonej energii państwa mogą pokonać recesję gospodarczą. Bloomberg Green przygotował zestawienie pokazujące, jakie konkretnie działania warto podjąć na drodze do odbudowy gospodarczej.

Pandemia koronawirusa – choć gwałtownie zahamowała rozwój rynkowy – stała się jednocześnie nieoczekiwanym sprzymierzeńcem zielonej energii. To właśnie w niej światowi przywódcy upatrują drogi do walki z kryzysem gospodarczym. Nie bez znaczenia są także sukcesywnie spadające koszty wytwarzania czystej energii. Raport „Global Trends in Renewable Energy Investment 2020”, zlecony przez Program Ochrony Środowiska ONZ, podaje, że wydajność energii odnawialnej wzrosła w 2019 r. o 12 proc., przy czym koszt inwestycji wzrósł jedynie o 1 procent więcej niż przed rokiem. Jakie więc konkretne działania powinny podjąć rządy krajów, by rozwijać u siebie odnawialne źródła energii, a tym samym wychodzić z trudnej sytuacji ekonomicznej? Takie zestawienie przygotowała redakcja Bloomberg Green.

Korea Południowa: kryzys pokonany słońcem

Przykładem na to, że pokonanie recesji jest możliwe dzięki inwestycjom w odnawialne źródła energii jest Korea Południowa, która zastosowała tę metodę w 2008 r. 80 proc. środków rozwojowych kraju przeznaczyła na projekty związane z rozwojem OZE oraz politykę przyjazną klimatowi. Dzięki temu powstały chociażby nowe miejsca pracy. Kilka lat później Międzynarodowy Fundusz Walutowy nazwał ożywienie kraju jednym z najszybszych i odnoszących największe sukcesy na świecie, w dużej mierze za sprawą tych działań.

12 lat później Korea uznała, iż to skuteczna droga, aby i tym razem przezwyciężyć gospodarcze zawirowania – kraj, w ramach walki z ekonomicznymi skutkami koronawirusa, zainwestował już 185 mln dolarów w dotacje instalacji słonecznych na dachach domów.

Korea Południowa w ogóle powinna być dla innych państw przykładem na to, jak dynamicznie i z sukcesem wdrażać nowoczesne rozwiązania z zakresu fotowoltaiki. Władze prowadzą tam projekt „Solar City Seoul”, który zakłada m.in. budowanie instalacji słonecznych na dachach prywatnych domów, ale także na budynkach instytucji publicznych czy w elementach infrastruktury ulicznej. U nas trend szerokiego wykorzystywania energii słonecznej jest dopiero w powijakach, ale zobowiązania Zielonego Ładu, jakie podjęliśmy, powinno go znacznie zintensyfikować – mówi Tomasz Żołyniak, prezes firmy Energia Polska.

Rolnictwo: zmiany zaczynają się w ziemi

Pośród pomysłów zaprezentowanych na łamach Bloomberg Green pojawiły się także propozycje dla rozwoju ekologicznego rolnictwa. Plan jest prosty: jeśli zadbamy o zasobność gleby w składniki odżywcze, to nie będziemy musieli poprawiać jej jakości nawozami tworzonymi na bazie paliw kopalnych. To z kolei przyczyni się do zmniejszenia produkcji zanieczyszczeń, które trafiają do wód. Istnieją naturalne rozwiązania, które zwiększają żyzność ziemi. Należy do nich np. pokrywanie gruntu kompostem, które wpływa m.in. na zatrzymanie w niej większej ilości wody. Dobrym i łatwym w realizacji sposobem jest także sadzenie drzew na obrzeżach pół uprawnych w celu stworzenia naturalnej ochrony, która zatrzyma przedmuchujący wierzchnią glebę wiatr. System dopłat na realizację takich działań mógłby znacząco wpłynąć na zminimalizowanie produkcji CO2 w tym sektorze.

Szybkie łącze wesprze pracę z domu

Praca zdalna zyskała na popularności w dobie koronawirusa, jako bezpieczniejsza i wciąż efektywna forma wykonywania obowiązków zawodowych. Według danych GUS-u na koniec marca tego roku 11 proc. aktywnych zawodowo Polaków pracowało zdalnie. Z kolei według badań Global Workplace Analytics aż 1/3 światowej siły roboczej będzie utrzymywać praktykę pracy zdalnej także po pandemii. Nie będzie to jednak możliwe bez powszechnego dostępu do szybkiego łącza internetowego, które pozwoli na efektywne przesyłanie nawet bardzo dużych plików oraz bezproblemowe łączenie się z innymi krajami na konferencjach online. Tym samym rozwój i wdrażanie technologii 5G staje się elementem walki o bardziej ekologiczną przyszłość. Dlaczego? Ponieważ  praca wykonywana z domu równa się zmniejszonej ilości transportu i związanej z tym minimalizacji zanieczyszczeń oraz mniejszemu zużyciu energii potrzebnej do zasilenia biur.

Polska: programy rządowe walczą ze smogiem

Rozwój biznesu to jedno, ale warto pamiętać także o wspieraniu obywateli, którzy również powinni być częścią transformacji ekologicznej.

Oszczędne energetycznie domy to mniej wydanych pieniędzy na walkę z zanieczyszczeniem powietrza, dlatego myśląc o podnoszeniu się z kryzysu gospodarczego nie możemy zapomnieć o systemowym wspieraniu obywateli w tej kwestii. W Polsce widać ruch w tym sektorze – popularnością cieszy się np. „Mój prąd”, czyli rządowy program wsparcia budowy domowych instalacji fotowoltaicznych. Aktualnie ok. 33 proc. mocy prosumenckich źródeł PV pochodzi z instalacji dofinansowanych z tego źródła. W tej chwili trwa drugi nabór. Innym programem walczącym ze smogiem, który właśnie wznowiono jest ten pt. „Czyste Powietrze”, który dotuje wymianę pieców opalanych węglem na ich ekologiczne – mówi Sebastian Biela, wiceprezes firmy Energia Polska.

Choć żaden z pomysłów zaprezentowanych na łamach Bloomberg Green nie jest możliwy do wdrożenia ad hoc to jednak wskazują one kierunek, którym kraje wychodzące z kryzysu gospodarczego powinny się inspirować. Rozwijanie technologii służących ideałom ekologicznym to bowiem podwójnie wygrana droga, bo pozwalająca podnieść nadszarpniętą gospodarkę oraz budująca grunt pod bezpieczeństwo i oszczędności na przyszłość.

Koronawirus testuje TELCO

Żyjemy w czasach, w których jesteśmy nieustannie testowani. Nie inaczej dzieje się w sektorze TELCO. Główne wyzwania sektora to poważne rozbieżności między konfiguracją sieci, a nowymi wzorcami ruchu, ponadto fizyczne ataki na infrastrukturę 5G (choćby domniemaną) i wyszukane formy cyberataków ze strony nowych, złych graczy.

Infrastruktura mobile zaprojektowana pod centra biznesu

Największym wyzwaniem dla Telco była nagła zmiana – w ciągu jednej nocy – ruch z centrów miast i kampusów korporacyjnych przeniósł się na przedmieścia, gdzie pracownicy umysłowi wykonują teraz prawie całą swoją pracę zdalnie.

Sieci komórkowe, zaprojektowane z myślą o całych rzeszach osób dojeżdżających do pracy, nagle zostały obciążone obsługą dużej liczby połączeń w ciągu dnia w dzielnicach mieszkaniowych. Podobnie dzieje się w obszarze Internetu szerokopasmowego. Cały ruch, który kiedyś przechodził przez sieci światłowodowe łączące biurowce na obszarach miejskich, musi teraz przeciskać się przez linie DSL funkcjonujące w podmiejskich osiedlach. Ci z dostawców, którzy w opisany sposób zaprojektowali swoje sieci znaleźli się w chwili lockdown w kłopocie, choć jak dotąd większość z nich poradziła sobie ograniczając usługi transferu strumieniowego wideo, w tym konferencji online.

Wzrost zapytań od klientów

Niemniej kompromis w zakresie jakości nie będzie dla sektora rozwiązaniem długoterminowym i spodziewamy się, że dostawcy przegrupują siły. Tym bardziej, że nowi klienci są proaktywni. Sektor zmaga się ze wzrostem zapytań: konsumenci mają czas, ale są także pod presją finansową, więc sprawdzają rachunki i chcą dostosować taryfy do potrzeb zwiększającego się obciążenia pracą z domu.

Dostawcy usług telekomunikacyjnych, którzy dotychczas nie scyfryzowali odpowiednio swoich operacji obsługi klienta mogą doświadczać opóźnień z racji nadmiaru zgłoszeń.

Jeśli wpłynie to na doświadczenia klientów, może negatywnie przełożyć się na biznes.

Równowaga w kanałach obsługi klienta

Niemniej, chociaż kanały cyfrowe są często najtańszym i najskuteczniejszym sposobem interakcji z klientami, operatorzy telekomunikacyjni szukający oszczędności nie powinni myśleć o całkowitym wycofaniu swoich salonów z ulic i centrów handlowych.

Obecność w tradycyjnych punktach handlu detalicznego jest ważnym kanałem sprzedaży nowych usług i sprzętu konsumentom coraz bardziej zainteresowanym technologiami, w tym Internetem Rzeczy. Klienci będą chcieli dotknąć nieznanych produktów, jak np. kamery monitoringu i urządzenia nasobne. Większość klientów potrzebuje wsparcia i porady, zanim kupią coś opartego o nowe technologie. Zwłaszcza, że wiedza w tym zakresie wciąż jest niewielka, czego dowodem są fizyczne ataki na (domniemaną) infrastrukturę 5G.

Edukacja społeczna

Fałszywe przekonanie o szkodliwości infrastruktury 5G najczęściej wynika właśnie z niewiedzy. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy, że najbezpieczniejszym miejscem do korzystania z telefonu komórkowego jest stacja bazowa. Przy stacji występują emisje o najniższej częstotliwości radiowej, również telefon komórkowy może się komunikować korzystając z niskiej mocy. Edukacja społeczna staje się kolejnym wyzwaniem dla sektora telekomunikacyjnego.

Zautomatyzowane cyberataki i algorytmy obrony

Sektor telekomunikacyjny, ale też banki, linie lotnicze i inni usługodawcy muszą zmagać się z nowymi rodzajami wielopłaszczyznowych cyberataków, w których boty są wykorzystywane do równoległego hakowania różnych usług. Automatyzacja służy cyberprzestępcom do jednoczesnego wypróbowywania poświadczeń dostępu ze skradzionych kont w wielu witrynach. Te same dane uwierzytelniające można również wykorzystać do wdrożenia wysoce ukierunkowanego ataku, w którym są wykorzystywane do działania pozornie uzasadnionego i zapewniającego bezpieczeństwo uwierzytelniania dwuskładnikowego – by oszukać ochronę.

Algorytmy wykorzystywane w Shape Security mogą wykryć, kiedy bot próbuje uzyskać dostęp do konta. Zamiast polegać na tradycyjnych formach uwierzytelniania, identyfikujemy wzorce behawioralne. Rozpoznajemy, które zachowania są cechami zautomatyzowanych ataków hakerów jak w powyższych przykładach oszustw. Zamiast natychmiastowego blokowania botów, preferujemy utrzymywanie ich pod kontrolą i badanie ich „zachowań”.

Roaming w dół

Wpływ sytuacji makro na operatorów będzie wyjątkowo silny. Dostawcy usług telekomunikacyjnych, którzy w dużej mierze polegają na wysokomarżowych przychodach z roamingu (i związanych z nimi opłatach kursowych) szczególnie silnie odczują skutki pandemii. W miarę słabnięcia przepływów pieniężnych konsolidacja w sektorze może się okazać nieunikniona, a regulatorzy w świetle wzmocnienia sektora rzadziej sprzeciwiają się fuzjom.

Jednak najzwinniejsi w sektorze telekomunikacyjnym poradzą sobie ze spowolnieniem znacznie lepiej niż inne firmy. Ograniczenie interakcji personalnych wpływa na zwiększenie zapotrzebowania na łączność innymi dostępnymi środkami. W chwili, gdy społeczności zaczną podróżować, nawet przychody z roamingu powinny ponownie rosnąć. Obecny kryzys pokazał, jak bardzo ludzie doceniają usługi telekomunikacyjne i elastyczność dostawców.

Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający w F5 Poland

Oszczędzanie w polskim wydaniu – ile odkładamy na przyszłość i w co inwestujemy

Polacy z roku na rok zwiększają poziom swoich oszczędności. Jak wskazują dane Komisji Nadzoru Finansowego depozyty gospodarstw domowych pod koniec 2019 r. wynosiły 899,9 mld zł – wynika z raportu InfoKREDYT. Jak podaje Związek Banków Polskich ponad połowa z nas oszczędności gromadzi przede wszystkim na tzw. czarną godzinę. Czy otwieramy się na inwestycje i lokowanie w nich zgromadzonych środków? Co zmieniła pandemia w naszym podejściu do zabezpieczania się finansowo na przyszłość?

Polacy dzięki temu, że oszczędzają coraz chętniej sięgają po narzędzia, które umożliwiają pomnażanie środków. Wiemy coraz więcej o inwestowaniu i chętnie tę wiedzę pogłębiamy. W praktyce nasza sytuacja materialna i świadomość finansowa ulega pozytywnym zmianom – mówi Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex. Korzysta na tym najbardziej złoto. Warto wspomnieć o tym, że oprócz tego, że zabezpiecza nasze zasoby finansowe pozwala również na ich pomnożenie – dodaje.

Oprócz kruszcu inwestorzy decydują się na lokowanie oszczędności w nieruchomościach oraz obligacjach skarbowych (papierach wartościowych sprzedawanych przez Skarb Państwa). Niestety podobnie jak w przypadku lokat, obecnie inwestowanie w obligacje jest mniej opłacalne w porównaniu z czasem sprzed pandemii, ze względu na coraz niższe oprocentowanie. Warto jednak podkreślić, że nadal są one bezpieczną formą zabezpieczenia oszczędności, która pomaga ochronić je przed inflacją.

Dynamicznie zmieniające się wyceny spółek, nerwowa sytuacja na rynku ropy naftowej, wzrost notowań Bitcoina oraz zamrożenie rynku najmu krótkoterminowego. To nowa rzeczywistość w sektorze inwestycji. Możemy zaobserwować, że inwestycjami zaczęły się interesować osoby, które nigdy wcześniej tego nie robiły.

Warto pamiętać, że nadal jesteśmy krajem charakteryzującym się niską stopą oszczędności na tle innych członków Unii Europejskiej (3.6%). w Niemczech stopa oszczędności wynosi prawie 10%, a w przodującej pod tym względem Szwecji – nawet 16% – pokazuje raport InfoKredyt.

Co ciekawe, na początku 2020 roku Polacy wskazywali, że są zadowoleni ze swojej sytuacji finansowej (ponad 73% respondentów badania Santander Consumer Banku). Epidemia sprawiła jednak, że w ciągu zaledwie kilku tygodni znaleźliśmy się w nowej normalności. W normalności, w której podchodzimy do naszych wydatków w bardziej przemyślany sposób.

Przez ostatnie wydarzenia spowodowane pandemią COVID-19 musimy uważniej planować swoje wydatki oraz znaleźć nowe sposoby na to, aby odkładać pieniądze. To my sami jesteśmy odpowiedzialni za swoje bezpieczeństwo finansowe – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

Czekają nas kolejne zmiany w zamówieniach publicznych

W poprzednim artykule (link) zwracaliśmy uwagę na fakt, że wprowadzone przez pierwszą Tarczę Antykryzysową zmiany w prawie zamówień publicznych są niewystarczające i w rezultacie nieco pozorne. Rozwiązania przyjęte w ramach Tarczy 4.0 to krok w dobrym kierunku, ponieważ poprawiają sytuację wykonawców, nadal jednak nie rozwiązują wszystkich problemów.

Dotychczasowe regulacje dawały zamawiającym możliwość zmiany umowy jedynie w przypadku, gdy jej realizacja napotkała trudności wynikające z COVID 19. Uchwalone w ramach  tzw. Tarczy 4.0 nowe przepisy[1] wskazują już w sposób jednoznaczny, że zmiany umowy o wykonanie zamówienia publicznego dokonuje się w każdym przypadku, gdy okoliczności związane pandemią wpływają na należyte wykonanie kontraktu. Podjęcie decyzji o zmianie umowy nie jest więc, jak dotychczas, pozostawione uznaniu zamawiającego. W sytuacji, gdy okoliczności związane z COVID 19 w obiektywnej ocenie wpływają na wykonanie zamówienia, zamawiający jest zobowiązany dokonać zmiany umowy. Przyjęte rozwiązanie to krok w dobrym kierunku, ale nadal to od zamawiającego zależy ocena, jaka zmiana umowy jest w tym przypadku zasadna – na przykład, czy termin wykonania umowy powinien ulec przesunięciu, a jeśli tak, to o ile.

Korzystne zmiany dla wykonawców

Nowe przepisy częściowo poprawiają sytuację wykonawców w zakresie potrącania z ich wynagrodzenia kar umownych naliczonych przez zamawiających. Wprawdzie ogólna zasada dotycząca możliwości naliczania takich kar nie została zmieniona ani zawieszona, to jednak na czas trwania zagrożenia epidemicznego albo stanu epidemii oraz przez 90 dni od dnia odwołania stanu, który obowiązywał jako ostatni, wyłączona została możliwość potrącenia przez zamawiającego z wynagrodzenia (lub innych wierzytelności) wykonawcy kary umownej naliczonej w związku ze zdarzeniem, które nastąpiło w trakcie epidemii lub stanu epidemicznego. W najbardziej typowym przypadku, to jest kary umownej należnej z powodu opóźnienia w wykonywaniu prac lub opóźnienia w usuwaniu wad i usterek (jeśli opóźnienie takie wystąpiło w okresie obowiązywania epidemii lub stanu epidemicznego), zamawiający będzie mógł co prawda karę nałożyć i obliczyć, ale nie pomniejszy zapłaty kolejnej faktury o kwotę tej kary, i to ani w trakcie epidemii lub stanu zagrożenia, ani przez 90 dni po ich odwołaniu. Warto podkreślić, że ustawa nie wymaga wykazania, że zdarzenie, które powoduje naliczenie kary umownej było wynikiem lub pozostawało w związku z pandemią. Wystarczy, że wystąpiło w okresie ogłoszenia stanu epidemii lub stanu zagrożenia epidemicznego. Kary umownej, o której mowa powyżej, zamawiający nie może także dochodzić w analogicznym okresie z ustanowionego zabezpieczenia należytego wykonania umowy. Wyłączone są zatem czasowo obie ścieżki umożliwiające zamawiającemu faktyczne pobranie kary umownej bez zgody wykonawcy.
Regulacje Tarczy 4.0 niewątpliwie służą interesowi wykonawców i zmniejszają zagrożenie utraty płynności finansowej w trakcie realizacji zamówienia na skutek jednostronnych i często dyskusyjnych decyzji zamawiającego.

Dorota Brzezińska-Grabarczyk, adwokat, partner w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci. Specjalizuje się w rozwiązywaniu sporów sądowych z zakresu prawa pracy, prawa spółek, nieuczciwej konkurencji oraz w sprawach budowlanych. Ekspert w dziedzinie projektów inwestycyjnych.

[1] Wg stanu na dzień 10 czerwca br. Ustawa została przekazana do prac w Senacie.

Nadopiekuńczość i brak konsekwencji to jedne z najczęstszych błędów wychowawczych. Współczesnym rodzicom trudno ich uniknąć [DEPESZA]

– Nie ma idealnych rodziców i wszyscy popełniają jakieś błędy – mówi psycholog, dr Iwona Krosny-Wekselberg. Jak podkreśla, współczesnym rodzicom trudno uniknąć błędów wychowawczych, chociażby z powodu pośpiechu i braku czasu, nagromadzenia sprzecznych informacji czerpanych z portali czy książek o rodzicielstwie, a czasem też przez własne doświadczenia z dzieciństwa, oczekiwania rodzinne i rady mam czy teściowych. Często powodem są też popularne wśród rodziców stereotypy – np. ten, że dzieciństwo powinno być najszczęśliwszym okresem w życiu. Takie przekonanie skutkuje roztoczeniem nad dzieckiem parasola ochronnego, co zaburza rozwój jego osobowości.

– Przez przekonanie, że dzieciństwo jest najszczęśliwszym okresem w życiu, dorośli często się nie domyślają, że dziecko może mieć swoje troski i że ma prawo do swoich humorów. To może powodować, że deprecjonują i bagatelizują jego problemy. Tymczasem ono ma masę problemów, ponieważ stawia się przed nim ogrom zadań do wykonania, z którymi różnie sobie radzi – mówi agencji Newseria dr Iwona Krosny-Wekselberg, psycholog i wykładowca Dolnośląskiej Szkoły Wyższej na kierunku pedagogika i psychologia.

Kolejnym mitem jest ten, że dobrze wychowane dziecko oznacza grzeczne. Tymczasem dziecko, które jest posłuszne, bardzo często boi się otwarcie okazywać swoje emocje, jest wycofane, potulne i podporządkowane, a to rzutuje na jego zachowanie w przyszłości.

 Posłuszeństwo dziecka wobec rodzica nie może być jego jedynym celem. W wychowaniu nie chodzi o to, żeby dzieckiem sterować, ale kształtować w nim silne „ja”, bo kiedyś ono będzie musiało poradzić sobie w życiu – mówi ekspertka. – Dziecko właśnie w rodzinie powinno przejść trening asertywności, mieć doświadczenie w mówieniu „nie”, poczucie wpływu na otoczenie. Jeżeli tego nie ma i tego rodzaju zachowania są karane, to może doprowadzić to do rozwoju uległej osobowości. Potem rodzice się dziwią, że dziecko jest konformistyczne i ulega grupie rówieśniczej. Tymczasem dziecko nie zostało nauczone, że może mieć własne zdanie i może się na coś nie zgodzić.

Popularny wśród rodziców jest też mit o skuteczności i wyższości kary nad nagrodą. Wielu wręcz obawia się chwalić i nagradzać dobre zachowania, myśląc, że w ten sposób zdemotywują dziecko.

 To jest trochę dziwne założenie. U ludzi utrwalają się właśnie te zachowania, które przynoszą pozytywne rezultaty. Aprobata otoczenia jest sygnałem, że dane zachowanie może przynieść korzyści, więc warto je powtarzać. Jeśli rodzice reagują głównie wtedy, kiedy coś idzie źle, dziecko dostanie dwóję albo pobije się z kolegą, pokazują mu w ten sposób, że tylko złym zachowaniem jest w stanie zwrócić ich uwagę – mówi wykładowca Dolnośląskiej Szkoły Wyższej.

Psycholog podkreśla, że nie ma idealnych rodziców i wszyscy bez wyjątków popełniają błędy wychowawcze. Te najczęstsze można podzielić na tzw. błędy zimne i ciepłe. Te pierwsze są związane z dystansem uczuciowym, oziębłością, brakiem akceptacji, a nawet odrzuceniem.

 Rygoryzm, ograniczanie spontanicznej aktywności dziecka, obojętność czy agresja (oprócz fizycznej i słownej chodzi również o jej bierną formę, np. obrażanie się) zwiększają poziom lęku i obniżają samoocenę dziecka, więc staje się ono wycofane, bierne. Warto też mieć świadomość, że agresja rodzica modeluje agresję u dzieci  frustracja osoby niedocenianej, poniżanej, niesprawiedliwie karanej może powodować, że przenosi swój gniew i rozładowuje napięcie poprzez agresję np. wobec rówieśników.​ To wszystko wpływa na dziecko, które bardzo krytycznie podchodzi do własnej aktywności albo wręcz jest obojętne. Takie zachowania mogą też zwiększać u dzieci poczucie lęku, z pewnością nie wpływają na harmonijny rozwój osobowości – podkreśla dr Iwona Krosny-Wekselberg.

Jednak nawet rodzice, którzy pozostają z dziećmi w bliskiej, ciepłej i uczuciowej relacji, popełniają błędy wychowawcze, choć innego rodzaju. W tym modelu częste są właśnie tzw. błędy ciepłe. Te polegają m.in. na uleganiu dziecku, spełnianiu jego zachcianek, wyręczaniu w obowiązkach, a tłumaczone są jego dobrem.

 Ciepłe błędy są nazywane syndromem nadopiekuńczości. Mogą prowadzić do tego, że dziecko staje się zależne emocjonalnie od opiekuna, nie ma warunków, żeby wzmacniać swoją odporność psychiczną. Brakuje mu treningu w radzeniu sobie z trudnymi sytuacjami, bo często jest w nich wyręczane. W efekcie tworzy się u niego wyobrażenie, że ludzie są po to, żeby mu pomagać, że nie jest za nic odpowiedzialne. A skoro wszyscy je kontrolują i roztaczają nad nim parasol ochronny, to być może nie jest wystarczająco dobre – mówi ekspertka.

Tego rodzaju zachowania hamują u dzieci poczucie sprawstwa, wewnętrznej kontroli i przekonania, że samodzielnie dadzą sobie radę. Dlatego dzieci, które są wychowywane w takim nadopiekuńczym modelu, mają niższą odporność psychiczną. Kiedy natrafiają na trudną sytuację, od razu się z niej wycofują albo uruchamiają schemat szukania pomocy. Częstym efektem jest też to, że traktują innych ludzi instrumentalnie.

– Kiedy dziecko dorasta i opuszcza dom ze schematem ludzie są dla mnie i mogę z nich korzystać, to niekoniecznie dobrze wpłynie na jego kontakty społeczne – mówi wykładowca Dolnośląskiej Szkoły Wyższej.

Jak podkreśla, nawet dobre intencje nie ustrzegą rodziców przed popełnianiem błędów wychowawczych.

– Ludzie często mają dobre motywacje. Jednak często też ich starania, żeby uczynić życie dziecka szczęśliwym, zapewnić mu opiekę, wyrozumiałość i poczucie beztroski, powodują, że ono nie ma warunków, aby optymalnie rozwijać swój potencjał i stawać się samodzielne, bo niestety ciągle jest pod parasolem ochronnym. Oprócz tego motywem rodziców bywa po prostu ich potrzeba, żeby w dzisiejszych, zabieganych czasach mieć trochę spokoju. Czasem łatwiej zrobić coś za dziecko, dla świętego spokoju odpuścić, niż mobilizować cały potencjał i nie rezygnować z myślą o odległych korzyściach takiej postawy – mówi dr Iwona Krosny-Wekselberg.

To często wiąże się z błędem niekonsekwencji, który dla wychowania dziecka może mieć szczególnie niebezpieczne skutki. Tym bardziej że rodzicom czasem trudno jest rozpoznać, która postawa i zachowanie są tymi właściwymi, a nie pomagają w tym także często sprzeczne informacje czerpane z portali czy książek o rodzicielstwie, oczekiwań rodzinnych i rad mam czy teściowych.

– Brak konsekwencji rodzica utrudnia dziecku opanowanie zasad obowiązujących w domu, jakiejś hierarchii wartości. Skoro wszystko jest zmienne, ono  zaczyna się gubić, nie wie, czego ma się trzymać. Poza tym, jeżeli rodzic za coś karze, a innym razem nie, raz na coś pozwala, a kolejnym nie, to traci w oczach swojego dziecka autorytet. Wtedy maleje możliwość, że będzie mieć na swoją pociechę wpływ, ponieważ jest nieprzewidywalny. A rodzic nieprzewidywalny nie zaspokaja podstawowej potrzeby dziecięcej, jaką jest potrzeba bezpieczeństwa. Warto dodać, że dla jej zaspokojenia oprócz możliwości przewidywania ważna jest też możliwość otwartej komunikacji z osobami bliskimi. Zaburzają ją błędy, np. karanie za szczerość czy lekceważenie tego, co dziecko przeżywa, czy wreszcie mówienie mu, że jest jeszcze małe i niczego nie rozumie  – podkreśla psycholog i wykładowca Dolnośląskiej Szkoły Wyższej.

Ekspertka dodaje, że zaspokojenie tej podstawowej potrzeby – bezpieczeństwa – jest szczególnie ważne dla rozwoju dzieci.

– Rozwój bowiem to zmiana, a dziecko, które jest niepewne i nieufne, wycofuje się i może nie korzystać z nowych doświadczeń, które rozwijają jego osobowość i umiejętności samodzielnego radzenia sobie w życiu  dodaje dr Iwona Krosny-Wekselberg.

Domy z drewna mogą być przyszłością budownictwa wielorodzinnego. Budowa czteropiętrowego bloku w tej technologii trwa miesiąc

Tylko 1,5 proc. pozwoleń na budowę wydanych w Polsce w ubiegłym roku dotyczy budownictwa drewnianego i energooszczędnego. Ten segment rynku jest u nas słabo rozwinięty, mimo że wiele rodzimych firm specjalizuje się w tej dziedzinie. Niskie zainteresowanie sprawia, że najczęściej takie domy realizowane są na eksport. – Chcemy przekonać sceptyków, że technologie drewniane to bezpieczny, energooszczędny i trwały system budownictwa – zapewnia Tomasz Szlązak, prezes Polskich Domów Drewnianych. To właśnie stereotypowe podejście Polaków hamuje rozwój branży.

 Paradoks polskiego budownictwa drewnianego polega na tym, że na rodzimym rynku działają silne i dobrze rozwijające się podmioty, ale są one skazane wyłącznie na sprzedaż za granicę – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Szlązak. – Segment ten potrzebuje odpowiedniego wsparcia w promocji ekologicznych technologii, aby w Polsce mogło się rozwijać drewniane budownictwo wielorodzinne, które dodatkowo jest ekologiczne i energooszczędne. Aby było to możliwe, konieczny jest odpowiedni poziom inwestycji i zbudowanie systemu zachęt dla indywidualnych inwestorów.

Jak podkreśla, budownictwo wielorodzinne stanowi najbardziej obiecującą niszę rynkową do zagospodarowania. W Polsce wciąż są one rzadkością, ale właśnie z tego względu potencjał rozwoju tego segmentu jest ogromny.

Gdyby w Polsce powstało 500–600 domów lub lokali w budynkach wielorodzinnych, mielibyśmy do czynienia ze wzrostem na poziomie 100 proc. Naszym celem jest, aby w ciągu 10 lat poziom inwestycji w segmencie budownictwa sięgnął 3 mld zł – uściśla prezes Polskich Domów Drewnianych.

Technologia budownictwa prefabrykowanego, szkieletowego ma wiele zalet. Po pierwsze, pozwala skrócić czas budowy oraz zwielokrotnić korzyści i tempo, w jakim inwestycja wprowadzana jest na rynek. Prefabrykowany budynek drewniany stawia się w zaledwie kilka dni, a wznoszenie czterokondygnacyjnego bloku może trwać około 30 dni. Zatem osiedle domów jednorodzinnych w stanie deweloperskim może być gotowe do użytkowania już po około pół roku od rozpoczęcia budowy. Po drugie, jest to technologia tańsza, bo dzięki ograniczeniu czasu potrzebnego na zrealizowanie inwestycji inwestor ponosi mniejsze koszty finansowe związane z obsługą kredytu. Dzięki temu można zaoferować niższą cenę i wprowadzić produkt na rynek masowo, z wykorzystaniem ekonomii skali. Po trzecie, dzięki opracowaniu odpowiednich standardów istnieje szansa, aby ograniczyć koszty wejścia na rynek dla kolejnych podmiotów.

Chcielibyśmy stworzyć jednolity standard budownictwa drewnianego, szczególnie w obszarze wielorodzinnym, który mógłby być wykorzystywany powszechnie i przekazywany nieodpłatnie firmom, które działają na tym rynku. Dzięki zastosowaniu lekkiej technologii można budować na gruntach, które do tej pory były poza zasięgiem budownictwa tradycyjnego, np. lessowych, i ograniczyć koszty związane z pracami ziemnymi. Ponadto domy drewniane i system budownictwa – w szczególności prefabrykowanego, wielorodzinnego – są w stanie wesprzeć dywersyfikację polskiego systemu energetycznego – wyjaśnia Tomasz Szlązak.

Efektem powszechnego stosowania budownictwa drewnianego byłoby mniejsze zapotrzebowanie na cement i piasek, które – w przeciwieństwie do drewna – nie są zasobami odnawialnymi. Sektor budowlany odpowiada za 30-40 proc. całkowitej emisji gazów cieplarnianych i wykorzystuje około 3 mld ton surowców każdego roku, co odpowiada za około 40–50 proc. całkowitego zapotrzebowania na nie. Zwiększenie zużycia drewna w budownictwie może przyczynić się do zahamowania niekorzystnych zmian klimatycznych: poprzez magazynowanie CO2 w drewnie na wiele dziesiątków lat, zamianę tradycyjnych materiałów na surowce pochodzenia organicznego, o jeszcze lepszych właściwościach cieplnych oraz ograniczenie emisji gazów cieplarnianych, z uwagi na szybszy proces budowlany i wykorzystanie lokalnych zasobów.

Prezes Polskich Domów Drewnianych zaznacza, że mimo oczywistych korzyści z budownictwem drewnianym wciąż wiążą się stereotypy i to stanowi największą barierę w popularyzacji tej technologii. Skojarzenia z domem z drewna są raczej negatywne, chociaż nie jest to poparte żadnymi faktami.

W związku z tym edukacja społeczeństwa musi się opierać na budowaniu pozytywnego wizerunku budownictwa drewnianego jako bezpiecznego, energooszczędnego i trwałego systemu – wyjaśnia. – Wątpliwości klientów dotyczą gwarancji na domy drewniane, chociaż typowa gwarancja udzielana jest na około 30 lat, a my chcielibyśmy wydłużyć ten okres. Pojawiają się także obawy o ogniotrwałość budynków drewnianych. Tymczasem według wielu badań jest ona taka sama, a nawet lepsza pod względem plastyczności niż konstrukcji stalowych. Stal topi się w temperaturze między 400 a 600 stopni Celsjusza, a budynek drewniany – nawet jeżeli ulegnie spaleniu – to jego elementy konstrukcyjne będą dalej trwałe i pozostaną w takim samym ułożeniu geometrycznym.

Spółka Polskie Domy Drewniane planuje w tym roku rozpoczęcie czterech pilotażowych inwestycji mieszkaniowych, m.in. w Choroszczy i Łodzi. W sumie ma powstać 140 lokali o łącznej powierzchni mieszkalnej wynoszącej prawie 9,5 tys. mkw. Z kolei długoterminowa strategia spółki zakłada wybudowanie w ciągu pięciu lat około 2,5 tys. lokali w budownictwie jedno- i wielorodzinnym.

Mamy również w planach dostarczenie produktów z drewna inżynieryjnego na polski rynek oraz wsparcie polskich firm, w tym deweloperów, którzy być może będą się borykali przez najbliższe kilka kwartałów z płynnością finansową – zakłada Tomasz Szlązak. – Spółka Polskie Domy Drewniane mogłaby wejść w proces inwestycyjny jako inwestor zastępczy na rzecz tych deweloperów, którzy są zainteresowani technologią drewnianą.

Firmy nie porzuciły inwestycji w rozwiązania informatyczne. Dzięki temu branża uniknęła kryzysu

0

Branża IT jak na razie obronną ręką wychodzi z gospodarczych turbulencji wywołanych przez pandemię SARS-CoV-2. W kwietniu, mimo zamrożenia gospodarki, przychody prawie połowy firm z tego sektora wzrosły, a co trzecie przedsiębiorstwo zatrudniło nowych pracowników – wynika z badania Just Join IT. W nadchodzącym czasie kondycja branży IT będzie zależeć głównie od ogólnej koniunktury i sytuacji finansowej przedsiębiorstw, które korzystają z jej usług. Te – jeśli już myślą o inwestowaniu – zamierzają przeznaczać środki właśnie na rozwój swoich systemów informatycznych.

– Branża IT już przed kryzysem była branżą, gdzie się dobrze zarabia, są wysokie marże i ciekawe projekty. Firmy IT, które wchodzą w ten kryzys przygotowane, są dobrze zarządzane, mają oszczędności, bo wcześniej dobrze im szło, nie wyjdą z niego zbytnio poturbowane. Co więcej, duża część tych bilionów złotych uwolnionych na ratowanie gospodarki znajdzie ujście właśnie w technologiach IT, bo firmy będą chciały te technologie wdrażać – mówi agencji Newseria Biznes Konrad Weiske, prezes zarządu SpyroSoftu.

Jak podkreśla, w czasie kryzysu w wielu firmach zarządzanie przejęli dyrektorzy finansowi – pojawiła się presja na przejściowe obniżanie wynagrodzeń i stawek za usługi.

My na to reagujemy pozytywnie. Mówimy: „dobra, przejdźmy przez ten kryzys razem. Wszystkich nas to dotyczy, jesteśmy w stanie się trochę ugiąć, wy nam to później jakoś wynagrodzicie i dogadamy się”. I to jest najczęstsza postawa firm z branży – mówi Konrad Weiske.

Jak wynika z „Barometru ITX”, pierwszego cyklicznego badania koniunktury w polskim IT zrealizowanego przez Just Join IT, w kwietniu mimo pandemii przychody blisko połowy firm z sektora IT (44 proc.) wzrosły. Co trzecia nie odnotowała zmian, a 26 proc. odnotowało spadek przychodów.

Sytuacja wygląda dobrze również w przypadku zamówień: w kwietniu 41 proc. firm odnotowało wzrost liczby nowych zleceń w stosunku do poprzedniego miesiąca (w 29 proc. zostało bez zmian, a 30 proc. firm odnotowało spadek). Zatrudnienie na dotychczasowym poziomie utrzymała dokładnie połowa firm, a co trzecia (34 proc.) nawet zwiększyła liczbę pracowników. Większość (85 proc.) nie obniżyła też tzw. billable rate, czyli stawki godzinowej oferowanej pracownikom. Badanie pokazuje za to, że prawie co piąta firma (18 proc.) obniżyła w kwietniu ceny swoich usług i produktów.

Prezes SpyroSoftu ocenia, że kondycja branży IT w kolejnych miesiącach będzie uzależniona od ogólnej koniunktury i sytuacji finansowej przedsiębiorstw, które korzystają z jej usług. Majowe badanie Krajowego Rejestru Długów wskazuje, że strach przed recesją powstrzymuje firmy przed inwestowaniem: zdecydowana większość (78 proc.) nie planuje ich w najbliższych trzech miesiącach. O inwestycjach myśli tylko 12,3 proc. przedsiębiorstw. Te chcą przede wszystkim kupić nowy sprzęt i maszyny (54,5 proc.), ale 1/3 z nich zamierza również rozwijać systemy IT, tj. strony internetowe, aplikacje i sklepy online.

 Firmy na pewno będą w trudnej sytuacji finansowej. To martwi zwłaszcza w kontekście konkurencji międzynarodowej. Przedsiębiorstwa w Polsce są stosunkowo niewielkie i otrzymują dosyć małą pomoc od rządu. Zachodnie firmy, np. w Niemczech czy Szwecji, otrzymają o wiele większą pomoc i będą lepiej przygotowane do konkurowania po tym kryzysie – podkreśla Konrad Weiske. – Dla firm takich jaka nasza, opartych głównie na eksporcie, ta sytuacja może nie stanowić aż takiego problemu. Jednak dla przedsiębiorstw nastawionych na rynek krajowy będzie on znaczący.

Z drugiej strony łatwiejsze może być pozyskanie zleceń z rynków zagranicznych. Zamknięcie granic i konieczność pracy zdalnej pokazała firmom na całym świecie, że wiele projektów jest możliwych do realizacji całkowicie zdalnie. Jak podkreśla ekspert, na tym trendzie powinny skorzystać przedsiębiorstwa IT z Polski i regionu Europy Środkowo-Wschodniej.

W obecnej sytuacji obiektywnie najlepsze dla klientów są rozwiązania chmurowe, chmury publiczne. Jeżeli klient wcześniej miał wątpliwości, to teraz już ich raczej nie ma, bo bez tych rozwiązań nie jest w stanie nawet pracować zdalnie. Technologie chmurowe mają wielką przyszłość – zwłaszcza w takim kraju jak Polska, gdzie zdecydowana większość firm jeszcze w ogóle z nich nie korzysta – mówi prezes SpyroSoftu. – Koronawirus pokazał, że edukacja, sądy, część administracji publicznej nie poradziły sobie w nowej sytuacji, bo nie używały chmur publicznych i innych zaawansowanych rozwiązań IT.

Jak podkreśla, na tego typu inwestycje może sobie pozwolić coraz więcej firm, bo koszty ich wdrażania znacząco spadły na przestrzeni ostatnich lat. I to mimo wzrostu kosztów wynagrodzeń.

– Tu problemem nie są finanse, tylko umiejętność wdrożenia danego rozwiązania. Na wagę złota będzie doradztwo technologiczne i product design. Na tym polu rozegra się walka, czy firmy będą w stanie zaproponować swoim klientom takie rozwiązania – mówi Konrad Weiske.

Polacy pracują nad hełmem mającym pomóc osobom z niewydolnością oddechową. Będzie stosowany także w leczeniu chorych na COVID-19

Polscy naukowcy pracują nad hełmami do wentylacji nieinwazyjnej, które pomogą  pacjentom z COVID-19. Mogą być zastosowane we wczesnym stadium niewydolności oddechowej. Dzięki hełmom można podać tlen w wyższym stężeniu i pod ciśnieniem do pęcherzyków płucnych, co pozwoli pacjentom na skuteczniejszą wymianę gazową. Badania wykazują, że zastosowanie tego rodzaju hełmów może zmniejszyć liczbę pacjentów wymagających intubacji i prowadzenia wentylacji mechanicznej za pomocą respiratora.

– Działanie hełmu do wentylacji nieinwazyjnej polega na tym, że tworzymy wokół głowy pacjenta pod ciśnieniem mieszaninę powietrza i tlenu. Pozwala to choremu na łatwiejsze nabieranie powietrza, a jednocześnie pokonywanie ciśnienia na wydechu w pewien sposób pomaga leczyć zapalenie płuc. Taką metodę możemy zastosować u pacjentów chorujących na COVID-19, kiedy dodatkowo zależy nam na ograniczeniu kontaktu z wydychanym przez nich powietrzem – tłumaczy agencji Newseria Innowacje Łukasz Wróblewski z II Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Warszawski Uniwersytet Medyczny z pomocą Wojskowej Akademii Technicznej i Politechniki Warszawskiej oraz we współpracy z Wydziałem Wzornictwa Przemysłowego Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie pracuje nad hełmami do wentylacji. Dotychczas podobne hełmy były w Polsce rzadko stosowane, przede wszystkim ze względu na dość wysoką cenę. Nowo opracowane modele mogą być znacznie tańsze, w dużej mierze ze względu na drukowanie w 3D części materiałów.

– Hełm do wentylacji jest prostą torbą, workiem foliowym, który jest dopasowany do średniej wielkości głowy pacjenta. Kluczowe jest jego dno, którego zadaniem jest doszczelnienie się wokół szyi pod wpływem ciśnienia. Istotne są połączenia z otoczeniem zewnętrznym, czyli zastawka i elementy wlotowe i wylotowe, które w tej chwili są drukowane metodą 3D i wgrzewane w hełm – tłumaczy Łukasz Wróblewski.

Obecnie naukowcy koncentrują się na kontrolowaniu poziomu tlenu i dwutlenku węgla wewnątrz hełmu oraz utrzymywaniu akceptowalnego poziomu hałasu generowanego przez wdmuchiwaną mieszaninę powietrza i tlenu. Dotychczas powstały pierwsze prototypowe urządzenia, ale jeśli wejdą na rynek, mogą ułatwić leczenie pacjentów z niewydolnością oddechową w przebiegu COVID-19, kiedy to w pęcherzykach płucnych gromadzi się płyn.

– Terapia polegająca na podawaniu mieszaniny tlenu i powietrza pod ciśnieniem do tych pęcherzyków pozwala pacjentom utrzymać wentylację, wymianę gazową. Przy COVID-19 analogicznie do innych ostrych niewydolności oddechowych użycie tej metody jest uzasadnione. W swoim mechanizmie podwyższonego ciśnienia umożliwia ona pacjentom utrzymanie optymalnej wymiany gazowej i daje szansę na uniknięcie podłączenia do respiratora – wskazuje ekspert.

Już w 2016 roku naukowcy z University of Chicago Medicine przeprowadzili badanie wykazujące, że używanie tego typu hełmów pomaga krytycznie chorym pacjentom z niewydolnością oddechową i może zapobiec konieczności intubacji i wentylacji mechanicznej za pomocą respiratora. Pacjenci, u których zastosowano hełmy, wymagali krótszego pobytu na oddziale intensywnej terapii.

– Wstępne doniesienia z Włoch i Stanów Zjednoczonych pokazują, że pacjenci z umiarkowaną niewydolnością oddechową rzeczywiście odnoszą korzyść ze wsparcia oddechowego, które możemy im zaproponować, używając hełmu do wentylacji – wskazuje Łukasz Wróblewski. – Wierzę, że jeżeli rozpropagujemy tę metodę wśród anestezjologów i pulmonologów, znajdzie ona zastosowanie jak każda inna metoda, którą stosujemy w leczeniu tego rodzaju chorób.

Pandemia przyspiesza cyfryzację sektora finansowego. Sztuczna inteligencja i systemy chmurowe unowocześnią bankowość

Pandemia koronawirusa przyspieszyła cyfryzację sektora finansowego. Z najnowszego raportu „Forging new frontiers: advanced technologies will revolutionize banking” opracowanego przez firmę analityczną Economist Intelligence Unit wynika, że aż 45 proc. banków przymierza się do przejścia na w pełni cyfrowy model zarządzania oraz zintegrowania własnego systemu informatycznego z rozwiązaniami firm trzecich. Jednym z motorów napędowych bankowości przyszłości mają być rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji, które ułatwią wymianę informacji z klientem.

– Banki już znajdowały się pod ogromną presją nowych konkurentów, bieżących regulacji i spowolnienia wzrostu zysków, co nasiliło się w wyniku pandemii. Nasz raport podkreśla, że ​​kadra kierownicza wyższego szczebla uważa, że ​​nowe technologie, takie jak sztuczna inteligencja, będą miały największy wpływ na bankowość w nadchodzących latach. W miarę postępującej cyfryzacji bankowości te nowe technologie mogą pomóc bankom w walce z fintechową konkurencją i uzyskaniu przewagi konkurencyjnej – przekonuje Max Chuard, prezes zarządu Temenos.

Z badań przeprowadzonych na potrzeby raportu Temenos wynika, że aż 77 proc. przedstawicieli sektora finansowego uzależnia przetrwanie banków w dobie koronawirusa od wdrożenia rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji. 66 proc. menedżerów twierdzi, że wzrost zainteresowania technologią uczenia maszynowego utrzyma się na rynku co najmniej do 2025 roku i to sztuczna inteligencja będzie głównym motorem napędowym tego sektora gospodarki.

Według 32 proc. ankietowanych technologia SI sprawdzi się przede wszystkim do poprawy relacji z klientem. Z kolei 31 proc. respondentów widzi w niej potencjał do stworzenia skuteczniejszych narzędzi marketingowych oraz przekonania klientów do przejścia z fizycznych do cyfrowych kanałów komunikacji.

Aby przeprowadzić cyfrową rewolucję w bankowości na szeroką skalę, konieczne będzie zainwestowanie w rozwiązania chmurowe. To one według 84 proc. badanych pozwolą na skuteczną transformację tego sektora gospodarki.

– Zaawansowana w chmurze technologia SI i wzbogacona funkcjonalność bankowości mogą pomóc bankom w dostarczaniu w najbliższym czasie wartości dodanej swoim klientom i przyspieszyć ich cyfrową transformację w celu zapewnienia zrównoważonego wzrostu w przyszłości. Tendencje w zakresie bankowości cyfrowej, chmury i modeli SaaS (oprogramowania jako usługi – przyp.red.) będą bardziej wyraźne – w nowych realiach zapotrzebowanie na nowoczesne technologie bankowe będzie większe niż kiedykolwiek – twierdzi Max Chuard.

Na rynku widoczne są już pierwsze oznaki inteligentnej rewolucji w bankowości. Z narzędzi SI skorzystał m.in. bank PKO, który wdrożył do swojej aplikacji mobilnej asystenta głosowego automatyzującego proces komunikacji z klientem. Narzędzie wyszkolono za pośrednictwem technologii uczenia maszynowego, dzięki czemu jest w stanie zrozumieć ok. 90 tys. zwrotów. Za pośrednictwem asystenta można złożyć dyspozycję przelewu, sprawdzić stan konta, historię wydatków, zapłacić BLIK-iem czy doładować telefon.

Z kolei Wojciech Sobieraj, założyciel Alior Banku, uruchomił w Belgii pierwszy bank napędzany sztuczną inteligencją. W Aion Banku klasycznych konsultantów zastąpiły chatboty, dostęp do konta opłacany jest w modelu subskrypcyjnym, a za zarządzanie finansami odpowiada MoneyMax – inteligentne narzędzie wyszukujące najlepsze lokaty czy oferty promocyjne na najczęściej wybierane produkty.

Potencjał sztucznej inteligencji docenili także inżynierowie z firmy Provema, którzy zaprojektowali zautomatyzowane narzędzie do oceny ryzyka finansowego. Oprogramowanie gromadzi i dogłębnie analizuje dokumenty przedstawione przez klienta, skracając proces wydania decyzji kredytowej z kilku minut do kilku sekund.

– Banki detaliczne, korporacyjne i prywatne były już pod presją, aby szybko wdrażać nowe technologie, by móc konkurować z tzw. big techami i fintechami i dostarczać klientom nowe doznania cyfrowe. Teraz, gdy bankowość cyfrowa rośnie w wyniku kryzysu koronawirusa, zadanie to jest bardziej palące niż kiedykolwiek – przekonuje Pete Swabey z Economist Intelligence Unit, które przygotowało raport na zlecenie Temenos.

Według firmy badawczej Research and Markets wartość globalnego rynku fintechów do 2023 roku wzrośnie do blisko 306 mld dol. W najbliższych latach ma on się rozwijać w tempie ponad 22 proc. w skali roku.

Fed dolał paliwa do wzrostów. Netflix z rekomendacją kupna

Po wczorajszym spadku na Wall Street dziś rynki akcji wyraźnie wzrosły, zyskując od ponad 2 do prawie 3 proc. Nowe zapowiedzi ze strony Fedu, w szczególności uruchomienie planu zakupu obligacji korporacyjnych, zdecydowanie podniosły morale inwestorów.

Pomimo utrzymujących się obaw przed drugą falą zakażeń koronawirusem w Stanach Zjednoczonych i Chinach, rynki akcji wzrosły po tym, jak amerykański bank centralny powiedział, że zacznie kupować obligacje korporacyjne we wtorek za pośrednictwem Mechanizmu Kredytów Korporacyjnych na rynku wtórnym (SMCCF). Jest to jeden z wielu programów ratunkowych uruchomionych niedawno w celu ochrony rynków przed wpływem kryzysu wywołanego epidemią COVID-19. Ponadto Fed uruchomił proces rejestracji dla banków, które chcą wziąć udział w programie pożyczek o wartości 600 miliardów dolarów, przeznaczonym dla firm zatrudniających mniej niż 500 pracowników.

W ramach programu SMCCF Fed zacznie teraz kupować na dużą skalę zdywersyfikowany portfel obligacji korporacyjnych w celu promowania płynności na tym rynku i wspierania dostępności kredytu dla dużych pracodawców. Dodatkowo może interweniować w przypadku długu korporacyjnego o ratingu inwestycyjnym. Jednocześnie SMCCF będzie nadal kupował ETF-y obligacji wysokodochodowych.

Z punktu widzenia poszczególnych spółek pojawiła się rekomendacja firmy SunTrust dla Netflixa. Według analityków SunTrust wzrost liczby subskrybentów popularnej platformy streamingowej jest o wiele lepszy, niż zakłada to konsensus za drugi kwartał. Wnioski są wyciągane na podstawie danych z wyszukiwarek internetowych oraz z dynamiki i ilości pobrań aplikacji. Dopiero w trzecim kwartale w relacji kwartał do kwartału może dojść do zmniejszenia dynamiki wzrostu nowych subskrybentów. Wyniki NFLX za drugi kwartał są oczekiwane w połowie lipca. SunTrust ma rekomendację kupna z ceną docelową na poziomie 475 USD. Na nowojorskiej giełdzie obecnie trzeba zapłacić za jedną akcję spółki około 434 USD.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Kolejne posiedzenie RPP

Poznamy dzisiaj wynik jednodniowego posiedzenia Rady. Analitycy są w większości spokojni o zmiany stóp procentowych, aczkolwiek to nie jedyne narzędzie, które może być wykorzystane.

Nadchodzi decyzja RPP

Dzisiaj kolejne posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. W przeszłości jednodniowe posiedzenia uważane były za mniej istotne. Powodem tego był fakt, że rzadziej na nich podejmowane były ważne decyzje. Obecne czasy nie są jednak zwyczajne. Mimo to analitycy ze względu na bardzo niski poziom stóp procentowych nie spodziewają się ich zmiany. Dyskusja trwa natomiast nad tym, jak i w jakiej skali NBP powinien kupować aktywa na rynku. W tym kontekście pojawia się często pomysł: tzw. druk pieniądza. Nie jest to oczywiście drukowanie dosłowne, ale jest to w pewnym sensie niebezpieczny proceder tworzenia czegoś z niczego. Proces ten jest jednak dość powszechny na świecie, więc nie należy się spodziewać silnej reakcji rynków.

Dane z Niemiec

Dzisiaj poznaliśmy dwa ważne odczyty od naszego zachodniego sąsiada. O 8:00 rano opublikowano inflację, finalne dane za maj. W ujęciu rocznym jest ona dalej dodatnia. Wynosi dokładnie 0,6% w skali roku. To dobra wiadomość dla rynków. Zbyt niska inflacja świadczy o problemach gospodarki. 0,6% nie jest dobrym wynikiem, ale jest jeszcze daleko od paniki. Lepiej od oczekiwań wypadł indeks Instytutu ZEW. Widać po nim, że nastroje za Odrą nadal nie są dobre, ale się poprawiają i optymizm przedsiębiorców rośnie. Dane te spowodowały trochę zamieszania na parze EURUSD, ale pomimo kilku gwałtownych skoków nie zmieniła znacząco swojej wartości a euro jest dalej bardzo silne względem dolara.

Odbicie na rynkach

Po kilku słabszych dniach wyraźnych korekt na rynki wraca optymizm. Od wczorajszych dołków ropa naftowa podrożała już 2,5 dolara za baryłkę ponownie przebijając poziom 40 dolarów. Europejskie pakiety idą dzisiaj w górę około 2,5% wzrostem względem wczorajszego zamknięcia. Optymizm jeszcze rano pojawiał się na parze EURCHF, gdzie euro od kilku dni zyskiwało względem franka, dzisiaj jednak na razie ruch ten nie jest kontynuowany. Optymizm nie przełożył się jednak na złotego, który od rana traci na wartości około 0,5%.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Ładowanie elektryków w 10 minut – nowy projekt Toyoty, Uniwersytetu Stanforda i MIT

Samochód elektryczny ładowany w 10 minut? To ideał, który staje się coraz bardziej realny – dzięki sztucznej inteligencji. Toyota opracowała nową metodę projektowania baterii, która skraca czas ich testowania z wielu miesięcy do kilku dni. W ten sposób znalezienie idealnej konstrukcji baterii nastąpi znacznie szybciej, Oparty na algorytmie uczenia maszynowego program umożliwi opracowanie baterii nowej generacji oraz najlepszej procedury jej ładowania, dzięki której samochód będzie gotowy do dalszej jazdy szybciej, niż jego właściciel zrobi drobne zakupy.

Na każdym etapie opracowywania baterii nowe rozwiązania muszą zostać poddane testom, co zajmuje miesiące lub nawet lata. Naukowcy z Toyoty, Uniwersytetu Stanforda i Massachusetts Institute of Technology opracowali nową metodę opartą na sztucznej inteligencji i uczeniu maszynowym, które skraca ten czas o 98%. Zespół skupiający naukowców z trzech ośrodków stworzył algorytm uczenia maszynowego, który na podstawie kilku testowych cyklów ładowania baterii pozwala przewidzieć, jak dana bateria będzie reagować na różne sposoby ładowania, oraz ocenić jej żywotność. Głównym celem projektu Toyoty i partnerów jest opracowanie optymalnej procedury ładowania baterii, która pozwoli naładować samochód elektryczny w 10 minut przy zachowaniu maksymalnej żywotności ogniw.

Kiedy baterie są ładowane szybkimi ładowarkami, przyspiesza to ich zużycie i skraca żywotność. Dlatego na całym świecie trwają prace nad nowymi generacjami ogniw. Wąskim gardłem prac nad bateriami do samochodów elektrycznych jest długotrwałość testów. Etap przejściowy między opracowaniem technologii w laboratorium a jego wdrożeniem do komercyjnego użytku może trwać lata.

Jak w kilka dni sprawdzić, ile lat wytrzyma bateria?

Początkowo naukowcy skupili się na skróceniu czasu testowania baterii, a następnie przyspieszyli cały proces generowania procedur testowych i podejmowania decyzji, które z nich są przydatne i warte przeprowadzenia. Zamiast więc sprawdzać setki, tysiące, a czasem nawet miliony różnych kombinacji, zespół faktycznie realizuje tylko kilka z nich, a potem wykorzystuje algorytm uczenia maszynowego, by obliczyć, jakie byłyby wyniki pozostałych testów. Ta metoda jest uniwersalna i można ją zastosować w wielu innych dziedzinach, które wiążą się z czasochłonnymi eksperymentami.

„Najpierw napisaliśmy program, który na podstawie kilku cyklów ładowania ocenił przewidywaną długość życia baterii, a w kolejnym kroku opracowaliśmy algorytm obliczający, które procedury ładowania mamy przetestować” – powiedział Aditya Grover, jeden z uczestników projektu z Uniwersytetu Stanforda.

Między poszczególnymi prototypami baterii istnieją ogromne różnice w działaniu, dlatego zastosowanie do nich tradycyjnych metod optymalizacji to mozolny proces. Jednak odpowiednie algorytmy uczenia maszynowego, które zostały opracowane z myślą o problemach tego rodzaju, mogą to zadanie radykalnie ułatwić. Metoda ta pozwala zdefiniować nowatorskie procedury ładowania, z których istnienia nie zdawano sobie wcześniej sprawy. Okazało się, że dzięki nim ładowanie baterii może przebiegać znacznie szybciej i efektywniej. Dla przykładu, algorytm ustalił, że dostarczenie najwyższego natężenia prądu w środku procesu ładowania przekłada się na najdłuższą żywotność baterii.

Jak zbudować baterie ładowane w 10 minut?

Jednym z głównych powodów, dla których nie korzystano wcześniej z tej metody, jest fakt, że wymaga ona szerokiej współpracy specjalistów wielu dyscyplin, zarówno ze świata sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego, jak i technologii baterii. Jest to jednak lepszy sposób na uprawianie nauki w dzisiejszych czasach, kiedy badania naukowe generują coraz więcej danych. Dzięki temu można opracowywać dane zbierane podczas eksperymentów naukowych znacznie bardziej wydajnie, a w konsekwencji lepiej zrozumieć zachodzące w testowanym urządzeniu procesy fizyczne.

Kolejnym etapem projektu Toyoty, Uniwersytetu Stanforda i MIT jest zastosowanie metody opartej na uczeniu maszynowym do jeszcze bardziej skomplikowanych problemów, takich jak masowa produkcja baterii czy ich stosowanie w świecie rzeczywistym. Chodzi na przykład o uwzględnienie, kiedy baterie są ładowane przez użytkowników czy też jak długo są podłączone do ładowarki.

2019.10.25
2019.10.29

Instytut naukowy Toyoty

Toyota Research Institute to firma badawcza założona przez Toyotę w 2015 roku, która koncentruje się na rozwoju autonomicznych samochodów, sztucznej inteligencji i robotyki oraz opracowywaniu nowych materiałów przy użyciu sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego. CEO firmy jest dr Gill Pratt, specjalista w dziedzinie robotyki z Massachusetts Institute of Technology. Toyota Research Institute mieści się w Stanach Zjednoczonych w trzech lokalizacjach – Los Altos w Kalifornii, Cambridge w Massachusetts oraz Ann Arbor w Michigan.

Pandemia przyczyniła się do gwałtownego wzrostu e-commerce w Polsce

Coraz większa liczba wskaźników w gospodarce wskazuje na zakończenie „stanu wyjątkowego” w gospodarce i powolne przechodzenie do tak zwanej „nowej normalności”. Na giełdach widać to w zmniejszających się różnicach między indeksami technologicznymi a głównymi, zatem optymizm nie dotyczy jedynie nowych technologii, ale zaczyna obejmować cały parkiet – piszą autorzy trzeciego wydania „Monitoringu Gospodarki Cyfrowej” Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Po raz pierwszy w analizie uwzględniono także sektor e-commerce.

Na jednej z najpopularniejszych polskich platform e-commerce liczba aktywnie działających sklepów zwiększyła się od początku roku o niemal 15 proc., co oznacza ponad 11 tysięcy nowych aktywnych sprzedających. Na podstawie dostępnych danych widać wyraźnie, jak raptownie zwiększyło się zainteresowanie otwieraniem internetowego kanału sprzedaży po 23 marca. Od tego momentu aż do początków maja w każdym tygodniu (poza świątecznym) liczba aktywnych sprzedawców zwiększała się o więcej niż 1 proc., podczas gdy w pierwszych dwóch miesiącach tego roku wartość ta oscylowała wokół 0,4 proc. – wyjaśnia Ignacy Święcicki, kierownik zespołu gospodarki cyfrowej Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

„Nowa normalność” ruchu w sieci

Ruch w sieciach telekomunikacyjnych utrzymuje się na poziomie wyższym o około 10-30 proc. w dni robocze. Natomiast w weekendy, po jednorazowym wzroście w dniach 16-17 maja (opisywanym w poprzedniej edycji „Monitoringu”), wrócił do poziomu jedynie ok. 13 proc. wyższego niż przed pandemią. Wprawdzie w pierwszym tygodniu czerwca wielkość ruchu była najniższa od początków kwietnia oraz wykazywała trend spadkowy, jednak jest jeszcze zbyt wcześnie, by określić, czy jest to efekt poluzowania obostrzeń gospodarczych (np. otwarcia przedszkoli czy możliwości powrotu młodszych dzieci do szkół) – tłumaczy Ignacy Święcicki.Pandemia przyczyniła się do gwałtownego wzrostu e-commerce w Polsce

Polska sieć wciąż nie zwalnia

Wzmożony ruch w bardzo zróżnicowany sposób przyczynił się w poszczególnych krajach do pogorszenia prędkości przesyłu danych do użytkownika. Największe spadki odnotowano w Wenezueli (ponad 40 proc.), Peru i Maroko (ponad 30 proc.). W Europie największy spadek prędkości zanotowały sieci stacjonarne w Mołdawii i Turcji (odpowiednio 25 proc. i 18 proc.), a na terenie Unii Europejskiej – we Włoszech (15 proc.). W Polsce spowolnienie w sieci wyniosło maksymalnie 6,9 proc., co stawia nas na 40. miejscu spośród 84 analizowanych krajów.Pandemia przyczyniła się do gwałtownego wzrostu e-commerce w Polsce 2

Spółki technologiczne coraz bliżej giełdowej normy

W poprzedniej edycji „Monitoringu” przywoływano dane, według których CAC Tech odnotował wartości na poziomie 82 proc. tegorocznych wartości maksymalnych, podczas gdy CAC 40 – na poziomie 73 proc. Od tamtego czasu do 12 czerwca CAC40 wzrósł o 6 pkt. proc., do 79 proc. wartości maksymalnych osiągniętych w I kwartale 2020 r. Z kolei francuski indeks technologiczny wzrósł o 5 pkt. proc. i wynosi 87 proc. wartości z I kwartału. Tym samym różnica między indeksem technologicznym a CAC40 wynosi 8 pkt. proc. na korzyść tego pierwszego.

Najbardziej znaczące zmniejszenie różnicy od tamtego czasu w porównaniu do maksymalnych wartości z I kwartału zanotowano na parkiecie niemieckim. Główny indeks DAX wzrósł od 19 maja do 12 czerwca o 7 pkt. proc. do 87 proc. Z kolei indeks technologiczny zachował wartości na poziomie 93 proc. maksymalnych wartości z I kwartału. Oznacza to, że różnica między indeksem blue chipów a TecDAX wynosi już tylko 6 pkt. proc. w porównaniu do 13 pkt. proc. w połowie maja – mówi Filip Leśniewicz z zespołu gospodarki cyfrowej PIE.

Nieco mniejsze niż na parkiecie niemieckim, choć również znaczące zmiany zanotowały indeksy w Polsce. Indeks dwudziestu największych spółek notowanych na GPW wzrósł w porównaniu do maksymalnych wyników osiągniętych w I kwartale 2020 r. o 6 pkt. proc., do 81 proc. W tym samym czasie WIG Tech wzrósł jedynie o 2 pkt. proc. do 107 proc. Mimo że indeks technologiczny wciąż operuje powyżej wyników z I kwartału, to różnica między nim a WIG20 nie wynosi już 30 pkt. proc., jak podczas poprzedniej edycji monitoringu, a 26 pkt. proc.Pandemia przyczyniła się do gwałtownego wzrostu e-commerce w Polsce 3

Sklepy online wychodzą z pandemii obronną ręką

Odmrażanie gospodarki i życia społecznego wyraźnie widać w statystykach wyszukiwań w sieci. Zainteresowanie najpopularniejszymi komunikatorami jest obecnie dwukrotnie wyższe niż przed pandemią, a trend spadkowy trwa niezmiennie od końca kwietnia. Wyszukiwania haseł związanych z rozrywką od połowy maja pozostają na poziomie zbliżonym do tego sprzed pandemii, podobnie jak wyszukiwania związane z handlem i gastronomią. Spadek zainteresowania wszystkimi kategoriami wykazuje także analiza wyszukiwania haseł w dni weekendowe.

Choć hasło „sklepy online” nie zanotowało tak dużego wzrostu zainteresowania jak „zakupy online” na początku pandemii, to i tak wychodzi z lockdownu wzmocnione – w ostatnich tygodniach widać stabilizację wyszukiwań na poziomie ok. 30 proc. wyższym niż w lutym i styczniu. Można zatem zakładać, że e-commerce zyskało nowych, stałych klientów w trakcie pandemii – wyjaśnia Jacek Grzeszak, analityk z zespołu gospodarki cyfrowej.

Poprawa nastrojów

Po ponurym poniedziałku na rynkach finansowych nie ma już śladu, a obawy o drugą falę zachorowań zostały uciszone przez informacje o nowych działaniach na polu polityki fiskalnej i monetarnej USA. Inwestorom przypomniano, że nigdy nie będzie już tak źle, jak w marcu, ale też nie musi być tak dobrze, jak się jeszcze niedawno wydawało.

Rynki z zadowoleniem przyjęły start programu skupu obligacji korporacyjnych na rynku wtórnym przez Fed oraz doniesienia, że administracja Trumpa rozważa przeznaczenie 1 bln USD na wydatki infrastrukturalne. W trakcie azjatyckiej części sesji swoją cegiełkę do poprawy nastrojów dołożył Bank Japonii, który zwiększył program ratunkowych pożyczek dla przedsiębiorstw niefinansowych z 75 bln JPY do 110 bln JPY. Rynki finansowe dostały jasny sygnał, że nie ma miejsca na dramatyczny wzrost awersji do ryzyka, kiedy banki centralne i rządy wykładają ogromne ilości gotówki.

Szybkość zwrotu nastrojów wspiera tezę, że siła ostatniej korekty była podsycana chęcią do realizacji krótkoterminowych zysków niż wynikała z wyraźnej zmiany oczekiwań. Potwierdziło się też założenie, że wchodzimy w fazę podwyższonej zmienności w obu kierunkach. Tak samo, jak uwaga na ryzyka będzie większa, tak też świadomość wsparcia fiskalno/monetarnego będzie większa i pomimo korekt jest mało prawdopodobne powtórzenie marcowych dołków. Odbicie ożywienia gospodarczego i ponowne rozkręcanie aktywności gospodarczej będzie następować, nawet jeśli nie będzie tak silne, jak można byłoby wnioskować z dotychczasowego tempa rajdu indeksów. O ryzykach i niepewności w prognozowaniu przyszłości w dobie kryzysu zdrowotnego przypomni dziś w Kongresie prezes Fed Jerome Powell podczas sprawozdania z pracy banku centralnego. Tym razem pesymizm Fed nie powinien być tak przytłaczający, jak to było na zakończenie zeszłotygodniowego posiedzenia FOMC. Teraz istotniejsze powinno być, że Fed pomaga ożywieniu i będzie to robił przez wiele kwartałów. Przekaz pozytywny dla apetytu na ryzyko.

Poprawa nastrojów pomogła złotemu umocnić się do 4,41 za euro, ale silne odbicie dziś rano udowadnia, że każdy taki moment siły będzie wykorzystywany do taktycznej sprzedaży, gdyż fundamenty nie wspierają dalszej aprecjacji polskiej waluty. Dziś zostanie to przypomniane w postaci odczytu majowej inflacji bazowej (prog. 3,7 proc. r/r), która pozostaje znacznie powyżej stopy referencyjnej NBP (0,1 proc.). Jakkolwiek w kolejnych miesiącach luka ta będzie się zmniejszać, to nie zostanie całkowicie zniwelowana, gdyż zakładane odbicie gospodarcze w Polsce i na świecie wyklucza deflacyjny scenariusz. Jednocześnie wydaje się mało realne, aby RPP miała szybko zmienić kierunek w polityce monetarnej. Oczekujemy, że główna stopa procentowa pozostanie na 0,1 proc. przynajmniej do końca obecnej kadencji RPP, tj. do czerwca 2022 r. Program skupu obligacji może zostać wygaszony wcześniej, pod warunkiem że nie pojawi się podwyższona premia za ryzyko z tytułu zwiększonych potrzeb pożyczkowych rządu. To będzie kulą u nogi złotego w relacji do innych walut ryków wschodzących.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

E- sąd wchodzi w nowy segment rynku. Ultima Ratio będzie rozstrzygał sprawy sądowe dla pierwszych wspólnot mieszkaniowych

Trzy wspólnoty mieszkaniowe z Wrocławia zdecydowały się korzystać z Pierwszego Elektronicznego Sądu Polubownego przy Stowarzyszeniu Notariuszy RP, Ultima Ratio. Zgodnie z prawem wspólnoty mieszkaniowe, jako tzw. ułomne osoby prawne, mają możliwość korzystania z sądów polubownych, w tym elektronicznych jak Ultima Ratio, w celu dochodzenia roszczeń od swoich członków a także kontrahentów – z tytułu niedotrzymanych umów obejmujących np. usługi remontowe czy ochroniarskie. To pierwsi klienci z tego segmentu w portfolio e-sądu.

Ultima Ratio rozszerza portfolio swoich klientów. Trzy wrocławskie wspólnoty będą mogły wpisywać Ultima Ratio jako sąd rozstrzygający spory powstałe w skutek niedotrzymania przez wykonawców warunków umów dotyczących takich usług jak: remontowe, konserwatorskie czy ochroniarskie. Dodatkowo arbitraż online będzie również orzekał w sprawach związanych z zaskarżaniem uchwał wspólnot mieszkaniowych, a także tych, związanych z dochodzeniem od właścicieli lokali zaliczek na utrzymanie części wspólnych nieruchomości.

Współpraca ze wspólnotami mieszkaniowymi to dla nas zupełnie nowe doświadczenie, ale jak pokazuje praktyka dobrze radzimy sobie w nowych segmentach. Dobrym przykładem, może być niedawno podpisana umowa z Umownikiem – platformą, umożliwiającą na podstawie systemu formularzy online, proste i szybkie przygotowywanie umów cywilnoprawnych, w tym tych zawierających zapis na sąd arbitrażowy Ultima Ratio. Już teraz, w zaledwie kilka miesięcy od rozpoczęcia współpracy, połowa nowotworzonych za pośrednictwem platformy umów ma w swoich zapisach nasz arbitraż. To właśnie ten swoisty efekt kuli śnieżnej sprawia, że jesteśmy niemal pewni, że w najbliższych miesiącach do podmiotów korzystających z naszych usług dołączą kolejne wspólnoty mieszkaniowe” mówi Robert Szczepanek, współtwórca Ultima Ratio.

Pierwsza wspólnoty, która zdecydowały się na skorzystanie z Ultima Ratio to wspólnoty mieszkaniowe nieruchomości we Wrocławiu przy Gajowej 18, Targowiska 51 oraz Kołłątaja 22.

„Organizacja sądów powszechnych oraz skrajne sformalizowanie procesu powodują, że sprawy sporne pomiędzy nami a naszymi kontrahentami trwają latami. Zapis na sąd polubowny Ultima Ratio wpisuje się w proces cyfryzacji zarządzania, jaki realizuje moja firma. Wdrożyliśmy między innymi aplikację „Wspólnota Online” do komunikacji oraz elektronicznego głosowania uchwał. Właściciele lokali entuzjastycznie przyjmują skuteczne i sprawne działanie zarządcy, a cyfryzacja zdecydowanie to ułatwia. Pomysł elektronicznego sądu arbitrażowego uważam za bardzo trafiony – wyrok w trzy tygodnie to standard nieosiągalny w sądach powszechnych” mówi Seweryn Chwałek z firmy Expert Dom, zarządzający między innymi wspólnotą przy Kołłątaja 22 we Wrocławiu.

Zgodnie z prawem wspólnota mieszkaniowa jest zrzeszeniem właścicieli lokali w danej nieruchomości, zarówno tych, na które składają się lokale mieszkaniowe, jak i tych, w których znajdują się wyłącznie biura, restauracje, sklepy, warsztaty i inne zakłady użytkowe. Jej celem jest sprawowanie nadzoru nad elementami wspólnymi nieruchomości. Dotyczy to gruntów (pod budynkiem, terenów zielonych, placów zabaw, parkingów), części wspólnych budynków (klatka schodowa, winda, kotłownia, schowki, zsyp, strych), elementów zewnętrznych (dach, elewacja, śmietnik) oraz instalacji i urządzeń (centralne ogrzewanie, instalacje wodno-kanalizacyjne, gazowe, kominy). Wspólnota, jako całość, płaci za naprawę, użytkowanie i renowacje tych części wspólnych. Członkowie wspólnoty obciążani są tymi kosztami proporcjonalnie do powierzchni swojego lokalu.

Co ważne, jako tzw. ułomna osoba prawna, wspólnota mieszkaniowa ma zdolność zaciągać zobowiązań, nabywania praw czy dochodzenia swoich roszczeń przed sądem, w tym sądem polubownym. Zgodnie z art. 18 ustęp 1 Ustawy o własności lokali, zapis na sąd polubowny – taki jak Ultima Ratio – należy zawrzeć w notarialnej umowie o ustanowienie odrębnej własności lokalu lub później, w stosownej uchwale wspólnoty. Wspólnota może wpisywać sąd arbitrażowy do rozmaitych umów takich jak te związane z usługami remontowymi, sprzątaniem, pracami konserwatorskimi, inwestycjami czy usługami ochroniarskimi. Sąd polubowny, taki jak Ultima Ratio, może być również arbitrem w sprawie dotyczącej niezapłaconego przez członków wspólnoty czynszu.

„Mimo że sądy powszechne już powoli wznawiają swoją działalność, zawieszoną na kilkanaście tygodni z powodu COVID-19, do normalności jeszcze daleko – na już wcześniej „zatłoczonej” wokandzie zrobił się teraz jeszcze większy korek. Upatrujemy w tym szansy – Ultima Ratio to przecież w świetle prawa taki sam sąd jak te powszechne. Z tygodnia na tydzień obserwujemy rosnące zainteresowanie naszym arbitrażem. Jestem przekonany, że w niedługim czasie elektroniczny arbitraż stanie się nieodłącznym elementem polskiego wymiaru sprawiedliwości” podkreśla Robert Szczepanek z Ultima Ratio.

Ruszyły konsultacje dodatkowego regulaminu dotyczącego sporów uchwałowych

Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie rozpoczął prace nad projektem przepisów służących rozwiązywaniu sporów o zaskarżanie uchwał spółek kapitałowych. W tym celu w Sądzie powstał projekt regulaminu dodatkowego dotyczącego sporów uchwałowych. Sąd Arbitrażowy przy KIG zachęca praktyków oraz  teoretyków prawa arbitrażowego do zgłaszania opinii na temat przygotowanego dokumentu.

Toczące się w SA KIG prace są wynikiem nowelizacji Kodeksu postępowania cywilnego w zakresie sądownictwa polubownego, która weszła w życie we wrześniu ub. roku. Nowelizacja daje silny impuls do umocnienia polskiego arbitrażu, znosi bowiem wątpliwości, które mogły pojawiać się po stronie przedsiębiorców przy dokonywaniu zapisów na sądy polubowne.

„Wprowadzone zmiany rozwiązują najistotniejsze problemy w debacie nad arbitrażowością sporów uchwałowych. Nowelizacja prawa arbitrażowego otwiera więc drogę do stopniowego rozwoju w Polsce arbitrażu w sporach uchwałowych” – mówi Agnieszka Durlik, dyrektor generalny, Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie.

Znowelizowane przepisy wprowadzają co najmniej dwie istotne zmiany, o które zabiegało środowisko arbitrażowe:

  • przesądzono, że zdatność ugodowa sporu, jako przesłanka jego zdatności arbitrażowej, dotyczy tylko i wyłącznie sporów o prawa niemajątkowe (art. 1157 k.p.c.);
  • rozszerzono zakres podmiotowy zapisu na sąd polubowny umieszczonego w umowie (statucie) spółki na organy spółki i ich członków (art. 1163 § 1 k.p.c.), co połączono z ustanowieniem procedury konwokacyjnej w sporach uchwałowych, która umożliwia przystąpienie do sporu wszystkim zainteresowanym wspólnikom albo akcjonariuszom spółki (art. 1163 § 2 zd. 1-2 k.p.c.).

W naszej ocenie kluczowym dla sukcesu projektu, jak i rozstrzygania sporów uchwałowych przez polskie sądy polubowne, jest dotarcie do jak najszerszego grona praktyków oraz  teoretyków prawa arbitrażowego i uzyskanie ich opinii co do treści proponowanych rozwiązań i pojawiających się wątpliwości. Liczymy na to, że wspólnie uda nam się wypracować taki model regulacji, który nie będzie budził wątpliwości po stronie judykatury, a tym samym zapewni trwałość orzeczeń sądów arbitrażowych w zakresie sporów uchwałowych” – podkreśla mec. Marek Furtek, przewodniczący Rady Arbitrażowej Sądu Arbitrażowego przy Krajowej Izbie Gospodarczej.

Uwagi do projektu dodatkowego regulaminu Sądu Arbitrażowego przy KIG dotyczącego sporów uchwałowych można przesyłać do końca lipca br. na adres [email protected]

Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie to najbardziej uznany i renomowany stały sąd polubowny w Polsce, a jego popularność w tej części Europy wciąż rośnie. Na liście arbitrów SA KIG, oprócz najlepszych polskich prawników, figurują także zagraniczni specjaliści od arbitrażu. Sąd administruje również postępowania ad hoc stosownie do Regulaminu Arbitrażowego UNCITRAL, prowadzi mediacje, zajmuje się też promocją idei arbitrażu w środowiskach akademickich i gospodarczych.

SA KIG zawarł szereg porozumień o współpracy ze znanymi na świecie instytucjami arbitrażowymi, np. z jedną z kluczowych stałych instytucji arbitrażowych świata – Chińską Międzynarodową Komisją Arbitrażu Gospodarczego i Handlowego (CIETAC). SA KIG jest członkiem  i jednym z założycieli Międzynarodowej Federacji Instytucji Arbitrażu Handlowego, członkiem Międzynarodowej Rady do Spraw Arbitrażu Handlowego, członkiem Europejskiej Grupy Arbitrażowej, Międzynarodowej Izby Handlowej (ICC) w Paryżu oraz Komitetu Specjalnego przy Europejskiej Komisji Gospodarczej w Genewie.

Agnieszka Durlik, dyrektor generalny, Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie

Aport wnoszony przez osobę prawną do spółki jawnej – skutki podatkowe

Według Encyklopedii Zarządzania aport to niefinansowy wkład wspólnika w majątek spółki. Może mieć on postać wartości materialnych (budynki, maszyny) lub niematerialnych (know-how, znak handlowy, patent). Aport mogą stanowić takie prawa majątkowe, co do których nie ma problemu z określeniem ich wartości, wyceną, zbywalnością, określeniem przydatności i dostępności dla spółki oraz zdolności do wejścia w skład masy upadłościowej.

Skutki podatkowe w CIT

Aport stanowi zatem objęcie udziałów w spółce w zamian za wkład niepieniężny (wspólnik przenosi lub obciąża własność rzeczy lub praw), a przenosząc to na grunt omawianego przypadku, zamiast udziałów, które są domeną spółek kapitałowych, wspólnik przejmie ich odpowiednik w spółkach osobowych, czyli ogół praw i obowiązków przypadających na niego.

Wniesienie do spółki jawnej wkładu niepieniężnego nie stanowi przychodu. Tak wynika z treści art. 12 ust. 4 pkt 3c ustawy o CIT (Dz.U. 1992 nr 21 poz. 86, tj. Dz.U. z 2019 r. poz. 865 z późn. zm.), w którym ustawodawca wskazał wyraźnie, że do przychodów osoby prawnej nie zalicza się przychodów z tytułu przeniesienia własności składników majątku będących przedmiotem wkładu niepieniężnego, wnoszonych do spółki niebędącej osobą prawną, tj. np. do spółki jawnej.

Skutki podatkowe w VAT

Inaczej sprawa ma się w zakresie podatku VAT. W tym przypadku znaczenie ma już to, co dokładnie wchodzi w skład aportu. Co do zasady czynność wniesienia aportu będzie wykonaniem czynności opodatkowanej, czy to dostawy towaru, czy też świadczenia usługi. Jednakże, jeżeli przedmiotem wkładu będzie przedsiębiorstwo lub zorganizowana jego część, wtedy w ogóle ustawa o VAT nie będzie miała zastosowania.

Tak wynika z treści art. 6 ustawy o VAT (Dz.U. 2004 nr 54 poz. 535, tj. Dz.U. z 2020 r. poz. 106 z późn. zm.), w którym ustawodawca wskazał, że przepisów ustawy nie stosuje się do transakcji zbycia przedsiębiorstwa lub zorganizowanej jego części.

Zgodnie z art. 55 Kodeksu cywilnego (Dz.U. 1964 nr 16 poz. 93, tj. Dz.U. z 2019 r. poz. 1145) przedsiębiorstwo jest zorganizowanym zespołem składników niematerialnych i materialnych, przeznaczonym do prowadzenia działalności gospodarczej. Obejmuje ono w szczególności:

  1. oznaczenie indywidualizujące przedsiębiorstwo lub jego wyodrębnione części (nazwa przedsiębiorstwa);
  2. własność nieruchomości lub ruchomości, w tym urządzeń, materiałów, towarów i wyrobów, oraz inne prawa rzeczowe do nieruchomości lub ruchomości;
  3. prawa wynikające z umów najmu i dzierżawy nieruchomości lub ruchomości oraz prawa do korzystania z nieruchomości lub ruchomości wynikające z innych stosunków prawnych;
  4. wierzytelności, prawa z papierów wartościowych i środki pieniężne;
  5. koncesje, licencje i zezwolenia;
  6. patenty i inne prawa własności przemysłowej;
  7. majątkowe prawa autorskie i majątkowe prawa pokrewne;
  8. tajemnice przedsiębiorstwa;
  9. księgi i dokumenty związane z prowadzeniem działalności gospodarczej.

Zgodnie zaś z treścią art. 2 pkt 27e ustawy o VAT przez zorganizowaną część przedsiębiorstwa rozumie się organizacyjnie i finansowo wyodrębniony w istniejącym przedsiębiorstwie zespół składników materialnych i niematerialnych, w tym zobowiązania, przeznaczonych do realizacji określonych zadań gospodarczych, który zarazem mógłby stanowić niezależne przedsiębiorstwo samodzielnie realizujące te zadania.

Warto nadmienić także, że nawet jeśli wniesienie wkładu niepieniężnego stanowić będzie czynność opodatkowaną VAT, to możliwe będzie skorzystanie ze zwolnień przedmiotowych wymienionych w art. 43 ustawy o VAT w odniesieniu do tej czynności. Dla przykładu w odniesieniu do aportu nieruchomości zastosowanie może znaleźć konkretny punkt z szeregu zwolnień podatkowych, z których wynika, że zwalnia się od podatku np.:

  1. dostawę budynków, budowli lub ich części, z wyjątkiem gdy:
  2. a) dostawa jest dokonywana w ramach pierwszego zasiedlenia lub przed nim,
  3. b) pomiędzy pierwszym zasiedleniem a dostawą budynku, budowli lub ich części upłynął okres krótszy niż dwa lata;
  4. a) dostawę budynków, budowli lub ich części nieobjętą zwolnieniem, o którym mowa w pkt 10, pod warunkiem, że:
  5. a) w stosunku do tych obiektów nie przysługiwało dokonującemu ich dostawy prawo do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego,
  6. b) dokonujący ich dostawy nie ponosił wydatków na ich ulepszenie, w stosunku do których miał prawo do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego, a jeżeli ponosił takie wydatki, to były one niższe niż 30% wartości początkowej tych obiektów.

Skutki podatkowe w PCC

Na gruncie ustawy o PCC (Dz.U. 2000 nr 86 poz. 959; tj. Dz.U. z 2020 r. poz. 815) podatkowi podlegają m.in. umowy spółki (art. 1 ust. 1 pkt 1k), np. spółki jawnej, jak również zmiany tych umów, jeżeli powodują one podwyższenie podstawy opodatkowania podatkiem od czynności cywilnoprawnych (art. 1 ust. 2). W przypadku umowy spółki za zmianę umowy uważa się przy spółce osobowej (np. spółce jawnej) wniesienie lub podwyższenie wkładu, którego wartość powoduje zwiększenie majątku spółki (art. 1 ust. 3 pkt 1). Zatem wniesienie aportu powoduje konieczność zmiany umowy spółki jawnej oraz dodatkowo obowiązek podatkowy w PCC, jeżeli wartość aportu zwiększyła majątek spółki.

Przy czym warto pamiętać, że dla aportu nie znajdzie zastosowania często stosowane zwolnienie przedmiotowe opisane w treści art. 2 pkt 4 ustawy o PCC. Przepis ten wskazuje, że podatkowi nie podlegają czynności cywilnoprawne w zakresie, w jakim są opodatkowane podatkiem od towarów i usług, jeżeli przynajmniej jedna ze stron jest zwolniona od podatku od towarów i usług z tytułu dokonania tej czynności, bowiem przepis ten nie dotyczy umów spółek oraz ich zmian.

Podsumowanie

Kwestie rozliczenia aportu wnoszonego przez osobę prawną do spółki jawnej w CIT są jasne. Jednakże w podatku VAT i PCC w praktyce może pojawić się szereg wątpliwości. Właśnie dlatego należy bardzo dokładnie przeanalizować konsekwencje podatkowe wniesienia aportu pod kątem tych dwóch podatków, zwłaszcza podatku VAT. Udział doświadczonego radcy prawnego czy doradcy podatkowego przy planowaniu oraz realizacji wnoszenia aportu wydaje się zatem pożądany.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Koszty pozyskania kapitału. Jak skalkulować opłacalność różnych form finansowania?

W obecnych czasach priorytetem dla wielu firm stało się utrzymanie płynności finansowej. Sytuacja związana z pandemią COVID-19 uzmysłowiła jak ważna jest odpowiednia struktura finansowania, zapewniająca bezpieczeństwo firmy. Małe podmioty na wczesnym etapie bardzo często finansują rozwój ze środków własnych, ale w pewnym momencie okazują się one niewystarczające i kapitału trzeba szukać na zewnątrz. Możliwości jest wiele, a konkretne rozwiązania oferują zarówno banki, jak i sektor pozabankowy. Każda forma długu ma jednak swoją cenę. Wysokość oprocentowania często jest tylko jedną ze składowych ostatecznego kosztu. Jak więc odpowiednio dobrać strukturę finansowania, która będzie najbardziej opłacalna dla danego biznesu?

Wysokość kosztów pozyskania kapitału zależy od poziomu ryzyka, które jest uzależnione od wielu czynników. Wśród nich można wymienić: wielkość firmy, branżę w jakiej funkcjonuje, a także okres obecności na rynku. Do czynników ryzyka, dziś dołączyły także te związane z pandemią koronawirusa. Zaostrzeniu uległy przez nie m.in. kryteria bankowego kredytowania przedsiębiorstw, zwłaszcza tych z sektora MŚP. Niezależnie od sytuacji, istotnymi elementami ocenianymi przez instytucje finansujące działalność biznesową są także: dotychczasowa historia kredytowa, wysokość przychodów i rentowność przedsiębiorstwa, jego majątek i poziom zadłużenia oraz posiadane zabezpieczenia. Brana pod uwagę bywa także struktura kontrahentów, ponieważ duże uzależnienie od jednego klienta zwiększa ryzyko finasowania firmy. Ze względu na to, że każda firma posiada swoją specyfikę, której nie da się ująć jedną, konkretną kategorią, rodzaj finansowania najlepiej jest dobierać indywidualnie. Tak, jak w innych dziedzinach i tutaj najlepszym rozwiązaniem będzie to uszyte na miarę.

Ile faktycznie kosztuje finansowanie?

Zastanawiając się nad wyborem optymalnej dla danego biznesu struktury finansowania, warto przeanalizować dostępne opcje, ich wady i zalety oraz rzeczywiste koszty jakie się z nimi wiążą. Nie zawsze są to jedynie koszty finansowe, a czasem korzystna, może okazać się również opcja, która wcale nie jest najtańsza. Dla firm z sektora MŚP atrakcyjną formą finansowania celów obrotowych jest kredyt w rachunku bieżącym. Przyznawany jest on na podstawie dotychczasowej historii działalności oraz poziomu wpływów na rachunek bankowy, a jego oprocentowanie mieści się zwykle w przedziale 3 – 6 proc. Oprócz oprocentowania należy zwrócić uwagę również na wysokość prowizji oraz inne opłaty, w tym koszty ustanowienia zabezpieczeń. Atrakcyjną formą zabezpieczenia są gwarancje de minimis udzielane przez BGK, które są dla firmy nieodpłatne. W obecnej sytuacji wywołanej pandemią, kryteria kredytowania przez banki uległy jednak znacznemu zaostrzeniu, przez co pozyskanie w ten sposób kapitału może być dużo trudniejsze. Jak podaje raport „Sytuacja na rynku kredytowym”, opublikowany przez NBP – w drugim kwartale 2020 roku banki przewidują jeszcze mocniejsze zaostrzenie polityki kredytowej w segmencie krótko- i długoterminowych kredytów dla dużych oraz małych i średnich przedsiębiorstw, o skali największej od połowy 2009 r. Trzykrotne obniżenie stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej na przestrzeni ostatnich trzech miesięcy nie oznacza, że firmy, zwłaszcza z sektora MŚP, będą miały większy dostęp do taniego kredytu.

Forma finansowania Koszt w skali roku dla MŚP
Kredyt 3 – 6 proc.
Faktoring 4 – 12 proc.
Leasing 4 – 7 proc.
Private debt 8 – 13 proc.
Obligacje korporacyjne 5 – 8 proc.

(plus koszty emisji)

Opracowanie własne PFK

W odniesieniu do kredytów bankowych w rachunku bieżącym, należy pamiętać, aby nie finansować w ten sposób wydatków inwestycyjnych. Było to dotychczas częstym błędem popełnianym przez małe firmy, gdyż przedsiębiorstwo ma pełną dowolność w wykorzystaniu tych środków. Zasadniczo kwota kredytu powinna być w całości wykorzystywana na finansowanie celów obrotowych, a optymalnie limit powinien być równy średniomiesięcznym przychodom ze sprzedaży – tłumaczy Krystyna Kalinowska, dyrektor inwestycyjny w Podlaskim Funduszu Kapitałowym. Jak dodaje Krystyna Kalinowska, po upływie pierwszego okresu kredytowego, który wynosi najczęściej 12 miesięcy, polityka banku może stać się znacznie bardziej restrykcyjna. Pogorszeniu mogą też ulec wyniki firmy, a tym samym jej zdolność kredytowa. W takim przypadku może się okazać, że nowy limit jest dużo niższy lub nie jest odnowiony wcale. Wówczas całość zadłużenia należy spłacić jednorazowo, co może negatywnie wpłynąć na płynność finansową przedsiębiorstwa.

Jeżeli chodzi o finansowanie środków trwałych, korzystną propozycją dla wielu firm może być leasing. Zwłaszcza kiedy dotyczy on pojazdów firmowych, na które najłatwiej jest znaleźć atrakcyjną ofertę. Faktoring może być z kolei dobrym rozwiązaniem dla firm borykających się z długimi okresami płatności. Koszty leasingu mieszczą się zwykle w przedziale 4 – 7 proc., natomiast oferta faktoringu jest bardzo różnorodna i w przypadku niektórych ofert koszty mogą dochodzić nawet do kilkunastu proc. w skali roku. Na koszt faktoringu, oprócz odsetek, składają się prowizje od wykupu i opłaty dodatkowe, co często utrudnia przedsiębiorcy wyliczenie rzeczywistego kosztu i porównanie dostępnych ofert. W przypadku obligacji korporacyjnych, do wysokości oprocentowania należy doliczyć koszty emisji, które zwiększyły się po ubiegłorocznej zmianie przepisów, dotyczącej obowiązku rejestracji w Krajowym Depozycie Papierów Wartościowych. Trzeba też pamiętać, że ta forma finansowania jest obecnie trudno dostępna jeżeli chodzi o firmy z sektora MŚP.

Nawet firmy na bardzo wczesnym etapie rozwoju, mogą skorzystać z preferencyjnych pożyczek na rozwój działalności z dofinansowaniem unijnym. Brak historii działalności często nie jest przeszkodą dla uzyskania finansowania, ale w zamian za to trzeba przedstawić odpowiednie zabezpieczenia, takie jak poręczenie osób fizycznych czy hipoteka na nieruchomości. Startujące firmy, zwłaszcza te z branży technologicznej, mogą szukać finansowania wśród aniołów biznesu, a także funduszy typu venture capital. Pozyskanie inwestora finansowego wiąże się jednak nie tylko z objęciem przez niego części udziałów, czyli z koniecznością podzielenia się przyszłym zyskiem, ale również utratą pełnej kontroli nad firmą. Pomimo braku oprocentowania, koszt takiego finansowania będzie zawsze dla firmy relatywnie wyższy w stosunku do różnych form kapitału dłużnego.

Większość funduszy venture capital stawia na inwestycje w spółki technologiczne, co zamyka drogę do pozyskania inwestora finansowego małym, ale szybko rosnącym firmom, które nie działają w preferowanych przez fundusze VC sektorach rynku. Wartym rozważenia rozwiązaniem pośrednim między długiem, a pozyskaniem kapitału udziałowego jest finansowanie dłużne typu private debt. Może ono przybierać różne formy (senior debt, mezzanine). Najczęściej jest ono pozyskiwane dla wzmocnienia kapitału obrotowego w okresie szybkiego wzrostu biznesu, ale celem finansowania mogą być również inwestycje, a nawet fuzje i przejęcia. – Rozpatrując koszt finansowania w skali roku, private debt jest formą finansowania stosunkowo drogą, jednak pozwala firmie na osiągnięcie dodatkowych przychodów, których w inny sposób, nie byłaby w stanie wygenerować. W tym wypadku, oceniając koszt takiego finansowania, należy przede wszystkim odnieść się do tego, jakie cele dzięki temu firma będzie mogła zrealizować i w powiązaniu z tym ocenić czy w danej sytuacji jest to opłacalne – mówi Krystyna Kalinowska z Podlaskiego Funduszu Kapitałowego. Oprocentowanie finansowania private debt wynosi ok. 7%, a całkowity koszt mieści się zwykle w przedziale 8 – 13 proc. w skali roku, w zależności od poziomu ryzyka, lecz jest to rozwiązanie dające bardzo dużą elastyczność. Mogą z niego korzystać na przykład firmy, które mają duży udział zakupów realizowanych w formie przedpłaty. Dostęp do dodatkowego finansowania, obok tradycyjnych produktów, takich jak kredyt, leasing czy faktoring, daje wówczas szansę na jeszcze szybszy wzrost i wypracowanie dodatkowego zysku.

Czy opłacalność różnych form finansowania można obliczyć?

Każda firma ma swoją unikalną specyfikę, grupy interesariuszy oraz dostępne dla niej źródła finansowania. Te czynniki powodują, że oszacowanie opłacalności poszczególnych opcji finansowania jest skomplikowanym zadaniem nawet dla wytrawnego analityka. Opierając się na określonych kryteriach oraz stosując odpowiednią metodologię można jednak dosyć dokładnie skalkulować opłacalność różnych form finansowania z punktu widzenia grupy interesariuszy.

Oceniając koszt finansowania od strony udziałowca firmy, należy oszacować wartość posiadanych udziałów przy różnych formach finansowania. Pozyskując finansowanie udziałowe, z jednej strony rozwadniam swoje udziały, jednak z drugiej pozyskuję kapitał bezzwrotny, który zwiększa wartość biznesu. Dla udziałowca najbardziej istotny jest wzrost wartości w czasie posiadanych przez niego udziałów – mówi Krzysztof Janik, Partner Zarządzający w Enterprise Startup. – Do oszacowania najbardziej korzystnej formy finansowania w takiej sytuacji najlepiej wykorzystać metodę DCF, która dokona wyceny biznesu przy różnych formach jego finansowania. Reasumując, w tym wariancie kieruję się wartością bezwzględną oceny opłacalności. Z kolei oceniając koszt finansowania z punktu widzenia managera, główna koncentracja sprowadza się do oceny względnej kosztów finansowania. W tym wariancie najbardziej korzystne jest finansowanie, które ma najniższe oprocentowanie w ujęciu rocznym – dodaje Krzysztof Janik.

Finanse są tą dziedziną, która nie pozostawia wątpliwości, jakie podjąć decyzje, o ile opieramy się na konkretnych danych liczbowych. Niezależnie od wielkości firmy, branży w jakiej działa, tego czy ma długą historię funkcjonowania czy też jest start-upem, zawsze można dokładnie określić, jaka struktura finansowania biznesu będzie najbardziej korzystna. Należy jednak pamiętać, aby rozpatrywać te kwestie wielowymiarowo, przede wszystkim pod kątem długoterminowych celów, z uwzględnieniem rezerwy na nieprzewidziane zdarzenia. Źródła finansowania powinny być zdywersyfikowane, przy optymalnym koszcie z perspektywy aktualnej sytuacji firmy.

Microsoft i SAS nawiązują współpracę

Większa integracja AI i analityki SAS w Microsoft Azure. Microsoft zaoferuje swoim klientom rozwiązania SAS działające w oparciu o chmurę.

(16 czerwca 2020 r.) – Microsoft i SAS ogłosiły rozpoczęcie szeroko zakrojonej współpracy strategicznej w zakresie technologii i promocji nowych rozwiązań. Firmy umożliwią klientom łatwą pracę z systemami SAS w chmurze, rozbudowując w ten sposób swoje portfolio biznesowe i tworząc nową wartość poprzez wykorzystanie inicjatyw z zakresu cyfrowej transformacji. W ramach współpracy firmy przeprowadzą migrację produktów analitycznych i rozwiązań branżowych SAS do platformy Microsoft Azure. Rozwiązania branżowe i wiedza specjalistyczna ekspertów SAS zapewnią również wartość dodaną klientom Microsoft z sektora opieki zdrowotnej, usług finansowych i wielu innych. Współpraca jest efektem integracji SAS ze wszystkimi rozwiązaniami Microsoft opartymi na Azure, Dynamics 365, Microsoft 365 i Power Platform oraz wpisuje się we wspólną wizję firm, dotyczącą dalszej demokratyzacji sztucznej inteligencji i analityki.

„Dzięki współpracy Microsoft i SAS, nasi klienci będą mogli rozwijać się szybciej i odkryją nowe sposoby pobudzania innowacji. Takie możliwość stworzy kompleksowa oferta rozwiązań SAS Analytics w Microsoft Azure” – powiedział Scott Guthrie, wiceprezes wykonawczy ds. chmury i sztucznej inteligencji w Microsoft. „SAS ma duże doświadczenie w dziedzinie analityki, przetwarzania danych i uczenia maszynowego i jest strategicznym partnerem Microsoft. Razem pomożemy klientom z kilkudziesięciu sektorów stawić czoła najważniejszym i najbardziej złożonym wyzwaniom analitycznym”.

Organizacje na całym świecie przechodzą na rozwiązania oparte na chmurze, aby wdrażać innowacje i szybciej realizować swoje cele biznesowe. W ramach tej transformacji wielu klientów, takich jak sieć placówek medycznych Mercy z główną siedzibą w St. Louis, migruje swoje zadania analityczne SAS na platformę Azure, aby zwiększyć wydajność i ograniczyć koszty.

„Mercy skupia się na nieustannym podnoszeniu jakości opieki nad pacjentami oraz zwiększaniu jej skuteczności. Zdajemy sobie sprawę ze znaczenia analizy danych i uczenia maszynowego dla realizacji naszych celów. Współpracując z SAS i Microsoft, możemy zastosować oprogramowanie analityczne i platformę chmurową Azure, aby lepiej wykorzystywać dane ze świata rzeczywistego w celu poprawy wyników i zapewniania lepiej dobranej opieki” – powiedział Curtis Dudley, wiceprezes ds. analizy danych w Mercy. „Cieszymy się z możliwości zwiększenia prędkości działania, większej skalowalności i większego wyboru rozwiązań analitycznych, jakie zapewnia współpraca SAS i Microsoft, co pomaga nam świadczyć usługi opieki zdrowotnej w nowym modelu.”

SAS i Microsoft współpracują ze sobą, aby zapewnić skuteczność wdrożeń oraz sprawne działanie produktów SAS na platformie Azure, umożliwiając ich bezproblemową obsługę i pomagając organizacjom przyspieszyć przejście na rozwiązania oparte na chmurze.

„SAS i Microsoft chcą pomóc klientom przyspieszyć wdrożenia z obszaru cyfrowej transformacji. Obie firmy dobrze rozumieją, że celem jest zwiększenie dostępności do różnorodnych danych oraz poprawa jakości życia, dzięki podejmowaniu lepszych decyzji” – powiedział Oliver Schabenberger, dyrektor ds. technologii i dyrektor operacyjny w SAS. „Współpraca z Microsoft umożliwia klientom płynniejsze przejście na chmurę, zapewniając szybszy, bardziej wszechstronny i łatwiejszy dostęp do rozwiązań SAS, a także pozwala podejmować pewniejsze decyzje dzięki wynikom analiz, które każdy – niezależnie od poziomu umiejętności – jest w stanie zrozumieć”.

Współpraca obejmuje optymalizację SAS® Viya®, najnowszej wersji rozwiązania opartego na chmurze pod kątem platformy Azure, a także integrację szerokiej gamy rozwiązań branżowych SAS – od przeciwdziałania nadużyciom, poprzez zarządzanie ryzykiem, po sprzedaży detaliczną w Azure Marketplace, aby zwiększyć produktywność i zapewnić klientom lepsze wyniki biznesowe.

„Współpraca między SAS, będącym liderem w dziedzinie analityki a Microsoft, liderem w zakresie rozwiązań opartych na chmurze to interesujący sojusz strategiczny. Planowane integracje SAS w obrębie całego portfolio usług Microsoft opartych na chmurze (Azure, Microsoft 365, Dynamics 365 i Power BI), stwarzają wiele nowych możliwości” – powiedział Steve White, wiceprezes programu ds. partnerów i współpracy w IDC.

W ramach współpracy Microsoft i SAS przeanalizują możliwość integracji narzędzi analitycznych SAS, w tym modeli branżowych, w Azure i Dynamics 365 oraz zbudują nowe, gotowe do wprowadzenia na rynek wspólne rozwiązania dla klientów, znajdujące zastosowanie w wielu sektorach. Dalsza integracja umożliwi klientom SAS wykorzystanie skalowalności i elastyczności chmury w kontekście analityki i wykorzystania sztucznej inteligencji. Na przykład, Microsoft i SAS już zapewniają klientom rozwiązania, które pozwalają czerpać duże korzyści z ogromnej ilości danych generowanych przez Internet Rzeczy (IoT). Łączą one zalety platformy Azure IoT firmy Microsoft z analityką IoT SAS. Obejmują zarówno brzeg sieci jak i chmurę oraz rozwiązania wykorzystujące sztuczną inteligencję. Obecnie miasto Cary w stanie Północna Karolina korzysta ze zintegrowanego rozwiązania IoT firmy Microsoft i SAS, które pozwala prognozować ryzyko wystąpienia powodzi.

„Powodzie są problemem każdej społeczności, a nasza nie jest wyjątkiem” – powiedziała Nicole Raimundo, CIO w Cary. „Korzystając z czujników, danych pogodowych, analityki IoT SAS oraz platformy IoT Azure, dysponujemy pełniejszą wiedzą o bieżącej sytuacji, monitorując poziom wody w strumieniach i przewidując, gdzie może nastąpić powódź. W ten sposób, poprzez automatyzację, będziemy w stanie usprawnić prowadzone działania na wypadek powodzi. Cary udostępnia również powyższe dane sąsiednim społecznościom, aby pomóc im lepiej zadbać o potrzeby mieszkańców”.

Dodatkowe produkty i rozwiązania SAS będą wprowadzane na rynek jeszcze w tym roku, w czym mają pomóc organizowane wspólnie działania promocyjne i sprzedażowe. Pozwoli to klientom SAS i Microsoft uporać się z niektórymi z ich najważniejszych i najbardziej złożonych wyzwań analitycznych, przy jednoczesnym nieustannym wspieraniu innowacji. SAS będzie również korzystać z Microsoft 365 i Dynamics 365 w swoich wewnętrznych procesach.

Najbardziej atrakcyjne spektakle udostępniane w sieci gromadzą gigantyczną publiczność. To dla środowiska teatralnego szansa na zdobycie nowej widowni

0

Wybuch pandemii spowodował, że instytucje kulturalne zostały zamknięte na kilka miesięcy. Teatry nie zrezygnowały jednak całkowicie ze swojej działalności. Większość z nich zdecydowała się przenieść dotychczasową aktywność do internetu. Spektakle udostępniane online cieszyły się ogromnym zainteresowaniem. Zdaniem dyrektor Instytutu Teatralnego im. Z. Raszewskiego Elżbiety Wrotnowskiej-Gmyz, chociaż obecnie życie kulturalne powoli wraca do normy, doświadczenia zdobyte podczas kryzysu przyczynią się do rozwoju teatrów.

Zgodnie z nowymi rozporządzeniami, które obowiązują od 6 czerwca, podczas wydarzeń  kulturalnych organizowanych w zamkniętych przestrzeniach z miejscami siedzącymi udostępniona może być najwyżej połowa miejsc. W konsekwencji tylko niektóre kina i teatry wznawiają działalność artystyczną. Nie zaprzestają jednak internetowych transmisji, które bardzo spodobały się widowni.

– Życie teatralne jeszcze przez pewien czas będzie przebiegać równolegle, zarówno w internecie, jak i na żywo. Wybuch pandemii uzmysłowił nam, jak wielkie są zasoby teatralne oraz jak ogromna jest mobilność środowiska teatralnego, które bardzo szybko i skutecznie potrafiło przystosować się do nowych warunków – mówi w rozmowie z Agencją Newseria Elżbieta Wrotnowska-Gmyz.

Wiele teatrów zdecydowało się w czasie zawieszenia tradycyjnej działalności udostępniać spektakle online i w ten sposób nie tracić regularnego kontaktu z widownią. Z możliwości tej skorzystał między innymi Teatr Dramatyczny. Po emisji niektórych przedstawień oferował również możliwość wysłuchania konferencji na żywo, w której udział brali aktorzy wraz z reżyserem. Tego typu internetowe wydarzenia pozytywnie wpłynęły na wizerunek instytucji kulturalnych, a także wzmocniły więź z publicznością. Nowa forma spotkań okazała się bowiem niezwykle atrakcyjna dla widowni.

– Odkurzone zostały archiwa teatrów. Wiele spektakli – zarówno tych starszych, jak i całkiem nowych – możemy obecnie oglądać online. Liczymy na to, że dotychczasowa oferta w jakimś stopniu będzie dostępna również po zniesieniu wszystkich obostrzeń. Najbardziej atrakcyjne przedstawienia udostępniane w sieci gromadziły gigantyczną, jak na standardy teatralne, widownię – tłumaczy.

Dowodem na to, że internetowa działalność teatrów okazała się wyjątkowo skuteczna, jest liczba wyświetleń poszczególnych spektakli. Dla przykładu przedstawienie pod tytułem „Szalone nożyczki. Reżim sanitarny”, transmitowane online na żywo przez Teatr Kwadrat, zgromadziło przed komputerami ponad 10 tys. widzów. Rekordowa frekwencja pokazuje, jak duża część społeczeństwa zainteresowana jest życiem kulturalnym.

– Zaletą internetu jest jego szeroka dostępność, która sprawiła, że oferta teatralna miała szansę dotrzeć do nowej publiczności. Wiele osób z mniejszych miejscowości rzadko przyjeżdża do wielkich miast, by obejrzeć spektakl. Internet sprawił, że mogli oni uczestniczyć w przedstawieniu online. Środowisko teatralne powinno za wszelką cenę starać się tych ludzi zatrzymać przy sobie – zaznacza.

Mimo wielu pozytywnych aspektów, które przyniosła internetowa działalność teatrów, pracownicy instytucji cieszą się, że życie kulturalne powoli wraca do normalności. Elżbieta Wrotnowska-Gmyz tłumaczy, że obecnie instytucje zajmują się głównie planowaniem oferty artystycznej na nowy sezon oraz organizacją prób przyszłych premier.

– Tęsknimy za tradycyjnymi spotkaniami. Wielu artystów oraz widzów ma poczucie, że internetowe transmisje to jedynie namiastka teatru. Życie koncertowe, baletowe, muzyczne i teatralne prowadzone w sieci nigdy nie będzie dostarczało tak wielu emocji jak podczas spotkań na żywo. Liczymy na to, że chęć i pragnienie przeżywania teatru w jego klasycznej formie zostaną niedługo w pełni zrealizowane – mówi.

Pacjenci w Polsce przekonują się do zdalnych wizyt u dermatologa. Co trzeci zamierza je kontynuować po ustaniu pandemii

Aż 61 proc. osób cierpiących na przewlekłe choroby skóry w trakcie izolacji społecznej korzystało z konsultacji lub wizyty u dermatologa. Zdecydowana większość z nich odbyła się zdalnie: 41 proc. online, a 36 proc. – przez telefon. Po początkowych problemach część pacjentów przekonała się do zdalnych konsultacji z lekarzem i zamierza z nich korzystać także po zakończeniu pandemii. To jednak alternatywa tylko dla tych pacjentów, którzy są w trakcie wielomiesięcznego, stałego leczenia, a choroba jest pod kontrolą. W przypadku cięższych chorób dermatologicznych, o zaostrzonym przebiegu, konieczny jest jednak bezpośredni kontakt z lekarzem i dokładne obejrzenie zmian skórnych.

Nie robiliśmy wcześniej konsultacji online, więc trzeba było od początku nauczyć się je prowadzić. Początkowo nie było to proste. Niełatwo było też przekonać pacjentów, że konsultacja online jest tak samo wartościowa jak tradycyjna forma kontaktu z lekarzem – mówi agencji Newseria Biznes dr Ivana Stanković, dermatolog-wenerolog z Kliniki Dermea, członek Polskiego Towarzystwa Dermatologicznego.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez SW Research dla Galderma na przełomie maja i czerwca, 61 proc. osób cierpiących na przewlekłe choroby skóry w trakcie izolacji społecznej korzystało z konsultacji lub wizyty u dermatologa. 41 proc. z nich odbyło się online, a 36 proc. – przez telefon. Jak podkreśla dermatolog, wizyty zdalne w tym trudnym epidemiologicznie okresie były koniecznością, bo niektóre problemy dermatologiczne wymagają natychmiastowej konsultacji lekarza, a jeszcze inne wymagają kontynuacji leczenia. Zainicjowana właśnie przez Galdermę kampania HASHWłączLeczenie będzie uświadamiać pacjentów, dlaczego w przewlekłych chorobach skóry niewskazane jest przerywanie terapii.

 To są choroby nawracające, a nieleczone lub leczone nieprawidłowo mogą trwać latami – podkreśla dr Ivana Stanković. – Dla przykładu nieleczony trądzik młodzieńczy może trwać wiele lat i pozostawić blizny potrądzikowe, które będą nie do usunięcia. Z kolei w przypadku trądziku różowatego, który jest chorobą nawracającą, brak leczenia może spowodować, że stan będzie się pogarszał i na późniejszych etapach terapia będzie już bardzo trudna.

Zdalne wizyty sprawdzają się także w przypadku pacjentów, którzy potrzebują tylko odnowić receptę na dotychczas stosowane leki i preparaty.

– To, że mamy możliwość wystawiania e-recept, bardzo pomogło w zdalnej pracy – mówi specjalistka z Kliniki Dermea. – Przy dobrej kamerze i jakości połączenia można dokładnie obejrzeć zmiany skórne i bez problemu je ocenić, o ile nie wymagają np. dermatoskopii. Czasami jeszcze przed taką konsultacją pacjenci sami się do niej przygotowują i wysyłają zdjęcia, które oglądam i porównuję podczas wideokonsultacji. To się naprawdę sprawdza.

Zdalne konsultacje z lekarzem nie są jednak alternatywą dla wszystkich. W przypadku cięższych chorób dermatologicznych, o zaostrzonym przebiegu, konieczny jest bezpośredni kontakt z lekarzem i dokładne obejrzenie zmian skórnych.

– Czasami muszę zbadać pacjenta i obejrzeć zmiany pod dermatoskopem, a czasem pobrać wycinek – mówi dr Ivana Stanković. – Na Zachodzie teledermatologia jest uskuteczniana od lat. U nas dopiero pandemia spowodowała, że przyjęło się to rozwiązanie.

Część pacjentów przekonała się do zdalnych konsultacji z lekarzem i zamierza z nich korzystać także po zakończeniu pandemii. Nie wszystkie przypadki wymagają bowiem bezpośredniego kontaktu, a konsultacje online lub przez telefon są wygodniejsze i mniej czasochłonne. Jak wynika z badania SW Research, chęć korzystania ze zdalnych konsultacji dermatologicznych po ustaniu pandemii jednoznacznie deklaruje 34 proc. pacjentów (taki sam jest odsetek wciąż  niezdecydowanych).

Jak wynika z badania SW Research, do skorzystania ze zdalnej wizyty pacjentów przekonuje głównie znajomość z lekarzem i zaufanie do niego (dermatolog znał stan skóry pacjenta). 4 na 10 chorych wybrało tę formę, ponieważ była jedyną dostępną opcją konsultacji z dermatologiem. Trzecim najczęstszym powodem była pilna potrzeba uzyskania e-recepty na kontynuację leczenia, bez potrzeby bezpośredniego kontaktu z lekarzem.

Taka forma kontaktu z lekarzem może być też bardzo pomocna dla pacjentów z chorobami skóry, którzy mają trwałe zmiany np. w obrębie twarzy i ze względów psychologicznych niechętnie wychodzą z domu.

– Zwłaszcza w przypadku takich chorób jak trądzik różowaty jest udowodnione znaczenie aspektu psychologicznego. Ludzie przestają wychodzić z domu, ponieważ mają zmiany trądzikowe. Dla tych pacjentów przyjście do kliniki, przeprawa przez centrum miasta czy choćby przejście przez recepcję było dużym problemem. Jednak podczas konsultacji online jest tylko kontakt z lekarzem, który ich ogląda i to przez kamerę, a nie bezpośrednio – mówi specjalistka z Kliniki Dermea.

Badanie pokazuje też, że 1/3 pacjentów jest zadowolona ze zdalnych wizyt i uznała ten kontakt z lekarzem za wystarczający. Połowie natomiast brakowało jednak możliwości kontaktu „twarzą w twarz”. Trzech na czterech z tej grupy pacjentów uważa, że w trakcie bezpośredniej wizyty lekarz może dokładniej przyjrzeć się skórze i lepiej zdiagnozować problem. 60 proc. docenia tradycyjne wizyty za dokładniejszy wywiad medyczny i możliwość wykonywania przy okazji badań laboratoryjnych.

Brak kontaktu „face to face” i możliwości porozmawiania z lekarzem to największa trudność dla pacjentów. Cenimy jednak możliwość omówienia wszystkiego osobiście. Problemem – choć nie w przypadku młodszych pacjentów – bywa też brak odpowiednich aplikacji i umiejętności obsługi Skype’a, WhatsAppa czy FaceTime’a. Dla pewnej grupy to jest duża przeszkoda – mówi dr Ivana Stanković.

WHO: Istnieje związek między objawami COVID-19 a ilością wirusa w organizmie. Osoby bezobjawowe nie napędzają pandemii w poszczególnych krajach

Na całym świecie zakażonych SARS-CoV-2 zostało już ponad 7,805 mln osób, a ponad 431 tys. zmarło. Według informacji, którymi dysponuje WHO, od 6 do nawet 40 proc. chorych przechodzi jednak infekcję łagodnie lub bez objawów. Wciąż trwają badania, które mają wykazać, na ile tacy pacjenci przyczyniają się do rozprzestrzeniania koronawirusa. – Wiemy, że istnieje związek między objawami a ilością wirusa w organizmie oraz zdolnością do zakażania – podkreśla ekspertka WHO Paloma Cuchi.

Koronawirus pojawił się zaledwie kilka miesięcy temu, więc wielu rzeczy na jego temat dopiero się dowiadujemy. Jedną z nich jest informacja, że są osoby, które nie mają żadnych objawów albo znajdują się w przedklinicznej fazie choroby, określanej jako bardzo łagodna, która wiąże się jedynie z gorszym samopoczuciem. Nie wiemy jeszcze, jaki jest wkład tych pacjentów bezobjawowych w rozprzestrzenianie się infekcji, ta kwestia jest przedmiotem ciągłych badań – mówi Paloma Cuchi, przedstawicielka Światowej Organizacji Zdrowia w Polsce.

Jak wskazuje, według obecnej wiedzy nowe zakażenia wirusem SARS-CoV-2 przypisuje się wyłącznie tym pacjentom, którzy wykazują objawy choroby. We wszystkich krajach trwają obecnie badania dotyczące tego, w jakim stopniu osoby, które przechodzą infekcję łagodnie lub bezobjawowo, przyczyniają się do jej rozprzestrzeniania.

Wiemy, że istnieje związek między objawami a ilością wirusa w organizmie oraz zdolnością do zakażania – mówi ekspertka.

Zgodnie z mapą WHO na całym świecie zakażonych koronawirusem zostało już ponad 7,805 mln osób, a ponad 431 tys. zmarło. Największymi ogniskami choroby są w tej chwili Stany Zjednoczone (na które przypada już prawie 30 proc. dotychczasowych zakażeń), Rosja i Brazylia. Gwałtownie rośnie też liczba nowych zakażeń w Indiach, które wyprzedziły Wielką Brytanię i są w tej chwili na czwartym miejscu pod względem liczby zachorowań na COVID-19.

W Polsce zakażonych koronawirusem zostało dotąd blisko 30 tys. osób, a bilans ofiar to 1256 pacjentów. Według danych Ministerstwa Zdrowia w tej chwili w szpitalach hospitalizowanych jest 1736 pacjentów z COVID-19, a 78 z nich korzysta z respiratorów. Dotychczas wyzdrowiało blisko 14,4 tys. osób. Kwarantanną jest objętych ponad 94,5 tys., a prawie 18 tys. podlega nadzorowi sanitarno-epidemiologicznemu. Najwięcej nowych zachorowań przybywa na Śląsku, ale lokalne ogniska COVID-19 pojawiają się w całej Polsce.

Choroba wywołana przez wirus SARS-CoV-2 najczęściej objawia się gorączką, kaszlem, dusznościami, bólami mięśni i zmęczeniem. Wirus może jednak powodować nieswoiste objawy, jak np. zaburzenia smaku i węchu. Szczególnie niebezpieczny jest dla osób starszych, z osłabioną odpornością i cierpiących na inne, przewlekłe schorzenia, takie jak np. cukrzyca, nadciśnienie, choroby płuc i układu sercowo-krążeniowego. Z kolei wśród młodych i zdrowych osób choroba w wielu przypadkach przebiega łagodnie lub całkowicie bezobjawowo.

Jest niewiele informacji na temat osób, które nie mają żadnych objawów i ilości wirusa w ich organizmach. Nie wiemy też, jakie jest prawdopodobieństwo przeniesienia przez nie infekcji na inną osobę. Nie mamy jeszcze danych liczbowych, ponieważ są to dopiero szacunki, a ich zakres jest zbyt duży. Pojawiają się nowe badania, więc dopiero po przeprowadzeniu ich większej liczby będziemy w stanie określić, ile jest takich osób i w jakim stopniu zarażają one innych. Z całą pewnością można jednak stwierdzić, że osoby bezobjawowe nie przyczyniają się do rozwoju pandemii w poszczególnych krajach – mówi Paloma Cuchi.

Wskazuje, że szacunki dotyczące liczby osób, które przechodzą COVID-19 bezobjawowo, wahają się od 6 do nawet 40 proc., więc zakres danych z poszczególnych państw jest na razie bardzo duży. Wynika to z faktu, że badania identyfikujące osoby przechodzące koronawirusa bezobjawowo są bardzo rzadkie.

Wiemy, że osoby, które nie mają objawów, w pewnym stopniu przyczyniają się do nowych zakażeń, ale nie znamy dokładnych wartości. Dlatego jeżeli ktoś znajduje się w miejscu, w którym nie może zachować dystansu fizycznego ponad 1 m, powinien używać maski. Są również osoby doświadczające łagodnych objawów, takich jak ogólne złe samopoczucie czy zaburzenia węchu, oraz pacjenci z pełnymi objawami, o których wiemy, że mają dużą ilość wirusa w organizmie i na pewno mogą zarażać innych. Jednak nadal nie wiemy, jaka jest możliwość zarażenia się od osób, u których objawy są łagodne lub nie ma ich wcale. Ta kwestia wciąż pozostaje otwarta – mówi przedstawicielka WHO w Polsce.

Jak podkreśla, środki bezpieczeństwa takie jak utrzymywanie bezpiecznej odległości, częste mycie rąk, wykonywanie testów u osób, które mają objawy, identyfikacja tych, które miały z nimi kontakt, oraz izolacja i kwarantanna pozwalają zachować kontrolę nad pandemią. To, że w populacji występują również osoby przechodzące infekcję łagodnie lub bezobjawowo, nie powinno mieć wpływu na te środki bezpieczeństwa i tym bardziej nie zwalnia z ich stosowania.

Wiele krajów wykonuje obecnie badania na obecność przeciwciał, które dadzą nam więcej informacji na temat tego, kto jest zakażony, choć nie wystąpiły u niego objawy. Jeśli natomiast chodzi o przenoszenie wirusa  potrzebujemy więcej informacji. Podejmowane działania pozostają bez zmian. Im więcej krajów prowadzi testy, tym bardziej skuteczna kontrola pandemii. Badania muszą być jednak odpowiednio ukierunkowane: należy zidentyfikować odpowiednie osoby i wykonać testy zarówno u nich, jak i u osób, z którymi miały kontakt – podkreśla Paloma Cuchi.

Superkomputery pomogą w walce z koronawirusem. Gigantyczna moc obliczeniowa przyspieszy prace nad lekami i szczepionką

Superkomputery i technologia obliczeniowa o wysokiej wydajności pomogą walczyć z koronawirusem. Ostatnie tygodnie to szereg inicjatyw, które mają na celu pozyskanie danych i wykorzystanie algorytmów SI, superkomputerów i wiedzy specjalistycznej w walce z trudną sytuacją epidemiologiczną. Przykładem mogą być kompletne, wydajne systemy obliczeniowe AMD, które trafią do trzech amerykańskich uniwersytetów i zapewnią ponad siedem petaflopsów mocy obliczeniowej do walki z COVID-19.

Szybsze przetwarzanie i analizowanie większej liczby danych może zapobiec rozprzestrzenianiu się przyszłych pandemii, pomoże w zaprojektowaniu skutecznych metod leczenia i opracowaniu skutecznych szczepionek. Superkomputery – wydajne, dysponujące ogromną mocą – mogą pomóc w wynalezieniu skutecznego lekarstwa czy szczepionki. Ze względu na pojawienie się COVID-19 powstaje coraz więcej globalnych inicjatyw, które mają pomóc w walce z pandemią.

Już blisko milion osób dodało swoje komputery domowe do rozległej sieci, która tworzy wirtualny superkomputer o nazwie Folding@home. Projekt wykorzystuje crowdsourcingową moc obliczeniową, żeby przeanalizować białka znalezione w koronawirusie. Korzystając z symulacji komputerowych, badacze mapują białka koronawirusa i szukają luk, które mogą zostać zaatakowane nowymi lekami. Im więcej wolontariuszy – tym większa moc komputera.

– Duża moc obliczeniowa odgrywa kluczową rolę we współczesnych badaniach nad wirusami, pogłębiając nasze zrozumienie działania określonych wirusów i ostatecznie przyspieszając rozwój potencjalnych leków i szczepionek – podkreśla Lisa Su, prezes i dyrektor generalny AMD. – AMD i nasi partnerzy technologiczni zapewniają naukowcom z całego świata nowe systemy, które zwiększą możliwości obliczeniowe dostępne do walki z COVID-19 i będą wspierać przyszłe badania medyczne.

Konsorcjum Digital Transformation Institute ogłosiło z kolei projekt „Techniki SI w celu złagodzenia pandemii”. Najlepsi, oprócz nagród pieniężnych, otrzymają dostęp do superkomputera czy oprogramowania SI. Wszystko po to, by opracować skuteczną metodę walki z pandemią. Z kolei amerykańskie uczelnie –  New York University, Massachusetts Institute of Technology oraz Rice University – otrzymały wydajne systemy obliczeniowe zasilane przez AMD.

Docelowo uczelnie mają wykorzystać siedem petaflopsów mocy obliczeniowej do opracowania szczepionek, ale też lepszego poznania koronawirusa.

– Pandemia COVID-19 wywarła głęboki wpływ na badania w szkolnictwie wyższym, zarówno w zakresie ich kierunku, jak i potrzeby natychmiastowych rezultatów – mówi Russel Caflisch, dyrektor Instytutu Nauk Matematycznych im. Richarda Couranta na Uniwersytecie Nowojorskim. – Zasoby obliczeniowe przekazane przez AMD zostaną wykorzystane przez badaczy z NYU z wielu różnych dyscyplin w projektach dotyczących wielu ważnych aspektów kryzysu związanego z koronawirusem, w tym: odkrycia leków na COVID-19 i przyszłe mutacje wirusa SARS, wyszukiwania odpowiednich wyników badań z obszernej literatury biomedycznej czy analizy obrazowania medycznego do badań przesiewowych pacjentów.

Działania AMD to niejedyny przykład udostępniania superkomputera naukowcom. Konsorcjum HPC (COVID-19 High Performance Computing) zapewnia szeroki dostęp do ponad 30 superkomputerów z 402 petaflopsami mocy. IBM udostępnia zasoby superkomputerowe, repozytoria danych w chmurze i narzędzia wyszukiwania oparte na sztucznej inteligencji. Exscalate4CoV (E4C), koalicja badaczy z siedmiu krajów europejskich (w tym z Polski), współpracuje w celu zwalczania rozprzestrzeniania się koronawirusa. Koordynowany przez włoską firmę farmaceutyczną Dompé, dysponujący trzema potężnymi ośrodkami obliczeniowymi o wysokiej wydajności w Bolonii, Barcelonie i Jülich, poszukuje potencjalnych leków do walki z COVID-19.

Wodór zmieni oblicze transportu. Do użytku trafiły już pociągi pasażerskie i autobusy napędzane tym paliwem

Napęd wodorowy może być zieloną alternatywą dla silników Diesla stosowanych w transporcie kolejowym. Już teraz po Europie jeżdżą pociągi pasażerskie zasilane właśnie tym paliwem. Firmy specjalizujące się w budowie pociągów i infrastruktury wodorowej podpisały właśnie porozumienie, którego efektem będzie konwersja włoskiej kolei na wodór. – Już za kilka lat pochodzący ze źródeł odnawialnych wodór będzie filarem Nowego Zielonego Ładu i inwestycji w rzeczywistości post-COVID – mówi Marco  Alverà, prezes spółki Snam. Tymczasem pierwiastek ten zyskuje coraz bardziej na znaczeniu również w transporcie osobowym.

– Już za kilka lat pochodzący ze źródeł odnawialnych wodór stanie się konkurencyjny w stosunku do paliw kopalnych i odegra kluczową rolę w transformacji energetycznej, szczególnie w przemyśle, sektorze grzewczym i transporcie ciężkim. Będzie filarem Nowego Zielonego Ładu i inwestycji w rzeczywistości post-COVID – podkreśla Marco Alverà.

Włoska firma Snam, działająca w branży infrastruktury energetycznej, podpisała niedawno z przedsiębiorstwem Alstom umowę na produkcję wodorowych pociągów. Mają je obsługiwać włoskie linie kolejowe. W maju w niemieckiej Dolnej Saksonii dwa wodorowe pociągi od Alstom ukończyły trwające 530 dni testy, w czasie których przejeździły na liniach pasażerskich 180 tys. km. Docelowo do 2022 roku 14 takich pociągów ma zastąpić lokomotywy zasilane silnikami Diesla.

– Wierzymy w wodór. Coradia iLint, pierwszy na świecie pociąg wodorowy, już obsługuje linię pasażerską między miastami Cuxhaven, Bremerhaven, Bremervörde i Buxtehude w Niemczech. Mamy nadzieję, że pociągi wodorowe Coradia iLint wkrótce staną się rzeczywistością także we Włoszech – dodaje Michele Viale, dyrektor zarządzający Alstomu na Włochy i Szwajcarię.

Zgodnie z podpisaną na początku czerwca umową Alstom wyprodukuje nowe lub dostosuje do zasilania wodorem pociągi z napędem spalinowym  i obejmie je obsługą serwisową. Snam ma z kolei zapewnić stronę infrastrukturalną: stacje tankowania i punkty serwisowe oraz stanowiska zarządzania.

– Snam inwestuje i wprowadza innowacje, które dostosują sieć do technologii wodorowej, aby przyczynić się do rozwoju nowych technologii i budowy włoskiego łańcucha dostaw. Nasz kraj może dołączyć do światowych liderów tego sektora, czerpiąc ogromne korzyści środowiskowe i gospodarcze – przekonuje Marco Alverà.

Tymczasem transport wodorowy może być przyszłością nie tylko dla kolei. Do 12 czerwca, w ramach testów, do floty wiedeńskiego przewoźnika Wiener Linien, będącego jednym z europejskich gigantów transportu zbiorowego, zostały włączone wodorowe Solarisy Urbino 12. Pierwsze testy modelu od polskiego producenta były jednak prowadzone już rok temu. Po nich do firmy wpłynęły zamówienia na 57 autobusów od klientów z Holandii, Niemiec i Włoch.

Według analityków Global Market Insights rynek wytwarzania wodoru osiągnie do 2026 roku wartość blisko 160 mld dol., przy średniorocznym wzroście na poziomie 6 proc.

Kurs akcji Tesli szybuje w górę niczym rakieta Elona Muska

Elon Musk jest najskuteczniejszym na świecie sprzedawcą marzeń. Po sukcesie z wystrzeleniem rakiety Falcon 9 rośnie kurs akcji należącej do niego Tesli. Inwestorzy ignorują fatalny stan branży motoryzacyjnej.

– Przedsięwzięcia Elona Muska nie muszą przynosić zysku, aby rosła ich wartość, co najlepiej widać po kursie akcji Tesli – mówi w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią.

Jeszcze rok temu kurs akcji Tesli wynosił 117 USD. W czerwcu 2020 r., po udanym wystrzeleniu w kosmos rakiety Falcon 9 produkcji koncernu SpaceX, również należącego do Elona Muska, przekroczył on już jednak 1 000 USD, a w ostatnich dniach oscyluje wokół tej psychologicznej bariery.

Po poprzednim szczycie, przypadającym na okres styczeń-luty, Tesla bardzo straciła, bo inwestorzy spanikowali, gdy rozpoczęła się pandemia. To wówczas kurs akcji spadł poniżej poziomu 400 USD. Jednak od tego czasu mamy do czynienia z szybkim rajdem Tesli.

Przemysł motoryzacyjny jest w tarapatach, a jednak Tesla traktowana jest inaczej. Inwestorzy skupiają się wyłącznie na pozytywnych informacjach o spółce. Takich jak ta, że pomiędzy kwietniem i majem sprzedaż samochodów Tesli w Chinach odbiła i wzrosła trzykrotnie. Nie martwi ich natomiast, że Tesla ma w Państwie Środka nowego konkurenta, firmę NIO, który wprawdzie ponosi straty finansowe, ale jego kurs akcji rośnie szybko.

– Kształt wykresów Nasdaq i Tesli wygląda ostatnio bardzo podobnie – wyjaśnia ekspert CMC Markets. – Inwestorzy oceniają, że gdyby Tesla musiała przeprowadzić kolejną emisję akcji, aby pozyskać kapitał, to po sukcesie SpaceX byłoby to dla Elona Muska łatwiejsze do przeprowadzenia.

Dwie twarze inflacji

Według danych GUS łączna inflacja spada, jednak w odczuciu gospodarstw domowych pozostanie ona nadal wysoka. Wpływ na to ma drożejąca żywność, której ceny mogą jeszcze bardziej wzrosnąć przez grożącą Polsce suszę.

GUS potwierdził szacunek łącznej inflacji w maju. Pozornie informacje podane przez urząd powinny cieszyć. Wzrost cen spowolnił bowiem do 2,9 proc. r/r wobec wzrostu 3,4 proc. r/r przed miesiącem, czy 4,7 proc. w lutym.

Jednak z punktu widzenia konsumentów ten spadek jest w zasadzie niezauważalny. Obecny kryzys to bowiem kombinacja negatywnego szoku podażowego i negatywnego szoku popytowego.

Słaby popyt będzie ciągnął ceny w dół. Jest to już widoczne w cenach odzieży i obuwia, środków transportu, paliw, wyposażenia mieszkania i urządzeń gospodarstwa domowego. Niestety rosną ceny żywności (wzrost o 6,2 proc. r/r). W przypadku, żywności popyt nie jest elastyczny i o trendach cenowych decydują czynniki podażowe, pogodowe i trendy na rynkach rolnych. A tutaj jest jeszcze przed nami ryzyko suszy.

Ograniczenia podażowe silnie wpłynęły również na usługi dla ludności. Mimo, że już otwarto zakłady kosmetyczne i fryzjerskie, to nadal w tej branży istnieją ograniczenia. W rezultacie ceny tych usług były w maju wyższe aż o 11,4 proc. niż przed rokiem.

Na uwagę zasługuje wzrost cen w grupie „hotele i restauracje” o 6 proc.  r/r w maju. Ceny w branży turystycznej i hotelarskiej będą wypadkową czynników podażowych i popytowych. Już ostatni długi weekend związany ze świętem Bożego Ciała pokazał, że w wielu polskich ośrodkach turystycznych presja na wzrost cen będzie wysoka.

Sumując te wszystkie czynniki konsumenci w trakcie codziennych zakupów towarów i usług pierwszej potrzeby będą odczuwać wzrost cen. Będą też spodziewać się dalszego ich wzrostu. Warto przy tym zauważyć, że w Polsce wzrost cen jest nadal dużo wyższy niż w całej UE czy strefie Euro, w której majowa inflacja jest bliska zeru.

Pracodawcy RP

Na rynek wrócił niepokój

Inwestorzy przestali patrzeć na sytuację przez różowe okulary. Wzrost liczby zakażeń w wybranych stanach w USA oraz mieszane informacje z innych państw sprawiły, że nad rynkami ponownie zgromadziły się czarne chmury.

Miniony tydzień przypominał lustrzane odbicie poprzedniego. Akcje doświadczyły wyprzedaży, zyskiwały natomiast obligacje i inne aktywa uznawane za bezpieczne. Co ciekawe, bardziej ryzykowne obligacje krajów peryferyjnych strefy euro zakończyły tydzień na niemal niezmienionym poziomie pomimo wzrostu awersji do ryzyka rynku. Zdaje się to sugerować, że obecna polityka monetarna Europejskiego Banku Centralnego działa. Euro w zeszłym tygodniu również nie doświadczyło silniejszej wyprzedaży i radziło sobie dość dobrze w relacji do innych głównych walut.

W najbliższych dniach warto zwrócić uwagę na negocjacje ws. Brexitu i sygnały płynące ze strony Rady Europejskiej dotyczące wieloletniego budżetu UE oraz funduszu odbudowy po pandemii COVID-19. Oprócz tego, uwaga rynku skupi się na spotkaniu Banku Szwajcarii i Banku Anglii. Od tego ostatniego zarówno my, jak i rynek oczekujemy rozszerzenia skupu aktywów. Oprócz powyższych kwestii, będziemy też uważnie obserwować informacje z frontu walki z koronawirusem, szczególnie w USA, gdzie wybrane stany, m.in. Kalifornia, Teksas i Floryda w ostatnich dniach notowały wzrost liczby nowych zakażeń.

PLN

W minionym tygodniu polski złoty doświadczył niewielkiego osłabienia. Z jednej strony można je powiązać z ogólnym pogorszeniem sentymentu względem aktywów ryzykownych. Z drugiej natomiast wygląda to na dalsze odreagowanie po wcześniejszych wzrostach. W czwartek, kiedy przez rynki akcji przetoczyła się fala spadków, a który w Polsce był też dniem wolnym, kurs EUR/PLN dobił do najwyższego w tym miesiącu poziomu. Ostatecznie jednak złoty odrabił czwartkowe straty przed końcem tygodnia.

Wśród informacji krajowych w tym tygodniu na pierwszy plan, obok danych o inflacji i produkcji przemysłowej wysunie się wtorkowe spotkanie decyzyjne RPP. Nie oczekujemy po nim żadnych zmian parametrów polityki monetarnej. Liczymy natomiast na lepszą komunikację ze strony Rady niż ta z ostatnich miesięcy.

EUR
W minionym tygodniu kurs EUR/USD reagował na zmiany rynkowego sentymentu, początkowo rosnąc do najwyższego poziomu od trzech miesięcy, aby w drugiej połowie tygodnia spaść do okolic poziomu 1,12 w związku z pogorszeniem sentymentu m.in. na fali obaw o możliwą drugą falę zakażeń koronawirusem.

Podobnie jak poprzedni, tak i ten tydzień nie przyniesie nam wielu istotnych odczytów makro ze strefy euro – w środę opublikowana zostanie jedynie rewizja odczytu inflacji w maju. W kontekście zachowania euro warto natomiast zwrócić uwagę na negocjacje brexitowe oraz piątkową wideokonferencję członków Rady Europejskiej, w trakcie której podjęta zostanie kwestia wieloletniego budżetu UE oraz funduszu odbudowy w odpowiedzi na kryzys powstały w wyniku pandemii COVID-19.

USD

Sygnały płynące z Rezerwy Federalnej po czerwcowym spotkaniu można jednoznacznie określić mianem “gołębich”. Decydenci skupili się na zapewnieniu rynków, że stopy procentowe pozostaną na niezmienionym poziomie przez lata, a ekstremalnie ekspansywna polityka pieniężna będzie kontynuowana. Wydźwięk spotkania w połączeniu z niepokojącymi oznakami wzrostu tempa zakażeń w części amerykańskich stanów sprawiły, że dolar radził sobie wyraźnie gorzej niż inne waluty safe haven.

Oczekiwane w tym tygodniu dane o sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej w USA w maju pomogą oszacować skalę odbicia amerykańskiej gospodarki. Tradycyjnie najbardziej bieżącymi z istotnych danych, na które warto zwrócić uwagę, będą te o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych, które poznamy w czwartek.

GBP

Kwietniowe dane o PKB pokazały naprawdę ponury obraz stanu gospodarki w najgorszym momencie lockowndu. Brytyjska gospodarka skurczyła się o 20,4% w ujęciu miesięcznym, notując przy okazji ogromne spadki produkcji przemysłowej i budownictwa. Rynki jednak zdały się traktować te dane jako przestarzałe, które kontrastują z bardziej bieżącymi odczytami dającymi nadzieję na poprawę sytuacji gospodarczej, a funt brytyjski, pomimo negatywnego sentymentu do aktywów ryzykownych, doświadczył mimo wszystko dość umiarkowanych strat.

Najbliższe dni przyniosą sporo informacji istotnych w kontekście zachowania funta brytyjskiego. Uwagę skupią na sobie spotkanie pomiędzy Borisem Johnsonem a oficjelami z drugiej strony brexitowych negocjacji oraz czwartkowa decyzja Banku Anglii ws. polityki pieniężnej. Sądzimy, że bardzo prawdopodobne jest, że BoE rozszerzy program skupu aktywów o 100 mld funtów. Biorąc pod uwagę, że podobnego scenariusza oczekują uczestnicy rynku, uważamy, że kluczowa dla funta brytyjskiego będzie retoryka decydentów, zwłaszcza w kontekście możliwości obniżenia stóp procentowych w Wielkiej Brytanii poniżej zera.

CHF

Frank szwajcarski w ubiegłym tygodniu był jedną z najlepiej radzących sobie głównych walut, umacniając się w relacji do każdej waluty G10 poza jenem japońskim. Umocnienie franka szwajcarskiego nadeszło w kontekście pogorszenia globalnego sentymentu względem ryzyka, które skłoniło inwestorów do ucieczki w bezpieczne aktywa.

W zeszłym tygodniu poznaliśmy dane ze szwajcarskiego rynku pracy. Pomimo tego, że stopa bezrobocia w maju wzrosła tam do 3,4%, należy je interpretować pozytywnie – wzrost był bowiem nieznaczny i mniejszy od oczekiwanego. Dane te nie miały jednak istotnego wpływu na rynek walutowy.

Kluczowym wydarzeniem w Szwajcarii w tym tygodniu będzie spotkanie SNB. Jest bardzo mało prawdopodobne, że tamtejszy bank centralny obetnie stopy procentowe, jednak warto będzie zwrócić na ocenę SNB w kontekście perspektyw gospodarczych kraju i prognozę inflacji banku centralnego. Istotna będzie również retoryka dotycząca siły waluty i działań SNB w tym kontekście. Jeśli chodzi o tę drugą kwestię, warto zauważyć, że wartość depozytów na żądanie spadała w ostatnich dwóch tygodniach, co sugeruje, że potrzeba przeprowadzania znaczących interwencji na rynku walutowym istotnie zmalała od szczytu paniki rynkowej, jaką obserwowaliśmy w okresie marzec-maj.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Adobe z najwyższą ceną docelową na Wall Street mimo obaw o drugą falę COVID-19

Obawy przed drugą falą infekcji COVID-19 wywołały w poniedziałek spadki na światowych rynkach akcji. Kilka dzielnic w stolicy Chin, Pekinie, zamknęło szkoły i zleciło przeprowadzenie badań po nieoczekiwanym wzroście liczby infekcji. Te najnowsze dane wraz z rosnącymi infekcjami i hospitalizacjami w kilku stanach USA, skłoniły inwestorów do ponownej oceny szans na szybkie odbicie w gospodarce. Trzeba jednak pamiętać, że obecne cofnięcie na giełdzie ma miejsce po ogromnym rajdzie indeksów włącznie z nowymi historycznymi szczytami indeksu Nasdaq.

Kontrakty terminowe na amerykańskie indeksy wskazywały na negatywne otwarcie sesji w poniedziałek. I tak też futures na S&P 500 spadł o 2 proc., na Nasdaq 100 o 1,23 proc., a na indeks Dow Jones Industrial Average o niecałe 2,5 proc. Na tę chwilę krótkoterminowy odwrót na rynkach ma miejsce, po silnej zwyżce od końca marca, napędzanej przez banki centralne oraz bodźce fiskalne i optymizm co do gospodarek krajów stopniowo znoszących restrykcje wywołane epidemią.

Rynek prawdopodobnie wyceniał odbicie w gospodarce w kształcie litery V. Jednak jeśli rzeczywiście pojawiła się obecnie druga fala, najlepszy scenariusz dla gospodarki może mieć kształt litery U. To z kolei może wciąż promować firmy internetowe, spółki typu „stay at home trade” czy świadczące rozwiązania dla firm w chmurze i pracy zdalnej.

Trzeba pamiętać, że w czasie pandemii i jej nawrotów i nawet możliwej drugiej fali zachorowań nie brakuje okazji inwestycyjnych czy lepszego spojrzenia na poszczególne spółki. Jedną z takich spółek jest ponownie Adobe, która była w ubiegłym tygodniu notowana na rekordowo wysokich poziomach. Firma Argus Research Corp podniosła poziom ceny docelowej dla spółki z 368 do 474 USD, pozostawiając rekomendację kupuj. Nowy poziom docelowy może oznaczać wzrost o około 17 proc. od ostatniego zamknięcia. Średni poziom ceny docelowej dla popularnego producenta m.in. oprogramowania do obróbki grafiki i filmów wynosi 421,26 USD. Rekomendacja Argus Research ma najwyższą cenę na Wall Street, a spółka łącznie posiada 20 rekomendacji kupna, 9 trzymaj i 1 sprzedaj.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.