Koronawirus jako katalizator zmian na rynku pracy

Większość z nas miała styczność z home officem przed pandemią, ale dotąd tylko 1/3 często wykonywała tak obowiązki służbowe. W efekcie niemal połowa osób, które wskutek lockdownu przeszły na pracę zdalną, nie potrafi oddzielić życia prywatnego od zawodowego, a 36 proc. ma wrażenie, że jest w pracy cały dzień. Z drugiej strony w nowym porządku wydajność większości zatrudnionych nie zmalała lub nawet wzrosła.

Pandemia COVID-19 sparaliżowała wiele dziedzin i aspektów życia. Wymusiła zamknięcie wielu instytucji i przedsiębiorstw, a inne firmy skłoniła do zmiany modelu funkcjonowania.

Praca zdalna w Polsce przed i w trakcie pandemii COVID-19

Tam, gdzie było to możliwe, czyli głównie w szeroko rozumianej branży biurowej i usługowej, wdrożono pracę w trybie zdalnym. Z danych GUS wynika, że w I kwartale pracowało tak 6,4 proc. zatrudnionych, czyli o 1/3 więcej niż w analogicznym okresie przed rokiem.

Jednak w ostatnich dwóch tygodniach marca wskaźnik ten wzrósł do 14,2 proc. Niemal 3/4 osób, które przeszły na home office, zrobiły to z powodu ograniczeń wywołanych koronawirusem.

Przed lockdownem to panie częściej wykonywały swoje obowiązki zdalnie. Zresztą tak samo było w całej UE, co potwierdzają dane Eurostatu z 2018 r. (5,5 vs 5 proc. na korzyść kobiet). Pandemia niczego tu nie zmieniła.

Na początku roku pracowało tak 6,9 proc. z nich. Dla porównania wśród panów grupa pracujących w ten sposób obejmowała 6 proc. zatrudnionych. Przed rokiem było to odpowiednio 5,4 oraz 4,4 proc. W drugiej połowie marca pracę z domu wykonywało już 16,5 proc. zatrudnionych kobiet oraz 12,3 proc. pracujących mężczyzn.

Ciekawe zmiany na rynku pracy zaszły, gdy spojrzymy na telepracowników przez pryzmat miejsca ich zamieszkania. O ile przed pandemią częściej w trybie home office zadania wykonywali mieszkańcy wsi (6,8 vs 6,1 proc. w I kwartale br. oraz 5,9 vs 4,1 proc. rok temu), tak w połowie marca szala zdecydowanie przechyliła się na stronę osób na stałe przebywających w miastach (16,9 vs 10,2 proc.).

Z ubiegłorocznego badania portalu rekrutacyjnego Homejob przeprowadzonego na reprezentatywnej próbie wynika, że najczęściej zdalnie lub w modelu mieszanym mogły pracować osoby młode. W grupie 18-24 lata ten odsetek wynosił 52 proc., a 25-34 lata – 44 proc. Średnio taką możliwość miało 36 proc. ankietowanych, a korzystało z niej 3/4 respondentów.

Czego potrzebujemy, żeby pracować w trybie zdalnym? Zdecydowanej większości z nas wystarczy laptop z dostępem do internetu. Za to nie każdy potrzebuje biurka, na które wskazała niecała połowa badanych przez firmę konsultingową CBRE. Wyżej na liście niezbędników znajduje się komunikator online.

Oczywiście infrastruktura biurowa jest bardziej wydajna i bogatsza niż ta domowa. Nie dziwi więc fakt, że dla największej grupy telepracowników (40 proc.) główną trudność stanowi zbyt wolne łącze internetowe.

Elastyczne godziny pracy zwiększają wydajność?

Generalnie Polacy są zaznajomieni z pracą zdalną. Z badania CBRE „Working from home survey 2020” wynika, że w ten sposób swoich obowiązków nie wykonywało dotychczas 16 proc. ankietowanych.

To drugi po Słowacji (15 proc.) najniższy wynik spośród krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Dla porównania najbardziej zaskoczeni są nią Węgrzy, spośród których 2/3 nie miało do czynienia z home office.

Jednak z drugiej strony połowa Polaków robiła to okazjonalnie, a jedynie mniejszość – często lub cały czas (łącznie 34 proc.). Stąd biorą się trudności w organizacji czasu pracy sporej grupy osób, które przeszły na telepracę.

Ze wspomnianego raportu CBRE wynika, że 34 proc. osób ma wrażenie, iż pracuje zdalnie przez cały dzień, ponieważ nie ma narzuconych ram czasowych. 30 proc. wykonuje obowiązki służbowe w takich samych godzinach jak wcześniej w biurze.

36 proc. pracuje online w godzinach innych niż do tej pory. Jednak w tym przypadku to przesunięcie jest dobrowolnym wyborem pracowników i efektem elastyczności ich pracodawców.

Zdaniem autorów badania to wskazówka dla menedżerów i dyrektorów personalnych, jak poprawić wydajność zespołów i jednocześnie zwiększyć komfort podwładnych. W miarę możliwości należy umożliwiać im dopasowanie godzin pracy do swoich potrzeb, gdyż szczyt wydajności każdego z nas przypada na inną porę. I nie musi to wynikać z naszych cech psychologicznych, tylko np. obowiązków rodzinnych (opieka nad dzieckiem).

Nagła zmiana zaburza balans między pracą i życiem prywatnym

Telepraca ma niepodważalną zaletę w postaci oszczędności czasu na dojazdy, ale nie jest wolna od słabości. Do największych należy niemożność oddzielenia życia prywatnego od zawodowego. Może to wynikać z wielu czynników, np. z braku wydzielonego miejsca do pracy w domu czy konieczności ciągłej dostępności dla przełożonych.

Przyczyna może tkwić również w nagłym przejściu na taki model wykonywania obowiązków służbowych. Nie byliśmy do tej zmiany przygotowani, więc jeszcze nie do końca potrafimy zachować balans między sferą prywatną i zawodową naszego życia.

W opinii 46 proc. ankietowanych szala przechyla się w stronę obowiązków służbowych. To efekt tempa i warunków, w jakich przyszło nam zmierzyć się z pracą na odległość – mówi Katarzyna Gajewska, dyrektor w Dziale Doradztwa i Badań Rynku CBRE.

W tym kontekście jeszcze gorzej wygląda sytuacja pracujących rodziców. Zdaniem 55 proc. z nich są oni teraz bardziej zmęczeni po dniu pracy, niż gdy wykonywali swoje obowiązki w biurze. Do tego 42 proc. z nich tęskni za wyraźnym oddzieleniem sfery zawodowej i prywatnej.

Cytowane badanie potwierdza też społeczny aspekt chodzenia do pracy w biurze. Gdy przebywamy w domu, nie mamy z kim porozmawiać, wymienić się pomysłami czy wejść w interakcję w postaci np. wymiany spojrzeń. To przecież podczas rozmów przy kawie czy posiłku w firmowej kuchni rodzi się wiele pomysłów na nowy produkt, kampanię, innowację czy inną inicjatywę, która finalnie przynosi pracodawcy szeroko pojęte korzyści.

Home office nie obniża efektywności pracowników

Jednak sytuacja zdaje się poprawiać. Taką hipotezę uprawdopodobniają wyniki dwóch badań firm rekrutacyjnych Grafton Recruitment oraz GI Group z końca marca i połowy kwietnia.

W tym pierwszym 44 proc. osób zadeklarowało, że ich wydajność po przejściu na pracę zdalną się nie zmieniła. W przypadku 17 proc. wzrosła. Na nieznaczny lub znaczący spadek produktywności wskazało łącznie 28 proc. badanych.

W kwietniu utrzymanie lub wzrost efektywności zadeklarowało łącznie 66 proc. ankietowanych (+5 pkt). Jej zmniejszenie zaobserwowało 24 proc. badanych (-4 pkt).

Nie dziwi więc fakt, że wiele firm z różnych branż i różnej wielkości rozważa pozostanie przy tym modelu funkcjonowania na stałe. Formalnie zakomunikował to m.in. Idea Bank, w którym obecnie 90 proc. osób zatrudnionych w centrali i jednostkach zdalnej sprzedaży wykonuje swoje obowiązki służbowe, będąc w domu. Docelowo ma to być 40 proc.

Zdaliśmy egzamin z pracy zdalnej. Odnotowaliśmy wzrost efektywności w niektórych obszarach, co może wynikać z bardziej zadaniowego charakteru funkcjonowania w tym trybie – informuje biuro prasowe organizacji zarządzanej przez Jerzego Pruskiego.

Również inne banki i instytucje finansowe planują w większym niż dotychczas zakresie wykorzystywać pracę zdalną. Mastercard podał, że po zniesieniu zagrożenia epidemicznego przy tym modelu może pozostać nawet 20 tys. jego pracowników na całym świecie. Podobną zmianę zapowiedział prezes Barclays Jess Staley, w którego siedzibie głównej pracuje 7 tys. osób.

Oszczędności małe i duże – nie zawsze możliwe

Zmiana sposobu organizacji pracy to niejedyny skutek wdrożenia przez firmę modelu home office. Drugim są uzyskiwane dzięki temu oszczędności, np. na przyborach biurowych, cateringu, wyjazdach.

Z wyliczeń Macieja Bednarka z bloga Subiektywnie o Finansach wynika, że w zależności od wielkości przedsiębiorstwa mierzonego liczbą zatrudnionych wahają się one od 11 tys. zł (podmiot z 10 pracownikami) do 130 tys. zł miesięcznie (250 osób). Wyliczenia nie obejmowały kosztów najmu powierzchni biurowej.

Wspomniany Idea Bank szacuje oszczędności z tytułu wdrożenia telepracy wstępnie na 1 mln zł. Być może będą one jeszcze większe.

Należy jednak zaznaczyć, że redukcja kosztów najmu powierzchni biurowej wcale nie jest pewna. Dlaczego? Nie wszystkie zespoły i nie w każdym przedsiębiorstwie mogą pracować zdalnie. Zatem zamknięcie siedziby nie w każdym przypadku wchodzi w rachubę.

Również zamiana biura na mniejsze nie jest oczywista. Obostrzenia dotyczące utrzymania większego dystansu między stanowiskami mogą zostać utrzymane. Wówczas w tym samym pomieszczeniu będzie pracować mniej osób, a reszta pozostanie na telepracy lub w systemie mieszanym.

Niewykluczone, że z tego powodu część podmiotów będzie musiała przenieść się do większych biur. Konieczne będą też inwestycje w przesłony.

Praca w biurze po nowemu

Niektórzy twierdzą, że nowe rozwiązanie w organizacji przestrzeni biurowej pójdą jeszcze dalej. Na Zachodzie pojawiają się głosy o końcu ery pomieszczeń typu open space.

Większe i bogatsze przedsiębiorstwa mogą postawić na pracę w modelu rozproszonym. Zamiast w jednej i zatłoczonej centrali pracownicy zostaną przydzieleni do wielu mniejszych biur, które będą zlokalizowane bliżej ich miejsca zamieszkania. Ma to również zmniejszyć ryzyko zarażenia się w transporcie publicznym.

Małe grupy osób pracujących wspólnie to z jednej strony zaspokojenie potrzeby kontaktów społecznych, co pozwoli pracownikom zachować zdrowie psychiczne, z drugiej eliminowanie ryzyka, że jedna osoba zaraża się wirusem, a wszyscy inni muszą się izolować – mówi architekt Amanda Stanaway ze studia projektowego Woods Bagot w Sydney.

W wielu firmach standardem może stać się system rotacyjny albo praca zmianowa. Już po wprowadzeniu przez polski rząd ścisłych restrykcji i zaleceń dotyczących koronawirusa wiele organizacji wprowadziło model polegający na tym, że w jednym tygodniu do biura przychodzi zespół A, a w drugim – zespół B. W pozostałym okresie ich członkowie pozostają na pracy zdalnej, uczestnicząc m.in. w szkoleniach online. Do dziś funkcjonuje tak wiele oddziałów PKO Banku Polskiego.

Bezdotykowe biura

Zmienić mają się również materiały używane do wystroju wnętrz. Na popularności zyskają trwalsze elementy, które wytrzymują czyszczenie substancjami żrącymi.

Będziemy odchodzić od porowatych powierzchni, takich jak naturalne olejowane drewno, na rzecz kamienia lub laminatów – uważa Brent Capron z nowojorskiej pracowni Perkins i Will.

Jego zdaniem na podłogach zaczną pojawiać się barwione dywany z podkładami izolującymi wilgoć. Dzięki temu będą one wytrzymywać intensywne czyszczenie profesjonalnymi szamponami, na co najemcy mają zwracać jeszcze większą uwagę niż dotąd. Wzrośnie też zainteresowanie systemami filtrów powietrza wykorzystujących światło ultrafioletowe.

Pojawiają się także bardziej futurystyczne koncepcje funkcjonowania biur po pandemii. Bazują one na internecie rzeczy. Sprowadza się to do tego, że wszystkie dyspozycje dotyczące obsługi urządzeń (winda, oświetlenie, ekspres do kawy, klimatyzacja, toaleta, ekrany, nagłośnienie) będziemy wydawać słownie lub na smartfonie.

By zminimalizować ryzyko zachorowań, niektóre firmy mogą zacząć bardziej opresyjnie monitorować chorych pracowników. W tym celu będą instalować pod blatami biurek czujniki temperatury ciała. Jednak ze względu na ingerowanie w prywatność takie rozwiązanie wzbudza kontrowersje natury prawnej i etycznej, więc nie musi być wdrażane jawnie. Inna opcja to skaner ciała przy wejściu.

Autor: Kinga Hanna Stachowiak – Wspólnik Zarządzający w Kancelarii Prawnej Skarbiec specjalizującej się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym i zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi. Prezes Zarządu spółek z branży nieruchomości i consultingu biznesowego.

Terminy materialne i procesowe w postępowaniu administracyjnym w okresie stanu epidemii COVID-19

Na podstawie ustawy z 31 marca 2020 r a więc dobrze znanej Tarczy Antykryzysowej 1.0 w okresie stanu zagrożenia epidemicznego oraz stanu epidemii we wszelkich postępowaniach administracyjnych (przed organami administracji rządowej i samorządowej) jak i postępowaniach sądowo-administracyjnych zawieszono bieg już rozpoczętych terminów procesowych (wynikających z ustawy) i sądowych (zarządzonych przez organ procesowy).

Z kolei rozpoczęcie biegu nowych terminów w tych postępowaniach, mających się rozpocząć po wejściu w życie ustawy, został z określonymi wyjątkami wstrzymany na czas nieokreślony.

Przez terminy w postępowaniu administracyjnym należy rozumieć nie tylko terminy procesowe, ale także terminy prawa materialnego.

Problematyczną niestety kwestią, nie rozstrzygniętą wprost przez ustawodawcę jest to, czy zawieszenie oraz wstrzymanie terminów należy liczyć od daty 14 marca 2020 roku, kiedy to ogłoszono stan zagrożenia epidemicznego, czy dopiero od dnia 31 marca 2020 roku, stanowiącego datę wejścia w życie ustawy Tarcza 1.0.

Zgodnie z przyjętą interpretacją, uznano, że wspomniane wyżej zawieszenie oraz wstrzymanie biegu obejmuje także terminy na załatwienie sprawy administracyjnej.

Niezależnie od tego Ustawodawca – osobnym przepisem – zawiesił bieg terminów do wniesienia środków odwoławczych do organu administracji lub sądu administracyjnego. Odrębny przepis zawiesił bieg terminów na tzw. milczące załatwienie sprawy przez organ jak również na zajęcie przez organ administracji stanowiska lub wydanie rozstrzygnięcia.

Pierwsza Tarcza Antykryzysowa zawierała zastrzeżenie mające na celu zabezpieczające interesów prawnych uczestników postępowań, przed podważaniem czynności dokonywanych w trybie pilnym, wskazując, że czynności dokonane przez którąkolwiek ze stron postępowania w okresie zawieszenia (wstrzymania) są ważne i skutecznie.

Z punktu widzenia obywatela zarówno w sprawach administracyjnych jak i sądowo-administracyjnych uległy „wstrzymaniu” albo nie zaczęły biec terminy do wykonania czynności, składania pism procesowych, wnoszenia środków odwoławczych takich jak zażalenia, odwołania, skargi etc. wyznaczone prawem (przepisem kodeksu postępowania administracyjnego lub przepisem szczególnym), wstrzymaniu uległy także terminy dla organów administracyjnych do prowadzenia określonych czynności procesowych, (w tym dowodowych), wydania decyzji i postanowień, prowadzenia rozpraw sądowo-administracyjnych

Z drugiej strony zawieszenie terminów nie oznacza  zawieszenia samych postępowań administracyjnych (i sądowych). Tym samym wszelkie postępowania rozpoczęte przed wejściem w życie ustawy Tarcza 1.0 toczą się w dalszym ciągu i mogą być wszczynane kolejne, są  wydawane decyzje i orzeczenia – z wyłączeniem jednak stosowania terminów ciążących na podmiotach je prowadzących.

Ustawodawca przewidział zwłaszcza specjalny tryb dla wydawania decyzji „z urzędu” które uwzględniają całość żądania strony, jak też prawo do uzyskiwania przez strony postępowania stanowiska organu administracji i interpretacji indywidualnych (przy czym nie dotyczy to interpretacji podatkowych albowiem w tym zakresie tarcza wydłużyła  termin na ich wydanie do 6 miesięcy)

Kolejna tarcza antykryzysowa czyli 2.0 zawarta w ustawie z dnia 16 kwietnia 2020 r. wprowadziła szereg modyfikacji do kwestii biegu terminów postępowania administracyjnego, które to zmiany, ostatecznie po kilku tygodniach, okazały się wyłącznie przejściowe albowiem tarcza 3.0 z dnia 16 maja 2020 r. uchyliła przepisy o zawieszeniu i wstrzymaniu biegu terminów administracyjnych i sądowo-administracyjnych.

Inne ważne modyfikacje zawarte w tarczy 2.0 pozwoliły organom administracji odstąpić w okresie stanu zagrożenia epidemicznego (stanu epidemii) od realizacji prawa stron do czynnego udziału w postępowaniu, gdy wszystkie strony zrzekły się swego prawa, jak również może udostępnić stronie akta sprawy w formie elektronicznej (o ile je posiada w takiej formie). Powyższe rozwiązanie ma charakter ściśle praktyczny albowiem umożliwia w razie potrzeby organowi i stronom szybkie zakończenie sprawy, która w innym wypadku w ogóle nie mogłaby się zakończyć np. z powodu wstrzymania biegu terminu zapoznania się z dokumentacją przez uczestników.

Wspomniana wyżej tarcza 3.0 uchwalona ustawą z dnia 14 maja 2020 r. o zmianie niektórych ustaw w zakresie działań osłonowych w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2; Dz. U z 15 maja 2020 r. poz.875). przewiduje – jako najważniejszy element w zakresie postępowań administracyjnych i sądowo-administracyjnych – uruchomienie biegu terminów w tych postępowaniach po upływie 7 dni od daty jej wejścia w życie. Datą wejścia w życie jest dzień 16 maja 2020 roku.

Tak więc – od 24 maja 2020 r. rozpoczęły swój bieg i zaczęły biec dalej wszelkie terminy w postępowaniach administracyjnych oraz sądowo-administracyjnych zawieszone tarczą 1.0. przykładowo są to: terminy na wniesienie odwołania od decyzji, wniesienia zażalenia od postanowienia wydanego w postępowaniu administracyjnym, usunięcia braków formalnych podania, złożenia wniosku o wznowienie postępowania, wniesienia skargi do wojewódzkiego sądu administracyjnego.

Trzecia Tarcza umożliwiła prowadzenie rozpraw przez sądy administracyjne, za taką oto  modyfikacją, że w okresie obowiązywania stanu epidemii (zagrożenia epidemicznego) oraz przez następny rok od odwołania obu tych stanów rozprawy będą zasadniczo prowadzone w formie transmisji video (zwykłej rozprawy będą prowadzone jedynie warunkowo) zaś wiele spraw może być rozstrzyganych w ramach posiedzeń niejawnych.

O autorze:

Piotr Rorbach – Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego. Skończył aplikację prokuratorską w Prokuraturze Apelacyjnej w Katowicach. Pracował jako asesor w Prokuraturze Rejonowej w Mysłowicach a od 1999 do 2003 tamże jako prokurator.

Od 2004 do 2010 jako prokurator Prokuratury Rejonowej w Brzesku. Prowadził postępowania karne, w szczególności z zakresu przestępczości gospodarczej, a także kierował referatem cywilno-administracyjnym, zapewniając prokuratorską kontrolę przestrzegania prawa i udział prokuratora w postępowaniach „pozakarnych”. Od 2010 jest adwokatem wpisanym na listę Okręgowej Izby Adwokackiej w Krakowie. Obecnie zajmuje się sprawami pracowniczymi i prawem rodzinnym.

Blaski i cienie Tarczy 4.0

Najnowsza Tarcza antykryzysowa 4.0 pokazuje, że rząd z każdą nową edycją tarczy popełnia coraz mniej błędów. W Tarczy 4.0 wciąż jednak brakuje wielu koniecznych rozwiązań jak np. pomocy finansowej dla samorządów. Z kolei umieszczone w nazwie ustawy dopłaty do oprocentowania kredytów bankowych będą mieć jedynie… symboliczne znaczenie.

Tarcza 4.0 nosi nazwę „Ustawa o dopłatach do oprocentowania kredytów bankowych udzielanych na zapewnienie płynności finansowej przedsiębiorcom dotkniętym skutkami COVID-19”. Banki komercyjne będą bowiem udzielać kredytów przedsiębiorcom dotkniętym skutkami COVID-19, a Bank Gospodarstwa Krajowego (BGK) dopłacać do odsetek. Dopłaty będą wypłacane za okres nie dłuższy niż 12 miesięcy od zawarcia umowy kredytu z dopłatą. W ciągu dwóch lat wyniosą one łącznie do 600 mln zł. Zdaniem Pracodawców RP to niewielka kwota, której wpływ na gospodarkę będzie minimalny. Maksymalna pomoc dla przedsiębiorcy z tego instrumentu, czyli dopłata, którą może uzyskać, nie może przekroczyć wyrażonej w złotych równowartości 800 tysięcy euro brutto.

Poprzez przyjętą ustawę Ministerstwo Rozwoju wprost przyznaje, że porozumienie Prezydenta Andrzeja Dudy z sektorem bankowym na temat wakacji kredytowych okazało się nieskuteczne. W ustawie proponuje się bowiem rozwiązania, które mają pozwolić przedsiębiorcom na realne wakacje kredytowe oraz wspiera się w ich w spłacie kredytów. Stracono zatem czas, bo te przepisy powinny znaleźć się we wcześniejszych „tarczach”.

Podobnie rzecz ma się z karami umownymi w zamówieniach publicznych – przepisy z poprzednich „tarcz” okazały się niewystarczające (dotyczyły odstąpienia od nakładania kar umownych przez zamawiających). Teraz proponuje się więc ograniczenie potrącania kar umownych z wynagrodzenia wykonawcy. To zmiany korzystne, lecz powinny być wprowadzone wcześniej.

Ustawa nie przewiduje jednak żadnej realnej pomocy dla samorządów. Jedynym śladem tego problemu jest zobowiązanie administracji centralnej do szybszej wypłaty subwencji. “Trudno uznać takie przyspieszenie za istotne działanie poprawiające kondycję finansową samorządów. Subwencja nie została bowiem zwiększona, tymczasem samorządy odnotowały znaczące spadki wpływów także w wyniku działań niezwiązanych z epidemią koronawirusa. Obniżenie stawki PIT do 17 proc. i zwolnienie z opodatkowania osób do 26. roku życia – czyli działania zaproponowane, a zrealizowane na potrzeby wyborcze, już wyraźnie wpłynęły na budżety samorządów” – mówi Piotr Wołejko, ekspert ds. społeczno-gospodarczych Pracodawców RP.

W Tarczy 4.0 znalazły się korzystne dla gospodarki rozwiązania, o które pracodawcy od dawna apelowali. To zmiany prawa pracy. „Ograniczają one koszty po stronie firm, przez co mogą przyczynić się do ochrony miejsc pracy. Niemniej jednak niektóre regulacje są niejasne lub zbyt skomplikowane. To może utrudnić pracodawcom skorzystanie z tych instrumentów pomocowych. Intencja ustawodawcy i kierunek działania są jednak dobre” – ocenia Wioletta Żukowska-Czaplicka, ekspert ds. regulacji Pracodawców RP.

Uregulowano wreszcie m.in. warunki wykonywania pracy zdalnej. Może ona być zlecona jeśli pracownik ma umiejętności i możliwości techniczne oraz lokalowe do jej wykonywania i pozwala na to rodzaj pracy. W szczególności praca zdalna może być wykonywana przy wykorzystaniu środków bezpośredniego porozumiewania się na odległość lub dotyczyć wykonywania części wytwórczych lub usług materialnych. Potwierdzono możliwość korzystania przez pracownika z własnego sprzętu pod warunkiem zapewnienia ochrony danych.

Zdaniem Pracodawców RP niejasne pozostają jednak sformułowania „możliwości techniczne i lokalowe” po stronie pracownika czy „środki pracy” i „obsługa logistyczna”, które ma zapewnić pracodawca. Nadal nie rozstrzygnięto kwestii ekwiwalentu oraz odpowiedzialności w zakresie BHP, co może rodzić problemy w przypadku roszczeń wysuwanych przez pracowników. Potrzebne jest też wyraźne doprecyzowanie, czy przepisy o pracy zdalnej będą czasowe czy też wejdą na stałe do porządku prawnego. „Naszym zdaniem praca zdalna powinna zostać dodana do Kodeksu pracy jako forma organizacji pracy. To przyszłość rozwoju rynku pracy co było widoczne już na długo przed pandemią, która tylko przyspieszyła tempo zmian” – mówi Katarzyna Siemienkiewicz, ekspert ds. prawa pracy Pracodawców RP. „Istotne będzie również ustalenie relacji tej regulacji w odniesieniu do aktualnych przepisów dotyczących telepracy, obowiązujących już w Kodeksie” – dodaje.

W ustawie przewidziano możliwość udzielenia pracownikowi zaległego urlopu wypoczynkowego w wymiarze do 30 dni, w terminie wskazanym przez pracodawcę i bez uzyskania zgody pracownika. Pracodawcy RP zwracają jednak uwagę na to, że takie rozwiązanie już de facto obowiązuje. Dlatego należy poszerzyć przepis tak, aby pracodawca mógł skierować pracownika na cały przysługujący mu zaległy urlop. Są bowiem pracownicy, którzy mają więcej niż 30 dni urlopu zaległego. Dodatkowo należy zaznaczyć, że regulacja ta ma mieć charakter czasowy.

Zdaniem Pracodawców RP poważne wątpliwości wzbudzają propozycje dotyczące kontroli inwestycji dla podmiotów spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Mogą one utrudnić inwestycje w przypadku przedsiębiorców ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Japonii czy Republiki Korei, czyli ważnych dla naszego kraju partnerów gospodarczych. Dlatego należy poszerzyć grupę państw nie podlegających kontroli przez umożliwienie inwestowania bez zgody UOKiK firmom z obszaru OECD. Konieczne jest także skrócenie czasu obowiązywania mechanizmu kontrolnego z 24 do 12 miesięcy od wejścia w życie ustawy.

W ustawie zabrakło rozwiązań podatkowych. Wciąż nie ma regulacji, które pozwoliłyby na szybsze dokonywanie zwrotów VAT. Ministerstwo Finansów wydało co prawda rekomendacje skierowane do organów podatkowych, jednakże przedsiębiorcy zwracają uwagę, iż nie dostrzegają wyraźnego przyspieszenia w rozpatrywaniu wniosków o dokonanie zwrotu.

Aukcja kolekcji dzieł sztuki mBanku. Wyjątkowa okazja na polskim rynku sztuki

Takie okazje na polskim rynku sztuki pojawiają się niezwykle rzadko. Budowana latami kolekcja dzieł sztuki mBanku pójdzie pod młotek 25 czerwca. Już od 5 czerwca wszystkie prace można oglądać na wystawie w DESA Unicum. Józef Brandt, Włodzimierz Tetmajer, Stanisław Witkiewicz, Alfred Wierusz-Kowalski i ponad dwudziestu innych artystów to kluczowi dla polskiej sztuki twórcy. Ich dzieła to obiekty klasy muzealnej, a całość składa się na niezwykłą opowieść o rodzimej twórczości artystycznej.

Kolekcje dzieł sztuki tworzone przez banki należą do jednych z najlepszych. Instytucje finansowe mogą sobie pozwolić na pozyskiwanie dzieł naprawdę wybitnych i… drogich. Swoje kolekcje sztuki posiadają między innymi USB czy Bank of America. Prawdziwym wydarzeniem są ich licytacje, jak to miało miejsce w przypadku imponujących zbiorów niemieckiego Deutsche Banku czy włoskiego Unicredit. Każda kolejna, tworzona latami, kolekcja pojawiająca się na rynku sztuki to spektakularne wydarzenie. Tym bardziej, że aukcja będzie początkiem dla powstającego właśnie funduszu mBanku „M jak malarstwo”, który ma wspierać młodych polskich artystów i artystki.

W przypadku mBanku mamy do czynienia z jedną z ciekawszych firmowych kolekcji w Polsce – prace tej rangi nie trafiają na aukcje często. W 2018 roku podczas pierwszej w historii stacjonarnej aukcji dzieł sztuki dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy rekordowe 1,5 mln złotych zapłacono za pracę Józefa Brandta „Jarmark w Bałcie na Podolu” pochodzącą właśnie ze zbiorów banku. Teraz znów pod młotek pójdzie inne dzieło tego artysty – „Pospolite ruszenie u brodu”. Praca została kupiona w 1997 roku. Wtedy jej wartość wynosiła 375 tys. zł. Dziś jest szacowana na kwotę wielokrotnie wyższą – od 800 tys. zł do nawet 1,4 mln. zł. Nic dziwnego, bowiem artysta stanowił czołową postać środowiska artystycznego Monachium. Postrzegany był jako ceniony malarz, pedagog, bywalec salonów, a także celebryta. Liczne, międzynarodowe sukcesy Brandta zaowocowały tym, że po śmierci Jana Matejki został on zaproszony do objęcia stanowiska dyrektora w Szkole Sztuk Pięknych w Krakowie. Mimo, że artysta nie przyjął tej propozycji, krytyka wielokrotnie podkreślała patriotyzm i wielkość malarza. Józef Brandt stale poruszał się w tematyce zaczerpniętej z historii dawnej Rzeczpospolitej. Pracując w Monachium swoje obrazy podpisywał „Józef Brandt z Warszawy”.

Inny słynny twórca, którego obraz pójdzie pod młotek podczas aukcji kolekcji to Włodzimierz Tetmajer. Artysta związał swoje życie ze wsią, a w 1890 pojął za żonę chłopkę, Annę Mikołajczykównę i osiedlił się wraz z nią w podkrakowskich Bronowicach. Ten mezalians wstrząsnął inteligenckim środowiskiem Krakowa oraz wywołał skandal i oburzenie mieszczaństwa. Jednocześnie artysta swym wyborem wyznaczył nowy, niespotykany dotąd trend oparty na fascynacji wsią. Swoje obserwacje prowincji przekładał również na twórczość. Dowodem na to jest prezentowany na aukcji obraz „Król chłopów” o szacunkowej wartości 70 000-100 tys zł. W 1995 roku jego cena wyniosła ok. 40 tys. zł. Pod młotek pójdzie również wyjątkowe dzieło Alfreda Wierusza-Kowalskiego „Niespodziewana śnieżyca” wyceniane nawet na 800 tys. zł. Pojawi się także obraz Stanisława Witkiewicza „Jarmark w miasteczku”. Wartość prac tego artysty na rynku rośnie niezwykle szybko. Dwie dekady temu podobne dzieła kosztowały od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy złotych, teraz górna estymacja dzieła prezentowanego na aukcji to aż 140 tys. zł.

W kolekcji znalazły się także prace wybitnych twórców współczesnych, m.in. Jana Tarasina. Prezentowana praca pochodzi z późnego okresu jego twórczości. Obraz został namalowany już po przejściu Tarasina na emeryturę. Właśnie w tym czasie tworzył swoje najciekawsze kompozycje, będące wynikiem wielu lat badań i przemyśleń. „Sytuacje” to jedna z najbardziej znanych i najwybitniejszych serii artysty. Właśnie z niej pochodzi obraz „Zapisy”. Na wystawie oraz aukcji pojawią się również wyjątkowe dzieła innych twórców takich jak: Juliusz Kossak, Józef Rapacki czy Ryszard Pasikowski.

Aukcja dzieł sztuki z naszej kolekcji ma jeden cel: sfinansować fundusz „M jak malarstwo”, który powstał w banku, żeby wspierać młodych polskich malarzy. Rozumiemy, że takie wsparcie jest im niezbędne, szczególnie w okresie pandemii. Chcemy stworzyć niezwykłą kolekcję, która z czasem powiększy swą wartość i… wspomoże kolejnych młodych artystów. Wierzę, że dzięki pracy wybitnych specjalistów w komisji zakupowej funduszu, uda nam się osiągnąć ten cel – mówi Prezes mBanku, Cezary Stypułkowski.

Tworzenie kolekcji sztuki przez firmy jest coraz częstszym sposobem na lokowanie kapitału i działania z obszarów kultury czy społecznej odpowiedzialności biznesu. 25 czerwca wszystkie obiekty zostaną zlicytowane w największym polskim domu aukcyjnym DESA Unicum przy ul. Pięknej 1A. Licytować można będzie online, przez aplikację oraz telefonicznie i przez zlecenie stałe. Aukcja transmitowana będzie na żywo w kanałach społecznościowych DESA Unicum.

Wystawa Kolekcji Sztuki mBanku: 525 czerwca 2020, godz. 11-19 (poniedziałek-piątek) i godz. 11-16 (sobota), Dom Aukcyjny DESA Unicum, ul. Piękna 1A, Warszawa, wstęp wolny

Aukcja Kolekcji Sztuki mBanku: 25 czerwca 2020, godz. 19.00, Dom Aukcyjny DESA Unicum, ul. Piękna 1A, Warszawa

https://desa.pl/pl/aukcje/aukcja-kolekcji-mbanku/

Postepowanie cywilne a kolejne tarcze antykryzysowe ery COVID

Wstępnie należy przypomnieć, iż począwszy od dnia  14 marca 2020 r. na wprowadzono na obszarze kraju najpierw stan zagrożenia epidemicznego, a to w związku z masowym pojawieniem się nowego wirusa SARS-CoV-2 (rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 13 marca 2020 r. w sprawie ogłoszenia na obszarze Rzeczypospolitej Polskiej stanu zagrożenia epidemicznego (Dz. U. poz. 433)). QW kolejnym kroku wobec narastania zagrożenia epidemiologicznego 20 marca 2020 r. ogłoszono na terenie kraju stan epidemii (rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 20 marca 2020 r. w sprawie ogłoszenia na obszarze Rzeczypospolitej Polskiej stanu epidemii (Dz. U. poz. 491)).

W kolejnych dniach jak wszyscy wiemy, pojawiały się uchwalane w trybie pilnym kolejne ustawy zwane tarczami antykryzysowymi, oczywiście odpowiednio numerowane.

I tak pierwszą tarczą stała się ustawa z dnia 31 marca 2020 r. o zmianie ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych oraz niektórych innych ustaw (Dz. U. poz. 568).

Ustawa ta, w swej istocie niezwykle skomplikowana i zawierająca szereg prawodawczych niekonsekwencji zawiera między innymi przepisy dotyczące kwestii cywilistycznych wprost modyfikujących zasady procesu cywilnego (art. 14a, art. 15 zzs, art. 15 zzt i art. 15 zzu).

Poza innymi istotnymi zagadnieniami związanymi z ograniczeniami ery COVID jak np. formujących katalog spraw pilnych, rozpoznawanych przez sądy pomimo ograniczeń ich funkcjonowania, uregulowania te wprowadziły zasadę zawieszenia terminów procesowych obowiązujących wedle zasad kodeksu postępowania cywilnego a także terminów „sądowych” czyli tych określonych przez sąd w danej sprawie dla uporządkowania jej biegu.

Szczególne znaczenie dla omawianej problematyki posiada art. 15zzs ust. 1 pierwszej tarczy antykryzysowej statuujący ogólną zasadę, iż w okresie stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii ogłoszonego z powodu COVID bieg terminów procesowych i sądowych w postępowaniu cywilnym nie rozpoczyna się, a rozpoczęty ulega zawieszeniu na ten okres.

Przepis ten objął dwa odrębne typy terminów znanych w postępowaniu cywilnym, a więc termin ustawowy, którego bieg „startuje” z chwilą wskazaną w ustawie, i termin sądowy biegnący od daty ogłoszenia lub doręczenia orzeczenia sądowego które oznacza konkretny termin.

Przepis ten reguluje więc kwestię biegu terminów już rozpoczętych – które ulegają zawieszeniu z dniem 31 marca 2020 roku, i terminów przyszłych. Ustawodawca rozróżnił zatem terminy których bieg rozpoczął się nie zakończył w dniu wejścia w życie ustawy, podlegających zawieszeniu na czas epidemii oraz terminy, których bieg się nie zaczął w dniu wejścia w życie ustawy a więc wstrzymanych. Terminy te zaczną biec dopiero z chwilą ustania stanu epidemii.

Art. 15zzs ust. 1 ustawy anty-COVID wskazuje na zakres obowiązywania albowiem wymienia terminy procesowe wynikające z postępowań sądowych a to pkt 1 i postępowań egzekucyjnych a to pkt 2.

Interpretacja odnośnego przepisu zgodnie z dotychczasową linią orzecznictwa pozwala na uznanie, obejmuje on zarówno terminy do dokonania przez organ procesowy czynności procesowej jak terminy do dokonania czynności procesowej przez uczestników postępowania a nadto terminy upływające pomiędzy zawiadomieniem o czynności procesowej a takowej przyszłej czynności przeprowadzanej przez organ procesowy.

Omawiana ustawa nie określiła końca zawieszenia terminów procesowych. Zostało to ustalone kolejną tarczą antykryzysową nr 3 tj. ustawą z dnia 15 maja 2020 roku o mianie niektórych ustaw w zakresie działań osłonowych w związku z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2. Ustawa ta weszła w życie w dniu kolejnym tj. 16 maja 2020 roku a więc w sobotę.

Warto jednak podkreślić, że zanim pojawiła się tarcza 3.0 18 kwietnia 2020 roku wcześniej uchwalona weszła w życie tarcza 2.0 gdzie znajdujemy kolejną modyfikację przejściową – zawartą w art. 15 zzs ust. 4, statuującym możliwość dla sądu (innego organu) prowadzącego postępowanie wyznaczenia stronie termin do dokonania czynności lub zarządzenia bieg terminu określonego ustawą (z możliwością określenia go na czas dłuższy, niż przewidziany ustawą), jeżeli wymaga tego interes publiczny lub ważny interes strony albo kontrolowanego. Owa możliwość stanowi więc fakultatywny (zależny od potrzeb) tryb odwieszenia zawieszonych terminów i ustalenia ich odrębnego trwania.

Wracając do tarczy 3.0 należy podkreślić, że ustawodawca poza szeregiem modyfikacji tarcz poprzedzających uchylił istotny dla nas art. 15zzs, czyli podstawę zawieszenia wyżej opisanych terminów kpc. Co istotne – samo odwieszenie nie weszło w życie wraz z cała ustawą ale dopiero po kolejnych 7 dniach – o czym zadecydował odrębny dla tej kwestii art. 68 nowelizacji. Spowodowało to pewne (kolejne już) zamieszanie interpretacyjne albowiem dniem 7 od daty wejścia w życie ustawy stała się niedziela 24 maja 2020 roku.

Ustawa uchyliła przepisy o zawieszeniu terminów, obecne w poprzednich regulacjach specjalnych, których bieg uległ wstrzymaniu lub zawieszeniu.

W praktyce oznacza to, że jeśli zawieszony bieg terminu rozpoczął się przed wejściem w życie art. 15 zzs tarczy to – a w związku z jego odwieszeniem zacznie swój dalszy bieg biegł po 7 dniach od dnia 16 maja 2020 r. czyli od 23 maja 2020 r. a do wykorzystania pozostanie tyle dni ilu brakowało do upływu terminu w dniu 31 marca 2020 r. Termin którego bieg się nie rozpoczął w związku z pierwszą tarczą to bieg rozpoczyna się do 23 maja 2020 roku.

O autorze:

Piotr Rorbach – Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego. Skończył aplikację prokuratorską w Prokuraturze Apelacyjnej w Katowicach. Pracował jako asesor w Prokuraturze Rejonowej w Mysłowicach a od 1999 do 2003 tamże jako prokurator.

Od 2004 do 2010 jako prokurator Prokuratury Rejonowej w Brzesku. Prowadził postępowania karne, w szczególności z zakresu przestępczości gospodarczej, a także kierował referatem cywilno-administracyjnym, zapewniając prokuratorską kontrolę przestrzegania prawa i udział prokuratora w postępowaniach „pozakarnych”. Od 2010 jest adwokatem wpisanym na listę Okręgowej Izby Adwokackiej w Krakowie. Obecnie zajmuje się sprawami pracowniczymi i prawem rodzinnym.

Ekonomicznie i ekologicznie – do 2030 roku połowa energii ma pochodzić z OZE

Już w 2030 r. ponad połowa energii elektrycznej zużywanej w Polsce może być wytwarzana z OZE. Nie powinniśmy budować elektrowni atomowej. W przypadku budownictwa mieszkalnego, główną opcją będą pompy ciepła.

Jak wynika z raportu Instytutu Jagiellońskiego „Łączenie sektorów zielonej energii. Co to oznacza dla Polski?”, dominującymi źródłami wytwarzania energii elektrycznej będą źródła wykorzystujące energię słońca oraz lądowe i morskie elektrownie wiatrowe.

– Źródłem dla pomp ciepła w budownictwie mieszkalnym będzie tania, niskoemisyjna energia elektryczna, a związana jest z tym także digitalizacja polskiej energetyki – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Christian Schnell, ekspert Instytutu Jagiellońskiego, radca prawny i wykładowca SGH.

Łączenie sektorów zielonej energii i digitalizacja polskiej energetyki jest tym bardziej istotne, że jedną z prawdopodobnych implikacji Europejskiego Zielonego Ładu jest m.in. wzrost celu redukcji emisji gazów cieplarnianych na rok 2030 z obecnego poziomu 40 proc. do ok. 55 proc. względem roku 1990.

Zasadniczą cechą i jednocześnie wyzwaniem systemu, w którym dostawa energii elektrycznej oparta jest na energetyce wiatrowej i słonecznej, jest z jednej strony rozproszenie przestrzenne (decentralizacja), a z drugiej strony zmienność i nieregularność wytwarzania warunkowana czynnikami pogodowymi. Rozwiązaniem są odpowiednie technologie wytwarzania i magazynowania – np. turbiny gazowe, wykorzystujące biogaz lub wodór w cyklu prostym, czy magazynowanie energii w bateriach, ale również odpowiednich technologii cyfrowych (digitalizacja) umożliwiających komunikację urządzeń i agregację – np. internet rzeczy czy sztuczna inteligencja oraz rozwiązań rynkowych – np. zarządzanie popytem (DSM) w celu chwilowej redukcji zapotrzebowania, czy odpowiednia konstrukcja tzw. usług systemowych, zapewniających utrzymanie częstotliwości i napięcia.

Jak wynika z raportu, jednym z kluczowych koncepcji łączenia sektorów jest sektor transportowy. Zgodnie z prognozą bezpośrednia elektryfikacja może pochłonąć ponad połowę zużycia energii w transporcie do 2050 r., głównie dzięki pojazdom drogowym i pojazdom szynowym. Samochody osobowe i transportery elektryczne staną się w pełni konkurencyjne w pierwszej już połowie tej dekady. Technologia V2g (ang. vehicle-to-grid) zakłada wykorzystanie pojazdów elektrycznych jako rozproszonych magazynów energii elektrycznej z dwukierunkowym przepływem energii między pojazdem a siecią elektroenergetyczną. W tym kontekście, pojazdy elektryczne mogą stać się bardzo ważnym czynnikiem wpływającym na zrównoważenie systemu elektroenergetycznego.

Ale największy wkład do koncepcji łączenia sektorów ma sektor ciepłownictwa i ogrzewnictwa. W przypadku budownictwa mieszkalnego, główną opcją będą pompy ciepła.

W kontekście powyższych dążeń, kluczową koncepcją wydaje się tzw. łączenie sektorów energii, tj. energetyki, transportu, przemysłu, ciepłownictwa systemowego i ogrzewania budynków. Kierunek ten zakłada znaczny wzrost wykorzystania energii elektrycznej, pochodzącej z najtańszej formy jej pozyskiwania, tj. elektrowni wiatrowych i instalacji fotowoltaicznych.

Wprawdzie elektrownie atomowe są zeroemisyjnym źródłem ciepła, ale Polska nie powinna ich budować.

– Z elektrowniami jądrowymi związany jest problem składowania niebezpiecznych odpadów, a to jest sprzeczne z regułami tzw. taksonomii, stosowna dyrektywa unijna już obowiązuje i finansowanie takich inwestycji przez instytucje finansowe nie jest dozwolone w UE – wyjaśnia ekspert Instytutu Jagiellońskiego dr Christian Schnell. – Jeden blok energetyczny w elektrowni jądrowej kosztowałby ok. 30 mld zł, czyli jest niemożliwy do sfinansowania z środków wewnętrznych.

Od dzisiaj ruszają dotacje dla średnich firm, które odnotowały spadek obrotów

  • Dzisiaj startuje konkurs Dotacje na kapitał obrotowy dla średnich firm, które odnotowały spadek obrotów co najmniej o 30% w dowolnym miesiącu po 1 lutego 2020 r. w porównaniu do poprzedniego miesiąca lub analogicznego miesiąca ubiegłego roku.
  • Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości przeznaczy na ten cel 2,5 mld zł, przy czym firmy z Mazowsza mogą liczyć na 400 mln zł.

Firmy mikro i małe dostaną analogiczne wsparcie, w oparciu o podobne zasady, w ramach Regionalnych Programów Operacyjnych, czyli w swoich województwach. Prace nad tymi konkursami są finalizowane.

– Nabór kończy się 31 lipca 2020 r. Jest on prowadzony w trybie ciągłym. O przyznaniu dofinansowania może decydować kolejność złożenia wniosku. Biorąc pod uwagę warunki konkursu, w szczególności prosty wniosek, w którym przedsiębiorca musi podać wartość spadku obrotów oraz wyliczyć zatrudnienie (w przeliczeniu na pełne etaty) i w zasadzie automatyczny charakter wsparcia, nie warto czekać na ostatnią chwilę. PARP może skrócić nabór, jeśli wartość złożonych wniosków przekroczy budżet – mówi Marzena Chmielewska, dyrektorka departamentu funduszy europejskich, zastępczyni dyrektora generalnego Konfederacji Lewiatan.

Wsparcie jest przeznaczone dla średnich przedsiębiorców, którzy na dzień 31 grudnia 2019 r. nie znajdowali się w trudnej sytuacji oraz w dniu udzielenia pomocy odnotowali spadek obrotów co najmniej o 30% w dowolnym miesiącu po 1 lutego 2020 r.:

• w porównaniu do poprzedniego miesiąca
• w porównaniu do analogicznego miesiąca ubiegłego roku.

To oznacza, że w konkursie mogą brać udział firmy, które prowadziły działalność na dzień 31 grudnia 2019 r.

Dofinansowanie można przeznaczyć na koszty funkcjonowania przedsiębiorstwa, opłacenie mediów, najem powierzchni, zakup towarów czy ubezpieczenie działalności. Żeby rozliczyć dotację, nie będzie trzeba zbierać ani przedstawiać dokumentów finansowych, jednak warunkiem zatwierdzenia wniosku o płatność rozliczającego jest osiągnięcie wskaźnika rezultatu: „Liczba miesięcy utrzymania działalności przedsiębiorstwa” zgodnie z deklaracją we wniosku o dofinansowanie oraz pozytywne zweryfikowanie wniosku o płatność.

Wartość wsparcia zależy od liczby etatów firmie (chodzi o pełne etaty, a nie liczbę zatrudnionych). Kwota dofinansowania stanowi iloczyn stawki jednostkowej dla określonego poziomu zatrudnienia i liczby miesięcy, w których firma potrzebuje wsparcia, przy czym wnioskodawca może ubiegać się o finansowanie kapitału obrotowego na okres maksymalnie trzech miesięcy. W praktyce średnia firma, która ubiega się o wsparcie na trzy miesiące w zależności od liczby etatów, może dostać od 18 744 zł do 429 827,49 zł.

Przedsiębiorcy muszą przy tym pamiętać, że maksymalny limit wsparcia dla jednej firmy, możliwy do uzyskania z różnych źródeł wynosi 800 tys. euro. Określa to rozporządzenie Ministra Funduszy i Polityki Rozwoju z 28 kwietnia 2020 r. w sprawie udzielania pomocy w formie dotacji lub pomocy zwrotnej w ramach programów operacyjnych na lata 2014-2020 w celu wspierania polskiej gospodarki w związku z wystąpieniem pandemii COVID-19 (Dz. U. poz. 773).

Średnie przedsiębiorstwo, czyli podmiot, który ma siedzibę lub oddział na terenie Polski, ma zatrudniać co najmniej 50, lecz mniej niż 250 pracowników (kryterium zatrudnienia), a jego roczny obrót nie przekracza 50 mln euro lub roczna suma bilansowa nie przekracza 43 mln euro (kryterium finansowe). Ustalając czy przedsiębiorca spełnia te warunki trzeba wziąć pod uwagę powiązania łączące przedsiębiorcę z innymi podmiotami.

Uwaga: Liczbę zatrudnionych na potrzeby ustalenia wielkości firmy liczy się inaczej niż liczbę pełnych etatów na potrzeby ustalenia wartości wsparcia.

Rynek gazetek promocyjnych w Polsce

W całej Europie drukowane gazetki wciąż są istotne, pomimo cyfryzacji i rosnących kosztów dystrybucji. W Polsce nie zaszkodził im nawet zakaz handlu w niedziele, choć liczba papierowych publikacji sukcesywnie się zmniejsza. Po zakończeniu pandemii ich nakład może wzrosnąć, aby przyciągnąć ludzi do sklepów stacjonarnych. Obecnie najbardziej zagrażają im aplikacje mobilne. Tutejszy rynek rozwija się we właściwym kierunkuJednak retailerzy jeszcze nie do końca mają przygotowane długofalowe strategie. Takie wnioski wyciąga francuz Yves Frerot, prezes międzynarodowej agencji analityczno-badawczej Hiper-Com, zajmującej się m.in. monitoringiem danych pochodzących z gazetek handlowych.

Jak obecnie ocenia Pan rynek gazetek promocyjnych w Polsce?

Yves Frerot: Zacznę od tego, że od wielu lat działam w 11 krajach, głównie europejskich, ale nie tylko, co pozwala mi porównywać występujące w nich zjawiska i trendy. Z moich obserwacji wynika, że polski rynek jest bardzo silny i dość konkurencyjny na tle innych państw. Nawet rosnące koszty druku czy ograniczenia związane z zakazem handlu w niedziele nie zdołały mu zaszkodzić. Bariera cyfrowa w dalszym ciągu powoduje, że głównym kanałem komunikowania promocji pozostają papierowe gazetki. W czasie obecnego kryzysu, wywołanego pandemią koronawirusa, prawdopodobnie formy drukowane przez jakiś czas zostaną ograniczone. Natomiast po jego zakończeniu wrócą do poprzedniego poziomu lub ich nakład nawet zostanie zwiększony tylko po to, żeby zachęcić ludzi do powrotu do sklepów stacjonarnych.

Czy na tym rynku może jeszcze wydarzyć się coś, co go zupełnie zmieni?

Yves Frerot: Każdy rynek wyróżnia się inną dynamiką, na którą wpływa wiele czynników. W tym przypadku kluczową rolę odgrywają nowe technologie. Istotne znacznie ma również drożejący papier. Retailerzy kładą coraz większy nacisk na dystrybucję cyfrową. Gazetki są publikowane na stronach sieci, w kanałach społecznościowych, a także łączone z programami lojalnościowymi. Aplikacje mobilne mają największą szansę na to, aby zrewolucjonizować ten rynek. W końcu każdy konsument ma telefon. Obecna sytuacja wymusza na wielu użytkownikach poszukiwanie promocji z tego typu źródeł. To jest bardzo dobry okres do promowania takich rozwiązań. To jest duża szansa na spopularyzowanie ich. Dzięki temu ich udział będzie rósł w szybszym tempie.

Czy przemiany na polskim rynku są tożsame z tymi, które zachodzą w innych krajach?

Yves Frerot: Wspólnym mianownikiem jest siła gazetek drukowanych. Pomimo cyfryzacji, cały czas są one istotne na wszystkich rynkach europejskich. Stanowią skuteczne źródło zwiększania przychodów sieci handlowych. Według badania, przeprowadzonego w ub.r. we Francji przez firmę Kantar, ponad 60% klientów korzysta z tego typu publikacji. Tam też sieci E. Leclerc i Auchan zapowiedziały, że zrezygnują z gazetek. Natomiast cały czas zwlekają z wyegzekwowaniem swoich zapowiedzi, obawiając się, że może to być dla nich niebezpieczny krok. Ostatecznie jeszcze nikt się na to nie zdecydował. I w tej chwili nie możemy jeszcze mówić o żadnych większych zmianach w związku z pandemią. Oczywiście pojawiają się ograniczenia, ale one są czasowe. Należy poczekać na rozwój sytuacji.

Nasz rynek gazetek promocyjnych odstaje w jakiś sposób od zagranicznych?

Yves Frerot: Sieci działające w państwach zachodnich, m.in. we Francji czy we Włoszech, przeznaczają więcej miejsca w gazetkach na produkty krajowe, regionalne i specjalne, np. dedykowane dla wegan lub bezglutenowe. Mocniej też promują żywność ekologiczną. W Polsce te trendy także istnieją, ale nie są jeszcze tak bardzo widoczne. Ponadto w niektórych krajach są regulacje, które poniekąd wpływają na publikowane treści. Przykładem tego jest francuskie prawo Egalim, które narzuca sieciom poziom zniżek na wybrane produkty – maksymalnie 34%. Dzięki temu mali dostawcy nie są wykorzystywani przez duże firmy, a na rynek trafiają zdrowe, miejscowe towary.

Zagraniczni konsumenci tak samo postrzegają gazetki promocyjne jak Polacy?

Yves Frerot: Pomimo różnic kulturowych, większość Europejczyków dość podobnie podchodzi do drukowanych gazetek. W przypadku, gdyby pandemia trwała bardzo długo, to na pewno byłby to dobry bodziec do zmian w podejściu do tego kanału. Natomiast cały czas uważam, że pozostaną one istotnym źródłem informacji dla części społeczeństwa. Są one szczególnie ważne dla osób starszych i mniej zaznajomionych z technologią. Na Zachodzie takie publikacje są też traktowane jako wiarygodne i zawsze dostępne źródło rzetelnych informacji o produktach. Tak więc tutaj nie widać praktycznie żadnych różnic.

Pana zdaniem, polski rynek gazetek promocyjnych idzie w dobrym kierunku? 

Yves Frerot: Zdecydowanie tak. Pod wpływem firm z krajów zachodnich dość szybko przejmuje tamtejsze trendy. Sieci silnie ze sobą rywalizują, na czym zyskują konsumenci. Jednak wydaje się, że nie do końca mają przygotowane długofalowe strategie związane m.in. z widocznością produktów i oferowanych zniżek w gazetkach. Udział kategorii i marek w publikacjach też bywa niekonsekwentny. Koncerny raczej reagują na siebie wzajemnie niż planują działania długoterminowo.

Uważa Pan, że nasz rynek powinien coś zaadoptować ze wzorców zachodnich?

Yves Frerot: Działające tu sieci handlowe mogą przenieść pewne schematy na swój grunt, aby odnosić większe sukcesy. Na pewno warto lepiej prezentować produkty w gazetkach. Dla przykładu, na pojedynczych stronach zachodnich publikacjach znajduje się 5-8 artykułów wraz z cenami lub jasno przedstawionym mechanizmem promocyjnym. Konsumentom łatwiej jest wtedy zrozumieć zasady działania obniżek, a przez to traktują takie publikacje jako bardzo wiarygodne źródło danych.

Inflacja hamuje. Usługi drożeją znacznie bardziej niż towary

Dzisiejszy komunikat GUS dostarcza szczegółowego zestawienia cen towarów i usług konsumpcyjnych w maju br. Inflacja wyniosła 2,9% r/r (w kwietniu 3,4%) – a zatem mieści się w określonych przez Radę Polityki Pieniężnej przedziałach. Na przestrzeni miesiąca ceny spadły o 0,2%.

O ile w horyzoncie miesięcznym ceny dóbr i usług rosły w zbliżonym tempie, o tyle w horyzoncie rocznym wciąż widać ponad pięciokrotnie wyższe tempo wzrostu usług względem towarów: 7,1% vs. 1,4%.

Potwierdzenie znajdują dane flash, w których inflację in plus windowały ceny żywności (6,5% r/r, 0,1% m/m) oraz użytkowania mieszkania i nośniki energii (7,5% r/r, 0,1% m/m). W tej pierwszej kategorii niezmiennie wysokie wzrosty dotyczą produktów zbożowych, zwłaszcza ryżu (7,8% r/r, 2,7% m/m), mąki (5,7% r/r, 1,8% m/m) i pieczywa (8,9% r/r, 0,5% m/m) – zła wiadomość jest taka, że zboża na światowych rynkach drożeją. Inne czynniki wpływają na ceny najpopularniejszych gatunków mięs – wieprzowiny (-5,2%) oraz drobiu (-4,3% m/m, tu również spadek roczny o -3,7%).

To skutek braku popytu ze strony krajowych odbiorców z sektora gastronomii i klientów zagranicznych. Spadek miesięczny dotyczył też cen warzyw (-1,8%). Pozostałe kategorie w maju zdrożały: nabiał i jaja (o 0,7% m/m, 3,8% r/r), tłuszcze (0,7% m/m, spadek w ujęciu rocznym -0,7%). Bardzo silny wzrost odnotowały owoce (27,9% r/r, 6,7% m/m) – pobieżne analizy wskazują, że wskutek niekorzystnych czynników pogodowych spadki powinny być odczuwalne najwcześniej w czerwcu. Trudno jednak powiedzieć, co stanie się z owocami i warzywami, które dotychczas były zbierane przez migrantów. Efekt ich braku może przynieść wzrosty cen produktów krajowych, jak i zagranicznych (słynny przypadek szparagów).

W przypadku użytkowania mieszkań ujawnia się efekt koronawirusa – czynsze w ujęciu miesięcznym nieznacznie spadają: -0,2% m/m. Tradycyjnie drożeją natomiast inne kategorie, w tym wywóz śmieci (fala systematycznych wzrostów opłat w samorządach), zaopatrywanie w wodę i kanalizację. Pewną ulgę kieszeniom Polaków przynoszą wciąż niskie ceny paliw – warto jednak podkreślić, że surowiec zaczyna drożeć na rynku globalnym, a więc i klienci detaliczni powinni spodziewać się trendu wzrostowego – zwłaszcza że sezon wakacyjny (w tym roku mocno faworyzujący transport samochodowy) sprzyja utrzymywaniu nieco wyższych cen. O mieszanym efekcie spadku cen i popytu możemy mówić w przypadku usług transportowych – tu utrzymywanie się ryzyk zdrowotnych z pewnością nie pomoże wrócić do zapotrzebowania sprzed epidemii.

W maju wyraźny wzrost odnotowały usługi fryzjerskie i kosmetyczne (11,4% r/r, 4,3% m/m) oraz stomatologiczne (14,3% r/r, 7,8% m/m) – efekt dużego, odroczonego popytu przy stałej podaży, kosztów wdrażania reżimu sanitarnego, być może również premii za ryzyko zachorowania.

dr Sonia Buchholtz, Konfederacja Lewiatan

Polska utrzymuje inflację

Poznaliśmy dzisiaj poziom zmian cen w Polsce. Rosną one w ciągu roku o 2,9%, co jest zgodne z oczekiwaniami analityków. Wskazana wartość nie pokrywa się jednak z odczuciami wielu z nas, to częsta wada konstrukcji koszyka inflacyjnego.

Inflacja zgodna z oczekiwaniami

Ceny w Polsce rosną o 2,9% w ujęciu rocznym,  zgodnie z oczekiwaniami analityków. Jest to dobra wiadomość dla złotego. Przeważnie spadająca inflacja oznacza problemy gospodarki. Spadające ceny informują o problemach z popytem przy ich wcześniejszym poziomie. Zaraz po tych danych złoty umocnił się o około grosz względem euro i innych walut. Warto zwrócić uwagę, że niemal 3% inflacji to nie jest coś, czego należy się bać. Z drugiej strony to koszyk inflacyjny, sam fakt, że parametr wynosi tyle, nie znaczy, iż wszystkie ceny rosną równo (o czym często przekonujemy się podczas zakupów spożywczych).

Dane z Chin

W nocy poznaliśmy indeksy z Chin. Produkcja przemysłowa rośnie rok do roku o 4,4%. To mniej niż oczekiwane 5%, aczkolwiek patrząc na to, że w wielu krajach ten wskaźnik spada, jest to bardzo dobry rezultat. Sprzedaż detaliczna spada o 2,8%, ponownie są to gorsze dane niż oczekiwania, ale wciąż pokazujące, że chińska gospodarka ma się dobrze. Co ciekawe rosną ceny nieruchomości, co dziwi większość analityków wskazujących na bańkę na rynku nieruchomości w Państwie Środka.

Odwrót na kryptowalutach

Kolejny atak bitcoina na pułap 10 000 dolarów zakończył się istotnym odbiciem od tej bariery. Jeszcze zarówno w środę jak i w czwartek brakowało po kilkadziesiąt dolarów do tej bariery. Po spadkach trwających od czwartku obserwujemy jednak poziom poniżej 9000 dolarów. Po raz kolejny okazuje się, że bitcoin przedstawiany jako alternatywa dla złota, reaguje w sposób znacznie bardziej zbliżony do rynku akcji. Pokazuje to, że wciąż jest on raczej aktywem inwestycyjnym/spekulacyjnym niż środkiem do przechowywania wartości.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Zmierzch ery cyfryzacji w handlu? Odpływ pokażę, które firmy pływają nago

Firma Accenture wysnuła tezę, że era digitalizacji biznesu dobiegła końca. Specjaliści twierdzą, że skoro wszyscy robią to samo, musimy przestać, nazywać to wyjątkowym. Czy rewolucja cyfrowa podzieliła los elektryczności, która stała się tak popularna, że jej obecność jest dziś oczywista? Czym w takim razie jest “the next big thing” w biznesie? 

Otworzyć dziś własną firmę to żaden problem. Dzięki rozwojowi technologii i rozbudowanym platformom sprzedażowym, które pełnią funkcję wirtualnych centrów handlowych z tysiącami cyfrowych butików, stało się to w miarę prostym zadaniem. Nawet z naprawdę małym kapitałem, przy odrobinie wysiłku i chęci, damy sobie radę. I nie będziemy pierwsi, którzy podjęli ryzyko i na tym zyskali. Konto na Amazonie posiada już 5 mln sprzedawców, z czego około 1,5 mln jest aktywnych, a tylko na amerykańskim rynku, ponad 140 tys. sprzedawców może pochwalić się rocznymi obrotami na poziomie co najmniej 100 tys. USD. Jak widać, chcieć to móc.

Również posiadanie własnej witryny internetowej jest dziś tańsze i łatwiejsze w obsłudze niż kiedykolwiek wcześniej. Co więcej, nie musimy nawet posiadać specjalistycznej wiedzy by takową zbudować. Sieć pełna jest darmowych kreatorów, które pozwalają na stworzenie prostej strony www, zawierającej podstawowe informacje. Nic więc dziwnego, że 60% małych firm posiada już własną stronę internetową – podaje Visual Objects.

Nadchodzi nowe

Czy posiadanie własnej witryny bądź fanpage’a na Facebooku jest czymś wyjątkowym? Niespecjalnie. Wobec tego określenie naszej rzeczywistości mianem “ery post-cyfrowej” wydaje się być całkiem zasadne. Nie oznacza to jednak, że firmy mogą spocząć na laurach. Nowe technologie nadal mogą stanowić źródło przewagi nad konkurencją, pod warunkiem, że są naprawdę nowe. Prowadzenie nowoczesnego biznesu przypomina drogę samuraja, której celem nie jest finał, a trwanie w procesie – niekończącej się wędrówce.

Z ponad 6 tysięcy ankietowanych biznesmenów i dyrektorów IT biorących udział w badaniu Accenture Technology Vision 2019, zaledwie 6 na 100 twierdzi, że innowacje technologiczne nie zmieniają położenia ich firm. Wszystko więc wskazuje na to, że biznes na dobre zanurzył się w oceanie możliwości jakie oferuje cyfrowa transformacja. Jednak – jak mawiał Warren Buffet – dopiero podczas odpływu okazuje się, kto pływał nago. Co to oznacza? Firma, która chce budować swoją potęgę, nie może pozostać obojętna na nowoczesne rozwiązania i trendy, gdyż w czasie drastycznych zmian lub kryzysu, wszystkie braki zostaną obnażone.

Czekając na cud nad Wisłą

Dzięki analityce dużych zbiorów danych Amazon stał się jedną z najpotężniejszych firm na świecie. Czemu z tej wiedzy i możliwości nie mają skorzystać polskie firmy? Nad Wisłą o Big Data mówi się od dobrych kilku lat. Zainteresowanie tematem najlepiej pokazują statystyki Google, z których jasno wynika, że od 2011 r. liczba wyszukiwań tego terminu systematycznie rośnie.

Od 2016 roku eksperci Eurostatu zaczęli badać rynek Big Data. Sprawdzili czy i w jakim stopniu europejskie firmy wykorzystują analizę dużych zbiorów informacji do rozwoju swojego biznesu.  Niestety nie mamy powodów do dumy – Polska nie jest nawet europejskim średniakiem (12%). Zdecydowanie bliżej nam do klasyfikowanego w rankingu na samym końcu Cypru (5%) niż do prymusa, czyli Malty (24%). Zaledwie 8% polskich firm wykorzystuje analitykę wielkich zbiorów danych, co i tak jest lepszym wynikiem, niż jeszcze 2 lata temu, kiedy wskaźnik ten wyniósł zaledwie 6%.

Pływając pod jedną banderą

Sztuczna inteligencja, hiperpersonalizacja, big data – to nie tylko modne buzzwordy, ale przede wszystkim rozwiązania, których wdrożenie wiąże się z dużymi wydatkami. Nawet jeżeli mamy na to środki finansowe, może zabraknąć nam czasu lub kompetencji. Tymczasem dzięki wysiłkom takich gigantów, jak Amazon, Google czy Facebook, sprzedawcy internetowi mogą swobodnie z nich korzystać. Dzięki uczeniu maszynowemu Amazon przewiduje, które produkty klient nachętchniej umieści w koszyku. Szacuje się, że silnik rekomendacji giganta e-commerce napędza 35% całkowitej sprzedaży. Czy istnieje na świecie firma, która nie chciałaby podwyższyć swoich obrotów o ponad ⅓?

Podobne możliwości oferuje Clipperon, autorski system Nethansy, wykorzystywany do optymalizacji procesu sprzedaży. Jego inteligentne algorytmy potrafią bardzo skutecznie przewidzieć trendy cenowe, wykorzystując dane zgromadzone przez Amazon. System umożliwia tworzenie analiz zawierających m.in. prognozę obrotu oraz estymację zysku, informację o konkurencji oraz ranking sprzedaży produktu w swojej kategorii.

Technologia to jedno, ale równie ważne, jak nowoczesne oprogramowanie, jest posiadanie  doświadczenia i wiedzy o tym jak poruszać się w świecie wirtualnego handlu. Chociaż miejsce ekspozycji naszych towarów jest “niefizyczne”, to klient i produkt już jak najbardziej. Dlatego należy pamiętać, że żaden system nie napędzi sprzedaży samodzielnie.

Tylko łącząc odpowiednio te dwa elementy, wypracujemy skuteczny model sprzedaży, który pozwoli nam osiągnąć sukces. Potwierdzają to dane zebrane przez naszą spółkę. Monitorując wyniki firm, które zdecydowały się na podjęcie z nami współpracy, zauważyliśmy, że konta polskich i niemieckich firm na Amazonie, którymi zarządzamy, generują średnio 600.000 EUR rocznego obrotu. Są to dane sprzed wybuchu pandemii koronawirusa. W roku 2020 spodziewamy się rekordowych wyników, gdyż jak wiadomo ecommerce sporo zyskał na globalnym lockdownie.

W XXI wieku wirtualna sieć stała się czymś więcej niż miejscem rozrywki. Dzisiaj to niemal drugi, w pełni funkcjonalny świat, posiadający swoich mieszkańców, prawa i reguły. Wraz z rozwojem technologii stało się jasne, że nie ma od niego ucieczki, a pojawienie się pandemii COVID-19 tylko przyspieszyło proces migracji biznesu do internetu.

Każda firma, która poważnie myśli o swojej przyszłości powinna skupić się na rozwoju kompetencji cyfrowych i głębokiej integracji swojej działalności z internetem. Pielęgnując cyfrowe doświadczenia klientów, przedsiębiorcy mogą odnieść sukces, a zaniedbując tę sferę – odejść w niepamięć. Działanie firmy w internecie przestało być miłym dodatkiem do strategii, a stało się jej trzonem.

O autorze

Sascha Stockem to założyciel i CEO firmy Nethansa świadczącej usługi zwiększające sprzedaż na platformie Amazon, przy pomocy której wprowadza polskie i niemieckie firmy na nowe, perspektywiczne rynki. Sascha ma ponad sześć lat doświadczenia w profesjonalnej sprzedaży na Amazonie, gdzie wraz ze swoim zespołem wygenerował w sumie ponad 200 mln zł obrotu. Jest prelegentem na wielu europejskich konferencjach, ekspertem branży e-commerce i pomysłodawcą systemu Clipperon, wykorzystującego sztuczną inteligencję do optymalizacji sprzedaży na Amazonie.  Wcześniej przez blisko osiem lat rozwijał własną sieć detaliczną i zajmował się handlem hurtowym z takimi sieciami, jak: TK Maxx, Obi, Kik, Tedi, Orlen, Jawoll & Woolworth.

79% Polaków czuje się bezpiecznie w galeriach handlowych

Klienci chętnie wracają do zakupów stacjonarnych i czują się podczas nich bezpiecznie – takie wnioski płyną z najnowszego badania nastrojów konsumenckich agencji badawczej Inquiry. O odpowiedzialne zachowanie podczas wizyty w galeriach handlowych, u fryzjera, na siłowni, restauracji i kinie apeluje branża centrów handlowych w kampanii społecznej “Bezpieczeństwo – kupuję to!”.

Minął już ponad miesiąc od ponownego, szerszego otwarcia obiektów handlowych na nowych zasadach. Właściciele, zarządcy i sieci handlowe mieli zaledwie kilka dni na dostosowanie się do nowych regulacji, jednak sprostali zadaniu, dzięki czemu klienci bez obaw kupują ulubione produkty. Jak wynika z badania „Powrót do zakupów po epidemii: Tracking postaw Polaków”, zaprezentowanego przez agencję badawczą Inquiry wraz z Polską Radą Centrów Handlowych (PRCH), 61% respondentów odwiedziło centra handlowe w ciągu pierwszego tygodnia czerwca, a co najważniejsze ponad ¾ z nich bez obaw o zdrowie zrobiło zakupy.

Wciąż ponad połowa badanych (52%) deklaruje, że udaje się do galerii po konkretne produkty. 53% osób ogranicza wydatki tylko do najpotrzebniejszych rzeczy. Co piąty ankietowany wybiera się do centrum handlowego, żeby zobaczyć co się dzieje na mieście, a co trzeci w poszukiwaniu ciekawych promocji.

Kolejne tygodnie przynoszą zmiany zachowań oraz potrzeb konsumentów, dlatego właściciele nieruchomości oraz przedstawiciele sieci handlowych i usługowych powinni uważnie śledzić bieżące trendy, by poznać oczekiwania klientów i wyjść im naprzeciw. W pierwszym tygodniu czerwca Polacy udali się do galerii głównie po odzież, obuwie i bieliznę, zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych – mówi Agnieszka Górnicka, Prezes Zarządu Inquiry Sp. z o.o.

To już 4 fala badania, zrealizowana w dniach 1-5 czerwca na próbie 500 osób.

Z prezentowanych danych dowiadujemy się, że kolejne etapy znoszenia obostrzeń, związanych z COVID-19, przekładają się na zwiększony ruch w galeriach handlowych, dlatego klienci i pracownicy tym bardziej powinni zwracać uwagę na zasady bezpieczeństwa. Przed pójściem na zakupy, do kina, na siłownię czy na plac zabaw z dzieckiem, warto zajrzeć na profile społecznościowe kampanii #kupujebezpiecznie, gdzie znajduje się mnóstwo sprawdzonych, rzetelnych porad i sugestii dotyczących bezpieczeństwa. Chcemy, by każdy, kto zdecyduje się na zakupy w obiekcie handlowym, czuł się komfortowo, jednak czy rzeczywiście tak będzie, zależy od nas wszystkich – mówi Anna Zachara-Widła, Research & Education Manager, PRCH.

Regulacje dot. procedur zachowania bezpieczeństwa zmieniają się dynamicznie wraz ze znoszeniem kolejnych obostrzeń, dlatego łatwo się w nich pogubić. Drogowskazem do właściwego postępowania jest hashtag #kupujebezpiecznie, którym oznaczane są treści w ramach kampanii “Bezpieczeństwo – kupuję to!”. Jej inicjatorem jest Polska Rada Centrów Handlowych. Kampania została objęta patronatem honorowym Ministerstwo Zdrowia i Ministerstwo Rozwoju, a wśród partnerów są takie organizacje jak: Polska Izba Handlu, Polska Organizacja Handlu i Dystrybucji czy Związek Pracodawców Hoteli, Restauracji i Cateringu oraz Polski Związek Przemysłu Kosmetycznego.

Transport towarów w rozumieniu ustawy o podatku VAT – miejsca świadczenia i zasady opodatkowania

Ustawa o podatku od towarów i usług precyzuje zasady opodatkowania transportu towarów przez podatnika VAT. Szczególnie skomplikowane są regulacje w zakresie miejsca opodatkowania usługi oraz stosowanej stawki podatku od towarów i usług. Zrozumienie zasad w tym zakresie jest warunkiem prawidłowego rozliczenia się z zobowiązań podatkowych. Może też wpływać na ostateczną wartość świadczonych usług. Przedsiębiorcy powinni pamiętać, że transport towarów jest monitorowany, tj. powstają dokumenty transportowe (np. CMR czy komunikaty wywozowe), na podstawie których organy podatkowe mogą w prosty sposób ustalić zasady opodatkowania wykonanych usług.

Miejsce opodatkowania – B2B

Jednym z kluczowych elementów prawidłowego opodatkowania usług transportu jest ustalenie, dla jakiego podmiotu świadczone są usługi oraz miejsca, w jakim odbywa się transport. Co do zasady w sytuacji, gdy usługa transportu towarów jest świadczona pomiędzy dwoma podatnikami, zastosowanie znajdą ogólne zasady zawarte w art. 28b ustawy o VAT, tj. opodatkowanie nastąpi w kraju siedziby usługobiorcy. Istnieją jednak wyjątki od tej zasady, a szczegółowe uregulowania tego tematu można znaleźć w art. 28f ustawy o VAT.

Jeżeli kontrahent, na rzecz którego dokonywany jest transport, jest podatnikiem VAT posiadającym siedzibę lub stałe miejsce prowadzenia działalności gospodarczej na terytorium Rzeczypospolitej Polski, a transport wykonywany jest poza terytorium Unii Europejskiej, wtedy miejscem świadczenia usługi transportu towarów jest terytorium poza Unią Europejską. Należy podkreślić, że przypadek ten dotyczy jedynie transportu wykonywanego w całości poza Unią Europejską. Jeżeli więc przykładowo rosyjska firma transportowa dokona na rzecz polskiego podatnika transportu towarów z Moskwy do Rygi, to powyższa zasada nie znajdzie zastosowania.

Z kolei, jeżeli podatnik, na rzecz którego wykonywany jest transport, posiada siedzibę lub stałe miejsce prowadzenia działalności, na rzecz którego wykonywany jest transport, poza terytorium Rzeczypospolitej Polski, a transport wykonywany jest na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, wtedy usługa transportu towarów opodatkowana jest na terytorium kraju. Przykładowo więc, jeżeli polski przewoźnik dokona transportu na trasie Warszawa-Gdańsk na rzecz rosyjskiego podatnika, wtedy taka transakcja będzie opodatkowana w Polsce. Istotne jest, aby transport w całości był wykonany na terytorium Polski.

Miejsce opodatkowania – B2C

Inne zasady znajdują zastosowanie w przypadku świadczenia usług transportu towarów na rzecz „niepodatników”. W przypadku świadczenia usług transportu towarów na rzecz podmiotów niebędących podatnikami VAT np. osób fizycznych należy je opodatkować w miejscu, gdzie odbywa się transport z uwzględnieniem pokonanych odległości, przy założeniu, że nie jest to transport wewnątrzwspólnotowy towarów. Oznacza to, że w przypadku transportu towarów z terytorium Polski na Białoruś będzie on opodatkowany w Polsce, polskim podatkiem od towarów i usług do granicy, a od granicy nie będzie już opodatkowany polskim podatkiem.

Ponadto w sytuacji, gdy transport wewnątrzwspólnotowy rozpoczyna się i kończy na terytorium dwóch państw członkowskich, miejscem opodatkowania usługi transportu towarów jest miejsce, gdzie transport się faktycznie rozpoczyna, niezależnie od pokonanej odległości do miejsca, gdzie znajdują się towary. Uproszczenie w tym zakresie wynika z potrzeby zwolnienia podatników z konieczności rejestrowania się w każdym kraju, przez który przechodzi transport.

Stawka podatku – B2B

Powyższe zasady dotyczące miejsca opodatkowania transportu towarów przekładają się na stosowane stawki. Należy więc uwzględnić nie tylko status podatkowy nabywcy usługi, lecz także rodzaj transportu.

W przypadku transportu krajowego towarów zastosowanie znajdzie stawka 23% lub 0% (§ 6 ust. 1 pkt 1 rozporządzenia w sprawie stawek). Nawet jeżeli usługobiorca posiada siedzibę na terytorium państwa trzeciego, to transport wykonywany jedynie na terytorium kraju powinien być rozliczony wg stawki 23% lub 0% (krajowej).

W sytuacji, gdy transport jest w całości wykonywany na terytorium kraju trzeciego, nie będzie on opodatkowany w Polsce i zastosowanie znajdzie odpowiednia stawka z kraju trzeciego.

W przypadku transportu międzynarodowego, tj. rozpoczynającego się w jednym z krajów UE, a kończącego się w kraju trzecim, zastosowanie znajdzie co do zasady stawka 0% w sytuacji, gdy nabywca jest podatnikiem z Polski oraz brak będzie opodatkowania w przypadku nabywcy z innego państwa.

Stawka podatku – B2C

Z kolei w przypadku „niepodatników” możemy mieć do czynienia z następującymi konfiguracjami:

  • transport krajowy – możliwe stawki 0% i 23%;
  • transport międzynarodowy – 0% w Polsce i brak opodatkowania poza Polską;
  • transport wewnątrzwspólnotowy – 0% i 23%, jeżeli rozpoczyna się w Polsce albo brak opodatkowania, jeżeli rozpoczyna się poza Polską;
  • transport poza terytorium Polski – zasadniczo nie podlega opodatkowaniu w Polsce.

Podsumowanie

Powyższe regulacje w zakresie miejsca opodatkowania oraz stawki są stosunkowo skomplikowane i mogą prowadzić do powstawania nieprawidłowości. Dlatego przed rozpoczęciem świadczenia usług transportu warto dokładnie przeanalizować, jak ma wyglądać biznes oraz skontaktować się z doradcą podatkowym.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Zakupy online kwitną w czasie epidemii

Każdy kryzys zawsze stanowi szansę dla wielu przedsiębiorstw niezależnie od proponowanych usług. Zdecydowana większość kluczowych sektorów światowej gospodarki w ostatnich miesiącach musi mierzyć się z pandemią wirusa, jednocześnie odczuwając jej skutki biznesowe. To, co dla jednych stało się poważnym, wielopłaszczyznowym zagrożeniem, inni wykorzystali jako możliwość do rozwoju. Na pandemii bezsprzecznie skorzystał rynek e-commerce. Zakupy online już dawno wpisały się w konsumencki ekosystem, lecz nikt nie mógł spodziewać się, że wirus jeszcze przyspieszy zauważalny i dynamicznie rosnący trend.

Sytuacja kryzysowa dotknęła bardzo wiele firm, ale również wymusiła poszukiwanie nowych, innowacyjnych rozwiązań, których implementacja została drastycznie przyspieszona. Na naszym lokalnym rynku nie brakuje jednak podmiotów, które otwarcie przyznały, że w pierwszym kwartale 2020 roku udział e-commerce w sprzedaży był najwyższy w ich historii. Jednym z największych beneficjentów restrykcji związanych z pandemią jest zdecydowanie Frisco.pl. W drugiej połowie marca supermarket online tygodniowo generował takie zyski, jak przez cały miesiąc pracy przed kryzysem.

Amerykański know-how

W obliczu światowego zagrożenia koronawirusem, gdy dotarł on już do Europy, a rządy państw wprowadziły lub zamierzały wprowadzić społeczne restrykcje, firma Stackline przygotowała raport prezentujący listę 100 najszybciej i najwolniej rozwijających się kategorii w segmencie e-commerce na amerykańskim rynku z perspektywy marca 2020. Konsumenci nie tylko realizowali więcej zakupów internetowych, ale przede wszystkim do ich koszyków trafiały produkty, które wcześniej były w tym obszarze pomijane. Dynamiczne zmiany ich zachowań były oczywiście efektem wybuchu pandemii, który sprawił, że chętniej sięgali po towary nie znajdujące się w ich obszarze zainteresowań w poprzednich miesiącach. Źródeł w ewolucji koszyka zakupowego należy zatem szukać w skutkach niestabilnej, kryzysowej sytuacji, która wprost wywarła wpływ na konsumenckie priorytety.

Listę najszybciej rosnących kategorii produktowych branży e-commerce otworzyły jednorazowe rękawiczki (+670%). Na drugiej pozycji znalazły się maszyny do pieczenia chleba (+652%), a podium zamknęły leki na przeziębienie (+535%). Na dalszych miejscach znalazły się zupy (+397%), kasze i ryże (+386%), gotowe jedzenie pakowane (+377%), kubki ze świeżymi owocami (+326%), przyrządy do ćwiczeń (+307%), nabiał (+279%) oraz płyny do mycia naczyń (+275%). Wśród produktów pierwszej kategorii znalazły się zatem te służące do walki z wirusem. Nie dziwi również zainteresowanie żywnością, szczególnie długoterminową. Zamknięcie siłowni czy obiektów sportowych przełożyło się z kolei na popularność sprzętu, służącego do treningu w domu.

Zauważalne spadki

Wśród najszybciej spadających kategorii w kanale e-commerce znalazły się między innymi bagaże i walizki (-77%), aktówki, teczki (-77%), sprzęt fotograficzny (-66%), suknie ślubne (-63%) czy garnitury (-62%). Spadki w relacji do wzrostów nie są drastyczne, ale jednoznacznie wynikają ze wstrzymania ruchu turystycznego czy zakazu zgromadzeń, które z kolei przełożyły się na „zamrożenie” biznesu ślubnego.

Priorytety konsumenckie będą stabilizować się wraz z „oswajaniem” koronawirusa. Zmiany zostaną jednak z nami na dłużej, tym bardziej że wiele osób zdało sobie sprawę, że przez Internet można nabywać również produkty pierwszej potrzeby, a na przykład ubrań wcale nie trzeba przymierzać przed zakupem. Inne wyzwania dotyczą samych firm, które w trybie przyspieszonym musiały zaadaptować się do nowych konsumenckich nawyków nie tylko w zakresie zatowarowania czy działań z obszaru społecznej odpowiedzialności, ale także w obszarze zmiany biznesowych akcentów ze szczególnym naciskiem na rozwój oferty online.

Michał Czechowski, Dyrektor zarządzający SwipBox Polska

Nasz przepis na kawę – Łukasz Wichłacz (CEO Coffeedesk)

Coffeedesk (All Good SA) – jedna z najszybciej rozwijających się firm w Europie według Financial Times (FT 1000) – niedawno przekroczyła milion z crowdfundingowej emisji akcji. W tym samym czasie wypuściła także informację dotyczącą wyników finansowych za pierwszy kwartał 2020, w których ogłasza 34% wzrost przychodów.

Na temat crowdfundingu w dobie pandemii, budowie kawowego imperium i ekspansji zagranicznej rozmawiamy z Łukaszem Wichłaczem, CEO Coffedesk.

Dlaczego zdecydowaliście się na rozpoczęcie akcji crowdfundingowej w samym środku pandemii? Nie baliście się?

Kampanię crowdfundingową mieliśmy zaplanowaną na długo przed pandemią. Nie chcieliśmy z tego rezygnować. Byliśmy świadomi tego, że koronawirus bardzo mocno uderzy w wiele sektorów gospodarki, w tym w HoReCa, jednak z drugiej strony znamy nasz biznes lepiej niż ktokolwiek inny i wierzyliśmy, że nam się uda.

Skąd ta pewność?

Coffeedesk to nie jest typowa firma sprzedająca kawę. Naszą mocną stroną jest model biznesowy ze zdywersyfikowaną grupą odbiorców i opierający się na sprzedaży omnichannel, z przewagą e-commerce, który radzi sobie bardzo dobrze podczas lock downu. W pierwszym kwartale tego roku odnotowaliśmy 34% wzrost przychodów (do 14,99 mln PLN). Generalnie, w segmencie B2B skutki lockdownu zostały zrównoważone sprzedażą naszych produktów do innych e-commerce’ów oraz B2C, która szczególnie teraz stanowi sporą część naszych przychodów. Poza kawą, sprzedajemy też akcesoria do parzenia jej w domu, gdzie wszyscy spędzamy przez ostatnie kilka miesięcy ogromną ilość czasu. Nie opieramy się więc na jednym segmencie i to jest naszą mocną stroną.

Kiedy ktoś pyta Cię dlaczego warto zainwestować w Coffeedesk, to co mówisz?

Cały świat pije kawę! Rynek kawy cały czas rośnie, a w 2020 roku ma osiągnąć wartość niemal 450 mld dolarów. Za tę dynamikę odpowiada głównie obszar naszego działania, czyli Europa. Stary Kontynent zajmuje 1/3 całkowitej wartości rynku kawy, z prognozowanym wzrostem do 40% w ciągu najbliższych 5 lat i już teraz jest największym importerem zielonego ziarna. Gałąź handlu jaką głównie się zajmujemy, czyli e-commerce, również ma się w Polsce świetnie i cały czas rośnie.

Coffeedesk to dziecko moje, Jacka i Marcina. Dziś jest to prężnie działający biznes, który w 2019 osiągnął przychód wysokości 54,5 mln PLN i który stale rozwijamy. W tym roku przewidujemy 70 mln PLN. Do tej pory, zrealizowaliśmy już kilkaset tysięcy zamówień dla klientów indywidualnych i biznesowych, a nasze paczki trafiły już do 69 krajów – w tym do każdego kraju w Europie.

Według naszych prognoz, przy takim trendzie na rynku oraz rosnących przychodach, wycena spółki również będzie rosnąć. Każdy kto weźmie udział w crowdfundingowym zakupie akcji, stanie się współwłaścicielem nie tylko sklepu internetowego oraz dwóch platform sprzedażowych skierowanych do biznesu, ale także butikowej sieci kawiarni! To jeden z powodów, dla którego tak szybko pozyskaliśmy liczne grono inwestorów, a nasza kampania crowdfundingowa cieszy się tak dużą popularnością.

Na co dokładnie planujecie przeznaczyć pieniądze z emisji akcji?

Przede wszystkim chcielibyśmy wdrożyć platformę e-commerce skierowaną do klientów indywidualnych oraz wejść na nowe rynku zagraniczne. Aby z sukcesem zdobywać klientów na nowych rynkach potrzebna jest nam platforma dostosowana do obecnych standardów UX/UI i z rozbudowaną wersją mobile. To sposób na skalowanie naszego biznesu, dlatego sukcesywnie chcemy wprowadzać platformę w lokalnych wersjach do kolejnych krajów EU.

Nasz drugi cel to rozwój platformy sprzedażowej B2B. Dzięki wdrożeniu nowych funkcjonalności, dostosowaniu platformy do obecnych standardów UX/UI, a także wprowadzeniu nowych modeli płatności chcemy uczynić kupowanie kawy przyjaźniejszym i bardziej zautomatyzowanym. Również w przypadku segmentu B2B planujemy ekspansję na rynki zagraniczne, aby dotrzeć do klientów ze Skandynawii, ale także na innych, szybko rozwijających się kawowych rynkach Europy Środkowo-Wschodniej.

Następnie chcemy wdrożyć u siebie usługę subskrypcji kawy jako zupełnie nowy model biznesowy. Dzięki niemu możliwe stanie się zamawianie dowolnej liczby paczek kawy, w tym kaw stworzonych przez Coffeedesk – co będzie absolutną nowością – w regularnych odstępach czasu – nawet co dwa tygodnie. W pierwszej fazie projektu, chcemy wyjść z ofertą do klientów indywidualnych, w drugiej – do biur, dając ich pracownikom możliwość wyboru kawy wypijanej w pracy, a pracodawcom – dodatkowy benefit oraz opcję integracji pracowników przez głosowanie na ulubione kawy i wspólną zabawę. Dzięki subskrypcji wzmocnimy nasz kanał sprzedażowy, zwiększymy retencję obecnych klientów i będziemy w stanie dotrzeć do nowych segmentów rynku. Stworzenie kaw własnych w ramach subskrypcji pozwoli również na wzmocnienie brandu Coffeedesk jako lidera kawy specialty w Polsce i zwiększenie średniej marży ze sprzedaży w ramach tego projektu.

No i nasz czwarty, ostatni cel, to inwestycja w trzeci showroom. Nie będzie on jednak tylko kolejną kawiarnią speciality, ale także przestrzenią szkoleniową, która umożliwi prowadzenie profesjonalnych cuppingów, prezentacji sprzętu i akcesoriów, szkoleń z udziałem certyfikowanych trenerów SCA oraz kawowych eventów. Dzięki takiemu zagospodarowaniu przestrzeni, będziemy mogli z większą skutecznością edukować o kawie naszych klientów biznesowych i indywidualnych. W realizacji tego celu wesprze nas dodatkowo projekt platformy edukacyjnej dla uczestników warsztatów.

Wróćmy na chwilę do początków. Jak narodził się pomysł na Coffeedesk?

Wiesz co, to jest historia, która sięga roku 2011. Wraz z Jackiem i Marcinem chcieliśmy stworzyć wspólny biznes, który będzie zgodny z naszymi wartościami i tym, co kochamy robić w życiu. Zawsze zależało nam na tym, by stworzyć miejsce, w którym każdy pracownik, klient czy partner biznesowy będzie się czuł dobrze – relacje, szacunek i życzliwe podejście do drugiego człowieka zawsze były dla nas najważniejsze. A, że do tego kochamy dobre jedzenie i dobrą kawę, to decyzja padła bardzo szybko. Po szybkiej analizie rynku postanowiliśmy, że będziemy sprzedawać kawę! Zaczynaliśmy w garażu pracując po godzinach – początki nie były łatwe, ale wierzyliśmy, że jesteśmy w stanie zawojować rynek! W 2012 narodziła się marka Coffeedesk, powołaliśmy do życia spółkę All Good SA i wszystko nabrało rozpędu. W 2013 zostaliśmy oficjalnym dystrybutorem marek Johan&Nyström i AeroPress, w 2014 rozpoczęliśmy dystrybucję japońskiej marki Hario. Rok później otworzyliśmy już pierwszą kawiarnię w naszym ukochanym Kołobrzegu, a w 2017 kolejną, w Warszawie na ul. Wilczej. Zbudowaliśmy fantastyczny zespół, który razem z nami pracuje na sukces Coffeedesk – i który stale powiększamy!

Co jest według Ciebie największą siłą firmy?

To, co uważamy za naszą ogromną siłę to ludzie, który wierzą w Coffeedesk i od lat od nas kupują oraz ci, którzy wraz z nami ten biznes tworzą, czyli nasi pracownicy. Ten czynnik ludzki jest dla nas bardzo ważny. Z tego naszego przywiązania do ludzi wzięła się jedna z naszych głównych wartości – Supreme Service, czyli wyjątkowa obsługa, wykraczająca poza oczekiwania klientów. Każde realizowane przez nas zamówienie to więcej niż kawa – wysyłamy paczki, które wywołują uśmiech i potrafią zrobić komuś dzień. Nasze podejście doceniają nie tylko klienci, ale także eksperci, którzy wielokrotnie nagrodzili nas za znakomitą obsługę, efektywną komunikację i dynamiczny rozwój biznesu.

Drugim bardzo ważnym elementem jest nasz model sprzedaży omnichannel. To w dużej mierze on odpowiada za to, że nie odczuliśmy skutków pandemii na własnej skórze.

Pozwala nam bowiem na zdywersyfikowanie naszych działań i poszukiwanie zysków w wielu obszarach, dlatego nawet jeśli pojawia się kryzys – jesteśmy w stanie go przetrwać. Co dodatkowo ważne, oba wyżej wymienione elementy skutkują tym, że nigdy nie osiadamy na laurach – połączenie zaangażowanego zespołu z tak wieloma możliwościami rozwoju daje nam ogromną przewagę, bo możemy się stale rozwijać i robimy to w zawrotnym tempie.

Północna Izba Gospodarcza i Agencja Rozwoju Przemysłu będą współpracować

 – Jednym z podstawowych celów jakie stawia przed sobą Agencja Rozwoju Przemysłu SA, jest kompleksowa obsługa klientów z sektora MŚP. Na poziomie lokalnym realizujemy ten cel dzięki działalności Centrów Obsługi Przedsiębiorców, które powołaliśmy do życia w zeszłym roku. Jak dotąd w Polsce funkcjonuje sześć takich centrów – mówi Andrzej Rosiek, dyrektor Agencji Rozwoju Przemysłu w Poznaniu.  – Są to miejsca, w których przedsiębiorcy z różnych regionów mogą zapoznać się z ofertą ARP S.A. dla MŚP, w tym z ofertą pożyczkową, leasingową, a także wsparciem dla działalności eksportowej. Poznański COP, którego jestem dyrektorem, wspiera firmy z trzech województw – wielkopolskiego, zachodniopomorskiego i lubuskiego – dodaje Andrzej Rosiek.

Agencja Rozwoju Przemysłu rozpoczęła współpracę z Północną Izbą Gospodarczą w Szczecinie. Celem jest informowanie zachodniopomorskich przedsiębiorców o możliwości wspierania ich działalności ze środków oferowanych przez ARP. Planowany jest szereg spotkań i webinarów. Nasi przedsiębiorcy mogą także korzystać z indywidualnego poradnictwa, które może poskutkować otrzymaniem cennego wsparcia finansowego.

Jakie wsparcie oferuje ARP przedsiębiorcom?

Współpraca Agencji Rozwoju Przemysłu i Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie otwiera przed przedsiębiorcami możliwość szerokiego dostępu do środków pomocowych oferowanych przedsiębiorcom przez ARP: Nasza oferta pożyczkowa jest bardzo szeroka. Znajdują się w niej pożyczki inwestycyjne, obrotowe w tym w ramach Tarczy Antykryzysowej 2.0, restrukturyzacyjne, na sfinansowanie kontraktów oraz pożyczki zapewniające płynność przedsiębiorcom. Drugi filar COP to oferta leasingowa. ARP S.A. udostępnia przedsiębiorcom specjalistyczne wyposażenie, maszyny i urządzenia, czyli przedmioty, które instytucje bankowe i te z nimi powiązane zaliczają do problematycznych oraz trudnych do uzyskania w leasingu – mówi Andrzej Rosiek, Dyrektor Centrum Obsługi Przedsiębiorców Agencji Rozwoju Przemysłu w Poznaniu.

– ARP SA wspiera wszystkie branże z wyłączeniem rolnictwa i działalności deweloperskiej. Finansujemy firmy z obszaru MŚP, które prowadzą działalność minimum przez 12 miesięcy, prowadzą rachunkowość na zasadach pełnej księgowości, osiągnęły przychody ze sprzedaży za 2019 r. na poziomie min. 4 mln zł. oraz zakończyły ostatni rok dodatnim wynikiem EBITDA i zyskiem netto. Chcemy być blisko naszych klientów, dlatego planujemy aktywne uczestnictwo w lokalnych wydarzeniach i inicjatywach – dodaje dyrektor Rosiek.

Zachodniopomorscy przedsiębiorcy poszkodowani koronawirusem z szansą na ważne wsparcie

Pandemia koronawirusa spowodowała, że działalność Agencji Rozwoju Przemysłu jest jeszcze mocniej nakierowana na wspieranie przedsiębiorców: – Wiemy, jak istotne jest utrzymanie płynności finansowej firm oraz dbanie o kadrę pracowniczą, dlatego udostępniliśmy dwie nowe pożyczki – na sfinansowanie deficytu w kapitale obrotowym i na sfinansowanie wypłaty wynagrodzeń dla pracowników. Dodatkowo wiedząc, że jedną z branż najbardziej dotkniętą tą trudną sytuacją jest branża transportowa, utworzyliśmy razem z ARP Leasing specjalnie dedykowany dla tej grupy klientów mowy Leasing operacyjny przeznaczony na refinansowanie posiadanych leasingów w komercyjnych spółkach i towarzystwach leasingowych. Wdrożyliśmy nowy system pozwalający na szybkie, proste          i bezpieczne składanie wniosków drogą internetową – mówi Andrzej Rosiek.

Pod adresem www.arp-tarcza.pl działa Portal Klienta, w którym znajdują się wszystkie niezbędne informacje na temat produktów oferowanych  w ramach Tarczy Antykryzysowej. Proces składania wniosku odbywa się z wykorzystaniem Profilu Zaufanego do uwierzytelnienia oraz elektronicznego podpisywania wniosku.

Prezes Tarczyński: „Każdą formę wsparcia należy docenić”

Współpraca pomiędzy Agencją Rozwoju Przemysłu, a Północną Izbą Gospodarczą to świetna informacja dla zachodniopomorskich przedsiębiorców: – Jesteśmy świadomi bardzo trudnej sytuacji w jakiej znalazło się wiele firm w naszym regionie. Każdą formę wsparcia – zarówno finansową jak i merytoryczną należy docenić. Działalność Agencji Rozwoju Przemysłu w czasie pandemii jest bardzo widoczna, a oferowane przez nią wsparcie bardzo atrakcyjne. Będziemy gorąco zachęcać przedsiębiorców do aktywnego korzystania z instrumentów jakie oferuje ARP SA – mówi Jarosław Tarczyński, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

– Bardzo liczymy na współpracę i wspólną realizację wielu ciekawych przedsięwzięć z tak ważną w kraju instytucją wspierającą przedsiębiorców. Ponadto dzięki współpracy firmy zrzeszone w Izbie będą miały szybki dostęp do rzetelnych informacji o rządowych instrumentach wsparcia w ramach grupy PFR, w ramach której działa ARP SA. Należy również przypomnieć, że od kilku miesięcy członkiem Izby jest inny podmiot z grupy, czyli Bank Gospodarstwa Krajowego SA – dodaje dr Piotr Wolny, dyrektor Biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Za ubezpieczenie mieszkania łatwo dwukrotnie przepłacić…

  • Ceny ubezpieczeń tego samego mieszkania różnią się w zależności od ubezpieczyciela nawet o kilkaset złotych – oszacowała multiagencja Superpolisa Ubezpieczenia.
  • W Warszawie cena najdroższego ubezpieczenia dla przykładowej nieruchomości jest o 94% wyższa w porównaniu z najtańszą polisą, a w Gdańsku różnica wynosi aż 134%.
  • Od wysokości składki ważniejszy jest zakres ochrony mieszkania, ale dane pokazują, że nawet identyczne polisy można kupić w skrajnie różnych cenach.

Raport przygotowany przez multiagencję Superpolisa Ubezpieczenia zawiera porównanie ofert kilkunastu ubezpieczycieli. Zestawienie pokazuje, ile kosztuje ubezpieczenie przykładowej nieruchomości: mieszkania wybudowanego w 2015 r., które znajduje się na kondygnacji pośredniej, posiada podstawowe zabezpieczenia antywłamaniowe – jego wartość to 300 tys. zł, a znajdujących się w nim tzw. ruchomości domowych 30 tys. zł. Wyceniana polisa obejmuje ryzyko pożaru i innych zdarzeń losowych, kradzież z włamaniem, OC w życiu prywatnym, dewastację, przepięcia i podstawowy wariant assistance.

Sprawdziliśmy ceny ubezpieczeń maksymalnie zbliżonych do siebie pod względem zakresu ochrony. Ustaliliśmy, że identyczne polisy mogą znacząco różnić się od siebie składką w zależności od ubezpieczyciela. Trzeba podkreślić, że to trend charakterystyczny nie tylko dla tej konkretnej, ale dla wszystkich bez wyjątku nieruchomości. Oznacza to, że właściciele mieszkań taką samą ochronę kupią zarówno tanio, jak i drogo. Nie przepłacą, jeśli przed zakupem zestawią ze sobą oferty różnych zakładów ubezpieczeń – tłumaczy Jakub Nowiński, członek zarządu w multiagencji Superpolisa Ubezpieczenia.

Najdroższe polisy o ponad 100% droższe od najtańszych

Kalkulacje cen przeprowadzono w kilku wybranych miastach wojewódzkich. W każdym przypadku powtarza się ten sam schemat – najtańsze i najdroższe ubezpieczenia, porównywalne pod względem zakresu ochrony, bardzo wyraźnie różnią się cenami.

W Warszawie najtańsza polisa kosztuje 288 zł, a najdroższa 560 zł – to 272 zł różnicy i wzrost ceny o 94%. Rozpiętości potrafią być jeszcze większe. Przykładem Gdańsk, w którym właściciel nie ubezpieczy mieszkania z przykładu poniżej 284 zł. Na drugim końcu cenowej stawki czeka na niego oferta za 675 zł, czyli o 391 zł i 137% droższa. Różnicę ponad 100% pomiędzy najtańszą a najniższą składką widać również we Wrocławiu i Krakowie.

CENY UBEZPIECZEŃ MIESZKAŃ W WYBRANYCH MIASTACH
Nieruchomość:
· mieszkanie własnościowe,
· rok budowy 2015,
· kondygnacja pośrednia,
· sprawny domofon,
· atestowany zamek w drzwiach,
· drzwi antywłamaniowe,
· liczba domowników: 2.
Ubezpieczenie:
· ryzyko pożaru i zdarzeń losowych: mury do 300 tys. zł oraz mienie ruchome do 30 tys. zł,
· kradzież z włamaniem: mienie ruchome do 30 tys. zł
· OC w życiu prywatnym do 100 tys. zł,
· dewastacja i wandalizm do 10 tys. zł,
· przepięcia do 10 tys. zł,
· assistance: wariant podstawowy.
Miasto Najniższa Najwyższa Wzrost najniższa vs. najwyższa cena
Warszawa 288 zł 560 zł 272 zł (+94%)
Gdańsk 284 zł 675 zł 391 zł (+137%)
Wrocław 295 zł 659 zł 364 zł (+123%)
Kraków 282 zł 601 zł 319 zł (+113%)
Lublin 282 zł 547 zł 265 zł (+94%)
Białystok 278 zł 547 zł 269 zł (+97%)
dane: Superpolisa Ubezpieczenia

 

Zakres ochrony ma pierwszeństwo przed ceną

Kalkulacje pokazują, że wyższa składka nie zawsze jest uzasadniona szerszym zakresem ochrony. Czasem wynika po prostu z polityki cenowej firmy. Nie należy jednak z góry odrzucać droższego ubezpieczenia. Kluczowe jest zawsze poznanie elementów, z których składa się ochrona.

Oszczędności należy szukać tylko w obrębie tych polis, które spełniają nasze wymagania. W pierwszej kolejności trzeba więc zwracać uwagę na zakres ochrony, a dopiero potem na cenę. Ona ma olbrzymie znaczenie, ale najważniejsze to zadbać, aby wypłacone odszkodowanie pozwoliło na przywrócenie stanu nieruchomości sprzed szkody – mówi Jakub Nowiński.

Planując ubezpieczenie trzeba przede wszystkim skoncentrować się na ustaleniu realnych zagrożeń, na jakie narażona jest nasza nieruchomość. Każda polisa powinna obejmować zwłaszcza ryzyko pożaru, a w miarę potrzeb także np. powodzi. Warto rozważyć ubezpieczenia dodatkowe w rodzaju assistance (wsparcie hydraulika, ślusarza, lekarza) czy OC w życiu prywatnym (wsparcie finansowe za szkody wyrządzone na mieniu osób trzecich). Istotne przy wyborze ubezpieczenia jest precyzyjne określenie sumy ubezpieczenia samej nieruchomości oraz znajdujących się w niej przedmiotów. Suma nie powinna być niższa od rzeczywistej wartości mienia.

Monitoring pojazdów: zawsze wiesz, gdzie jest Twój pracownik!

Zarządzanie flotą samochodową wymaga umiejętności. Warto wesprzeć się profesjonalnym narzędziem! Wiedziałeś, że istnieje monitoring pojazdów oraz kierowców, dzięki któremu wiesz, gdzie jest i jak jeździ Twój pracownik? Firma Lincor przygotowała dla Ciebie kilka interesujących faktów na temat lokalizatorów GPS!

Gotowy na wyższy poziom zarządzania?

Monitoring pojazdów i kierowców: zarządzaj flotą z Lincor

Nowoczesne systemy do telemetrii to narzędzia, którymi powinien zainteresować się każdy, kto zarządza flotą samochodową. Nieważne, o jakim biznesie mówimy: wszędzie przyda Ci się profesjonalny monitoring pojazdów oraz monitoring kierowców. Zarówno w przypadku aut osobowych, jak i ciężarowych, czy maszyn pracujących w terenie.

Firma Lincor od ponad 25 lat dostarcza innowacyjne metody monitorowania GPS. Na przestrzeni lat wypracowaliśmy wiele praktycznych i autorskich narzędzi. Należą do nich m.in.:

  • System TruckOnline – oprogramowanie do monitoringu i zarządzania flotą.
  • System Carsharing – urządzenie telemetryczne z platformą software i aplikacją mobilną.
  • Aplikacja TruckOnline MoneyCare – system GPS.

Co się jednak kryje za tymi tajemniczo brzmiącymi nazwami?

Lokalizator GPS

To jedno z najprostszych, a zarazem najskuteczniejszych rozwiązań. Lokalizator GPS EasyGO wymaga zaledwie wyjęcie urządzenia z opakowania i wpięcia go w złącze OBD. Następnie wystarczy skorzystać z naszej aplikacji i gotowe! Lokalizator GPS EasyGO specjalnie dla Ciebie zmierzy:

  • Dokładną pozycję pojazdu.
  • Prędkość, stan licznika i obroty silnika.
  • Poziom paliwa i dane akcelerometru 3D.

Co więcej, lokalizator GPS gwarantuje bezpieczeństwo kierowcom. Za jego pomocą z łatwością wykryjesz nawet wypadek lub kolizję! Nie chodzi bowiem tylko o kontrolę, ale i o spokojną jazdę dla Twojego pracownika.

Monitoring GPS: oferta na miarę Twoich potrzeb

Lincor zna Twoje potrzeby. Od 25 lat skrupulatnie budujemy ofertę, przeznaczoną do potrzeb każdego klienta. W ten sposób posiadamy lokalizatory GPS możliwe do zainstalowania osobiście, jak i te instalowane wyłącznie przez specjalistów. Oferta dotyczy nie tylko monitoringu pojazdów i kierowców dla zarządzających dużą flotą. Nasze rozwiązania sprawdzą się również dla klientów prywatnych, dbających o bezpieczeństwo swoich dzieci i bliskich.

Lokalizatory GPS od Lincor różnią się:

  • Sposobem instalacji,
  • Ceną.
  • Ilością danych, pozyskiwanych z pojazdu.
  • Demontażem.
  • Ilością posiadanych funkcji.

W przypadku trudności oszacowania kosztów, możesz skorzystać z przygotowanego dla Ciebie kalkulatora, w którym wyliczysz, ile będzie Cię kosztował profesjonalny monitoring pojazdów i monitoring kierowców.

A skoro o nim mowa…

Rywalizacja kierowców o najlepsze miejsce we flocie. Kto jeździ lepiej?!

Dostawcy systemu monitorowania GPS prześcigają się w tworzeniu nowych funkcji, zachęcających do bezpieczniejszej i lepszej jazdy. Jednym z najnowszych rozwiązań jest zastosowanie elementów grywalizacji w postaci rankingu kierowców.

Rywalizacja kierowców o najlepsze miejsce we flocie przebiega na zasadzie jasno określonych kryteriów. Pod uwagę są brane między innymi takie zachowania jak:

  • Obciążenie silnika.
  • Poziom nacisku na pedał gazu.
  • Stan pedału hamulca.
  • Prędkość.
  • Obroty silnika.
  • Stan licznika.
  • Tempomat.

Każdy kierowca jest „badany” na podstawie powyższych wytycznych. Im lepsze wyniki on osiąga, tym wyżej w zestawieniu kierowców się znajduje. W ten sposób zyskujesz zmotywowanych pracowników, a kierowcy otrzymują szansę na pokazanie się w strukturach firmy. Rywalizacja kierowców to sposób na efektywniejsze eksploatowanie floty samochodowej i rozwój dla całego zespołu.

Monitoring kierowców: obserwuj jak zawodowiec

Lincor to firma o światowej renomie. Już teraz możesz skorzystać z naszych usług. Tylko do Ciebie należy decyzja. Chcesz zarządzać flotą samochodową jak zawodowiec? Czy nadal masz zamiar się frustrować na wadliwy system i niesumiennych pracowników? Monitoring kierowców to sposób na doskonały biznes, prowadzony w miłej atmosferze. Przekonaj się o jego zaletach na własnej skórze!

Z rynków wyparowuje wcześniejszy entuzjazm, wraca strach

Weekend przyniósł kilka raportów podnoszących ryzyko wystąpienia drugiej fali zachorowań na COVID-19 z główną uwagą na wzrost przypadków w USA i Chinach. Z rynków wyparowuje wcześniejszy entuzjazm, a wychodzi lekkomyślność rajdu ryzykownych aktywów. Teraz musi dojść do rewaluacji ryzyk, ale powrót do pułapu startowego ostatniej fali wzrostowej jest mało prawdopodobny.

Strach przed wystąpieniem drugiej fali zachorowań i związanych z tym konsekwencjami ekonomicznymi jest duży, ale nie na tyle, aby zaprzepaścić wszystko, co stało za trwającym od połowy maja rajdem ryzykownych aktywów. Nowe ogniska zachorowań nie zaczęły nagle się pojawiać od tego weekendu. Wystarczy nadmienić sytuację na Śląsku. Co innego, że wzrost zachorowań w USA czy Chinach skupia większą uwagę mediów, szczególnie zamknięcie targu warzyw i owoców w Pekinie przywołuje porównania do Wuhan. Największe obawy dotyczą powrotu lockdownu i nieodwracalnych szkód gospodarczych. Ale Pekin zamierza opanować sytuację w zarodku (lockdown dzielnic powiązanych z targiem), a w USA, jeśli wierzyć słowom sekretarza skarbu Mnuchina, do kolejnego ogólnokrajowego lockdownu nie dojdzie. Dlaczego zatem reakcja rynków jest tak ostra? Rynki zapędziły się za bardzo i w zbyt szybkim tempie, kompletnie nie zważając na czynniki ryzyka. Przy zakupach w stylu „jakby jutra miało nie być” nie potrzeba dużo, by wywołać spiralę wyprzedaży. A najbardziej chwytliwe tematy, jak druga wala zachorowań, przemawiają do najszerszej grupy inwestorów, skutkując masowym zamykaniem długich pozycji.

Jeśli teraz inwestorzy zaczną uważniej przyglądać się ryzykom, perspektywy odbicia globalnej gospodarki przestaną być tak optymistyczne, ale wciąż będzie lepiej. Do kolejnego całkowitego paraliżu gospodarek nie dojdzie (rządu się na to nie odważą, obawiając się kosztów ekonomicznych), służby medyczne są lepiej przygotowane, a rynki mają już uruchomione wsparcie ze strony banków centralnych. Co może się zmienić, to świadomość co do dwustronnego charakteru zmian cen aktywów, skutkując wyższą zmiennością przy większej wrażliwości na pozytywne i negatywne informacje. W krótkim terminie szukanie dna dla korekty może być bolesnym etapem dla wszystkich tych, którzy na hossę załapali się najpóźniej.

Kontrakt futures na S&P500 traci dziś w podobnym stylu, co indeksy w Europie, w rezultacie jest mało realne, aby dziś nastroje miałyby się cudownie poprawić. Dla FX oznacza to nie tyle ucieczkę w USD, co redukowanie krótkich pozycji w dolarze, które narosły podczas rajdu ryzykownych aktywów. Nie sądzę, aby rynek teraz przywiązywał uwagę do tego, co jest bezpieczną przystanią, a co nie – prędzej inwestorzy chcą ratować zyski, gdzie jeszcze mogą. Najsilniejsze przeceny AUD i NOK dotyczą walut, które wcześniej zyskały najwięcej.

Złoty dziś rano nie odczuwa nasilenia presji wyprzedaży i wygląda na to, że główne uderzenie przewinęło się przez rynek PLN w świąteczny czwartek. Na EUR/PLN 4,48 okazało się wstępnym celem dla taktycznej sprzedaży złotego, ale przy powiewie pesymizmu z rynków zewnętrznych pozostaje ryzyko podciągnięcia kursu bliżej psychologicznego poziomu 4,50. Pod tym „sufitem” spodziewałbym się ustanowienia nowego przedziału wahań dla EUR/PLN z dolną bandą w okolicach 4,43.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Koronawirus boleśnie uderza w rynek lotniczy

Ponad połowa Polaków, którzy w ciągu ostatnich 12 miesięcy latali samolotem, już odwołała, przełożyła lub zamierza odstąpić od zaplanowanej wcześniej podróży lotniczej – wynika z badania Instytutu Badań Rynkowych i Społecznych IBRIS na zlecenie Portu Lotniczego Lublin. Prawie co piąty ankietowany w ogóle zrezygnuje z latania samolotami, zaś blisko połowa z podróżujących obawia się zakażenia koronawirusem. Eksperci Portu Lotniczego Lubin zwracają uwagę na to, że niepewność co do skali kryzysu jeszcze bardziej destabilizuje sytuację na rynku.

Polską branżę lotniczą czeka wstrząs. Nasza mobilność w najbliższych 12 miesiącach spadnie dramatycznie. Nic dziwnego, światowy kryzys gospodarczy, który nie ominie także Polski, oznaczać będzie miliony bezrobotnych, pozbawiając ludzi środków na podróżowanie. Z kolei firmy, które zdołają się utrzymać na rynku, z całą pewnością będą redukować swoje koszty, stawiając na prace zdalną i ograniczanie wyjazdów służbowych – mówi Krzysztof Wójtowicz, Prezes Portu Lotniczego Lublin.

Polacy masowo odwołują planowane wcześniej loty

Aż 45% Polaków deklaruje, że już musiało przełożyć albo odwołać swój lot. Najczęściej odpowiadali tak ankietowani w przedziale wiekowym 40-49 lat (63%). Kolejnych 10% badanych planuje rezygnację z zaplanowanego lotu. Zaledwie 15% respondentów nie zamierza odwoływać swojej podróży. Najczęściej odpowiadały tak osoby w przedziale wiekowym 50-69 lat (23%) oraz co czwarty mieszkaniec średnich miast o populacji 50-250 tyś. 27% latających samolotem w ogóle nie planowało podróży lotniczej w tym roku.

Prawie co piąty ankietowany w ogóle zrezygnuje z podróżowania samolotem. W tej grupie dominują seniorzy w wieku 70+ (33%). Siedmiu na dziesięciu respondentów nie zamierza porzucać latania – to głównie osoby w wieku 30-39 lat (78%) oraz mieszkańcy miast o populacji 250-500 tyś. (93%).

Boimy się wirusa i zamkniętych granic

Niemal co drugi ankietowany (45%) pytany o bariery związane z lataniem w dobie pandemii wskazuje obawę przed zakażeniem się koronawirusem. Zachorowania boją się częściej kobiety (51%) niż mężczyźni (35%) oraz osoby w wieku 40-49 lat (55%), u których obawa ta występuje znacznie częściej niż u seniorów 70+ (25%). 38% respondentów niepokoi się zamknięciem granic i infrastruktury turystycznej oraz ewentualnym brakiem możliwości powrotu z zagranicy. Marek Serafin – ekspert rynku lotniczego z pasazer.com ocenia, że rynkiem rządzą teraz emocje pasażerów i niepewność co do rozmiarów kryzysu. – Ten stan niepewności, z którym mamy do czynienia, jest czynnikiem dodatkowo destabilizujących sytuację na rynku lotniczym. Trudno w takim momencie o rzetelne prognozy, bez których żadna branża nie jest w stanie budować strategii działania – podsumowuje Marek Serafin.

Linie lotnicze chcą mniejszych restrykcji w samolotach

Sytuacja branży lotniczej w naszym kraju – biorąc pod uwagę dzisiejsze statystyki – odpowiada kryzysowi w sektorze światowym. Większość krajów, w tym również Polska, zamknęło swoje granice. Ruch lotniczy zmniejszył się więc aż o 80 proc. Wszystkie analizy pokazują, że jego odbudowa potrwa nie krócej niż 2-3 lata. Będzie to następowało stopniowo – zaczynając od połączeń krajowych, przez regionalne, aż obejmie także loty międzykontynentalne. Dzisiaj jednak największym znakiem zapytania jest otwarcie granic. Bardzo wiele zależy od sytuacji w poszczególnych regionach i państwach. Loty z Unii Europejskiej blokują Stany Zjednoczone, które dla Polski są dużym i ważnym rynkiem. Tymczasem Polskie Linie Lotnicze LOT oczekują na wsparcie ze strony rządu. Dotychczas, przez długi okres, radziły sobie bez pomocy państwowej. Obecnie trwa jeszcze dyskusja w jakiej formie zostanie ona przekazana – być może będzie to gotówka, kredyty z banków państwowych, czy też inny wariant. Nie można na razie wykluczyć żadnego scenariusza.

– Nie wiadomo też jak będzie to wyglądało między, chociażby, naszymi sąsiednimi krajami – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, prezes zespołu doradców gospodarczych TOR. – Dziś LOT realizuje już połączenia krajowe, które z założenia były deficytowe, chyba że dotyczyły pasażerów tranzytowych. Obecnie opcja ta odpadła, dlatego linie lotnicze muszą dopłacać do wykonywania operacji. To rodzi pytanie o słuszność i przesłanki do podjęcia decyzji o zakazie zajmowania wszystkich miejsc w samolocie. Wprowadzono przecież możliwość korzystania ze wszystkich miejsc siedzących w pociągach. Nie stanowi to problemu, dopóki obłożenie nie jest pełne – nawet po uwzględnieniu limitów. Sytuacja zmieni się jednak po wznowieniu lotów zagranicznych. Utrzymanie 50-procentowego rygoru dostępnych miejsc jest niemożliwe. Wtedy rejs jest nieopłacalny. Zwrot kosztów lotu wymaga obłożenia na poziomie 77 proc., a nawet 80 proc. w przypadku lotów kontynentalnych. Takie restrykcje nie są spotykane w innych miejscach na świecie. Decyzja ta budzi jeszcze więcej wątpliwości – biorąc pod uwagę warunki panujące w samolotach. Powietrze jest tam stale filtrowane, a zarazki zabijane. Lotnictwo z takimi ograniczeniami nie może funkcjonować, a linie obecne w Polsce poza LOT-em zrezygnują z uruchamiania komunikacji, jeśli takie warunki zostaną utrzymane dłużej. Przynosiłaby wtedy zbyt duże straty – wskazał Furgalski.

Wakacje 2020 – więcej niepewności niż planów

Wielu Polaków wciąż nie potrafi odpowiedzieć sobie na pytanie, jak będą wyglądać tegoroczne wakacje. Niezdecydowanych, co robić jest więcej – 39 proc. niż tych, którzy planują letni wypoczynek – 34 proc. Przybyło też chętnych, by tym razem zostać w domu. Wszystko przez koronawirusa, który mocno zachwiał naszym poczuciem bezpieczeństwa i finansami – wynika  z badania przeprowadzonego na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor.

Czy jesteśmy skazani na siedzenie w domu, a jeśli już będziemy mogli wyjechać, to jakie formy wypoczynku są bezpieczne w dobie pandemii koronawirusa? Nad tym jak będą wyglądać tegoroczne wakacje zastanawia się wiele osób. Najczęstszy pomysł to wyjazd z dala od większych skupisk ludzi, w gronie najbliższych domowników. Będzie bardziej swojsko, rodzinnie, bez ekstrawagancji i dalekich podróży – te wakacje będą inne, co wcale nie oznacza, że gorsze.

Wakacje 2020
Źródło: Badanie Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Taka formuła może też pomóc ograniczyć urlopowe wydatki, a nie ma się co dziwić, że Polacy mocno zastanawiają się, czy w tym roku będzie ich stać na wypoczynek. – Z naszych badań wynika, że co trzeci pytany z powodu koronawirusa stracił część swoich zarobków, a co dwudziesty został całkowicie pozbawiony dochodów. Dlatego do wszelkich wydatków podchodzimy bardziej roztropnie. Jeśli nie mamy oszczędności, a nasze bieżące dochody są niewystarczające, szukamy innych rozwiązań. Te należy również poważnie przemyśleć i nie sięgać pochopnie po kolejne kredyty i pożyczki – wskazuje Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – W kryzys wkraczamy bowiem w nie najlepszej sytuacji. W pierwszym kwartale nasze przeterminowane zadłużenie zwiększyło się o 2 mld zł, a w kwietniu o kolejne 0,75 mld zł – do 80,5 mld zł. Są to długi związane np. z niepłaceniem rat kredytów, rachunków czy czynszów. Nieopłacone w terminie zobowiązania ma już ponad 2,83 mln Polaków. Średnio na osobę przypada  28,2 tys. zł długu – dodaje.

Patrząc przez pryzmat branży, ten rok będzie stał pod hasłem wspierania polskiej turystyki, bo zdecydowana większość tych, którzy już podjęli decyzję w sprawie wyjazdu, planuje spędzić urlop w Polsce. Jak wynika z badania Quality Watch zrealizowanego na zlecenie BIG InfoMonitor, spośród 34 proc. planujących dłuższy letni wypoczynek, 26 proc. chce odpoczywać w kraju, a jedynie 8 proc. za granicą. Polscy usługodawcy mają więc szansę, aby zacząć odrabiać zaległości, które spowodowały ograniczenia w czasie wiosennych długich weekendów. Tym bardziej, że tradycyjnie już zdecydowana większość badanych (67 proc.) swój urlop planuje spędzić właśnie w okresie wakacyjnym, w lipcu lub w sierpniu.

Oszczędności i bieżące dochody głównymi źródłami finansowania urlopu

Okres wakacyjny dla wielu z nas często oznaczał dotychczas poluzowanie dyscypliny domowych budżetów. Choć warunki się zmieniły i mamy na uwadze finansowe konsekwencje koronawirusa, to ponad połowa osób, które już wiedzą, że wyjadą w tym roku (59 proc.), nie zamierza oszczędzać podczas wypoczynku, a kolejne 8 proc. wyda więcej niż zwykle, aby zrekompensować sobie czas domowej kwarantanny. Co trzeci badany wskazuje jednak, że będzie musiał na urlopie żyć oszczędnie i zrezygnuje z dodatkowych atrakcji.

Oszczędności i bieżące dochody głównymi źródłami finansowania urlopu
Źródło: Badanie Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Wydatki wakacyjne będą się dla większości wiązały z wykorzystaniem oszczędności. Co drugi Polak (53 proc.) to z nich sfinansuje wyjazd. 43 proc. pytanych przeznaczy na ten cel bieżące dochody, a 12 proc. deklaruje, że dorobi specjalnie na wakacje – częściej są to osoby młode 18-24 lata (24 proc. vs 10 proc. 25-34 lata). Co dwunasty badany liczy na zapowiedzianą w kwietniu pomoc ze strony rządu. Ostatecznie, jak poinformował prezydent, dofinansowany zostanie wypoczynek dzieci. Elektroniczne bony, z których można będzie dokonać wypłaty tylko na cele turystyczne mają mieć wartość 500 zł. Termin ich realizacji upływnie z końcem 2021 r.  Dostanie je każde dziecko, niezależnie od dochodów rodziny. O zapożyczeniu się na wyjazd, czy to u rodziny, czy w banku lub firmie pożyczkowej mówią nieliczni.

Wydatki wakacyjne
Źródło: Badanie Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Co czwarty Polak zostanie w domu, a niemal co drugi jeszcze się zastanawia

Koronawirus sprawił, że obok wyjątkowo dużej rzeszy niezdecydowanych, co robić, wyjeżdżać czy też nie, a jeśli tak, to dokąd, zwiększyła się również grupa, która w tym roku nie ruszy się z domu. Podczas gdy nigdy na dłuższe wakacje według nie jeździ 22 proc. badanych, tym razem nie wybiera się wypoczywać 27 proc. Główny powód to oszczędności, które wymieniane są na pierwszym miejscu. Druga z przyczyn to strach przed zarażeniem – częściej wskazywana przez osoby w wieku 55-65 lat (33 proc. vs 19 proc. osoby 65+ i 22 proc. osoby 45-54 lata). Nieliczni wolą też nie wypoczywać wcale w sytuacji, gdy nie ma większych szans na wyjazd w wymarzone miejsce zagranicą. Są też osoby, którym czas lockdownu odebrał urlop.

Co czwarty Polak zostanie w domu, a niemal co drugi jeszcze się zastanawia
Źródło: Badanie Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Jak wynika z badania, aż 39 proc. osób nadal nie może się określić co do własnych planów urlopowych. Niezdecydowanie to w równym stopniu (po 36 proc.) jest motywowane obawami, że na wyjeździe trudniej będzie zadbać o higienę i bezpieczeństwo związane z koronawirusem oraz niepewną sytuacją finansową rodziny. Ponad jedna czwarta pytanych czeka na rozstrzygnięcia odnośnie możliwości wyjazdów zagranicznych, a co dwunasty nie rozpoczął jeszcze rozmów na ten temat z rodziną.

plany urlopowe 2020
Źródło: Badanie Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Badanie przeprowadzone prze Quality Watch, metodą CAWI na panelu internetowym na próbie 1076 osób, 15-18 maja 2020.

Eksport żywności z Polski spadnie w II kwartale o 20–30 proc. W drugiej połowie roku znowu zacznie rosnąć

W tym roku wartość eksportu polskiej żywności wyniesie 28,9 mld euro, co oznacza spadek o 8 proc. w ujęciu rocznym – prognozują analitycy SpotData w raporcie przygotowanym na zlecenie Santander Bank Polska. Widoczne od marca osłabienie popytu na rynkach zagranicznych uderzyło głównie w eksport mięsa wołowego, drobiowego i wieprzowego oraz przemysł mleczarski. W III lub IV kwartale 2021 roku eksport polskiej żywności wróci jednak do poziomu sprzed kryzysu, czemu sprzyjać będzie konkurencyjność cenowa i jakościowa polskich artykułów rolno-spożywczych. W długiej perspektywie polskie firmy mogą nawet umocnić pozycję na zagranicznych rynkach.

Przez wiele lat przyzwyczailiśmy się do ciągłych wzrostów eksportu polskiej żywności. Od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej tylko raz, w 2009 roku, odnotowaliśmy spadek w relacji rocznej i był on niewielki, bo zaledwie 2-proc. W ciągu tych kilkunastu lat eksport polskiej żywności zwiększył się aż sześciokrotnie – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Rykaczewski, analityk sektora rolno-spożywczego Santander Bank Polska.

Również początek tego roku był pod tym względem bardzo dobry: w pierwszych dwóch miesiącach wartość eksportu polskiej żywności była o 8 proc. wyższa w relacji rocznej. Sytuację zmieniła jednak pandemia koronawirusa, ponieważ w marcu i kwietniu nastąpił duży spadek sprzedaży eksportowej.

Wszystko wskazuje na to, że w II kwartale wartość eksportu w relacji rocznej może być niższa o 20–30 proc. – wskazuje Grzegorz Rykaczewski.

Gwałtowne osłabienie popytu eksportowego jest wynikiem załamania gospodarki w krajach, które są dla Polski największymi partnerami handlowymi. To efekt administracyjnego zablokowania kanałów sprzedaży w związku z pandemią. W tej chwili poszczególne kraje Unii Europejskiej stopniowo znów je uruchamiają i odmrażają swoje gospodarki. Mimo to skutki pandemii mogą być odczuwalne jeszcze przez dłuższy czas – wskazują analitycy w raporcie „Szok. I co dalej? Ścieżki eksportu żywności z Polski w czasie recesji wywołanej epidemią COVID-19”, przygotowanym na zlecenie Santander Bank Polska przez SpotData.

Otoczenie międzynarodowe dla eksportu jest obecnie dosyć trudne. Mówimy o spowolnieniu, a nawet o recesji gospodarczej zarówno w Unii Europejskiej, jak i na świecie. To wszystko będzie przekładać się na sprzedaż eksportową, w tym eksport żywności, i będzie mieć wpływ zarówno na jej wolumen, jak i na wartość – mówi analityk Santander Bank Polska.

Widoczne od marca osłabienie popytu na rynkach zagranicznych, spowodowane m.in. przez zamrożenie branży gastronomicznej, uderzyło głównie w eksport mięsa wołowego i drobiowego, a po części także w przemysł mleczarski. W wyniku zmian na światowych rynkach ucierpiała również sprzedaż wieprzowiny. Co istotne, w ubiegłym roku te cztery podsektory krajowej branży spożywczej odpowiadały za prawie 25 proc. całego eksportu żywności.

Odczuły to wszystkie sektory, które produkowały towar wykorzystywany bezpośrednio przez branżę HoReCa. W mniejszym stopniu natomiast dotknięte zostały zakłady produkujące towary przetworzone, które w tej formie trafiały bezpośrednio do sprzedaży detalicznej w innych krajach. Sektorem, który bardzo dobrze poradził sobie w tej sytuacji, okazał się sektor zbóż, notując w I kwartale br. rekordowe wyniki eksportu – wskazuje Grzegorz Rykaczewski.

Oprócz producentów wyrobów mącznych na skutki pandemii najmniej narażeni są także producenci przetworów z mięsa oraz wyrobów z czekolady.

Analitycy prognozują, że w sumie eksport polskiej żywności spadnie w tym roku o 8 proc. do wartości ok. 28,9 mld euro. Do poziomu sprzed kryzysu wróci natomiast w III lub IV kwartale 2021 roku.

Naszym zdaniem eksport żywności w kolejnych kwartałach będzie się odbudowywał, jednak będzie to proces stopniowy – wskazuje ekspert. – Pamiętajmy, że, po pierwsze, spodziewany w tym roku 8-proc. spadek wartości eksportu – choć wydaje się wysoki –  oznacza powrót do poziomu z lat 2018–2019. Wciąż mówimy więc o utrzymaniu wysokiego poziomu. Po drugie, żywność jest dość odporna na wahania koniunktury gospodarczej na świecie. Dane historyczne pokazują, że spadek PKB o 1 proc. obniża łączny eksport z Polski o około 2,5 pkt proc. W przypadku żywności natomiast ten spadek jest jeszcze niższy i wynosi ok. 1,4 pkt proc. Dzięki temu polskie artykuły rolno-spożywcze mogą się obronić w tej trudniejszej sytuacji.

Światowa Organizacja Handlu prognozuje w tym roku spadek aktywności handlowej na świecie rzędu 15–35 proc., co oznacza, że eksport polskiej żywności ucierpi mniej niż cały handel międzynarodowy. Jego odbudowie powinna sprzyjać konkurencyjność cenowa i jakościowa polskich artykułów rolno-spożywczych. Z kolei głównym czynnikiem ryzyka cały czas pozostaje sytuacja epidemiologiczna. Jeśli będzie się poprawiać, warunki do wzrostu eksportu będą dobre. W przypadku drugiej fali pandemii sprzedaż żywności z Polski znów napotka poważne problemy.

Co jednak istotne, państwa w Europie i na świecie mają już dziś większe doświadczenia w walce z pandemią. Istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że będą lepiej przygotowane do drugiej fali i nawet jeśli ona wystąpi, to nie spowoduje zamrożenia gospodarek – ocenia Grzegorz Rykaczewski.

Analitycy wskazują, że w warunkach cięcia kosztów przez zachodnich producentów firmy z Polski mają wręcz możliwość awansowania w łańcuchach dostaw. Są konkurencyjne cenowo i  jakościowo, co działa na ich korzyść w czasach, gdy duże koncerny szukają oszczędności. Co istotne, mają już także doświadczenie funkcjonowania w szybko zmieniającej się rzeczywistości na rynkach zagranicznych i – jak pokazała ostatnia dekada – kryzysy mogą w dłuższym okresie wychodzić im na dobre.

– Dochody konsumentów w krajach Europy Zachodniej i Środkowej będą kolejnym ważnym czynnikiem wpływającym na sprzedaż artykułów spożywczych w krótkim terminie. Spadek dochodów konsumentów w UE z pewnością odbije się w jakimś stopniu na popycie na polską żywność, ale będzie to raczej czynnik krótkoterminowy. Jednak długofalowo może on wspierać sprzedaż, ponieważ europejski konsument – pod presją niższych dochodów, a wyższych wydatków – będzie szukać towarów tańszych, ale wysokiej jakości. Polskie artykuły spożywcze świetnie wpisują się w te oczekiwania – mówi ekspert Santander Bank Polska.

Analitycy wskazują, że w długiej perspektywie istotne ryzyko dla eksportu żywności z Polski mogą też stwarzać tendencje protekcjonistyczne pojawiające się w niektórych krajach rozwiniętych. Część polityków zapowiada już w tej chwili zmniejszenie roli importu w dostawach żywności.

Pandemia spowodowała, że w wielu krajach Unii Europejskiej głośna stała się narracja dotycząca przeniesienia części produkcji na rynek lokalny. Mówimy też o produkcji żywności. Tymczasem Polska jest ważnym dostawcą żywności na rynek UE, która jest naszym największym rynkiem zbytu – wskazuje Grzegorz Rykaczewski.

Analityk Santander Bank Polska podkreśla też, że w tym roku można spodziewać się zmiany struktury eksportu polskiej żywności. Polskie firmy będą raczej szukały rynków zbytu tam, gdzie zamrożenie gospodarki trwało najkrócej, a negatywny wpływ społeczny pandemii był najmniejszy. Dlatego eksport do krajów takich jak Włochy, Hiszpania czy Wielka Brytania może chwilowo spaść.

– Wzrost może nastąpić z kolei w naszym rejonie Europy Środkowej, w tym również w Niemczech – mówi.

Wyzwania stojące przed branżą spożywczą, ze szczególnym uwzględnieniem kwestii eksportu, będą głównym tematem bezpłatnego webinaru dla przedsiębiorców „Ścieżki eksportu żywności z Polski w czasie recesji wywołanej epidemią COVID-19”, organizowanego 16 czerwca przez Santander Bank Polska i SpotData.

Pandemia koronawirusa zmieniła postrzeganie pracy personelu medycznego. Wciąż jednak potrzebna jest większa solidarność społeczna

Z powodu zakażenia SARS-CoV-2 zmarły cztery pielęgniarki i ratownik medyczny, a zakażonych zostało ponad 2,4 tys. członków personelu medycznego, który stanowi dziś pierwszy front na wojnie z koronawirusem. Ich praca wcześniej niezbyt wysoko lokowana w rankingu społecznego szacunku teraz jest postrzegana jako służba publiczna. Jednak lekarze, pielęgniarki, diagności czy ratownicy obok obciążającej pracy i niedostatecznej ochrony muszą mierzyć się z obawą przed zakażeniem, a często także z ostracyzmem albo wręcz agresją ze strony sąsiadów czy pacjentów. Potrzebne są instytucjonalne rozwiązania społecznej solidarności z medykami, niosącymi pomoc na wojnie z SARS-CoV-2 – i taki jest cel tworzącej się właśnie inicjatywy My, Solidarni.

– Jako lekarze nie oczekujemy oklasków, pielęgniarki też nie. Znamy swój zawód, wykonujemy go z pasją i wiemy, jak się zachować. Jednak jako środowisko medyczne potrzebujemy konkretnych działań rządzących, polegających na wsparciu moralnym, ale przede wszystkim działań prawnych, które by gwarantowały bezpieczne wykonywanie zawodu. Bezpieczeństwo lekarza i pielęgniarki to bezpieczeństwo naszych pacjentów – podkreśla prof. Andrzej Matyja, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej.

Według danych Ministerstwa Zdrowia od wybuchu w Polsce pandemii SARS-CoV-2 do 3 czerwca zakażenie stwierdzono u ponad 2,4 tys. pracowników ochrony zdrowia, w tym 660 lekarzy i 1659 pielęgniarek oraz 85 położnych, a 428 osób było hospitalizowanych lub w trakcie kwarantanny. To oznacza, że personel medyczny stanowi ok. 10 proc. chorujących na koronawirusa. Statystyki są jednak niepełne, ponieważ nie uwzględniają zakażeń wśród ratowników medycznych czy diagnostów laboratoryjnych.

– Nie tylko lekarze, ale też cały personel medyczny jest nawet 40-krotnie bardziej narażony na konsekwencje wynikające z zakażenia koronawirusem niż pozostali obywatele – mówi prof.  Andrzej Matyja.

Pracownicy służby zdrowia są również szczególnie narażeni na psychologiczne skutki pandemii SARS-CoV-2 – co podkreśla też w swoim ostatnim raporcie ONZ („COVID-19 and the Need for Action on Mental Health”). Według danych przytaczanych przez Medicover 35 proc. z nich odczuwa wręcz traumatyczny stres, 15 proc. cierpi na depresję, a 12 proc. odczuwa silny niepokój związany z aktualną sytuacją. Ich położenie jest szczególnie trudne, bo obok obciążającej pracy i niedostatecznego wsparcia muszą mierzyć się z lękiem przed zakażeniem, a często także z ostracyzmem albo wręcz agresją sąsiadów i pacjentów, powodowaną lękiem przed zakażeniem. Jej przejawem były zdewastowane samochody czy obraźliwe wiadomości zostawiane medykom na klatkach schodowych.

– W każdym okresie zagrożenia czy wojny a pandemia poniekąd przypomina stan wojny my się wszyscy solidaryzujemy, łączymy, jesteśmy odpowiedzialni. Ale po pewnym czasie zaczynamy szukać ofiar i niestety teraz co mówię z przykrością tą ofiarą stało się środowisko medyczne – mówi prof.  Andrzej Matyja.

Lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni, diagności, laboranci, salowe i salowi oraz pozostały personel pomocniczy i techniczny stanowią pierwszy front w walce z pandemią koronawirusa. Ich praca – wcześniej dość nisko lokowana w rankingu społecznego szacunku – teraz urasta do rangi służby publicznej i jest utożsamiana wręcz z heroizmem.

– Nagle okazało się, że możemy przetrwać krótki czas, gdy przedstawiciele zawodów kreatywnych zostaną w domu. Ludzie, którzy organizowali spotkania, tworzyli siatki kontaktów i myśleli, że bez nich nie da się kontynuować życia na świecie – zostali w domach wystraszeni, co z nimi będzie. Pewne sprawy mogły zaczekać. Zobaczyliśmy natomiast pracę ekspedientek, aptekarzy, pracę osób, które są na pierwszej linii, bez których życie nie może toczyć się nawet przez jeden dzień. I zaczęliśmy inaczej patrzeć na ich pracę i pracę w ogóle. W szczególny sposób skoncentrowało się to właśnie na pracy medyków, lekarek i lekarzy, pielęgniarzy i pielęgniarek. Nagle się okazało, że ta ochrona zdrowia znowu stała się służbą, bo trzeba było coś poświęcić, także osobiście. I już się nie da ukryć, że to jednak jest służba publiczna – mówi prof. Paweł Kowal.

Pandemia SARS-CoV-2 pokazała, jak duże znaczenie dla ludzkiego zdrowia i bezpieczeństwa publicznego ma praca personelu medycznego. Zapewne nie po raz ostatni, bo eksperci są zgodni, że epidemie chorób zakaźnych będą jednym z głównych problemów nowoczesnego świata. Dlatego potrzebna jest zmiana postrzegania systemu ochrony zdrowia zarówno przez rządy, jak i społeczeństwo. Sami medycy – pracujący na co dzień w ciężkich warunkach – potrzebują gestów wsparcia, żeby przetrwać spiralę niepokoju i napięcia, które towarzyszą w ich pracy.

– Medycy przede wszystkim chcieliby, żeby ich nie atakowano, a jeśli ktoś zaatakuje niesłusznie to żeby przeprosił. Po drugie, miłym gestem byłoby dostać dyplom czy odznaczenie, ale to powinno być oczywiste i nie ma co nad tym dyskutować. W przypadku medyków ekspozycja na zakażenie wirusem była znacznie większa, niż kiedy my szliśmy do sklepu po kawałek sera czy bułkę. Za to i za ich bezprzykładne poświęcenie chorym powinny być gratyfikacje finansowe, np. zwiększony wymiar podstawy do emerytury, być może dwukrotność pensji na czas pandemii SARS-CoV-2. Pani salowej, która ryzykowała zdrowiem i życiem swoim i swoich bliskich, fajnie dać dyplom, ale przydałoby się też parę groszy jako gest pokazujący, że doceniamy ich pracę. A praca łączy się z płacą – mówi Anna Jasińska, rzeczniczka Medycznej Racji Stanu.

Jak podkreśla, medycy oczekują dziś przede wszystkim bezpieczeństwa wykonywania swojego zawodu – przejawiającego się m.in. we współpracy i dobrej komunikacji z pacjentami, odpowiednich rozwiązaniach prawnych czy dostępności środków ochronnych.

– Źle się stało, że w mediach rozeszła się nazwa: środki ochrony osobistej. To wcale nie są środki ochrony osobistej, to nie jest luksus dla medyka czy lekarza. To jest bezpieczeństwo naszych pacjentów – podkreśla prof. Andrzej Matyja. – My jako grupa zawodowa nie chcemy być uprzywilejowani. Chcielibyśmy tylko być szanowani i mieć bezpieczeństwo prawne. Bardziej niż wsparcia finansowego chcielibyśmy moralnego i gwarantującego nam bezpieczne wykonywanie zawodu. To jest podstawa funkcjonowania ochrony zdrowia.

– Proszę zauważyć, jak często złym spojrzeniem oplatamy matkę dwójki dzieci czy ciężarną, która staje w aptece i chce skorzystać z przysługującego jej prawa pierwszeństwa. Medykom raczej nie zależy dziś na tym, żeby mieć pierwsze miejsce w kolejce do apteki czy po jajka. Podkreślają najbardziej, abyśmy  wszyscy byli rozsądni i nie rozsiewali zagrożenia. Oni chcieliby wiedzieć, że myjemy ręce, i mieć dostęp do środków ochronnych. Najbardziej oczekują bezpieczeństwa swojej pracy – dodaje Anna Jasińska.

Medyków walczących na pierwszej linii frontu z koronawirusem można dziś porównać do żołnierzy na pierwszej linii walk w masowej wojnie, w której wszyscy mogą zachorować i umrzeć. Dziś już nie wystarczą oklaski i śpiewanie na ich cześć na balkonach.

– Statystyki są bezwzględne, medycy są najbardziej narażeni. Nagle powstał pomysł: „no dobrze, to trzeba być wdzięcznym, to może uchwała w Sejmie?”. No więc przeprowadziliśmy tę uchwałę, ale w pewnym momencie przyszła refleksja, że uchwała w Sejmie, oklaski i śpiewanie na balkonach mijają, bo pojawiły się też efekty paniki społecznej, braku wiedzy, zdenerwowania ludzi. Dostawaliśmy informacje, że lekarze czy pielęgniarki mają kłopoty, bo pracują w szpitalu przy chorych na koronawirusa – mówi prof. Paweł Kowal.

Jak podkreśla Konrad Ciesiołkiewicz, przewodniczący Komitetu Dialogu Społecznego KIG, potrzebne są instytucjonalne rozwiązania społecznej solidarności z medykami, niosącymi pomoc na wojnie z SARS-CoV-2. Taki jest cel społecznej inicjatywy My, Solidarni.

– W czas pandemii wkroczyliśmy już mocno poturbowani. Według badania CBOS prawie 70 proc. Polaków ma problem z zaufaniem do innych, jak również do instytucji. Doświadczenia graniczne, takie jak zagrożenie życia i zdrowia, radykalne zubożenie oraz brak wiary w przyszłość, spowodują bardzo głęboki pesymizm w społeczeństwie. W wymiarze społecznym intencją idei My, Solidarni jest w pewnym sensie rzucenie koła ratunkowego dla nas samych – żebyśmy w tych trudnych czasach COVID-19 byli świadomi i w jakimś stopniu przygotowani na pojawienie się traumy społeczno-kulturowej – mówi.

Inicjatywa My, Solidarni jest wzorowana na systemowych rozwiązaniach stosowanych np. wobec weteranów wojennych. Ma zapewnić pomoc i wsparcie medykom pełniącym służbę na pierwszej linii frontu walki z koronawirusem. Wśród pomysłów na okazanie im społecznej solidarności są m.in. darmowe przejazdy środkami transportu publicznego czy zniżki do instytucji kultury, sportu czy rekreacji.

Inicjatywa opiera się na czterech filarach: administracji rządowej, samorządowej, przedsiębiorstwach i obywatelach. Niedługo do Sejmu ma trafić projekt ustawy, na podstawie której państwowe podmioty będą mogły zaoferować swoje zniżki, przykładowo na stacjach benzynowych czy w instytucjach kultury. Ustawa da też możliwość podobnych działań innym instytucjom publicznym, szczególnie samorządowym. W ramach akcji zostanie też stworzona baza firm i podmiotów oferujących zniżki i specjalne oferty na swoje towary i usługi. Wiele takich rozwiązań mogą zaproponować duże, polskie firmy rodzinne.

Kryzys dopiero przed polską gospodarką. Fala upadłości firm spodziewana w drugiej połowie roku

– Popandemiczna recesja na dobre rozpocznie się dopiero wtedy, kiedy skończą się pieniądze z rządowych tarcz, a pierwszej fali upadłości firm można spodziewać się w III kwartale tego roku – oceniają ekonomiści Euler Hermes. Wśród najbardziej zagrożonych branż są m.in. HoReCa i transport międzynarodowy. Branża meblarska i odzieżowa też mogą spisać bieżący rok na straty. Cały handel, w tym także żywność i środki czystości, spowalnia, a konsumenci i firmy ograniczają zakupy, bo czekają na rozwój wydarzeń gospodarczych w obawie przed recesją.  Niepewność zmieni też zwyczaje zakupowe Polaków: konsumenci będą wybierać produkty tańsze, powróci presja na ceny i obniżki marż.

Prawdziwy kryzys wywołany pandemią pokaże się dopiero, kiedy skończą się pieniądze ze wszystkich tarcz. Te transfery gotówkowe, które firmy dostały i wciąż dostają, to są co prawda duże pieniądze, ale one służyły głównie temu, aby przedsiębiorstwa przetrwały w momencie, kiedy gospodarka stała w miejscu i w wielu branżach w ogóle nie było sprzedaży – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka.

W tej chwili polska gospodarka jest w trakcie odmrażania, ale w wielu branżach firmy nadal notują obroty o 30–50 proc. niższe niż przed kryzysem epidemiologicznym. To oznacza, że kiedy skończy się finansowe wsparcie od rządu, będą musiały radzić sobie samodzielnie, pokrywając wciąż wysokie koszty działalności (czynsze, koszty pracownicze etc.) z własnych, dużo mniejszych przychodów. Wiele z nich temu nie podoła, a efektem będzie zwiększenie skali zatorów płatniczych, presja na redukcję zatrudnienia i obniżki wynagrodzeń.

– Wiele firm będzie musiało odpowiedzieć sobie na pytanie, czy mają siłę i moc finansową, żeby dalej działać. To będzie taki moment, kiedy gospodarka powie: „sprawdzam!”. Pewnie w okolicach III kwartału możemy spodziewać się wynikającej z tego lawiny upadłości firm. Zresztą pierwsze obserwujemy już w tej chwili. Wiele przedsiębiorstw, w szczególności nastawionych na działalność, która wciąż jest zamrożona, jak np. turystyka czy wynajem apartamentów, już upada – mówi Tomasz Starus.

Wśród branż najbardziej zagrożonych niewypłacalnością i ryzykiem upadłości jest m.in. HoReCa, czyli hotelarstwo, restauracje, catering oraz eventy i targi. Te zostały najmocniej dotknięte obecnym kryzysem i tak zapewne pozostanie w kolejnych kwartałach. Co więcej, problemy dotkną nie tylko firmy, które działają w tych branżach, ale także ich dostawców, podwykonawców i powiązane z nimi podsektory.

 Takie wydarzenia jak koncert czy kongres obsługuje wiele firm. To jest duża operacja logistyczna, na którą składa się m.in. ochrona, catering, dźwiękowcy, oświetleniowcy. Wszyscy ci ludzie w tej chwili nie mają pracy. W wakacje pewnie również nic wielkiego się nie zadzieje. Owszem, wszyscy spędzimy urlopy w kraju, bo granice są zamknięte i nie wyjedziemy na zagraniczne wakacje, ale to też oznacza, że nie przyjadą do nas turyści z zagranicy, którzy wydają w Polsce dużo większe pieniądze niż my sami – mówi Tomasz Starus.

Z perturbacjami musi liczyć się też transport, w szczególności międzynarodowy. Z kolei w branży spożywczej i FMCG obostrzenia wprowadzone w związku z pandemią SARS-CoV-2 przyniosły chwilowy boom i wzrost sprzedaży związany z gromadzeniem zapasów. Jednak euforia zakupowa trwała tylko do Wielkanocy. Po niej przychody spadły, za to uwypukliły się problemy branży, takie jak niska marżowość i chroniczne opóźnienia w spłacie należności.

 Styczeń i luty to był czas, kiedy w płatnościach i przeterminowaniach niewiele się działo, był porównywalny z zeszłym rokiem. W marcu zauważyliśmy już pierwsze sygnały pogorszenia w branży spożywczej i AGD. Tutaj średni udział długów trudnych, czyli przeterminowanych ponad 120 dni, wzrósł z 2 do ponad 4 proc., czyli ponad dwukrotnie. To niemało, biorąc pod uwagę, że firmy z tej branży mają dość niską marżę. Te 2 proc. nieodzyskanych pieniędzy może powodować, że wcale nie będą mieć zysku – mówi Tomasz Starus. – W branży spożywczej udział trudnych długów wzrósł jeszcze bardziej. Do lutego utrzymywał się w granicach 2 proc., a obecnie to już 4,5 proc. To branża o bardzo dużych obrotach, więc ten odsetek przekłada się na duże pieniądze, które pewnie są już nie do odzyskania.

Ekspert Euler Hermes ocenia jednak, że żywność ma i będzie miała dobre perspektywy zbytu jako towar pierwszej potrzeby, a handel spożywczy generalnie radzi sobie na razie dość dobrze. Jednak nadchodzące miesiące przyniosą też nowe wyzwania, których wiele przedsiębiorstw może nie przetrwać, takie jak brexit, susza czy planowany podatek cukrowy.

Problem również w tym, że w Polsce zarówno konsumenci, jak i firmy w obawie przed recesją ograniczają zakupy i czekają na rozwój wydarzeń gospodarczych. Niepewność zmniejszy liczbę zakupów okazjonalnych, a konsumenci wybierać będą produkty tańsze. Powróci więc presja na ceny i niskie marże, także w sektorze spożywczym. Po pandemii zostanie z nami również skłonność do zakupów w internecie, również w poszukiwaniu bardziej atrakcyjnych cen.

 Internetowy handel szczególnie dobrze radzi sobie w tych branżach, które już wcześniej odrobiły pracę domową, czyli np. w elektronice i AGD. Tam jest kilku mocnych graczy, którzy istnieją w internecie od dawna i ten czas był dla nich dodatkowym bodźcem, żeby jeszcze bardziej usprawnić e-handel. Oni zyskali, ponieważ nauczyli tę część społeczeństwa, która do tej pory pozostawała niechętna zakupom w internecie, że jest to łatwe i bezpieczne – mówi Tomasz Starus.

Konieczność zdalnej pracy i nauki wywołała impuls do zakupów nowego sprzętu elektronicznego, który nabyło online 35 proc. konsumentów. Jednak i tutaj boom skończył się wraz ze znoszeniem ograniczeń. Aktualnie zarówno klienci indywidualni, jak i firmy ograniczają takie zakupy, czekając na rozwój sytuacji gospodarczej, a pierwsze dni otwarcia sklepów nie wskazują na duże zainteresowanie ofertą RTV/AGD. Euler Hermes wskazuje, że na tle innych branż ten sektor doświadczył jak na razie umiarkowanego spadku (-16,7 proc. rok do roku), jednak wiele wskazuje na to, że większe załamanie i problemy z płynnością jeszcze nadejdą.

Analitycy oceniają, że pandemia i jej konsekwencje zmienią zwyczaje zakupowe Polaków, co zakończy obserwowany w ostatnich latach trend kupowania sprzętu droższego, bardziej funkcjonalnego i o lepszym designie. Pojawi się za to zainteresowanie tańszą ofertą i presja na jak najniższe ceny.

Wśród sektorów handlowych, które na kryzysie straciły najmocniej, są m.in. meble oraz ubrania.

Branża meblarska może uznać ten rok za stracony, ponieważ sprzedaż mieszkań spada i będzie spadać. Bezrobocie będzie rosnąć, koszt kredytów hipotecznych jest dużo wyższy i potrzebny jest większy wkład własny. Na razie więc ludzie nie będą kupować mebli, a przynajmniej nie w takiej skali jak wcześniej – ocenia Tomasz Starus. – Z kolei cała reszta konsumpcji, czyli m.in. odzież i obuwie, odnotowała totalną zapaść. W tej chwili trwa mozolne odbudowywanie, ale dopóki ludzie wciąż w większości siedzą w domach, to nie będą też zaopatrywać się w taką liczbę ubrań.

Ekspert Euler Hermes wskazuje, że są też branże, które na obecnym kryzysie ewidentnie zyskują. Jest wśród nich m.in. branża opakowaniowa – popyt na opakowania się zwiększył i pojawiła się możliwość podniesienia marż. Zwiększonemu popytowi towarzyszy też spadek cen surowców do ich produkcji, wynikający ze spowolnienia gospodarki.

depresja i zaburzenia psychiczne będą długotrwałym efektem pandemii SARS-CoV-2. Szczególnie narażeni są pracownicy medyczni

<a title=depresja i zaburzenia psychiczne będą długotrwałym efektem pandemii SARS-CoV-2. Szczególnie narażeni są pracownicy medyczni" title="depresja i zaburzenia psychiczne będą długotrwałym efektem pandemii SARS-CoV-2. Szczególnie narażeni są pracownicy medyczni" />

Pandemia SARS-CoV-2 i kilka tygodni społecznej izolacji przyczyniły się do spotęgowania lęków i zaburzeń depresyjnych. Szereg badań pokazuje, że Polacy dość powszechnie skarżą się na silny stres, niepokój i samotność, a dla wielu osób pandemia jest zdarzeniem wręcz traumatycznym, które wywołuje objawy stresu pourazowego. – Zaburzenie i choroby psychiczne zostaną z nami na dłużej, podobnie jak pewna ostrożność, dystans społeczny oraz uzależnienie od internetu – wskazuje psycholog dr Beata Rajba.

– Kilka tygodni, które spędziliśmy na home office i home learning, sprawiło, że staliśmy się bardziej zdezorganizowani, że w pewien sposób skonfliktowała i nałożyła się na siebie sfera zawodowa i prywatna. Do tego doszło zmęczenie i monotonia, więc teraz powoli wchodzimy w fazę wypalenia, wyczerpania – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes psycholog dr Beata Rajba, wykładowca Dolnośląskiej Szkoły Wyższej.

Pandemia koronawirusa i związane z nią obostrzenia mocno wpłynęły na życie społeczne. Wymusiły pracę zdalną, ograniczenia w przemieszczaniu się i kontaktach ze znajomymi czy rodziną. Polacy sumiennie podeszli do rządowych zaleceń: więcej niż 7 na 10 osób ograniczyło wyjścia z domu do niezbędnego minimum, a 14 proc. w pierwszych miesiącach pandemii w ogóle nie opuszczało swojego domu (badanie „Życie Polaków podczas epidemii” VOX). Zamknięcie w czterech ścianach odbiło się jednak na naszej kondycji psychicznej: dla blisko połowy (47 proc.) życie w ostatnich miesiącach stało się bardziej stresujące, a dla co trzeciego – bardziej chaotyczne.

– Podczas tych tygodni odosobnienia przeżyliśmy trzy fazy radzenia sobie z kryzysem. Pierwsza była faza dezorganizacji, kiedy w sposób chaotyczny rzucaliśmy się do sklepów, kupowaliśmy zapasy makaronu i  papieru toaletowego. Później przyszła faza adaptacji, która wbrew pozorom wymaga ogromnego wysiłku organizacyjnego. I wreszcie teraz ten wysiłek zaowocował fazą wypalenia – tłumaczy ekspertka.

Szereg badań pokazuje, że pandemia i jej konsekwencje – w tym kilka tygodni społecznej izolacji – przyczyniły się do spotęgowania lęków, niepokojów i zaburzeń depresyjnych. Opublikowany w połowie maja raport ONZ („COVID-19 and the Need for Action on Mental Health”) pokazuje, że jeszcze przed wybuchem globalnej epidemii na depresję cierpiało 264 mln ludzi, a obecna sytuacja znacznie te statystyki pogorszy. Strach przed zakażeniem, obawy o zdrowie swojej rodziny, przymusowa izolacja i samotność, a do tego problemy ekonomiczne, groźba utraty pracy i dochodów oraz widmo kryzysu gospodarczego i niemożność zaplanowania przyszłości – wszystkie te czynniki powodują, że w wielu krajach ONZ notuje dużo wyższy niż zwykle poziom depresji i lęku.

– Wraz z moimi studentami przeprowadziłam badania w dwóch panelach. Pierwszy zakończył się tuż przed Wielkanocą i już pokazywał alarmujące informacje: 1/3 dorosłych i 44 proc. nastolatków mierzyło się z objawami depresji, przy czym 1/5 miała myśli samobójcze, więc był to katastrofalny wynik. Drugi panel zakończył się 15 maja i wyniki były jeszcze gorsze: wśród dorosłych z objawami depresji mierzyło się już 39,5 proc. osób. Młodzież jest w tej chwili w szczególnie trudnej sytuacji, a poprzez brak bezpośredniego kontaktu nauczycielom trudniej zauważyć, że coś jest nie tak, i pomóc. Również rodzice są zestresowani, wystraszeni, mają swoje kłopoty, na których się skupiają. Jeśli obdarzają nastolatka uwagą, to często negatywną. W efekcie zostaje on pozostawiony sam sobie – mówi dr Beata Rajba. – Bardzo ważne jest teraz, żeby rozmawiać z nastolatkami w domu o ich obawach, zwrócić na nich uwagę, a w razie, gdy coś nas zaniepokoi, szukać pomocy, np. skontaktować się przez wirtualny dziennik z pedagogiem czy psychologiem szkolnym, który doradzi, co dalej zrobić.

Raport opracowany przez VOX pokazuje, że w ostatnich tygodniach ponad połowa Polaków negatywnie ocenia swój nastrój, przy czym 14 proc. źle lub bardzo źle. Izolację najgorzej znosiły osoby w wieku 25–34 lata. Konieczność pozostania w domu wzmagała stres i niepokój (25 proc.), a co piąta osoba negatywnie oceniająca swój nastrój narzekała na samotność i brak kontaktu z innymi ludźmi (18 proc.). Z kolei badania prowadzone przez zespół naukowy z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego pokazały, że dla wielu Polaków pandemia jest zdarzeniem wręcz traumatycznym, które u 37 proc. badanych powoduje objawy stresu pourazowego (PTSD). Podobny odsetek (38 proc.) zgłasza nasilone objawy depresyjne, a aż 62 proc. – nasilone objawy lęku uogólnionego, który znacząco wpływa na codzienne funkcjonowanie.

Szczególnie narażeni na psychologiczne skutki pandemii SARS-CoV-2 są pracownicy służby zdrowia – podkreśla ONZ w swoim raporcie. Według danych przytaczanych przez Medicover 35 proc. pracowników medycznych odczuwa wręcz traumatyczny stres, 15 proc. cierpi na depresję, a 12 proc. odczuwa silny niepokój związany z aktualną sytuacją. Ich położenie jest szczególnie trudne, bo obok obciążającej pracy i niedostatecznego wsparcia muszą się mierzyć z lękiem o siebie i rodziny oraz ostracyzmem otoczenia powodowanym obawą przed zachorowaniem albo wręcz agresją sąsiadów, pacjentów czy ich rodzin, u której źródła leżą lęk i bezsilność. Większa skłonność do agresji jest wpisana w fazę wyczerpania sytuacją pandemii, w jaką wchodzimy teraz jako społeczeństwo. Łatwiej nam wówczas depersonalizować innych ludzi, traktować ich przedmiotowo i bez empatii.

– Nasilenie lęku szczególnie dotyczy też osób z wszelkiego rodzaju fobiami, zwłaszcza fobiami czystości, które boją się zachorować. Trudno do normalności wrócić również osobom z fobią społeczną, które odzwyczaiły się od kontaktów z innymi ludźmi. Choroby i zaburzenia psychiczne pewnie zostaną z nami na dłużej – przewiduje dr Beata Rajba.

Psycholog z Dolnośląskiej Szkoły Wyższej wskazuje, że długotrwałą konsekwencją pandemii może być także zmiana relacji społecznych: większy dystans i ostrożność w kontaktach międzyludzkich.

– Na pewno na dłużej zostanie z nami także uzależnienie od internetu, będzie nam trudniej wrócić do normalności. Porzucimy też podawanie ręki na rzecz innych bezdotykowych form powitania. Wreszcie wiele relacji przeniesiemy do sieci, to zaś niesie ryzyko, że ulegną one spłyceniu, a wreszcie wygasną, pozostawiając nas z mniejszym kręgiem przyjaciół, ale też wsparcia społecznego – mówi.

Pandemia i kwarantanna sprawiły, że życie społeczne i zawodowe Polaków przeniosło się do internetu. Urząd Komunikacji Elektronicznej pokazał na Twitterze statystyki, z których wynika, że już w kwietniu natężenie transmisji danych w sieciach stacjonarnych wzrosło o 140 proc. w szczytowym okresie miesiąca. Operatorzy telekomunikacyjni informowali o kilkudziesięcioprocentowych wzrostach mobilnej transmisji danych, a największe serwisy streamingowe – o dużych wzrostach oglądalności. Polacy w trakcie pandemii wykorzystywali internet do pracy, nauki, rozrywki, a także zakupów. Według Nielsena 31 proc. zwiększyło swoją aktywność zakupową w kanale online w kategorii produktów spożywczych i kosmetyczno-chemicznych.

Kamery termowizyjne są coraz skuteczniejsze, choć ciągle można je oszukać

Drony wyposażone w kamery termiczne były używane w Wuhanie w czasie szczytu pandemii. Amerykańska firma opracowała kamery, które mogą wykrywać zmiany temperatury skóry nawet o 0,01 stopnia Celsjusza. Niedawno opracowano zautomatyzowany system, który wykorzystuje kamery termiczne do dokładnego, bezdotykowego pomiaru temperatury skóry. To tylko przykłady termografii, która może okazać się pomocna w walce z koronawirusem. Systemy monitorowania można jednak łatwo oszukać. Polska firma Scanway opracowała kamery, które mierzą temperaturę przy kącikach oczu. Dzięki temu system działa praktycznie bezbłędnie.

– Systemy termograficzne to przede wszystkim wysokiej rozdzielczości kamera termowizyjna, czyli taka, która pracuje w paśmie podczerwonym. To jest pasmo światła, którego nie widzą nasze oczy, a jest generowane przez każdy obiekt, który ma jakiekolwiek ciepło. Człowiek generuje to pasmo, słońce oczywiście też. System zbiera dane na temat tego, na ile obiekty są ciepłe i z jaką ciepłotą emitują to promieniowanie podczerwone – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jędrzej Kowalewski, prezes Scanway.

Kamery termowizyjne są już stosowane od lat, jednak w czasie pandemii koronawirusa zapotrzebowanie na nie znacznie wzrosło. Drony wyposażone w kamery termiczne były używane w chińskim Wuhanie. Amerykańska firma Flir odnotowała olbrzymi wzrost zapotrzebowania na kamery termowizyjne, które mogą wykrywać zmiany temperatury skóry o 0,01 st. C. Athena Security uruchomiła system wykrywania gorączki, który łączy się bezpośrednio z istniejącym systemem kamer bezpieczeństwa w celu uzyskania wyników w czasie rzeczywistym. Vodafone UK wprowadził na rynek kamerę do wykrywania ciepła wyposażoną w łączność IoT. Według firmy może sprawdzić temperaturę 100 osób na minutę. W czasach pandemii istotna jest skuteczność tego typu rozwiązań.

– Skuteczność kamer termowizyjnych jest już udowodniona w wielu aplikacjach przemysłowych – przekonuje prezes Scanway. – Jeśli natomiast chodzi o termografię ludzkiego ciała, jest kilka problemów i ich skuteczność zależy od tego, w jaki sposób podejdzie się do tego pomiaru. Trzeba ocenić np., czy człowiek faktycznie ma całkowicie odsłoniętą twarz, czy nie jest obarczony jakąś chorobą przewlekłą. Jednak ich skuteczność w 90 proc. przypadków, dla tłumu ludzi, jest bardzo wysoka.

Według ekspertów Światowej Organizacji Zdrowia, chociaż kamery termowizyjne mogą być pomocne w badaniach przesiewowych, nie są wystarczające do faktycznej diagnozy. Obrazowanie termiczne mierzy jedynie temperaturę skóry, a nie temperaturę wewnętrzną.

– Zrobiliśmy wiele testów, żeby ocenić, co wpływa na pomiar temperatury, i wiemy już, że nie są to wysiłek fizyczny, stres, nasłonecznienie twarzy czy przebywanie w ciepłym samochodzie. Mogą go oszukać takie rzeczy jak picie gorącego napoju zaraz przed wejściem w oko takiej kamery, jak również  to, czy np. ktoś jest w ciąży, wtedy automatycznie temperatura ludzkiego ciała jest podniesiona. Na pomiar może wpływać również gorąca kąpiel, która na pół godziny podnosi o kilka stopni naszą temperaturę ciała  –  wymienia Jędrzej Kowalewski.

Polska firma Scanway opracowała system zdalnego pomiaru temperatury ciała do stosowania np. w zakładach pracy, który archiwizuje wyniki i łatwiej pozwala kontrolować stan zdrowia pracowników. Tradycyjne kamery wykrywają miejsca z najwyższą temperaturą i tam przeprowadzają pomiar. Kamery Scanway mierzą natomiast temperaturę w kącikach oczu, dzięki czemu system jest bardzo precyzyjny.

– Aby oszukać system termowizyjny, schładzając swoje ciało, musielibyśmy przykładać lód do swojej twarzy przez kilka minut, natomiast większość systemów wykrywa najcieplejsze miejsca na twarzy. Jeśli np. schłodzimy lodem czy zimną łyżką nasze czoło, to w tym momencie system automatycznie sprawdzi też inne rejony. Pomagamy też tak skonfigurować systemy, żeby jak najlepiej wykrywały osoby gorączkujące – dodaje prezes Scanway .

Pandemia nie zatrzymała 5G. Kraje UE dynamicznie rozwijają infrastrukturę telekomunikacyjną kolejnej generacji

Koronawirus nie wpłynął na spadek zainteresowania siecią 5G w Unii Europejskiej. Kraje członkowskie aktywnie inwestują w rozwój infrastruktury, a operatorzy uruchamiają pierwsze oferty z dostępem do 5G. W Polsce, pomimo odwołania aukcji pasm 5G, do końca roku wszyscy operatorzy będą mieli w swojej ofercie abonamenty kompatybilne z telefonami z 5G, a w Niemczech na rozwój tej sieci przeznaczono miliardy euro w ramach pakietu stymulacyjnego.

– Pandemia COVID-19 stanowi wyzwanie dla operatorów telefonii komórkowej, ponieważ chcą oni zwiększyć liczbę abonamentów 5G. Tymczasem aż 26 proc. Niemców prawdopodobnie zacznie korzystać z 5G zgodnie z planem lub wcześniej, niż planowano, pomimo pandemii – wskazuje Susan Welsh de Grimaldo, dyrektor firmy analitycznej Strategy Analytics.

W ramach odmrażania niemieckiej gospodarki po pandemii koronawirusa rząd kanclerz Angeli Merkel przeznaczy 130 mld euro na realizację pakietu stymulacyjnego. Środki te mają posłużyć do pobudzenia konsumpcji oraz sektora inwestycji. Część tej kwoty trafi do firm zajmujących się rozbudową sieci 5G. Niemiecki rząd liczy na to, że inwestycje m.in. w infrastrukturę nowej generacji pozwolą złagodzić skutki pandemii, której efektem są chociażby mniejsze wydatki na nowe smartfony.

– W Niemczech 37 proc. konsumentów kupi nowy smartfon zgodnie z planem lub nawet wcześniej, pomimo pandemii koronawirusa – przekonuje David Kerr ze Strategy Analytics. – Z drugiej strony niemal 25 proc. posiadaczy smartfonów Apple i Huawei oraz 15 proc. posiadaczy telefonów Samsung planuje wydać mniej pieniędzy na zakup nowego smartfona.

Potencjał technologii 5G docenili również polscy operatorzy. Mimo iż Urząd Komunikacji Elektronicznej anulował aukcje pasm 5G, największe sieci komórkowe albo już oferują klientom dostęp do szybkiej infrastruktury sieciowej, albo przygotowują się do uruchomienia takiej usługi. W okresie przejściowym, do czasu przyznania nowych częstotliwości, polscy operatorzy będą świadczyć usługi 5G w ramach częstotliwości LTE.

Największą liczbą nadajników przystosowanych do współpracy z urządzeniami 5G na polskim rynku dysponuje sieć T-Mobile, która uruchomiła 1600 stacji bazowych. Play ma obecnie do swojej dyspozycji 500 nadajników tego typu, a Polkomtel 100, choć firma zapowiada, że w najbliższej przyszłości uruchomi 600 nowych stacji bazowych przystosowanych do komunikacji w ramach sieci 5G. Jedynym dużym polskim operatorem, który na razie nie oferuje swoim klientom dostępu do 5G, jest Orange. Firma planuje wejść na ten rynek od 1 lipca i według wstępnych założeń w zasięgu jej infrastruktury 5G znajdzie się 6 mln obywateli.

Tymczasem możliwość dostępu do technologii 5G dla wielu konsumentów może być przyczyną zmiany operatora.

– Konsumenci w grupach wiekowych 18–24 i 25–34 lata są najmniej lojalni wobec obecnego operatora, a ponad jedna trzecia generacji Z i milenialsów prawdopodobnie zmieni operatora, aby uzyskać niższe ceny. Ryzyko odejścia jest szczególnie wysokie wśród abonentów, którzy najprawdopodobniej przejdą na 5G: prawie połowa z osób rezygnujących aktywnie planuje przejście na 5G, podczas gdy prawie trzy czwarte bardziej lojalnych subskrybentów nie ma obecnie zamiaru przejść na tę sieć – wskazuje Susan Welsh de Grimaldo, dyrektor Strategy Analytics.

Według firmy badawczej Research and Markets wartość globalnego rynku technologii 5G do 2025 roku wzrośnie do 251 mld dol. W najbliższych latach ma się on rozwijać w tempie blisko 97 proc. w skali roku.

Więcej dzieł sztuki na rynku komercyjnym to efekt koronawirusa

W ubiegłym tygodniu opinię publiczną w Szczecinie rozgrzał temat dwóch cennych dzieł sztuki, które znajdowały się w depozycie Muzeum Narodowego w Szczecinie, a ich właściciel, czyli mBank zdecydował się na wystawienie ich na licytacji. Sprawa na pewno nie jest przyjemna dla naszego miasta, bo istnieje duże prawdopodobieństwo, że cenne płótna, mocno związane tożsamościowo ze Szczecinem zmienią właścicieli. Czy z punktu widzenia gospodarczego należy być zaskoczonym taką decyzją? Katarzyna Michalska, doradca gospodarczy i jednocześnie ekspert z zakresu obrotu handlowego dziełami sztuki przyznaje, że nie. Dlaczego? Bo kiedy firmy dotyka kryzys, najpierw decydują się na spieniężenie aktywów, które nie dotyczą ich wiodącej działalności. Czas po pandemii koronawirusa to więc czas kiedy na rynku pojawił się ogrom dzieł sztuki, często w bardzo okazyjnych cenach.

Sprzedaż dzieł to często efekt pandemii koronawirusa.  „Wsparcie bieżącej płynności poprzez upłynnienie aktywów”

Czas po pandemii koronawirusa spowodował duży ruch na rozmaitych portalach aukcyjnych zajmujących się dystrybucją dzieł sztuki. Wiele ciekawych ofert trafiło także do firm oraz doradców, którzy zajmują się inwestycjami.  Jak mówi Katarzyna Michalska to dobry czas dla pasjonatów dzieł sztuki, bo można zakupić niezwykłe obrazy w cenach, które są atrakcyjniejsze niż przed pandemią koronawirusa. To właśnie sytuacja gospodarcza i chęć zachowania płynności finansowej powoduje, że wielu kolekcjonerów lub firm decyduje się na sprzedaż swoich zasobów.

Sprzedaż obrazów znajdujących się w depozycie Muzeum Narodowego w Szczecinie to zła wiadomość dla szczecińskiej kultury, ale dobra dla… kolekcjonerów. To naprawdę cenne dzieła.  – Na aukcji 25 czerwca pojawią się oprócz dzieł ze szczecińskiego muzeum również obrazy takich mistrzów jak Alfred Wierusz-Kowalski, Włodzimierz Tetmajer, Józef Brandt, to będzie szczęśliwy dzień dla nabywcy, jednak utrata tak wielkich nazwisk z ekspozycji muzealnych jest nieocenioną stratą dla nas – odbiorców, widzów – mówi Katarzyna Michalska.

Sprzedaż obrazów oraz zamieszanie medialne spowodowane decyzją mBanku może być dla korporacji dużym problemem wizerunkowym: – Myślę, że wielu klientów korporacyjnych będzie czuło niepokój i będzie doszukiwało się drugiego dna w działaniach banku. Wielu obserwatorów może odczytywać sprzedaż tak znaczącej kolekcji jako wsparcie bieżącej płynności poprzez upłynnienie aktywów. Będą nasuwać się pytania, dlaczego mBank pozbywa się tak cennych dzieł sztuki kiedy Santander, Deutsche bank czy ING również mając swoje wielkie kolekcję nie sprzedają ich, a wręcz traktują jako dobro kultury, które zostanie przekazane potomnym – dodaje Katarzyna Michalska.

„Nie spodziewam się by dzieła były licytowane poniżej swojej wartości, ale cena wywoławcza może być nawet lekko zaniżona”

Jak mówi Katarzyna Michalska do jej kancelarii trafia coraz więcej osób, które pytają o możliwość spieniężenia dzieł sztuki. – Pamiętam rok 2008 i działało to podobnie. Osoby, które miały dzieła sztuki decydowały się na ich spieniężenie. Nie spodziewam się by dzieła były licytowane poniżej swojej wartości, ale cena wywoławcza może być nawet lekko zaniżona, bo domy aukcyjne będą liczyć na zaciekłą licytację chętnych do zakupu. To okazja dla kolekcjonerów, choć przyznaje, że jeżeli sprzedaż nie odbywa się „kanałem oficjalnym” to często mamy do czynienia ze sprzedażą dzieł poniżej pewnego poziomu cenowego – mówi doradca gospodarczy.

Specjalistka  nie chce komentować konkretnej decyzji mBanku, który zdecydował się na wystawienie na aukcji dzieł, które przez lata znajdowały się w depozycie Muzeum Narodowego w Szczecinie. Sytuacja jednak może budzić pewne zaniepokojenie: – Ta decyzja jest zaskakująca i wiele środowisk kultury jest nastawiona do sytuacji bardzo sceptycznie. Klienci domu aukcyjnego są jednak na pewno zadowoleni – mówi Katarzyna Michalska. – W czasie ostatnich kilku tygodni trafiło do nas czterech różnych klientów, którzy oferują swoją kolekcje albo dzieła sztuki z pytaniem czy jest szansa na ich sprzedaż – dodaje.

PARP rozdysponuje 2,5 mld bezzwrotnej pomocy dla średnich przedsiębiorstw

„Dotacje na kapitał obrotowy to kolejne wsparcie dla przedsiębiorców w trudnej sytuacji ekonomicznej wywołanej epidemią” – powiedziała w trakcie webinarium Ministerstwa Rozwoju i PARP wicepremier Jadwiga Emilewicz. Od 15 czerwca na stronie Agencji rusza nabór wniosków o pomoc dla średnich przedsiębiorstw. By ją otrzymać, wystarczy udowodnić spadek obrotów o 30 proc. podczas epidemii.

Dotacje na kapitał obrotowy były tematem kolejnego webinarium z cyklu „Tarcza Antykryzysowa dla Biznesu” organizowanego przez Ministerstwo Rozwoju i Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości. Ma to być łatwo dostępna, bezzwrotna pomoc na zaspokojenie pilnych potrzeb przedsiębiorcy w zakresie utrzymania płynności i przezwyciężenia trudności finansowych, które zaistniały wskutek epidemii COVID-19. Skorzystanie z niej nie pozbawia właścicieli firm możliwości ubiegania się o inne formy pomocy zawarte w tarczy antykryzysowej.

„Upraszczane są maksymalnie procedury po to, aby po te środki sięgnąć. Mam nadzieję, że będzie to taka zmiana w procesach aplikacyjnych, która zostanie z nami i po pandemii, oraz że ośmielimy wiele firm, aby sięgały po środki europejskie i uwierzyły, że to nie są szczyty nie do zdobycia” – mówiła w trakcie webinarium Jadwiga Emilewicz, wicepremier i minister rozwoju.

Dotacje na kapitał obrotowy to bezzwrotne dofinansowanie przeznaczone na wydatki związane z bieżącą działalnością średnich firm. Średnie przedsiębiorstwa to podmioty zatrudniające co najmniej 50, lecz mniej niż 250 pracowników. Ich roczne obroty nie mogą przekraczać 50 mln euro lub rocznej sumy bilansowej – 43 mln euro.

Środki przeznaczone na dotacje pochodzą z dwóch europejskich programów operacyjnych. 500 mln zł z programu Polska Wschodnia trafi do średnich firm z pięciu województw położonych na wschodzie naszego kraju: lubelskiego, podkarpackiego, podlaskiego, świętokrzyskiego i warmińsko-mazurskiego. Kolejne 2 mld zł z programu Inteligentny Rozwój przeznaczone jest dla średnich przedsiębiorstw z pozostałych 11 województw.

„Będzie można je przeznaczyć na bieżącą działalność firmy, czyli pokrycie kosztów gazu, prądu, paliwa, wynajmu powierzchni, zakupu towarów, ubezpieczeń. Z dotacji na kapitał obrotowy będą mogli skorzystać ci przedsiębiorcy, którzy odnotowali spadek dochodów co najmniej o 30 proc. w dowolnym miesiącu po 1 lutego 2020 r., porównując ten spadek do poprzedniego miesiąca lub też analogicznego miesiąca ubiegłego roku” – mówiła Małgorzata Jarosińska-Jedynak, minister funduszy i polityki regionalnej. Innymi słowy, to przedsiębiorcy sami zadecydują, na co przeznaczą otrzymane pieniądze.

Minister Jarosińska-Jedynak podkreśliła, że wypełnianie wniosków na stronie PARP jest proste – intuicyjne i przejrzyste. Tak naprawdę trzeba będzie jedynie podać dane teleadresowe plus podstawowe informacje o firmie. Agencja wymaga zaledwie kilku dokumentów, ponieważ chce przyspieszyć wypłatę pieniędzy. Cała korespondencja, jak i zawarcie umowy z beneficjentem będzie się odbywać drogą elektroniczną, dlatego bardzo ważne jest podanie działającego adresu e-mail.

„Mamy nadzieję, że będzie to wsparcie, które pomoże Państwu w tych trudnych chwilach. Pomoże, ponieważ będziemy mogli finansować te wydatki, które Państwo muszą ponosić codziennie na swoją zwykłą działalność’ – powiedziała w trakcie webinarium Małgorzata Oleszczuk, prezes PARP.

Pomoc można będzie otrzymać na jeden, dwa lub trzy miesiące. Ma ona umożliwić przetrwanie firmy w najtrudniejszym okresie. „Ważne, by wnioskujący o pomoc przedsiębiorcy na koniec grudnia 2019 r. nie znajdowali się w trudnej sytuacji ekonomicznej. To znaczy, by nie zalegali z podatkami i płacili na czas wszystkie składki oraz zobowiązania u kontrahentów” – wyjaśniała Małgorzata Szczepańska, ekspert Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej.

Maksymalne dofinansowanie w ramach dotacji na kapitał obrotowy wynosi 429.827 zł.

„Ta liczba to iloczyn okresu i liczby pracowników z uwzględnieniem stawki dla każdego poziomu zatrudnienia, odpowiednik liczby etatów. To, co tu istotne i zachęcające, to zerowy wkład własny. Nie przewidujemy innego wariantu dofinansowania tego konkursu niż 100 proc.” – stwierdził Arkadiusz Dewódzki, ekspert PARP. Podkreślił, że przedsiębiorcy nie ponoszą żadnych kosztów w związku z realizacją projektów w ramach opisywanych instrumentów.
Więcej informacji o dotacjach na stronie PARP. Nabór wniosków trwa od 15 czerwca do 31 lipca 2020 r. Konkurs zostanie wcześniej zamknięty, jeśli pula środków się wyczerpie.

Na przedsiębiorców czekają kolejne wideokonferencje z cyklu „Tarcza antykryzysowa dla biznesu”. W poniedziałek 15 czerwca przedstawiciele Ministerstwa Rozwoju podejmą temat „Pakiet mieszkaniowy jako impuls dla gospodarki”.

Więcej informacji oraz szczegółowy harmonogram webinariów: www.parp.gov.pl/tarcza.

Partnerami cyklu „Tarcza antykryzysowa dla biznesu” są Ministerstwo Finansów, Krajowa Administracja Skarbowa, Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej, Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, Agencja Rozwoju Przemysłu, Polski Fundusz Rozwoju, Urząd Zamówień Publicznych, Bank Gospodarstwa Krajowego, Zakład Ubezpieczeń Społecznych, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju oraz Krajowy Punkt Kontaktowy ds. Instrumentów Finansowych Programów Unii Europejskiej.

Pożyczka płynnościowa. Dla kogo? Na co? Za ile? – podsumowanie webinaru PARP i MR

Przedsiębiorcy, których biznesy ucierpiały na skutek pandemii COVID-19, mogą zwrócić się o pomoc finansową do różnych instytucji. Dostępnych jest szereg rozwiązań, które mają na celu zapewnienie płynności finansowej przedsiębiorstw lub wsparcie inwestycyjne. Kto może złożyć wniosek o pożyczkę płynnościową i jakie są zasady jej przyznawania? O tym 2 czerwca 2020 r. rozmawiali eksperci z Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej oraz Banku Gospodarstwa Krajowego, podczas webinaru w ramach cyklu konferencji „Tarcza antykryzysowa dla biznesu”.

Podczas wideokonferencji omówiono m.in. zasady, jakie obowiązują przedsiębiorców przy składaniu wniosków o pożyczkę płynnościową. Ekspertami, którzy wzięli udział w webinarze był Daniel Szczechowski, Naczelnik Wydziału Instrumentów Finansowych i Projektów z Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej oraz Przemysław Derwich, Dyrektor Biura Projektów i Produktów Kapitałowych z Banku Gospodarstwa Krajowego.

Instrumenty w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014-2020

Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej przygotowało szereg mechanizmów, działań i inicjatyw, które mają na celu pomoc w przetrwaniu przedsiębiorstw w czasach pandemii COVID-19. Do wyboru jest kilka dostępnych instrumentów – zaspokajają one różne potrzeby oraz adresowane są do różnych odbiorców.

Wśród priorytetowych obszarów jest wsparcie przedsiębiorstw w finansowaniu bieżących wydatków. Narzędzia, które mogą w tym pomóc to m.in. gwarancje na kredyt obrotowy oraz pożyczki płynnościowe.

Na rynku dostępne są również instrumenty inwestycyjne, skierowane do przedsiębiorców, którzy w czasach pandemii znaleźli niszę na rynku i chcą się w niej rozwijać. Dla takich firm dostępne jest wsparcie w postaci – obecnego od wielu lat – kredytu na innowacje technologiczne. Jego wymogi w czasie pandemii zostały złagodzone (rozszerzony katalog kosztów kwalifikowalnych, zmieniona minimalna wartość oraz bardziej korzystne warunki dotyczące wkładu własnego).

Kolejną pomoc dla firm niesie działanie 2.1 POIR tj. „Wsparcie inwestycji w infrastrukturę B+R przedsiębiorstw”. Instrument jest skierowany do organizacji, które planują projekty inwestycyjne polegające na budowie (lub unowocześnieniu) infrastruktury w przedsiębiorstwie, służącej do opracowania, testowania czy przygotowania do masowej produkcji produktów służących do zwalczania epidemii – produktów leczniczych, medycznych czy surowców chemicznych.

Pożyczki płynnościowe – dla kogo?

Skierowane są dla mikro, małych i średnich przedsiębiorstw, które zatrudniają mniej niż 250 osób. Warunkiem przy składaniu wniosku jest wystąpienie problemu płynności finansowej, który nastąpił na skutek pandemii COVID-19. W tym przypadku, ważne jest indywidualne uzasadnienie wniosku, który podlega weryfikacji przez pośrednika finansowego. Po stronie ubiegającego się o pożyczkę leży uargumentowanie, jak sytuacja związana z pandemią wpłynęła na funkcjonowanie jego przedsiębiorstwa.

Na co można przeznaczyć środki?

Przedsiębiorca może przeznaczyć uzyskane fundusze na poprawę płynności finansowej, utrzymanie działalności czy uregulowanie bieżących kosztów działalności. Może je przeznaczyć na m.in. wynagrodzenia dla pracowników (w tym także dla osób samozatrudnionych), uregulowanie zobowiązań handlowych lub publiczno-prawnych, wydatki związane z użytkowaniem infrastruktury danego przedsiębiorcy czy kupnem surowców i półproduktów.

Pożyczka płynnościowa nie koliduje z innymi formami pomocy publicznej, którą przedsiębiorca uzyskał w przeszłości lub planuje dopiero uzyskać, np. pożyczka o charakterze inwestycyjnym – powiedział Daniel Szczechowski z Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej. – Fakt, że firma skorzysta z pożyczki płynnościowej nie ma wpływu także na limit pomocy de minimis – dodaje.

Na jakich warunkach?

Wysokość pożyczki ustalana jest indywidualnie dla każdego przedsiębiorcy. Pod uwagę brane jest 25% wysokości obrotu lub dwukrotność wynagrodzeń za 2019 rok. Kredyt jest bezpłatny, tzn. klienci nie płacą oprocentowania, nie ma również żadnych innych dodatkowych kosztów (np. prowizji). Nie ma także wymogu wkładu własnego. Z pożyczki można finansować 100% wszystkich kosztów, na które jest ona przeznaczona. Zobowiązanie do 100 tys. zł zabezpiecza się w pierwszej kolejności wekslem in blanco.

– Bank Gospodarstwa Krajowego działa za pomocą pośredników finansowych. W celu dystrybucji pożyczki, wybraliśmy kilkanaście firm, które w poszczególnych regionach udzielają wsparcie – mówi Przemysław Derwich z Banku Gospodarstwa Krajowego.

Nabór wniosków

Od maja, czyli od momentu wprowadzenia pożyczki płynnościowej, cieszyła się ona dużym zainteresowaniem, przez co środki zostały rozdystrybuowane już w kilkanaście dni. Stąd rozwiązanie Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej, aby zwiększyć pulę o dodatkowe kilkaset milionów złotych.

– Planujemy uruchomić kolejne nabory na nowe instytucje finansujące. Zwiększy się też kwota alokacji całego przedsięwzięcia. Ma to poprawić dostępność pożyczek w skali całego kraju. Nowa pula ma być dostępna na początku wakacji, prawdopodobnie w lipcu – dodaje Przemysław Derwich.

Kooperacja pomiędzy Volkswagen Samochody Dostawcze i firmą Ford przechodzi na kolejny poziom

  • Pickup na bazie Forda Ranger – ukaże się na rynku jako nowy Amarok w roku 2022
  • Volkswagen Samochody Dostawcze będzie produkować dostawczy pojazd miejski na bazie Caddy 5 dla Forda
  • Ford rozpoczyna prace w zakresie rozwoju Transportera w segmencie do 1 Tony ładowności
  • Kooperacja obejmować będzie do 8 milionów pojazdów w ramach całego cyklu życia produktów

Poznań, Hanower 10.06.2020 –  w ubiegłym roku koncerny Volkswagen i Ford ogłosiły szeroko zakrojoną kooperację, zakładającą współpracę w obszarach pojazdów elektrycznych i lekkich samochodów dostawczych oraz współdziałanie w ramach rozwoju systemów autonomicznych. Podpisane aktualnie umowy pomiędzy firmami Ford i Volkswagen są ważnym krokiem milowym w kooperacji tych koncernów. Tworzą bazę dla trzech projektów pojazdów Forda i Volkswagen Samochody Dostawcze (VWN) i będą obejmować wolumen w wysokości do 8 milionów aut w całym cyklu życia tych pojazdów. Oprócz ustalonej już współpracy w ramach Pickupa średniej wielkości biegną również projekty dla miejskiego pojazdu dostawczego oraz Transportera w segmencie do 1 tony ładowności.

Thomas Sedran, Prezes Marki Volkswagen Samochody Dostawcze: „Strategiczna współpraca z Fordem jest ważnym elementem naszej strategii przyszłości GRIP 2025+ i tym samym częścią transformacji, w której znajduje się Marka. Kooperacja wzmacnia naszą silną pozycję w obszarze lekkich samochodów dostawczych w kolejnych latach, przede wszystkim jeśli chodzi o europejskie rynki zbytu. Partnerstwo z Fordem ma charakter długofalowy, a teraz podpisane umowy są dla mnie potwierdzeniem, że z powodzeniem krok po kroku realizujemy nasz plan.”

Ford Ranger i Volkswagen Amarok

W przyszłości Ford jako partner wiodący będzie produkował dla Volkswagen Samochody Dostawcze nową wersję Amaroka na bazie Rangera. Następca Amaroka od roku 2022 będzie produkowany w zakładzie Forda w Silverton w RPA. Sedran: „Dla obu partnerów ważne jest wykorzystanie tej samej platformy, jednocześnie oboje będziemy chcieli uwydatnić w pełni nasze mocne strony poprzez dopasowanie i indywidualny design, jak również interfejs i tym samym wyraźnie podkreślić różnice między modelami. Z kolei dla Volkswagen Samochody Dostawcze, i następcy Amaroka głównymi rynkami zbytu będą kraje z obszaru EMEA (Europa-Arabia-Afryka). Skorzystają z tego ostatecznie nasi klienci, ponieważ bez tej kooperacji nie stworzylibyśmy nowego Amaroka.”

Miejskie auto dostawcze i Transporter

Podpisy pod aktualnymi umowami o kooperację są podstawą dla dwóch kolejnych projektów: Volkswagen Samochody Dostawcze na bazie zaprezentowanego w lutym tego roku Caddy 5 rozwinie miejski samochód dostawczy i będzie go produkował dla Forda w Polsce pod nazwą Transit Connect od 2021. Tym samym Ford wypuści na rynek pierwszy pojazd w ramach kooperacji z Volkswagen Samochody Dostawcze. Produkcja nowego Caddy 5, który po premierze światowej w lutym 2020 został bardzo pozytywnie przyjęty przez międzynarodowe media, rozpocznie się w drugiej połowie 2020 w Poznaniu.

Ważnym segmentem w obszarze lekkich samochodów dostawczych są Transportery z ładownością do jednej tony. Volkswagen Samochody Dostawcze oraz Ford postanowiły również w ramach tego segmentu rozpocząć kooperację, u której podstaw leży umowa między stronami. W ramach współpracy nad Transporterami firma Ford przejmie rolę wiodącą w zakresie rozwoju technicznego oraz produkcyjnego. Thomas Sedran: „Projekt ‘1Ton’ będzie dla Volkswagen Samochody Dostawcze dodatkowym wzmocnieniem w obszarze klientów firmowych, ponieważ będziemy w stanie stworzyć silną ofertę z bardzo dobrymi warunkami kosztowo-użytkowymi. Jednocześnie w naszych rękach nadal na wyłączność pozostaje rozwój techniczny, produkcja oraz marketing następcy naszej dzisiejszej serii 6.1 dla klientów prywatnych, czyli modeli Multivan, Caravella i California. Można by rzec – łączymy to co najlepsze z dwóch światów motoryzacyjnych dla naszych klientów”

Rozwój jazdy autonomicznej

Z początkiem miesiąca podpisane zostały umowy w ramach kooperacji w obszarze rozwoju jazdy autonomicznej, a spółka siostrzana Volkswagena AID została wcielona do przedsiębiorstwa ARGO AI. W ten sposób stworzono podstawę dla globalnie działającego przedsiębiorstwa w zakresie rozwoju jazdy autonomicznej. Obaj partnerzy w przyszłości będą mogli indywidualnie korzystać z oprogramowania oraz systemu SDS (Self Driving System). W ramach koncernu Volkswagena, VWN jest odpowiedzialny za rozwój techniczny jazdy autonomicznej w obszarze MaaS/TaaS dla poziomu automatyzacji Level 4. Thomas Sedran: „W roku 2022 po raz pierwszy będziemy mogli wykorzystać flotę pojazdów autonomicznych w warunkach realnych. Będzie to pierwszym testem z wykorzystaniem pojazdów w pełni elektrycznych, z serii ID-BUZZ na poziomie Level 4. W tym celu ściśle będziemy współpracować z firmą ARGO. Ponadto jestem przekonany, że ARGO przejmie rolę wiodącą w całym przemyśle, z której zarówno Ford oraz my mocno skorzystamy.”

Kooperacja między koncernami Volkswagena i Forda nie spowoduje powiązania kapitałowego przedsiębiorstw, a wszystkie pojazdy będą dystrybuowane na rynkach niezależnie od siebie.

Korekta na rynkach trwa

Kończący się tydzień był jednym z najsłabszych od początku kryzysu. Po bardzo dobrym odbiciu przyszedł czas na korektę, a ta jest dotkliwa.

Rekordowo niskie stopy do 2022 roku

Na środowym posiedzeniu FED padło zapewnienie, że do 2022 roku nie zobaczymy podwyżek stóp procentowych w USA. Prognoza ta bazuje oczywiście na dzisiejszych modelach makroekonomicznych, które (jak pokazuje obecne półroczne) mogą się zmieniać w wyniku nagłych wydarzeń. Spodziewany jest ponad 6% spadek PKB. Do wartości tej należy jednak podejść z pewnym dystansem, bo na kolejne lata zapowiadany jest wzrost o 5% i 3,5%. Warto jednak zwrócić uwagę, że pomimo silnego odbicia w dwóch kolejnych latach lata 2020-2022 powinny łącznie spowodować wyraźnie niższy od średniej wzrost PKB w USA. Pozytywnie wyglądają też projekcje rynku pracy. Jeszcze w tym roku bezrobocie ma spaść poniżej 10%. Patrząc jednak na poziom tego wskaźnika w przeszłości w USA można odnieść wrażenie, że jest to bardzo ostrożna prognoza.

Święto niekorzystne dla złotego

Jak to niestety często bywa w dni wolne od pracy, kiedy to rynki działają, złoty traci na wartości. Inwestorzy nie mają bowiem tego dnia zbytnio powodu by kupować złotego, za to inne okazje za granicą dalej istnieją, co powoduje, że go sprzedają. Efekt tej prawidłowości nie jest przeważnie zbyt silny, ale w szczytowym momencie w Boże Ciało euro drożało o 3 grosze. Dzisiaj sytuacja wrócił już w okolice zamknięcia rynków w środę.

Spadki na rynkach trwają

Złoty trzyma się na razie wyjątkowo dobrze, ale na rynkach widać, że po ostatnim umocnieniu przyszedł czas na korektę. Jest ona widoczna w wielu aspektach. Giełdy od początku tygodnia są w wyraźnym odwrocie. Niemiecki DAX stracił ponad 7%, francuski CAC niewiele poniżej tej wartości, nawet polski WIG, który do środy był stabilny dzisiaj otworzył się około 3% spadkiem. Podobnie wygląda sytuacja na rynku ropy, gdzie baryłka staniała od początku tygodnia o 12%. Awersję do ryzyka widać również na parze euro do franka, gdzie frank wyraźnie się umocnił. Odczuli to dotkliwie kredytobiorcy frankowi.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Śledzenie rozpowszechniania się Covid-19 za pomocą smartfonów? Są poważne obawy dotyczące bezpieczeństwa

Eksperci cyberbezpieczeństwa wyrażają poważne obawy związane z wdrażaniem aplikacji śledzących kontakty z koronawirusem. Specjaliści firmy Check Point powołują się m.in. na możliwości tropienia urządzeń, naruszenia bezpieczeństwa danych osobowych, przechwytywania ruchu przez aplikacje i generowania fałszywych raportów zdrowotnych. W Polsce tego typu aplikacja – ProteGO Safe, stworzona przez Ministerstwo Cyfryzacji, już w dniu premiery wywołała niemałe kontrowersje, w związku z akcją promocyjną przeprowadzoną przez boty internetowe.

Analitycy firmy Check Point w ostatnim czasie dokładnie badają różnego rodzaju aplikacje stworzone do śledzenia kontaktów międzyludzkich w związku z pandemią Covid-19. Po wstępnym przeglądzie eksperci zgłosili szereg obaw dotyczących sposobu wdrażania aplikacji do śledzenia kontaktów. Badacze przedstawili swoje obawy m.in. w związku z możliwością śledzenia urządzeń przez osoby postronne.

Niektóre z aplikacji bazują na technologii Bluetooth Low Energy (BLE) – urządzenia nadają pakiety typu handshake, które ułatwiają identyfikację kontaktu z innymi urządzeniami. Jeśli nie zostaną one prawidłowo zaimplementowane, hakerzy mogą śledzić urządzenie danej osoby poprzez korelację urządzeń z odpowiednimi pakietami identyfikacyjnymi.

Wspomniane aplikacje przechowują dzienniki kontaktów, klucze szyfrujące i inne poufne dane na urządzeniach. Tego typu dane wrażliwe powinny być zaszyfrowane i przechowywane w tzw. „piaskownicy” (sandbox) aplikacji, a nie w lokalizacjach współdzielonych. Jednak nawet w sandboksie, przy uzyskaniu uprawnień roota lub fizycznego dostępu do urządzenia, dane mogą być zagrożone!

Co więcej, użytkownicy mogą być podatni na ataki „man-in-the-middle” i przechwytywanie ruchu generowanego przez aplikację, jeżeli cała komunikacja z serwerem pomocniczym aplikacji nie będzie prawidłowo zaszyfrowana. Eksperci twierdzą, że ważne jest, aby aplikacje kontaktowe dokonywały odpowiedniego uwierzytelnienia, gdy informacje są wysyłane na serwery, np. gdy użytkownik umieszcza swoją diagnozę i dzienniki kontaktów. Bez niej może się okazać, że serwery zostaną zalane fałszywymi raportami o stanie zdrowia, podważając tym samym wiarygodność całego systemu.

– Nasi eksperci wciąż zastanawiają się, czy aplikacje śledzące kontakty międzyludzkie są rzeczywiście bezpieczne. Po wstępnej ocenie, mamy pewne obawy. Tego typu programy muszą zachować delikatną równowagę między prywatnością a bezpieczeństwem, ponieważ niewłaściwe wdrożenie norm bezpieczeństwa może stanowić poważne zagrożenie dla danych użytkowników. Problem sprowadza się również do pytań o to, jakie dane są gromadzone, jak są przechowywane i w jaki sposób są one rozpowszechniane – mówi Jonathan Shimonovich, menedżer działu badań urządzeń mobilnych w firmie Check Point.

Jak informują przedstawiciele firmy, w najbliższych tygodniach badania nad tego typu aplikacjami będą intensywnie i skrupulatnie prowadzone, by uzyskać pewność, że dane użytkowników pozostaną bezpieczne. Wśród badanych aplikacji jest również ProteGO Safe, zaprezentowana przez polskie Ministerstwo Cyfryzacji.

RICS uruchomił usługę mediacji online

W odpowiedzi na rosnącą na tle pandemii Covid-19 liczbę sporów na rynku budownictwa i nieruchomości, m.in. w zakresie opłat za czynsz, RICS uruchomił usługę mediacji online.

Organizując ponad 5 tys. spotkań mediacyjnych rocznie, RICS jest największym i mającym najdłuższe doświadczenie dostawcą usług polubownego rozstrzygania sporów (DRS) w branży budownictwa, infrastruktury i nieruchomości na świecie. Od ponad 40 lat wyznaczeni przez RICS eksperci pomagają w rozwiązywaniu różnorodnych, niekiedy bardzo kompleksowych konfliktów wpisanych w codzienną praktykę rynku.

„Nałożone przez rządy poszczególnych państw ograniczenia w funkcjonowaniu gospodarki w związku z pandemią Covid-19 wywarły negatywny wpływ na rynek nieruchomości komercyjnych, jak i mieszkaniowych, m.in. w zakresie opłat czynszowych i odcisnęły się piętnem na wzajemnych relacjach na linii najemca-wynajmujący, wprowadzając w nie ogromny chaos. Obowiązek zapłaty czynszu pozostaje kwestią bezsporną, problemem jest jednak to, że najemcy nagle przestali i często nadal nie są, pomimo stopniowego odmrażania gospodarek, w stanie go płacić. Właściciele nieruchomości muszą jednak wywiązywać się ze swoich zobowiązań, w tym finansowych, co tworzy błędne koło, które można zatrzymać jedynie poprzez pragmatyczne i biznesowo przemyślane negocjacje”, przekonuje dr John Fletcher, dyrektor departamentu ds. polubownego rozwiązywania sporów w RICS.

Tradycyjne mediacje odbywają się w formie osobistego, bezpośredniego kontaktu skonfliktowanych stron, w odpowiedzi jednak na obecną, pilną potrzebę rynku RICS uruchomił usługę mediacji online. Dzięki temu każdy, kto chce rozwiązać sporną sprawę, będzie mógł z niej skorzystać kontaktując się z działem DRS w RICS, pełniącym rolę centralnego koordynatora procesu poprzez dopasowanie odpowiednio doświadczonego mediatora do konkretnego sporu; kontaktowanie się z drugą stroną; zarządzanie dokumentami i dowodami w ramach procesu mediacji oraz organizację internetowych sesji mediacyjnych.

Mediacja może być bardzo pomocna we wszystkich rodzajach konfliktów związanych z własnością nieruchomości. Szczególnie sprawdza się również w sektorze budownictwa, zapewniając ciągłość projektów budowlanych i umów z podwykonawcami.

Joanna Plaisant LLM, Country Manager RICS w Polsce: “Zastosowanie mediacji staje się coraz ważniejsze dla zapobiegania konfliktom związanym z kryzysem wywołanym pandemią Covid-19. Mediacja to skuteczne narzędzie w rękach uczestników rynku, które może mieć zastosowanie do szerokiego wachlarza zagadnień tak, aby znaleźć szybkie i opłacalne rozwiązanie sporów przy jednoczesnym przywróceniu zaufania między stronami”.

Pomoc antykryzysową dla firm trzeba zwolnić z podatku

Jedne instrumenty pomocowe są objęte podatkiem, inne nie, a nie ma żadnego powodu, by stosować wobec nich różne standardy – wynika z analizy Pracodawców RP. Dlatego należy zwolnić wszystkie instrumenty z podatku i skończyć z sytuacją, w której państwo wypłaca pieniądze z jednej kieszeni, a potem zabiera jako podatek do drugiej. 

W walce z gospodarczymi skutkami pandemii uchwalono już cztery Tarcze Antykryzysowe oraz Tarczę Finansową. Ich generalnym celem jest  przeciwdziałanie głębokiej recesji gospodarczej oraz likwidacji miejsc pracy. „Okazuje się jednak, że zależnie od tego, w jakiej tarczy znalazł się dany instrument pomocowy, jest lub nie jest on obłożony podatkiem” – mówi Łukasz Czucharski, ekspert podatkowy Pracodawców RP.

I tak ustawowe zwolnienie z podatku dochodowego obejmuje przede wszystkim umorzenie mikropożyczki wraz z odsetkami (art. 15 zzd ust. 10 specustawy COVID-19), świadczenia postojowe (art. 52m pkt 1 ustawy o PIT) czy zwolnienie z obowiązku płacenia składek (art. 31zo specustawy COVID-19).

Zgodnie z przekazaną do Senatu Tarczą Antykryzysową 4.0 również dopłaty do oprocentowania kredytów bankowych nie stanowią  przychodu w rozumieniu przepisów o podatku dochodowym od osób fizycznych oraz przepisów o podatku dochodowym od osób prawnych.

Wsparcie a podatek dochodowy

Inaczej jednak wygląda kwestia wsparcia otrzymywanego w ramach Tarczy Finansowej, określanego jako subwencja finansowa. Subwencja ta co do zasady podlega zwrotowi, jednakże w określonych przypadkach może zostać umorzona nawet do wysokości 75 proc. Na stronach rządowych wskazuje się, że dla celów podatku dochodowego pomoc finansowa z PFR traktowana jest jak pożyczka. Przedsiębiorcy po otrzymaniu środków z Tarczy Finansowej nie zaliczają ich więc do przychodów podatkowych. „W obecnym stanie prawnym do przychodów zalicza się jednak wartość umorzonych zobowiązań, w tym z tytułu uzyskanego finansowania. Zatem umorzenie kwoty subwencji stanowić będzie przysporzenie dla przedsiębiorcy, co paradoksalnie, biorąc pod uwagę przeznaczenie przyznawanych środków, będzie się wiązać z powstaniem zobowiązania podatkowego i koniecznością zapłaty podatku z tego tytułu” – tłumaczy Łukasz Czucharski. „Podatek zmniejszy więc wydatnie faktyczną wartość pomocy, jaką dana firma otrzyma i może zniweczyć jej efekty” – dodaje.

Jego zdaniem biorąc pod uwagę cel działań osłonowych i potrzebę wsparcia przedsiębiorców w dobie kryzysu, zwolnienie z podatku powinno zostać wprowadzone jako ogólna zasada w odniesieniu do wszystkich instrumentów mających zapobiegać skutkom COVID-19. Trudno bowiem znaleźć uzasadnienie dla opodatkowywania środków wypłacanych w związku epidemią, których przeznaczeniem jest utrzymanie miejsc pracy i zapobieganie fali upadłości.

„Pracodawcy RP apelują więc do rządu o ujęcie wprost w ustawie zwolnienia z opodatkowania wszystkich środków przyznawanych przedsiębiorcom w związku z przeciwdziałaniem skutkom pandemii COVID-19. Takie działanie wpłynie pozytywnie przede wszystkim na płynność finansową przedsiębiorstw, co jest kwestią fundamentalną w dobie kryzysu” – mówi Łukasz Czucharski.

Niezbędne w ocenie Pracodawców RP jest również wydanie przez Ministra Finansów interpretacji ogólnej przepisów prawa podatkowego w zakresie opodatkowania środków przyznawanych przedsiębiorcom w związku ze skutkami COVID-19 w celu jednoznacznego rozwiania wszelkich wątpliwości dot. rozliczeń z administracją skarbową. Pozwoli to uniknąć ewentualnych sporów z administracją w przyszłości i zapewni przedsiębiorcom poczucie pewności prawa.

Pracodawcy RP

Rzecznik MŚP zwraca uwagę na sytuację przedsiębiorców świadczących usługi agencyjne

Uchwalona 4 czerwca 2020 r. ustawa o dopłatach do oprocentowania kredytów bankowych udzielanych na zapewnienie płynności finansowej przedsiębiorcom dotkniętym skutkami COVID-19 oraz o zmianie niektórych innych ustaw przewiduje m.in. (na dzień 8 czerwca 2020 r. trwają prace w Senacie RP) ograniczenie wysokości wypłacanych pracownikowi wynagrodzeń przez pracodawcę, u którego wystąpił spadek obrotów gospodarczych lub istotny wzrost obciążenia, w związku z rozwiązaniem umowy o pracę, do kwoty wynoszącej dziesięciokrotność minimalnego wynagrodzenia. Powyższe rozwiązanie rozciągnięto na wypowiedzenie albo rozwiązanie umowy agencyjnej, umowy zlecenia (lub innej umowy o świadczenie usług, do której stosuje się przepisy dotyczące zlecenia), umowy o dzieło albo w związku z ustaniem odpłatnego pełnienia funkcji.

Rzecznik MŚP w związku z sygnałami otrzymanymi od przedsiębiorców świadczących usługi agencyjne zwrócił się o dokonanie stosownych korekt i nierozciąganie na nich problematycznej regulacji.

Obecnie polski rynek składa się w przeważającej większości z agentów będących mikroprzedsiębiorcami, podczas gdy dającymi zlecenie są najczęściej duże, międzynarodowe przedsiębiorstwa. Ponadto dysproporcje te znacząco utrudniają dochodzenie roszczeń agentom od ich kontrahentów. W efekcie przedmiotowa regulacja powoduje nie tylko rozciągnięcie na umowę agencyjną zasad, które dotyczyć mają docelowo stosunku pracy, co powodować może problemy interpretacyjne, ale także utrudnia już i tak niełatwą ścieżkę dochodzenia roszczeń przez agentów.

Rzecznik MŚP w swojej opinii z 2 czerwca 2020 r. oraz w wystąpieniu do Wiceprezes Rady Ministrów, Minister Rozwoju zwrócił ponadto uwagę na długi czas tych ograniczeń (mają obowiązywać przez czas stanu epidemii lub stanu zagrożenia epidemicznego ogłoszonego z powodu COVID-19) oraz potencjalną niezgodność z regulacjami Unii Europejskiej.

Europejski przemysł bateryjny – PW i UW podpisały porozumienie z ENERIS Polbatt

9 czerwca 2020 r. władze dwóch wiodących uczelni, Politechniki Warszawskiej i Uniwersytetu Warszawskiego, podpisały porozumienie o współpracy z ENERIS PolBatt, członkiem europejskiego programu Important Projects of Common European Interest on Batteries.

Podpisane porozumienie w pełni wpisuje się w plan Europejskiego Zielonego Ładu i opiera się na głębokiej integracji nauki i przemysłu. Jego celem jest powstanie Kampusu ENERIS Magazynowania Energii i Ekonomii Cyrkularnej, począwszy od wykorzystania wspólnej inicjatywy PW i UW tj. Centrum Zaawansowanych Materiałów i Technologii CEZAMAT.

prof. ucz. dr hab. Marcin Pałys, Rektor Uniwersytetu Warszawskiego
prof. ucz. dr hab. Marcin Pałys, Rektor Uniwersytetu Warszawskiego
prof. dr hab. inż. Jan Szmidt, Rektor Politechniki Warszawskiej
prof. dr hab. inż. Jan Szmidt, Rektor Politechniki Warszawskiej
Artur Gadziomski, Członek Zarządu spółki ENERIS Polbatt
Artur Gadziomski, Członek Zarządu spółki ENERIS Polbatt

Zespoły naukowców z Wydziału Chemicznego Politechniki Warszawskiej (reprezentowanego przez prof. dr. hab. inż. Władysława Wieczorka i prof. dr. hab. inż. Marka Marcinka) oraz Wydziału Chemii Uniwersytetu Warszawskiego (pod kierunkiem prodziekana ds. finansów i rozwoju dr. hab. Zbigniewa Rogulskiego) od roku współpracują z ENERIS Polbatt w celu przygotowania efektywnego modelu działań i określenia pożądanych programów badawczych w zakresie magazynów energii. Efektem współpracy jest podpisane porozumienie, które tworzy ramy do efektywnej integracji nauki i przemysłu. Wpisuje się ono w politykę Unii Europejskiej, która zdecydowała się zdynamizować europejski przemysł bateryjny, kluczowy dla elektromobilności, bezpieczeństwa energetycznego oraz ochrony środowiska.

Przypomnijmy, że na przykładzie sukcesu europejskiej inicjatywy Airbus powstał unijny mechanizm IPCEI (Important Projects of Common European Interest), notyfikowany przez Komisję Europejską w grudniu 2019 r. Uczestniczy w nim 17 firm z 7 krajów, z czego cztery z nich (Francja, Niemcy, Polska, Włochy) ma wiodącą rolę.

Polska spółka ENERIS PolBatt jako jedyna przedłożyła projekt obejmujący pełen łańcuch wartości od produkcji do recyklingu nowej generacji baterii, oparty na integracji badań i pełnego wdrożenia przemysłowego. Jest ona częścią Grupy ENERIS, której misją jest „czysta ziemia, woda i powietrze” oraz koncentracja działań na dostarczaniu innowacyjnych rozwiązań w zakresie ochrony środowiska, od gospodarowania odpadami i recyklingiem, poprzez niskoemisyjną energetykę rozproszoną i magazynowanie energii.

Rośnie eksport śliwki kalifornijskiej. W okresie pandemii częściej sięgamy po zdrowe produkty o długim terminie ważności

W czasie pandemii rośnie sprzedaż naturalnych produktów spożywczych o długim terminie ważności. Na popularności zyskują suche artykuły spożywcze, ale też produkty prozdrowotne. Taki trend sprzyja producentom suszonych owoców, którzy już przed koronawirusem dynamicznie zwiększali sprzedaż. Eksport śliwki kalifornijskiej do Polski od sierpnia 2019 do marca 2020 roku wzrósł prawie dwukrotnie. – Konsumenci częściej wybierają produkty, które w naturalny sposób pomagają im zachować zdrowie – mówi Kevin Verbruggen z California Prune Board i podkreśla, że suszone śliwki mają między innymi dobroczynny wpływ na układ trawienny.

– Bez wątpienia koronawirus wywiera ogromny wpływ na wielu kupujących, konsumentów i przedsiębiorstwa na całym świecie. W przypadku śliwki kalifornijskiej na wielu rynkach obserwujemy znaczny wzrost sprzedaży – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Kevin Verbruggen, European Marketing Director w California Prune Board (CPB).

Z danych Nielsena wynika, że w ostatnich tygodniach więcej kupujemy produktów zdrowotnych oraz suchych artykułów spożywczych. Na tym trendzie korzystają producenci suszonych owoców. Dane CPB z USA, Japonii czy Włoch wskazują, że w okresie pandemii konsumenci chętniej sięgali po takie artykuły.

 Konsumenci wybierają produkty, które w naturalny sposób pomagają im zachować zdrowie. Zależy im też na produktach, które można dłużej przechowywać w domu, dlatego istotny wzrost sprzedaży odnotowały m.in. mrożonki. Ten trend jest korzystny dla śliwki kalifornijskiej, która z uwagi na swój długi termin przydatności do spożycia może być przechowywana w domu nawet przez rok – wskazuje ekspert.

Już dane za okres sprzed pandemii wskazują, że w Polsce zainteresowanie śliwkami kalifornijskimi rośnie. Od sierpnia 2019 do marca 2020 roku wolumen eksportu tych owoców z USA wzrósł o 97 proc., zaś jego wartość – o 84 proc. w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku obrotowego California Prune Board. Taka tendencja, w opinii ekspertów CPB, powinna utrzymać się także w kolejnych miesiącach.

 Wierzymy, że suszone owoce mają w sobie potencjał w zakresie rozwoju biznesowego. Szczególnie biorąc pod uwagę możliwe problemy ze świeżymi owocami. Radzilibyśmy zatem wszystkim sprzedawcom, którzy przewidują ewentualne problemy z dostawami lub wzrostem cen świeżych owoców, aby zrobili zapasy i odpowiednio wyeksponowali owoce suszone – tłumaczy Kevin Verbruggen.

Do sukcesu sprzedażowego śliwek kalifornijskich przyczynia się rosnąca świadomość konsumentów na temat właściwości odżywczych tych owoców. Garść suszonych śliwek może być jedną z pięciu zalecanych do spożycia dziennych porcji warzyw i owoców. Owoce te można spożywać w ramach zróżnicowanej i zbilansowanej diety oraz zdrowego stylu życia.

– Suszone śliwki są bogate w błonnik. Według badań codzienne spożycie 100 gramów przyczynia się do prawidłowego funkcjonowania jelit. Suszona śliwka jest także źródłem witaminy K i manganu, które pomagają w zachowaniu zdrowych kości. Poza tym są źródłem witaminy B6 i miedzi, które z kolei mają wpływ na prawidłowe funkcjonowanie układu odpornościowego – mówi ekspert z California Prune Board.

Ponadto zawarty w suszonych śliwkach mangan chroni komórki przed stresem oksydacyjnym, a potas pomaga utrzymywać właściwe ciśnienie we krwi.

 Zaletą śliwek kalifornijskich jest także ich uniwersalność – mogą być spożywane jako przekąska, a także używane w kuchni do przyrządzania zarówno dań na słodko, jak i na słono – mówi Kevin Verbruggen.

Rdzeniowy zanik mięśni jest najczęstszą przyczyną śmierci dzieci do 2. roku życia. Chorobę tę można skutecznie leczyć zarówno u dzieci, jak i dorosłych

Postępujące osłabienie i wiotczenie mięśni, które prowadzi do utraty oddechu i śmierci – to objawy SMA, czyli rdzeniowego zaniku mięśni. Z tą poważną chorobą genetyczną rodzi się około 50 dzieci rocznie. Obecnie w Polsce choruje na nią ok. 900 pacjentów w różnym wieku. Od półtora roku w naszym kraju refundowany jest innowacyjny, pierwszy na świecie lek, który pozwala uchronić chorych przed przedwczesną śmiercią i niepełnosprawnością. Wyniki ostatnich badań obserwacyjnych niemieckich lekarzy przeprowadzone wśród dorosłych pacjentów potwierdziły jego skuteczność. Lekarze podkreślają jednak, że aby terapia przyniosła jak najlepsze rezultaty, musi zostać wdrożona jak najwcześniej. 

SMA, czyli rdzeniowy zanik mięśni, to ciężka choroba z grupy schorzeń nerwowo-mięśniowych. Dotyka osoby w różnym wieku, ale w ponad 50 proc. przypadków objawy pojawiają się już w okresie niemowlęcym. Szacuje się, że obecnie w Polsce jest ok. 850–900 chorych z SMA, a każdego roku rodzi się około 50 dzieci z tym schorzeniem. W przebiegu SMA lekarze wyróżniają kilka podtypów.

– Rdzeniowy zanik mięśni dzieli się na kilka typów. Pacjent z SMA 1 nie nabył umiejętności siedzenia. Pacjent z typem SMA 2 to dziecko, które potrafi siedzieć, ale nigdy nie chodziło. Natomiast pacjent z typem SMA 3 chodził, ale później mógł zatracić tę umiejętność. Z kolei najcięższy przebieg ma typ SMA 1, w którym często dziecko rodzi się zdrowe, ale szybko zaczyna stawać się bardzo wiotkie. Czasami te objawy są widoczne już od urodzenia i wtedy bardzo ważne jest, żeby jak najszybciej postawić diagnozę, ponieważ wiotkość i osłabienie siły mięśniowej narasta – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska, przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Neurologów Dziecięcych, kierownik Kliniki Neurologii Rozwojowej Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

SMA wywołuje wada genetyczna, wskutek której obumierają neurony w rdzeniu kręgowym odpowiadające za skurcze i rozkurcze mięśni. Brak impulsów nerwowych prowadzi do ogólnego osłabienia i postępującego zaniku mięśni. Mutacja występuje w genie odpowiedzialnym za kodowanie SMN – białka niezbędnego do prawidłowego funkcjonowania neuronów motorycznych. Taką mutację ma w Polsce średnio jedna na 35 osób. Jeżeli oboje rodziców są nosicielami tej wady genetycznej, istnieje 25 proc. ryzyka, że ich dziecko będzie miało SMA.

– Leczenie rdzeniowego zaniku mięśni powinno rozpocząć się jeszcze przed wystąpieniem objawów chorobowych. Jest to możliwe tylko dzięki badaniom przesiewowym noworodków. Są to badania genetyczne, czyli szukamy mutacji odpowiedzialnej za powstanie SMA. Dzięki nim będziemy wiedzieć, który noworodek jest chory lub predysponowany do tego, żeby wystąpiły u niego objawy rdzeniowego zaniku mięśni. Wtedy po konsultacji z rodzicami mamy obowiązek włączyć leczenie – mówi prof. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska.

SMA jest najczęstszą genetyczną przyczyną śmierci dzieci do drugiego roku życia, o ile nie wprowadzi się leczenia. Jednak w przypadkach, kiedy zostało ono wdrożone jeszcze przed pojawieniem się objawów bądź na ich wczesnym etapie, dzieci z tym schorzeniem rozwijają się podobnie jak ich zdrowi rówieśnicy.

– Rdzeniowy zanik mięśni – szczególnie ten wczesnodziecięcy, typu 1 – jest chorobą szybko postępującą. Bywa, że w ciągu dosłownie kilku tygodni na naszych oczach dochodzi do bardzo szybkiego pogorszenia funkcji ruchowych. Dlatego absolutnie kluczowe jest wczesne rozpoznanie i podanie leku. Wprowadzenie w Polsce – wzorem krajów Europy Zachodniej – powszechnego screeningu noworodków byłoby idealnym rozwiązaniem i pozwoliłoby uchronić dzieci przed niepełnosprawnością – mówi prof. dr hab. n. med. Anna Kostera-Pruszczyk, kierownik Kliniki Neurologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

– Leczenie zapobiega pojawieniu się objawów. Jeżeli już się pojawiły, to znaczy, że mięśnie zaczęły zanikać. Chory będzie słabł i w mniejszym lub większym stopniu będzie niepełnosprawny. Wprowadzenie badań przesiewowych w kierunku SMA jest względnie niedrogie i mogłoby uratować przed niepełnosprawnością kilkadziesiąt dzieci rocznie. Zwłaszcza że w Polsce mamy bardzo dobre refundowane leczenie i te dzieci mogłyby być leczone na wczesnym etapie choroby, kiedy tylko wada genetyczna zostanie zidentyfikowana – dodaje Kacper Ruciński, założyciel i członek Rady Strategicznej Fundacji SMA.

Dzięki nowym lekom pacjenci nawet z najcięższym przebiegiem choroby osiągają zdolność samodzielnego siedzenia, a niektórzy – chodzenia. To ogromny przełom w leczeniu SMA.

– Jeszcze dwa lata temu rozpoznanie SMA było wyrokiem. Mogliśmy opiekować się pacjentem tylko w ramach rehabilitacji, wsparcia gastroenterologicznego, oddechowego itd. Jednak neurologicznie nie potrafiliśmy zrobić nic – mówi prof. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska. – W tej chwili dysponujemy nieprawdopodobnymi środkami do leczenia takich pacjentów. W Polsce dostępny jest nusinersen w ramach programu lekowego. Do leczenia zakwalifikowanych jest obecnie ponad 600 pacjentów. W populacji dziecięcej tym leczeniem objęta jest znakomita większość i widzimy na co dzień, że efekty są bardzo zadowalające.

Nusinersen jest pierwszym na świecie lekiem zatwierdzonym do leczenia rdzeniowego zaniku mięśni we wszystkich postaciach, u pacjentów w każdym wieku. Ministerstwo Zdrowia objęło go refundacją od stycznia 2019 roku. Już pod koniec tego roku z tej formy leczenia korzystało ok. 60 proc. pacjentów z SMA – zarówno dzieci, jak i dorosłych.

– Mamy lek na chorobę, o której jeszcze na studiach mówiono nam, że jest nieuleczalna. Im wcześniej włączone leczenie, tym postępy chorych są większe – mówi przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Neurologów Dziecięcych.

– W klinice, którą kieruję, nusinersenem leczonych jest ponad 60 dorosłych pacjentów i nasze własne obserwacje, chociaż krótkie, dają bardzo dobre wyniki. Obserwujemy poprawę, która znacząco przekłada się na jakość życia naszych pacjentów i ich opiekunów. Różni się ona w zależności od tego, jaki jest początkowy stan pacjenta. Są pacjenci, którzy odzyskują utracone funkcje i praktycznie wracają do pełnej samodzielności – dodaje prof. Anna Kostera-Pruszczyk.

– Szacujemy, że na włączenie leczenia czeka jeszcze około 150–200 chorych. Warto podkreślić, że najmłodsze dzieci z SMA typu 1 przebiegającym bardzo gwałtownie są włączane natychmiast. Jednak są i będą uruchamiane kolejne ośrodki leczące pacjentów dorosłych, żeby dostęp do terapii był jak najlepszy – mówi.

Do tej pory dzięki badaniom klinicznym lekarze dysponowali danymi o znaczącej poprawie funkcji ruchowych u niemowląt i dzieci leczonych nusinersenem. Takich danych brakowało jednak w odniesieniu do nastolatków i osób dorosłych. Dostarczyły ich jednak niezależne badania obserwacyjne przeprowadzone przez klinicystów z 10 akademickich ośrodków klinicznych w Niemczech, których wyniki zostały opublikowane w kwietniu tego roku w „The Lancet Neurology”.

– Jedno z najbardziej prestiżowych pism neurologicznych opublikowało w kwietniu pierwszą długotrwałą obserwację pacjentów dorosłych z SMA leczonych nusinersenem. Analizie poddano około 140 pacjentów, z których część była leczona przez 14 miesięcy. Badanie to potwierdziło skuteczność leku u ludzi dorosłych z dużą rozpiętością wieku, od 16. do 65. roku życia. Ta skuteczność dotyczyła zarówno funkcji ruchowych kończyn górnych, jak i całościowych skal oceniających sprawność motoryczną. Wyraźnie wydłużył się też dystans samodzielnego chodzenia u tych pacjentów, którzy na początku byli w stanie słabiej poruszać się samodzielnie – podkreśla prof. Anna Kostera-Pruszczyk.