Do pracy na hulajnogach zamiast komunikacją miejską. Firmy wykazują się kreatywnością w organizacji bezpiecznego powrotu do biur

0

Większość przedsiębiorstw albo już wróciła do normalnego trybu pracy, albo planuje to zrobić jeszcze w czerwcu – to wniosek z badania przeprowadzonego przez społeczność CIONET we współpracy z Deloitte Polska i VMware. – Prawdopodobnie większość z firm będzie funkcjonować w trybie zmianowym, z zachowaniem dystansu między pracownikami, a niektórzy pracodawcy – poza standardowymi środkami ochrony osobistej – proponują oryginalne rozwiązania w zakresie bezpieczeństwa pracowników, jak dojazdy do pracy hulajnogami – mówią autorzy raportu.

Badanie zostało przeprowadzone wśród dyrektorów IT oraz dyrektorów HR. Autorzy wyjaśniają, że wybór nie był przypadkowy – informatycy nie mieli problemów z przejściem na pracę zdalną, a celem badania było sprawdzenie, jak ten model sprawdził się w czasach izolacji i jak będzie ewoluował w kolejnych miesiącach. Zmiany są już zauważalne.

– Polskie firmy przywracają funkcjonowanie tradycyjnych biur, ale nie ma jednej uniwersalnej metody na powrót do stacjonarnej formy pracy. W naszym badaniu ujawniliśmy kilka scenariuszy, które powtarzają się w nich najczęściej. Zależą one oczywiście od branży i liczby pracowników. Niektóre firmy są zmuszone wrócić do pracy w biurach wcześniej z uwagi na charakter ich działalności, a inne przedłużają maksymalnie pobyt w izolacji – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Frydrychowicz, partner zarządzający CIONET Polska.

W pierwszym scenariuszu realizowanym przez ankietowane firmy do pracy wracają wszyscy, którzy mogą, są zdrowi, nie należą do grupy ryzyka i nie muszą opiekować się dziećmi (20 proc. firm). W drugim scenariuszu wracają wszyscy, którzy nie mają warunków do pracy w domu albo infrastruktura wymaga pracy on premise, muszą pracować z klientem lub są pracownikami produkcji, pracują w terenie (26 proc. firm). Trzeci scenariusz dotyczy 41 proc. przedsiębiorstw i polega na założeniu, że obecnie nikt nie musi wrócić do pracy w biurze.

– Z naszego badania wynika, że firmy nie narzekają na model pracy zdalnej, a prawie 90 proc. ankietowanych powiedziało, że ta forma pracy będzie kontynuowana po czasie izolacji – dodaje Krzysztof Frydrychowicz.

Co ciekawe, zdania ankietowanych dotyczące oddziaływania pracy zdalnej na jakość komunikacji, relacji i współpracy w zespole są bardzo podzielone. 21 proc. ankietowanych uznaje, że te trzy aspekty się pogorszyły, 27 proc. dostrzega poprawę, a 26 proc nie widzi zmian w tych kwestiach. Nieco większe dysproporcje ujawniają się w odpowiedziach na pytanie o wpływ pracy zdalnej na stan emocjonalny i work–life balance pracowników. 15 proc. odczuwa poprawę w tym zakresie, a pogorszenie – dwa razy więcej badanych.

Badanie pokazało także kilka dominujących modeli w zakresie zarządzania przestrzenią i czasem pracy w biurze. Firmy, które już otworzyły biura dla pracowników, w większości przestrzegają zasad zachowania dystansu, np. pracownicy siedzą przy co drugim biurku, podobnie jak klienci w restauracjach. Takie same reguły obowiązują w windach i w przestrzeniach otwartych biur.

Sporym zaskoczeniem był dla nas fakt, że firmy decydują się pozostawić dość dużą dowolność swoim pracownikom w kwestii powrotu do pracy – ujawnia partner zarządzający CIONET Polska. – Aż cztery firmy na dziesięć powiedziały, że to od woli pracowników będzie zależało, czy wrócą do pracy w biurze. Wiele z nich zdecydowało się na model pracy zmianowej i obecnie dominuje praca w biurze na zmiany tygodniowe.

Kluczowym czynnikiem sprawnego powrotu do pracy w biurach jest bezpieczeństwo. Przez wiele tygodni na znaczeniu zyskiwało bezpieczeństwo informatyczne, ale wraz z powrotem do normalności równie ważne stają się kwestie związane z minimalizowaniem ryzyka zakażenia koronawirusem, zarówno w miejscu pracy, jak i podczas drogi do niego.

Wiele firm wykazało się niemałą kreatywnością również na tym polu – ocenia Krzysztof Frydrychowicz. – Jednym z nich jest uruchomienie specjalnych autobusów dowożących pracowników do pracy, a w innym przypadku zakup dla nich hulajnóg elektrycznych, aby nie musieli korzystać z komunikacji publicznej.

Sztuczna inteligencja i mixed reality to przełomowe technologie w dobie pandemii. Ułatwią utrzymanie dystansu społecznego i przyspieszą opracowanie szczepionki na SARS-CoV-2

W dobie kryzysu pandemicznego start-upy technologiczne wyspecjalizowane w nowych, przyszłościowych technologiach mogą zyskać na znaczeniu, przełamując ograniczenia związane z koniecznością zachowania dystansu społecznego. Rozwój usług z zakresu mixed reality ułatwi prowadzenie biznesu na odległość, a wdrożenie algorytmów uczenia maszynowego pozwoli zautomatyzować część procesów, które dotychczas wykonywali ludzie.

– Mixed reality przeżywa wielki boom, bo może m.in. umożliwiać lekarzom diagnozowanie pacjentów bez potrzeby bezpośredniego kontaktu, tym samym zmniejszając ryzyko zakażenia. Mówi się nawet o operacjach przeprowadzanych za pomocą tej technologii. Rozmawiamy z podmiotami, które proszą nas o stworzenie tzw. wirtualnych control rooms czy zwirtualizowanie treningów fizycznych, gdzie trener jest obecny wirtualnie, a dane przesyłane są za pomocą opaski na rękę – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Konrad Weiske, prezes zarządu SpyroSoft SA.

Potencjał mixed reality doceniła m.in. firma Holo4Labs, która wykorzystała tę technologię do unowocześnienia branży laboratoryjnej. Eksperci zastosowali gogle Microsoft HoloLens 2 oraz oprogramowanie Thermo Scientific SampleManager LIMS do stworzenia systemu digitalizacji pracy w laboratorium. System ten pozwala nie tylko korzystać z wirtualnych pomocy naukowych wyświetlanych w polu widzenia pracownika, ułatwi także zdalną współpracę pomiędzy laboratoriami.

Gogle HoloLens wykorzystywane są także przez pracowników londyńskich szpitali zrzeszonych w organizacji Imperial College Healthcare NHS Trust. Personel medyczny wykorzystuje oprogramowanie Dynamics 365 Remote Assist do zdalnej, bezkontaktowej komunikacji pomiędzy specjalistami. Gogle przechwytują obraz z kamery lekarzy zajmujących się pacjentami z objawami COVID-19 i przesyłają go do pracowników w zespole analitycznym, dzięki czemu ograniczają ryzyko rozprzestrzenienia się koronawirusa wśród personelu medycznego aż o 83 proc.

Z walką z wirusem bezpośrednio związana jest także sztuczna inteligencja, która przyśpiesza np. powstawanie szczepionek. Również przez to, że pandemia nakłada się na amerykańsko-chińską wojnę handlową, na pewno nastąpi przeniesienie produkcji do krajów, gdzie siła robocza będzie droższa. Pojawi się więc potrzeba większej automatyzacji, co oznacza, że będzie potrzeba wykorzystania więcej sztucznej inteligencji, choćby w postaci autonomicznych maszyn, które będą w takich fabrykach pracowały – przewiduje ekspert.

Z narzędzi automatyzujących pracę korzystają m.in. eksperci z OECD, którzy we współpracy z naukowcami z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa stworzyli interaktywną platformę do śledzenia ognisk pandemicznych. System wykorzystuje sztuczną inteligencję do analizy zasobów sieci i monitorowania potwierdzonych przypadków zakażeń i zgonów w poszczególnych rejonach świata.

Automatyzacja wkrada się także do rolnictwa. Firma Mantle Labs udostępniła brytyjskim rolnikom darmowy, trzymiesięczny dostęp do platformy umożliwiającej analizę kondycji upraw przy wykorzystaniu zdjęć satelitarnych. Sztuczna inteligencja dokonuje dogłębnej analizy obrazu, aby wykryć wstępne oznaki nieprawidłowości w rozwoju konkretnych upraw, które mogą wpłynąć na jakość zbiorów. Firma liczy na to, że dzięki temu uda się zapobiec klęsce nieurodzaju w dobie pandemii i usprawnić łańcuchy dostaw żywności.

– Pandemia w końcu się skończy albo przyzwyczaimy się do życia z koronawirusem. Dla branży dużo ciekawsze jest to, co nastąpi w jej efekcie. Rozwiązania, które teraz wypracujemy, będą wdrażane w przyszłości, łącznie np. z mixed reality i sztuczną inteligencją. To się nie zmieni, bo kryzys spowodowany przez tę pandemię będzie ciągnął się za nami latami – prognozuje Konrad Weiske.

Sztuczna inteligencja może przyczynić się do przemodelowania całego rynku pracy. Wdrażane w dobie pandemii narzędzia automatyzujące pozwolą zredukować ryzyko rozprzestrzenienia się koronawirusa, a w przyszłości umożliwią wyeliminowanie części zawodów poprzez zastąpienie pracowników maszynami. Pierwsze symptomy automatyzacji pracy można dostrzec m.in. na rynku amerykańskim, gdzie powstaje sieć sklepów Amazon Go Grocery, w których maszyny przejęły zadania wykonywane dotychczas przez ludzi. Placówki wyposażono w systemy monitoringu oraz skanowania produktów, które umożliwiają wdrożenie modelu bezobsługowej obsługi klienta. W dobie pandemii placówki tego typu ułatwią zachowanie dystansu społecznego.

– Pandemia jest tragedią, ale ta tragedia daje możliwość sprawdzenia w praktyce pewnych technologii. W momencie, kiedy zostaną przetestowane, do dużej części z nich ludzie się przekonają i będą chcieli je wprowadzić. Branża IT w większości przypadków dopuszczała pracę z domu, lecz niektóre branże dopiero teraz przekonały się, że tak można pracować. Na przykład musiały zainwestować w pewne rozwiązania do telekonferencji, a teraz już z nich nie zrezygnują i będą ich już zawsze używać – twierdzi prezes SpyroSoft SA.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku sztucznej inteligencji do 2025 roku wzrośnie do przeszło 190 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 36,6 proc.

Liczba bezrobotnych wzrosła do 1 mln 117 tys. osób

Stopa bezrobocia wzrosła w maju o 0,2 pkt procentowego, do 6%. Jest to, co prawda, niższy procentowo wzrost niż pomiędzy marcem a kwietniem, ale należy mieć na uwadze również to, że dane dotyczą okresu, w którym corocznie mieliśmy do czynienia ze spadkiem bezrobocia, głównie za sprawą rozpoczęcia prac sezonowych (budownictwo, rolnictwo, gastronomia i turystyka). Warto zauważyć, że gastronomia i turystyka, dla których maj dotychczas był rozpoczęciem sezonu zwiększonego napływu klientów, obecnie – z uwagi na sytuację epidemiczną – mają ograniczone możliwości sprzedaży swoich usług. Tym samym raczej nie będą zatrudniać nowych, sezonowych pracowników.

Na koniec maja liczba osób bezrobotnych wynosiła 1 mln 117 tys. osób. W urzędach pracy było zarejestrowanych o 157 tys. więcej niż miesiąc wcześniej. Tak znaczny wzrost liczby bezrobotnych ma miejsce w okresie obowiązywania tarcz antykryzysowych, których głównym celem jest wspieranie zatrudnienia. Napływ bezrobotnych oznacza, że obecny projekt tarcz dla części podmiotów okazał się niewystarczający lub też nie zostały one objęte rozwiązaniami antykryzysowymi.

Proponowane przez rząd podwyższenie zasiłku dla bezrobotnych do 1200 zł i wprowadzenie na trzy miesiące zasiłku solidarnościowego (1400 zł) niewątpliwie skłoni osoby pozostające bez pracy, a do tej pory bez statusu bezrobotnego, do rejestracji w urzędzie pracy. Podwyższenie kwoty wsparcia jest dobrą decyzją, gdyż nie tylko w większym stopniu zapewnia dochód osobie, która utraciła pracę, ale również jest czynnikiem podtrzymującym konsumpcję. Zasiłki są ważnym elementem pasywnej polityki rynku pracy, ale ważniejsze chyba w tej sytuacji jest skuteczne wsparcie w powrocie na rynek pracy osób, które ją utraciły. Wydaje się, że to wyzwanie kierowane przede wszystkim do ministerstwa rodziny, pracy i polityki społecznej. Dotychczasowa lista instrumentów aktywizacji powinna być wnikliwe przejrzana i zmodyfikowana pod kątem dzisiejszych wyzwań.

Monika Fedorczuk, ekspertka Konfederacji Lewiatan

Nowy JPK_VAT dopiero od 1 października 2020 r.

Obowiązek stosowania nowego JPK_VAT zostanie przesunięty, dla wszystkich podatników, z 1 lipca na 1 października 2020 r. Taki zapis znalazł się w tarczy 4.0 przyjętej przez Sejm.

– Cieszymy się, że ministerstwo finansów wsłuchało się w głos przedsiębiorców i opóźniło wprowadzenie nowego JPK_VAT. Przesunięcie terminu było konieczne, ponieważ składanie nowych plików JPK_V7K i JPK_V7M nie dotyczy, wbrew powszechnie panującemu przekonaniu, tylko połączenia JPK_VAT z formularzem deklaracji VAT, ale przede wszystkim wymusza dokonanie czasochłonnej i wielowymiarowej analizy. Dotyczy ona grup produktów i usług, typów (procedur) transakcji oraz typów dokumentów w celu oznaczenia ich w systemach księgowych w nowy, niespotykany wcześniej sposób. W sytuacji pandemii byłoby to wielkie utrudnienie i obciążenie dla firm. Mamy nadzieję, że senatorowie zaakceptują zmiany – mówi Przemysław Pruszyński, doradca podatkowy, sekretarz Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan.

Coraz więcej firm będzie upadać. Głównie zagrożone są firmy na Śląsku i w Małopolsce

W tym roku do sądów w całej Polsce wpłynie znacznie więcej wniosków o ogłoszenie upadłości niż w poprzednich latach. Podobnie będzie w przypadku otwierania postępowań restrukturyzacyjnych, o czym przekonują znawcy tematu. I zaznaczają, że liczba tego typu spraw wzrośnie przede wszystkim na terenie Śląska i Małopolski. W pierwszym z tych regionów sądy już otrzymują więcej wniosków o ogłoszenie upadłości. Potwierdzają to dane zebrane od stycznia do kwietnia tego roku, porównane z analogicznym okresem ub.r. W tym samym okresie spadła natomiast liczba wnioskujących o otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego.

Dwa regiony zagrożone

Jak wynika z danych Ministerstwa Sprawiedliwości, w 2018 roku do sądów w całej Polsce wpłynęło 16 309 wniosków o ogłoszenie upadłości. To o 1 841 więcej niż w 2017 roku, kiedy było ich 14 468. Natomiast 2 lata temu załatwiono 15 240 spraw, a upadłość ogłoszono w 7 164 przypadkach. Rok wcześniej te statystyki wyniosły odpowiednio 13 371 i 6 044. Z kolei w 2018 roku do sądów wpłynęły 863 wnioski z zakresu postępowania restrukturyzacyjnego, a rok wcześniej – 752.  Załatwiono tych spraw 825 i 708. Z informacji uzyskanych w resorcie wynika, że dane za 2019 rok są dopiero weryfikowane i będą dostępne w późniejszym terminie.

– Z pewnością w tym roku będzie znacznie więcej upadłości niż w poprzednich latach. Nastąpi to zwłaszcza w takich branżach, jak hotelarstwo, gastronomia, organizacja imprez masowych czy kultura. Oczywiście trwa odmrażanie gospodarki i są środki dla przedsiębiorstw, które znajdują się w trudnej sytuacji. Jednak te pieniądze wystarczą np. na 4 miesiące. A później nie będzie tak, że od razu wróci poziom PKB z grudnia ub.r. Moim zdaniem, to nastąpi najwcześniej za 2 lata. W związku z tym wiele firm, pomimo ponownego rozpoczęcia działalności nie będzie w stanie funkcjonować i w konsekwencji upadnie – komentuje ekonomista Marek Zuber.

Jeśli skutki kryzysu wywołanego koronawirusem nie zostaną szybko zniwelowane, to w ciągu kilku miesięcy znacząco wzrośnie liczba wniosków o upadłość lub restrukturyzację. Zdaniem Marka Niczyporuka, radcy prawnego z bielskiej Kancelarii Ars AEQUI, będzie to bowiem jedyny rozsądny sposób na zatrzymanie spirali niechcianego zadłużenia. Szczególnie problem ten może dotyczyć województwa śląskiego, gdzie obecnie liczba zachorowań jest większa niż w innych częściach Polski.

– Wzrostu liczby składanych wniosków o ogłoszenie upadłości lub otwarcie postępowania  restrukturyzacyjnego należy się spodziewać również w innych województwach. Natomiast na samym Śląsku będzie to bardziej widoczne z uwagi na dużą liczbę funkcjonujących przedsiębiorstw – stwierdza Adrian Parol, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny z Jaworzna.

Jak zaznacza Marek Zuber, na Śląsku będzie najwięcej wniosków o upadłość. Tam, w porównaniu z innymi regionami, jest więcej zarejestrowanych przedsiębiorstw. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę procent złożonych wniosków w stosunku do liczby firm w danym regionie, to gorsza sytuacja może być w Małopolsce. Jej przychody ściśle związane są z turystyką, co już boleśnie odczuwa nie tylko Kraków, ale całe Południe. Natomiast Śląsk jest najbardziej rozwiniętym gospodarczo województwem, ze sporym udziałem przemysłu. Tam, poza Warszawą, są najatrakcyjniejsze wynagrodzenia w kraju.

– Sporo przedsiębiorców uzyskało z PFR znaczne subwencje na ochronę miejsc pracy. Jednak nie wszyscy mają świadomość tego, że minimum 25% tych środków będzie do zwrotu, a dalsza część – w zależności od utrzymania stanu zatrudnienia oraz osiągniętych wyników finansowych. Paradoksalnie może to wpłynąć na zwiększenie liczby upadłości lub restrukturyzacji – dodaje mec. Niczyporuk.

Na Śląsku już jest źle

Od stycznia do kwietnia br. do Sądu Rejonowego Katowice-Wschód w Katowicach wpłynęło 75 wniosków o ogłoszenie upadłości przedsiębiorców. To o 10 więcej niż w analogicznym okresie 2019 roku. Natomiast w SR w Gliwicach ostatnio było 35 takich przypadków, a wcześniej – 33. Z kolei w Bielsku-Białej statystyki wyniosły odpowiednio 204 i 87, przy czym uwzględniają firmy i osoby nieprowadzące działalności gospodarczej. W ciągu czterech miesięcy br. do Sądu Rejonowego w Częstochowie dotarło 136 wniosków o ogłoszenie upadłości, w tym 19 dot. przedsiębiorców i 117 – osób fizycznych. W analogicznym okresie roku poprzedniego było to łącznie 121 i odpowiednio – 22 oraz 99.

– Z danych z sądów wynika, że na początku tego roku wniesiono znacząco więcej wniosków o upadłość niż w analogicznych miesiącach zeszłego roku. Warto dodać, że dostępne statystyki odnoszą się do okresów, w których nie ujawniły się jeszcze pełne skutki epidemii COVID-19, a to z pewnością sporo może zmienić w tych statystykach. Obecnie widać wzrost liczby wniosków o upadłość – komentuje ekspert z bielskiej Kancelarii Ars AEQUI.

Inaczej wyglądają statystyki wniosków o otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego. W pierwszych czterech miesiącach br. do Sądu Rejonowego Katowice-Wschód w Katowicach wpłynęło ich 13, a w analogicznym okresie ub.r. – 18. Patrząc na dane z sądu w Gliwicach, odnotowano po 9 takich wniosków. Natomiast w Bielsku-Białej ich liczba wyniosła ostatnio 4, czyli o 2 mniej niż rok wcześniej. Z kolei w Sądzie Rejonowym w Częstochowie zarejestrowano w tym roku jeden taki przypadek, a w ubiegłym – 8.

– Dane te wyraźnie pokazują, iż nie odnotowano wzrostu wpływu wniosków o otwarcie postępowań restrukturyzacyjnych. Moim zdaniem, wynika to z braku wiedzy dłużników o możliwościach, jakie daje im ustawa z 15 maja 2015 roku – Prawo restrukturyzacyjne. Ponadto dłużnicy pozyskują pomoc w ramach tarczy antykryzysowej. Niemniej wsparcie ma charakter doraźny. Dla wielu przedsiębiorców to tylko odroczenie decyzji dotyczącej upadłości albo restrukturyzacji – mówi Adrian Parol.

Na obszarze Śląska liczba wniosków o upadłość i restrukturyzację może wzrosnąć dwukrotnie lub nawet trzykrotnie. Według Marka Niczyporuka, stanie się tak, jeżeli sytuacja w górnictwie nie ulegnie poprawie i nie zostanie przywrócona pełna produkcja w branży automotive. Ta ostatnia zapewnia bowiem zatrudnienie nie tylko w koncernach samochodowych, ale również w wielu innych z nią powiązanych sektorach.

– Najbardziej zagrożona jest branża motoryzacyjna, wobec spadku popytu na nowe samochody, spowodowanego spowolnieniem gospodarczym. Stosunkowo duża liczba zarażonych górników nie ma wpływu na kondycję śląskiej gospodarki. Natomiast na liczbę składanych wniosków przez dłużników na pewno będzie miała wpływ zła sytuacja branży górniczej. To będzie rzutowało na sytuację finansową firm powiązanych z nią, które świadczą na jej rzecz usługi. Te przedsiębiorstwa staną wkrótce przed wyborem pomiędzy upadłością lub restrukturyzacją – stwierdza ekspert ds. restrukturyzacji z Jaworzna.

Jeśli kryzys okaże się szczególnie dotkliwy dla niektórych branż, konieczna będzie zmiana rodzaju prowadzonej działalności. Jak podkreśla Marek Niczyporuk, na szczęście śląska gospodarka nie jest już uzależniona od przedsiębiorstw państwowych i przemysłu ciężkiego. Bardzo rozwinięty jest sektor prywatny. Dodatkowo niepewna od lat sytuacja w górnictwie spowodowała, że przedsiębiorcy prowadzą działalności również w branżach z nim niepowiązanych. To zróżnicowanie będzie obecnie siłą tego regionu.

– Przychody Śląska są powiązane przede wszystkim z przemysłem i usługami pracującymi dla niego. Mamy już zapowiedziane zwolnienia, choćby w zakładach automotive, ale sądzę, że w drugiej połowie roku będzie dynamiczne odbicie. Wiele firm ma nadzieję, że dzięki środkom pomocowym uda się powrócić na ścieżkę wzrostu. Ale jeśli kłopoty pojawiły się kilka miesięcy przed pandemią, to można zapytać, dlaczego akurat pieniądze od państwa miałyby pomóc. Tam prawdopodobnie konieczna będzie restrukturyzacja. Pytanie, czy koronawirus spowoduje zmianę tego modelu biznesowego. Myślę, że w większości przypadków jednak nie – podsumowuje Marek Zuber.

Buty odbiły szybciej niż ubrania, gastronomia wraca, hotele i turystyka szorują po dnie, dyskonty i markety radzą sobie dobrze

  • Analiza transakcji kartami płatniczymi, dokonywanymi przez klientów Santander Bank Polska od pierwszego tygodnia poluzowania obostrzeń do 24 maja[1] wskazuje, że branże turystyczna, hotelarska i rozrywkowa nadal mierzą się z wyzwaniami związanymi z zamrożeniem gospodarki
  • Po majowym zniesieniu kolejnych obostrzeń sklepy z odzieżą i obuwiem oraz salony fryzjerskie i kosmetyczne odnotowują powrót do średnich wartości transakcji z analogicznych okresów 2019 r.
  • Na podstawie danych banku o dobrym okresie mogłyby mówić markety budowlane i sklepy z asortymentem RTV AGD, markety i dyskonty spożywcze oraz płatne kanały telewizyjne i platformy streamingowe

Sytuacja związana z epidemią Covid-19 sprzyja przejściu na transakcje bezgotówkowe. Wprowadzone obostrzenia sprawiły, że z pewnością częściej korzystamy z kart płatniczych i dlatego przedstawione przez nas dane powinny być traktowane jedynie jako wskazówka dla trendów w wybranych branżach. Sprawdziliśmy wartość transakcji dokonanych przez naszych klientów kartami w podziale na główne kategorie, w okresie od początku bieżącego roku do połowy maja, a także w 3 minionych latach. Dane sugerują, że w dyskontach spożywczych, marketach, sklepach budowlanych i RTV AGD oraz w drogeriach, wartość zakupów dokonywanych kartami przez klientów Santander Bank Polska po marcowych spadkach przekroczyła już poziomy z ubiegłych lat. Branża turystyczna nadal pozostaje w bardzo trudnej sytuacji. Pierwsze sygnały poprawy, czyli wzrostu wartości wydatków ze strony klientów, obserwujemy w branży hotelarskiej oraz rekreacji. Wśród branż dotkniętych niemal całkowitym zamrożeniem w czasie pandemii znalazła się również gastronomia, jednak jej łączny wynik w połowie maja to ok. 63% wartości transakcji z analogicznego okresu roku 2019 – mówi Przemysław Chojecki, data scientist w Santander Bank Polska.

Analitycy Santander Bank Polska porównali sumę transakcji dokonywanych kartami płatniczymi z analogicznym okresem minionego roku. Nie jest zaskoczeniem, że największe spadki odnotowano wśród biur podróży, hoteli oraz punktów rozrywki, obejmujących m.in. kina i kluby fitness. W przypadku tych trzech kategorii, na podstawie analizy transakcji, nadal można mówić wręcz o zamrożeniu biznesu spowodowanym przez obostrzenia nałożone w związku z pandemią. W branży hotelarskiej wartość transakcji spadła o 96%. Pierwsze, delikatne sygnały odbicia w transakcjach kartami pojawiły się po 4 maja, gdy poluzowano obostrzenia. Jednak nadal w drugiej połowie maja br. wartość transakcji kartami w hotelach utrzymywała się na poziomie 20% obrotów sprzed roku. Ponadto w bieżącym roku nie odnotowano znaczącego skoku wartości transakcji, charakterystycznego dla okresu długiego weekendu majowego – w 2020 r. wartość transakcji kartami w hotelach niewiele różniła się od zera. Także w biurach podróży, zarówno stacjonarnych, jak i internetowych, po gwałtownych spadkach z końcem marca nie odnotowano jeszcze odbicia, a wolumeny transakcji kształtują się na poziomie 5-6% wartości z początku br. czy początku maja minionego roku.

Nieco lepiej w restauracjach i barach fast food

Analiza danych transakcji kartami płatniczymi klientów Banku wskazuje, że w tej branży od połowy kwietnia widać trend wzrostowy, a połowa maja przyniosła wzrost wartości transakcji do ok. 63% notowanych w tym samym okresie 2019 roku.

Dane dotyczące sklepów z odzieżą i obuwiem, usług oraz salonów prasowych i sklepów z książkami wskazują na spadek liczby transakcji na poziomie od 23% do 33% dla średnich transakcji w tygodniach 24.04-17.05, mimo okresu całkowitego zamknięcia tego typu placówek w centrach handlowych. Z kolei analizując dane z trzytygodniowego okresu od 4.05 do 24.05, można już mówić o powrocie do wartości z minionego roku. Ponadto, zgodnie z najnowszymi szacunkami Polskiej Rady Centrów Handlowych[2], w dniach 18-24 maja br. liczba osób odwiedzających centra handlowe utrzymywała się na poziomie od 73% do 79% w stosunku do analogicznego okresu roku 2019. Dane z maja, wskazują, że z chwilą złagodzenia obostrzeń zdecydowanie dynamiczniej „odbiła się” sprzedaż w sklepach z obuwiem niż z odzieżą.

Wzrosty transakcji kartowych odnotowują markety budowlane i sieciowe sklepy z RTV i AGD oraz dyskonty i markety spożywcze

W tym przypadku liczba transakcji klientów banku jest o ponad 60% wyższa niż w pierwszych tygodniach maja minionego roku. Szczególnie w przypadku sieciowych sklepów z meblami widać wyraźny spadek od 9 marca i błyskawiczne odbicie do poziomów ze stycznia i lutego br. w 17. tygodniu 2020, gdy 20 kwietnia istotnie złagodzono limity liczby osób w sklepach. Natomiast, jak wskazują dane dotyczące wartości transakcji kartami w największych marketach budowlanych, doświadczyły one spadku (rzędu 20%) transakcji kartami od początku pandemii i niezwykle dynamicznego odbicia od 20 kwietnia, wraz z poluzowaniem obostrzeń. Obecnie wartość transakcji kartami średnio w tygodniu, w tego typu sklepach, jest od 40% do 70% większa niż przed pandemią.

Dużym zainteresowaniem cieszą się płatne kanały telewizyjne i platformy streamingowe

Od początku marca, wraz z pojawieniem się w Polsce pierwszych przypadków koronawirusa i pierwszych obostrzeń, niemal dwukrotnie wzrosła wartość transakcji za mikropłatności np. w grach online. Co ciekawe, wartość tych zakupów kartami błyskawicznie spadła do średnich poziomów w 17. tygodniu roku, czyli gdy od 20 kwietnia zostały otwarte lasy i parki, a także złagodzono ograniczenia dotyczące liczby osób w sklepach.

Analiza na podstawie danych własnych Santander Bank Polska, porównujących tygodnie 24.04-17.05 i 4.05-24.05 2020 do analogicznych okresów roku 2019.

[1] Dane za okres 27.04-24.05

[2] https://prch.org.pl/pl/aktualnosci/695-odwiedzalnosc-po-otwarciu-gastronomii-i-uslug

Czy zdołamy zachować ryby dla przyszłych pokoleń? – najnowszy raport ONZ

Najnowszy raport Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) pokazuje, że zapotrzebowanie na ryby i owoce morza jest obecnie większe niż kiedykolwiek i stanowi kluczowy element w zapewnieniu globalnego bezpieczeństwa żywnościowego. Jeśli jednak chcemy sprostać rosnącemu zapotrzebowaniu także w przyszłości, musimy przyspieszyć wdrażanie zrównoważonego zarządzania rybołówstwem na całym świecie.

Według opublikowanego 8 czerwca br. raportu FAO „The State of World Fisheries and Aquaculture 2020” mieszkaniec Ziemi zjada przeciętnie 20,5 kg ryb i owoców morza rocznie, a przewiduje się, że do 2030 r. liczba ta wzrośnie do 21,5 kg per capita. To ponad 3 razy więcej niż jeszcze na początku lat 60-tych XX wieku.

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat tempo wzrostu światowej konsumpcji ryb dwukrotnie przewyższało tempo wzrostu liczby ludzi na świecie. Konsumpcja ryb i owoców morza rosła także szybciej niż innych produktów, będących źródłem białka zwierzęcego, takich jak mięso, jajka czy mleko[1].

Trend ten wyraźnie pokazuje jak ważne jest odpowiedzialne rybołówstwo w osiągnięciu wyznaczonych przez ONZ Celów Zrównoważonego Rozwoju, w szczególności wyeliminowania głodu i zapewnienia wszystkim ludziom dostępu do żywności.

Z powodu niedożywienia cierpi obecnie 815 milionów ludzi, a więc co dziewiąta osoba na świecie[2]. Tymczasem ryby i owoce morza stanowią ważne źródło białka dla ponad 3 miliardów ludzi oraz zapewniają dochody dla blisko 60 mln osób zatrudnionych w rybołówstwie i akwakulturze[3].

Jak zmieniają się światowe połowy?

Według raportu FAO w 2018 r. światowe połowy osiągnęły rekordowy poziom 96,4 mln ton. Dla zobrazowania: ilość ta wystarczyłaby, żeby 160 razy wypełnić Stadion Narodowy w Warszawie po sam sufit. Połowy morskie odpowiadały za 84,4 mln ton, a śródlądowe za 12 mln ton[4]. Wśród krajów, które poławiają najwięcej zdecydowanym liderem są Chiny (15% światowych połowów), następnie Indonezja, Peru (w tym zdecydowana większość to połowy sardeli), Indie, Rosja, USA, Wietnam, Japonia, Norwegia, Chile. Ogółem 20 państw poławiających najwięcej odpowiada za aż 74% światowych połowów[5].

Do najczęściej poławianych gatunków w 2018 r. należały: sardela – 7,04 mln ton, mintaj – 3,39 mln ton, tuńczyk bonito – 3,16 mln ton, śledź – 1,8 mln ton, błękitek – 1,71 mln ton[6].

Niestety najnowsze dane FAO wskazują, że z roku na rok coraz więcej światowych zasobów ryb jest przełowionych. Nadmierne połowy dotyczą już ponad 1/3 stad ryb (34,2% w 2017 r.), a odsetek ten jest ponad 3 razy wyższy niż w połowie lat 70-tych XX wieku[7].  Problem przełowienia jest szczególnie alarmujący na obszarach: Morza Śródziemnego i Morza Czarnego (62,5%), południowo-wschodniego Pacyfiku (55%) czy południowo-zachodniego Atlantyku (53,3%)[8].

Raport-SOFIA-2020-grafikaRaport pokazuje jednak także optymistyczny fakt: gatunki, przy połowach których wdrożono skuteczne zarządzanie, takie jak tuńczyk bonito, mintaj czy dorsz atlantycki, wykazują poprawę, jeśli chodzi o odbudowę stad.

Na szczególną uwagę zasługują połowy tuńczyka, które w 2018 r. osiągnęły najwyższy dotąd poziom ok. 7,9 mln ton (dotyczy to stad wszystkich gatunków tuńczyka). Dwie trzecie tych stad są obecnie poławiane na biologicznie zrównoważonym poziomie, co oznacza duży wzrost – aż o 10 pkt. procentowych – w ciągu zaledwie 2 lat[9]. Świadczy to o rosnącym zaangażowaniu rybołówstwa w zrównoważone korzystanie z zasobów tuńczyka. Jest to szczególnie ważne biorąc pod uwagę wartość ekonomiczną oraz ogromne znaczenie tej ryby w handlu międzynarodowym, jak również wyzwania w zarządzaniu połowami, związane z migracjami tuńczyków. Więcej na ten temat można przeczytać w raporcie MSC „Tuńczyk – kompendium wiedzy o zrównoważonych połowach”.

Przyszłość oceanów w rękach konsumentów

Jak pokazują najnowsze badania konsumenckie przeprowadzone przez agencję GlobeScan co trzeci konsument na świecie obawia się, że do 2040 r. jego ulubiona ryba na zawsze zniknie z naszego menu[10].

Wzrastający popyt na produkty rybne wywiera trwały wpływ na kondycję ekosystemów morskichpowiedziała Anna Dębicka, Dyrektor Programu MSC w Polsce i Europie Centralnej. – Przez stulecia ludziom wydawało się, że morza i oceany stanową niewyczerpane źródło ryb i owoców morza, tymczasem nadmierne połowy mogą prowadzić do zachwiania równowagi ekosystemów morskich i wymierania gatunków. Nie jest to tylko problem ekologiczny, ale również ekonomiczno-społeczny. Jego konsekwencje odczuwają miliony ludzi, których byt zależy od gospodarki rybnej.

Zrównoważone połowy są kluczowe, by zagwarantować dostawy ryb i owoców morza niezbędne dla wyżywienia ludzi także w przyszłości. Dlatego od ponad 20 lat organizacja pozarządowa MSC walczy z problemem nieodpowiedzialnego rybołówstwa, mającego destrukcyjny wpływ na środowisko naturalne, jednocześnie doceniając wysiłki tych, którzy starają się chronić zasoby mórz i oceanów. Rybacy, którzy spełnią rygorystyczne wymogi określone w Standardzie Zrównoważonego Rybołówstwa MSC, mogą posługiwać się niebieskim certyfikatem MSC. Certyfikat MSC na produktach rybnych daje konsumentom gwarancję, że ryby pochodzą ze stabilnych, dobrze zarządzanych łowisk, a połowy nie szkodzą także innym organizmom morskim i ich siedliskom.

Dzięki certyfikatowi MSC możemy z łatwością dokonywać odpowiedzialnych decyzji przy zakupie dzikich ryb i owoców morza. Jest to niezwykle ważne, ponieważ nawet bardzo niewielkie działania, mogą przyczynić się do ważnych pozytywnych zmian. W ten sposób wspieramy rybaków, którzy poławiają w odpowiedzialny sposób oraz całą branże rybną, która wykonała pracę w celu uzyskania certyfikacji. Jest to szczególnie ważne zwłaszcza teraz, gdy sektor rybołówstwa stawia czoła trudnym wyzwaniom będącym bezpośrednimi skutkami pandemii COVID-19 – dodała Dębicka.

Światowy przemysł w ostatnim czasie musiał szybko dostosować się do zmieniających się warunków wywołanych pandemią COVID-19. Kluczowym jest, by plan odbudowy po kryzysie uwzględniał zrównoważony rozwój, także w kontekście połowów i przemysłu rybnego.

[1] Raport „The State of World Fisheries and Aquaculture 2020” str. 65

[2] https://www.un.org.pl/cel2

[3] Raport „The State of World Fisheries and Aquaculture 2020” str. 36

[4] Ibidem, str. 3, 9

[5] Ibidem, str. 10, 12

[6] Ibidem, str. 14

[7] Ibidem, str. 47

[8] Ibidem, str. 51, 53

[9] Ibidem, str. 8, 10

[10] Badanie przeprowadzone na zlecenie MSC przez niezależną agencję badawczą GlobeScan od stycznia do marca 2020 r. W badaniu wzięło udział 20 876 konsumentów z 23 krajów (Australia, Austria, Belgia, Kanada, Chiny, Dania, Finlandia, Francja, Niemcy, Włochy, Japonia, Niderlandy, Nowa Zelandia, Norwegia, Polska, Portugalia, Singapur, Republika Południowej Afryki, Hiszpania, Szwecja, Szwajcaria, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone).

Biznes szuka pieniędzy na ponowny start u swoich dłużników

W marcu, w pierwszym miesiącu epidemii, mały i średni biznes ruszył odzyskać stare długi – liczba przyjętych wniosków o windykację zobowiązań była wyższa o 375% niż w lutym.

Zamrożenie gospodarki i ogólna niepewność spowodowały, że w kwietniu takich wniosków było o 21% mniej (niż w marcu), wzrosła za to łączna wartość przedmiotu sporu, czyli kwota zlecona do windykacji. Maj to znowu wzrost liczby zleceń windykacji długów – o 27%. Mały i średni biznes szuka pieniędzy na ponowny start w zaległych zobowiązaniach.

Dane pochodzą z e-Kancelaria Grupa Prawno – Finansowa sp. z o.o., która jest członkiem Związku Przedsiębiorstw Finansowych (ZPF). Prowadzi windykację na wszystkich etapach: monitoringu, polubownym, sądowym i egzekucyjnym. Działa na zlecenie firm pożyczkowych, a także branż TSL, HORECA oraz budownictwa.

Niepokój biznesu o swoją płynność finansową poskutkował w pierwszym okresie zamrożenia gospodarki podejmowaniem przez przedsiębiorców wielu działań zabezpieczających środki na niepewną przyszłość. Jednym z nich była windykacja starych długów.

– W marcu notowaliśmy niespotykaną wcześniej liczbę zgłaszanych do nas długów do windykacji. Przyjęliśmy o 375% więcej takich spraw niż w lutym. Wiele z nich było starymi zobowiązaniami wyjmowanymi „z dna szuflady”. Niektóre z tych faktur zostało już spisane na straty, ale niepewne perspektywy spowodowały próbę odzyskania tych środków. Rzeczywiście – w wielu przypadkach okazało się to możliwe. Niektórzy dłużnicy, widząc kłopoty przed sobą, starali się porządkować stare zaległości, podpisywać porozumienia lub oddawać chociaż część środków – mówi Aleksandra Linda – Kierownik Działu Windykacji B2B w e-Kancelaria.

Masowe „czyszczenie” starych zobowiązań w marcu spowodowało, że liczba zgłoszony spraw windykacyjnych do e-Kancelarii w kwietniu była mniejsza o 21% niż w marcu. O prawie połowę wzrosła za to wartość przedmiotu sporu, czyli kwota zlecona do windykacji (o 48%).

– Podczas pandemii zwiększyły się salda średniej sprawy, ale jest też więcej małych spraw, które dla small biznesu są ważne – dla jednego przedsiębiorcy 1000 zł to niewiele, a dla innego to być albo nie być dla jego firmy, a czasem także rodziny – mówi Aleksandra Linda.

W maju biznes budzi się do życia

Majowe odmrażanie i ponowne uruchamianie gospodarki spowodowało przyrost liczby spraw o windykację długów – o 27%. Mały i średni biznes szuka pieniędzy na ponowny start w zaległych zobowiązaniach, traktując to jak formę dywersyfikacji przychodów dostosowaną do trudnych czasów.

– Wiele firm na ponowne uruchomienie działalności potrzebuje kapitału, który pozwoli im na inwestycje, chociażby w środki czystości, które muszą kupić właściciele sklepów czy punktów usługowych. W sytuacji kiedy trudno liczyć na kredyt w banku, jedną z realnych możliwości pozyskania takiego kapitału jest otrzymanie go z niespłaconych zobowiązań partnerów biznesowych. Nawet jeśli do przedsiębiorcy trafi tylko część długu, może to być dla niego istotne „na przednówku”, w pierwszej fazie rozruchu. Widać aktywność biznesu w przekazywaniu do windykacji tych młodszych zobowiązań, już na wczesnym etapie. Teraz nikt nie chce czekać miesiącami na pieniądze – mówi Piotr Maciągowski, Prezes Zarządu w e-Kancelaria.

Nową branżę, która w związku z COVID-19 stara się odzyskać pieniądze z faktur, stanowią dystrybutorzy kosmetyków, którzy wcześniej nie pojawiali się na taką skalę z zaległymi płatnościami. Dotyczy to także hurtowni dostarczających towar do „zamrożonych branż”, czyli gastronomii, hoteli czy właśnie gabinetów kosmetycznych.

Kredyt dla firm na oświadczenie – niekoniecznie w banku

Kredyt dla firm na oświadczenie znajdziemy zarówno w tradycyjnych instytucjach finansowych, jak i w instytucjach pożyczkowych. Te drugie oferują pożyczki dla firm już od pierwszego dnia działalności, kuszą minimalną liczbą formalności i szybką decyzją kredytową. To, czym jest kredyt dla firm na oświadczenie i kiedy warto po niego sięgnąć, wyjaśniamy w poniższym artykule.

Kredyt dla firm na oświadczenie – definicja

Kredyt dla firm na oświadczenie może być definiowany zarówno jako kredyt dla małych firm, jak i jako kredyt skierowany do większych przedsiębiorstw. Na to, czy taka forma finansowego wsparcia zostanie nam przyznana nie ma bowiem znaczenia ani, to jak wielką firmą zarządzamy, ani to jak długo istniejemy na rynku. Ważniejsza jest zdolność kredytowa, jak i wiarygodność finansowa. Podobnie, jak kredyt gotówkowy, tak i kredyt dla firm na oświadczenie wiąże się bowiem z badaniem zdolności kredytowej i ze zweryfikowaniem przyszłego kredytobiorcy w bazach dłużników.

Kredyt dla firm na oświadczenie – najważniejsze informacje

Kredyt dla firm na oświadczenie może zostać przyznany już od pierwszego dnia działalności. Tym samym, to korzystny instrument zewnętrznego finansowania również dla nowych firm, które dopiero walczą o pozycję na rynku. Kredyt dla firm na oświadczenie może zostać przeznaczony na inwestycje i rozwój działalności, na spłatę faktur czy też na uregulowanie zobowiązań wobec ZUS czy urzędu skarbowego.

Kredyt na oświadczenie nie oznacza jednak, że wypełniając informację o tym, jakie dochody uzyskujemy z prowadzonej działalności, możemy wpisać tam dowolną kwotę. Wprawdzie wysokość zarobków ma istotny wpływ na to, czy otrzymamy upragnione zobowiązanie, należy jednak pamiętać, że wypełniając formularz pożyczkowy, musimy podawać tam prawdziwe i zgodne ze stanem faktycznym informacje. Za zawyżenie dochodów czy inne, celowe wprowadzenie w błąd kredytodawcy czy pożyczkodawcy, może grozić nam odpowiedzialność karna. Ponadto, jakiekolwiek błędy formalne we wniosku sprawią, że zamiast zastrzyku gotówki, otrzymamy negatywną decyzję kredytową. Fakt ten jest również o tyle istotny, że każde zapytanie o naszą historię kredytową, obniży naszą zdolność kredytową. W praktyce oznacza to, że im więcej podmiotów na początku odmówi nam kredytu czy pożyczki, tym mniejsza jest szansa na to, że gdziekolwiek je otrzymamy.

Pamiętajmy też, że kredyt dla firm na oświadczenie nie oznacza, że instytucja pożyczkowa zrezygnuje z weryfikacji przyszłego klienta. Jego zdolność kredytowa i historia kredytowa również zostaną sprawdzone. Jedyna różnica polegać będzie na tym, że do obu wymienionych kwestii firma pożyczkowa podejdzie nieco przychylniej niż bank. Ponadto, sprawdzi klienta samodzielnie i poza szczególnymi przypadkami, nie będzie wymagać od niego dodatkowych dokumentów czy zaświadczeń.

Kredyt dla firm na oświadczenie – dlaczego warto?

Największą zaletą takiego instrumentu zewnętrznego finansowania jak kredyt dla firm na oświadczenie jest mniejsza ilość formalności koniecznych do otrzymania kredytu. Ponadto o kredyt dla firm na oświadczenie możemy ubiegać się przez internet, a na wstępną decyzję kredytową poczekamy nie dłużej niż kilka minut. Czas oczekiwania na przyznanie środków pieniężnych jest szczególnie istotny w przypadku małych firm, gdyż to zazwyczaj one zwłaszcza w pierwszych latach działalności mają największe trudności z utrzymaniem się na rynku. Kolejną zaletą kredytu na oświadczenie jest to, że wypełnienie wniosku jest bardzo proste i nie powinno zająć dłużej niż 5 minut. Co ciekawe, kredyt dla firm na oświadczenie w wielu przypadkach możemy otrzymać już tego samego dnia, w którym się o niego ubiegamy.

Pożyczka dla firm bez BIK – czy jest możliwa?

Nazwa kredyt dla firm na oświadczenie może wprowadzać potencjalnych kredytobiorców w błąd. Podobnie jest z takim produktem jak pożyczka dla firm bez bik. Wprawdzie kredyt na oświadczenie, podobnie jak pożyczka dla firm na oświadczenie, wiążą się z mniejszą ilością formalności, nie znaczy to jednak, że banki czy instytucje pożyczkowe, zrezygnują z weryfikacji potencjalnych klientów.

Warto zaznaczyć, że firmy z sektora pozabankowego, które działają zgodnie z zasadami odpowiedzialnego pożyczania, również przyglądają się takim kwestiom jak wiarygodność finansowa i dobra historia kredytowa swoich przyszłych klientów. Dobrą informacją jest natomiast ta, że pożyczkę dla nowych firm możemy dostać nawet wówczas, gdy np. mamy już kredyt w banku. Istotne jest jednak to byśmy już posiadane zobowiązanie, spłacali zgodnie z harmonogramem. Hasło pożyczka dla firm bez bik zakładając, że gdzieś ją znajdziemy, nie jest produktem, po który powinniśmy sięgać. Po pierwsze, firmy, które oferują taki instrument finansowego wsparcia jak pożyczka dla firm bez bik, „zrekompensują” to sobie wyższymi kosztami zobowiązania takimi jak prowizja, wysokość opłaty, przygotowawczej, opłaty administracyjne itd. Po drugie, brak weryfikacji przyszłego klienta w bazach dłużników, to dla niego jedynie pozorne ułatwienie. Pamiętajmy, że nawet jeśli pożyczka dla firm bez bik zostanie nam przyznana, to nadal jest to dług, który będziemy musieli spłacić. Jeśli tego nie zrobimy, to przyznane nam środki pieniężne zamiast pomóc nam zachować płynność finansową, mogą przyczynić się do zwiększenia ogólnego stanu zadłużenia. Ponadto, brak płatności w wyznaczonym terminie, wiąże się z kosztami kolejnych wezwań do zapłaty, które również obciążą nasz budżet. I po trzecie, firma pożyczkowa, która nie współpracuje z BIK czy KRD z pewnością nie jest rzetelnym i wiarygodnym pożyczkodawcą.

Pożyczka dla firm na oświadczenie – warunki

Chociaż warunki, które musimy spełnić, by pożyczka dla firm na oświadczenie została nam przyznana są zwłaszcza w porównaniu z bankową procedurą nieliczne, to istnieje kilka kwestii o których warto pamiętać.

Pożyczka dla firm na oświadczenie w Aasa może trafić na nasze konto, jeśli:

  • Mamy zarejestrowaną działalność gospodarczą na terenie Polski – o kredyt dla firm na oświadczenie możemy ubiegać się już od pierwszego dnia prowadzania swojego biznesu.
  • Posiadamy stały adres zameldowania w Polsce – w chwili składania wniosku o pożyczkę dla firm.
  • Nie widniejemy w rejestrze dłużników BIG (InfoMonitor, ERIF lub KRD).

Cały proces ubiegania się o pożyczkę dla firm jest niezwykle prosty i szybki i odbywa się w 100% online. Od tego, by otrzymać pożyczkę na rozwój swojego biznesu dzielą nas tak naprawdę trzy kroki. Po pierwsze, korzystając z zamieszczonego na stronie pożyczkodawcy kalkulatora, musimy wybrać kwotę i okres pożyczki. Po drugie, czeka nas również wypełnienie wniosku o pożyczkę, co powinno nam zająć około 5 minut. Po trzecie, gdy już to zrobimy, pozostaje nam czekać na decyzję kredytową. Prawidłowo wypełniony wniosek przyspieszy całą procedurę. Jeśli jest kompletny i nie zawiera błędów, decyzję kredytową otrzymasz telefonicznie lub mailowo tak szybko, jak to możliwe. Z tego względu pamiętaj o tym, by wypełniając wniosek o pożyczkę dla firm, podać taki numer telefonu, pod którym będzie się można z Tobą skontaktować. To samo dotyczy adres mailowego, powinien to być taki adres, z którego rzeczywiście korzystasz. Do ubiegania się o pożyczkę w Aasa nie są natomiast konieczne dokumenty rejestracyjne, dokumenty księgowe, poręczenia czy dodatkowe zabezpieczenia.

Branża turystyczna nad przepaścią. Hotele z Pomorza Zachodniego szykują się do wakacji, ale nie są pewne swojej przyszłości

Pandemia koronawirusa wywróciła polską gospodarkę do góry nogami – to sprawa bardziej niż oczywista. Następujące krok po kroku odmrożenie, tylko w niewielkim stopniu pomogło w odradzaniu się branży turystycznej. Przedsiębiorcy z Pomorza Zachodniego zwracają uwagę, że bez wizyt turystów z zagranicy, nie mają szans na zakończenie sezonu wakacyjnego z zyskiem. Straty liczone są każdego tygodnia w setkach tysięcy złotych, a deklarowane przez Rząd wsparcie nie obejmuje wszystkich.  – Patrząc na obecne obłożenie hoteli w kurortach nadmorskich to w lipcu mamy ok. 30%, a w sierpniu jest jeszcze mniej – mówi Roman Kucierski, dyrektor zarządzający Hotelu Hamilton w Świnoujściu.  Przedsiębiorcy obawiają się o sezon jesienny i zimowy, kiedy z oczywistych powodów turystów jest mniej.

  • Przedsiębiorcy działający w pasie nadmorskim mówią wprost: bez turystów z zagranicy czeka nas niemal martwy sezon. Przyznają jednocześnie, że robią wszystko by pozyskać gości krajowych
  • Bon turystyczny traktowany jest bardziej jako „polityka” niż realne wsparcie. Nie wiadomo kiedy wejdzie on w życie i w jakiej formule
  • Przedsiębiorcy chcą spotkania z Wicepremier Jadwigą Emilewicz. Jak mówią, z perspektywy Warszawy trudno dostrzec problemy tak wyspecjalizowanych branż jak turystyka
  • Północna Izba Gospodarcza od początku pandemii koronawirusa wspiera przedsiębiorców w artykułowaniu ich postulatów

Priorytet dla branży turystycznej? Jak najszybsze otwarcie granic!

Czas pandemii koronawirusa najmocniej dotknął branżę turystyczną, w tym gastronomię i hotelarstwo. Odmrożenie gospodarki i możliwość korzystania z obiektów hotelowych przez turystów krajowych należy nazwać krokiem w dobrą stronę, ale przedsiębiorcy nadal są niepewni przyszłości. Powodów problemów jest co najmniej kilka – najpoważniejszym jest oczywiście zablokowanie ruchu międzynarodowego. Bez turystów z Niemiec i Skandynawii obłożenie w hotelach jest na poziomie niegwarantującym rentowności. Obecne obłożenie hoteli na miesiące wakacyjne w kurortach nadmorskich waha się od 25-40%, o tej porze roku było zwykle powyżej… 80%. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że przedsiębiorcy wypatrują kolejnych informacji o planowanym wsparciu gospodarczym w formie np. bonu turystycznego.

– Patrząc na perspektywę ostatnich miesięcy, po analizie bieżącej sytuacji i planów na najbliższy czas, muszę ze smutkiem stwierdzić, że trudno o optymizm  – mówi Roman Kucierski, dyrektor zarządzający hotelu Hamilton w Świnoujściu.  – Dla branży turystycznej Pomorza Zachodniego priorytetem jest otwarcie granic z Niemcami, Skandynawią i Czechami. Patrząc na obecne obłożenie hoteli w kurortach nadmorskich to w lipcu mamy ok. 30%, a w sierpniu jest jeszcze mniej. Czerwiec jest troszkę lepszy, ale wynika to z obniżonych cen oraz długiego weekendu, który jest przed nami i wygenerował on duże zainteresowanie krajowych turystów po kilkumiesięcznym czasie zamrożenia – dodaje dyrektor Kucierski.

Otwarcie granic jest według informacji przekazywanych przez członków Rządu kwestią najbliższych dni. Przedsiębiorcy przekonują jednak, że przybycie turystów z zagranicy nie nastąpi z godziny na godzinę. Jeżeli ruch zostanie przywrócony w połowie czerwca, to pierwszych gości spoza Polski hotele spodziewają się po kilku dniach lub tygodniach: – Jest grupa turystów z zachodniej granicy, która czeka na nasz sygnał i chce spędzić w Polsce w wakacje, ale zdajemy sobie sprawę, że i tak milionów turystów w tym sezonie nie będzie. Boimy się jesieni, to zawsze okres trudny dla branży turystycznej, żyjemy wtedy z zysków z lata, a tych może nie być – dodaje Roman Kucierski.

Bon turystyczny nie budzi entuzjazmu branży hotelarskiej. „Trudno komentować coś, co jest tylko hasłem”

Bon turystyczny, o którym głośno mówi się w ostatnich tygodniach jest traktowany przez przedsiębiorców jako obietnica miła, ale póki co bardzo niekonkretna. Każde wsparcie jest doceniane, ale pojawiają się obawy co do formuły tego bonu, jego wartości oraz terminu, w którym będzie można z niego skorzystać. – Najpierw miało to być tysiąc złotych dla pracownika zatrudnionego na umowę o pracę, teraz mówimy, że to 500 złotych na każde dziecko. Trudno jest komentować coś, co jest hasłem rzuconym do opinii publicznej, bez żadnej mocy prawnej i bez żadnych konkretów. Bon na sezon letni nie jest dla nas optymistyczny, bo wakacje jesteśmy w stanie jakoś przeżyć, dobrze byłoby by osoby przygotowujące projekt pomyślały o jesieni czy o zimie, czyli czasie dla nas trudniejszym – dodaje Roman Kucierski.

Hotele przygotowują swoje strategie marketingowe i zamierzają przyciągać klientów, którzy z powodu pandemii koronawirusa nie zdecydują się na wakacje zagraniczne. Niektóre obiekty zweryfikowały swoje ceny, inne planują kampanie reklamowe oraz zwiększenie aktywności w mediach społecznościowych. – Hotele chcą by ich oferta była bardziej przyjazna dla klientów. Polska ma bardzo dobrą ofertę turystyczną. Powiedziałbym, że jedną z najlepszych w Europie. Większość hoteli w pasie nadmorskim powstała w ciągu ostatnich lat, mają zwykle cztery lub pięć gwiazdek. Jakość obsługi, standard usług dodatkowych, wygląd hotelu, to poziom wysoki i gwarantujący najwyższą formę wypoczynku. Proszę mi uwierzyć, w Świnoujściu nie mamy się czego wstydzić – dodaje Roman Kucierski, dyrektor zarządzający hotelu Hamilton.

Przedsiębiorcy branży turystycznej z regionu chcą spotkania z Wicepremier Jadwigą Emilewicz

Przedsiębiorcy z naszego regionu czują, że Rząd nie rozumie ich problemów. Jak mówią to kwestia „perspektywy warszawskiej”, która nie obejmuje swoim polem widzenia problemów miejscowości nadmorskich oraz przedsiębiorców funkcjonujących przy granicy polsko-niemieckiej. Według dyrektora Kucierskiego sposobem na lepsze funkcjonowanie branży jest większa solidarność oraz spotkanie z przedstawicielami Rządu i wyartykułowanie im problemów, z którymi borykają się przedsiębiorcy nad Bałtykiem. Przedsiębiorcy ze Świnoujścia chętnie spotkaliby się z Wicepremier i Ministrem Przedsiębiorczości Jadwigą Emilewicz.

– Płacimy podatki, zatrudniamy ludzi, ale jak spojrzymy na ostatni kwartał, to okazuje się, że częściowo nie kwalifikujemy się do wszystkich programów pomocowych. Turystyka to nie tylko hotelarstwo, ale i tour-operatorzy, piloci wycieczek, firmy przewozowe, wiele osób zostało bez środków do życia. Nikt nie myśli o tym, co się będzie działo za kilka miesięcy. To jest przerażające – mówi Roman Kucierski. – Musimy tworzyć swoje lobby, musimy się zrzeszać jako hotelarze i pracownicy branży turystycznej, nasz głos musi być bardziej słyszalny. Między organizacjami nie widać współdziałania i niestety efekt jest taki, że wszyscy mówimy, że nie jest dobrze, mając jednocześnie poczucie, że nasz głos jest ignorowany – dodaje Roman Kucierski.

Roman Kucierski jest dyrektorem zarządzającym Hotelu Hamilton w Świnoujściu. Firma jest członkiem Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Komentarz Prezesa Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Jarosława Tarczyńskiego:

Jesteśmy świadomi z jak wielkimi problemami boryka się branża turystyczna na Pomorzu Zachodnim. Turystyka to 15% PKB całego regionu, a ostatnie lata to szereg inwestycji zwiększających atrakcyjność naszego pasa nadmorskiego. Jeżeli stracimy ten sezon, to będzie oznaczało falę bankructw i zwolnień, bo hotelarze i gastronomicy nie mogą pozwolić sobie na lato bez klientów. Po szczycie sezonu przychodzi jesień, zima i wiosna, gdzie klientów z oczywistych powodów jest mniej.

Jako Północna Izba Gospodarcza apelujemy do Wicepremier Jadwigi Emilewicz – Pani Premier, prosimy o spotkanie! Przedsiębiorcy z naszego regionu bardzo proszą o wsparcie, otwarcie granic jest dla nich sprawą dalszego funkcjonowania i rozwoju albo stagnacji, a potem pewnie w przypadku wielu firm bankructwa. Proszę przyjechać nad Bałtyk i zobaczyć z jak trudną sytuacją radzą sobie nasi przedsiębiorcy i jak dzielnie starają się walczyć o klientów, oferując im najlepszej jakości usługi. Dlaczego nie mamy przygotowanej strategii otwierania granic? Większość krajów żyjących z turystyki już ją ma i szykuje się na przyjęcie gości. My czekamy, a każdy dzień zwłoki to stracone pieniądze.

Synerise umacnia pozycję w Polsce i regionie DACH dzięki partnerstwu z Hycom.digital

Firma technologiczna Synerise podpisała umowę partnerską z firmą doradztwa biznesowego IT Hycom.digital. Jako oficjalny partner Synerise, Hycom.digital wesprze akwizycję nowych klientów w Polsce, a także implementację rozwiązań Synerise AI Growth Ecosystem w regionie DACH.

Synerise dynamicznie rozwija swoją działalność globalną, koncentrując się na budowaniu szerokiej sieci partnerskiej na kluczowych rynkach. Nowy partner Synerise w Polsce i regionie DACH posiada bogate doświadczenie w projektowaniu i rozwijaniu systemów dla najbardziej złożonych cyfrowych projektów biznesowych, które działają w ogromnej skali. Dostarcza rozwiązania, które umożliwiają osiąganie lepszych wyników biznesowych oraz usprawnianie doświadczeń konsumentów.

Raport Vertiv: przetwarzanie na brzegu sieci szansą dla operatorów telekomunikacyjnych

Vertiv, globalny dostawca rozwiązań z zakresu infrastruktury dla centrów danych, opublikował stworzony wraz z firmą analityczną Omdia, nowy raport dotyczący możliwości wykorzystania przetwarzania danych na brzegu sieci (edge computing) przez operatorów telekomunikacyjnych oraz prezentujący najlepsze strategie i taktyki związane z tą technologią.

Raport Telcos and edge computing: opportunity, threat or distraction? udowadnia, że wzrost ilości przetwarzanych danych w sieciach brzegowych przełoży się na zyski dla operatorów. Analitycy firmy Omdia (dawniej Ovum) wskazują, że operatorzy telefonii stacjonarnej i komórkowej mogą zbudować platformę do rozwoju usług przetwarzania brzegowego, a jednocześnie uzyskać znaczne oszczędności kosztów dzięki wykorzystaniu posiadanej infrastruktury (istniejących masztów telekomunikacyjnych sieci komórkowych, punktów agregacyjnych, biur itp.).

Wzrost popularności przetwarzania brzegowego otwiera przed dostawcami usług telekomunikacyjnych możliwości rozwoju oferty związanej z 5G, IoT i innymi innowacyjnymi technologiami – mówi Gary Niederpruem, dyrektor ds. strategii i rozwoju w Vertiv. – Operatorzy będą potrzebowali partnerów o międzynarodowym zasięgu, jak również szerokiej gamy rozwiązań, aby rozwijać się na rynku usług brzegowych.

Raport Omdia pokazuje również, że rozwój usług przetwarzania brzegowego wpłynie na powstawanie nowych obszarów konkurencyjnych. 36% ankietowanych twierdzi, że operatorzy sieciowi będą najbardziej pomocni w uzyskaniu przychodów z tego typu usług. Jako potencjalni kluczowi partnerzy w tym zakresie postrzegani są też twórcy aplikacji (30%) oraz dostawcy usług w chmurze publicznej (25%).

Dostawcy usług komunikacyjnych widzą wyraźną szansę na wschodzącym rynku przetwarzania na brzegu sieci, ale inni gracze, w tym dostawcy chmury publicznej i specjalizujący się w przesyłaniu treści multimedialnych, także potencjalnie mogą być zainteresowani usługami brzegowymi – powiedział Julian Bright, starszy analityk telekomunikacyjny Omdia i autor badania. – Wielkość udziału na rynku usług przetwarzania brzegowego, jakiego dostawcy tego typu usług mogą się spodziewać, będzie zależeć od kilku czynników. Wśród nich jest skuteczność i efektywność rozwoju swoich sieci, aby móc świadczyć pełen zakres usług brzegowych, a nie pozostać zwykłym dostawcą usług łączności.

Raport Omdia wskazuje szczególnie na wsparcie, jakie prefabrykowane modułowe centra danych (PFM) będą zapewniać operatorom telekomunikacyjnym w dostarczaniu infrastruktury przetwarzania brzegowego w przyszłości. Raport przedstawia prognozę się, że rynek PFM wzrośnie z 1,2 mld USD w 2018 r. do 4,3 mld USD w 2023 r., co będzie spowodowane większym zainteresowaniem operatorów telekomunikacyjnych przetwarzaniem na brzegu sieci, jak też ogólnym wzrostem popularności usług brzegowych.

Oprócz szybkiego wdrożenia, dla operatorów sieci kluczowym zagadnieniem jest również efektywność energetyczna. W niedawno opublikowanej aktualizacji zleconego przez Vertiv przełomowego badania z 2019 r. (2020: Same Hopes, More Fears) analitycy technologiczni firmy badawczej 451 Research stwierdzili, że koszty energii związane z przetwarzaniem na brzegu sieci oraz transmisją w technologii 5G pozostają poważnym problemem dla operatorów.

Zużycie energii jest dużym problemem dla operatorów sieci 5G, ponieważ stanowi aż 20-40% kosztów operacyjnych obsługi sieci – powiedział Brian Partridge, wiceprezes 451 Research. – Z szacunków przeprowadzonych przez Vertiv wynika, że technologia 5G prawdopodobnie zwiększy całkowite zużycie energii w sieci o 150-170% do 2026 r. Dlatego przemysł rozpaczliwie potrzebuje energooszczędnych rozwiązań 5G, które zastąpią urządzenia o dużym poborze mocy, takie jak anteny MIMO czy inne systemy stosowane w centrach danych.

Czekając na FED

Po ostatnim posiedzeniu EBC i podwyżce programu skupu aktywów analitycy patrzą uważnie na dalsze działania FED. Skupiamy się jednak na krótkotrwałych korzyściach tego rozwiązania z założeniem, że jakoś to będzie w przyszłości.

Co zrobi FED?

Dzisiaj decyzja Rezerwy Federalnej w sprawie stóp procentowych. O ile analitycy są zgodni, że pozostaną one na zbliżonych poziomach, o tyle nie są zgodni co do dalszych decyzji. Chodzi tutaj głównie o program skupu aktywów z rynku. Metoda ta nazywana jest przez wielu drukiem pieniądza. Nie jest to aż tak bezczelne jak zasilanie budżetu pieniądzem bez pokrycia, ale wiele efektów gospodarczych ma niestety zbliżonych. Patrząc na skuteczność tego mechanizmu w poprzednim kryzysie widać, że prawdopodobnie podobnie jak UE USA nie zamierzają się cofać.

Dane z Chin

Gospodarka chińska już kilkukrotnie zaskoczyła nas danymi. W przypadku inflacji nie było większych zaskoczeń, ale utrzymuje się tendencja do poprawy konkurencyjności. O ile ceny dla konsumentów rosną, o tyle te dla producentów spadają. Jak widać największa fabryka świata mocno walczy o swoją konkurencyjność.

Dobre dane z Czech

Poznaliśmy dzisiaj odczyt inflacji konsumenckiej dla naszego południowego partnera. Jest to o tyle specyficzny parametr, że z punktu widzenia rynków zarówno jego zbyt niski jak i zbyt wysoki poziom są problemem dla gospodarki. Stabilizacja poziomu cen (pomimo oczekiwań deflacji w długim okresie) jest bardzo dobrze przyjmowany przez inwestorów. Gdyby ceny przestawały rosnąć oznaczałoby to potencjalne problemy dla gospodarki. Nie może zatem dziwić, że po danych danych czeska korona odbiła delikatnie w górę.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – inflacja konsumencka,
16:30 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw,
20:00 – USA – decyzja FOMC w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Polscy CFO: kluczowym celem w ciągu najbliższych 12 miesięcy będzie redukcja kosztów

Prawie dwie trzecie dyrektorów finansowych w Polsce twierdzi, że epidemia SARS-CoV-2 nie zakłóciła płynności finansowej w ich firmach. Jednocześnie menedżerowie, którzy wzięli udział w badaniu Deloitte „CFO Survey 2020 – spring edition” przeprowadzonym przez firmę doradczą Deloitte, dostrzegają destrukcyjny wpływ koronawirusa na biznes, co odbije się na przychodach, zatrudnieniu i planowanych inwestycjach. Ponad 90 proc. CFO uważa, że nie jest to dobry czas na podejmowanie ryzyka, a ich działania będą koncentrować się przede wszystkim wokół redukcji kosztów.

W kolejnej edycji badania Deloitte udział wzięło 309 dyrektorów finansowych z 6 krajów Europy Środkowej. Badanie zostało przeprowadzone w okresie od marca do połowy maja 2020 r., czyli w czasie kiedy panowała już w Polsce epidemia wirusa SARS-CoV-2.
Dyrektorzy finansowi jako jedni z pierwszych w swoich firmach musieli zmierzyć się ze skutkami epidemii. To w ich rękach leżały zarówno strategiczne wyzwania dotyczące właściwego zarządzania płynnością firmy jak i takie zagadnienia jak weryfikacja planów finansowych. Uważamy, że spostrzeżenia i refleksje CFO po tym, jak ich przedsiębiorstwa zderzyły się z kryzysem, wskażą kierunek strategii, w którym podąży polski biznes – mówi Paweł Spławski, Partner w zespole ryzyka finansowego, Deloitte.

Koronawirus zdominował życie gospodarcze

Aż 58 proc. polskich CFO uważa, że wpływ epidemii SARS-CoV-2 na ich firmy jest negatywny, a 6 proc., że pozytywny. Interesujący jest relatywnie wysoki odsetek badanych, którzy oceniają go jako neutralny (35 proc.). Co ważne, niemal dwie trzecie dyrektorów finansowych (63 proc.) uważa, że koronawirus nie zakłócił płynności finansowej. Jednak 34 proc. przyznało, że do takiego zakłócenia doszło. Ponad połowa badanych (56 proc.) stwierdziła, że koronawirus nie spowodował opóźnień w płatnościach ze strony kontrahentów ani zatorów płatniczych. Z kolei 39 proc. menedżerów przyznało, że ich firmy borykają się z takimi problemami.

Obecny kryzys będzie miał wpływ na podejmowane przez polskie firmy inwestycje. Ponad trzy czwarte badanych ocenia go jako duży. Jedynie 2 proc. uważa, że pandemia nie będzie ingerować w plany inwestycyjne. Wśród ankietowanych nie znalazła się ani jedna osoba, w której opinii obecna sytuacja pozostanie bez wpływu na przychody. Niemal ośmiu na dziesięciu CFO uważa natomiast, że wpływ ten będzie duży. Dyrektorzy finansowi z Polski oceniają także, że zmiany w poziomie bezrobocia spowodowane przez koronawirusa 2019-nCoV będą istotne. Według 60 proc. badanych w Polsce koronawirus będzie miał duży wpływ na zatrudnienie, a według 29 proc. średni, co oznacza, że uzależnienie poziomu bezrobocia od pandemii podkreśla prawie 90 proc. respondentów.

Inflacja w górę, poziom ryzyka w dół

W ocenie polskich CFO przewidywany wskaźnik inflacji sięgnie w Polsce 5,2 proc., a w strefie euro 3,3 proc. Jesienią 2019 roku proporcje te wynosiły odpowiednio 3,3 proc. dla Polski oraz 1,8 proc. dla strefy euro. Polscy CFO są najbardziej pesymistyczni, jeżeli chodzi o wskaźnik inflacji. Niższe przewidywania w tym zakresie mają dyrektorzy finansowi z Rumunii – 4,7proc., Czech – 2,9 proc. i Estonii – 2 proc. CFO z Łotwy są zdania, że w ich kraju inflacja wyniesie 0,2 proc. Dyrektorzy finansowi z Litwy z kolei spodziewają się deflacji na poziomie -3,6 proc.

Na takie prognozy może mieć wpływ polityka luzowania ilościowego stosowana zarówno przez NBP jak i inne czołowe banki centralne (EBC, FED) oraz wzrost cen usług wynikający z dodatkowych obostrzeń sanitarnych – mówi Julia Patorska, liderka zespołu analiz ekonomicznych Deloitte.

Polscy respondenci bardzo krytycznie postrzegają perspektywy finansowe swoich spółek. Niemal 80 proc. ocenia je pesymistycznie w porównaniu do sytuacji obserwowanej na koniec 2019 roku, a tylko 5 proc. optymistycznie. Pod tym względem nie różnią się oni od swoich kolegów z innych krajów, choć należy zaznaczyć, że poziom pesymizmu w Polsce jest najwyższy.

Przyglądając się poszczególnym branżom widać, że te złe nastroje są szczególnie widoczne w budownictwie, energetyce, wydobyciu oraz przemyśle. Nieco bardziej optymistycznie o przyszłości myślą dyrektorzy finansowi związani z sektorem chemicznym, farmaceutycznym, usług finansowych i profesjonalnych – mówi Julia Patorska.

Obawiając się kolejnych obciążeń finansowych, aż 92 proc. CFO nie jest skłonnych do podejmowania ryzyka. Równie niechętni do takiej aktywności są Estończycy i Rumuni. Dyrektorzy finansowi z krajów bałtyckich i Czech są nieco bardziej optymistyczni. Ponad 40 proc. litewskich CFO, prawie 30 proc. na Łotwie oraz co piąty respondent z Czech uważa, że jest to dobry czas na podejmowanie większego ryzyka dla ich firm.

W ocenie poziomu finansowej i gospodarczej niepewności w swoich firmach polskich CFO cechuje duża rozbieżność opinii. Jako wysoki postrzega go 69 proc., a jako niski 6 proc. Natomiast, jako normalny określa blisko jedna czwarta CFO. Jesienią 2019 roku taką opinię wyrażała ponad połowa dyrektorów finansowych. Jako wysoki określa poziom niepewności większość dyrektorów finansowych z Estonii (75 proc.), Rumunii (71proc.), Litwy (70 proc.), Czech (62 proc.) oraz Łotwy (61 proc.).

Koncentracja na przetrwaniu

Niewypłacalność i ograniczenia związane z płatnościami oraz spadek popytu krajowego lub recesja to najczęściej wskazywane ryzyka dla rozwoju lub stabilności finansowej firmy. Wymieniło je odpowiednio 74 proc. i 60 proc. respondentów. Polscy CFO obawiają się także spadku popytu za granicą (39 proc.). Jesienią 2019 roku jednym z najczęściej wymienianych ryzyk był niedobór wykwalifikowanych pracowników. Wskazało go wtedy 39 proc. respondentów, trzy razy więcej niż obecnie.

Pandemia koronawirusa, z jednej strony zupełnie nieoczekiwana, a z drugiej pojawiająca się niemalże w tym samym czasie w większości krajów na świecie, diametralnie zmieniła optykę zarządzających firmami. Nastąpiło całkowite przewartościowanie dotychczasowych obaw i pojawiły się zupełnie nowe – mówi Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego.

CFO w Polsce uważają, że rentowność, marże operacyjne, poziom wydatków inwestycyjnych oraz poziom zatrudnienia w ich firmach zmaleją. Wzrost wspomnianych wskaźników przewiduje niewielka liczba badanych (zaledwie pomiędzy 8 a 13 proc.). W przypadku poziomu zatrudnienia na jednakowym poziomie znajduje się liczba głosów przewidująca jego niezmienność (47 proc.), jak i spadek (45 proc.). Wzrost deklaruje jedynie 8 proc., co jest o tyle istotne, że jeszcze jesienią ubiegłego roku taką możliwość wskazywało cztery razy więcej badanych. Ankietowani menedżerowie za atrakcyjne źródła finansowania inwestycji uważają środki własne – 55 proc. oraz kredyty bankowe – 40 proc.

Dla porównania jesienią kredyty bankowe pozytywnie oceniało niemal 60 proc. respondentów. Za nieatrakcyjne postrzegają natomiast instrumenty kapitałowe – 45 proc. i obligacje korporacyjne – 37 proc. badanych.

Redukcja kosztów to kluczowa strategia najczęściej wybierana przez CFO z Polski.
Taką odpowiedź wybrało aż 50 proc. naszych ankietowanych. Następne ważne cele: wzrost przychodów na obecnych rynkach, wzrost organiczny oraz zwiększenie wartości przepływów pieniężnych mają znacznie mniej wskazań i utrzymują się na poziomie kilkunastu procent. To pokazuje, gdzie i jak bardzo koncentruje się obecnie uwaga dyrektorów finansowych – mówi Paweł Spławski.

Polska gospodarka, i tym samym polskie firmy, mają przed sobą największe wyzwanie od początku transformacji. Weszliśmy w okres recesji, która potrwa do końca bieżącego roku, i oby nie okazała się ona dłuższa. Jest to zupełnie nowa sytuacja dla polskich firm, gdyż poza tymi ściśle ukierunkowanymi na eksport, nigdy dotąd nie doświadczyły one recesji – mówi Monika Kurtek.

Europejskie firmy w obliczu niepewności tną inwestycje i zaczynają oszczędzać

Euler Hermes i Allianz szacują, że na koniec I poł. 2020 r. oszczędności netto przedsiębiorstw niefinansowych UE, tj. środki pieniężne z działalności operacyjnej, zwiększą się dwukrotnie do ponad 700 mld EUR, czyli więcej niż 4,5% PKB. W czasach kryzysów przychody przedsiębiorstw spadają, ale występują również znaczące cięcia w planach inwestycyjnych, niższe koszty wynagrodzeń, niższe podatki i cięcia dywidend. Wszystkie te czynniki umożliwiają przedsiębiorstwom niefinansowym zwiększyć oszczędności netto, które nazywamy środkami pieniężnymi z działalności operacyjnej. W kryzysie związanym z Covid-19 zauważamy, że przedsiębiorstwa robią dokładnie to samo.

W I poł. 2020 r. systemy częściowych zasiłków zapobiegających wzrostowi bezrobocia w większości krajów UE zdołały uchronić EBITDA przedsiębiorstw przed znacznie silniejszym spadkiem, biorąc pod uwagę, że szacuje się, iż ich dochody mierzone wartością dodaną brutto spadły średnio o -13%. Eksperci Euler Hermes i Allianz spodziewają się, że EBITDA straci -13% w II kw. po okresie stabilności w I kw. Niższe ceny ropy naftowej również pomogły przedsiębiorstwom zredukować ich konsumpcję pośrednią i ochronić ich EBITDA. Ponadto, niższe płatności z tytułu podatków, szacowne na -30% w porównaniu do końca 2019 r., pozwoliły przedsiębiorstwom poprawić ich dochód brutto do dyspozycji lub oszczędności brutto o +30% tj. około 360 mld EUR, do 1,5 bln EUR w I poł. 2020 r. (zob. Rysunek 1). Dlatego też można oczekiwać, że w I poł. 2020 r. oszczędności netto, tj. oszczędności brutto minus amortyzacja kapitałowa lub środki pieniężne z działalności operacyjnej zwiększą się dwukrotnie, do ponad 700 mld EUR. Dla porównania, w 2009 r., oszczędności netto zwiększyły się o +25% do 160 mld EUR w UE (zob. Rysunek 2).

Od marca 2020 r. nie tylko wspomniane zewnętrzne czynniki sprzyjały gromadzeniu środków, ale przedsiębiorstwa niefinansowe UE również z własnej inicjatywy pospiesznie kumulowały środki pieniężne jako zabezpieczenie przed niepewnością. Zachętą do gromadzenia gotówki było ponad 1 bln EUR gwarancji publicznych wprowadzonych przez rządy europejskie w celu ożywienia pożyczek bankowych dla przedsiębiorstw i uniknięcia kryzysu związanego z płynnością (zob. Rysunek 3). W kwietniu wzrost pożyczek dla przedsiębiorstw osiągnął najwyższy poziom od 2009 r., tj. +6.6% r./r. (wzrost o 73 mld EUR w kwietniu po 121 mld EUR w marcu). We Francji, ogólna kwota pożyczek gwarantowanych przez państwo przekroczyła pożyczki udzielane przez inne kraje europejskie. Oczekuje się, że do września osiągną one wartość 120 mld EUR z bieżących 85 mld EUR (i z gwarancji ogółem 300 mld EUR). Relatywnie niski szacunek wskaźnika niedotrzymania przez kredytobiorców zobowiązań, wynoszący od 5% do 10% w ciągu kolejnych trzech do czterech lat może sugerować, że duża część tych pożyczek to środki ostrożności związane z potencjalnym ryzykiem utraty płynności (a nie środki na inwestycje).

Nadwyżka środków pieniężnych – tj. oszczędności netto plus nowe pożyczki bankowe dla przedsiębiorstw niefinansowych minus inwestycje trwałe brutto – zwiększyła się w 2009 r. i od tego czasu tylko nieznacznie malała. To konsekwencja wolnego wzrostu popytu krajowego, ale również dowód ostrożności przedsiębiorstw niefinansowych. Niższe ceny surowców, niższe podatki od osób prawnych i wolny wzrost wynagrodzeń od 2009 r. umożliwiły przedsiębiorstwom niefinansowym UE zachować relatywnie wysokie oszczędności netto w ciągu ostatnich lat (zob. Rysunek 4). Ponadto, przedsiębiorstwa korzystały z bardzo akomodacyjnej polityki pieniężnej. Umożliwiło to im zwiększenie zaciągniętych pożyczek bankowych, zwłaszcza od 2015 r., gdy EBC wdrożył swój program luzowania ilościowego (zob. Rysunek 3).

W momencie, gdy połączymy oba elementy – tj. oszczędności netto i nowe pożyczki bankowe, ale odejmiemy inwestycje trwałe brutto – otrzymamy to, co moglibyśmy nazwać nadwyżką środków pieniężnych – przedsiębiorstwa niefinansowe, przede wszystkim niemieckie, zbudowały znaczne bufory gotówkowe w swoich bilansach (zob. Rysunek 5). W ciągu ostatnich kilku lat, akumulacja świeżej gotówki przez przedsiębiorstwa niefinansowe, wraz ze wzrostem oszczędności gospodarstw domowych i spadkiem obrotu pieniężnego mierzonego jako wzrost M2 w stosunku do wzrostu PKB, budzi nasze obawy o to, że takie „chomikowanie” środków pieniężnych w sektorze prywatnym w UE staje się chorobą endemiczną. Jako forma samozabezpieczenia przed zakłóceniami w dochodach, odzwierciedla niską ufność w przyszły wzrost i stanowi ważny przyczynek do wyjaśnienia przytłumionej działalności inwestycyjnej w ciągu ostatnich kilku lat. Niestety, chomikowanie środków pieniężnych może potencjalnie prowadzić także do opóźnień w płatnościach i pewnej liczby upadłości przedsiębiorstw.

W II poł. 2020 r. ekonomiści Euler Hermes i Allianz spodziewają się, że oszczędności netto przedsiębiorstw będą ulegały pewnej redukcji wraz z wycofaniem wsparcia państwowego i wyższymi kosztami stałymi, ale nadal pozostaną powyżej średniej z 2019 r., na poziomie 280 mld EUR (+180 mld EUR lub 1,2% PKB UE). Poprawa w pozycjach środków pieniężnych wraz z bardzo akomodacyjną polityką pieniężną również w 2021 r. powinny umożliwić przedsiębiorstwom zwiększenie płynności en bloc. Dlatego przedsiębiorstwa powinny być w stanie zwiększyć swoje inwestycje w fazie ożywienia gospodarczego. Wzrosty oszczędności netto w 2020 r. są najwyższe we Włoszech, Zjednoczonym Królestwie i Francji (zob. Rysunek 4). Szczególnie pod uwagę jako cel inwestycji będą brane cyfryzacja procesów produkcji, dostosowanie łańcuchów wartości, a także poprawa dystrybucji. Jednak będzie do zależało od wzrostu zaufania w stałość ożywienia w Europie.

Decyzje dotyczące polityki (gospodarczej) w ciągu następnych kilku miesięcy będą więc miały żywotne znaczenie, o większej wadze niż zwykle. Publiczne wsparcie w obniżaniu kosztów stałych przedsiębiorstw (niższe składki społeczne, niższe podatki od osób prawnych i/lub zachęty fiskalne do inwestowania) będzie kluczowe, w przeciwnym razie przedsiębiorstwa mogą skoncentrować się na ochronie przepływu swoich środków pieniężnych, co może również oznaczać zwolnienia w celu redukcji kosztów powiązanych z wynagrodzeniami. To mogłoby zredukować przyszłe inwestycje i/lub wypłaty dywidendy, zwiększając ryzyko fiaska ożywienia gospodarczego, niwecząc osiągnięcie poziomu sprzed kryzysu. Rozszerzenie systemów pożyczkowych gwarantowanych przez państwo na I poł. 2021 r. również mogłoby być wsparciem dla przyszłych inwestycji przedsiębiorstw.

Rysunek 1 – Szacunki rachunków przedsiębiorstw niefinansowych według kwartałów

  2000-08 2009 2010-18 2019 I kw. 2020 II kw. 2020 III kw. 2020 IV kw. 2020 2020
Wartość dodana brutto 4% -7% 3% 4% -5% -20% 5% 15% -10%
Wynagrodzenia pracowników 4% -5% 3% 4% -10% -30% 20% 30% -6%
Nadwyżka operacyjna brutto (zmiana EBITDA) 5% -10% 3% 3% 0% -13% -14% -12% -15%
Bieżące podatki od dochodu, podatki majątkowe itd. 6% -32% 4% 3% -20% -50% 20% 40% -24%
Oszczędności brutto (mld EUR) 1207 1310 1691 1996 792 713 595 494 2594
Oszczędności netto (środki pieniężne z działalności operacyjnej, mld EUR) 212 160 320 399 386 327 201 81 995

Źródła: Eurostat, Euler Hermes, Allianz Research

Definicje: 1/ Sprzedaż – konsumpcja pośrednia = wartość dodana brutto – wynagrodzenia pracowników – wypłacone odsetki netto – wypłacona dywidenda netto – podatki = oszczędności korporacyjne (lub oszczędności brutto) = inwestycje + amortyzacja netto papierów wartościowych + nabycie netto papierów wartościowych + wzrost netto depozytów bankowych; 2/ Oszczędności netto = oszczędności brutto – zużycie środków trwałych (capex)

Autorzy : Eksperci Euler Hermes i Allianz

LUDOVIC SUBRAN
Główny Ekonomista
ANA BOATA
Szef Badań Makroekonomicznych
ERIC BARTHALON
Szef Badań Rynków Kapitałowych
ARNE HOLZHAUSEN
Szef Badań Trendów Ubezpieczeń i Zamożności
MAXIME LEMERLE
Szef Badań Sektorów i Upadłości

Wpływ pandemii na produkcję energii elektrycznej – mniej węgla więcej importu

Pandemia koronawirusa i związane z nią obostrzenia w sposób znaczący odbiły się na rynku energii elektrycznej. W okresie od wprowadzenia pierwszych ograniczeń w połowie marca br. do początku czerwca widoczny jest spadek zapotrzebowania, który mimo pewnych odchyleń w okresie wielka-nocnym i na początku maja, utrzymuje się w przedziale 90-95 proc. w stosunku do poziomu z analogicznego okresu 2019 r.

Mniejsze zapotrzebowanie odbiło się przede wszystkim na produkcji energii elektrycznej ze źródeł konwencjonalnych. W kwietniu 2020 r., w porównaniu do kwietnia 2019 r., elektrownie zawodowe wyprodukowały o 14,6 proc. mniej energii. Największy spadek dotknął elektrownie oparte na węglu kamiennym: 18,77 proc. spadek z ok. 6 TWh do 4,8 TWh, oraz oparte na węglu brunatnym: 10,9 proc. spadek z blisko 3,2 TWh do niecałych 2,85 TWh. Niższą produkcję zanotowały także elektrownie wodne: blisko 30 proc. spadek z 238 GWh do 184 GWh [18].

Zapotrzebowanie na energię elektryczną w 2020 r. w porównaniu do analogicznego okresu 2019 r. (proc. średnia ruchoma, 7-dniowa)

Zapotrzebowanie na energię elektryczną w 2020 r. w porównaniu do analogicznego okresu 2019
Uwaga: dużą zmienność danych z połowy kwietnia należy przypisać Świętom Wielkanocnym, które wypadały w różnych okresach w latach 2019 i 2020.
Źródło: opracowanie własne PIE na podstawie danych PSE.

Struktura produkcji energii elektrycznej w elektrowniach krajowych

Struktura produkcji energii elektrycznej w elektrowniach krajowych
Źródło: opracowanie własne PIE na podstawie danych PSE.

W przypadku danych od stycznia do kwietnia, w porównaniu z analogicznym okresem 2019 r., zdecydowanie największe spadki produkcji dotknęły elektrownie oparte na węglu brunatnym (o 15,5 proc.), mniejsze natomiast elektrownie oparte na węglu kamiennym (nieco pow. 9 proc.) oraz wodne (7 proc.). Z kolei wzrost produkcji zanotowały elektrownie gazowe (o 19 proc.), wiatrowe (9,3 proc do kwietnia włącznie oraz 10,1 proc. do maja) oraz inne mniej popularne elektrownie oparte na źródłach odnawialnych (wzrost o 121 proc., ze 146 GWh do 323 GWh).

Udział energii importowanej w ogóle zapotrzebowania na energię elektryczną (w proc. średnia ruchoma 7-dniowa)Udział energii importowanej w ogóle zapotrzebowania na energię elektryczną

Braki wynikające ze spadku produkcji w elektrowniach węglowych w dużej mierze uzupełniono energią pochodzącą z importu. Od marca do połowy maja udział importu w za-potrzebowaniu na energię elektryczną utrzymywał się przez większość czasu w prze-dziale 8-10 proc., by w drugiej połowie maja osiągnąć nawet 12 proc. Jest to wyraźny wzrost w porównaniu do lat poprzednich – w analogicznym okresie w 2019 r. udział im-portu w zapotrzebowaniu utrzymywał się mię-dzy 4 a 8 proc., podczas gdy w 2018 r. oscylował w przedziale od 2 do 7 proc.

Autor/Źródło: Polski Instytut Ekonomiczny

PSE (2020), Miesięczne raporty z funkcjonowania Krajowego Systemu Elektroenergetycznego i Rynku Bilansującego, https://www.pse.pl/ dane-systemowe/funkcjonowanie-kse/ raporty-miesieczne-z-funkcjonowania-kse/raporty -miesieczne [dostęp: 08.06.2020].

PIE: Trudne lato przed niektórymi regionami

Przed nami tzw. długi weekend, a za dwa tygodnie oficjalnie rozpoczną się wakacje szkolne. W normalnych warunkach wielu przedsiębiorców przygotowywałoby się do najintensywniejszego okresu w roku. Przez restrykcje epidemiczne w 2020 r. aktywność turystyczna i rekreacyjna będzie jednak ograniczona. Wciąż zakazane są niektóre wydarzenia, np. duże koncerty, a przedsiębiorców obowiązują limity klientów i reżim sanitarny. Nie-wiadomą pozostają nastroje konsumentów, którzy, mimo znoszenia zakazów, mogą unikać niektórych form rozrywki i wypoczynku.

Na ograniczeniach mogą stracić nie tylko sektory, ale też te regiony Polski, w których turystyka i rekreacja odgrywają znaczącą rolę. Jedną z miar określających znaczenie danego sektora dla regionalnej gospodarki jest tzw. iloraz lokalizacji (Location Quotient), nazywany także wskaźnikiem specjalizacji regionalnej. Pozwala porównać regionalny udział zatrudnienia w danym sektorze (jaka część siły roboczej regionu pracuje w określonej branży) z udziałem w gospodarce krajowej (jaka część pracujących w kraju zatrudniona jest w danej branży).

Zastanawiając się nad potencjalnymi konsekwencjami ograniczeń dla regionalnych gospodarek, warto poznać wskaźnik LQ dla Sekcji I, tj. działalności związanej z zakwaterowaniem usługami gastronomicznymi, oraz Sekcji R, tj. działalności związanej z kulturą, rozrywką i re-kreacją. Wartość wskaźnika wyższa niż 1 oznacza, że w danym regionie udział zatrudnionych badanej sekcji jest wyższy niż dla całego kraju. Niekiedy jest to zjawisko pozytywne, może np. oznaczać koncentrację określonych przemysłów

ich potencjał eksportowy. W sytuacji, w której część sektorów zaczyna podlegać silnym ograniczeniom epidemicznym (zakwaterowanie, gastronomia, rozrywka), a w konsekwencji przychody spadają, taki wyższy udział stanowi duże wyzwanie dla regionalnych rynków pracy regionalnej gospodarki ogółem. Na wykresie 1 pokazujemy polskie regiony najwyższą koncentracją zatrudnienia, w po-równaniu a ogólnopolską, w dwóch wymienionych Sekcjach.

Wykres 1. Wskaźnik specjalizacji regionalnej (LQ) zatrudnienia w Sekcjach I oraz R w 2018 r.

Wskaźnik specjalizacji regionalnej (LQ) zatrudnienia w Sekcjach I oraz R
Źródło: opracowanie własne na podstawie Banku Danych Lokalnych GUS.

Wyniki nie są zaskoczeniem dla osób, które znają topografię Polski. Najwyższy iloraz lokalizacji działalności związanej z za-kwaterowaniem i gastronomią występuje w regionach nadmorskich, górskich oraz z dużymi pojezierzami, tj. w województwach zachodniopomorskim, pomorskim, dolnośląskim, małopolskim i warmińsko-mazurskim. Niektóre z tych województw, zachodniopomorskie, małopolskie, dolnośląskie i warmińsko-mazurskie odnotowują także wyższe od 1 wartości dla działalności związanej z kulturą, rozrywką i rekreacją. Można się zatem spodziewać, że to tych województwach konsekwencje restrykcji będą miały największy wpływ na regionalne gospodarki, zwłaszcza w układach lokalnych poza obszarami metropolitalnymi, czyli poza stolicami regionów i ich najbliższym otoczeniem.

Źródło: Polski Instytut Ekonomiczny

PIPT: Wytyczne dla organizatorów targów to krok naprzód. Potrzebne wsparcie dla firm targowych

Są już wytyczne sanitarne i dotyczące bezpieczeństwa dla targów. Przygotowało je Ministerstwo Rozwoju wraz z Głównym Inspektoratem Sanitarnym przy ścisłej współpracy z Polską Izbą Przemysłu Targowego. Zasady te mają precyzować, co wolno, a czego nie wolno podczas organizacji targów w trakcie epidemii koronawirusa. – Odmrożenie to dla branży nadzieja na odzyskanie przychodów, które od lutego 2020 wynoszą 0 zł. Potrzebne jest jeszcze przedłużenie działania wsparcia z tarcz do całkowitego odblokowania imprez targowych – uważa Beata Kozyra – prezes Polskiej Izby Przemysłu Targowego.

  • Celami wprowadzenia wytycznych są m.in. ograniczenie liczby osób przebywających na terenie targów czy kompleksowe działanie dostosowane do etapu zaawansowania stanu epidemicznego.
  • Polska Izba Przemysłu Targowego podkreśla bardzo udaną współpracę z Ministerstwem Rozwoju przy tworzeniu wytycznych dla targów.
  • Izba zwraca się również do rządu o wsparcie dla firm najbardziej poszkodowanych sektorów, w tym dla targowego. Mogą one nie doczekać całkowitego odmrożenia imprez targowych lub z powodu uszczuplenia ich zasobów nie będzie można odtworzyć targów w takiej formie i jakości, jakie znamy.
  • Dotychczasowe straty branży targowej wynoszą około 500 mln złotych.

Wytyczne ukazały się kilka dni temu w ślad za rozporządzeniem od 06 czerwca b. r. „odmrażającym”  m.in. targi. Prace nad nimi trwały ponad miesiąc temu, w nieco innej rzeczywistości, z dużo ostrzejszymi restrykcjami sanitarnymi i być może dzisiaj, zdaniem Beaty Kozyry – prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Targowego (PIPT), wydają się nieco zbyt rygorystyczne, jednak z pewnością dają one gwarancję możliwie maksymalnego zabezpieczenia – bo, jak podkreśla, bezpieczeństwo uczestników targów (wystawców i zwiedzających, a także pracowników firm targowych) to dla  Izby i jej Członków  sprawa priorytetowa.

– Możemy już organizować targi. Odmrożenie, to dla branży nadzieja na odzyskanie przychodów, które od lutego 2020 wynoszą 0 zł, choć, jak wiadomo, każda impreza wymaga poprzedzających ją przygotowań, czyli np. zbudowania całej przestrzeni wystawienniczej czy opracowania szczegółowego planu bezpieczeństwa – mówi Beata Kozyra – prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Targowego i dodaje, że większość  targów będzie mogła realnie ruszyć dopiero za kilka tygodni.

Autorzy wytycznych podzielili je na 4 części:

  • Zapewnienie bezpieczeństwa pracowników/osób świadczących usługi na targach
  • Zapewnienie bezpieczeństwa na targach
  • Procedury zapobiegawcze: podejrzenie zakażenia koronawirusem pracowników/osób świadczących usługi
  • Procedury postępowania w przypadku podejrzenia u osoby/klienta zakażenia koronawirusem

Jako główne cele wprowadzonych procedur wymieniają także m.in. ograniczenie liczby osób przebywających na terenie targów w danym przedziale czasowym czy kompleksowe działanie dostosowane do etapu zaawansowania stanu epidemicznego.

– Sytuacja pokazuje, że rzeczywistość epidemiologiczna cały czas się zmienia, a wytyczne nie zawsze za nią nadążają. Warto również zwrócić uwagę na to, że w większości najbardziej rygorystycznych zapisów  pojawia się sformułowanie „zgodnie z aktualnie obowiązującymi przepisami i zaleceniami GIS”, co oznacza, że wytyczne te względnie elastycznie dostosowują się do bieżących zmian w  obostrzeniach. Wierzymy, że wraz z poprawą ogólnej sytuacji epidemiologicznej z tygodnia na tydzień restrykcje będą „się luzowały”, a wraz z nimi wytyczne dla targów oraz innych sektorów – ma nadzieję prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Targowego.

– Raz jeszcze muszę podkreślić bardzo udaną współpracę Polskiej Izby Przemysłu Targowego z Ministerstwem Rozwoju przy tworzeniu wytycznych dla targów. Jesteśmy pełni uznania dla Pani Premier Emilewicz oraz Pani Minister Olgi Semeniuk za wykazanie się zrozumieniem tematu potrzeby i sposobu odmrażania targów – wyraża Beata Kozyra. Zapowiada już, że targi zaczną wkrótce działać, chociaż na razie w – ograniczonym zakresie.

– Z pewnością w najbliższym czasie pojawi się kilka mniejszych imprez targowych lub para targowych. Organizatorzy będą mieli możliwość sprawdzenia zarówno swojego przygotowania do realizacji wytycznych, jak i… poziomu popytu na imprezy targowe – spodziewa się Beata Kozyra. Jak wskazuje, organizację swoich pierwszych targów zapowiedziały już Międzynarodowe Targi Poznańskie, Targi w Krakowie czy Targi Kielce.

– Jednak targi pełną parą – jeśli sytuacja nie ulegnie zmianie – ruszą dopiero pod koniec sierpnia 2020. Wakacje są „martwym sezonem” w branży targowej – opisuje sytuację prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Targowego, według której oznacza to, że przed branżą targową kolejne miesiące praktycznie bez przychodów: czerwiec, lipiec i co najmniej połowa sierpnia 2020 r. A miesięczne straty branży to ponad . 150 mln. zł.

– Doceniamy instrumenty wsparcia biznesu, które są dostępne dla przedsiębiorców. Jednak, czas „działania” dotychczasowych rozwiązań wkrótce się kończy, a firmy z branży targowej nie będą mogły rozpocząć w 100% swojej działalności co najmniej do połowy sierpnia – uważa Beata Kozyra i przestrzega, że nadal istnieje realne
i bardzo wysokie ryzyko, iż część organizatorów targów, jak również większa część z kilkuset firm projektujących i budujących stoiska targowe, firm spedycji i transportu targowego oraz dostawców wielu innych usług na rzecz targów nie przetrwa do czasu odmrożenia imprez targowych lub ich zasoby zostaną na tyle uszczuplone, że nie będzie możliwe odtworzenie targów w takiej formie i jakości, jakie znamy. Dlatego właśnie Polska Izba Przemysłu Targowego zwraca się do rządu o rozważenie propozycji wsparcia dla najbardziej poszkodowanych sektorów, które będą wracały do „normalności” jeszcze przez kilka miesięcy, w tym dla branży targowej.

Izbie zależy przede wszystkim na:

  1. Wydłużeniu abolicji dla składek ZUS dla firm o 3 miesiące lub do czasu pełnego odmrożenia.
  2. Wydłużeniu dopłat do pensji pracowników o 3 miesiące lub do czasu pełnego odmrożenia.
  3. Wydłużeniu terminów ubiegania się o subwencje z Tarczy Finansowej PFR o 3 miesiące lub do czasu pełnego odmrożenia.

– Powyższe instrumenty wsparcia pozwolą firmom targowym utrzymać pracowników
i przygotować się w pełni nie tylko do bezpiecznego odmrażania targów, ale i odmrożenia całej gospodarki. Odzyskanie przez firmy targowe 100% formy organizacyjnej, merytorycznej i jakościowej przy jednoczesnym zapewnieniu bezpieczeństwa pozwoli wykorzystać targi jako dźwignię dla odbudowy polskiej gospodarki, a polskim firmom – powrócić na ścieżkę rozwoju sprzed epidemii koronawirusa
– uzasadnia sformułowany przez Polską Izbę Przemysłu Targowego apel kierująca nią prezes Beata Kozyra.

Branża ma nadzieję, że do stałego kalendarza targów wrócą wkrótce wszystkie najważniejsze imprezy, choć są takie, które już zostały przesunięte na rok 2021. Poniesione w wyniku odwołanych przez pandemię wydarzeń straty branża szacuje dziś na około pół miliarda zł, a każdego dnia kwota ta się jeszcze zwiększa.

Akcje polskich producentów kontynuują odrabianie strat

W maju akcje polskich producentów kontynuowały odrabianie strat po gwałtownym tąpnięciu wywołanym przez kryzys epidemiologiczny. Wartość Giełdowego Indeksu Produkcji wzrosła do poziomu 690,75 punktów czyli 6,04% powyżej wartości z końca kwietnia. Od 17 marca 2020 roku, czyli od historycznego minimum na poziomie 492 punktów, indeks GIP60 wzrósł już o ponad 40% i obecnie znajduje się niecałe 100 punktów od poziomów z pierwszego kwartału bieżącego roku.

W ubiegłym miesiącu zarysowały się wyraźnie dwa okresy, w których zaobserwowano odmienne oblicza akcji polskich producentów. W pierwszej połowie miesiąca GIP60 przeplatał sesje wzrostowe ze spadkowymi, przy czym te drugie były znacznie silniejsze, co w konsekwencji przełożyło się na spadek wartości indeksu o 30 punktów. Równo w połowie miesiąca nastąpiło przełamanie negatywnego trendu i od tego momentu indeks GIP60 notował już prawie same sesje wzrostowe windując kurs o 70 punktów w górę, co pozwoliło odrobić straty z pierwszych dwóch tygodni i zamknąć cały miesiąc z 6,04% wzrostem wartości.

Podobne zachowanie zaobserwowano na całej GPW, która po pierwszej, słabszej połowie miesiąca zwróciła uwagę inwestorów zagranicznych, co przełożyło się na solidne wzrosty cen akcji w drugiej połowie i umocnienie złotówki względem największych walut – głównie USD i EUR.

Materiały budowlane odbiły najmocniej

W perspektywie branżowej największe zainteresowanie inwestorów wzbudziły akcje producentów materiałów budowlanych, które rosły średnio o 24,71% m/m. Niewiele mniej zyskiwały akcje producentów z branży motoryzacyjnej (22,75% m/m). W cenie były również spółki farmaceutyczne (11,93% m/m) oraz producenci z branży elektromaszynowej (11,81% m/m). Na przeciwległym biegunie znalazły się natomiast producenci odzieży (-4,73%) oraz producenci z przemysłu lekkiego (-2,11% m/m).

W trzech przypadkach kurs akcji wzrósł niemal dwukrotnie. Najwięcej u producenta materiałów budowlanych Pozbud T&R S.A., gdzie cena akcji wzrosła z 0,84 zł do 1,63 zł, co dało miesięczny zwrot na poziomie 94,05% i pierwsze miejsce w majowym rankingu GIP60. Akcje spółki z siedzibą w podpoznańskim Przeźmierowie pozytywnie zareagowały na przejęcie spółki Agnes S.A., co wzmocniło pozytywne nastawienie inwestorów do spółek związanych z branżą budowlaną.

Drugie miejsce w tym rankingu przypadło spółce Rafako S.A. za miesięczny wzrost na poziomie 87,90%. Akcje spółki, która zaliczyła solidną stratę w ubiegłym roku odżyły po kolejnych przetasowaniach w zarządzie spółki, które najwidoczniej zostały dobrze odebrane przez inwestorów. Najniższy stopień na podium należał do kolejnego producenta materiałów budowlanych spółki Libet S.A., której wartość rynkowa wzrosła w maju o 84,76%. Warto jednak pamiętać, że wszystkie te trzy spółki od dłuższego czasu systematycznie tracą wartość rynkową i znalazły się znacznie poniżej historycznych maksimów, osiągając w praktyce poziom akcji groszowych.

Perspektywy producentów coraz jaśniejsze

Jak szacuje GUS, produkcja sprzedana przemysłu spadła w kwietniu o jedną czwartą w porównaniu z tym samym miesiącem ubiegłego roku. Produkcja spadała w 30 działach przemysłu (spośród 34), m.in. w produkcji pojazdów samochodowych i naczep (-78,9% r/r), maszyn (-34% r/r) i urządzeń elektrycznych (-28,1% r/r). Są to najświeższe dane z GUS, ale ekonomiści ankietowani przez „Parkiet” przeciętnie szacują, że w maju produkcja sprzedana przemysłu zmalała o kolejne 17,6% r/r.

Od początku kryzysu epidemiologicznego badanie nad kondycją dużych spółek produkcyjnych prowadzi spółka DSR S.A. w ramach projektu BAROMETR 4FACTORY. Badania obejmujące ponad 100 dużych spółek produkcyjnych potwierdzają, że mimo pogłębiającej się fali spadków zamówień, sytuację spółek produkcyjnych ciągle można oceniać jako stabilną.

Do 25,5% zwiększyła się ilość spółek określających produkcję w maju jako dużo mniejszą niż w styczniu/lutym. 63% respondentów potwierdziło w ogóle mniejszą produkcję w maju w porównaniu z pierwszymi miesiącami bieżącego roku. Wśród przyczyn takiego stanu rzeczy najczęściej wskazywano spadek nowych zamówień (69% przypadków), a jedynie w 3% przypadków zaobserwowano problem z dostępnością pracowników.

Jednocześnie ponad połowa respondentów oczekuje, że w czerwcu poziom produkcji w ich spółkach będzie wyższy niż w pierwszych miesiącach br. a co piąty oczekuje, że produkcja będzie znacznie wyższa.

Przeprowadzone pod koniec maja badania Polskiego Instytutu Ekonomicznego ujawniły, że tylko 35% firm deklaruje spadek nowych zamówień w porównaniu do końca kwietnia (poprawa o 6 pkt. proc. względem poprzednich badań), więc wygląda na to, że popyt na produkty spółek produkcyjnych zmniejsza negatywną dynamikę z poprzednich miesięcy. Odsetek przedsiębiorstw, które zadeklarowało powrót do sytuacji finansowej sprzed pandemii wzrósł do 18%. Te sama badania wykazały, że 31% firm produkcyjnych zadeklarowało poprawę sytuacji w wyniku kolejnego etapu odmrażania gospodarki, a odsetek firm oceniających swoją płynność finansową jako wystarczającą do przetrwania ponad 3 miesięcy wzrósł z poziomu 39% w kwietniu do 54% na koniec maja.

Kluczowe najbliższe miesiące

Dane z kolejnych badań sektora przemysłowego, jak również tych szerszych dotyczących całej gospodarki potwierdzają, że najtrudniejszy okres był w kwietniu i obecnie doświadczamy systematycznego wzrostu aktywności gospodarczej. Sytuacja poprawia się z każdym tygodniem i jeżeli nie doświadczymy ponownej eskalacji problemu epidemiologicznego, to w najbliższych miesiącach powinniśmy oczekiwać dalszej poprawy sytuacji producentów. Stosunkowo szybka odbudowa wartości rynkowej wielu polskich spółek produkcyjnych w ostatnim czasie potwierdza, że inwestorzy – w przeważającej większości – traktują taki scenariusz jako najbardziej prawdopodobny. Bardzo wiele zależy więc od skuteczności dalszej walki z koronawirusem, ale tym razem największa odpowiedzialność spoczywa na społeczeństwie i podejściu do kwestii bezpieczeństwa każdego z nas. Myjmy więc ręce i kupujmy akcje polskich producentów.

Gospodarka 4.0 – ewolucja zamiast rewolucji?

Według badań dla 95 proc. polskich przedsiębiorstw idea Przemysłu 4.0 jest pojęciem niezwykle ważnym. Dotyczy zarówno wielkich międzynarodowych organizacji, jak i niewielkich zakładów. Każdy z nich, chcąc pozostać konkurencyjnym na rynku musi wprowadzać nowoczesne rozwiązania podnoszące jakość i wydajność produkcji. Nie trzeba jednak przeprowadzać od razu rewolucyjnych zmian, aby przedsiębiorstwo stało się nowoczesną firmą, potrafiącą sprostać wyzwaniom nowoczesności.

W przypadku pierwszej rewolucji przemysłowej świat zmieniła para, w drugiej było to usprawnienie procesu wytwarzania dzięki zastosowaniu linii produkcyjnej, a trzecia dokonała przemian przy pomocy automatyzacji produkcji i cyfrowego kodowania maszyn. Teraz przyszedł czas na czwartą, która przeobraża przedsiębiorstwa, wprowadzając nowoczesną infrastrukturę IT oraz gromadząc i przetwarzając dane na szeroką skalę. Stanowi ona połączenie trzech elementów: rzeczywistych maszyn produkcyjnych, świata wirtualnego, a także technologii informacyjnych. Jednak w odróżnieniu od poprzednich rewolucji przemysłowych, tempo obecnej jest znacznie szybsze. Wynika to z tego, że każda nowa technologia daje początek nowszej, jeszcze sprawniejszej.

Nie wszyscy gotowi na rewolucję

Z badania „W drodze ku Gospodarce 4.0”, które zostało przeprowadzone w 2019 roku przez wydawnictwo IDG, wynika, że polskie firmy są na początku drogi ku Przemysłowi 4.0. Innowacyjność i stopień zaawansowania procesów są niskie, a zaledwie 14% przedsiębiorstw ma opracowany strategiczny plan transformacji dla działań w ramach Przemysłu 4.0 i zaczęło wdrażać go w życie. Niemal połowa (48%) deklaruje, że działania związane z cyfryzacją procesów wytwórczych nie mają umocowania na poziomie strategii przedsiębiorstwa, choć często prowadzone są mniejsze projekty w tym obszarze. Natomiast więcej niż co czwarta firma (27%) nie zamierza prowadzić żadnych działań związanych z szeroko pojętą czwartą rewolucją.W drodze ju Gospodarce 4.0_diagram

Dobry plan to podstawa

Według wyników badań rynkowych przeprowadzonych w 2019 r. przez PSI Polska wśród małych i średnich przedsiębiorstw produkcyjnych pt. „Gotowość firm produkcyjnych do wdrożenia rozwiązań Przemysłu 4.0”, dużym optymizmem mogą napawać deklarowane plany inwestycji w nowe technologie. Około 60% wszystkich badanych przedsiębiorstw wdrażało lub planowało wdrożyć systemy IT, przy czym duże firmy produkcyjne częściej niż średnie deklarowały inwestycje w systemy informatyczne w celu optymalizacji produkcji (78% do 41%).

– Niezwykle istotne jest przygotowanie dobrego planu transformacji przedsiębiorstwa – uważa Piotr Szopiński, Kierownik Działu Technicznego ifm electronic. – Może on decydować o sukcesie projektów związanych z cyfryzacją i automatyzacją. Strategia takiej transformacji powinna jasno wskazywać kolejność wprowadzanych technologii oraz zmian w organizacji przedsiębiorstwa. Ważne jest także ustalenie odpowiedzialnych osób na poszczególnych etapach metamorfozy firmy.

Nie wszystko na raz

Wiele przedsiębiorstw, zwłaszcza tych mniejszych, chcąc wdrażać u siebie rozwiązania Przemysłu 4.0, boi się dużych inwestycji, przerastających ich możliwości finansowe. Często też przedsiębiorcy nie bardzo wiedzą od czego zacząć wprowadzanie innowacji w swoich firmach.

– Te obawy są często bezpodstawne, gdyż rozwiązania Przemysłu 4.0 nie muszą być wdrażane od razu kompleksowo – uważa Piotr Szopiński. – Można je budować z poszczególnych komponentów, których integracja, a także zbieranie i przetwarzanie danych zapewnia wartość dodaną. Połączenie od czujnika do całego systemu zarządzania produkcją jest również doskonałym pomysłem na wprowadzenia projektów Przemysłu 4.0 w przedsiębiorstwie.

Liczy się możliwość rozbudowy

Dla zakładów przemysłowych inwestujących w nowoczesne technologie, istotna jest możliwość rozbudowywania posiadanych systemów.

– Warto zwrócić tu uwagę na inkrementalne łączenie całości od dołu do góry – twierdzi Piotr Szopiński. – Jeżeli klient korzysta dzisiaj z naszych czujników, to będzie mógł w przyszłości łatwo nie tylko pozyskiwać dane, ale także nadbudować na tym cały system do analityki. Zmian nie trzeba robić za jednym razem, ale można je wprowadzać stopniowo. To pozwala na rozwój nowoczesnych technologii w każdym zakładzie produkcyjnym. Zapewniamy komponenty, rozwiązania, a także warstwę software’ową.

Od czujnika po system SAP

W czwartej rewolucji przemysłowej istotne jest nie tylko pozyskiwanie danych, ale również jak najpełniejsze ich przetwarzanie w celu zoptymalizowania produkcji. Jednym z rozwiązań, które ten proces umożliwiają jest tzw. droga Y, autorskie rozwiązanie ifm, pozwalające na wykorzystanie wszystkich informacji płynących z czujnika, również tych dotyczących pracy jego samego, stanu maszyny i wytwarzanego produktu. Dzięki temu systemy IT i systemy automatyki przemysłowej można połączyć łatwo i niewielkim kosztem, od czujnika aż po system SAP.

Droga Y to nowoczesna idea i sposób przesyłania danych pozyskanych z czujników, które można przekazywać nie tylko do sterownika. Po drodze znajdują się moduły IO-Link, które komunikują się z czujnikiem. Jest to wspólna ścieżka, czyli dół schematu Y. Jednym z jego górnych ramion jest komunikacja ze sterownikiem PLC. To nienaruszalna pętla sterowania. Z kolei drugie ramę Y to cała reszta danych wysyłanych do systemu, który je gromadzi, przetwarza i analizuje. Ścieżka Y może być z powodzeniem wykorzystywana w inteligentnych rozwiązaniach w dziedzinie monitorowania warunków, energii i jakości, identyfikacji i śledzenia produktów, a także do zdalnego serwisu.

Droga Y

  • udostępnia 95% danych procesowych bez pośrednictwa sterownika,
  • umożliwia połączenie od czujnika po system SAP,
  • pozwala na monitorowanie warunków,
  • umożliwia monitorowanie energii,
  • umożliwia monitorowanie jakości,
  • umożliwia identyfikację i śledzenie produktów,
  • daje opcję zdalnego serwisu.
Diagram_droga Y_ifm electronic
Źródło: ifm electronic

Dane_ Droga Y_ifm electronic

Szalony świat

Tak samo, jak we wtorek rano doszło do schłodzenia nastrojów, tak równie szybko w drugiej części dnia wymazano wszelkie oznaki korekty bez wystąpienia konkretnego powodu. Rynek przetestował własną skłonność do oczyszczającego cofnięcia, ale tej skłonności nie ma. Inwestorzy czekają teraz na potwierdzenie ze strony Fed, że luźna polityka zostaje, a pieniądze dla rajdu ryzykownych aktywów się prędko nie skończą.

Głównym zadaniem Fed przy kształtowaniu dzisiejszego przekazu po czerwcowym posiedzeniu powinno być niezakłócenie rajdu ryzykownych aktywów i odbicia nastrojów w gospodarce. W tym celu dotychczasowe ultra-łagodne nastawienie powinno zostać podtrzymane z podkreśleniem gotowości do reakcji, jeśli ożywienie gospodarcze miało być zagrożone. Oczekujemy, że Rezerwa Federalna utrzyma cel dla stopy rezerw federalnych na 0-0,25 proc., a w komunikacie Fed zaznaczy, że programy luzowania ilościowego zostaną podtrzymane bez prędkich planów ich wygaszania.

Gwałtowny skok stopy bezrobocia oraz obniżenie inflacji przemawiają za utrzymaniem maksymalnego wsparcia dla gospodarki Poprzez skup obligacji skarbowych, MBS, papierów korporacyjnych, linie kredytowe dla banków komercyjnych i programy pożyczkowe dla firm niefinansowych Fed w dalszym ciągu dostarcza ratunkowej płynności dla wielu segmentów rynku. Fed jeszcze nie przedstawił żadnego harmonogramu, kiedy zamierza zakończyć programy luzowania ilościowego. I w interesie wszystkich jest, aby szybko tego nie zrobił. Otwarcie dyskusji, nawet czysto hipotetycznej, kiedy warunki rynkowe przestaną wymagać wsparcia płynnościowego Fed, może doprowadzić do niepotrzebnych spekulacji rynkowych, które zachwieją aktualnym rajdem ryzykownych aktywów. Rezerwie Federalnej powinno zależeć na wzmocnieniu rynków finansowych, zarówno w formie stabilizacji rynku długu, jak i też odbudowie zaufania do gospodarki poprzez wycenę rynku akcji. Biorąc pod uwagę, jak duża niepewność towarzyszy perspektywom gospodarczym, budowanie pozytywnych oczekiwań poprzez trajektorię rynku kapitałowego może być ważnym narzędziem, którego Fed nie powinien psuć.

Interesujące mogą być nowe prognozy gospodarcze Fed po tym, jak w marcu Fed zrezygnował z ich publikacji w związku z wysoką niepewnością rozwoju pandemii. Pewnym jest projekcja silnej recesji w 2020 r., po której w 2021 r. przyjdzie odbicie. Oczekujemy gołębich szacunków stopy bezrobocia i inflacji, które będą wspierać ścieżkę niezmienionych stóp procentowych co najmniej do końca 2021 r. W komentarzu do prognoz prezes Powell powinien podkreślić wciąż dużą niepewność i skłonność Fed do pozostania po ostrożnej stronie. Obawy przed długookresowym utrzymywaniem się bezrobocia powyżej poziomu równowagi oraz ryzyko deflacji powinny wskazywać, że Fed nie odejdzie od luźnej polityki przez długi czas.

Utrzymanie status quo w polityce samo w sobie jest neutralne dla USD, ale jednocześnie daje zielone światło dla kontynuacji rajdu ryzykownych aktywów bazującego na oczekiwaniach szybszego odbicia ożywienia gospodarczego przy wsparciu ekspansji monetarnej. To znów oznacza dalsze porzucanie USD na rzecz innych, ryzykownych walut.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rynek badań CAWI w Polsce poważnie urośnie. Wzrosty mogą być nawet dwucyfrowe

Według ekspertów, metoda CAWI najmocniej zyska podczas kryzysu. Jest tańsza i szybsza w realizacji niż inne. Niektórzy prognozują, że ten rynek w Polsce wzrośnie w ciągu 2-5 lat aż o 50%. I może być wart nawet 300 mln zł. Będzie to efektem izolacji społecznej, skoku cyfrowego i optymalizacji wydatków marketingowych. FMCG, telekomunikacja i farmacja najwięcej inwestują w tego typu badania, dlatego branża powinna właśnie tam kierować swoje oferty. Ale część badaczy przewiduje, że wzrosty będą widoczne także w innych sektorach. Bez danych na temat konsumentów firmom trudno będzie podejmować jakiekolwiek decyzje, a w dobie niepewności ta technika może być jedyną rozsądną opcją.

Rosnący rynek

Jak stwierdza Maciej Delebis, Prezes Zarządu PBS, rosnącą rolę badań CAWI najlepiej obrazują liczby. W 2005 roku zrealizowano mniej niż 100 tys. wywiadów online, zaledwie pięć lat później – ponad milion, a w ostatnim roku – blisko 7 mln. Zdaniem Małgorzaty Olszewskiej, Wiceprezes Zarządu Grupy 4P, ta metoda zyskuje na popularności, bo jest tańsza i szybsza w realizacji od innych. Pozwala dotrzeć do respondenta w wygodnym dla niego miejscu i czasie. Ankiety i inne materiały mogą być wyświetlane na wielu typach urządzeń. To idealny kanał do badania internautów, których udział wśród Polaków wynosi 70% i wciąż się zwiększa.

– Istotne znaczenie ma szybko rosnąca liczba respondentów. To właśnie ich dyspozycyjność skraca czas realizacji badania przy zachowaniu wysokiej jakości odpowiedzi. W Polsce te osoby są zrzeszone w ponad 80 różnych panelach. Ankiety są dla nich uatrakcyjniane, np. poprzez stosowanie pytań drag & drop lub grafik zamiast tekstowych odpowiedzi. Badania CAWI pozwalają też na prezentację materiałów graficznych, audio i wideo – komentuje Łukasz Zieliński, Prezes Zarządu SYNO POLAND, międzynarodowej firmy dostarczającej narzędzia dla firm badawczych.

Prezes Delebis informuje, że wartość całego rynku badawczego w Polsce jest stabilna od dekady i wynosi ok. 700-750 mln zł rocznie. Badania CAWI są obecnie szacowane na ok. 140-150 mln zł. Dla porównania – według szacunków ESOMAR i AMA – światowy rynek jest wart blisko 50 miliardów dolarów. W USA ponad jedna trzecia wydatków przypada na badania realizowane przez Internet, z czego trzy czwarte – na CAWI.

– W mojej opinii, przez najbliższe 3 lata wzrost liczby wywiadów będzie na poziomie 3-5% rocznie, a obrotu w technice CAWI – 8-10%. W tym czasie pojawi się dużo więcej badań w obszarze związanym z szeroko rozumianą ochroną środowiska i klimatu – przewiduje Wojciech Hołdakowski, dyrektor badań telefonicznych i internetowych w Kantar.

Z kolei Małgorzata Olszewska prognozuje, że na przestrzeni następnych 2-5 lat wartość tego rynku może wzrosnąć aż o 50% z powodu odejścia od innych metod badawczych. Będzie to też efektem pandemii, w tym izolacji społecznej i skoku cyfrowego. Do tego zwiększą się kompetencje Polaków w zakresie komunikacji online. To zdecydowanie ułatwi prowadzenie badań w sieci i włączy do nich osoby, które do tej pory w nich nie uczestniczyły. Ponadto w czasie kryzysu bardziej niż wcześniej będzie liczył się koszt realizacji, bo firmy będą szukały sposobów na optymalizację wydatków.

Efekt nie tylko pandemii

– W marcu i kwietniu br. wszystkie liczące się agencje badawcze w kraju czasowo zawiesiły prace terenowe. Natomiast badania realizowane przez Internet były prowadzone bez przeszkód w trakcie trwającej pandemii. Dlatego siłą rzeczy część budżetów badawczych przesunięto w stronę tych technik – dodaje ekspert z PBS.

Na rynku wyraźnie widać większe zainteresowanie tego typu badaniami, nawet wśród firm, które przed pandemią preferowały inne techniki. Jednak Jonasz Buksztynowicz, Client Service Director w DRB Market Research, podkreśla, że nie we wszystkich przypadkach zmiana metody jest możliwa. CAWI nie znajduje zastosowania w projektach, w których miejsce lub czas wywiadu jest istotny dla pełnego zaadresowania biznesowych celów badania. Niemniej w aktualnej sytuacji zwiększa się świadomość klientów. Według eksperta, będą oni częściej korzystać z tej techniki także po zakończeniu pandemii.

– W czasie izolacji badania online były praktycznie jedyną opcją. Wiele firm przekonało się do nich i będzie je zlecało również po zakończeniu pandemii, a rewolucja internetowa w badaniach marketingowych obejmie wszystkie branże. Zadziała to podobnie, jak w przypadku e-zakupów. Jeśli ktoś zacznie je robić, to już raczej nie przestanie. Osobisty kontakt z respondentem bywa ważny, ale nie zawsze jest kluczowy, tak jak wizyta w sklepie – mówi Agnieszka Górnicka, Prezes Zarządu Inquiry.

Ekspert z SYNO POLAND podkreśla, że dzisiejsza przewaga tej metody nad innymi technikami nie wynika tylko z pandemii. Już od dłuższego czasu polskim przedsiębiorcom zależy na szybkiej i prostej realizacji, np. międzynarodowych badań. I dlatego coraz częściej pytają o CAWI. Obecnie dostępne na rynku narzędzia oferują do wyboru ponad 70 języków oraz dialektów, przy użyciu jednego łącza do kwestionariusza. Skraca to czas realizacji, kontroli i analizy wyników.

Dla każdej branży

– W kolejnych latach będzie rosnąć zapotrzebowanie na badania CAWI we wszystkich sektorach. Nawet branże uznawane dotąd za trudno dostępne zaczną nagle otwierać się na to podejście. Duży wpływ na to będą miały powstające obecnie specjalistyczne panele, gromadzące określone typy konsumentów czy użytkowników urządzeń – uważa Marta Bierca, Customer Research Director we Frost & Sullivan.

Według Aliny Lempy, Prezes Zarządu IQS, największy udział w rynku badań online ma sektor FMCG, telekomunikacja i farmacja. W najbliższym czasie, w opinii eksperta, nie należy oczekiwać w tym zakresie wielu zmian, gdyż doświadczenie pokazuje, że te branże wydają na badania więcej niż inne.

– Dzisiaj każdy sektor powinien zintensyfikować badania nad potrzebami swoich klientów, które zmieniają się wraz z ich priorytetami i zasobami. I tu z pomocą może przyjść CAWI, bo pokaże podstawowe trendy rynkowe. Bez danych o konsumentach nawet najlepszy marketingowiec niewiele uzyska, zwłaszcza w tak trudnym czasie, jak obecnie – przekonuje Katarzyna Kaliszewska-Czeremska, Senior UX Researcher w Aktan Polska.

Z kolei w ocenie Mai Matukin, Partnera Zarządzającego Research & Grow, trudniejszy czas wymusza na firmach większą ostrożność w podejmowaniu decyzji. A to może zwiększać świadomość potrzeby posiadania rzetelnej wiedzy o kliencie. Niemal w każdej branży coraz więcej firm obecnych jest w Internecie, więc konsument online staje się naturalnym obiektem zainteresowania. Co ciekawe, duże znaczenie dla rozwoju CAWI mają startupy oraz specjalistyczne podmioty, obecne głównie w sieci.

– W Polsce badania online są szczególnie istotne dla większości branż. Rodzimi konsumenci są wyjątkowo otwarci na nowe technologie. To widać chociażby we wskaźnikach smartfonizacji, użycia Internetu mobilnego, korzystania z kart płatniczych czy płatności zbliżeniowych. I pod tym względem polskie społeczeństwo jest w ścisłej światowej czołówce. Większość dużych firm jest tego świadoma – zwraca uwagę Michał Gmurek, Client Service Director w Brainlab.

Na tle innych krajów

Natomiast Przemek Marciniak, CEO Agencji PAULAT, przypomina, że nowoczesne technologie dały podwaliny rynkowi badań CAWI i w najbliższych latach również będą motorem jego rozwoju. Na świecie coraz częściej są wykorzystywane metody rozpoznawania twarzy czy śledzenia wzroku. Określają one emocje respondenta i siłę przyciągania jego uwagi. Badania CAWI powinny częściej wykorzystywać te, dostępne także online, narzędzia. Dla polskich firm istotne będzie też przejście na urządzenia mobilne. Rosnący udział smartfonów jako kanału sprzedaży oraz komunikacji znacząco zwiększy ich znaczenie.

– Biorąc pod uwagę analizy SYNO POLAND, na rynkach zachodnich już teraz zdecydowana większość badań przeprowadzana jest metodą CAWI. Są krótsze, ale częściej wykonywane. Poza tym znacznie więcej ankiet wypełnianych jest na urządzeniach mobilnych. W obecnym czasie z pewnością należy skupić się na badaniach mniejszych i szybszych, dających natychmiastowe odpowiedzi na pytania – zaznacza Monika Kunkowska, Partner w Spotlight Research.

Do tego Prezes Zieliński dodaje, że obecnie około 30% ankiet CAWI w Polsce i 40% na świecie jest wypełnianych na smartfonach. Zdaniem eksperta, z uwagi na ogromną popularność tego typu urządzeń, te odsetki będą z roku na rok coraz wyższe. Z czasem różnica na poziomie 10% wyrówna się i nasz rynek przestanie odbiegać pod tym względem od reszty krajów.

– Od strony narzędziowej i technologicznej, w porównaniu z innymi regionami Europy i świata, polskim firmom badawczym niczego nie brakuje. Jesteśmy w stanie realizować wszystko to, co nasi koledzy w Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii. Za to ceny w Polsce, w niektórych przypadkach, są nawet – 25-35% niższe. Upatruję w tym sens działań dla całej naszej branży – podsumowuje ekspert z IQS.

63,8 mld zł strat w całej UE z powodu podrabianych towarów

  • Najnowsze dane szacunkowe ujawniają skalę utraconych dochodów budżetowych państw z powodu podrabiania towarów.
  • Wartość utraconej sprzedaży w sektorze produktów kosmetycznych i higieny osobistej w Polsce wynosi 1,942 mld złotych.
  • W coraz większym stopniu związki z handlem towarami podrobionymi mają zorganizowane grupy przestępcze.

Według najnowszego sprawozdania opublikowanego dziś przez Urząd Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej (EUIPO) straty gospodarcze i społeczne spowodowane podrabianiem towarów pozbawiają rządy dochodów, a zyski z tej działalności mogą służyć do finansowania poważnych przestępstw, jak handel narkotykami czy pranie pieniędzy.

Ze sprawozdania wynika, że rządy państw unijnych tracą co roku łącznie do 63,8 mld złotych z powodu obecności podrobionych towarów na rynku. To straty we wpływach z podatków pośrednich i bezpośrednich, jak i ze składek na ubezpieczenie społeczne, których nie płacą nielegalni producenci.

Ponadto według szacunków EUIPO w UE sektory produktów kosmetycznych i higieny osobistej; win i wyrobów spirytusowych; farmaceutyczny oraz sektor zabawek i gier w wyniku podrabiania towarów tracą corocznie blisko 80,7 mld złotych wartości sprzedaży. Podrabiane produkty nie są poddawane tak rygorystycznemu testowaniu w celu zapewnienia ich bezpieczeństwa dla konsumentów lub użytkowników, jak produkty oryginalne.

Straty w wartości sprzedaży zwłaszcza w sektorze produktów kosmetycznych i higieny osobistej wzrosły o ponad 10,8 mld złotych od czasu opublikowania ostatniej takiej analizy EUIPO w 2019 r.; to największy wzrost wśród analizowanych sektorów. Rocznie w UE traci się około 14,1% wartości sprzedaży w sektorze produktów kosmetycznych i higieny osobistej (40,9 mld złotych) z powodu obecności podrabianych produktów. W Polsce wynosi to 19,1%, co odpowiada 1,942 mld złotych corocznie traconej wartości sprzedaży. Stanowi to wzrost o 523 mln od czasu przeprowadzenia ostatniej analizy.

Z analizy EUIPO wynika, że zarejestrowane niebezpieczne podrobione towary oceniono jako stwarzające poważne zagrożenie dla konsumentów. Większość z nich było przeznaczonych dla dzieci, czyli były to zabawki, wyroby do pielęgnacji dla dzieci i odzież dziecięca.

W badaniach przeprowadzonych przez EUIPO oraz Europol stwierdzono również powiązania między podrabianiem towarów a innymi poważnymi przestępstwami. Od 2016 r. organy odpowiedzialne za egzekwowanie prawa w całej UE przeprowadziły 29 poważnych operacji zwalczania podrabiania towarów i piractwa, skierowane przeciwko zorganizowanym grupom przestępczym, które były również zaangażowane w inne poważne przestępstwa, w tym handel narkotykami i pranie pieniędzy.

Christian Archambeau, dyrektor wykonawczy EUIPO, powiedział:

„Podrabianie nie jest przestępstwem bez ofiar. Podrabianie produktów odbiera sprzedaż legalnym przedsiębiorstwom i pozbawia rządy niezbędnych dochodów. Wiążą się one z wyraźnymi zagrożeniami dla zdrowia i bezpieczeństwa osób z nich korzystających. Jednak, jak pokazuje nasza wspólna praca z Europolem, wpływy z procederu podrabiania mogą również być wykorzystywane przez poważną przestępczość zorganizowaną. Aby w pełni rozwiązać ten problem, konieczne są wspólne działania międzynarodowe na wszystkich szczeblach”.

Dzisiejsze dane szacunkowe można znaleźć w raporcie z 2020 r. na temat statusu ochrony praw własności intelektualnej, które łączy prace EUIPO w zakresie sprawozdawczości, dotyczące własności intelektualnej na szczeblu unijnym i globalnym, w tym wyniki postępowań wyjaśniających prowadzonych z Organizacją Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) oraz Europejskim Urzędem Patentowym (EPO).

Raport na temat statusu ochrony obejmuje również badania dotyczące ilości towarów podrobionych i pirackich w handlu międzynarodowym, a także pokazuje udział gospodarczy sektorów intensywnie korzystających z praw własności intelektualnej we wzroście gospodarczym i tworzeniu miejsc pracy. Raport zawiera nowe spostrzeżenia na temat tego, jak małe i średnie przedsiębiorstwa (MŚP) korzystają z własności intelektualnej.

Vivid Games aktualizuje strategię działania

Ponad 11 mln zł przychodów ze sprzedaży i ponad 2 mln zł zysku netto wypracował Vivid Games narastająco na koniec maja bieżącego roku, wynika ze wstępnych wyników finansowych opublikowanych przez spółkę. Bydgoski wydawca i developer przedstawił również zaktualizowaną strategię. Przewiduje ona m.in. powiększanie portfolio o 2-3 wysokiej jakości gry z segmentu mid-core rocznie oraz komercjalizację poza platformami mobilnymi.

Tylko w maju Vivid Games wypracował niespełna 3,2 mln zł przychodów ze sprzedaży (3,3 mln zł w kwietniu br.) i 582 tys. zysku netto (441 tys. w kwietniu br.). Narastająco sprzedaż bydgoskiej spółki sięgnęła 11,3 mln zł, a zysk netto przekroczył 2 mln zł. Dla porównania prognoza Vivid Games na 2020 r. zakłada wypracowanie 19 mln zł przychodów i 3 mln z zysku netto. Oznacza to, że po pięciu miesiącach spółka zrealizowała ją już w 70 procentach. – Dobre wyniki to głównie zasługa Real Boxing 2, którego miesięczna sprzedaż w kwietniu i maju wzrosła 10-krotnie w porównaniu do stycznia. Inwestujemy znaczne środki na marketing, zwiększamy również metryki monetyzacyjne. Aktualnie tytuł zarabia ponad 2 mln zł miesięcznie. W czerwcu osiągniemy łączną sprzedaż w wysokości całego 2019 roku, a przed nami jeszcze sporo premier – m.in. mid-corowych tytułów Knights Fight 2 oraz Amusing Heroes, oraz wielu ciekawych pozycji casual nad których rozwojem aktualnie pracujemy. – komentuje Remigiusz Kościelny, prezes zarządu Vivid Games.

Vivid Games zaktualizował również strategię na najbliższe lata. Jej głównymi założeniami są:

  • efektywna produkcja i globalna dystrybucja gier mobilnych
  • zwiększanie zasięgu gier z zastosowaniem zyskownego marketingu
  • ciągłe zwiększanie satysfakcji i zaangażowania graczy, a konsekwencji monetyzacji gier
  • zwiększanie przychodów z portfolio gier poza platformami mobilnymi we współpracy z zewnętrznymi parterami
  • poszukiwanie i prototypowania nowych konceptów gier

Celem strategicznym Vivid Games jest powiększanie portfolio gier o 2-3 wysokiej jakości gry segmentu mid-core oraz dużą liczbę gier z segmentu casual rocznie. Tytuły z obu segmentów będą produkowane wewnętrznie, zlecane zewnętrznym producentom lub pozyskiwane za pośrednictwem programu wydawniczego. Głównymi kanałami dystrybucji będą sklepy Apple App Store oraz Google Play, natomiast wiodącym modelem biznesowym free2play – w zakresie mikropłatności oraz monetyzacji reklamowej. Rozszerzana będzie również sieć dystrybucji i testowane nowe modele biznesowe, m.in. subskrypcja. Istniejące i przyszłe portfolio gier będzie eksploatowane we współpracy z zewnętrznymi partnerami na możliwie jak największej liczbie platform sprzętowych, m.in. Nintendo Switch oraz PC.
Kluczowe w dalszym rozwoju spółki będzie poszukiwanie nowych konceptów gier przy jednoczesnej koncentracji na najlepszych tytułach w zakresie zwiększania metryk zadowolenia i zaangażowania graczy oraz monetyzacji i zwiększenia zasięgu (ilości pobrań) poprzez działania marketingowe (tzw. user-acquisition), co w efekcie prowadzić będzie do zwiększania przychodów ze sprzedaży.

Czym cechuje się dobra strategia employer branding

Strategia employer branding to plan, który prowadzi nas do wytyczonych celów w budowaniu marki pracodawcy. Na co zwrócić uwagę przy jej projektowaniu? Czym charakteryzuje się dobra strategia Employer Branding? Odpowiadamy.

Czym jest strategia employer branding?

Spójny, autentyczny i oparty na konkretnych wartościach wizerunek marki pracodawcy to cel każdego przedsiębiorcy, który rozpoczyna przygodę z employer brandingiem. Aby go osiągnąć potrzebuje przede wszystkim planu opracowanego specjalnie dla jego organizacji. Właśnie tym jest strategia– harmonogramem działań prowadzących do wyznaczonych celów uwzględniającym koszty, benchmark konkurencji oraz, co najważniejsze, adresata, czyli grupę docelową wszystkich akcji i komunikatów objętych procesem budowania wizerunku marki na rynku pracy.

Najważniejsze cechy dobrej strategii employer branding

Samo tworzenie strategii to długotrwały, często kilkumiesięczny proces, który rozpoczyna się powołaniem zespołu projektowego. To on w głównej mierze będzie odpowiedzialni za audyt marki pracodawcy, wyznaczenie i charakteryzację grup docelowych czy zaprojektowanie Employee Value Proposition. Obszerna wiedza na temat organizacji, adresata komunikacji wizerunkowej marki pracodawcy czy wartości, na które marka chce się pozycjonować to podstawy dobrej strategii. Czym jeszcze wyróżnia się ta odpowiednio zaprojektowana?

  1. Zaplanowanie działań Employr Branding w oparciu o rzetelną analizę sytuacji – audyt marki pracodawcy to pierwszy krok w pracy nad strategią. Zanim wyznaczymy cele czy określimy silne strony firmy, musimy dogłębnie poznać strukturę organizacji, ale przede wszystkim zapoznać się z aktualną opinią na jej temat. Jakie zdanie o miejscu zatrudnienia mają pracownicy? Czy marka pracodawcy jest obecna w świadomości potencjalnych kandydatów na pracowników? Na te i wiele innych pytań odpowiedzi szukamy właśnie podczas badań ilościowych i jakościowych, które stają się fundamentem do dalszych etapów pracy nad dobrą strategią.
  2. Jasno określone grupy docelowe w strategii EB – To do nich kierujemy działania employer branding, dlatego musimy je dokładnie scharakteryzować i poznać ich potrzeby. Przydatne w strategii Employer branding jest też stworzenie person, czyli konkretnych, przykładowych osób reprezentujących cechy grup docelowych.
  3. Benchmark działań konkurencji Znajomość działań konkurencji to podstawa, jeśli wizerunek marki pracodawcy ma się wyróżniać. Dzięki uwzględnieniu tej kwestii w strategii, możemy opracować akcje, które sprawią, że firma stanie się dla grupy docelowej bardziej atrakcyjna od innej z tej samej branży.
  4. Employee Value Proposition, czyli zbiór wartości, na których zbudujemy komunikację. Te silne strony marki wynikające z wcześniej przeprowadzonego audytu marki pracodawcy posłużą jako baza komunikatów skierowanych do grup docelowych.
  5. Plan działań EB uwzględniający cele i priorytety – Wybór działań to zaledwie początek budowania wizerunku marki pracodawcy. Ważne jest także opracowanie harmonogramu, który uwzględni priorytety akcji offline i online. A wszystko to w oparciu o wyznaczone cele.

Co poza tym? Oczywiście koszty. Dobry plan pracy nad wizerunkiem marki pracodawcy nie tylko obejmuje właściwe działania wizerunkowe, ale też koreluje je z przeznaczonym na projekt budżetem. O optymalizacji kosztów warto pamiętać od początku planowania strategii employer branding!

Więcej informacji o tym jak zaprojektować dobrą strategię employer branding znajdziesz na stronie bardzoHR.

InventionMed opracuje symulator rozprzestrzeniania się wirusa SARS-CoV-2

InventionMed, technologiczna spółka z branży medycznej, podpisała list intencyjny o współpracy z koreańską firmą z branży dermatologii klinicznej. Proster Company Limited wesprze InventionMed w pracach nad symulatorami TutorDerm oraz wirtualną strzykawką. Firmy opracują także wspólny projekt – symulator VR, który zobrazuje zjawiska związane z rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2.

Proster Company Limited firma, która dostarcza środki przyśpieszające gojenie się ran skórnych. Koreański kontrahent wesprze InventionMed w rozwoju symulatorów medycznych – szczególnie tych, dedykowanych dermatologii klinicznej i estetycznej.

Bardzo cieszymy się, że grono wykwalifikowanych specjalistów w dziedzinie leczenia ran skórnych jest zainteresowane współpracą z InventionMed. Proster Company Limited będzie nieocenionym wsparciem podczas dalszych prac nad urządzeniem szkoleniowym TutorDerm oraz nad wirtualną strzykawką  – komentuje Tomasz Kierul, prezes InventionMed.

Oprócz prac nad obecnie realizowanymi projektami, firmy nie wykluczają dalszych działań przy kolejnych projektach rozwojowych spółki. Dodatkowo, InventionMed wraz Proster Company Limited opracują wspólny projekt – symulator medyczny w wirtualnej rzeczywistości, który będzie dotyczył zjawisk związanych z wirusem SARS CoV2.

Staramy się dostosować naszą działalność do obecnie panujących realiów. Pandemia zakaźnej choroby COVID-19 zmieniła życie gospodarcze i społeczne, a jej skutki odczuwać będziemy jeszcze przez długi czas. Również i my chcemy się włączyć w walkę z koronawirusem, poprzez stworzenie specjalnego rozwiązania – symulatora VR. Urządzenie pomoże w zrozumieniu zjawisk z nim związanych, a w konsekwencji wpłynie na większą świadomość globalnej społeczności – dodaje Tomasz Kierul.

InventionMed prowadzi obecnie prace związane z rozwojem flagowych projektów – symulatora TutorDerm oraz wirtualnej strzykawki. Równolegle, przy wsparciu technologicznej firmy z branży IT SoftBlue, przygotowuje się do budowy Centrum Innowacyjnych Symulacji Medycznych w Bydgoszczy. „Wirtualny szpital” będzie wyposażony w najnowocześniejsze rozwiązania technologiczne i prototypowe symulatory medyczne w oparciu o VR (virtual reality) i AR (augmented reality) oraz autorską technologię InventionMed – podwójną immersję. Projekt został dofinansowany przez Ministerstwo Rozwoju kwotą 16 mln zł, a dzięki zaangażowaniu inwestora, możliwe będzie rozpoczęcie prac rozwojowych i budowlanych.

Kogo szukali pracodawcy w maju?

39 282 – tyle nowych ofert zatrudnienia zamieszczono na Pracuj.pl w maju 2020. Kolejnym etapom odmrażania gospodarki towarzyszył w maju wzrost zainteresowania sprzedawcami, ekspertami obsługi klienta, specjalistami IT i ds. finansów. Mimo to zarówno pracodawcy, jak i kandydaci wciąż stoją przed licznymi wyzwaniami związanymi z pandemią koronawirusa. Z myślą o nich serwis Pracuj.pl wprowadził w maju kolejne nowe rozwiązania.

Najważniejsze informacje:

  • Ponad 39 000 nowych ofert na Pracuj.pl zamieszczonych w maju.
  • 37% ofert zamieszczonych w maju dotyczyło sprzedawców i handlowców.
  • Zwiększony udział ofert dla specjalistów ds. obsługi klienta (18%).
  • Miniony miesiąc przyniósł wzrost ofert pracy dla specjalistów ds. marketingu.

Więcej ofert pracy w maju

Według danych Pracuj.pl w maju na portalu pojawiło się 39 282 nowych ofert. Dane świadczą o poprawie na rynku pracy w Polsce po czasie lockdownu, w którym najsilniej odczuwane były krótkoterminowe konsekwencje biznesowe epidemii koronawirusa. Na liczbę dostępnych na Pracuj.pl ogłoszeń wpłynęło z jednej strony odmrażanie gospodarki i stopniowo zwiększająca się aktywność rekrutacyjna pracodawców, ale także wprowadzenie nowych rozwiązań w samym serwisie, które mają wspierać zarówno pracodawców, jak i poszukujących pracy.Kogo szukali pracodawcy w maju

Do usprawnień należało m.in. bezpłatne przedłużenie terminu aktywności ogłoszeń o dodatkowe 30 dni. Serwis przeprowadził także akcję wspierającą branżę HoReCa w obliczu kryzysu – restauracje, hotele i inne firmy działające w tej branży mogły publikować ogłoszenia o pracę za złotówkę. Usprawnieniem dla klientów i użytkowników była także zmiana na listingu ofert pracy, precyzyjnie wskazująca lokalizację, której dotyczy dana rekrutacja.

W obliczu kolejnych wyzwań

Analiza działań pracodawców pokazuje, że w maju 2020 roku aktywność pracodawców nadal utrzymywała się na wyraźnie niższym poziomie niż przed 12 miesiącami – choć spadki były wyraźnie mniejsze. W maju 2020 roku liczba ofert na portalu rok do roku była niższa o 24%. Dla porównania, w kwietniu było to 52%, a w marcu – 23%. Według Rafała Nachyny wyniki z maja należy przyjmować z umiarkowanym optymizmem, ale także świadomością kolejnych trudności, jakim czoła będą musiały stawiać firmy w Polsce i ich zespoły.

Miniony miesiąc to okres wyraźnego wydobywania się przez świat rekrutacji z dołka, w którym niemal błyskawicznie znalazł się w połowie marca. Kolejne etapy odmrażania gospodarki sprzyjają krótkoterminowemu wzrostowi zapotrzebowania na kadry. Pamiętajmy jednak, że mówimy o sytuacji bez precedensu na współczesnym rynku pracy. Myśląc o jego odbudowie powinniśmy się nastawiać na długi marsz. Wciąż mamy do czynienia z wyraźnym spowolnieniem, w tym największą od lat falą decyzji o redukcjach zatrudnienia. To sytuacja trudna dla zatrudnionych i pracodawców. Pracownicy funkcjonują w stanie niepewności co do przyszłości zawodowej. Firmy z kolei stoją przed trudnymi decyzjami kadrowymi. Staramy się pomagać obu grupom w odnajdowaniu się w nowych okolicznościach – komentuje Rafał Nachyna, Dyrektor Zarządzający Pracuj.pl.

Opinię o wyzwaniach rynku, jakie czekają go w dobie odmrażania gospodarki, potwierdzają wypowiedzi respondentów Pracuj.pl. Więcej, niż 4 na 10 pracujących osób badanych przez Pracuj.pl obawia się utraty miejsca pracy w konsekwencji pandemii koronawirusa, a 6 na 10 – obniżki wynagrodzenia lub zmiany zasad zatrudnienia. Jednocześnie w tym samym raporcie („Praca w dobie koronawirusa. Nowa normalność zawodowa”) aż 77% badanych gotowych jest przyjąć nową ofertę zatrudnienia.Kogo szukali pracodawcy w maju 2

Handlowcy na topie, ożywienie w obsłudze klienta

Aż 37% ofert opublikowanych na Pracuj.pl w maju dotyczyło specjalistów ds. handlu i sprzedaży. Dla porównania, w marcu i kwietniu było to 31%. Zwiększonemu zainteresowaniu tą grupą kandydatów niewątpliwie sprzyja stopniowe odmrażanie kolejnych sektorów gospodarki w Polsce. Drugie miejsce pod względem popularności zajęły w maju oferty kierowane do specjalistów ds. obsługi klienta, które stanowiły 18% wszystkich ogłoszeń na Pracuj.pl. Podobnie jak w przypadku handlu, do odmrażania rekrutacji w tej dziedzinie przyczyniało się otwieranie kolejnych branż, w których kontakt z klientem jest kluczowy.

Obie omawiane grupy kandydatów od lat znajdują się na czele najczęściej poszukiwanych specjalizacji. Obie jednak też znacząco zostały dotknięte skutkami zamrożenia gospodarki związanego z pandemią koronawirusa. Maj przyniósł znaczący wzrost liczby ofert w tych dziedzinach. W przypadku handlu szczególną rolę odgrywało w maju m.in. ponowne zapotrzebowanie na nowe kadry w związku z otwarciem galerii handlowych i znoszeniem części obostrzeń w sklepach wielkopowierzchniowych. Z kolei w obsłudze klienta bardzo interesujące będą zmiany, jakie długoterminowo wniesie rosnąca popularność pracy zdalnej. Może mieć to wkrótce przełożenie np. na nowe wymogi w oczekiwaniach pracodawców wobec kandydatów w tej dziedzinie – komentuje Łukasz Marciniak, Dyrektor ds. Rozwoju Sprzedaży w Grupie Pracuj.

IT i finanse na podium, ożywienie marketingu

Na ostatnim stopniu podium najczęściej poszukiwanych specjalizacji w maju znalazły się IT oraz finanse (po 12% wszystkich ogłoszeń). Także w tych branżach w maju obserwowane było wyraźne odbicie pod względem liczby ofert, choć ich udział w ogólnej puli ogłoszeń utrzymał się na standardowym poziomie kilkunastu procent. Szczególną uwagę przyciąga majowy wzrost rekrutacji w branży IT, w której w drugiej połowie marca i w kwietniu po raz pierwszy od lat można było zaobserwować stosunkowo częste przypadki zamrażania procesów rekrutacyjnych. Jednocześnie jednak to właśnie w niej kandydaci i rekruterzy mieli największą praktykę w obszarze rekrutacji zdalnej, powszechnie stosowanej w branży nowych technologii.Kogo szukali pracodawcy w maju 3

Warto zwrócić uwagę na znaczącą pozycję ofert kierowanych do specjalistów ds. marketingu. Marketingowcy to grupa, która w zgodnej opinii większości ekspertów HR należy do grona najmocniej odczuwających konsekwencje pierwszych miesięcy zamrożenia gospodarki. Tymczasem w maju kierowano do nich aż 8% wszystkich ogłoszeń na Pracuj.pl – dla porównania w całym 2019 roku było to 5%, a w kwietniu bieżącego roku 3%. Tak wysokie wyniki w maju mogą wskazywać np. na rosnącą świadomość firm co do roli odgrywanej przez wewnętrzne działy marketingu w przeciwdziałaniu biznesowym konsekwencjom pandemii. Ponadto rosnący popyt na marketerów pojawia się w obszarze ecommerce w związku z przeniesieniem sprzedaży do online przez większość marek w obliczu społecznej izolacji. Najbliższe miesiące pokażą, czy wzrost zainteresowania tą grupą okaże się długotrwały.

Nowe szanse i możliwości na Pracuj.pl

Jak podkreślają eksperci Grupy Pracuj, od połowy marca br. kluczowym wyzwaniem branży cyfrowego HR jest jak najszersze wsparcie pracodawców i kandydatów w nowych okolicznościach. Od wybuchu epidemii koronawirusa znacząco wzrosła rola rekrutacji zdalnej, pracodawcy szukają także nowych, efektywnych narzędzi kontaktu z kandydatami czy prezentacji ofert zatrudnienia. Ponadto rośnie liczba ofert dotyczących bezpośrednio pracy zdalnej, wykonywanej w pełni lub w większości czasu spoza biura.

Odpowiadając na potrzeby rynku, Pracuj.pl wprowadził szereg rozwiązań wspierających działania HR. Dzięki podjętym inicjatywom na serwisie na początku czerwca widniało ponad 70 000 aktywnych ofert pracy. Do nowych narzędzi obok specjalnych ofert dla branży HoReCa, przedłużenia terminu obowiązywania ogłoszeń czy podawania konkretnej lokalizacji należą m.in. możliwość oznaczania ofert dotyczących rekrutacji zdalnej, narzędzie do rozmów wideo w Strefie Pracuj.pl oraz możliwość wysyłania wiadomości do kandydatów bezpośrednio w ekosystemie serwisu. Wszystkie te działania dają zarówno kandydatom, jak i pracodawcom dodatkowe możliwości nawiązania ze sobą kontaktu.

Wysoka liczba aktywnych ofert pracy w serwisie wiąże się też ze współpracą Pracuj.pl z Urzędami Pracy. Dzięki publikacji ich ofert kandydaci zyskali większy wybór ogłoszeń w obliczu trudnej sytuacji rynkowej. Ogłoszenia te nie były jednak w prezentowanym zestawieniu wliczane do puli nowych ofert w maju.

ITH oferuje przedsiębiorcom z Krakowa i okolic darmowy internet do końca roku

Dostęp do internetu bez żadnych opłat aż do grudnia 2020 roku – taką ofertę dla firm i przedsiębiorstw przygotowała wchodząca na rynek firma ITH. Rozwiązanie jest lokalnym odpowiednikiem tarczy antykryzysowej. Na razie obowiązywać będzie jedynie na terenie Krakowa oraz okolic.

Koszty prowadzenia własnej działalności gospodarczej, wszystkie opłaty i podatki, które trzeba bezwzględnie uiścić, są obecnie jeszcze bardziej odczuwalne. “Internet dla biznesu w ofercie tarczy antykryzysowej od ITH” pozwoli odjąć od kosztów stałych kwotę za łącze, z którego korzystają przedsiębiorstwa. Dzięki nowej ofercie firmy otrzymają dostęp do internetu wysokiej klasy bez żadnych ukrytych opłat.

Transparentność i elastyczność

Z oferty skorzystają przedsiębiorcy zainteresowani internetem dostosowanym do potrzeb swojej działalności. Już na wstępie poznają wszystkie warunki i wybiorą pakiet, który najlepiej spełnia ich oczekiwania. Ustalają więc prędkość internetu, wszelkie możliwe limity transferu, pakiet SLA – jeśli ich potrzebują – zapoznają się także z umową.

– Naszą ideą jest zerwanie ze skostniałym sposobem współpracy z klientami na rynku telekomów. Nie interesują nas długoterminowe umowy, ukryte koszty czy dopasowanie oferty do zamożności firmy. My stawiamy na pełną transparentność oraz elastyczność. Proponujemy kilka modeli rozliczeń, na które mogą zdecydować się przedsiębiorcy: klasyczną umowę terminową, preferowaną przez nas umowę na czas nieokreślony z rozliczaniem prepaid oraz umowę na czas nieokreślony postpaid. Oferowane przez nas usługi można w prosty sposób modyfikować w dowolnym momencie. Dzięki takim rozwiązaniom firmy mogą łatwo uzyskać dostęp do sieci. I równie łatwo z niego zrezygnować. Wystarczy, że nie zapłacą opłaty za kolejny miesiąc rozliczeniowy. Tak funkcjonują nowoczesne usługi, jak choćby Netflix – wyjaśnia Niko Bałazy, CEO marki ITH.

Jak w praktyce będzie działać usługa? Po wyborze pakietu przedsiębiorca płaci symboliczną złotówkę za instalację i czeka na podpięcie do sieci. Do końca roku może korzystać z niej za darmo i dowolnie modyfikować pakiety, tak aby spełniały potrzeby jego biznesu.

– Obserwując, jak wiele przedsiębiorstw jest zmuszonych do redukowania kosztów w trakcie pandemii koronawirusa, postanowiliśmy wprowadzić ofertę dostosowaną do obecnej sytuacji. Dzięki niej klient nie tylko ma możliwość sprawdzenia i przetestowania naszych rozwiązań, zanim podejmie ostateczną decyzję, ale także zaoszczędzi na usługach internetu w swojej firmie. Wierzymy, że tak skonstruowany, nowy model działań oraz jakość naszych propozycji przyczynią się do zmiany sposobu myślenia o telekomunikacji B2B w Polsce – dodaje Niko Bałazy.

Nowość na mapie polskiej telekomunikacji

Spółka ITH wystartowała w 2020 roku. Od 1 czerwca prężnie rozwija się na terenie Krakowa i okolic. Dostarcza usługi telekomunikacyjne w segmencie biznes, hosting i domeny w ramach marki Kru.pl, chmurę publiczną oraz szeroko pojęte usługi outsourcingu IT.

Sama firma ITH została uruchomiona przez praktyków w branży: Niko Bałazego oraz Jakuba Naumanna, twórców krakowskiego S-NET. Bazując na ponad 10-letnim doświadczeniu w dziedzinie telekomunikacji dla biznesu, rozwijają obecnie własny model usług. Przyświeca im idea transparentności w relacjach z klientem. Dążą do wypracowania łatwo dostępnych i prostych w obsłudze rozwiązań dla firm, dbając jednocześnie o wysoką jakość usług.

Oferta internetu dla przedsiębiorców w ramach promocji Tarczy Antykryzysowej od ITH jest dostępna od 1 czerwca dla biznesów prowadzonych na terenie Krakowa oraz ościennych gmin, między innymi Zielonek, Michałowic, Zabierzowa, Wieliczki czy Skawiny. Standardowa, komercyjna oferta usług ITH jest dostępna na terenie całej Polski.

Koronawirus przyspieszy budowanie zielonej Europy. To pomysł UE na odbudowę gospodarczą po kryzysie

Pandemia koronawirusa nie pokrzyżowała planów Unii Europejskiej w zakresie dochodzenia do neutralności klimatycznej. Cele Europejskiego Zielonego Ładu pozostają aktualne, a inwestycje przeznaczone na ich osiąganie mają przyspieszyć wychodzenie państw UE z obecnego kryzysu. – Przedstawiony przez Komisję Europejską budżet to bezprecedensowy instrument, który ma ożywić europejską gospodarkę i przestawić ją na nowe technologiczne tory – mówi Izabela Zygmunt z CEE Bankwatch Network. Polska też może na tym skorzystać.

Na podstawie propozycji budżetu przedstawionej przez Komisję Europejską widać, że kierunek wychodzenia z kryzysu będzie zielony, a cele zarysowane w Europejskim Zielonym Ładzie pozostają aktualne – mówi agencji Newseria Biznes Izabela Zygmunt.

Europejski Zielony Ład pozostaje strategią, która ma za zadanie doprowadzić Europę do neutralności emisyjnej najpóźniej w 2050 roku. Towarzyszyć temu będzie transformacja cyfrowa, bo nowa energetyka zeroemisyjna będzie w znacznym stopniu opierać się na inteligentnych systemach informatycznych. W szczytowym okresie pandemii pojawiały się głosy, że wychodzenie z kryzysu gospodarczego stanie się ważniejsze od zielonych celów UE, jednak te dwa zadania postanowiono połączyć.

– Polityki Unii Europejskiej, które dotyczą realizacji Europejskiego Zielonego Ładu, czyli transformacji energetycznej i bliźniaczej transformacji cyfrowej, wyraźnie przyspieszają. Widać to m.in. w projekcie budżetu – propozycja Komisji Europejskiej poszła o krok dalej, niż Francja i Niemcy proponowały kilka dni wcześniej. W propozycji francusko-niemieckiej była mowa o dodatkowych 500 mld euro na wzmocnienie europejskiej gospodarki po kryzysie. Komisja Europejska zaproponowała dołożyć jeszcze 750 mld euro. Widać wyraźnie, że kryzys wywołany koronawirusem nie powoduje schłodzenia ambicji Unii Europejskiej, ale jest raczej impulsem do ich przyspieszenia – dodaje ekspertka CEE Bankwatch Network.

Instytucje unijne podkreślają, że pandemia SARS-CoV-2 wstrząsnęła Europą i światem, testując wytrzymałość systemów opieki zdrowotnej i społecznej, społeczeństwa i gospodarki, a także wspólnego życia i pracy. Aby chronić życie ludzkie i jednolity rynek, Komisja Europejska zaproponowała nowe narzędzie finansowe – Next Generation EU – w wysokości 750 mld euro, które ma wzmocnić budżet Unii na lata 2021–2027 i zwiększy jego finansowy potencjał do 1,85 bln euro.

To bezprecedensowy instrument. Drugi taki pakiet finansowy dla unijnej gospodarki może się już nie powtórzyć w perspektywie 30 lat, kiedy Europa ma osiągnąć neutralność klimatyczną. Dlatego budżet proponowany obecnie przez Komisję Europejską musi sfinansować realizację dwóch celów: z powrotem ożywić gospodarkę oraz dokonać jej transformacji, przestawić ją na zupełnie inne technologiczne i energetyczne tory – precyzuje Izabela Zygmunt.

Jak podkreśla, formą walki z kryzysem są inwestycje publiczne, które mają stymulować gospodarkę – rozwijać firmy, generować nowe miejsca pracy i popyt wewnętrzny.

– Skoro trzeba zdecydować, na co przeznaczyć pieniądze publiczne, a w realizacji jest wielki plan transformacji energetycznej, który wygeneruje nowe miejsca pracy i przyniesie szereg innych społecznych korzyści, wybór jest oczywisty. Jeśli unijna gospodarka ma odejść od paliw kopalnych, to pieniądze, które tak czy inaczej trzeba włożyć w gospodarkę, należy inwestować właśnie w ten obszar. Wydaje mi się, że dla wszystkich w Europie jest oczywiste, że zielona transformacja jest właśnie ratowaniem się przed kryzysem – wyjaśnia ekspertka.

W ramach Next Generation EU przewidziano m.in. wzmocnienie Funduszu na rzecz Sprawiedliwej Transformacji kwotą 40 mld euro. Będzie to instrument, który posłuży państwom i regionom takim jak Polska – opartym na węglu – w przyspieszeniu procesu dochodzenia do neutralności gospodarczej.

Dochodzą nowe kierunki, np. bardzo duży nacisk położono na ochronę zdrowia oraz odbudowę europejskiego potencjału w obszarze produkcji leków – mówi Izabela Zygmunt.

Nowy Program UE dla zdrowia opiewa na kwotę 9,4 mld euro. Dziesięć razy tyle zostanie przeznaczone na program Horyzont Europa, w ramach którego prowadzone są badania w dziedzinie zdrowia, odporności oraz transformacji ekologicznej i cyfrowej.

Ważnym elementem transformacji będą projekty z zakresu energii odnawialnej, w szczególności wiatrowej i słonecznej, a także uruchomienie czystej gospodarki wodorowej w Europie. Jak podkreśla ekspertka, pandemia uwidoczniła problematyczną kwestię w zakresie prowadzenia inwestycji w OZE.

Jest duża zależność nie tylko Polski, ale w ogóle Europy od importu niezbędnych technologii. Przykładem są panele fotowoltaiczne, które są w bardzo dużych ilościach sprowadzane z Chin. Elementem unijnej odpowiedzi na kryzys jest odbudowanie tych zdolności produkcyjnych, przeniesienie z powrotem łańcucha wartości na europejski rynek. Jeżeli więc mamy w Polsce – a mamy – firmy, które są zainteresowane produkcją paneli fotowoltaicznych na miejscu, to Zielony Ład i ten przyszły budżet będą szansą, żeby właśnie ten potencjał i ambicje rozwinąć – dodaje Izabela Zygmunt.

Wybrano 100 najwybitniejszych polskich naukowców przed 30. rokiem życia. Ich dorobek nie odbiega od światowej czołówki

Pod względem rozwoju nauki Polska wypada coraz lepiej. Młodzi naukowcy z naszego kraju odnoszą sukcesy, które kwalifikują ich do światowej czołówki, i stale podnoszą poprzeczkę w innowacyjnych badaniach. W ramach Programu START Fundacja na rzecz Nauki Polskiej wyłoniła 100 wybitnych naukowców przed 30. rokiem życia, którzy – mimo tak młodego wieku – mogą już poszczycić się znaczącym dorobkiem naukowym. Na ich konta trafią stypendia w wysokości 28 tys. zł, które mogą przeznaczyć na dowolny cel.

– Prace najzdolniejszych młodych polskich naukowców przed trzydziestką – laureatów Programu START – niczym nie różnią się od prac dojrzałych uczonych, mających bogaty dorobek naukowy. Prezentują poważne osiągnięcia badawcze i śmiało mogą z nimi konkurować – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krystyna Frąk, koordynator Programu START z Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

Jak podkreśla, pod względem rozwoju nauki Polska coraz lepiej wypada na tle Europy i reszty świata. Dystans regularnie się zmniejsza, a polscy naukowcy wciąż podnoszą poprzeczkę, jeśli chodzi o dorobek naukowy i osiągnięcia badawcze.

– Świadczą o tym także m.in. opinie naszych recenzentów oceniających wnioski kandydatów w Programie START. Niedawno był taki rocznik, w którym według eksperta na dwadzieścia ocenianych prac z matematyki aż osiem kwalifikowało się na zagraniczne stypendium w Princeton. Nasi naukowcy mieli tak znaczący dorobek naukowy, że nie byłoby z tym problemu – mówi Krystyna Frąk.

START to najstarszy w Polsce program stypendialny dla 100 najlepszych młodych naukowców. Stypendia są przyznawane przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej od 1993 roku. Dostają je wybitni badacze przed 30. rokiem życia, którzy mimo młodego wieku mogą się już pochwalić znaczącym dorobkiem. Stypendia mają wspierać i zachęcić ich do dalszego rozwoju. Laureaci otrzymują roczne stypendia w wysokości 28 tys. zł, które mogą przeznaczyć na dowolny cel. Do tej pory w Programie START fundacja wyróżniła 3100 młodych naukowców i przyznała 3736 stypendiów w łącznej wysokości 84,5 mln zł.

– Wszystkie dziedziny traktujemy jednakowo, nie mamy żadnych preferencji dotyczących przedmiotu badań czy tematyki podejmowanej przez naszych kandydatów. Jednak w ostatnich latach widać, że prym wiodą nauki ścisłe, medyczne i przyrodnicze. Mniej wniosków wpływa z nauk humanistycznych i społecznych, może z wyjątkiem psychologii – wskazuje Krystyna Frąk.

Stypendyści Programu START są wybierani w drodze kilkuetapowego konkursu, w którym oceniany jest ich dorobek naukowy, udokumentowany patentami lub publikacjami w uznanych polskich i zagranicznych periodykach naukowych. Poziom jest bardzo wysoki, a kryteria – rygorystyczne.

– Trzeba podkreślić, że osiągnięcia naszych laureatów opisane w publikacjach w prestiżowych czasopismach naukowych absolutnie nie różnią się od dorobku dojrzałych uczonych, bo trudno przyjąć, że takie czasopisma jak np. „Nature” stosują kryterium wiekowe. Pod uwagę brana jest wyłącznie wartość merytoryczna i oryginalność prac. Nasi laureaci mogą się poszczycić konkretnymi osiągnięciami, mimo że często nie są to jeszcze nawet samodzielni pracownicy naukowi. Generalnie są to ludzie przed doktoratem lub tuż po nim – mówi Krystyna Frąk.

W tym roku setka najzdolniejszych naukowców przed trzydziestką została wyłoniona spośród grona 845 kandydatów (to oznacza, że granty trafiły do co dziewiątego kandydata). Ich średni wiek wynosi 28,5 lat, a 44 proc. z nich ma stopień doktora (w Polsce przeciętny wiek uzyskiwania doktoratu wynosi około 35 lat). Wśród nagrodzonych badaczy najwięcej reprezentuje nauki biologiczne i medyczne, nauki techniczne oraz nauki humanistyczne i społeczne. Jest wśród nich 58 mężczyzn i 42 kobiety, a najwięcej laureatów jest związanych z Uniwersytetem Jagiellońskim (22 stypendystów), Uniwersytetem Warszawskim (12) oraz Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza w Poznaniu (6).

Od ponad dekady FNP przyznaje w Programie START także wyróżnienia dla tych badaczy, których osiągnięcia badawcze zostały ocenione jako wybitne. Ich stypendia zostają podwyższone do kwoty 36 tys. zł. W tym roku otrzymała je czwórka młodych naukowców: dr Magdalena Migalska z Wydziału Biologii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, mgr Rafał Muda z Wydziału Ekonomicznego Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, mgr inż. Krzysztof Ptaszyński z Instytutu Fizyki Molekularnej Polskiej Akademii Nauk oraz mgr Monika Żukowska z Wydziału Biochemii, Biofizyki i Biotechnologii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

– Te stypendia cieszą się tak wielką renomą i są tak rozpoznawalne w środowisku naukowym w Polsce, że każdy z kandydatów chciałby się poszczycić, że jest START-owcem. Istotny jest też fakt, że to pieniądze, które laureaci dostają dla siebie i nie wymagamy żadnych sprawozdań finansowych. Stypendium START wpływa na prywatne konta laureatów, którzy mogą je przeznaczyć, na co tylko chcą – zapewnia Krystyna Frąk.

W tym roku specjalne Stypendium im. Barbary Skargi dla osoby, której badania wyróżniają się odważnym przekraczaniem granic pomiędzy różnymi dziedzinami nauki i otwierają nowe perspektywy, otrzymała mgr Katarzyna Chyl z Instytutu Biologii Doświadczalnej im. Marcelego Nenckiego PAN w Warszawie za pracę nad dysleksją wśród dzieci. Z kolei wyróżnieniem im. prof. Adama Sobiczewskiego – dla naukowca, który prowadzi badania w dziedzinie matematyki, fizyki teoretycznej bądź astronomii i może się pochwalić wysokiej jakości dorobkiem naukowym – został uhonorowany mgr Marcin Karczewski z Wydziału Fizyki Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Oboje będą otrzymywać stypendia podwyższone do 36 tys. zł.

Stypendia zostaną sfinansowane głównie z budżetu Fundacji na rzecz Nauki Polskiej oraz środków od partnerów, wśród których jest Narodowy Bank Polski (projekt realizowany w ramach programu edukacji ekonomicznej). Poza NBP program wspierają Fundacja PZU, a także firmy dotychczasowych stypendystów: SensDx, Instytut Biotechnologii i Medycyny Molekularnej Dawida Nidzworskiego oraz Neuro Device Pawła Solucha. Nabór wniosków do kolejnego, 29. już konkursu START rozpocznie się jesienią tego roku.

Kleszcze rozpoczęły już swoją aktywność. Liczba cierpiących na choroby odkleszczowe rośnie i może być niedoszacowana

Koronawirus nie jest jedynym wirusowym zagrożeniem, którego powinniśmy się obawiać, o czym w dobie pandemii łatwo zapomnieć. Rosnące temperatury zachęcają do spacerów w parkach oraz do weekendowych wycieczek do lasu, gdzie coraz łatwiej o pokłucie przez kleszcza. Pajęczaki te przenoszą groźne choroby, w tym kleszczowe zapalenie mózgu, które może prowadzić do ciężkich powikłań i niepełnosprawności. Liczba zakażeń KZM w całej Europie rośnie, a według ekspertów w Polsce jest ona mocno niedoszacowana. Mimo tego Polacy w większości bagatelizują zagrożenie. Choć wiele osób boi się kleszczy i przenoszonych przez nie chorób, to znikomy odsetek stosuje profilaktykę w postaci szczepień ochronnych.

Lekarze podkreślają, że w trakcie pandemii SARS-CoV-2 trzeba szczególnie dbać o zdrowie, nie narażając się na zakażenie innymi chorobami i osłabianie odporności.

Koronawirus przykuwa w tej chwili największą uwagę, ale nie można zapominać o innych  wirusach, które istnieją i towarzyszą nam na co dzień. Są to m.in. zakażenia górnych dróg oddechowych, takie jak grypa, lecz także wirusy, które przypominają o sobie sezonowo, jak kleszczowe zapalenie mózgu. Teraz kleszcze są bardzo aktywne. Wiedzą o tym właściciele psów. Jednak kleszcze są niebezpieczne także dla człowieka. Groźne nie jest samo ukłucie przez kleszcza, ale choroby, jakie może on przenosić – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. dr hab. n. med. Joanna Zajkowska z Kliniki Chorób Zakaźnych i Neuroinfekcji Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku.

Pajęczaki te rozpoczynają swoją aktywność, gdy temperatury wzrastają do ok. +5°C, dlatego mogą nas zaatakować wczesną wiosną aż do późnej jesieni. Główny Inspektorat Sanitarny wydał przed nimi ostrzeżenie już na początku maja, przypominając o wysokim ryzyku. Ekspertka ostrzega, że ze względu na łagodną zimę i ciepłą wiosnę w tym roku kleszczy będzie więcej.

Łagodna zima sprzyja drobnym zwierzętom, które są żywicielami kleszczy i utrzymują ich populację, a nawet ją zwiększają. Właściwie kleszcze boją się tylko dwóch rzeczy: suszy i braku żywiciela – mówi prof. Joanna Zajkowska. – Poza tym skraca nam się okres zimowy i wydłuża się okres wegetacji, przez co kleszcze zaczynają być aktywne coraz wcześniej, już od lutego.

Jednak największe ryzyko ukłucia występuje latem, kiedy dużo czasu spędzamy na świeżym powietrzu. Zniesienie większości ograniczeń w zakresie izolacji społecznej i coraz wyższe temperatury zachęcają do spacerów w parkach oraz do weekendowych wycieczek do lasu, gdzie coraz łatwiej o pokłucie przez kleszcza.

Dużą liczbę przypadków kleszczowego zapalenia mózgu notujemy co roku w regionach północno-wschodniej Polski: na Suwalszczyźnie, Mazurach i Podlasiu, czyli terenach znanych z miejsc rekreacyjnych. Jednak musimy pamiętać, że kleszcze występują na terenie całej Polski – podkreśla ekspertka.

Wbrew powszechnemu przekonaniu kleszcze żyją nie tylko w lasach, ale także na innych terenach zielonych. Mogą nas ukłuć także w przydomowym ogródku czy miejskim trawniku. Ukłucie najczęściej jest bezbolesne, ponieważ kleszcze mają w ślinie specjalne substancje znieczulające. GIS przypomina, że wychodząc do lasu czy parku, warto ubrać się tak, aby mieć zakryte nogi, ręce oraz głowę, a po powrocie ubrania wyprać i dokładnie obejrzeć swoje ciało, szczególnie miejsca, gdzie skóra jest najdelikatniejsza – linię włosów i zgięcia stawów. Aby ochronić się przed ukłuciem, można też stosować specjalne preparaty, które mają za zadanie odstraszać kleszcze.

GIS podkreśla, że kleszcze mogą przenosić groźne dla zdrowia bakterie, wirusy i pierwotniaki. Do najczęstszych i najgroźniejszych chorób wywoływanych przez te pajęczaki należą borelioza i kleszczowe zapalenie mózgu. Liczba przypadków KZM rośnie z każdym rokiem w całej Europie. Według danych Narodowego Instytutu Zdrowia w Polsce co roku notuje się ich od 150 do nawet 350. Liczba przypadków zależy m.in. od warunków pogodowych i aktywności ludzi na terenach zielonych. Eksperci podkreślają jednak, że nieznana jest prawdziwa skala zakażeń, ponieważ dane są wyraźnie niedoszacowane.

– Liczba raportowanych przypadków kleszczowego zapalenia mózgu pochodzi ze statystyk Narodowego Instytutu Zdrowia. To są przypadki o przebiegu neurologicznym, które trafiają do szpitala i tam są wykonywane testy potwierdzające etiologię KZM. W całej Polsce odnotowujemy jednak wiele przypadków zapalenia mózgu i opon mózgowo-rdzeniowych, które ze względu na brak wykonywania odpowiednich testów opisuje się jako nieokreślone. Niestety rzadko wykonuje się diagnostykę, aby potwierdzić, że ich przyczyną jest wirus KZM. Dodatkowo, podobnie jak w przypadku COVID-19, większość zachorowań przebiega łagodnie lub bezobjawowo – tłumaczy prof. Joanna Zajkowska.

KZM jest groźną chorobą neurologiczną, która może prowadzić do niepełnosprawności, a nawet śmierci. Nie ma na nią lekarstwa i podobnie jak COVID-19 leczy się ją wyłącznie objawowo.

– Jedynym zabezpieczeniem jest przyjęcie szczepionki, dzięki której nasz organizm wygeneruje przeciwciała, które unieszkodliwią wirusa tuż po wprowadzeniu go do organizmu, nie dopuszczając do zajęcia układu nerwowego – mówi badaczka z Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku. – Zajęcie ośrodkowego układu nerwowego przebiega w postaci zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych, zapalenia mózgu, rdzenia kręgowego czy korzeni nerwowych, w różnych konfiguracjach. Niestety nie ma leczenia przyczynowego. Jeżeli dojdzie do porażeń i niedowładów, pacjenci nie odzyskują pełnej sprawności.

Mimo że KZM jest groźną chorobą prowadzącą do poważnych powikłań, Polacy w większości bagatelizują zagrożenie. Choć wiele osób boi się kleszczy i przenoszonych przez nie chorób, to znikomy odsetek stosuje profilaktykę w postaci szczepień ochronnych.

– Przebieg KZM jest nieprzewidywalny. Osoby młode i zdrowe mają dużą szansę, że choroba przebiegnie łagodnie, jednak jest to zawsze wypadkowa układu immunologicznego i zjadliwości wirusa, który dostanie się do organizmu – wskazuje prof. Joanna Zajkowska.

Wirus KZM ma stosunkowo prostą budowę, co zwiększa skuteczność szczepionki. W Polsce są obecnie dostępne szczepionki dwóch producentów, każda w dawce dla dzieci oraz dla dorosłych. Schemat szczepienia obejmuje podanie trzech dawek. Jeśli konieczne jest szybkie uodpornienie, można zastosować schemat przyspieszony, w którym dwie pierwsze dawki można przyjąć w odstępie 14 dni. W kalendarzu szczepień szczepienie przeciwko KZM zostało uznane za rekomendowane. Także Światowa Organizacja Zdrowia zaleca szczepienia populacyjne przeciw KZM w regionach, w których rocznie zgłaszanych jest przynajmniej pięć przypadków KZM na 100 tys. mieszkańców.

To bardzo bezpieczna i jedna z najlepszych szczepionek, które są na rynku. Od 1993 roku regularnie szczepią się leśnicy i wśród nich nie notujemy zachorowań. To najlepsza metoda zabezpieczenia – podkreśla ekspertka.

Lekarze zaznaczają, że przeciwko KZM można bezpiecznie szczepić się nawet w trakcie pandemii koronawirusa, jednak przed pójściem do poradni należy ustalić termin szczepienia telefonicznie lub online oraz wypełnić ankietę wywiadu epidemiologicznego. Szczepienie należy odwołać lub przełożyć na późniejszy termin, jeżeli wystąpią objawy infekcji, podwyższona temperatura, w przypadku kontaktu z osobą zakażoną i nałożenia kwarantanny. Należy pamiętać o obowiązku noszenia maseczki podczas przebywania na terenie poradni.

Ekrany dotykowe w miejscach publicznych siedliskiem bakterii i wirusów. Nowe rozwiązanie pozwoli je obsłużyć za pomocą głosu

Ekrany dotykowe stosowane w niektórych samoobsługowych restauracjach wykazały pozytywny wynik na obecność bakterii E. coli. Inne badania przeprowadzone na lotniskach w USA dowiodły, że na ekranach z automatyczną odprawą znajduje się do 10 razy więcej bakterii tworzących kolonie niż w przeciętnym zlewie kuchennym. Rozwiązanie BrightVoice pozwala wchodzić w interakcje z urządzeniami digital signage wyłącznie poprzez polecenia głosowe. Dzięki wdrożeniu usługi przez Reflect Systems można niemal całkowicie ograniczyć korzystanie z funkcji dotykowych w miejscach publicznych.

Pandemia koronawirusa sprawiła, że większą wagę przywiązujemy do higieny, jesteśmy też bardziej świadomi zagrożeń. Siedliskiem bakterii są m.in. ekrany dotykowe, zwłaszcza te w miejscach publicznych.

Przykładem mogą być ekrany dotykowe stosowane w niektórych samoobsługowych restauracjach typu fast food, które według badań London Metropolitan University wykazały pozytywny wynik na obecność np. bakterii E. coli. Badanie przeprowadzone przez Insurancequotes dotyczące powierzchni publicznych na trzech głównych lotniskach w USA dowiodło zaś, że średni ekran do automatycznej odprawy zawierał 253 857 jednostek bakterii tworzących kolonie, ponad 10-krotnie więcej, niż średnio znajduje się na przeciętnym zlewozmywaku kuchennym w domu. Rozwiązaniem mogą być aplikacje, które pozwalają sterować urządzeniem za pomocą głosu.

– Nowe obawy dotyczące technologii ekranów dotykowych w obliczu pandemii COVID-19 sprawiają, że aktywowane głosem systemy są cenniejsze niż kiedykolwiek wcześniej – przekonuje Lee Summers, prezes zarządu Reflect.

– Inteligentne urządzenia, takie jak głośniki, zegarki i smartfony, wprowadziły interakcję głosową dla masowego klienta, a aktywowane głosem urządzenia digital signage są tego naturalną kontynuacją – dodaje Jeff Hastings, dyrektor generalny BrightSign.

Niedawno opracowane rozwiązanie BrightVoice pozwala odbiorcom wchodzić w interakcje z wyświetlaczami. Co więcej, dostosowuje się do indywidualnych potrzeb i wykorzystuje naturalne polecenia głosowe do sterowania. Dzięki BrightVoice można zapewnić kontrolę dla dowolnej aplikacji, od sprzedaży detalicznej po restauracje. Oprogramowanie rozpoznaje mowę, aby dokładnie uruchomić odtwarzanie nie tylko treści ekranowych, lecz także muzyki czy oświetlenia. Za pomocą tego rozwiązania można też sterować innymi urządzeniami.

Jako pierwszy nowe rozwiązanie BrightVoice wdrożył Reflect Systems, lider rozwiązań digital signage dla sprzedawców detalicznych, rozrywki i opieki zdrowotnej. W ten sposób konsumenci mogą skorzystać z interaktywnego wyświetlacza, który słucha i interpretuje wypowiadane polecenia, inteligentnie dekoduje też mowę na tekst. Jednocześnie system do działania nie potrzebuje internetu.

– Dzięki naszemu systemowi CMS w połączeniu z zestawem głośnomówiącym BrightSign mamy nadzieję przyczynić się do bezpieczeństwa klientów i gości naszych partnerów, ograniczając potrzebę korzystania z funkcji dotykowych w miejscach publicznych – podkreśla Lee Summers, prezes zarządu Reflect.

Kamery termowizyjne wspierane przez sztuczną inteligencję wykryją objawy koronawirusa. Dzięki nim testy mogą osiągnąć masową skalę

Dzięki wykorzystaniu kamer termowizyjnych wspieranych przez sztuczną inteligencję możliwe będą testy na masową skalę w kierunku wykrycia koronawirusa. W opracowanie systemu włączają się firmy z branży motoryzacyjnej i bezpieczeństwa. – Pandemia COVID-19 stworzyła nowe wyzwania dla bezpieczeństwa publicznego, stawiając na pierwszym miejscu zapobieganie kolejnej pandemii, gdy świat zaczyna wznawiać normalne działania – mówi Haim Siboni, prezes zarządu Foresight.

Technologię termowizyjną do wykrywania osób potencjalnie zakażonych koronawirusem jako pierwszy wykorzystał Samsung podczas wydarzenia zorganizowanego w San Francisco w pierwszych dniach pandemii. Skanowanie uczestników pod kątem temperatury ciała odbywało się przy użyciu urządzeń dostarczonych przez CrowdRx.

Foresight, firma specjalizująca się w tworzeniu innowacyjnych rozwiązań dla motoryzacji, pracuje już nad systemem pozwalającym na masowe, bezdotykowe badania przesiewowe w kierunku wykrycia objawów choroby COVID-19. Podstawą działania mają być kamery termowizyjne i algorytmy sztucznej inteligencji umiejące rozpoznać objawy takie jak kaszel czy oznaki zmęczenia.

– Nasze bogate doświadczenie z obrazowaniem termicznym i sztuczną inteligencją może być nieocenione, gdy zastosujemy je w rozwiązaniu do wykrywania wczesnych objawów koronawirusa – przekonuje Haim Siboni, prezes zarządu Foresight.

Do wykrywania objawów zakażenia koronawirusem dostosowany został też system Kognition, zaprojektowany do wykorzystania przy ochronie obiektów przed wtargnięciem do nich osób niepożądanych. Również ten system opiera się na działaniu kamer termowizyjnych wspieranych przez SI. Wejście do ochranianego budynku jest możliwe po wykryciu telefonu zaufanego użytkownika oraz identyfikacji rysów twarzy. W przypadku stwierdzenia zakażenia lub niepokojących objawów łatwiej jest dzięki temu odtworzyć siatkę kontaktów osoby będącej nosicielem koronawirusa. Co ważne, rejestrowanie informacji przez system odbywa się z poszanowaniem prawa do ochrony danych osobowych.

– Pandemia COVID-19 stworzyła nowe wyzwania dla bezpieczeństwa publicznego, stawiając na pierwszym miejscu zapobieganie kolejnej pandemii, gdy świat zaczyna wznawiać normalne działania – ocenia prezes zarządu Foresight.

Różnica między oboma rozwiązaniami jest taka, że Kognition jest przeznaczone bardziej do miejsc o charakterze zamkniętym, takich jak zakłady produkcyjne. Szczególne zainteresowanie tym systemem wykazuje branża spożywcza. Technologia Foresight będzie zdolna do testowania ludzi na masową skalę. Znajdzie więc zastosowanie na lotniskach, stadionach sportowych, uniwersytetach, w szpitalach, centrach handlowych i kompleksach mieszkalnych.

– Kilku potencjalnych klientów wyraziło już zainteresowanie naszą technologią – twierdzi Haim Siboni. – Będziemy nadal pracować także nad samochodowymi systemami wizyjnymi, umożliwiającymi wykrywanie przeszkód w trudnych warunkach pogodowych i oświetleniowych.

Liczba osób zakażonych koronawirusem na świecie stale rośnie – przekroczyła już 7 mln. Liczba zgonów wynosi ponad 408 tysięcy. W Polsce liczba zakażeń przekroczyła 27 tys., a liczba zgonów – tysiąc.

Zmieniać czy udawać, że się zmienia – Jacek Chmiel, Dyrektor Avenga Labs

Refleksje na temat sił prowadzących do zmiany w systemach IT w kontekście transformacji cyfrowej.

Zastanawiamy się nad możliwością przeprowadzenia transformacji cyfrowej. Szukamy sposobów na modernizację dotychczasowych systemów. Jaką drogę należy obrać, wychodząc naprzeciw nowym oczekiwaniom klientów? Czy nadszedł czas na przeprojektowanie starszych aplikacji, aby wypełnić lukę pomiędzy obecną ofertą biznesową a wymaganiami rynku? Czy też najlepszym rozwiązaniem jest wdrożenie innowacji? Zacznijmy od nowoczesnego podejścia do rozwoju systemów IT.

Podejście produktowe

Zmiany w IT dotyczą nie tylko technologii, ale również procesu inwestycyjnego. Kończą się czasy, kiedy wdrożenie jakiegoś projektu IT oznaczało huczne zakończenie pewnej fazy,  szkolenie dla użytkowników oraz borykanie się z nieuniknionymi problemami na początku funkcjonowania nowego rozwiązania, które jednak były szybko rozwiązywane. Następnie nadchodził okres utrzymania systemu, charakteryzujący się stałą, ale niewielką ilością pracy, aby usunąć błędy i zapewnić niewielkie ulepszenia wraz z upływem czasu.

W minionych czasach (>10 lat temu) taki właśnie stosowano model działania – coś zostało stworzone, musiało być „serwisowane” i utrzymywane, ale w zasadzie cała koncepcja sprowadzała się właśnie do takiego ramowego podejścia. Opracowane rozwiązanie miało funkcjonować do czasu rozpoczęcia kolejnego projektu, którego zadaniem było dodanie znacznej liczby nowych funkcjonalności lub do czasu zdezaktualizowania się starych systemów przy założeniu, że nowy system będzie musiał być stworzony całkowicie od zera (koszt wprowadzenia zmian przewyższał koszt pracy od podstaw, a stary system mógł być wykorzystany jako źródło niektórych wymagań i danych do migracji).

Czy jest ktoś, kto nie słyszał opowieści o jednym z tych ‘starożytnych’ systemów, którego nikt nie miał odwagi dotknąć, chyba że przestanie działać? Było to spowodowane tym, że nikt nie traktował go poważnie jako produktu, ale raczej jako coś skończonego, co powstało dawno temu; innymi słowy, coś, co będzie służyło do celów biznesowych, dopóki nie przestanie działać.

Nowe podejście traktuje system jako produkt, który jest zawsze gotowy, aby spełniać swój cel biznesowy, jest stabilny, bezpieczny i wydajny, ale zawsze znajduje się w fazie rozwoju. Tempo zmian jest znacznie większe niż w tradycyjnym trybie tzw. „low maintenance”, dlatego jesteśmy w stanie dostarczać nowe funkcjonalności i regularnie dostosowywać systemy do nowych realiów i potrzeb.

Tradycjonaliści nie lubią tego podejścia, ponieważ brakuje im korporacyjnego stylu „Kiedy to zostanie zrobione?” z lat 90-tych, ponieważ obecnie nigdy de facto nie mamy do czynienia z  zakończeniem prac, chyba że chcesz wypaść z gry. Ale jaka jest wartość biznesowa takich działań? Wartość ta polega na tym, że takie podejście pozwoli  na znacznie dłuższą pracę Twojego produktu bez konieczności przekreślania go jako starego systemu, którego lepiej nie dotykać.

Odpowiednie przygotowanie architektury mikrousług, chmury i DevOps pomaga w ciągłym dostosowywaniu systemu i w jego integracji z resztą infrastruktury.

Moment, kiedy trzeba będzie stworzyć nowe rozwiązanie lub nowy produkt, w końcu nadejdzie, ale znacznie później niż w tradycyjnym podejściu projektowym.

Czynniki przyczyniające się do zmian

Konkurencja

Nic tak nie zachęca do zmian jak konkurencja. Pamiętam organizacje, które były zadowolone z wdrożenia nowego systemu biznesowego, podczas gdy zespół projektowy był trochę wyczerpany po ostatnim sprincie przed uruchomieniem. Wszyscy od razu zaczęli marzyć o spokojnym, relaksującym okresie, ponieważ nadszedł czas na zmiany. Tymczasem wyścig dopiero się zaczynał. Konkurenci byli jeszcze bardziej zmotywowani, aby nas dogonić, lub mogli nawet szybko zostawić nas w tyle pod względem wydajności i doświadczenia, które zaoferują swoim klientom i zespołom operacyjnym.

Możesz swoim nowym systemem po prostu włożyć kij w gniazdo os, więc jeśli myślisz, że już skończyłeś… to tak naprawdę dopiero zacząłeś!

Zmiany środowiska biznesowego

Zmiany w środowisku biznesowym widać na każdym kroku.

Pierwsza fala transformacji cyfrowej miała na celu umożliwienie klientom i partnerom biznesowym zakupu produktów i usług za pośrednictwem kanałów cyfrowych. Kolejna fala zminimalizowała koszty obsługi klienta dzięki możliwościom samoobsługi poprzez lepszą współpracę z partnerami biznesowymi, co było możliwe dzięki dobrze wdrożonej ekonomii API.

Można zrobić wiele dobrego dla swojej firmy, ulepszając rozwiązania cyfrowe, z którymi mają do czynienia klienci lub partnerzy, ale nie można przy tym zaniedbywać systemów back-end, które wspierają Twój biznes.

Prawdziwa cyfrowa transformacja zachodzi nie tylko na widocznej, interaktywnej, ale także na poziomie kluczowych systemów firmy. Jeśli takiej kompleksowej transformacji nie przeprowadzi się szybko, to stare systemy backendowe staną się wąskim gardłem w rozwoju firmy i spowodują, że cyfrowa transformacja utknie w miejscu.

Zmieniają się wszystkie środowiska biznesowe, nie tylko te, które mają bezpośrednią styczność z konsumentami.

Zmiany technologiczne

Zaawansowane technologie nigdy nie stoją w miejscu. Niektóre z nich wydają się być z nami od zawsze (Java, DotNet, relacyjne bazy danych), podczas gdy inne pojawiły się stosunkowo niedawno (front-end), a wiele jest nawet efemerycznych.

Nawet jeśli wybierze się odpowiedni stos technologii i zestaw narzędzi, to niektóre z tych elementów będą musiały być w końcu wymienione, a im później się to zrobi, tym gorzej dla produktu. Zmiany są nieuniknione i powinny być częścią rozwoju produktu.

Nawet jeśli zastosowana technologia nie zniknie, to pewnie będzie dostępna znacznie lepsza alternatywa, oferująca lepsze doświadczenie deweloperskie, funkcje i będzie lepiej dostosowana do przyszłych wyzwań. Warto dać jej szansę.

Ludzie i procesy

Firmy łączą się, dzielą i zmieniają modele biznesowe, rynki, produkty i usługi, a także ludzi, struktury organizacyjne i procesy. Zmiany zachodzą cały czas. Nowa osoba zawsze chce wprowadzać zmiany, ponieważ przyszła specjalnie w tym celu, by przekształcić biznes, a nie utrzymywać status quo.

Ponadto pracownicy o długim stażu pracy także dostrzegą ograniczenia obecnych rozwiązań dla ich efektywności biznesowej. Trwanie przy starym może ich zdemotywować, a jeśli odmówi się im możliwości wpływania na produkty i systemy, to pójdą do konkurencji ze swoimi pomysłami na wprowadzenie udoskonaleń.

Czynniki wstrzymujące zmiany

Jeśli coś działa – nie naprawiaj tego

Jest to prawdopodobnie najpoważniejszy czynnik blokujący zmiany. Obecny system może być stary, niefunkcjonalny i wymagający wsparcia dziesiątek arkuszy programu Excel i ręcznych poprawek, ale w końcu jest i działa, a koszt jego utrzymania jest niski (a przynajmniej tak się wydaje na papierze w systemie sprawozdawczości finansowej).

Stary system stanowi istotny problem spowalniający rozwój firmy i chociaż koszty jego dalszego utrzymania mogą nie być aż tak dobrze widoczne, jak koszty wprowadzenia zmian, nie znaczy, że ich nie ma.

System może już nawet nie działać, ponieważ realizowany model biznesowy tak bardzo odbiega od funkcjonalności startego systemu, że ten przypomina starożytny drewniany kalkulator, którego większość funkcji nie jest już używana. Staje się on niepotrzebnym dowodem na to, jak firma funkcjonowała pięć czy dziesięć lat temu.

Hipokryci

Zmiany zawsze niosą ze sobą ryzyko, które zwykle rzeczywiście istnieje, ale często jest wyolbrzymiane, ponieważ każdy lubi zmiany, o ile nie dotykają go osobiście.

Bardzo często ludzie narzekają na istniejący system i głośno opowiadają się za wprowadzeniem zmian, ale kiedy przychodzi godzina zero i należy rozpocząć wszystko od nowa, to nagle okazuje się, że to właśnie stary system ma jakąś przydatną cechę, a nowy nie itp. Najważniejsze jest, by zdiagnozować realny problem i znaleźć jego rozwiązanie zanim będzie za późno. Nie zawsze jest tak, że ci głośniejsi i bardziej sfrustrowani stanowią najlepszych doradców.

Historie o zamierzchłych czasach

Winę za ten stan rzeczy ponoszą również sprzedawcy i wewnętrzne zespoły odpowiedzialne za realizację projektów. Składają oni zbyt wiele obietnic bez pokrycia, co sprawia, że ludzie stają się bardziej ostrożni, a nawet przejawiają nielogiczne zachowania w stosunku do nowego systemu: na przykład demonizując jego początkową niestabilność lub konieczność oduczenia się swoich starych, wygodnych przyzwyczajeń.

Presja cenowa sprzyja wojnom cenowym, co może prowadzić do wyboru najtańszego dostawcy, który może nawet nie dysponować odpowiednimi kompetencjami albo nie rozumieć złożoności projektu, przez co oferuje niższą cenę.

Wdrażanie nowego systemu nie musi oznaczać turbulencji, jak bywało w przeszłości. Odpowiedni partner gwarantuje dużo bardziej płynne wdrożenie zmian.

Imposybilizm

Projekt niemożliwy do zrealizowania? Nikt tak naprawdę go nie chce, za duże ryzyko, za wysokie koszty i co za ulga… właśnie został odwołany!

Ale co wtedy, jeśli konkurencji uda się go wdrożyć, bo jej obawy pozwoliły opracować odpowiednie zarządzanie ryzykiem zamiast snucia wizji porażki? Czy wtedy niemożliwe stanie się możliwe?

Ewolucja czy rewolucja

Są chwile, kiedy trzeba zrobić milowy krok i to już w tym momencie, bo w przeciwnym razie konkurencja pozostawi nas daleko w tyle. Bardzo często takie kroki są nieplanowane, nieujęte w budżecie ani w rocznym planie wydatków na IT.

Teraz zwycięzcami są na przykład sklepy, które umożliwiają zakup swoich produktów online lub firmy ubezpieczeniowe i banki, które dają klientom dostęp do swoich usług przez Internet. W dzisiejszych czasach jest to oczywiste i proste: kto nie posiada kanału cyfrowego, ten wyraźnie przegrywa. Istnieje jednak wiele przykładów firm, które albo zaspały (mniej prawdopodobne), albo widziały za dużo przeszkód, wykonać odważny ruch (bardziej prawdopodobne).

Z podobnym zjawiskiem mieliśmy do czynienia w trakcie rewolucji mobilnej. Zwykliśmy wtedy słyszeć: „Nie, ludzie nie będą chcieli tego używać na swoim smartfonie, ekran jest za mały i nic nie jest w stanie pobić klawiatury i myszy” i co się stało? Klienci przenieśli się do konkurencji, która pozwoliła im cieszyć się niesamowitym mobilnym doświadczeniem klienta.

Potrzebujemy ewolucji, a nie rewolucji. Ile razy wszyscy to słyszeliśmy? Być może to prawda w większości sytuacji, ale nie jest to uniwersalne rozwiązanie pozwalające na dostosowanie się do nowych realiów biznesowych.

Niedostrzeganie istotnego trendu, ponieważ „wszyscy są zbyt zajęci swoją obecną działalnością” jest wciąż zbyt powszechnym zjawiskiem. Rewolucja może zaatakować niespodziewanie. Wtedy jeśli nie będziesz jej częścią, to padniesz jej ofiarą.

Autor: Jacek Chmiel, Dyrektor Avenga Labs

Działy IT szykują się na kolejne ataki. Praca zdalna poważnym wyzwaniem bezpieczeństwa

Ponad 18 milionów ataków dziennie i 1,6 miliarda ataków w ciągu 3 miesięcy pandemii COVID-19. Wg najnowszego badania firmy Check Point dotyczącego zmian w organizacji pracy aż 75% specjalistów IT i bezpieczeństwa sieciowego obawia się dalszego wzrostu liczby cyberataków.

Na początku 2020 r. globalna pandemia spowodowana rozprzestrzenianiem się choroby COVID-19 całkowicie odmieniła nasze życie. Dobrze prosperujące organizacje zostały nagle sparaliżowane, a obecnie szukają sposobów na odzyskanie swojej wcześniejszej sprawności działania.

Wyniki badania, przeprowadzonego wśród 271 specjalistów IT i bezpieczeństwa, wyraźnie wskazują na rosnące zagrożenie i obawy o utratę poufnych danych przez organizacje pracujące w większości przypadków za zasadzie pracy zdalnej – zwracają uwagę autorzy raportu z firmy Check Point. Większość badanych (86%) stwierdziło, że największym wyzwaniem działów IT podczas pandemii było przejście na tzw. home office prawie wszystkich pracowników. W opinii specjalistów największymi problemami związanymi z bezpieczeństwem cybernetycznym były: utrzymanie bezpiecznego zdalnego dostępu za pomocą VPN (62% respondentów), zabezpieczanie punktów końcowych i sieci domowych (52%) oraz zapobieganie atakom socjotechnicznych (47%).

Teraz – po okresie pandemii – nowa rzeczywistość przyniesie częściowy powrót pracowników do biur. 75% ankietowanych zwraca uwagę, że biura otwarte będą jedynie dla ograniczonej części pracowników. Eksperci podkreślają jednocześnie, że obecnie pracownicy pracują w domu przeciętnie 4 dni w tygodniu, co oznacza, że luki i zagrożenia związane z pracą zdalną będą utrzymywać się przez długi czas.

Choć 65% respondentów stwierdziło, że ich firma blokuje nieautoryzowane komputery PC przed dostępem do korporacyjnych sieci VPN, tylko 29% wdraża zabezpieczenia punktów końcowych na domowych komputerach pracowników, a jedynie niewiele ponad jedna trzecia przeprowadza kontrole zgodności. Co więcej, zaledwie 42% specjalistów twierdzi, że ich firma inwestuje w szkolenia z zakresu bezpieczeństwa cybernetycznego. To pokazuje, jak bardzo mogą być narażone organizacje na cyberataki piątej generacji, których celem są zdalni pracownicy pracujący z domu.

Ośmiu na dziesięciu managerów działów IT uważa, że priorytetem bezpieczeństwa w nowej rzeczywistości jest zwiększenie bezpieczeństwa i zapobieganie atakom, z powodu elastycznej pracy zdalnej. 43% respondentów stwierdziło, że planuje wdrożyć mobilne rozwiązania bezpieczeństwa, a 39% planuje konsolidację swoich zabezpieczeń, aby wyeliminować tzw. „martwe punkty”.

Dla ponad 3/4 ankietowanych największym wyzwaniem w najbliższym roku będzie wzrost ataków cybernetycznych, zwłaszcza ataków phishingowych i inżynierii społecznej. Połowa stwierdziła, że problemem są ataki na domowe punkty końcowe, a w dalszej kolejności ataki na urządzenia mobilne pracowników (33%).

– Organizacje musiały prawie z dnia na dzień zrestrukturyzować swoje sieci i zasady bezpieczeństwa, aby zareagować na pandemię Covid-19, co sprawiło, że pojawiła się nowa przestrzeń do cyberataków oraz nowe możliwości dla cyberprzestępców – powiedział Rafi Kretchmer, wiceprezes ds. marketingu produktów w Check Point Software Technologies.  – Teraz, gdy przechodzimy w nową rzeczywistość, z nowymi sposobami działania, organizacje muszą zlikwidować luki w zabezpieczeniach i zabezpieczyć swoje sieci, od domowych komputerów i telefonów komórkowych pracowników po centrum danych przedsiębiorstwa, z holistycznym podejściem, kompleksowa architektura bezpieczeństwa. Pandemia Covid-19 może zanikać, ale wywołana przez nią pandemia cyberprzestępczości pozostanie. Jednak dzięki właściwemu podejściu do bezpieczeństwa możemy zapobiec atakom powodującym powszechne szkody i zakłócenia.

Logistyka miejska oczami ekspertów

Powszechnie uważa się, że format logistyki miejskiej jest ostatnim etapem dystrybucji towarów do obszarów miejskich. Prawda jest jednak taka, że pojęcie to jest na tyle szerokie, że może stanowić pierwszy i ostatni element łańcucha dostaw.

City logistics od podstaw

Cechy charakterystyczne obiektów tego formatu to wielkość magazynu, zazwyczaj oscylująca pomiędzy 3000 a 7000 metrów kwadratowych. Charakter obiektu to zwykle stand alone lub mały park. Zazwyczaj znajduje się on maksymalnie 30 minut od centrum aglomeracji i obsługuje wyłącznie rynek lokalny, co odróżnia go od dużych centrów dystrybucyjnych i cross-docków. Obiekty city logistics przygotowane są do pracy wielu najemców jednocześnie, a standard biur jest zazwyczaj wysoki. Na rozwój tego formatu wpłynął w dużym stopniu rozwój branży e-commerce.

Dlaczego logistyka miejska?

Największą przewagę tego formatu stanowi fakt, że właściwa lokalizacja jest kluczowa w łańcuchu dostaw. Koszty transportu stanowią bowiem 50% kosztów logistyki. Rosnące oczekiwania konsumentów, co do terminowości i jakości dostawy, zwiększają nieefektywność ostatniej mili, a co za tym idzie, wpływają na wzrost kosztów związanych z transportem. Ich zmniejszenie powinno być celem każdej strategii ostatniego połączenia. Obiekty city logistics są atrakcyjne dzięki przystępnym lokalizacjom, pozwalającym na ograniczenie kosztów związanych z transportem – zaznaczył Maciej Szczepański z Cushman & Wakefield.

Największym atutem obiektów city logistics jest możliwość ograniczenia kosztów ostatniej mili. Według badań Cushman & Wakefield przeprowadzonych w Paryżu każde 10 minut średniego dystansu trasy od magazynu miejskiego skutkuje oszczędnościami nawet 1 miliona dolarów rocznie w całkowitych kosztach dostawy (źródło: TLLC Model, Cushman & Wakefield & P3 Logistics Parks).

W panelu dyskusyjnym udział wzięli zaproszeni goście: Maciej Krawiecki, Head of Leasing z firmy 7R, która w projekcie City Flex Last Mile Logistics jako pierwsza na rynku zaoferowała powierzchnię w formacie logistyki miejskiej, oraz Sebastian Danek, Dyrektor ds. Transportu w sieci marketów RTV EURO AGD, która aktywnie korzysta z tego rodzaju nieruchomości magazynowych.

Trend rozwoju magazynów miejskich na świecie obserwujemy już od kilku lat i jako pierwszy deweloper magazynowy w Polsce wprowadziliśmy w 2018 r. na rynek ofertę 7R City Flex Last Mile Logistics. Pandemia COVID-19 pokazała, że wiele firm musi przemodelować swoje łańcuchy dostaw szybciej niż planowały, aby utrzymać ciągłość operacji. Magazyny ostatniej mili, zlokalizowane blisko centrów miast, odgrywają znaczącą rolę w zachowaniu elastyczności biznesu i realizacji dostaw typu „Same Day Delivery” oraz niezachwianej dystrybucji dóbr pierwszej potrzeby. W Stanach i Wielkiej Brytanii, gdzie bardzo trudno o grunty w strefie miejskiej, deweloperzy coraz częściej decydują się na projekty brownfield, adaptujące np. centra handlowe w magazyny ostatniej mili. Widać także duży popyt wśród inwestorów na tego typu aktywa. Na przełomie roku 2019 i 2020 sprzedaliśmy kolejno trzy projekty City Flex do SEGRO European Logistics Partnership. Prognozujemy, że wielki boom na magazyny miejskie jeszcze przed nami. – zaznacza Maciej Krawiecki, Head of Leasing w 7R.

RTV EURO AGD rozwija się bardzo dynamicznie i w związku z tym inwestuje w rozbudowę infrastruktury. Szybkie, sprawne i terminowe dostawy są kluczowe w naszej branży, zwłaszcza teraz, w dobie rosnącej popularności zakupów online. Dobrze dopasowana infrastruktura magazynowa w odpowiedniej lokalizacji przekłada się na komfort i bezpieczeństwo pracy, a przede wszystkim na jakość procesów, ich elastyczność i efektywność. To bardzo ważne kwestie, bo od nich zależy wysoki poziom serwisu logistycznego zapewnianego naszym klientom – dodaje Sebastian Danek, Dyrektor ds. Transportu w RTV EURO AGD.

Skutki epidemii: Polacy chcą mieszkań z tarasem lub domu za miastem

Trendy mieszkaniowe zmieniają się bardzo dynamicznie, a wpływ epidemii widać gołym okiem. Na początku roku domu poszukiwało do 35% użytkowników najpopularniejszego portalu nieruchomościowego w Polsce, po ogłoszeniu pandemii była to już połowa. W maju zauważono też znaczne wzrosty zainteresowania w segmencie mieszkań z tarasem (+67%), mieszkań z ogrodem (+68%) i nieruchomości z balkonami (+30%). Jak zmieniły się oczekiwania Polaków dotyczące mieszkań i przestrzeni publicznej w trakcie pandemii? Czy wszyscy będziemy szukać azylu za miastem lub mieszkania z ogródkiem i balkonem?

Od około dwóch miesięcy obserwujemy zdecydowany wzrost chęci zakupu domu, która dochodzi obecnie do 45%, podczas gdy zainteresowanie kupnem mieszkania bez dodatkowej przestrzeni, takiej jak balkon, taras czy ogródek spadło do poziomu 30%. Może to oznaczać, że osoby poszukujące zdały sobie sprawę, jak istotna jest większa przestrzeń i bliższy kontakt z naturą. Znaczenie może mieć również to, co za oknem. Widok zieleni, szersza perspektywa, a może czystsze powietrze – uważa Jarosław Krawczyk z Otodom.

Świat się teraz zmienia. Zdaliśmy sobie sprawę, że jak nie ten wirus, to inny. Nie wiemy też, jak długo potrwa izolacja, dlatego potrzeba posiadania własnej przestrzeni jest bardzo silna i będzie długotrwała. W związku z tym działki, mieszkania z tarasem czy przestrzennym balkonem, domy, to te nieruchomości, którymi zainteresowanie będzie wzrastało – przyznaje Marta Rybicka z agencji badawczej IQS podczas spotkania Otodom.Live, będącego cyklem spotkań z ekspertami, omawiającymi kondycję branży nieruchomości i nie tylko w dobie pandemii.

Czy w związku ze zmianami w myśleniu Polaków, większą tendencją do przenoszenia się do domów i mieszkań z ogrodami, na obrzeżach miast, przyzwoleniem na pracę zdalną, centra miast się wyludnią?

Ciężko o tym z pełnym przekonaniem mówić na tym etapie. Musimy pamiętać o aspektach ekonomicznych, które mocno będą wpływać na plany i marzenia mieszkaniowe Polaków. Może się bowiem okazać, że ze względów finansowych się one nie ziszczą. W związku z tym zostaniemy tam, gdzie nas pandemia zastała. Ale to wcale nie jest zła opcja, bo dzięki temu będziemy w stanie zadbać o to, co wokół nas i np. zatroszczyć się o większą ilość zieleni czy ławek na własnym podwórku. To doświadczenie pandemii zmienia nasze oczekiwania względem przestrzeni, w której już żyjemy. Ingeruje ono również w poczucie małej wspólnoty, która wielokrotnie właśnie w dobie kryzysu się objawia i umacnia – dodał Filip Springer, reportażysta.

Nie zawsze wzrosty

Po wielu tygodniach wzrostów musiał przyjść moment pewnej stabilizacji. Byliśmy świadkami kilkuprocentowych spadków na giełdach i surowcach.

PKB w strefie euro

Poznaliśmy dzisiaj dane na temat wzrostu PKB w strefie euro. Technicznie jest to spadek PKB, ale lata doświadczeń przyzwyczaiły nas, by parametr ten nazywać wzrostem, a nie zmianą PKB. W ciągu roku jest to redukcja o 3,1%. To delikatnie mniej niż oczekiwali analitycy, ale patrząc na dokładność prognoz na obecnym rynku można ją określić jako zgodną z oczekiwaniami. Przed tymi danymi euro słabło względem dolara, jednak po ich opublikowaniu zaczęło od razu odrabiać te straty.

Korekta na rynkach

Po wielu dniach wzrostów na rynkach giełdowych i surowcowych przyszedł czas na korektę. W dół poszły zarówno główne indeksy giełdowe jak i surowce. Niemiecki DAX zaliczył dzisiaj 2% spadek. Podobnie zachował się francuski CAC. Mniejsze spadki widzieliśmy na polskim WIG-u, aczkolwiek polski parkiet wolniej odbijał się po marcowym spadku, niż główne europejskie parkiety. Podobna sytuacja miała miejsce w przypadku surowców. Ropa naftowa od wczorajszego szczytu z 43 dolarów spadła do 40 dolarów za baryłkę.

Co ze stopami procentowymi w Polsce?

Wraca temat kolejnych obniżek stóp procentowych w Polsce. Zdaniem części analityków lipcowe posiedzenie, jeżeli sytuacja gospodarcza się nie poprawi, może być początkiem eksperymentu z ujemnymi stopami procentowymi w Polsce. Taka decyzja spowodowałaby prawdopodobnie negatywny bodziec dla kursu złotego względem walut obcych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Postępująca suburbanizacja może przyczynić się do rozwoju zielonej energii

Obecnie w Polsce mamy do czynienia z największą w historii falą przesiedlania się mieszkańców miast na tereny podmiejskie[1]. Efekty tego zjawiska można mnożyć – zarówno te negatywne, jak i pozytywne. Jednakże w dobie suszy i nacisków Unii Europejskiej na zieloną transformację energetyczną, można dostrzec nową szansę na ekologiczną produkcję prądu. Jest nią współpraca nowych mieszkańców terenów podmiejskich oraz rolników i hodowców, którzy zamieszkują te tereny od wielu lat. Wydawać by się mogło, że energetyka nie jest domeną gospodarstw rolnych, a korzyści dla nowych domów rodzinnych nie są oczywiste. Jednakże istnieje rozwiązanie, które usprawni symbiozę tych dwóch grup społecznych i może zauważalnie zmniejszyć emisje CO2. Rozwiązaniem, o którym mowa są biogazownie rolnicze.

Sytuację skomentowała Anita Bednarek, kierownik ds. Energii w Goodvalley, podczas Webinarium BMP: Własne Źródła Energii„Biogazownie zazwyczaj są instalacjami kogeneracyjnymi, czyli wytwarzają równocześnie prąd i energię cieplną. Na ten moment w 8 biogazowniach Goodvalley o mocy 7,4 MWe wytwarzamy rocznie ok. 54 GWh energii elektrycznej, co wystarczyłoby do zaopatrzenia ok. 17.000 gospodarstw domowych.” Zaopatrzenie takiej ilości domów wymaga jednak stworzenia odpowiedniej sieci dystrybucyjnej. Jednakże, tego typu inwestycje przynoszą wymierne korzyści – szczególnie dla środowiska. „Dzięki biogazowniom udało nam się zredukować w 2019 r. ok. 250.000 ton emisje CO2. Odpowiada to rocznej emisji spalin z ponad 80.000 samochodów osobowych. Na ten moment jest to jedynie przewidywanie przyszłości, ale jeśli doszłoby do sytuacji, w której rolnicy współpracowaliby w tym zakresie z mieszkańcami peryferii miast, to doszłoby do rewolucji w obszarze Odnawialnych Źródeł Energii. W tym aspekcie mogą być pomocne w sposób szczególny przepisy dot. spółdzielni lub klastrów energetycznych, których działalność mogłaby znacząco zoptymalizować ten model współpracy z korzyścią dla obu stron ” – dodaje ekspertka.

Kwestią, która budzi obawy lokalnych społeczności w kontekście biogazowni jest obawa o nieprzyjemny zapach, który może wydzielać się w procesie fermentacji w biogazowniach. Z drugiej strony rozwój technologii zagwarantował nowe rozwiązania, które zmieniają sytuację. „Biogazownie są szczelnie zamkniętymi instalacjami, a dzięki procesowi odgazowania wykorzystywanej w nich biomasy dochodzi do znaczącej redukcji zapachów towarzyszących nawozom odzwierzęcym i innym produktom odpadowym. Mówi się, że dzięki biogazowniom odór jest redukowany o ok. 80%. Dzięki temu woń przefermentowanej biomasy, stosowanej na polach jako nawóz organiczny, jest mniej uciążliwa niż zapach surowych substratów z produkcji rolnej lub z przetwórstwa rolno-spożywczego. Dodatkowo, biogazownie są z reguły budowane w znacznej odległości od miejsc zamieszkania. Naszym zadaniem jest teraz przekonanie obu grup społecznych do współpracy, a także doprowadzenie do ustabilizowania systemu wsparcia OZE, ponieważ w przeciągu ostatnich lat był on bardzo zmienny. Warto dodać, że biogazownie nie są najtańszym źródłem energii, przede wszystkim z uwagi na rozbudowaną technologię, jednakże zalety ich funkcjonowania są tak duże, że prędzej czy później musi to zostać dostrzeżone i przełożyć się na efekt ekologiczny.” – podsumowuje Anita Bednarek.

[1] https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/inne-opracowania/inne-opracowania-zbiorcze/atlas-demograficzny-polski,28,1.html

Tavex uruchomił szybkie przekazy na Ukrainę

Firma Tavex od maja tego roku uruchomiła przelewy pieniężne do naszego wschodniego sąsiada. Ukraina jest ósmym krajem, do którego doręczana jest gotówka w ramach usługi TavexWise. Wcześniej z Polski możliwe były przekazy do Bułgarii, Danii, Finlandii, Norwegii, Szwecji oraz do Estonii i Łotwy.

Tavex oferuje przekazywanie środków pieniężnych w swoim oddziale oraz ich odbiór w dowolnej filii PrivatBanku na Ukrainie. Możliwe jest również wysłanie gotówki na kartę. Ponadto, za pośrednictwem rozwiązań Spółki można dokonać transakcji wymiany ponad 50 walut. Co jest dużym udogodnieniem zarówno dla klientów indywidualnych, jak i dla firm.

Rozwiązanie TavexWise z powodzeniem konkuruje z tradycyjnymi systemami bankowym. Pozwala na proste i szybkie – nawet w ciągu 5 minut – przekazanie gotówki do innego kraju. Jest to możliwe dzięki zastosowaniu nowoczesnej, wewnętrznej sieci informatycznej.

Usługa TavexWise została zaprojektowana z myślą o osobach i organizacjach, które chcą w możliwe jak najkrótszym czasie przekazać środki pieniężne za granicę bez ponoszenia wysokich opłat. Przy czym cenią sobie jakość obsługi, indywidualne podejście do klienta oraz doświadczenie – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex. Uruchomienie przekazów na Ukrainę to krok w stronę rozszerzania naszego zasięgu o kolejne rynki. Jest to także udogodnienie dla kilkuset tysięcy obywateli tego kraju, którzy na co dzień pracują w Polsce, ale swoje zarobki przesyłają do ojczyzny – dodaje.