Czy zdołamy odbudować przemysł lotniczy po epidemii?

Epidemia koronawirusa uziemiła linie lotnicze. W ciągu kilku miesięcy światowy ruch lotniczy spadł o 94%. To niespotykana dotychczas sytuacja – trudno więc przewidzieć w pełni jej konsekwencje. Wiele międzynarodowych i krajowych linii zbankrutowało, inne zwalniają tysiące pracowników. Ograniczenie lotów oznacza również brak zapotrzebowania na nową flotę. Kłopoty mają więc producenci samolotów – nawet ci najwięksi, jak Boeing czy Airbus – linie ratują swoje budżety, wycofując się z kontraktów i nie zamawiają nowych maszyn. Kolejne państwa, w tym Polska, przeznaczają miliardy na ratowanie przemysłu lotniczego. Utrzymywanie infrastruktury i pracowników kosztuje – ale analitycy twierdzą, że się opłaci. Jeśli pozwolimy upaść branży lotniczej, ucierpią inne, bardzo ważne gałęzie przemysłu i usług. Dobrze funkcjonująca infrastruktura lotnicza oznacza dla kraju wpływy z turystyki, biznesu i handlu. Dlatego warto utrzymywać branżę na powierzchni i zastanawiać się, jak latać bezpiecznie.

Szkody wynikające z upadku kolejnych lotniczych byłyby większe niż koszt pomocy, która w tej chwili do nich trafia. W odbudowie gospodarczej dobre funkcjonowanie transportu, zwłaszcza lotniczego i międzykontynentalnego, jest rzeczą kluczową – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, prezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR– Będziemy musieli oczywiście wprowadzić zmiany na lotniskach. Na pewno wydłuży się czas odprawy, a dopóki nie będzie szczepionki – będziemy musieli przestrzegać rygoru sanitarnego. Oprócz maseczek, ograniczonej oferty na pokładzie i odstępów, które trzeba zachowywać – we wszystkich miejscach publicznych czekają nas dodatkowe obostrzenia: mierzenie temperatury oraz ograniczenie wstępu na teren terminala tylko do osób, które wylatują. Najpewniej nie będzie jednak żadnego odgórnego ograniczenia miejsc w samolocie – zajętość na pokładzie musi wynosić co najmniej 77% miejsc, by lot był opłacalny. Jeżeli jednak będziemy trzymać się narzuconych rygorów, a powietrze w samolotach będzie dokładnie filtrowane – to samoloty nie staną się źródłem zarażeń. Mimo tych środków ostrożności linie lotnicze po epidemii będą musiały zmierzyć się z dużą nieufnością do latania. Aż 45% ankietowanych zamierza poczekać co najmniej pół roku przed kolejnym lotem. Mamy więc za sobą bardzo ciężkie miesiące szoku, a przed nami co najmniej trzy lata odbudowy branży – przewiduje Furgalski.

Co czwarty Polak przesiada się na rower w związku z pandemią. Jednak tylko co dziesiąty ma polisę rowerową

Jazda na rowerze stała się najpopularniejszą formą aktywnego spędzania czasu wolnego. Jak wynika z danych GUS, 2/3 gospodarstw domowych posiada rower, a blisko połowa Polaków jeździ na nim przynajmniej kilka razy w miesiącu. W związku z pandemią koronawirusa rośnie popularność tego środka transportu również w codziennym użytkowaniu, bo coraz więcej osób – zamiast podróżować do pracy komunikacją publiczną – wybiera rower lub hulajnogę. Rzadko które z nich jest jednak ubezpieczone. Tylko jeden na dziesięciu Polaków ma ubezpieczenie w razie wypadku, choć aż 38 proc. obawia się kolizji i stłuczek.

– Pokochaliśmy jazdę na rowerze i hulajnogach. Jeździmy na nich rekreacyjnie, ale też dojeżdżamy nimi do pracy i po zakupy – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ewa Dąbrowska, dyrektor Pionu Klienta Korporacyjnego w Nationale-Nederlanden.

Jak wynika z badania przeprowadzonego dla Nationale-Nederlanden, blisko połowa Polaków jeździ na rowerze przynajmniej kilka razy w miesiącu, przy czym co drugi z nich wybiera ten środek komunikacji częściej – minimum trzy razy w tygodniu. Prawie 1/4 deklaruje też wybór roweru czy elektrycznej hulajnogi do codziennego przemieszczania się, np. w celu dojeżdżania do pracy.

– Jazda na rowerze stała się najpopularniejszą formą aktywnego spędzania czasu wolnego. Częściej jeździmy na rowerach, niż biegamy, pływamy czy ćwiczymy w siłowniach lub klubach fitness. Pochodną tego zainteresowania jest fakt, że w Polsce rok w rok sprzedaje się ponad milion nowych rowerów i ten trend utrzymuje się od wielu lat. Równolegle mocno rozwija się infrastruktura rowerowa – powstają nowe ścieżki w miastach i poza zurbanizowanymi terenami, a więc mamy warunki do coraz bezpieczniejszej jazdy – mówi Paweł Hyjek, Product Area Lead w ING Banku Śląskim.

Pandemia koronawirusa – przez obawy przed zakażeniem czy ograniczenia wprowadzone w publicznej komunikacji – dodatkowo zwiększa popularność tego środka transportu. Jak pokazuje majowe badanie Nationale-Nederlanden, tylko 10 proc. Polaków decyduje się w tej sytuacji korzystać z miejskiej komunikacji. Zdecydowana większość (85 proc.) wybierze własny samochód, ale 24 proc. zamierza przemieszczać się właśnie na rowerze.

– Pandemia znacząco wpłynęła na zmianę naszych preferencji dotyczących transportu publicznego. Widzimy ogromny boom na rowery i wykorzystywanie ich jako środka transportu – nie tylko w celu dojeżdżania do pracy, ale generalnie do przemieszczania się – mówi Ewa Dąbrowska.

Jak podkreśla, aż 38 proc. rowerzystów odczuwa zagrożenie ze strony innych uczestników ruchu drogowego.

– Największym zagrożeniem są autobusy i inne samochody. Prawie co drugi respondent stwierdził, że nie czuje się bezpiecznie na drodze. Kolizje i wypadki drogowe to główne zagrożenie, które czeka rowerzystów i osoby jeżdżące na hulajnogach – mówi ekspertka.

Mimo obaw przed stłuczką tylko 27 proc. rowerzystów korzysta podczas jazdy z kasku i ochraniaczy. Z kolei ubezpieczenie rowerowe w razie wypadku posiada tylko 1 na 10 Polaków.

– W ubiegłym roku na polskich drogach było prawie 4,5 tys. wypadków, w których uczestniczyli rowerzyści. To oznacza, że nowe ścieżki i infrastruktura nie eliminują całkowicie ryzyka – mówi Paweł Hyjek.

– Coraz częściej korzystamy ze ścieżek rowerowych, których przybywa i łącznie jest ich już prawie 12 tys. kilometrów, ale nawet na nich nie czujemy się bezpiecznie. 20 proc. rowerzystów obawia się różnego rodzaju stłuczek z innymi uczestnikiem ruchu. Kolejnym problemem są kradzieże rowerów czy hulajnóg – aż 30 proc. badanych powiedziało nam, że w przeszłości stracili swój ukochany sprzęt – mówi Ewa Dąbrowska.

Blisko połowa (46 proc.) użytkowników rowerów na co dzień przechowuje je w garażu. Podobny odsetek (47 proc.) deklaruje, że zawsze zabezpiecza swój rower lub hulajnogę elektryczną przed kradzieżą. Z drugiej strony prawie co trzeci rowerzysta przyznaje, że często zdarza mu się nie zabezpieczyć swojego pojazdu, jeżeli zostawia go w miejscu publicznym na krótki czas. Kradzież niejednokrotnie wiąże się ze sporą stratą, bo – jak pokazuje badanie Nationale-Nederlanden – prawie połowa Polaków posiada rower o wartości ok. 2 tys. zł, a co czwarty zdecydował się na zakup sprzętu powyżej 4 tys. zł.

– Kupujemy coraz droższe i coraz bardziej zaawansowane technologicznie rowery. Niestety dostrzegają to też złodzieje. Zabezpieczamy nasz sprzęt, przywiązujemy linkami, łańcuchami, u-lockami, zabezpieczeniami tylnego koła, a jednak okazuje się, że złodzieje potrafią sforsować te zabezpieczenia i rowery niestety giną, a potem trudno je odzyskać. Dlatego właśnie warto pomyśleć o ubezpieczeniu swojego sprzętu – twierdzi Paweł Hyjek.

– Użytkownicy rowerów i hulajnóg powinni zacząć od ubezpieczenia NNW, czyli polisy dla siebie na wypadek stłuczek i urazów. Po drugie, warto zadbać o swój sprzęt i mieć ubezpieczenie na wypadek kradzieży albo jego uszkodzenia. Dodatkowym zabezpieczeniem jest assistance, które zapewni nam natychmiastową pomoc w razie wypadku czy uszkodzenia roweru lub hulajnogi. Ważne też, żeby skorzystać z ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej, bo do kolizji może dojść nawet na ścieżce rowerowej i wtedy ubezpieczenie pokryje ewentualne roszczenia osoby przez nas poszkodowanej – radzi Ewa Dąbrowska.

Jak oceniają eksperci, trudno dokładnie określić wielkość i dynamikę rynku ubezpieczeń rowerowych w Polsce. Jest jednak duży potencjał dla rozwoju polis skierowanych właśnie do tej grupy klientów. Dlatego też ING Bank Śląski i Nationale-Nederlanden wprowadzają do swojej oferty ubezpieczenie roweru, hulajnogi elektrycznej i ich użytkownika. „Ubezpieczenie na dwa koła” jest dostępne w trzech wariantach i można objąć nim sprzęt do wartości 10 tys. zł.

– Ubezpieczenie dla rowerzysty powinno być indywidualnie skomponowane przez klienta. To on powinien wybrać, jakiego zakresu ochrony oczekuje i za jaki zakres chce płacić składkę. Stworzyliśmy ubezpieczenie, w którym klient może ubezpieczyć tylko rower lub hulajnogę elektryczną albo tylko samego siebie od następstw nieszczęśliwych wypadków. W trzecim wariancie może ubezpieczyć zarówno siebie, jak i swój sprzęt – mówi Paweł Hyjek.

W tej trzeciej wersji ubezpieczenie roczne kosztuje od 113 zł. Jeśli ktoś wybiera opcję pierwszą lub drugą, minimalny wydatek to odpowiednio 63 i 71 zł.

– Istotnym elementem jest też assistance, zwłaszcza jeśli oddalamy się od miejsca zamieszkania, jeździmy na rowerze w miejscach poza obszarem zabudowy. Jakakolwiek awaria wiąże się z problemami z dojechaniem do domu albo serwisu. Dobry assistance, który w przypadku awarii przyjedzie i na miejscu naprawi rower albo zapewni nam transport, to istotny element takiej polisy – mówi Product Area Lead w ING Banku Śląskim.

„Ubezpieczenie na dwa koła” można zawrzeć na 6 lub 12 miesięcy z możliwością przedłużenia. W ramach polisy NNW rowerzysty obejmuje wypadki zarówno podczas jazdy na własnym, jak i wypożyczonym sprzęcie. Produkt, choć skierowany do osób, które korzystają z jednośladów w celach rekreacyjnych, obejmuje również zawody amatorskie, jak np. triathlony czy amatorskie wyścigi kolarskie.

Transport i logistyka dotkliwie odczuły globalną pandemię SARS-CoV-2. Nie wszystkie firmy transportowe przejdą przez kryzys suchą stopą

Wśród sektorów, których działalność zweryfikowała pandemia, jest transport i logistyka. Niektóre mniejsze firmy transportowe już ogłosiły bankructwo, większe przedsiębiorstwa mogą jednak paradoksalnie na tej sytuacji skorzystać. Branża operatorów logistycznych może zyskać dzięki ponownemu docenieniu korzyści wynikających ze współpracy z zewnętrznym dostawcą. Międzynarodowy koncern FM Logistic opublikował dane, które pokazują, że pandemia miała jak dotąd niewielki wpływ na jego wyniki finansowe, przynajmniej w zakończonym roku obrotowym. Firma obchodzi właśnie 25-lecie działalności w Polsce i zapowiada kolejne projekty na tutejszym rynku.

– Wybuch pandemii SARS-CoV-2 miał niewielki wpływ na wyniki w roku finansowym, który zakończył się w marcu br. Większe wyzwania postawił przed nami początek nowego roku obrotowego. W kwietniu i maju zaobserwowaliśmy spadek przychodów o 9 proc. w porównaniu z ubiegłym rokiem oraz znaczny wzrost kosztów operacyjnych związany z wprowadzaniem odpowiednich środków bezpieczeństwa w związku z pandemią koronawirusa. W dalszym ciągu podejmujemy działania, aby chronić naszych pracowników, zaspokajać potrzeby klientów i jednocześnie wypracować wysokie wyniki bilansowe. W niemal wszystkich naszych jednostkach prowadzona jest obecnie działalność – wskazuje Jean-Christophe Machet, CEO FM Logistic.

Koncern logistyczny, który prowadzi działalność w 14 krajach Europy, Azji i Ameryki Południowej, przedstawił właśnie swoje wyniki finansowe. Pokazały one, że globalna pandemia SARS-CoV-2 miała niewielki wpływ na miniony rok obrotowy. Spółka FM Logistic zanotowała przychody w wysokości 1,43 mld euro (wzrost o 8,7 proc.), natomiast zysk przed odliczeniem odsetek i podatków (EBIT) wyniósł 42,5 mln euro, czyli aż o 21 proc. więcej niż w roku ubiegłym.

Ponad 1/3 łącznych przychodów grupy (36 proc., ponad 500 mln euro) wypracował segment transportowy, głównie dzięki rozwojowi usług LTL (ładunki mniejsze niż samochody ciężarowe) oraz logistyce miejskiej. Oferowana przez FM Logistic usługa CityLogin, która łączy dostawy ostatniej mili i małe miejskie huby logistyczne, jest obecnie dostępna w 30 miastach Europy.

Dobre wyniki to również efekt m.in. poprawy efektywności operacyjnej i wprowadzenia nowych usług, które odpowiadają na trendy konsumenckie takie jak szybki wzrost znaczenia e-commerce i ekologii. Spółka wprowadziła m.in. usługi dropshippingu dla producentów, którzy sprzedają swoje produkty bezpośrednio do klienta. Uruchomiła też pomiar emisji gazów cieplarnianych z usług transportowych i logistycznych świadczonych na rzecz konkretnych klientów oraz nowy projekt „zero waste”. W ubiegłym roku finansowym kontynuowała też inwestycje w innowacje oraz automatyzację procesów biurowych i magazynów, w części z nich wdrożono roboty służące do przenoszenia palet i ciężkich ładunków.

– Jesteśmy świadomi ewolucji, która zachodzi w ostatnim czasie – nie tylko dzięki nowym technologiom i analizie danych, ale także dzięki rosnącemu zrozumieniu dla konieczności zrównoważonego rozwoju i ogromnej dbałości o bezpieczeństwo naszego środowiska. Wkrótce poinformujemy o naszych kolejnych inwestycjach w tym obszarze – zapowiada Daniel Franke, Managing Director FM Logistic CE.

Na polskim rynku operuje należąca do międzynarodowej grupy spółka córka, czyli FM Logistic Centralna Europa. Prowadzi ona działalność również w Czechach, Słowacji i na Węgrzech. W roku finansowym 2019/2020 uzyskała przychód w wysokości 322 mln euro i pozyskała kilku dużych klientów, w tym Lorenz Bahlsen Snack-World, czyli światowego producenta słonych przekąsek, i Polpharmę, polskiego producenta leków. Specjalnie na jej potrzeby został rozbudowany magazyn w podwarszawskim Błoniu, gdzie pod nazwą FM Health działa największe centrum logistyczne dla farmacji w Europie Środkowej.

FM Logistic CE prowadzi też w regionie m.in dedykowany start-upom program FM OpenLab, który ma wspierać młodych przedsiębiorców, oraz stawia mocny akcent na ekologię. Ma w swojej flocie pojazdy elektryczne, w tym samochód z agregatem chłodniczym, który prowadzi dystrybucję paczek dla sektora farmaceutycznego FM Health. Operator stara się budować magazyny w sposób maksymalnie neutralny dla środowiska, z uwzględnieniem energooszczędnych i ekologicznych rozwiązań. Firma planuje też w Polsce kolejne inwestycje: z początkiem nowego roku zamierza rozpocząć budowę nowej platformy logistycznej między Łodzią a Warszawą.

– Zaczynaliśmy 25 lat temu od jednej palety pod Warszawą, dziś w regionie Europy Środkowej działamy na czterech rynkach, realizując operacje logistyczne dla wszystkich branż gospodarki. Jesteśmy dumni z naszej historii, naszych wartości i naszych pracowników – mówi Daniel Franke. – Są to solidne i stabilne fundamenty do dalszego rozwoju, którego tempo chcemy utrzymać. Jesteśmy firmą zorientowaną na przyszłość, mamy dużą świadomość zmian, jakie dokonują się nie tylko poprzez nowe technologie i cyfryzację, ale też przez dbanie o środowisko naturalne. W dalszym ciągu będziemy koncentrować się na tych obszarach.

Są też i pozytywne zmiany spowodowane przez pandemię. Rośnie liczba przetargów w sektorze  e-commerce, co wymusza zintensyfikowanie działań w tym obszarze. Firmy muszą przyspieszyć digitalizację procesów nie tylko operacyjnych, ale również sprzedażowych i HR. Branża stawia też na automatyzację procesów magazynowych. Dla firmy wielkości FM Logistic, która zatrudnia ponad 5500 pracowników rozproszonych na region Europy Środkowej, wprowadzenie systemu obsługi pracowników Workday to ogromne udogodnienie oraz budowa przewagi konkurencyjnej.

Klienci, szczególnie w obecnej niepewnej sytuacji gospodarczej, doceniają korzyści płynące ze współpracy z zewnętrznym operatorem logistycznym. Szczególne znaczenie ma tu elastyczność, jaką na co dzień takie firmy mogą zaoferować, czy to w kontekście automatyzacji, czy błyskawicznej możliwości dostosowania się do wykorzystywanych kanałów dystrybucji wynikającego z gwałtownych zmian zachowań konsumentów mówi dyrektor zarządzający FM Logistic CE.

Kolejne epidemie mogą być groźniejsze niż SARS-CoV-2. Potrzeba nowych procedur i dużej reformy w służbie zdrowia

Ochrona zdrowia musi być przygotowana na kolejne kryzysy, bo eksperci są zgodni, że epidemie chorób zakaźnych będą coraz częstsze i bardziej dotkliwe niż koronawirus. Dlatego potrzebna jest gruntowna reforma systemu i wsparcie dla przeciążonego personelu medycznego, w które powinien zaangażować się również biznes. Taki jest cel inicjatywy My, Solidarni, która ma zapewnić pomoc medykom walczącym na pierwszej linii frontu z SARS-CoV-2. Do Sejmu ma niedługo trafić projekt ustawy, na mocy której państwowe spółki i instytucje publiczne będą mogły zaoferować medykom np. rabaty na stacjach benzynowych czy zniżki w placówkach kulturalnych i sportowych. Głównym filarem akcji ma być jednak solidarność na najniższym poziomie – po stronie społeczeństwa.

– To bardzo trudny okres dla kadry medycznej. Sytuacja pielęgniarek w czasie pandemii była szczególnie trudna, braki kadrowe w tej grupie zawodowej dodatkowo utrudniają działanie. Przeszkadzał nam przede wszystkim chaos decyzyjny i kompetencyjny. Pracownicy byli zamykani w zakładach pracy na kwarantannę i w tym czasie świadczyli pracę. Z jednej strony ich oklaskiwano i nazywano bohaterami, a z drugiej – kierowano na świadczenia przestojowe, które ograniczały ich wynagrodzenie do jednej trzeciej – mówi agencji Newseria Biznes Krystyna Ptok, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych.

Lekarze, pielęgniarki, ratownicy oraz pozostały personel medyczny tworzą pierwszy front w walce z pandemią wirusa SARS-CoV-2. Ostatnie miesiące pokazały, jak duże znaczenie ma ich praca dla ludzkiego zdrowia i bezpieczeństwa publicznego. Sytuacja medyków jest jednak szczególnie trudna. Obok przewlekłego stresu i obciążającej pracy muszą mierzyć się także z nawet 40-krotnie większym ryzykiem zakażenia SARS-CoV-2 i psychologicznymi skutkami wojny z pandemią.

– Na początku najbardziej doskwierały brak środków ochrony indywidualnej i złe zabezpieczanie pracowników. Sytuacja zaczęła się normalizować dopiero na początku maja – mówi Krystyna Ptok. – Zmniejsza się liczba zakażonych i przebywających na kwarantannie pielęgniarek, ale niestety cztery nasze koleżanki zmarły. W tej chwili zaopatrzenie w środki ochrony indywidualnej jest już dobre, natomiast nadal szwankują procedury. Krzywa wzrostu zachorowań trochę się spłaszcza, więc chcielibyśmy ujednolicenia wytycznych dotyczących sposobów postępowania, które płyną z Ministerstwa Zdrowia, Głównego Inspektoratu Sanitarnego i Głównego Inspektoratu Pracy. Należałoby wprowadzić jakieś wspólne standardy postępowania.

Jak podkreśla, w tej chwili medycy potrzebują przede wszystkim właściwych procedur i rozwiązań prawnych, które wyznaczą standardy postępowania i zagwarantują im możliwość bezpiecznego wykonywania swojej pracy.

– Przepisy powinny również regulować prawa pracowników w związku z zakażeniem SARS-CoV-2. Odległe skutki zachorowania wciąż są nam nieznane. Dlatego pracownicy, którzy zakazili się w miejscu pracy, powinni być rejestrowani i na tej podstawie mogliby później występować o orzeczenie choroby zawodowej czy o rentę – mówi przewodnicząca OZZPiP.

Pracujący w ciężkich warunkach personel medyczny na co dzień potrzebuje też wsparcia i społecznej solidarności. Tymczasem w ostatnich tygodniach sytuacja bywała wręcz odwrotna – lekarze czy pielęgniarki muszą mierzyć się z ostracyzmem czy wręcz agresją sąsiadów i pacjentów powodowaną lękiem przed przeniesieniem zakażenia. Ich przejawem były zdewastowane samochody czy obraźliwe wiadomości zostawiane medykom na klatkach schodowych.

– Nie doceniamy osób, które przeżywają właśnie najtrudniejsze doświadczenia zawodowe, które poświęcają swoje życie. Sytuację, której doświadczamy, należy postrzegać w kategoriach kryzysu prowadzącego do traumy, zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i społeczno-kulturowym. Skala zmian, doświadczeń granicznych, przez które właśnie przechodzimy, zagrożenia życia i zdrowia oraz obrazów, którymi jesteśmy bombardowani – jak ciężarówki wywożące ciała umierających – prowadzi do traumy i szukania kozłów ofiarnych – mówi Konrad Ciesiołkiewicz, przewodniczący Komitetu Dialogu Społecznego KIG. – Jeżeli tak dalej pójdzie, nie będziemy mieli osób, które zechcą pełnić służbę państwu.

– To są ludzie, którzy bardzo ciężko pracują, ponadwymiarowo, narażają siebie i swoje rodziny. Dlatego powinni być wynagradzani odpowiednio do tego ryzyka i nakładu pracy. W tej chwili nie są, więc tu jest szerokie pole do działania – mówi Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej. – Druga sprawa to walka o dobre imię służby zdrowia, lekarzy, ratowników i pielęgniarek. Ci ludzie powinni być noszeni na rękach, a nie być ofiarami różnych nieprzyjemnych odruchów społecznych.

My, Solidarni to społeczna inicjatywa, która ma zapewnić pomoc i wsparcie medykom walczącym na pierwszej linii frontu z SARS-CoV-2. Jest wzorowana na podobnym programie skierowanym do weteranów polskiej armii. Inicjatywa opiera się na czterech filarach: administracji rządowej, samorządowej, przedsiębiorstwach i obywatelach. Niedługo do Sejmu ma trafić projekt ustawy, na mocy której państwowe spółki i instytucje publiczne będą mogły zaoferować medykom np. rabaty na stacjach benzynowych Orlenu czy zniżki w placówkach kulturalnych i sportowych. Podobną możliwość będą mieć samorządy. W akcję mogą włączyć się też prywatne firmy, oferując np. zniżki czy preferencyjne oferty i rabaty na swoje towary i usługi dla pracowników zawodów medycznych i ich rodzin.

– Chcieliśmy, żeby inicjatywa nie wyszła od środowisk medycznych, aby ktoś nie wziął tego za próbę budowania jakiegoś systemu przywilejów. Nie chodzi o to, żeby ktoś na tym zarobił – mówi prof. Paweł Kowal. – Chciałbym też podkreślić kwestie bezpieczeństwa prawnego, ubezpieczeń, pewnych gwarancji państwowych dla medyków. To jest umotywowane bezpieczeństwem kraju i możliwością, że w przyszłości będziemy mieli do czynienia z podobnymi albo gorszymi historiami.

Głównym filarem akcji ma być solidarność na poziomie społeczeństwa. Inicjatorzy podkreślają, że każdy może się włączyć – wystarczy zacząć od siebie, od udostępnienia miejsca w kolejce do apteki czy na poczcie, od prostego gestu życzliwości. W czasie pandemii i obecnego kryzysu bardzo ważne jest wsparcie, uznanie, zaufanie i zrozumienie dla pracowników medycznych oraz docenienie ich pracy.

Eksperci są zgodni, że epidemie chorób zakaźnych będą coraz częstsze. Ochrona zdrowia musi być przygotowana do kolejnych kryzysów. Dlatego potrzebna jest jej gruntowna reforma i wsparcie dla personelu medycznego – zarówno na poziomie rządowym, jak i społecznym.

– Musimy zbudować szeroki front, który będzie wspierał prawdziwą reformę służby zdrowia w Polsce. Bez tego nie damy sobie rady ani na co dzień, ani w przyszłości – podkreśla Andrzej Arendarski. – Gdybyśmy zostali skonfrontowani z podobną pandemią, ale wirus byłby dużo bardziej agresywny, wówczas skutki mogłyby być trudne do wyobrażenia. Trzeba już teraz temu przeciwdziałać. Służba zdrowia to zbyt poważna sprawa, żeby ją zostawiać politykom, bo oni zawsze chcą coś ugrać. Tutaj trzeba stworzyć pewien ruch społeczny, który na politykach wymoże zajęcie się zreformowaniem służby zdrowia na poważnie.

Według danych Ministerstwa Zdrowia od wybuchu w Polsce pandemii SARS-CoV-2 do 3 czerwca zakażenie stwierdzono u ponad 2,4 tys. pracowników ochrony zdrowia, w tym 660 lekarzy i 1659 pielęgniarek oraz 85 położnych, a 428 osób było hospitalizowanych lub w trakcie kwarantanny. To oznacza, że personel medyczny stanowi ok. 10 proc. wszystkich zakażonych. Pracownicy służby zdrowia są również szczególnie narażeni na psychologiczne skutki pandemii, co podkreśla też ONZ. Według danych przytaczanych przez Medicover 35 proc. z nich odczuwa traumatyczny stres, a 15 proc. cierpi na depresję.

Firmy ostrożnie planują inwestycje w kryzysie. Tylko 17 proc. chce angażować środki w rozwój

0

Ze względu na skutki pandemii większość firm, szczególnie z sektora MŚP, ostrożnie podchodzi do planowania inwestycji w warunkach gospodarczego spowolnienia. Nie mogą pozwolić sobie na zbędne i kosztowne projekty. Alternatywą jest wzięcie „na warsztat” już posiadanych rozwiązań i sprawdzenie, jak firma może lepiej wykorzystywać narzędzia IT, które ma w swoich zasobach. Przedsiębiorstwa mogą realizować mniejsze projekty i inwestować w niewielkie rozwiązania IT, ale przynoszące znaczące usprawnienia i oszczędności.

Trzymiesięczny lockdown wymusił wstrzymanie działalności wielu firm, co przełożyło się na straty finansowe. Z drugiej strony koronawirus wygenerował u nich dodatkowe koszty. W co 10. przedsiębiorstwie wydatki związane z dostosowaniem się do działalności w czasie pandemii stanowią nawet ponad 5 proc. budżetu kosztowego – wynika z badania Polskiego Forum HR („Bezpieczny powrót do pracy w nowej normalności”). Ponad połowa (53 proc.) firm spodziewa się w nadchodzących miesiącach zmniejszenia rentowności, a na ograniczenie możliwości prowadzenia działalności oraz wzrost cen towarów i usług wskazało kolejno 29 i 22 proc.

W takich warunkach – i wobec spodziewanego spowolnienia gospodarczego o nieznanej jeszcze skali – firmy ostrożnie podchodzą do planowania inwestycji. Jak wynika z ostatniej edycji badania „KoronaBilans MŚP” przeprowadzonego na zlecenie KRD, w najbliższych trzech miesiącach tylko 16,6 proc. planuje przeznaczyć pieniądze na rozwój. W tej grupie co czwarte przedsiębiorstwo zamierza zainwestować w systemy IT, aplikacje i sklepy internetowe.

Z zapytań klientów czy nawet informacji zamieszczanych na portalach branżowych wynika, że koronawirus znacznie przyspieszył rozwój biznesu pod kątem IT. Projekty, nad którymi klienci zastanawiali się od kilku lat, teraz stały się priorytetowe i już rozpoczęły się nad nimi prace – wskazuje Kinga Moska, Service Delivery Executive w Hicronie.

Wiele firm w ostatnich tygodniach przeszło przyspieszony kurs cyfryzacji i wdrożyło nowe rozwiązania IT. Wynika to z faktu, że pandemia i społeczna izolacja wymusiły na nich przeniesienie działalności do sieci. Rozwój kanału online był niezbędny, żeby firmy mogły przetrwać i nie stracić płynności finansowej. Jak wynika z majowej edycji badania KRD, również w najbliższym czasie ponad 62 proc. przedsiębiorstw planuje aktywniejsze działania online.

 Wielkim zainteresowaniem zaczęły się cieszyć rozwiązania typu portale e-commerce do sprzedaży detalicznej oraz te związane z bezpieczeństwem. Obszary dotyczące infrastruktury – ze względu na coraz powszechniejszy tryb pracy zdalnej – spadły ze swojej silnej dotychczas pozycji. Biznes obecnie rozwija się raczej pod kątem usługowym – mówi Kinga Moska.

Jak podkreślają eksperci Hicrona, firmy powinny wykorzystać ten czas na umacnianie swojej konkurencyjności i pozycji rynkowej. Do wyboru mają kilka scenariuszy rozwoju przedsiębiorstwa w czasie kryzysu. Mogą np. realizować mniejsze projekty i inwestować w niewielkie rozwiązania IT, ale przynoszące znaczące usprawnienia i oszczędności, albo wykorzystać czas na uporządkowanie do tej pory mniej priorytetowych obszarów technologicznych. By szerzej przedstawić rozwiązania i scenariusze przygotowane do aktualnej sytuacji biznesowej, firma zorganizowała pięć spotkań w ramach HicrOn-Time Webinars, powstałych na kanwie HicrOn-Time Strategy. Kolejne nagrania odcinków pojawiają się na stronie organizatorów co tydzień w czwartek.

Pewne jest to, że organizacje nie mogą sobie pozwolić na inwestycje zbędne i kosztowne. Planowanie wszelkich nowych projektów wymaga ostrożności i strategii skupionej na takich sposobach ulepszania firmy, które nie wymagają dużych środków finansowych czy zawierania zobowiązujących kontraktów. Jedną z metod jest wzięcie „na warsztat” już posiadanych rozwiązań i sprawdzenie, jak firma może lepiej wykorzystywać narzędzia IT, które ma w swoich zasobach. Temu służą np. szkolenia pracowników.

– To krótkie, najczęściej jednodniowe szkolenia, które mają na celu odświeżenie wiedzy na temat danej funkcjonalności bądź skupienie się na konkretnym przypadku użycia systemu. Takie warsztaty cieszą się w ostatnim czasie dużą popularnością. Pozwalają np. zwiększyć liczbę użytkowników systemu i zaangażować w szkolenie nowe osoby, co znacznie optymalizuje pracę i proces. Taki warsztat może zostać powtórzony po około dwóch tygodniach w celu usystematyzowania wiedzy i odpowiedzi na pytania, które pojawiły się w międzyczasie. Po przeprowadzeniu takich szkoleń widać zwiększenie efektywności użytkowników końcowych, a także zmniejszenie liczby generowanych zgłoszeń, co bezpośrednio przekłada się na korzyści pieniężne. Nie jest to zatem wielka inwestycja, a stopa zwrotu jest znacząca – przekonuje ekspertka firmy Hicron.

Przedsiębiorstwa często uważają, że po wdrożeniu nowego systemu IT użytkownicy sami nauczą się, jak z niego korzystać, więc inwestowanie w szkolenia jest zbędne. Jednak jest to tylko pozorna oszczędność, ponieważ niepełne wykorzystanie możliwości nowego narzędzia może okazać się w długoterminowej perspektywie mniej korzystne.

Inwestowanie w rozwiązania, które sprawdzą się w obecnych, wymagających czasach i zaprocentują w przyszłości, wymaga określenia priorytetów firmy i dobrze przygotowanej strategii.

– Wykorzystujemy praktyczne doświadczenie konsultantów i programistów. Przedstawiając propozycje rozwiązania, bierzemy odpowiedzialność za jego realizację i wpływ na poprawę procesów biznesowych. Rozwijamy rolę Trusted Advisora, który jest doradcą technicznym, wizjonerem, architektem rozwiązania oraz który wyciąga wnioski z poprzednich projektów i adaptuje je w nowych warunkach, u nowych klientów – mówi Kinga Moska.

Podczas pandemii wzrosła liczba cyberataków. Hakerzy celują w infrastrukturę krytyczną i luki w zabezpieczeniach podczas pracy zdalnej

W dobie pandemii koronawirusa zagrożenie ze strony hakerów się nasiliło, a rewolucja przemysłowa w zakresie internetu rzeczy oraz upowszechnienie się systemów pracy zdalnej otworzyło przed cyberprzestępcami nowe możliwości przeprowadzenia ataków. Jednostki rządowe oraz firmy technologiczne przygotowują się do wojny z cyberprzestępczością, aby zminimalizować skutki ataków na infrastrukturę krytyczną.

– Ataki ukierunkowane na infrastrukturę krytyczną i przemysłowe systemy sterowania wzrosły 20-krotnie w 2019 roku i ponownie wzrosły w tym roku podczas przymusowej izolacji spowodowanej przez pandemię SARS-CoV-2. Hakerzy starają się wykorzystywać luki w zabezpieczeniach pracujących zdalnie – wskazuje Aviv Abramovich, szef działu zarządzania usługami bezpieczeństwa w Check Point. – Rewolucja przemysłowa 4.0 jest już bardzo zaawansowana, a ze względu na pandemię jeszcze przyspieszy, dlatego bardzo ważne jest, aby chronić infrastrukturę, od hali produkcyjnej i pola po chmurę.

Według raportu „X-Force Threat Intelligence Index 2020” opracowanego przez firmę Intel w 2019 roku przeprowadzono rekordową liczbę ataków cybernetycznych 8,5 mld przypadków. Pod zmasowanym ostrzałem znalazła się przede wszystkim infrastruktura krytyczna – sieci energetyczne, służba zdrowia czy instytucje finansowe. Cyberprzestępcy coraz częściej wykorzystują do przeprowadzania ataków luki w systemach informatycznych nowej generacji, takich jak internet rzeczy, automatyczne urządzenia przemysłowe czy systemy medyczne.

Intensyfikację cyberataków w czasie pandemii zaobserwowali m.in. specjaliści z Australijskiego Centrum Cyberbezpieczeństwa. Kampania hakerska, z jaką od kilku miesięcy zmaga się ten kraj, ma być wycelowana w organizacje rządowe, służbę zdrowia i operatorów infrastruktury krytycznej. Według zapewnień rządu skala ataków może świadczyć o tym, że ich zleceniodawcą jest obce państwo.

W Polsce sejmowa Komisja Administracji i Spraw Wewnętrznych pracuje obecnie nad nowelizacją ustawy o zarządzaniu kryzysowym, która  pozwoli przygotować się na incydenty tego typu. Zgodnie z nowymi zapisami ma zostać rozszerzony zakres ochrony infrastruktury krytycznej – systemy cyberbezpieczeństwa mają objąć ochroną nie tylko konkretne zakłady, ale też całe łańcuchy infrastruktury krytycznej. Powstać mają także szczegółowe plany zarządzania ryzykiem oraz reagowania kryzysowego, które mają zminimalizować ryzyko skutecznego przeprowadzenia cyberataków oraz zniwelować ich skutki.

– Podczas pandemii SARS-CoV-2 wzrosła liczba ataków na sieci sterowania przemysłowego i systemy ICS/SCADA, które zarządzają infrastrukturą krytyczną w obszarze energii, produkcji, transportu i mediów. Zakłócenia wywołane przez te ataki sprawiły, że bezpieczeństwo ma wyższy priorytet, ale wdrożenie musi być łatwe dla organizacji, z automatyczną ochroną, która nie wpływa na codzienne operacje – wskazuje Robyn Westervelt, dyrektor ds. badań w IDC.

Według najnowszego rankingu bezpieczeństwa sieciowego opracowanego przez firmę Check Point Software Technologies Polska zajmuje 26. pozycję wśród krajów europejskich oraz 51. miejsce wśród wszystkich 105 przebadanych krajów.

Pojawienie się koronawirusa przyspieszy automatyzację rynku pracy. Roboty zyskały zupełnie nowe zastosowania w wielu dziedzinach

Pandemia koronawirusa położyła się cieniem na globalnej gospodarce. Aby powstrzymać rozprzestrzenianie się wirusa, konieczne było ograniczenie pracy w części zakładów przemysłowych oraz zamknięcie linii produkcyjnych. Ubocznym efektem restrykcji pandemicznych będzie wzrost zainteresowania technologiami z branży automatyzacji, w tym robotami wyspecjalizowanymi w wykonywaniu zadań zlecanych do niedawna fizycznym pracownikom.

– Pojawienie się wirusa powoduje perturbacje w działaniu firm i dezorganizuje życie codzienne, dlatego tam, gdzie można wyeliminować ten czynnik, żeby zapewnić ciągłość procesu, będziemy implementować rozwiązania oparte na technice. Wiele osób będzie miało na względzie robotyzację, usprawnianie procesów tak, aby zmniejszyć liczbę ludzi, którzy są podatni na wszelkiego rodzaju wirusy i czynniki zewnętrzne. Ciągłość firmy, działanie operacyjne, zapewnienie przede wszystkim możliwości prowadzenia działalności gospodarczej będą tutaj kluczowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr inż. Marek Nowakowski, dyrektor ds. technicznych Stekop SA.

Według raportu „Global Capital Confidence Barometer” autorstwa firmy EY koronawirus przyspieszy automatyzację przedsiębiorstw. 36 proc. managerów przyznało, że w odpowiedzi na postpandemiczne wyzwania wdroży rozwiązania z zakresu automatyzacji pracy, a 31 proc. planuje przeprowadzić proces cyfryzacji firmy. W Chinach odsetek ten jest jeszcze większy i wynosi odpowiednio 71 proc. oraz 66 proc. Badanie ujawnia także, które technologie w najbliższym czasie będą cieszyć się największym zainteresowaniem. Wśród managerów z Chin, którzy chcą wykorzystać nowe technologie, aby zminimalizować skutki pandemii, aż 47 proc. opowiada się za wdrożeniem modelu pracy zdalnej. Z kolei 21 proc. wierzy w to, że kryzysu pozwolą uniknąć technologie Big Data oraz sztuczna inteligencja.

Firma Stekop włączyła się w ten trend i zaprojektowała system automatyzujący diagnostykę osób przemieszczających się w miejscach publicznych. Maszynę wyposażono w sztuczną inteligencję oraz czujniki termiczne mierzące temperaturę klientów. System rozpoznawania twarzy koreluje informacje z konkretną osobą, dzięki czemu może przypisać kilka pomiarów do jednego klienta, aby ułatwić rozpoznanie wstępnych objawów koronawirusa.

– W służbie zdrowia też da się zaimplementować rozwiązania oparte na robotyce tam, gdzie człowiek był narażony na kontakt z drugą osobą. Pandemia pokazała, że inżynierowie mogą w tej sferze zaproponować wiele rozwiązań technicznych. Pojawiły się automaty, w których pacjent przychodzący poddawany jest weryfikacji pod kątem temperatury, a duży ich odsetek wymaga prostej diagnozy, co może być zrobione w trybie online. Mamy też roboty, które jeżdżą w obiektach służby zdrowia i zabijają bakterie i wirusy poprzez działanie lamp ultrafioletowych i dezynfekcję z wykorzystaniem płynów – wymienia ekspert.

Robota automatyzującego pracę personelu medycznego zaprezentowała m.in. firma APA Group. Maszynę zaprojektowano w taki sposób, aby zautomatyzowała proces podawania posiłków i leków czy pomiar temperatury, ograniczając kontakt personelu z osobami chorymi. Robot dysponuje także systemem autodezynfekującym, który redukuje ryzyko rozprzestrzenienia się wirusa.

Po technologie inteligentne sięgnęły również władze Singapuru, które wykorzystały robota kroczącego Spot od firmy Boston Dynamics do patrolowania przestrzeni miejskich. Czteronożna maszyna ma wyręczyć służby porządkowe w upominaniu mieszkańców o konieczności zachowania bezpiecznego dystansu społecznego. Robot wyposażony w czujniki optyczne automatycznie monitoruje liczbę osób odwiedzających patrolowany obszar i upomina przechodniów, jeśli ci nie stosują się do zaleceń pandemicznych i spacerują zbyt blisko siebie.

– Roboty wykorzystywano do dostaw towarów dla osób w kwarantannie lub o podwyższonym ryzyku. Część firm nie chciała też angażować całej załogi, w związku z czym do niektórych prac zaangażowano roboty zaprogramowane tak, aby mogły wykonywać proste czynności. Tam, gdzie można zaimplementować robota, będzie to na pewno rozważone tak, aby nie musieć przeobrażać całej linii. Czasami łatwiej ponieść jednorazowy wydatek w postaci inwestycji w robota, niż wykonywać przezbrojenie całej linii produkcyjnej. Myślę, że ten kierunek będzie brany pod uwagę – podsumowuje dr inż. Marek Nowakowski.

Według firmy badawczej Data Bridge Market Research wartość globalnego rynku robotów autonomicznych do 2026 roku wzrośnie do blisko 17,8 mld dol.

Apple bije kolejne rekordy

Ostatni dzień sesyjny w tym tygodniu jest dniem bardzo dobrym dla posiadaczy akcji, które systematycznie drożeją. W Stanach Zjednoczonych główne indeksy giełdowe otworzyły się na plusach, na co wcześniej wskazywały kontrakty terminowe, rosnące od ponad 1 proc. do 1,5 proc.

Potencjalnym katalizatorem dla dalszych wzrostów mógł być w piątek komunikat i informacja, że Chiny zintensyfikują wysiłki, aby spełnić warunki umowy handlowej w Fazie Pierwszej Porozumienia Handlowego, kupując więcej amerykańskich produktów rolnych. Tym samym Nasdaq otworzył się blisko 10 000 pkt i zyskał 99 punktów lub 1 proc. S&P 500 zyskał 34 punkty, czyli 1,1 proc., a indeks Dow Jones Industrial Average zyskał 325 punktów, a więc 1,2 proc.

Z kolei cena akcji spółki Apple od marcowego dołka zyskała około 60 proc. Według analityków firmy Jefferies to jeszcze nie koniec wzrostów spółki z Cupertino. Mimo że cena akcji technologicznego giganta ustanowiła najwyższy poziom w historii, to wciąż ma szanse na dalsze wzrosty. Poziom ceny docelowej został podniesiony z 370 USD do 405 USD. Dziś na giełdzie za jedną akcję należało zapłacić około 356 USD – najwięcej w historii. Jefferies ma tak pozytywne zdanie o producencie iPhonów, ponieważ zbliża się premiera wersji wyposażonej w obsługę sieci 5G.

Czujemy się coraz bardziej pewni możliwości, jakie daje Apple nowy cykl 5G, zwłaszcza że firma jest w stanie utrzymać ceny detaliczne stosunkowo spójne z cenami z ubiegłego roku przy jednoczesnym zachowaniu solidnej marży brutto – podali analitycy Jefferies, których poziom ceny docelowej jest jednym z najwyższych na Wall Street. Apple ma 29 rekomendacji kupna, 12 trzymaj i 4 sprzedaj.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Co dalej z rynkiem ropy? Zaangażowanie spekulacyjne najwyższe od lat

Pierwsza połowa 2020 roku to okres szczególnie burzliwy dla rynków finansowych. W tym czasie gigantycznej zmienności podlegały między innymi notowania ropy naftowej. Nie dość, że pandemia ograniczyła zapotrzebowanie na paliwa o około 1/3, to jeszcze państwa wydobywające surowiec – z Arabią Saudyjską i Rosją na czele – rozpoczęły trwające przez kilka tygodni wojnę cenową, która dodatkowo pogłębiła spadki cen surowca. Sytuacja się uspokoiła, ale obawy przed drugą falą pandemii jej nie sprzyjają. Rafinerie rewidują kontrakty na kupno surowca, aby zadbać o ciągłość dostaw. Czy oznacza to, że trudny czas dla rynku ropy już minął?

Wydobycie w państwach OPEC plus zostało mocno zredukowane, zaczyna pod wpływem tendencji rynkowych spadać również produkcja surowca w Stanach Zjednoczonych. Nie jest to w stanie – nawet przy wzroście popytu wraz z rozmnażaniem gospodarek – przełożyć się na zahamowanie spadku przyrostu zapasów w Stanach Zjednoczonych.

– Uważamy, że pierwszy potencjał wzrostowy w notowaniach ropy naftowej nie został wyczerpany. Zmienność na rynku surowca nadal będzie pozostawać wysoka, natomiast możliwość drastycznego i gwałtownego wzrostu cen została w naszym odczuciu bardzo mocno wyczerpana – ocenia Bartosz Sawicki, kierownik Departamentu Analiz TMS Brokers.

Produkcja spada

Okazuje się jednak, że nawet tak mocne ograniczenie aktywności wydobywczej nie przekłada się błyskawicznie na produkcję. Sztolnie, które cały czas działają to te, które odpowiadają za zdecydowaną większość amerykańskiego wydobycia. W ostatnich tygodniach produkcja ropy w Stanach Zjednoczonych bardzo wyraźnie się obniża. Jeszcze w połowie marca przekraczała nawet 13 milionów baryłek na dzień, w pierwszej połowie czerwca spadła – względem tych poziomów – około o 2 miliony baryłek na dzień.

– Proces ten będzie postępował, ale będzie procesem na pewno rozłożonym w czasie. Ostatni bardzo silny wzrost cen ropy naftowej nie będzie sprzyjać temu, żeby wydobycie w Stanach Zjednoczonych spadało bardzo drastycznie. Wydaje się mało podobne, żeby Stany Zjednoczone i amerykańscy producenci byli w stanie trwale zredukować poziom swojego wydobycia poniżej 10 milionów baryłek na dzień – ocenia Sawicki.

Zaczyna zatem wyłaniać nam się obraz rynku, który powinien być lepiej zbilansowany niż na początku drugiego kwartału i nie tylko ze względu na wzrost zapotrzebowania na ropę naftową wraz z odmrożeniem gospodarek, ale także ze względu na wyraźny spadek produkcji i w państwach OPEC+, i w Stanach Zjednoczonych, i u innych wiodących producentów.

Nawet tak mocne ograniczenie wydobycia nie jest w stanie zapobiec kontynuacji przyrostu zapasów. Gdy spojrzymy na poziom zapasów w Stanach Zjednoczonych, to okaże się, że są one (po uwzględnieniu rezerw strategicznych) najwyższe w historii.

– Pokazuje to, że nadpodaż na rynku ropy naftowej jest bardzo silna i można zatem postawić tezę, że inwestorzy zareagowali z dosyć dużym wyprzedzeniem i z dosyć daleko idącym optymizmem na tendencje fundamentalne na rynku ropy naftowej. W połowie czerwca wyraźnie rośnie awersja do ryzyka i część inwestorów zaczyna mocniej obawiać się drugiej fali pandemii bądź głębokości recesji wywołanej przez Covid-19. To dosyć mocno może studzić entuzjazm tych, którzy ropę kupowali – mówi Sawicki.

Zaangażowanie spekulacyjne na rynku ropy naftowej jest najwyższe od kilku lat.

– Tak skrajne pozycjonowanie z jednej strony ogranicza potencjał do dalszych wzrostów cen ropy naftowej, a z drugiej strony również sprawia, że w przypadku kiedy poprawa fundamentów nie będzie zachodzić tak szybko jak w cenie, to może to rodzić ryzyko pogłębienia korekty – ocenia Sawicki.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 22.06-26.06.2020

Na rynkach ścierają się tematy odbicia ożywienia z obawami o drugą falę zachorowań, co utrzymuje ceny aktywów w nerwowym zawieszeniu. Mimo to zanika chęć inwestorów do bagatelizowania zagrożeń związanych z wirusem, jak tylko silniej zaakcentowane zostaną sygnały odbicia wskaźników makro. W kolejnych dniach testem nastrojów będą odczyty PMI z Europy i USA.

Przyszły tydzień: PMI z USA/Eurolandu/Wielkiej Brytanii, indeks Michigan/zamówienia na dobra trwałe z USA, Ifo, sprzedaż detaliczna z Polski, RBNZ

USA

W zestawie danych z USA jest niewiele tych pierwszego kalibru. PMI z przemysłu i usług (wt) nie mają takiej renomy jak indeksy ISM, ale nadal mogą dostarczyć istotnych danych o sytuacji ekonomicznej. Chęć amerykańskich władz do odmrożenia gospodarki była wyjątkowo silna, co powinno przełożyć się na wyraźne odbicie wskaźników aktywności. Jednocześnie słabszy niż przed kryzysem popyt, utracone miejsca pracy, fale protestów i rosnąca liczba nowych przypadków zachorowań będą tonować optymizm przedsiębiorców. Poza tym rynek będzie śledził tempo odbicia nowych zamówień na dobra trwałe (czw). Nastroje konsumentów mierzone przez Uniwersytet Michigan (pt) powinny się poprawić wraz z poprawą sytuacji na rynku pracy. Czynnikiem ryzyka pozostaje rozwój sytuacji zdrowotnej – dalszy przyrost nowych przypadków zachorowań będzie ciążył na nastrojach i skutkował wycofywaniem kapitału w stronę bezpiecznego USD.

Strefa euro

Ze strefy euro otrzymamy najnowsze PMI (wt) oraz niemiecki indeks Ifo (śr). Po maju PMI dla usług był wciąż w silnie kryzysowym stanie (30,5) i otwieranie punktów usługowych powinno skutkować mocnym odbiciem, choć powrót ponad 50 jest mało prawdopodobny, gdyż zasady dystansu społecznego nie zostały w pełni zniesione. Przemysł wciąż boryka się z powolną odbudową zamówień i przywróceniem łańcuchów dostaw, zatem tutaj poprawa będzie wolniejsza. Ifo powinien wskazać na poprawę warunków prowadzenia biznesu. Niemiecka gospodarka najmniej spośród czterech największych gospodarek była doświadczona skutkami pandemii, stąd łatwiej będzie firmom dostrzegać szanse na powrót ożywienia. Postawa EUR jest silnie zależna od podtrzymania motywu szybszego odbicia gospodarczego i dobre dane pomogłyby w umocnieniu waluty.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii czerwcowe odczyty PMI (wt) będą w centrum uwagi. Powinniśmy obserwować poprawę wskaźników, ale nadal z utrzymaniem wartości poniżej 50 pkt., co będzie oznaczać, że większość firm dalej postrzega sytuację w biznesie za pogarszającą się. Mimo to, im wyższy odczyt, tym odsetek zaniepokojonych firm jest mniejszy, a z poziomów po załamaniu w marcu i kwietniu odbicie teraz jest naturalną konsekwencją. Gorsze od oczekiwań dane będą miały większy wpływ na GBP, gdyż podkreślą słabość fundamentów i utrudnią podczepianie funta pod globalny rajd ryzyka.

Polska

Z Polski otrzymamy sprzedaż detaliczną (pon), produkcję budowlano-montażową (wt), podaż pieniądza (wt) i stopę bezrobocia (śr), przy czym ta pierwsza będzie najbardziej interesująca, by ocenić skalę odbicia konsumpcji wraz z otwarciem sklepów i galerii handlowych. Patrząc na już opublikowane odczyty z gospodarek zachodnich, odmrożenie gospodarki przekłada się na silne odbicie sprzedaży na realizacji odłożonych zakupów. Wątpimy, aby dane mogły wpłynąć na kurs złotego. Inwestorzy pozostają niechętni do gonienia aprecjacji złotego z uwagi na zgłaszaną przez RPP preferencję słabszej waluty. Powinniśmy obserwować więcej taktycznego kupowania EUR/PLN przy podejściach do 4,40-4,43, gdyż inwestorzy będą liczyć na podskok kursu do 4,50 w okresach wzrostu awersji do ryzyka na rynkach.

Nowa Zelandia

Kalendarz dla pozostałych ważniejszych rynków nie oferuje dużo punktów zaczepienia, co implikuje, że waluty ryzykowne będą bardziej śledzić wahania ogólnego sentymentu i szukać kierunku m.in. w sytuacji na Wall Street. Wyjątkiem jest Nowa Zelandia, gdzie bank centralny odbędzie posiedzenie (śr). Jest mało prawdopodobne, aby RBNZ dokonał zmian w parametrach polityki pieniężnej, ale z uwagi na słabe dane (m.in. niższy od oczekiwań PKB za I kw.) utrzyma gołębie nastawienie z gotowością do dodatkowych działań, jeśli uzna to za konieczne. Komunikat po posiedzeniu stanowi negatywne ryzyko dla NZD, ale przy utrzymaniu apetytu na ryzyko na globalnym rynku, słabość kiwi może okazać się przejściowa.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.