W czasie pandemii Polacy masowo uciekali na zwolnienia lekarskie

Przeszło 3,3 mln wyniosła w marcu br. liczba zarejestrowanych zaświadczeń lekarskich o czasowej niezdolności do pracy. Jak wynika z danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, w porównaniu z miesiącem wcześniejszym nastąpił wzrost o 36%. Z kolei w okresie od 1 kwietnia do 25 maja wypisano ponad 3 mln takich dokumentów. Ponad 323 tys. zwolnień miało datę wystawienia 16 marca, a od tego dnia zamknięto wszystkie szkoły w Polsce. Zdaniem ekspertów, skala nieprawidłowości mogła być naprawdę duża, ponieważ zdobycie ww. zaświadczenia nie stanowi problemu. Jednak wątpliwe jest, żeby ZUS zajmował się ewentualnymi nadużyciami.

W marcu br. zarejestrowano ponad 3,323 mln zwolnień lekarskich o czasowej niezdolności do pracy. Przeszło 3 mln z nich było z tytułu własnej choroby, 271 tys. – opieki nad dzieckiem oraz 48 tysięcy – opieki nad innym członkiem rodziny. Jak mówi Paweł Żebrowski, rzecznik ZUS, w porównaniu z lutym zanotowano wzrost o 36%. Z kolei w kwietniu liczba zaświadczeń wyniosła ponad 1,922 mln, a w maju (dane do 25. dnia miesiąca) – 1,138 mln. Od marca, przez niespełna 3 miesiące, to przeszło 6,384 mln takich dokumentów, w tym 5,927 mln z tytułu własnej choroby.

– Od stycznia do czerwca 2018 roku wystawiono ponad 7,5 mln zaświadczeń lekarskich o chorobie własnej, co daje średnią 1,25 mln miesięcznie. Poziom ponad 3 mln w marcu jest bardzo wysoki i ma zapewne bezpośredni związek z koronawirusem. Wiele osób w ten sposób zabezpieczyło siebie i swoje rodziny przed konsekwencjami sytuacji epidemicznej dla rynku pracy. Tak zrobili głównie samozatrudnieni przedsiębiorcy, rzadziej pracownicy etatowi – komentuje dr Stanisław Maksymowicz z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, ekspert ds. zdrowia Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego i Nowej Konfederacji.

Natomiast Wojciech Bociański, ekspert BCC ds. służby zdrowia, zwraca uwagę na początek pandemii. Wtedy rząd apelował, żeby nie obciążać placówek medycznych. Sugerowano, żeby załatwiać jak najwięcej spraw drogą telefoniczną. Ludzie więc dzwonili z różnych powodów, niekiedy błahych. Jednak lekarzom było trudno zweryfikować prawdziwe przyczyny, dla których trzeba wydać zwolnienie. Jak podkreśla Stanisław Maćkowiak, prezes Federacji Pacjentów Polskich, w marcu panowała atmosfera strachu. Docierały dramatyczne informacje o sytuacji m.in. we Włoszech. To sprzyjało stanom lękowym czy depresji. Osoby mniej odporne emocjonalnie potrzebowały wsparcia częściej niż zwykle.

– Na początku epidemii nie było jeszcze tzw. tarczy antykryzysowej. Zamknięto natomiast instytucje opiekuńcze dla dzieci, rozpoczęło się też zamrażanie gospodarki. Zwolnienia mogły być więc formą tymczasowej kompensacji kosztów zatrudnienia, czasem wręcz korzystną dla pracowników, mających wybór pomiędzy zaświadczeniem albo darmowym urlopem lub zawieszeniem działalności. W kwietniu nastąpił już istotny spadek nowych zwolnień. To zapewne miało związek z rozwiązaniami antykryzysowymi, m.in. z zasiłkami opiekuńczymi dla rodziców czy wprowadzeniem tzw. postojowego – mówi dr Maksymowicz.

Analizując wszystkie zaświadczenia z marca, to ponad 323 tysiące z nich miało datę wystawienia 16. dnia tego miesiąca. Ponad 293 tysiące dokumentów wypisano z tytułu choroby własnej, 24 tysiące – opieki nad dzieckiem, a 5 tysięcy – opieki nad innym członkiem rodziny. Jak stwierdza Wojciech Bociański, fizycznie jest nierealne, żeby wystawić tyle zwolnień jednego dnia. Prawdopodobnie ludzie dzwonili też 17. czy 18. marca, a otrzymywali zaświadczenia rozpoczynające się właśnie od 16. Lekarz ma prawo wystawić taki dokument do trzech dni wstecz.

– Trudno się dziwić, że tzw. wysyp zwolnień nastąpił w tym okresie. Od 16 marca, decyzją administracyjną, zamknięto wszystkie szkoły w Polsce. W takiej sytuacji rodzice musieli zadbać o bezpieczeństwo swoich dzieci. Jeżeli nie mieli innej możliwości, to oczywiście korzystali z zaświadczeń lekarskich o czasowej niezdolności do pracy – stwierdza prezes Federacji Pacjentów Polskich.

Według dr. Maksymowicza, możliwe jest, że pracodawcy wywierali presję na pracownikach, by uzyskali zwolnienie lekarskie. Dotyczy to ewentualnie małych firm, w których od pierwszego dnia to ZUS płaci tzw. chorobowe. Ekspert podkreśla, że uzyskanie zaświadczenia nie zawsze jest poparte istotnymi zdrowotnymi przesłankami. I choć proceder ten zdarza się coraz rzadziej, to zdobycie takiego dokumentu nie jest zbyt trudne. To niewątpliwie poważne źródło nadużyć. Jednak wątpliwe jest, by ZUS sięgał do dokumentów z okresu epidemii, mimo dużej skali ewentualnych nieprawidłowości.

– Myślę, że ZUS może kontrolować zaświadczenia, ale bardziej dla własnej wiedzy. W okresie pandemii i przy tych zaleceniach jakie były, to nie wyobrażam sobie, żeby wyciągano konsekwencje ws. ewentualnych nadużyć. Ból brzucha czy objawy przeziębienia mogły być przecież początkiem choroby wirusowej – dodaje ekspert BCC ds. służby zdrowia.

Natomiast Stanisław Maćkowiak podkreśla, że początkowo wiedza o wirusie była dość ograniczona. Jeśli pojawiały się znamiona mogące świadczyć o COVID-19, to lepiej było izolować danego człowieka niż narażać na zarażenie większą grupę ludzi. Gdyby postępowano swobodniej w takich przypadkach, to mogłoby się okazać, że służba zdrowia nie poradziłaby sobie z natłokiem chorych. I to byłby dramat dla wielu pacjentów.

– Prawdopodobnie wielu lekarzy wydawało zaświadczenie o niezdolności do pracy na tydzień, a później je przedłużało. To powinno być związane z wykonaniem określonych badań czy wizytą kontrolną. W warunkach pandemii mogło dochodzić do nadużyć, tzn. pominięcia pewnych standardowych czynności. Dziś bardzo ważną kwestią jest to, ile krótkotrwałych zwolnień przerodzi się w długotrwałe. Za nie już musi płacić ZUS, a nie wiemy, ile na tym straci – podsumowuje Wojciech Bociański.

SSK S.A. ma list intencyjny w sprawie połączenia z podmiotem z branży VR

Surfland Systemy Komputerowe S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od sierpnia 2011 r., działająca w branży IT, podpisała list intencyjny z firmą VR Factory Sławomir Matul prowadzącą działalność w obszarze technologii Virtual Reality, który inicjuje proces negocjacji w sprawie połączenia. Podmioty rozpoczną teraz proces due diligence oraz prace nad przygotowaniem Term Sheet.

SSK S.A. podpisała z firmą VR Factory Sławomir Matul list intencyjny inicjujący proces negocjacji, które w efekcie mogą doprowadzić do połączenia podmiotów. VR Factory zamierza w najbliższym czasie zmienić formę organizacyjną prowadzonej działalności poprzez jej wniesienie wraz z autorskimi prawami majątkowymi do gier rozrywkowych i aplikacji marketingowych VR, prawami do stron i domen internetowych oraz pozostałymi składnikami majątkowymi do spółki VRScreens Sp. z o.o. Strony zdecydowały się rozpocząć negocjacje dostrzegając potencjalne korzyści płynące z zacieśnienia współpracy, wykorzystania efektu synergii płynącej z doświadczenia i potencjału obu stron. Podstawą tej decyzji jest przekonanie, że po połączeniu powstanie podmiot o mocnej pozycji konkurencyjnej w branży producentów gier rozrywkowych i aplikacji marketingowych VR, który będzie posiadał status spółki publicznej. Podpisanie listu intencyjnego otwiera proces due diligence oraz prace nad przygotowaniem Term Sheet (porozumienia w sprawie podstawowych warunków transakcji), którego podpisanie ma nastąpić do 31 lipca br. Ewentualne połączenie obu podmiotów nastąpi po ustaleniu parytetu wymiany akcji i pod warunkiem wyrażenia zgody przez Walne Zgromadzenia Akcjonariuszy SSK S.A. oraz Zgromadzenie Wspólników VRScreens Sp. z o.o. Zarząd SSK S.A. podchodzi z dużym optymizmem do potencjalnej transakcji i będzie pracował nad procesem due diligence oraz opracowaniem Term Sheet.

„Po wielu latach działalności jako integrator systemów informatycznych i firma świadcząca usługi opieki serwisowej oraz outsourcingu usług IT, Spółka staje przed szansą szybkiego wzrostu poprzez „wejście” na dynamicznie rozwijający się i ceniony przez inwestorów rynek gier i aplikacji wykorzystujących technologię Virtual Reality. Rynkowe wyceny spółek gamingowych notowanych na głównym parkiecie, jak i na rynku NewConnect w pełni te oczekiwania potwierdzają.” – komentuje Bogusław Bartoń, Prezes Zarządu Spółki Surfland Systemy Komputerowe S.A.

W lutym br. Spółka poinformowała o dokonaniu wyboru opcji strategicznej polegającej na połączeniu Emitenta z innym podmiotem w drodze przejęcia przez ten podmiot, po uprzednim wydzieleniu podstawowej działalności do nowo powołanej spółki. Decyzja ta poprzedzona została analizą wariantowych opcji, o których Emitent informował w grudniu 2019 r. oraz konsultacjami z głównymi akcjonariuszami Spółki. Zarząd SSK S.A. będzie rekomendował Walnemu Zgromadzeniu podjęcie uchwały o wyrażeniu zgody na zbycie zorganizowanej części przedsiębiorstwa w postaci wyodrębnionego „Działu Realizacji Projektów i Usług IT”, poprzez jego przeniesienie na rzecz nowo powołanego podmiotu.

W grudniu ub. roku Spółka poinformowała, że w wyniku oceny aktualnej jej sytuacji oraz analizy trendów i perspektyw rozwoju rynku IT, Zarząd podjął w porozumieniu z głównymi akcjonariuszami decyzję o przeanalizowaniu w najbliższych kilku tygodniach wariantowych opcji strategicznych dla Emitenta. Wśród tych opcji znalazło się m.in. dokapitalizowanie SSK S.A. poprzez prywatną emisję akcji celem budowy i rozwoju działu systemów multimedialnych, w tym m.in. systemów AR (ang. augmented reality),  połączenie z innym podmiotem w drodze przejęcia przez ten podmiot, po uprzednim wydzieleniu podstawowej działalności Spółki do nowo powołanego podmiotu oraz stworzenie grupy kapitałowej z Emitentem jako podmiotem dominującym i wydzielenie dotychczasowej działalności w obszarze IT do podmiotu zależnego.

Surfland Systemy Komputerowe S.A. przeprowadziła w ostatnim czasie emisję akcji serii K, z której pozyskała 800 tys. zł. Inwestorzy objęli wszystkie zaoferowane akcje w liczbie 800.000 szt. po cenie emisyjnej wynoszącej 1,00 zł za akcję.

Czego brakuje w Sprawozdaniu z wykonania ustawy budżetowej za 2019 r.

Czas obala mity. Tak właśnie stało się z mitami na temat stanu finansów publicznych. Najpierw runął ten o rzekomo „zrównoważonym budżecie” w 2020. Teraz okazuje się, że sytuacja fiskalna w Polsce w 2019 roku była tylko pozornie bardzo dobra.

W komisjach sejmowych właśnie rozpoczynają się prace nad sprawozdaniem z wykonania ustawy budżetowej za 2019 r. Rada Ministrów informuje w nim Sejm o całokształcie wykonania budżetu, a posłowie dokonują oceny pod kątem zachowania dyscypliny budżetowej, tj. prawidłowego wykonania ustaleń ustawy budżetowej. Sprawozdanie to kluczowy dokument, gdyż zgodnie z Konstytucją (art. 226) na bazie jego oceny i na bazie analizy NIK, Sejm udziela rządowi absolutorium.

Sprawozdanie było też dyskutowane kilka dni temu na zespole ds. budżetu Rady Dialogu Społecznego. Na tym posiedzeniu Minister Finansów poinformował stronę społeczną, że sytuacja finansów publicznych w 2019 r. była dobra. To jednak tylko jedna strona medalu. Deficyt sektora finansów publicznych według obiektywnej metodologii unijnej (ESA 2010) wyniósł w 2019 r. 0,7 proc. PKB, co jest relatywnie niskim poziomem patrząc na dane historyczne. Dług według tej metodologii, wyniósł 46 proc. PKB.

Jeżeli jednak porównamy deficyt do innych krajów UE, to już okazuje się, że mimo działań uszczelniających podatki, mimo wysokiego wzrostu gospodarczego jesteśmy w pierwszej dziesiątce krajów z najwyższym deficytem. Co jest również istotne w aż 16 krajach w 2019 r. zanotowano nadwyżkę w finansach publicznych. O tym w sprawozdaniu już nie napisano.

W przypadku poziomu długu publicznego Polska w 2019 r. uplasowała się na 11 miejscu wśród krajów z najniższym długiem z relacją długu do PKB niższą niż średnia w UE wynosząca ok. 80 proc. W zakresie tego miernika Polska wypada lepiej od większości krajów w UE. Niestety mimo relatywnie niższego długu, średnie koszty obsługi długu należą w Polsce do jednych z najwyższych, wynosiły średnio 3 proc. w 2019 r. Polska pod tym względem jest w pierwszej piątce krajów UE z najwyższym kosztem obsługi długu.

W ostatnim okresie naszym wagonikiem finansów publicznych „jechaliśmy z górki”. Była bardzo dobra koniunktura, dzięki której dochody budżetowe rosły w ponadprzeciętnym tempie. Było to w części efektem uszczelniania podatków, ale w samym 2019 r. luka VAT niestety wzrosła, a efekty uszczelniania były bliskie zeru wobec zakładanych 4,6 mld zł. O tym, też wprost nie napisano w sprawozdaniu. Jednak górka się wypłaszczyła, przed nami wręcz duże wzniesienie (recesja). Tymczasem nasz wagonik jest pełny „sztywnych wydatków socjalnych” na które nie mamy pokrycia w trwałych dochodach. Z tej perspektywy stan finansów publicznych nie wygląda już dobrze.

Pokazuje to tzw. deficyt strukturalny, tj. deficyt oczyszczony o ponadprzeciętne dochody wynikające z bardzo dobrej koniunktury, czy też dochody jednorazowe. Według szacunków KE deficyt strukturalny wyniósł w Polsce w 2019 r. 2,7 proc. PKB (średnia UE: 1,1 proc.), jesteśmy w pierwszej piątce krajów z najwyższym deficytem strukturalnym. Mimo wysokiego wzrostu gospodarczego wraz Węgrami i Rumunią odstajemy od reszty krajów UE jeżeli chodzi o poziom deficytu strukturalnego.

deficyt

To obrazuje prawdziwe, strukturalne problemy polskich finansów publicznych. W ostatnim okresie wprowadzono wiele nowych, sztywnych wydatków socjalnych i preferencji podatkowo-składkowych, które nie mają pokrycia w trwałych źródłach dochodów.

Niestety w sprawozdaniu nie dowiemy się o deficycie strukturalnym. A jest on bardzo istotnym miernikiem stanu finansów publicznych, o którym powinien być poinformowany Sejm. Oczywiście formalnie nie ma takiego wymogu, ale przecież jesteśmy już od 16 lat w Unii Europejskiej i w ramach semestru europejskiego Komisja Europejska wyznacza Polsce cele w zakresie redukcji deficytu strukturalnego i wylicza dla Polski oraz wszystkich krajów UE właśnie ten miernik. Strona społeczna, w tym Pracodawcy RP, sygnalizowała na RDS Ministrowi Finansów, że biorąc pod uwagę deficyt strukturalny to obraz finansów na tle innych krajów nie jest taki różowy. Warto aby wprowadzić wymóg raportowania w Sprawozdaniu też tego miernika.

Problemy polskich finansów publicznych w 2019 r. dostrzega też Komisja Europejska, która w swojej ocenie w ramach procedury SDP, tj. procedury nadmiernych odchyleń (SDP – Significant Deviation Procedure), stwierdziła że Polska nie spełniła rekomendacji.

W ramach tej procedury KE bada, czy kraje nie biorą na barki finansów publicznych zbyt wiele wydatków nie pokrytych trwałymi dochodami.

Wg oceny roku 2019 jesteśmy na czarnej liście kilku krajów, dla których wszelkie mierniki odnoszące się do deficytu strukturalnego przekroczyły znacząco rekomendacje KE. Przy czym przekroczenia te są znaczące i spowodowały zapalenie „czerwonych lampek” ostrzegawczych.

Komisja Europejska zaleciła Polsce zmniejszenie deficytu strukturalnego w 2019 r. o 0,6 proc. PKB. Niestety w ciągu 2019 r. pojawiły się nowe programy socjalne i w rezultacie deficyt strukturalny zamiast się zmniejszyć, zwiększył się z ok. 2 proc. PKB do 2,7 proc. PKB. Co oznacza przekroczenie rekomendacji KE aż o 1,4 proc. PKB, tj. ok. 30 mld zł.

Komisja Europejska bada również dynamikę wydatków całego sektora finansów publicznych, czy jest ona spójna z redukcją deficytu i czy wydatki mają pokrycie w trwałych dochodach budżetowych. Jest to tzw. „benchmark wydatkowy”, swojego rodzaju reguła wydatkowa, referencyjne tempo wzrostu wydatków gwarantujące stabilność finansów publicznych. To referencyjne tempo wzrostu wydatków, bazuje na obiektywnej metodologii unijnej i  jest odporne na kreatywną księgowość i przesuwanie wydatków do funduszy pozabudżetowych, co jest stosowane w przypadku polskiej reguły wydatkowej SRW, co zresztą w swojej analizie wytyka NIK. NIK w ocenie budżetu wprost krytykuje, że przesunięcie wydatków do Funduszu Solidarnościowego miało na celu ominięcie reguły wydatkowej i ją osłabia. Podobnie jak przekazanie obligacji dla telewizji. Te wszystkie działania zaburzają przejrzystość budżetu. NIK wzywa do uszczelnienia zakresu reguły wydatkowej.

Zgodnie z unijnym “benchmarkiem wydatkowym” wydatki całego sektora finansów publicznych w 2019 r. powinny wzrosnąć o 4,2 proc. r/r. A w rzeczywistości wydatki całego sektora wzrosły ponad dwukrotnie szybciej, tj. aż o ok. 10 proc.! To oznacza przekroczenie benchmarku wydatkowego o ponad 40 mld zł.

Tabela: Spełnienie kryteriów procedury SDP

Spełnienie kryteriów procedury SDP
Źródło: KE.

Czerwone lampki ostrzegawcze zapaliły się za 2019 r. tylko dla kilku krajów. Gdyby nie epidemia COVID-19 to Komisja Europejska wszczęłaby wobec Polski procedurę SDP, o czym informowałem już na początku lutego. Tym razem się udało, ale po kryzysie problemy wrócą.

Oczywiście stan finansów publicznych nie jest dramatyczny, ale na pewno nie jest dobry. Mamy bardzo duże problemy strukturalne, które ujawnią się z całą siłą w latach 2021-2022.

Sygnał ostrzegawczy daje już OECD, która w swojej ostatniej prognozie szacuje, że deficyt sektora finansów publicznych w Polsce w 2020 r wzrośnie do ponad 200 mld zł, w skrajnym scenariuszu nawet do 240 mld zł (11 proc. PKB). Co najgorsze OECD uważa, że problemy strukturalne spowodują, że deficyt pozostanie na bardzo wysokim poziomie nawet w 2021 r. (7-10 proc.). Według OECD (w skrajnym scenariuszu) dług zbliży się do 70 proc. PKB, co oznacza, że jego wartość przekroczy 1,5 biliona złotych. A niedawno martwiliśmy się, że dług przekroczył 1 bilion zł. Gdyby ten scenariusz się spełnił, oznaczałoby to , że od 2015 r. dług zwiększy się do 2021 r. o 0,6 biliona złotych, czyli średnio o 100 mld zł rocznie.

Lepiej byłoby dla wszystkich, żeby taki finansowy armagedon nie nastąpił.

Dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP

Bell wesprze Polskę we wszystkich programach modernizacji śmigłowców

Amerykański Bell jest gotowy, aby dostarczyć Polsce nowoczesne rozwiązania śmigłowcowe dostosowane do Kruka, Perkoza i Kondora, uwzględniając współpracę przemysłową. „Dostrzegamy solidny potencjał oraz kompetencje polskiej branży lotniczej i jesteśmy gotowi do daleko idącego dialogu” – mówi Vince Tobin wiceprezes Bell Textron.

Jako pionier innowacyjnej aeromobilności Bell Textron skutecznie rozwija lotnictwo wojskowe i cywilne w USA, a także w wielu innych krajach. Współpracując przez dekady z interesariuszami rządowymi, wojskowymi i przemysłowymi zyskaliśmy reputację wiarygodnego partnera, który oferuje optymalne rozwiązania do wszystkich rodzajów misji i wymagań modernizacyjnych. Ostatnim przykładem owocnej współpracy jest zamówienie realizowane dla Republiki Czeskiej, która wybrała flotę mieszaną AH-1Z Viper i UH-1Y Venom. Deklarowane potrzeby polskich Sił Zbrojnych wskazują, że Polska – decydując się także na flotę mieszaną – mogłaby stać się drugim co do wielkości użytkownikiem platformy H-1, zaraz po Korpusie Piechoty Morskiej USA (USMC). Co ważne, H-1 są jedynymi śmigłowcami operującymi w połączeniu z myśliwcami F-35 Joint Strike Fighter, które także za pewien czas znajdą się na wyposażeniu polskiej armii.

Jak stwierdza wiceprezes koncernu Bell – Vince Tobin: „Bell może zapewnić Polsce rozwiązania na potrzeby wszystkich śmigłowcowych programów modernizacji polskiej armii”. Tobin podkreśla, że: „Służymy wielu państwom sojuszniczym w budowaniu zdolności uderzeniowych oraz wsparcia, a także mobilności wojsk i transporcie VIP. Dzięki całej gamie specjalnie zaprojektowanych maszyn wojskowych i cywilnych, możemy stworzyć i dopasować ofertę w sposób optymalny do wymagań, także Polski”.

Zespół śmigłowców H-1 jest niezawodny technologicznie, łatwy do rozmieszczenia, przystępny cenowo, a przede wszystkim skuteczny na współczesnym polu. To, co w szczególności wyróżnia model szturmowy AH-1Z, obok kompatybilności z F-35, to zdolność przenoszenia i stosowania najbardziej zaawansowanych rodzajów uzbrojenia powietrze-powietrze i powietrze-ziemia. Dla przykładu, AH-1Z Viper to jedyny śmigłowiec uderzeniowy z systemem kierowanych rakiet air-to-air AIM-9 Sidewinder. Zasadniczą zaletą tandemu AH-1Z Viper i UH-1Y Venom jest też unikatowa względem konkurencji 85-procentowa wspólność części i komponentów. To minimalizuje ich obciążenie logistyczne oraz wydłuża cykl życia, a w rezultacie znacznie usprawnia także funkcjonowanie na większych dystansach oraz w warunkach ekspedycyjnych. Wszystkie te cechy czynią z duetu H-1 – Viper i Venom – solidne narzędzie do uzyskiwania dominacji na lądzie i morzu, także w Polsce. Połączona flota sprawdzi się i w ochronie Przesmyku Suwalskiego i obszarów krytycznych na Bałtyku.

Przedstawiciele Bell Textron zapewniają, że inwestycja Polski w konstrukcję H-1, wydatnie zwiększy bezpieczeństwo Polski, podniesie zdolności przemysłowe, a także otworzy ścieżkę do współpracy w ramach Future Vertical Lift.

W tym kontekście, wiceprezes Tobin zaznacza, że: „Dostrzegamy solidny potencjał i kompetencje polskiej branży lotniczej i jesteśmy gotowi do daleko idącego dialogu o współpracy przemysłowej. Wejście Bella w kluczowe programy modernizacji śmigłowców otworzy nowe możliwości dla branży lotniczej, a jednocześnie wzmocni bezpieczeństwo łańcucha dostaw”. Jak konkluduje Tobin: „W opinii Bella, Polska znajduje się w wyjątkowej sytuacji, aby stać się liderem branży wiropłatów w Europie”.

Niezdecydowanie

Apetyt na ryzyko ponownie jest ograniczany przez obawy o drugą falę zachorowań wraz z pesymistycznymi doniesieniami z USA i Chin, ale inwestorzy polują na zajawki pozytywnych informacji, by obronić wzrosty. Sugestie, że USA i Chiny dalej rozmawiają o utrzymaniu relacji handlowych daje przeciwwagę wirusowym strachom. Wejście Europy do gry przerzuca uwagę na banki centralne.

Cały tydzień przebiega na wahaniach nastrojów, kiedy inwestorzy przeskakują między pozytywnymi i negatywnymi informacjami. Mix czynników wprowadza niezdecydowanie i wyhamowanie trendów, choć wyczuwalna jest chęć do wyciągnięcia dobrych informacji na powierzchnię. Nie jest łatwo, gdyż dziesięć stanów USA zanotowało najwyższą 7-dniową średnią przyrostu nowych przypadków zachorowań na koronawirusa, a Chiny rozszerzają środki w walce z wirusem rozprzestrzeniającym się w Pekinie, w tym odwołują loty pasażerskie i zamykają osiedla. Szczęśliwie nastroje stabilizują raporty, że spotkanie czołowych oficjeli USA i Chin w sprawie umowy handlowej przyniosło „konstruktywny dialog”. Taka forma opisu relacji nie jest niczym nowym, ale fakt, że inwestorzy skupili dziś rano na tym uwagę, pokazuje, jak duża jest determinacja, by nie popadać w pesymizm. To wystarcza, by rynki nie rozkręciły spirali wyprzedaży, ale może być za mało na uruchomienie silniejszego odbicia. Wydaje się, że do końca tygodnia nic ciekawego na rynkach się nie wydarzy i aktywa ryzykowne ugrzęzną w konsolidacji.

Czwartek powinien zostać poświęcony na analizie stanowisk banków centralnych. Startujemy ze Szwajcarskim Bankiem Narodowym, który utrzyma stopę procentową bez zmian, a w komunikacie powtórzy determinację do walki ze zbyt silnym frankiem. To negatywne dla CHF nastawienie, z którego rynek zwykle nic sobie nie robi. Jak tylko wróci awersja do ryzyka, szczególnie taka z ogniskiem w Europie, EUR/CHF ponownie spotka się z nasileniem sprzedaży. Jednak ostatnia wyraźna poprawa nastrojów przełożyła się na odbicie EUR/CHF z dala od 1,05, więc przynajmniej na razie praca SNB stał się prostsza bez potrzeby interwencji walutowych.

Stopy bez zmian powinien też utrzymać Norges Bank, ale ryzyko leży w prognozach ścieżki stopy procentowej. Utrzymanie stopy depozytowej na 0 proc. nie jest stanem zadowalającym bank centralny, więc w prognozach mogą zasygnalizować oczekiwania startu normalizacji polityki gdzie na koniec horyzontu prognozy. Jeśli szybsze odbicie ożywienia tyczyć ma się także Norwegii, Norges Bank może uwzględnić to w swoich oczekiwaniach. Byłoby to pozytywne zaskoczenie dla NOK.

Bank Anglii także pozostawi stopę procentową bez zmian, ale najprawdopodobniej rozszerzy program skupu aktywów o dodatkowe 200 mld GBP. Z obecnym tempem dokonywania zakupów limit wyznaczony w marcu wyczerpie się w przyszłym miesiącu, zatem decyzja konieczna jest teraz. Jakkolwiek dla GBP nie jest to impuls do zmienności, interesujący dla inwestorów będzie ewentualny rozwój dyskusji o zasadności ujemnych stóp procentowych. Przedstawiciele Monetary Policy Council nie raz wyrażali otwartość dla koncepcji ujemnych stóp procentowych w przyszłości. Bazowo nie oczekujemy wyraźnych wskazówek, że bank szykuje się do kolejnych cięć, toteż w tym widzimy największe gołębie ryzyko dla funta.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zwolnienia w firmach wcale nie stanęły

Według aktualnych danych przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw zmniejszyło się w maju o ok. 85 tys. etatów. Łączny spadek od początku kryzysu to już 272 tysiące, jest już prawie dwukrotnie większy niż podczas globalnego kryzysu finansowego w 2008 roku.

Wówczas zatrudnienie spadło o ok. 140 tysięcy pracowników i było rozłożone w czasie. Teraz spadki są bardzo gwałtowne. Wystarczyły trzy miesiące, aby ubyło ponad ćwierć miliona etatów tylko w sektorze przedsiębiorstw bez małych firm.

Spadek w maju jest jednak mniejszy od zanotowanego w kwietniu. Łącznie od początku kryzysu zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw zmniejszyło się już o ponad 272 tys., tj. 4,2 proc.. Sektor przedsiębiorstw nie obejmuje mikro firm, niektórych sektorów oraz pracujących na umowach cywilnoprawnych, obejmując ok. 6,2 milionów zatrudnionych z 16 milionów wszystkich pracujących. Nie znamy więc pełnego obrazu rynku pracy. Zwolnienia w nieobjętych szybkim monitoringiem firmach mogą być większe i dołożyć co najmniej drugie tyle zwolnionych. Czyli łącznie może to być ponad pół miliona, nawet do 600 tysięcy. Jeżeli chodzi o poziom zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw cofnęliśmy się więc do 2017 r.

zwolnienia w firmach
Źródło: dr Sławomir Dudek na podstawie danych GUS

Potwierdziły się tym samym oczekiwania firm wyrażone w majowej ankiecie Centrum Monitoringu Sytuacji Gospodarczej. Jak informowaliśmy w tamtym badaniu ok. 37 proc. spodziewało się w maju zmniejszenia zatrudnienia. Trzeba jednak podkreślić bardzo niepokojący fakt: badanie GUS nie obejmuje mikro przedsiębiorstw, a zgodnie z ankietą CMSG to właśnie te firmy deklarowały w maju największe zmniejszenie zatrudnienia.

Firmy ograniczają też wynagrodzenia, średnie wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw jest już tylko o 1,2 proc. większe niż przed rokiem, a na początku roku było to prawie 8 proc. To oznacza, że płaca minimalna 2600 zł w tym roku przekroczy relację 50 proc. do średniej pensji, a w relacji do mediany to już jest grubo ponad 55 proc. To może stanowić silną presję do zwolnień, szczególnie w mikro firmach. Ubytek zatrudnienia w maju był mniejszy niż w kwietniu, ale perspektywa kolejnych wzrostów minimalnego wynagrodzenia może wywrzeć presję na głębsze zwolnienia. To rodzi niepewność dla firm czy warto utrzymywać zatrudnienie, jeżeli rząd nagle zaskoczy nas „przedwyborczym” wzrostem tego parametru. Dlatego konieczna jest szybka deklaracja władz o zrozumieniu sytuacji firm.

zwolnienia w firmach 2
Źródło: ankieta CMSG, maj 2020

Średni (nieważony) spadek zatrudnienia wg wielkości zatrudnienia

zwolnienia w firmach 3
Źródło: ankieta CMSG, maj 2020.

dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP

„Dotacje na kapitał obrotowy” – nowe wsparcie dla średnich firm dotkniętych COVID-19

Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej wraz z Polską Agencją Rozwoju Przedsiębiorczości przygotowały nowe rozwiązanie, które ma pomóc przedsiębiorcom. Firmy, których sytuacja finansowa uległa pogorszeniu przez pandemię koronawirusa, mogą składać wnioski o bezzwrotne wsparcie w ramach naboru „Dotacje na kapitał obrotowy”. Jakie są warunki przystąpienia i na jakie wsparcie można liczyć? O tym mówili eksperci podczas webinaru odbywającego się w ramach cyklu PARP oraz Ministerstwa Rozwoju „Tarcza Antykryzysowa dla biznesu”.

Spotkanie 9 czerwca rozpoczęło wystąpienie on-line wicepremier Jadwigi Emilewicz, która przedstawiła działania, jakie zostały wprowadzone od początku kwietnia br. – W pierwszych tygodniach pandemii nie tylko przygotowywaliśmy rozwiązania ustawowe, ale także wyodrębniliśmy niewykorzystane dotąd środki, które można przeznaczyć na wsparcie dla przedsiębiorców. To przyniosło efekt – w regionach jest 60-70 tys. firm na dany obszar, które już uzyskały wsparcie albo właśnie podpisują umowy. Środki pochodzą z różnych programów – Programu Wiedza Edukacja Rozwój czy Inteligentny Rozwój – powiedziała Jadwiga Emilewicz, wicepremier, minister rozwoju.

Maksymalnie upraszczamy procedury ubiegania się o wsparcie, po to aby firmy po te środki sięgały. Mam nadzieję, że to będzie też zmiana w procesach aplikacyjnych, która zostanie z nami po pandemii – dodała.

Funduszowy Pakiet Antywirusowy

Funduszowy Pakiet Antywirusowy uzupełnia to, co proponuje Tarcza Antykryzysowa rządu. Jest zestawem działań, które mają poprawić kondycję polskiej gospodarki zmagającej się ze skutkami pandemii. Obejmuje nie tylko zmiany w prawie, zarówno polskim jak i unijnym, ale także fundusze. Zmiany w prawie to m.in. wydłużanie terminów naboru i rozliczeń projektów czy większa elastyczność przy realizacji przedsięwzięć współfinansowanych ze środków unijnych.

Do tej pory na walkę z pandemią i jej negatywnymi skutkami przeznaczyliśmy z funduszy unijnych ponad 14 mld zł. A to jeszcze nie koniec. Cały czas pracujemy nad kolejnymi programami, przedsięwzięciami i naborami. To co już udało się wygospodarować, to m. in pomoc w utrzymaniu miejsc pracy w firmach. Na ten cel przeznaczyliśmy wspólnie z marszałkami województw ok. 2,5 mld zł. To również pożyczki płynnościowe na bieżącą działalność firm – w pierwszym rzucie 550 mln zł, za chwilę kolejne 500 mln zł. To także granty na badania nad diagnostyką, leczeniem i profilaktyką chorób wirusowych – na ten cel przeznaczyliśmy 200 mln zł. To również granty dla firm, które chcą inwestować w infrastrukturę badawczo rozwojową – powiedziała Małgorzata Jarosińska-Jedynak, Minister Funduszy i Polityki Regionalnej.

W ramach Funduszowego Pakietu Antywirusowego można również ubiegać się o „Dotację na kapitał obrotowy”. To instrument, który będzie wdrażany zarówno na poziomie krajowym (z Programu Polski Wschodniej i z Programu Inteligentny Rozwój), jak i regionalnym (poprzez regionalne Programy Operacyjne zarządzane przez marszałków województw). W tym ostatnim przypadku przygotowano wsparcie także dla mikroprzedsiębiorstw. 500 mln zł z Programu Polski Wschodniej trafi do średnich firm z 5 województw Polski Wschodniej, a kolejne 2 mln trafi do średnich firm z pozostałych 11 województw.

Małgorzata Oleszczuk, Prezes PARP odniosła się bezpośrednio do przedsiębiorców zainteresowanych taką formą pomocy. – Zapraszamy średnich przedsiębiorców do konkursu, który wdrażamy „Dotacje na kapitał obrotowy”. Mamy nadzieję, że będzie to wsparcie, które pomoże firmom w trudnych chwilach. Będziemy mogli sfinansować te wydatki, które ponoszą firmy na swoją codzienną działalność.

Cel instrumentu

„Dotacje na kapitał obrotowy” są przeznaczone dla przedsiębiorców, którzy znajdują się w trudnej sytuacji ekonomicznej i potrzebują wsparcia w utrzymaniu płynności finansowej. Środki można przeznaczyć na bieżące wydatki, regulację zobowiązań oraz wszystkie inne koszty, które służą utrzymaniu przedsiębiorstwa.

Warunki

Firma zostanie objęta wsparciem, o ile odnotowała min. 30% spadek obrotów w związku z wystąpieniem pandemii COVID-19 – w odniesieniu do miesiąca poprzedzającego złożenie wniosku albo do analogicznego miesiąca w porównaniu do ubiegłego roku. Przedsiębiorca sam decyduje, jak chce pokazać spadek obrotów. Sytuacja ta musi odnosić się do dowolnego miesiąca po 1 lutego 2020 roku.

Kolejnym warunkiem jest prowadzenie działalności przed 31 grudnia 2019 roku. Przedsiębiorca otrzyma dotację, o ile nie znajdował się wtedy w trudnej sytuacji ekonomicznej. Oznacza to, że jego wszystkie składki były uregulowane, nie zalegał z podatkami i uregulował swoje zobowiązania np. w stosunku do kontrahentów.

Wsparciem mogą zostać objęte firmy zatrudniające co najmniej 50 i mniej niż 250 pracowników. Roczny obrót przedsiębiorstwa nie może przekraczać 50 mln euro lub roczna suma bilansowa nie może przekraczać 43 mln euro.

Określając zatrudnienie w firmie, uwzględniamy samego właściciela oraz liczbę osób zatrudnionych bezpośrednio przez przedsiębiorcę i związanych z nim stosunkiem pracy w przeliczeniu na pełne etaty zgodnie z ustawowym czasem pracy. Inaczej niż przy określeniu statusu średniego przedsiębiorstwa, nie można uwzględnić osób zatrudnionych w podmiotach powiązanych z przedsiębiorcą.

Parametry finansowania

Wartość wsparcia będzie uzależniona od skali zatrudnienia w danym przedsiębiorstwie oraz długości okresu, na jaki firma ubiega się o pomoc. Przedsiębiorca będzie mógł złożyć wniosek o środki na utrzymanie firmy przez miesiąc, dwa lub trzy. Przykładowo średnia firma, zatrudniająca do 249 pracowników, która wnioskuje o wsparcie na 3 miesiące, może ubiegać się maksymalnie o prawie 430 tys. zł.

Nie będzie wymagany wkład własny. Organizator nie przewiduje innego wariantu dofinansowania niż 100%. Przedsiębiorca nie ponosi żadnych kosztów związanych z realizacją projektu.

– Dotacje na kapitał obrotowy można łączyć z innymi formami wsparcia, pochodzącymi z Polskiego Funduszu Rozwoju w ramach Tarczy Antykryzysowej, o ile łączna wartość tej pomocy nie przekroczy 800 tys. euro. Można również połączyć je z pożyczkami płynnościowymi, które uruchomiliśmy w ramach Programu Inteligentny Rozwój we współpracy z Bankiem Gospodarstwa Krajowego – powiedziała Małgorzata Szczepańska, Dyrektor Departamentu Programów Wsparcia Innowacji i Rozwoju w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej

Nabór

Nabór wniosków trwa od 15 czerwca do 31 lipca br. lub do momentu, w którym środki zostaną wyczerpane. Za przeprowadzenie konkursu, ocenę wniosków i wypłatę środków odpowiedzialna jest Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości. Szczegółowe dokumenty znajdują się na stronie internetowej www.parp.gov.pl/kapitalobrotowy.

Dolar traci na wartości, silnego PLN nie chce RPP. Co będzie dalej?

WIG20 – razem z resztą europejskiego rynku akcji – silnie odbił na fali lepszych nastrojów rynkowych po zapowiedzi rozszerzenia skupu aktywów przez Fed i planach inwestycji infrastrukturalnych Białego Domu za 1 bln USD. Na chwilę, bo brakuje rynkowego konsensusu. Co więc dalej z dolarem i polskim złotym?

Na rynku walutowym zaznaczyło się ponowne cofnięcie od ryzykownych walut w kierunku USD, przy obawach o drugą falę zachorowań. – Apetyt na ryzyko ponownie jest ograniczany przez obawy o drugą falę zachorowań wraz z pesymistycznymi doniesieniami z USA i Chin, ale inwestorzy polują na zajawki pozytywnych informacji, by obronić wzrosty. Sugestie, że USA i Chiny dalej rozmawiają o utrzymaniu relacji handlowych daje przeciwwagę wirusowym strachom. Wejście Europy do gry przerzuca uwagę na banki centralne – uważa Konrad Białas, główny ekonomista TMS Brokers.

Rynki w większości przechodzą w stan wstrzymania w oczekiwaniu na nowe impulsy. – Wniosek, jaki z tego płynie, to otwartość rynków na dwustronną zmienność – ocenia Konrad Białas, główny ekonomista TMS Brokers.

Huśtawka nie omija złotego

W przypadku polskiej waluty, należy pamiętać o tym, że dodatkowej „pomocy” udzieliła Rada Polityki Pieniężnej. W komunikacie po posiedzeniu napisano, że ożywienie gospodarcze może być ograniczane przez brak wyraźnego dostosowania kursu złotego do globalnego wstrząsu wywołanego pandemią oraz luzowania polityki pieniężnej.

– Odniesienie do waluty rzadko występuje w komunikacji Rady i szczególnie zaskakuje, biorąc pod uwagę, że złoty wcale nie wyróżnia się siłą względem innych walut regionu (CZK, HUF). Komentarz sugeruje, że Rada wolałaby słabszego złotego, który mógłby pomóc załagodzić skutki załamania popytu zewnętrznego i wesprzeć eksport. To także sygnał, że dalsze umocnienie złotego może spotkać się z bardziej stanowczą reakcją NBP, nawet w formie bezpośrednich interwencji. Dla traderów na rynku złotego to znak, aby wahania na złotym (np. dla EUR/PLN w przedziale 4,41-4,48) rozgrywać od strony sprzedaży polskiej waluty. Nawet jeśli nastroje na rynkach zewnętrznych będą pozytywne, obawy przed interwencją NBP będą hamować aprecjację złotego – ocenia Białas.

Wahania WIG20

Na wtorkowej sesji widać było euforyczne nastroje. Każda z grona 20 największych spółek była na plusie. Najmocniej, bo ponad 7% do góry wybiła spółka CCC, ponad 5% rosły także kursy Lotos, Pekao i PKN Orlen. Główne polskie indeksy: WIG20, mWIG40 i sWIG80 zaliczyły wzrosty. W środę nie było już tak kolorowo. Chętnych na zakupy zdemobilizowało rynkowe otoczenie i oczekiwanie na sygnały z innych rynków. Wśród największych spółek zyskał m.in. CD Projekt (2,1%), a straciło CCC (-5,0%) oraz JSW (-5,9%). Uwagę zwracały wzrosty Mercatora (7,5%), Ten Square Games (5,6%), 11Bit (5,3%) oraz Biomedu (5,3%). Na europejskich parkietach utrzymywały się nieco lepsze nastroje.

Wpływ na wyceny aktywów z rynków wschodzących, w tym polskich, powinien być jednak per saldo pozytywny. Osłabienie dolara wiązałoby się z przepływami kapitału do innych. Tyle że w zależności od aktualnych nastrojów rynkowych powinny na tym korzystać aktywa z rynków wschodzących lub alternatywne dla dolara bezpieczne przystanie, takie jak jen i frank. Jednak zdaniem ekonomisty Konrada Białasa prognozy znacznego osłabienia dolara pojawiają się od kilku lat i nie sprawdziły się do tej pory.

– Nieznacznego, 3—5-procentowego osłabienia waluty nigdy nie można wykluczyć, jednak do prognoz większego ruchu podchodziłbym ze sporą rezerwą. Fiskalnej stymulacji amerykańskiej gospodarki towarzyszą podobne działania innych rządów — podkreśla Białas.

Ponadto jego zdaniem nasilanie się obaw przed zbyt wysokim zadłużeniem USA byłoby możliwe tylko w scenariuszu niestabilnej sytuacji gospodarczej na świecie. To napędzałoby równocześnie popyt na obligacje USA, czyli także na dolara. W ten sposób czynniki, które mogłyby doprowadzić do osłabienia dolara, zaczęłyby się w pewnym horyzoncie wzajemnie znosić.

– Jednocześnie trudno sobie wyobrazić, by w roli bezpiecznego schronienia dolara mogły trwale zastąpić jen albo frank. Potencjalnie głównym beneficjentem osłabienia dolara mogłoby być euro, jednak ze względu na problemy strukturalne strefy euro potencjał umocnienia wspólnej waluty oceniłbym co najwyżej jako niewielki — mówi Konrad Białas.

Co dalej z PLN?

Marzec 2020 roku przechodzi do historii jako miesiąc ogromnej presji i najsilniejszych odpływów kapitału z rynków wschodzących. Tylko te kilka tygodni inwestorzy zagraniczni z rynków akcji i obligacji emerging markets wycofali ponad 73 miliardy dolarów.

– To był epizod silniejszej presji nawet niż cały globalny kryzys finansowy. W takich warunkach zawsze najbardziej zagrożone są waluty gospodarek wschodzących, a do tego katalogu wciąż zaliczany jest złoty – ocenia Bartosz Sawicki, kierownik Departamentu Analiz TMS Brokers i zaznacza, że złoty, który tracił około 10 procent, wcale nie był walutą najsłabszą.

–  Potężnie przecenione zostały waluty gospodarek, które w momencie wybuchu pandemii zachwiane były przez głębokie nierównowagi wewnętrzne, zewnętrzne, czy też w finansach publicznych. W rezultacie real brazylijski, rubel, czy peso meksykańskie to waluty, które straciły 20% i więcej. W drugiej połowie maja i na początku czerwca dochodzi jednak do odwrócenia sytuacji i wszystkie, a przynajmniej większość walut z koszyka emerging markets, zalicza bardzo dynamiczne odbicie – wyjaśnia Sawicki.

Podobnie jest oczywiście w przypadku złotego i innych walut naszego regionu, czyli forinta węgierskiego i korony czeskiej.

– Można postawić tezę, że te waluty, które w pierwszej fazie pandemii najmocniej traciły na wartości, teraz najmocniej odrabiają straty, i tak będzie w większości przypadków – ocenia Sawicki i dodaje, że można zaliczyć do nich meksykańskie peso, czy też rubla.

W opinii analityków TMS Brokers zakładane odbicie gospodarcze w Polsce i na świecie wyklucza deflacyjny scenariusz. – Wydaje się mało realne, aby RPP miała szybko zmienić kierunek w polityce monetarnej. Oczekujemy, że główna stopa procentowa pozostanie na 0,1 proc. przynajmniej do końca obecnej kadencji RPP, tj. do czerwca 2022 r. Program skupu obligacji może zostać wygaszony wcześniej, pod warunkiem że nie pojawi się podwyższona premia za ryzyko z tytułu zwiększonych potrzeb pożyczkowych rządu. To będzie kulą u nogi złotego w relacji do innych walut rynków wschodzących- oceniają.

– W średnim terminie złoty powinien być mocniejszy, jednak dyskonto przyszłej poprawy globalnego apetytu na ryzyko będzie docierać do złotego z opóźnieniem z powodu premii za niskie stopy procentowe NBP – kwitują.

Plany urlopowe Polaków w dobie trwającej epidemii

Pomimo panującej na świecie pandemii koronawirusa, co trzeci Polak planuje wyjechać na urlop w 2020 roku – wynika z najnowszego barometru nastrojów konsumenckich „Polacy w czasie epidemii”, zrealizowanego przez agencję badawczą SW Research. COVID-19 zmusił Polaków do zmiany swoich planów wypoczynkowych, a także wywołał pewne obawy związane z wyjazdami.

W celu ratowania krajowej turystyki rząd zachęca Polaków do wypoczywania w Polsce. Ministerstwo Rozwoju stworzyło program 1000+ na wakacje, skierowany do pracowników zatrudnionych na umowach o pracę, którzy nie zarabiają więcej niż wynosi przeciętne miesięczne wynagrodzenie. Pojawiła się również możliwość wyjazdów zagranicznych bez konieczności odbywania 2 tygodniowej kwarantanny po powrocie. Od 13 czerwca Polacy mogą swobodnie podróżować i przekraczać granice wewnętrzne Unii Europejskiej.

Ponad 1/3 Polaków planuje wyjechać na urlop w 2020 roku (34% wskazań). Zbliżone odsetki odnotowujemy dla osób, które nie mają w planach wyjazdów wypoczynkowych lub wahają się co zdecydować w obecnej sytuacji (po 33% wskazań dla odpowiedzi ‘nie’ i odpowiedzi ‘nie wiem / trudno powiedzieć’). Większość Polaków deklaruje, że epidemia koronawirusa wpłynęła na ich plany wyjazdowe (65%). Wśród tych osób połowa musiała odwołać swoje wyjazdy (49% wskazań), a część została zmuszona do przełożenia terminu wyjazdu (32%) lub rezygnacji z zagranicznego wyjazdu na rzecz podróży w obrębie kraju (31%).nastroje Polaków w czasie izolacji (2)

Zbliżające się wakacje wraz z równoległym znoszeniem obostrzeń, nie tylko w Polsce, ale także w innych krajach Unii Europejskiej, sprawiły, że możliwość wyjazdu na urlop w 2020 roku stała się realna dla Polaków  – komentuje Piotr Zimolzak, Wiceprezes Zarządu SW Research. Kraje żyjące z turystyki, takie jak Włochy i Hiszpania, zachęcają turystów do przyjazdu na wakacje, pomimo tego, że były największymi ogniskami zachorowań w Unii Europejskiej. Pozostaje pytanie, czy Polacy zdecydują się na wsparcie polskiego sektora turystycznego, czy wybiorą wyjazdy zagraniczne?

Największymi obawami Polaków związanymi z wyjazdem w 2020 roku jest wzrost cen (54% wskazań) i obawa przed zarażeniem się koronawirusem (50%). Ponad 1/3 badanych obawia się ograniczenia w dostępnie do atrakcji i rozrywek (34%). Niewiele niższe są odsetki osób, które jako swoje największe obawy wskazały swoje trudności finansowe (31%), utrudnienia transportowe lub komunikacyjne (30%) lub obowiązek 14 dniowej kwarantanny po powrocie z wyjazdu (30%). Najniższy odsetek odnotowujemy dla nieatrakcyjnej oferty noclegowej (10%). Tylko 8% badanych deklaruje, że nie ma żadnych obaw związanych z wyjazdem w 2020 roku.nastroje Polaków w czasie izolacji (1)

Pandemia koronawirusa mocno odbiła się na sektorze turystycznym. Zamknięcie hoteli i atrakcji turystycznych w poprzednich miesiącach doprowadziło do braku wpływów finansowych na początku sezonu – zauważa Zimolzak. Dlatego bardzo prawdopodobna jest największa obawa Polaków związana z wyjazdami – wzrost cen. Być może pomoc rządu w postaci bonu na wakacje w Polsce okaże się wsparciem, które umożliwi przeciętnemu Kowalskiemu realizację swoich planów urlopowych. Kolejne miesiące pozwolą ocenić konsekwencje wakacyjnej mobilności Polaków oraz jej wpływ na wzrost zachorowań na COVID-19, a także czy przyczyni się ona do przewidywanego przez wiele osób powrotu pandemii koronawirusa na jesieni.

Metodologia badania

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 27-31.05.2020 przez SW RESEARCH Agencję Badań Rynku i Opinii metodą wywiadów on-line (CAWI) na panelu internetowym SW Panel. W badaniu zebrano 1010 ankiet z reprezentatywną próbą grupy Polaków. Badanie ma charakter cykliczny, prezentowane wyniki pochodzą z piątego pomiaru.

COVID-19 wpłynął na branżę diamentów

3,5 miliarda dolarów – tyle są warte zapasy diamentów u pięciu czołowych producentów tego surowca na świecie. To efekt ograniczenia sprzedaży w związku z pandemią koronawirusa. Mimo to, polski rynek diamentów stale rośnie. Grupa Goldenmark, wiodący dystrybutor metali szlachetnych i diamentów w Polsce, odnotował 90-procentowy wzrost sprzedaży w porównaniu z okresem sprzed lockdownu.

Zdaniem ekspertów cytowanych przez agencję Bloomberga, pięciu największych światowych producentów diamentów posiada obecnie zapasy o łącznej wartości około 3,5 miliarda dolarów. Do końca roku wartość ta może osiągnąć pułap nawet 4,5 miliarda dolarów, czyli blisko jednej trzeciej rocznej produkcji surowca. Przyczyną są obostrzenia związane z pandemią COVID-19, która w krótkim czasie sparaliżowała transport lotniczy, przekładając się na zmniejszoną dostępność produktu na międzynarodowych rynkach.

Bijącym sercem branży diamentów na świecie są Indie. Przez położony w zachodniej części kraju Surat przechodzi ok. 90 procent światowej podaży tego surowca – zauważa Michał Tekliński, dyrektor ds. rynków międzynarodowych w Grupie Goldenmark. –  Zamknięcie granic, przerwanie łańcucha dostaw i zamknięcie przestrzeni powietrznej nad Indiami spowodowały ogromne problemy logistyczne na całym świecie.

COVID-19 wymusił elastyczność

Sytuacja globalna wymusiła na polskich dystrybutorach dodatkową elastyczność działania. Mimo istotnych problemów logistycznych, Grupa Goldenmark, jeden z największych dystrybutorów złota, srebra i diamentów w Polsce, stale sprowadzała te surowce do naszego kraju.

To w dużej mierze efekt naszych międzynarodowych kontaktów z producentami. Dzięki temu nie jesteśmy zależni od aktualnej sytuacji pojedynczego podmiotu i możemy na bieżąco reagować na rozwój wydarzeń na rynkach światowych, sprowadzając metale szlachetne i diamenty z różnych źródeł – wyjaśnia Michał Tekliński.

Polski rynek diamentów rośnie

Mimo globalnych zawirowań, diamenty niezmiennie pozostają atrakcyjną formą lokowania oszczędności. Przekłada się to na zainteresowanie klientów. Jak podkreślają eksperci Goldenmark, polski rynek diamentów rośnie, a spółka obserwuje coraz większe zainteresowanie diamentami lokacyjnymi wśród swoich klientów.

Polski rynek diamentów można nazwać „wschodzącym” w porównaniu do innych krajów w Europie, ale popyt na ten surowiec stale rośnie – zauważa Marta Dębska, dyrektor zarządzająca w Grupie Goldenmark. – Tylko w marcu, czyli pierwszym miesiącu lockdownu, w porównaniu do lutego odnotowaliśmy wzrost sprzedaży diamentów lokacyjnych o 90 procent.

Bezpieczna przystań do lokowania oszczędności

Jak pokazują dane historyczne, kryzysy w bardzo niewielkim stopniu wpływają na ceny diamentów, co czyni je pewnym i stabilnym aktywem lokacyjnym. Po pierwsze, doskonale utrzymują swoją wartość w dłuższej perspektywie. Ponadto, są odporne na inflację i kryzysy ekonomiczne.

Warto przypomnieć, że poprzednie kryzysy wywołały tylko niewielkie korekty w trendzie wzrostowym, w jakim znajdują się ceny rynkowe diamentów. W praktyce oznacza to np. że w okresie ostatniego kryzysu w 2008 r. uśredniona cena dla diamentu jednokaratowego utrzymała się na tym samym poziomie, po czym w kolejnych latach wróciła na ścieżkę wzrostów – przypomina Michał Tekliński. – Choć okresowo ceny surowca mogą ulegać pewnym wahaniom, w długiej perspektywie na tym rynku praktycznie nie występują silne załamania.

Diamenty, w odróżnieniu od wielu instrumentów inwestycyjnych głównego nurtu (np. akcji i obligacji), nie mają formy cyfrowej, co oznacza, że są niezależne od systemów informatycznych, dostępu do internetu czy nawet energii elektrycznej.

Diamenty są instrumentem inwestycyjnym zupełnie innym od tych tradycyjnych. I jako taki, z pewnością mają wiele do zaoferowania osobom dywersyfikującym portfel inwestycyjny – uzupełnia Marta Dębska.