Gothaer ubezpiecza więcej rolników w szerszym zakresie ochrony

Rośnie liczba ubezpieczonych rolników i coraz częściej decydują się oni na kompleksowe rozwiązania – wynika z danych Gothaer TU S.A. W okresie od stycznia do września 2015 roku Gothaer sprzedał o 20 proc. polis więcej w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku, z czego 70 proc. stanowiły ubezpieczenia dodatkowe. Między innymi, co piąty Ubezpieczony zdecydował się na polisę od następstw nieszczęśliwych wypadków. Eksperci Gothaer wskazują, że rolnicy coraz częściej traktują ubezpieczenia nie jako koszt, ale jako inwestycję, dzięki której w sytuacji wystąpienia szkody unikną wysokich własnych nakładów finansowych i długotrwałych trudności w prowadzeniu działalności.

– Moment przystąpienia Polski do Unii Europejskiej zapoczątkował stały wzrost modernizacji gospodarstw rolnych. W ciągu ostatnich dziesięciu lat istotnie zwiększył się dochód polskiego rolnika, a roczne wydatki na inwestycje wzrosły dwukrotnie. Dlatego rolnicy stali się bardziej skłonni do całościowego ubezpieczania swoich działalności. Zwłaszcza, że prowadzenie gospodarstwa rolnego jest często mocniej, niż w przypadku innych rodzajów działalności gospodarczej, uzależnione od zdarzeń losowych – mówi Beata Raszkiewicz, Menedżer Produktu w Biurze Ubezpieczeń Detalicznych w Gothaer TU S.A. – W związku z tym, że obowiązkowe ubezpieczenie rolne obejmuje tylko niewielką część majątku z wąskim zakresem ochrony przed zdarzeniami losowymi, a OC rolników nie obejmuje szkód w związku z życiem prywatnym rolnika, coraz popularniejsze są kompleksowe polisy, które chronią całe mienie w znacznie szerszym zakresie od zdarzeń losowych przy stosunkowo niewielkim wzroście kosztu ubezpieczenia – dodaje Beata Raszkiewicz.

Budynki, ruchomości, narzędzia i urządzenia oraz zwierzęta pod ochroną

Huragany, burze czy nawałnice co roku powodują zniszczenia w polskich gospodarstwach rolnych. Na tego typu zdarzenia rolnicy nie mają żadnego wpływu, jednak mogą się na nie odpowiednio przygotować, m.in. decydując się na dodatkową polisę. By znaleźć tę najlepszą, warto zwrócić uwagę na kilka podstawowych elementów. Przede wszystkim ubezpieczenie rolne powinno oferować ochronę gospodarstwa na wypadek szerokiego spektrum zdarzeń losowych, nie tylko w przypadku deszczu nawalnego czy pożaru. Wybierając ubezpieczenie warto uwzględnić takie szczegóły jak rodzaj ubezpieczanego mienia np. budynki rolnicze czy dobytek oraz sposób w jaki zdefiniowane są zdarzenia losowe chroniące nasze mienie np. prędkość wiatru. Warto również zwrócić uwagę na rodzaj zdarzeń losowych, od których chroni umowa, takich jak uderzenie pojazdu czy dym i sadza. W Gothaer w ramach polisy „GoAgro” rolnikom oferuje się ochronę przed silnym wiatrem już od prędkości 16 m/s (57,6 km/h) oraz dodatkową ochronę przed naporem śniegu bez określania limitu ciężaru jego pokrywy, a także upadku obiektów np. drzew, masztów czy kominów.

Wybierając ofertę trzeba zapoznać się szczegółowo z zakresem ubezpieczenia budynków i mienia. Obowiązkowa polisa rolna chroni co prawda budynki wchodzące w skład gospodarstwa rolnego, ale tylko od określonej ich powierzchni i bez uwzględnienia tego, co się w nich znajduje. Jak się jednak okazuje, rolnicy chcą chronić drogie maszyny i urządzenia, z których korzystają na co dzień. Pozwala na to ubezpieczenie dobrowolne, które zabezpiecza budynki bez względu na ich powierzchnię, ale również chroni mienie np. ruchomości domowe, narzędzia czy urządzenia wykorzystywane do prowadzenia gospodarstwa, ziemiopłody, maszyny rolnicze lub zwierzęta, które również są narażone na działanie czynników atmosferycznych i zdarzenia losowe. Dodatkowo, ubezpieczenie można rozszerzyć o ryzyko stłuczenia lub pęknięcia szyb, przepięć (szkód elektrycznych), dewastacji oraz kradzieży ruchomości domowych, urządzeń i narzędzi oraz stałych elementów budynków.

Rolnik pod ochroną

Praca wykonywana w gospodarstwie i używanie maszyn rol­niczych należą do niebezpiecznych zajęć, w czasie których może dojść do groź­nych wypadków. Ich ofiarami mogą być zarówno sami rolnicy, jak i osoby pracujące w gospodarstwie. Dlatego oprócz ubezpieczenia własnego mienia, warto również pomyśleć o dodatkowym ubezpieczeniu życia i zdrowia. W Gothaer, oprócz obowiązkowego ubezpieczenia OC rolnika, które jest potrzebne w momencie wyrządzenia szkody osobom trze­cim w związku posiadaniem gospodarstwa rolnego, co piąty rolnik decyduje się na ubezpieczenie na­stępstw nieszczęśliwych wypadków. Dzięki polisie NNW, osoby pracujące w gospodarstwie rolnym, które są narażone na wszelkiego rodzaju wypadki, dostają rekompensatę finansową m.in. w momencie wypadku przy używaniu maszyny. Co ważne, NNW chroni Ubezpieczonego nie tylko w Polsce, ale na terenie całej Europy 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Dodatkowo, istnieje możliwość podwojenia wysokości sumy ubezpieczenia w przypadku śmierci. Innym rozwiązaniem, z którego rolnicy korzystają jest rozszerzenie ubezpieczenia OC w życiu prywatnym. Pozwala ono nie przejmować się kosztami, gdy gospodarz lub ktoś z jego domowników wyrządzi komuś szkodę.

– Prawie wszyscy zgłaszający się do nas rolnicy są zainteresowani dodatkową ochroną swojego mienia. To, co możemy powiedzieć obserwując rodzaje ubezpieczeń rolnych w Gothaer, to, że wśród właścicieli gospodarstw rośnie świadomość i zainteresowanie kompleksowymi rozwiązaniami. Wzrost zainteresowania obserwujemy zwłaszcza na przełomie roku. Liczymy, że i w tym roku większość naszych Klientów zdecyduje się na dodatkowe zabezpieczenie, zwłaszcza, że średni koszt roczny takiej kompleksowej ochrony wynosi około 438 zł czyli 1,20 zł dziennie – podsumowuje Beata Raszkiewicz z Gothaer TU S.A.

Grexit bez większego wpływu na polską gospodarkę. Dużo poważniejsze w skutkach byłoby opuszczenie wspólnoty przez Wielką Brytanię

Grecja prawdopodobnie nigdy nie powinna się znaleźć w strefie euro – uważa Stanisław Kluza, wykładowca SGH. Były minister jest jednak zdania, że ewentualny grexit nie powinien stanowić dla Polski większego zagrożenia. Powodem jest brak silnych powiązań gospodarczych. Dużo poważniejsze w skutkach byłoby natomiast opuszczenie Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię. Referendum w tej sprawie ma się odbyć w 2017 roku.

– Grecja to przykład kraju, który nie powinien się znaleźć zapewne nigdy w strefie euro. Kraj ten sprawił wiele problemów i sobie, i innym uczestnikom strefy euro, a także podważył jej reputację i w ogóle zaufanie do projektu, jakim jest Unia Europejska – mówi agencji informacyjnej Newseria Stanisław Kluza ,wykładowca Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Jednak ewentualny grexit nie powinien mieć dla Polski większego znaczenia. Oba kraje są bowiem od siebie bardzo odległe gospodarczo i nie łączą ich szczególnie silne relacje gospodarcze. W pierwszej połowie 2015 roku obroty handlowe Warszawy z Atenami wyniosły 417 mln euro, co stanowiło zaledwie niespełna ćwierć proc. całkowitej wymiany handlowej prowadzonej przez Polskę w tym czasie (171,5 mld euro).

Dużo większe znaczenie może mieć opuszczenie Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię.

– Przypadek wyjścia w ogóle albo oddalenia się Wielkiej Brytanii od Unii Europejskiej to już temat dużo większy. Będzie on otwierał pytanie o zupełnie nowy kształt Unii Europejskiej z oddzieloną albo zdystansowaną Wielką Brytanią – tłumaczy Kluza.

Brytyjska gospodarka jest drugą największą po niemieckiej we wspólnocie, a jej ubiegłoroczne PKB przekroczyło 2,2 bln euro. To niemal 5,5 razy tyle, co w Polsce.

– Wielka Brytania zadaje sobie pytanie, czy i w jakim stopniu powinna partycypować w kosztach cudzych bankructw. Jest to kwestia nieprzerzucania kosztów na własnych podatników w przypadku, jeżeli nie jest się winnym jakichś problemów – tłumaczy Stanisław Kluza.

Problem ewentualnego opuszczenia Unii przez Wielką Brytanię jest jednak nie tylko kwestią ekonomiczną, lecz także prestiżową. Zdaniem Stanisława Kluzy osłabienie grupy krajów należących do Unii Europejskiej, a niebędących w strefie euro spowodowałoby dalszą marginalizację roli tych krajów na arenie wspólnotowej.

– Z drugiej strony Wielka Brytania, która nie jest w strefie euro, dostrzega, że kraje, które są poza strefą euro, bardzo często mają mniejszą, nawet taką lekko marginalizowaną, pozycję w debacie europejskiej, a więc jest to bardziej pytanie o pewne równouprawnienie w obrębie Unii Europejskiej – zauważa ekspert.

Erne Ventures zapowiada nowe inwestycje, głównie w spółki komercjalizujące badania naukowe. Strategia zakłada zysk na poziomie co najmniej 25 proc.

Arkadiusz Kuich, Prezes Zarządu Spółki ERNE VENTURES

Spółka Erne Ventures zapowiada nowe inwestycje. Najbardziej interesujące są dla niej produkujące gry firmy technologiczne, zajmujące się transferem wiedzy ze świata nauki do przemysłu oraz komercjalizujące badania. Strategia zakłada osiągnięcie co najmniej 25 proc. zysku w momencie wyjścia z inwestycji. Ostatnie zakupy jednak były korzystniejsze.

Staramy się wyszukiwać projekty na etapie seed, czyli zalążkowym – informuje agencję Newseria Inwestor Arkadiusz Kuich, prezes prowadzącej inwestycje typu private equity oraz venture capital spółki Erne Ventures. – Takim podmiotom pomagamy stworzyć całą koncepcję rozwoju, przede wszystkim z tym, czym się zajmujemy, czyli finansowaniem. Interesują nas także projekty na etapie start-up, czyli spółki, które często jeszcze nie sprzedają swojego produktu, ale są już tego bliskie.

Flagową inwestycją Erne Ventures, jak podkreśla Arkadiusz Kuich jest Arrinera przygotowująca się do produkcji polskiego supersamochodu Hussarya. Jego prototyp został zaprezentowany akcjonariuszom i inwestorom w czerwcu 2011 roku, niecały miesiąc wcześniej odbyła się pierwsza jazda próbna. Samochód, który nadal jest w fazie projektowania, ma być wytwarzany w Gliwicach. Poza tym Erne jest zaangażowany w produkujące gry elektroniczne na smartfony i tablety spółki QubicGames oraz Huckleberry Studio. Od kilku lat jest także inwestorem i akcjonariuszem The Farm 51, firmie obecnej na giełdowym parkiecie NewConnect.

Sami także, już od siedmiu lat, jesteśmy tam notowani i w ten sposób, między innymi, pozyskujemy finansowanie – tłumaczy Arkadiusz Kuich. – Bardzo dobre wyniki, które wykazujemy od początku tego roku, czyli zarabianie na naszych wcześniejszych inwestycjach to drugie źródło. Trzecim jest współpraca z grupą inwestorów indywidualnych i instytucjonalnych, którzy przez nas są zapraszani i wspólnie z nami finansują wybrane projekty.

Minimalna wielkość inwestycji spółki, jak twierdzi Arkadiusz Kuich, wynosi kilkaset tysięcy złotych. Ale zdarzają się projekty, gdzie zaangażowanie firmy liczone jest w milionach złotych.

To też często zależy od tego, kto jest naszym partnerem, na jakim etapie udaje nam się zaprosić go do współpracy itp. – precyzuje Arkadiusz Kuich. – Przed wszystkim projekt, w który inwestujemy, musi nam się z różnych powodów spodobać. Na podstawie prognoz finansowych ustalamy kolejne transze inwestowania w miesiącach i latach. Konkretne kwoty zależą od potrzeb inwestycyjnych projektu. Staramy się nie przeinwestowywać, tylko zasilać środkami w takiej wysokości, która pozwoli dotrwać do kolejnego etapu ustalanego zazwyczaj wspólnie podczas podpisywania umowy inwestycyjnej.

Strategia spółki precyzuje, że zakładana stopa zwrotu z inwestycji nie może być niższa niż 25 proc. Ale w wielu przypadkach, jak zapewnia Arkadiusz Kuich, wartość taką udaje się znacznie przekroczyć.

Akcjonariusze są bardzo zadowoleni, rynek również to docenia, ponieważ wartość spółki od początku roku wzrosła o 400 proc. – zauważa Arkadiusz Kuich.

W tym roku Erne Ventures sprzedał udziały w The Farm 51 i opuścił grono głównych inwestorów. Zaraz potem jednak objął akcje nowej emisji.

Na tej inwestycji udało nam się naprawdę bardzo dobrze zarobić – wskazuje Arkadiusz Kuich. – Natomiast wciąż prowadzimy rozmowy z inwestorami dotyczące kolejnych projektów, które dorastają, są coraz bardziej dojrzałe. Szukamy podmiotów skłonnych do inwestycji i takich, które chciałyby odkupić od nas pakiety, który już posiadamy.

W portfolio firmy, jak zapowiada Arkadiusz Kuich, jeszcze w tym kwartale powinny się pojawić nowe spółki technologiczne. Firma zamierza skupić się na inwestycjach w podmioty, których działalność jest wspomagana przez świat nauki, na przykład komercjalizujące badania.

Chcielibyśmy dalej wyszukiwać ciekawe projekty, znajdować dla nich dofinansowanie, stworzyć kilka nowych spółek, które sprzedadzą swoje produkty i wyjść z dużym zyskiem z wybranych projektów – prognozuje Arkadiusz Kuich z Erne Ventures. – Niedługo, w połowie listopada, będziemy publikować wyniki za trzeci kwartał. Ten rok wydaje się, że będzie bardzo dobrym, jeśli nie jednym z najlepszych w całej historii spółki. Zatem z optymizmem wchodzimy w następne dwanaście miesięcy, co wydaje się doceniają również nasi inwestorzy i akcjonariusze.

W pierwszym półroczu br. jednostkowe przychody Erne Ventures wyniosły 112,75 tys. zł. Spółka zarobiła netto 3,35 mln zł.

Producent i dystrybutor win spółka Jantoń planuje rozbudowę centrum logistycznego oraz uruchomienie nowej linii rozlewniczej. Koszt inwestycji to kilka milionów złotych

CEO Magazyn Polska

Po tym, jak w marcu 2015 roku spółka Jantoń wybudowała kosztem 5 mln złotych nowe centrum logistyczne, w realizacji znajdują się już kolejne inwestycje. Producent i dystrybutor napojów alkoholowych planuje budowę linii rozlewniczej oraz dalszą rozbudowę zaplecza logistycznego. Inwestycje pochłoną kilka milionów złotych i będą finansowane w sporej części z własnego kapitału.

– Na przełomie tego i przyszłego roku uruchomimy nową linię rozlewniczą. Planujemy także dalszą rozbudowę naszego centrum logistycznego – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jacek Jantoń, prezes zarządu spółki Jantoń.

Nowa linia rozlewnicza powstanie w zakładzie produkcyjnym w województwie łódzkim, w Dobroniu. Ma to pozwolić na znaczące zwiększenie możliwości produkcyjnych spółki Jantoń. Według szacunków zarządu łączny koszt inwestycji wyniesie kilka milionów złotych.

– Częściowo jest to finansowane z bieżącej działalności, częściowo z kredytów bankowych, a niektóre maszyny i urządzenia są leasingowane – mówi Jacek Jantoń o źródłach finansowania nowych inwestycji.

Rozbudowa centrum logistycznego jest natomiast kontynuacją projektu, którego pierwszy etap zakończył się w marcu tego roku. Kosztem 5 mln złotych oddano wówczas do użytku nowoczesne centrum wyposażone w system gęstego składowania Automag.

System pozwala zaoszczędzić zarówno czas, jak i przestrzeń magazynową, zapewnia także dużą optymalizację składowania. To z kolei zwiększa nasze możliwości dalszego zwiększania sprzedaży i umacniania się na pozycji rynkowego lidera tłumaczy prezes Jantoń.

Szef spółki dystrybucyjnej zauważa, że choć w dalszym ciągu dominującymi trunkami na polskim rynku są piwa i wódki, to coraz większą popularność zaczynają zdobywać także wina gronowe. Z raportu KPMG „Rynek napojów alkoholowych w Polsce w 2014 roku” wynika, że 10 proc. wydatków Polaków na alkohol przeznaczane jest na wino. Statystyczny Polak przez rok wypija ok. 7 litrów wina, z czego połowa to wino gronowe. Choć to wciąż niewiele w porównaniu z tradycyjnymi winiarskimi krajami, to w ciągu 10 lat spożycie tego trunku wzrosło o ponad połowę.

 Znacząco zwiększyliśmy udział sprzedaży win gronowych, gdzie kolejny raz rozwijamy się dużo szybciej niż rynek, co potwierdza atrakcyjność naszych produktów takich jak Kadarka Prestige czy Bulgarius  podkreśla.

Uznanie konsumentów zaczynają budzić także mniej popularne alkohole, takie jak wina grzane oraz cydr. W pierwszym z wymienionych segmentów firma Jantoń, dzięki winu Zbójnickie Grzane, znajduje się na pozycji rynkowego lidera. Z kolei jeśli chodzi o sprzedaż cydru plasuje się na drugim miejscu.

Bardzo ważna jest dla nas pozytywna dynamika sprzedaży Cydru Dobrońskiego, która jest większa od wzrostu rynku, co pozwala nam na umocnienie się Dobrońskiego jako marki nr 2 na rynku i znacznie nas przybliża do walki o fotel lidera w tej kategorii – podkreśla Jacek Jantoń.

Od przyszłego roku lekarze będą mogli wystawiać e-zwolnienia lekarskie. To ułatwienia dla pracowników i pracodawców

CEO Magazyn Polska

Od stycznia 2016 roku możliwe będzie wystawianie zwolnień lekarskich w formie elektronicznej (e-ZLA). Te automatycznie będą wysyłane do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, skąd trafią na profil płatnika na Platformie Usług Elektronicznych. To oznacza, że pacjenci nie będą musieli dostarczyć pracodawcy tradycyjnego druku. Do końca tego roku pracodawcy zatrudniający powyżej pięciu ubezpieczonych muszą utworzyć taki profil na platformie ZUS.

Od 1 stycznia 2016 r. lekarze będą mogli wystawiać zwolnienia lekarskie w formie elektronicznej. Wprowadzenie elektronicznego obiegu zaświadczeń lekarskich oznacza dla pacjentów mniej obowiązków, dla lekarzy ułatwienia, a dla przedsiębiorców korzyści – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marta Juśko z Departamentu Obsługi Klientów w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych. – Zwolnienie lekarskie wystawione przez lekarza w formie elektronicznej będzie automatycznie wysyłane do ZUS.

Z kolei ZUS najpóźniej następnego dnia zamieści e-ZLA na profilu płatnika na Platformie Usług Elektronicznych. Z tego powodu pacjenci nie będą już mieli obowiązku dostarczania pracodawcy zwolnień w formie papierowej w ciągu 7 dni od wystawienia.

Do końca grudnia 2015 r. płatnicy odprowadzający składki za więcej niż pięć osób muszą założyć profil na Platformie Usług Elektronicznych, który ułatwia kontakt z ZUS-em i daje stały dostęp do wszystkich informacji związanych z ubezpieczeniami społecznymi. Z profilu mogą korzystać wszyscy płatnicy po wcześniejszej rejestracji i uwierzytelnieniu tożsamości w jednej z placówek.

Osoby, które mają profil zaufany e-PUAP lub certyfikat kwalifikowany, nie muszą uwierzytelniać swojej tożsamości, ponieważ potwierdzają ją na etapie rejestracji profilu – wyjaśnia Marta Juśko. – Następnie profil zostaje aktywowany i możemy korzystać z dostępnych usług.

Ci, którzy rozliczają składki za nie więcej niż 5 osób, do końca 2015 r. nie będą mieli takiego obowiązku. Mają jednak obowiązek poinformowania swoich ubezpieczonych na piśmie o obowiązku dostarczania zwolnienia w formie papierowej w sytuacji, gdy zwolnienie to zostało wystawione przez lekarza w formie elektronicznej. ZUS jednak zachęca również tych przedsiębiorców, by utworzyli profil w PUE. Jak twierdzi, może to w znaczny sposób ułatwić współpracę z ZUS-em.

Korzyści dla przedsiębiorców to przede wszystkim natychmiastowa informacja o tym, że ubezpieczony ma zwolnienie lekarskie – twierdzi Juśko. – Kolejna korzyść to brak konieczności sprawdzania tego, czy ubezpieczony dostarczył zwolnienie w ciągu 7 dni. Następna korzyść to możliwość szybkiej kontroli. To jest szczególnie ważne przy zwolnieniach krótkoterminowych. Kolejny plus to stały dostęp do zwolnień lekarskich udzielonych pracownikom.

Na profilu płatnicy będą mieli możliwość korzystania z takich usług, jak dostęp do informacji o saldach składek, możliwość wysyłania elektronicznych wniosków, otrzymywania na nie odpowiedzi online, rezerwacja wizyt w dowolnej placówce, a także możliwość korzystania z aplikacji ePłatnik, pozwalającej małym i średnim firmom zatrudniającym do 100 ubezpieczonych m.in. na zgłaszanie pracowników, wyrejestrowywanie ich, a także rozliczanie składek.

Do końca 2017 r. będą funkcjonowały równolegle dwie formy zwolnień: papierowa i elektroniczna. Jeżeli lekarz wystawi nam zwolnienie w formie papierowej, to będzie miał obowiązek poinformowania nas o konieczności dostarczenia tego zwolnienia do pracodawcy, jeśli jesteśmy pracownikami, bądź do ZUS-u, jeśli jesteśmy przedsiębiorcami – wyjaśnia Marta Juśko. – Wyeliminowanie zwolnień lekarskich w formie papierowej nastąpi 1 stycznia 2018 roku.

Wtedy lekarz będzie miał obowiązek wydrukowania zwolnienia jedynie w dwóch sytuacjach – jeśli płatnik pacjenta nie będzie miał profilu informacyjnego bądź na życzenie pacjenta.

Ten oraz inne tematy ważne dla osób prowadzących działalność gospodarczą oraz zamierzających założyć własną firmę zostaną zaprezentowane podczas „Tygodnia Przedsiębiorcy”. W dniach 23–27 listopada we wszystkich placówkach ZUS czekać będą eksperci, którzy pod hasłem „ZUS dla Biznesu” odpowiadać będą na wszystkie pytania zainteresowanych.

Nakłady polskich firm przemysłowych na innowacje wynoszą prawie 25 mld zł. Prawie połowa przedsięwzięć realizowana jest przez branżę farmaceutyczną

CEO Magazyn Polska

Polskie przedsiębiorstwa przemysłowe na działalność innowacyjną wydały w zeszłym roku 24,6 mld zł. Najbardziej innowacyjnym obszarem pozostaje branża farmaceutyczna, która realizuje ok. 45 proc. wszystkich przedsięwzięć. Firmy coraz częściej inwestują w badania i rozwój, tworzą własną infrastrukturę w tym zakresie i pozyskują kapitał zewnętrzny. W kolejnych latach dzięki nadaniu priorytetu innowacyjnym projektom w Unii Europejskiej będzie widoczne dalsze ożywienie.

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w ubiegłym roku łączne nakłady polskich przedsiębiorstw przemysłowych na działalność innowacyjną wyniosły 24,6 mld zł. W 2014 roku miał przy tym miejsce rekordowy wzrost nakładów polskich przedsiębiorstw na działalność badawczą i rozwojową (B+R). Ich wydatki na B+R wzrosły o blisko 20 proc. i wyniosły 7,5 mld zł. Wartość nakładów ogółem na działalność badawczo-rozwojową w Polsce przekroczyła 16 mld zł, a udział prac B+R w PKB wzrósł z 0,87 proc. w 2013 roku do 0,94 proc. w 2014 roku.

Przemysł farmaceutyczny opiera się o innowacje, bo to jest źródło i narzędzie uzyskiwania przewag konkurencyjnych na rynkach, na jakich działamy. Żeby aktywnie odpowiadać na zmiany, które wciąż następują, musimy kreować innowacje. One są podstawą rozwoju każdego biznesu – mówi agencji informacyjnej Newseria Monika Lamparska-Przybysz, kierownik ds. pozyskiwania funduszy w Polpharmie.

Branża farmaceutyczna pozostaje najbardziej innowacyjnym sektorem gospodarki. Według danych GUS niemal co drugie aktywne innowacyjnie przedsiębiorstwo prowadzi działalność w obszarze produkcji leków i wyrobów farmaceutycznych.

Nakłady na innowacyjność rosną. Polska pnie się w górę w rankingu innowacyjnych państw Europy. Te nakłady są coraz większe, przedsiębiorcy coraz chętniej inwestują w badania i rozwój, coraz częściej tworzą własne laboratoria i pozyskują kapitał zewnętrzny do tego, by rozwijać innowacyjne technologie i produkty – zauważa Lamparska-Przybysz.

Z danych GUS wynika, że nakłady na działalność innowacyjną w dużej mierze pochodzą ze środków własnych (69,2 proc.), jednak w branży farmaceutycznej koszty prac badawczo-rozwojowych są znacznie wyższe niż w innych sektorach przemysłu. Szacuje się, że realizacja projektu od idei do wdrożenia nowego leku na rynek to wydatek rzędu 1 mld dolarów.

Jak podkreśla Lamparska-Przybysz, unijne środki, którymi Polska dysponuje w ramach nowej perspektywy budżetowej, jeszcze bardziej zdynamizują działalność badawczo-rozwojową. Dzięki nakładom na B+R firmy mogą poprawić swoją pozycję rynkową i zyskać możliwości wejścia w nowe obszary działalności.

To wszystko sprowadza się do przewagi konkurencyjnej, do generowania zysków, które można potem inwestować w rozwój kolejnych technologii, ale także inwestować w zasoby ludzkie, w rozwój kadr i budowanie nowych kompetencji – wymienia przedstawicielka Polpharmy.

Innowacyjne projekty polskich firm już dziś są mocno wspierane ze środków publicznych, m.in. w ramach konkursów organizowanych przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Przykładem jest program Demonstrator realizowany ze środków programu Inteligentny Rozwój. NCBR przeznaczyło ostatnio ponad 280 mln zł na wsparcie projektów B+R, których celem jest transfer wyników prac badawczo-rozwojowych do gospodarki, a w efekcie wprowadzenie na rynek nowatorskich produktów i rozwiązań.

Jednym z beneficjentów programu jest Polpharma, która uzyskała dofinansowanie na opracowanie innowacyjnej technologii wytwarzania przeciwciała monoklonalnego stosowanego w terapii stwardnienia rozsianego. Przeciwciała monoklonalne to leki wytwarzane z wykorzystaniem żywych organizmów przy użyciu zaawansowanych narzędzi biotechnologii.

 Jesteśmy już po etapie demonstracji, a więc przetestowaliśmy naszą technologię w skali laboratoryjnej. W ramach tego projektu chcemy opracować technologię, którą będziemy mogli wdrożyć do działalności przemysłowej – wyjaśnia Monika Lamparska-Przybysz.

Chodzi o opracowanie produktu biopodobnego – odpowiednika innowacyjnego leku referencyjnego dostępnego obecnie na rynku. Projekt Polpharmy zakłada, że pojawienie się konkurencyjnego produktu sprawi, że lek będzie dostępny dla większej liczby pacjentów.

UE

Rośnie rola portów morskich w wymianie handlowej. Konieczne jednak inwestycje w infrastrukturę

CEO Magazyn Polska

Krajowe porty morskie pełnią istotną funkcję w handlu zagranicznym. Aby wzmocnić ich pozycję, konieczna jest jednak dalsza rozbudowa infrastruktury drogowej i kolejowej, a także poprawa dostępu do nich od strony morza. To wszystko będzie miało wpływ na rozwój transportu intermodalnego, który w Polsce ma coraz większy udział w przewozach.

– Porty morskie odgrywają kluczową rolę jako istotny integrujący element logistycznego łańcucha dostaw w Polsce – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marek Tarczyński, przewodniczący Rady Polskiej Izby Spedycji i Logistyki (PISiL). – W tym miejscu spotyka się transport lądowy z morskim, istnieje możliwość przepakowania towaru, dokonania odpraw celnych. Krótko mówiąc, w krajowym handlu zagraniczny porty odgrywają kluczową rolę.

Jak podkreśla, w wymianie z największym partnerem, czyli Unią Europejską, niewielka część ładunków transportowana jest drogą morską. Znacznie większe znaczenie ma ona dla handlu zamorskiego.

Gros towarów masowych, półmasowych i drobnicy konwencjonalnej obsługiwanych jest przez polskie porty i około 60–70 proc. obrotu kontenerowego – wyjaśnia Tarczyński.

Pozycja portów morskich będzie rosła pod warunkiem dalszych inwestycji w infrastrukturę dostępową. Chodzi przede wszystkim o drogi i kolej.

Mam na myśli sieć drogową, szczególnie w układzie południkowym. Mamy już postępy w tej dziedzinie, ale nie jest to jeszcze sieć kompletna. To samo dotyczy rozbudowy sieci kolejowej, jej modernizacji oraz poprawy dostępu do portów od strony morza, m.in. dzięki budowie obrotnicy w Gdyni i pogłębieniu toru wodnego. To są podstawowe inwestycje infrastrukturalne, które poprawią konkurencyjność naszych portów – wymienia Marek Tarczyński.

Eksperci podkreślają jednocześnie, że krajowe porty są dziś znacznie bardziej konkurencyjne niż jeszcze kilka lat temu i mogą rywalizować z innymi europejskimi portami. Do umocnienia ich pozycji przyczyniły się m.in. zmiany procedur, które skracają czas odprawy ładunków, zachęty dla inwestorów czy inwestycje zrealizowane przez zarządy portów w latach 2007–2013.

W kolejnych pięciu latach również będą się rozwijać przy wsparciu środków z UE. Na poprawę infrastruktury kolejowej z programu Infrastruktura i Środowisko trafi do Polski 5 mld euro. Z kolei na rozwój sieci drogowej TEN-T (transeuropejskiej sieci transportowej) i transportu multimodalnego, czyli wykorzystującego różne środki transportu, przeznaczono ponad 9,5 mld euro. Z tego część trafi na transport intermodalny, morski i śródlądowy.

Transport intermodalny dynamicznie rozwijał się już w ostatnich latach – zauważa Marek Tarczyński. – Dziś ok. 30–35 proc. kontenerów przewożonych jest w ten sposób, a to istotny udział. To dziedzina, która znacznie się rozwinęła, razem z transportem samochodowym jest podstawowym filarem, na którym stoi dowóz i odwóz kontenerów z portów.

Terminale kontenerowe znajdują się w okolicach Warszawy, Łodzi, w Poznaniu oraz na Dolnym i Górnym Śląsku. Porty są więc dobrze skomunikowanie z największymi centrami produkcyjno-handlowymi.

Statystyczny Polak spędza w sieci ponad 70 godzin miesięcznie. Nie każdy potrafi w pełni wykorzystać cyfrowe możliwości

CEO Magazyn Polska

Życia bez internetu nie wyobraża sobie prawie 1/3 osób w wieku 18–24 lat. Przeciętny polski internauta spędza w sieci 73 godziny miesięcznie. Jak podkreśla Ewa Krupa z Fundacji Orange, dziś wyzwaniem jest już nie tyle zapewnienie dostępu do sieci, ile edukacja na temat odpowiedzialnego używania cyfrowych narzędzi.

Zmiany, które zaszły w obszarze korzystania z technologii w ciągu ostatnich lat, są wręcz rewolucyjne. Jeszcze 10 lat temu z internetu korzystało zaledwie 30 proc. Polaków, dziś ponad 2/3. Czas statystycznie spędzany przez internautów w sieci wynosił 20 godzin miesięcznie, a obecnie to już ponad 70 godzin – mówi agencji informacyjnej Newseria Ewa Krupa, prezes Fundacji Orange.

Według badania sondażowego zrealizowanego przez IBRIS dla Fundacji Orange w ostatnich 10 latach internet miał największy wpływ na zdobywanie wiedzy i informacji (53 proc. badanych), załatwianie spraw finansowych (44 proc.) oraz komunikację ze znajomymi i rodziną (42 proc.).

Zmiany technologiczne w szczególnym stopniu wpłynęły na młode pokolenie Polaków. Dziś odsetek internautów w grupie wiekowej 14–18 lat wynosi niemal 100 procent. Z drugiej strony 12 proc. społeczeństwa nie czuje potrzeby rozwijania swoich umiejętności cyfrowych, a 5 proc. deklaruje, że jest to dla nich niezrozumiały świat.

Dziś pytanie o wykluczenie cyfrowe, to pytanie o nasze kompetencje cyfrowe, kompetencje związane ze wykorzystywaniem internetu i technologii z pożytkiem dla siebie. A szczególnie mocno to wyzwanie dotyczy paradoksalnie najmłodszego pokolenia – zauważa Ewa Krupa.

W ocenie prezes Fundacji Orange młodzi użytkownicy nowych mediów choć wydaje się, że mają biegłość w jego obsłudze pod względem technicznym, to jednak w wielu przypadkach brakuje im odpowiednich postaw i nawyków w obyciu z technologiami. Treści oferowane nie tylko przez internet, lecz także m.in. przez gry komputerowe przyjmowane są zazwyczaj bezrefleksyjnie.

10 lat działania Fundacji Orange to okres rozwoju naszych programów. Dekadę temu kluczowym problemem było zapewnienie dostępu do internetu, dlatego naszą misję rozpoczęliśmy od wyposażenia 10 tys. szkół w taki dostęp na bardzo preferencyjnych warunkach – wyjaśnia Krupa. – Ale od początku wiedzieliśmy, że to za mało, że musimy towarzyszyć użytkownikom w przygodzie z technologią i pokazywać im, jak korzystać z niej, żeby się rozwijać, także jako społeczeństwo.

Do tej pory na inicjatywy społeczne Fundacja Orange przeznaczyła ponad 150 mln zł. Dzięki jej działaniom dostęp do sieci zyskało 3,5 tys. bibliotek w Polsce. W 77 małych miastach i wsiach powstały także multimedialne Pracownie Orange wyposażone w sprzęty i darmowy internet, które pomaga ona prowadzić tak, aby służyły wszystkim mieszkańcom.

Internet i technologia mogą pobudzić lokalną aktywność, mogą skłonić do działania, umożliwić rozwój danej miejscowości oraz wykreować nowe miejsca pracy – podkreśla Krupa.

Działania Fundacji Orange przynoszą realne zmiany – większość uczestników jej projektów przyznaje, że dzięki nim zdobyło nową wiedzę i cyfrowe umiejętności. Organizacje z nią współpracujące przy jej wsparciu wdrożyły nowe sposoby działania i otworzyły się na nowe obszary działalności, a społeczności małych miejscowości wykazują się większym zaufaniem społecznym, są bardziej aktywne i częściej uczestniczą w działaniach obywatelskich.

Ważnym zadaniem jest także wzmacnianie wiedzy na temat bezpieczeństwa w sieci i przygotowanie najmłodszych do bycia odpowiedzialnym internautą.

Do tej pory przeszkoliliśmy 30 tys. dzieci z zasad bezpiecznego korzystania z internetu, a blisko 300 tys. osób wzięło udział w różnego rodzaju kursach e-learningowych. Rokrocznie około 3 tys. wolontariuszy angażuje się w nasze działania – mówi prezes Fundacji Orange.

W ramach cyfrowej edukacji Fundacja we wrześniu br. uruchomiła program MegaMisja skierowany do świetlic szkolnych.

Zabieramy najmłodszych użytkowników internetu, dzieci w wieku od 6 do 10 lat, w cyfrową przygodę w ramach fabularyzowanej gry. W cyfrowym laboratorium dzieciaki będą wspólnie pod okiem wychowawcy świetlicy uczyć się kluczowych kompetencji, które w przyszłości będą im pomagać w takim świadomym korzystaniu z internetu – wyjaśnia prezes fundacji.

To o tyle istotne, że – według szacunków Unii Europejskiej – prawie 60 proc. dzieci, które rozpoczynają edukację, będzie pracować w zawodach, które jeszcze nie istnieją, ale można się spodziewać, że będą wymagały używania e-narzędzi.

– Z całą pewnością także ważny obszar naszego myślenia będzie dotyczył wyzwalania takiej kreatywnej, aktywnej postawy wobec technologii, by młodzi nie byli jej biernymi konsumentami, by potrafili wziąć sprawy w swoje ręce – podsumowuje prezes Fundacji Orange.

W ramach jubileuszowej kampanii Fundacji Świat HASHw10lat powstała strona www.w10lat.pl, na której zebrane są ciekawostki i dane pokazujące tempo rozwoju wybranych aspektów cyfryzacji. Internauci mogą wziąć także udział w konkursie połączonym z charytatywną akcją na rzecz dzieci z małych miast i wsi.

Play chce przyciągnąć klientów darmową muzyką. Operator wychodzi z nową ofertą streamingu muzycznego

CEO Magazyn Polska

Co trzeci klient Play słucha muzyki na swoich urządzeniach mobilnych. Połowa z nich wcześniej zgrała utwory z komputera. Część używa do tego serwisu YouTube, a ok. 40 proc. klientów ściąga muzykę bezpośrednio na telefon. Operator wychodzi więc z nową ofertą streamingu muzycznego. Klienci Play będą mogli przez dwa lata korzystać za darmo z serwisu Tidal, oferującego dostęp do bazy 36 mln utworów.

Według przeprowadzonego ostatnio badania prawie 1/3 klientów Play, a myślę, że również wszystkich klientów na rynku, słucha muzyki, która jest zgromadzona w ich telefonie. Mniej więcej to się rozkłada w ten sposób, że połowa z nich wcześniej zgrała tę muzykę z komputera, a połowa używa do tego YouTube&HASH39;a. Ok. 40 proc. mówi, że ściąga utwory bezpośrednio na telefon – mówi agencji Newseria Bartosz Dobrzyński, szef marketingu i członek zarządu Play.

Ze względu na te statystyki Play zamierza rozszerzać ofertę streamingu muzycznego. Nowa oferta umożliwia klientom korzystanie przez dwa lata za darmo z bazy serwisu Tidal. Aplikacja ta daje dostęp do ponad 30 mln utworów na komputerze, tablecie i telefonie. Na każdym urządzeniu będą dostępne te same ustawienia i preferencje, określone przez użytkownika. Odsłuchiwanie utworów online będzie rozliczane w ramach posiadanych pakietów internetowych, ale będzie można również korzystać z trybu offline.

Korzystanie z tej aplikacji jest banalnie proste, wystarczy tylko wejść, a system rozpozna, że jesteśmy z Play i zaproponuje nam udział w tej promocji. Później – jak w większości tego typu serwisów – można już korzystać z poszczególnych płyt, w tym z wielu najnowszych, można korzystać z playlist, czyli zestawów muzycznych dopasowanych do nastroju czy czynności, np. pod bieganie lub kolację – mówi Dobrzyński.

Brak dodatkowych opłat może zachęcić do korzystania z Tidala tych, którzy do tej pory nielegalnie ściągali utwory z internetu. Jak podkreśla Dobrzyński, jest to także dużo wygodniejsze rozwiązanie niż kopiowanie muzyki z komputera na telefon.

Te utwory są lepszej jakości, pliki są lepiej przygotowane, lepiej skompresowane, w dodatku świetnie uporządkowane, czyli nie ma problemu z nazewnictwem i dostępem do naszych ulubionych. Jest to dużo wygodniejsze, a przede wszystkim za darmo – mówi Bartosz Dobrzyński.

Usługa będzie dostępna również dla klientów, którzy nie mają abonamentu. Za dzień użytkowania serwisu będą oni płacić 1 zł.

To może być przydatne wtedy, kiedy potrzebujemy muzyki na imprezę lub na podróż. Możemy wtedy wykupić za złotówkę na jeden dzień pełny dostęp do Tidala. Kiedy będziemy chcieli odświeżyć tę subskrypcję za jakiś czas, to aplikacja będzie pamiętała nasze ustawienia i naszą ulubioną muzykę, więc proces użytkowania będzie bardzo przyjazny – wyjaśnia członek zarządu Play.

Tidal jest amerykańskim serwisem, ale działa w nim również polski zespół, więc w bazie utworów znajduje się również wiele polskich hitów. Nowa oferta będzie dostępna dla klientów Play, Play Mix, Play Internet i Red Bull Mobile.

Internauci skarżą się na grypę i przeziębienia. W szczytowych okresach publikują nawet 2 tys. wpisów dziennie

CEO Magazyn Polska

Polacy często dzielą się informacją o swoim złym samopoczuciu na Facebooku czy Twitterze. Od stycznia do października opublikowano ok. 200 tys. wzmianek na ten temat, ale ich natężenie rośnie w miesiącach jesienno-zimowych. Dziennie może pojawić się nawet 2 tys. wpisów. Internauci najczęściej skarżą się na ból głowy, katar i ból gardła.

Zmonitorowaliśmy w internecie i w mediach społecznościowych wypowiedzi Polaków, w których skarżyli się oni na to, że źle się czują z powodu grypy, przeziębienia i innych sezonowych dolegliwości. O początku roku pojawiło się ponad 200 tys. tego typu skarg. W szczytowych okresach wzmożonych chorób i przeziębień pojawiało się nawet 2 tys. wzmianek dziennie – mówi agencji informacyjnej Newseria Łukasz Jadaś, starszy specjalista ds. badań i produktów w Instytucie Monitorowania Mediów.

Liczba deklaracji o złym samopoczuciu rośnie proporcjonalnie do liczby zachorowań na grypę odnotowywanych przez Państwowy Zakład Higieny. W 2015 roku stwierdzono jak dotąd ponad 3 miliony zachorowań lub podejrzeń zachorowań na grypę. Najwięcej było ich w lutym, marcu i we wrześniu.

W okresach, kiedy w przychodniach lekarze notowali wzmożone okresy zachorowań, kiedy przypadków grypy i podejrzeń grypy było najwięcej, w mediach społecznościowych Polacy częściej niż zwykle dzielili się tym, że źle się czują, że są chorzy, mają katar, kaszel i boli ich głowa – mówi Jadaś.

Od początku roku najwięcej skarg tego typu pojawiło się na Twitterze i Facebooku, z ponaddwukrotną przewagą tego pierwszego. Inne popularne miejsca dyskusji o chorobach to Kafeteria.pl, NetKobiety, FajnaMama.pl oraz internetowe forum portalu Gazeta.pl.

Te skargi wskazują na to, że Polacy są coraz bardziej otwarci w mediach społecznościowych i nie boją się dyskutować o takich, wydawałoby się, drażliwych kwestiach jak własne zdrowie – wyjaśnia Łukasz Jadaś.

Twitter i inne serwisy społecznościowe stają się także swego rodzaju poradnią internetową i miejscem pierwszego kontaktu. Często internauci piszą o swoich dolegliwościach, zanim pójdą do lekarza czy apteki.

Stwarza to również okazję firmom, lekarzom i wszystkim specjalistom z dziedziny ochrony zdrowia, żeby wejść w dyskusję, zaangażować się i być może pomóc potencjalnemu pacjentowi albo klientowi – mówi Łukasz Jadaś.

Dobra i profesjonalna odpowiedź na pytanie internauty może wzbudzić zaufanie pacjentów do marki, a czasami zachęci do wizyty i zrobienia zakupów w np. wybranej aptece.

Często dyskusjom o zdrowiu towarzyszą rozmowy na temat zwolnienia lekarskiego i nieobecności w pracy. Jak wynika z raportu EY, choroby okresu jesienno-zimowego znacznie zwiększają koszty funkcjonowania przedsiębiorstw.

W szczytowym okresie zachorowań na grypę firmy i przedsiębiorstwa mogą ponieść straty rzędu nawet ponad 4 mld zł – mówi Łukasz Jadaś.