Skandynawskie inwestycje bezpośrednie w Polsce to ponad 43,7 mld zł. To jeden z pięciu największych inwestorów w naszym kraju

CEO Magazyn Polska

Wartość skandynawskich inwestycji bezpośrednich w Polsce sięgnęła w 2014 roku 43,8 mld zł. Blisko połowa tej kwoty przypada na Szwecję. Stamtąd pochodzi także największy inwestor – spółka Ikea. Polscy inwestorzy upodobali sobie natomiast głównie rynek norweski, na którym ulokowali w sumie ponad 3,7 mld zł. Lotos i PGNiG mają tam swoje złoża ropy naftowej. Z kolei autobusy Solarisa jeżdżą i w Norwegii, i w Danii, i w Szwecji.

– Inwestorzy skandynawscy zainwestowali w Polsce w ciągu ostatniej dekady ponad 11 mld euro. Tych inwestycji było sporo, Oprócz Ikei w naszym kraju kapitał ulokowało także wiele innych firm – mówi Agnieszka Kowalcze dyrektor Polsko-Skandynawskiej Izby Gospodarczej.

W gronie skandynawskich inwestorów znajdują się między innymi szwedzki Electrolux, który zainwestował w fabrykę w Oławie oraz w Centrum Usług Wspólnych w Krakowie, a także norweski Kongsberg Automotive, który rozwija fabrykę części samochodowych w Pruszkowie pod Warszawą.

– Mamy też Autoliv, który zainwestował w strefie wałbrzyskiej. Z takich dużych inwestorów jest jeszcze firma Cargotec, która zainwestowała w Stargardzie Szczecińskim w 2010 roku. Była to w ocenie PAIiIZ jedna z największych inwestycji tego roku – wylicza Agnieszka Kowalcze.

Jeśli chodzi o najbliższe bezpośrednie inwestycje zagraniczne (BIZ) realizowane przez firmy ze Skandynawii, to duże szanse realizacji ma budowa elektrociepłowni w Zabrzu. Inwestorem jest w tym przypadku fińska spółka Fortum. Koszt przedsięwzięcia szacowany jest na około 200 mln euro, a jego zakończenie powinno nastąpić w 2018 rok.

– Wiem też, że Atlas Copco planuje dosyć dużą inwestycję w strefie wałbrzyskiej – fabrykę, która będzie serwisowała sprzęt produkowany przez Atlas Copco, w planach jest też kilka innych inwestycji – informuje dyrektor Polsko-Skandynawskiej Izby Gospodarczej.

Największym inwestorem skandynawskim w Polsce pozostaje jednak Grupa Ikea. Spółka zainwestowała w naszym kraju łącznie w kilkanaście spółek. W tej grupie znajdują się zarówno zakłady produkcyjne, jak i sklepy. Szwedzi są ponadto właścicielami farmy wiatrowej. Strategia Grupy zakłada bowiem do 2020 roku pełne uniezależnienie się od zewnętrznych dostawców energii.

– Jeżeli chodzi o polskie firmy, to myślę, że mocno obecne na skandynawskim rynku, szczególnie w Norwegii, są Lotos, PGNiG i np. Solaris ze swoimi autobusami, które jeżdżą i w Szwecji, i w Norwegii – wyjaśnia Kowalcze.

Internetowe platformy wymiany walut korzystają na aktywności eksportowej polskich firm. Wymiana walut poza bankiem pozwala oszczędzić nawet połowę kosztów transakcji

CEO Magazyn Polska

Kupowanie walut poza bankami jest coraz popularniejsze wśród polskich firm. Korzystanie z tego typu platform może pozwolić nawet na 50 proc. oszczędności na kosztach wymiany walut w porównaniu z bankami, co przy transakcjach wartych nierzadko nawet milion euro przynosi wymierne korzyści.

Rynek rozwija się bardzo dynamicznie, obserwujemy rosnące zainteresowanie wymianą walut w alternatywnych kanałach zarówno ze strony osób indywidualnych, jak i firm – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Mirosław Boniecki, prezes platformy Wspólny Rynek. – Plusem jest przede wszystkim niższy koszt, a także profesjonalna obsługa, dzięki której klient otrzymuje szczegółowe informacje na temat tego, co się dzieje na rynku, a to pozwala mu dobrze orientować się w bieżących trendach, w porę reagować i wykorzystywać nadarzające się okazje.

Wzrost popularności tego typu transakcji początkowo związany był przede wszystkim z sytuacją osób spłacających kredyty we frankach. Obecnie ten sposób kupna i sprzedaży walut staje się coraz powszechniejszy wśród średnich i dużych przedsiębiorstw skupiających się na eksporcie i imporcie, przede wszystkim ze względu na wymierne korzyści kosztowe, jakie zapewnia.

Nasza gospodarka odznacza się bardzo dużą dynamiką wzrostu eksportu. Ostatnie lata pokazały, że mamy na tym polu duże osiągnięcia. Ale widzimy zainteresowanie alternatywnymi wobec banków możliwościami wymiany walut zarówno ze strony eksporterów, jak i importerów – twierdzi Mirosław Boniecki. – Osobiście nas to cieszy, bowiem idea, w oparciu o którą budowaliśmy nasz serwis, polega na łączeniu komplementarnych potrzeb eksporterów z importerami, z korzyścią dla obydwu stron.

Na tych platformach, które działają na zasadzie modelu giełdowego, eksporterzy i importerzy dokonują wzajemnej wymiany walut online. Kupujący i sprzedający wymieniają waluty według własnego kursu bądź aktualnego kursu rynkowego.

W przeciwieństwie do międzybankowego rynku walutowego, korzystający z tego typu rozwiązań nie ponoszą kosztów spreadu walutowego. Również koszty infrastruktury, obsługi procesów oraz zatrudnienia kadry są dużo niższe, co wynika z istotnych różnic w modelu biznesowym, np. braku działalności spekulacyjnej, w którą zaangażowane są banki.

Rynek rozwija się dość szybko, transakcje są coraz większe, sięgają nierzadko miliona euro. Kwoty, które firmy wymieniają, są już poważne, ponieważ przedsiębiorstwa widzą w tym duże oszczędności. Przewagi są niebagatelne, mówimy często o oszczędnościach, które – jak mówią nasi klienci – sięgają nawet 50 proc. aktualnych kosztów wymiany walut w bankach – podkreśla Mirosław Boniecki. – W skali gospodarki to są bardzo duże oszczędności w budżetach firm – dodaje.

Jedną z platform zapewniających takie usługi jest Wspólny Rynek, umożliwiający wymianę online w dowolnym przez uczestnika momencie, po ustalonym przez niego kursie, na podstawie kursu rynkowego lub według kursu ustalonego na fixingu Narodowego Banku Polskiego. Wspólny Rynek współpracuje z animatorami, którzy zapewniają płynność rynku 24 godziny na dobę do kwoty 5 mln euro dla pojedynczej transakcji. Waluty dostarczane są ekspresowo do dowolnego banku w Polsce.

Mówimy o rynku transakcji z dostawą waluty, a nie o transakcjach spekulacyjnych. Wyróżnia się on tym, że zapewnia kompleksową obsługę w zakresie wymiany walut i obsługi handlu zagranicznego. Mówię głównie o tym segmencie, bo w nim działa nasza firma – precyzuje Mirosław Boniecki – Korzystając z takich rozwiązań, firmy mogą lepiej dostosowywać się do pewnych sytuacji, które występują w handlu zagranicznym, na rynkach globalnych, a to oznacza dla nich większe korzyści.

Branża chemiczna, farmaceutyczna oraz biotechnologiczna to najbardziej perspektywiczne obszary dla spółek zajmujących się inwestycjami przemysłowymi

CEO Magazyn Polska

Wraz z rosnącą liczbą projektów w branżach chemicznej i petrochemicznej rośnie zapotrzebowanie na usługi związane z zarządzaniem budowami, kompletacją zamówień i utrzymaniem ruchu. Tego typu rozwiązania dostarcza spółka Fluor Polska, będąca częścią międzynarodowej grupy Fluor. Jak zauważa prezes polskiej spółki, obok wydobycia i przetwórstwa ropy duży popyt na świadczone usługi zgłaszają sektory biotechnologiczny i farmaceutyczny. Z wymienionych obszarów pochodzi większość zleceń realizowanych przez gliwicką firmę.

– Baza klientów dla naszej firmy w Polsce to firmy rafineryjne i chemiczne, począwszy od PKN-u, przez Grupę Lotos, Grupę Azoty, Synthos, PCC Rokita, skończywszy na mniejszych spółkach. To wszystko to nasi klienci, od nich staramy się o zlecenia – mówi Grzegorz Czul, prezes zarządu Fluor Polska.

Na świecie Fluor obsługuje praktycznie wszystkie sektory przemysłu i realizuje projekty dla klientów z całego świata. Prezes Grzegorz Czul najlepsze perspektywy biznesowe widzi obecnie w szeroko pojętym przemyśle chemicznym.

– Począwszy od rafinerii, poprzez petrochemię, chemię, aż po biotechnologię i farmaceutyki – to tu pozyskujemy najwięcej zleceń i to te są dla nas najbardziej atrakcyjnie – tłumaczy.

Usługi związane z wydobyciem i przetwórstwem ropy charakteryzują się wysokim marżami i przyciągają w ostatnich latach liczne grono inwestorów. Fluor Polska, jako podmiot obsługujący tego typu przedsięwzięcia, stara się wykorzystać pozytywny trend i szuka partnerów biznesowych związanych sektorem rafineryjnym i petrochemicznym.

– Jeżeli mówimy natomiast o biotechnologii i przemyśle farmaceutycznym, to tam akurat sytuacja polega na tym, że przez ostatnie 10–15 lat nastąpiło mocne przegrupowanie firm i powstało całkiem sporo nowych podmiotów, które mają inną ideę inwestowania, co dla nas jest źródłem nowych zleceń – wyjaśnia ekspert.

Fluor Polska jest częścią międzynarodowej korporacji zajmującej się projektowaniem, zarządzaniem budowami i utrzymaniem ruchu w zakładach produkcyjnych. Spółka ma swoje oddziały w ponad 25 krajach i zatrudnia około 40 tys. pracowników. Akcje Fluor Corp. są notowane na nowojorskiej giełdzie i wchodzą w skład indeksu S&P 500. W II kw. br. Fluor Corp. miał 4,8 mld dolarów przychodów i zysk netto na poziomie 160 mln dolarów.

Polskie biuro w Gliwicach działa od 1945 roku, a od 1995 roku prowadzi działalność pod szyldem Fluor Corp.

Prawie 9 mld euro z programu operacyjnego Inteligentny Rozwój może pomóc Polsce stać się rekinem innowacyjności

CEO Magazyn Polska

Finansowanie innowacji za pomocą funduszy inwestycyjnych jest zdecydowanie bardziej efektywne niż dotychczasowe metody wsparcia realizowane za pomocą dotacji bezzwrotnych. Tego typu instrumenty przede wszystkim będą wykorzystywane w ramach programu operacyjnego Inteligentny Rozwój. Budżet programu to ponad 8,6 mld euro. Odpowiednie zainwestowanie tych środków może stać się prawdziwym kołem zamachowym dla polskiej gospodarki i przyczynić się do powstania rodzimych ultranowoczesnych technologii na światowym poziomie.

Nowe instrumenty z programu operacyjnego Inteligentny Rozwój dają Polsce szanse na to, żeby skorzystać z takiego samego rozwiązania, jakim był plan Marshalla dla Europy Zachodniej, a zwłaszcza dla Niemiec Zachodnich, tuż po II wojnie światowej. Chodzi o instrumenty finansowe, nie dotacje, które bardzo mocno zwiększają przedsiębiorczość – mówi agencji Newseria Leszek Grabarczyk, zastępca dyrektora Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Wykorzystanie nowych instrumentów przełoży się na projakościowy wzrost liczby składanych projektów bazujących na wynikach badań naukowych i pracach rozwojowych. Jednym z głównych celów POIR jest bowiem rozwój technologiczny produktu wraz z jego komercjalizacją.

Dzięki temu polski podatnik i państwo będą mieli korzyści ekonomiczne z tego, że inwestują publiczne pieniądze w badania i rozwój – wyjaśnia Grabarczyk.

Można już dostrzec pierwsze efekty podejmowanych działań. Coraz więcej mikroprzedsiębiorstw zaczyna się zajmować rozwojem technologii, szczególnie w branżach związanych z IT, biotechnologią i materiałoznawstwem. NCiBR uruchomiło program BRIdge Alfa, który tworzy fundusze wysokiego ryzyka wspierające i inwestujące w start-upy technologiczne, pomagając im wejść na rynki międzynarodowe.

Pierwsze efekty programu pilotażowego to kilkadziesiąt przedsiębiorstw technologicznych, z których każde bazuje na badaniach i rozwoju. Krótko mówiąc, powodem inwestycji publicznej i jednocześnie celem tej inwestycji jest rozwój nowych technologii, który prowadzony jest właśnie przez takie małe, innowacyjne przedsiębiorstwa – wyjaśnia Leszek Grabarczyk. – Mamy do czynienia z kilkudziesięcioma takimi technologicznymi projektami i z jeszcze większą liczbą atrakcyjnych miejsc pracy dla młodych inżynierów, naukowców, którzy zdecydują się na karierę w świecie gospodarczym.

Jak zaznacza Leszek Grabarczyk, umocnienie pozycji Polski w nowych technologiach zależy od zaangażowania wszystkich zainteresowanych stron, czyli zarówno od administracji, jak i przedsiębiorców i naukowców.

Jeżeli państwo będzie rozsądnie inwestować pieniądze ze środków krajowych i unijnych, tak by osiągnąć zwrot z tych nakładów, to będziemy na dobrej drodze do tego, żeby wymieniano nas jako trzeci – po Izraelu i USA – przykład sukcesu innowacyjności i nowych technologii, które dają sukces gospodarczy – ocenia zastępca dyrektora NCiBR.

O potencjale polskiej innowacyjności dyskutowano podczas konferencji „Innowacyjna Europa” zorganizowanej przez Koalicję na rzecz Polskich Innowacji.

UE

PKP Cargo stawia na łączenie przewozów drogowych z kolejowymi. Do 2020 roku firma chce się stać wiodącym operatorem logistycznym w Europie

CEO Magazyn Polska

PKP Cargo będzie oferować nie tylko transport kolejowy towarów, lecz także przewozy drogowe bezpośrednio do odbiorcy. Spółka chce w ciągu czterech lat z drugiego największego przewoźnika stać się wiodącym operatorem logistycznym w Europie. W nowej strategii na lata 2016–2020 firma stawia na wymianę międzynarodową. Jak pokazują przykłady z Austrii czy Niemiec, w tym segmencie można oczekiwać dynamicznych wzrostów.

Dzisiaj PKP Cargo jest drugim największym przewoźnikiem kolejowym w Unii Europejskiej, ale do 2020 roku stanie się wiodącym europejskim operatorem logistycznym – deklaruje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Adam Purwin, prezes zarządu PKP Cargo. – Spółka musi wyjść poza Polskę i musi być operatorem logistycznym, który jest w stanie zaoferować coś więcej niż tylko transport kolejowy.

Nowa strategia spółki wynika z prognozowanych zmian na rynku. Wprawdzie perspektywy dla przewozów podstawowych produktów, czyli węgla i rud metali, są stabilne, jednak na dynamiczne wzrosty nie ma co liczyć. Większej dynamiki można się spodziewać w transporcie intermodalnym (łączącym różne środki transportu) i w przewozie kruszywa potrzebnego do inwestycji infrastrukturalnych, które będą realizowane ze środków UE.

Będziemy budowali pełną ofertę logistyczną, począwszy od zrozumienia potrzeb klienta, poprzez skonstruowanie produktu w oparciu o wszystkie elementy łańcucha logistycznego. Chodzi o obsługę klienta na naszych terminalach, zaoferowanie im składowania, dekompozycji ładunków, przewiezienie tego pociągiem lub samochodem w formule ostatniej mili oraz obsługę celną – wymienia Adam Purwin.

Pełną obsługą logistyczną zajmie się spółka PKP Cargo Connect.

Zdaniem PKP Cargo potencjał rynku polskiego w podstawowych kategoriach przewozów stopniowo będzie się wyczerpywać. W scenariuszu bazowym spółka spodziewa się, że praca przewozowa w Polsce wzrośnie nieznacznie z 50 mld tkm (tonokilometrów) w 2014 roku do 54 mld tkm. Scenariusz pesymistyczny zakłada stabilizację wielkości rynku na aktualnym poziomie.

Dlatego spółka od dłuższego czasu stawia na rynki zagraniczne. PKP Cargo przejęło AWT, drugiego największego przewoźnika w Czechach, oraz jego spółki zależne na Słowacji i Węgrzech. Firma zawarła również porozumienie strategiczne z chorwackim HŽ Cargo oraz umowę joint venture z włoskim operatorem Trenitalia. Dzięki temu zaoferuje swoje usługi także na Półwyspie Apenińskim. To pozwala prowadzić działalność operacyjną w dużej części Europy.

Obecnie wymiana międzynarodowa realizowana koleją to zaledwie 8 proc. wszystkich polskich przewozów (z czego mniej niż połowę przewozi PKP Cargo), podczas gdy w Austrii czy w Niemczech ten wskaźnik sięga 40–45 proc.

Obsługa wymiany międzynarodowej w Polsce powinna być kilkukrotnie większa, to nie jest wzrost o 10–15 proc., ale trzy- lub czterokrotny – podkreśla Adam Purwin. – Poprawa efektywności i międzynarodowego podejścia do klienta spowodują, że przy zaopatrzeniu nas w dodatkowe aktywa produkcyjne poza granicami Polski będziemy mogli polski towar czy surowiec wwieźć bezpośrednio do klienta docelowego.

Kluczowe w obsłudze wymiany międzynarodowej jest także połączenie kolejowe z Chinami. Już dziś przez terminale w Małaszewiczach towary z Chin trafiają do Polski, Niemiec czy Holandii.

To jest brama, która otwiera przejście z szerokiego toru na wąski w oparciu o duży terminal kontenerowy. Już dzisiaj obsługujemy nawet kilkanaście pociągów tygodniowo. Na początku tego półrocza było to zaledwie 3–4 pociągi, a więc ten przyrost jest dwucyfrowy – mówi prezes PKP CARGO

Do 2020 roku praca przewozowa wykonana w ramach Grupy ma wzrosnąć o ok. 30 proc. – do poziomu 40 mld tkm, natomiast udział pracy wykonanej poza Polską z obecnych 2 proc. zwiększy się do poziomu ok. 22 proc.

Jak podkreśla Purwin, duże pole do optymalizacji mają zasoby taborowe w spółce.

Obecnie, przy trzy razy niższej średniej prędkości, jesteśmy zmuszeni utrzymywać dużo większy tabor, niż ten, który będzie potrzebny w latach 2016–2020. W porównaniu z konkurentami nasze zasoby taborowe są 2–3 razy większe, więc efektywność naszych lokomotyw i wagonów, a co za tym idzie –części personelu jest dużo niższa. Wraz z poprawą działalności operacyjnej i poprawą infrastruktury optymalizacja będzie dawała wymierne efekty – podkreśla Adam Purwin.

Studenci coraz ważniejszą grupą klientów dla instytucji finansowych. Banki liczą na dłuższą współpracę, dlatego oferują im tanie i wielofunkcyjne konta

CEO Magazyn Polska

Studenci zwykle nie mają dużo środków, więc oszczędzają, wybierając tanie oferty. Oczekują jednak wysokiej jakości, wygody i coraz to nowych funkcjonalności. Dlatego banki, by zdobyć tę grupę klientów, muszą inwestować w nowe technologie. Liczą jednak na to, że zadowolony klient student zostanie z nimi również po zakończeniu studiów i rozpoczęciu kariery zawodowej.

– Studenci przynoszą bankom dużo korzyści. Trzeba jednak pamiętać o tym, że te nie od razu są wymierne – banki traktują grupę młodych klientów jako inwestycję w przyszłość. Okres studiów kiedyś się skończy, taka osoba zacznie pracę, będzie uzyskiwała dochody, zmienią się jej potrzeby, również w zakresie produktów bankowych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dorota Żak, dyrektor w departamencie klienta detalicznego Banku Pekao SA.

Nawiązanie współpracy na tym etapie daje więc perspektywę dłuższej relacji, znacznie bardziej rozbudowanej niż w czasie studiów. Studenci są dla banków coraz ważniejszą i coraz bardziej interesującą grupą klientów, mimo że ich oczekiwania są duże.

Studenci to bardzo wymagająca grupa klientów, zarówno w instytucjach finansowych, jak i w ogóle w życiu – przyznaje Dorota Żak. – To grupa, która zwykle nie uzyskuje stałych dochodów, ma raczej mało pieniędzy, zatem chce, by wszystko, co kupuje, było jak najtańsze i jak najlepsze.

To samo dotyczy usług i produktów bankowych. Studenci przede wszystkim zwracają uwagę na opłaty. Wprawdzie darmowe przelewy to już standard w większości banków, ale w niektórych za prowadzenie rachunku, wypłaty z bankomatów czy korzystanie z karty trzeba dodatkowo płacić.

Oczekiwania tej grupy klientów dotyczą nie tylko jak najniższych opłat, lecz także nowoczesnych form kontaktu z bankiem i zarządzania pieniędzmi. Oczekują, że będą mogli płacić zbliżeniowo i telefonem, że będą mieli ciągły dostęp do konta. Chcą także robić przelewy na numer telefonu lub konto na Facebooku. Jak podkreśla Dorota Żak, te wymagania zmuszają banki do wdrażania na bieżąco nowoczesnych technologii.

Studenci to w dużej mierze innowatorzy, bardzo chętnie korzystają z nowinek technologicznych – podkreśla dyrektor w Banku Pekao SA. – To grupa, która wpływa na rozwój usług bankowych, zarówno samego zakresu usług, jak i dostępu do nich.

Wśród cenionych przez studentów dodatkowych funkcjonalności są również programy rabatowe – różnego rodzaju promocje, które wiążą się z posiadaniem rachunku w danym banku czy korzystaniem z karty danej firmy.

Coraz więcej osób szuka również ofert, które obniżą koszty korzystania z bankowości podczas pracy lub studiów za granicą, czyli np. obniżenie opłat za przelewy międzynarodowe czy możliwość założenia konta walutowego. Na taką funkcjonalność postawił także Bank Pekao SA.

Studenci to obywatele świata – mówi Żak. – Dużo wyjeżdżają, czy to w czasie wakacji, czy na programy naukowe typu Erasmus, czy do pracy. Dla nich mamy ofertę konta walutowego, które może być bezpłatne, karty wielowalutowej, która rozlicza się bezpośrednio z konta walutowego, bez kursów pośredników i bez przewalutowań. 

Do konta dołączone jest także ubezpieczenie kosztów leczenia za granicą. Jak podkreśla Dorota Żak, w Eurokoncie Intro bezpłatne są przelewy internetowe oraz wypłaty gotówki z bankomatów. Bank nie pobierze opłaty miesięcznej w przypadku aktywnego korzystania z karty – wystarczą 4 transakcje bezgotówkowe w miesiącu na dowolną kwotę. Konto jest dostępne przez telefon, internet w usłudze Pekao24, aplikację mobilną PeoPay, która umożliwia także dokonywanie płatności telefonem, szybkie przelewy na numer telefonu innego użytkownika. Dodatkowe benefity daje możliwość korzystania z programu rabatowego Galeria Rabatów.

Dla wielu młodych okres studiów to pierwsze doświadczenia z bankowością, chociaż coraz więcej osób korzysta z kont dla nastolatków (13–18 lat). Oferty dla studentów ma większość banków w Polsce.

W Polsce na przewlekłe powikłania cukrzycy co roku umiera ponad 20 tys. osób. Dla leczenia kluczowa jest nieprzerwana terapia

CEO Magazyn Polska

2 mln osób w Polsce ma zdiagnozowaną cukrzycę. Na przewlekłe powikłania cukrzycy co roku umiera ponad 20 tys. osób. Choroba ta kosztuje budżet państwa ok. 7 mld zł rocznie, a większość to właśnie koszty powikłań. Żeby skutecznie leczyć cukrzycę, potrzebna jest ustabilizowana terapia. Na niekorzyść działają więc wszystkie ruchy cenowe, które mogą zmusić lekarzy i pacjentów do zmiany terapii, np. obniżenie limitu refundacyjnego w grupie analogów długodziałających insuliny. Od listopada pacjenci leczeni Lantusem znów będą płacić mniej, ale tylko dzięki decyzji producenta.

Nowa lista leków refundowanych przywróciła odpłatność za insulinę długodziałającą Lantus do poziomu cen sprzed poprzedniej zmiany, czyli przywróciła cenę, do której nasi pacjenci zdążyli się już przyzwyczaić. Pacjenci przywykli do tej terapii i ją doceniają. Przywrócenie poprzedniej ceny pozwoli im na kontynuowanie leczenia insuliną, którą już znają i która była ich wyborem i ich lekarzy – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Paciorkowski, lekarz diabetolog, koordynator ogólnopolskiego programu edukacyjnego Szkoła Cukrzycy.

Obecnie dominującą w Polsce koncepcją insulinoterapii jest leczenie przy użyciu mieszanek insulin oraz insulin ludzkich. Na świecie powszechnym modelem terapii cukrzycy jest insulinoterapia przy użyciu długodziałających analogów insuliny. Lantus jest refundowany w Polce od trzech lat dla ograniczonej grupy osób z cukrzycą typu 2 i korzysta z niego 5 proc. pacjentów. Do sierpnia odpłatność pacjenta za opakowanie leku Lantus wynosiła 72,79 zł. Wprowadzenie do grupy limitowej leku biopodobnego zawierającego insulinę glargine spowodowało obniżenie limitu i automatyczny wzrost odpłatności za Lantus do 116 zł.

Na nowym leku zyskuje budżet państwa, który do produktów w danej grupie limitowej dopłaca mniej. Pacjent w konsultacji z lekarzem ma natomiast wybór, czy stosować terapię przy wyższej odpłatności, czy ze względów ekonomicznych wybrać tańszą. Leki biopodobne są podobnie skuteczne i bezpieczne, co leki oryginalne, jednak zmiana terapii za każdym razem wymaga konsultacji z lekarzem.

Leki biopodobne wymagają odmiennego wstrzykiwacza (pena) do podawania. To powoduje, że pacjent, zmieniając lek, zmienia też wstrzykiwacz. Musi się nauczyć obsługi nowego pena, a lekarz lub pielęgniarka sprawdzić poprawność podawania insuliny. Zamiana leku oryginalnego na biopodobny może wymagać modyfikacji dawki insulinyWymaga to od pacjenta i od lekarza wzmożonej kontroli skuteczności terapii po zmianie leczenia – tłumaczy Paciorkowski.

Ani lekarze, ani pacjenci nie są zwolennikami zmiany terapii, jeśli nie ma ku temu przesłanek medycznych. Rozumiejąc to, producent Lantusa, firma Sanofi, obniżyła cenę preparatu do poziomu, co pozwoliło na powrót odpłatności dla pacjenta.

Osoba z cukrzycą to nie pacjent jednorazowy, który przychodzi z przeziębieniem. To pacjent, który jest leczony przez wiele lat. Pacjent i lekarz muszą zawsze mieć na uwadze to, czy dane leczenie jest dla pacjenta możliwe ze względów ekonomicznych. Cieszymy się, jeżeli pacjenci mogą leczyć się równie skutecznie, a taniej. W leczeniu ambulatoryjnym, zwłaszcza chorób przewlekłych, wiele decyzji leczniczych podejmujemy wspólnie z pacjentami na podstawie ich możliwości ekonomicznych – wskazuje Paciorkowski.

Odpowiednie leczenie jest w przypadku cukrzycy konieczne. W Polsce na tę chorobę cierpi ok. 3 mln osób, z czego milion nie ma świadomości choroby. Co roku 21 tys. osób umiera ze względu na powikłania cukrzycy. Dostępne dane wskazują, że choroba ta kosztuje państwo 7 mld zł rocznie, z czego 80 proc. tej kwoty to koszty leczenia powikłań. Skuteczne leczenie cukrzycy jest więc korzystne nie tylko dla samych pacjentów, lecz także dla budżetu państwa.

Jeżeli leczenie cukrzycy jest mniej skuteczne, to u chorych dochodzi do przewlekłych powikłań, zarówno mikroangiopatycznych, czyli związanych z retinopatią, nefropatią, neuropatią, jak i makroangiopatycznych, czyli związanych z zwiększoną częstotliwością zachorowania na zawał serca czy udar mózgu. Leczenie tych przewlekłych powikłań cukrzycy stanowi nawet 80 proc. wydatków budżetu państwa na leczenie osób z cukrzycą. Marzeniem wszystkich lekarzy diabetologów jest skuteczne leczenie pacjentów tak, żeby nigdy nie doszło u nich do rozwoju powikłań, bo to pozwoliłoby na bezpieczne życie z cukrzycą i na realne oszczędności w budżecie państwa – przekonuje Andrzej Paciorkowski.

Nowe technologie poszerzają granice w sztuce. Pomagają tworzyć nowe formy i docierać z nimi do szerokiego grona odbiorców

CEO Magazyn Polska

Nowe technologie są przyszłością nie tylko gospodarki, lecz także sztuki. Otwierają przed artystami nowe możliwości – pomagają im łączyć różne dziedziny sztuki i docierać ze swoim dziełem do szerokiego grona odbiorców. Digital art to kierunek, który zyskuje coraz większą popularność na świecie. Promowanie tej formy sztuki ma na celu konkurs UPC.

Ideą, jaka przyświecała projektowi UPC Digital Art, było przede wszystkim promowanie artystów, którzy tworzą sztukę digitalną, ale nie są w Polsce doceniania. Mają w sobie jednak ogromny potencjał, który aż prosi się o to, żeby go wypromować i pokazać światu – mówi agencji Newseria Biznes Ewa Sadowska, kierownik komunikacji projektów strategicznych w UPC Polska. – Sztuka cyfrowa dzielona jest z odbiorcami dzięki internetowi, a my jako jego dostawca chcemy promować w nim to, co jest wartościowe.

Jak podkreśla Ewa Sadowska, digital art to dziś dziedzina niedoceniana, potrzebna jest więc promocja tej formy sztuki. Dzięki nowym mediom można nią zainteresować nie tylko środowiska artystyczne, lecz także osoby postronne, dotąd niemające wiele do czynienia ze sztuką.

Zorganizowana wspólnie z magazynem „F5” pierwsza edycja UPC Digital Art skierowana była do artystów, którzy tworzą sztukę nowych mediów, m.in. ilustratorów, twórców animacji i muzyki. Zmagania pomiędzy uczestnikami trwały od czerwca br. Główną nagrodę w konkursie – 20 tys. zł – otrzymali Mateusz Marchwicki i Szymon Kabała, czyli Zespół Masz_in.

Świat nowych technologii nas inspiruje. Nie musimy się ograniczać tylko do płótna czy do ekranu telewizyjnego, możemy korzystać ze wszystkiego, co jest dostępne. To np. możliwość rejestrowania ruchu ludzkiego na różne sposoby. Możemy rejestrować i skanować człowieka, jego ruchy w przestrzeni trójwymiarowej 3D i przenosić tę przestrzeń. Dzisiejsze możliwości technologiczne umożliwiają łączenie różnych technik niestandardowymi metodami i tworzenie nowych form z różnych dziedzin, z różnych fragmentów – mówi Szymon Kabała, laureat konkursu UPC Digital Art.

Przewagą tej formy sztuki w środowisku cyfrowym jest brak granic, dzięki czemu możliwa jest nieograniczona wymiana idei i treści.

Jak podkreślają eksperci, digital art pełni bardzo ważną funkcję – oswaja technologię.

Chodzi o to, by na koniec ta technologia nie była sama dla siebie. Nie chcemy się nią zachłysnąć. W tym jest ogromna rola digital artu, żeby te prace opowiadały historię i żeby to były historie uniwersalne, a nie tylko pokaz samych możliwości technologicznych – dodaje Konrad Jerin, redaktor naczelny „F5”, juror UPC Digital Art. – Wiemy już, że technologia przerosła człowieczeństwo i teraz jest wielkie wyzwanie, żeby ona osiągnęła jednak poziom czegoś uniwersalnego.

Zadaniem uczestników UPC Digital Art było przygotowanie 30-sekundowej animacji, pokazującej wybrany proces. Artyści musieli wykorzystać do tego wiele różnych technik cyfrowych i analogowych, jak np. mapping 3D, druk 3D, kodowanie generatywne, papier.

Wśród mentorów konkursu UPC Digital Art byli m.in. kompozytor Radzimir Dębski, artysta, grafik Andrzej Pągowski i Malwina Konopacka, ilustratorka i projektantka.

Outsourcing procesów rekrutacji pozwala ograniczyć koszty i zaoszczędzić czas. Przekonują się do tego również małe firmy

CEO Magazyn Polska

Niemal co czwarta firma planująca rekrutację zleci jej przeprowadzenie na zewnątrz – wynika z ostatniego raportu „Barometr Rynku Pracy”. To o 9 punktów procentowych więcej niż w I kwartale br. Ogranicza to do minimum czas, jaki pracodawca musi poświęcić na znalezienie pracownika, oraz obniża koszty z tym związane. Na outsourcing procesu rekrutacji (RPO) coraz częściej decydują się również mniejsze firmy, które nie mają rozbudowanych działów HR.

Jednym z najważniejszych mitów jest to, że procesy outsourcingu rekrutacji przewidziane są tylko dla dużych instytucji. Bardzo często korzystają z tego właśnie mniejsze firmy, a to dlatego, że one albo nie mają rozbudowanych działów HR, albo w ogóle nie mają działów HR – mówi agencji informacyjnej Newseria Tomasz Polikowski, dyrektor ds. kluczowych klientów w LeasingTeam, firmie doradztwa personalnego.

W przypadku większości małych firm za proces rekrutacji odpowiadają menadżerowie. Niestety, wiąże się to z tym, że muszą oni bardzo dużo czasu poświęcić na przeprowadzenia selekcji. Zlecenie takiego procesu zewnętrznej firmie pozwala na skrócenie go o nawet 90 procent. Przekłada się to również na redukcję ogólnych kosztów rekrutacji.

Kolejny mit to właśnie stwierdzenie, że outsourcing procesów rekrutacyjnych jest zbyt drogi. Patrząc realnie, sprowadzają się one tak naprawdę do jednej opłaty, którą jest najczęściej success fee – wyjaśnia Polikowski.

W takim układzie pracodawca ponosi koszt dopiero w momencie zatrudnienia pracownika. Jak podkreśla Polikowski, RPO najczęściej sprawdza się przy rekrutacji na wyższe stanowiska: od specjalisty, poprzez stanowiska menadżerskie, aż po kadrę zarządzającą.

Bardzo często osoby czy dyrektorzy HR postrzegają to zjawisko jako zagrożenie dla swojego działu, które pociągnie za sobą falę zwolnień w organizacji. To kolejny mit – wyjaśnia ekspert.

Jak podkreśla, działy HR odpowiadają przede wszystkim za rozwój pracownika, podnoszenie jego kwalifikacji oraz za employer branding, czyli wizerunek pracodawcy na rynku pracy. Zresztą firmy zwykle nie przekazuje na zewnątrz wszystkich procesów rekrutacyjnych.

Przekazują tylko te trudne, które sprawiają wewnętrznym HR-om kłopot. Absolutnie nie powoduje to zwolnień ani redukcji etatów. Outsourcing procesów nigdy nie zastąpi wewnętrznego działu HR, jest tylko wsparciem. Powinien być traktowany jako instrument wsparcia i dotarcia do innych kandydatów – podkreśla Tomasz Polikowski.

RPO wcale nie musi oznaczać więc, że firma traci kontrolę nad procesem rekrutacji. Na początku współpracy między pracodawcą a firmą rekrutującą zostają ustalone wszystkie zasady, oczekiwania, cele i system raportowania w czasie procesu.

Kolejny mit dotyczy zwiększonej rotacji pracowników rekrutowanych przez firmy zewnętrzne.

Narzędzia stosowane przez firmy doradcze, czyli testy psychologiczne i testy kompetencyjne, powodują, że kandydat wybrany przez firmę rekrutacyjną jest idealnie dopasowany do organizacji, w której ubiega się o pracę. Poza tym ostateczna decyzja o zatrudnieniu zawsze należy do klienta. My przedstawiamy short listę 3–4 kandydatów do wyboru, ale to klient decyduje ostatecznie o tym, którego z nich zatrudni – podkreśla Polikowski

Wpływowe kobiety z polskiego sektora finansowego

 

Ewa Lipińska i Izabela Śliwowska, zasiadające w zarządach Grupy Ubezpieczeniowej Europa
fot. Lukasz Giza

Ewa Lipińska i Izabela Śliwowska, zasiadające w zarządach Grupy Ubezpieczeniowej Europa, znalazły się wśród najbardziej wpływowych kobiet polskiego sektora finansowego. Ogłoszona lista jest częścią raportu „Kobiety w finansach” opracowanego przez Instytut Innowacyjna Gospodarka na zlecenie Inicjatywy „Znane Ekspertki”.

Grupa Ubezpieczeniowa Europa może być przykładem dla innych instytucji finansowych pod względem reprezentacji płci w zarządzie. W czteroosobowym zespole połowę stanowią kobiety. Dla porównania, w Polsce jedynie 16,8 proc. stanowisk w zarządach firm i instytucji krajowego sektora finansowego zajmują kobiety. Takie dane płyną z badania przeprowadzonego przez Instytut Innowacyjna Gospodarka,

– Świat finansów coraz częściej dostrzega korzyści płynące z równowagi kobiet i mężczyzn tworzących firmy. Mamy inne podejście do wielu kwestii niż nasi koledzy, ale potrafimy być tak samo wytrwałe w dążeniu do celu i wyzwalaniu zaangażowania zespołów. W moim przekonaniu w finansach nie ma obszaru zarezerwowanego tylko dla mężczyzn. Naszym obowiązkiem jest zachęcać kobiety do rozwoju kariery. Ograniczenia często znajdują się tylko w ich głowach, a nie w organizacjach – mówi Ewa Lipińska, wiceprezes TU Europa S.A. i TU na Życie Europa S.A.

Raport „Kobiety w finansach” jest podsumowaniem badania obrazującego sytuację kobiet w sektorze finansowym. Ich zmieniająca się rola w społeczeństwie ma swoje odbicie także w obszarze rozwoju zawodowego. Projekt „Znane Ekspertki” ma na celu promowanie kobiet i dążenie do bardziej zrównoważonej obecności płci w życiu zawodowym i zwróceniem uwagi na obecną nierównowagę na szczeblu zarządów czy rad nadzorczych. Twórcy raportu wskazali dziesięć czołowych kobiet polskich finansów oraz zaprezentowali alfabetyczną listę 200 najbardziej wpływowych kobiet w polskich instytucjach finansowych.

– Coraz więcej kobiet pracujących w finansach odnosi obecnie sukcesy. Mają bardzo dobre kwalifikacje, doświadczenie, potrafią być skutecznymi menedżerami. Ostatnie lata przyniosły też zmiany społeczne i odejście od tradycyjnego modelu rodziny. Dzisiaj kobiety chcą się realizować zawodowo. W kolejnych latach można się spodziewać coraz liczniejszego ich uczestnictwa na wyższych stanowiskach w naszej branży – podsumowuje Izabela Śliwowska, wiceprezes TU Europa S.A. i TU na Życie Europa S.A.

Raport powstał pod osobistym patronatem wiceminister finansów i pełnomocnik rządu ds. informacji i edukacji finansowej Izabeli Leszczyny oraz pod patronatem Polskiej Izby Ubezpieczeń i Związku Banków Polskich.

Biogramy

Ewa Lipińska – wiceprezes TU Europa S.A. i TU na Życie Europa S.A. od 2011 r. oraz wiceprezes Open Life TU Życie S.A. od 2015 r. Z branżą finansową związana od ponad 20 lat. Zarządza obszarem inwestycji, aktuariatu, analiz i planowania, operacji, rachunkowości, informatyki i administracji. Absolwentka Szkoły Głównej Handlowej oraz wielu specjalistycznych programów szkoleniowych z obszaru finansów i zarządzania ryzykiem. Wiceprzewodnicząca Rady Nadzorczej spółek Europa.ua.

Izabela Śliwowska – od czerwca 2015 r. wiceprezes TU Europa S.A. i TU na Życie S.A. Od 2011 r. pełni także funkcję wiceprezesa Open Life TU Życie S.A. Zarządza obszarem prawa i compliance. Od 13 lat aktywna w branży ubezpieczeniowej. Absolwentka Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego.