Victoria Dom w listopadzie rozpocznie sprzedaż mieszkań w inwestycji Viva Garden 2 na Białołęce. Spółka chce kupić działki w innych dzielnicach Warszawy

CEO Magazyn Polska

Spółka Victoria Dom, jeden z warszawskich deweloperów, zapowiada oddanie do użytku nowych mieszkań jeszcze w tym roku. Ma zakupione działki na Białołęce, Woli i Pradze i chce powiększyć bank ziemi o lokalizacje w pozostałych dzielnicach. Jej klientami są korzystający z programu Mieszkanie dla Młodych oraz inwestorzy.

Deweloper ma w tej chwili w ofercie sześć projektów.

– Część z naszych projektów oddawana będzie w 2016 roku, te są już w całości sprzedane – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Waldemar Wasiluk, wiceprezes zarządu Victoria Dom. – Pozostałe projekty będziemy oddawać w 2017 roku. Najbardziej popularne w naszej ofercie są dwa projekty: Osiedle Classic przy ul. Przaśnej oraz Osiedle przy Parku. W tej chwili, w listopadzie, wprowadzimy do sprzedaży kolejny etap osiedla Viva Garden, które planowane jest do oddania w przyszłym roku.

Jak informuje Główny Urząd Statystyczny, od stycznia do września wydano w Polsce ponad 138 tys. pozwoleń na budowę i odnotowano o 14,8 proc. zgłoszeń budów niż rok wcześniej. W tym samym czasie rozpoczęto budowę niemal 128 tys. mieszkań, to o 11,8 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2014 roku. Dobra koniunktura sprawia, że deweloperzy zapowiadają kolejne inwestycje.

– Spółka Victoria Dom ma w tej chwili w swoim banku ziemi projekty, które będą realizowane zarówno na Białołęce, jak i na Woli i Pradze deklaruje Waldemar Wasiluk. Planujemy w tej chwili zakup kolejnych gruntów w pozostałych częściach Warszawy, tak aby te projekty uzupełniały się i dawały możliwość zakupu mieszkań klientom na terenie całej aglomeracji warszawskiej.

Wiceprezes deweloperskiej spółki dostrzega w tej chwili na rynku mieszkaniowym dwie główne grupy klientów, do których skierowana jest oferta firmy.

– Nasza grupa docelowa przede wszystkim obejmuje ludzi młodych, którzy zakupują swoje pierwsze mieszkanie – mówi wiceprezes zarządu Victoria Dom. – Są to projekty sprzedawane przede wszystkim w programie Mieszkanie dla Młodych, ale widzimy również tendencję do zakupu mieszkań inwestycyjnych przez klientów, którzy chcą je później wynajmować.

Victoria Dom planuje w tym roku osiągnąć około 100 mln przychodów ze sprzedaży przy rentowności na poziomie kilkunastu milionów złotych. W kolejnych latach w związku z dużą liczbą projektów, które firma realizuje, ma nastąpić znacząca poprawa tych wyników. Spółka liczy na to, że zdoła sprzedawać od 700 do 1000 mieszkań rocznie, osiągając przychody na poziomie 200 mln zł.

– Planujemy wprowadzenie do sprzedaży w ciągu najbliższych kilku dni  mieszkań z inwestycji Viva Garden 2  zapowiada Waldemar Wasiluk, ze spółki Victoria Dom. – To jest kontynuacja bardzo udanego projektu, który obejmował w swoim pierwszym etapie prawie 150 mieszkań. Będą to zarówno mieszkania sprzedawane w ramach programu Mieszkanie dla Młodych, jak i mieszkania spoza programu, w trochę wyższym standardzie.

Firma konsultingowa Ecorys Polska przygotowuje się do działalności na rynku komercyjnym. Na razie świadczy usługi przede wszystkim organizacjom sektora publicznego

CEO Magazyn Polska

Międzynarodowa firma doradczo-badawcza już teraz przygotowuje się na stopniowe wysychanie unijnego źródła w postaci funduszy europejskich, dzięki którym pozyskuje większość projektów. Firma zarówno za granicą, jak i w Polsce będzie starać się o więcej zleceń na rynkach komercyjnych. Dziś lwią część klientów stanowią organizacje sektora publicznego, które potrzebują pomocy przy wykorzystywaniu środków z Brukseli i zarządzaniu nimi.

Ecorys już teraz przygotowuje się do zmian, jakie zajdą na rynku po wygaśnięciu unijnej perspektywy. Dlatego zaczyna intensyfikować działalność także na rynkach komercyjnych, świadcząc usługi dla międzynarodowych korporacji i firm z sektora MŚP.

 Kroplówka unijna się skończy i musimy już teraz myśleć o tym, jak usługi, które mamy w ofercie, przekształcić w biznes czysto komercyjny – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Mateusz Halicki, prezes zarządu Ecorys Polska. – To będzie bardzo trudne, dlatego zaczynamy już teraz. Ze względu na to, że Ecorys żyje przede wszystkim z pieniędzy publicznych i to jest cecha nie tylko polskiego oddziału spółki, lecz także pozostałych 16 biur w Europie, dlatego traktujemy to jako pewnego rodzaju wyzwanie – dodaje.

Ecorys to międzynarodowa grupa, która założona została w 1929 roku. Ma 16 biur w jedenastu państwach, w tym w Polsce, gdzie działa od 18 lat.

– W kraju specjalizujemy się w usługach z kilku obszarów związanych z komunikacją. Przez wiele lat realizowaliśmy projekt dla Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości – Inwestycja w Kadry, to była największa baza ofert szkoleniowych. Wszystkie projekty unijne musiały wpisywać wszystkie szkolenia w tę bazę – twierdzi Mateusz Halicki.

Biuro Ecorys w Polsce zajmuje się przede wszystkim specjalistycznymi analizami, sporządzaniem opinii, doradztwem, promocją, public relations, edukacją oraz zarządzaniem projektami Unii Europejskiej i grantami.

Każde województwo w Polsce zanim uzyskało możliwość wydawania środków unijnych musiało przeprowadzić ewaluację ex-ante i ex-post [oceną programu operacyjnego dokonywaną przed jego rozpoczęciem i po zakończeniu – red.] i my z szesnastu tego typu ewaluacji w Polsce zrealizowaliśmy dziewięć – wymienia  Halicki. – Byliśmy albo liderem, albo realizowaliśmy to w konsorcjum – dodaje.

Przychody Ecorys Polska rosły wraz z napływem środków unijnych do Polski. W 2005 roku było to ok. 2 mln zł. Pięć lat później już ponad czterokrotnie więcej.

Czujemy się bardzo silni w projektach z zakresu edukacji i tutaj współpracujemy na przykład z miastem stołecznym, jesteśmy obecni w większości szkół w Warszawie i staramy się je dofinansować poprzez środki unijne – mówi Halicki. – Sądzimy, że przez najbliższe siedem lat, czyli dopóki będzie trwać perspektywa unijna, rynek edukacyjny będzie również bardzo dużo ważył w naszym portfolio – dodaje.

W. Kosiniak-Kamysz: Starzenie się społeczeństwa i łączenie pokoleń na rynku pracy wyzwaniem resortu pracy na najbliższe lata

CEO Magazyn Polska

Zmiany demograficzne wymuszają konieczność budowy mostu międzypokoleniowego na rynku pracy oraz tworzenia warunków do godnego starzenia się. Zdaniem obecnego ministra pracy i polityki społecznej to będzie jedno z najważniejszych wyzwań resortu w najbliższych latach. Drugim będzie utrzymywanie niskiego bezrobocia i walka o wyższe wynagrodzenia. Władysław Kosiniak-Kamysz podkreśla, że ostatnie lata były dla ministerstwa oraz rynku pracy okresem ważnych i pozytywnych zmian.

To nowa polityka rodzinna, roczne urlopy macierzyńskie, rodzicielskie, zmiana filozofii w świadczeniach rodzinnych według zasady „złotówka za złotówkę”, czyli większa dostępność do świadczeń, stworzenie 2,5 tys. żłobków i klubów dziecięcych, wsparcie rodzin wielodzietnych, Karta Dużej Rodziny z jednej strony, z drugiej strony ulgi podatkowe, tworzenie polityki senioralnej, czyli miejsca opieki nad seniorami i ich aktywności – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Władysław Kosiniak-Kamysz, minister pracy i polityki społecznej.

Jak podkreśla, plusem resortu jest również zwiększenie świadczeń dla rodziców dzieci niepełnosprawnych oraz aktywizowanie osób niepełnosprawnych na rynku pracy. Jednak w obu tych dziedzinach potrzebne są dalsze zmiany.

Z kolei rynek pracy powoli zmienia się w rynek pracownika.

Zmiany na rynku pracy to najniższe od 7 lat bezrobocie oraz dynamiczny wzrost ofert pracy. To są setki tysięcy miejsc pracy – w 2014 roku było ich 600 tys. To półrocze jest jeszcze lepsze od I połowy 2014 roku. To wszystko pokazuje, że zmiany na rynku pracy są możliwe – przekonuje Kosiniak-Kamysz.

We wrześniu bezrobocie wyniosło 9,7 proc. (dane GUS). W przyszłym roku w ocenie ekonomistów może spaść nawet poniżej 8 proc. Przez pierwsze dwa kwartały tego roku powstało 347,2 tys. nowych miejsc pracy, z czego ponad 93 proc. w sektorze prywatnym. Blisko połowa nowych miejsc pracy została utworzona w firmach, które zatrudniają do dziewięciu osób.

Istotną zmianą – jak podkreśla Kosiniak-Kamysz – są też zapisy, które mają na celu ograniczenie stosowania umów cywilno-prawnych. To m.in. oskładkowanie umów-zleceń oraz wprowadzenie ograniczeń w stosowaniu umów na czas określony.

Ważną rzeczą było powstanie Rady Dialogu Społecznego, czyli odnowienie dialogu w Polsce, nadanie jej nowych kompetencji, rozszerzenie działalności i zwiększenie prawa związków i pracodawców. Myślę, że niezwykle ważna była też partycypacja społeczna i rozstrzyganie różnych kwestii. Przedstawianie projektów stanie się jeszcze łatwiejsze i będzie w to szerzej zaangażowana strona społeczna – zaznacza minister.

Rada Dialogu Społecznego to zrzeszająca przedstawicieli rządu, pracodawców i pracowników platforma, która zastąpiła niefunkcjonującą od dwóch lat Komisję Trójstronną.

Zdaniem Kosiniaka-Kamysza po wyborach jednym z najważniejszych zadań nowego resortu pracy będzie dbanie o stabilność zatrudnienia oraz o wzrost wynagrodzeń.

Dziś nie brakuje ofert pracy, ale wciąż brakuje ofert pracy najwyższej jakości. To zadanie na najbliższy czas – dodaje minister.

Drugim istotnym zadaniem będzie budowanie komunikacji międzypokoleniowej. To jedno z ważniejszych wyzwań nie tylko w Polsce, lecz także w Europie, ze względu na zachodzące zmiany demograficzne. Z danych Eurostatu wynika, że w 2020 r. osoby po 60 roku życia będą stanowić blisko 25 proc. ludności polskiego społeczeństwa. Szacuje się, że w 2030 r. odsetek osób w wieku 85 lat i więcej będzie wynosić 2,1 proc., a w 2035 roku – 3,1 proc. (obecnie 1,8 proc.).

Wyzwaniem na dekady będzie stworzenie odpowiednich warunków do godnej i zdrowej starości. To jedno z najważniejszych wyzwań, które stoją przed cywilizacją – podkreśla Kosiniak-Kamysz. – Dla mnie bardzo ważnym tematem było budowanie solidarności międzypokoleniowej, żeby nie zamykać się w jednym pokoleniu, i rozwój społeczeństwa obywatelskiego.

Do tego potrzebna jest jednak większy udział organizacji pozarządowych, ruchów miejskich i wiejskich oraz obywateli w życiu publicznym. Jak wskazuje minister, przykładem mógłby być Europejski Komitet Ekonomiczno-Społeczny.

Działa tam grupa związkowców, pracodawców, jest samorząd terytorialny i grupa związana z trzecim sektorem. Taka platforma w Polsce mogłaby również działać. Mamy Radę Dialogu Społecznego, gdyby powstała Rada Dialogu Obywatelskiego, to razem z Komisją Wspólną Rządu i Samorządu Terytorialnego tworzyłyby taką przestrzeń do rozmowy. To mogłoby być ciało zapisane również w konstytucji – podkreśla Kosiniak-Kamysz.

Gorsze nastroje w mikro- i małych przedsiębiorstwach. Przeszkadzają im słabsza sprzedaż, większa konkurencja i presja na spadek cen

CEO Magazyn Polska

Pierwsza połowa roku dla mikro- i małych przedsiębiorców okazała się trudniejsza, niż wskazywały na to przewidywania z końca 2014 r. Z badania Firmy.net wynika, że negatywną zmianę sygnalizuje co trzeci przedsiębiorca. Pesymistycznie oceniają też przyszłą kondycję finansową. Pozytywne jest jednak to, że pozycja konkurencyjna mikro- i małych firm będzie się polepszać.

W I połowie roku w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej poziom sprzedaży, ceny czy sytuacja finansowa mikro- i małych przedsiębiorstw charakteryzowały się tendencją spadkową – mówi agencji Newseria Biznes Alicja Zbytniewska, ekspertka Firmy.net. – Więcej firm odczuwa pogorszenie sytuacji w stosunku do grupy raportujących polepszenie sytuacji finansowej, ożywienie rynku i wzrost liczby klientów.

Według wyników piątej edycji badania nastrojów gospodarczych Firmy.net ogólna sytuacja przedsiębiorstw w I półroczu była raczej stabilna. Ponad 42 proc. firm nie odczuło w tym czasie żadnej zasadniczej zmiany, ani na lepsze, ani gorsze. W pozostałej grupie częściej wskazywano jednak na pogorszenie sytuacji gospodarczej niż na jej poprawę. Negatywną tendencję sygnalizował co trzeci przedsiębiorca (32,3 proc.), podczas gdy 25,2 proc. zauważyło poprawę.

Jak wskazują autorzy badania, grupa pesymistycznie oceniających sytuację swoich przedsiębiorstw przeważyła liczebnie nad optymistami.

– W odczuciu mikroprzedsiębiorców bardzo trudno prowadzi się obecnie firmę – komentuje Alicja Zbytniewska. – Barierą są wciąż wysokie podatki, składki ZUS czasami nieadekwatne do poziomu przychodów oraz zmieniające się regulacje prawne. W dodatku silna konkurencja i walka o niską ceną powodują, że sytuacja finansowa przedsiębiorstw staje się trudna.

Przyczyną gorszych nastrojów jest przede wszystkim zbyt duża konkurencja cenowa (27,5 proc.), wzrost kosztów prowadzenia firmy (21,3 proc.), spadek popytu (20,7 proc.), zmiany w prawie (15,4 proc.), utrata klientów (8,4 proc.) i zatory płatnicze (4 proc.).

Pesymistycznie jest też oceniana przyszła kondycja finansowa. Szybkiej poprawy przedsiębiorcy raczej się nie spodziewają – zauważa Alicja Zbytniewska. – Pozytywne jest to, że pozycja konkurencyjna powinna się polepszać. Małe firmy wciąż muszą walczyć o klienta, ale tym razem chcą to robić nie niską ceną, jak w poprzednich półroczach, lecz lepszą oferty i reklamą.

Zdaniem Zbytniewskiej przedsiębiorcy oczekują od rządu obniżenia podatków oraz składek ZUS, ponieważ koszty prowadzenia działalności gospodarczej są zbyt wysokie, w tym koszty pracy. Można jednak oczekiwać, że firmy będą zatrudniać, bo według ich deklaracji we wzroście zatrudnienia widzą szansę na poprawę swojej konkurencyjności.

Już od dłuższego czasu mamy stabilizację w poziomie zatrudnienia z delikatną tendencją wzrostową – podsumowuje Alicja Zbytniewska. – Można prognozować, że w sektorze mikro- i małych firm będzie rósł popyt na pracę. Przedsiębiorcy potrzebują nowych pracowników, głównie specjalistów.

Najliczniejsza grupa przedsiębiorców, bo aż 74,8 proc., nie planuje zmian w polityce kadrowej i deklaruje utrzymanie poziomu zatrudnienia. Wśród pozostałych częściej sygnalizowane jest zwiększenie liczby pracujących (16,1 proc.) niż redukcja etatów (9,2 proc.).

Sklepy przygotowują się do świątecznej sprzedaży. Skupiają się na odpowiedniej ekspozycji towaru

CEO Magazyn Polska

W okresie Bożego Narodzenia sprzedaż w polskich sklepach wzrasta nawet o 80 proc. Konsumenci są w tym czasie bardziej skłonni do wydawania pieniędzy, także na produkty z wyższej półki. Sklepy, aby przyciągnąć jak największą liczbę klientów, stawiają nie tylko na dobrą ofertę handlową, lecz także na odpowiednie wyeksponowanie produktów oraz liczne promocje.

Okres przed świętami Bożego Narodzenia to czas, w którym sklepy notują najwyższy w skali roku wzrost obrotów. Według badań Cushman & Wakefield w galeriach handlowych w dużych miastach wzrost ten może wynosić nawet 80 proc. Dla wielu sklepów sezon świąteczny zaczyna się już w połowie października – do sprzedaży trafiają wtedy bożonarodzeniowe ozdoby, prezenty i choinki. Placówki handlowe przyciągają klientów nie tylko świątecznymi dekoracjami, lecz także promocjami i łączonymi ofertami sprzedaży. Zdaniem ekspertów podstawowym elementem powinna być jednak oferta handlowa i sposób jej przedstawienia.

Potrzebna jest właściwie skalkulowana oferta sieci handlowych i odpowiednia oferta produktowa dla klientów, a także szereg zabiegów i narzędzi operacyjnych, które sprawią, że ten produkt będzie widoczny, odpowiednio wyeksponowany, dzięki czemu trafi do koszyka indywidualnych konsumentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Adam Stańczak, prezes zarządu ASM GROUP, firmy specjalizującej się we wsparciu sprzedaży.

Merchandising, a więc sposób ekspozycji i prezentacji towaru, ma duże znaczenie. Według ekspertów prawidłowe wyeksponowanie produktu może zwiększyć jego sprzedaż nawet o 30 proc. Towar musi być więc dobrze widoczny na półce – najlepiej na wysokości oczu potencjalnego klienta, czyli ok. 160 cm i na środku półki. Należy dbać, by na każdej półce rozkładać towar w dużej ilości, ale nie w nadmiarze. Dobrze widoczna powinna być także cena produktu.

To są podstawowe elementy, o których należy pamiętać, chcąc skutecznie sprzedawać swój produkt. O merchandisingu zaczynamy mówić i myśleć już od momentu wejścia do sklepu, gdzie komunikujemy się poprzez rozmaite materiały promocyjne, nośniki POS czy akcje promocyjne, a wszystko po to, aby klient w zależności od osobistych preferencji dokonywał określonych zakupów – mówi Adam Stańczak.

W merchandisingu istotne jest również wykorzystywanie konkretnych stref sklepu. Największą popularnością wśród klientów cieszą się produkty wystawione przy kasach oraz na skrzyżowaniach przejść. Zdecydowanie mniej uwagi klienci poświęcają towarom umieszczonym przy wejściu do sklepu oraz w jego rogach. Eksperci doradzają ponadto umieszczanie w placówkach handlowych plakatów i wywieszek promocyjnych. Równie ważna jest odpowiednio dobrana muzyka w sklepie – amerykańscy naukowcy wykazali, że klienci spędzają więcej czasu w sklepie, w którym puszczana jest spokojna i cicha muzyka. W okresie przedświątecznym dobrym rozwiązaniem są też kolędy, które wprowadzają klienta w bożonarodzeniowy nastrój.

Merchandising jest jednym z narzędzi, które stosujemy do tego, żeby efektywnie zarządzać produktem naszych klientów. W zależności od strategii, w zależności od wyboru i potrzeb dobieramy odpowiednie narzędzia, które są ściśle sparametryzowane do określonych celów biznesowych, które przed nami stawia klient – mówi Adam Stańczak.

Merchandising opiera się na zasadzie AIDA, z ang. attention interest desire action. Jego celem jest przykucie uwagi klienta, nawet takiego, który nie zamierzał dokonywać zakupu, wzbudzenie w nim potrzeby posiadania danego produktu oraz nakłonienie do jego zakupu.

Rynek pozabankowych pożyczek szacowany jest na około 6 mld zł. Popyt rośnie szczególnie na pożyczki internetowe

CEO Magazyn Polska

Popyt na pożyczki udzielane poza sektorem bankowym będzie rosnąć. Dziś rynek wyceniany jest na ok. 6 mld zł. W ciągu najbliższych kilku lat może zwiększyć się do 10 mld zł. Coraz więcej pożyczek udzielanych jest przez internet, choć wciąż stanowią one mniej niż połowę rynku. Klienci częściej zaczną też pożyczać przez urządzenia mobilne.

Popyt na pożyczki w internecie jest rosnący – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Adam Dąbrowski, dyrektor zarządzający w firmie Creamfinance Poland, specjalizującej się w mikropożyczkach udzielanych przez internet i urządzenia mobilne. – Klienci, którzy do tej pory korzystali z bardziej tradycyjnych źródeł pozyskiwania drobnych kredytów konsumenckich, czy to w oddziałach, czy poprzez agentów, stopniowo przyzwyczajają się do ścieżki internetowej.

Pożyczki udzielne przez internet nie stanowią nawet połowy rynku, ale to będzie się stopniowo zmieniać. Jak podkreśla Dąbrowski, potencjał jest bardzo duży. Według szacunków Creamfinance Poland rynek pozabankowego consumer finance jest wart ok. 6 mld zł.

Firmy pożyczkowe przy odpowiednim poziomie ryzyka są w stanie konkurować o klientów bankowych segmentów subprime – to już zaczyna się dziać. Dlatego będziemy szli również w tę stronę – podkreśla Adam Dąbrowski. – Jestem przekonany, że ten rynek może urosnąć w perspektywie 2-3 lat nawet do 10 mld zł.

Wyjaśnia, że klienci wybierają ofertę firm pożyczkowych, bo jest tańsza, łatwiej dostępna i prostsza w spłacaniu. Jej atrakcyjność wzmacnia również fakt, że staje się powszechnie dostępna online. Dąbrowski zaznacza, że wraz z rozbudową infrastruktury sieciowej oraz rosnącą popularnością e-commerce coraz więcej pożyczkobiorców będzie przenosić się do internetu. Dodatkowo coraz większy udział będą zdobywać transakcje przez urządzenia mobilne.

Polski rynek w porównaniu z rynkami wysokorozwiniętymi w dalszym ciągu ma rezerwę wzrostu w sektorze e-commerce. Liczba transakcji zakupów produktów i usług drogą internetową nie jest tak wysoka jak na Zachodzie. Z drugiej strony mamy bardzo dobrze rozwiniętą infrastrukturę płatności, bankowości internetowej, również finanse konsumenckie płyną na tej fali – podkreśla prezes Creamfinance Poland.

W ciągu najbliższych dwunastu miesięcy popyt gospodarstw domowych na kredyty konsumpcyjne powinien bowiem nadal rosnąć. Jak wynika z badania Consumer Finance, w II kwartale br. wartość wskaźnika mierzącego to zapotrzebowanie wzrosła z 49 do 54 punktów. Był to największy progres od 2013 roku. Obecna dynamika popytu wynosi 4,6 proc. rocznie.

Zgodnie z prognozami Creamfinance Poland w tym roku spółka udzieli pożyczek na kwotę nieco ponad 104 mln zł. W 2017 roku kwota ta ma być ponaddwukrotnie większa – blisko 250 mln zł.

Inteligentne miasta atrakcyjne dla inwestorów. Kluczowe jest przychylne podejście władz do takich projektów

CEO Magazyn Polska

Rozwiązania smart city pomagają samorządom przyciągnąć inwestorów. Jedną z najważniejszych przewag inwestycyjnych danego miasta jest – obok infrastruktury – inteligentne podejście władz do inwestorów – podkreśla szef Immofinanz Services Poland, firmy działającej na rynku nieruchomości komercyjnych. Mimo że przyciągnięcie do regionu kolejnych firm to szansa na setki nowych miejsc pracy, wciąż są w Polsce miasta, gdzie takie inwestycje są trudne do zrealizowania.

Idea smart city według mnie to jest odpowiednie podejście miasta do inwestora. Nie odbieram LED-owych lamp na ulicy jako przewagi inwestycyjnej jakiegoś miasta. Chodzi raczej o podejście jego władz, które np. nie żądają od inwestora zbyt wielkich nakładów na różne elementy, które powinny być po stronie samorządu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Wesołowski, country manager w firmie Immofinanz Services Poland.

O idei inteligentnych miast mówi się w Polsce coraz więcej, a samorządy decydują się na kolejne inwestycje, które mają ułatwić życie mieszkańcom, podnieść jego poziom i bezpieczeństwo. To m.in. rozwiązania, które usprawniają ruch w mieście i dystrybucję informacji czy wspierają służby miejskie w wypełnianiu ich obowiązków w zakresie oczyszczania, dystrybucji i kontroli zużycia wody oraz odprowadzania ścieków.

Budowanie inteligentnego miasta oznacza także konieczność przyciągnięcia inwestorów. Eksperci dyskutujący na ten temat podczas Property Forum 2015 podkreślali, że chodzi m.in. o nowoczesną infrastrukturę, która umożliwi mieszkańcom przemieszczanie się z i do danego miejsca i wokół której powstaną tereny inwestycyjne. Pomaga także przychylne nastawienie władz.

My tworzymy wiele miejsc pracy. W naszym ostatnim obiekcie pracuje pewnie około tysiąca osób, a taka liczba to jest potężny zakład pracy. Spodziewamy się, że miasta będą się profesjonalizowały i będzie łatwiej rozmawiać z ich władzami – podkreśla Jacek Wesołowski.

Zdaniem Wesołowskiego trudno jednoznacznie wskazać, które regiony odrobiły już lekcję w tym zakresie.

Uważało się kiedyś, że zachód Polski jest przyjazny inwestorom. Ja mam wrażenie, że na wschodzie jest większe oczekiwanie na inwestycje we wszelkiego typu obiekty, również handlowe, ale nie tylko – dodaje Jacek Wesołowski.

Nie ma też zasady, że smart mogą być tylko duże aglomeracje. Eksperci zaznaczają, że to często mniejsze miasta mogą być bardziej elastyczne wobec inwestorów. Jak jednak podkreśla Wesołowski, w niektórych miastach przygotowywanie i realizacja inwestycji przebiega z dużym trudem.

Czasami władze nie czują się na tyle mocne, żeby pracować nad miejscowymi planami zagospodarowania. Czasami jakieś prywatne koneksje uniemożliwiają otwartość w rozmowie z inwestorami. Powody są różne, dlatego nie chciałbym niczego generalizować, bo to się zdarza w różnych miastach incydentalnie – przekonuje Wesołowski.

Idea inteligentnego miasta wpływa jeszcze w inny sposób na deweloperów i zarządców nieruchomości. Zarówno nowo powstające, jak i już funkcjonujące obiekty handlowe muszą uwzględniać nowe potrzeby klientów.

Specjalnością Immofinanz Group są głównie obiekty komercyjne, m.in. handlowe, oraz mieszkania. Grupa odpowiada za część deweloperską i zarządzanie nieruchomościami. Polska jest jednym z najważniejszych rynków dla spółki.

Sieć kawiarni Green Caffè Nero chce otwierać co roku 10–12 nowych lokali. Szybszą ekspansję wstrzymują kwestie logistyczne oraz niedobór wykwalifikowanego personelu

0

CEO Magazyn Polska

Założona w 2012 roku sieć Green Caffè Nero ma już ponad 30 kawiarni, wszystkie na terenie Warszawy i w okolicy. Plany zakładają otwieranie ok. 10 lokali rocznie. Problemem jest jednak, zwłaszcza w innych miastach, dostarczanie świeżo wypiekanych produktów oraz niedobór wykwalifikowanego personelu. Aby je rozwiązać, firma stworzyła specjalne centrum szkoleniowe, w którym kształcą się przyszli pracownicy kawiarni. 

Kawiarnie Green Caffè Nero mają w ofercie wyłącznie świeże produkty. Nie używa się tu chemii, nie ma też mrożonych ciast. Taka strategia wymusza potrzebę posiadania własnej piekarnio-cukierni lub współpracy z lokalnymi dostawcami. To z kolei powoduje, że ekspansja poza Warszawę jest utrudniona. Aby przyjęty schemat funkcjonowania był ekonomicznie opłacalny, niezbędne byłoby otwarcie w nowym mieście dużej liczby nowych lokali w krótkim czasie. Kolejną kwestią są kadry.

– Kawiarnia to miejsce, gdzie jest zatrudnionych 10-12 osób, a kierownik kawiarni jest małym przedsiębiorcą, który dba o wyniki, odpowiada za zysk, za koszty, za serwis. To, co nas blokuje, to kształcenie ludzi na tych kierowników – mówi agencji Newseria Biznes Adam Ringer, prezes sieci Green Caffè Nero.

Podstawą funkcjonowania sieci jest pion zarządzający. W jego skład wchodzą szefowie zmian oraz kierownicy poszczególnych kawiarni. Oprócz tego w strukturach spółki działa także pion maestro odpowiedzialny za jakość.

W tej chwili stworzyliśmy centrum szkoleniowe i bez przerwy szkolimy ludzi. Proces szkolenia może trwać nawet dwa lata – wyjaśnia Adam Ringer. – Kształcimy ludzi na przyszłych kierowników przyszłych kawiarni – będą oni kierownikami kawiarni, których jeszcze nie mamy.

Jak podkreśla Adam Ringer, często jest tak, że są zabezpieczone odpowiednie środki i możliwości lokalowe, które mogą posłużyć do dalszego rozwoju sieci, ale problemem jest znalezienie odpowiednich ludzi.

Zebrania kierownictwa wyglądają tak, że jedni przychodzą i mówią: jest taka opcja, mamy możliwość otworzenia tu lokalu, marketing mówi: świetnie, finanse mówią: OK, a dział operacyjny mówi: chwila, nie mamy ludzi. Obecnie jest to największy hamulec wzrostu – tłumaczy Ringer.

Na rynku walutowym nerwowo przed wyborami – komentarz makro-walutowy

 

W mijającym tygodniu mieliśmy do czynienia z kontynuacją osłabiania złotówki, jednak dużo dynamiczniejszym niż w ubiegłym tygodniu. W tym czasie poznaliśmy wartość polskiej produkcji przemysłowej we wrześniu, która wzrosła o 4,1% r/r, co było wynikiem o 0,15 p.p. lepszym od oczekiwań rynku. Natomiast sprzedaż detaliczna urosła tylko o 0,1%, czyli aż o 1.3 p.p. gorzej niż oczekiwano.

Bezrobocie w Polsce spadło do 9.7% (na najniższy poziom od ponad 6 lat!).

W mijającym tygodniu dolar osiągał nowy tygodniowy szczyt każdego dnia. W poniedziałek amerykańską walutę najtaniej można było kupić za 3.7198 zł, w piątek (w najwyższym punkcie) dolar kosztował już aż 3.8413 zł. Choć USD umacnia się ostatnio wobec wszystkich walut krajów rozwijających się, to właśnie polski złoty traci najmocniej, na co z pewnością wpływ ma niepewność związana z niedzielnymi wyborami parlamentarnymi. Silny dolar został także wsparty czwartkowymi danymi ze Stanów Zjednoczonych. W obecnym tygodniu w USA złożono tylko 259 tys. wniosków o zasiłek dla bezrobotnych (wobec oczekiwanych 265 tys.). Spowodowało to największy w tym tygodniu jednorazowy skok kursu USD – PLN.

Sprzedaż domów na rynku wtórnym również okazała się lepsza od oczekiwań. We wrześniu aż 55.585 mln domów z rynku wtórnego zmieniło właściciela.

W przypadku wspólnej waluty trend wzrostowy na EUR – PLN trwał tylko do czwartku, kiedy to został zatrzymany przez Mario Draghiego. W poniedziałek najniższy kurs EUR – PLN wynosił 4.2313, w czwartek najwyższy kurs osiągnął poziom 4.2955, jednak jeszcze tego samego dnia spadł o prawie 5 groszy po konferencji prasowej, która odbyła się po posiedzeniu EBC. Na konferencji Mario Draghi potwierdził, że rozważa przedłużenie programu luzowania ilościowego. Dowiedzieliśmy się również, że rozważana jest obniżka stopy depozytowej. W piątek EUR – PLN notowane jest w granicach 4.24 – 4.26 zł. Towarzyszą temu pozytywne odczyty indeksów PMI dla usług i przemysłu dla Niemiec, Francji i strefy euro.

W przyszłym tygodniu rynek wyczekiwać będzie środowego posiedzenia FEDu, na którym zapadnie decyzja nt. stóp procentowych w USA. Dodatkowo złotówka będzie próbowała przystosować się do nowej sytuacji na polskiej scenie politycznej.

Michał Borzuchowski, analityk instytucji płatniczej AKCENTA

Banki przejmą lokaty najbogatszych? Nadchodzi bail-in

Komisja Europejska wniosła przeciwko Polsce sprawę do Trybunału Sprawiedliwości. Powód? Do tej pory polski rząd nie dostosował prawa bankowego do nowych dyrektyw unijnych. Nowe przepisy umożliwią przejmowanie oszczędności zgromadzonych na kontach bankowych, jeśli bank będzie potrzebował ratunku przed bankructwem – pisze portal money.pl.

Polska jest jednym z sześciu państw – obok Czech, Luksemburga, Holandii, Rumunii i Szwecji – które mimo ponagleń nie dostosowały przepisów do wymogów unijnych. Komisja Europejska żąda od nas wprowadzenia zapisów, dzięki którym banki będą mogły przejąć część pieniędzy zgromadzonych na kontach. Zagrożone są osoby, które mają w jednym banku ponad 100 tys. euro, czyli równowartość koło 430 tys. zł. Takich osób, jak wynika z wyliczeń ekspertów i money.pl, może być w Polsce nawet 380 tysięcy.

Przejęcie pieniędzy z lokat będzie możliwe wtedy, gdy bank będzie zagrożony bankructwem. – O ewentualnej potrzebie zastosowania takiego instrumentu nie może decydować sam bank – przekonuje Ministerstwo Finansów w oświadczeniu przesłanym money.pl. Takie uprawnienia będzie mieć specjalnie powołany do tego organ nadzorczy.

Przepisy forsowane przez Komisję Europejską mają odciążyć rządy poszczególnych krajów, które do tej pory pieniędzmi wszystkich podatników, a nie tylko tych najbogatszych, musiały zasypywać dziury finansach banków. Dyrektywa bankowa ma zapewnić, że w pierwszej kolejności koszty upadającego banku wezmą na siebie akcjonariusze i wierzyciele (to, co bank jest im winien, zostanie zamienione na udziały). A depozyty do 100 tys. euro nie będą uwzględniane przy ratowaniu banków. Te powyżej – jak to określił Obserwator Finansowy – mogą już zostać „wywłaszczone”.

– Nowe przepisy nie będą furtką do skoku na kasę, jaki dwa lata temu miał miejsce na Cyprze – uspokaja w rozmowie z money.pl Mariusz Zygierewicz, dyrektor zespołu ekonomiczno-regulacyjnego ZBP. – Dyrektywa mówi wyraźnie, że do kwoty 100 tys. euro depozytów w żaden sposób nie można ruszyć i są one objęte gwarancją. Dyrektywa ma uchronić właśnie przed takimi zakusami.

Taki scenariusz oznacza, że nowe przepisy dotkną – w przypadku kłopotów banku – relatywnie niewielkiej grupy ludzi. Oszczędności powyżej 100 tys. euro można znaleźć na nie więcej niż 1 proc. kont. Według danych NBP, we wrześniu tego roku na około 38 mln kont bankowych leżało łącznie 951 mld zł. Potencjalnie w całym systemie bankowym do przejęcia może być więc do 10 mld zł.

– Lepiej dołożyć się do ratowania banku, niż zostać z niczym – komentuje nowe przepisy dr Tomasz Bursa, wiceprezes Opti TFI. W skrajnej sytuacji nadwyżki ponad 100 tys. euro, które znajdą się na koncie, zasilą kapitały własne banku, dzięki czemu będzie miał szansę wyjść na prostą. – Takie odbieranie pieniędzy źle wygląda, ale w ten sposób daje się możliwość ratunku dla banku i w konsekwencji odzyskania być może większej ilości pieniędzy dla drobnych klientów.

Ministerstwo Finansów zaznacza, że w zakresie kwoty powyżej limitu 100 tys. euro deponenci nie będą mogli ponieść wyższych strat niż ponieśliby w ramach procedury upadłości banku. – Dyrektywa, jak i projekt ustawy BFG implementującej tę dyrektywę, nie powoduje dodatkowego obciążenia ryzykiem innym, niż już obecnie występujące – zapewnia resort w oświadczeniu przesłanym money.pl.

Dr Bursa dodaje, że gdyby w Polsce upadł jeden z dwudziestu największych banków, Bankowy Fundusz Gwarancyjny miałby ogromne trudności ze zwrotem wszystkich oszczędności zgromadzonych na kontach. Europejska dyrektywa ma wspomóc banki, by nie było konieczności sięgania po środki BFG. To na razie czarny scenariusz, bo system bankowy w Polsce jest – w porównaniu z Europą – w miarę bezpieczny.