Twój pracownik: cel i narzędzie cyberprzestępcy

Kwestia bezpieczeństwa IT firmy to coraz częściej powracający temat. Sytuacje takie jak ta, która przydarzyła się liniom lotniczym Ryanair (cyberprzestępcy przejęli ich przelew o wartości pięciu milionów dolarów) pokazują, że każde drobne uchybienie w tym względzie może sporo kosztować. Annual Security Report CISCO 2015 dostarcza w powyższej materii wielu nowych informacji i cennych wskazówek. Zainteresują one nie tylko pracowników działu IT, ale również managerów czy właścicieli firm. Innymi słowy: wszystkich, dla których finanse i wizerunek firmy to kwestie priorytetowe.

Jak dowiadujemy się z raportu, około 3/4 dyrektorów ds. bezpieczeństwa IT uważa, że narzędzia, którymi zapewnia bezpieczeństwo IT w swojej organizacji są „wysoce skuteczne”. Zaledwie 1/4 uważa je za efektywne „jedynie w pewnym zakresie”. Czy istnieją realne podstawy dla takiego zadowolenia? Więcej, czy doskonale przygotowane oprogramowanie to pewny sposób na pełną ochronę zasobów firmy? Spam atakujący skrzynki pocztowe w ciągu zaledwie jedenastu miesięcy (pomiędzy styczniem a listopadem 2014 r.) wzrósł o 250%. Większość wiadomości to nieszkodliwe, a jedynie – irytujące, reklamy, ale nie brakuje i takich, które nakłaniają odbiorcę np. do pobrania zainfekowanego załącznika. Warto zauważyć, że nie każda niechciana wiadomość od razu trafia do folderu „SPAM”. Nieuczciwi nadawcy coraz częściej dzielą swoje przesyłki na mniejsze porcje i wysyłają je korzystając z dużej bazy adresów IP. W ten sposób udaje im się uniknąć wykrycia przez programy antyspamowe. Kiedy już podejrzany e-mail znajdzie się wśród zwyczajnej, służbowej korespondencji, najważniejsze jest rozsądne i ostrożne zachowanie odbiorcy. Pozostaje więc pytanie – jak sami „szeregowi pracownicy” postrzegają kwestie bezpieczeństwa?

Z raportu dowiadujemy się, że jedynie 26 proc. badanych zna i respektuje zasady polityki bezpieczeństwa swojej organizacji, kolejne 38 proc. słyszało coś o jej istnieniu, ale nie miało okazji zapoznać się z nią bardziej szczegółowo. Szczególną uwagę powinna zwrócić 32 proc. grupa badanych, która uważa, że polityka bezpieczeństwa przyjęta w organizacji ogranicza lub spowalnia ich w wykonywaniu codziennych obowiązków. Co to oznacza? Że omijają jej zasady, kiedy tylko w ich odczuciu jest to uzasadnione. Liczba ta nie uwzględnia oczywiście osób, które w swoim mniemaniu przestrzegają zasad i skrupulatnie wykonują polecenia specjalistów IT, na przykład te dotyczące regularnej zmiany haseł. Żeby jednak uporać się ze wszystkimi nieprzyjemnymi obowiązkami, ułatwiają sobie życie. Na przykład, poproszeni o comiesięczną zmianę hasła, będą wykonywać to polecenie w najprostszy sposób – chociażby według wzoru nazwafirmykwiecien2015, nazwafirmymaj2015…

Co robi użytkownik systemu, kiedy już uda mu się ominąć niewygodne ograniczenia, narzucone przez zwierzchników? Aż 83 proc. przebadanych pracowników przyznaje się do korzystania z firmowej sieci w celach prywatnych, w tym 43 proc. deklaruje korzystanie z prywatnej poczty oraz portali społecznościowych. Zakładając nawet, że oprogramowanie antywirusowe w naszej firmie jest najwyższej jakości, użytkownicy systemu jeszcze przed dopiciem pierwszej porannej kawy zdążyli dobrowolnie (choć nieświadomie) zwiększyć ryzyko ataku na zasoby firmy. W międzyczasie mogą jeszcze zainstalować przydatne rozszerzenie do przeglądarki – w założeniu, że dostarczają je przecież znane i zaufane firmy. Niestety, zainfekowane rozszerzenia do przeglądarek to jeden z popularniejszych sposobów działania cyberprzestępców.

Autorzy raportu wielokrotnie podkreślają, że bezpieczeństwo IT powinno być postrzegane przede wszystkim jako zagadnienie związane z działalnością człowieka. Podejście technocentryczne okazuje się niewystarczające. Technologia powinna być jedynie narzędziem w rękach ludzi, którzy wiedzą w jaki sposób i w jakim celu można z niej korzystać. Gdzie mogą się tego nauczyć? W Polsce powoli rośnie rynek szkoleń z zakresu bezpieczeństwa IT (spotkać można się też z terminem „security awareness”), stworzonych z myślą właśnie o szeregowych użytkownikach systemu. Tego typu usługę oferuje między innymi Niebezpiecznik (szkolenie stacjonarne Bezpieczny Pracownik IT), można też zakupić dostęp do platform e-learningowych przygotowanych przez LogicalTrust (SecurityInside.pl) czy Clico.pl (Security Awareness). Jak wybrać dobre szkolenie? Warto poprosić dostawcę usługi o zaprezentowanie lekcji próbnej i samemu ocenić, czy zaprezentowane informacje przedstawione są w sposób atrakcyjny i zrozumiały, nawet dla laika. Jeśli decydujemy się na naukę on-line, warto dopytać również o możliwość monitorowania postępów uczniów.

Nie mniej ważną kwestią od samej edukacji jest systematyczny dialog pomiędzy użytkownikami systemu informatycznego a działem IT. Potrzebę tę zilustrowano w raporcie przykładem zablokowania podejrzanej strony. W większości przypadków pracownik działu IT zadowala się wstawieniem na witrynę komunikatu „brak dostępu”. Pracownicy nie poznają prawdziwej przyczyny tej decyzji (Czy to mój błąd? A może jakaś kara?) i prawdopodobnie stracą czas, starając się obejść zaporę. Po nieudanych próbach upewnią się jedynie w przekonaniu, że głównym obowiązkiem działu IT jest (niewątpliwie motywowane czystą złośliwością) utrudnianie życia uczciwie pracującym ludziom. Dużo lepszym wyjściem byłby komunikat: „Strona w ciągu ostatnich 48 godzin udostępniała złośliwe oprogramowanie. Ze względów bezpieczeństwa dostęp tymczasowo zablokowany.” Koszty zmiany komunikatu na bardziej czytelny – zerowe, budowanie świadomości zespołu – gratis. Im więcej użytkownik dowie się o działaniu systemu, tym łatwiej będzie mu odróżnić sytuację normalną od podejrzanej. Dzięki nawiązanemu wcześniej dialogowi nie będzie obawiał się zgłosić swoich wątpliwości czy przyznać do błędu, a to z kolei może mieć kluczowe znaczenie gdy incydent bezpieczeństwa już zaistnieje, a walka toczyć się będzie o zminimalizowanie jego szkód.

Jak podsumowują twórcy raportu – pytanie nie dotyczy już dłużej tego, czy zasoby Twojej firmy są zagrożone. To, że są (lub: że wkrótce będą), to pewne. Prawdziwe pytanie, które powinniśmy sobie teraz wszyscy postawić, brzmi: jak w sytuacji zagrożenia systemu powinni zachować się jego użytkownicy? I zadbać o to, żeby oni również jak najszybciej poznali prawidłową odpowiedź.

Autor. Małgorzata Wasiak, ekspert ds. bezpieczeństwa IT w LogicalTrust

Popołudniowy komentarz walutowy z 23.10.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 23.10.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Przeciętne pensje w mikrofirmach poniżej średniej krajowej

Według ostatniego raportu Głównego Urzędu Statystycznego, w 2014 roku działalność gospodarczą w Polsce prowadziło 1 826,3 tys. mikroprzedsiębiorstw, czyli podmiotów o liczbie pracujących, która nie przekracza 9 osób. Oznacza to wzrost o ponad 4% w skali całego roku. Najwyższy odsetek stanowiły firmy zajmujące się handlem i naprawą samochodów (26%), administrowaniem (13%), budownictwem (12%) i przemysłem (9%). W ubiegłym roku w mikroprzedsiębiorstwach było zatrudnionych 3 569,7 tys. osób, o 128 tys. więcej niż w 2013 roku. Najwięcej przedsiębiorstw z tej grupy miało swoją siedzibę w województwie mazowieckim (17,5%), śląskim (11,4%) i wielkopolskim (10,2%).

Wynagrodzenia w mikroprzedsiębiorstwach prawie dwukrotnie niższe niż w większych firmach

Przeciętne miesięczne wynagrodzenie w mikrofirmach w 2014 roku wyniosło 2 257 PLN brutto. Oznacza to, że pracownik takiej firmy „na rękę” dostawał średnio 1 639 PLN. To o 1 723 PLN brutto mniej niż wyniosło średnie wynagrodzenie w podmiotach zatrudniających powyżej 9 osób w (3 980 PLN brutto). W porównaniu do 2013 roku nastąpił spory wzrost średniego wynagrodzenia w mikroprzedsiębiorstwach – o 112 PLN. Jednak tak wysoka dynamika tego wynagrodzenia to w dużej mierze zasługa wzrostu płacy minimalnej, która w 2013 roku wyniosła 1 600 PLN brutto, a w 2014 roku została podniesiona do 1 680 PLN. Analizując dane na temat zarobków osób zatrudnionych w mikroprzedsiębiorstwach należy mieć na uwadze, że w tego typu firmach często zatrudnia się w oparciu o umowę o pracę za stawkę minimalną, natomiast pozostała część wynagrodzenia wypłacana jest „pod stołem”, w celu uniknięcia wysokich podatków. Takie procedery częściej mają miejsce w niewielkich firmach ponieważ mają one mniej sformalizowaną strukturę oraz mniej osób jest zaangażowanych w w przygotowywanie list płac i zestawień do różnych urzędów co stwarza większe poczucie bezpieczeństwa. Dlatego też dane te mogą nie do końca odzwierciedlać rzeczywiste stawki wynagrodzeń na rynku.

Najwyższe wynagrodzenie otrzymywali zatrudnieni w województwie mazowieckim – średnio 2 629 PLN brutto miesięcznie. Następnie w pomorskim i na Dolnym Śląsku – kolejno 2 365 i 2 337 PLN na miesiąc. Najniższe przeciętne wynagrodzenia otrzymywali pracownicy mikrofirm z województwa świętokrzyskiego (1 983 PLN) i podkarpackiego (1 991 PLN).

Mapa 2. Średnie wynagrodzenia w mikrofirmach w podziale na województwa w 2014 roku (brutto w PLN)
Średnie wynagrodzenia w mikrofirmach w podziale na województwa w 2014 roku

Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w mikroprzedsiębiorstwach w 2014 roku w porównaniu do 2009 roku wzrosło o 24,9%. Największą dynamikę odnotowano w województwach: śląskim (29,7%), podlaskim (29,3%), kujawsko-pomorskim (28,6%) i lubelskim (28%). Najmniejsze przyrosty były na Mazowszu (20,8%) i Opolszczyźnie (21,2%).

Wynagrodzenia w mikroprzedsiębiorstwach według sekcji PKD

Najwyższe wynagrodzenia otrzymywali pracownicy mikroprzedsiębiorstw z komunikacji i informacji – średnio 3 428 PLN brutto na miesiąc. Jednak to i tak o połowę mniej niż otrzymywali pracownicy zatrudnieni w większych firmach. Na drugim miejscu w zestawieniu mikrofirm znalazły się osoby obsługujące rynek nieruchomości. Ich średnie wynagrodzenia wyniosły 3 008 PLN. Znacznie niższe wynagrodzenia, nie przekraczające 2 tys. PLN, otrzymywali pracownicy zatrudnieni w zakwaterowaniu i gastronomii (1 889 PLN brutto), leśnictwie i rybactwie (1 886 PLN) oraz w innych usługach (1 879 PLN). We wszystkich sekcjach gospodarki pracujący w mikroprzedsiębiorstwach zarabiali mniej niż w większych firmach. Największa różnica między zarobkami w mikroprzedsiębiorstwach a w podmiotach zatrudniających więcej niż 9 osób wystąpiła w branży finansów i ubezpieczeń. W mikrofirmach pracownicy średnio otrzymywali 2 499 PLN, a w pozostałych o 4 016 PLN więcej, czyli średnio 6 515 PLN brutto miesięcznie.

Wykres 1. Wynagrodzenia w mikroprzedsiębiorstwach i w większych firmach według podstawowego rodzaju działalności w 2014 roku (średnia brutto w PLN)Wynagrodzenia w mikroprzedsiębiorstwach i w większych firmach według podstawowego rodzaju działalności w 2014 roku (średnia brutto w PLN)

Różnice pomiędzy zarobkami osób pracujących w mikrofirmach a pozostałych przedsiębiorstwach, czyli tych zatrudniających więcej niż 9 osób jest znaczna. Są sekcje, gdzie różnice są niewielkie (administrowanie z różnicą 286 PLN) oraz takie jak finanse i ubezpieczenia, gdzie różnica w wynagrodzeniach, w zależności od wielkości podmiotu wynosi ponad 4 tys. PLN. Należy pamiętać o tym, że dane na temat wynagrodzeń w mikroprzedsiębiorstwach mogą być obarczone błędem.

Ewelina Jurczak
Sedlak & Sedlak

W 2016 roku rynek dermokosmetyków w Polsce powróci na ścieżkę wzrostu

Dermokosmetyki (kosmetyki apteczne) w starzejącym się społeczeństwie są uznawane za zdecydowanie tańszą alternatywę dużo droższych zabiegów medycyny estetycznej. Sprzedaż tych produktów wykazuje sezonowość. Początek jesieni (szczególnie dotyczy to września) przynosi spadek wydatków na nieplanowane dobra ekskluzywne (w tym również dermokosmetyki). Związane jest to z rozpoczęciem roku szkolnego i zwiększeniem wydatków na szkolne wyprawki dla dzieci. W okresie przed świętami sprzedaż natomiast ponownie rośnie. Sprzedaż jest również wysoka w miesiącach letnich.

W latach 2010-2011 negatywny wpływ na analizowany rynek miał przede wszystkim kryzys gospodarczy. W 2012 r., oprócz gorszej koniunktury, na dynamikę rynku negatywnie wpłynęły przepisy nowej ustawy refundacyjnej. Poza tym w ostatnich latach mamy do czynienia również ze stopniowym nasycaniem się rynku – szeroka paleta produktów powiela już istniejące na rynku receptury. Co więcej, nie ułatwia sytuacji producentów i dystrybutorów skomplikowana ścieżka legislacyjna (w porównaniu do innych krajów, a nie do innego typu produktów, np. leków) – chodzi przede wszystkim o sprzeczność decyzji wydawanych przez różne instytucje, w wyniku czego produkty dostępne na innych rynkach, np. skandynawskim, mogą utknąć w Polsce na etapie rejestracji.

Warto zaznaczyć jednak, że w 2013 r. rynek „dostosował się” do nowych warunków prawnych i sprzedaż kosmetyków w aptekach była znowu jednym z najatrakcyjniejszych kanałów dystrybucji dermokosmetyków w Polsce. W naszej opinii, coraz większa liczba aptekarzy była zainteresowana wprowadzeniem dermokosmetyków do swojej oferty. Są to bowiem produkty, na których możliwe jest generowanie 30-40% marż (średnia marża w 2013 r. to, według PharmaExpert, 37%; kilka lat temu wynosiła 20-30%), co pozwala redukować negatywne skutki ustawy refundacyjnej. Dowodem tego optymizmu jest fakt wprowadzania na rynek nowych marek i produktów nawet w trudnym 2012 r. Warto jednak zaznaczyć, że ze względu na wspomniane wyżej czynniki już na pewno nie będzie to tak dynamicznie rozwijający się segment, jak kilka lat temu.

W 2015 r. widzimy duże osłabienie dynamiki rynku pod względem wartości. Wynika to przede wszystkim z faktu, iż ceny dermokosmetyków od roku 2013, łącznie z rokiem 2015, spadają. Wiąże się to z rosnącą konkurencją, jak również z faktem, iż napotkano na barierę ze strony siły nabywczej pacjentów. W naszej opinii jednak, w 2016 r. rynek powróci na ścieżkę wzrostu, ponieważ długofalowo segment ten ma bardzo dobre perspektywy rozwoju (takie jak sytuacja makroekonomiczna, trendy z Zachodu, stosunkowa młodość rynku).wartość rynku kosmetyków aptecznych w Polsce

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. Rynek dermokosmetyków w Polsce 2015.

Autor raportu: Monika Stefańczyk

Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 23.10.2015

Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.

Dobrze zlokalizowane biuro z usługami – magnes na wykwalifikowanych pracowników?

Na dzisiejszym rynku pracy to pracownicy coraz częściej dyktują warunki zatrudnienia, a firmy stają na głowie, by ich do siebie przyciągnąć. Jak to robią? Co to jest EVP firmy i dlaczego jest tak ważny?

Znalezienie wykwalifikowanego pracownika i przywiązanie go na stałe do firmy to dzisiaj trudne zadanie. Każde solidne przedsiębiorstwo spełni podstawowe warunki: dobra płaca, pakiet ubezpieczeń i pewność zatrudnienia. Dlatego potencjalny pracownik szuka czegoś więcej. Ważne jest EVP. Czyli co właściwie?

Tajemnica EVP

Employee Value Proposition to wartości i korzyści, jakie firma może zaproponować potencjalnym pracownikom. EVP powinno być zbiorem cech, które odróżniają pracodawcę od konkurencji. Jednak dla różnych pracowników EVP może być czymś innym: wynagrodzeniem, elastycznymi godzinami pracy, prestiżowym biurem, dodatkowymi benefitami.

– W przypadku wysoko wykwalifikowanych pracowników, szczególnie z branży IT, wynagrodzenie przestaje być czynnikiem decydującym. Programiści, i nie tylko oni, szukają wartości dodanej, np. dobrej atmosfery w pracy i usług, które podniosą jej jakość. Te aspekty liczą się coraz bardziej. Przez osoby młode są wręcz stawiane na pierwszym miejscu – mówi Shuckie Ovadiah, inwestor i CEO OVO Wrocław.

OVO_officeNa pierwszy plan wysuwa się więc wizerunek przedsiębiorstwa. Co stanowi o jego atrakcyjności? Znakomita lokalizacja z łatwym dojazdem, możliwość uczestniczenia w ciekawych projektach
i wyzwania czy podkreślające status biuro. Te warunki spełniają nieliczni.

– Zarówno dla przedsiębiorstwa, jak i jego pracowników ważna jest lokalizacja. Centrum miasta, łatwy dojazd i parking na miejscu będą mocnymi kartami przetargowymi podczas rekrutacji, a w następnej kolejności będą również decydować o przywiązaniu do firmy – mówi Piotr Śliwka, dyrektor zarządzający w firmie Poland – Sotheby’s International Realty. – Liczy się dobry wizerunek i warunki pracy. Przykładem może być Google, który jest znakomicie rozpoznawalny, a dla wielu osób praca w tej firmie to marzenie.

Google zapewnia przyjazne otoczenie i usługi w pracy. Dla pracowników przygotowywane są posiłki, dostępne są siłownie czy pokoje relaksu, w których można odpocząć lub pograć w gry. Między innymi przez to korporacja jest postrzegana jako jeden z najlepszych pracodawców, a ich biura obrastają legendą.

Podobnie kompleksowe usługi zagwarantuje wielofunkcyjny OVO Wrocław. Oprócz biur znajduje się tu pięciogwiazdkowy hotel DoubleTree by Hilton, restauracja, sklepy, butiki oraz lokale usługowe na parterze, klub fitness z basenem i SPA, centrum konferencyjne czy wewnętrzne zielone patio.

– Właściciele firm, pracownicy, a także ich partnerzy będą mogli korzystać ze wszystkich tych funkcji. Bez potrzeby wychodzenia poza kompleks będzie można zorganizować spotkanie, konferencję, umówić się na lunch i wrócić do biura, zaledwie trzy piętra wyżej. A po pracy czeka nas relaks w klubie fitness – mówi Ewa Omasta, manager ds. marketingu i sprzedaży OVO Wrocław. To gwarancja wygody, a przede wszystkim wielka oszczędności czasu.

Karta przetargowa

Dodatkowo firmy w OVO Wrocław będą korzystały z usług concierge’a, biura będą dla nich dostępne 24 godziny na dobę przez osobną klatkę schodową, a w prestiżowym lobby klienci zostaną odpowiednio powitani. Z kolei jedyna w swoim rodzaju bryła budynku gwarantuje rozpoznawalność. Takie miejsce nie będzie dla potencjalnego pracownika obojętne.

Jako budynek niebanalny i wielofunkcyjny OVO Wrocław robi znakomite pierwsze wrażenie oraz utrwala ekskluzywny wizerunek. – Biura w OVO Wrocław to ponadprzeciętne środowisko pracy. Dostęp do luksusowego klubu fitness, pływalni, kawiarni czy restauracji jest solidną kartą przetargową dla firmy, która konkuruje o najlepszych pracowników w swojej branży – mówi Krzysztof Jabłoński z biura Iglica Nieruchomości. – Lokalizacja w centrum Wrocławia i najwyższej klasy budynek to dla firmy także prestiż.

 

W objęciach politycznej niepewności

Lukasz Bugaj, analityk DM BOS
Lukasz Bugaj, analityk DM BOS

W minionym tygodniu wskazywałem, że rynek powinien zmierzyć się z przedwyborczym przystankiem i od tamtego czasu rzeczywiście zwyżki ustały, a aktywność handlu uległa zmniejszeniu. Widać to szczególnie w segmencie spółek największych, gdzie zarówno popyt jak i podaż przyjęły postawę wyczekującą. Korelacja z najważniejszymi europejskimi parkietami uległa zmniejszeniu, a na zaznaczeniu zyskały nasze wewnętrzne aspekty polityczne. Słabszy złoty wskazuje, że inwestorzy przygotowują się na zwycięstwo głównej partii opozycyjnej, ale nie to jest teraz najważniejsze. Nie wiadomo bowiem, czy potrzebna będzie koalicja, jak ona mogłaby wyglądać oraz w jakim stopniu zmieni się powyborcza retoryka, której aktualne tony grają miejscami na niebezpiecznych strunach. Warto w tym miejscu wspomnieć, że z początkiem miesiąca na parkiecie pojawił się nowy zagraniczny kapitał, który wciąż jest na nim obecny. Jeżeli się on wystraszy powyborczego krajobrazu politycznego, to jego ewakuacja wyrządzi sporo szkód, włącznie z zaprzepaszczeniem perspektyw na lepszą końcówkę roku. Nie jest to jednak scenariusz bazowy, gdyż ten cały czas zakłada pewną racjonalność w postępowaniu polityków, którzy wraz z końcem kampanii wyborczej zejdą na ziemię. Tym samym uwzględniając pojawiające się już napływy środków do funduszy akcji rynków wschodzących, dalej poprawiać się powinien sentyment wokół giełdowych parkietów. Lokalnie oprócz polityki ważny będzie ruszający sezon wynikowy. Poprzedni kwartał pokazał, że poprawa wciąż jest widoczna, ale nie jest tak powszechna, jak można zakładać. Ponadto klarownych pozytywnych zaskoczeń wcale nie było tak dużo i można było czuć niedosyt, szczególnie w kontekście zdecydowanie lepiej odebranych wyników za I kw. Aktualnie martwić nieco mogą pojawiające się już zapowiedzi gorszych raportów, które wciąż uznawać można za „wypadek przy pracy”, tym niemniej spotykają się one z uzasadnioną negatywną reakcją. Z drugiej strony wspomnieć trzeba o pojawiających się również wezwaniach na akcje, które może szczególną powszechnością nie grzeszą, ale sygnalizują, że duzi inwestorzy aktualne wyceny uznają za atrakcyjne z długoterminowego punktu widzenia. W tym kontekście do wzrostów aż tak wiele nie potrzeba. Uspokoić się musi nabrzmiały ostatnio wątek polityczny, a publikowane wyniki potwierdzić powinny wciąż trwający wzrost gospodarczy. Faworytami cały czas pozostają małe i średnie spółki, dla których bilans ryzyk i szans wciąż jest korzystniejszy niż w przypadku blue chipów.

Już wkrótce Chińczycy będą zarabiali więcej niż Polacy

Od kliku lat ekonomiści mówią, że tania chińska siła robocza niebawem przejdzie do historii. Tempo, w jakim bogaci się przeciętny obywatel Chin, jest zadziwiające. Polacy mogą tylko zazdrościć – komentuje Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl.

Chińska gospodarka w trzecim kwartale rozwijała się w tempie 6.9 proc. r/r. Wzrost PKB był nieco wyższy od szacunków. Nie wywołało to jednak wielkiego optymizmu na rynkach akcji, gdyż część ekonomistów podważa ostatnio wiarygodność oficjalnych danych publikowane przez Pekin. Nikt jednak nie kwestionuje tych dotyczących wzrostu wynagrodzeń, a dla przeciętnego obywatela to właśnie one są miarodajnym wskaźnikiem sukcesu kraju.

Marcin_LipkaWedług oficjalnych danych Narodowego Biura Statystyki Chin (NBS), w 2005 r. przeciętne roczne wynagrodzenie wynosiło 18.2 tys. juanów (CNY), co przy kursie USD/CNY na poziomie 8.27, stanowiło 2.2 tys. dol. amerykańskich (USD). Dawało to więc mniej niż 200 dol. miesięcznie. W tym samym czasie przeciętna pensja w Polsce wynosiła 2.5 tys. zł, co przy kursie dol. z 2005 r. oznaczało zarobki w graniach 750 dol.

Ostatnia dekada przyniosła jednak znaczące przetasowania w kwestii wynagrodzeń. W roczniku statystycznym NBS, średnie wynagrodzenie w 2013 r. wynosiło już 51 tys. juanów. Według danych Niemieckiej Izby Handlowej w Chinach, w ostatnich dwóch latach rosło ono w tempie przekraczającym 8 proc. rocznie. To oznacza, że obywatele Państwa Środka zarabiają już około 60 tys. juanów. Przy obecnym kursie USD/CNY na poziomie 6.35 daje to niecałe 9.5 tys. dol. na rok, czyli około 800 dol. miesięcznie.

Tymczasem w Polsce, według ostatnich danych Głównego Urzędu Statystycznego (GUS), przeciętne miesięczne wynagrodzenie we wrześniu b.r. wyniosło 4059 zł, czyli 1082 dol. Z tego wynika, że w ciągu minionej dekady stosunek pensji Chińczyka do Polaka wyrażony w dolarze wzrósł z około 25 proc. do prawie 75 proc.

Zarobki w chińskich miastach wyższe niż w polskich

Już w 2013 r. przeciętne roczne wynagrodzenie mieszkańca Pekinu czy Szanghaju przekraczało 90 tys. juanów. Biorąc pod uwagę ogólnokrajowe tempo wzrostu pensji w Chinach, jest to obecnie około 105 tys. juanów chińskich, czyli 8.7 tys. miesięcznie (1377 dol.). Według danych GUS, średnie zarobki w Warszawie wynoszą 5222 zł (1392 dol.), w Krakowie 4309 zł (1149 dol.), w Łodzi 3670 zł (978 dol.), a we Wrocławiu 4242 zł (1131 dol.). Wynika z tego, że tylko Warszawa dotrzymuje kroku głównym chińskim miastom, ale różnica jest minimalna i biorąc pod uwagę tempo wzrostu wynagrodzeń, już za rok zarobki w żadnym polskim mieście nie będą wyższe niż te w metropoliach Państwa Środka.

Różnica w wynagrodzeniach na korzyść chińskiego pracownika rośnie wraz z jego wyższymi kwalifikacjami. Interesująco prezentują się zestawienia zarobków profesjonalistów, zamieszczone w zestawieniu „Raport Płacowy 2015” firmy rekrutacyjnej Hays oraz w opracowaniu „The 2015 Hays Asia Salary Guide”. Na ich podstawie można przypuszczać, że osoby, które chcą poprawić swój status materialny, zaczną wyjeżdżać do Chin, zamiast do krajów strefy euro.

Pracownik zatrudniony na stanowisku Brand Manger w Chinach zarabia około 375 tys. junów rocznie, to niecałe 5 tys. dol. miesięcznie. Pensja dla osoby zajmującej to stanowisko w Polsce jest wyceniana na 10 tys. zł (niecałe 2.7 tys. dol. miesięcznie). Podobne tendencje zachodzą także w innych sektorach, m.in. bankowym, farmaceutycznym, IT czy telekomunikacyjnym. Dodatkowo im wyższe stanowisko, tym wyższa różnica wynagrodzeń.

Skąd pochodzi sukces chińskiego pracownika?

Oczywiście powstaje pytanie z czego wynika sukces osiągnięty przez chińskiego pracownika. Tę kwestię roztrząsają prawdopodobnie nie tylko Polacy, ale również mieszkańcy innych krajów Azji czy Europy Środkowo-Wschodniej, którzy jeszcze 10 lat temu zarabiali znacznie więcej niż zatrudnieni w Państwie Środka.

Analizując historię rozwoju Chin, można dojść do wniosku, że złożyło się na to kilka elementów. Przede wszystkim szerokie otwarcie się na produkcyjny kapitał zagraniczny, który na początku zachęcony tanimi kosztami pracy, a później rosnącym i bogacącym się rynkiem wewnętrznym, zainwestował ponad 1.5 bil. dol. w ostatnich 30 latach. Odpowiednie wykorzystanie tego kapitału pozwoliło Chinom stać się eksportowym centrum świata.

Kolejnym elementem jest spójna, przemyślana i dalekowzroczna polityka chińskiego rządu. I choć nam plany „pięcioletnie” kojarzą się z PRL i brakiem efektywności to jednak marki „made in China” i otoczki tego sloganu zazdroszczą praktycznie wszystkie gospodarki rozwijające się.

Nie można również zapominać o pracowitości obywateli i mimo ustroju socjalistycznego, braku życzeniowego podejścia w stosunku to państwa.

Oczywiście trudno się spodziewać, by chińskie pensje rosły w stosunku 10 proc. rocznie przez kolejne dekady. Jednak ten kraj ma nowy plan: „Innovate in China”, który znacznie zwiększa szanse na utrzymanie pozytywnego trendu wynagrodzeń. Aktualnie Pekin przeznacza na badania i rozwój ponad 2 proc. PKB, (ok. 200 mld dol.). Robi to zresztą konsekwentnie od lat. Od 2002 r., według danych OECD, te wydatki przekraczały 1 proc. PKB.

Wydatki Polski na innowacje nigdy nie przekroczyły 1 proc. PKB. Mało tego przez większość lat, od początku 2000 r., kwota na inwestycje prorozwojowe oscylowała w graniach 0.5 proc. do 0.6 proc. PKB. W efekcie w najnowszym rankingu The Global Competitiveness Report 2015–2016 opublikowanym przez World Economic Forum w kategorii określającej poziom innowacyjności poszczególnych państw, Chiny znalazły się na 31 miejscu. Polska zajęła dopiero 64 pozycję, dziesięć oczek za Ukrainą.

Weź sklepik w swoje ręce

Z danych GUS-u wynika, że w 2014 roku działało w Polsce ponad 4 mln firm, a ich liczba wciąż rośnie. Najlepiej radzą sobie mikroprzedsiębiorstwa, czyli jednoosobowe działalności gospodarcze, które wyrabiają 30 proc. polskiego PKB. Jak grzyby po deszczu wyrastają firmy ze zdrową żywnością, naturalnymi kosmetykami, ekologicznymi ubraniami. Podobnie jest ze zdrowymi restauracjami, które propagują ideę slow food. Dlaczego zatem sklepiki szkolne nie mogą być zdrowe? I jaki biznesplan powinny mieć, by nie zamykać się z powodu nowych przepisów Ministra Zdrowia?

Minister Zdrowia wprowadził do szkół nowe przepisy dotyczące żywienia dzieci.  Zarządził, że mają jeść zdrowo, niezależnie od tego, czy kupują w sklepikach szkolnych, czy jedzą w stołówkach. Dla niektórych szkół nowe rozwiązanie jest oczywiste. Wiele z nich od dawna korzysta z firm cateringowych, wydaje śniadania w stołówce lub posiada bufety śniadaniowe zamiast sklepików szkolnych. To jednak niewielki procent. Większość sklepików do tej pory nie dbała o właściwe żywienie dzieci, skupiając się na sprzedaży batoników, czipsów, napojów słodzonych. Dziś zamykają podwoje i narzekają, że nowe zasady wprowadzono zbyt szybko, a ich biznes upada. – Decyzje o zamknięciu niektórych sklepików mogą być pochopne. Myślę, że są oparte na przypuszczeniach, a nie konkretnych wyliczeniach. Trudno bowiem oszacować sytuację finansową sklepiku, opierając się na danych z jednego miesiąca. A trzeba pamiętać, że sklepiki rozpoczęły działalność tuż po wakacjach, czyli we wrześniu i minęło zbyt mało czasu, by podejmować tak radykalne decyzje – podkreśla Magdalena Olczak, doktorantka ekonomii na SGH, która prowadzi badania dotyczące start-upów i nowopowstałych firm.

 Nie potrafimy, więc zamykamy

SKLEPIK_1_Fundacja BOŚ.W Polsce działa blisko 30 tys. szkół. W ponad połowie funkcjonują sklepiki szkolne. Po wejściu w życie nowych przepisów część z nich zamknęła się. Powód? Najemcy podkreślają, że nie zarobią na sprzedaży zdrowych kanapek, a dzieci i tak kupią chipsy i batoniki w pobliskich sklepach, ponieważ są to produkty, które lubią najbardziej. – Naszym zdaniem nowe przepisy są szansą na zmianę nawyków żywieniowych dzieci, które zakorzeniły się nie tylko w polskich szkołach, ale również domach – podkreśla Barbara Lewicka-Kłoszewska z Fundacji BOŚ. – Dyskusja, która rozgorzała wokół zarządzenia Ministra Zdrowia ujawniła jak źle był dotychczas skonstruowany cały system żywienia dzieci w szkołach. Nie da się wprowadzać ulepszeń bez dużych zmian u podstaw. Trzeba zadać sobie pytanie jak dotychczas funkcjonowały sklepiki szkolne, często bez bieżącej wody, bez lodówek lub chłodziarek umożliwiających przechowywanie świeżej żywności, bez dostatecznej wiedzy jak komponować posiłki. W skrócie można powiedzieć, że sklepiki szkolne działały jak małe sklepy spożywcze, których jedyną misją było zakupienie towaru w hurtowni, a później sprzedaż. To zbyt mało, by prowadzić odpowiedzialny społecznie biznes. A trzeba zdać sobie sprawę, że sklepik szkolny powinien być właśnie takim biznesem – mówi Barbara Lewicka-Kłoszewska z Fundacji BOŚ, która od 2011 roku prowadziła program „Sklepiki szkolne – zdrowa reaktywacja”, przeznaczając rocznie blisko 50 tys. zł na granty, dzięki którym sklepiki mogą zmienić się w zdrowe bufety śniadaniowe.

 Asortyment bez zastrzeżeń

 SKLEPIK_2_Fundacja BOŚDotychczas na przykładowej sklepikowej półce znajdowało się ponad 700 łyżeczek cukru (sacharozy), 13 łyżeczek soli, 1425 g tłuszczu oraz 700 g nasyconych kwasów tłuszczowych – tak wynika z wyliczeń dietetyków Fundacji BOŚ. – Mówimy tylko o jednej półce, a nie o całym sklepiku – podkreśla Aleksandra Koper, dietetyczka odpowiedzialna za wyliczenia. Co powinno znaleźć się wśród sklepikowych produktów, by spełniać wymogi Ministra Zdrowia? – Przede wszystkim kanapki z ciemnego pieczywa z warzywami, pastami warzywnymi lub rybnymi, dobrej jakości wędlinami oraz nabiałem. Do tego koktajle lub musy, zdrowe jogurty z muesli lub owocami, sałatki, soki owocowe lub warzywne bez dosładzania, małe przekąski np. naleśniki zbożowe z pieczonymi jabłkami i rodzynkami, babeczki z kaszy gryczanej z dodatkiem warzyw, orzechy, suszone owoce – wylicza. Co powstrzymuje najemców przed sprzedawaniem takich produktów? – Przypuszczam, że model biznesowy, który przyjęli za właściwy i według którego dotychczas funkcjonowali – zaznacza Magdalena Olczak, doktorantka ekonomii w SGH. – Znam wiele przypadków, w których najemca dzierżawił kilka lub kilkanaście sklepików jednocześnie, zatrudniał sprzedawczynie w każdym z nich i zaopatrywał się w towar w hurtowni. Taki człowiek nie ma dziś czasu, ani odpowiedniej załogi, by przygotowywać gotowe posiłki na miejscu, a tym bardziej robić to codziennie. Często nie ma też odpowiedniego sprzętu, a jego zakup musiałby sfinansować kredytem. Przede wszystkim nie ma jednak kompetencji ani wiedzy, by oferować dobrze skomponowane produkty, ponieważ dotychczas był przede wszystkim handlowcem – podsumowuje Magdalena Olczak. – Naszym zdaniem to dobry moment, by dotychczasowi najemcy zmienili sposób myślenia o prowadzeniu sklepików szkolnych. To również dobry moment, by te sklepiki, które zostały „zamknięte lub porzucone” trafiły w ręce osób, które chcą prowadzić biznes z misją, znają się na zdrowym żywieniu, mają cierpliwość, by wypróbowywać nowe przepisy, chcą prowadzić dialog z dziećmi i dążyć do sytuacji, w której zarówno dzieci chcą kupować zdrowe produkty i dania, jak i oni sami generują zysk z tej sprzedaży – podsumowuje Barbara Lewicka – Kłoszewska.

 Jak założyć zdrowy sklepik i w co go wyposażyć?

Koszt inwestycji to około 6 tys. złotych, już z zakupionym towarem. Koszty miesięczne, które trzeba brać pod uwagę to opłata za czynsz (najem) oraz media, około 500 zł miesięcznie, w zależności od szkoły. Według wyliczeń przygotowanych przez magazyn „Własny biznes franchising” spodziewane przychody w sklepiku to ok. 7,5 tys. zł miesięcznie, które po opłaceniu podatków i odjęciu poniesionych kosztów dają ok. 3 tys. zł zysku. W co wyposażyć sklepik, by mógł oferować zdrowe produkty?W przypadku, gdy pomieszczenie przeznaczone na sklepik szkolny ma dostęp do bieżącej wody, ma zapewnione miejsce na umywalkę do mycia rąk i zlew do mycia żywności, produkty takie jak kanapki, sałatki, koktajle mogą być przygotowywane na miejscu w sklepiku. Wówczas sklepik powinien mieć blat kuchenny, szafkę na żywność suchą, lodówkę, blender, deski do krojenia, noże kuchenne, miski. Dodatkowo może znaleźć się w nim krajalnica, grill elektryczny, naleśnikarka i inne sprzęty. Trzeba pamiętać, że osoby pracujące w sklepiku muszą spełniać wymagania stawiane dla personelu kuchennego, czyli posiadać aktualne badania sanepidu – mówi Maria Jakubowska, dietetyk z Fundacji BOŚ. – W przypadku, gdy sklepik szkolny nie ma dostępu do bieżącej wody możliwa będzie tylko i wyłącznie sprzedaż produktów w opakowaniach jednostkowych takich jak kanapki czy sałatki, które trafiają do sklepiku już zapakowane w pojemniczki prosto np. z firmy cateringowej. Dodatkowo orzechy i owoce suszone sprzedawane są w opakowaniach producenta, podobnie jak jogurty, kefiry itp. Taki sklepik będzie także wymagał zakupu witryny chłodniczej bądź lodówki (do sprzedaży kanapek, sałatek, jogurtów itp.) – dodaje. – Prowadzenie sklepiku szkolnego na pewno nie jest proste. Podobnie jak prowadzenie innych biznesów. Tego typu działalność należy zaliczyć do inicjatyw odpowiedzialnych społecznie, które stawiają na dialog, ulepszają się, dopasowują do rynku. Myślę, że w dopasowaniu i dialogu tkwi właśnie klucz do sukcesu – podsumowuje Magdalena Olczak.

Sklepiki szkolne przestają być wyłącznie typowymi „spożywczakami”. By móc spełnić wymogi stawiane przez rozporządzenie Ministra Zdrowia, muszą stać się „bufetami” ze zdrowym drugim śniadaniem. Poważniejszym i nie tylko biznesowym przedsięwzięciem jest zapewnienie kompleksowego i zdrowego wyżywienia w szkole. Przecież posiłki ucznia na drugim śniadaniu się nie kończą.

 Ile jest cukru i innych składników na jednej (przykładowej) sklepikowej półce?

Na 1 półce:

·         batony w opakowaniach zbiorczych:

twixy 30 szt., marsy 36 szt., snickersy 30 szt.,

·         napoje: cola 16 butelek 0,5 l, fanta 16 butelek 0,5 l,

·         żelki – opakowanie zbiorcze 1275 g,

·         drożdżówki 6 sztuk,

·         małe paczuszki chipsów paprykowych – 20 szt.

39 350 kcal

21000 mg sodu – 53 g soli – 13 łyżeczek soli

3614 g sacharozy – 3,6 kg cukru – 723 łyżeczki!

1425 g tłuszczu

700 g kwasów tłuszczowych nasyconych

426 g białka

6300 g węglowodanów

6550 mg wapnia

3200 mg magnezu

80 mg żelaza

430 µg wit. A

6 mg wit. B1

10 mg wit. B2

10 mg wit. B6

0,42 µg wit. B12

185 mg wit. C

1300 µg kwasu foliowego

328 mg cholesterol

140 g błonnika pokarmowego