Sekunda w Internecie – Internet w sekundę

Zapraszamy do Internetu. Na sekundę. Dosłownie. Ten mikroskopijny wycinek czasu w zupełności bowiem wystarczy, aby zrozumieć, że dzisiejsza Sieć to miejsce niekontrolowanego rozrostu danych i nadprodukcji Big Data. Co może zdarzyć się w sekundę w Internecie? Internauci pobiorą ponad 800 aplikacji, przeprowadzą 1 885 rozmów na Skype, wrzucą 2 760 fotek na Instagram oraz 10 205 tweetów na Twittera, a także dokonają ponad 108 tys. odsłon na YouTube i blisko 51 tys. wyszukiwań w Google. Big Data rozmnaża się przez pączkowanie.

Potop 2.0

Big Data rozrasta się już w tempie, którego nikt nie jest w stanie kontrolować. Dlatego nie powinno nikogo dziwić, że to właśnie kategoria zawrotnej prędkości (ang. Velocity), z jaką produkujemy dane, stała się jednym z „czterech V”, składających się na definicję Big Data. Pozostałe „V” to: Volume – czyli ogromna ilość wytwarzanych danych, Variety – czyli ich różnorodność oraz Veracity – czyli wiarygodność danych.

– W ciągu sekundy globalna Sieć powiększa się o około 30 GB danych. Mniej więcej tyle „ważył” cały Internet 20 lat temu. To pokazuje szalone tempo, w jakim rozwija się dzisiaj Big Data  – wyjaśnia Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies, największej platformy Big Data w tej części Europy – W czasach, gdy Internet jeszcze raczkował, raptem 6 proc. materiałów światowej kultury było zdigitalizowanych. Dziś cyfryzacja wkracza w zasadzie w każdy element naszej kultury. W ciągu kwadransa Internet rozrasta się średnio o 20 biliardów bitów danych. Analogową równowartością tej liczby byłyby wszystkie dzieła składające się na kanon literatury światowej. Bez cienia przesady możemy więc określić nasze czasy mianem „epoki danych” czy cyfrowego potopu – dodaje Piotr Prajsnar.

Tezę Piotra Prajsnara potwierdzają statystyki. Papierkiem lakmusowym jest w tym przypadku wzrost liczby domen internetowych. Według badania VeriSign w drugim kwartale 2015 roku Internet powiększył się o 2 mln nowych domen. To o 0,8 proc. więcej, niż w pierwszym kwartale tego roku. Szacuje się, że w Sieci zarejestrowanych jest obecnie już ponad 296 mln domen. Centre Domain Wire donosi, że w II kwartale 2015 r. największą liczbę nowych rejestracji osiągnęły Niemcy, Wielka Brytania oraz Holandia. Natomiast rodzima „peelka” plasuje się na dosyć wysokiej, bo 8 pozycji w Europie oraz 12 na świecie.

W I kwartale tego roku zakupiono 284 tys. domen. W marcu liczba rejestracji przekroczyła 105 tys. Pod tym względem był to trzeci najlepszy miesiąc w historii polskiego rynku domen. Wyższe liczby rejestracji w skali miesiąca uzyskano tylko w latach 2010 i 2012 r. Kolejne miesiące też nie przyniosły rozczarowania.  Pod względem rejestracji był to najlepszy drugi kwartał w historii domeny z końcówką „.pl” – mówi Łukasz Gawior, dyrektor operacyjny Zenbox.pl, polskiej spółki zajmującej się hostingiem – W ubiegłym roku co trzecia polska firma zatrudniająca powyżej 10 pracowników nie miała strony internetowej. Ta luka będzie się oczywiście zmniejszać, ponieważ własne www jest dziś wizytówką firmy w Sieci – dodaje Łukasz Gawior.

Co ciekawe, Polska zajmuje aktualnie 3 miejsce pod względem dynamiki przyrostu nowych rejestracji. Obecnie liczba zarejestrowanych domen „.pl” przekroczyła już 2,6 mln. Wiele wskazuje na to, że 2015 rok podobnie jak poprzedni, zakończy się wynikiem ponad miliona nowych rejestracji.

Internet wrzuca piąty bieg

Przyspieszeniu (nad)produkcji danych w Sieci towarzyszy również zwiększenie szybkości transferu danych. Według raportu Akamai Technologies „Global Average Connection Speeds and Global Broadband Connectivity”, prędkość Sieci w drugim kwartale 2015 roku wzrosła globalnie o 3,5 proc, do poziomu 5,1 Mb/s. Na 144 badane państwa aż w 110 krajach zanotowano zwiększenie przepustowości łączy. Wzrost wahał się od 0,4 proc. (w Senegalu, gdzie średnia prędkość Internetu osiągnęła poziom 1,5 Mb/s) do 67 proc. w Tunezji, gdzie przepustowość wyniosła 2,8 Mb/s. Dla porównania polski Internet może pochwalić się średnią prędkością sięgającą 7,6 Mb/s.

Internet jest dzisiaj fundamentalnym środkiem komunikacji firm z otoczeniem i to właśnie biznes będzie głównym beneficjentem wzrostu przepustowości łącz internetowych. W dzisiejszym, cyfrowym biznesie liczy się dosłownie każda sekunda i każdy bit danych. Od tego zależy przecież dostępność i skuteczność wszelkich usług, np. bankowych czy telekomunikacyjnych – mówi Michał Jakubowski, prezes easyCALL.pl, polskiej spółki oferującej rozwiązania z zakresu telefonii internetowej dla biznesu – W Polsce przez Internet dzwoni już ponad pół miliona firm. Już teraz blisko co trzecie połączenie głosowe realizowane jest właśnie za pośrednictwem Internetu, a ściślej: technologii VoIP. Powodem są m.in. niższe koszty rozmów, sięgające nawet 60 proc. w skali miesiąca. A dzięki przyspieszającemu internetowi jakość rozmów oraz funkcjonalność VoIP już teraz znacznie przewyższa tę oferowaną przez tradycyjną telefonię – dodaje Michał Jakubowski.

Właśnie dlatego, jak twierdzi Mark Zuckerberg, ojciec Facebooka i jeden z głównych wizjonerów oraz trendsetterów w branży IT, tradycyjna telefonia stacjonarna odchodzi do lamusa historii. Zuckerberg nie ma żadnych wątpliwości: telefonią przyszłości będzie – a w zasadzie już jest – telefonia internetowa VoIP.

Lewandowski a Big Data

Jak szybko informacja obiega dziś Internet? Innymi słowy: z jaką prędkością Big Data rozmnaża się w Sieci? Wymownym przykładem jest casus… Roberta Lewandowskiego.

Snajper Bayernu Monachium strzelając pięć bramek w meczu z Wolfsburgiem rozbił internetowy bank. W ciągu doby po udostępnieniu filmiku, w którym Lewandowski masakruje obronę Wolfsburga, pojawił się on na blisko 2 mln stron. W momencie pisania tego tekstu video z Lewandowskim strzelającym pięć bramek widniało już na ponad 5 mln witryn internetowych. To tylko jeden z przykładów eksplozji cyfrowego kontentu. Oczywiście internetowa fala euforii związanej pięcioma bramkami „Lewego” powoli opada. Tymczasem fala produkcji Big Data – nie opada nigdy.

W ciągu doby dociera do nas potencjalnie tyle treści, ile nasi dziadkowie konsumowali średnio przez całe swoje życie. Myliłby się jednak ten, kto przymiotnik „Big” w Big Data utożsamiałby wyłącznie z gigantyczną ilością danych. Oznacza on przede wszystkim to, co możemy z tymi danymi realnie zrobić. A dzięki zaawansowanej analityce internetowej możemy zdziałać już naprawdę dużo – mówi Łukasz Kapuśniak, Chief Big Data Officer Cloud Technologies – Najbardziej powszechnym przykładem jest chyba wykorzystanie danych w reklamie internetowej. Dane pozwalają „posprzątać Internet” z reklamowego śmietnika. Obecnie internaucie wyświetla się średnio 1 707 masowych bannerów reklamowych w ciągu miesiąca. Z reguły nie zapamiętuje on żadnego z nich. Powód? Reklama kierowana do wszystkich – to reklama kierowana do nikogo. Marketingowcy stosujący dane w swoich kampaniach nie mają tego prblemu, ponieważ wiedzą, jaką reklamę i jakiemu użytkownikowi mogą wyświetlić – dodaje Łukasz Kapuśniak.

Analityka danych nie ogranicza się jednak wyłącznie do posprzątania naszej przeglądarki z reklamowego spamu. Aktualnie na ustach świata jest też analityka predyktywna, która właśnie dzięki danym jest w stanie przewidywać np. kryzysy finansowe na światowych rynkach, katastrofy ekologiczne czy turbulencje polityczne w różnych państwach. Korzysta z niej choćby amerykańska CIA. Korzystają z niej również organizacje porządku publicznego, Trzeci Sektor (NGO), czy naukowcy. A w niedalekiej przyszłości dzięki Internetowi Rzeczy dane będą produkować już całe miasta (smart cities). W Internecie zaroi się więc od kolejnych informacji.

Płuca internetu – jak oddycha globalna Sieć?

O tym jak szybko rośnie Internet i wolumen danych, świadczy rozwój centrów danych, pełniących funkcję płuc gigantycznej maszynerii cyfrowego świata. Według prognoz IDC do 2017 roku na całym świecie będzie ponad 8,6 mln ośrodków data center. PMR Research w raporcie „Rynek centrów danych w Polsce 2015” szacuje, że każdego roku światowa powierzchnia w centrach danych powiększa się o 4 do 7 tysięcy mkw. Polski Internet może zaczerpnąć najgłębszy oddech dzięki centrom danych warszawskiego ATM: zajmują one 13 600 mkw. powierzchni, wypełniając tym samym blisko 12,2 proc. polskiego rynku centrów danych*. To największe płuco Internetu w Polsce i jedno z największych w tej części Europy.

– Na początku lat 90. przepustowość łączy polskiego Internetu sięgała raptem 9600 bitów na sekundę. Obecnie, dzięki zrealizowanym w ostatnich latach inwestycjom, informacja przesłana przez Internet pokonuje drogę pomiędzy Warszawą a dowolnym innym miastem w Polsce w zaledwie 2,5 milisekundy. W ciągu 5-10 milisekund dociera do innego kraju w Europie, a na pokonanie drogi do miasta położonego na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych potrzebuje 70-90 milisekund. Można powiedzieć, że dziś Internet jest jak szybkonogi Achilles – tłumaczy Ewelina Hryszkiewicz z  ATM, operatora ogólnopolskiej sieci światłowodowej ATMAN i pierwszej firmy w Polsce, która wpięła się do Sieci – Niedawno Duński Uniwersytet Techniczny (DTU) osiągnął prędkość aż 43 terabitów na sekundę. Dzięki takiej prędkości ściągnięcie pliku o wielkości 1 GB zajęłoby zaledwie 0,2 milisekundy – dodaje Ewelina Hryszkiewicz.

Z internetowego boomu danych korzysta dziś coraz więcej firm. Rozbudowują one własne systemy CRM oraz ERP, integrując je z zewnętrznymi hurtowniami danych, czyli Data Management Platform (DMP).

Danych w Sieci jest tak dużo, są tak rozdrobnione i rozprzestrzeniają się z taką prędkością, że żaden wewnętrzny system klasy BI w firmie nie poradzi sobie z ich przetworzeniem i zmonetyzowaniem. Rozwiązaniem stają się wówczas platformy DMP, które uzupełniają systemy CRM i ERP, działając jako repozytoria i agregatory danych o internautach, przetwarzając je z różnych źródeł. Dzięki nim bank czy firma uzyskują 360-stopniowy obraz swojego klienta w ciągu kilku chwil i wiedzą, jaką ofertą mogą mu zaproponować. Platformy DMP jako jedyne są dziś w stanie poradzić sobie z zarządzaniem danymi w tym chaotycznym środowisku, jakim jest Internet – mówi Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies.

Według badań przeprowadzonych przez Intel w Europie z analityki danych korzysta średnio co czwarte przedsiębiorstwo (25 proc.) w Polsce takie rozwiązania wykorzystuje jednak raptem 18 proc. firm. Z badań przeprowadzonych na zlecenie Intel wynika, że pod tym względem plasujemy się za Czechami, Słowacją oraz Węgrami. Jeśli jednak wierzyć zapewnieniom przedsiębiorców z polskiego rynku średnią europejską osiągniemy już w tym roku, ponieważ kolejne 6,7 proc. ankietowanych firm planuje wdrożenie takich rozwiązań do końca 2015 roku.

Kto tworzy Big Data?

To, że co sekundę Internet ugina się od ciężaru Big Data, potwierdzają firmy analityczne. Oracle szacuje, że co roku Sieć powiększa swoje rozmiary o ponad 40 proc. Obecnie jej wielkość szacuje się na 6 ZB (Zettabajtów). Jednak już w 2020 roku ma to być przynajmniej 45 ZB. IDC przelicza, że na każdego mieszkańca Ziemi przypadnie tym samym ponad 5 GB danych.

Gros danych generowanych w Sieci wcale nie pochodzi od ludzi. Często jest dziełem botów bądź programów. To zjawisko określa się jako „Dirty Data”, czyli dosłownie „brudne dane”. Szacuje się, że już teraz od 50 do nawet 80 proc. czasu, jaki badacze danych spędzają w firmach nad analizą Big Data, pochłania oczyszczanie danych. Jednym z zadań platformy DMP jest te dane przesiać, przetworzyć, uporządkować i posegmentować, oddzielając dane o rzeczywistej wartości od tych, które są tylko cyfrowym bełkotem – mówi Piotr Prajsnar.

Z równie imponującą prędkością, co ilość danych w Sieci, rośnie dziś wartość rynku Big Data. IDC szacuje, że globalny rynek analityki danych rośnie dziś w tempie sześciokrotnie szybszym niż cała branża IT. Grand View Research twierdzi, że do 2022 roku będzie wart już ponad 72,38 mld USD.

Internet nie zwalnia tempa, a produkcja Big Data przyspiesza z roku na rok. To oznacza, że przed branżą analityczną stoją prawdziwe wyzwania. Analitycy danych już teraz robią co mogą, aby odkodować chaotyczne, cyfrowe hieroglify i przetłumaczyć je na informacje wartościowe dla biznesu oraz konsumenta. Jednak, jak szacuje, obecnie udaje nam się spożytkować raptem 20 proc. całego wolumenu Big Data. Do 2020 roku będziemy już w stanie sensownie wykorzystać 30 proc. danych wygenerowanych w Sieci.

EBC wsparło dolara

Czwartek był momentem wytchnienia dla kredytobiorców walutowych. Był to pierwszy dzień w tym tygodniu, w którym złoty wyraźnie nie tracił. Inicjatywę na rynkach przejmuje EBC z nowym programem luzowania ilościowego.

Wiadomością dnia z pewnością było posiedzenie EBC i konferencja prasowa po nim. Pozostawienie stóp na niezmienionym poziomie nikogo nie zdziwiło. Ważna była deklaracja o tym, że w grudniu ponownie rozpatrzone zostanie dostosowanie polityki monetarnej. Co to znaczy? Zdaniem analityków na grudniowym posiedzeniu Europejskiego Banku Centralnego zapadnie decyzja o poluzowaniu polityki monetarnej. Reakcja rynków była silna. Giełdy poszły gwałtownie w górę, od razu dyskontując wzrosty, które wywoła napływ taniego kapitału. Ponieważ drukować będziemy w Europie to euro będzie tracić na wartości. Widać to było wyraźnie na głównej parze walutowej, która po deklaracji zmieniła swoją wartość o ponad 1,5% na korzyść dolara.

Mało kto spodziewał się takiego tygodnia na funcie. Waluta brytyjska umocniła się silnie wobec pozostałych walut. Imponujące były wzrosty wedle złotego, gdzie waluta zaczęła tydzień od poziomów 5,70 zł a wczoraj ocierała się o 5,90 zł. Co powoduje, że inwestorzy zainteresowani są funtem? Po pierwsze dobre dane, np. wczorajsza sprzedaż detaliczna wyniosła 1,5% powyżej oczekiwań. Po drugie kontekst. W USA po odtrąbieniu sukcesu, czyli wyjścia z kryzysu cały czas jednak nie jest tak dobrze, by podnieść stopy. W Unii Europejskiej więcej się mówi o podkręceniu drukarek niż o powrocie stóp do dodatnich poziomów. W rezultacie kraj, który po prostu ma trochę lepsze od oczekiwań wyniki, nagle jest bardzo atrakcyjnym miejscem do inwestowania.

Szykuje się ciekawa końcówka roku. Oprócz wspomnianego programu luzowania w Europie czeka nas coroczny problem z limitem zadłużenia w USA. Obecny limit zostanie wyczerpany na samym początku listopada. Gdyby doszło do “shutdownu” z pewnością zaciąży to na notowaniach dolara.

Wczoraj poznaliśmy wskaźniki koniunktury gospodarczej w Polsce. Lepiej wypadły ufność konsumencka i handel detaliczny, gorzej budownictwo, przemysł bez zmian. Ważniejsze dane opublikowano w USA. Liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych wzrosła znacznie mniej niż oczekiwano.

Dzisiaj warto zwrócić uwagę na publikację wstępnych odczytów indeksów PMI dla przemysłu. Dane makroekonomiczne to jedno, aczkolwiek to co zobaczymy w poniedziałek na rynkach zależy od tego co zrobimy my i nasi rodacy w niedzielę przy urnach.

EUR/PLN

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 23.07.2015 do 23.10.2015Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 23.07.2015 do 23.10.2015

Kurs EUR/PLN znajduje się w trendzie wzrostowym. Po przebiciu maksimum na poziomie 4,2600, kurs kontynuuje wzrosty. Dla ruchu w górę najbliższym oporem jest poziom 4,2900 gdzie znajduje się nowe maksimum lokalne. W przypadku spadków kolejne wsparcie stanowi linia łącząca minima lokalne na 4,2100 a następnie minima w okolicach 4,1550-4,1600.

CHF/PLN

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 23.07.2015 do 23.10.2015Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 23.07.2015 do 23.10.2015

Kurs CHF/PLN przeszedł w trend wzrostowy. Po przebicia testowanej linii oporu na 3,8950 kolejnym istotnym oporem są okolice 3,9500 gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,8650, a następnie ostatnie minimum, czyli 3,8090.

USD/PLN

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 23.07.2015 do 23.10.2015Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 23.07.2015 do 23.10.2015

Kurs USD/PLN wybił się z trendu bocznego. Nowym oporem są trzymiesięczne maksima na 3,8550. dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,6800.

GBP/PLN

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 23.07.2015 do 23.10.2015Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 23.07.2015 do 23.10.2015

Kurs GBP/PLN podążał jeszcze w zeszłym tygodniu w krótkoterminowym trendzie spadkowym. Wczoraj doszło do wybicia i najbliższymi ograniczeniami dla wzrostu kursu są obecnie maksima lokalne na 5,9000. W przypadku spadków ważnym wsparciem jest 5,6600 czyli ostatnie minimum.

Śmieciowe umowy nie muszą oznaczać śmieciowych emerytur

Blisko co trzeci Polak pracuje na umowach cywilnoprawnych, czyli tzw. „śmieciówkach”. Problem ten dotyczy w szczególności grupy wiekowej 15-24, w której na takich warunkach zatrudnionych jest aż 71,2 %osób – tak wynika z najnowszego raportu Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD)[1]. Porównując te statystyki z innymi krajami OECD, Polska znalazła się na pierwszym, niechlubnym miejscu pod względem liczby osób pracujących na „śmieciówkach”. Co to oznacza dla naszych przyszłych emerytur? Czy młodzi Polacy mają w ogóle szansę na godziwą i bezpieczną przyszłość?

Problem dotyczący umów śmieciowych nasila się z każdym kolejnym rokiem. Z roku na rok prezentowane są też plany, które mają zrewolucjonizować system zawierania umów pracodawca-pracownik. Rozwiązanie tego problemu, o ile w ogóle nadejdzie,  nie nastąpi zapewne szybko. Jak wiadomo, osoby zatrudnione na umowach śmieciowych w chwili przejścia na emeryturę otrzymywać mogą symboliczne świadczenia, które prawdopodobnie nie wystarczą na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Czy tak musi wyglądać przyszłość milionów Polaków? Jak twierdzą eksperci z Legg Mason – nie, a najważniejsze to wziąć sprawy we własne ręce i już teraz podjąć odpowiednie kroki, które zaowocują w przyszłości. Jakie? Specjaliści podsuwają kilka pomysłów, jak polepszyć warunki życia na emeryturze.

„Wysokość naszej emerytury w olbrzymim stopniu zależy od nas samych. Im szybciej niezależnie zaczniemy odkładać część naszych zarobków na „jesień życia”, tym nasza sytuacja finansowa po zakończeniu kariery zawodowej będzie lepsza. Bardzo często zastanawiamy się, czy stać nas na oszczędzanie. Myślę, że powinniśmy zadać sobie pytanie, czy stać nas na nieposiadanie oszczędności, szczególnie po 60-tce. Obecnie każdy z nas może wybrać narzędzie – bądź kilka narzędzi – spośród kilkunastu dostępnych na rynku, które pomnożą zebrany przez nas kapitał. Indywidualne Konto Emerytalne (IKE), Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego (IKZE), konto bankowe, papiery wartościowe czy akcje giełdowe – to tylko niektóre z dostępnych rozwiązań. Warto dodać, że konta IKE oraz IKZE stanowią formy oszczędzania umożliwiające nie tylko odkładanie środków na przyszłość, ale również skorzystanie z ulg podatkowych.” – mówi Karina Trafna z Legg Mason TFI.

Rozwiązaniami, które z roku na rok zyskują na popularności, są właśnie IKE i IKZE. Oba konta łączy kilka cech: po pierwsze, oba rachunki posiadają limity wpłat. W przypadku IKE
w 2015 roku jest to 11 877 zł rocznie, a w przypadku IKZE 4 750,80 zł. Po drugie, oba rozwiązania przy spełnieniu pewnych warunków nie są obciążone podatkiem od zysków w wysokości 19%, przy czym wpłaty na IKZE za dany rok można nawet odliczyć od dochodu w rozliczeniu PIT. Ulga z tego tytułu za bieżący rok sięga nawet 1 520,26 zł.

„Odkładając systematycznie co miesiąc np. na IKZE 300 złotych przez 25 lat, przy założeniu  wpłat na początku miesiąca i stopy zwrotu w wysokości 5%, nasz dodatek do emerytury wypłacony jednorazowo może wynieść nawet[2]ok. 160 000 zł. Dodatkowo szacowana suma ulg podatkowych w podatku dochodowym może wynieść 16 200 zł [3] lub 28 800[4] Jak pokazują wyliczenia, środki zgromadzone na IKZE mogą stanowić pokaźny zastrzyk finansowy do emerytury, który mógłby pozwolić na utrzymanie dobrego standardu życia po zakończeniu kariery zawodowej. Skorzystanie z takich narzędzi jak IKE i IKZE, w przypadku osób pracujących na umowach cywilnoprawnych nie tylko mogłoby diametralnie poprawić ich sytuację na emeryturze, a dla niektórych osób mogłoby być jedynym „wypracowanym” świadczeniem, jakie będą otrzymywać. Dlatego warto pomyśleć o swojej przyszłości jak najwcześniej i podjąć decyzję, jak ją zabezpieczyć” – dodaje Karina Trafna z Legg Mason TFI.

[1] http://www.oecd-ilibrary.org/employment/oecd-employment-outlook-2014_empl_outlook-2014-en

[2] Przy założeniu średniorocznej stopy zwrotu w wysokości 5%

[3] Przy opodatkowaniu PIT w stawce 18%

[4] Przy opodatkowaniu PIT w stawce 32%

Ranking najpopularniejszych pracodawców 2015

Którzy pracodawcy cieszą się największą popularnością? Którego najwyżej oceniają pracownicy? Kto najlepiej komunikuje się ze swoimi potencjalnymi, aktualnymi i byłymi pracownikami? Zobacz, kto znalazł się na liście nagrodzonych firm.

Serwis GoldenLine od początku swojego istnienia za główny cel działalności stawiał łączenie pracodawców i pracowników. Z sukcesem robi to nadal. Z jednej strony daje więc możliwość tworzenia profili zawodowych pracownikom a z drugiej dostarcza pracodawcom szeregu możliwości prezentowania swoich firm. Dostępne w serwisie narzędzia takie jak Profile Pracodawców czy Katalog Pracodawców, mają na celu wspierać proces komunikacji pomiędzy tymi grupami. Pracodawcy mają dzięki temu realny wpływ na to, co dzieje się w ich organizacjach, a opinie o nich, nawet te negatywne, mogą być źródłem cennych informacji i bodźcem do podejmowania właściwych działań. Wielu pracodawcom udaje się konsekwentnie i bezkompromisowo działać stawiając na najważniejsze zasoby firmy czyli ludzi.

20 października 2015 r. podczas uroczystej gali z okazji 10-lecia GoldenLine, ogłoszona została lista laureatów.

Wręczenie statuetek Top 10 Najpopularniejszych Pracodawców 2015 w serwisie GoldenLine

 

 

 

 

 

TOP 10 Najpopularniejszych Pracodawców 2015 w serwisie GoldenLine:

  1. Orange Polska
  2. Capgemini Polska
  3. Randstad Polska
  4. Sii
  5. Nokia
  6. ABB
  7. Delphi Poland
  8. Alior Bank
  9. T-Mobile Polska
  10. Nationale-Nederlanden

Zwycięzców wyłoniono na podstawie algorytmu, który uwzględniał następujące dane: średnią z ocen wystawionych na Profilu Pracodawcy w odniesieniu do ich liczby, aktywność pracodawców na profilach czyli liczbę dodawanych postów i komentarzy oraz ilość publikowanych ofert pracy.

Zestawienie najpopularniejszych pracodawców zostało przygotowane w oparciu o algorytm wykorzystywany w Katalogu Pracodawców. Katalog daje możliwość sortowania pracodawców według średniej z ocen wystawionych na profilach lub według popularności. Użytkownicy mają dodatkowo możliwość sortowania pracodawców po branży oraz po lokalizacji. Na pozycję w Katalogu Pracodawców według popularności wpływa średnia z ocen wystawionych przez byłych lub obecnych pracowników na profilach w stosunku do liczby wystawionych opinii, aktywność na profilach rozumiana jako dodawane komentarze, posty oraz oferty pracy.

Wrocław przybliżył ideę czwartej rewolucji przemysłowej

21 oraz 22 października br. we Wrocławskim Centrum Kongresowym odbyła się Konferencja „Fabryka Przyszłości – w drodze do Przemysłu 4.0”. Podczas niej przedstawione zostały inicjatywy świata nauki i przemysłu służące wykreowaniu inteligentnego przedsiębiorstwa, tzw. fabryki jutra. Uczestnicy mieli okazję zwiedzić siedziby organizatorów, firmy: Balluff, Fanuc, Lapp Group i Wago, które specjalizują się w automatyzacji produkcji, wymienić się swoją wiedzą oraz poglądami, a także wysłuchać interesujących prelekcji. 

Industry 4.0, to ukierunkowany na przyszłość projekt niemieckiego rządu federalnego, który ma na celu intensywniejsze wykorzystanie technik informacyjnych w klasycznych gałęziach przemysłu, a polski przemysł, który wciąż jeszcze konkuruje głównie kosztami pracy, może skorzystać na tym procesie podwójnie – dlatego trzeba o tym mówić już dziś.

Honorowy patronat nad Konferencją objęło Ministerstwo Gospodarki oraz Prezydent Wrocławia, natomiast patronem instytucjonalnym została Polsko-Niemiecka Izba Przemysłowo-Handlowa. Konferencja została podzielona na dwie części: sesję plenarną, odbywającą się we Wrocławskim Centrum Kongresowym oraz 4 sesje technologiczne w siedzibach Organizatorów.

Paweł Stefański, Balluff Rozpoczęcie KonferencjiWystąpienia prelegentów

Czwarta rewolucja przemysłowa to przede wszystkim zaprzęgnięcie narzędzi i rozwiązań informatycznych do dokonania zmian w przemyśle – stworzenie inteligentnej fabryki, i to, co nas nierozerwalnie czeka, to współpraca człowieka z robotem – tymi słowami rozpoczął swoje wystąpienie dr inż. Jarosław Panasiuk z Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie.

Istotnym elementem Przemysłu 4.0 jest także Internet rzeczy. To koncepcja, wedle której różne przedmioty mogą gromadzić i przetwarzać dane za pośrednictwem sieci komputerowej. Zdaniem Bartłomieja Andrusiewicza z firmy Rec Global oraz Konrada Napieralskiego z firmy CISCO dostosowanie sieci oraz jej możliwości są coraz większe, a Internet of Things nie może istnieć bez ekosystemu. Wszystkie rzeczy muszą działać właśnie w globalnym ekosystemie i to przemysł daje moc do tego, aby IoT mógł się wdrożyć. Obecnie Internet of Things jest bardzo mocno sterowany przez Stany Zjednoczone, ale konkretne ekosystemy powstają już w różnych częściach świata – dodają.

Drugiego dnia Konferencji rozmawiano m.in. o współpracy środowiska nauki i przemysłu, wpływie robotyzacji na konkurencyjność polskich przedsiębiorstw, pozyskiwaniu funduszy na badania i rozwój oraz narzędziach podatkowych, które wspierają rozwój nowych technologii.

Nagrodzeni studenci

W ramach drugiej edycji Konferencji, Organizatorzy ogłosili konkurs skierowany do studentów Wyższych Uczelni Technicznych w Polsce. Jego tematem była koncepcja instalacji demonstracyjnej prezentującej ideę Przemysłu 4.0. Pierwszego dnia Konferencji ogłoszono wyniki konkursu oraz wręczono nagrody laureatom. I miejsce zajął Łukasz Okrojek z Politechniki Warszawskiej, II miejsce Wojciech Korchut z Politechniki Wrocławskiej, a trzecie Tomasz Pietrowski również z Politechniki Wrocławskiej. Wygrali oni odpowiednio 5 000, 3 000 oraz 2 000 złotych. Wygłaszając swoje podziękowanie, Michał Kownacki, Dyrektor Generalny firmy WAGO, dodał żartobliwie „Panowie, jeśli nie macie jeszcze roboty – wysyłajcie do nas swoje CV, czekamy na Was!”. Laureaci zaprezentowali zwycięskie koncepcje podczas sesji plenarnej pierwszego dnia Konferencji.

W Konferencji wzięło udział ponad 160 osób, wśród nich dominowali reprezentanci nowoczesnych polskich przedsiębiorstw, tworzących projekty do przyszłych rozwiązań, przedstawiciele uczelni wyższych, producenci zaawansowanych technologii oraz ich odbiorcy.

Po wyborach rynki giełdowe czeka stopniowa stabilizacja, a następnie powrót do wzrostów. W powyborczy poniedziałek indeksy raczej pójdą w górę

CEO Magazyn Polska

Wraz z ogłoszeniem wyników wyborów powinien się skończyć zastój na warszawskim parkiecie. Nawet w przypadku dużych przetasowań na polskiej scenie politycznej inwestorzy powinni zareagować pozytywnie. Akcje będzie wspierał także powrót zagranicznego kapitału oraz pozytywne tendencje panujące ostatnio wokół rynków wschodzących.

– Oddziaływanie wyborów na pewno jest bardzo istotne, ale co ciekawe specyfika polskiego rynku powoduje, że przed samymi wyborami, czyli w sytuacji, w której jesteśmy w tej chwili, polska giełda zachowuje się bardzo stabilnie w odróżnieniu od innych rynków – mówi Jan Żuralski, prezes Private Wealth Consulting.

Ekspert wyjaśnia, że inwestorzy w Polsce ewentualne zmiany w rządzie dyskontują znacznie szybciej, niż ma to miejsce chociażby w Stanach Zjednoczonych czy nawet Turcji.

– Największa zmienność na GPW w Warszawie zazwyczaj się pojawia między dziesiątym a dziewiątym dniem przed wyborami, w zeszłym tygodniu mieliśmy taką sytuację. W tej chwili następuje powolna stabilizacja – mówi Żuralski. – Zazwyczaj w ogniu wyborów zmienność na polskim rynku kapitałowym jest bliska zeru.

Prezes Private Wealth Consulting prognozuje, że pierwsza sesja giełdowa po dniu wyborów, nawet w przypadku diametralnych zmian na scenie politycznej, powinna przebiegać pozytywnie. Głównie dlatego, że zmiany te, choć rewolucyjne, są spodziewane. Następnie rynek czeka okres około tygodniowej stabilizacji. Inwestorzy w tym czasie będą kalkulować wpływ nowego układu sił w parlamencie na rynki finansowe.

– Obserwujemy zmniejszoną płynność na polskiej giełdzie, widać, że inwestorzy instytucjonalni, zwłaszcza z zagranicy, wstrzymują się z zakupami przed wyborami w Polsce. W poniedziałek, kiedy już będzie wiadomo, jak będzie wygląda scena polityczna, inwestorzy zdecydują się wejść na rynek – przekonuje Żuralski.

Początkowy ruch na rynku może mieć związek z zamykaniem krótkich pozycji przez inwestorów grających na spadki. Stanowić to będzie pierwszy impuls do wzrostu cen akcji. Potem powinna nastąpić stopniowa stabilizacja notowań oraz powrót do trendu wzrostowego. Dodatkowym czynnikiem wspierającym napływ kapitału na warszawski parkiet będzie powracający wśród inwestorów sentyment do rynków wschodzących.

– Wydaje się, że głównym elementem determinującym jeszcze zachowanie polskiej giełdy jest to, co dzieje się na rynku międzynarodowym. W tej perspektywie wydaje się, że rynki typu emerging, czyli takie jak Polska czy Turcja, wracają właśnie do gry.

Xcity Investment planuje budowę 18 obiektów handlowych, biurowych i mieszkaniowych. Siedem innych już powstaje

CEO Magazyn Polska

Polskie koleje wraz z inwestorami szykują się do przebudowy kilkunastu nieruchomości PKP w największych polskich miastach. Siedem inwestycji już trwa, a 18 jest na etapie przygotowań. Powstaną tam m.in. zintegrowane z dworcami centra handlowe, biurowce oraz mieszkania.

PKP chce zarobić na posiadanych hektarach gruntów oraz dziesiątkach budynków, które często mają bardzo atrakcyjną lokalizację. Szuka więc partnerów, którzy podejmą współpracę w formule joint venture, gdzie koleje wnoszą nieruchomość, a wspólnicy stawiają na niej dochodowy obiekt. Powołana przez koleje spółka Xcity Investment jest dziś trakcie realizacji siedmiu projektów. Trwa już budowa Warszawy Zachodniej, a na finiszu są przygotowania do innych inwestycji: Gdynia Międzytorze i Kraków Bosacka, projektów handlowych w Koninie i w Mińsku Mazowieckim oraz projektu w Poznaniu.

Prowadzimy w tej chwili negocjacje na temat trzech projektów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Maciej Król, prezes zarządu Xcity Investment. – Jest to m.in. Olsztyn Główny, Warszawa Główna oraz Warszawa Zachodnia III etap. W tej chwili uruchamiamy kolejnych 15 projektów inwestycyjnych, które będą zaprezentowane na rynku w najbliższych tygodniach i są to projekty m.in. w Bielsku-Białej, Skarżysku-Kamiennej, Kłodzku, Kutnie oraz kilka projektów w Warszawie i Katowicach.

W sumie PKP zarządza ponad 100 tys. nieruchomości, które może sprzedać lub wynająć. Są wśród nich zarówno miejsca pod billboardy reklamowe, jaki i wielkie działki lub budynki w centrach miast.

To są bardzo różne miejsca i bardzo różne miasta, w szczególności ze względu na wielkość, bo mamy tu zarówno mniejsze, jak i większe miejscowości. Natomiast kluczową kwestią jest wykorzystanie potencjału wynikającego m.in. z lokalizacji stacji kolejowych w pobliżu i ruchu komunikacyjnego, który jesteśmy w stanie zapewnić w tym miejscu.

PKP ma nieruchomości pod bardzo różne projekty, zarówno o funkcji mieszkaniowej, jak i biurowej, jednak dominującą funkcją tak w wielkich, jak i małych miastach jest funkcja handlowa. Obecnie Xcity Investment skupia się jednak na centrach miast.

Analizujemy wszystkie lokalizacje we wszystkich miastach bez względu na ich rozmiar – informuje prezes zarządu Xcity Investment. One wszystkie są bardzo atrakcyjne. Oczywiście w każdym z tych przypadków jest weryfikowany optymalny sposób wykorzystania, ale wszystkie są przedmiotem zainteresowania inwestorów i staramy się wykorzystać tę okazję.

Atutem wielu nieruchomości PKP jest możliwość zintegrowania realizowanych tam projektów z funkcjonującą komunikacją, i miejską, i kolejową, i drogową. W praktyce zapewniających np. możliwość łatwego i naturalnego pozyskiwania klientów dla funkcjonujących tam sklepów, lokali gastronomicznych czy punktów usługowych.

W niektórych inwestycjach mamy do czynienia z funkcjami dworcowymi, jakkolwiek to nie dotyczy wszystkich inwestycji zwraca uwagę prezes Maciej Król z Xcity Investment. Ale mimo tego staramy się w każdej z inwestycji tworzyć tego typu przestrzeń. Nie ukrywam, że mamy za cel wykorzystywanie potencjału lokalizacji, które znajdują się w centrach miast, co naturalnie skutkuje tendencją do tego, by starać się wkomponowywać te projekty w istniejącą tkankę miejską.

Konstruująca systemy do magazynowania firma Baumalog szuka inwestora. Chce się intensywnie rozwijać przez kolejne pięć lat

0

CEO Magazyn Polska

W najbliższych latach rynek systemów magazynowych do składowania towarów będzie rósł w tempie dwucyfrowym. Zajmująca się ich konstruowaniem firma Baumalog chce skorzystać z dobrej koniunktury, zakupić grunt i wybudować zakład do wytwarzania części zaprojektowanych przez siebie systemów. Firma prowadzi rozmowy z inwestorami branżowymi, nie wyklucza też współpracy z inwestorem spoza rynku.

– Jesteśmy po czteroletnim okresie działalności, mamy usystematyzowane biuro konstrukcyjne i poszukujemy inwestora, aby w ciągu pięciu latach dokonać znacznego rozwoju. Planujemy zakup gruntu oraz budowę własnego obiektu, który pozwoli nam na wytwarzanie części do naszych systemów  mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Kozłowski, prezes spółki Baumalog.

Spółka bierze pod uwagę dwa scenariusze dotyczące jej rozwoju. Jednym z nich jest pozyskanie strategicznego inwestora branżowego z dużym doświadczeniem rynkowym. Dzięki zaangażowaniu w firmę Baumalog partner zyskałby dostęp do nowej niszy rynkowej. Rozważana jest także opcja inwestora z zewnątrz, który wszedłby w zupełnie nowy dla niego obszar biznesu.

– Zachętą dla potencjalnego inwestora jest rynek, który dopiero się rozwija, co to na tle Europy jest zauważalne. W Polsce tych maszyn jest kilkadziesiąt, a w Europie Zachodniej kilka czy kilkanaście tysięcy, więc czeka nas duży rozwój rynku – tłumaczy prezes Baumalog.

Drugim atutem są znacznie niższe koszty w porównaniu z konkurencją z Europy Zachodniej. Umożliwi to w niedalekiej przyszłości stworzenie bogatego portfela zamówień.

Mamy własne biuro konstrukcyjne. Zatrudniamy w nim sześciu światowej klasy konstruktorów mechaników, którzy pracują nad specjalnymi rozwiązaniami budowanymi według życzeń naszych klientów. Tym się w głównej mierze odróżniamy od firm, które operują na rynku polskim, a pochodzą z Europy Zachodniej – wyjaśnia.

Jak podkreśla, systemy magazynowe konstruowane i wytwarzane przez firmę umożliwiają wyeliminowanie człowieka z prac w magazynie, a także znaczne ograniczenie powierzchni wymaganej do składowania towarów.

Dobrym przykładem jest tu firma PIT-RADWAR w Warszawie, jedna ze spółek zbrojeniowych, w której zastosowano system składowania, co umożliwiło ograniczenie powierzchni składowania o ponad 80 proc.

Dzięki współpracy z zagranicznymi podmiotami produkty spółki Baumalog oferowane są także poza Polską. Firma ma kontakty biznesowe we Włoszech, w Hiszpanii, Francji, Chinach oraz Katarze.

Dobre perspektywy przed polską gospodarką morską. Ubiegły rok przemysł stoczniowy zamknął z 10 mld zł przychodów

CEO Magazyn Polska

Polska gospodarka morska jest w coraz lepszej sytuacji. Pracuje dla niej 1,6 tys. firm. Rośnie też zatrudnienie w firmach budujących i wyposażających statki. Do 2017 roku polskie stocznie mają podpisane kontrakty na budowę kilkudziesięciu statków o wartości blisko 1 mld euro. Konieczna jest jednak większa popularyzacja tego sektora, która pozwoli przyciągnąć młodych ludzi i tym samym przyspieszyć dynamikę jego wzrostu.

Kiedyś byliśmy zaściankiem światowym, teraz możemy czuć się częścią nowoczesnego światowego przemysłu okrętowego. Statki projektowane i budowane u nas są wyposażane na najwyższym światowym poziomie, zachodni inwestorzy nie boją się nam przekazywać coraz większych wyzwań i ciekawszych zleceń – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Andrzej Rutkowski, prezes Zarządu Salt Ship Design Poland.

Szacuje się, że przychody sektora okrętowego przekroczyły w ubiegłym roku 10 mld zł. Rośnie liczba firm, które pracują w branży, wzrasta też zatrudnienie. Jeszcze w 2009 roku przy budowie i wyposażaniu statków pracowało 23 tys. osób, obecnie jest ich ponad 32 tys. Rosną też przychody stoczni – dane Związku Pracodawców „Forum Okrętowe” wskazują, że w ubiegłym roku wzrost wyniósł ok. 10 proc. W dużej mierze to zasługa kompetentnej kadry.

W ciągu 3,5 roku działalności mamy podpisanych, w trakcie realizacji lub zrealizowanych, 10 projektów. We wszystkich uczestniczyli polscy inżynierowie, to świadczy też o tym, jak liczą się na międzynarodowym rynku okrętowym, jak uznawana jest ich marka. Wiem, jak ceniony jest polski przemysł okrętowy i polskie kadry, a mówię to z perspektywy przeszło dwudziestu lat współpracy z Norwegami i czternastu lat zatrudnienia w tym kraju. W Norwegii w stoczniach często pracuje więcej Polaków niż Norwegów – podkreśla Rutkowski.

Salt Ship Design prowadzi dwa biura – w Norwegii i w Polsce. W polskim zatrudnionych jest dwukrotnie więcej inżynierów, to również – zdaniem prezesa firmy – świadczy o pozycji polskiego przemysłu stoczniowego i uznaniu polskich możliwości projektowych.

Za opracowanie kompletnego pakietu dokumentacji jednostki typu Offshore Construction Vessel SALT 301, o unikalnych właściwościach manewrowych, która została wprowadzona w tym roku do eksploatacji, firma otrzymała nagrodę Innowacyjnej Gospodarki Morskiej wręczoną podczas Forum Gospodarki Wodnej.

Rutkowski podkreśla, że ta nagroda to uznanie dla polskiej myśli technicznej. W projekcie było jednak więcej polskich akcentów.

Kadłub był budowany i częściowo wyposażany w czterech polskich stoczniach: Konrem Nauta, Montex, Wisla Holms i Ustka. Gotowe sekcje były transportowane do Norwegii i tam ostatecznie montowane w stoczni Kleven Maritime AS. Podczas prac projektowo-konstrukcyjnych posiłkujemy się także lokalnymi biurami i niektóre z nich uczestniczyły również w tym projekcie. Poza tym ściśle współpracujemy z DNV GL (projekt ten był klasyfikowany przez to Towarzystwo), a także korzystamy z usług ich działu doradczego. W większość naszych projektów zaangażowany jest też basen modelowy Centrum Techniki Okrętowej – wymienia Rutkowski.

Branża morska rośnie w siłę, brakuje jednak odpowiedniej promocji przemysłu okrętowego. Pod względem edukacji sytuacja wygląda dobrze – na Akademii Marynarki Wojennej czy Akademii Morskiej nie brakuje chętnych do nauki, a o jedno miejsce ubiega się kilku kandydatów (na AMW w 2014 roku było to nieco ponad 4, a rok wcześniej – 6,8 na jedno miejsce).

Stocznie przeżywają okres rozwoju. Zmieniły się jednak rynki, struktury przewozów, zmian jest bardzo dużo. Mam nadzieję, że wszystko idzie ku dobremu, tylko, że postęp jest może za wolny. Chcielibyśmy, żeby szybciej to przebiegało, ale pewnych procesów dziejowych nie da się przyspieszyć. To nie jest czas wielkiego entuzjazmu okresu międzywojennego, kiedy cała Polska kochała morze – ocenia dr inż. Jerzy Litwin, dyrektor Narodowego Muzeum Morskiego w Gdańsku.

Brakuje imprez, które zachęcałyby młodzież do tematyki morskiej. Jak podkreśla Litwin, często też większe zainteresowanie wykazują mieszkańcy środkowej Polski niż osoby z wybrzeża. Publikacje są łatwo dostępne, nie brakuje wystaw, potrzeba jednak impulsu, dzięki któremu zainteresowanie morzem byłoby coraz większe.

Muzeum Morskie w Gdańsku stara się przyciągnąć jak najwięcej odwiedzających. Jerzy Litwin otrzymał nagrodę Innowacyjnej Gospodarki Morskiej w kategorii „osobowość” za aktywne promowanie elementów kulturowych związanych z przemysłem okrętowym oraz interaktywną wystawę „Statki. Nasza pasja”.

Wyniki ekonomiczne działań w gospodarce morskiej osiągnęły 7-proc. wzrost. Jestem przekonany, że będzie lepiej, przemysł okrętowy ma wielkie szanse, zwłaszcza że produkujemy w tej chwili statki wysokospecjalistyczne. To już nie są popularne statki typu masowiec, gdzie zaangażowanie konstrukcyjne czy innowacje były na drugim planie. Nasze statki są bardzo nowoczesne, mają nowoczesne rozwiązania ekologiczne w napędach, to wielkie wyzwanie dla młodzieży, która też powinna się tym interesować – przekonuje Jerzy Litwin.

Długie kolejki i brak dostępu do niektórych leków to główne problemy służby zdrowia. Politycy nie mają pomysłu na ich rozwiązanie

CEO Magazyn Polska

Coraz większe kolejki do specjalistów oraz brak innowacyjnych leków i technologii to największe problemy polskiej ochrony zdrowia. Dodatkowe środki finansowe to za mało, by naprawić sytuację. Niezbędna jest ich prawidłowa dystrybucja, aby wykluczyć dalsze marnotrawienie pieniędzy. Równie istotna jest zmiana polityki kontraktowania. Zdaniem fundacji Watch Health Care politycy nie mają jednak pomysłu na efektywne zarządzanie systemem opieki zdrowotnej. 

Z obserwacji fundacji Watch Health Care wynika, że średni czas oczekiwania na świadczenia zdrowotne wynosi 2,9 miesiąca. Ograniczony jest dostęp do lekarzy specjalistów, zbyt długi jest także czas oczekiwania na świadczenia diagnostyczne. Dotyczy to zarówno kosztownych świadczeń specjalistycznych, jak i znacznie tańszych podstawowych badań. Do wielu nowoczesnych leków i terapii polscy pacjenci wciąż nie mają dostępu – dotyczy to m.in. co najmniej 256 leków i 1000 tzw. technologii nielekowych dopuszczonych do obrotu w Unii Europejskiej.

Często są to technologie bardzo skuteczne, często najskuteczniejsze w danej chorobie, ale równocześnie bardzo drogie. Wielu Polaków nie stać na to, coraz więcej pacjentów bierze kredyty, sprzedaje domy, samochody, zapożycza się u rodziny, w bankach, żeby tylko dostać taką czy inną technologię, ponieważ walczą o życie – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Krzysztof Łanda, prezes fundacji Watch Health Care.

Zdaniem fundacji WHC kwestia problemów służby zdrowia jest niewystarczająco podkreślana w toczącej się kampanii wyborczej. Przedstawiciele sceny politycznej nie mają też pomysłu na zaradzenie im. Deklarowane przez niektórych polityków zwiększenie nakładów na służbę zdrowia wydaje się mało realne, zresztą nie musi to oznaczać rozwiązania problemu. Niezbędne jest ich prawidłowe rozmieszczenie w ramach systemu, a także uporządkowanie zawartości koszyka świadczeń gwarantowanych.

Zawartość koszyka nie może być ponad stan, czyli gwarancje dla społeczeństwa muszą odpowiadać wielkości środków na realizację tego koszyka. U nas jest deficyt środków. Drugą rzeczą jest wycena, a oprócz tego limity i w ogóle polityka dotycząca kontraktowania, którą prowadzi NFZ od 1 stycznia 2012 roku na zlecenie ministra zdrowia. Minister zdrowia od początku tego roku ma wszelkie prerogatywy i tylko on, jednoosobowo, jest odpowiedzialny za stan systemu – mówi dr Krzysztof Łanda.

Zdaniem środowisk pacjenckich środki finansowe w resorcie zdrowia są nieprawidłowo alokowane. Przykładem są oszczędności dokonane w ciągu ostatnich trzech lat dzięki ustawie refundacyjnej. Prawie 4 mld zł powinny zostać przeznaczone na refundację innowacyjnych terapii, tymczasem wykorzystano je w szpitalnictwie. Fundacja Watch Health Care uważa z kolei, że przyczyną słabej kondycji polskiej służby zdrowia są także fałszywe obietnice polityków. Łanda podkreśla, że ustawy i projekty ustaw wychodzące z resortu zdrowia to najgorsze jakościowo akty prawne spośród wszystkich ministerstw. Brakuje też konsultacji projektów ustaw z Radą Legislacyjną przy premierze.

System ochrony zdrowia to najbardziej skomplikowana dziedzina gospodarki. Tutaj nikt się ekspertem nie staje w ciągu roku czy dwóch. Wydaje mi się, że politykom po prostu brak wiedzy o tym, jakie są mechanizmy regulacyjne na rynku. Myślę, że jest duży strach przed wypowiadaniem się na tematy dotyczące ochrony zdrowia, dlatego że łatwo jest zyskać kompetencje w innych działach gospodarki, a w ochronie zdrowia bardzo trudno – mówi dr Krzysztof Łanda.

Fundacja Watch Health Care czynnie włączyła się w poprawę jakości polskiej służby zdrowia. W raporcie „Fundusz Walki z Rakiem. Propozycje rozwiązań systemowych” zawarła propozycje mające na celu zapewnienie dostępności do innowacyjnych metod leczenia i diagnostyki chorób nowotworowych bez udziału środków z budżetu państwa.