Ranking największych marek bankowych

Bankowość należy do dziesiątki najaktywniejszych branż w prasie – wynika z badania „Top Marka” przygotowanego przez magazyn „Press” i „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów”. Najpopularniejsze okazało się PKO BP, natomiast specjalne wyróżnienie przypadło BZ WBK – marce, która w latach 2008-2015 otrzymała w sektorze najwięcej punktów za wydźwięk publikacji.

Badanie podsumowało aktywność branż i marek w okresie od lipca 2014 do czerwca 2015. Zwycięzcą rankingu brandów bankowych w prasie został PKO Bank Polski, który zyskał znaczącą przewagę w liczbie i zasięgu publikacji, wyprzedzając Bank Zachodni WBK 18 punktami. Jednak to BZ WBK odnotowało największy udział informacji o wydźwięku pozytywnym – aż 27 proc. Na miejscu 3. uplasował się Bank Pekao, który także może pochwalić się tym, że otrzymał większą liczbą punktów za korzystne dla marki nacechowanie publikacji niż lider zestawienia. Topową piątkę zamykają mBank oraz Deutsche Bank.

ranking brandów bankowych

– Fuzje i przejęcia, innowacje w bankowości mobilnej i spory o to, czy i kto powinien pomóc kredytobiorcom, których zobowiązania gwałtownie wzrosły po uwolnieniu na początku br. kursu franka szwajcarskiego – to tylko niektóre z tematów, które przyciągały uwagę dziennikarzy prasowych w okresie objętym analizą. Z kolei na liczbę publikacji o markach bankowych w Internecie bardzo wyraźnie wpłynęła aktywność sponsoringowa banków – komentuje Martyna Martynowicz, starszy analityk mediów „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów”.

W podsumowaniu wartości ekwiwalentu reklamowego publikacji w prasie tuż za liderem –  PKO BP (173 mln zł) uplasował się Deutsche Bank – 163 mln zł. BZ WBK odnotowało AVE o 35 mln zł mniejsze.

PKO BP nie oddało pierwszego miejsca również w internecie, gdzie zgromadziło blisko 45 tys. publikacji. Na pozycji 2. pojawił się powszechnie kojarzony z bankowością internetową i mobilną mBank, o którym wspomniano w sieci w prawie 25 tys. materiałów. Aż 94 proc. z nich pochodziło z serwisów ogólnopolskich. Nieco rzadziej internauci czytali o BZ WBK – 23 tys. informacji. Na czwartym miejscu uplasował się Bank Pekao, a za nim – nieobecny w pierwszej piątce marek prasowych – Alior Bank.

analiza bankow

Użytkownicy social media najczęściej wymieniali Bank BPH – 324 tys. wpisów i komentarzy w najpopularniejszych serwisach społecznościowych, głównie za sprawą próśb internautów o wsparcie Fundacji Dzieciom „Zdążyć z pomocą”.  PKO BP był nieco mniej popularny – 294 tys. wzmianek. Na miejscu 5. za Bankiem Pekao (225 tys.) i BZ WBK (212 tys.) pojawił się Bank BGŻ z liczbą 192 tys. informacji.

VIII edycja badania „Top Marka” objęła łącznie 1,5 mln informacji internetowych, 326 tys. prasowych oraz 10 mln wzmianek w social media. Poddane analizie publikacje zostały wyselekcjonowane na podstawie monitoringu 1,1 tys. tytułów prasy ogólnopolskiej i regionalnej. Pod uwagę wzięto ogólnopolskie dzienniki i tygodniki opinii, tytuły ekonomiczne, specjalistyczne (branżowe), magazyny lifestylowe kierowane do kobiet i mężczyzn oraz tabloidy. W Internecie podstawą badania był monitoring 850 tys. polskojęzycznych serwisów. Raport objął również główne serwisy społecznościowe oraz fora.

ABS Investment S.A. przeznaczy do 1 mln zł na skup akcji własnych B

ABS Investment S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od lutego 2011 r., zajmująca się działalnością inwestycyjną oraz doradczą, zamierza przeznaczyć kwotę do 1 mln zł na skup akcji własnych B. Emitent opublikował także Regulamin swojego drugiego Programu Buy-back’u.

 Skup B będzie realizowany w okresie 36 miesięcy od dnia 25.06.2015 r. lub do wyczerpania środków przeznaczonych na ten cel. Nabycie akcji własnych w ramach Skupu B będzie się odbywało w Transzach, w których liczba nabywanych akcji będzie nie mniejsza niż 30.000 szt. Cena akcji w poszczególnych Transzach będzie obliczana jako wyższa o 10% od średniej ceny z 60 sesji poprzedzających dzień ogłoszenia zawierającego informację o chęci odkupienia akcji w ramach danej Transzy. Nabywanie akcji w ramach Skupu B będzie realizowane tylko i wyłącznie na podstawie umów cywilnoprawnych.

„Realizacja I transzy skupu planowana jest już w tym kwartale. Nie wykluczam, że skup B będzie realizowany częściej niż raz do roku. Nabywanie akcji na obecnym poziomie cenowym jest mocno uzasadnione ekonomicznie, ponieważ wartość księgowa na akcję jest znacznie wyższa. Atrakcyjne są również inne wskaźniki m.in. cena/zysk czy poziom długu w stosunku do wartości aktywów. Jest jeszcze za wcześnie, aby decydować co dalej z nabytymi akcjami. Po zakończeniu procesu podjęta zostanie decyzja w tym zakresie. Jestem głęboko przekonany, że akcje własne ABS mogą zostać odsprzedane po znacznie wyższej cenie niż średnia cena nabycia. Druga opcja to ich umorzenie. Niezależnie od skupu B, systematycznie realizowany będzie oczywiście skup A. W obecnej sytuacji finansowej ABS jest w stanie realizować zarówno obydwa skupy, jak i wpłacać co roku dywidendę Akcjonariuszom.” – komentuje Sławomir Jarosz, Prezes Zarządu Spółki ABS Investment S.A.

Spółki znajdujące się w portfelu inwestycyjnym ABS Investment S.A. notują istotną poprawę wyników finansowych, a także realizują przyjęte Strategie Rozwoju, więc Emitent liczy na bardzo dobre kolejne kwartały. Podmioty, który trafiły do portfela inwestycyjnego Spółki, przeszły bardzo wnikliwą selekcję, a jej efektem jest widoczny wzrost jego wartości. ABS Investment S.A. stara się inwestować w spółki działające w niszowych oraz bardzo dochodowych branżach. Ważnym elementem przyjętej strategii inwestycyjnej przez Emitenta jest również dobór spółek dywidendowych, które regularnie dzielą się wypracowanym zyskiem ze swoimi akcjonariuszami. W ten sposób ABS Investment S.A. buduje bezpieczny, stabilny i rentowny portfel inwestycyjny.

 

„Wyniki finansowe spółek portfelowych są znacznie lepsze od planowanych. Z tego powodu oraz ze względu na dużą ilość nowych umów do realizacji jestem ogromnym optymistą co do wyników ABS w kolejnych kwartałach. Napływa też do nas coraz więcej ciekawych i innowacyjnych projektów. Po publikacji wyników za III kwartał podejmę decyzję odnośnie publikacji nowej prognozy na 2015 w zakresie wyniku finansowego i wartości aktywów na akcję.” – dodaje Jarosz.

ABS Investment S.A. osiągnęła w 2 kw. 2015 r. 919 tys. zł zysku netto przy przychodach ze sprzedaży na poziomie 411 tys. zł. W analogicznym okresie ub. roku Spółka zanotowała stratę netto w wysokości 700 tys. zł, a jej przychody ze sprzedaży wyniosły 4 tys. zł. Od początku 2015 r. Emitent wypracował już 1.288 tys. zł zysku netto przy przychodach na poziomie 511 tys. zł. Rok wcześniej strata netto ABS Investment S.A. przekroczyła 1.124 tys. zł.

W tym roku Spółka wypłaciła także dywidendę w wysokości 0,03 zł na akcję z zysków wypracowanych w poprzednich latach. ABS Investment S.A. prognozuje osiągnięcie w 2015 r. zysku brutto na jedną akcję w wysokości 0,25-0,27 zł. Prognozy finansowe przewidują również, że wartość aktywów Spółki wraz z należnościami pochodzącymi z ich sprzedaży wyniesie na koniec 2015 r. w przeliczeniu na 1 akcję od 2,80 zł do 3,00 zł. Po 6 miesiącach br. realizacja prognozy na cały 2015 r. wynosi blisko 100%, a Zarząd może rozważyć jej podwyższenie.

ABS Investment S.A. jest spółką notowaną na rynku NewConnect od lutego 2011 r., która prowadzi działalność w dwóch obszarach: inwestycji kapitałowych oraz doradztwa finansowego. We wrześniu 2014 r. jej obligacje zadebiutowały również na rynku Catalyst. ABS Investment S.A. specjalizuje się inwestycjach w firmy działające w niszowych branżach, mające już rozwinięty biznes o ponadprzeciętnej oczekiwanej stopie zwrotu.

Umocnienie walut wschodnioeuropejskich

Piątek i weekend były dobrym czasem dla walut naszej części świata. Rublowi rosyjskiemu pomogła zwyżka cen ropy. Rublowi białoruskiemu “demokratyczne” wybory. Złoty i inne waluty naszego regionu umacniały się w wyniku ruchów na rynkach światowych.

Piątek był szczególnie aktywnym dniem na funcie. Poznaliśmy co prawda o 10:30 dane z Wielkiej Brytanii, ale ruch osłabiający funta zaczął się kilka godzin wcześniej. Same dane również nie uzasadniały tak silnej przeceny. Deficyt w handlu zagranicznym spadł, ale nie tak mocno jak uważali analitycy. To co jest istotne, to skala tego ruchu. Funt rozpoczął dzień w okolicach 5,75 zł by zakończyć go 6 groszy niżej.

Warto zwrócić uwagę na rynek ropy. Jest to pewien prognostyk dla rynków surowcowych. Czarne złoto odbija się po osiągnięciu dołków i zaczyna powoli rosnąć. Nie można oczywiści mówić jeszcze o zbliżaniu się do starych poziomów. Powodem wzrostów jest zwiększenie prognoz konsumpcji ropy na 2016 rok oraz spadek wydobycia, szczególnie poza krajami OPEC. Nie może dziwić ta sytuacja, gdyż wydobycie w pierwszej kolejności spada tam, gdzie są najwyższe koszty. Wraz ze wzrostem cen ropy do łask wraca również rosyjski rubel. Waluta ta kosztuje “już” 6 groszy i jest to najwyższy poziom od niemal 3 miesięcy.

W weekend odbyły się wybory na Białorusi. Zgodnie z oczekiwaniami wygrał je Aleksander Łukaszenko. W tej edycji wyborów uzyskał 83,49% głosów poprawiając swój wynik z poprzednich o niemal 5%. Frekwencja wyniosła imponujące 87%. Waluta zareagowała delikatnym umocnieniem na te dane, ale nie zmienia to faktu, że białoruski rubel jest w zdecydowanym wieloletnim trendzie spadkowym. Tylko w ciągu ostatniego roku stracił on jedną trzecią swojej wartości względem złotego.

Na rynki światowe trafiają niepokojące doniesienia z Syrii, gdzie sytuacja wymyka się powoli spod kontroli. Do mediów trafiła informacja, jako Brytyjczycy uzbroili swoje samoloty w rakiety powietrze-powietrze na wypadek kolejnych naruszeń przez Rosjan przestrzeni powietrznej państw NATO. Gdyby doszło do spełnienia takich gróźb z pewnością odczulibyśmy to bardzo dotkliwie na rynkach finansowych. Polska jako kraj leżący pomiędzy Rosją a Zachodem z pewnością ucierpiałby na kolejnych prężeniach muskułów. Szanse dojścia do wojny są oczywiście skrajnie niskie, ale ewentualne napięcia powinny gwałtownie osłabić waluty naszego regionu.

Dzisiejszy dzień jest ubogi w publikacje danych makroekonomicznych. Dodatkowo dochodzi fakt, że mamy dni wolne od pracy zarówno w Kanadzie jak i w Japonii. W USA popołudniu odbędzie się kilka konferencji, na które zaproszeni są członkowie FED. Tematyka ich wystąpień zahacza o tematy polityki monetarnej zatem możemy spodziewać się kolejnych wskazówek co do terminów ewentualnych podwyżek.

EUR/PLN

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 12.07.2015 do 12.10.2015Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 12.07.2015 do 12.10.2015

Kurs EUR/PLN od połowy lipca znajduje się w trendzie wzrostowym. Po osiągnięciu maksimum na poziomie 4,2600, przeszedł w fazę korekty po czym znów zawraca. Dla ruchu w górę najbliższym oporem jest poziom 4,2600 gdzie znajdowało się ostatnie maksimum lokalne. W przypadku spadków kolejne wsparcie stanowi linia łącząca minima lokalne na 4,2100 a następnie minima w okolicach 4,1550-4,1600.

CHF/PLN

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 12.07.2015 do 12.10.2015Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 12.07.2015 do 12.10.2015

Kurs CHF/PLN znajduje się w trendzie spadkowym. Gdyby doszło do przebicia linii oporu na 3,8950 Kolejnym istotnym oporem są okolice 3,9400 gdzie znajdują się ostatnie ważne maksima. W przypadku osłabienia kursu, ważnym poziomem jest ostatnie minimum, czyli 3,8090.

USD/PLN

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 12.07.2015 do 12.10.2015Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 12.07.2015 do 12.10.2015

Kurs USD/PLN Znajduje się w trendzie bocznym. Dla ruchu w górę najbliższym oporem jest linia łącząca ostatnie maksima na 3,8100. dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 3,7000.

GBP/PLN

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 12.07.2015 do 12.10.2015Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 12.07.2015 do 12.10.2015

Kurs GBP/PLN podąża w krótkoterminowym trendzie spadkowym. Najbliższymi ograniczeniami dla wzrostu kursu są jest linia łącząca maksima lokalne na 5,7250. Doszło co prawda do jej przebicia, ale kurs szybko zawrócił i wybił się poniżej poprzedniego wsparcia. W przypadku dalszych  spadków ważnym wsparciem jest 5,6750 czyli ostatnie minimum.

 

Prawie 10 tysięcy osób w Polsce zapada na raka krwi

Wypowiedź: Dorota Wójtowicz-Wielgopolan, rzecznik prasowy 
Fundacji DKMS, Wojciech Niewinowski, który zachorował na białaczkę w wieku 22 lat, Julia Sygulska-Walczak, która została dawcą komórek macierzystych.

Każdego roku prawie 10 tysięcy osób w Polsce zapada na jedną z chorób nowotworowych krwi, najczęstszą z nich jest białaczka. Często jedynym dla nich ratunkiem jest przeszczep. Prawdopodobieństwo znalezienia bliźniaka genetycznego dla potrzebującego przeszczepienia pacjenta, wynosi w najlepszym wypadku 1 do 20.000. Bywa, że spada do kilku milionów.

– W Polsce co piąty pacjent zostaje bez swojego bliźniaka genetycznego, bez swojego dawcy. Apelujemy do wszystkich, którym los ludzki nie jest obcy aby zastanowili się nad tym,  czy warto zarejestrować się i mieć swój udział w ratowaniu życia – mówi newsrm.tv Dorota Wójtowicz-Wielgopolan, rzecznik prasowy 
Fundacji DKMS.

Jak pokazują statystyki, aż 75% przeszczepień możliwych jest dzięki dawcom niespokrewnionym. W rejestrach niespokrewnionych dawców na całym świecie, zarejestrowało się już ponad 25 milionów potencjalnych dawców, jednak wciąż jest ich za mało, by pomóc wszystkim potrzebującym.

– Moja choroba zaczęła się w 2009 roku. Wtedy jako młody chłopak, miałem 22 lata, studiowałem i moje życie stanęło w miejscu. W szpitalu okazało się, że mam białaczkę, która musi zostać wyleczona chemioterapią, która powoduje bardzo duże spustoszenie w organizmie. Ja jako pacjent bardzo cierpiałem – opowiada Wojciech Niewinowski, który zachorował na białaczkę w wieku 22 lat – Odebrałem telefon i okazało się, że dzwoni mój lekarz żeby przekazać mi informację, że jest dawca. Wtedy po raz pierwszy zagościła w moim sercu nadzieja na to, że przeżyję.

Dzięki przeszczepowi pacjent, który ma raka krwi odzyskuje zdrowie. Natomiast osoba, która zdecydowała się na podarowanie komórek macierzystych zyskuje swojego bliźniaka genetycznego. W ten sposób rodzą się przyjaźnie, które trwają latami. – Czasami w to nie wierze, że dzięki mnie żyje druga osoba. Ja dzięki temu zyskałam, siostrę, bo jestem jedynaczką. Agnieszka ma jeszcze dwie siostry. Mam nową dużą rodzinę – opowiada Julia Sygulska-Walczak, która została dawcą komórek macierzystych.

W najbliższy wtorek, 13 października, obchodzony jest Ogólnopolski Dzień Dawcy Szpiku. Fundację DKMS Polska właśnie wtedy organizuje akcję rejestrowania do bazy potencjalnych dawców komórek macierzystych krwi lub szpiku.

Jak funkcjonują działy marketingu i sprzedaży w polskich firmach? Raport „Efektywny marketing a skuteczna sprzedaż”

Nieco ponad połowa polskich firm zatrudnia osoby odpowiedzialne za sprzedaż. Podobne jest w przypadku marketingowców. 53% badanych przedsiębiorstw wskazuje na obecność w swoich strukturach osób zajmujących się na co dzień komunikacją marketingową. To tylko niektóre dane płynące z raportu „Efektywny marketing a skuteczna sprzedaż”, będącego efektem badań opracowanych wspólnie przez agencję Mind Progress Group i Instytut badawczy IPC.

Badanie przeprowadzono w maju 2015 roku. Wzięły w nim udział 202 firmy i osoby, kwalifikowane do małych, średnich i dużych przedsiębiorstw na podstawie definicji GUS. W większości były to firmy o charakterze produkcyjnym i usługowym. – W tegorocznej trzeciej już̇ edycji badań skupiliśmy się̨ m.in.: na funkcjonowaniu działów sprzedaży i marketingu w strukturze firm, obrazie marketera i sprzedawcy, realizacji ich zadań́ i celów czy narzędzi, jakie najczęściej wykorzystują̨ w swojej pracy – mówi Michał Pawlik, head of strategy w Mind Progress Group, pomysłodawca i koordynator badania.

Wyniki badań pokazują dość duże zróżnicowanie polskich firm w podejściu do marketingu i sprzedaży. Skłonność do zatrudniania osób odpowiedzialnych za sprzedaż rośnie wraz z wielkością przedsiębiorstwa. Aż 75,4% spośród małych przedsiębiorstw nie posiada tego typu pracowników. Co z kolei diametralnie zmienia się dużych przedsiębiorstwach, gdzie zaledwie w ok. 28% firm nie pracują sprzedawcy. Są to liczby mniej optymistyczne niż w przypadku zatrudniania marketingowców. Tylko 55,1% małych przedsiębiorstw posiada osób odpowiedzialnych za marketing. Na brak marketerów w szeregach dużych firm wskazuje ok. 28% badanych. W badanych przedsiębiorstwach aż̇ 72,9% osób zajmujących się̨ marketingiem tworzy dedykowany temu zadaniu dział marketingu. Zaledwie 11,2% ankietowanych zadeklarowało, że marketingiem w firmie zajmują̨ się̨ samodzielni specjaliści. W tych przedsiębiorstwach, w których funkcjonują̨ zarówno dział marketingu, jak i dział sprzedaży, w większości (45%) została zachowana odrębność́ pomiędzy działami. Nieco mniej, bo w 30% badanych firm, dział marketingu i dział sprzedaży są̨ połączone. – Dość́ dobrze widoczna jest połączona struktura marketingu i sprzedaży typowa dla małych i średnich przedsiębiorstw oraz rozdzielenie tych funkcji w dużych firmach – mówi Jacek Kotarbiński, autorytet świata marketingu, bloger, trener biznesu, autor książki „Sztuka rynkologii”. – Warto przypomnieć́, że to kompetencje marketingowe kształtują̨ charakter i strategię sprzedaży. Dlatego np. szef marketingu i sprzedaży małej czy średniej firmy powinien zdecydowanie bardziej rozumieć́ rynek i zachowania klientów niż̇ koncentrować́ się̨ na modelu sprzedaży – dodaje.

Ciekawe wnioski płyną także z wyników dotyczących realizacji celów i zadań́ działów marketingu i sprzedaży. Przykładowo według respondentów budowa wizerunku i świadomości marki oraz promowanie, polepszanie reputacji firmy to zadania, które dotyczą̨ działu marketingu (53,4% w stosunku do 23,3%, kiedy wskazywano na dział sprzedaży w przypadku wizerunku marki oraz 45,9% w stosunku do 27,1% w przypadku reputacji). – Odpowiedzi wskazują̨ raczej na stereotypowe ukształtowane przez wiele lat rozumienia ról w ramach tych dwóch kompetencji – mówi Krzysztof Sobieszek, chief strategy officer w ZenithOptimedia Group. – To, co kojarzy się̨ wyraźnie, np.: budowanie świadomości i wizerunku marki lub zwiększanie przychodów firmy, jest jasno przypisane do marketingu i sprzedaży, natomiast większość́ obszarów nie uzyskuje dużego stopnia zróżnicowania. Według Jacka Kotarbińskiego ujawnia się̨ mit na temat działu marketingu odpowiedzialnego wyłącznie za promowanie i wspieranie sprzedaży. – Brak korelacji pomiędzy wpływem marketingu na wyniki sprzedaży jest wyraźnie widoczny. Pora promować́ zmianę̨ tego stanu rzeczy, ponieważ̇ współczesną rolą marketingu jest tworzenie i zarzadzanie rynkiem, a nie wyłącznie bycie supportem dla działań́ handlowych.

Nowa inwestycja w wielkopolskim Robakowie

Kilkadziesiąt osób znalazło pracę w nowej fabryce dań gotowych sushi, jaka powstała w podpoznańskim Robakowie. Warta 7 mln zł inwestycja Sushi Factory rozpoczęła się na początku 2015 r. Obecnie to najbardziej rozbudowana linia do produkcji sushi maki w Polsce i jedna z pięciu największych w Europie. To także centrum dystrybucyjne gotowe do obsługi polskich i zagranicznych sieci handlowych.

Sushi Factory to inwestycja z polskim kapitałem założona na początku 2015 roku. Fabryka zajmuje się produkcją dań gotowych sushi na potrzeby polskich i zagranicznych sieci handlowych, w tym tworzeniem marek własnych. Jej wartość szacowana jest na 7 mln zł, w tym zawarte są nakłady poniesione na maszyny i linię technologiczną. Zakład znajduje się w podpoznańskim Robakowie, w strategicznym położeniu koło Poznania, bezpośrednio przy autostradzie A2 relacji Warszawa-Poznań-Berlin oraz drodze szybkiego ruchu S11.

Obecnie Sushi Factory zatrudnia blisko 30 osób, w tym dwóch sushi masterów czuwających nad jakością wyborów gotowych. Przy produkcji posługuje się międzynarodowym standardem bezpieczeństwa żywności BRC, a także – jako jeden z nielicznych tego typu zakładów w Polsce, został zatwierdzony przez Inspekcję Weterynaryjną jako spełniający wszystkie normy sanitarno-weterynaryjne. W praktyce oznacza to możliwość eksportu wytwarzanych produktów na rynki unijne, co byłoby niemożliwe bez nadanego numeru weterynaryjnego.

Największa w Polsce linia do produkcji sushi

W Sushi Factory znajduje się najbardziej rozbudowana linia do produkcji sushi maki w Polsce, jedna z pięciu największych w Europie. To jedyna fabryka z Krio-line, ciągiem linii chłodzącej ciekłym azotem do temperatury 2 stopni C pozwalającej na uzyskiwane produktów o lepszej jakości i dłuższej dacie przydatności (aż 6 dni). Park maszynowy to także linia układania dań na tacki oraz trzy bramy załadowcze. Całość procesów produkcyjnych i logistycznych ma miejsce w obrębie powierzchni liczącej 1800 m2.

W zakładzie znajduje się sześć maszyn trzyszufladowych pozwalających na jednoczesne gotowanie do 270 kg ryżu, a także w pełni automatyczna maszyna do płukania wybrana pod kątem optymalnie niskiego zużycia wody i energii elektrycznej. Proces przygotowywania dopełnia maszyna do mieszania ryżu o wydajności 15 kg/3 minuty.

Produkcja maki, hosomaki i california maki („odwrócone sushi”) odbywa się w dwóch maszynach dwuliniowych o wydajności 4 tys. rolek na godzinę. Linia technologiczna to także maszyna do cięcia i plastrowania mrożonego łososia o wydajności 150 kg na godzinę oraz maszyna do krojenia i szatkowania warzyw o wydajności 1 tony na godzinę.

Dania Sushi Factory pakowane są próżniowo w modyfikowanej atmosferze. – Wykorzystanie mieszaniny gazów azotu i dwutlenku węgla pozwala wydłużyć przydatność produktu do nawet 6 dni od dnia zapakowania. Standardowo dostępne w supermarketach dania gotowe sushi posiadają zdecydowanie krótsze terminy przydatności do spożycia, nie dłuższe niż 48 godzin od momentu zapakowania – mówi Peter Le, japoński technolog nadzorujący linię produkcyjną Sushi Factory.

2016 rok pod kątem kolejnych inwestycji

Sztandarowy produkt Sushi Factory to danie Factory Chīsai 230 g składające się z dziewięciu kawałków sushi. To maki z paluszkiem krabowym oraz wędzonym łososiem, california maki z zapiekanym łososiem, kapustą kimczi, prażonymi pestkami dyni i słonecznika, a także hosomaki z marchwią, ogórkiem oraz marynowaną rzodkwią japońską. Aktualna wydajność produkcyjna jednej zmiany trwającej 8 godzin wynosi 14 tys. tacek Factory Chīsai. – Docelowo planujemy trzykrotnie zwiększyć wolumeny, osiągając wielkość produkcji na poziomie 84 tys. tacek w 8 roboczogodzin – mówi Tomasz Nawrocki, członek zarządu Sushi Factory sp. z o.o. Jak dodaje, w planach na 2016 r. przewidziane jest także otwarcie kolejnej linii technologicznej oraz dwukrotne zwiększenie liczby zatrudnionych osób.

Na tę chwilę produkty Sushi Factory dystrybuowane są do polskich sieci handlowych, choć docelowo planowany jest ekspert na rynki zagraniczne, ze szczególnym uwzględnieniem Turcji i krajów Europy Zachodniej – podsumowuje plany Tomasz Nawrocki.

A. Halicki: Polska kształci za mało informatyków. Umiejętność programowania najbardziej poszukiwaną kompetencją na rynku pracy

CEO Magazyn Polska

Mimo że polskie uczelnie co roku kształcą 30 tys. informatyków, zapotrzebowanie biznesu na specjalistów w tej dziedzinie rośnie dużo szybciej. Dlatego przedstawiciele firm, rządu i uczelni chcą, by już wśród najmłodszych promować umiejętności cyfrowe i zachęcać ich w ten sposób do wyboru tej ścieżki zawodowej. Temu ma służyć także właśnie rozpoczęty Europejski Tydzień Kodowania, który jest inicjatywą Komisji Europejskiej.

Na rynku pracy brakuje 40 tys. informatyków i programistów, a w całej Europie aż kilkuset tysięcy. Wprawdzie kształcimy bardzo dużo informatyków, ale to ciągle za mało – mówi Andrzej Halicki, minister administracji i cyfryzacji, podczas inauguracji Europejskiego Tygodnia Kodowania w Polsce. – Dzisiaj lekcje kodowania, wprowadzenie informatyki do szkoły i powszechna nauka tej dziedziny powinny być pierwszym wyzwaniem nowoczesnej szkoły.

Potencjał jest, bo polscy programiści są cenieni w świecie. Wygrywają różne konkursy i są rozchwytywani przez największe firmy z branży IT. Poziom kształcenia na polskich uczelniach także jest doceniany za granicą. Zainteresowanie tą dziedziną rośnie, o czym może świadczyć, że do Tygodnia Kodowania w Polsce zgłoszono ponad 1100 różnych wydarzeń. Wśród zgłaszających są szkoły, biblioteki, organizacje pozarządowe, start-upy i duże korporacje.

Moglibyśmy wykorzystywać tę szansę jeszcze lepiej. Myślę tu np. o nawiązaniu dobrej współpracy między uczelniami, biznesem a administracją. Czegoś takiego brakuje – mówi Halicki. – Bardzo się cieszę, że firmy prywatne, jak np. Samsung, tak dużo uwagi poświęcają nauce kodowania wśród młodzieży, która ma być pierwszą zachętą do tego, by być bliżej oświaty, i promocją tego, co jest potrzebne gospodarce.

Z drugiej strony dane dotyczące wykluczenia cyfrowego pokazują, że kompetencje w tej dziedzinie są piętą achillesową Polaków. Jedna trzecia społeczeństwa nie korzysta z komputera i internetu. Jak podkreśla minister, szybko nadrabiamy zaległości związane z infrastrukturą dostępową oraz liczbą dostępnych e-usług, jednak prawdziwym wzywaniem pozostają umiejętności. Wszystkie te trzy obszary wspierać ma program Polska Cyfrowa, z którego na lata 2014-2020 do wydania będzie 2 mld euro.

Młode pokolenie ma bardzo wysoko rozwinięte umiejętności cyfrowe, aczkolwiek one pozwalają raczej się bawić komputerem, tabletem czy internetem. Nie mamy wiedzy o tym, jak wykorzystywać wszystkie możliwości tych urządzeń. Kodowanie temu właśnie służy – mówi Michał Boni, europoseł, były minister administracji i cyfryzacji. – Wielka Brytania od pewnego czasu ma kodowanie jako element stałego kształcenia, podobnie jak Estonia i Finlandia. My również powinniśmy zmierzać w tym kierunku.

Upowszechnianiu wśród najmłodszych nawyków cyfrowych i wiedzy na temat korzystania z nowoczesnych technologii mają służyć takie programy, jak Mistrzowie Kodowania i Mistrzowie Kodowania Junior, realizowane z inicjatywy Samsung Electronics Polska. Biorą w nich udział tysiące uczniów i przedszkolaków. Mistrzowie Kodowania zostali głównym partnerem polskiego Tygodnia Kodowania.

Jak uczyć kodowania? Ja używałbym raczej określenia uczyć myślenia strategicznego i analitycznego, a kodowanie, np. poprzez proste języki typu Scratch, ma pokazać, jak to wdrażać w działaniu. Programowanie to jest szersze pojęcie niż tylko kodowanie, a warto mówić o tym szerzej, jako o formie twórczości. Chodzi o kreatywne myślenie, o to, by pokazywać młodym ludziom, że komputery służą nie tylko do zabawy, lecz także do wielu innych rzeczy – mówi Włodzimierz Marciński, Lider Cyfryzacji w Ministerstwie Administracji i Cyfryzacji.

Eksperci podkreślają, że edukowanie najmłodszych pokoleń w tej dziedzinie będzie miało korzystne efekty także dla starszych pokoleń. Jego przedstawiciele zdobywają i pogłębiają swoją wiedzę na temat technologii właśnie dzięki pomocy młodych ludzi. W ten sposób łatwiej będzie poradzić sobie z problemem wykluczenia cyfrowego. To zjawisko staje się coraz groźniejsze, bo coraz więcej aspektów codziennego życia przenosi się do internetu.

Będą się zmieniały wszystkie sektory gospodarki, systemy naszej pracy, życie codzienne. Za chwilę czekają nas duże zmiany w obszarze zdrowia, będziemy także korzystali z aplikacji, by śledzić stan swojego zdrowia. Do tego potrzebnych jest więcej umiejętności, niż dzisiaj mamy – przekonuje Michał Boni.

Zdobywaniu nowych i pogłębianiu posiadanych umiejętności służy Tydzień Kodowania. To coroczna inicjatywa Komisji Europejskiej, której celem jest popularyzacja idei programowania. Między 10 a 18 października w całej Polsce odbędzie się ponad 1100 różnego typu imprez: spotkań, warsztatów, szkoleń, konferencji związanych z technologiami cyfrowymi i nauką programowania dla dzieci, młodzieży i dorosłych.

Programują zarówno seniorzy, jak i przedszkolaki w całej Polsce. Zwykle jest to programowanie bardzo amatorskie. Popularyzując ideę kodowania, chcemy zachęcać szeroką grupę do uczestnictwa w tym wydarzeniu. Traktujemy programowanie jako trzeci język – język, który pozwala zrozumieć zasady funkcjonowania współczesnych technologii, mediów, informacji – wyjaśnia Blanka Fijołek, polska ambasadorka Tygodnia Kodowania i CSR & Sponsorship Senior Manager w Samsung Electronics Polska.

MON rozważa osobny zakup okrętów podwodnych i pocisków samosterujących. Eksperci uważają, że byłby to błąd strategiczny i biznesowy

CEO Magazyn Polska

Gdyby – jak sugeruje MON – rozdzielono zakup trzech okrętów podwodnych i rakiet manewrujących, to koszty zakupu znacznie by wzrosły – przekonuje wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Obrony Narodowej. Byłoby to więc nie tylko błędem strategicznym, lecz także biznesowym.

W mojej ocenie wygląda to bardzo źle – podkreśla w rozmowie z Newserią Dariusz Seliga, poseł PiS, wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Obrony Narodowej. – Inaczej negocjuje się tego typu zakupy, kupując cały pakiet, patrząc na perspektywę wielu lat i dostęp do technologii, a inaczej kupuje się skorupy, czyli same okręty, bez systemu uzbrojenia. Nawet, jeżeli jest możliwość późniejszego wmontowania tego systemu, to tak naprawdę płacimy później drugi raz za coś, co moglibyśmy być może wynegocjować w pakiecie.

Jego zdaniem osobny zakup okrętów i ich wyposażenia, które stanowić ma o potencjale odstraszającym Polski, byłby biznesowym błędem. Stefan Niesiołowski, przewodniczący Komisji Obrony Narodowej, podkreślał, że w takim przypadku problemem będzie też zapewnienie spójności uzbrojenia Marynarki Wojennej. Takie rozwiązanie niedawno zasugerował wiceminister obrony narodowej Czesław Mroczek. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami MON pociski miałby być pozyskiwane w tym samym postępowaniu, co okręty.

Dziś podejmowane są decyzje strategiczne dla bezpieczeństwa państwa polskiego. Mamy jednak wrażenie, że politycznie te decyzje są podejmowane ad hoc. Widzimy poważne zmiany: raz mówimy o zakupie całego pakietu okrętów podwodnych z systemami rakiet, za chwilę mówimy, że możemy ten projekt rozdzielić. Tak naprawdę nie wiemy dzisiaj, z kim negocjować – mówi Dariusz Seliga.

W ocenie wiceprzewodniczącego sejmowej Komisji Obrony Narodowej przy poszczególnych programach modernizacji polskiej armii jest zbyt mało przejrzystości. Nawet komisja nie ma często dostępu do kluczowych informacji. Seliga dodaje, że brak cywilnej kontroli parlamentu nad armią jest błędem politycznym, który powinien zostać naprawiony w następnej kadencji.

Jeżeli chcemy zrobić coś porządnie, uczciwie i z dbałością o pieniądze publiczne, to te rzeczy muszą być jawne. Dzisiaj, w dobie internetu, ci, którzy nadzorują armię, szczególnie parlamentarne Komisje Obrony Narodowej, powinni wiedzieć, co w każdym momencie w tych przetargach się dzieje. Myślę, że to jest rozwiązanie, które zmusi wojskowych do pełnej otwartości i współpracy – podkreśla Seliga.

Dodaje, że taka sytuacja pozwoliłaby uniknąć zamieszania, jakie miało miejsce przy przetargach na śmigłowce dla armii, kiedy określonego w specyfikacji sprzętu żaden z producentów tak naprawdę nie był w stanie dostarczyć. Rozstrzygnięcie przetargu wzbudziło wiele kontrowersji, a odpowiedzialnych z tę specyfikację nie ma.

Myślę, że nowy rząd będzie naprawiał te błędy, które przecież będą skutkować przez lata – to będą tysiące miejsc pracy u kooperantów i w fabrykach przemysłu obronnego, jeśli te pieniądze będą dobrze wydawane – mówi wiceprzewodniczący komisji. – Ministerstwo Obrony Narodowej nie mówi w żadnym aspekcie, co na tym skorzysta polski przemysł obronny, co na tym skorzysta polski tokarz czy ślusarz.

Seliga podkreśla, że przedwyborcze miesiące nie są dobrym czasem na podejmowanie strategicznych dla państwa decyzji.

Rzucanie tego typu tematu w takim okresie powoduje, że przestajemy jako Polska być wiarygodnym partnerem dla kooperantów, dla firm zachodnich. Dziś cały świat wie, co chcemy zakupić, jakie powinny być te systemy. Cały świat wie też, kto ma systemy i komponenty, które mogłyby być dla nas przydatne, więc tutaj nie mamy dużego pola manewru. Dlatego tym bardziej powinniśmy tych partnerów z Zachodu, z którymi będziemy współpracować, traktować bardzo poważnie – mówi Seliga.

Przyznaje jednocześnie, że ogłoszenie szczegółowych planów zakupowych dla armii i budżetu, jaki zamierzamy na nie przeznaczyć, było błędem biznesowym, bo trudno będzie teraz wynegocjować niższe stawki.

Japońskie firmy zainwestowały w Polsce już ponad 5 mld zł. Polska przyciąga inwestorów stabilnością polityczną i wysokimi kompetencjami pracowników

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej japońskich firm dostrzega potencjał inwestycyjny Polski. Rośnie nie tylko wymiana handlowa między dwoma krajami, lecz także wartość inwestycji. Japońscy przedsiębiorcy przyznają, że cenią nasz kraj głównie za stabilność polityczną oraz wysokie kompetencje pracowników. Miasto Takasaki zorganizowało w Warszawie pierwsze targi Japan Business Expo, które mają przyczynić się do rozwoju polsko-japońskiej współpracy biznesowej.

Jest kilka przyczyn, dla których wybraliśmy właśnie Polskę. Pierwsza z nich to tradycyjnie bardzo przyjazne kontakty między Polską a Japonią. Kolejna jest taka, że Polska jest bardzo ważnym sprzymierzeńcem Stanów Zjednoczonych, a więc jest krajem stabilnym. Poza tym w Polsce jest wielu wysoko wykwalifikowanych pracowników – mówi agencji informacyjnej Newseria Norihiro Yagi, prezes zarządu Yagi Industries, która od 12 lat działa w Polsce.

Spółka Yagi Industries w 2003 roku zdecydowała się na otwarcie swojego oddziału w Polsce. Inwestycja zlokalizowana jest w miejscowości Żarów, wchodzącej w skład Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej „Invest-Park”. Zakład zajmuje się produkcją części do silników i pojazdów mechanicznych.

Wiedzieliśmy, że nasi klienci, którzy już zainwestowali w Polsce, mają pewne kłopoty z dostawami części. Żeby rozwiązać ich problem, zdecydowaliśmy się na zrealizowanie tej inwestycji właśnie w Polsce, dzięki temu powiększyliśmy także nasze możliwości biznesowe w Japonii – wyjaśnia Norihiro Yagi.

Japońskie firmy, które mają fabryki w wałbrzyskiej strefie ekonomicznej, zainwestowały do tej pory 5 mld zł w budowę zakładów oraz rozwój działalności. Japonia – według danych resortu gospodarki – jest największym azjatyckim inwestorem w Polsce. Przedsiębiorcy z tego kraju widzą duży potencjał w Polsce i chcą rozwijać dwustronną współpracę. Dlatego władze miasta Takasaki, położonego 100 km od Tokio, zorganizowały w Warszawie targi Japan Business Expo.

Firmy zlokalizowane w Takasaki charakteryzują się bardzo wysokim poziomem technologicznym. Mamy nadzieję, że dzięki takim spotkaniom jak Japan Business Expo pojawią się nowe okazje do nawiązania kontaktów biznesowych – mówi Masashi Kimura, wiceprezydent Takasaki.

Takasaki to siedziba wielu nowoczesnych parków biznesowych i przemysłowych. Wiele firm działa w obszarze zaawansowanych technologii, m.in. w przemyśle ciężkim i chemicznym. W mieście znajdują się również uznane na świecie instytuty badawcze, m.in. przemysłu biotechnologicznego i farmaceutycznego.

Na targach zaprezentowało się 13 wiodących firm z Takasaki: producenci maszyn, części do maszyn, części samochodowych, a nawet części do rakiet. Pojawili się także wystawcy z branży konsumenckiej, np. browar sake Makino Brewery. Jak podkreślają przedstawiciele Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych, do niedawna japoński kapitał w Polsce koncentrował się w branży motoryzacyjnej, dlatego powinniśmy zachęcać inwestorów do dywersyfikowania działalności, do tego, by inwestowali m.in. w centra usług wspólnych, centra badawczo-rozwojowe, przetwórstwo spożywcze, branżę energetyczną czy przetwarzanie odpadów.

Przyjazd tak licznej grupy przedsiębiorców z Japonii to znakomita okazja do nawiązania kontaktów z podmiotami działającymi nad Wisłą. To także okazja do zdobycia cennych doświadczeń, m.in. w zakresie zarządzania w japońskich przedsiębiorstwach.

Jest to również okazja do tego, by spróbować wejść na nowy etap współpracy, czy to technologicznej, czy handlowej – ocenia Masashi Kimura.

W targach Japan Business Expo – Takasaki Day udział wzięło wielu przedsiębiorców oraz przedstawicieli firm z Polski zainteresowanych współpracą z Japonią. Z danych resortu gospodarki, że wartość wymiany handlowej między tymi krajami z roku na rok jest wyższa. W 2014 roku wolumen obrotów wyniósł 2,83 mld euro (wzrost o 6,8 proc. w ujęciu rocznym). Do Kraju Kwitnącej Wiśni wysłaliśmy towary o łącznej wartości 492,1 mln euro, natomiast import przekroczył 2,35 mld euro.

W targach uczestniczyli także Michał Olszewski, wiceprezydent Warszawy, oraz ambasador Japonii w Polsce Makoto Yamanaka.

Sprzedaż mieszkań we Wrocławiu w tym roku może sięgnąć poziomu 7 tys. Więcej kupujących korzysta z programu MdM

CEO Magazyn Polska

Na wrocławskim rynku nieruchomości utrzymuje się dobra koniunktura. Wzrost sprzedaży wspomagają zmiany w programie Mieszkanie dla Młodych, dzięki którym więcej mieszkań spełnia limity cenowe. Zdaniem ekspertów lepszym pomysłem byłoby wprowadzenie kas oszczędnościowych, które ułatwiłyby gromadzenie pieniędzy na wymagany wkład własny przy zakupie mieszkania. Obecnie mimo wymaganych 10 proc. wartości nieruchomości popyt na kredyty mieszkaniowe rośnie. W III kwartale wartość wnioskowanych kredytów była wyższa o 7,7 proc. niż przed rokiem.

Sprzedaż mieszkań we Wrocławiu w ubiegłym roku sięgnęła poziomu 7 tys. mieszkań. W tym roku wydaje się, że miasto może osiągnąć podobną liczbę. Oczywiście dotyczy to sprzedaży na rynku pierwotnym – mówi agencji Newseria Biznes Dorota Jarodzka-Śródka, prezes wrocławskiego oddziału Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

W 2014 roku deweloperzy skupieni w PZFD wprowadzili na wrocławski rynek 7,2 tys. mieszkań. W tym samym czasie nabywców znalazło 6,5 tys. lokali. Najlepiej pod tym względem wyglądał IV kwartał, kiedy liczba sprzedanych mieszkań było o 257 wyższa od wprowadzonych do sprzedaży. W tym roku sytuacja dla deweloperów może być równie korzystna ze względu na zmianę limitów cenowych w programie Mieszkanie dla Młodych.

W pierwotnej wersji program dla województwa dolnośląskiego miał bardzo niską średnią cenę mkw. brutto. To spowodowało, że Wrocław przez 1,5-2 lata nie był znaczącym beneficjentem programu. Wprowadzono jednak korekty, w wyniku których dla rodzin wielodzietnych metraż i totalna pula pomocy zostały zwiększone – ocenia Jarodzka-Śródka.

Aktualnie limity cenowe we Wrocławiu wynoszą ponad 5,2 tys. zł dla nieruchomości na rynku pierwotnym i ponad 4,2 tys. na rynku wtórnym. Przed zmianą maksymalna cena za mkw. nie przekraczała 5 tys. (poza IV kw. 2014 roku – 5,1 tys. zł). Tymczasem przeciętna cena za mkw. wyniosła w ubiegłym roku od 5,11 tys. zł na Psim Polu do 7,17 tys. zł na Starym Mieście.

W skali kraju potrzebujemy lepszego programu, który mógłby działać długofalowo. Tu pomysł kas oszczędnościowych, czyli powrót do pomysłu, że ludzie mogą odkładać pieniądze na mieszkania i wykorzystać je tylko w tym celu, ale w związku z tym dostają specjalne oprocentowania lub premie w momencie, kiedy wyjmują te środki, chcąc wpłacić wkład własny na mieszkanie – przekonuje prezes wrocławskiego PZFD.

Jej zdaniem zmiana jest konieczna, zwłaszcza że rośnie wymagany wkład własny. W tym roku wynosi 10 proc. wartości nieruchomości, a docelowo ma wzrosnąć do poziomu 20 proc. w 2017 roku.

 Większość mieszkań kupowanych jest na kredyt. Są regulacje KNF, które rekomendują, żeby wkłady własne były co roku większe. Jest to też rodzaj wsparcia dla kredytobiorców, bo wyższy wkład własny powoduje, że ich ryzyko kredytowe spada. Jeżeli ktoś ma 20-30 proc. udziału wkładu własnego, to szybciej stanie się właścicielem mieszkania, bo krócej będzie spłacał kredyt – tłumaczy Jan Szuba, dyrektor Oddziału Okręgowego Narodowego Banku Polskiego we Wrocławiu.

Zdecydowana większość klientów kupuje mieszkania na kredyt. Znaczna część ma większe od wymaganych oszczędności – z danych NBP wynika, że ok. 10 proc. osób posiada minimalny wkład.

Jak podkreśla Szuba, mimo wzrostu wkładu minimalnego w tym roku nie spada zainteresowania kredytami. Z danych Biura Informacji Kredytowej wynika, że we wrześniu dynamika wzrostu popytu na kredyty mieszkaniowe wyniosła 5,6 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2014 roku, a liczba złożonych wniosków wzrosła o 2,7 proc. W III kwartale wartość wnioskowanych kredytów była wyższa o 7,7 proc. niż przed rokiem, przy liczbie złożonych wniosków wyższej o 1,7 proc.

Cały czas mamy trend wzrostowy, liczba udzielanych kredytów rośnie. Mamy niskie stopy procentowe, lepiej zaczynamy zarabiać, infrastruktura i oferta na rynku jest coraz bogatsza. To trzy czynniki, które o tym decydują. Moim zdaniem bardziej należy się obawiać zmian stóp procentowych i to pierwsza informacja dla kredytobiorców, żeby rozważnie brali kredyty i nie zadłużali się do maksymalnego poziomu – podkreśla ekspert NBP.

O perspektywach rozwoju rynku nieruchomości w Polsce dyskutowano podczas Dni Dewelopera 2015, organizowanych z inicjatywy Polskiego Związku Firm Deweloperskich. W debacie udział wzięli samorządowcy, deweloperzy, analitycy oraz eksperci branży nieruchomościowej, bankowej i budowlanej. Konferencja odbyła się 7 października we Wrocławiu.