Giełda zaczyna wracać do łask

łukasz Bugaj, analityk DM BOś

Po okresie posuchy i słabego zachowania GPW klimat wokół niej na przełomie września i października zaczął się zmieniać. Najpierw w miniony wtorek doszło do testu i udanej obrony sierpniowych minimów, które nawet zostały nieco poprawione zgodnie z wcześniej przedstawioną teorią „wtórnego dołka”. Styl w jakim udało się uniknąć przeceny, po raz pierwszy od dawna, kazał z większym optymizmem spojrzeć na parkiet. Kolejne sesje co prawda do specjalnie udanych już nie należały, ale z początkiem tego tygodnia uległo to spektakularnej zmianie. Krajowy indeks WIG20 wykreślił bowiem najlepszą sesję w tym roku przy akompaniamencie niemałych obrotów. Co interesujące, bardzo dobrze radziły sobie również inne przecenione parkiety regionu, szczególnie te dotknięte „polityczną niepewnością”, jak Turcja. Jeżeli połączymy to z wyraźnie lepszym zachowaniem spółek większych od ich mniejszych odpowiedników, to zaczyna się wyłaniać obraz powrotu kapitału zagranicznego po wielotygodniowym okresie jego odpływu. W tym kontekście warto spojrzeć na wykres indeksu MSCI Emerging Markets, który aktualnie wygląda podobnie do wielu indeksów giełd rozwiniętych, na których jesteśmy u progu wykreślenia sygnału kupna poprzez wybicie ponad lokalne wrześniowe maksima. Kreślone formacje różnie można nazywać, od możliwego podwójnego dna do konsolidacji przy minimach. Ich wspólnym mianownikiem jest potencjał do zakończenia wcześniejszych spadków i ułożenia fundamentów pod pomyślny dla inwestorów ostatni kwartał. Byłoby to zresztą zgodne z sezonowym wzorcem, zgodnie z którym te osoby, które sprzedały akcje w maju, aktualnie przymierzają się do ich odkupienia. Jaka będzie jednak fundamentalna podbudowa poprawy klimatu? Paradoks sytuacji jest taki, że mogą nimi być słabe dane makroekonomiczne. Zmuszą one bowiem Rezerwę Federalną do notorycznego odkładania pierwszej podwyżki kosztu pieniądza, a w Europie czy Japonii prowadzić mogą do rozszerzenia prowadzonych przez tamtejsze banki centralne programów skupu aktywów. Zresztą dość dobrze widać to było po reakcji na piątkowe dane z amerykańskiego rynku pracy. Były one na tyle złe, by potencjalnie  wykluczyć tegoroczną podwyżkę stóp, ale z drugiej strony na tyle poprawne, by nie wzmóc poważniejszych obaw co do kondycji gospodarki USA. Dopóki więc nic nie zatrze tej pozytywnej percepcji gorszych publikacji, dopóty spodziewane lekkie spowolnienie gospodarcze nie będzie negatywnie odczytywane i tym samym zagrozić nie powinno poprawiającym się rynkowym perspektywom.

 

Na polskim rynku rośnie zainteresowanie obligacjami korporacyjnymi. Inwestorzy preferują banki, spółki wierzytelnościowe i deweloperów

CEO Magazyn Polska

Branża finansowa, czyli banki i spółki wierzytelnościowe, a także deweloperzy to dziś najlepsi z punktu widzenia funduszy inwestycyjnych emitenci korporacyjnych obligacji. Na polskim rynku rośnie zainteresowanie tymi papierami, choć tylko wybranymi, bo poddawane są one rygorystycznej selekcji.

Od maja akcje na polskiej giełdzie systematycznie tanieją. Niskie stopy procentowe NBP obniżyły oprocentowanie lokat to poziomu 2 proc. rocznie. Równie nisko oprocentowane są bezpieczne papiery skarbowe. W tej sytuacji inwestorzy coraz łaskawszym okiem spoglądają na znacznie wyżej oprocentowane obligacje emitowane przez firmy.  Można na nich zarobić od 4 do niekiedy nawet 20 proc. rocznie. Jedyny problemem jest dobre rozpoznanie kondycji emitenta, bo w razie jego bankructwa można stracić wszystko.

Najczęściej odbywa się to w ten sposób, że zarządzający spotyka się ze spółką – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Paweł Gołębiewski, zarządzający BPH TFI. Spotyka się z przedstawicielami spółki, dyskutuje o planach spółki, ocenia czysto wskaźnikowo firmę, próbuje jakoś to skwantyfikować, najczęściej w jednej lub w dwóch liczbach, żeby dokładnie sobie zobrazować ryzyko kredytowe, które się wiąże w spółce. I oczywiście sam instrument, czy jest zabezpieczony, czy niezabezpieczony, po jakim czasie następuje wykup.

Preferowanym przez fundusze inwestycyjne instrumentem są obligacje emitowane na maksymalnie 3 lata.  Choć, jak zaznacza Paweł Gołębiewski, w przypadku firm o bardzo dobrej kondycji mogą być wyjątki od tej zasady.

Oczywiście w przypadku emitentów o wysokim standingu finansowym to może być dłuższy czas, np. dla banków 5 czy nawet 7 lat. W tych wskaźnikach istotny jest poziom zadłużenia, tzn. struktura bilansu, to, czy spółka jest mocno zadłużona, jak bardzo jest zadłużona w stosunku do spółek konkurencyjnych z danej branży. Ważne są również wskaźniki rentowności, jak ona sobie radzi, czy generuje cashflow, bo to jest podstawa naszych analiz.

Dla funduszy inwestycyjnych równie ważna jak kondycja finansowa emitenta jest płynność jego papierów. Dlatego przed zakupem obligacji korporacyjnych sprawdza się, czy inne fundusze też są nimi zainteresowane.

Ma to na celu sprawdzenie tego, czy będzie możliwa później wymiana tych obligacji wyjaśnia Paweł Gołębiewski, zarządzający BPH TFI. Czy już ktoś postawił na komitecie taki podmiot i już go przepracował, czy go zna i czy jest możliwość obracania później tą obligacją, jeśli zmienimy naszą ocenę, która jest weryfikowana co kwartał, i będziemy chcieli dokupić, zwiększyć czy zmniejszyć ten poziom, to ważny jest próg emisji i liczba zaangażowanych stron.

Wśród najlepszych emitentów obligacji korporacyjnych inwestorzy wymieniają banki. Część z nich została ostatnio mocno przeceniona, zwłaszcza na rynku obligacji denominowanych w euro i w dolarze. Tymczasem jak się ocenia, ten sektor jako całość na pewno sobie poradzi i jest bardzo małe prawdopodobieństwo, że któryś z podmiotów upadnie.

– Poza tym podchodzimy bardzo selektywnie do różnych branż zaznacza Paweł Gołębiewski z BPH TFI. – Selektywnie branża deweloperska, również wierzytelnościowa. I te trzy branże, czyli bankowa, deweloperska i wierzytelnościowa, to są te najsilniej reprezentowane w indeksach rynku obligacji korporacyjnych. To są branże kapitałochłonne i tam też jest wybór dużej liczby podmiotów. Dla nas jest to bardzo ważne, bo płynność tego rynku nie jest duża. 

Jarosław Antonik, KBC TFI: Polska gospodarka jest w dobrej kondycji. Akcje na warszawskiej giełdzie podrożeją, jak uspokoi się sytuacja na rynkach zagranicznych

CEO Magazyn Polska

W światowej gospodarce miało miejsce ostatnio wiele negatywnych zdarzeń, które miały wpływ na osłabienie notowań spółek na warszawskiej giełdzie. Polska gospodarka jest jednak w dobrej kondycji i jak prognozuje Jarosław Antonik z KBC TFI, można oczekiwać, że gdy sytuacja za granicą się uspokoi, to polskie akcje powinny odrobić straty.

Już tylko problemy Volkswagena i spadek tempa wzrostu chińskiej gospodarki wystarczyły, by inwestorzy na świecie zaczęli się bać o swoje pieniądze. W rezultacie wydają je niechętnie, a ceny akcji czy surowców pozostają niskie.

 Mamy do czynienia z kulminacją negatywnych zdarzeń, takich właśnie jak skandal Volkswagena czy obawy o bankructwo bardzo dużej firmy wydobywczej Glencore – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jarosław Antonik, członek zarządu odpowiedzialny za inwestycje i rozwój produktów KBC TFI.  Jako konsekwencja tego, co dzieje się na rynkach surowcowych, spadki cen surowców energetycznych oraz metali przemysłowych oczywiście podkopują sytuację finansową wydobywców i ci wysoko zadłużeni mogą mieć z tym problemy.

Obecnie baryłka ropy Brent kosztuje mniej niż 50 dolarów, czyli niewiele ponad połowę tego, co za ten surowiec płacono przed rokiem. Tanieją też inne surowce oraz akcje na światowych giełdach. Niemiecki DAX np. w pół roku stracił ponad 20 proc. Najbardziej inwestorzy obawiają się gospodarki chińskiej, której tempo rozwoju ostatnio spada. Tu jednak można dostrzec pewne optymistyczne scenariusze.

– Trzeba pamiętać, że częściowo wyhamowanie wzrostu gospodarczego może być wynikiem tego, że zmienia się struktura w chińskiej gospodarce – zwraca uwagę Jarosław Antonik.  Z gospodarki, która była ciągnięta przez silny eksport i inwestycje infrastrukturalne, w kierunku gospodarki, która będzie bazować na popycie konsumpcyjnym i inwestycjach związanych z tymże popytem. To oczywiście będzie powodować w tym pierwszym okresie kurczenie się sektora przemysłowego.

Cały problem z Chinami polega jednak na tym, że o kondycji tamtejszych firm wiadomo tyle, ile zdecydują się ujawnić chińskie władze. Ten brak transparentności, jak ocenia członek zarządu odpowiedzialny za inwestycje i rozwój produktów KBC TFI, bardzo niepokoi inwestorów.

– Inwestorzy nie do końca dowierzają chińskim statystykom, część uważa, że sytuacja jest znacznie gorsza, niż to podają oficjalne władze. W związku z tym mamy też pewien rodzaj kryzysu zaufania do danych i obawy, które dość trudno jest kwantyfikować – mówi Antonik.

W Polsce WIG20 testuje poziom 2 tys. punktów. To oznacza, że najważniejszy z indeksów warszawskiej giełdy w pół roku stracił ponad 15 proc. Ta słabość polskiego rynku wynika nie tylko z zawirowań na innych rynkach, lecz także z lokalnych problemów politycznych, zbliżających się wyborów i związanej z tym niepewności.

 Duże spółki są pod wpływem, po pierwsze, wydarzeń politycznych, po drugie, właśnie tego, co się dzieje na świecie na rynku surowcowym – mówi Jarosław Antonik z KBC TFI.  Natomiast, jeśli popatrzymy na perspektywy naszej gospodarki, to nie wyglądają one źle i w momencie, kiedy sytuacja na rynkach zagranicznych się uspokoi, to powinniśmy zacząć odbijać. 

2C Partners ma nadzieję na jeden z najlepszych wyników w historii spółki i wciąż rozważa debiut na głównym parkiecie GPW

0

CEO Magazyn Polska

Firma zajmująca się rewitalizacją i restrukturyzacją kamienic w pierwszym półroczu 2015 roku odnotowała 1,27 mln zł straty netto. Mimo to przedstawiciele spółki zapowiadają, że końcowy wynik może być porównywalny z tym z 2014 roku, w którym zarobiła na czysto niemal 5 mln zł. 2C Partners​ wciąż rozważa przejście z rynku NewConnect na główny parkiet warszawskiej giełdy.

– Na razie nie mogę zdradzać szczegółowych informacji, jednak prawdopodobnie będzie to jeden z lepszych okresów w historii naszej spółki – twierdzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Łukasz Tylec, prezes zarządu 2C Partners.

Po pierwszym kwartale 2015 roku firma odnotowała 1,27 mln zł straty netto wobec 6,8 mln zł zysku netto w analogicznym półroczu rok wcześniej. Według zarządu 2C Partners wynik pod kreską wynika głównie z większych kosztów związanych ze wzrostem skali działania spółki, wypłaty odsetek od emisji obligacji i emisją akcji serii B. Dodatkowo na początku 2015 roku odnotowano mniejszą sprzedażą niż w analogicznym okresie 2014 roku.

– Ogromna większość sprzedaży przypadnie na ostatni kwartał roku – uspokaja Łukasz Tylec. – Dopiero wtedy będzie widać efekty naszej pracy.

W całym 2014 roku 2C Partners zarobiła na czysto ponad 4,9 mln zł. By wyrównać ten wynik, potrzebuje więc wypracować w drugiej połowie roku ponad 6 mln zł. Do tej pory spółka sprzedała około 700 metrów kwadratowych mieszkań. Jak zapowiada Łukasz Tylec, to jednak tylko początek i liczba ta do końca roku znacząco się zwiększy.

W swoich symulacjach spółka nie zakłada gwałtownych zmian cen towarów i usług, które podniosłyby koszty rewitalizacji. W 2015 roku 2C Partners kupiło już około 3 tys. metrów kwadratowych pod rewitalizację. Obecnie remonty trwają na 1,3 tys. metrów kwadratowych. W przyszłym roku projekty mają objąć natomiast aż 5,6 tys. metrów kwadratowych.

– Ceny są mniej więcej stałe, cena materiału, czy to w Warszawie, czy w innych miastach w Polsce, jest mniej więcej porównywalna. Cena robocizny podobnie – wymienia prezes zarządu 2C Partners. – Jeżeli planujemy przyszłość i robimy jakieś symulacje wyników, to zakładamy jednak niewielkie zmiany, jeśli chodzi o te koszty.

2C Partners cały czas rozważa wejście na główny parkiet warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych. Od zeszłego roku obecna jest już na giełdzie NewConnect, a od 2013 roku prowadzi emisję obligacji na Catalyst.

– Przyglądamy się cały czas rynkowi, temu, jak on się rozwija. W tej chwili nie mamy skrystalizowanych dokładnie planów, kiedy to [debiut – red.] nastąpi i czy  nastąpi – twierdzi Łukasz Tylec. – Natomiast cały czas nie wykluczamy takiego ruchu, będziemy patrzeć, jak rozwija się rynek i jak inwestorzy postrzegają nas na tym rynku – dodaje.

Firma na koncie ma już około 20 projektów rewitalizacji kamienic w Warszawie, Sopocie i Gliwicach. W swojej działalności jednak celuje w stolicę, szczególnie w jej prawobrzeżną część. To właśnie na Pradze znajduje się najwięcej inwestycji spółki i z nią związane są dalsze plany rozwojowe.

Rowery miejskie w Łodzi po raz kolejny opóźnione. Z systemu nie skorzystają osoby niepełnosprawne

0

CEO Magazyn Polska

W przetargu na Łódzki Rower Publiczny nie będą wymagane tandemy, jak chciał zamawiający – zdecydowała Krajowa Izba Odwoławcza, przychylając się do wniosku firmy BikeU. To oznacza, że osoby niepełnosprawne, np. z problemami narządów wzroku, nie będą mogły skorzystać z systemu wypożyczeń. KIO oddaliła natomiast odwołanie BikeU, w którym firma zaskarżyła wymagania dotyczące wiedzy i doświadczenia stawiane przez Zarząd Dróg i Transportu w Łodzi. W związku z odwołaniem opóźnia się kolejne, trzecie już postępowanie przetargowe na uruchomienie systemu rowerów miejskich w Łodzi.

W zakresie tandemów dopuszczono rozwiązanie alternatywne polegające na tym, że wykonawca może zaproponować rozwiązanie oparte na możliwości wypożyczenia dwóch rowerów na jedno konto zamiast możliwości wypożyczenia tandemu – mówi agencji Newseria Biznes Justyna Tomkowska, rzeczniczka Krajowej Izby Odwoławczej.

Krajowa Izba Odwoławcza tym samym uwzględniła odwołanie BikeU.

Tandemy mogłyby mocno podrożyć projekt. Są też dwa inne aspekty: bezpieczeństwo użytkowników i miejsce, by każda stacja mogła tandem przyjąć. Taki rower jest prawie dwa razy dłuższy, więc teren pod stacje też musi być dwa razy większy – uzasadnia odwołanie Marcin Jeż, członek zarządu BikeU.

W ocenie osób niedowidzących rezygnacja z tandemów to rozwiązanie dyskryminujące. Doświadczenie innych miast pokazuje, że tandemy cieszą się dużą popularnością. W Warszawie tylko w ciągu 30 pierwszych dni były wypożyczane prawie 2 tys. razy. Sprawdzają się również w Lublinie.

Jeśli w systemie rowerów publicznych nie będzie tandemów, to na pewno będzie to forma wykluczenia osób niewidomych. Nie ma takiej opcji dla nas, żebyśmy mogli jeździć na tzw. singlu, czyli zwykłym rowerze. Zagraża to nie tylko naszemu zdrowiu i życiu, lecz także bezpieczeństwu innych uczestników ruchu – przekonuje Wojciech Figiel, który ma poważny ubytek wzroku, specjalista od tłumaczeń dla osób niewidomych i słabowidzących na Uniwersytecie Warszawskim.

Tandemy sprzyjają aktywizacji osób niepełnosprawnych. Osobom z problemami wzroku potrzebny jest przewodnik, który będzie prowadził rower, a taką możliwość daje wyłącznie tandem. Możliwość wypożyczenia dwóch rowerów z konta jednego użytkownika nie będzie żadnym rozwiązaniem, bo osoby niewidome i tak z tego nie skorzystają.

– Osoba niepełnosprawna, tak samo jak pełnosprawna, ma prawo uczestniczyć w pewnych formach życia społecznego – zaznacza Figiel i wskazuje, że usprawnień dla niewidomych potrzebują także inne funkcjonujące już systemy rowerów publicznych, np. w Warszawie. – Ale warunkiem sine qua non dla jakiegokolwiek ich wprowadzania jest posiadanie przez system tandemów.

Krajowa Izba Odwoławcza w wyroku oddaliła odwołanie BikeU, w którym firma zaskarżyła wymagania dotyczące wiedzy i doświadczenia.

Nie podzielono argumentacji wykonawcy, aby wymóg posiadania doświadczenia dwunastomiesięcznego zastąpić wymogiem sześciomiesięcznym. Izba uznała, że wykazanie się doświadczeniem 12-miesięcznym jak najbardziej odpowiada potrzebom i wymaganiom zamawiającego, dlatego też pozostawiła te zapisy specyfikacji – podkreśla Justyna Tomkowska.

W związku z zamówieniem na cztery lata 1 tys. rowerów ZDiT w Łodzi postawił przed przyszłym dostawcą obowiązek referencji zarządzania systemem rowerów publicznych (min. 300 sztuk) przez minimum rok, czyli pełny sezon. Zdaniem firmy BikeU wystarczające powinno być doświadczenie 6- miesięczne.

Chcieliśmy, żeby nasze doświadczenie było wystarczające – milionowe wypożyczenia na polskim rynku i duży zakres, choćby projektu w Bydgoszczy. Podnosiliśmy to przed Izbą i zamawiającym, ale została wydana inna decyzja – mówi Marcin Jeż.

Doświadczenia innych miast pokazują jednak, że łódzkie kryteria nie są wyśrubowane. W Warszawie, gdzie trzy lata temu rozstrzygany był przetarg na system Veturilo złożony z ponad 2 tys. rowerów, wymagania były zdecydowanie wyższe – zarządzanie tysiącem rowerów przez minimum 24 miesiące.

Wiedza i doświadczenie potencjalnego operatora są kluczowe przy przetargu – podkreśla Karolina Gałecka, rzecznik prasowy Zarządu Dróg Miejskich w Warszawie.

Jak przekonuje przedstawicielka miasta, okres roku, czyli cały sezon, jest absolutnym minimum – dopiero wówczas można ocenić jakość usług czy funkcjonowanie serwisu, również w miesiącach zimowych, kiedy wymagana jest konserwacja i przechowywanie sprzętu. W przeciwnym wypadku efekt może być taki jak w Krakowie, gdzie po roku funkcjonowania systemu jego operator zrezygnował.

Nasze doświadczenia przy funkcjonowaniu Veturilo będą procentowały przy ogłoszeniu kolejnego przetargu, w którym wyłonimy operatora od stycznia 2017 roku. Na ich podstawie ustalimy wymogi wobec potencjalnego operatora i na pewno nie będą one niższe niż w 2012 roku – zaznacza Gałecka.

W Warszawie trwają konsultacje w sprawie wprowadzenia do systemu rowerów miejskich dodatkowych udogodnień, np. rowerów wyposażonych w system GPS, rowerów dla dzieci czy właśnie tandemów. W stolicy jest ponad 200 stacji Veturilo. W ciągu trzech lat funkcjonowania system zyskał 340 tys. użytkowników i zanotował ponad 5,2 mln wypożyczeń. Średnio rowery są wynajmowane co 10 sekund.

W związku z odwołaniem opóźnia się trzecie już postępowanie przetargowe na uruchomienie systemu rowerów miejskich w Łodzi. Termin składania ofert przesunięto z 8 na 22 października. Do rozpisanego w zeszłym roku poprzedniego przetargu na łódzki system rowerów miejskich (sto stacji i tysiąc rowerów) stanęły dwie firmy – Nextbike oraz BikeU. Oferta Nextbike została zakwestionowana jako zbyt tania, wybór drugiej oferty uniemożliwiły wątpliwości co do uczciwości przedstawionej dokumentacji. Została ona podważona z powodu podejrzenia złożenia sfałszowanej opinii bankowej.

W maju KIO potwierdziła decyzję Łodzi o unieważnieniu przetargu na budowę systemu rowerów miejskich. 20 października odbędzie się w Sądzie Rejonowym dla Łodzi-Śródmieścia rozprawa w sprawie posłużenia się przez członka zarządu firmy BikeU podrobioną opinią bankową.

PKP zarządza pracownikami w chmurze. Coraz więcej przedsiębiorstw stosuje takie rozwiązanie

Systemy do zarządzania zasobami ludzkimi przenoszą się do chmury. Dzięki temu możliwa jest szybsza komunikacja i skuteczniejsze zarządzanie wieloma procesami w jednym miejscu. Na taką inwestycję zdecydowała się PKP SA. Wdrażany system SAP SuccessFactors umożliwia w chmurze zarządzanie pracą zespołów i szkoleniami oraz dokonywanie okresowych ocen czy planowanie ścieżek kariery. Ułatwia to pracę działów HR i ich komunikację z menadżerami i pracownikami.

Kiedy rozmawiam z innymi dyrektorami personalnymi z wielu firm i organizacji, widzę duże zaciekawienie naszym wdrożeniem. Każdy z nich ma bowiem świadomość tego, że w tak dynamicznie rozwijającym się otoczeniu biznesowym menadżerowie i pracownicy oczekują narzędzi HR pozwalających na błyskawiczny dostęp do informacji, analogicznie jak umożliwiają to portale społecznościowe – mówi agencji Newseria Biznes Witold Moszyński, dyrektor departamentu zarządzania kapitałem ludzkim w PKP. – Chcąc nadążyć, a nawet wyprzedzić te oczekiwania. Zespoły HR już dzisiaj podejmują bardzo trud, żeby właśnie taką ofertę zbudować.

System SAP SuccessFactors obejmie ponad dwa tysiące osób pracujących w spółce. Jak wyjaśnia Moszyński, korzyści z rozwiązania w chmurze są różne, w zależności od tego, czy dotyczą menadżerów, pracowników czy działu HR. Departamentowi zarządzania kadrami umożliwia to budowanie spójnego środowiska pracy.

Jest to przede wszystkim skrócenie czasu pracy i zmniejszenie nakładów ponoszonych na zarządzanie systemami zarówno w rozumieniu informatycznym, jak i w rozumieniu zarządzania danym procesem biznesowym – mówi dyrektor w PKP.

Chmura usprawnia takie procesy, jak wielokierunkowa komunikacja wewnętrzna, zarządzanie przez zadania, zarządzanie przez cele, dzielenie się wiedzą i doświadczeniami, okresowe oceny kompetencji, kalibracja ocen. Umożliwia też planowanie rozwoju pracowników, sukcesji, zarządzanie szkoleniami, realizację e-learningu i planowanie indywidualnych ścieżek kariery.

To pozwala oszczędzić czas i zrezygnować z wielu dokumentów w Excelu i komunikacji mailowej. Teraz jest to zastąpione jednym spójnym systemem – mówi Teresa Olszewska, prezes zarządu spółki GAVDI Polska, specjalizującej się we wdrożeniach SAP HCM i SAP SuccessFactors – Menadżerowie i pracownicy, korzystając z tego narzędzia, mają wyższą świadomość swoich celów i zadań oraz oszczędności czasowe.

Menadżerom system ułatwia zarządzanie zespołem. Z kolei dla pracowników ważne jest uproszczenie komunikacji z menadżerami – system w chmurze zastępuje tradycyjne e-maile oraz ułatwia planowanie własnego rozwoju.

PKP wyjaśnia, że nowe rozwiązanie to odpowiedź na zdiagnozowane potrzeby związane z rozwojem talentów w spółce.

Poszukiwaliśmy rozwiązania, które będzie pomagało zarówno naszym menadżerom, jak i pracownikom wypełniać ich zadania tak, by jak najszybciej zrealizować postawione cele – wyjaśnia Moszyński. – Ponadto, parametryzując ten system, można w nim uwzględniać specyfikę każdej ze spółek. To oznacza, że różne wersje procesów biznesowych mogą znaleźć swoje odzwierciedlenie w jednym systemie, bez konieczności równoległego korzystania z alternatywnych rozwiązań, a to – poza standaryzacją procesów  pozwala również ograniczyć koszty, które zostałyby poniesione, gdybyśmy korzystali z wielu różnych systemów.

Jest to pierwsze na tak dużą skalę wdrożenie rozwiązania SAP SuccessFactors na polskim rynku, zarówno pod względem liczby uruchamianych modułów, funkcjonalności, jak i pracowników nim objętych.

Jak wyjaśnia Teresa Olszewska, w segmencie HR chmura dopiero zdobywa popularność, ale w kolejnych latach będzie ona dynamicznie rosła. Tym bardziej że zapotrzebowanie na sprawne systemy HR dotyczy każdej branży i jest niezależne od wielkości przedsiębiorstwa.

Według badania Gartnera do końca 2017 roku prawie połowa firm będzie już z takich rozwiązań korzystać. Jestem przekonana, że ten trend dotyczy również Polski – mówi Olszewska.

Polskie firmy rzadko wprowadzają na rynek innowacyjne produkty. Nie podejmują ryzyka mimo wsparcia ze strony państwa

0

CEO Magazyn Polska

Przez ostatnie trzy lata tylko 12 proc. firm przemysłowych wprowadziło na rynek nowe lub ulepszone produkty, a 13 proc. wdrożyło innowacje procesowe. Problemem jest jednak nie tylko niski poziom wydatków sektora prywatnego na badania i rozwój, lecz także zbyt mała wiedza na temat działań instytucji publicznych, które biorą na siebie część ryzyka związanego z inwestycjami firm w innowacyjność. Szansą na zmianę sytuacji są programy Narodowego Centrum Badań i Rozwoju – BRIdge VC i BRIdge Alfa.

Państwo powinno się angażować w obniżanie ryzyka w inwestycjach w innowacyjne projekty, zwłaszcza te obciążone największym ryzykiem, czyli związane z rozwojem technologicznym. Tu ryzyko niepowodzenia, czyli niedotarcia do rynku, jest duże. Dlatego przedsiębiorcy, którzy z reguły podejmują rozsądne decyzje, najczęściej nie chcą angażować się w takie projekty – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Leszek Grabarczyk, zastępca dyrektora Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Dane GUS-u dotyczące innowacji polskich przedsiębiorstw nie napawają optymizmem. W latach 2012–2014 aktywność innowacyjną wykazało 18,6 proc. przedsiębiorstw przemysłowych i 12,3 proc. z sektora usług. W tym okresie nowe lub ulepszone produkty wprowadziło zaledwie 11,7 proc. firm przemysłowych, zaś innowacje procesowe – 12,9 proc.

W kolejnych latach może być lepiej, bo część z 82,5 mld euro z UE zostanie przeznaczona na wsparcie innowacyjności.

Co istotne, po raz pierwszy na tak dużą skalę będzie się angażować nie tylko poprzez dawanie pieniędzy, które nie wymagają zwrotu, lecz także poprzez instrumenty finansowe, czyli rozwiązania, w których pieniądz pozyskany od państwa po pewnym czasie się zwraca. Dzięki temu też w większej mierze w tych projektach obecna jest logika biznesowa – tłumaczy ekspert.

Dla rozwoju innowacji konieczne są nie tylko finansowe instrumenty wsparcia. Ustawa o innowacyjności ma wprowadzić możliwość zaliczania kosztów działalności B+R do kosztów uzyskania przychodów w podatkach dochodowych, niezależnie od tego, czy dotyczą one prowadzenia badań czy prac rozwojowych i bez względu na ich wynik. Ulga ma wynieść do 30 proc. kosztów wynagrodzeń osób pracujących przy projektach B+R oraz dodatkowo 20 proc. w przypadku małych i średnich firm i 10 proc. dla dużych firm. To krok w dobrym kierunku, jednak w przypadku naszych bezpośrednich sąsiadów ulgi wynoszą 100 proc.

Jak podkreśla Grabarczyk, zarówno firmy, jak i prywatni inwestorzy oczekują takich instrumentów wsparcia, które pomogą zniwelować ryzyko inwestycji w innowacyjne projekty. W Polsce dużym problemem jest niski poziom finansowania wydatków na B+R przez prywatny sektor, stanowią one zaledwie ok. 40 proc.

W większej komercjalizacji innowacyjnych projektów mogą pomóc programy realizowane przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju.

Mamy dwa programy: BRIdge VC i BRIdge Alfa, w ramach których będziemy współpracować z prywatnymi partnerami, którzy z jednej strony zarządzają takimi przedsięwzięciami, z drugiej, wykładają prywatne pieniądze. W przypadku programu BRIdge VC, czyli w projektach będących klasycznym modelem venture capital, znanym z Doliny Krzemowej czy z Izraela, będzie to co najmniej 50 proc. pieniądza prywatnego. W przypadku BRIdge Alfa – co najmniej 20 proc. – mówi Leszek Grabarczyk.

NCBiR i prywatni inwestorzy na innowacyjne projekty przeznaczą 180 mln zł. Centrum wykłada 80 proc. środków, które pochodzą jeszcze z programu Innowacyjna Gospodarka. Razem z pieniędzmi z prywatnego sektora mają być one zainwestowane przez powstałe wehikuły inwestycyjne w nowe technologie. Na utworzenie wehikułu inwestorzy otrzymali bezzwrotne wsparcie.

Program BRIdge VC to pierwszy taki system komercjalizacji, nie tylko w Polsce, lecz także w Europie. Jego zadaniem jest wsparcie badań i prac rozwojowych już od wczesnych etapów finansowania projektów. Z każdym funduszem inwestycyjnym zostanie podpisane porozumienie o wartości 210 mln zł (z czego 110 mln przeznaczy NCBiR).

Instrumenty finansowe, które oferujemy, mają zachęcić inwestorów prywatnych i prywatne zespoły zarządzające do wchodzenia w ten obszar działalności. Wiemy to nie tylko na podstawie analiz czy teoretycznych rozważań, lecz także z praktyki. Zrealizowaliśmy w ostatnich latach przedsięwzięcie pilotażowe, które pokazało, że rzeczywiście jest takie zapotrzebowanie – ocenia zastępca dyrektora Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

 

Wkrótce prace rozpocznie Rada Dialogu Społecznego. Zajmie się m.in. przepisami o związkach zawodowych czy zamówieniach publicznych

CEO Magazyn Polska

Trwają ostatnie ustalenia, kiedy rozpocznie działalność Rada Dialogu Społecznego  zrzeszająca przedstawicieli rządu, pracodawców i pracowników platforma, która zastąpi niefunkcjonującą od dwóch lat Komisję Trójstronną. Wśród najważniejszych obszarów, którymi będzie musiała się zająć, są zmiany w Kodeksie pracy, w ustawach o związkach zawodowych czy rozwiązywaniu sporów zbiorowych. W dialogu trójstronnym powinny także być omawiane kwestie związane z uchodźcami.

Rusza Rada Dialogu Społecznego, a więc nowe ciało dialogu trójstronnego, które ma niesłychanie ważne zadanie – informuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Męcina, były wiceminister pracy i polityki społecznej, wskazany jako jeden z członków RDS z ramienia Konfederacji Lewiatan. – Jest dużo kwestii, które trzeba podjąć w dialogu trójstronnym, czyli między pracodawcami, związkami zawodowymi i państwem.

Prace na forum Komisji Trójstronnej, która przez lata była miejscem spotkań strony rządowej, organizacji zrzeszających przedsiębiorców oraz związków zawodowych, zostały przerwane dwa lata temu.

Tymczasem trójstronnego konsensusu wymagają nie tylko takie kwestie, jak projekt budżetu czy płacy minimalnej, lecz także zmiany w prawie pracy dostosowujące regulacje do sytuacji na rynku. To m.in. zmiana Kodeksu pracy, która z jednej strony uelastyczni obecne rozwiązania, a z drugiej – wprowadzi stabilność zatrudnienia.

Stąd np. koncepcja kontraktu jednolitego, który jest doskonałym przykładem możliwości zwiększenia atrakcyjności umowy o pracę, dzięki regulacjom, które będą uzależniać niektóre uprawnienia w ramach stosunku pracy od zakładowego stażu pracy – wyjaśnia były wiceminister.

Dyskusji wymagają także kwestie zbiorowego prawa pracy, ustawa o związkach zawodowych i rozwiązywaniu sporów zbiorowych.

To regulacje, co do których w ubiegłych latach został wypracowany konsensus, ale wymagają liftingu i dostosowania do nowych uwarunkowań roku 2015 i 2016 – przekonuje Jacek Męcina. – Na pewno jest też wiele kwestii gospodarczych ułatwiających rozwój przedsiębiorczości. Chodzi o to, by jak najlepiej skorzystać ze wzrostu gospodarczego, likwidować lukę cywilizacyjną, która wciąż dzieli Polskę i kraje starej piętnastki unijnej, podwoić czy potroić zatrudnienie i poprawić inne wskaźniki.

Zdaniem eksperta prócz zagadnień związanych z prawem pracy rewizji wymagają również regulacje dotyczące ustawy o zamówieniach publicznych, kwestie branżowe odnoszące się do poszczególnych rynków oraz rozwiązania systemowe, takie jak opodatkowanie pracy.

To wszystko są ważne elementy, które powinny być najpierw dyskutowane w dialogu trójstronnym – uważa Męcina. – Warto, aby rząd wspólnie z partnerami społecznymi rozmawiał także o kwestiach związanych z uchodźcami. Choć tutaj chciałbym wskazać wyraźnie, że bardzo wiele też zależy od ustaleń podjętych na poziomie europejskim.

Ustawę powołującą Radę Dialogu Społecznego podpisał jeszcze prezydent Bronisław Komorowski. W jej skład wejdzie taka sama liczba przedstawicieli pracowników i pracodawców. Po ośmiu uczestników wskażą związki zawodowe, czyli Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych, Forum Związków Zawodowych i NSZZ „Solidarność”. Po sześć miejsc przypada organizacjom pracodawców, czyli Konfederacji Lewiatan, Pracodawcom RP, Business Centre Club i Związkowi Rzemiosła Polskiego. W RDS będą także przedstawiciele rządu. Wszystkich powoła prezydent, którego przedstawiciel także ma zagwarantowane miejsce w RDS, podobnie jak prezes Narodowego Banku Polskiego i Głównego Urzędu Statystycznego.

– Rada ma szansę ruszyć jeszcze w tej kadencji Sejmu, ale coraz bardziej prawdopodobne jest, że rozpocznie pracę już po wyborach parlamentarnych – wskazuje Męcina.

Wtedy też ruszą zespoły problemowe, które będą się zajmować konkretnymi sprawami.