Nawet o 1/3 rocznie rośnie rynek produktów ekologicznych. Na koniec tego roku jego wartość może sięgnąć 1 mld zł. Tego typu produkty oferują nie tylko małe specjalistyczne sklepy, lecz także duże supermarkety. Na rozszerzenie działu z produktami bio zdecydowała się m.in. sieć Intermarché.
– Przyrost obrotów w naszej sieci na produktach bio to około 30 proc. rocznie. Nie możemy pozostać obojętni na te liczby i rosnące zapotrzebowanie wśród konsumentów. Dlatego poszerzyliśmy asortyment do 150 produktów – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Waligórski, prezes dyrekcji handlowej Intermarché. – Warto zaznaczyć, że produkty bio to nie tylko żywność, lecz także kosmetyki i chemia.
Szacuje się, że polski rynek produktów ekologicznych wart jest około 600-650 mln zł i rośnie około 20-30 proc. rocznie. Pod koniec 2015 roku wartość może sięgnąć nawet 1 mld zł. Mimo tak dużych wzrostów sprzedaż żywności ekologicznej wciąż stanowi jedynie 0,3 proc. całego rynku spożywczego.
Jak zaznacza Waligórski, wszystkie produkty bio sprzedawane w Intermarché posiadają specjalne certyfikaty Unii Europejskiej. Do oferty marki własnej bio w tym roku sieć dołączyła takie produkty, jak nasiona konopi czy spirulina (należąca do grupy sinic, które są bogate w białko).
– Współpracujemy głównie z polskimi wytwórcami. Gros tych produktów pochodzi z Polski, chociaż wykorzystujemy też francuskich partnerów oraz nasze fabryki Muszkieterów we Francji – wyjaśnia Krzysztof Waligórski.
Rosnące zainteresowanie klientów i sieci przekłada się także na wzrost liczby ekologicznych gospodarstw – pod tym względem zajmujemy siódme miejsce w Europie.
Rozszerzanie asortymentu produktów ekologicznych to tylko jeden z kilku elementów zmiany konceptu funkcjonowania sieci. Intermarché stawia w swojej ofercie przede wszystkim na świeże produkty: własne wędzarnie, piekarnie, a także cukiernie i stoiska z warzywami i owocami.
W ostatnim czasie sieć supermarketów Intermarché wprowadziła także usługę Drive, czyli możliwość zamówienia zakupów przez internet i odebrania ich w sklepie. W ofercie online dostępnych jest obecnie blisko 7,5 tys. produktów i ich liczba sukcesywnie rośnie. Opcja Drive funkcjonuje już w supermarkecie w Poznaniu, a w najbliższym czasie zostanie uruchomiona w Śremie i Świdnicy.
– Dwa tygodnie temu uruchomiliśmy pierwszą placówkę Drive. Pierwsze efekty są pozytywne – twierdzi Krzysztof Waligórski. – W październiku uruchomimy kolejne dwie placówki, w Śremie i Świdnicy, które będą miały usługę Drive. Wtedy też będzie można dokonać wstępnej analizy rezultatów projektu.
Opcja Drive już funkcjonuje w sklepach sieci we Francji. Jak zaznacza Waligórski, e-handel w Polsce również ma ogromny potencjał.
– Drive to rozwiązanie, które oszczędza czas. Można ustalić godzinę i datę odbioru, więc konsument dosłownie w kilka minut robi zakupy u nas w sklepie – wyjaśnia Waligórski. – We Francji punkty Drive notują bardzo dobre wyniki, dlatego w Polsce nie chcielibyśmy pozostać w tyle.
Już wkrótce do regeneracji tkanki kostnej i chrzęstnej u człowieka może być stosowany bioimplant. Dzięki wynalazkowi pacjent odzyska funkcjonalną i naturalną tkankę. Wdrożenie produktu do przemysłu to czasochłonne i wymagające wsparcia sektora biznesowego przedsięwzięcie. Aby wdrażanych projektów było więcej, naukowcom potrzebna jest pomoc ze strony uczelni i biznesu, bez którego komercjalizacja wynalazków jest praktycznie niemożliwa.
– Bioimplant ma odtworzyć ubytek tkanki kostnej, pomóc w odbudowie powstałej nieciągłości. Komórki odtworzą kształt implantu, który się rozpuści, a w tym miejscu po pewnym czasie od zaimplantowania takiego „rusztowania” nasza kość zostanie odtworzona w naturalnym wymiarze – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Barbara Ostrowska, doktorantka Politechniki Warszawskiej na Wydziale Inżynierii Materiałowej i prezes MaterialsCare, spółki zajmującej się bioimplantami.
Implanty mają charakter spersonalizowany – kształt stworzony na podstawie np. obrazu tomograficznego będzie taki, jak ubytek kostny u chorego. Obecnie implanty mają służyć regeneracji tkanki kostnej oraz chrzęstnej, ale w przyszłości także innych rodzajów tkanek. Produkt jest wytwarzany z ulegającego rozpadowi biologicznego materiału o zwiększonej wytrwałości, biodegradowalnych polimerów, ceramiki, metali i ich stopów oraz materiałów kompozytowych.
– Oszacowanie zysków i kosztów wytworzenia bioimplantu nie jest łatwe, inaczej się kalkuluje koszty w skali laboratoryjnej, inaczej w przemysłowej. W produkcji laboratoryjnej, po doliczeniu materiałów, kosztów robocizny, przygotowanie takiego implantu to koszt 500-600 zł za sztukę. Dużo zależy też od wielkości takiego implantu – mówi Ostrowska.
Bioimplant jest obecnie stosowany u zwierząt. Naukowcy liczą, że wkrótce zacznie być wykorzystywany na dużą skalę również w leczeniu ludzi. Zwłaszcza że – jak podkreśla Ostrowska – firma liczy również na refundację z NFZ.
– Wdrożenie implantu do przemysłu nie jest proste, konieczne jest zrobienie pełnych badań laboratoryjnych. Następnym krokiem jest uzyskanie pomocy kogoś z sektora przemysłu, kto pomoże doprowadzić do komercjalizacji – tłumaczy ekspertka i podkreśla, że naukowcom często brakuje odpowiedniej wiedzy biznesowej. – Kluczowe w całej komercjalizacji jest właśnie znalezienie partnera biznesowego, który pomoże nam wprowadzić dany produkt na rynek.
W Polsce rosną nakłady na badania i rozwój w sektorze biotechnologicznym. Dane OECD wskazują, że w okresie 2010–2013 udział biotechnologii w wydatkach przedsiębiorstw na B+R zwiększył się w naszym kraju z 1,3 do 3 proc. Prywatne wydatki w dziedzinie biotechnologii w 2012 roku wyniosły w Polsce 17 mln euro. Dla porównania, w Niemczech to ponad 1 mld euro, a we Francji blisko 2,5 mld euro.
Problemem, oprócz niewielkich nakładów finansowych, jest również czas. Od pomysłu do wprowadzenia go na rynek mija nawet 10 lat. Potrzebna jest też szersza współpraca między światem nauki a biznesem, która pomogłaby w komercjalizacji projektu.
– Aby wdrożenia były łatwiejsze, konieczna jest zdecydowanie większa pomoc ze strony macierzystej uczelni – ocenia Ostrowska. – Część projektów kończy swoją historię pracy bardzo ciekawymi osiągnięciami, ale często lądują po prostu w szufladzie. Potrzebny jest ktoś, kto wyłapie taki pomysł, a później, krok po kroku wyjaśni, jak go wprowadzić na rynek.
Produkty marki własnej kupuje niemal 70 proc. klientów sieci handlowych. Z badań wynika, że 82 proc. z nich kieruje się przy zakupach wysoką jakością produktów i ich smakiem. Dlatego Tesco rozwija ofertę marki własnej wysokiej jakości Tesco finest*.
– W przeszłości jakość produktów marki własnej była postrzegana jako wymagająca poprawy. Przez ostatnie lata ciężko pracowaliśmy nad brandem Tesco, żeby dostarczać klientom wysoką jakość – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jamie Walker, dyrektor ds. produktów na Europę Środkową w Tesco.
W ostatnich pięciu latach świadomość konsumentów wzrosła. Ich decyzje zakupowe nie zależą już wyłącznie od ceny, ale w dużej mierze od jakości i smaku produktu. Badania Tesco wskazują, że tymi kryteriami kieruje się 82 proc. klientów w Polsce.
– Takie kwestie jak cena wciąż są bardzo istotne, ale klienci coraz większą wagę przywiązują do jakości i innowacji. Nasza nowa gama produktów marki finest* łączy te cechy. Mamy więc nadzieję na pozytywną reakcję konsumentów – mówi Jamie Walker.
Finest* to marka własna Tesco, która oferuje produkty wysokiej jakości. Wprowadzając ją na stałe do polskich sklepów, sieć chce zwiększać udział marek własnych w ogólnej sprzedaży. Według danych Tesco niemal 70 proc. klientów kupuje produkty marki własnej, doceniając ich jakość i rozsądną cenę.
Produkty Tesco finest* po raz pierwszy na półki sieci sklepów w Polsce trafiły już w zeszłym roku, tuż przed Bożym Narodzeniem. Teraz do sprzedaży na stałe trafi rozszerzona gama produktów.
– W ubiegłym roku wprowadziliśmy markę finest* do sprzedaży na rynkach czeskim i słowackim. To doświadczenie pomaga nam we wprowadzeniu marki w Polsce. W Wielkiej Brytanii stale rozwijamy listę produktów, więc możemy czerpać wiedzę również z tego rynku – wymienia Jamie Walker.
Produkty dostępne będą nie tylko w dużych hipermarketach, lecz także w mniejszych formatach sklepów. Trafią do sprzedaży zarówno w dużych miastach, jak i w mniejszych miejscowościach.
Finest* to około 160 produktów będących w sprzedaży jedynie w sieci Tesco. Począwszy od oryginalnych kaw z Ameryki Południowej i Afryki, poprzez francuskie dressingi, oliwy i sosy, po włoskie makarony i wiele innych
– Chcemy współpracować z różnymi markami wysokiej jakości, ale rozwój własnej marki finest* jest dla nas bardzo ważny. To ona jest powodem, dla którego część klientów robi zakupy w Tesco – twierdzi Jamie Walker. – Wszystkie produkty naszej marki własnej opatrzone są gwarancją jakości, jednak z brandu finest* jesteśmy szczególnie dumni. Mają one składniki najwyższej jakości, sprawdzone źródła i ściśle określony procesy produkcyjne. Mamy więc pewność, że ich jakość zdobędzie uznanie klientów.
Obecnie sieć w Polsce ma około 450 sklepów. W całym regionie Europy Środkowej natomiast działa ich około tysiąca.
Coraz więcej Polaków przekazuje ze swojego podatku 1 procent na rzecz organizacji pożytku publicznego. Zdecydowało się na to 12,5 mln osób, czyli 47 proc. ogólnej liczby podatników rozliczających się za 2014 rok. W ten sposób udało się zebrać 557,6 mln zł, czyli o ponad 49 mln zł więcej niż rok wcześniej. Jedna czwarta środków została przeznaczona na Fundację Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”.
– Polacy najchętniej przekazują swój 1 procent organizacjom, które działają poprzez mechanizm tzw. subkont, bo dzięki temu przekazują pieniądze np. konkretnemu dziecku, które jest chore, wymaga rehabilitacji czy terapii. Dana organizacja otwiera subkonto i rodzina, przyjaciele, bliscy wpłacają na nie środki z przeznaczeniem na konkretną osobę – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dorota Pieńkowska, specjalistka w dziedzinie finansowania OPP w Funduszu PAFPIO. – Podobnie jest z organizacjami, które zbierają na zwierzęta. To oznacza, że ludzie lubią wiedzieć, na co ich pieniądze idą.
Niezmiennie od kilku lat liderem jest Fundacja Dzieciom „Zdążyć z pomocą”, która i w tym roku zebrała największą kwotę 136 mln zł, czyli około 25 proc. wszystkich pieniędzy. Na kolejnych miejscach były: Fundacja Pomocy Osobom Niepełnosprawnym „Słoneczko” (20,7 mln zł) oraz Avalon – Bezpośrednia Pomoc Niepełnosprawnym (15,7 mln zł).
– Ludzie najczęściej kierują się emocjami, więc te organizacje, które w sposób przekonujący operowały obrazem chorych dzieci czy biednych zwierząt i wykorzystywały do tego środki reklamowe, np. billboardy, pozyskały najwięcej środków – tłumaczy Dorota Pieńkowska.
Najmniej, bo jedynie 70 gr, zostało przekazane na Fundację Rozwoju Wioślarstwa Polskiego. Według PAFPIO 1 procent postrzegany jest jako narzędzie pomocy indywidualnym osobom – bliskim, znajomym, chorym oraz niepełnosprawnym.
Dorota Pieńkowska zaznacza, że idea przekazywania części podatku została nieco wypaczona. Z założenia mechanizm miał pomóc połatać dziury w środkach na koszty administracyjne fundacji.
– Projekty niechętnie dają środki na tzw. koszty administracyjne – biuro, pracowników, papier. Chętniej dają na działania stricte operacyjne. Te pieniądze z 1 procenta były tak pomyślane, aby tę lukę zapełnić. Niestety, strumień pieniędzy, który płynie do osób indywidualnych, wypacza tę ideę – wyjaśnia Dorota Pieńkowska. – Ale to też pokazuje, że jest luka w systemie służby zdrowia, w systemie państwowym. Ludzie nie wierzą, że można skutecznie wyleczyć, zrehabilitować dziecko, w związku z tym biorą sprawy we własne ręce – dodaje.
Ogólnie w ten sposób Polacy wspomogli 7888 organizacji, w porównaniu z 8425 rok wcześniej. Przeciętnie podatnicy, którzy złożyli wniosek o przekazanie 1 procenta należnego podatku, przekazali organizacjom pożytku publicznego kwotę około 45 zł.
Spot reklamowy, w którym poinformowano o współpracy firmy Cinkciarz.pl i drużyny koszykarskiej Chicago Bulls, odbił się szerokim echem w mediach społecznościowych. Komentowano nie tylko sponsoring, lecz także udział w reklamie dwóch byłych prezydentów – Bronisława Komorowskiego i Lecha Wałęsy. Po emisji spotu Instytut Monitorowania Mediów zanotował wzrost wzmianek na temat Cinkciarz.pl o 5 tys. proc. Za taką obecność w social media firma musiałaby zapłacić 0,5 mln zł. Emisja bloku kosztowała ok. 1 mln zł.
– W poniedziałkowy wieczór widzowie w Polsce mieli okazję zobaczyć dość nietypową kampanię promocyjną. Na antenach telewizji Polsat i TVN wyemitowany został spot promocyjny firmy Cinkciarz.pl, kantoru internetowego, w którym ogłoszono, że firma będzie sponsorować koszykarski klub Chicago Bulls. Kampania miała natychmiastowy efekt w mediach społecznościowych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Łukasz Jadaś, starszy specjalista ds. badań i produktów w Instytucie Monitorowania Mediów.
W ramach umowy z klubem NBA Cinkciarz.pl otrzyma prawa do ekspozycji marki podczas meczów na wyświetlaczach wokół boiska, będzie też widoczny na oficjalnej stronie i w aplikacji mobilnej drużyny. Jeszcze cenniejszy może się okazać rozgłos, jaki firma zdobyła w mediach społecznościowych. Kilka dni wcześniej, przed kampanią, pisano o niej kilka, kilkanaście razy dziennie. Po emisji bloku reklamowego liczba wzmianek szybko poszybowała w górę – z monitoringu IMM wynika, że nawet o 5 tys. proc.
– Kampania miała duży zasięg również dzięki mediom społecznościowym. Tylko od poniedziałku do środy ponad 7 mln osób miało szansę dowiedzieć się o tym, że Chicago Bulls będzie sponsorowane przez firmę Cinkciarz.pl. Przede wszystkim dzięki Twitterowi i Facebookowi ten zasięg osiągnięty został w naturalny sposób, bez ponoszenia żadnych nakładów finansowych ze strony firmy – podkreśla ekspert IMM.
Najwięcej dyskusji o firmie pojawiło się na Twitterze, Facebooku i serwisie Wykop.pl. Sam sponsoring drużyny NBA był komentowany najczęściej pozytywnie (40 proc. wypowiedzi zawierało pozytywne wzmianki). Za to dużo kontrowersji wzbudził udział w reklamie dwóch byłych prezydentów – Bronisława Komorowskiego i Lecha Wałęsy. Również część publicystów nie przebierała w słowach, bo ich zdaniem udział w reklamie nie licuje z pełnionym w przeszłości najwyższym urzędem w Polsce.
Blok reklamowy wyemitowany w prime time w dwóch stacjach telewizyjnych mógł firmę słono kosztować.
– Transmisja trwała około 5 minut i gdyby przeliczyć to na koszty, jakie stacje mogłyby sobie zażyczyć za emisję w tym czasie zwykłej reklamy, byłby to nawet milion złotych, biorąc pod uwagę obie stacje – ocenia Jadaś.
Z danych cennikowych wynika, że średni koszt 30-sekundowej reklamy emitowanej w porze najwyższej oglądalności wynosi 40 tys. zł (TVN) i 55 tys. zł (Polsat). Łączny koszt mógł być jednak nieco niższy, nie uwzględnia bowiem rabatów, jakie mogłyby przysługiwać przy tak długiej reklamie.
– Inwestycja w emisję spotu w prime time, między godziną 19 a 20 w obu telewizjach, zwróciła się firmie dość szybko. Koszt publikacji, które nastąpiły potem, sięgałby już ponad 1,5 mln zł – wskazuje Łukasz Jadaś.
Z oceny IMM wynika, że najcenniejsze publikacje, z największym zasięgiem pojawiły się w „Pulsie Biznesu”, „Przeglądzie Sportowym”, Polsacie i Programie Trzecim Polskiego Radia.
Po serii spadków przychodzi czas na odbicie. Wzrosty na ropie wsparły notowania rubla. Słabsze dane nadeszły z niemieckiej gospodarki. Dane z innych państw są dobre, ale gorsze od oczekiwań jakie stawiali analitycy. RPP pozostawiła stopy bez zmian.
Na rynku ropy mieliśmy wczoraj do czynienia z wybiciem na najwyższe od miesiąca poziomy. Analitycy nie są zgodni co do powodu wzrostu o aż 5% jednego dnia. Wśród powodów najczęściej wymienianym jest oczekiwany spadek wydobycia w USA. Miałby on wynieść do połowy 2016 roku raptem 0,4 mln baryłek. Nie jest to wartość, która zachwieje stabilnością rynku, na którym produkcja przewyższa konsumpcję. Dodatkowo warto zwrócić uwagę, że od dawna mówi się, że pewne projekty wydobywcze są nierentowne przy aktualnych cenach ropy. Nie może zatem dziwić spadająca liczba odwiertów a co za tym idzie prognoz wydobycia. Warto również zwrócić uwagę na rozmowy dwustronne Rosji z Arabią Saudyjską na temat ropy. Jak chcemy znać wpływ cen ropy na rynki walutowe zawsze warto spojrzeć na Wschód. Wraz ze wzrostem cen ropy podrożał również rubel z okolic 5,75 grosza na 6 groszy.
Od rana poznaliśmy dane z niemieckiej gospodarki. Produkcja przemysłowa wypadła poniżej oczekiwań analityków. W skali roku spodziewano się wzrostu o 3,3% a odczyt wyniósł zaledwie 2,3%. Odczyt ten nie zaskoczył aż tak mocno rynków, gdyż po wczorajszych gorszych danych o zamówieniach zakładano gorsze wyniki w samej produkcji. W tych danych nie ma jeszcze skutków ostatnich problemów wizerunkowych niemieckiej branży motoryzacyjnej.
Poznaliśmy dzisiaj od rana pokaźny pakiet ważnych danych z mniej istotnych państw europejskich. Wzrost PKB w Rumunii wypadł lepiej niż oczekiwano i wyniósł 3,4% zamiast oczekiwanego 3,3%. Sprzedaż detaliczna w Czechach wzrosła o zaledwie 3,3% przy oczekiwaniach 6,1%. Trochę lepiej wypadła tamtejsza produkcja przemysłowa, która wzrosła o 6,3% w skali roku i był to odczyt słabszy od oczekiwań o 0,3%. Znacznie gorzej ten parametr wypadł w Hiszpanii. Wzrost 2,7% jest i tak dobrym wynikiem biorąc pod uwagę to co przeżywał ten kraj jeszcze kilka lat temu, ale oczekiwania rynków wynosiły aż 4,6%. Węgry – kraj, który najlepiej wypadł w ostatnich odczytach indeksów PMI – również nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań. Produkcja przemysłowa wzrosła o 6,2% przy oczekiwaniach 8,3%.
Wczoraj zgodnie z oczekiwaniami Rada Polityki Pieniężnej nie zmieniła w Polsce stóp procentowych. Biorąc pod uwagę wygasającą kadencję tego gremium każde kolejne posiedzenia ma coraz większe szanse kończyć się tym samym wynikiem. Również konferencja prasowa Marka Belki nie wniosła nic niespodziewanego na rynki.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Kongres ,,Chemical Industry Summit & Awards Gala” organizowany przez Executive Club we współpracy z PwC Polska odbędzie się w poniedziałek 12 października 2015 roku w Hotelu InterContinental w Warszawie. W panelach dyskusyjnych zasiądą najważniejsze postaci dla polskiego i europejskiego rynku chemicznego. W czasie gali wieńczącej konferencję poznamy wyniki konkursu ,,Diamenty Polskiej Chemii” w 11 kategoriach.
Odbywająca się po raz czwarty konferencja zgromadzi w tym roku wiele światowych autorytetów z branży oraz przedstawicieli najważniejszych spółek sektora chemicznego w Polsce. W debacie udział wezmą między innymi: Paweł Jarczewski – Prezes Zarządu, Grupa Azoty, Michał Sołowow – Właściciel; Synthos, Rovese, Barlinek, Komfort oraz Adam Leszkiewicz – Prezes Zarządu, Dyrektor Generalny Grupy Azoty Zakładów Azotowych Kędzierzyn. Zagraniczną chemię reprezentować będą między innymi: Alexis Brouhns – Dyrektor Generalny, Solvay Europe, An Nuyttens – Prezes Silica Global Business Unit, Solvay, Karl-H. Foerster – Dyrektor Zarządzający, PlasticsEurope.
Konferencję otworzy przemówienie Alexisa Brouhnsa zatytułowane: „Europejski przemysł chemiczny – na rozstaju dróg”. W czasie trójpanelowej debaty poruszone zostaną najbardziej aktualne problemy dotyczące sektora chemicznego w Europie. Dyskutowane będą między innymi takie kwestie jak: przyszłość rynku chemicznego wobec transatlantyckiej umowy o wolnym handlu (panel I); konkurencyjność europejskiej chemii na tle USA i Azji (panel I), konsolidacja rynku przedsiębiorstw chemicznych i jej konsekwencje dla znaczenia rodzimej chemii w Europie (panel II), najlepsze wzorce współpracy między nauką a biznesem w sektorze chemicznym (panel III).
Gospodarzami wydarzenia będą Odeta Moro – Prezenterka TVP 1 i TVN oraz Jacek Socha – Wiceprezes, Partner PwC w Polsce.
W pierwszej połowie tego roku przychody polskich spółek budowlanych notowanych na giełdzie były o 9,2 proc. wyższe niż rok wcześniej. Poprawiła się także ich marża ze sprzedaży i wyniosła 8,3 proc w porównaniu do 7,2% w I półroczy 2014 roku. Lepsze wyniki finansowe sugerują poprawę w sektorze usług budowlano-montażowych, choć znaczącego ożywienia należy spodziewać się dopiero od 2017 roku. Dużą szansę dla rozwoju branży stwarza nowa perspektywa unijna oraz planowane inwestycje w infrastrukturę. Według publicznie dostępnych dokumentów szacowane potrzeby inwestycyjne w infrastrukturę w Polsce do 2020 roku wynoszą około 310 mld zł – wynika z raportu „Polskie spółki budowlane 2015 – najważniejsi gracze, kluczowe czynniki wzrostu i perspektywy rozwoju branży” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte. Zdaniem ekspertów Deloitte dalszy rozwój spółek budowlanych w Polsce zależy od efektywności sektora publicznego, organizującego przetargi na realizację dużych inwestycji infrastrukturalnych.
Branża budowlana w Polsce przeżywa obecnie powolne odrodzenie po okresie spadku w latach 2012-2013, spowodowanego zakończeniem dużych projektów inwestycyjnych związanych z poprzednią finansową perspektywą unijną oraz organizacją mistrzostw UEFA Euro 2012™ w Polsce. Już poprzedni rok pokazał, że firmy z sektora budowlanego powoli wychodzą z kryzysu – obecny rok potwierdza ten trend. Z analizy przygotowanej przez Deloitte wynika, że przychody spółek budowlanych, notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie wyniosły w pierwszym półroczu tego roku 10 mld zł, podczas gdy w tym samym okresie w roku poprzednim było to 9,2 mld zł, to wzrost o 9,2 proc.
„W 2014 roku przychody największych piętnastu spółek budowlanych w Polsce osiągnęły poziom 28,5 mld zł i zwiększyły się o 2,5 mld zł w porównaniu do roku 2013, co stanowiło wzrost o 9,4 proc. Tegoroczny ranking Deloitte otwiera Grupa Skanska, uzyskując przychody na poziomie 5,1 mld zł i odnotowując ich wzrost o 16,5 proc. Na drugim miejscu znalazł się zeszłoroczny lider Grupa Budimex z przychodami sięgającymi 4,9 mld zł, co stanowi wzrost o 4,2 proc. w porównaniu do 2013 roku. Wśród trzech największych spółek budowlanych w Polsce jest także austriacki Strabag, który jako jedyny z tej grupy odnotował spadek przychodów o 5 proc. w stosunku do poprzedniego roku, uzyskując przychody na poziomie 3,1 mld zł” – mówi Maciej Krasoń, Partner w Dziale Audytu Deloitte, Lider Zespołu Nieruchomości i Budownictwa.
Wartość indeksu WIG BUDOWNICTWO wzrosła w okresie pierwszych 6 miesięcy 2015 roku o 24 proc., podczas gdy w tym samym czasie wzrost indeksu WIG wyniósł jedynie 4 proc. Kapitalizacja spółek budowlanych notowanych na warszawskim parkiecie na dzień 30 czerwca tego roku wyniosła 9,11 mld zł i wzrosła w stosunku do wartości z końca grudnia 2014 roku o 1,67 mld zł. Warto jednak zaznaczyć, że wyniki sektora budowlanego na GPW zależą w dużej mierze od notowań firmy Budimex, której udział w kapitalizacji spółek notowanych w ramach WIG BUDOWNICTWO wynosi 46 proc.
Ranking spółek budowlanych w Polsce pod względem przychodów w roku 2014 – TOP 15
Zdaniem ekspertów Deloitte perspektywy rozwoju sektora budowlanego w Polsce są obiecujące, tym bardziej, że w 2014 roku po dwóch latach spadków, odnotowano symboliczny wzrost wartości rynku budowlanego na poziomie 0,4 proc. W pierwszym kwartale tego roku liczba upadłości w sektorze budowlanym zmniejszyła się o jedną trzecią w stosunku do tego samego okresu rok wcześniej. Ponadto dwie firmy, które znalazły się w tegorocznym rankingu Deloitte: Polimex i PBG, kilka lat temu będące na krawędzi bankructwa, dziś wydają się wracać do gry.
W pierwszych miesiącach tego roku zanotowano również zahamowanie spadkowej tendencji zatrudnienia w branży budowlanej. „W pierwszym kwartale bieżącego roku zatrudnienie wzrosło o 1,5 proc. w porównaniu z tym samym okresem poprzedniego roku. W dłuższej perspektywie w związku z napływem nowych funduszy europejskich oczekujemy dalszego wzrostu zatrudnienia w budownictwie infrastrukturalnym. Zwiększy się również zapotrzebowanie na wyspecjalizowanych pracowników w obszarze budownictwa ciężkiego oraz energetyki” – mówi Patryk Darowski, Wicedyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.
Dalszemu wzrostowi branży budowlanej sprzyjają czynniki makroekonomiczne. Prognozowany przez Economist Inteligence Unit wzrost PKB dla Polski na poziomie 3,2 proc. w latach 2015-2018 powinien znacznie zwiększyć skłonność sektora publicznego do inwestowania w infrastrukturę. „Najsilniejszym bodźcem dla poprawy kondycji segmentu budownictwa infrastrukturalnego w najbliższych latach będzie napływ nowych funduszy unijnych. W nowej perspektywie finansowej na lata 2014-2020 w ramach polityki spójności Polska otrzyma środki w rekordowej wysokości 82,5 mld euro, z czego 25,8 mld euro zostanie przeznaczone na rozbudowę infrastruktury”- mówi Patryk Darowski. Polska w najbliższych latach będzie nadrabiać zaległości w stanie infrastruktury w porównaniu do krajów Europy Zachodniej. Wstępnie oszacowane przez Deloitte wybrane potrzeby infrastrukturalne w większości do 2020 roku wynoszą około 310 mld zł. Na tę kwotę składają się przede wszystkim inwestycje w infrastrukturę drogową, kolejową, energetyczną i tę związaną z ochroną środowiska.
Organizacja mistrzostw UEFA Euro 2012™ przez Polskę miała istotny wpływ na przyspieszony rozwój infrastruktury, niestety kosztem wyników wielu przedsiębiorstw budowlanych biorących udział w realizacji inwestycji, czego przyczyną była ogromna konkurencja i wynikająca z niej „wojna cenowa”. Doprowadziło to do znacznego obniżenia cen w przetargach na wykonawstwo. Problem ten nadal w największym stopniu doskwiera branży budowlanej. Nie zmieniło się to nawet po wprowadzeniu zmian do ustawy o zamówieniach publicznych, gdyż nadal przy przetargach na kontrakty głównym kryterium wyboru pozostaje cena. Presja cenowa, w opinii przedstawicieli firm budowlanych, może się jeszcze powiększyć po pojawieniu się w Polsce nowych znaczących graczy zagranicznych. „Oferent publiczny, nauczony doświadczeniami poprzedniej perspektywy unijnej, w dużej części zmienił już swoje podejście, co jest dobrym sygnałem. W celu uniknięcia spiętrzenia projektów, które miało miejsce przy inwestycjach prowadzonych przed EURO 2012, GDDKIA rozstrzygnęła już przetargi na 30 mld zł ze 107 planowanych do zainwestowania w latach 2014-2025” – mówi Maciej Krasoń. – Jednak PKP PLK do końca sierpnia nie rozstrzygnęła jeszcze żadnego projektu w ramach nowej perspektywy UE. Tymczasem trzeba pamiętać, że od ogłoszenia przetargu do rozpoczęcia prac budowlanych upływa czasem nawet dwa lata. Dlatego prawdziwego ożywienia w branży budowlanej możemy się spodziewać dopiero od 2017 roku” – dodaje.
TelForceOne, 7 października br. wypłacił dywidendę z zysku za rok 2014 r. Walne Zgromadzenie przeznaczyło na dywidendę 25,5% jednostkowego zysku netto za rok ubiegły, tj. 819,6 tys. zł. W efekcie wyniosła ona 0,10 zł na jedną akcję. To drugi rok z rzędu kiedy TelForceOne wypłaciła dywidendę swoim akcjonariuszom.
Zgodnie z wcześniejszą rekomendacją Zarządu, obradujące 29 czerwca 2015 r. Walne Zgromadzenie TelForceOne, postanowiło przeznaczyć 819.6 tys. zł na dywidendę. Pozostała część zysku netto została przeznaczona na zwiększenie kapitałów zapasowych, co pozwoli na utrzymanie dynamicznego tempa wzrostu Grupy TelForceOne.
– Od akcjonariuszy wiem, że cenią sobie wypłatę dywidendy kolejny rok z rzędu. Z drugiej strony jesteśmy biznesem rozwojowym, i z tego powodu nasze zapotrzebowanie na kapitał systematycznie się zwiększa. W ostatnich kilku kwartałach koncentrowaliśmy się nad zwiększeniem sprzedaży na rynkach pozaeuropejskich i europejskich, co wiązało się z dodatkowymi kosztami m.in. w zakresie działań marketingowych, procesów B&R oraz wprowadzaniu nowych produktów – mówi Wiesław Żywicki, Wiceprezes Zarządu TelForceOne.
W I półroczu br. Grupa TelForceOne rozszerzyła swoje portfolio o segment narzędzi i elektronarzędzia pod własną marką Haka Tools. Obecnie realizowane są już pierwsze dostawy nowych produktów, których sprzedaż zaplanowana jest począwszy od III kwartału 2015 r.