E-faktury – czy jest się czego bać?

Choć faktury już od kilku lat można w Polsce wystawiać, przechowywać oraz przesyłać bez ich drukowania, tylko 20% małych i średnich firm korzysta z formy elektronicznej. I to pomimo, że każda wydrukowana faktura oznacza realne koszty – w skali roku wcale nie symboliczne.

Można by sądzić, że kto jak to, ale właściciele małych i średnich przedsiębiorstw z pewnością potrafią liczyć każdą złotówkę – w końcu nawet niewielkie oszczędności mogą mieć znaczenie dla ich biznesów. Tym bardziej dziwić może sytuacja, w której przedsiębiorcy ponoszą poważne koszty, na działania, które nie tylko nie są konieczne, ale co więcej, nie przekładają się na żadne korzyści!

Realne koszty

O jakich kosztach mówimy? Można by pomyśleć, że jedna faktura generuje jedynie groszowe wydatki związane z wartością kartki papieru. Do tego należy jednak doliczyć koszt tonera do drukarki, kopert, znaczków pocztowych oraz koszty osobowe pracownika, który musi przeznaczać swój czas pracy na drukowanie, pakowanie, wysyłanie dokumentów, a często także na stanie w kolejkach na poczcie. Czy nie mógłby spożytkować swojej energii na zadania bardziej istotne dla funkcjonowania firmy?

Warto uwzględnić również konieczność zakupu dodatkowych segregatorów oraz zorganizowania przestrzeni dla papierowych faktur. Pamiętajmy, że dokumentację należy przechowywać przez 5 lat, a więc nawet w niedużej firmie wiąże się to z koniecznością magazynowania tysięcy dokumentów.

Nie zapominajmy przy tym, że od momentu wystawienia papierowej faktury do chwili otrzymania jej przez adresata, musi minąć co najmniej kilka dni. Gdyby faktura została wysłana drogą elektroniczną, w wielu przypadkach zostałaby także wcześniej opłacona, co miałoby pozytywny wpływ na płynność finansową firmy-sprzedawcy.

Zero zysków

Skoro jednak tak wielu przedsiębiorców upiera się przy wystawianiu faktur papierowych, to być może wynika to z korzyści, jakie mogą dzięki temu osiągnąć? Niestety, trudno takie znaleźć.

Najczęstszym argumentem właścicieli firm przeciwko wystawianiu faktur elektronicznych jest obawa przed reakcją urzędu skarbowego. Jednak od 2013 roku, kiedy przepisy umożliwiające przechowywanie i wysyłanie e-faktur weszły w życie, do publicznej wiadomości nie przedostała się żadna informacja o tym, jakoby urząd skarbowy zakwestionował wiarygodność jakichkolwiek faktur ze względu na to, że nie zostały wydrukowane.

Fakturę można wysłać nawet e-mailem, choć przedsiębiorca chcący mieć gwarancję, że odbiorca nie będzie miał wątpliwości co do jej wiarygodności, może wysłać dokument bezpośrednio z programu księgowego. Taką funkcjonalność posiada obecnie wiele programów do wystawiania faktur, m.in. Systim.pl.

Jeśli faktyczną przeszkodą w przesyłaniu faktur on-line nie są zapisy prawa, to przyczyna przesadnie ostrożnego zachowania przedsiębiorców wynika prawdopodobnie z innych powodów. Można podejrzewać, że dużą rolę odgrywają tutaj przyzwyczajenia. Osobom, które prowadzą swój biznes od wielu lat, trudno być może wprowadzić zmiany w funkcjonowaniu firmy.  Może się też okazać, że przestarzały program księgowy nie posiada funkcji przesyłania faktur drogą elektroniczną, ani nawet zapisywania ich w formacie PDF. W takiej sytuacji przejście na e-faktury wymagać będzie zmiany oprogramowania.

Opłacalna innowacja

Zmiana systemu do księgowania to zawsze poważna operacja, szczególnie jeśli przedsiębiorca chce przenieść do nowego programu dokumentację z lat poprzednich. Nie jest to jednak niemożliwe, a dzięki programom dostępnym w chmurze, rozpoczęcie korzystania z nowego systemu nie musi wiązać się z dużymi kosztami. Zamiast jednorazowej, co najmniej kilkuset złotowej opłaty za program dla jednego komputera, wybrać można aplikację dostępną on-line, dostępną nawet za kilka złotych miesięcznie.

– W programie Systim.pl możliwe jest przeniesienie kartoteki produktów i kontrahentów z siedmiu innych programów księgowych oraz z Excela. Jeśli klient zechce przenieść faktury, jest to możliwe na indywidualne zamówienie – wyjaśnia Maciej Blajer, prezes firmy programistycznej Enadis.

Jeśli program jest dostępny w chmurze, można korzystać z niego w dowolnym miejscu i czasie, a więc nie musi być przypisany do konkretnego stanowiska pracy. Dzięki temu właściciel małej firmy może wystawić fakturę w domu lub bezpośrednio podczas spotkania z klientem.

Warto podkreślić, że e-faktury są nie tylko tańsze, ale także wygodniejsze od faktur papierowych. Przechowywanie ich w jednym systemie umożliwia łatwy dostęp do wszystkich dokumentów, bez względu na to, ile faktur miesięcznie wystawia dana firma. Z pewnością łatwiej je przeszukiwać, gdy znajdują się w komputerze niż w segregatorach.

Poza tym w nowoczesnych programach do księgowania wystawianie faktur wiąże się z dodatkowymi funkcjonalnościami. Na przykład na fakturze można automatycznie zamieszczać informacje o zaległych płatnościach i naliczonych odsetkach.  W formie elektronicznej wystawić można zarówno „zwykłe” faktury, jak również korekty, faktury zaliczkowe, rachunki, pro formy. W Systim.pl można nawet tworzyć własne szablony dokumentów, co może być szczególnie przydatne dla firm zagranicznych lub polskich, ale działających na wielu rynkach.

– Fakturę najlepiej stworzyć w wersji elektronicznej i przechowywać od razu w tym samym systemie, w którym została utworzona. Z tego samego programu możemy wysłać ją do kontrahenta, który już kilka minut później będzie mógł zaksięgować ją u siebie – mówi Maciej Blajer. – W przypadku kontroli skarbowej nie trzeba drukować faktur. Wystarczy zapewnić urzędnikom dostęp do faktur elektronicznych. Nie ma też potrzeby, aby na fakturach stosować podpis elektroniczny – podkreśla.

Przyszłość należy do e-faktur

Szacuje się, że w roku 2017 już połowa wszystkich dokumentów wystawianych w Unii Europejskiej będzie miała postać elektroniczną. Można też zakładać, że w przyszłości zmiany prawne będą szły w kierunku upowszechniania dokumentacji elektronicznej i wycofywania wydruków (m.in. z powodów ekologicznych).

Oznacza to, że za kilka lat problemy mogą mieć raczej ci przedsiębiorcy, którzy zechcą trwać przy dokumentach papierowych niż ci, którzy wykorzystują w swojej pracy nowoczesne narzędzia. A skoro tak, to im szybciej firma zacznie „digitalizować” dokumenty, tym mniej ich będzie musiała przetworzyć na postać elektroniczną w przyszłości. Wcześniejsze przejście na e-faktury może więc oznaczać realne oszczędności.

Innowacje technologiczne w branży dźwigowej

Branża dźwigowa jest segmentem rynku, który dynamicznie się rozwija, a rozwój ten jest uzależniony od wielu czynników, m.in. dostępu do nowoczesnych materiałów i specjalistów, którzy w oparciu o światowe trendy są w stanie wdrażać nowe rozwiązania. Mimo to rynek potrzebuje odważnego gracza, który nie tylko będzie ulepszał dotychczasowe rozwiązania na rynku, ale potrafił wręcz zrewolucjonizować podejście do produkcji specjalistycznych urządzeń.

Syndromy rozwoju rynku

Branża dźwigowa dysponuje specjalistycznymi urządzeniami, które pozwalają podnieść zarówno kilkukilogramowe produkty, jak i ciężary rzędu setek ton. Zasila wiele segmentów rynku, dostarczając urządzeń potrzebnych, m. in. w sektorze energetycznym, górniczym, transportowym, motoryzacyjnym czy przemysłowym. W tej branży wprowadzane zmiany technologiczne raczej nie mają charakteru przełomowego, nie ma tutaj nagłych skoków technologicznych, jak chociażby w sektorze elektronicznym. Zmiany wdrażane są stopniowo. Dotyczą one głównie urządzeń, wykorzystywanych w ciężkich warunkach pracy, które obwarowane są szczegółowymi zasadami bezpieczeństwa. Jeśli chodzi o dźwigi, wciągarki i inne specjalistyczne rozwiązania do pracy w niebezpiecznym terenie, to można wskazać na ulepszenia materiałów odporniejszych na skrajnie niekorzystne warunki pogodowe, powłok ognioodpornych radzących sobie jeszcze lepiej z wysokimi temperaturami czy bardziej wymagające certyfikaty, determinujące jeszcze lepsze zabezpieczenia życia i zdrowia użytkowników. Warto również docenić nowoczesne silniki, oparte o jeszcze wytrzymalsze (tańsze w eksploatacji, wymagające znacznie mniejszych nakładów na serwisowanie) materiały, czy też sposoby sterowania z wykorzystaniem bardzo dokładnych czujników, zapewniające pracownikom odpowiedni margines bezpieczeństwa, oraz znacząco obniżające koszty utrzymania całej maszynerii w idealnym stanie.

Kierunki rozwoju branży

Na rynku wielu jest silnych graczy, którzy mocno inwestują w rozwój sprzętów specjalistycznych. Niewielu jednak z nich potrafi wyjść naprzeciw klienta, a tym samym poza standardową produkcję seryjną.

Nie opieramy swojej działalności tylko i wyłącznie na produkcji taśmowej. Usługa oparta jest o indywidualne podejście do klienta, dedykowane projektowanie maszyn, prototypowanie na podstawie niemal 30-letniego doświadczenia w branży, ich testowanie, a następnie dostarczanie do klienta. Zdecydowanie postawiliśmy na rozwój i chcemy projektować urządzania innowacyjne. Inwestujemy w nowoczesne i specjalistyczne oprogramowania i stanowiska do analiz i prototypowania, zapewniając sobie zaplecze technologiczne do tworzenia bazy testowej, jak i wsparcie najlepszych specjalistów na rynku, pozwalające na konstruowanie jeszcze dokładniejszych oraz bezpieczniejszych rozwiązań. Chcemy wprowadzić nową jakość na rynku dźwigowym.  – komentuje Sebastian Przygoda, Prezes, Red Rooster Poland.

Comperia wzmacnia swoją pozycję na rynku ubezpieczeń

Comperia.pl S.A., popularna polska porównywarka produktów i usług finansowych, podpisała strategiczną umowę z grupą finansową Arrant Sp. z o.o. na wdrożenie aplikacji Comperia Agent, pomocnej w codziennej pracy agentów ubezpieczeniowych.

Jak wygląda codzienna praca agenta ubezpieczeniowego? Włącza komputer lub inne przenośne urządzenie z dostępem do Internetu, a następnie przedziera się przez gąszcz różnego rodzaju systemów dostarczanych przez towarzystwa ubezpieczeniowe – kilkanaście kalkulacji, setki wprowadzonych danych, tylko po to, by wybrać końcowemu klientowi najlepszą na rynku ofertę ubezpieczeniową. Sytuację tę postanowiła zmienić ogólnopolska grupa finansowa Arrant Sp. z o.o., która z myślą o swoich współpracownikach i klientach podpisała z Comperia.pl S.A. umowę na wdrożenie aplikacji Comperia Agent.

– Dzięki naszej aplikacji agent ubezpieczeniowy wykonuje wszystkie czynności, od jednokrotnego wpisania danych i automatycznego wygenerowania kilkunastu kalkulacji, po wystawienie polisy, w jednym oknie przeglądarki internetowej. Jest to niebywałe ułatwienie codziennej pracy. Agent ubezpieczeniowy oszczędza swój czas, wybiera najlepszą ofertę dla klienta oraz z poziomu CRM lepiej zarządza posiadaną bazą klientów. Dodatkowym wyróżnikiem Comperia Agent jest integracja z programem partnerskim ComperiaLead, co umożliwia agentom uzyskiwanie dodatkowych korzyści finansowych np. poprzez polecanie klientom jazd próbnych najnowszymi modelami aut. Cieszy nas również co raz większa otwartość Towarzystw Ubezpieczeniowych w współtworzeniu naszej aplikacji – powiedział Daniel Palak, dyrektor zarządzający obszarem ubezpieczeń w Comperia.pl S.A.

Arrant Sp. z o.o. specjalizuje się w sprzedaży ubezpieczeń komunikacyjnych, majątkowych oraz życiowych. Grupa obecnie zatrudnia blisko 3 tys. zarejestrowanych pośredników finansowych a w roku 2015 planuje zebrać ponad 100 mln zł składki plasując się tym samym w ścisłej czołówce ogólnopolskich operatorów finansowych.

– Spółka stawia na nowoczesne rozwiązania technologiczne zarówno w obszarze doradztwa oraz sprzedaży produktów ubezpieczeniowych, jak i obsługi posprzedażowej swoich partnerów. Ostatni kwartał bieżącego roku będzie dla Arrant bardzo pracowity, gdyż poza działaniami zmierzającymi do realizacji planu sprzedaży, planujemy bardzo dobrze i skutecznie przygotować się do wdrożenia aplikacji Comperii, aby zainteresować tym narzędziem jak największą liczbę naszych współpracowników. Razem z Comperią pracujemy także nad modyfikacjami, które dodatkowo wyróżnią aplikację Arrant. Jestem przekonany , że zarówno nasza nowa aplikacja sprzedażowa, jak i kolejne nowości technologiczne, które wkrótce zaprezentujemy, nie tylko przyczynią się do dalszego rozwoju spółki Arrant, ale także wprowadzą potrzebę zmian w procesie obsługi klienta na polskim rynku. – powiedział Artur Pakuła, Prezes Zarządu Arrant Sp. z o.o.

Comperia.pl S.A. już od kilku kwartałów zmaga się z rynkiem o zaufanie do nowoczesnych rozwiązań technologicznych dla agentów ubezpieczeniowych. Dotychczas Comperia Agent zaufali m.in. Diamond Finance, Lubuska Grupa Kapitałowa, ATUT, Agencja Ubezpieczeniowa Ewa Rosa, a także Idea Partners Group.

Moralny kapitalizm

0

Debata zorganizowana przez Centrum Myśli Jana Pawła II i Narodowy Bank Polski w ramach kolejnej edycji Dziedzińca Dialogu. Dyskusja odbyła się 5 października 2015 w siedzibie NBP.

Jakub Borowski, Crédit Agricole: Złoty będzie taniał. Powodem wybory w Polsce i oczekiwana podwyżka stóp procentowych w USA

CEO Magazyn Polska

W najbliższych miesiącach można oczekiwać osłabienia złotego. Polskiej walucie nie będzie sprzyjać ani oczekiwana podwyżka stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych, ani krajowe wybory, które prawdopodobnie przyniosą zmianę rządu, stojącej za nim większości parlamentarnej i prowadzonej polityki gospodarczej. Złotego osłabić może też Rada Polityki Pieniężnej. Dlatego zdaniem Jakuba Borowskiego z Crédit Agricole bardziej zdecydowanego umocnienia polskiej waluty nie należy się spodziewać przed II półroczem 2016 roku.

W ciągu ostatniego roku złoty nieznacznie tylko osłabił się do euro, a licząc od stycznia, nawet lekko urósł. W tym okresie najwyższa i najniższa wartość wspólnej waluty różniła się o 40 groszy. Roczne straty do dolara i franka szwajcarskiego sięgnęły jednak 11-12 proc. I nie zanosi się na odwrócenie tego trendu w ciągu nadchodzących miesięcy.

Kurs złotego w najbliższych kwartałach będzie przede wszystkim pod wpływem czynników globalnych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jakub Borowski, główny ekonomista Crédit Agricole. – Tym kluczowym czynnikiem, który w najbliższych miesiącach może mieć istotny wpływ na kurs złotego, będzie polityka pieniężna Rezerwy Federalnej. Oczekujemy, że ta długo wyczekiwana i dyskutowana już od wielu miesięcy podwyżka stóp nastąpi.

Amerykańska gospodarka ma się coraz lepiej i utrzymywanie przez Fed rekordowo niskich stóp procentowych – zdaniem wielu ekonomistów – nie jest już konieczne. W II kwartale PKB Stanów Zjednoczonych wzrosło o 3,9 proc. i był to wynik znacznie lepszy od prognoz. Nie można więc wykluczyć, że Zarząd Rezerwy Federalnej podniesie oprocentowanie amerykańskich kredytów jeszcze na spotkaniu 27-28 października.

Będzie to czynnik osłabiający waluty rynków wschodzących, które do tej pory korzystały z napływu kapitału, który z kolei umacniał waluty krajowe ocenia Jakub Borowski. Stąd spodziewam się, że w najbliższych tygodniach prawdopodobieństwo umocnienia złotego jest niskie, a dodatkowym elementem, który będzie oddziaływał w kierunku osłabienia kursu złotego, będą wybory parlamentarne w Polsce.

Sytuacja polityczna, a zwłaszcza niepewność związana ze zmianą rządzącej ekipy, ma bowiem wpływ na notowania walutowe, co uwidoczniło się w reakcji rynków na wynik majowych wyborów prezydenckich.

Jeśli dojdzie do znaczących zmian na scenie politycznej, to wzrośnie niepewność ze strony inwestorów dotycząca przyszłej polityki gospodarczej – zwraca uwagę główny ekonomista Crédit Agricole. Zapewne po jakimś czasie ta niepewność zostanie usunięta, dlatego że inwestorzy będą się musieli przyzwyczaić do nowej rzeczywistości, odmiennej od tej, w której żyli przez 8 lat, kiedy mieli stabilny układ polityczny.

Ta niepewność będzie osłabiać kurs złotego, przez co prawdopodobieństwo wyraźnego umocnienia kursu w najbliższych kwartałach jest niskie. Można go oczekiwać dopiero w II połowie przyszłego roku prognozuje Jakub Borowski z Crédit Agricole, zaznaczając jednak, że może też dojść do kolejnego osłabienia złotego. Nie jest bowiem według niego wykluczone, że Rada Polityki Pieniężnej zdecyduje się na kolejną obniżkę stóp procentowych NBP.

Ta skala, o której mówimy, czyli 50 punktów bazowych, to nie jest cykl obniżek, to nie jest seria, to nie jest długotrwałe rozluźnienie polityki pieniężnej. Ale w sytuacji, w której mielibyśmy mieć stopy niższe, a w Stanach Zjednoczonych te stopy procentowe miałyby zostać podniesione, to mamy taki książkowy zestaw czynników, który oddziałuje w kierunku słabszego kursu walutowego.

Piotr Kuczyński, Dom Inwestycyjny Xelion: Z grą na krótko trzeba uważać. Lepiej nadaje się do zabezpieczania klasycznych inwestycji niż pomnażania pieniędzy

CEO Magazyn Polska

W ciągu ostatnich pięciu miesięcy WIG20 stracił ok. 17 proc. Choć spadki kuszą, by obstawić dalszą utratę wartości aktywów, to giełdową grę na krótko lepiej stosować do zabezpieczania klasycznych transakcji. Duże pieniądze na kontraktach terminowych zarobić jest bardzo trudno – przestrzega Piotr Kuczyński z Domu Inwestycyjnego Xelion.

Na warszawskiej giełdzie ostatnio bardzo trudno zarobić. Tracą nie tylko największe spółki. Także indeks szerokiego rynku WIG jest o przeszło 10 proc. niżej niż w połowie maja, mimo że wówczas osiągnął poziom najwyższy od grudnia 2007 roku. Na spadających rynkach część inwestorów decyduje się grać na krótko, czyli obstawiać spadki aktywów.

– Normalną grą przy spadających rynkach jest otwieranie krótkich pozycji, czyli kupowanie kontraktów, które pozwalają zarabiać wtedy, kiedy cena danych aktywów spada – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. W Polsce najbardziej popularne są kontrakty na WIG20. Wkłada się nieduży depozyt i można zagrać zarówno na spadek, jak i na wzrost wartości tego kontraktu. Bardzo pospolite są kontrakty na złoto, srebro, ropę, na wszelkie właściwie rodzaje towarów, aktywów, również na temperaturę, pogodę, na przeróżne rzeczy.

Mechanizm ten przypomina raczej zakłady bukmacherskie czy obstawianie gonitw na torach wyścigowych niż inwestycje. I podobnie jak w przypadku hazardu trudno na tym zarobić poważniejsze pieniądze.

Jest takie powiedzenie wśród inwestorów, którzy starają się grać fundamentalnie lub tylko na rosnące rynki przypomina Piotr Kuczyński. – Mówią oni: „Pokażcie mi te jachty tych, którzy grali na krótko”. Inaczej mówiąc: nie dorobisz się prawdziwego zysku, grając na krótko. A to dlatego, że bardzo często te trendy spadkowe są gwałtowne, ale szybkie, bardzo szybkie, i trudno na nich zarobić.

W Polsce do gry na krótko najlepiej nadają się kontrakty na WIG20. Tylko one dają szansę zarobku, bo jest to bardzo płynny instrument, który łatwo otworzyć, łatwo zamknąć, dlatego najłatwiej na nim zagrać.

– Dorobić można się wtedy, kiedy trwa wieloletnia hossa – podkreśla główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. Kiedy indeksy, ceny aktywów rosną. Wtedy można spokojnie inwestować, dokupując poszczególne aktywa, i zyskiwać. A rzeczywiście zarobić na krótko jest dosyć trudno.

Co nie znaczy, że kontrakty terminowe są niepotrzebne. To dobry instrument do zabezpieczania klasycznych transakcji i ograniczania w ten sposób ryzyka związanego z kupowaniem akcji i grą na ich zwyżkę.

Często jest to stosowane jako tzw. hedge, czyli zabezpieczenie pozycji – mówi Piotr Kuczyński z Domu Inwestycyjnego Xelion. Inaczej mówiąc: gram na długo, czyli na wzrost jakichś aktywów, ale wiem, że jeżeli kupię inne aktywa, które są skorelowane ujemnie z inwestycją pierwotną, czyli, kiedy jedno rośnie, to drugie spada, i wtedy otworzę kontrakty na ten spadek, to wtedy, w przypadku, kiedy nie uda mi się inwestycja, będę właśnie przez te kontrakty chroniony.

Polskie banki będą musiały zapłacić 164 mln zł kary. Uratować może je tylko kasacja

CEO Magazyn Polska

Polskie banki zostały ukarane za nielegalne porozumienie utrzymujące wysokie opłaty za korzystanie z kart płatniczych. Sąd Apelacyjny w Warszawie oddalił ich odwołania i utrzymał w mocy wyższe kary nałożone przez prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. To oznacza, że banki będą musiały zapłacić łącznie ponad 160 mln zł kary.

Sąd Apelacyjny oddalił we wtorek odwołania banków i uchylił wyrok Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który wcześniej  zmniejszył kary nałożone na banki do 44 mln zł. Opłat interchangowych natomiast banki obniżać już nie muszą, bowiem w ciągu ostatnich dwóch lat były one kilkakrotnie zmniejszane. Ostatniej obniżki dokonano w styczniu br.

Dla klientów w tym zakresie niewiele się zmieni – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jan Byrski, adwokat z Kancelarii Traple, Konarski, Podrecki i Wspólnicy. Banki już dostosowały swoją działalność, wraz z organizacjami kartowymi zmniejszyły wysokość opłaty interchange do 0,2 proc. od każdej transakcji kartą debetową i do 0,3 proc. od każdej transakcji kartą kredytową. Natomiast wyrok oznacza konieczność wykonania tej decyzji, która zapadła 29 grudnia 2006 roku i konieczność uiszczenia tych kar pieniężnych.

Sąd Apelacyjny podtrzymał decyzję prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów nakładającą na banki uczestniczące w porozumieniach dotyczących ustalania opłaty interchange i przywrócił kary przekraczające 160 mln zł.

– W ciągu 14 dni banki wymienione w sentencji wyroku Sądu Apelacyjnego w Warszawie muszą wpłacić kary pieniężne. Natomiast przysługuje bankom skarga kasacyjna do Sądu Najwyższego, oczywiście po spełnieniu przesłanek, które przewidują przepisy. Zapewne banki będą korzystały z tego prawa, czekają tylko na uzasadnienie pisemne, akta sprawy.

Bez względu na postępowanie kasacyjne ukarane banki muszą do 20 października wpłacić zasądzone kary.

Te kary są dość istotne ocenia adwokat z Kancelarii Traple, Konarski, Podrecki i Wspólnicy. W stosunku do niektórych banków są to kary rzędu 20 mln zł, to są, jak się wydaje, już dość istotne kwoty dla nich. Dobrą informacją dla banków jest to, że ustawa dotycząca kredytów frankowych, w tym kształcie, który miał być, nie zostanie uchwalona. Na pewno wywoła to pewne zamieszanie, spowoduje pewne ruchy, bo te pieniądze już teraz należy znaleźć i wpłacić do budżetu państwa.

Wraz z obniżką opłat wzrosła w Polsce popularność kart bankowych. W II kwartale, jak podaje Narodowy Bank Polski, przeprowadzono przy użyciu kart płatniczych 841,6 mln transakcji, co oznacza w perspektywie roku wzrost o 31 proc., a na przestrzeni ostatnich dwóch lat o 50 proc. Jednocześnie, w ciągu ostatniego roku liczba transakcji bezgotówkowych wzrosła o 47,5 proc., a w ciągu dwóch lat o ponad 80 proc. Wartość tych transakcji wzrosła o 26 proc. w ciągu roku i o 42 proc. w ciągu dwóch lat. O prawie 24 proc. zwiększyła się też w tym czasie liczba sklepów przyjmujących płatności kartami.

Wyrok potwierdził to, co już się działo w Unii Europejskiej zwraca uwagę mec. Jan Byrski z Kancelarii Traple, Konarski, Podrecki i Wspólnicy. Wyroki Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej Sądu Pierwszej Instancji w sprawie MasterCard potwierdzały, że w takiej wysokości i ustalana wielostronnie opłata interchange jest niedopuszczalna. Nie ma w tym zakresie możliwości powoływania tzw. zwolnienia indywidualne, po prostu nie należy uczestniczyć w porozumieniach dotyczących takich opłat.

S. Niesiołowski (PO): Zakup okrętu podwodnego i pocisków samosterujących u jednego producenta zagwarantuje spójność wyposażenia floty

CEO Magazyn Polska

Ministerstwo Obrony Narodowej proponuje, by rozdzielić proces zakupu okrętów podwodnych i pocisków manewrujących, stanowiących ich najważniejszy oręż. Zdaniem Stefana Niesiołowskiego, posła Platformy Obywatelskiej i przewodniczącego parlamentarnej Komisji Obrony Narodowej realizacja tego programu w takim kształcie będzie trudna, bo zagrażałoby to spójności uzbrajania Marynarki Wojennej.

Trzy nowoczesne okręty podwodne, które do 2030 roku mają wzmocnić polską flotę, będą kosztowały ok. 7,5 mld zł. Każdy z pocisków manewrujących dalekiego zasięgu, które mają być ich kluczowym uzbrojeniem, kosztować będzie dodatkowo kilka milionów. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami resortu obrony narodowej zakup okrętów podwodnych miał być połączony z zakupem pocisków. W ostatnich dniach wiceminister Czesław Mroczek zasugerował, że pociski będą pozyskiwane w odrębnym postępowaniu.

To była pewna sugestia ministra Mroczka. Uważam, że będzie trudno realizować ten program, jeżeli oddzieli się zakup okrętu podwodnego od zakupu rakiet. Trzeba to przedyskutować – zwraca uwagę w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stefan Niesiołowski, poseł Platformy Obywatelskiej. – Wydaje mi się, że spójność tego programu możliwa jest tylko wtedy, kiedy państwo zagwarantuje jedność okrętów i rakiet.

Uzbrojone w pociski samosterujące okręty podwodne mają pełnić funkcję odstraszającą i zagwarantować, że Marynarka Wojenna będzie w stanie skutecznie niszczyć kluczowe cele na terytorium przeciwnika. By to osiągnąć, oba typy uzbrojenia muszą ze sobą doskonale współpracować. Stefan Niesiołowski obawia się, że gdy pochodzić będą od różnych producentów, to ten cel może być zagrożony.

Nie bardzo sobie wyobrażam, jak to miałoby wyglądać, zwłaszcza że do tej pory raczej obowiązywała koncepcja, że okręty i rakiety mają jednego producenta, i z tego, co pamiętam, również przedstawiciele MON-u ją popierali. To się wydaje naturalne i chyba nic takiego się nie wydarzyło, żeby to zmienić. Być może są jakieś argumenty, trzeba to przedyskutować – mówi Niesiołowski.

Wiceminister Mroczek zasugerował także, że rozważany jest zakup okrętów podwodnych w grupie kilku państw NATO.

Jak podkreśla Niesiołowski, bez względu na to, jaka forma przetargu zostanie wybrana, MON nie zrezygnuje z budowania potencjału odstraszania, czyli wyposażenia okrętów podwodnych w pociski.

Zakup okrętów podwodnych jest jednym z wielu programów modernizacji polskiej armii.

W tej chwili polska armia staje się bardzo nowoczesna, jest bardzo wiele zestawów, są Rosomaki, Leopardy, zestawy przeciwrakietowe, samoloty F-16, za chwilę będą polskie drony. Mamy w tej chwili bardzo nowoczesną, nieco ponadstutysięczną, z siłami rezerwy nieco większą, zawodową, sprawną armię. Różnie to jest oceniane, ale mówi się, że to 6 czy 7 armia w NATO – mówi poseł PO.