Conbelts rusza na podbój rynków zagranicznych i wkracza w produkcję urządzeń dla kopalń odkrywkowych

Beata Janowska

Ekspansja na rynki zagraniczne i rozwój firmy poprzez akwizycje – to główne cele spółki Conbelts. Producent taśm przenośnikowych dla górnictwa planuje rozszerzyć swoją działalność o nowe rynki i produkty. W planach są m.in. Australia, Meksyk oraz Chile. Z powodu kryzysu węgla kamiennego firma szuka alternatywnych źródeł przychodów. W planach ma m.in. wejście w segment górnictwa odkrywkowego.

– Od trzech lat pracowaliśmy nad nowymi rynkami w ramach projektu „Paszport do eksportu”. Dzisiaj mogę powiedzieć, że mamy pierwsze jaskółki, jeżeli chodzi o rynek australijski, rynek chilijski i Meksyk – wyjaśnia Beata Janowska, dyrektor finansowa spółki Conbelts w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor.

Conbelts swoich szans biznesowych upatruje m.in. w górnictwie odkrywkowym. W ostatnim czasie spółka przestała postrzegać siebie jedynie jako dostawcę taśm przenośnikowych dla górnictwa. Obecna strategia zakłada również wejście w segment rozwiązań dla transportu poziomego. Dzięki nowej orientacji biznesowej znacznie poszerzyło się grono potencjalnych kontrahentów.

– Conbelts to firma, która produkuje taśmy przenośnikowe przeznaczone dla górnictwa węgla podziemnego. To są taśmy, które nie przenoszą pożaru. Chodzi o bezpieczeństwo górników, którzy pracują na dole – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Beata Janowska, dyrektor finansowa Conbelts.

Wydobycie węgla kamiennego zarówno w Polsce, jak i w całej Europie systematycznie maleje. W ubiegłym roku całkowita produkcja w nad Wisłą wyniosła jedynie 72,5 mln ton. Oznacza to spadek o ponad 5,0 proc. w stosunku do 2013 roku. Jeszcze w 2001 roku wydobycie węgla w Polsce przekraczało 100 mln ton.

– W związku z tym nie możemy opierać swoich planów rozwojowych na tym rynku. Oznacza to dla nas, o czym wiemy od dawna i nad czym pracujemy od kilku lat, konieczność poszukiwania nowych rynków, gdzie możemy wejść z naszym podstawowym biznesem – tłumaczy Beata Janowska.

Oprócz zagranicznej ekspansji śląski producent taśm przenośnikowych nie rezygnuje ze swojego podstawowego biznesu. Stabilne grono partnerów biznesowych w Polsce pozwala spółce na utrzymanie płynności finansowej. W celu zwiększenia przychodów niezbędne jest jednak zdaniem Janowskiej wyjście z produktami poza granice kraju.

– Chociażby ze względu na logistykę trudno rezygnować z takiego rynku [górnictwa węgla kamiennego – red.]. Chodzi o to, żeby pamiętać o bezpieczeństwie utrzymania płynności finansowej. Natomiast nie mogę powiedzieć, że możemy budować strategię rozwojową na tym rynku – tłumaczy dyrektor finansowa Conbelts Bytom.

Bytomska spółka jest teraz na etapie przebudowywania strategii. Obecna kadra kierownicza stoi przed dylematem, czy koncentrować się na kilku zagranicznych rynkach i wejść tam w kooperacji z innymi firmami, czy podążać w stronę stworzenia globalnej spółki oferującej produkty z zakresu zaplecza górniczego.

– To jest wybór między tym, czy chcemy pracować w firmie średniej tak jak dzisiaj, gdzie wszyscy się znamy, rozumiemy i umiemy się komunikować czasami zgodnie z procedurami, a czasami po prostu idziemy po strukturach poziomych, czy chcemy pracować w korporacji – tłumaczy Janowska.

Polski rynek pracy będzie potrzebować ponad milion imigrantów. Konieczne będzie stworzenie odpowiedniej polityki migracyjnej

Sławomir Jankiewicz

W 2050 roku liczba ludności w Polsce może spaść do niespełna 34 mln osób, a już w 2030 roku może brakować rąk do pracy. Zapełnić lukę demograficzną mogą imigranci. Oni będą także wzmacniać popyt wewnętrzny. W Polsce brakuje jednak odpowiedniej polityki migracyjnej oraz przepisów związanych z integracją i asymilacją. To konieczność, zwłaszcza że w najbliższych latach będą do Polski napływać imigranci z Azji i Afryki.

W Polsce mamy dzisiaj 38,5 mln ludzi, z tego ponad 3 mln żyje za granicą, czyli tak naprawdę mamy tylko 35,5 mln. Dzietność jest na bardzo niskim poziomie, co jeszcze zwiększa ubytek ludności. Do 2035 roku będzie nas poniżej 36 mln, odejmując od tego 2 mln osób, które prawdopodobnie nie wrócą z emigracji, będzie nas poniżej 34 mln. Dlatego potrzebujemy imigrantów, żeby móc dalej się rozwijać i zwiększać PKB – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Sławomir Jankiewicz, dyrektor Instytutu Finansów i Bankowości w Wyższej Szkole Bankowej w Poznaniu.

Z danych GUS wynika, że poziom dzietności w 2014 roku wyniósł 1,3. Prognozy mówią, że w 2050 roku liczba ludności Polski spadnie poniżej 34 mln osób. Osoby starsze będą stanowiły coraz większą grupę społeczną – w 2035 roku 23 proc. Polaków będzie miało powyżej 65 lat, w 2050 roku – już ponad 30 proc. Nie pozostanie to bez wpływu na rynek pracy. Raport Boston Consulting Group wskazuje, że w 2030 roku Polska będzie potrzebować 20 mln pracowników, aktywnych zawodowo będzie zaś tylko ok. 16 mln osób. Imigranci będą mogli w części zapełnić tę lukę.

W Polsce jest miejsce zarówno dla wykwalifikowanych, jak i niewykwalifikowanych pracowników. Brakuje nam np. robotników budowlanych, położnych, pielęgniarek, ale również specjalistów, np. lekarzy – wymienia Jankiewicz. – W większości nie są to zajęcia wysokopłatne, w związku z tym poziom życia imigrantów na pewno będzie dużo niższy niż na Zachodzie, gdzie płace są wyższe. Stąd też pytanie, czy imigranci będą w ogóle chcieli w Polsce zostać.

Konieczne jest stworzenie odpowiedniej polityki migracyjnej, tak by osoby, które na nowy dom wybiorą Polskę, mogły się łatwiej zasymilować. Jak zaznacza ekspert wciąż brakuje rozwiązań w zakresie szkolnictwa czy nauczania języka polskiego. Pierwszy sprawdzian przed Polską to przyjęcie uchodźców z krajów Bliskiego Wschodu, głównie z Syrii. Bez odpowiednich przepisów ich asymilacja będzie trudna. Wciąż nie wiadomo nawet, jak ma przebiegać proces weryfikacji imigrantów.

To są problemy, których nie możemy rozwiązać, ponieważ nie ma odpowiedniej polityki. To widać w obozach dla uchodźców, gdzie dochodzi czasami do patologii, wprowadzania obyczajów niezgodnych z polskim prawem, przestępczości, a my sobie nie potrafimy z tym poradzić. Co się zatem stanie, kiedy liczba imigrantów będzie powyżej miliona – przekonuje Jankiewicz.

Istotne, by imigrantów jak najszybciej wprowadzić na rynek pracy. Obozy dla uchodźców w dłuższej perspektywie odzwyczajają od zatrudnienia, takim osobom trudniej znaleźć pracę – tym trudniej, im więcej czasu spędzą w obozie. Rozstrzygnięcia wymagają też kwestie prawne i takie opracowanie systemu, który pozwoli na asymilację imigrantów bez powielania błędów popełnianych przez kraje Zachodu.

W Wielkiej Brytanii dziewczynki w wieku 12-13 lat znikają z systemu nauki i są wysyłane do krajów, z których pochodzą. Tam są wydawane za mąż i kiedy osiągną pełnoletność, wracają do Wielkiej Brytanii, oczywiście z mężem. Te dzieci wychodzą poza system kształcenia, są złamane psychicznie i w zasadzie nie nadają się już do powrotu na rynek pracy – tłumaczy ekspert WSB.

Zdaniem Jankiewicza istotna jest również pomoc w powrocie do kraju tych Polaków, którzy od II wojny światowej mieszkają na terenach Europy Wschodniej. Na Ukrainie mieszka łącznie ponad 700 tys. Polaków, w Kazachstanie – według różnych szacunków – od 50 do nawet 90 tys., na Białorusi – ok. 50 tys. Z danych MSW wynika, że co roku do Polski wraca zaledwie ok. 250 osób, w pierwszej połowie tego roku – 85.

Jesteśmy im to winni, a po drugie są nam najbliżsi kulturowo, dlatego to ich w pierwszej kolejności powinniśmy ściągnąć do kraju. Będziemy mieć coraz większą falę uchodźców z Ukrainy ze względu na biedę i niestabilność wynikające z wojny. Moim zdaniem to drudzy potencjalnie najlepsi imigranci, ponieważ asymilacja nastąpi bardzo szybko – przekonuje profesor.

Jankiewicz przekonuje, że proces migracyjny nie skończy się na uchodźcach z Bliskiego Wschodu. W perspektywie najbliższych lat do Europy mogą też dotrzeć mieszkańcy Azji, przede wszystkim Chin, ze względu na złe warunki pracy i problemy społeczne.

Polityka jednego dziecka spowodowała, że w Chinach jest bardzo dużo mężczyzn, natomiast mało kobiet. Żeby pozyskać żonę w Chinach, potrzebne są duże pieniądze. Dlatego Chińczycy będą szukać lepszych warunków do rozwoju, pracy, handlu, a także żon i to jest problem, który na pewno odbije się również na Polsce – ocenia Sławomir Jankiewicz.

Rusza program wspierania udziału polskich firm w badaniach kosmosu. Polska Agencja Kosmiczna liczy na wielomilionowe kontrakty

Polska Agencja Kosmiczna chce pomagać rodzimym przedsiębiorcom w zdobywaniu zamówień związanych z europejskimi programami badań kosmosu. Prezes PAK liczy, że dzięki europejskim kontraktom kosmicznym do polskich firm wróci co najmniej składka, jaką Polska płaci co roku Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA).

Polska wnosi na europejskie programy badania kosmosu 30 mln euro rocznie. To niespełna 1 proc. budżetu ESA, więc zyskać można znacznie więcej. Tym bardziej, że światowy budżet badań kosmicznych szacowany jest na 300 mld dolarów.

Agencja ma trochę uporządkować sytuację w sektorze kosmicznym w Polsce – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor prof. Marek Banaszkiewicz, prezes Polskiej Agencji Kosmicznej. Jest organem koordynującym wiele działań, które różne podmioty państwowe, stowarzyszenia czy inne organizacje podejmują. Pierwszorzędnym celem jest jednak doprowadzenie do tego, żeby efektywnie odzyskiwać pieniądze z Europejskiej Agencji Kosmicznej, z naszej składki.

Już teraz Polska Agencja Kosmiczna zamierza wdrożyć kilka programów, które chce kontynuować w przyszłym roku. Pierwszy z nich to pomoc w aplikacjach o projekty Europejskiej Agencji Kosmicznej dla małych i średnich przedsiębiorstw.

Ten program uruchomimy lada dzień informuje prof. Marek Banaszkiewicz. Chcemy zapewnić eksperckie wsparcie tym przedsiębiorstwom, które po raz pierwszy albo po raz drugi startują w konkursach ESA i borykają się z wieloma problemami, pisząc ofertę. Mamy także w planach stworzenie czy ogłoszenie konkursu na kilka studiów wykonalności – głównie dla pionu wojskowego – dotyczących dużych rozwiązań satelitarnych czy projektów naziemnych wspierających obronność i bezpieczeństwo.

Polska przystąpiła do Europejskiej Agencji Kosmicznej trzy lata temu i jako nowy członek Agencji może liczyć na wspracie. Między innymi na 5-letni program przetargów, w ramach którego co najmniej 45 proc. płaconej przez Polskę składki ma wrócić do kraju w postaci kontraktów. To oznacza spore możliwości zdobycia kontraktów różnego typu.

To zależy, z czym te małe i średnie firmy chciałyby do ESA wyjść, tzn. my tu nie stawiamy żadnych ograniczeń, to mogą być zarówno technologie kosmiczne, jak i aplikacje, czyli zastosowania tłumaczy prezes Polskiej Agencji Kosmicznej. Dodaje jednak, że to nie wszystko: – Mamy w planach od przyszłego roku także wsparcie również aplikacji do Horyzontu 2020. Tu rozumiem, będziemy ściśle współpracować z Krajowym Punktem Kontaktowym [dla programu ramowego Horyzont 2020 – red.].

W ramach programu Horyzont 2020 Bruksela chce przeznaczyć w latach 2014-2020 na badania naukowe i innowacje prawie 80 mld euro. Horyzont 2020 to największy w historii program finansowania nauki w Unii Europejskiej. Jego celem jest, jak wyjaśnia polskie Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, stworzenie spójnego systemu finansowania innowacji: od koncepcji naukowej, poprzez etap badań, aż po wdrożenie nowych rozwiązań, produktów czy technologii.

Firmy audytorskie mają być bardziej niezależne od klientów. Trwają prace nad nowymi przepisami

CEO Magazyn Polska

Zwiększenie niezależności biegłych rewidentów, podniesienie jakości badania sprawozdań finansowych i wzmocnienie nadzoru publicznego nad audytorami – to trzy główne cele zmian w przepisach, nad którymi pracuje resort finansów. Zmieniona ustawa będzie mieć duży wpływ na jednostki zainteresowania publicznego, czyli spółki giełdowe. Nadzór będzie mieć możliwość sankcjonowania nie tylko biegłych rewidentów, lecz także członków rad nadzorczych i komitetów audytu. 

W resorcie finansów trwają prace nad dostosowaniem polskiego prawa do wymogów UE. Celem unijnych przepisów jest rozdzielenie podmiotów świadczących dla jednego klienta usługi doradcze i badanie sprawozdań.

Postawiono sobie trzy główne cele, które są zgodne z celami wynikającymi z dyrektywy. Pierwszy cel dotyczy wzmocnienia niezależności biegłych rewidentów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ewa Jakubczyk-Cały, prezes zarządu PKF Consult. – W tym zakresie wprowadzono sporo regulacji kierunkowych. Jedna z nich dotyczy rotacji firm audytorskich, następna – sposobu wyboru audytora i zakazu klauzul, które ograniczają wybór do określonych jednostek.

Jest też propozycja, by zmniejszyć maksymalny udział wynagrodzenia od jednego klienta w łącznych przychodach firmy audytorskiej. Ma on spaść z 40 do 25 proc.

Drugi cel zmian w przepisach to podniesienie jakości badań sprawozdań finansowych. Temu służyć mają regulacje dotyczące organizacji firm audytorskich, procedur i zadań komitetu audytu.

Trzeci cel dotyczy zmian w nadzorze publicznym nad audytorami. Już poprzednie nowelizacje wprowadziły Komisję Nadzoru Audytowego, której zadaniem jest nadzór nad całokształtem funkcjonowania biegłych rewidentów i korporacji zawodowych oraz procesem badania sprawozdań finansowych, z nastawieniem szczególnie na jednostki zainteresowania publicznego.

Zmiany polegają na całkowitym oderwaniu biegłych rewidentów praktyków, którzy nie będą już mogli w jakimkolwiek stopniu być członkami Komisji Nadzoru Audytowego. Drugim elementem jest przejęcie bezpośredniej kontroli nad badaniem sprawozdań finansowych jednostek zainteresowania publicznego, która do tej pory powierzona była samorządowi. To powoduje, że ciało nadzorcze jest całkowicie niezależne od wpływu biegłych rewidentów na sposób kontroli – wyjaśnia Ewa Jakubczyk-Cały.

Nadzór przejmuje też system dochodzeń i sankcji nie tylko w stosunku do biegłych rewidentów i firm audytorskich, lecz także członków rad nadzorczych i komitetu audytu w jednostkach zainteresowania publicznego.

Proponowane zmiany – zdaniem prezes PKF Consult – będą miały duży wpływ na jednostki zainteresowania publicznego, i to nie tylko na ich sprawozdawczość, lecz także na członków ich rad nadzorczych.

Kary w tym przypadku są co do zasady podobne jak dla biegłych rewidentów, czyli maksymalna kara to 4 mln zł dla osoby fizycznej i 10 proc. przychodów dla osób prawnych – mówi Ewa Jakubczyk-Cały, ale uspokaja: – Dyrektywa jednoznacznie stanowi, że wysokość kar powinna być zależna od istoty przewinienia, ale i od możliwości finansowych, czyli dochodów osiągniętych przez osobę karaną.

Skutek tych zmian może być również taki, że z około 100 firm uprawnionych do badania jednostek zainteresowania publicznego na rynku pozostanie ok. 15-20.

Cały ten system ma jednak sprawić, że jakość sprawozdań finansowych, jakość informacji finansowej się poprawi – mówi prezes PKF Consult.

Na rynek jubilerski wraca dobra passa. Polacy wydają coraz więcej pieniędzy na biżuterię dobrej jakości

Zbigniew Górecki

Jubilerów szczególnie cieszy wzrost sprzedaży w segmencie biżuterii z górnego przedziału cenowego, wykonanej z metali szlachetnych, z naturalnymi kamieniami i o unikanym wzornictwie. Cena przestała już być najważniejszym kryterium zakupu, a klienci coraz częściej stawiają na jakość i wartość produktu, rezygnując z masowych wyrobów. Po latach królowania bylejakości i ozdób z sieciówek Polacy zaczynają doceniać kunszt profesjonalnych jubilerów.

Biżuteria stała się nieodłącznym elementem stroju, który idealnie dopełnia i podkreśla każdą stylizację, nawet najskromniejszą. Dlatego klienci szukają przede wszystkim modeli oryginalnych, wyjątkowych i gustownych. Powraca moda na biżuterię wartościową.

Na Zachodzie, ale również w Polsce coraz bardziej widoczny jest trend odwrotu od biżuterii sieciowej, masowej. Jest ona produkowana w ogromnych nakładach, a co za tym idzie – często jest kiepskiej jakości, a przy tym nietania. A Polacy szukają czegoś, z czym się będą identyfikowali – biżuterii o ciekawym, nietuzinkowym wzornictwie, ze szlachetnymi kamieniami – mówi agencji informacyjnej Newseria Zbigniew Górecki, prezes Firmy Jubilerskiej Górecki.

Jubilerzy podkreślają, że nie ma jednego uniwersalnego trendu we wzornictwie. Wszystko zależy od upodobań klientów.

Cena w tej chwili nie jest już głównym wyznacznikiem podjęcia decyzji: kupujemy czy nie. Często klient skłonny jest zapłacić wyższą cenę, ale w zamian za to oczekuje rzeczywiście biżuterii na dużo lepszym poziomie, z naturalnymi kamieniami o wysokich standardach, wysokich parametrach, biżuterii wykonanej z metali szlachetnych, takich jak złoto czy nawet platyna – tłumaczy Zbigniew Górecki.

Górecki przyznaje, że klienci coraz bardziej doceniają biżuterię wykonaną przez rzemieślników z wieloletnim doświadczeniem, dlatego chętnie odwiedzają prywatne pracownie jubilerskie z tradycjami.

Tak jak teraz każdy ma swojego fryzjera czy stomatologa, tak niedługo modnym pojęciem będzie „mój jubiler”. Myślę, że nadchodzi okres, w którym każdy będzie miał swojego jubilera, który będzie znał potrzeby swojego klienta, prace, które dla niego zrobił, do którego będzie można zawsze wrócić, u którego będzie można coś domówić – mówi Zbigniew Górecki.

Jubilerzy nie kryją satysfakcji z tego, że dobra biżuteria cieszy się coraz większym zainteresowaniem klientów. Dobra passa na rynku utrzymuje się już od ubiegłego roku.

Po ostatnich paru latach dużego zastoju następuje wyraźne odbicie na rynku jubilerskiego. Wiąże to się m.in. z tym, że wyniki naszej gospodarki są pomyślne, wzrost PKB jest na przyzwoitym poziomie, wzrasta zatrudnienie. Portfel Polaka jest coraz bardziej zasobny, w związku z tym może on przeznaczyć więcej środków na zakup czegoś bardziej wartościowego i poszukuje wyrobów bardziej wyrafinowanych – podkreśla Zbigniew Górecki.

Podobnie jak projektanci mody, którzy co sezon lansują w swoich kolekcjach nowe wzory i kolory, tak samo jubilerzy podążają za różnymi trendami.

Biżuteria stawia na kolor, ma być radosna, wesoła, ciekawa, optymistyczna. Na rynek wchodzi coraz więceh szlachetnych kamieni kolorowych, które ożywiają biżuterię. To, co jeszcze do niedawna było klasyką, czyli 2-3 gramy złota i diamencik, na szczęście odchodzi do lamusa – mówi Górecki.

Biżuteria jest nie tylko elementem stroju, lecz także prezentem z okazji ważnych uroczystości takich, jak ślub, komunia czy chrzest. Może być również inwestycją, zarówno emocjonalną, jak i finansową. Bardzo często sklepy jubilerskie odwiedzane są również w grudniu, kiedy klienci szukają dla swoich bliskich świątecznych i mikołajkowych upominków.

Dobra biżuteria po wielu latach budzi wspomnienia, rodzi jakiś sentyment, jest naprawdę wspaniałą wartością i wspaniałym przekazem, często pokoleniowym. Inwestycja w dobrą biżuterię wykonaną z metali i kamieni szlachetnych jest też świetną lokatą, której stopa zwrotu z całą pewnością po latach będzie bardzo wysoka – dodaje Zbigniew Górecki.

Trendy w najnowszej biżuterii są prezentowane od dziś do soboty na targach Złoto Srebro Czas, które odbywają się w Warszawie, w Centrum Targowo-Kongresowym MT Polska.

Ożywienie w budownictwie. Polski rynek drzwi może wzrosnąć w tym roku o 8 proc.

Jacek Woźniak

Poprawa sytuacji w budownictwie przekłada się na wzrost produkcji w stolarce, zarówno drzwiowej, jak i okiennej. W ubiegłym roku ten pierwszy segment wzrósł o 8 proc., drugi o 10 proc. W tym roku oba segmenty mogą wzrosnąć o 8 proc. – wynika z analiz PMR. Firma Porta KMI Poland, polski producent drzwi, notuje zwiększone zamówienia w budownictwie instytucjonalnym i wielorodzinnym. 

Od 5 lat w Polsce bardzo mocno rozwija się rynek drzwi, jest coraz bardziej konkurencyjny, wchodzą na niego nowe podmioty. Polska stolarka jest bardzo innowacyjna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Woźniak, szef sprzedaży w firmie Porta KMI Poland.

W 2013 roku wartość produkcji drzwi w Polsce wyniosła ponad 3,4 mld zł. Sprzedaż na rodzimym rynku warta była niemalże 2,3 mld zł, a eksport – 1,17 mld zł. Wartość importu drzwi do Polski wyniosła nieco ponad 127 mln zł. Jak wynika z raportu PMR, większość działających na tym rynku firm produkuje zarówno drzwi, jak i okna, ale liderami rynku są podmioty, które postawiły na specjalizację i skupiają się na jednym segmencie działalności.

Na tegoroczne ożywienie sprzedaży wpływają głównie poprawiająca się kondycja polskiej gospodarki i rosnąca dynamicznie liczba rozpoczynanych inwestycji mieszkaniowych. Dane GUS wskazują, że w ciągu ośmiu miesięcy roku rozpoczęto budowę 110 669 mieszkań, czyli o 11,3 proc. więcej niż rok wcześniej.

Mamy do czynienia z ożywieniem w sprzedaży stolarki, przede wszystkim dla budynków instytucjonalnych. Mówimy tutaj o hotelach i różnego rodzaju urzędach. My również robimy tego typu drzwi i one są w tym roku bardzo popularne – twierdzi Jacek Woźniak. – Widać też bardzo mocne ożywienie w budownictwie wielorodzinnym. Tam też sprzedajemy nasze produkty i one również wykazują się w tym roku bardzo dużą dynamiką sprzedaży.

Porta KMI Polska ma 20-30-proc. udział w rynku w Polsce. Jak podkreśla Woźniak, firma ma szeroką ofertę produktów, które są zróżnicowane nie tylko pod względem zastosowania, lecz także pod względem cenowym. Obserwacje producenta wskazują, że polski klient staj się coraz bardziej wymagający i oczekuje coraz wyższych parametrów użytkowych.

W segmencie drzwi wewnętrznych w klienci najczęściej decydują się na drzwi białe, drzwi jednokolorowe, w odcieniach szarości. Natomiast jeżeli mamy wziąć pod uwagę konstrukcję, to bardzo popularne stają się drzwi o konstrukcji ramowej – wyjaśnia Jacek Woźniak.

Co ciekawe, również rynek drzwi cechuje się w Polsce regionalizacją.

Zarówno na wschodzie i zachodzie, jak i na południu Polski są różne tradycjonalizmy. Widać również duże różnice między tym, czego oczekuje klient w dużych miastach, a tym, czego oczekują klienci w mniejszych miejscowościach i na wsiach – twierdzi Jacek Woźniak. – W dużych ośrodkach miejskich popularne są drzwi nowoczesne, minimalistyczne, natomiast w regionach wiejskich są to drzwi w stylu retro, klasyczne – dodaje.

Po aferze dotyczącej wyprowadzenia dużej kwoty z PFRON pracodawcy obawiają się częstszych kontroli

Mateusz Brząkowski

Zatrudniający osoby niepełnosprawne przedsiębiorcy obawiają się, że z powodu głośnej afery dotyczącej przypuszczalnego wyprowadzenia 13 mln zł z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych wzrośnie liczba kontroli. Apelują o to, by nie uogólniać tej sytuacji i nie odnosić jej do innych firm. Podkreślają, że systemu nie da się zabezpieczyć przed potencjalnymi oszustami za pomocą takich postępowań kontrolnych.

Jedna duża, nagłośniona medialnie afera dotycząca wyprowadzenia dużej kwoty z PFRON może wpłynąć negatywnie na pozostałych pracodawców, którzy taką pomoc uzyskują – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mateusz Brząkowski, radca prawny Polskiej Organizacji Pracodawców Osób Niepełnosprawnych (POPON). – Większość pracodawców jest uczciwa. Obawiają się jednak, że z powodu negatywnych doniesień medialnych po raz kolejny zostaną zwiększone obowiązki kontrolne.

Pod koniec sierpnia br. Centrale Biuro Antykorupcyjne zatrzymało między innymi Marcina Dubienieckiego, męża Marty Kaczyńskiej, w związku ze śledztwem dotyczącym wyłudzenia blisko 13 mln zł z PFRON.

Oczywiście, kontrole są po to, żeby wyłapywać nieprawidłowości. Czym innym są jednak błędy, które skutkują na przykład zwrotem części dofinansowania czy refundacji, a czym innym czyny będące przestępstwem. Może się okazać, że zwiększone uprawnienia kontrolne wcale nie zlikwidują takich sytuacji, jak ostatnia afera z wyprowadzeniem dużej kwoty z PFRON. W toku czynności sprawdzających nie da się tego wyłapać – przekonuje Mateusz Brząkowski.

Jego zdaniem zmieniona powinna być sama filozofia kontroli. Przepisy są bowiem nieprecyzyjne i mogą być interpretowane zarówno na korzyść, jak i niekorzyść przedsiębiorcy zatrudniającego osoby niepełnosprawne.

Co z tego, że firma będzie uzyskiwała pomoc publiczną na zatrudnianie niepełnosprawnych w dobrej wierze, skoro powstanie pewna nieścisłość, niejasność, która podczas kontroli zostanie zinterpretowana przez urzędnika na niekorzyść pracodawcy – zauważa Brząkowski. – Kontrola oczywiście może zwiększać swoje kompetencje. Natomiast główny nacisk  moim zdaniem  powinien być położony na praktykę, czyli badanie konkretnych przypadków. Nie jest dobre organizowanie kontroli ze z góry założoną tezą dotyczącą właściwej interpretacji danego przepisu, z reguły na niekorzyść zatrudniającego.

Zatrzymani przez CBA usłyszeli zarzuty m.in. kierowania zorganizowaną grupą przestępczą, wyłudzenia ponad 13 mln zł z PFRON i prania brudnych pieniędzy.

Warto podejść do tej sytuacji na spokojnie, żeby nie wrzucać wszystkich do jednego worka. Nie chcemy, by nagle się okazało, że ustawodawca ma kolejny bodziec do wskazania pracodawców jako tych najgorszych, by zmniejszyć im pomoc, kwoty dofinansowania, kwotę refundacji, a podnieść zakres i częstotliwość kontroli, bo system trzeba teraz uszczelnić – przekonuje radca prawny POPON. – Najgorsze to jest uogólnianie i stwierdzanie, że prawda o wszystkich, którzy biorą pieniądze z PFRON-u, jest taka, że mają coś za uszami. Tak na pewno nie jest, dlatego celem powinno być to, żeby tę prawdę i tę obiektywną sytuację przedstawiać.

Popołudniowy komentarz walutowy z 30.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 30.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Budowa autostrady A1 będzie droższa o 400 milionów złotych

Autostrada A1 z Tuszyna do Częstochowy miała być gotowa na Euro2012. Nadal nie jest. Rząd twierdzi, że znalazł nowy pomysł na jej budowę. Tyle, że – jak sprawdził portal money.pl – o 400 mln zł droższy od poprzedniego scenariusza. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad szacowała, że wybudowanie A1 z Tuszyna w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego do Częstochowy kosztowałoby około 3,672 mld zł. Ale wiadomo, że ta prognoza jest już nieaktualna. Dlaczego? Bo to nie GDDKiA będzie budowała tę drogę.

Rząd chce, by zajęła się tym tzw. drogowa spółka specjalnego przeznaczenia. Zapisano to nawet w rządowym programie budowy dróg, ogłoszonym z wielką pompą pod koniec sierpnia. W tym samym programie nie znalazła się jednak kluczowa informacja: za ile specjalna spółka wybuduje drogę.

Kwota zapisana została w innym rządowym programie: „Śląsk 2.0”. Według tego dokumentu będzie to 4,1 mld zł. Czyli ponad 400 mln zł drożej, niż szacowała drogowa dyrekcja. Skąd ta rozbieżność?

– Kwota ujęta w programie Śląsk 2.0 jest jedynie szacunkiem, zaś koszt inwestycji ustalony zostanie po rozstrzygnięciu przetargu i wyłonieniu wykonawcy zadania – przekazały money.pl służby prasowe Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju.

A dlaczego wariant, że drogę ma budować specjalna spółka jest o kilkaset milionów droższy niż wariant, gdyby zajęła się tym GDDKiA? Na to konkretnej odpowiedzi brak. – Budowa odcinka przez drogową spółkę specjalnego przeznaczenia będzie z wielu względów, w tym ekonomicznych, korzystniejszym wariantem realizacji tej inwestycji – przekonuje tylko ministerstwo. Szczegółów nie zdradza.

Oficjalne statystyki podają, że ruch między Tuszynem a Częstochową to 30-45 tysięcy samochodów na dobę. To dużo. Rząd przyznaje, że ten fragment A1 jest wśród najpilniejszych inwestycji na terenie całej Polski. Brakująca autostrada ma spinać gotową już A1 na Pomorzu i w centralnej Polsce z S8 z Warszawy i A1 na Śląsku, a także, dzięki A4, z miastami w południowej Polsce.

Drogi wybudowane i w trakcie budowy 2015
Źródło: Raport money.pl

Aż dziwne, że tak ważnej drogi nadal nie ma. Zwłaszcza, że A1 ze Strykowa do Częstochowy miała być gotowa przed Euro 2012. Ale najpierw wygasła koncesja, bo konsorcjum, które miało budować drogę nie dopięło finansowania. Autostrada miała więc być budowana w systemie tradycyjnym, z pieniędzy budżetowych.

Następnie brakującą część autostrady między Strykowem a Pyrzowicami podzielono na dwie części. O ile fragment między Pyrzowicami a Częstochową zyskał status „w realizacji”, to między Częstochową a Tuszynem nadal nic się nie dzieje. Były wiceminister transportu Radosław Stępień zakładał się nawet, że jeżeli droga nie będzie gotowa na Euro, to przejedzie tę trasę rowerem. Wiceminister dotrzymał słowa i przejechał na rowerze ponad 200 kilometrów, ale A1 nie wydłużyła się dzięki temu nawet o metr.

Czy wersja rządowa będzie tańsza? Odpowiedzią, jak pisze money.pl, jest pewien zabieg księgowy. Cała konstrukcja ze spółką specjalnego przeznaczenia powstała, by koszty budowy nie obciążały deficytu finansów publicznych. Wiceminister infrastruktury Paweł Olszewski tłumaczył ostatnio w odpowiedzi na jedną z interpelacji poselskich, że autostrada będzie dochodowa i dlatego nie ma możliwości sfinansowania jej z pieniędzy unijnych. Spółka specjalnego przeznaczenia ma w całości należeć do Skarbu Państwa, a nadzorował ją będzie minister odpowiedzialny za transport. „Prace nad powołaniem spółki są zaawansowane” – zapewnił wiceminister.

Kilkaset milionów złotych kapitału założycielskiego dla spółki ma pochodzić z Krajowego Funduszu Drogowego. Resztę pieniędzy potrzebnych na budowę spółka ma zebrać z rynku. W ministerstwie portal money.pl dowiedział się, że opracowywany jest wniosek prenotyfikacyjny pomocy publicznej do KE. Mówiąc prościej, resort zapyta Komisję Europejską, czy taka konstrukcja, jaką sobie wymyślił, jest zgodna z unijnymi przepisami.

Trudny rynek powinien urealnić oczekiwania co do stóp zwrotu

&Lstroke;ukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
&Lstroke;ukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Okres hossy z lat 2003-2007 wciąż pozostaje w pamięci wielu inwestorów, którzy z utęsknieniem czekają na powtórkę tamtej atmosfery. Wówczas trwające silne trendy wzrostowe zapewniały wspaniałe środowisko do systematycznego pomnażania kapitału. Wszystko to działo się jednak przy pokaźnym wzroście gospodarczym oraz zupełnie innym poziomie stóp procentowych. Teraz środowisko jest całkowicie odmienne. Tak, jak wcześniej PKB potrafił przez dwa lata rosnąć o ponad 6%, tak teraz dynamiki na poziomie 4% nie jest w stanie przekroczyć. Dodatkowo stopy procentowe są rekordowo niskie. Według powszechnego mniemania niski koszt pieniądza dla giełdy jest korzystny, gdyż maleją koszty finansowania działalności spółek, a ich przyszłe przepływy pieniężne po zdyskontowania są dzisiaj więcej warte. Każdy kij ma jednak dwa końce, a ten drugi w przypadku środowiska umiarkowanego wzrostu oraz niskich stóp procentowych potrafi być nieprzyjemny. Otóż zmniejszeniu ulega spodziewana w przyszłości stopa zwrotu z zainwestowanego kapitału. Dotyczy to wszystkich klas aktywów, nie tylko giełdy. Oprocentowanie obligacji jest tak niskie, że trudno o ich dalsze spadki. Spready na obligacjach korporacyjnych też uległy takiemu zawężeniu, że ich atrakcyjność wyraźnie zmalała. Oprocentowanie lokat bardzo szybko spadło po tym, jak RPP obniżyła główną stopę do poziomu 1,5%. Może nieruchomości wciąż dają atrakcyjny zysk? Średnią stopę zwrotu z wynajmu można szacować  na 4%, co raczej ciężko uznać za wyjątkowo atrakcyjny poziom jak na kapitałochłonność oraz potrzebę zarządzania, z jaką wiąże się posiadanie nieruchomości. Nie jest więc tak, że trudna sytuacja na GPW jest odosobnionym w inwestycyjnym świecie przypadkiem. Właśnie dlatego tak popularne w ostatnim czasie stały się fundusze absolutnej stopy zwrotu, gdyż trudne środowisko premiuje elastyczną postawę, a podejście „kup i trzymaj” przy braku monitoringu potrafi być dla portfela kosztowne. Mimo jednak całej negatywnej aury oraz ostatnich nieprzyjemnych spadków na giełdzie, stwierdzić należy, że o katastrofie mówić nie można. Nie jest to okres regularnej bessy, skoro WIG od początku roku stracił 3%. Czy to zły wynik jak na widmo Chinageddonu bądź krajowego sporego przedwyborczego zamieszania? Mimo to należy otwarcie powiedzieć, że środowisko stało się trudne, ale nie jest na tyle beznadziejne, by pozbawić inwestora możliwości zarobku. Wymaga jednak wyłuskania spółek poszukiwanych przez kapitał, czyli wzrostowych i dywidendowych. Nie obejdzie się też bez elastyczności oraz racjonalnych oczekiwań obniżających możliwe do osiągnięcia stopy zwrotu i to ze wszystkich aktywów.