NIK o systemie krwiodawstwa i krwiolecznictwa

Ilość pozyskiwanej krwi i osocza zapewnia Polsce samowystarczalność. Jednak rosnące zapotrzebowanie na krew i jej składniki, przy utrzymującej się od 2010 roku na podobnym poziomie liczbie dawców, stwarza ryzyko niezabezpieczenia wystarczającej ilości krwi dla potrzeb leczenia pacjentów. NIK zwraca również uwagę, że w Polsce wciąż brakuje systemowego rozwiązania zagospodarowywania nadwyżek osocza. Polska, jako jeden z nielicznych dużych krajów europejskich, nie ma do tej pory własnej fabryki przetwarzającej osocze na produkty krwiopochodne i musi je kupować za granicą.

W Polsce, podobnie jak w większości państw europejskich, funkcjonuje centralny system krwiodawstwa. Gwarantuje on bezpieczeństwo zarówno dawcom jak i pacjentom leczonym krwią dzięki stosowaniu takich samych, sprawdzonych procedur pobierania oraz badania krwi i jej składników we wszystkich centrach krwiodawstwa i krwiolecznictwa na terenie całego kraju.

Krwiodawstwo w liczbach

Na koniec 2013 r. w ogólnokrajowym rejestrze zewidencjonowanych było ogółem 2,8 mln dawców krwi, jednak czynni, aktywni dawcy to jedynie mniej więcej jedna czwarta zarejestrowanych. Liczba osób zgłaszających się do oddania krwi systematycznie rosła. Nie przekładało się to jednak na istotny wzrost realnej liczby dawców, ponieważ z roku na rok coraz mniej chętnych spełniało warunki by dawcą zostać. Regularnie zwiększał się odsetek osób niedopuszczanych przez lekarzy do oddawania krwi: z 11% w 2010 r. do 15% w 2013 r.

Najczęstszymi przyczynami niezakwalifikowania potencjalnych dawców do oddania krwi w kontrolowanych centrach krwiodawstwa i krwiolecznictwa były m.in.: zbyt niskie stężenie hemoglobiny lub złe wyniki innych badań, przyjmowanie leków, ostre choroby układu oddechowego, zbyt niskie lub zbyt wysokie ciśnienie krwi.

Najczęstsze powody utylizacji krwi i jej składników w latach 2010-2013

Zaopatrzenie w krew i jej wykorzystanie

Polska na poziomie ogólnokrajowym osiągnęła samowystarczalność w zakresie zaopatrzenia w krew i jej składniki, jednak nie wszystkie potrzeby poszczególnych szpitali zostały w pełni zabezpieczone. Wciąż, zarówno w szpitalach, jak i w centrach krwiodawstwa zdarzają się okresowe nadwyżki i niedobory składników krwi. Skontrolowane szpitale w sytuacjach nagłych zawsze otrzymywały krew na tzw. „ratunek”, jednak bezpieczeństwo pacjentów to nie efekt sprawności systemu, ale operatywności dyrektorów szpitali i centrów krwiodawstwa.

System poboru krwi umożliwiał jej pozyskiwanie i swobodną dystrybucję na terenie całego kraju, a mimo to przy realizacji zamówień składanych przez szpitale brakowało właściwej koordynacji oraz współpracy pomiędzy poszczególnymi centrami, posiadającymi nadwyżki i niedobory składników krwi. Dzięki stworzonemu przez Narodowe Centrum Krwi mechanizmowi codziennego raportowania o stanie zapasów, poszczególne centra miały co prawda bieżące informacje o zasobach krwi w poszczególnych jednostkach, jednak już przy samej realizacji zamówień nie wykorzystywały wszystkich możliwości pozyskania brakujących składników krwi z innych, bliźniaczych placówek. Aż dwie trzecie skontrolowanych centrów krwiodawstwa i krwiolecznictwa nie realizowało w pełni wpływających do nich zamówień, a ograniczenia wydań składników krwi wahały się od pół – do ponad 12 proc.

Z wyjaśnień dyrektorów placówek wynika, że nawet w okresach niedoborów niechętnie kupują oni krew z innych jednostek posiadających nadwyżki, ponieważ każde centrum chce wykonać założony plan sprzedaży, niezbędny do otrzymania dofinansowania. W przypadku niewykonania planu, część dotacji podlega zwrotowi. Z tego powodu starają się także blokować możliwość zaopatrywania się przez szpitale ze swego regionu w innych centrach.

Czynnikiem dodatkowo ograniczającym pozyskiwanie składników krwi z innych jednostek i wpływającym na ostateczną cenę zakupu krwi mogą być również koszty transportu. Część centrów, oprócz cen za składniki krwi, pobierało od jednostek zamawiających opłaty za transport, niekiedy zróżnicowane jeszcze, w zależności od pory dnia czy dni roboczych lub świątecznych. Zdarza się jednak także, że niektóre centra za ten sam transport opłat nie pobierają, chcąc skutecznie zagospodarowywać posiadane nadwyżki.

NIK docenia przedsiębiorczość i aktywność wszystkich kierujących placówkami, zarówno dostarczającymi, jak i kupującymi krew, jednak zwraca uwagę na fakt, iż tak wrażliwy, oparty na honorowych donacjach rynek nie powinien być polem współzawodnictwa, ale współdziałania.

Tymczasem z kontroli NIK wynika, że w sytuacji okresowych kłopotów z dostępnością krwi lub jej składników (np. w okresie nagłego wzrostu zapotrzebowania na daną grupę krwi lub w okresie wakacyjnym) część szpitali musiała poszukiwać krwi na własną rękę lub przekładać zaplanowane zabiegi. Przypadki przesuwania zabiegów i przedłużania hospitalizacji pacjentów, spowodowane trudnościami z pozyskaniem krwi, wystąpiły w 25 proc. skontrolowanych szpitali oraz placówek leczniczych, w których NIK zasięgała informacji. Izba podkreśla jednak, że w żadnym ze skontrolowanych szpitali nie stwierdzono, by życie lub zdrowie pacjentów były z tego powodu zagrożone. Gdy krew była niezbędna dla ratowania życia ludzkiego, szpitale ją zdobywały.

Zdarzało się, że równolegle z brakami krwi w jednym miejscu, w innym – zarówno w centrach krwiodawstwa i krwiolecznictwa, jak i szpitalach – występowały przypadki niepełnego zagospodarowania posiadanych składników krwi w terminie ważności, co wymuszało ich utylizację.

W latach 2010-2013 wytworzono prawie 10 mln jednostek i opakowań składników krwi, z czego do celów klinicznych wydano niemal 6,3 mln (63 proc.). Pozostałe składniki magazynowano, część osocza zbywano wytwórniom farmaceutycznym, a nienadające się do wykorzystania nadwyżki poddawano utylizacji. We wszystkich centrach krwiodawstwa zutylizowano łącznie ok. 607 tys. jednostek i opakowań krwi i jej składników (ok. 6 proc. wytworzonych jednostek), w tym niemal 137 tys. jednostek i preparatów zniszczono z powodu przeterminowania. Szczególnie niepokoić może systematyczny wzrost liczby jednostek krwi i jej składników przeznaczonych do zniszczenia: z 4,9% w 2010 r. do 7,4% w 2013 r. Kontrola wykazała, że w 7 z 9 skontrolowanych centrów organizacja pobierania oraz zagospodarowania krwi nie zapewniała ograniczania strat spowodowanych przeterminowaniem pobranego materiału.

Chociaż Instytut Hematologii i Transfuzjologii oraz Narodowe Centrum Krwi prowadziły monitoring i analizę m.in. bieżących stanów zapasów w poszczególnych centrach, liczby jednostek krwi i jej składników wytworzonych oraz wydanych do leczenia, to jednak wciąż nie stworzono takich mechanizmów porównywania wielkości zamówień szpitalnych i stopnia ich realizacji przez centra, które pozwoliłyby na optymalizację wykorzystania i jednocześnie zmniejszenie rozmiarów utylizacji pozyskanej krwi z powodu przeterminowania.

Zaopatrzenie w produkty krwiopochodne i zagospodarowanie nadwyżek osocza

W Polsce brakuje systemowego rozwiązania zagospodarowywania nadwyżek osocza. Tylko ok. 30% pobieranego osocza wykorzystywane jest do celów klinicznych, reszta stanowi nadwyżkę, którą wykorzystuje się do produkcji leków krwiopochodnych. Polska, jako jeden z nielicznych już dużych krajów europejskich, nie ma do tej pory własnej fabryki przetwarzającej (frakcjonującej) osocze na produkty krwiopochodne i musi je kupować za granicą.

Rozdzielanie składników krwi

W Polsce wciąż występują problemy z pełnym wykorzystaniem pobranego osocza. W efekcie trzeba ponosić koszty jego magazynowania i przechowywania. Koszty poniesione z tego tytułu tylko w latach 2012-2013 wyniosły ogółem (w pięciu centrach) ponad 1,4 mln zł. Trzeba także pamiętać, że długotrwale przechowywane osocze stopniowo traci na wartości. Tym samym maleje cena, za jaką można je sprzedać producentom leków krwiopochodnych. Wartość osocza przechowywanego w sześciu skontrolowanych centrach na dzień 31 grudnia 2013 r. była niższa od ustalonej po jego wytworzeniu o blisko 12 mln zł.

Centra niejednokrotnie sprzedawały osocze do frakcjonowania za cenę niższą niż koszty jego wytworzenia. W latach 2010-2013 w siedmiu skontrolowanych centrach, różnica ta wynosiła blisko 42 mln zł. Brak możliwości pełnego zagospodarowania nadwyżek doprowadził do tego, że w latach 2010-2013 z powodu przeterminowania zutylizowano w Polsce 32,5 tys. jednostek osocza (czyli około 9 proc. rocznego zapotrzebowania na osocze).

NIK zwraca uwagę, że w Polsce wciąż nie powstała  fabryka przetwarzająca osocze polskich dawców. Problem ten nie został rozwiązany od lat 90-tych XX w., kiedy to próbowano uruchomić fabrykę frakcjonowania osocza.

Do końca 2009 r. centra sprzedawały nadwyżki osocza szwajcarskiemu frakcjonatorowi, ale umowa nie została przedłużona ze względu na brak porozumienia co do ceny. Pod koniec 2009 r. ogłoszono więc konkurs na sprzedaż nadwyżek, ale unieważniono go w maju 2010 r. W tym czasie rosły zapasy osocza i konieczne było ich kosztowne magazynowanie. W tej sytuacji podjęto negocjacje z niemieckim odbiorcą. Wynegocjowane warunki nie umożliwiały jednak sprzedaży całości nadwyżek, w dodatku uzyskana cena była o jedną trzecią niższa od oferowanej w postępowaniu konkursowym. Podpisana umowa dawała przewagę odbiorcy i stwarzała konieczność dalszego poszukiwania nabywców pozostałych nadwyżek osocza przez dyrektorów poszczególnych centrów. Ostatecznie zalegające nadwyżki były sprzedawane firmom farmaceutycznym m.in. z Polski, Niemiec, Włoch, Litwy, USA, na nie zawsze korzystnych dla centrów warunkach (uzyskiwane ceny osocza wahały się od 10 do 93 euro za litr).

W sierpniu 2010 r. przyjęto specjalny rządowy dokument, porządkujący problem przetwarzania nadwyżek osocza (Główne założenia przedsięwzięcia dotyczącego dostępności systemu ochrony zdrowia do produktów leczniczych (leków osoczopochodnych) wytwarzanych na terenie RP z osocza pochodzącego przede wszystkim od polskich dawców na lata 2010-2031).Zapisano w nim różne warianty systemowego zagospodarowania nadwyżek osocza i pozyskania produktów krwiopochodnych. Rozważano m.in.: powierzenie odpłatnego frakcjonowania osocza podmiotowi z zagranicy, skąd wytworzone leki wracałyby do kraju, przetwarzanie przez frakcjonatora zagranicznego osocza nabywanego po cenach rynkowych, przy jednoczesnym rozliczeniu poprzez przekazanie do Polski części leków wytworzonych na bazie tego osocza, a także sprzedaż osocza oraz zakup leków osoczopochodnych na wolnym rynku. Ostatecznie zdecydowano się na wariant przetwarzania osocza na terenie Polski przez zakład będący własnością prywatnego inwestora.

Jednak podjęte później przez resort zdrowia działania na rzecz systemowego rozwiązania zagospodarowania nadwyżek osocza i zabezpieczenia potrzeb pacjentów na leki krwiopochodne były nieskuteczne. Pozyskany potencjalny inwestor wycofał się z planu  budowy fabryki w 2012 r., m.in. z powodu braku zgody Prezesa Urzędu Zamówień Publicznych na umożliwienie placówkom leczniczym zakupu leków krwiopochodnych produkowanych w tej fabryce w trybie zamówienia z wolnej ręki. Od tego czasu minister zdrowia nie podejmował już kolejnych działań w celu ulokowania w Polsce fabryki osocza. Zrezygnowano też z możliwości przetworzenia pozyskanego przez centra osocza za granicą przez podmiot zewnętrzny. Obecnie nadwyżki osocza Polska sprzedaje, a oddzielnie kupuje produkty krwiopochodne (m.in. koncentraty czynników krzepnięcia wyprodukowane za granicą) od firm farmaceutycznych lub importerów.

Na koniec 2013 r. regionalne centra krwiodawstwa posiadały łącznie ponad 370 tys. litrów osocza, w tym nadwyżka ponad tzw. stan ustalony przez Ministra Zdrowia wynosiła 257 tys. litrów. Ponadto Wojskowe Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa posiadało 8,8 tys. litrów zgromadzonego osocza, a Centrum Ministerstwa Spraw Wewnętrznych ponad tysiąc litrów. Z tego zapasu prawie 25 tys. litrów osocza zostało pobrane w 2010 r. i wcześniej. (przydatność osocza do celów leczniczych wynosi trzy lata).

Zapewnienie bezpieczeństwa dawcom i biorcom krwi

W ocenie NIK prawidłowo stosowane procedury w ramach stworzonego przez państwo systemu krwiodawstwa i krwiolecznictwa, minimalizowały ryzyko zagrożenia zdrowia zarówno dawców, jak i biorców krwi. O skuteczności systemu świadczy znikoma liczba niepożądanych reakcji oraz powikłań poprzetoczeniowych w stosunku do przeprowadzonych transfuzji. Odsetek zgłoszonych przez szpitale do skontrolowanych centrów krwiodawstwa powikłań poprzetoczeniowych wahał się od 0,002 proc. do 0,8 proc.

Centra posiadały wymagane akredytacje i zezwolenia, wdrożyły systemy zapewnienia jakości oraz przestrzegały warunków pobierania, badania, przetwarzania i przechowywania krwi. Każdorazowo badano pozyskaną od dawców krew i jej składniki, przeprowadzano badania serologiczne oraz nadzorowano leczenie krwią w szpitalach. W razie powikłań po przetoczeniu krwi, szczegółowo analizowano każdy przypadek, w celu ustalenia przyczyn.

Przy tej okazji NIK zwraca uwagę na deficyt lekarzy specjalistów i szkoleń w dziedzinie transfuzjologii. Jak wynika z danych posiadanych przez Narodowe Centrum Krwi nie we wszystkich szpitalach przetaczających krew wyznaczono lekarzy odpowiedzialnych za gospodarkę krwią, choć jest taki obowiązek. W skontrolowanych przez NIK szpitalach tacy lekarze-koordynatorzy zostali wyznaczeni, jednak wobec braku transfuzjologów, obowiązki te powierzano lekarzom innych specjalności.

Jednostki organizacyjne publicznej służby krwi prowadziły działalność szkoleniową w zakresie krwiolecznictwa, ale w 25 proc. skontrolowanych podmiotów leczniczych ich kierownicy nie zapewnili udziału w tych szkoleniach lekarzy odpowiedzialnych za gospodarkę krwią lub pielęgniarek dokonujących przetoczeń krwi i jej składników.

Wnioski

Od 2010 r. liczba dawców w Polsce utrzymuje się na względnie stałym poziomie, a jednocześnie rośnie zapotrzebowanie na krew i jej składniki. W najbliższych latach istnieje więc ryzyko niezabezpieczenia wystarczającej ilości krwi dla potrzeb leczenia pacjentów, jeżeli nie zostaną podjęte skuteczne działania na rzecz utrzymania dotychczasowych oraz pozyskania nowych dawców i optymalizacji wykorzystania krwi.

Z uwagi na występujące w tym samym czasie przypadki z jednej strony niedoborów, a z drugiej nadwyżek składników krwi w poszczególnych centrach, niezbędne jest także zapewnienie właściwej koordynacji gospodarki krwią na terenie kraju, przede wszystkim ograniczenie zniszczeń i optymalne wykorzystanie krwi i jej składników. W tym celu wskazane jest stworzenie skutecznych i efektywnych mechanizmów dystrybucji składników krwi pomiędzy centrami.

Jak wskazują wyniki ankiety przeprowadzonej przez NIK wśród krwiodawców, główną motywacją do oddania krwi jest chęć pomocy innym ludziom. Takiej odpowiedzi udzieliło blisko 90 % dawców. Jako podstawowe źródło informacji o idei honorowego krwiodawstwa krwiodawcy najczęściej wskazywali rodzinę i znajomych (45,4%), szkołę lub studia (33,5%) oraz pracę (8,9%), a niespełna 3% pracowników centrów lub służby zdrowia. Tylko 5,3% ankietowanych o idei honorowego krwiodawstwa dowiedziało się ze środków masowego przekazu, które jednocześnie aż 60% ankietowanych uznało za najskuteczniejszą formę popularyzacji i promocji krwiodawstwa, która przekonałaby ich do dalszego oddawania krwi. Wśród innych skutecznych form popularyzacji krwiodawstwa ankietowani wymieniali najczęściej akcje krwiodawstwa w szkołach połączone z wykładem lekarza i prelekcje osób oddających krew.

Zapytani o sugestie dotyczące zmian w honorowym krwiodawstwie, ankietowani proponowali najczęściej wydłużenie godzin, w których można oddawać krew i umożliwienie oddania krwi w soboty oraz możliwość egzekwowania przysługujących uprawnień, w tym korzystania ze świadczeń opieki zdrowotnej poza kolejnością.

Zmiany rozliczania odsetek od pożyczek

1 stycznia 2015 r. weszły w życie przepisy wprowadzające istotne zmiany w zasadach podatkowego rozliczania odsetek od – szeroko rozumianych – pożyczek.

Polegają one na modyfikacji istniejących przepisów dotyczących tzw. niedostatecznej (cienkiej) kapitalizacji oraz wprowadzeniu alternatywnej w stosunku do przepisów o tzw. niedostatecznej (cienkiej) kapitalizacji regulacji określającej metodę ujmowania w kosztach podatkowych odsetek od pożyczek.

Nowe rozwiązania wprowadzono na podstawie ustawy z dnia 29 sierpnia 2014 r. o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych oraz niektórych innych ustaw (Dz. U. poz. 1328 i 1478).

Obszerne wyjaśnienia dotyczące nowej regulacji są dostępne w materiale: Nowe zasady limitowania wysokości odsetek zaliczanych do kosztów uzyskania przychodów obowiązujące w podatku dochodowym od osób prawnych

Termin na składanie deklaracji podatkowych

0

Od 1 stycznia 2015 r. przepis art. 12 § 5 ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. – Ordynacja podatkowa (Dz. U. z 2012 r. poz. 749, z późn. zm.), ma nowe brzmienie nadane ustawą z dnia 25 lipca 2014 r. o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz ustawy – Ordynacja podatkowa (Dz. U. poz. 1171): „Jeżeli ostatni dzień terminu przypada na sobotę lub dzień ustawowo wolny od pracy, za ostatni dzień terminu uważa się następny dzień po dniu lub dniach wolnych od pracy, chyba że ustawy podatkowe stanowią inaczej.„. Nowa jest końcowa część przepisu wskazująca na możliwość określenia w innych ustawach wyjątku od zasady wynikającej z tego przepisu. Aktualnie wyjątek jest jeden i dotyczy on terminu składania deklaracji VAT w procedurze szczególnej rozliczania VAT od usług telekomunikacyjnych, usług nadawczych lub usług elektronicznych świadczonych na rzecz osób niebędących podatnikami, zlokalizowanych w innych państwach członkowskich Unii Europejskiej – procedurze MOSS (art. 130c ust. 3 oraz art. 133 ust. 2a ustawy o podatku od towarów i usług).

Deklaracje w procedurze MOSS składa się za okresy kwartalne do 20. dnia miesiąca następującego po każdym kolejnym kwartale, bez względu na to, czy dzień ten przypada na sobotę lub dzień ustawowo wolny od pracy. Termin ten jest wspólny dla wszystkich państw członkowskich UE, na jego określenie nie mają zatem wpływu krajowe ustalenia, co do dni ustawowo wolnych od pracy. MOSS to system uproszczony, w którym deklaracje składa się wyłącznie elektronicznie, a bramka do ich przyjmowania otwarta jest 24h/dobę 7 dni w tygodniu. Stąd też w przywołanych art. 130c ust. 3 i 133 ust. 2a wprost zapisano, iż termin ten upływa również, gdy ostatni dzień terminu przypada na sobotę lub dzień ustawowo wolny od pracy. Taki sposób obliczania terminu nie dotyczy terminów składania „krajowych” deklaracji VAT oraz deklaracji podatkowych w innych podatkach. Nie dotyczy także terminów płatności podatków. Zasady obliczania terminów płatności podatków i terminów składania deklaracji pozostają niezmienione, z wyjątkiem szczególnej regulacji dotyczącej deklaracji VAT w procedurze MOSS. Obecnie nie planuje się zmian przepisów wprowadzających inne wyłączenia w zakresie obliczania terminów.

GPW chce promować rynek terminowy. Chętni do inwestowania w kontrakty mają szansę nauczyć się mechanizmów działania tego instrumentu

CEO Magazyn Polska

Stabilizacja notowań głównych indeksów na warszawskim parkiecie powoduje, że na zyski mogą liczyć ci, którzy dobrze wybrali spółki do portfela, lub grający na kontraktach terminowych. Niestety, niewielu inwestorów potrafi na nich zarabiać. Tym, którzy chcieliby spróbować swoich sił na tym rynku, GPW w Warszawie proponuje „jazdę próbną”.

Kontrakty terminowe to nie jest rynek dla początkujących – przestrzegają specjaliści. Na dodatek inwestowanie w nie wiąże się ze sporym ryzykiem.

Kontrakty terminowe to instrumenty z dźwignią finansową, pozwalają na zarabianie zarówno wtedy, kiedy instrument bazowy rośnie, jak i wtedy, kiedy spada mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Kwaśniewski z Działu Relacji z Inwestorami i Członkami Giełdy GPW w Warszawie. Pamiętajmy o tym, że z dźwignią finansową wiąże się jednak nie tylko zarobek, lecz także ryzyko, dlatego są to instrumenty przeznaczone dla inwestorów, którzy już znają giełdę, którzy mają pewne doświadczenie i pewien zasób wiedzy.

Giełdzie zależy na edukacji inwestorów. Wraz z Krajowym Depozytem Papierów Wartościowych, 11 biurami maklerskimi oraz Stowarzyszeniem Inwestorów Indywidualnych zorganizowała więc edukacyjny konkurs, który pozwoli zainteresowanym na bezbolesne zapoznanie się z rynkiem kontraktów terminowych.

Te osoby, które jeszcze nie inwestowały, a chciałyby spróbować, tylko się boją, zapraszamy do konkursu, który właśnie trwa informuje Marcin Kwaśniewski.  Konkurs Futures Masters przeznaczony dla wszystkich, którzy chcą nauczyć się inwestowania właśnie w kontrakty terminowe.

Uczestnicy konkursu będą mieli do wyboru trzy kontrakty terminowe: kontrakt na indeks WIG20, kontrakt na indeks mWIG40 oraz parę walutową dolar-złoty. Rachunki są wirtualne, a udział w zawodach bezpłatny.

Konkurs ten jest doskonałym połączeniem praktyki z teorią – podkreśla przedstawiciel GPW w Warszawie. – Pozwoli osobom, które są zainteresowane kontraktami terminowymi, spróbować swoich sił na wirtualnych rachunkach. Do dyspozycji będzie 50 tys. wirtualnych złotych, a uczestnicy będą inwestowali w interwałach tygodniowych. Czyli będzie to 5 edycji konkursu, trwających od poniedziałku do piątku i po każdej edycji zostanie wyłonionych 10 zwycięzców.

Na osobę, która zajmie pierwsze miejsce w konkursie, czekają 4 tys. zł nagrody. Za drugie miejsce przewidziano 3 tys., za trzecie – 2 tys., a za czwarte miejsce – 1 tys. zł. Osoby, które zajmą od piątego do dziesiątego miejsca, zostaną uhonorowane nagrodami pieniężnymi w wysokości 500 zł. Konkurs ma jednak promować nie tylko sukces inwestycyjny, lecz także sprawność w wykorzystywaniu zdobywanej wiedzy. Uczestnicy będą też w trakcie gry otrzymywać odznaki.

 Odznaki będą zbierane przez uczestników konkursu przez cały okres trwania tego projektu, czyli przez 5 tygodni – zapowiada Marcin Kwaśniewski z GPW.  Będą to po prostu punkty przyznawane za pewne czynności, np. za wykonanie określonej liczby transakcji w ciągu danej sesji albo za osiągnięcie najwyższej dziennej stopy zwrotu. Trzech najlepszych uczestników, czyli tych mających największą liczbę odznak, a w związku z tym najwyższą sumę punktów, otrzyma nagrody.

Jak podaje GPW, po korekcie uwzględniającej zakończenie w czerwcu ubiegłego roku handlu kontraktami terminowymi z mnożnikiem 10 zł wolumen obrotu kontraktami na indeksy w całym 2014 r. wzrósł o 6,0 proc. względem 2013 r., osiągając poziom 4,5 mln sztuk. Wolumen obrotu kontraktami terminowymi na indeksy wyniósł w samym grudniu 2014 r. 508,9 tys. szt., natomiast wolumen obrotu pozostałymi kontraktami (akcje, waluty i stopy procentowe) w tym samym miesiącu osiągnął poziom 307,7 tys. sztuk.

Polskie ePłatności nie wykluczają przejęcia firmy z branży. Spółka chce się znaleźć w pierwszej trójce największych polskich agentów rozliczeniowych

0

CEO Magazyn Polska

Polskie ePłatności chcą się znaleźć w pierwszej trójce największych agentów rozliczeniowych w Polsce. Firma, która ma dziś ponad 8,5-proc. udział w rynku polskich terminali płatniczych, nie wyklucza przejęcia któregoś z mniejszych konkurentów. Przyszłość widzi przede wszystkim w rozwoju sieci urządzeń do akceptacji płatności telefonem komórkowym.

Dzięki szybkiej rozbudowie sieci oraz wyposażeniu w funkcjonalność do akceptacji płatności smartfonami Polskie ePłatności – agent rozliczeniowy, działający od 2010 roku, próg rentowności operacyjnej osiągnął po 3,5 roku działalności, czyli od niemal dwóch lat już na siebie zarabia. Jak podkreśla prezes spółki, zajęło jej to mniej czasu niż konkurentom, którzy startowali na rynku wcześniej, gdy był on mniej rozwinięty.

– Osiągnięcie równowagi przez firmy takie, jak First Data (dawny Polcard) czy eService, trwało 5-7 lat, Polskim ePłatnościom udało się to osiągnąć po 3,5 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Janusz Bober, prezes zarządu spółki. Pokazuje to, że efektywnie budowaliśmy nasz biznes. Oczywiście można mówić, że 10 czy 12 lat temu warunki na rynku był zupełnie inne niż dzisiaj, to jest zresztą prawda. Dzisiaj świadomość płatności kartowych jest dużo większa niż wtedy, dlatego na pewno dla Polskich ePłatności ta sytuacja była handicapem.

Na polskim rynku działa dziś około 350 tys. terminali płatniczych. Z tego Polskie ePłatności mają blisko 30 tys. Polski rynek nowoczesnych płatności rozwija się dziś bardzo szybko, jednak do poziomu nasycenia państw starej Unii jeszcze mu bardzo daleko. Na milion mieszkańców w Polsce przypada ok. 8,5 tys. terminali. W całej Unii średnia sięga 18 tys. To pozwala Polskim ePłatnościom z optymizmem myśleć o dalszym rozwoju.

– Czas, w którym można było łatwo zwiększać udziały rynkowe, już się skończył – podkreśla Janusz Bober.  Nie oznacza to jednak, że na rynku nie będą zachodziły procesy konsolidacyjne. Jest dużo organizacji, które zajmują się głównie np. sprzedażą prepaida. Być może trzeba będzie pomyśleć o jakiejś konsolidacji i zdecydowanie przyśpieszyć ten rozwój organiczny. Cel, który stawiam naszej firmie, to bycie jednym z największych, czyli znalezienie się w pierwszej trójce.

Polskie ePłatności przewidują nie tylko rozwój sieci terminali. Na polskim rynku będą się też systematycznie pojawiały najnowsze rozwiązania. Technologicznie w płatnościach następuje bardzo szybki rozwój, a to co przyjmuje się w innych krajach, sprawdza się też w Polsce.

– Od samego początku stawialiśmy na nowoczesność – deklaruje prezes Polskich ePłatności.Wszystkie nasze terminale już w 2010 r. były oferowane z funkcjonalnością akceptacji bez styku. Na naszych terminalach funkcjonują schematy lojalnościowe, programy giftowe. Dzisiaj rozmawiamy o płatnościach mobilnych, także e-commerce jest tutaj w dość dużym obszarze zainteresowań Polskich ePłatności. Uważam, że Polskie ePłatności będą beneficjentem tych zmian i będą pierwsze wszędzie tam, gdzie będzie się działo coś nowego.

Prezes jest optymistą, bo jak zaznacza, spółka swe cele od początku realizuje zgodnie z planami. Obecnie na polskim rynku działa 20 agentów rozliczeniowych, jednak Polskie ePłatności na tyle wysoko oceniają własne kompetencje, że nie obawiają się o swoją pozycję.

Nieskromnie powiem, że znaliśmy się trochę na tym biznesie – zaznacza Janusz Bober, prezes Polskich ePłatności. Przez lata prowadziliśmy badania i prace w zakresie systemów kartowych, w związku z tym mieliśmy wiedzę na temat technologii i prowadzenia biznes. A połączenie tych dwóch elementów spowodowało, że nasz rozwój był ukierunkowany, dzięki czemu nie traciliśmy energii na niepotrzebne ruchy.

Właścicielem połowy udziałów w Polskich ePłatnościach jest giełdowy OPTeam.

R. Sadoch (Plus Bank): Kurs franka powinien spaść. Jego obniżenie leży w interesie szwajcarskiej gospodarki

Frank może potanieć. W interesie samych Szwajcarów leży to, by ich waluta nie była za mocna. Można więc oczekiwać, że Szwajcarski Bank Narodowy poczyni odpowiednie kroki, które doprowadzą do osłabienia franka. Zamiast panikować i przewalutowywać kredyty, lepiej więc poczekać.

Decyzja szwajcarskiego banku centralnego, który w połowie stycznia zrezygnował z obrony kursu 1,2 franka za euro była zaskakująca, ale zrozumiała. Europejski Bank Centralny luzuje swą politykę pieniężną, by osłabić euro i ożywić gospodarkę. Wczoraj Mario Draghi zgodnie z oczekiwaniami zapowiedział wsparcie gospodarki Eurolandu, i to nieco wyższą od spodziewanej kwotą 60 mld euro miesięcznie, poprzez skup obligacji. To spowodowało również oczekiwane osłabienie euro. Utrzymując sztywną granicę dla wzrostu wartości franka, Szwajcarzy musieliby drukować coraz więcej pieniędzy, by mieć czym finansować ten kurs.

Bank Szwajcarii odszedł od pewnego pułapu, przy którym bronił wartości swojej waluty, dlatego że w długim horyzoncie prowadzi to do powstania  pewnych nierównowag w gospodarce szwajcarskiej mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Sadoch, ekonomista Plus Banku. Bank nie może w nieskończoność drukować swojej waluty, bo prędzej czy później ona może wrócić do kraju i przyczynić się do wzrostu presji inflacyjnej. Zatem raczej nie uważam, że ten kurs zostanie ustalony gdzieś wcześniej. Spodziewam się tylko tego, że bank może interweniować na rynku walutowym.

Niektóre skutki decyzji szwajcarskiego banku centralnego są bowiem i zaskakujące, i niekorzystne dla samych Szwajcarów. Wysoki kurs franka to nie tylko kłopoty zadłużonych we frankach, ale i spadek konkurencyjności tamtejszych eksporterów.

To silne umocnienie franka nie było oczekiwane przez szwajcarskich bankierów centralnych zwraca uwagę Rafał Sadoch.  Być może na kolejnych posiedzeniach oni będą dostosowywać swoją politykę monetarną do tych w jakiś sposób niewyważonych narzędzi. Oni zamienili narzędzia, zamienili obronę kursu waluty na głębokie cięcie stóp procentowych i widać, że to cięcie stóp procentowych było niewystarczające. Zatem kiedy tylko sytuacja się ustabilizuje, oni będą pewnie podejmować kolejne działania zmierzające do osłabienia wartości franka.

Zatem zamiast wykonywać paniczne ruchy, jak przewalutowanie kredytów (co przy mocnej walucie jest wyjątkowo nieracjonalne) czy występowanie na drogę sądową przeciw bankom, Polacy powinni najpierw poczekać na ustabilizowanie sytuacji.

Wydaje mi się, że w obecnej sytuacji ci kredytobiorcy frankowi, którzy mogą mieć jakieś krótkoterminowe problemy w spłacaniu swoich rat, abstrahując od tego, że ich jest niewielu, powinni nieco zacisnąć pasa, zorganizować te dodatkowe 200-300 zł, a nie próbować coś robić z tymi kredytami – doradza ekonomista Plus Banku. – Tak jak już mówiłem wcześniej, wydaje mi się, że kurs franka się ustabilizuje i obniżyć, bo Szwajcarski Bank Narodowy może poczynić kolejne kroki w kierunku osłabienia swojej waluty.

Obecnie wszystkie inne rozwiązania są kosztowne i niosą za sobą negatywne skutki. Przewalutowanie kredytów po kursie obecnym oznaczałoby straty zadłużonych. Przewalutowanie po kursie z chwili zaciągnięcia kredytu – straty banków. To z kolei uderzyłoby w tych klientów, którzy w bankach trzymają oszczędności.

Kto miałby te gigantyczne straty ponieść? pyta Rafał Sadoch z Plus Banku.  Są one szacowane na kilkadziesiąt miliardów złotych. Dla sektora bankowego oznaczałoby to redukcję kapitału o około jedną trzecią, a to wiązałoby się z niewypłacalnością kilku polskich banków.

W skali całej polskiej gospodarki nawet pozostawanie franka na poziomie powyżej 4 zł przez cały 2015 rok nie powinno – zdaniem ekonomisty – mocno odcisnąć się na konsumpcji. Z jego wyliczeń wynika, że spowolniłoby to wzrost PKB o nie więcej niż 0,1 pkt proc.

Kontrole skarbowe ograniczyły szarą strefę na rynku paliwowym. To zachęca koncerny do inwestycji

Poprawia się sytuacja na polskim rynku paliwowym. Ceny są coraz niższe, a współpraca służb skarbowych i policji przyczynia się do dalszego ograniczania szarej strefy w tej branży. To sprawia, że polski rynek staje się atrakcyjny dla nowych firm. Otwarcie 100 stacji w ciągu dwóch lat zapowiada koncern Total.

Sytuacja na polskim rynku paliwowym przez ostatnie 2 lata był bardzo trudna, przede wszystkim z powodu szarej strefy – mówi agencji informacyjnej Newseria Magdalena Myszczyszyn, dyrektor oddziału stacji i hurtu paliw Total Polska. – Niedawno wprowadzono jednak zmiany legislacyjne, które spowodowały, że rynek zaczął się stabilizować. Mam nadzieję, że teraz dla każdego koncernu i każdej firmy działającej legalnie na polskim rynku jest przyszłość.

W cenie benzyny na stacji mniej niż połowa to koszt paliwa. Jak podaje BM Reflex, koszt zakupu paliwa w rafinerii to tylko 35 proc. ceny benzyny 95 i 42-proc. oleju napędowego. Reszta to podatki, VAT, akcyza, opłata paliwowa i kilkuprocentowa marża detaliczna. Te wysokie daniny, jakie płacą w Polsce kierowcy, sprawiają, że oszukiwanie fiskusa może być opłacalne. W rezultacie szatra strefa na paliwowym rynku jest silna i ogranicza zyski legalnych sprzedawców.

Dystrybutorzy bardzo liczą na to, że walka skarbówki z szarą strefą przyniesie rezultaty. Sprzyja im jednak także rynek. Czarne złoto tanieje od lata i dziś baryłka ropy Brent kosztuje około 50 dolarów, czyli aż o 60 dolarów mniej niż w połowie zeszłego roku. Wraz z tanią ropa tanieją też paliwa na stacjach. Dziś średnia cena benzyny na stacja spadła poniżej 4,50 zł za litr, a w niektórych regionach bliska jest 4,30 zł. Rok temu kosztowała o ponad złotówkę więcej. Diesel potaniał w podobnej skali.

Specjaliści wypowiadają się z optymizmem o kwestii konsumpcji diesla – ta ma nieznacznie wzrosnąć, natomiast konsumpcja benzyny ma nieznacznie spaść – podkreśla Magdalena Myszczyszyn. – Prognozy są optymistyczne, może w końcu uporamy się z problemem szarej strefy, który do tej pory nas dotykał.

Dzięki tym optymistycznym prognozom firmy paliwowe przymierzają się do inwestycji na polskim rynku. Total podkreśla, że zaczyna nowy rozdział w swojej historii. Będzie otwierał stacje paliw w Polsce pod własną marką. W ciągu następnych dwóch lat planuje otworzyć aż 100.

Naszym naturalnym regionem rozwojowym będzie zachód i południe Polski, dlatego że najbliższa sieć detaliczna Total znajduje się w Niemczech, mamy tam trzecią pozycję – informuje dyrektor oddziału stacji i hurtu paliw Total Polska.

Inwestycje koncernu już się rozpoczęły. Pod koniec 2014 roku powstały dwie pierwsze stacje Total w Polsce: w Białym Borze, między Piłą i Słupskiem, oraz przy granicy polsko-niemieckiej w Słubicach.

Jest to duża stacja nastawiona głównie na ciężarówki, ale ma również dobrą ofertę dla klientów indywidualnych, głównie są to klienci niemieccy – zaznacza Magdalena Myszczyszyn. – Stacja ma cały zakres paliw, nawet paliwa premium, mowa tu o paliwach Excellium. Oprócz tego jest AdBlue, LPG. Stacja w Białym Borze ma zupełnie inny charakter, choć też jest nastawiona głównie na obsługę ciężarówek i klientów indywidualnych.

Ministerstwo Finansów: Popyt wewnętrzny napędzi wzrost gospodarczy. Prognozy krajowe lepsze od prognoz Banku Światowego

Popyt wewnętrzny wynikający z malejącego bezrobocia i rosnących płac będzie motorem wzrostu PKB w tym roku ‒ ocenia resort finansów. Eksperci Banku Światowego podkreślają skuteczność reform strukturalnych i prognozują 3,2 proc. wzrostu PKB Polski w tym roku. Ministerstwo Finansów utrzymuje, że gospodarka urośnie o 3,4 proc.

Głównym motorem wzrostu polskiej gospodarki w tym roku będzie popyt wewnętrzny. Nie będzie nim popyt zewnętrzny, dlatego że raport Banku Światowego pokazuje, że gospodarka europejska po raz kolejny będzie rozczarowywać. Popyt zewnętrzny będzie odgrywał ograniczoną rolę – mówi agencji informacyjnej Newseria Artur Radziwiłł, wiceminister finansów, pełnomocnik ds. wprowadzenia euro. – Siła popytu wewnętrznego w Polsce bierze się z poprawy sytuacji na rynku pracy: spadającego bezrobocia, rosnącego zatrudnienia i pozytywnej dynamiki wynagrodzeń.

Wiceminister finansów przekonuje, że malejące bezrobocie oraz rosnące płace wpływają pozytywnie na konsumpcję. Do tego w Polsce szybko rośnie wartość inwestycji, co – jak przekonuje Radziwiłł – wynika m.in. z dobrego wizerunku naszego kraju wśród zagranicznych inwestorów.

Radziwiłł dodaje, że eksperci Banku Światowego doceniają także elastyczność polskiej gospodarki oraz dużą zdolność polskich podmiotów do dostosowywania się do szoków na rynkach globalnych. Do tego dochodzi stabilność sektora finansów publicznych oraz instytucji finansowych.

‒ Nasza stopa wzrostu jest znacznie wyższa niż w innych krajach Europy. Wszystko dzięki stabilnej pozycji makroekonomicznej budowanej przez odpowiedzialną politykę fiskalną w ciągu ostatnich lat oraz ambitnemu i ‒ jak to ocenili eksperci Banku Światowego  szybko wdrażanemu programowi reform strukturalnych, które zwiększają elastyczność, odporność i dynamikę polskiej gospodarki – przekonuje Radziwiłł.

Bank Światowy ocenia jednak perspektywę wzrostu dla polskiej gospodarki nieco słabiej niż resort finansów. Eksperci z tej instytucji szacują, że w tym roku polskie PKB wzrośnie o 3,2 proc. – najwięcej w regionie (tyle samo wynosi prognoza dla Litwy). Radziwiłł oczekuje jednak, że głównie dzięki popytowi wewnętrznemu Polska ma osiągnąć w tym roku nawet 3,4 proc. wzrostu PKB. Resort finansów utrzymuje, że uda się wypracować taki wzrost.

Niskie ceny, z jakimi polska gospodarka ma do czynienia od połowy ubiegłego roku, podbijają jeszcze siłą nabywczą Polaków. Radziwiłł ocenia, że indeks cen na pewno będzie spadał jeszcze przez kilka miesięcy. Mają na to wpływ nie tylko ceny ropy naftowej, które w ciągu ostatniego roku spadły o ponad 50 proc., lecz także ceny żywności.

Na spadek cen mają wpływ dwa czynniki: urodzaj w Polsce i sankcje wprowadzone przez Rosję – podkreśla Radziwiłł.

W tym roku niewiele nowych dróg zostanie oddanych do użytku. GDDKiA koncentruje się na trwających budowach i przetargach

Tylko nieco ponad 50 kilometrów nowych dróg krajowych, ekspresowych i autostrad zostanie oddanych do użytku w tym roku. Na 1,5 tys. km dróg trwają prace lub postępowania przetargowe. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad podkreśla, że w kolejnych latach nastąpi przyspieszenie, bo ten rok jest przede wszystkim czasem planowania przetargów i inwestycji.

Ten rok to przede wszystkim postępowania przetargowe, wybieranie nowych wykonawców oraz sprawne przeprowadzenie postępowań. Oddamy w tym roku 56,5 km nowych odcinków dróg – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Krynicki, rzecznik prasowy GDDKiA. ‒ Oddawanych odcinków będzie niewiele, ale za to będzie bardzo dużo odcinków, na których będziemy rozpoczynać realizację bądź dalej prowadzić postępowanie przetargowe w celu jak najszybszego wyłonienia wykonawcy.

W realizacji jest ponad 500 kilometrów nowych dróg zarządzanych przez GDDKiA. Wśród najważniejszych inwestycji Krynicki wylicza dokończenie autostrady A4 na odcinku pomiędzy Rzeszowem a Jarosławiem oraz odcinek autostrady A1 ze Strykowa do Tuszyna. Ten pierwszy projekt zapewni pierwsze całkowicie autostradowe połączenie od wschodniej do zachodniej granicy kraju, a drugi znacznie ułatwi dojazd m.in. z Wrocławia do Warszawy.

Trwają również prace przy obwodnicach miast (m.in. Wielunia i Bełchatowa), budowane są także kolejne fragmenty dróg ekspresowych S3 (na południe od Nowej Soli) i S5 (na północ od Wrocławia).

Kolejne 1000 km dróg jest na etapie postępowań przetargowych.

Mamy chociażby drogę S7, połączenie Trójmiasta z Olsztynem i dalej w stronę Warszawy. Prowadzimy postępowania przetargowe na Pomorzu Zachodnim, na cały odcinek drogi S6 – połączenie Koszalina ze Szczecinem, na autostradę A1, czyli odcinek, który po połączeniu z drogą krajową nr 1 i budowaną w centralnej Polsce autostradę A1 da pełne połączenie północ-południe, czyli od Trójmiasta aż do Czech – wylicza Krynicki.

Podkreśla, że pełna lista odcinków jest znacznie dłuższa. Priorytetem jest realizacja inwestycji z Programu Budowy Dróg Krajowych oraz połączenie już istniejących odcinków szybkich tras w spójną sieć. W najbliższych latach GDDKiA chce połączyć trzy istniejące autostrady z drogami ekspresowymi, które zapewniają szybki dojazd do coraz większej liczby miast.

Niektóre z tych połączeń są szczególnie strategiczne dla gospodarki i sieci transportowej Polski. Krynicki wymienia wśród nich połączenie portów w Szczecinie i Świnoujściu z autostradą A4 poprzez drogę ekspresową S3. To zapewni szybszy transfer towarów z tych portów na Ukrainę oraz do południowych sąsiadów Polski, a także usprawni transport do Niemiec (który już istnieje dzięki połączeniu S3 z A2).

Dalej mamy drogę S5, połączenie Trójmiasta poprzez autostradę i drogę S5 z Poznaniem i Wrocławiem, aż do autostrady A4. Do końca tego roku będziemy mogli oddać wylot drogi S8 [z Warszawy w stronę Krakowa – red.] Opacz-Paszków – wylicza Krynicki.

Dodaje, że kolejne fragmenty dróg wyjazdowych z Warszawy na południe (S7 i S8) są już w postępowaniach przetargowych. Trwa także budowa połączenia stolicy z Białymstokiem (S8), a także przygotowanie realizacji odcinka trasy S19 pomiędzy Lublinem a Rzeszowem i kolejnych fragmentów S17 z Warszawy do Lublina. Krynicki zapowiada, że trwają już prace zmierzające do ukończenia budowy S17 na całym odcinku ze stolicy do Lublina.

Zadłużeni we frankach nie są w sytuacji bez wyjścia. Mogą wystąpić o zmianę warunków umowy

Kredyty we frankach spłaca 550 tys. Polaków. Po uwolnieniu kursu szwajcarskiej waluty raty kredytów wzrosły o ponad 20 proc., a łączne zadłużenie o 30 mld zł. W dyskusjach wraca więc temat możliwości powołania się przed sądem na nadzwyczajną zmianę stosunków i renegocjacji umów kredytowych. W ocenie eksperta Kancelarii Ostrowski i Wspólnicy na porozumienie są szanse, więc gra jest warta świeczki.

Problem kredytu we frankach szwajcarskich nie rozpoczął się decyzją banku centralnego Szwajcarii o uwolnieniu kursu franka, to problem systemowy. Dlatego należy się zastanowić, czy w toku wykonywania umowy nie zaszły takie okoliczności, które powodują, że wykonanie umowy jest nadmiernie trudne, a utrzymanie stosunku zobowiązaniowego nie jest możliwe – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Cioban, radca prawny i partner w Kancelarii Ostrowski i Wspólnicy.

Zgodnie z art. 357[1] Kodeksu cywilnego jeśli z powodu nadzwyczajnej zmiany stosunków spełnienie świadczenia oznaczałoby nadmierne trudności lub straty dla jednej ze stron, czego strony nie przewidywały przy zawarciu umowy, sąd może po rozważeniu interesów stron zmienić sposób wykonania, wysokość świadczenia lub orzec o rozwiązaniu umowy. Część ekspertów twierdzi, że ostatnia decyzja szwajcarskiego banku i jej skutki mogą być traktowane jako nadzwyczajna zmiana stosunków.

Jeżelibyśmy rozpatrywali możliwość zmiany stosunków umownych tylko w oparciu o ostatnią decyzję, to musielibyśmy szybko dojść do wniosku, że być może żądanie zmiany umowy jest przedwczesne – to fluktuacja, która jest normalnym zachowaniem na rynku walutowym, a waluta ustabilizuje się. Natomiast jeżeli weźmiemy pod uwagę to, że od 2008 roku mamy do czynienia z permanentnym wzrostem kursu waluty, to należy to powiązać właśnie z nadzwyczajną zmianą stosunków – mówi Paweł Cioban.

Jak podkreśla, chociaż zmiany kursowe to normalna rzecz, trwałego wzrostu nikt kilka lat temu nie mógł przewidzieć. Tym bardziej że miało na niego wpływ szereg wydarzeń w gospodarce światowej.

Musielibyśmy uznać, że analitycy bankowi i banki udzielające kredytów przed 2008 rokiem przewidziały cały splot okoliczności prowadzący do istotnego wzrostu kursu waluty, a więc np. upadek banku Lehman Brothers, recesję w strefie euro przy jednoczesnym osłabieniu się waluty polskiej czy konflikt na Ukrainie – podkreśla prawnik.

Jego zdaniem wystąpienie o zmianę umowy nie jest skazane na porażkę. Wyzwaniem dla sądu byłoby jednak takie orzeczenie, w którym zrównoważone byłyby interesy obu stron.

Granicą dopuszczalności stosowania przepisu przez sąd jest poszanowanie interesu drugiej strony. Dlatego zmiana umowy nie może powodować takiej sytuacji, która groziłaby bankowi rażącą stratą, bo wówczas przepis mijałby się z celem – zaznacza Cioban. – Powiedzenie z góry, że nic się nie stało i nie mamy o czym mówić w permanentnie zmieniającej się sytuacji powodującej wzrost kursu waluty szwajcarskiej, byłoby jednak postawą zdecydowanie zbyt łatwą.

Zdaniem eksperta istotne jest podjęcie negocjacji kredytobiorców z bankami, bo dla nich sytuacja też nie jest łatwa. Znacznemu pogorszeniu uległy wskaźniki LTV. Przy obecnym kursie franka ponad 200 tys. osób ma kredyty, których wartość przekracza wartość nabytych za nie nieruchomości nawet o 130 proc., a to teoretycznie oznacza, że banki będą mogły żądać dodatkowego zabezpieczenia, a w najgorszym wypadku nawet wypowiedzieć umowy kredytowe.

Dlatego rozwiązanie tej sytuacji jest także w interesie banków. W tym momencie, do czego zresztą zachęcam, obie strony mogą wykorzystać możliwość zażądania od sądu zbadania, czy w konkretnej sytuacji nie znajdzie zastosowania przepis pozwalający na ingerencję sądów – mówi Paweł Cioban.

Kredyt we frankach spłaca ponad 500 tys. polskich rodzin. Po uwolnieniu kursu franka ich raty wzrosły o ponad 20 proc. W najgorszej sytuacji są osoby, które wzięły kredyt w latach 2007-2008, gdy frank kosztował ok. 2 zł. Obecnie problem ze spłatą zadłużenia ma ok. 30 tys. rodzin. Jeśli kurs franka utrzyma się na poziomie powyżej 4 zł, może to dotyczyć nawet 90 tys.

Sądy rejestrowe mogą wykreślać z KRS podmioty, które nie składają sprawozdań finansowych

0

Przedsiębiorcy mają czas do końca czerwca, by dopełnić zaległych obowiązków rejestrowych. Nowelizacja, która obowiązuje od stycznia, dała sądom rejestrowym możliwość wykreślania z KRS podmiotów, które ich nie wypełniają, np. nie składając sprawozdań finansowych. Procedura może być wszczęta bez przeprowadzania postępowania likwidacyjnego, a mienie podmiotu w takich przypadkach przejmie Skarb Państwa.

Zalecamy sprawdzenie, czy wszystkie obowiązki rejestrowe są i czy były spełniane, szczególnie w tzw. uśpionych spółkach projektowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Lisiecki, radca prawny, partner w kancelarii Galt. – Żeby uniknąć wykreślenia, należy wykonać zaległe obowiązki rejestrowe do 1 lipca 2015 r.

W przypadku niewykonania obowiązków rejestrowych, a więc niezłożenia wniosku o zmianę wpisu czy braku złożenia wymaganych dokumentów (np. sprawozdania finansowego), sąd rejestrowy będzie mógł z urzędu wszcząć procedurę rozwiązania i wykreślenia podmiotu wpisanego do KRS bez przeprowadzania postępowania likwidacyjnego.

Dotychczasowe przepisy przewidywały, że w przypadku braku sprawozdań sąd mógł wymierzyć grzywnę – wskazuje Sławomir Lisiecki. – Okazało się jednak, że nie było to rozwiązanie skuteczne. Po zmianach, poza grzywną, która nie przynosiła zamierzonego efektu, będzie także możliwe wszczęcie procedury zmierzającej do rozwiązania spółki z urzędu. Dotyczy to spółek, czy nawet szerzej, wszystkich podmiotów. Najwięcej jest spółek z ograniczoną odpowiedzialnością, więc to je najbardziej dotkną nowe regulacje.

Wszczęcie procedury możliwe jest po tym, gdy podmiot nie składa sprawozdań przez dwa lata. Sąd jednak zawiadamia, że zostało rozpoczęte postępowanie oraz wzywa do wykazania, że spółka prowadzi faktyczną działalność i posiada majątek.

Wtedy jest czas na to, żeby udowodnić, iż nie powinno się wykreślać podmiotu z rejestru, bo wciąż prowadzi działalność – radzi Lisiecki. – Przed wykreśleniem w wyniku tej procedury można się ustrzec, wypełniając obowiązki informacyjne.

W toku postępowania sąd może zwracać się do innych organów i instytucji, w tym podatkowych, o udzielenie różnych informacji, żeby ustalić, czy podmiot posiada zbywalny majątek i czy faktycznie prowadzi działalność. Jeżeli sąd rejestrowy ustali, że podmiot nie wykonujący obowiązków rejestrowych faktycznie nie prowadzi działalności i nie posiada zbywalnego majątku, orzeknie o rozwiązaniu podmiotu i jego wykreśleniu z KRS. W takiej sytuacji majątek spółki przechodzi na Skarb Państwa.

To ma skutek dla wierzycieli danej spółki. Jeśli nasz kontrahent zostanie wykreślony z KRS, możemy dochodzić długów od Skarbu Państwa, ale jest na tylko rok – mówi Lisiecki.

Kolejna zmiana dotyczy wykreślenia podmiotów, które zgłosiły wniosek o upadłość, ale nie została ona ogłoszona z powodu braku środków na pokrycie kosztów postępowania.

Do tej pory właściwie nie było wiadomo, co się działo z takimi spółkami kadłubkowymi: nie były wykreślane, nie upadły, formalnie dalej funkcjonowały, a jednocześnie wiadomo było, że powinny zniknąć, bo nie mają majątku – zauważa Lisiecki. – Teraz także takie podmioty zostaną objęte postępowaniem o rozwiązanie.

Zmiany, które obowiązują od początku miesiąca, mają poprawić wydajność sądów rejestrowych, obniżyć koszty prowadzonych postępowań oraz zwiększyć bezpieczeństwo obrotu gospodarczego poprzez uaktualnienie danych w KRS, czyli wykreślenie „martwych” podmiotów z rejestru.

Konsolidacja sektora bankowego przyspieszy. Banki szukają oszczędności i chcą zwiększać skalę działania

CEO Magazyn Polska

2015 rok może być czasem przetasowań na rynku bankowym. Na pewno zostanie sprzedany Bank BPH, a właścicieli być może zmienią również Alior Bank, Raiffeisen Bank Polska i FM Bank PBP. W środowisku niskich stóp procentowych, kolejnych obniżek opłat interchange i spadających marż banki silniej próbują poprawić poziomy przychodów i udziały rynkowe poprzez procesy fuzji i przejęć. Przeszkodą pozostają relatywnie wysokie wyceny polskich banków w porównaniu z europejskimi podmiotami.

Konsolidacja w sektorze bankowym znowu nabierze tempa – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marta Jeżewska-Wasilewska, analityk WOOD & Company Financial Services – Mówimy jednak nie tylko o łączeniu banków, lecz także o ich przejmowaniu przez instytucje nie zawsze obecne na polskim rynku.

Utrudnieniem w przejęciu banków, które mają dużą ekspozycję na kredyty we frankach, może być jednak styczniowe umocnienie tej waluty po decyzji SNB.

– Niestety, w świetle ostatnich wydarzeń na rynku walutowym konsolidacja jest pod znakiem zapytania. Potencjalni inwestorzy mogą obawiać się zaangażowania w banki, które mają ekspozycję na kredyty hipoteczne w CHF, a do tej grupy należy m.in. BPH, Millennium i Raiffeisen Bank Polska. Być może obecnie stanie się ona bardziej selektywna.

Ostatnim przejęciem w sektorze jest nabycie 97,9 proc. akcji Meritum Banku ICB przez Alior Bank. Z kolei włoska grupa Carlo Tassara, czyli właściciele tego samego Alior Banku, szukają nabywcy na pakiet akcji banku, choć we wrześniu KNF wydłużyła termin sprzedaży akcji przez Włochów aż do 30 czerwca 2016 r. Ostatnie spekulacje mówią, że nabywcą może być francuski Société Générale. Poza tym w grudniu na rynku pojawiła informacja o tym, że austriacki Raiffeisen Bank International szuka nabywcy na Raiffeisen Bank Polska. Od lat także mówi się o zmianie właściciela Banku Millennium. Na pewno zostanie sprzedany niewielki FM Bank PBP ze względu na konflikt funduszu Abris, który jest jego właścicielem, z KNF.

Zaraz po ogłoszeniu wyników stress-testów w Europie firma General Electric zgłosiła oficjalną notyfikację do Komisji Nadzoru Finansowego, że zamierza sprzedać swój bank – mówi Jeżewska-Wasilewska.

Mowa o Banku BPH, czyli jedynym banku, który jest oficjalnie przeznaczony na sprzedaż. Amerykańska grupa GE (wraz z podmiotami zależnymi) w październiku poinformowała o chęci pozbycia się 89,16 proc. akcji.

Sądzę, że niskie stopy procentowe i kolejny spadek opłat interchange, czyli presja na poziom marż i przychodów w polskich bankach, spowodują, że będą one szukały oszczędności i efektów skali. A przy dość dobrze, choć cały czas jednocyfrowo rosnącym wolumenie w całym sektorze konsolidacja jest najprostszą odpowiedzią – zaznacza ekspertka.

Ostatnią dużą i istotną transakcją było przejęcie grudniu 2013 roku Banku BGŻ przez BNP Paribas. W 2014 roku procesy konsolidacyjne nieco zwolniły, większa transakcja była związana jedynie z przejęciem Santander Consumer Bank przez BZ WBK, choć zmiana odbyła się w ramach grupy Santander, bez udziału partnerów trzecich.

Polski rynek jest cały czas dość atrakcyjny z perspektywy zagranicznego inwestora. W dalszym ciągu jesteśmy rynkiem, który rośnie dość szybko i mamy do czynienia z relatywnie wysokimi, jeśli nie najwyższymi, rynkowymi stopami procentowymi. Niestety, atrakcyjność rynku przekłada się na dość wysokie wyceny polskich banków na tle innych europejskich instytucji. Poza tym martwimy się o to, co stanie się z marżami polskich banków, które muszą poradzić sobie z niższymi niż historyczne poziomami rynkowych stóp procentowych – wyjaśnia.

Analityk WOOD & Company Financial Services od 2010 roku jest zdania, że konsolidacja musi w Polsce postępować. A według danych KNF obecnie w Polsce funkcjonuje niespełna 40 banków komercyjnych, w porównaniu do 50 sprzed czterech lat.

Wydaje mi się, że ta liczba będzie spadać, a tempo spadku będzie zależało od otoczenia ekonomicznego i apetytu zagranicznych inwestorów na wchodzenie na polski rynek – podkreśla Jeżewska-Wasilewska.

W jej ocenie to, że banki się łączą, nie wynika z chęci osiągnięcia efektu skali i efektywności kosztowej, lecz z optymalizacji obecności w Polsce. Jeśli w Polsce panowałoby tempo wzrostu wolumenów z lat 2004-2008, to banki zagraniczne nie byłyby skłonne do wychodzenia z polskiego rynku.

Pod względem tempa wzrostów wolumenów lata 2004-2008 już nie powrócą. Ten wzrost będzie jednocyfrowy. Panuje silna konkurencja, z tego powodu niektórzy gracze, którzy w okresie boomu kredytowego nie zdołali zbudować swojej pozycji, pewnie wcześniej czy później podejmą trudną decyzję o sprzedaniu bądź kupieniu innego banku, by w ten sposób osiągnąć wyższe udziały w rynku – tłumaczy ekspertka.

M. Tyrmand: politycy odbierają Polakom szanse na szybszy rozwój gospodarczy

CEO Magazyn Polska

Błędy polityków spowalniają wzrost gospodarczy Polski ‒ ocenia Matthew Tyrmand. Według niego rozwiązaniem mogłoby być zwiększenie przejrzystości działań i wydatków publicznych oraz skrócenie maksymalnego czasu sprawowania funkcji politycznych.

Nie wierzę w statystyki, które mówią o ponad 3-proc. wzroście. Nawet jeśli byłyby to wiarygodne dane, to nie jest to wartość, która pozwoli na podniesienie w Polsce poziomu życia tak, by był porównywalny do tego w Europie Zachodniej – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Matthew Tyrmand, amerykański ekonomista, finansista, autor książki „Jestem Tyrmand, syn Leopolda”. – Potrzeba czegoś więcej, a wy macie tego ducha przedsiębiorczości, który może pobudzić wzrost.

Tyrmand ocenia, że to polską klasę polityczną należy obwiniać o to, że wzrost gospodarczy nie jest tak wysoki, jak mógłby być. Według niego decyzje podejmowane przez rządzących są zbyt krótkowzroczne. Przykładem jest właśnie polski gaz łupkowy. Według Tyrmanda Polska, nawet gdyby okazało się, że złoża są niewielkie lub nieopłacalne w eksploatacji, mogła przez kilka lat czerpać korzyści z poszukiwań.

Tyrmand uważa jednak, powołując się na rozmowy z międzynarodowymi graczami z sektora energetycznego, że nadmiar regulacji i brak pewności co do kierunku rozwoju polityki energetycznej oznacza dla przedsiębiorców zbyt duże ryzyko.

Firmy z sektora energetycznego, które prowadziły działalność w Wenezueli, Nigerii, Indonezji i Malezji, wiedzą, jak to jest, kiedy klasa rządząca okrada sektor prywatny. One poczekają kilka lat zanim tu wrócą i to jest naprawdę smutne, bo to są naprawdę dobre miejsca pracy, zarówno przy poszukiwaniach, jak i w usługach pomocniczych – mówi Tyrmand.

Amerykański finansista krytykuje również korupcję polityczną. Choć pod względem percepcji korupcji według Transparency International Polska znajduje się na dobrym 35. miejscu na świecie, to problemem jest krótkowzroczność klasy politycznej. Tyrmand ocenia, że rządzący starają się ugrać jak najwięcej dla siebie, póki stoją na czele kraju.

Patrzę na polski rynek i widzę korupcję polityczną, widzę klasę rządzącą, która chce zniszczyć wartość tylko po to, żeby przetrwać, mieć korzyści i zgromadzić majątki. Sądzę, że polski wzrost uderza w mur. To mnie bardzo rozczarowuje, bo ja też tu prowadzę biznes – krytykuje Tyrmand.

Pomóc może jednak większa przejrzystość oraz aktywność organizacji monitorujących działania rządów (ang. watchdogs). Tyrmand liczy na to, że w Polsce sytuację zmienią takie inicjatywy, jak CEO Round Table Mixer – coroczna debata na temat przywództwa, w której biorą udział młodzi liderzy, ludzie polityki, biznesu i mediów.

Rząd powinien być transparentny i odpowiedzialny. Transparentność bierze się stąd, że dajemy ludziom możliwość audytu, wglądu w wydatki, oceny działań rządu. Mamy przecież takie możliwości technologiczne, możemy udostępnić informacje o wydatkach online – przekonuje Tyrmand.

Ważne w jego ocenie jest też skrócenie maksymalnego czasu sprawowania funkcji politycznych. Większa częstotliwość zmian wprowadzi dynamikę, która ożywi całą gospodarkę – uważa Tyrmand.

Potrzebujemy ograniczenia kadencyjności – to jedyny sposób, żeby zapewnić uczciwość polityków, ponieważ ludzie mają naturalną skłonność do bycia skorumpowanym, w sposób naturalny szukają swojego, chcą wciąż więcej i więcej – argumentuje Tyrmand.

Tyrmand dodaje, że o swoich przemyśleniach i doświadczeniach z dwuletniej obecności na polskim rynku napisze w kolejnych książkach.

Agencje zatrudnienia w Polsce rekrutują coraz więcej osób. Rośnie też zapotrzebowanie na pracowników tymczasowych

CEO Magazyn Polska

2014 rok był dla agencji zatrudnienia bardzo dobry, zarówno w zakresie pracy tymczasowej, jak i rekrutacji stałych. W tym roku branża także ma się rozwijać w tempie dwucyfrowym. Agencje pracują teraz nad tym, by obalić stereotyp, że pracownik tymczasowy to osoba młoda i zarabiająca minimalne wynagrodzenie.

Co prawda nie jest aż tak dobrze, jak spodziewaliśmy się tego jeszcze kilka miesięcy temu, ale bardzo liczymy na to, że rzeczywiście otworzy się dla nas opcja współpracy z publicznymi służbami zatrudnienia. Mimo że 2015 rok to jest rok wyborczy, są wybory parlamentarne, wydaje się, że inicjatywa po stronie ministerstwa jest na tyle silna, że część z tych rekomendowanych zmian dotyczących agencji zatrudnienia będziemy w stanie wprowadzić jeszcze w tym roku – mówi agencji Newseria Biznes Anna Wicha, prezes Polskiego Forum HR.

Ten rok może być dla agencji nieco słabszy niż poprzedni, kiedy branża rosła w tempie ponad 15-proc. Jednak zdaniem Anny Wichy wzrost powinien pozostać dwucyfrowy.

Rośnie przede wszystkim wartość usług rekrutacyjnych. W III kwartale 2014 r. agencje zatrudnienia odnotowały rekordowy 28-proc. wzrost w ujęciu rocznym (do 16,8 mln zł). To efekt przede wszystkim niedopasowania kwalifikacji do potrzeb rynku pracy. Firmy mają coraz więcej problemów ze znalezieniem odpowiednich kandydatów do pracy, więc zlecają to zadanie agencjom.

Rynek rośnie również w zakresie pracy tymczasowej. W ciągu trzech kwartałów ubiegłego roku firmy zrzeszone w Polskim Forum HR zatrudniły łącznie 332 446 pracowników tymczasowych – o ponad 41 tys. więcej niż przed rokiem. Szczególnie szybko rośnie liczba pracowników do 26. roku życia (w III kwartale wzrosła o jedną czwartą w porównaniu z II kwartałem).

Osoby młode to niecałe 50 proc. zatrudnianych przez nas pracowników i dla nich jest to często pierwsze wejście na rynek pracy. Natomiast jest też spora grupa osób powyżej 45. roku życia, czyli osób, które jak mogłoby się wydawać, nie powinny być naszymi klientami czy pracownikami tymczasowymi – mówi Anna Wicha. – Ten rynek cały czas się edukuje. Walczymy o to, żebyśmy nie byli pozycjonowani jako agencje oferujące prace tylko osobom młodym czy agencje, które płacą minimalne wynagrodzenie.

Jak wskazują dane PFHR, poziom wynagrodzeń pracowników tymczasowych był w ubiegłym roku wyższy o ok. 30 proc. od płacy minimalnej.

W tej chwili nie ma chyba takiego sektora, który byłby dla nas zamknięty, może oprócz sektora publicznego. Najczęściej kierujemy pracowników tymczasowych do sektorów, które charakteryzują się dużą elastycznością, gdzie w niektórych momentach roku potrzeba więcej pracowników sezonowych czy tymczasowych – mówi prezes PFHR.

Największą część zatrudnienia tymczasowego stanowią stanowiska produkcyjne (66 proc.). W III kw. wzrosło zapotrzebowanie na pracę w usługach (o 30 proc. w porównaniu z II kw.). W budownictwie ze względu na ograniczenia ustawowe pracuje niewiele ponad 1 proc. pracowników tymczasowych (przy europejskiej średniej na poziomie 9 proc.). Największe zapotrzebowanie na pracowników tymczasowych deklarują firmy, w których zatrudnienie rośnie sezonowo, oraz te z branży spożywczej i motoryzacyjnej.

Egzotyczna podróż bez odpowiedniego przygotowania medycznego może być groźna dla zdrowia

CEO Magazyn Polska

Wyjazd do krajów tropikalnych wymaga odpowiedniego przygotowania medycznego. Szczególnie dotyczy to osób przewlekle chorych. Oprócz niezbędnych szczepień, trzeba również zadbać o badania. Pomogą one lekarzowi odpowiednio przygotować nas do wyjazdu, a także mogą przydać się w razie problemów na miejscu.  

Odpowiednie przygotowanie się do wyjazdu pod względem zdrowotnym, czyli przyjęcie szczepień i wykonanie badań, może pomóc w uniknięciu części problemów.

Jesteśmy wówczas przygotowani, bo wiemy, w jakim stanie wyjeżdżamy. Ułatwi to także ewentualne leczenie na miejscu. Jeżeli będziemy musieli skorzystać z pomocy lekarza na miejscu, to mając badania, będziemy mogli pokazać mu wartości wyjściowe i zrobić badanie dla porównania. To zdecydowanie uprości całe postępowanie – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Marszałek, dyrektor medyczny w Laboratoriach Synevo.

Ekspert zaznacza, że ważna jest nie tylko odpowiednio zaopatrzona apteczka, lecz także przeprowadzenie odpowiednich badania, tak by móc dokładnie skontrolować stan zdrowia. To o tyle istotne, że pobyt w tropikach może nasilić niektóre dolegliwości, szczególnie przy chorobach cywilizacyjnych.

Osoby, które przyjmują leki rozrzedzające krew, powinny sprawdzić wartość INR. To forma przedstawienia wyniku, która pozwala na porównanie wartości pomiędzy laboratoriami zarówno w kraju, jak i za granicą. Jeżeli dojdzie do jakiegokolwiek problemu, np. nadmiernego krwawienia czy ryzyka wystąpienia stanu zatorowo-zakrzepowego, będziemy mogli porównać nasze wyniki. Zmiana diety na pewno wpłynie na wartości czasu krzepnięcia, a ta jest nieunikniona podczas wyjazdu do obcego kraju – tłumaczy Marszałek.

Uważać powinny także osoby z dolegliwościami układu moczowego. Inna flora bakteryjna i większa ilość wypijanej wody w tropikach mogą spowodować gorsze samopoczucie. Tropiki mogą również rozchwiać stężenie glukozy we krwi, dlatego chorzy na cukrzycę powinni podczas wyjazdu regularnie kontrolować glikemię.

Kilka tygodni przed wyjazdem warto pomyśleć o szczepieniach. Informacji o tym, jakie szczepienia są zalecane przy podróży do danego regionu, udzielają lekarze chorób tropikalnych lub medycyny podróży. W zależności od kierunku podróży zalecane są szczepienia przeciwko wirusowemu zapaleniu wątroby typu A i typu B, durowi brzusznemu, błonicy czy kleszczowemu zapaleniu mózgu.

Nie wolno też zapominać o unikaniu rejonów, w których panuje epidemia. Należy zachować ostrożność przy podróżowaniu do krajów Afryki Zachodniej, przede wszystkim Sierra Leone, Gwinei, Liberii i Mali, gdzie wciąż notuje się przypadki zachorowania na gorączkę krwotoczną.

Jesteśmy zalewani informacjami dotyczącymi zakażeń wirusowych i eboli, wiemy więc, gdzie nie należy jechać. Pamiętajmy też o tym, że czyste ręce chronią przed wirusowymi zakażeniami wątroby – przypomina ekspert.

W ubiegłym roku Państwowa Inspekcja Sanitarna zanotowała ponad 9 tys. zachorowań na wirusowe zapalenie wątroby typu A i B. Szczepionka zalecana jest w przypadku podróży do większości egzotycznych kierunków, uchronić przed zachorowaniem może jednak higiena osobista oraz unikanie jedzenia z ulicznych straganów i nieprzegotowanej wody.

Dobre dane z rynku pracy

Komentarz dra Grzegorza Baczewskiego, dyrektora Departamentu Dialogu Społecznego i Stosunków Pracy Konfederacji Lewiatan.

– GUS ogłosił, że zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw wyniosło w grudniu 5549,1 tys. osób, co oznacza sytuację niemal identyczną jak w listopadzie. W ujęciu rocznym poziom zatrudnienia wzrósł jednak aż o 1,1 pkt. proc., oznacza to dalsze przyspieszenie wzrostu zatrudnienia mierzonego r/r.

W początkowych miesiącach 2014 r. wzrost ten następował w tempie 0,2 pkt. proc., by w kolejnych miesiącach przyspieszać do poziomu 0,7 – 0,9 pkt. proc. Utrzymanie wskaźnika zatrudnienia z listopada można zatem traktować jako zapowiedź relatywnie dobrej sytuacji na rynku pracy. Jest to kolejny taki sygnał obok danych dotyczących poziomu bezrobocia rejestrowanego.

W grudniu 2014 r. stopa bezrobocia wzrosła w stosunku do listopada tylko o 0,1 pkt. proc. – do poziomu 11,5 proc. Tak niski przyrost poziomu bezrobocia w grudniu jest ewenementem na polskim rynku pracy. Ze względu na tzw. efekt sezonowości wynikający z ograniczenia aktywności w niektórych sektorach gospodarki oraz w związku z kończeniem się części programów rynku pracy, stopa bezrobocia w grudniu zazwyczaj wyraźnie rosła. Ponadto, w urzędach pracy, odnotowano znaczną liczbę wolnych miejsc pracy i miejsc aktywizacji – niemal 55 tys. To prawie o 1/5 więcej niż przed rokiem.

Grudzień jest miesiącem wypłaty wynagrodzeń wyższych w stosunku do pozostałych miesięcy roku. Stąd znaczący wzrost przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw, który w stosunku do listopada wyniósł ponad 9 pkt. proc. Dlatego w pierwszym miesiącu nowego roku nastąpi spadek o podobnej wartości. Niemniej w grudniu, podobnie jak w całym roku 2014, utrzymał się w miarę stabilny trend wzrostu wynagrodzeń w okolicach 3-3,5 pkt. proc. wobec analogicznego okresu poprzedniego roku. Tempo wzrostu będzie kontynuowane, a nawet przyśpieszy w 2015 r., choć w pierwszym kwartale nie jest wykluczone lekkie spowolnienie.

Konfederacja Lewiatan

Świetny akord na koniec roku

Produkcja sprzedana przemysłu wzrosła w grudniu r/r do 8,4 proc. a produkcja budowlano-montażowa o 5 proc. r/r – podał GUS.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan.

Przemysł w grudniu pokazał swoją siłę, bowiem wzrósł o 8,4 proc. w firmach zatrudniających od 10 pracowników. Wynik o tyle dobry, że baza dla niego była bardzo wysoka. W grudniu 2013 roku wzrost produkcji przemysłowej wyniósł bowiem 6,6 proc., w tym przetwórstwa przemysłowego o 8,3 proc. Ważne jest także to, że zwiększyła się liczba działów przemysłu wykazujących przyrost produkcji, a te o najwyższej dynamice wzrostu to działy eksportowe, m.in. maszyny i urządzenia, meble, urządzenia elektryczne oraz samochody. Potwierdza to siłę polskiego przemysłu, który radzi sobie nawet w sytuacji, gdy rynki rosyjski i ukraiński bardzo się skurczyły, zaś rynki europejskie rosną niezwykle powoli. Warto dodać, że w całym 2014 roku produkcja przemysłowa wzrosła o 3,3 proc., co jest znacznie lepszym wynikiem niż w 2013 roku (2,2 proc.).

Dzięki pogodzie także budownictwo odnotowało w grudniu wzrost o 5 proc., a w całym 2014 produkcja budowlano-montażowa zwiększyła się o 3,6 proc. Jak na okres zimowy to wyjątkowo dobry wynik. Tym bardziej, że budownictwo rośnie przede wszystkim w obszarze robót specjalistycznych, co wyprzedzająco wskazuje na to, że 2015 rok będzie dla budownictwa lepszy niż poprzedni.

Dane za grudzień są dobrym prognostykiem na 2015 rok.  Będzie rosła produkcja sprzedana przemysłu – tak na rynek krajowy, jak i na rynki zewnętrzne. Jeśli trend się utrzyma (przemysł tworzy 25 proc. wartości dodanej brutto), to w 2015 roku możemy oczekiwać wzrostu gospodarczego na poziomie wyższym niż w 2014 roku.

Szantaż związków zawodowych zagraża Polsce

Konfederacja Lewiatan sprzeciwia się poczynaniom związków zawodowych, które trójstronny dialog społeczny chcą zamienić w dwustronne negocjacje i przystawianie rządowi „pistoletu do głowy”.

W przekazanym Pani Premier Ewie Kopacz liście związkowcy postulują m.in. likwidację umów cywilno-prawnych, obniżenie wieku emerytalnego czy cofnięcie zmian w zakresie elastycznego czasu pracy. Szokujący jest przede wszystkim szantaż, do którego posuwają się przedstawiciele związków zawodowych stawiający ultimatum rządowi. Dostrzegamy w tym złą wolę i nieodpowiedzialne wykorzystanie kalendarza wyborczego oraz nieuzasadnionego – bo kosztownego dla wszystkich  Polaków – kompromisu w sprawie zmian w górnictwie dla osiągnięcia partykularnych politycznych celów.

Postulaty związków zawodowych pokazują, jak bardzo ich szefowie nie liczą się z realiami gospodarczymi i społecznymi. Podniesiony wiek emerytalny oznacza wyższe emerytury dla Polaków, elastyczny czas pracy oznacza możliwość zachowania miejsc pracy w okresie dekoniunktury na rynku, a umowy cywilno-prawne, które zostaną od 1 stycznia 2016 roku obligatoryjnie oskładkowane, dają szansę na legalną pracę i dochód kilkuset tysiącom Polaków. Treść postulatów sprzed 1,5 roku, o których związki zawodowe chcą rozmawiać, była już wielokrotnie poddawana krytyce nie tylko przez przedsiębiorców, ale także inne grupy, dla których stanowią one zagrożenie. Ich wartość i aktualność ulega także szybkiej dewaluacji.

Badania monitorujące wdrożenie elastycznego czasu pracy wskazują, że zagrożenia, którymi straszyli związkowcy, nie ziściły się, a rozwiązania te są pozytywnie oceniane zarówno przez pracodawców, jak i pracowników. Warto dodać, że 20 stycznia 2015 r. w Ministerstwie Gospodarki obradował zespół do spraw oceny wpływu regulacji dotyczących elastycznego czasu pracy na wzrost gospodarczy i konkurencyjność przedsiębiorstw, omawiano rezultaty wspomnianych badań. Niestety, na spotkaniu pojawił się tylko jeden przedstawiciel związków zawodowych.

Odnosząc się do innych postulatów związkowców trzeba przytoczyć także kolejne dane – wskaźnik zatrudnienia osób starszych systematycznie rośnie – z 33 proc. w 2010 do ponad 43 proc. obecnie. Rośnie także płaca minimalna – od 2010 r. została podniesiona w sumie o 33 proc. A zatem pozytywne zmiany następują stopniowo i wyraźnie.

Warto podkreślić, że wszystkie żądania związkowców były w minionych latach przedmiotem dyskusji w Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych oraz zaistniały w debacie publicznej. To związki zawodowe opuściły Komisję Trójstronną, to również związki zawodowe wielokrotnie nie odpowiadały na apele o udział w procesie legislacyjnym i ustalaniu stanowisk. Szantaż, podjęcie politycznej rozgrywki, eliminowanie z dialogu przedsiębiorców i pracodawców, którzy przecież tworzą miejsca pracy, wskazuje, że związki zawodowe nie są odpowiedzialnym partnerem debaty o najważniejszych sprawach dla społeczeństwa i państwa. Tym bardziej szokujące jest, że podejmując te działania związkowcy wiedzieli o zaplanowanym na przyszły tydzień spotkaniu z ministrem pracy i polityki społecznej, Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, które ma być poświęcone nowym rozwiązaniom dotyczącym dialogu społecznego w Polsce na bazie związkowego projektu! Takie zachowanie podważa zaufanie, które powinno być podstawą rokowań i negocjacji.

Konfederacja Lewiatan

E-Deklaracje nie przez e-PUAP

0
Ministerstwo Finansów informuje, że deklaracje i informacje podatkowe przesyłane drogą elektroniczną nie mogą być podpisywane profilem zaufanym ePUAP i przesyłane za pośrednictwem platformy ePUAP.
Deklaracje i informacje składane za pomocą środków komunikacji elektronicznej mogą być podpisane:
  • bezpiecznym podpisem elektronicznym weryfikowanym za pomocą ważnego kwalifikowanego certyfikatu – do dokumentów składanych przez osoby fizyczne i inne podmioty,

lub

  • danymi autoryzującymi (podpisem elektronicznym nieweryfikowanym za pomocą ważnego kwalifikowanego certyfikatu) – do dokumentów składanych prze osoby fizyczne.

Deklaracje i informacje podatkowe można składać drogą elektroniczną wyłącznie do systemu e-Deklaracje:

  1. Za pośrednictwem  bramki e-Deklaracje – korzystając z:
    • formularzy zamieszczonych na Portalu Podatkowym w zakładce e-Deklaracje/Formularze,
    • aplikacji e-Deklaracje Desktop,
    • bezpośrednio z systemów finansowo – księgowych przy wykorzystaniu odpowiednich aplikacji (modułów) dostarczanych przez producentów oprogramowania,
    • oprogramowania dostarczonego przez innych producentów.
  2. Przy użyciu Uniwersalnej Bramki Dokumentów (UBD) – która przeznaczona jest do składania dokumentów zbiorczych: PIT-8C, PIT-11, PIT-R, PIT-40, korzystając z:
    • systemów finansowo-księgowych podatnika – odpowiednich aplikacji (modułów) dostarczanych przez producentów oprogramowania,
    • oprogramowania dostarczonego przez innych producentów.

Więcej informacji w zakresie sposobu wysyłania deklaracji i informacji drogą elektroniczną znajduje się w zakładce Dla płatników i Instrukcjach.

Komunikat po posiedzeniu KSF

W dniu 20 stycznia 2015 r. w gmachu Ministerstwa Finansów odbyło się posiedzenie Komitetu Stabilności Finansowej (KSF). W spotkaniu uczestniczyli:

  • Mateusz Szczurek, Minister Finansów, Przewodniczący KSF,
  • Marek Belka, Prezes Narodowego Banku Polskiego,
  • Andrzej Jakubiak, Przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego,
  • Jerzy Pruski, Prezes Bankowego Funduszu Gwarancyjnego,
  • Adam Jasser, Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów,

a także towarzyszący im eksperci.

Do udziału w części spotkania zaproszono także przedstawicieli niektórych banków komercyjnych posiadających portfele walutowych kredytów hipotecznych o istotnej wartości. Spotkanie miało na celu omówienie sytuacji na rynkach walutowych i potencjalnego wpływu decyzji banku centralnego Szwajcarii dotyczącej zmiany podejścia do polityki kursowej franka na sytuację kredytobiorców oraz polskich banków w związku z kredytami udzielonymi w walutach obcych.

W trakcie posiedzenia członkowie KSF ocenili, że sytuacja związana z uwolnieniem kursu franka w stosunku do euro nie powoduje zagrożenia dla stabilności systemu finansowego w Polsce. Pomimo relatywnie dużego udziału portfela kredytów mieszkaniowych nominowanych lub indeksowanych we frankach szwajcarskich (131 mld zł, 7,7 proc. PKB wg stanu na koniec listopada 2014 r.; po aprecjacji CHF ok. 160 mld zł i 9,4 proc. PKB) sektor bankowy jest stabilny i odporny na szoki zewnętrzne, w tym na znaczne zmiany kursu walutowego.

Członkowie Komitetu zapoznali się również z oceną sytuacji z perspektywy banków, wskazującą, że sektor bankowy pozostałby stabilny również przy dużo większej aprecjacji franka szwajcarskiego. Kredyty walutowe są jednymi z najlepiej obsługiwanych – wskaźnik kredytów z utratą wartości wynosi 3,1 proc., wobec średniej dla ogółu kredytów na poziomie około 8 proc. Ponadto, wartość portfela kredytów wyrażona we frankach szwajcarskich systematycznie spada na skutek sukcesywnego ich spłacania oraz braku nowo udzielanych kredytów. Pomimo aprecjacji franka szwajcarskiego i nominalnego wzrostu wysokości rat kapitałowo-odsetkowych, nie wzrosły one w stosunku do średnich dochodów gospodarstw domowych w porównaniu z momentem zaciągnięcia kredytów (wynoszą one średnio 50-55 proc. dla kredytów udzielonych w latach 2006-2008). Podczas spotkania banki wskazały na brak konieczności żądania dodatkowych zabezpieczeń kredytów.

Negatywny wpływ wzrostu kosztów związanych z obsługą walutowych kredytów mieszkaniowych na wzrost gospodarczy, poprzez ograniczenie konsumpcji gospodarstw domowych, uznano za znikomy. Wynosi on ok. 2 mld zł w skali roku. Odpowiada to ok. 0,2 proc. rocznych dochodów do dyspozycji brutto gospodarstw domowych i ok. 0,1 proc. PKB.

Zgodzono się, że z podjęciem ewentualnych działań o długofalowych skutkach należy powstrzymać się do czasu ustabilizowania się sytuacji na rynku walutowym i ustalenia nowego kursu równowagi franka szwajcarskiego na światowych rynkach.

KSF rekomenduje bankom stosowanie rozwiązań restrukturyzacyjnych dostosowanych do indywidualnych potrzeb i możliwości każdego klienta oraz ich dopasowanie do aktualnych warunków rynkowych. Wskazano na konieczność utrzymywania kontaktu z klientami posiadającymi walutowe kredyty hipoteczne, zwłaszcza tymi, którzy mają trudności z ich spłatą.

Jednocześnie członkowie KSF zwrócili uwagę, że banki powinny uwzględnić złożoną sytuację związaną z kredytami nominowanymi lub indeksowanymi we frankach szwajcarskich, w tym obniżkę stóp procentowych w Szwajcarii (spadek głównej stopy procentowej o 50 punktów bazowych do minus 0,75 proc.). KSF podkreślił konieczność symetrycznego podejścia do ryzyka rynkowego, zarówno w odniesieniu do banków, jak i ich klientów. W związku z tym KSF przyjmuje deklaracje banków, że ujemne stawki LIBOR będą przez nie konsekwentnie stosowane. Jednocześnie Komitet zaleca rozważenie przez banki niewprowadzania ograniczeń do formuły odsetkowej stosowanej w umowach kredytowych.

KSF będzie monitorował sytuację na rynku kredytów hipotecznych.

City Index: Polski rynek akcji wciąż wygląda słabo. Dopiero przebicie przez WIG20 poziomu 2500-2550 punktów byłoby sygnałem hossy

CEO Magazyn Polska

Notowania akcji na GPW od dłuższego czasu poruszają się w stałym paśmie wahań. Zdaniem firmy inwestycyjnej City Index jeżeli WIG20 utrzyma się w okolicach 2300 punktów, to trend ten będzie kontynuowany. Dopiero przebicie poziomu 2500-2550 punktów zapowiadałoby nadejście hossy.

Sytuacja na polskim rynku akcyjnym wygląda coraz słabiej – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Łukasz Wardyn, dyrektor zarządzający firmy City Index. – Kluczem jest poziom indeksu WIG20 w wysokości 2300 punktów. Jeżeli uda się utrzymać go powyżej tego poziomu, to będzie oznaczało, że mamy kontynuację trendu horyzontalnego, czyli nudnego wręcz rynku, z którym mamy do czynienia od dłuższego czasu.

Choć środa na GPW była dniem byków, czyli inwestorzy kupowali akcje, a indeksy szły w górę, zwłaszcza po wyjątkowo dobrym odczycie grudniowej produkcji przemysłowej, to od początku roku WIG20 i WIG są wciąż na minusie. Zdaniem Łukasza Wardyna dopiero przebicie poziomu 2500-2550 punktów byłoby sygnałem nadchodzącej hossy giełdowej.

Na razie jesteśmy od tego daleko – zastrzega Łukasz Wardyn. – Bardziej powinniśmy obawiać się o to, czy ten trend horyzontalny [brak dużych wzrostów, ale i spadków – red.] będzie utrzymany, bo zejście poniżej i utrzymywanie się kursów poniżej 2300 pkt może być bardzo niebezpieczne, ponieważ w tym trendzie horyzontalnym jesteśmy już od długiego czasu. Więc jeżeli będzie wyjście w jedną lub w drugą stronę, to wykreuje to istotny trend średnioterminowy i tutaj również zakresy zmian będą duże. W tym momencie jeszcze jesteśmy blisko trendu horyzontalnego, ale naprawdę jest bardzo niebezpiecznie.

Nastroje inwestorów w Warszawie nie poprawiają się pomimo dobrych danych z gospodarki, zarówno tych makroekonomicznych, jak i tych odzwierciedlających się w wynikach poszczególnych firm. Dlatego tzw. fundamenty, czyli korzystne wyniki finansowe i dobra kondycja spółek oraz sprzyjające otoczenie, nie muszą być obietnicą udanej inwestycji giełdowej.

Nie uważam, żeby były sektory, które można byłoby w tym momencie wyróżnić, obstawić, powiedzieć o nich, że będą w tym roku mocniejsze lub słabsze – przekonuje Łukasz Wardyn. – Bardziej obawiam się o podejście inwestorów zagranicznych do akceptacji ryzyka. W momencie tak dużych zawirowań na świecie inwestorzy zagraniczni nie chcą ryzykować, dlatego będą raczej skracali swoje pozycje [sprzedawali akcje i wycofywali się z bardziej ryzykownych – red.]. To może zupełnie nie mieć związku z wycenami fundamentalnymi. Taki sam mechanizm obserwujemy już od połowy ubiegłego roku w notowaniach walutowych złotego.

GFT Polska będzie zatrudniać programistów i specjalistów IT. W trzy lata chce podwoić liczbę pracowników

Polska zajmuje coraz wyższe pozycje w światowych rankingach centrów IT działających na rzecz sektora finansowego. Funkcjonująca w tej branży firma GFT Polska zamierza w przeciągu najbliższych trzech lat podwoić zatrudnienie.

W ubiegłym roku firma Rule Financial została przejęta przez notowaną na giełdzie w Niemczech GFT Group i od stycznia działa jako GFT Polska. Jest jednym z dostawców usług dla dużych międzynarodowych banków inwestycyjnych. Realizuje projekty doradcze z zakresu compliance, zarządzania ryzykiem, wspomagania handlu i obrotu instrumentami finansowymi. W biurach w Łodzi i Poznaniu zatrudnia dziś ok. 550 osób, a w 2015 roku zamierza zatrudnić kolejne 200.

– Zatrudnienie 200 osób w tym roku jest w pełni wykonalne, niejednokrotnie nam się to już udało – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Kania, dyrektor zarządzający GFT Polska.  W 2013 roku nasz zespół powiększył się o 200 osób, natomiast w ubiegłym roku, w trakcie transakcji i połączenia z GFT, zatrudniliśmy kolejnych 180 specjalistów. W 2015 roku kontynuujemy trend wzrostowy, a w ciągu najbliższych trzech lat podwoimy obecną liczbę pracowników firmy w Polsce.

GFT Group jest dużym dostawcą usług dla bankowości detalicznej, natomiast GFT Polska dostarcza oprogramowanie dla bankowości inwestycyjnej i zaczyna się przygotowywać do dostarczania produktów także dla rynku bankowości detalicznej.

– Nasza działalność skupia się przede wszystkim na projektowaniu, tworzeniu, testowaniu i wdrażaniu systemów oraz rozwiązywaniu problemów związanych z oprogramowaniem  informuje Piotr Kania. – W związku z tym poszukujemy głównie specjalistów z tej dziedziny. Będą oni stanowić ok. 95 proc. zatrudnionych przez nas pracowników.

Poznań i Łódź, gdzie działa GFT Polska, należą do miast, w których centra usług IT rozwijają się bardzo dynamicznie. Do tego jeszcze Wrocław i Kraków mają dosyć duże zaplecze zarówno osobowe, jak i technologiczne związane z firmami, które dostarczają usługi dla bankowości inwestycyjnej.

 Globalnymi centrami wciąż pozostają Londyn i Nowy Jork. Ważną pozycję ma również Tokio. Warto jednak zaznaczyć, że w ciągu ostatnich trzech lat Polska wyrosła na dość silnego gracza w obszarze outsourcingu i offshoringu w Europie – podkreśla dyrektor zarządzający GFT Polska.  Zaczęliśmy pojawiać się w globalnych raportach wskazujących najszybciej rozwijające się ośrodki. Warto wymienić chociażby raport Tholons z 2013 roku, który w Top 100 umieścił dwa polskie miasta (Kraków znalazł się na 10. miejscu, a Warszawa na 36. – red.). Wcześniej rankingi były zdominowane przez Indie i kraje Azji Południowo-Wschodniej.

W ocenie Piotra Kani przed firmami z jego branży nadal widać perspektywy szybkiego rozwoju. Ich usługi są w świecie potrzebne i wiele wskazuje na to, że potrzebne będą coraz bardziej.

 Obecnie coraz więcej dziedzin opiera się na technologii. Postęp technologiczny wspomaga, ale też wymusza kierunek rozwoju wielu sektorów, m.in. bankowego. Sądzę, że dopóki będzie rozwijał się z dotychczasową dynamiką, zakładając np. podwojenie mocy obliczeniowej każdego roku, to przez cały czas będziemy w stanie przyspieszać.

EBC debatuje, jak pomóc gospodarce strefy euro. Decyzja może zmienić kurs euro, a także złotego

CEO Magazyn Polska

Dziś okaże się, czy euro, a wraz z nim złoty zaczną tanieć. Europejski Bank Centralny ma zdecydować, jak zamierza przyczynić się do gospodarczego ożywienia na kontynencie. Decyzje, które podejmie, mogą uspokoić inwestorów lub w poważnym stopniu zmienić sytuację na rynku walutowym.

– Plan minimum zakłada, że Europejski Bank Centralny ogłosi gotowość do skupu papierów rządowych i wielkość tego programu wyniesie około 500 mld euro, ale są spore szanse na to, że będzie on trochę większy – mówi agencji informacyjnej Newseria Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego. – Inna możliwość to ogłoszenie programu bez podania konkretnej wielkości i stwierdzenie tylko, że będzie on kontynuowany do czasu, aż EBC uzna, że inflacja ma szansę wrócić do celu.

Tyle że plan minimum nie gwarantuje odpowiedniej reakcji rynku. Skupu papierów za ok. 500 mld euro inwestorzy spodziewają się od dawna i właściwie obecne ceny walut uwzględniają już ten scenariusz. Tymczasem celem EBC jest pewne osłabienie euro, wprowadzenie na rynek większej ilości pieniądza, spowodowanie, by ceny w Unii zaczęły znowu rosnąć, a firmy zarabiać.

To bardzo nakręciło oczekiwania na dosyć agresywny krok EBC – zwraca uwagę Rafał Benecki. Dlatego wydaje nam się, że Europejski Bank Centralny musiałby wyjść dużo powyżej 500 mld euro możliwego skupu papierów rządowych, aby zaspokoić te oczekiwania. Gdy się tak nie stanie, możliwe, że nastąpi przejściowe odreagowanie i umocnienie euro przy jednoczesnym osłabieniu obligacji w strefie euro.

W ocenie ekonomisty inflacja w strefie euro może być ujemna przez I kwartał lub nawet I połowę roku. W związku z tym oczekiwania rynkowe co do skali tego programu już są wygórowane. Tego obawiał się szwajcarski bank centralny, gdy zdecydował się na porzucenie półsztywnego kursu franka do euro.

– SNB obawiał się, że wielkość programu europejskiego będzie na tyle duża, a reakcja inwestorów na tyle silna, że pieniądze będą uciekać ze strefy euro i będą lokowane w Szwajcarii. Wtedy szwajcarski bank centralny nie byłby w stanie utrzymać sztywnego kursu – podkreśla główny ekonomista ING Banku Śląskiego. Te oczekiwania na duży program spowodowały, że bank porzucił półsztywny kurs.

EBC może więc wstrząsnąć rynkiem, zapowiadając dużo większe od oczekiwanych wydatki na skup obligacji, co spowoduje dalszy spadek wartości euro i takich walut państw Unii, jak polski złoty. Może też starać się nieco uspokoić rynek.

Myślę, że Europejski Bank Centralny będzie chciał zostawić sobie większe pole manewru – ocenia Rafał Benecki. Określi program w sposób bardziej elastyczny, czyli zapowie interwencję i skup papierów rządowych aż do momentu, kiedy nie uzna, że zażegnane zostało ryzyko nienaturalnie niskiej inflacji. Takie podejście pozwoli na to, by w razie potrzeby podjąć jakieś działania. Mam tu na myśli sytuację, w której niektóre rządy próbowałyby traktować działania EBC jako zamiennik koniecznych reform.

Ten ostatni argument może zadziałać wyjątkowo mocno, zwłaszcza na styczniowym posiedzeniu, ze względu na zbliżające się wybory parlamentarne w Grecji, które mają się odbyć w niedzielę, 25 stycznia. W sondażach prowadzi na razie populistyczna partia SYRIZA, która zapowiada odejście od oszczędnościowego programu. Jej politycy uspokajają jednak, że Ateny nie zamierzają rozstawać się ze wspólnotą.

Szansą dla sektora ciepłowniczego jest optymalizacja i modernizacja sieci przesyłowych oraz liberalizacja rynku energii

CEO Magazyn Polska

Według Urzędu Regulacji Energetyki branża ciepłownicza zmniejsza swój potencjał – w 2013 roku sprzedano 382 tys. TJ, co oznacza spadek o prawie 19 proc. w ciągu jedenastu lat, jednocześnie spada zainstalowana moc – z 70,9 tys. MW w 2002 roku do 56,5 MW w 2013 roku. Spółki z branży muszą budować nowe sieci ciepłownicze i modernizować już istniejące, bo to zmniejszy straty na przesyle energii. Szansą dla rynku byłoby zminimalizowanie skali regulacji na wzór Skandynawii.

Polski rynek energii jest dla nas bardzo atrakcyjny. Widzimy przede wszystkim możliwość rozwoju tego rynku i to w różnych obszarach. Po pierwsze, przyłączamy co roku około 60-70 MW nowych klientów. Wiele miast w Polsce rozwija się. Wbrew opiniom budują się nowe osiedla, obiekty użyteczności publicznej, stadiony, centra handlowe, a to są nasi potencjalni klienci – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Izabela Van den Bossche, wiceprezes ds. komunikacji korporacyjnej Fortum, fińskiego koncernu energetycznego.

Jej zdaniem ciepło sieciowe jest w tej chwili najtańszą, najlepszą i najbardziej przyjazną środowisku metodą dostarczania ciepła. Dlatego Fortum widzi możliwości rozwoju na polskim rynku.

Według ostatniej edycji raportu URE „Energetyka cieplna w liczbach – 2013” poprawie ulega sytuacja finansowa ciepłownictwa (przychody rzędu 17,44 mld zł przy wyniku finansowym brutto 316 mln zł), choć sektor zmniejsza sprzedaż ciepła. Spółki muszą stawiać na specjalizację produkcji, inwestycje w nowe sieci i redukcję kosztów.

Pierwszą drogą rozwoju dla Fortum pozyskiwanie nowych klientów i przyłączania do sieci nowych obszarów w miastach, w których firma już funkcjonuje.

Po drugie istnieje możliwość optymalizacji sieci, czyli np. likwidowania strat, które pojawiają się w związku z wiekiem systemów ciepłowniczych – wyjaśnia Izabela Van den Bossche. – Mamy bardzo dobre wskaźniki, jeśli chodzi o sieć we Wrocławiu. Mamy wiele kilometrów sieci, w których wymieniliśmy przez ostatnie lata te fragmenty, które były najbardziej narażone na korozję, w związku z czym dysponujemy wieloma kilometrami nowoczesnej sieci, która powoduje, że straty na przesyle są dużo mniejsze, a efektywność przesyłania jest coraz większa.

Według wiceprezes ds. komunikacji korporacyjnej Fortum wyzwaniem w Polsce jest zmiana regulacji, które hamują rozwój rynku i zwiększanie efektywności. Na rynkach całkowicie zliberalizowanych, jakimi są Szwecji czy Finlandii, ceny ciepła są niższe.

U nas mówi się, że regulacja rynku pozwala na ochronę klienta przed nadmiernymi podwyżkami cen ciepła. A okazuje się, że na rynkach, które są w pełni otwarte, ta cena jest niższa, bo firmy są wtedy zmuszone do konkurowania z innymi źródłami, np. z pompami ciepła – przekonuje ekspertka. – Gdybyśmy chcieli np. zbudować nowe źródło i podnieść cenę ciepła o kilkadziesiąt procent, to za dwa lata spółdzielnia korzystająca z naszych usług mogłaby zdecydować się na wybudowanie własnej kotłowni i odłączenie się od nas.

Jak tłumaczy Izabela Van den Bossche, Fortum buduje źródła na 30-40 lat, ale oferując zbyt wysokie ceny, może pozbyć się klientów, bo w przeciągu kilku lat klienci wybudują własne źródła, żeby mieć ciepło po niższej cenie.

Jesteśmy za otwarciem rynków i ich liberalizacją tak dalece, jak to jest możliwe. W Polsce do pełnej liberalizacji jest jeszcze daleko, ale system wyliczania cen ciepła i regulacji zmienia się. Już teraz widać, że możemy osiągać lepsze efekty i zwrot z kapitału, który inwestujemy. To bardzo pozytywna zmiana – mówi Izabela Van den Bossche.

W jej ocenie na wolnym rynku energii cieplnej z konkurencją między różnymi podmiotami to klient odnosi największe korzyści, bo ma możliwość wyboru.

​Fortum Power and Heat Polska to producent energii elektrycznej i ciepła, który funkcjonuje na polskim rynku od 2005 roku. W chwili obecnej dla Fortum kluczowymi projektami są inwestycje w Zabrzu (budowa wielopaliwowego bloku kogeneracyjnego o mocy 130-150 MWe i koszcie 250-330 mln euro) i we Wrocławiu (budowa bloku gazowo-parowego o mocy 400 MWe o wartości 350-400 mln euro).

W tym roku przyspieszą pociągi na trasach do Łodzi i Gdańska

CEO Magazyn Polska

Na trasie z Warszawy do Gdańska i Łodzi zainstalowany zostanie Europejski System Sterowania Pociągiem, tzw. system ETCS. Dzięki niemu pociągi będą mogły jeździć z prędkością 200 km/h. Poza prędkością wzrośnie także bezpieczeństwo. Do 2025 r. Polska chce wdrożyć ten system na niemal 5 tys. kilometrów najważniejszych linii kolejowych.

W tej chwili system jest wdrażany na prawie tysiącu kilometrów linii kolejowych, głównie są to linie magistralne i międzynarodowe korytarze europejskie. Każdy kraj Unii Europejskiej przedstawił w Komisji Europejskiej narodowy program wdrażania systemu ERTMS [Europejskiego Systemu Zarządzania Ruchem Kolejowym ‒ red.] i zgodnie z planem w Polsce do roku 2025 system powinien działać na blisko 5 tys. km linii kolejowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Przyżycki, dyrektor zarządzający Thales Polska.

System ETCS jest częścią Europejskiego Systemu Zarządzania Ruchem Kolejowym (ERTMS). Jak wyjaśnia Przyżycki, jego głównym założeniem jest zintegrowanie systemów sygnalizacji kolejowej w krajach UE. Dzięki instalacji urządzeń ETCS w kabinach maszynistów oraz na infrastrukturze kolejowej informacje kolejowe, m.in. o ograniczeniu prędkości czy zajętości torów, będą wyświetlane na ekranach w kabinach.

Thales obecnie realizuje inwestycje związane z instalacją ETCS na ok. 700 km linii kolejowych, w tym na ważnych magistralach z Warszawy do Gdańska i Łodzi. Na obydwu tych liniach system ruszy w 2016 r. System ETCS działa już na ok. 80-kilometrowym fragmencie Centralnej Magistrali Kolejowej między Olszamowicami a Zawierciem, gdzie do 200 km/h rozpędzają się pociągi Pendolino.

Rozszerzenie systemu ETCS znacząco poprawi bezpieczeństwo. Maszyniści nie będą bowiem musieli polegać tylko na sygnalizacji świetlnej i znakach. Rozwiązanie to ułatwi im znacząco pracę np. w trudnych warunkach pogodowych, w godzinach nocnych oraz przy pokonywaniu tras z dużą prędkością. System jest wymagany do jazdy z prędkością ponad 160 km/h, ale jak zwraca uwagę Przyżycki, przydatny jest także przy wolniejszej jeździe.

Zgodnie z regulacjami polskimi, jeżeli pociąg trakcyjny przekracza prędkość 130 km/h i działa bez systemu ETCS, to do jego obsługi konieczne są 2 osoby – maszynista i pomocnik. Pierwszą korzyścią będzie zatem to, że nawet zachowując prędkość 160 km/h, będziemy potrzebować tylko jednego maszynisty w lokomotywie – podkreśla Przyżycki.

Dodaje, że system przekazuje maszynistom także ostrzeżenia o maksymalnej prędkości pociągu. Może również go samoczynnie hamować.

System ETCS jest wdrażany w całej Europie, choć tempo prac różni się w poszczególnych krajach. Nie oznacza to jednak zwolnienia z konieczności certyfikacji linii kolejowych oraz taboru. Ta musi bowiem uwzględniać lokalne uwarunkowania dotyczące współpracy z istniejącą infrastrukturą, takie jak np. inne napięcia na sieci trakcyjnej.

Zgodnie z dyrektywami unijnymi wszystkie kraje unijne zobowiązane są do wdrażania systemu ETCS, aby zachować interoperacyjność kolei w Europie – zwraca uwagę Przyżycki i zastrzega: ‒ Certyfikowana jest głównie część związana z dostosowaniem do lokalnej infrastruktury. Na przykład w Polsce pociągi trakcyjne zasilane są z sieci prądu stałego 3000V. W związku z tym w momencie certyfikacji pociągu, który wcześniej jeździł w innym kraju, musimy przebadać, czy zachowuje się ona prawidłowo przy tego typu zasilaniu.

Poza komputerowym systemem ETCS niezbędne są też inwestycje w infrastrukturę, które umożliwią rozwijanie wyższych prędkości pociągom. ETCS wymaga bowiem podstawowej infrastruktury, w tym systemów sterowania. Polska, jak przypomina Przyżycki, jest w komfortowej sytuacji, bo może liczyć na środki unijne przy tych inwestycjach.

Do budżetu UE mogą sięgnąć także przewoźnicy. W urządzenia pokładowe ETCS muszą bowiem być wyposażone także lokomotywy i zespoły trakcyjne. O ile w przypadku nowo kupowanego taboru to nie problem, bo urządzenia pokładowe są nim obowiązkowo instalowane, o tyle w starszych maszynach trzeba to zmodernizować.

Podejrzewam, że w tym obszarze również możliwe będzie dofinansowanie z Unii Europejskiej, tak jak w przypadku zakupu nowego taboru – ocenia Przyżycki.

BZ WBK: eksport wzrośnie w tym roku o 6-7 proc i będzie głównym czynnikiem wzrostu PKB

CEO Magazyn Polska

O 6-7 proc. może wzrosnąć eksport w tym roku. Z prognoz Banku Zachodniego WBK wynika, że sprzedaż za granicę pomimo przyspieszenia w inwestycjach i wzrostu konsumpcji prywatnej będzie głównym motorem napędowym wzrostu PKB i będzie odpowiadać niemal za trzy czwarte dynamiki rozwoju gospodarki. Polska utrzymuje swoje przewagi konkurencyjne, a eksporterów wspiera korzystny, ciągle dość silny wobec złotego, kurs euro.

Eksport także w tym roku będzie kołem zamachowym gospodarki. Prognozujemy wzrost na poziomie 6-7 proc. rok do roku. To trochę mniej niż podawano we wcześniejszych prognozach, ale to ciągle dużo więcej niż popyt i inwestycje – mówi agencji informacyjnej Newseria Robert Antczak, dyrektor Departamentu Sprzedaży Produktów w Pionie Bankowości Biznesowej i Korporacyjnej Banku Zachodniego WBK.

Według prognozy banku eksporterzy wypracują w tym roku nawet trzy czwarte szacowanego przez Ministerstwo Finansów na 3,4 proc. wzrostu polskiego PKB. W ubiegłym roku, jak twierdzi Antczak, odpowiadali za niemal dwie trzecie przyrostu.

Wzrost eksportu napędzi przede wszystkim rosnąca gospodarka w Niemczech, które są głównym rynkiem dla polskich eksporterów. Choć wzrost PKB będzie tam niższy niż w Polsce, to Niemcom nie grozi już recesja. Prognozy mówią o 1,5-proc. dynamice niemieckiej gospodarki w 2015 r., a ostatni odczyt wskaźnika ZEW, obrazującego nastroje inwestorów instytucjonalnych i analityków, wzrósł nadspodziewanie i był najwyższy od niemal roku. O 1,1 proc. ma wzrosnąć PKB całej strefy euro.

Ekspert dodaje, że poza rosnącym popytem ze strony importerów polskich towarów i usług duże znaczenie mają też przewagi konkurencyjne, które utrzymuje nasz kraj.

Niskie koszty pracy w Polsce się utrzymują i to jest nasza duża przewaga konkurencyjna. Średnia stawka godzinowa w strefie euro to 20-21 euro za godzinę, a w Polsce niecałe 6,5 euro – podkreśla Antczak.

Dodaje, że korzystny dla eksporterów jest również kurs europejskiej waluty. Ekonomiści Banku Zachodniego WBK szacują, że w pierwszej połowie tego roku jej wartość utrzyma się na poziomie ok. 4,20 zł.To podtrzyma opłacalność eksportu.

W 2015 r. na pewno w dalszym ciągu w bardzo dobrej kondycji będzie branża meblowa, odzieżowa i kosmetyczna. Duże nadzieje wiążemy też z branżą motoryzacyjną, niska cena benzyny wpływa na popyt na auta, szczególnie skorzystają nim również nasi producenci części samochodowych – wylicza Antczak.

Gorszy rok może mieć za to branża żywnościowa, wciąż borykająca się z problemami związanymi z rosyjskim embargiem. Niepewny rok ma przed sobą także sektor turystyczny.

Antczak dodaje, że polskie firmy z dużą elastycznością korzystają z tych przewag i poszukują nowych rynków. Dzięki temu udało się zminimalizować skutki kryzysu na Ukrainie i w Rosji.

Nasze firmy są elastyczne i potrafią z sukcesem poszukiwać nowych kierunków eksportu. Wyraźnie widzimy, że kiedy rynek rosyjski zamknął się na żywność, to firmy bardzo znalazły nowe rynki zbytu – podkreśla Antczak.

Dzięki temu powoli rosnący udział w polskim eksporcie mają nowe kraje – podkreśla Antczak. Według danych GUS w okresie od stycznia do listopada 2014 r. 8,7 proc. polskiego eksportu trafiło do krajów rozwijających się. To o 0,1 pkt proc. więcej niż w tym samym okresie poprzedniego roku.

Niemcy i cała strefa euro pozostaną głównym kierunkiem dla polskich eksporterów (według GUS trafiło tam od stycznia do listopada 2014 r. 53,6 proc. sprzedaży zagranicznej), ale wzrośnie znaczenie innych gospodarek.

Firmy poszukują partnerów spoza strefy euro. Są zainteresowane krajami skandynawskimi, głównie Norwegią, choć myślą również o Węgrzech, Turcja, Bułgarii i innych krajach Europy Środkowej i Wschodniej, m.in. Czechach i Słowacji – wylicza Antczak.

Dodaje, że nie bez znaczenia są kampanie Ministerstwa Gospodarki, które aktywnie zachęcają do poszukiwania nowych rynków i ułatwiają zdobycie informacji oraz dostępu do tych rynków. Eksporterów skutecznie wspierają również instytucje finansowe, które poprzez finansowanie eksportu wspierają jego dywersyfikację.

Wsparciem dla nich mogą być, poza działaniami rządu i ministerstw, inicjatywy banków, w tym portale ułatwiające nawiązywanie relacji handlowych z partnerami z całego świata. Poza fizycznymi misjami handlowymi organizowane są też wirtualne spotkania. Istotne jest też wsparcie ze strony instytucji finansowych, które nie tylko finansują i zabezpieczają sprzedaż zagraniczną, lecz także gwarantują otrzymanie płatności.

Bezpośrednia likwidacja szkód coraz popularniejsza. Klienci są gotowi zapłacić więcej za polisę z taką opcją

Jeszcze w tym roku bezpośrednia likwidacja szkód ma być bardziej dostępna na polskim rynku, bo zgodnie z zapowiedziami Polskiej Izby Ubezpieczeń już w II kwartale wprowadzi ją większość ubezpieczycieli. Z badań wynika, że klienci są w stanie zapłacić nawet 10 proc. więcej za polisę, która zawiera usługę bezpośredniej likwidacji szkód.

Bezpośrednia likwidacja szkód polega na tym, że klient zgłasza szkodę komunikacyjną nie do ubezpieczyciela sprawcy wypadku lub kolizji, lecz do swojego ubezpieczyciela. To firma ubezpieczeniowa bierze na siebie proces likwidacji szkody oraz odzyskania kosztów od drugiego ubezpieczyciela. Obecnie bezpośrednią likwidację szkód ma w swojej ofercie tylko dwóch ubezpieczycieli ‒ PZU i UNIQA.

W ciągu ponad 7 miesięcy od wprowadzenia bezpośredniej likwidacji szkód w UNIQA z usługi skorzystało ok. 1,5 tys. klientów. Spółka wypłaciła 3 mln zł odszkodowań, a aż 90 proc. klientów jest bardzo zadowolonych z tej oferty. W tym roku ubezpieczyciel spodziewa się kilkudziesięciu tysięcy zgłoszeń szkód w ramach usługi.

Z miesiąca na miesiąc mamy coraz więcej klientów, którzy korzystają z bezpośredniej likwidacji szkody, ponieważ wiedzą, że mogą z tego skorzystać. Grudzień był miesiącem, w którym przyjęliśmy najwięcej szkód i zgłoszeń szkód od naszych klientów, w związku z tym oczekujemy, że w 2015 roku będzie kilkadziesiąt tysięcy tego rodzaju zdarzeń – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Jarczyk, prezes zarządu UNIQA Polska.

Usługa dostępna jest już ponad 7 miesięcy. Jak podkreśla Jarczyk, w tym czasie jej popularność nieustannie rośnie. Przeprowadzone przez UNIQA badania pokazują, że 90 proc. ubezpieczonych jest bardzo zadowolonych z możliwości bezpośredniej likwidacji szkód.

63 proc. ankietowanych uważa za istotne to, czy ubezpieczenie zawiera opcję bezpośredniej likwidacji szkód. 68 proc. zapytanych było nawet gotowych dopłacić 10 proc. do ceny ubezpieczenia w zamian za taką usługę.

Jest to rozwiązanie bardzo wygodne dla każdego z naszych klientów i bardzo dobrze oceniane – podkreśla Jarczyk. ‒ Oczywiście po naszej stronie są pewne koszty związane z samym procesem, jednakże poziom zadowolenia klientów zdecydowanie rośnie i w związku z tym nie postrzegamy bezpośredniej likwidacji szkód jako obciążenia.

W chłodniach wciąż zalega ponad milion ton polskich jabłek. Część może trafić do bezpłatnej dystrybucji

CEO Magazyn Polska

Rosyjskie embargo sprawiło, że wartość eksportu jabłek spadła o 20 proc. Zapasy w chłodniach wynoszą ponad 1 mln ton, a cena skupu niektórych gatunków owoców jest znacznie niższa. Producenci przestrzegają, że przeznaczenie do bezpłatnej dystrybucji ponad 150 tys. ton owoców, jak proponował resort rolnictwa, jeszcze bardziej zdestabilizuje rynek. Wyjściem z sytuacji mogłoby być przekazanie jabłek podmiotom uprawnionym na rynkach UE, Ukrainie, a niezagospodarowanych w ten sposób – do biogazowni lub jako karmę dla zwierząt.

Embargo wywarło ewidentny wpływ na poziom sprzedaży, a Komisja Europejska – na sposoby wycofywania jabłek z rynku. Sytuacja jest kiepska. Obecnie szacujemy sprzedaż na poziomie 40 proc. w stosunku do lat ubiegłych – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jolanta Kazimierska, prezes zarządu Stowarzyszenie Polskich Dystrybutorów Owoców i Warzyw „Unia Owocowa”.

Informuje, że zapasy jabłek to teraz ok. 1 mln ton. W grudniu były one o 18 proc. wyższe niż przed rokiem. Producenci maja problem ze sprzedażą owoców, które co roku w ilości kilkuset tysięcy ton trafiały na rynek rosyjski. Tylko w ciągu trzech kwartałów 2014 roku sprzedaż jabłek do Rosji spadła o 35 proc., o 75 mln euro. Wyjściem z sytuacji może być dywersyfikacja eksportu, o co zabiegają organizacje branżowe i resort rolnictwa.

Nowe rynki na nas czekają, ale niestety nie wejdziemy na nie z dnia na dzień. Zainteresowanie jabłkiem jest, ale proces nawiązywania relacji biznesowych i zawierania kontraktów jest czasochłonny – podkreśla ekspertka.

Sadownicy liczą na to, że polskie owoce w ciągu tego i przyszłego roku trafią do krajów azjatyckich (Indii, Chin, Malezji i Indonezji), arabskich (Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich) oraz na Bałkany.

Kazimierska zaznacza, że złą sytuację polskich sadowników może jeszcze pogorszyć propozycja, aby wprowadzić w ciągu pięciu miesięcy (od lutego do czerwca) do bezpłatnej dystrybucji 157 tys. ton jabłek dla organizacji charytatywnych.

Skorzystanie z tej możliwości to kompletna destabilizacja i paraliż rynku w Polsce. Jesienią wycofano około 30 tys. ton i to ilość, którą organizacje charytatywne określają jako pojemność tego rynku. Wycofanie 150 tys. ton jest dla mnie fizycznie niemożliwe, bo te owoce nie mają odbiorców. Oznaczałoby to dalszy spadek cen i obrotu handlowego – komentuje Jolanta Kazimierska.

Organizacje branżowe zaapelowały do ministra o wstrzymanie prac nad projektem rozporządzenia i podjęcia negocjacji z Komisją Europejską ws. zmiany zasad pomocy dla sektora owoców. Przedstawiciele sadowników i dystrybutorów proponują, aby część jabłek przekazać podmiotom uprawnionym na innych rynkach Unii Europejskiej lub w ramach pomocy dla mieszkańców Ukrainy. Nadwyżkę owoców, której nie uda się przekazać do bezpłatnej dystrybucji, można byłoby przeznaczyć na paszę dla zwierząt lub dostarczyć do biogazowni. Stawki powinny być wyrównane zarówno dla rolników zrzeszonych, jak i indywidualnych.

Zdaniem ekspertki wprowadzenie na rynek dodatkowych ponad 150 tys. ton jabłek może w dłuższym okresie pogorszyć sytuację producentów.

Jabłka, które są przekazywane do bezpłatnej dystrybucji, nie są wliczane do obrotu firmy, a ten musi być osiągnięty, żeby wykonać plan. To kolejna reperkusja, bardzo bolesna dla producentów owoców i warzyw, bo niewykonanie planu jest równoznaczne ze zwrotem środków – ocenia Jolanta Kazimierska.

Uwolnienie rynku ciepła mogłoby obniżyć ceny w Polsce

CEO Magazyn Polska

Liberalizacja na rynku ciepła wcale nie musi oznaczać wzrostu jego cen. Przykłady Finlandii czy Szwecji, gdzie taryfy ustalane są na rynku, pokazują, że ceny ciepła są niższe, bo firmy muszą konkurować o klienta z innymi źródłami. O windowaniu cen nie może być mowy, ponieważ wytwórcy nie znaleźliby wówczas odbiorców energii ze swoich źródeł, w które inwestują duże pieniądze.

W Polsce mówi się o tym, że regulacja rynku pozwala na ochronę klienta przed nadmiernymi podwyżkami cen ciepła. Okazuje się jednak, że na rynkach, które są w pełni otwarte, np. w Szwecji czy Finlandii, ceny ciepła są niższe, ponieważ firmy są zmuszone do konkurowania z innymi źródłami, np. z pompami ciepła – przekonuje Izabela Van den Bossche, wiceprezes ds. komunikacji korporacyjnej Fortum, fińskiego koncernu energetycznego.

Jak podkreśla, żaden producent ciepła nie może myśleć o znaczącym podnoszeniu cen, bo to stawiałoby pod znakiem zapytania opłacalność jego inwestycji. A koszty nie są małe, dla przykładu wybudowana przez Fortum elektrociepłownia w Częstochowie kosztowała 130 mln euro.

Inwestując takie pieniądze w źródło na 30-40 lat, chcemy, żeby zwrot był przez kolejne lata, dlatego musimy rozsądnie określać ceny. Oferując zbyt wysokie, pozbywamy się klientów, bo oni w przeciągu kilku lat mogą wybudować własne źródła, żeby mieć tańsze ciepło, i wtedy odłączyć się od nas – przekonuje Izabela Van den Bossche. – Jesteśmy więc za otwarciem rynków, za zliberalizowaniem rynku tak dalece, jak to się tylko da.

W Polsce taryfy dla ciepła są zatwierdzane przez Urząd Regulacji Energetyki. Jak wynika z raportu URE, w 2013 roku średnia cena wytwarzanego ciepła wyniosła 35,38 zł/GJ (o 6,8 proc. wyższa niż w 2012 r.), natomiast stawka za opłaty przesyłowe ukształtowała się na poziomie 15,67 zł/GJ (wzrost o 7,3 proc.). Opłaty różnią się w zależności od paliwa zużywanego w danym źródle.

W Polsce pewnie do pełnej liberalizacji jest jeszcze nie dojdzie, ale ten system wyliczania ceny ciepła i regulacji się zmienia. Już teraz widzimy możliwości uzyskiwania lepszych efektów i zwrotu z kapitału, w który inwestujemy. To jest ta pozytywna zmiana – podkreśla wiceprezes Fortum. – Wierzymy jednak, że przy wolnym rynku, na którym jest konkurencja między różnymi dostawcami, różnymi źródłami ciepła, klient korzysta najwięcej, bo to on wybiera.

Dla Fortum Polska pozostaje bardzo atrakcyjnym rynkiem. Spółka chce się rozwijać w różnych obszarach. Pierwszą drogą rozwoju są przyłączenia do sieci nowych klientów i obszarów w miastach, w których firma już funkcjonuje, oraz na nowych rynkach.

Istnieje także możliwość optymalizacji sieci, czyli np. likwidowania strat, które pojawiają się w związku z wiekiem systemów ciepłowniczych – wyjaśnia Izabela Van den Bossche. – Mamy wiele kilometrów nowoczesnej sieci, wszystko dzięki temu, że w ostatnich latach wymieniliśmy fragmenty najbardziej narażone na korozję. Straty na przesyle są dużo mniejsze, a efektywność przesyłania ciepła jest większa.

Od 2005 roku ​na polskim rynku działa Fortum Power and Heat Polska – producent energii elektrycznej i ciepła. W chwili obecnej dla tej firmy kluczowymi projektami są inwestycje w Zabrzu (budowa wielopaliwowego bloku kogeneracyjnego o mocy 130-150 MWe za 250-330 mln euro) i we Wrocławiu (budowa bloku gazowo-parowego o mocy 400 MWe o wartości 350-400 mln euro).

Co dziesiąty Polak ma dodatkowe dochody ze swoich pasji. 60 proc. chciałoby w ten sposób zarabiać

Na realizacji swoich pasji chce zarabiać 60 proc. Polaków – wynika z badania Visa Europe. 10 proc. już osiąga dodatkowe dochody dzięki swoim zainteresowaniom. Ich wysokość zależy od branży, ale średnio to 8 tys. zł rocznie. Przed przekształceniem pasji w stałą działalność gospodarczą Polaków powstrzymuje lęk przed niepowodzeniem, brakiem klientów i wysokimi kosztami.

60 proc. Polaków deklaruje, że chciałoby zarabiać na realizacji swoich pasji. Z naszego badania, w którym wzięło udział 18 tys. respondentów z całej Europy, a w Polsce ok. 1 tys. osób, wynika, że w zależności od branży, w której Polacy chcą zarabiać, dochody kształtują się na poziomie 8 tys. zł rocznie – mówi agencji Newseria Adrian Kurowski, dyrektor Visa Europe w Polsce, która zleciła przeprowadzenie badania „Everyone in Business”.

Najwięcej można zarobić na usługach budowlano-remontowych (12 tys. zł), nieco mniej zarabiają designerzy i producenci biżuterii (odpowiednio 11 i 10 tys. zł rocznie). Na korepetycjach i opiece nad dziećmi można zyskać ok. 9 tys. zł.

W Polsce 10 proc. osób zarabia na swoich pasjach, a dodatkowe zarobki w stałą działalność chce przekształcić 77 proc. Polaków (przy średniej europejskiej 72 proc.). Najczęściej wskazują, że prowadzenie własnej firmy wiąże się z ryzykiem – Polacy nie wiedzą, czy na rynku jest miejsce na ich biznes, boją się małej liczby zleceń, nie znają obsługi płatności innych niż bezgotówkowe.

Większość przedsiębiorców zaczyna w tzw. e-commerce, czyli poprzez propagowanie swojej działalności w internecie. Chcą mieć możliwość sprzedania dóbr czy usług, które proponują, w najbardziej efektywny sposób. Visa Europe wspiera ten trend poprzez możliwość akceptacji kart płatniczych w środowisku online – podkreśla Kurowski.

Jak zaznacza ekspert, pozwala to na zyskanie nowych klientów nie tylko w kraju, lecz także poza jego granicami. Dla przedsiębiorców, którzy mają często bezpośredni kontakt z klientem, stworzono możliwość korzystania z mobilnego terminalu płatniczego (mPOS), gdzie akceptacja karty odbywa się za pomocą specjalnej aplikacji na smartfonie, w związku z tym w dowolnym miejscu lub czasie.

– W ten sposób odpowiadamy na potrzeby przedsiębiorców. Większość osób, które chcą realizować swoje pasje, chce je też monetyzować i komercjalizować. Dajemy im takie możliwości, ułatwiając interakcję z konsumentami na całym świecie, a to co zapewnia tym firmom sukces – przekonuje dyrektor Visa Europe w Polsce.

Przedsiębiorcy coraz częściej korzystają z proponowanych rozwiązań. Duże znaczenie mają stawki interchange, czyli opłaty pobierane za transakcje bezgotówkowe. W lipcu 2014 roku zostały zmniejszone do 0,5 proc. wartości transakcji. Nowelizacja ustawy o usługach płatniczych, która ma wejść w życie pod koniec stycznia przewiduje, że stawki będą jeszcze niższe – w przypadku kart debetowych ma wynieść 0,2 proc., a kart kredytowych – 0,3 proc.

Zaletą mobilnych terminali jest też generowanie niższych kosztów, co jest korzystne zwłaszcza dla tych mikroprzedsiębiorców, którzy dopiero wchodzą na rynek.

Mamy do czynienia z innym modelem biznesowym niż dotychczas. W tradycyjnym modelu, oprócz kosztu dzierżawy za terminal płacimy prowizję. W mPOS-ach mamy do czynienia tylko z kwotowo bądź procentowo ustaloną prowizją – tłumaczy Kurowski.

Nowoczesne rozwiązania proponowane przez banki stają się coraz popularniejsze. Z danych Visa Europe wynika, że Polacy są na pierwszym miejscu w Europie pod względem liczby dokonywanych płatności zbliżeniowych. Znacznie pomógł w tym program rozwoju sieci akceptacji „Kartą Visa zapłacisz wszędzie”, w ramach którego od 2010 r. zostało dofinansowane uruchomienie 160 tys. terminali, z czego prawie połowa to terminale zbliżeniowe. Liczba takich urządzeń osiągnęła 280 tys.

Na potrzeby badania „Everyone in Business” został opracowany interaktywny quiz, który pozwala osobom zarabiającym na swoich zainteresowaniach lub myślących o tym sprawdzić, do jakiego typu przedsiębiorców należą oraz na jakie czynniki muszą zwrócić szczególną uwagę, zwiększając skalę działania.

W Warszawie powstanie pierwsza w kraju dwupoziomowa zajezdnia autobusowa

W 2018 r. powstanie dwupoziomowa zajezdnia dla warszawskich autobusów. Poza obiektem przy ul. Redutowej ma powstać też nowa zajezdnia na Białołęce oraz centrala Nadzoru Ruchu. Miejskie Zakłady Autobusowe same sfinansują te projekty, częściowo z oszczędności uzyskanych dzięki niskim cenom paliw.

Zajezdnia przy ulicy Redutowej jest teraz wyłączona z ruchu, obecnie prowadzony jest przetarg na dokumentację techniczną zupełnie nowego zakładu. Chcemy, żeby w roku 2018 ta zajezdnia zaczęła działać – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Stawicki, rzecznik prasowy Miejskich Zakładów Autobusowych.

Nowa zajezdnia przy ul. Redutowej na warszawskiej Woli ma być pierwszym w kraju dwupoziomowym obiektem tego typu. Stary budynek powstał w 1964 r., jednak dzisiaj nie jest już wykorzystywany.

MZA planuje także budowę zupełnie nowej zajezdni na Białołęce. Ma ona obsługiwać północną część stolicy. Kolejna planowana inwestycja to modernizacja lub budowa całkowicie nowej Centrali Nadzoru Ruchu. Te są jednak na razie tylko plany i nie wiadomo, kiedy inwestycje zostaną zrealizowane.

Stawicki dodaje, że na razie nawet w przypadku inwestycji przy ul. Redutowej nie można mówić o kosztach.

W momencie, kiedy będziemy dochodzili do szczegółów, czyli do przetargów na budowę Redutowej i innych inwestycji, będziemy znali ich wartość – podkreśla Stawicki. ‒ Liczymy przede wszystkim na środki własne spółki.

Rzecznik MZA zauważa, że finansowanie inwestycji ułatwiają niskie ceny paliw, dzięki którym nieco więcej pieniędzy zostaje w kasie spółki. Stawicki zaznacza, że oszczędności nie mają wpływu na bieżące funkcjonowanie spółki, ale umożliwiają obniżenie średniej wieku taboru czy rozbudowę infrastruktury.

My de facto przewidywaliśmy spadek ceny paliw. To nie jest dla nas całkowite zaskoczenie. Natomiast te kwoty są na pewno zauważalne i już rozplanowaliśmy, gdzie zamierzamy ulokować te oszczędności – dodaje Stawicki.

Rynek reklamowy na wyraźnym plusie

CEO Magazyn Polska

O 3-4 proc. wzrósł rynek reklamy w ubiegłym roku – ocenia dom mediowy Mindshare Polska. W tym roku dynamika wzrostu może być nieco wyższa. Wbrew prognozom rosną wydatki na reklamę telewizyjną mimo silnej konkurencji ze strony reklamy wideo w internecie. O ok. 30 proc. rośnie rynek reklam na urządzenia mobilne.

2014 rok pod względem dynamiki przypominał to, co działo się w branży rok wcześniej. Szacujemy, że cały rynek wzrósł o 3-4 proc. – informuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Adrian Kawecki, prezes zarządu Mindshare Polska.

W tym roku tendencja wzrostowa powinna się utrzymywać. Prognozy mówią o 4-5-proc. tempie rozwoju rynku, mimo że zabraknie dużych wydarzeń medialnych, które zwykle stymulują wzrost wydatków reklamodawców.

Mimo wszystko prognozujemy wzrosty w reklamie telewizyjnej oraz dalszy wzrost reklamy internetowej przy jednoczesnym spadku prasowej i mniej więcej stabilnym udziale wydatków na outdoor czy kino – mówi Kawecki.

Według domu mediowego Starlink wartość rynku telewizyjnego w okresie I-III kw. 2014 r. wzrosła o 6,3 proc. rok do roku, czyli do 2,66 mld zł, co stanowi 51,8 proc. całego rynku (5,14 mld zł). Mindshare szacuje, że w 2015 r. ten rynek wzrośnie o ok. 3 proc.

Wnioskując z obserwowanego wypełnienia przerw reklamowych oraz popytu na czas antenowy, możemy spodziewać się dalszych wzrostów budżetów alokowanych w TV. Niewykluczone są także ruchy inflacyjne w przypadku poszczególnych polityk handlowych stacji telewizyjnych – mówi prezes Mindshare Polska.

Rynkowi telewizyjnemu nie szkodzi szybki rozwój reklamy internetowej, a szczególnie segmentu wideo. Kawecki ocenia, że może na to wpływać multiscreening, czyli jednoczesne konsumowanie mediów na kilku urządzeniach, np. TV i laptopie. Reklamodawcy uczą się, jak to zjawisko wykorzystywać, na przykład integrując reklamy publikowane w telewizji i internecie.

Reklama internetowa, szczególnie wideo, w tym roku będzie rozwijać się najszybciej. Dynamika wzrostu jednak wyhamuje – IAB prognozuje, że będzie to już wzrost jednocyfrowy.

Rynek reklam na urządzenia mobilne dopiero się tworzy, ale bardzo już dynamicznie rośnie. Jak pokazują nasze badania, możemy oczekiwać wzrostu na poziomie nawet 30 proc. – podkreśla Adrian Kawecki.

Wielkość budżetów marketingowych zależy od branży. Wśród branż, które wydają coraz więcej, znalazł się sektor farmaceutyczny. Stabilne pozostają budżety w sektorze telekomunikacyjnym i finansowym, spadają za to wydatki firm z sektora żywności. Coraz mniej wydaje się także na reklamę produktów użytku domowego, komputerów oraz sprzętu audio i video.

Przybywa rozwiązań prorodzinnych. Mimo to trudno będzie wyjść z depresji demograficznej

W Polsce wprowadza się coraz więcej rozwiązań prorodzinnych. Resort pracy konsultuje pomysł wprowadzenia świadczenia w wysokości 1 tys. zł miesięcznie dla rodziców, którzy nie mogą skorzystać z urlopu macierzyńskiego. Dla rodziców przewidziane są też większe ulgi podatkowe na dzieci, a kolejne firmy i instytucje oferują zniżki na Kartę Dużej Rodziny. Wprawdzie dane za I półrocze 2014 r. mówiły o wzroście liczby urodzeń, jednak eksperci ostrzegają, że na trwałe odwrócenie trendu spadkowego trzeba będzie jeszcze poczekać.

Sytuacja demograficzna w Polsce w okresie transformacji w zasadzie w sposób ciągły jest negatywna. W ostatnim roku rząd zaczął się zastanawiać nad tym, co można zrobić, by odwrócić ten trend. Przez ostatnie 20 lat mamy dzietność zbliżoną do 1,3 średniorocznie, ale można temu przeciwdziałać – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Stanisław Kluza, były minister finansów, ekonomista w Szkole Głównej Handlowej.

Od 1995 roku poziom dzietności w Polsce spada – z 1,62 do 1,3 w 2012 roku. Delikatnie wzrósł tylko w latach 2004-2009 (z 1,22 do 1,4).

Jak wynika z danych GUS, w I półroczu 2014 r. po raz pierwszy od lat urodziło się więcej dzieci niż rok wcześniej (o 2 tys.), jednak to nie musi oznaczać trwałej zmiany trendu. Mimo że w Polsce podejmowanych jest coraz więcej inicjatyw prorodzinnych.

To także kwestia dłuższych urlopów macierzyńskich czy udogodnień, np. Kart Dużej Rodziny uprawniających rodziny wielodzietne do zniżek. W ostatnich latach faktycznie zaczęło się dużo dziać w polityce rodzinnej – podkreśla Kluza.

W 2013 roku rząd wydłużył do roku urlopy macierzyńskie. MPiPS podaje, że skorzystało z nich 300 tys. osób. Według nowego projektu resortu od 2016 roku wsparcie uzyskają również osoby, które prawa do urlopu nie mają – ze względu na sytuację zawodową. Świadczenie w wysokości 1 tys. zł miesięcznie przez rok po urodzeniu dziecka będzie więc przysługiwało bezrobotnym, studentom, rolnikom i pracującym na umowach o dzieło. W przypadku wieloraczków kwota będzie odpowiednio większa. MPiPS szacuje, że potencjalnie może ze świadczenia skorzystać 125 tys. osób.

W 2014 roku weszły w życie zmiany w zasadach odliczania ulgi na dziecko. Skorzystają na tym przede wszystkim rodziny wielodzietne i najbiedniejsze. Ulga na trzecie, czwarte i kolejne dziecko wzrośnie o 20 proc. Szacunki Tax Care mówią, że kwota odpisu na trzecie dziecko wyniesie ok. 2 tys. zł, a za każde następne blisko 2,7 tys. Nowością jest też całkowity zwrot odpisu na dziecko. Zyskają mniej zamożni, którzy jeśli kwota podatku była niższa niż wysokość odpisu, tracili różnicę. Teraz tę część ulgi ma im zwrócić urząd skarbowy.

Zdaniem eksperta zmiany idą w dobrym kierunku, jednak na efekty trzeba będzie jeszcze poczekać, a zarządzanie procesami społecznymi to największe wyzwanie, jakie stoi przed rządzącymi w najbliższych latach.

Mało liczne pokolenia zaczną wchodzić na rynek pracy, a liczne pokolenia schodzące z rynku pracy sprawią, że będziemy mieli do czynienia z nierównomierną strukturą wieku ludności – podkreśla były minister finansów. – Może to oznaczać, że albo trzeba będzie znacząco podnieść podatki i składki osób pracujących, co nie byłoby dobre, albo pójść w druga stronę, czyli istotnie obniżyć bieżącą wartość świadczeń emerytalnych, co również byłoby nieskuteczne.

Dla stabilnego rozwoju demograficznego na jedną parę powinno przypadać ponad dwoje dzieci. GUS obliczył, że jeśli nie uda się odwrócić niekorzystnej tendencji, to w 2035 roku liczba ludności w Polsce spadnie poniżej 36 mln, a osoby w wieku produkcyjnym będą stanowić 64 proc. (obecnie ok. 70 proc.). W 2060 roku będzie to zaledwie 54 proc.

Pytanie, kiedy jesteśmy w stanie wrócić do tej zasady dwójki dzieci, żeby nie pogłębiać luki demograficznej i liczyć na przynajmniej częściową zastępowalność pokoleń – mówi Kluza. – Odliczając osoby, które nie mogą mieć dzieci, na małżeństwo powinna przypadać trójka dzieci. To scenariusz mało prawdopodobny. Oznacza to, że w długim horyzoncie czasu nie możemy jeszcze liczyć na przełamanie problemu depresji demograficznej w Polsce – ocenia.

DM BPS: konsumenci mają pieniądze, inflacja jest niska, więc spółki detaliczne mogą dać zarobić inwestorom w tym roku

CEO Magazyn Polska

Spółki detaliczne mogą być beneficjentem zapowiadanego przez analityków wzrostu spożycia indywidualnego w tym roku Marcin Stebakow z DM Banku BPS za warte uwagi uznaje walory średniej wielkości firm z branży odzieżowo-obuwniczej szyjących w kraju. Ale dobrą stopą zwrotu może pochwalić się także sprzedająca ubranka dla najmłodszych, mająca sieć sklepów w Polsce i za granicą, spółka CDRL, właściciel marki Coccodrillo.

Jeśli chodzi o aktualne rekomendacje z branży odzieżowo-obuwniczej, to LPP i CCC mam na „sprzedaj”, pozostałe spółki zostały w tym rajdzie zrealizowane, mam tu na myśli Monnari i Bytom – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Stebakow, dyrektor Departamentu Analiz DM Banku Polskiej Spółdzielczości (BPS). – Ciekawie prezentuje się Solar, który ostatnio mocno rośnie, ale tutaj poziom zysku rok do roku jest diametralnie różny. Spółka ma problemy z corporate governance (ładem korporacyjnym, czyli zasadami i normami odnoszącymi się do zarządzania organizacją oraz relacjami między akcjonariuszami – red.). Ewentualne uporządkowanie struktury związanej z włączeniem spółki zależnej Grutex może spowodować pewne problemy ze zrozumieniem tego, jak ta spółka działa.

Ogólnie, jak twierdzi dyrektor DM Banku BPS, w branży odzieżowo-obuwniczej jest teraz wiele czynników, które negatywnie wpływają na rentowność. Inwestorzy będą więc oceniać poziom przychodów i kosztów.

Z racji wysokiej bazy dalej polecałbym spółki Gino Rossi oraz Bytom, które szyją m.in. w Polsce – wskazuje Marcin Stebakow. – Monnari wciąż jest bardzo ciekawą inwestycją. Cena Wojasa w dalszym ciągu nie dochodzi do mojego poziomu docelowego, czyli 12 zł. Prima Moda ma swoje problemy: jej akcji raczej bym nie rekomendował ze względu na to, że na poziomie zysku netto, po odliczeniu kosztów, firma nie generuje dodatniego wyniku, dlatego o wartości dla akcjonariuszy też nie może być na chwilę obecną mowy.

Ciekawie natomiast zapowiada się zdaniem analityka mająca sieć sklepów z odzieżą dla najmłodszych spółka CDRL, która zadebiutowała pod koniec października ub.r. Obecnie firma ma w Polsce (pod marką Coccodrillo) 200 salonów, a za granicą – 145 (między innymi w Austrii, Czechach, na Węgrzech, Słowacji, w Rumunii, krajach bałtyckich, a także Arabii Saudyjskiej, Mongolii oraz Libii). W ofercie publicznej jej walory sprzedawane były po 14,90 zł (w transzy dla inwestorów indywidualnych). Redukcja zapisów wyniosła prawie 82 proc., ale w pierwszym dniu notowań jedna akcja wyceniana była zaledwie o 2,68 proc. drożej. W połowie listopada ub.r. jednak ich cena osiągnęła dotychczasowe maksimum w wysokości około 20 zł (obecnie 18 zł).

Oferta Smyka jest, rzecz jasna, bardziej rozproszona ze względu na zabawki, Coccodrillo koncentruje się tylko na ubrankach – precyzuje Marcin Stebakow. – Ale to nowa spółka, która może stanowić ciekawy dodatek do portfela inwestora koncentrującego się na rynku detalicznym, pomijając inne wartości związane z dolarem czy popytem konsumenckim. Ten ostatni  według mnie  powinien się zresztą poprawiać głównie ze względu na lepsze perspektywy makroekonomiczne Polski. Konsumenci mają pieniądze, inflacja jest niska, dlatego spółki detaliczne, jak sądzę, mogą być beneficjentami wzrostu spożycia indywidualnego.

Średnie wynagrodzenie w przedsiębiorstwach wzrosło w grudniu ubiegłego roku o 3,7 proc., podczas gdy oczekiwano wzrostu o 3 proc. Z kolei wskaźnik poziomu cen pozostawał szósty miesiąc z rzędu poniżej poziomu sprzed roku, a co więcej, spadek cen pogłębił się do 1 proc. To zwiększa siłę nabywczą konsumentów.

Spektrum spółek odzieżowo-obuwniczych, w które może angażować się inwestor, mogłoby być jednak szersze. Niestety, większość dużych przedsiębiorstw z branży odzieżowo-obuwniczej, jak zauważa Stebakow, woli się trzymać z dala od giełdowych notowań.

Kiedyś próbowały się sprzedać Wittchen oraz Kazar, być może, z racji koniunktury, spółki te wznowią procedurę w Komisji Nadzoru Finansowego związaną z prospektem emisyjnym i zechcą zadebiutować – przypuszcza Stebakow. – Pytanie tylko, jak to może być postrzegane. Obecnie wiadomo, że w sektorze detalicznym, szczególnie w branży spożywczej, trwa konsolidacja, czyli wykupywanie przez inwestorów finansowych albo branżowych podmiotów.

Ale analitycy, jak zapewnia Marcin Stebakow, nie mają informacji o konkretnych, nadchodzących ofertach publicznych i debiutach firm z tego sektora.

Wiadomo jednak, że to może być ukrywane aż do samego momentu podpisania czy zweryfikowania prospektu emisyjnego – zastrzega Stebakow. – Na pewno jest miejsce na takie spółki. Obecnie to ciekawy segment biznesu, szczególnie w kontekście informacji o popycie wewnętrznym. Sądzę więc, że część firm może wrócić do procedury prospektowej i jednak zadebiutować.

R. Sadoch (Plus Bank): w 2015 r. produkcja przemysłowa będzie rosnąć

CEO Magazyn Polska

Słaby złoty i poprawa koniunktury w Europie Zachodniej powinny napędzić polski przemysł w tym roku. Eksporterzy już udowodnili, że radzą sobie ze znalezieniem nowych rynków zbytu, a kurs europejskiej waluty jest dla nich bardzo korzystny. W związku z powyższym produkcja przemysłowa może rosnąć w 2015 r. szybciej niż w 2014 r.

W 2015 roku koniunktura w polskim przemyśle powinna się poprawiać. Gospodarka niemiecka, która jest naszym głównym partnerem handlowym, prawdopodobnie będzie rosła silniej niż w 2014 roku. Wskaźniki koniunktury pokazują, że poprawia się sytuacja w polskim sektorze przemysłowym – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Rafał Sadoch, ekonomista Plus Banku.

W styczniu nastroje wśród niemieckich analityków i inwestorów instytucjonalnych w odniesieniu do sytuacji gospodarczej kraju okazały się dużo lepsze od tych z grudnia oraz od oczekiwań. Indeks ZEW, opublikowany we wtorek, osiągnął wartość 48,4 pkt, najwyższą od 11 miesięcy. W grudniu miał on poziom niespełna 35 pkt, a ekonomiści spodziewali się styczniowego odczytu na poziomie 40 pkt. Według danych GUS w okresie od stycznia do listopada 2014 r. ponad 26 proc. polskiego eksportu trafiło do Niemiec. Był to wzrost o ponad jeden punkt procentowy rok do roku.

Zgodnie z prognozami Ministerstwa Gospodarki w całym 2014 r. dynamika sprzedaży w przemyśle i budownictwie przekroczy 3 proc., a w samym tylko grudniu mogła sięgnąć 5 proc. rok do roku. Dokładne dane Główny Urząd Statystyczny poda w środę o 14:00.

Produkcję przemysłową napędza eksport, który korzysta na wciąż silnym wobec złotego euro. Dzięki temu, że europejska waluta kosztuje ponad 4,30 zł, polskie produkty stają się bardzo atrakcyjne cenowo na Zachodzie. To w ocenie eksperta powinno skompensować utratę rynków na Wschodzie związaną z rosyjskim embargiem oraz kryzysem na Ukrainie.

Ekonomista Plus Banku zwraca uwagę także na to, że producenci żywności już pokazali, że potrafią zdobywać nowe rynki zbytu, i to nie tylko na naszym kontynencie, lecz także w Azji i Afryce. Podobnie może dziać się w pozostałych branżach przemysłu.

W 2012 roku, gdy strefa euro pozostawała w trudnej kondycji, polscy producenci eksportowali na Wschód, do Rosji i na Ukrainę. Gdy ta sytuacja się odwróciła, środek ciężkości został przerzucony gdzie indziej. Zatem nie martwiłbym się o to, że polscy eksporterzy czy producenci nie poradzą sobie w niekorzystnej sytuacji – przekonuje Sadoch.

Kontrakty terminowe to inwestycja dla profesjonalistów. Trzeba mieć wiedzę, doświadczenie i szczęście

0

CEO Magazyn Polska

Kontrakt terminowy to instrument finansowy o wielkim potencjale. Pozwala inwestorom dużo zarobić nie tylko w czasie giełdowej hossy, lecz także podczas spadków. Niestety, źle wybrane instrumenty typu futures mogą przełożyć się na spore straty. Dlatego na tym rynku powinni grać tylko inwestorzy z dużą wiedzą i doświadczeniem. Można je zdobyć w rozpoczynającym się konkursie Futures Masters organizowanym przez GPW.

Kontrakt terminowy to instrument lewarowany, czyli taki, który korzysta z dźwigni finansowej, pomnażający zyski w razie udanych inwestycji, ale i zwielokrotniający straty w przypadku dokonania niewłaściwego wyboru.

 Tam, gdzie działa dźwignia finansowa, mamy do czynienia ze zwiększonym ryzykiem, jeżeli chodzi o porównanie z rynkiem kasowym mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Neidek, analityk Domu Maklerskiego mBanku, jeden z mentorów w konkursie Futures Masters. Grając na kontraktach terminowych, należy mieć świadomość, że niewielki ruch instrumentu bazowego sprawia, że z kontraktu można uzyskać naprawdę pokaźną stopę zwrotu. Bo myślę, że dwucyfrowa stopa zwrotu zainwestowanego kapitału w ciągu jednego dnia to jest wysoki zarobek.

W ekonomii nie ma jednak cudów, więc potencjalnie wysokie zyski mogą też oznaczać wysokie straty.

Trzeba także myśleć o negatywnej stronie takiej inwestycji  podkreśla Piotr Neidek. – Mówię tu o ryzyku związanym z kontraktami terminowymi. Złe ustawienie poziomu stop-loss [wartości, przy której następuje automatyczne wyjście z inwestycji, zanim osiągnie ona niekorzystne poziomy – red.], zajęcie złej pozycji czy niezareagowanie na czas na zmieniające się warunki na rynku sprawia, że z początkowego kapitału dosyć dużo może stracić w ciągu jednego dnia. Dlatego kontrakty terminowe tak naprawdę powinny być instrumentem dostępnym tylko dla profesjonalnych inwestorów.

Wiedza i dobra strategia przy inwestycjach w kontrakty terminowe są bardzo ważne. Warto korzystać z analizy technicznej oraz ocenić kondycję spółek i całego rynku. Ale to nie wszystko.

Na rynku kontraktów terminowych duże znaczenie, jeżeli chodzi o prognozowanie przyszłości, ma szczęście zwraca uwagę analityk Domu Maklerskiego mBanku. Jak ma się nosa do bieżącego trendu, czyli tak naprawdę dobrze się czuje na przykład w układzie wzrostowym i potrafi zagrać dokładnie z trendem wzrostowym, no to wynik może okazać się naprawdę spektakularny. Gorzej, jeżeli jest się optymistą i trafi się w trend spadkowy. Tutaj szczęście to połowa sukcesu, a druga połowa to właśnie ta analiza.

Rynek kontraktów terminowych to wyzwanie, z którym mierzą się raczej giełdowi zawodowcy niż amatorzy. Zawodowcem zaś zostaje się dzięki wiedzy i doświadczeniu. Jedno i drugie można zdobyć w konkursie Futures Masters, organizowanym przez GPW, któremu patronuje też agencja informacyjna Newseria. Obecnie trwają zapisy oraz gra testowa. Właściwe zawody, w których wygrać można nagrody warte w sumie 70 tys. zł, rozpoczynają się 26 stycznia.

Zdaniem analityka DM mBanku jest to znakomity pomysł. Początkującym w osiąganiu sukcesów na tym rynku najbardziej przeszkadza psychologiczna bariera strachu o własny kapitał. W konkursie inwestuje się wirtualne pieniądze, bez ryzyka uszczerbku na własnym majątku, co umożliwia uczestnikom zagranie na rynku kontraktów z rozmachem. Kto przegra rundę, w kolejnym tygodniu wraca do gry z pełnym portfelem. To sprawia, że grający nie boją się podejmować ryzyka.

 Dobra rada dla uczestników brzmi tak: nie bójcie się ryzyka. Konkurs trwa pięć tygodni, czyli daje pięć szans na to, żeby zagrać agresywnie i wygrać, bo tutaj nie ma miejsca na liberalne strategie. Jest mało czasu na decyzję i dużo uczestników, ale aż pięć szans na to, by zaryzykować i wygrać, trzeba to wykorzystać. 

9 mln Polaków 50+ nie korzysta z internetu. Koszty wykluczenia cyfrowego to 24 mld zł

Blisko 80 proc. z 13 mln Polaków powyżej 50. roku życia nie korzysta z internetu. Wykluczenie cyfrowe oznacza 24 mld zł strat dla budżetu państwa i gospodarstw domowych. Eksperci podkreślają, że szkolenia to za mało, by przekonać ludzi w tej grupie wiekowej do internetu. Trzeba te osoby odpowiednio zmotywować i pokazać im, jakie korzyści może przynieść sieć.

Jeśli 9 mln Polaków w wieku 50+ przekonałoby się w jakimś stopniu do internetu, to wpłynęłoby to pozytywnie na naszą gospodarkę, bo ich nieobecność kosztuje nas rocznie 24 mld zł. Aby to się jednak udało, musimy wyjść do ludzi z ofertą, która nie będzie formalną edukacją, tylko czymś w rodzaju spotkań, podczas których postawimy wspólnie pierwsze kroki w internecie – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Głomb, prezes zarządu Stowarzyszenia „Miasta w Internecie”.

Jak przekonują eksperci, integracja cyfrowa tej grupy Polaków oznacza nowe możliwości podejmowania pracy lub zwiększania zarobków, a co za tym idzie dodatkowe składki na NFZ czy ZUS. Ponadto znaczące oszczędności są możliwe poprzez przeniesienie kontaktu z administracją do sieci. Jak wyliczyła firma PwC na zlecenie Stowarzyszenia „Miasta w Internecie”, ok. 2,4 mld zł mogliby zaoszczędzić sami zainteresowani – dzięki możliwości kupowania online i posiadaniu internetowego konta bankowego.

Musimy przestać uczyć, edukować, szkolić i zacząć zachęcać, motywować i inspirować – przekonuje Krzysztof Głomb. – To pozwoli pokonać podstawową w tym pokoleniu barierę, jaką jest zrobienie pierwszych kroków w internecie.

Jego zdaniem to bariera psychologiczna jest większym problemem dla wykluczonych cyfrowo niż samo opanowanie obsługi komputera i korzystania z sieci. Tym bardziej że osoby te potrzebują zwykle prostych umiejętności. Chcą wiedzieć, jak korzystać ze smartfona, tabletu, Skype’a,  jak skontaktować się z urzędem czy jak zrobić zakupy e-sklepem.

Dlatego programy muszą uwzględniać ten psychospołeczny element, który powoduje, że ponad 80 proc. ludzi w grupie 50+ nie decyduje się na to, by wziąć udział w jakichkolwiek zajęciach związanych z nauczeniem się korzystania ze świata cyfrowego – mówi prezes Stowarzyszenia „Miasta w Internecie”. – To powinny być spotkania, w trakcie których oni dowiadują się najpierw o tym, jakie ich potrzeby codzienne mogą być realizowane przez internet, np. zakupy, dostęp do kultury, kontakt z bliskimi.

Jedną z inicjatyw, które temu służą, jest program Polska Cyfrowa Równych Szans, realizowany przez Stowarzyszenie oraz resort administracji i cyfryzacji. Na rzecz włączenia dorosłych w cyfrowy świat działają wolontariusze, lokalni animatorzy, tzw. latarnicy. W ciągu dwóch lat blisko 3 tys. wolontariuszy przeszkoliło ponad 175 tys. osób.

W ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa na cyfryzację społeczeństwa i administracji będzie do wykorzystania ponad 2 mld euro.

Kwestie wykluczenia cyfrowego w grupie 50+ były jednym z tematów konferencji „Jak cyfryzować Polskę? Gospodarczy i obywatelski wymiar nowoczesnych technologii telekomunikacyjnych i informatycznych” zorganizowanej przez Instytut Sobieskiego.

Rynek walutowy czeka na decyzję EBC. Jeżeli bank osłabi euro, frank może jeszcze podrożeć

CEO Magazyn Polska

Wkrótce kolejny dzień próby dla franka szwajcarskiego. Podczas czwartkowego posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego może zapaść decyzja o wprowadzeniu programu skupu obligacji. To może osłabić euro i w konsekwencji jeszcze wzmocnić walutę Szwajcarii, także wobec złotego.

– Rynki spekulują, że 22 stycznia podczas posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego dojdzie do wprowadzenia programu QE, czyli luzowania ilościowego skupu obligacji, co dodatkowo spowoduje osłabienie euro. Zakładamy, że działanie banku Szwajcarii było pewnym wyprzedzeniem tego, co stanie się 22 stycznia – mówi agencji informacyjnej Newseria Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych Aforti Exchange. – Na rynku będzie bardzo duże zamieszanie. Jeśli nie dojdzie do wprowadzenia programu QE, może być jeszcze bardziej ciekawie, bo wtedy euro będzie bardzo mocno zyskiwać, a złoty znowu powróci do trendu wzrostowego. To będzie szansa na umocnienie naszej waluty i ponowne zejście kursu franka w rejon 3,60.

Po spektakularnym umocnieniu 15 stycznia frank pozostaje relatywnie drogi. Mimo że od panicznej reakcji inwestorów szwajcarska waluta sporo straciła na wartości, nadal kosztuje ok. jednego euro i ok. 4,30 zł.

– Jeśli euro będzie się dalej osłabiać, to para EUR/CHF, która była powiązana z frankiem szwajcarskim, znowu zacznie spadać. Czyli w efekcie będziemy mieli pogłębienie spadków – mówi Marek Paciorkowski.

W ubiegłym tygodniu bank Szwajcarii podjął niespodziewaną decyzję o wstrzymaniu obrony swojej waluty na poziomie 1,20 do euro. Zaskoczony rynek zareagował skokowym wzmocnieniem wartości franka z niespełna 3,60 zł do ponad 5 zł, po czym nastąpiła jego stabilizacja na poziomie 4,25-4,30 zł.

– Na naszej platformie był to poziom 4,90, ale jako że była to ogromna zmienność, to spready na rynku bardzo się rozszerzyły. Nikt nie miał nawet szansy złożenia takiej transakcji, my zresztą też staraliśmy się w jakiś sposób bronić – opowiada Marek Paciorkowski.Tym bardziej że przy tak dużej zmienności bardzo trudno w ogóle trafić w cenę. Obroty musiały być bardzo duże i raczej były realizowane zlecenia oczekujące, przez co kurs w tym momencie zachował się niestabilnie.

Po pierwszej reakcji rynku, po tak silnym umocnieniu franka, inwestorzy zaczęli się reflektować. Aby zrównoważyć swoje niespodziewane posunięcie, bank Szwajcarii poinformował też, że obciął stopy procentowe. W ten sposób trochę uspokoił panikę na rynku.

Rynek zaczyna odreagowywać pierwszą falę umocnienia – tłumaczy Marek Paciorkowski.Po czym przez resztę dnia koryguje ten cały ruch, stabilizuje się. I kolejne dni przyniosą odpowiedź, czy to był wystrzał spekulacyjny i rynek powróci do równowagi sprzed decyzji, czy jednak inwestorzy znajdą w tym jakiś powód, aby dalej tę walutę umacniać, bo będą kolejne posunięcia.

Inwestorzy zadają sobie bowiem ważne pytanie: co stanie się 22 stycznia, co zrobi EBC i jak rynek na to zareaguje.

Przełom w leczeniu WZW C. Jest szansa na wygranie z wirusem

CEO Magazyn Polska

W Polsce na WZW C choruje ok. 230 tys. osób. Po 25 latach od wykrycia wirusa HCV naukowcy potrafią wyleczyć wywoływane przez niego wirusowe zapalenie wątroby typu C. Nowe leki mają niemal stuprocentową skuteczność, nie mają skutków ubocznych i działają znacznie szybciej niż dotychczas stosowane kombinacje leków. Nadzieją na walkę z chorobą są terapie z grupy ABT, skuteczne w genotypie 1B, czyli tym najczęściej występującym w naszej populacji.

Wirusowe zapalenie wątroby typu C różni się zasadniczo od innych typów wirusowych zapaleń wątroby. Charakteryzuje się przede wszystkim długim, nawet wieloletnim, bezobjawowym albo bardzo łagodnym przebiegiem. W efekcie najczęściej chory zgłasza się do lekarza, gdy jest już za późno na leczenie farmakologiczne.

Do zakażeń wirusem dochodzi głównie poprzez kontakt z zakażoną krwią i korzystanie z niejałowego sprzętu medycznego. WZW C jest główną przyczyną występowania marskości wątroby oraz raka wątrobowokomórkowego. Szacuje się, że na całym świecie na chorobę tę cierpi nawet 170 mln ludzi, w Polsce – 230 tys.

Są trzy elementy, które pomogłyby zlikwidować problem HCV w Polsce. Po pierwsze, musimy zahamować generowania nowych zakażeń. Po drugie, musimy w odpowiednim momencie zdiagnozować pacjentów, jeżeli nie wyjdziemy z systemowym badaniem przesiewowym, to pacjenci przyjdą do nas za późno. Po trzecie, musimy oczywiście udostępnić leki, a dysponujemy takimi o bardzo wysokiej skuteczności, nawet 90-100 proc. Dzięki temu jesteśmy w stanie wyleczyć populację osób zakażonych i pozbyć się wirusa HCV – mówi prof. dr hab. n. med. Waldemar Halota, kierownik Katedry i Kliniki Chorób Zakaźnych i Hepatologii Collegium Medicum im. L. Rydygiera w Bydgoszczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Podstawowym celem leczenia zapalenia wątroby jest uzyskanie trwałego zahamowania namnażania się wirusa, a w konsekwencji remisja choroby. Jeszcze do niedawna skuteczność większości terapii lekowych, bardzo obciążających dla organizmu pacjenta, oceniana była między 50 a 70 proc. trwałych wyleczeń. W ostatnich latach naukowcy opracowali wiele nowych terapii, których skuteczność sięga nawet 100 proc. Są to leki określane jako DAA (direct acting antivirals), które hamują aktywność proteazy czy polimerazy HCV. Leki te są jednak bardzo drogie, w związku z czym nie w każdym kraju są dopuszczone do użytkowania.

Powoduje to perturbacje natury społecznej, ekonomicznej, prawnej i etycznej. Scenariusz minimum jest taki, że leki te będą dostępne dla niewielkiej liczby pacjentów w ramach tzw. programu lekowego, którego kryteria włączenia i wykluczenia będą bardzo wąskie i tylko nieliczni terapię uzyskają. Scenariusz maksimum to program, który zakłada, że leczymy wszystkich potrzebujących, być może byłby to narodowy program. Wtedy oczywiście musimy zadbać o to, żeby wykryć jak najwięcej osób, które mają wiremię, które mają tego wirusa we krwi, a potem zaoferować im skuteczne leczenie – mówi dr Krzysztof Łanda, prezes zarządu Fundacji Watch Health Care.

W zależności od tego, ilu pacjentów byłoby leczonych, zmieniałaby się cena efektywna tych nowoczesnych leków. Im większa liczba pacjentów, tym niższa cena leku wynegocjowana z Komisją Ekonomiczną i ministrem zdrowia. Zdaniem ekspertów skuteczne wyleczenie wszystkich osób zarażonych wirusem daje teoretyczną możliwość zmniejszenia rezerwuaru tego wirusa w społeczeństwie, czyli ograniczenie liczby osób chorych i zakażonych, które są potencjalnym źródłem zakażenia dla kolejnych ludzi. Nowe kombinacje leków są bardzo dobrze tolerowane przez chorych i do 12 tygodni skracają czas trwania kuracji. Dotychczasowe sposoby leczenia wywoływały bardzo często objawy grypopodobne, złe samopoczucie i depresję.

– Jest to inwestycja. Bo dzisiaj osób leczonych byłoby dużo, ale jeżeli je wyleczymy, to bardzo szybko możemy ograniczyć liczbę chorych, a dzięki temu w ciągu kilku lat zmniejszyć nakłady na leczenie – mówi dr Krzysztof Łanda.

Dotąd nie opracowano szczepionki przeciwko WZW C. Dla większości chorych jedynym ratunkiem jest przeszczep wątroby. W Polsce wykonuje się jednak zaledwie 30 transplantacji tego organu rocznie.

W walce z wirusowym zapaleniem wątroby typu C bardzo ważna jest profilaktyka, a więc niedopuszczanie do zakażenia. W tym celu należy unikać niesprawdzonych gabinetów kosmetycznych, salonów tatuażu, gabinetów medycznych, w których mogą nie zostać zachowane zasady czystości i sterylności igieł i narzędzi. W razie podejrzenia kontaktu z zakażoną krwią należy niezwłocznie udać się do lekarza pierwszego kontaktu i przeprowadzić badania krwi: na obecność przeciwciał anty-HCV, których pojawienie się może oznaczać zakażenie, próby wątrobowe oraz badanie metodą PCR, które wykaże, czy we krwi znajduje się materiał genetyczny wirusa.