ARC Rynek i Opinia: internet stacjonarny dla Polaków za drogi

CEO Magazyn Polska

Co piąty użytkownik Neostrady w ogóle nie korzysta z telefonu stacjonarnego, mimo że płaci za niego w pakiecie z internetem. Ponad 80 proc. nie akceptuje konieczności opłacania tego typu dodatkowych usług – wynika z raportu ARC Rynek i Opinia. Eksperci twierdzą jednak, że nie ma możliwości, by konsumenci nie partycypowali w kosztach utrzymania infrastruktury.

Korzystający z internetu stacjonarnego mają przekonanie, że płacą za dużo. Chcą niższych opłat, a szczególnie denerwuje ich kwestia opłat za utrzymanie łącza i tego, że często muszą jeszcze płacić za dodatkowe rzeczy, których nie potrzebują. Woleliby, żeby to było proste rozwiązanie: płacę tylko za internet, z tym związana jest być może kwestia niższej opłaty – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Adam Czarnecki, wiceprezes zarządu ARC Rynek i Opinia.

Liczba użytkowników telefonii stacjonarnej maleje od wielu lat, co ma przede wszystkim związek z coraz tańszymi i bardziej zaawansowanymi usługami telefonii komórkowej. 75 proc. przebadanych klientów Neostrady (usługa internetu stacjonarnego Orange) posiada jeszcze telefon stacjonarny, ale tylko co trzeci korzysta z niego codziennie lub prawie codziennie.

– Aż 1/5 osób, która teoretycznie ma możliwość korzystać z telefonu stacjonarnego w ramach pakietu z internetem, w ogóle tego nie robi, więc płacą za nic. Natomiast część użytkowników ciągle z niego korzysta, bo ma poczucie, że jak płaci, to musi – uważa Czarnecki.

Ponad połowa badanych przez ARC Rynek i Opinia posiadających telefon stacjonarny w ramach Neostrady zrezygnowałaby z niego, gdyby nie wiązało się to z koniecznością płacenia dodatkowej opłaty za utrzymanie łącza.

Jak mówi stare powiedzenie Miltona Friedmana „Nie ma darmowych obiadów”. Koszt utrzymania łącza tak czy tak ponosi operator. Pytanie, czy przenosi go na konsumenta w sposób jawny, czy też ukrywa go w pakietach. Wszyscy operatorzy utrzymują łącza, więc w każdym wariancie jakiś procent opłaty abonamentowej musi pokrywać koszt jego utrzymania, koszt prądu, obsługi, zwrotu z inwestycji itp. – mówi Tomasz Kulisiewicz, analityk rynku telekomunikacyjnego.

Z punktu widzenia operatora jest to racjonalna strategia, ponieważ pozwala na pokrycie kosztów stałych i wzrost sprzedaży. Konsumenci cenią sobie jednak możliwość wyboru i chcą płacić tylko za te usługi, które są im rzeczywiście potrzebne. Z drugiej strony, jawne uwzględnienie stałych kosztów związanych z infrastrukturą ułatwiłoby klientom wybór bardziej konkurencyjnych dostawców, bo koszty usług byłyby bardziej przejrzyste. Obecnie te opłaty obciążają nawet klientów, którzy de facto nie korzystają już z telefonii stacjonarnej, podłączonej do typowego gniazdka.

– Problemem usługi Neostrada nie jest koszt utrzymania łącza, lecz sposób wykorzystywania go w marketingu oraz dość wysokie sumaryczne koszty usługi detalicznej. Zamiast obniżenia sumarycznej ceny usługi operatorowi wygodniej jest koncentrować uwagę publiczności na narzuconej przez regulatora” opłacie za utrzymanie łącza, za pomocą której usprawiedliwia poziom łącznych kosztów świadczenia internetu klientom – uważa Anna Streżyńska, była prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. – Dla Orange wygodne jest obarczanie regulatora odpowiedzialnością za istnienie opłaty za utrzymanie łącza. Tymczasem regulator musi jedynie znać ten koszt w celach regulacyjnych, nie wymaga ani wyodrębniania go, ani dodawania go do opłaty internetowej jako odrębnej usługi – dodaje była prezes UKE.

Sejm pracuje nad zmianami w viaTOLL. Będą ułatwienia dla kierowców

CEO Magazyn Polska

Elektroniczny system poboru opłat na drogach będzie bardziej przyjazny dla kierowców. Postulowane przez nich i przez operatora viaTOLL zmiany są przedmiotem prac Sejmu. Zgodnie z założeniami poselskiego projektu Platformy Obywatelskiej to właściciele pojazdów, a nie kierowcy dostaną kary za brak opłaty w systemie. W ciągu doby możliwa będzie tylko jedna kara, a jej wysokość zmaleje o połowę. W tym tygodniu projekt nowelizacji ustawy wyszedł z sejmowej Komisji Infrastruktury. 

Bardzo nas cieszy, że po trzech latach od uruchomienia systemu elektronicznego poboru opłat te pomysły, o których już wtedy mówiliśmy, wchodzą w życie – podkreśla Krzysztof Gorzkowski z Kapsch Telematic Services, operatora systemu viaTOLL.

Nowe zasady naliczania i płatności kar ma wprowadzić nowelizacja ustawy o drogach publicznych oraz ustawy o autostradach płatnych oraz o Krajowym Funduszu Drogowym. 22 lipca prace nad nią zakończyła Komisja Infrastruktury, teraz akt trafi pod obrady Sejmu.

Proponowane przez posłów zmiany to również odpowiedź na postulaty kierowców aut powyżej 3,5 tony.

Przede wszystkim to nie kierowcy będą karani za to, że poruszają się po sieci dróg płatnych, ponieważ to nie oni decydują, jaką trasą przewożą ładunki z punktu A do punktu B. O tym decyduje menedżer floty, wysyłając swojego kierowcę w trasę. To jest bardzo istotna zmiana. W Polsce do tej pory prawo było bardzo restrykcyjne – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Gorzkowski.

Kierowcy pozostaną odpowiedzialni za nieprzełączenie urządzenia viaBOX po podłączeniu przyczepy lub naczepy do pojazdu. Ustawodawca uznał, że to jedyne naruszenie, za które odpowiedzialność osobistą ponosi kierowca.

Zgodnie z propozycją kary za przejazd siecią dróg płatnych bez wniesienia opłaty nie będą się kumulowały w ciągu jednej doby, a dodatkowo będą one niższe. Obecnie kara wynosi 3000 zł. Kierowcom, którzy zapłacą niepełną opłatę (na przykład stawkę za pojazd o masie od 3,5 do 12 t w przypadku ciężarówki przekraczającej 12 t) grozi 1500 zł. Według nowelizacji stawki te zmaleją do odpowiednio 1500 zł i 750 zł. Dla samochodów osobowych o masie poniżej 3,5 tony (czyli zwolnionych z opłat), ale z przyczepą, która powoduje wzrost maksymalnej masy dopuszczalnej zespołu pojazdów do ponad 3,5 tony, kary wyniosą odpowiednio 500 zł i 250 zł.

Równie istotna jest zmiana zabezpieczeń prawnych i finansowych przy podpisywaniu umowy na tak zwany post-paid, czyli możliwość wnoszenia opłaty po przejechaniu. Dotychczas potrzebne do tego gwarancje bankowe lub ubezpieczeniowe były bardzo kosztowne, stać na to było tylko duże firmy – podkreśla Gorzkowski.

System gwarancji ma zostać złagodzony – by przejść na płatności w formie post-paid wystarczy mieć takie samo zabezpieczenie, jak to potrzebne do uzyskania licencji firmy transportowej. To 9 tys. euro na pierwszy pojazd i 5 tys. euro na każdy kolejny. Dzięki zmianom więcej firm będzie mogło skorzystać z płatności po przejeździe. Do tej pory w ten sposób płaciło jedynie ok. 30 proc. przedsiębiorstw.

Mam nadzieję, że większość firm w Polsce przejdzie na system wnoszenia opłaty post-paid, co bardzo uprości im życie, bo będą one otrzymywały jedną notę księgową w miesiącu od przejazdów wszystkich samochodów, które są we flocie, w ten sposób wnosząc opłatę – mówi Gorzkowski.

Posłowie Prawa i Sprawiedliwości proponowali jeszcze, by z opłat za autostrady zwolnić autobusy wykonujące przewozy na trasach o długości do 150 km, autobusy szkolne oraz samochody osobowe z przyczepą, gdy maksymalna masa dopuszczalna takiego zespołu przekracza 3,5 tony. Choć posłowie w Komisji Infrastruktury rekomendowali Sejmowi przyjęcie tych poprawek, zostały one uznane za niezgodne z przepisami unijnymi.

PiS chciał też zwolnić kierowców z opłat za przejazd obwodnicami miast. Komisja Infrastruktury zarekomendowała przyjęcie tej poprawki.

Projekt nowelizacji wpłynął do Sejmu już we wrześniu ubiegłego roku. Dopiero w marcu skierowano go jednak do Komisji Infrastruktury. Po drugim czytaniu w Sejmie został on skierowany do ponownego rozpatrzenia w Komisji, a ta 22 lipca zarekomendowała przyjęcie części poprawek do nowelizacji.

J. Socha (PwC): Nowy prezes GPW powinien dokończyć jej prywatyzację i znaleźć inwestora branżowego

CEO Magazyn Polska

Paweł Tamborski obejmie stanowisko prezesa Giełdy Papierów Wartościowych. Wybór ten zatwierdziła Komisja Nadzoru Finansowego. Rynek czeka teraz na strategię działania nowego prezesa. Jednym z zadań będzie znalezienie inwestora branżowego, który wzmocni jeszcze pozycję warszawskiej giełdy w regionie – ocenia Jacek Socha, wiceprezes PwC w Polsce. To zaś będzie wymagało dokończenia prywatyzacji GPW.

Według Jacka Sochy rynek dobrze przyjął decyzję MSP w sprawie zmiany na stanowisku prezesa GPW, a doświadczenie z pracy na rynku kapitałowym powinno mu pomóc we współpracy ze środowiskiem giełdowym.

– Ważne jest doświadczenie Pawła Tamborskiego na rynku kapitałowym. Jako bankier inwestycyjny doskonale wie, jak pracuje rynek i jakie jest jego tętno – mówi Jacek Socha, wiceprezes PwC w Polsce. – Oczekuję od prezesa Tamborskiego pewnej, jasnej i klarownej wizji działania giełdy i określenia tego, co chciałby osiągnąć w najbliższych latach.

Jedna z najważniejszych decyzji dotyczyć będzie fuzji GPW z giełdą w Wiedniu.

W moim przekonaniu jest to kierunek właściwy z tego względu, że miejsce dla giełdy w Europie Środkowej jest tylko jedno: albo Wiedeń, albo Warszawa, albo oba te rynki razem. Warszawa powinna znaleźć sobie strategicznego partnera. Jesteśmy małą giełdą i nie przestaniemy być małą giełdą, to jest 130-140 mld euro kapitalizacji, z Wiedniem byłoby to 280 mld euro. To i tak jest dużo mniej niż Moskwa i znacznie mniej, bo tylko 1/3 tego, co w Madrycie, który nie jest postrzegany jako duży rynek europejski – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Socha, wiceprezes PwC w Polsce.

Znalezienie inwestora branżowego, który zaoferuje atrakcyjną strategię rozwoju GPW, będzie wymagało efektywnej współpracy nowego prezesa warszawskiej giełdy z Ministerstwem Skarbu Państwa i rządem. Obok otoczenia regulacyjnego dla potencjalnych inwestorów kluczowe znaczenie mają też plany MSP dotyczące prywatyzacji GPW. Zdaniem Jacka Sochy pozostawanie spółki prowadzącej giełdę pod faktyczną kontrolą państwa nie ma już żadnego merytorycznego uzasadnienia.

Giełda nie powinna być spółką, która jest własnością Skarbu Państwa, ten etap już minął i myślę, że nowy prezes powinien pracować z ministrem skarbu, aby ten zgodził się na zmianę struktury. Prezes Tamborski jest osobą doświadczoną, przede wszystkim sam był wiceministrem skarbu, więc doskonale wie, jak to funkcjonuje. Jego relacje z właścicielem będą na pewno dobre, w tym sensie, że wie, jak to robić – uważa Socha.

Według wiceprezesa PwC Skarb Państwa powinien sprzedać kontrolowany przez siebie pakiet akcji w perspektywie maksymalnie dwóch lat. Równocześnie Paweł Tamborski będzie się musiał zmierzyć z negatywnymi skutkami marginalizacji OFE oraz coraz mniejszą liczba debiutów, zwłaszcza prywatyzowanych spółek.

– Jest połowa lipca i niewiele osób zapisuje się do OFE, w związku z czym wiadomo, że z tej strony będzie trochę mniej pieniędzy. Trzeba będzie wspólnie z rządem i parlamentem poszukać nowych rozwiązań w III filarze, rozwiązań emerytalnych – zauważa wiceprezes PwC w Polsce.

Kolejnym wyzwaniem dla nowego prezesa będzie znalezienie kompromisu między interesami akcjonariuszy GPW a przedstawicielami domów maklerskich. Pośrednicy skarżą się na wysokość opłat transakcyjnych, która ich zdaniem hamuje rozwój rynku. W tle sporu o opłaty transakcyjne pojawia się problem niedostatecznej płynności na wielu notowanych papierach. Niska płynność z jednej strony może być wynikiem niedostatecznej podaży kapitału i liczby uczestników rynku, a z drugiej – może zniechęcać spółki i inwestorów do wchodzenia na rynek. W rezultacie trudniej jest przyciągać zagraniczny kapitał, który – zwłaszcza na rynkach wschodzących – preferuje aktywa o wysokiej płynności.

Jesteśmy postrzegani jako rynek stosunkowo młody o wyższym poziomie ryzyka. Po kilku latach od rozpoczęcia kryzysu, mimo że polska gospodarka ma się bardzo dobrze na tle innych gospodarek, uzyskaliśmy tylko poziom 2,3-2,4 tys. punktów z WIG20 z 4 tys., które były w 2007 roku. To jest kwestia postrzegania rynku i bezpieczeństwa na rynku. W moim przekonaniu właściwe byłoby szukanie strategicznego partnera biznesowego, który widziałby w Warszawie miejsce na hub dla Europy Środkowej i Wschodniej – uważa Jacek Socha.

Inwestorzy nie szukają już w Polsce taniej siły roboczej. Cenniejsi są dla nich wykształceni informatycy i inżynierowie

CEO Magazyn Polska

Zmienia się mapa europejskiego sektora wysokich technologii. Traci pogrążone w kryzysie południe Europy, a zyskuje Polska i region Europy Środkowo-Wschodniej. Nad Wisłę zagranicznych inwestorów przyciągają bardzo dobrze wykształceni inżynierowie i informatycy. To dzięki rozwojowi zaawansowanych badań oraz produkcji udział dóbr high-tech w polskim eksporcie wzrósł między 2007 a 2012 rokiem dwukrotnie.

Dzisiaj inwestorzy zagraniczni nie myślą już o Polsce jako o rynku, gdzie lokuje się swoje linie produkcyjne, bo jest tania siła robocza. Dzisiaj inwestorzy zagraniczni, przykładem jest GE, wybierają rynek polski dlatego, że jest tu bardzo wyspecjalizowana i świetnie wykształcona kadra, która już dzisiaj podejmuje się wykonywania bardzo specjalistycznych i innowacyjnych projektów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Beata Stelmach, prezes zarządu General Electric w Polsce i krajach nadbałtyckich.

Różnice w kosztach pracy między Polską a najbardziej rozwiniętymi gospodarkami Europy pozostają duże, na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat zwiększyła się jednak relacja tych kosztów na korzyść polskich pracowników. Według danych Eurostatu w 1996 r. całkowite koszty związane z zatrudnieniem w Polsce kształtowały się na poziomie 13 proc. takich kosztów w Niemczech oraz 20 proc. w Wielkiej Brytanii. W 2013 r. te relacje uległy niemal podwojeniu, do 24 proc. w przypadku Niemiec i 36 proc. w przypadku Wielkiej Brytanii.

GE w Polsce jest już ponad 20 lat i pierwsze inwestycje, jakie były dokonane, to były przejęcia pewnych zakładów produkcyjnych w drodze prywatyzacji. Dzisiaj firma zatrudnia w Polsce ponad 10 tys. osób. I to są nie tylko pracownicy linii produkcyjnych, lecz przede wszystkim są to bardzo wysoko wykwalifikowani pracownicy – twierdzi Stelmach.

Polscy pracownicy – zarówno w sektorze produkcji, jak i R&D (badania i rozwój) – są konkurencyjni w porównaniu z średnią z 28 państw UE. W 2011 r. średnia wydajność pracy w relacji do wynagrodzenia wyniosła 199,9 w przypadku sektora przemysłowego i 139,5 w sektorze profesjonalnych badań – wynika z danych Eurostatu. Średni wskaźnik dla gospodarek UE wyniósł odpowiednio 149 i 120. To sprawia, że Polska jest jednym z najbardziej atrakcyjnych miejsc w Europie do lokowania inwestycji w R&D i zaawansowanych gałęziach przemysłu. Przykładem jest koncern GE, który w 2010 r. stworzył w Warszawie ciśnieniowe laboratorium do badania sprzętu, który jest wykorzystywany przy podwodnym poszukiwaniu gazu i ropy.

– W tym roku zostanie otwarte specjalistyczne laboratorium, w którym badane będą komponenty łożysk do nowoczesnych silników GEnx, które są wykorzystywane m.in. w dreamlinerach. Te bardzo specjalistyczne badania wykonywane są w Polsce przez polskich specjalistów – mówi prezes GE w Polsce i krajach nadbałtyckich.

Od dłuższego czasu pracownicy z wykształceniem technicznym i informatycznym mogą liczyć na korzystne warunki zatrudnienia, co wynika m.in. z inwestycji firm z zagranicznym kapitałem.

W tej chwili tworzymy zespół stu kilkudziesięciu informatyków, którzy będą świadczyć usługi specjalistycznego wsparcia dla sektora usług medycznych, które GE świadczy w regionie. Inwestycje i obecność w Polsce z perspektywy General Electric to z jednej strony wysoko wykwalifikowana kadra, a z drugiej projekty, które mogą być zrealizowane na potrzeby modernizowanej polskiej gospodarki – wskazuje Beata Stelmach.

Rosnące zaawansowanie technologiczne polskiej gospodarki jest widoczne w zmieniającej się strukturze eksportu. Zgodnie z danymi Eurostatu w 2007 r. udział towarów i usług high-tech wyniósł 3 proc. całkowitego eksportu, by wzrosnąć do 5,9 proc. w 2012 r. W ten sposób Polska wyprzedziła część bogatszych krajów UE, zwłaszcza z południowej części kontynentu, jak: Grecja, Włochy, Hiszpania i Portugalia.

Średnia dla 28 krajów UE pozostaje jednak relatywnie daleko i wynosi 15,6 proc. udziału zaawansowanych technologicznie dóbr w całkowitym eksporcie. Dalszy wzrost eksportu dóbr high-tech może napotkać bariery w postaci ciągle niskiej innowacyjności polskiej gospodarki. Poprawa w tym zakresie wymaga bardziej efektywnej współpracy między sektorem publicznym i prywatnym.

Założone 14 lat temu centrum inżynieryjne, centrum kompetencyjne, jest doskonałym przykładem współpracy pomiędzy instytucją publiczną a korporacją, ponieważ GE współpracuje z Instytutem Lotnictwa. Dzisiaj centrum inżynieryjne (GE EDC) zatrudnia ponad 1650 inżynierów, a więc najwyższej klasy pracowników, którzy pracują w laboratoriach na globalne zapotrzebowanie General Electric – mówi Beata Stelmach.

Polscy rolnicy oszczędzają więcej niż pracownicy korporacji

CEO Magazyn Polska

Polski rolnik oszczędza co miesiąc o ponad połowę więcej niż pracownik korporacji. Mniej od gospodarstw rolnych oszczędzają także pracujący na własny rachunek. W stosunku do wielkości gospodarki, a zwłaszcza konsumpcji, Polacy oszczędzają bardzo mało. W III kwartale 2013 r. gospodarstwa domowe odłożyły równowartość 5 proc. PKB. Bez zmiany obecnych tendencji dopiero za 30 lat przeciętny Polak dogoni pod względem bogactwa obywatela Niemiec.

Przeciętny Polak ma w tej chwili około 8-9 tys. euro aktywów finansowych. W porównaniu z Niemcem, który ma prawie 70 tys. euro, jest to siedmiokrotnie mniej. Dobra wiadomość jest taka, że naszych zachodnich sąsiadów szybko gonimy. Tempo wzrostu aktywów finansowych w Polsce wynosi około 10 proc. w skali roku. W Niemczech to 3 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Grzybczak, dyrektor zarządzający BGŻOptima.

Różnica w majątku finansowym między Polakami a Niemcami jest wciąż na tyle duża, że przy utrzymaniu obecnych tendencji zniknie ona dopiero po 30 latach. Przyrost wartości aktywów finansowych zależy wprost od długookresowej stopy oszczędności oraz sposobu ich wykorzystania, czyli wyboru właściwych projektów inwestycyjnych.

W Polsce stopa oszczędzania jest wciąż bardzo niska. Wynosi, w zależności od roku, od 2 do 5 proc. Jest to poziom zdecydowanie niższy niż w krajach Europy Zachodniej. Dla porównania w Niemczech stopa oszczędzania wynosi 10 proc. – mówi Piotr Grzybczak.

Jak wynika za danych NBP, gospodarstwa domowe zaoszczędziły w III kwartale 2013 r. jedynie równowartość 4,9 proc. PKB.

Choć Polacy oszczędzają regularnie, średnio są to niewielkie kwoty. Według dyrektora BGŻOptima niespodzianką jest fakt, że to nie pracownicy korporacji czy samozatrudnieni oszczędzają najwięcej w przeliczeniu na 1 osobę.

Najwięcej wśród Polaków odkładają gospodarstwa rolne. Te dane nas zaskoczyły. Średnio odkładają oni 350 zł. Dla porównania osoby zatrudnione w korporacjach 200 zł – wskazuje Grzybczak.

Warto jednak zwrócić uwagę na to, że od 2004 r. skumulowana wartość dopłat bezpośrednich dla rolnictwa wyniosła ponad 105 mld zł. Pieniądze trafiły do ok. 1,4 mln rolników. Widoczna jest także duża koncentracja zgromadzonych oszczędności: 50 proc. z nich należy do 10 proc. Polaków.

Niską przeciętną skłonność do oszczędzania Grzybczak tłumaczy dużym optymizmem wśród Polaków. W porównaniu z wieloma gospodarkami UE, Polska relatywnie łagodnie przeszła przez okres światowego kryzysu, dzięki czemu nie było załamania konsumpcji. O dobrych nastrojach wśród polskich konsumentów świadczy też wysoki poziom wydatków na trwałe dobra konsumpcyjne, takie jak samochody. Są one szczególnie wysokie, jeśli się porówna ich wartość do średniej w UE na tle niewielkich zasobów finansowych Polaków.

W Polsce wydatki na samochody w skali roku to 96 proc. w skali unijnej. A nasze oszczędności, nasze aktywa, wciąż stanowią tylko 15 proc. średniej unijnej. Czyli mamy jeszcze dużo do nadgonienia – uważa dyrektor zarządzający BGŻOptima.

Obok stopy oszczędności decydującym czynnikiem wpływającym na tempo wzrostu majątku finansowego Polaków jest efektywność wykorzystania dostępnego kapitału. Wolne środki dostępne na inwestycje nie generują wzrostu PKB, jeśli nie są efektywnie wykorzystywane.

Poziom średniego bogactwa Polaków zaczął szybko rosnąć w wyniku reform po 1989 r. Drugą istotną cezurą było wejście do UE, które wymagało otwarcia gospodarki na konkurencję na jednolitym rynku oraz poprawy szeregu regulacji i instytucji. W rezultacie od 2004 r. tempo wzrostu wartości depozytów wynosiło średnio 7 proc. rocznie. Jeszcze szybciej rosła wartość aktywów finansowych w postaci akcji i jednostek uczestnictwa w funduszach inwestycyjnych – 10 proc. rocznie – wynika z obliczeń BGŻOptima. Poza Słowacją było to najszybsze tempo bogacenia się wśród państw Europy Środkowo-Wschodniej.

Dla porównania aktywa na Węgrzech rosły tylko 6 proc. rocznie, na Słowenii 5 proc., w Czechach 8 proc. Słowacja rosła równie szybko jak my. Bogacimy się bardzo szybko i to jest dobra wiadomość – ocenia Grzybczak.

Szybkiemu przyrostowi aktywów finansowych w Polsce sprzyjał także relatywnie dobrze rozwinięty rynek kapitałowy. Wciąż jednak niewielka część oszczędności Polaków trafia na giełdę. Według obliczeń BGŻOptima w 2013 r. jedynie 5 proc. zostało ulokowane w akacjach i innych udziałach kapitałowych, a 10 proc. w krajowych funduszach inwestycyjnych (bez uwzględnienia OFE). Całkowita wartość aktywów finansowych gospodarstw domowych wyniosła we wskazanym okresie 864 mld zł.

W ciągu 10 lat prawie zupełnie nie zmieniła się struktura naszych aktywów finansowych. Wciąż ponad 10 proc. to depozyty i gotówka. Nadal zdecydowanie wybieramy depozyty bankowe, mimo że stopa zwrotu z innych aktywów, czyli z funduszy inwestycyjnych czy obligacji, jest znacznie wyższa niż z depozytów. Dla przykładu WIG przez ostatnie 20 lat rósł średnio 10 proc. w skali roku – mówi dyrektor zarządzający BGŻOptima.

Na tle rozwiniętych państw UE Polskę wyróżnia niski udział zainwestowanych oszczędności na rynku kapitałowym. Większy od średniej UE jest za to udział depozytów, w tym zwłaszcza lokat terminowych.

Młodsze pokolenia są coraz lepiej wykształcone

CEO Magazyn Polska

Badanie zachowań edukacyjnych Polaków pokazuje, że dokonaliśmy awansu edukacyjnego. Młodsze pokolenia są coraz lepiej wykształcone. Wciąż największy wpływ na wybory edukacyjne i poziom wykształcenia mają wzory wyniesione z rodzinnego domu, choć duże znaczenie ma też sytuacja na rynku pracy. Poziom wykształcenia ma często wpływ na charakter zatrudnienia – niższe wykształcenie zwiększa prawdopodobieństwo zatrudnienia na umowę śmieciową.

Podstawowe znaczenie dla osiąganego poziomu edukacji ma przede wszystkim sytuacja rodzinna – wykształcenie rodziców oraz motywowanie przez nich dzieci do zdobywania kolejnych poziomów edukacji. Wykształceni rodzice są w stanie od najmłodszych lat przekazywać potomkom wiedzę i zaszczepić potrzebę jej zdobywania.

Wzorce edukacyjne przekładają się na kolejne pokolenia. Rodzice z wyższym wykształceniem częściej poświęcają swój czas na rozmowy i zabawy edukacyjne z małymi dziećmi do siódmego roku życia – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Agnieszka Chłoń-Domińczak, lider Zespołu Edukacji i Rynku Pracy w Instytucie Badań Edukacyjnych.– To, co niepokoi w badaniu, to jak wygląda przejście pomiędzy edukacją a rynkiem pracy. Jeżeli osoba ma niższe wykształcenie, częściej zdarza się, że pracuje w szarej strefie na podstawie ustnych umów lub pracuje na umowach śmieciowych.

Wpływ na kontynuowanie nauki w dorosłym życiu ma z kolei sytuacja rodzinna i społeczna. Zwykle rezygnują z niej rodzice małych dzieci i ludzie starsi. Istotny jest też poziom osiągniętego wykształcenia – im bardziej wykształcone osoby, tym chętniej korzystają z różnych form doszkalania i poszerzania wiedzy.

Widzimy, że osoby, które są wykluczone edukacyjnie czy osiągnęły najniższe poziomy wykształcenia, nie kontynuują nauki, co z kolei zwiększa ryzyko wykluczenia społecznego. Badanie potwierdza również, że dorośli Polacy rzadko są aktywni edukacyjnie. Ewentualnie uczą się samodzielnie, nieformalnie. Wraz z wykształceniem rośnie uczestnictwo w różnych formach nauki – krótko mówiąc, osoby niżej wykształcone mniej się uczą – podkreśla dr Agnieszka Chłoń-Domińczak.

Instytut Badań Edukacyjnych we współpracy z zespołem Instytutu Statystyki i Demografii Szkoły Głównej Handlowej przygotował badanie zachowań edukacyjnych Polaków, w którym udział wzięło ponad 33 tys. gospodarstw domowych i około 60 tys. osób, a w ankiecie indywidualnej odpowiedzi udzielały osoby pomiędzy 15. a 65. rokiem życia.

Od dziś zmieniają się wymogi w oznaczaniu cen. Towary nie będą musiały być metkowane

0

CEO Magazyn Polska

Dziś wchodzą w życie nowe zasady informowania o cenach towarów i usług. Zmniejszą się wymogi dotyczące oznaczania produktów. Pozwoli to punktom handlowym ograniczyć koszty, które generowało metkowanie każdego towaru z osobna. Wzrosną za to kary za niedopełnienie obowiązków.

Do tej pory maksymalna kara za wykroczenia związane z informowaniem o cenach towarów i usług wynosiła 1,5 tys., teraz może to być nawet 20 tys. zł za jednorazowe naruszenie prawa.

Ustawa wprowadza bardzo wysokie kary w przypadku niedopełnienia obowiązków informacyjnych dotyczących cen. Nowe prawo przewiduje karę administracyjną za tego typu zaniechanie do 20 tys. złotych. Natomiast w przypadku, gdy dojdzie do trzykrotnego naruszenia zapisów ustawy w ciągu roku, kara może wynieść 40 tys. złotych, przy czym ustawodawca pozostawił do ustalenia urzędnikom, jaka ta kara ostatecznie będzie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Radosław Płonka, adwokat w Kancelarii Prawnej Płonka Ozga, ekspert prawny BCC.

Uchwalona przez Sejm w maju br. ustawa ma na celu realizację procesu deregulacji i dostosowanie prawa do realiów rynku – napisano w uzasadnieniu.

Głównym plusem tej ustawy jest zniesienie obowiązku oznaczania każdego towaru indywidualnie na półce. Obecnie będzie można to zrobić w inny sposób, byleby cena była wskazana w sposób jednoznaczny. To jest niewątpliwy plus tej ustawy. Przedsiębiorca nie będzie miał potrzeby angażowania pracowników do metkowania każdego towaru z osobna, pracownicy będą mogli zająć się bardziej produktywną pracą – wskazuje Radosław Płonka.

Problemy, jakie mogą powstać z powodu nakładania wysokich kar finansowych na firmy, są większe od korzyści, jakie wynikają z nowego prawa – uważa jednak ekspert prawny BCC.

Do tej pory maksymalna stawka kary według Kodeksu wykroczeń wynosiła 1500 zł, ale odpowiedni przepis został uchylony. Dodatkowym czynnikiem ryzyka jest to, że wysokość kar będzie w dużym stopniu zależeć od uznaniowej decyzji urzędników. W rezultacie negatywne skutki nowych regulacji najmocniej odczują małe i mikroprzedsiębiorstwa, ponieważ wysokość kar w relacji do ich przychodu jest bardzo wysoka.

Hipermarkety do tej pory radziły sobie w ten sposób, że wprowadzały system kodów kreskowych. Natomiast mikro- i mali przedsiębiorcy, których nie stać na wdrożenie tego kosztownego systemu, oznaczali każdy towar na półce z osobna – mówi ekspert prawny BCC.

W przypadku rozbieżności lub wątpliwości co do ceny oferowanego produktu, na mocy nowej ustawy konsument będzie miał prawo żądać sprzedaży tego produktu po cenie dla niego najkorzystniejszej. W założeniu ma to zniechęcać firmy do stosowania praktyk mających na celu wykorzystanie nieuwagi klientów do sprawdzenia, jakie są rzeczywisty koszty nabycia danego towaru czy usługi.

Choć konsumenci mają pełne prawo do wiarygodnych informacji dotyczących sprzedawanych produktów, w tym jednoznacznie określonych cen, to – zdaniem Płonki – ochrona ich interesów nie wymaga tak wysokich sankcji. Podkreśla, że ustalając ich wysokość, ustawodawca źle wyważył z jednej strony, społeczną szkodliwość niedopełnienia tych obowiązków przez firmy, a z drugiej – społeczne koszty związane z możliwym bankructwem przedsiębiorcy.

Konsekwencją tego typu rozwiązania może być utrata miejsca pracy, a także likwidacja niektórych mniejszych firm, które nie będą w stanie ponieść tego typu kosztu. Wysokość kary jest nieadekwatna do stopnia społecznej szkodliwości takiego czynu – uważa Płonka.

Zyskowność branży mięsnej bliska zeru. Wyniszcza ją słaba pozycja w stosunku do sieci handlowych

CEO Magazyn Polska

Drobni przedsiębiorcy produkujący mięsa i wędliny coraz mocniej odczuwają presję ze strony dużych sieci handlowych. W tym roku dodatkowym problemem dla branży jest embargo na eksport wieprzowiny na rynki wschodnie. W efekcie wiele firm może zanotować straty, bo od wielu lat jest na granicy rentowności. To sprawia, że branża coraz częściej mówi o potrzebie integracji produkcji.

Od wielu lat branża mięsna pracuje na minimalnej marży, a możliwe nawet, że dosłownie na zerowej. To oczywiście bardzo utrudnia rozwój branży, która przedtem bardzo dobrze sobie radziła – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Rodziewicz, prezes Stowarzyszenia Rzeźników i Wędliniarzy RP.

Wszystko wskazuje na to, że 2014 r. będzie dla branży mięsnej kolejnym trudnym rokiem. Mimo negocjacji i skierowania sprawy do WTO przez Komisję Europejską Rosja wciąż utrzymuje embargo na wieprzowinę z UE. W rezultacie eksport wieprzowiny z Polski spadł w I kwartale br. o 7 proc., licząc rok do roku. Ze względu na rosyjskie embargo w całym 2014 r. wywóz mięsa wieprzowego ma być niższy o 15 proc. – prognozuje Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. Zakaz eksportu dotyczy także innych gospodarek wchodzących w skład Unii Celnej, a więc Białorusi i Kazachstanu.

Skutkiem mniejszego eksportu na rynki wschodnie będzie spadek cen wieprzowiny na rynku krajowym. Jej spożycie dzięki temu wzrośnie o 1 kg/osobę do 37 kg/osobę rocznie – ocenia IERiGŻ. Choć wzrośnie wolumen sprzedaży, to przy braku spadku kosztów produkcji jej rentowność będzie jednak niższa.

Problemem wielu wytwórców – zwłaszcza małych i średnich przedsiębiorców – jest niewielka specjalizacja ich produkcji. Wiele zakładów mięsnych produkuje nawet kilkadziesiąt różnych wyrobów, co nie pozwala efektywnie wykorzystywać posiadanych maszyn i pracowników. Uniemożliwia to również koncentrację produkcji na najbardziej rentownych rodzajach mięs i wędlin. Tymczasem spożycie poszczególnych grup produktów się zmienia. Jest to widoczne zwłaszcza w dłuższym horyzoncie czasowym: 20-30 lat temu przeciętny Polak jadł 12-15 kg wołowiny rocznie, a obecnie jest to tylko 1,5-2 kg.

Mięso utrzymuje się na tym samym poziomie, natomiast ilość typowych polskich kiełbas zmniejsza się. To się przenosi na kwestie garmażu czy dań gotowych. Spożycie wieprzowiny spada u nas stosunkowo niewiele, drobiu ciągle rośnie, ale jestem zaniepokojony bardzo małą ilością spożywanej wołowiny – mówi Rodziewicz.

Niska rentowność sprawia, że mniejsi przedsiębiorcy coraz częściej mówią o potrzebie większej kooperacji. Skłania ich do tego także postępująca koncentracja na rynku detalicznym. Mali producenci mają niewielką siłę przetargową w negocjacjach z dużymi sieciami handlowymi i dystrybutorami.

Walczymy o tę integrację, ale to bardzo trudny proces. Nasi przetwórcy przyzwyczajeni są do tego, że wszyscy robią pełny asortyment wędlin i mięsa. To na pewno ogranicza ich siłę w relacjach z innymi uczestnikami rynku. Dlatego te koncerny, które są w Polsce, takie jak Sokołów i Animex, lepiej sobie radzą, bo bardziej się integrują – uważa Stowarzyszenia Rzeźników i Wędliniarzy RP.

Duże rozdrobnienie polskich producentów oraz ich szeroki asortyment wynika także z tradycji produkcji mięs i wędlin na domowe potrzeby lub lokalne rynki. Wiele z nich to produkty specyficzne dla danego regionu, dlatego część przedsiębiorców nie chce rezygnować ze swoich oryginalnych receptur i wyrobów. Janusz Rodziewicz uważa, że integracja rynku musi brać pod uwagę te wywodzące się z tradycji realia.

To jednak nie zastąpi polskiej tradycji, zgodnie z którą mamy ogromną ilość gatunków mięsa i wędlin. Przemysł jest bardzo mocno rozbudowany i dzięki temu mamy ciągle tradycyjny, specyficzny smak polskiego mięsa i polskich wędlin – uważa Janusz Rodziewicz.

Problemem dla niewielkich producentów wędzonych mięs i wędlin są także nowe przepisy unijne, które obniżają dopuszczalną zawartość potencjalnie szkodliwych substancji (m.in. benzopirenów). Część z nich będzie jednak mogła produkować na rynek krajowy według dotychczasowym norm, jeśli ich wyroby trafią na listę produktów tradycyjnych, zatwierdzonych przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Komisja Europejska zdecydowała się złagodzić swoje stanowisko po uwagach ze strony państw członkowskich, w tym Polski.

Bardzo silny wpływ na kondycję branży mięsnej ma również zaufanie konsumentów do jakości wyrobów, co wynika z rosnącej zamożności i świadomości zakupowej Polaków. Jednym ze sposobów na informowanie klientów oraz zachęcanie do zakupu mięs i wędlin jest Fundusz Promocji. Formalnie istnieje 5 osobnych funduszy, które gromadzą środki na promocję mięsa wieprzowego, drobiowego, wołowego, końskiego i owczego.

Co trzeci Polak planuje w tym roku remont. Głównie własnymi siłami

CEO Magazyn Polska

Co trzeci Polak planuje w tym roku remont. W większości przypadków będą to tylko drobne prace. Polacy niechętnie korzystają z fachowych ekip – samodzielnie wolimy malować, gipsować i tapetować. Dla co czwartego remontującego to wydatek co najmniej 5 tys. zł.

Jak wynika z badania PAYBACK Opinion Poll, jedna trzecia Polaków planuje przeprowadzenie remontu w tym roku. W ponad połowie przypadków będą to drobne prace remontowe, jak malowanie ścian czy zmiana wystroju pomieszczeń. Prawie 40 proc. Polaków natomiast planuje gruntowny remont jednego z pomieszczeń – mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Lipiński, kierownik ds. PR Loyalty Partner Polska, operatora programu bonusowego PAYBACK.

Lipiński dodaje, że Polacy ‒ zwłaszcza przy prostszych pracach ‒ nie korzystają z pomocy fachowych ekip. Takie prace, jak malowanie, gipsowanie lub tapetowanie ścian osoby remontujące najczęściej wykonują same lub z pomocą członków rodziny. Nieco mniej niż połowa przepytanych deklaruje, że bez pomocy specjalistów położy panele lub parkiet. 61 proc. respondentów zadeklarowało, że w ogóle nie zatrudni ekipy remontowej.

Fachowców Polacy zatrudniają zwłaszcza do bardziej uciążliwych prac. Tylko ok. 5 proc. osób zamierza samodzielnie cyklinować i wykonywać prace szklarskie. Jeszcze mniej osób deklaruje, że bez pomocy fachowców zajmie się instalacją gazową i grzewczą.

Wybierając ekipę remontową, najczęściej kierujemy się rekomendacją innych osób (aż 70 proc. badanych), choć ważne są też cena oraz terminowość wykonania prac. Polacy oczekują też odpowiedniej jakości. Ponad połowa respondentów zadeklarowała, że podpisze umowę ze specjalistami.

Korzystanie z usług fachowców zwiększa koszty remontu, które i tak nie są najniższe. Co czwarty remontujący wyda na niego co najmniej 5 tys. zł. Tylko jeden na dziesięciu zamknie wydatki w kwocie 500 zł.

Pieniądze będą pochodziły głównie z oszczędności, ale też z budżetu domowego oraz kredytu bankowego. Tę ostatnią opcję wybierze co dziesiąty Polak – wyjaśnia Lipiński. ‒ Koszt remontu wiąże się z zakupem narzędzi, a także materiałów budowlanych i wykończeniowych. Skorzystamy głównie z marketów budowlanych oraz meblowych, wybierając produkty ze średniej półki cenowej.

Jak dodaje Lipiński, koszty te można nieco obniżyć. Pomaga w tym zwłaszcza dobre planowanie. Zachęca, by przed remontem dokonać inwentaryzacji i spisać materiały oraz elementy, które są potrzebne. To pozwoli uniknąć niepotrzebnych wydatków.

Lato to popularna pora na remont. W ciągu tych miesięcy przeprowadzi go jedna trzecia ankietowanych. Ale aż 43 proc. respondentów nie wybiera pory roku szczególnie, lecz dokonuje niezbędnych prac wtedy, gdy zachodzi taka potrzeba. Reszta – ok. 20 proc. Polaków – kieruje się finansami i rozpoczyna remont dopiero wtedy, gdy zaoszczędzi niezbędne środki.

Rynek czeka na nowego prezesa giełdy. KNF dał zielone światło

CEO Magazyn Polska

Aktualizacja 12:30

Zgodnie z oczekiwaniami inwestorów KNF wydał dziś zgodę na objęcie przez Pawła Tamborskiego fotela prezesa GPW. W piątek ma zostać dokończone walne zgromadzenie akcjonariuszy Giełdy, po którym były wiceminister skarbu zajmie miejsce Adama Maciejewskiego. Według Piotra Olendskiego, członka zarządu Deutsche Bank Polska, Tamborski ma dobre kwalifikacje, by zmierzyć się z wyzwaniami, jakie stoją przed polskim rynkiem kapitałowym.

Wielokrotnie współpracowałem z Pawłem Tamborskim. Jest to człowiek wyjątkowo dokładny, który przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji chce zapoznać się ze wszystkimi aspektami. Bardzo wnikliwie analizuje skutki swoich decyzji, ma bardzo dużą wiarę w to, co robi, i niełatwo się zniechęca – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Olendski, członek zarządu Deutsche Bank Polska.

Po oficjalnym objęciu fotela prezesa GPW przez Pawła Tamborskiego uczestnicy rynku czekać będą na określenie przez niego celów związanych z rozwojem giełdy. Tym bardziej, że panuje powszechna zgoda, co do tego, że wyczerpał się już dotychczasowy model rozwoju rynku kapitałowego. Coraz mniejszy jest zasób spółek do prywatyzacji, a przede wszystkim ograniczona zostanie rola OFE jako ważnego kupującego, zwłaszcza na rynku pierwotnym. Te problemy zostały już szeroko opisane w obowiązującej wciąż strategii rozwoju giełdy, której celem była budowa Warsaw Capital City.

– Rolą nowego prezesa będzie nie tylko kierowanie giełdą w rozumieniu administrowania, lecz także stworzenie wizji i jej wdrażanie oraz promocja polskiego rynku kapitałowego – twierdzi Olendski.

Część ekspertów uważa, że państwo powinno całkowicie sprywatyzować giełdę, aby pomóc w pozyskaniu inwestora branżowego. To może być ważny warunek powodzenia ewentualnej fuzji z jednym z rynków w regionie, np. grupą CEE SEG na czele z giełdą wiedeńską. Zwolennicy takich decyzji argumentują, że polski rynek kapitałowy jest zbyt mały, by samodzielnie się rozwijać i pozyskiwać znaczący kapitał zagraniczny.

Jednocześnie zgadzamy się co do tego, że istnieje jeszcze spory potencjał do zwiększenia mobilizacji krajowego kapitału, m.in. poprzez stworzenie zachęt do prywatnego oszczędzania na emeryturę. W tym kontekście GPW już prowadzi kampanię mającą na celu popularyzację rynku kapitałowego.

To jest coś, z czym Paweł Tamborski przez wiele lat miał do czynienia, promował spółki, promował już polski rynek kapitałowy, dbał o jego rozwój, więc w pewnym sensie to może być taki naturalny następny krok w jego karierze zawodowej – uważa członek zarządu Deutsche Bank Polska.

Obok podjęcia decyzji na poziomie strategicznym, nowy prezes GPW będzie musiał zmierzyć się także z problemami, które wskazują na co dzień inwestorzy. Giełda podjęła w ostatnim czasie szereg działań mających zwiększyć atrakcyjność warszawskiego parkietu, zwłaszcza pod względem płynności. Na razie jednak wprowadzenie nowych indeksów giełdowych oraz wzrost mnożnika na kontraktach terminowych z 10 do 20 zł nie zrekompensowały negatywnego wpływu, jaki miała marginalizacja OFE.

Olendski uważa, że ogromne doświadczenie Tamborskiego w pracy na rynku kapitałowym i jego otoczeniu pozwoli mu skutecznie zająć się barierami rozwoju rynku, które zmniejszają płynność, liczbę emitentów oraz inwestorów. Z kolei decyzje na poziomie strategicznym będą wymagały również efektywnej współpracy z MSP.

 Tamborski ma wieloletnie doświadczenie we wprowadzaniu firm na parkiet, w podnoszeniu kapitału poprzez emisję z prawem poboru, sprzedaż, transakcje na rynku wtórnym. Tak więc przeszedł przez wszystkie etapy tego rynku kapitałowego, gdzie jego służba w ramach Ministerstwa Skarbu była tylko jednym z wielu, aczkolwiek bardzo cennych, etapów pozyskiwania doświadczeń – uważa Piotr Olendski.

Bankowe aplikacje mobilne oferują coraz więcej usług. Choćby fotoprzelewy realizowane na podstawie zdjęcia faktury czy rachunku

Brak dodatkowych kosztów, oszczędność czasu i elastyczność – to najważniejsze zalety aplikacji mobilnych, jakie wskazują klienci banków. Dodatkowo zarządzanie finansami wspomagają coraz to nowe funkcjonalności bankowych aplikacji. Możliwe stają się np. fotoprzelewy realizowane na podstawie zdjęcia faktury i rachunku czy obsługa aplikacji głosem.

Poza takimi usługami, jak: sprawdzanie salda rachunku, zlecenia przelewów (w tym natychmiastowych) czy kupna i sprzedaży walut, aplikacje mobilne oferują bardziej zaawansowane udogodnienia, takie jak np. fotoprzelewy.

Wystarczy tylko zrobić zdjęcie faktury, którą klient dostał za media, i aplikacja automatycznie sczytuje wszystkie dane z faktury do systemu. Klient manualnie praktycznie nic nie musi wprowadzać. Bardzo dużym udogodnieniem i progresem jeżeli chodzi o usługi bankowe jest również otwieranie rachunków poprzez bankowość mobilną, a takie aplikacje już funkcjonują na rynku. Klient może w pełni mobilnie, w bardzo prosty sposób otworzyć konto bankowe, nawet jadąc taksówką na lotnisko – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Adamczyk, dyrektor departamentu bankowości internetowej Meritum Bank.

Aplikacje na smartfony i tablety pozwalają lepiej zarządzać własnymi finansami. Dzięki nim przedsiębiorcy łatwiej mogą uniknąć spóźnienia z zapłatą podatków lub ZUS, a spędzający urlop np. zapłacić rachunki za mieszkanie.

Aplikacje mobilne eliminują praktycznie wszystkie fizyczne ograniczenia, z którymi do tej pory klient miał do czynienia. Czyli z każdego miejsca, o każdej porze i niezależnie od okoliczności możemy zarządzać naszymi finansami – mówi Małgorzata Adamczyk.

Podstawową zaletą bankowości mobilnej jest to, że nie wymaga ona dostępu do internetu, ponieważ opiera się na transmisji danych, jaką zapewniają operatorzy telefonii komórkowej. Nie bez znaczenie jest również wygoda – bankowość mobilna nie wymaga szukania dostępu do internetu ani noszenia przy sobie laptopa. To ułatwia zarządzanie swoimi finansami osobom, które w ciągu dnia mają mało wolnego czasu lub zależy im na szybkości. W przypadku standardowych przelewów bankowych istnieją tzw. sesje przychodzące i wychodzące, czyli godziny, w których banki dokonują faktycznych transakcji z ich zaksięgowaniem. Jeżeli z powodu braku dostępu do internetu standardowy przelew zostanie zlecony wieczorem, już po ostatniej sesji wychodzącej, to dojdzie on do adresata dopiero w następnym dniu roboczym.

Bankowość mobilna dostosowana jest do naszej mobilności, a wiadomo, że bardzo dużo się zmieniło w naszym życiu. Dzisiaj klienci są mobilni i oczekują tego również od usług finansowych. Bank powinien być tam, gdzie klient, i myślę, że aplikacje mobilne spełniają ten warunek – uważa Małgorzata Adamczyk.

Z tego względu bankowość mobilna może być bardzo wygodnym rozwiązaniem dla osób, które spędzają urlop lub mieszkają na terenach, gdzie nie ma oddziału danego banku czy brakuje infrastruktury internetowej. Rozwój aplikacji mobilnych sprawia, że pozostałe kanały dostępu nie są już potrzebne. Tym bardziej że banki stale poszerzają ofertę usług mobilnych.

Klienci przez aplikacje mobilne mogą już zrobić praktycznie wszystko, bo są one coraz bardziej zaawansowane. Już mamy aplikacje, które są w pełni niezależne od bankowości internetowej, które funkcjonują same jako kanał dostępu, w związku z tym klient nie musi ich wiązać z bankowością internetową – przekonuje dyrektor w Meritum Bank.

Dodatkowym ułatwieniem w tym zakresie jest możliwość zrobienia zdjęcia dowodu osobistego, dzięki któremu aplikacja pobierze wszystkie dane potrzebne do otwarcia konta. Umowa między bankiem a klientem jest zawierana w formie elektronicznej, a tożsamość otwierającego rachunek jest weryfikowana poprzez przelew z innego, wskazanego rachunku. Dzięki temu wystarczy jedynie 15 minut, by otworzyć konto za pomocą mobilnej aplikacji.

Z tej usługi mogą skorzystać na dzień dzisiejszy zarówno klienci indywidualni, jak również mikroprzedsiębiorcy, dla których bardzo ważna jest oszczędność czasu i kosztów. Aplikacje mobilne spełniają oczekiwania klientów właśnie w tych dwóch obszarach – uważa Małgorzata Adamczyk.

Polacy coraz chętniej sprzedają używane rzeczy. Najczęściej części samochodowe i ubrania

CEO Magazyn Polska

Dziewięciu na dziesięciu Polaków chciałoby sprzedać niepotrzebne i nieużywane rzeczy. W ubiegłym roku tylko przez należącą do Grupy Allegro platformę OLX.pl Polacy wystawili na sprzedaż ponad 18 mln rzeczy używanych. To o 80 proc. więcej niż w 2012 roku. Najlepiej sprzedają się części motoryzacyjne i samochody używane, a także ubrania dla dorosłych i dzieci, elektronika i meble oraz sprzęty do domu i ogrodu.

Liczba przedmiotów używanych wystawionych na OLX.pl w ubiegłym roku była aż o 8 mln większa niż rok wcześniej.

Jeśli chodzi o najpopularniejsze kategorie sprzedażowe, to one nie zmieniają się od dobrych kilku lat. W czołówce mamy trzy: Motoryzację, Modę i Dla dzieci – mówi agencji informacyjnej Newseria Agata Stachowiak z OLX.PL.

Najwięcej ogłoszeń, ponad 2,8 miliona, pojawiło się w kategorii Motoryzacja. Jedna piąta z nich to części motoryzacyjne, ale często sprzedawane są też używane samochody. Najpopularniejsze marki w serwisie OLX to: Volkswagen, Opel i Renault, a wartość sprzedawanych samochodów waha się od 5 do 17 tys. zł. O popularności tej kategorii świadczą też najczęściej wyszukiwane hasła – w 2013 r. użytkownicy serwisu ponad 730 tys. razy wpisywali do wyszukiwarki słowo „quad”, a ponad 660 tys. raz „WSK” (marka polskich motocykli).

Niemal tak samo często pojawiały się oferty z kategorii Moda. Wśród nich dominowały ubrania, stanowiły one niemal 60 proc. towarów. Jak wylicza Stachowiak, najczęściej sprzedawane są sukienki, spodnie i bluzki. Również w trzeciej najpopularniejszej kategorii – Dla dzieci – dominują ubrania. Stanowiły one niemal 40 proc. spośród prawie 2 mln przedmiotów sprzedanych w tej kategorii. Rośnie również sprzedaż używanych sprzętów elektronicznych, w tym głównie konsoli do gier.

Najszybszy wzrost ofert serwis odnotował w kategorii Rolnictwo. W 2012 roku, kiedy pojawiły się ogłoszenia z tej branży, było ich w sumie 58 tysięcy. W ubiegłym roku ich liczba wzrosła do 380 tysięcy. To więcej niż na tradycyjnych giełdach rolniczego sprzętu.

Mimo że w ubiegłym roku sprzedała się rekordowa liczba przedmiotów używanych i dynamika wzrostu tego rynku jest spora, to ma on cały czas duży potencjał – zapewnia Stachowiak. ‒ Z badania, które wykonało dla nas TNS Polska, wynika, że 79 proc. Polaków ma w domu rzeczy, których już nie używa, które nie są im już potrzebne.

Sprzedaż internetową na razie wybiera jedynie co piąty Polak pozbywający się starych sprzętów. Najczęściej oddajemy je rodzinie, znajomym albo sąsiadom lub składujemy w piwnicy czy na strychu (po 51 proc. respondentów w badaniu TNS Polska, możliwy był wybór więcej niż jednej odpowiedzi).

Zapytaliśmy też, jaka jest wartość tych przedmiotów. Okazuje się, że według połowy badanych, jeśli spieniężyliby te przedmioty, to miałyby one wartość do 500 zł. Co trzeci badany uważa, że otrzymałby kwotę między 500 zł a 2 tys. zł, a 5 proc. badanych stwierdziło, że wzbogaciłoby się o ponad 2 tys. zł – mówi Stachowiak.

Dziewięciu na dziesięciu przebadanych Polaków przyznaje, że chętnie by spieniężyło niepotrzebne rzeczy. Stachowiak podkreśla, że wraz ze wzrostem popularności sprzedaży towarów używanych zmienił się profil klientów. Dawniej były to najczęściej osoby, które poprzez sprzedaż starych przedmiotów chciały nieco dorobić lub, dzięki kupowaniu takich towarów, zaoszczędzić.

Coraz więcej użytkowników to osoby z wyższym wykształceniem, mieszkające w dużych miastach, między 25. a 39. rokiem życia. One niekoniecznie chcą zaoszczędzić czy podreperować domowy budżet, sprzedając rzeczy używane, bardziej zależy im na uwolnieniu się od zbędnych rzeczy – wyjaśnia Agata Stachowiak.

Polskie firmy obawiają się podsłuchów i innych nadużyć

CEO Magazyn Polska

Dziewięć na dziesięć firm pada ofiarą różnego typu nadużyć. W ten sposób przedsiębiorstwa mogą tracić nawet 5 proc. swoich przychodów. Zagrożenie będzie rosło, zwłaszcza ze strony cyberprzestępców. Polskie firmy są jednak coraz bardziej świadome i walczą m.in. z podsłuchami i innymi wyciekami informacji. Większości nadużyć można zapobiec poprzez odpowiednie zarządzanie ryzykiem.

‒ Każda branża jest podatna na wszelkiego rodzaju nadużycia, kłamstwa, manipulacje. Firmy na ogół spotkały się z takimi zjawiskami, jak szpiegostwo gospodarcze i wycieki informacji z firm. Polskie przedsiębiorstwa coraz bardziej myślą o prewencji. Widzimy, że firmy chcą się zabezpieczyć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartosz Pastuszka, dyrektor zarządzający w firmie doradczej IBBC Group, specjalizującej się w zarządzaniu ryzykiem.

Pastuszka tłumaczy, że zarządzanie ryzykiem ma kilka aspektów. Może to być zarówno zapobieganie zagrożeniom ze strony pracowników, takim jak wycieki informacji, jak i weryfikowanie kontrahentów, np. przed przejęciem lub podpisaniem umowy o współpracy. Dla przedsiębiorców zarządzanie ryzykiem oznacza wymierne korzyści, bo przez różnego typu nadużycia tracą oni nawet 2-5 proc. swoich przychodów. Pastuszka zauważa, że zagrożone są niemal wszystkie firmy, bo ofiarami nadużyć pada aż 90 proc. przedsiębiorstw.

Najbardziej narażone są duże firmy obracające znacznymi sumami, a także aktywami niepieniężnymi. Zagrożenie będzie rosło jednak nie tylko dla nich. Jak podkreśla Pastuszka, cyberprzestępcy oraz inne zorganizowane grupy przestępcze korzystają z coraz bardziej zaawansowanych metod i często działają w wielu krajach.

Zagrożenie powoduje jednocześnie, że rośnie świadomość przedsiębiorców, którzy starają się poprzez prewencję ograniczyć straty.

Dla biznesu międzynarodowego jest już standardem korzystanie z usług z zakresu zarządzania ryzykiem i bezpieczeństwa biznesu. W Polsce jest to nadal branża raczkująca. Jednak popyt na tego rodzaju usługi rośnie – ocenia Pastuszka. ‒ Na pewno rynek będzie stawiał na coraz bardziej kompleksowe wsparcie zarówno w zakresie cyberprzestępczości, jak i bardzo złożonych usług w zakresie bezpieczeństwa biznesu i zarządzania ryzykiem. 

Polskie firmy coraz częściej korzystają nie tylko z urządzeń, takich jak sprzęt antypodsłuchowy, lecz także wprowadzają zmiany w organizacji pracy. Wdrażają m.in. politykę bezpieczeństwa informacji, przeprowadzają audyty i szkolą pracowników. Pozwala to na poprawę wyników ekonomicznych spółki.

Zarządzanie bezpieczeństwem jest równie ważne w trakcie wchodzenia we współpracę z innymi firmami. Pastuszka podkreśla, że w przypadku zwykłych umów wystarczy skorzystać z ogólnodostępnych danych, takich jak Krajowy Rejestr Sądowy czy rejestry długów. Przed zawarciem dużych kontraktów warto jednak przeprowadzić także wywiad środowiskowy i dogłębną analizę kontrahenta. Dodaje, że część firm korzysta z usług detektywistycznych oraz wywiadów gospodarczego.

Ekspert podkreśla, że wraz ze zmianami koniunktury na rynku zmienia się popyt na najpopularniejsze usługi.

Podczas kryzysu firmy chcą w ramach restrukturyzacji kosztowej zarządzać stratami, to znaczy próbują je ograniczać. Natomiast w okresie prosperity, kiedy są prowadzone inwestycje, przedsiębiorcy potrzebują informacji, w które firmy inwestować, gdzie mogą pojawić się szanse rozwoju – wyjaśnia Pastuszka.

Mit niskich wynagrodzeń w pracy tymczasowej. Średnia powyżej 14 zł/h

CEO Magazyn Polska

Większość z 0,5 mln polskich pracowników tymczasowych zarabia znacznie więcej niż wynosi płaca minimalna wynika z badań Polskiego Forum HR, organizacji zrzeszającej agencje pracy tymczasowej. Krytycy argumentują jednak, że ta forma zatrudnienia jest nadużywana kosztem pracowników. Strony tego sporu  agencje, pracodawcy oraz związki zawodowe spotkają się we wrześniu, by rozmawiać o potrzebnych zmianach.

Ostatnie wyniki za I kwartał 2014 r. pokazują, że średnie wynagrodzenie pracownika tymczasowego wynosi powyżej 14 zł. To jest zdecydowanie więcej niż minimalna pensja, jednak funkcjonuje mit, że pracownicy tymczasowi zarabiają płacę minimalną albo przysłowiowe 4 czy 5 zł za godzinę. To jest oczywiście nieprawda. Nawet jeśli takie sytuacje się zdarzają, to należy je piętnować – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Wicha, dyrektor generalna Adecco Poland.

Krytycy argumentują jednak, że obok 0,5 mln zatrudnionych na umowę o pracę, wiele osób pracuje na umowy cywilnoprawne lub na czarno, czego nie obejmują oficjalne dane. Stąd też trudno jest oszacować, jak duży udział w spadku bezrobocia rejestrowanego ma praca tymczasowa na okres wakacji. GUS poinformował, że w czerwcu stopa bezrobocia rejestrowanego spadła do 12,0 proc. z 12,5 proc. w maju. Choć ten spadek mógł wynikać także z rezygnacji części osób z poszukiwania pracy (wyrejestrowanie z urzędu), to Adecco Polska dostrzega poprawę koniunktury.

Wyraźnie poprawia się trend na rynku pracy. Coraz więcej firm zamawia pracowników, z coraz większą liczbą pracowników tymczasowych podpisujemy umowy. Myślę, że bardzo optymistycznie możemy patrzeć na drugą połowę roku – uważa Anna Wicha.

Możliwość zatrudniania na czas określony ma duże znaczenie dla firm, które doświadczają dużych sezonowych wahań popytu na swoje usługi lub produkty. Typowym przykładem jest branża turystyczna, hotele, restauracje czy catering. Według Wichy zapotrzebowanie na pracę tymczasową w okresie wakacji jest w tym roku wyjątkowo duże.

Zawsze latem pracownicy są poszukiwani częściej na krótszy czas. Natomiast można powiedzieć, że ten rok jest wyjątkowy, zamówień wraz z nadejściem sezonu mamy zdecydowanie więcej niż w ubiegłym roku. Jeżeli weźmiemy pod uwagę parametry, które charakteryzują tylko naszą firmę, to jest 30-35 proc. więcej zamówień niż w roku ubiegłym – twierdzi dyrektor Adecco Poland.

Coraz więcej pracowników tymczasowych poszukuje również przemysł, co ma związek ze zmianami strukturalnymi w gospodarce. Rosnącą elastyczność i zmienność rynków na swoje produkty firmy starają się częściowo równoważyć przez wzrost elastyczności po stronie zatrudnienia. Szczególnie wrażliwe na zmianę koniunktury są takie branże, jak transport i logistyka, budownictwo czy niektóre gałęzie produkcji.

–  Najczęściej poszukiwani są pracownicy do prostych prac produkcyjnych, również do prac logistycznych, przepakowywania, transportu, do pomocy, w call center, przy obsłudze klienta. Bardzo często dostajemy także zamówienia na pracowników średnio kwalifikowanych, czyli posiadających już jakieś kompetencje czy umiejętności. Są to m.in.: obsługa infolinii, doradztwo sprzedażowe czy techniczne zawody, jak ślusarze, spawacze, operatorzy maszyn – wymienia Wicha.

Elastyczne formy zatrudnienia mogą być korzystne także dla studentów i absolwentów, którzy nie mają dużego doświadczenia na rynku pracy. Pracodawca zazwyczaj ma ograniczone możliwości wcześniejszej weryfikacji deklarowanych przez kandydata umiejętności przed jego zatrudnieniem. W tej sytuacji praca tymczasowa może pomóc wzbogacić CV lub skłonić pracodawcę do późniejszej zmiany na umowę na czas nieokreślony.

W krajach zachodnich praca tymczasowa jest takim pomostem pomiędzy edukacją a pierwszą pracą. Pracodawcy nie są do końca zorientowani, jak sprawdzać takiego pracownika czy potencjalnego kandydata na pracownika, bo osoby te nie mają żadnych referencji, mają tylko przygotowanie zawodowe i nic więcej – uważa Anna Wicha.

Agencje pracy tymczasowej zgodnie z polskim prawem nie mogą pośredniczyć w zawieraniu umów o pracę z wynagrodzeniem niższym niż minimalne. Zakazana jest również dyskryminacja pracowników tymczasowych. Dyrektor Adecco Poland przyznaje, że zdarzają się na rynku przykłady nieuczciwych praktyk, ale w interesie branży jest to, by je wyeliminować.

Aby oczyścić ten biznes, została powołana inicjatywa okrągłego stołu pomiędzy agencjami pracy tymczasowej, pracodawcami, związkami zawodowymi – informuje Wicha.

Odbyło się już kilka roboczych spotkań i ich uczestnicy zdecydowali, żeby zorganizować we wrześniu rozmowy w obecności mediów. Ma to być początek debaty, która pozwoli wypracować wspólne rozwiązania dla problemów na rynku pracy. Agencje pracy tymczasowej liczą też, że zmieni się społeczna percepcja ich działalności.

Mam nadzieję, że z jednej strony oczyści to atmosferę, z drugiej strony nie będziemy więcej podpinać pod agencję czy pracowników tymczasowych tego sformułowania, które mówi o umowach śmieciowych, bo jedno z drugim nie ma wiele wspólnego. Mamy prawie 0,5 mln rzetelnie, rozsądnie pracujących pracowników tymczasowych na umowy o pracę, z godnym wynagrodzeniem i zabezpieczeniem socjalnym – wskazuje dyrektor Adecco Poland.

Afera podsłuchowa zdominowała media w czerwcu. „Wprost” zdecydowanym liderem cytowań

0

Ujawnienie podsłuchanych rozmów członków administracji państwa dało „Wprostowi” zdecydowane pierwsze miejsce wśród najczęściej cytowanych mediów w czerwcu. Tygodnik był cytowany prawie pięciokrotnie częściej od drugiej w rankingu „Gazety Wyborczej”. Publikacje „Wprostu” przywoływali nie tylko inni dziennikarze i politycy, lecz nawet językoznawcy.

Nagrania i związane z nimi publikacje tygodnika „Wprost” zdeterminowały cały obraz czerwca, jeżeli chodzi o cytowalność i opiniotwórczość mediów w Polsce. Jest to sytuacja bez precedensu w całej 10-letniej historii raportu „Najbardziej opiniotwórcze media” w Polsce, bo dysproporcja pomiędzy cytowalnością gazety „Wprost” a pozostałych mediów w innych środkach przekazu jest ogromna – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Jadaś z Instytutu Monitorowania Mediów.

Zgodnie z raportem IMM „Wprost” miał w czerwcu 3581 cytowań w innych mediach, a 106 miała strona internetowa tygodnika. To znacznie więcej niż „Gazeta Wyborcza”, która była druga w rankingu „Najbardziej opiniotwórczych mediów”, ale zdobyła tylko 752 cytowania.

Dzięki aferze podsłuchowej skorzystał nie tylko „Wprost”, lecz także cały rynek mediów. Wzrosła bowiem ogólna liczba cytowań. „Rzeczpospolita”, która była liderem rankingu w maju, miała wówczas nieco ponad 514 cytowań. „Wprost” zdobył w maju nieco ponad 112 cytowań i był dopiero ósmy wśród najbardziej opiniotwórczych mediów.

Afera taśmowa była analizowana pod wieloma różnymi kątami i wywoływała zainteresowanie nie tylko wśród polityków, dziennikarzy, lecz także wśród prawników, publicystów czy nawet językoznawców, którzy komentowali wypowiedzi upublicznione przez tygodnik – analizuje Jadaś.

W rankingu periodyków „Wprost” zdecydowanie pokonał kolejne tygodniki – „Newsweek” (162 cytowania, ponad 23-krotnie mniej niż „Wprost”) i „wSieci” (63 cytowania).

Wśród tytułów prasowych na kolejnych miejscach za „Wprostem” znalazły się „Gazeta Wyborcza” oraz „Rzeczpospolita”, która utrzymała zbliżoną liczbę cytowań w porównaniu z majem (497 w czerwcu). Liderem rankingu wśród stacji telewizyjnych zdecydowanie były te z grupy TVN – kanał informacyjny TVN24 zdobył w czerwcu 216 cytowań, a kanał TVN ‒ 103 cytowania. 65 cytowań zyskał portal internetowy tvn24.pl.

Komercyjne stacje radiowe zdecydowanie pokonały w liczbie cytowań stacje publiczne. Inne media najczęściej przywoływały RMF FM (322 cytowania), Radio ZET (92) i TOK FM (68).

W nowym programie UNIQA BonusClub zyskują wszyscy

  • UNIQA BonusClub w nowej odsłonie od 21 lipca 2014 r.
  • Program lojalnościowy dedykowany zarówno klientom, jak i agentom
  • Nowy UNIQA BonusClub to więcej zniżek, więcej bezpieczeństwa,więcej ubezpieczeń!

Nowa odsłona UNIQA BonusClub wystartowała 21 lipca 2014 r. Program lojalnościowy gwarantuje korzyści zarówno dla klienta, jak i agenta.

– W nowym UNIQA BonusClub klientom dajemy coś więcej niż tylko ubezpieczenie, w myśl haseł: Więcej zniżek! Więcej bezpieczeństwa! Więcej ubezpieczeń! Agentom z kolei przekazujemy narzędzie pomagające promować pełną gamę ubezpieczeń UNIQA, a dodatkowo uruchamiamy atrakcyjny model premiowania za pozyskiwanie nowych uczestników – mówi Bartosz Słupski, dyrektor Departamentu Zarządzania Relacjami z Klientem UNIQA.

Popularność programów lojalnościowych wśród Polaków nie słabnie od kilku lat. Jak wynika z zeszłorocznego badania instytutu ARC Rynek i Opinia (Monitor Programów Lojalnościowych, źródło: ARC Rynek i Opinia, Monitor Programów Lojalnościowych, październik 2013) ponad połowa z nich przyłączyła się do przynajmniej jednego z kilkuset programów.

Nagradzanie i premiowanie klienta to wciąż jeden z najskuteczniejszych sposobów na przywiązanie go do produktów danej marki. – Aby program był atrakcyjny dla klienta musi być łatwy i przejrzysty. Bardzo istotne, by katalog oferowanych bonusów był ciekawie skonstruowany, tak by każdy z uczestników mógł w nim znaleźć coś dla siebie. Klient jest zbyt ważny, by obdarowywać go błahymi nagrodami, czy kusić nierealnymi wielkim wygranymi. On oczekuje korzyści tu i teraz – mówi Bartosz Słupski.

Co zyska klient?

W nowym UNIQA BonusClub poszerzony został zakres ubezpieczeń kwalifikujących do programu.

W zależności od sumy opłaconych składek ubezpieczeniowych, uczestnicy otrzymują jeden z trzech pakietów: Bonus, BonusPLUS, BonusEXTRA. Każdy z nich zawiera zniżki – odpowiednio 5 proc.,10 proc. lub 15 proc. na ubezpieczenia Twój DOM Plus oraz komunikacyjne. Wszyscy klubowicze dostają gwarancję utrzymania ceny w OC komunikacyjnym. Na powitanie UNIQA wysyła im zestaw startowy z poradnikami i przydatynmi drukami oraz kilka niespodzianek.

Klienci mogą śledzić informacje nt. swoich pakietów korzyści w specjalnym serwisie www.uniqabonusclub.pl. Znajdą tam również informacje o trwających konkursach oraz porady dotyczące bezpieczeństwa. Tylko na platformie można wybrać usługi z oferty bonusowej pomocy assistance UNIQA BonusClub. Klienci pakietów BonusPLUS i BonusEXTRA mają możliwość skorzystania z produktów assistance stworzonych specjalnie na potrzeby programu, a są to: Rowerowa frajda, Zadbany pupil, Beztroska podróż, Zdrowe podejście, Udokumentowana pomoc, Spełnione życzenia. Partnerem UNIQA w tym zakresie jest Europ Assistance Polska.

Co zyska agent?

W nowym UNIQA BonusClub zyskuje również sprzedawca. Przyłączenie do programu zapewnia mu lojalność klienta, ale nie tylko. Każdy nowy uczestnik to punkty, które można wymienić na nagrody. Agent i OFWCA zbierają je do wirtualnej „Portmonetki Sprzedawcy” dostępnej w Portalu Obsługi Sprzedaży (POS) i wymieniają na nagrody.

Program UNIQA BonusClub powstał w 2009 r. Po roku miał już 16,5 tys. uczestników. W ciągu kolejnych 4 lat ich liczba zwiększyła się do prawie 80 tys.CEO Magazyn Polska

Komentarz indeksowy BossaFX 23 lipca 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 23 lipca 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

70 – proc. wzrost wartości kontraktacji Grupy Pragma Inkaso

0

GK Pragma Inkaso SA opublikowała dane sprzedażowe za II kw. 2014 r. Łączna wartość pozyskanych przez Grupę wierzytelności wyniosła 216,6 mln zł, co oznacza wzrost o 70 proc. w porównaniu do II kwartału 2013 roku.

Największy wzrost wartości kontraktacji można zaobserwować w ramach usługi zakupu pakietów wierzytelności, co jest wynikiem nabycia pakietów przez zarządzany przez Pragma Inkaso Fundusz Sekurytyzacyjny Pragma 1. W II kw. Fundusz nabył wierzytelności o łącznej wartości blisko 41 mln zł.  Sporą dynamikę wzrostu można również zauważyć w ramach usługi windykacji, która zamknęła się w kwocie 41 mln zł wobec 12,2 mln zł uzyskanych rok wcześniej, co oznacza wzrost aż o 237%.

„Poprawa wskaźników pokazuje nam, że podjęte decyzje oraz zmiany wprowadzone w strukturze i modelu biznesowym Grupy były słuszne. Wskazują na to rosnące z kwartału na kwartał wartości kontraktacji wykazywane przez poszczególne Spółki Grupy mówi Tomasz Boduszek, Prezes Pragma Inkaso SA.W następnych kwartałach będziemy podejmować wysiłki, aby utrzymać wzrost wartości pozyskanych wierzytelności i zrealizować zakładane cele całej Grupy Pragma Inkaso”.

Spółka, utrzymuje założone cele zgodnie z przyjętą strategią rozwoju, co znajduje swoje odzwierciedlenie w liczbie pozyskiwanych klientów. W II kwartale tego roku Grupa pozyskała 150 nowych Klientów (Pragma Inkaso – 123, Pragma Faktoring – 26, Pragma 1 FIZ NFS – 1).

O Grupie PRAGMA INKASO

Grupa Kapitałowa PRAGMA INKASO jest liderem branży zarządzania należnościami w segmencie business to business. Grupa edukuje rynek w zakresie zarządzania płynnością finansową i promuje dobre praktyki zarządzania przedsiębiorstwem. W skład Grupy wchodzą spółki: PRAGMA INKASO, PRAGMA FAKTORING, PRAGMA COLLECT oraz PRAGMA INWESTYCJE. Zajmują się one całym obszarem obsługi transakcji i oferują szerokie portfolio narzędzi wspierających klientów w kluczowych momentach współpracy z kontrahentami.

PRAGMA INKASO SA specjalizuje się w usługach obrotu wierzytelnościami. Oferowany przez spółkę szeroki wybór produktów z zakresu zarządzania wierzytelnościami biznesowymi pozwala klientom zachować wysoki poziom płynności finansowej. PRAGMA FAKTORING SA jest wiodącym faktorem z sektora pozabankowego. W swojej ofercie posiada kompleksowe rozwiązania faktoringowe, w tym faktoring klasyczny, eksportowy i uproszczony.

Spółki Pragma Inkaso i Pragma Faktoring są notowane na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych.CEO Magazyn Polska

Unia bankowa, czy Polska powinna do niej dołączyć

0

Jesienią na terenie wspólnoty europejskiej zacznie działać unia bankowa. Celem projektu jest ochrona krajów UE przed ewentualnym kryzysem finansowym. Jest ona obowiązkowa dla państw będących w strefie euro, dla pozostałych – dobrowolna. Czy zatem Polska powinna się do niej przyłączyć? Co to może dla nas oznaczać?

Unia bankowa ma chronić państwa wspólnoty przed kryzysem finansowym, a tym samym zapobiec sięganiu po pieniądze obywateli, gdy wystąpią poważne problemy finansowe. Dlatego sektor bankowy ma działać według określonego schematu. Składa się on z szeregu rozwiązań organizacyjnych, legislacyjnych, ale także tych związanych z obszarem rachunkowości jednolitej polityki monetarnej. Celem jest również utworzenie funduszy interwencyjnych na wypadek kryzysu.

Przystąpienie do unii bankowej jest obligatoryjne dla krajów ze strefy euro. Polski ten obowiązek nie dotyczy. Nie oznacza to, że nie może przyłączyć się do projektu. Krzysztof Pietraszkiewicz, Prezes Związku Banków Polskich zaznacza „[…] Polska powinna aktywnie uczestniczyć w procesie unii bankowej, bo kiedyś – tak jak to zadeklarowaliśmy – wejdziemy do strefy euro”.

„Póki co możemy być spokojni o nasz system finansowy. Ostatni kryzys pokazał, że jest on stabilny” – dodaje Krzysztof Pietraszkiewicz. Pojawia się jednak obawa, czy małe, rodzime instytucje finansowe sprostają rygorom unii bankowej.

Przystąpienie do projektu może mieć wpływ na obywateli. W Polsce działa ponad 60% banków, których główne siedziby są w krajach Unii Europejskiej ze strefy euro. Będą one zobligowane do stosowania reguł unii bankowej. Tomasz Wróblewski, wiceprezes Warsaw Enterprise Institute mówi serwisowi infoWire.pl „[…] w poprzednich latach polskiemu przedsiębiorcy trudno było otrzymać kredyt w europejskich bankach. Problem może się pogłębić, z powodu dużych wymagań i braku lokalnego spojrzenia”. Według założeń unii bankowej, instytucje nie będą mogły pożyczać pieniędzy osobom, które mają finansowe kłopoty, lub biznes przyniesie im zyski w późniejszym czasie.

Wielu specjalistów zaleca powściągliwość w działaniu. Do projektu warto przystąpić, ale wtedy, gdy będzie to optymalne z punktu widzenia ekonomicznego i prawno-politycznego.CEO Magazyn Polska

Andy Weir: w Europie pozostanie niska inflacja

Andy Weir, zarządzający funduszem FF Global Strategic Bond Fund, prezentuje globalne prognozy inwestycyjne. W najnowszej analizie przedstawia on strategię poszukiwania rentowności na rynkach długu i ocenia m.in. skalę zagrożenia deflacją w Europie oraz kreśli perspektywy rozwoju amerykańskiej gospodarki.

Przewaga obligacji korporacyjnych

Andy Weir jest zwolennikiem aktywnego podejścia do zarządzania portfelem i pozycjonuje go z umiarkowanie przeważoną pozycją na obligacjach korporacyjnych. Przygląda się również obligacjom powiązanym ze wskaźnikiem inflacji ze względu na poziomy progowe tych papierów znacznie poniżej celów inflacyjnych banków centralnych. Jego zdaniem powolny powrót inflacji w USA jest błędnie wyceniany przez rynek. Zarządzający utrzymuje natomiast niedoważoną pozycję względem duration, ponieważ nie dostrzega on większej wartości w nominalnych stopach procentowych. Ponadto prognozuje on gradualny wzrost rentowności – Oczekuję jedynie niewielkiego, stopniowego wzrostu rentowności. Jedynym ewentualnym wyjątkiem może być Europa, gdzie trudno uzasadnić jakiekolwiek zwyżki – przewiduje Andy Weir.

Ryzyko deflacyjne w Europie

Źródłem niepokoju wśród części europejskich inwestorów jest zagrożenie deflacją, której jednak nie przewiduje Andy Weir – Nie zgadzam się z tezą deflacyjną i raczej spodziewam się, że w Europie pozostanie niska inflacja – mówi zarządzający i dodaje Inflacja powinna utrzymać się w okolicy 1 proc., co stanowi zapowiedź niskiego tempa wzrostu gospodarczego i niskiej inflacji. W jego ocenie Europejski Bank Centralny mógłby wesprzeć gospodarkę strefy euro poprzez skup instrumentów, takich jak kredyty bankowe, instrumenty zabezpieczone aktywami czy obligacje zabezpieczone portfelem hipotek (tzw. covered bonds), co jednak wiąże się z ograniczeniami podażowymi lub poprzez obniżkę stóp procentowych.

„Bańka” na rynkach długu?

Na nastrojach inwestorów ciążą również obawy o formującej się „bańce” na rynku papierów dłużnych z powodu najniższych od siedmiu lat spreadów obligacji korporacyjnych i rentowności papierów z peryferii Europy na historycznych minimach. Andy Weir, zarządzający funduszem FF Global Strategic Bond Fund, wyklucza taki scenariusz rozwoju sytuacji w najbliższym horyzoncie czasowym – Aby bańka na rynkach długu pękła, wzrost gospodarczy musiałby przyspieszyć, podobnie zresztą jak inflacja. W najbliższej przyszłości nie spodziewam się realizacji żadnego z tych scenariuszy – twierdzi.

Amerykańska gospodarka z perspektywą wzrostu

Andy Weir prognozuje wzrost amerykańskiej gospodarki i spadek bezrobocia – Myślę, że realna stopa wzrostu amerykańskiego PKB wyniesie w tym roku 3 proc., mimo kiepskiego startu w pierwszym kwartale. Przy czym inflacja osiągnie jakieś 2 proc., co oznaczać będzie nominalne tempo wzrostu gospodarczego na poziomie 5 proc. To dość wysoko w kontekście ostatnich sześciu czy siedmiu lat. Stopa bezrobocia na koniec roku jeszcze spadnie, możliwe, że nawet poniżej 5,75 proc. – szacuje Weir.

Zarządzający oczekuje redukcji tempa procesu „taperingu”, czyli luzowania ilościowego – Ograniczanie QE będzie kontynuowane w sposób liniowy, aż do zakończenia na jesieni. Potem Rezerwa Federalna będzie miała kilka opcji. Jeżeli utrzyma się tempo wzrostu gospodarczego i w górę pójdzie inflacja, na co liczę, to Fed znajdzie się pod presją podniesienia stóp procentowych w 2015 roku. Zarządzający dodał również, że – eżeli inflacja dobije do 2 proc. w tym roku, czego się spodziewamy, oznaczałoby to, że realne stopy utrzymują się w okolicach minus 2 proc. Fed musi zachować ostrożność podczas wycofywania się z QE, tak aby nie wywołać wstrząsów w gospodarce – konkluduje Weir.

Ryzyko niesystematyczne dominuje na rynkach wschodzących

W ocenie zarządzającego emerging markets są obarczone ryzykiem niesystematycznym, któremu poddane są zarówno aktywa denominowane w walucie twardej (np. obligacje ukraińskie), jak i lokalnej. W efekcie na rynkach wschodzących jest do zebrania sporo premii za ryzyko inwestycyjne – W przypadku obligacji rynków wschodzących nie możemy już mówić o jednej klasie aktywów, a raczej o miksie aktywów obarczonych zwiększonym ryzykiem niesystematycznym. To oznacza, że inwestorzy mogą oczekiwać wyższych rentowności – tłumaczy Andy Weir.

Efekty „Abenomiki”

Andy Weir zwraca uwagę na pozytywne sygnały płynące z japońskiej gospodarki, która notuje szybsze tempo wzrostu, podczas gdy jen uległ znaczącej deprecjacji, co częściowo wpływa na działalność eksportową. Obserwowalny jest również wzrost płac, głównie w dużych przedsiębiorstwach, choć jest to prawdopodobnie ograniczony trend. Andy Weir zauważa, że konsumpcja może ucierpieć, bez szerokiego wzrostu wynagrodzeń, który zniwelowałby efekt podwyżki podatku konsumpcyjnego do 8 proc. z 5 proc. w kwietniu br. Premier Shinzo Abe bierze udział w negocjacjach mających na celu zachęcenie do podnoszenia płac właśnie jako sposób na kompensację podwyżki podatku konsumpcyjnego – efekty będzie widać jeszcze w tym roku – przewiduje zarządzający.

Andy Weir jednocześnie podkreśla, że należy się jeszcze wstrzymać z oceną polityki gospodarczej prowadzonej przez premiera Shinzo Abe  Ostateczną miarą sukcesu Abenomiki będą reformy strukturalne. Na przykład sektory opieki zdrowotnej i rolniczy muszą zostać poddane liberalizacji, tak aby wypracować strukturalną poprawę produktywności. Ale w chwili obecnej jest jeszcze za wcześnie, aby stwierdzić, czy Abenomika okazała się sukcesem – podsumowuje Andy Weir.CEO Magazyn Polska

Provident Polska w nowej siedzibie

0

Firma Provident zmieniła swoją siedzibę. Od dwudziestego pierwszego lipca warszawska centrala spółki mieści się w Gdański Business Center, nowoczesnym kompleksie biurowym położonym u zbiegu ulic Andersa i Inflanckiej. Atrakcyjna lokalizacja, możliwość funkcjonalnej aranżacji wnętrz oraz rozwiązania wprowadzone specjalnie na życzenie pracowników firmy to atuty nowego biura Provident.

Na wybór nowej siedziby spółki Provident wpłynęło wiele czynników. Gdański Business Center to obecnie jeden z najbardziej zaawansowanych technologicznie biurowców w stolicy, który łączy w sobie wysokiej klasy design i architekturę oraz nowoczesne rozwiązania proekologiczne. Wynajęta przez firmę powierzchnia biurowa stwarza pracownikom bardziej komfortowe warunki pracy oraz ułatwia dalszy rozwój spółki, do którego niezbędne jest odpowiednie zaplecze lokalowe.

Jednym z bardzo ważnych kryteriów wyboru nowej siedziby spółki była dogodna i atrakcyjna lokalizacja biura. Wcześniej centrala firmy mieściła się w Śródmieściu Południowym, w biurowcu International Business Center przy ulicy Polnej 11. Jak pokazała wewnętrzna ankieta przeprowadzona przez firmę, dla większości pracowników czas dojazdu do pracy po przeprowadzce skróci się lub pozostanie taki sam. Gdański Business Center położony jest w odległości 2 minut spacerem do stacji metra Dworzec Gdański oraz przystanków komunikacji miejskiej. Ważnym atutem nowej lokalizacji jest także bliskość klubu fitness, basenu, placówek usługowych i handlowych (w tym m.in. Centrum Handlowego Arkadia).

Przyjazne miejsce pracy

Firma Provident zajmuje w nowoczesnym budynku klasy A osobne dwa piętra. Dzięki funkcjonalnej aranżacji wnętrz i zaawansowanym rozwiązaniom technologicznym budynek doskonale spełnia potrzeby pracowników. Do ich dyspozycji oddane zostały m.in. open space (co znacznie ułatwi bieżące interakcje i współpracę), a także większa liczba miejsc do spotkań i wydzielonych sal umożliwiających pracę własną (łącznie ok. 60 miejsc, w których można odbywać spotkania). Dużym atutem nowego biura Provident jest także duża ilość światła dziennego (dzięki elewacji wykonanej z wysokiej jakości szkła) oraz możliwość otwierania okien. Na komfort pracy i łatwiejszą komunikację wewnętrzną wpłyną m.in. odpowiednia akustyka wnętrz (w tym dźwiękochłonne elementy wyposażenia) oraz nowatorski system zarządzania salami konferencyjnymi.

Wybór nowej siedziby potraktowaliśmy jako osobny, bardzo istotny projekt. O jego realizacji zadecydowały przede wszystkim plany rozwoju spółki oraz potrzeby naszych pracowników. Ich komfort i dogodne warunki pracy to nas absolutny priorytet. Co naturalne, jako duża i dynamicznie rozwijająca się instytucja finansowa, notowana równolegle na giełdzie w Warszawie i Londynie, potrzebujemy odpowiedniego zaplecza technologicznego i lokalowego. Nasze potrzeby w tym zakresie stale rosną. Nowa siedziba warszawskiej centrali to przestrzeń do dalszego rozwoju firmy – powiedział Radosław Wierzchowski, Dyrektor Departamentu Zarządzania Majątkiem w firmie Provident.

Decydując się na zmianę lokalizacji wyznaczyliśmy sobie określone priorytety i kryteria. Szukaliśmy nowoczesnego kompleksu biurowego, w dobrej lokalizacji, dostosowanego do oczekiwań pracowników. Zależało nam przy tym, by biurowiec umożliwiał funkcjonalną aranżację wnętrz oraz spełniał najwyższe standardy ekologiczne. Z tej perspektywy Gdański Business Center doskonale spełnia nasze oczekiwania – dodaje Radosław Wierzchowski.

Nowoczesność, komfort i ekologia

Na komfort pracy w nowym biurze wpływają m.in. nowoczesne wyposażenie wnętrz oraz zaawansowane rozwiązania technologiczne. Wykładziny, akustyczne sufity i panele naścienne, ścianki działowe oraz przepierzenia posiadają najwyższe parametry absorbujące dźwięk. Testowane są również nowoczesne dźwiękochłonne meble do spotkań – po pomyślnych testach zostaną zakupione te, które pracownicy ocenią najlepiej. W całym biurze zastosowano także oświetlenie LED, które zmniejsza zużycie prądu i posiada dłuższą żywotność.

Bardzo ważną rolę pełnią również dodatkowe udogodnienia i rozwiązania proekologiczne zastosowane w salach konferencyjnych. System ich rezerwacji i zarządzania dostępnością – zintegrowany z programem Outlook – to jedna z nowinek technologicznych, która usprawni organizację pracy w biurze firmy Provident. Przed każdą z sal znalazł się ekran wyświetlający informację o osobie, która dokonała rezerwacji. W przypadku, jeśli zaplanowane wcześniej spotkanie nie dojdzie do skutku, po kilku minutach system automatycznie odnotuje, że sala pozostaje wolna. Dodatkowo, w większości z sal konferencyjnych zamontowane zostały ekrany 55 cali (z głośnikami), do których można bezpośrednio podłączyć laptopa. Jedna ze ścian w każdej z sal pokryta jest łatwościeralnym laminatem z funkcją magnetyczną, przez co zmniejszy się zużycie papieru i nie będzie konieczne wykorzystywanie flipchartów. Na ścianach sal znalazły się grafiki nawiązujące do ich nazw (tj. nazw ciekawych miejsc na świecie). Dzięki temu wnętrza będą miały charakter tematyczny, staną się bardziej zróżnicowane i przyjazne.

Udział pracowników w aranżacji wnętrz

O sposobie aranżacji wnętrz w nowym biurze współdecydował zespół Design Crew, złożony z przedstawicieli każdego z pionów firmy Provident. Wiele spośród zgłoszonych przez niego postulatów zostało spełnionych. Na życzenie pracowników zakupiono m.in. kolorowe, bardzo nowoczesne meble oraz miękkie i wyższe wykładziny do sal projektowych. Wykładzina w salach konferencyjnych ma kolor zielony, a przy biurkach kobiet zamontowany został specjalny haczyk na torebkę. Ciekawym rozwiązaniem są również kontenerki obite poduszką, co zapewnia ewentualne dodatkowe miejsce do siedzenia w trakcie krótkich spotkań przy biurkach. Nie zabrakło także wydzielonej strefy relaksu, a zarazem przyjaznego miejsca do spotkań w szerszym gronie. Funkcję tę pełni strefa Network Café, wyposażona w pufy, fotele, kolorowe meble i sprzyjającą relaksowi ściankę z roślin. Przestrzeń tę można w razie potrzeby powiększyć, łącząc ją z sąsiednimi salami konferencyjnymi oraz kuchnią.

Jak przebiegał proces wyboru nowej siedziby?

W wyborze nowej lokalizacji wsparła spółkę firma doradcza Colliers International, która wspierała proces weryfikacji najbardziej atrakcyjnych lokalizacji oraz uczestniczyła w negocjacjach z wynajmującym. Proces wyboru nowej siedziby był kilkuetapowy. Zaangażowany był w niego Zarząd Provident Polska, a finalna akceptacja należała do władz Grupy International Personal Finance. W budynku Gdański Business Center powierzchnię biurową wynajęła też m.in. firma KPMG.

GALAXY Gifts – wszystko co najlepsze dla Samsung GALAXY Tab S

Firma Samsung Electronics przedstawia pakiet aplikacji i mobilnych usług GALAXY Gifts dla najnowszego tabletu – Samsung GALAXY Tab S. W skład darmowego pakietu wchodzi aż 37 aplikacji, w tym m. in. dostęp do serwisów informacyjnych, wirtualnej księgarni Legimi oraz sześć miesięcy darmowej muzyki w serwisie Deezer.

GALAXY Tab S to następna generacja technologii wyświetlania w urządzeniach przenośnych, która oferuje jeszcze szerszy zakres nasyconych i wyraźnych kolorów. Tablet zaprojektowany został z myślą o spełnieniu najważniejszych oczekiwań konsumentów. Urządzenie oferuje użytkownikom subtelną elegancję oraz komfort innowacyjnych i niezastąpionych funkcji, które mogą wzbogacić życie. Posiadacze Tab S otrzymają w prezencie pakiet najlepszych aplikacji m. in. dostęp do serwisów informacyjnych oraz do serwisu Deezer. Dzięki nim przygoda z tabletem będzie jeszcze przyjemniejsza i ciekawsza.

Lista aplikacji wchodzących w skład pakietu GALAXY Gifts, z określeniem dostępności:

  • Wiadomości:
    • Newsweek – bieżące wiadomości z kraju i ze świata, opinie i komentarze (prenumerata do końca 2014 roku)
    • Rzeczpospolita – najnowsze wiadomości polityczne, gospodarcze i kulturalne (3 miesiące za darmo)
    • Gazeta Wyborcza – wszystkie teksty z najnowszego wydania dziennika; można czytać bez dostępu do Internetu (1 miesiąc za darmo)
    • Bloomberg Businessweek – aplikacja wyświetlająca treści redagowane przez Bloomberg Businessweek (1 rok darmowego abonamentu)
    • Economist – aplikacja wyświetlająca treści redagowane przez tygodnik Economist (darmowy 6-miesięczny abonament)
    • E-kiosk – dostęp do elektronicznych wydań magazynów Bloomberg i Parkiet (3 miesiące za darmo)
  • Muzyka:
    • Deezer– bezpłatny dostęp przez sześć miesięcy do zasobów serwisu muzycznego
  • E-booki
  • Audioteka – 7 książkowych hitów doczytania lub słuchania za darmo do końca października 2014
  • Legimi – potężna wirtualna baza e-booków z funkcjami dostosowywania czcionki, tempa czytania i parametrów wyświetlania. Za darmo przez 3 miesiące.
  • Marvel Unlimited 3 miesięczny darmowy dostęp do ponad 15000 komiksów, możliwy również w trybie offline
  • Sport:
    • Live Sport TV – darmowy streaming sportowy (6 miesięcy darmowej subskrypcji)
    • Skimble – zestaw ćwiczeń fizycznych (6 miesięcy darmowej usługi premium)
  • Rozrywka:
    • Cut the Rope – gra zręcznościowa – (kredyty o wartości 15 USD)
    • Gameloft – Asphalt 8 – popularna gra wyścigowa 3D, darmowy kredyt o wartości 25USD
    • Family Guy – gra przygodowa, w promocji do wykorzystania 125 złotych kredytów premium oraz 2500 kredytów standardowych
  • Chmura:
    • Dropbox – aplikacja pozwala na proste i bezpiecznie przechowywanie plików w chmurze (50 GB przez 2 lata)
  • Aplikacje asystenckie:
    • LinkedIn – aplikacja społecznościowo – informacyjna (darmowe konto LinkedIn Premium przez trzy miesiące)
    • EasilyDo Pro – osobisty asystent (darmowy dostęp do EasilyDo Pro przez sześć miesięcy)
    • Evernote – aplikacja umożliwia przechowywanie dowolnych notatek oraz tworzenie
      nowych dokumentów (darmowy abonament przez okres 12 miesięcy)
    • Wunderlist – aplikacja do zarządzania dziennymi listami zadań (darmowy 12 miesięczny dostęp do wersji premium)

Oprócz wymienionych wyżej aplikacji, w promocji dostępne będą także gry Fruit Ninja, Doctor Who, Khaba i Colossatron, serwis video Real Player Cloud Video, samplery magazynów Vogue, Glamour oraz Golf Digest, a także aplikacje organizacyjne – Pocket, Cisco WebEx, Remote PC oraz Hancom Office.

Branża IT: gra o pracownika – trwa wyścig zbrojeń działów HR

Branża IT otwiera listy najbardziej innowacyjnych sektorów polskiej gospodarki. Stanowi ona swego rodzaju papierek lakmusowy – ponieważ biznes w pierwszej kolejności oszczędza na usługach programistów, utrzymujący się od pewnego czasu wzrost zamówień i realizowanych projektów w tym obszarze można traktować jako zwiastun wychodzenia z kryzysu. Firmy IT stają jednak przed sporym wyzwaniem: deficytem specjalistów i dynamicznym układem na HR-owej mapie Polski i świata…

275 tysięcy problemów

Podczas gdy rynek usług informatycznych notuje co roku średnio 10-procentowy wzrost obrotów, nie może dziwić coraz większe zapotrzebowanie na pracowników. Jak przy okazji zeszłorocznych targów CeBIT stwierdził wiceminister gospodarki Dariusz Bogdan, rodzime uczelnie co roku opuszcza z dyplomem ok. 40 tysięcy kreatywnych, ambitnych programistów. To całkiem sporo. Główny problem pojawia się jednak dalej. Jak wynika z badań Bilansu Kapitału Ludzkiego, od 2010 r. na polskim rynku pracy można zaobserwować wyraźny deficyt wykwalifikowanych specjalistów – odsetek firm doświadczających trudności z rekrutacją wyniósł w zeszłym roku aż 78%. Problem najbardziej uderza najbardziej w tych, którzy rozwijają się najdynamiczniej – zwłaszcza w IT. – Sektor informatyczny to w całej Europie rynek pracownika, nie pracodawcy. Wykwalifikowanych, doświadczonych programistów nieustannie brakuje, dlatego to oni wciąż dyktują warunki i wybierają sobie pracodawców. O rozmiarze wyzwania działów HR niech świadczą liczby: w Europie brakuje obecnie ok. 275 tysięcy specjalistów IT – przyznaje Tomasz Krawczyński z brytyjskiej firmy Mobica, która w Polsce programistów zatrudnia od 8 lat.

Moment krytyczn(Y)

Ograniczony dostęp do specjalistów zmusza firmy IT nie tylko do poszukiwania innowacyjnych form dotarcia do kandydatów – zmianom ulega całościowe podejście do zarządzania kadrami. Trendy HR, jakie wskazali w swym ostatnim raporcie eksperci Deloitte, znajdują szczególne odzwierciedlenie w dynamicznym sektorze technologii. Transformację wymusza przede wszystkim demografia. Pokolenie Y, czyli osoby urodzone w latach 1983-2010, stanowią dziś 34% zasobów siły roboczej na całym świecie. W ciągu dekady wskaźnik ten wzrośnie już do 75%. Czego pragną dzisiejsi dwudziestolatkowie, którzy już za chwilę przejmą wartę na rynku pracy? Przede wszystkim możliwości zdobywania rozmaitych doświadczeń w czasie pobytu w danej firmie. Klarowne ścieżki rozwoju, inspirujące wyzwania, wartościowy i zróżnicowany program szkoleniowy, przyjazna atmosfera pracy – to czynniki, które millenialsi często przedkładają nad wysokość wynagrodzenia, które w IT i tak często przekracza średnią krajową. Utrzymanie motywacji i produktywności zatrudnionych przedstawicieli pokolenia klapek i iPodów – to według Deloitte jedno z głównych wyzwań, jakie stoi przed działami kadr w firmach z branży technologicznej.

Wybór naturalny

Rywalizacja o wykwalifikowanych programistów coraz mocniej przypomina pogłębiający się w niszy pojedynek na kompetencje. Im bardziej unikatowe, trudne do zdobycia gdzie indziej – tym atrakcyjniejszy w oczach specjalistów wydaje się pracodawca. W wyścigu niewątpliwie pomaga szerokie portfolio klientów oraz obsługiwanych branż. Niczym w prawie ewolucji – przetrwają nie najsilniejsi, lecz ci zdolni dostosować się do dynamicznych zmian. – Obecnie średni czas zatrudnienia programisty w jednej firmie waha się w granicach 30 miesięcy. Gdy czuje on, że już niczego się nie nauczy i gdy zwyczajnie znudzi się realizowanym od dłuższego czasu projektem – odejdzie. W Mobice, gdzie obsługujemy klientów z różnorodnych branż – m.in. bankowości i finansów, aplikacji mobilnych, telewizji, motoryzacji, półprzewodników – notujemy wysoką retencję pracowników i właśnie w tym upatrujemy naszych mocnych stron – dodaje Tomasz Krawczyński.

Poważni gracze na rynku IT stają zatem przed dwoma, na pierwszy rzut oka sprzecznymi zadaniami. Z jednej strony powinni zwiększać biznesową niejednorodność w ujęciu strategicznym (zróżnicowane zespoły dają w końcu przewagę konkurencyjną), z drugiej – dbać o jak największą integrację pracowników z firmą i jej wartościami. Praca dla programisty przestaje bowiem być tylko „pracą”, ale też sposobem bycia.CEO Magazyn Polska

Komentarz indeksowy BossaFX 18 lipca 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 18 lipca 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Niższa wycena i mniej dostępny kapitał. Spółki na GPW płacą za demontaż OFE

CEO Magazyn Polska

Z 1 mld zł do zaledwie kilkudziesięciu milionów zmniejszy się strumień pieniędzy, jaki co miesiąc będzie trafiał na giełdę ze strony OFE. To może zmniejszyć płynność na rynku, a tym samym obniżyć jego atrakcyjność dla inwestorów zagranicznych. Jednocześnie – na podstawie płynących od kwietnia sygnałów – rynek nie ma dużych oczekiwań co do rezultatów zapisów do OFE. Do 15 lipca deklarację złożyło 624 tys. uprawnionych.

To, jak silny będzie negatywny efekt zmian w OFE na rynek kapitałowy, zależy teraz przede wszystkim od ubezpieczonych, którzy mogą wybrać przekazywanie części składki do ZUS lub do funduszy emerytalnych. Według danych ZUS do 10 lipca br. deklarację ws. pozostania w II filarze (OFE) złożyło ponad 624 tys. uprawnionych.

Zdaniem Jarosława Lisa, zarządzającego funduszami BPH TFI SA, po ogłoszeniu rozwiązań dotyczących OFE przez rząd, inwestorzy na giełdzie szybko ocenili, że niewielka część ubezpieczonych pozostanie w filarze kapitałowym. Dlatego obecne dane dotyczące wyboru OFE rynek przyjmuje raczej ze spokojem.

20 tys. zapisów przybywających codziennie to jest coś, co rynek przyjmie neutralnie, jeżeli uda się uzbierać około 700-800 tys. członków. Będą to członkowie o większych niż średnia pensjach czy wpływach na rachunki emerytalne. To może oznaczać, że odpływy spowodowane mechanizmem suwaka będą przez najbliższe dwa lata równoważone przez napływy i tak naprawdę nie będzie to miało negatywnego wpływu na rynek – prognozuje Jarosław Lis, zarządzający funduszami BPH TFI SA.

Zastój na rynku jest jednak widoczny od początku roku. W ciągu ostatnich 12 miesięcy indeks WIG20 zyskał niecałe 90 pkt, czyli jedynie 3,78 proc. (według wyceny z 16 lipca 2014 r.). W tym samym okresie indeksy DAX i Dow Jones Industrial Average, w skład których wchodzi 40 największych spółek w Niemczech i USA, zyskały odpowiednio 18,8 proc. oraz 10,15 proc. Niższe wyceny oraz podwyższone ryzyko z powodu zmian w OFE sprawiają, że giełda jest mniej atrakcyjnym sposobem dla firm na pozyskanie kapitału. W rezultacie, mimo dobrej koniunktury w gospodarce, niewiele spółek emituje akcje lub debiutuje na warszawskim parkiecie.

– W starym systemie OFE inwestowało na giełdzie 1 mld zł miesięcznie, a teraz będzie to kilkadziesiąt milionów, ok. 30-40 mln zł. Ta skala jest duża i rzeczywiście ma to wpływ na rynek. Do tej pory przy wzroście i trendzie na światowych giełdach rynek IPO powinien wyglądać dobrze. W ostatnich miesiącach tego nie widać – uważa Jarosław Lis.

Wolniejszy wzrost na polskiej giełdzie jest jeszcze wyraźniejszym sygnałem, jeśli porówna się koniunkturę i potencjał wzrostu PKB w Polsce i na rynkach rozwiniętych. Od początku 2014 r. tempo ożywienia w polskiej gospodarce było szybsze od większości prognoz analityków, ponadto – jako mniej rozwinięta w porównaniu z USA i Niemcami – polska gospodarka ma ciągle wyższy potencjał wzrostu PKB.

W dłuższym terminie przychody spółek giełdowych, a w konsekwencji ich wyceny, rosną w przybliżonym do PKB tempie. Prognozy dla polskiej gospodarki w tym zakresie nie są optymistyczne: dynamika wzrostu będzie maleć, głównie z powodu niekorzystnej sytuacji demograficznej i niskiej innowacyjności. Rynek kapitałowy może odczuć te trendy ze zdwojoną siłą, bo OFE będą coraz słabiej obecne po stronie kupujących.

W średnim i dłuższym terminie można mówić o zahamowaniu rozwoju naszego rynku kapitałowego, który wyróżniał się bardzo pozytywnie na tle świata. Był to ewenement w naszej części Europy. Trudno dzisiaj znaleźć przyczynę, dla której mielibyśmy znowu wrócić na ścieżkę takiego wzrostu i zdobywania spółek z regionu i rozwoju naszego rynku – ocenia Lis.

Luki powstałej po marginalizacji OFE nie wypełni w najbliższym czasie kapitał zagraniczny. Dla dużych funduszy inwestycyjnych obecność silnych inwestorów instytucjonalnych, takich jak fundusze emerytalne, była ważnym czynnikiem, który decydował o wejściu na polską giełdę – uważa zarządzający funduszami BPH TFI SA.

Płynność przy odejściu takiego inwestora będzie mniejsza. A dla inwestorów zagranicznych płynność jest jednym z podstawowych parametrów oceny atrakcyjności rynku – uważa Jarosław Lis.

Drugie półrocze może być nieco lepsze dla kupujących akcje na GPW z tego powodu, że OFE nie mają już dużych możliwości zwiększania swojego zaangażowania na zagranicznych rynkach. Większe ryzyko z tytułu sprzedaży polskich akcji i kupowania zagranicznych przez OFE może pojawić się za pół roku. Po ostatnich zmianach fundusze emerytalne nie mogą już inwestować w obligacje skarbowe, stąd potrzeba ograniczania ryzyka będzie wymagać częstszych niż wcześniej zmian w ich portfelach.

Te największe negatywne efekty widzieliśmy już w lutym, kiedy OFE zdecydowanie zaczęły wychodzić za granicę, inwestować po kilkaset milionów złotych miesięcznie na rynkach zagranicznych. W tym momencie poziomy zaangażowania są blisko górnych limitów i do końca roku, czyli do momentu, kiedy limit nie będzie zwiększony, myślę, że nie ma tak dużego ryzyka odpływów z naszego rynku – ocenia Jarosław Lis.

Krótsze kolejki na bramkach na A2 i A4. Obok dodatkowych pasów GDDKiA zmienia oznakowanie

CEO Magazyn Polska

Już jest nowa organizacja ruchu w czterech punktach poboru opłat na autostradach A2 i A4. Kierowcy osobówek korzystający z elektronicznego systemu viaAUTO mogą już przejeżdżać przez specjalne bramki, które pozwalają ominąć korki. Ich przepustowość jest nawet dwukrotnie wyższa niż tych z obsługą manualną. Ruch mają usprawnić także nowe oznakowania tuż przed bramkami, a także oznakowania wyprzedzające.

Dodatkowe pasy dają nam przede wszystkim większą płynność ruchu, ponieważ mamy jedną bramkę przeznaczoną tylko dla samochodów lekkich, używających urządzenia viaAUTO, czyli płacących w elektronicznym systemie. Dzięki temu jedna bramka daje nam przepustowość niemal 300 samochodów na godzinę, to dużo w porównaniu do bramki manualnej, która obsługuje około 120, jeżeli nie ma żadnych problemów, na przykład przy płatnościach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Krynicki, rzecznik prasowy Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.

Nowe bramki dla pojazdów posiadających viaAUTO zostały ustawione na razie w czterech punktach: Karwianach koło Wrocławia (A4), Strykowie koło Łodzi (A2), Żdżarach w rejonie Konina (A2) oraz w Żernicach koło Gliwic (A4). GDDKiA będzie analizować efekty tej zmiany w ciągu najbliższych miesięcy.

W Polsce działają obecnie cztery niezależne systemu poboru opłat – viaTOLL na autostradach zarządzanych przez GDDKiA oraz trzy systemy na odcinkach autostrad A1, A2 i A4 pod zarządem koncesjonariuszy. Spośród nich jedynie system viaTOLL pobiera opłaty za przejazd w sposób elektroniczny, głównie od samochodów ciężarowych. Na razie stosunkowo niewielu kierowców samochodów osobowych korzysta z tej możliwości.

Do końca wakacji operator zwiększa liczbę miejsc, w których można kupić urządzenie, z 13 do 35. Są one głównie skupione w okolicach autostrad, tak, by przede wszystkim użytkownicy autostrad mieli jak najbliższy dojazd – wskazuje Jan Krynicki.

Kolejnym rozwiązaniem, które ma usprawnić ruch na autostradzie A2 i A4, jest poprawione oznakowanie dojazdu i samych punktów poboru opłat. GDDKiA chce zakończyć inwestycję na wszystkich podległych jej odcinkach autostrad do końca wakacji.

Mamy oznakowanie poziome, czyli pomarańczowe strzałki na pasach do bramek z systemem viaTOLL, zarówno dla samochodów ciężkich, jak i samochodów lekkich, korzystających z systemu. Jest też oznakowanie pionowe na placach: pomarańczowe tablice z rozróżnieniem na to, gdzie są bramki dla samochodów ciężkich i lekkich korzystających z systemu viaTOLL, a gdzie są bramki do manualnego poboru opłat – wyjaśnia rzecznik GDDKiA. – Ustawiamy także oznakowania pionowe, które pojawiają się około kilometr przed placem poboru opłat. Informują one o nowej organizacji ruchu i zwracają uwagę na to, że są specjalne pasy.

To wszystko ma zmniejszyć liczbę kierowców, którzy nadmiernie hamują, bo nie są pewni, czy znajdują się na właściwym pasie. Korzyści z tej zmiany będą widoczne szczególnie w okresach zwiększonego natężenia ruchu, jak święta, weekendy oraz okres urlopowy. Z analiz GDDKiA wynika, że największe natężenie ruchu na zarządzanych przez nią autostradach występuje na śląskim odcinku A4.

Docelowo Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju chce zlikwidować bramki na tych autostradach, które generują duże koszty. Obok straconego czasu w korkach, te koszty obejmują m.in. zatrudnienie osób do obsługi kierowców oraz niższe od możliwych przychody operatorów dróg z powodu niższej przepustowości autostrad. Według raportu Audytela i Centrum Analiz Transportowych i Infrastrukturalnych zastąpienie systemu manualnego elektronicznym przyniosłoby polskiej gospodarce 15 mld zł oszczędności do 2025 roku. Na razie rząd nie zdecydował jeszcze, jakie będą szczegółowe rozwiązania w planowanym systemie elektronicznego poboru opłat.

Posłowie pracują nad pakietem kolejkowym i onkologicznym. Od 2015 r. dostęp do specjalistów będzie łatwiejszy

CEO Magazyn Polska

W przyszłym tygodniu na ostatnim przed sejmowymi wakacjami posiedzeniu posłowie prawdopodobnie zajmą się ustawami z pakietu kolejkowego i onkologicznego. Resort zdrowia chce, by przepisy ułatwiające dostęp pacjentów do lekarzy specjalistów zaczęły obowiązywać od przyszłego roku. Zgodnie z propozycjami MZ uprzywilejowane w kolejkach będą osoby z podejrzeniem lub rozpoznaniem nowotworu.

Rząd chce wprowadzić pakiet kolejkowy od początku przyszłego roku. Jest jasne, że będzie starał się przeprowadzić to przez Sejm w najbliższym czasie. Oczywiście od 1 stycznia sytuacja nie ulegnie dramatycznej poprawie, ale zostaną wprowadzone mechanizmy, które mam nadzieję zaowocują taką poprawą w ciągu kilku lub kilkunastu miesięcy – mówi agencji Newseria Biznes Mirosław Stachowicz, prezes Think-tank Onkologia 2025.

Przygotowane przez Ministerstwo Zdrowia projekty pakietu kolejkowego i onkologicznego zakładają m.in. skrócenie czasu oczekiwania pacjentów do lekarzy specjalistów. Dotyczy to w dużej mierze pacjentów z rozpoznaniem lub podejrzeniem nowotworu. Taka osoba otrzyma kartę pacjenta onkologicznego, która będzie umożliwiała dalszą diagnostykę onkologiczną oraz leczenie bez skierowania. Pacjent trafi też na odrębną listę osób oczekujących do lekarza specjalisty.

Pakiet onkologiczny przede wszystkim będzie stawiał pacjenta w środku procesu. Obecnie szpital dostaje pieniądze od NFZ na leczenie, a to, co potem z nimi robi, zależy od samej placówki. Pakiet onkologiczny spowoduje, że jeżeli pacjent nie będzie leczony, szpital nie dostanie pieniędzy, i to jest bardzo duża zmiana – mówi Mirosław Stachowicz.

Na poszczególnych etapach diagnostyka i leczenie pacjentów z nowotworem będą dodatkowo finansowane, pod warunkiem dotrzymania określonych w ustawach terminów. Jeśli lekarz rodzinny na podstawie badań stwierdzi nowotwór, czas oczekiwania na wizytę u specjalisty może wynosić maksymalnie dwa tygodnie.

Obecnie czas oczekiwania na wizytę u specjalisty wynosi kilka miesięcy. Z badań przeprowadzonych przez Think-tank Onkologia 2025 wynika, że 70 proc. Polaków zdaje sobie sprawę z tego, że szybki dostęp do lekarza dla pacjenta onkologicznego zwiększa szansę na pokonanie choroby. 91 proc. ankietowanych jest gotowych przepuścić w kolejce do lekarza osobę z wykrytym nowotworem lub jego podejrzeniem.

Wielu ludzi, z którymi mieliśmy styczność, także wielu polityków, przedstawicieli związków zawodowych, pracowników medycyny mówiło o tym, że przecież nie można puszczać jednych pacjentów przed drugimi, ponieważ wszyscy chorzy mają prawo do dobrego leczenia. Dlatego zadaliśmy pytanie reprezentatywnej grupie Polaków, co oni o tym sądzą. Wyniki były spektakularne, nie spodziewaliśmy się aż tak silnego poparcia dla tego pakietu – mówi prezes Think-tank Onkologia 2025.

14 dni będą mieli także lekarze specjaliści na ostateczną diagnozę. Dalsze trzy tygodnie miałoby zająć przygotowanie harmonogramu terapii i rozpoczęcie leczenia. Pakiet zapewnia też długofalową opiekę medyczną po zakończeniu terapii onkologicznej.

Rozwiązania zaproponowane w pakiecie kolejkowym mają ułatwić dostęp do specjalistów wszystkim pacjentom. Placówki będą co tydzień przekazywać do NFZ informacje o pierwszym wolnym terminie, kiedy dane świadczenie może być wykonane, i na tej podstawie oddział Funduszu będzie informował pacjenta, gdzie zostanie najszybciej przyjęty. Lista oczekujących ma być prowadzona w formie elektronicznej, co pozwoli utrzymać większą przejrzystość procedury. W przypadku najbardziej obłożonych specjalizacji listy mają być prowadzone centralnie. Pacjent będzie musiał dostarczyć oryginał skierowania w ciągu 14 dni od wpisania się na listę oczekujących. Jeśli tego nie zrobi, zostanie wykreślony z kolejki.

Projekty zmian po poprawkach zgłoszonych przez posłów są w tej chwili w sejmowej Komisji Zdrowia. Możliwe, że w przyszłym tygodniu w Sejmie odbędzie się trzecie czytanie. Resort zdrowia ma nadzieję, że pakiet zostanie uchwalony do końca lipca.

Bezpieczeństwo korzystania z usług banku może zwiększyć bankowość głosowa

CEO Magazyn Polska

Bankowość głosowa może być alternatywą dla loginów i haseł dostępów. Oparte na biometrycznej identyfikacji głosu rozwiązania pozwalają w łatwiejszy sposób korzystać z bankowości mobilnej, a dodatkowo eliminują zagrożenia związane z wykradnięciem haseł. To jeden z przykładów innowacji, które zwiększają zarówno komfort użytkowników, jak i ich bezpieczeństwo.

Posługiwanie się wszechobecnymi hasłami i loginami staje się coraz bardziej uciążliwe. Z racji tego, że nie jest możliwe zapamiętanie ich wszystkich, muszą być gdzieś przechowywane. A to z kolei wiąże się z ryzykiem ich kradzieży, którego nie ma w przypadku bankowości głosowej.

Jako jeden z pierwszych banków w Europie daliśmy możliwość obsługi aplikacji głosem. Co więcej, aplikacja również potrafi odpowiedzieć głosem. Jest to szczególnie użyteczne w tych sytuacjach, kiedy „normalne” dotarcie do informacji wymaga wielu czynności. Na przykład, jeżeli chcę się dowiedzieć, ile wydałem w zeszłym tygodniu. Wtedy standardowo musiałbym wejść w historię transakcji, odfiltrować ją według dat i zsumować poszczególne transakcje. W aplikacji wystarczy zadać jedno pytanie, np. „Ile wydałem w zeszłym tygodniu?” lub powiedzieć „Wydatki w ostatnim tygodniu…” i system sam sumuje i podaje konkretne dane. Mogę także zapytać o podstawowe informacje, np. ile mam na koncie. Dla bezpieczeństwa dostępne środki są pokazywane tylko na ekranie, one nie są odczytywane na głos – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Kusznier, menadżer projektów bankowości mobilnej w Meritum Bank.

Rosnąca dostępność usług sterowanych głosowo sprawia, że coraz częściej mówi się o bankowości głosowej. Wykorzystuje ona technologie biometrycznej identyfikacji głosu, który – podobnie do linii papilarnych – jest unikalny dla każdego użytkownika. System rozpoznaje nagrane wcześniej wypowiedzi klienta i porównuje z nimi polecenia wydawane przez telefon.

W przypadku części innowacyjnych usług klienci zyskują większy komfort, ale kosztem niższego bezpieczeństwa. Rozwiązania oparte na biometrii głosowej wychodzą poza tę alternatywę, gdyż eliminują część czynników ryzyka, jakie wiążą się z typowymi sposobami komunikacji z bankiem. W przypadku loginów i haseł dostępu lub haseł jednorazowych istnieje zawsze ryzyko pozyskania tych wrażliwych danych przez osoby trzecie, zarówno w wyniku fizycznego włamania, jak i poprzez złośliwe oprogramowanie. Aplikacja z głosowym dostępem do banku  zabezpiecza przed takimi sytuacjami i pozwala dokładnie monitorować wszelkie zlecenia i transakcje.

Technologie głosowego dostępu są już na tyle rozwinięte, że gwarantują wysoką skuteczność w postaci zaakceptowanych zleceń także w sytuacji, gdy głos klienta jest nieco zniekształcony, np. ze względu na warunki atmosferyczne lub chorobę. Systemy oparte na biometrii głosowej potrafią także wykrywać próby oszustw w postaci nagrań z playbacku. Wysokie bezpieczeństwo bankowości mobilnej potwierdza także jej rosnąca popularność w Europie Zachodniej i akceptacja przez instytucje finansowe.

Z pomocą przychodzi nam najnowsza rekomendacja Europejskiego Forum ds. Bezpieczeństwa Płatności Detalicznych, która dopuszcza wykorzystanie jako jednego z elementów zabezpieczeń cech biometrycznych klienta. W praktyce oznacza to, że nie trzeba będzie pamiętać kodu PIN, wystarczy coś, co każdy z nas ma unikatowego, czyli np. nasz głos – wskazuje Marcin Kusznier.

Bankowość mobilna może całkowicie zastąpić tradycyjny kanał dostępu poprzez telefon, który wymaga pamiętania loginów i haseł. Ponadto, połączenie może zabrać dość dużo czasu, a samo podawanie haseł na głos może być ryzykowny w niektórych sytuacjach. W przypadku bankowości mobilnej, wystarczy wypowiedzieć bezpieczne zdanie-komendę typu „zrób przelew na Facebook”.

Technologie mobilne umożliwiają także komunikację między różnymi systemami. Wykorzystaliśmy to, projektując nowy rodzaj przelewu. Nie znając numeru rachunku odbiorcy, mogę wysłać przelew za pośrednictwem SMS-a, wiadomości e-mail lub Facebooka – mówi menedżer w Meritum Bank.

Innym przykładem zleceń dostępnych głosowo jest m.in. przelew walutowy i rachunek e-Kantor. Klient może spytać o aktualne kursy walut oraz zlecić głosem wykonanie przelewu walutowego. Obsługa głosowa w Meritum Bank obejmuje już kilkadziesiąt różnych funkcji, a bank stara się, by obejmowały one jak największą liczbę i rodzaje transakcji.

Jak wyjaśnia Kusznier, bankowość głosowa to jedna z funkcjonalności aplikacji mobilnej w Meritum Banku.

Projektując aplikację, przyjęliśmy założenie maksymalnego wykorzystania możliwości, jakie oferują technologie mobilne, po to, by bankowość mobilna była maksymalnie bezpieczna i użyteczna dla klientów banku. Przykładowo, dzięki geolokalizacji nasz klient ma możliwość sprawdzenia na mapie, gdzie dokładnie była zlecona dana transakcja – mówi menedżer w Meritum Bank.

Inżynier kontraktu polskiej elektrowni atomowej będzie musiał przekonać Polaków o bezpieczeństwie technologii i lokalizacji

CEO Magazyn Polska

Brytyjski inżynier kontraktu pierwszej polskiej elektrowni atomowej będzie musiał nie tylko wybrać technologię i lokalizację, lecz przede wszystkim przekonać Polaków do tego typu energii ‒ przekonuje prezes Instytutu Studiów Energetycznych. To ważny krok we wciąż mało zaawansowanym polskim programie energii jądrowej, który będzie wart nawet ponad 50 mld złotych.

Jesteśmy na dość wstępnym etapie budowy programu jądrowego w Polsce – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Sikora, prezes zarządu Instytutu Studiów Energetycznych. Dodaje: ‒ To dobrze, że inżynier kontraktu został wybrany, dlatego że jest to informacja dla rynku, że Polska i inwestor, Polska Grupa Energetyczna, kupują kompetencje.

Zgodnie z przyjętym na początku tego roku Programem Polskiej Energetyki Jądrowej, pierwsza polska elektrownia atomowa ma ruszyć w 2024 r. Wcześniej rząd planował uruchomić ją już w 2022 r., ale jak podkreśla Sikora, ten termin byłby bardzo trudny do dotrzymania. Na razie nie jest znana ani technologia budowy, ani dokładna lokalizacja elektrowni. Pod uwagę brane są przede wszystkim dwie miejscowości na Pomorzu – Żarnowiec i Choczewo.

Sikora zaznacza, że choć wybór dokładnej lokalizacji zależy od szczegółowych badań, z całą pewnością musi być to Pomorze. Jest to uwarunkowane m.in. dostępnością wody do chłodzenia elektrowni, a także lokalnymi potrzebami energetycznymi.

Dodaje, że teraz duże wyzwania są przed inżynierem kontraktu. Kontrakt dla brytyjskiej firmy AMEC jest warty ponad 1,3 mld zł i obejmuje wiele zadań.

Począwszy od wyboru technologii, bo ciągle nie jest ona wybrana, przez przekonanie społeczeństwa, że to jest technologia dobra dla Polski, aż po wybór lokalizacji – wylicza Sikora. ‒ Trzeba zdefiniować technologię, żeby powiedzieć, jak duże mają być te bloki. To determinuje niejako wielkość zaangażowania kapitałowego. I kolejna rzecz  kto będzie tę inwestycję finansował.

Koszt budowy elektrowni jądrowej może sięgnąć nawet ponad 50 mld złotych, więc bez zachęt ze strony państwa inwestorzy bardzo ostrożnie podchodzą do tego projektu. Początkowo dominującym podmiotem miała być PGE, ale na zgodę UOKiK czeka umowa o sprzedaż po 10 proc. udziałów w spółce PGE EJ1, Enei, KGHM-owi i Tauronowi.

Sikora ocenia, że skuteczną metodą wsparcia inwestora byłby kontrakt różnicowy. Takie rozwiązanie, zastosowane m.in. w Wielkiej Brytanii, zakłada umowę między państwem a inwestorem na określoną cenę za energię jądrową. Jeśli faktyczna cena energii będzie wyższa, państwo dopłaci różnicę, ale jeśli energia będzie tańsza, to spółka zarządzająca elektrownią będzie musiała oddać pieniądze.

Polska jest z takim negatywnym przesłaniem, jeśli chodzi o kontrakty długoterminowe. Musi być coś, co zagwarantuje w długim okresie możliwość odbioru tej energii w określonych cenach – przekonuje Sikora.

PPEJ dopuszcza, poza kontraktami różnicowymi, także kontrakt na moc (czyli płatności za samą zdolność produkcyjną) lub rozwiązanie mieszane.

Ekspert podkreśla, że bez wsparcia państwa budowa elektrowni nie będzie możliwa.

Poprzedni zarząd PGE mówił, że bez gwarancji Skarbu Państwa będzie to trudne zadanie. Powiedziałbym, że w ogóle na świecie trudno sobie wyobrazić inwestycje energetyczne, szczególnie w energetykę jądrową, bez pomocy ze strony państwa ‒ przekonuje prezes ISE.

Sikora dodaje, że surowe unijne normy zapewnią bezpieczeństwo inwestycji. Jak zauważa, kilkanaście krajów w UE korzysta z takiego źródła energii, w tym trzech sąsiadów Polski – Niemcy, Czechy i Słowacja. Na początku lipca Rada Unii Europejskiej przyjęła nową dyrektywę o bezpieczeństwie nuklearnym, która zaostrza wymogi bezpieczeństwa dla elektrowni tego typu i wzmacnia kompetencje narodowych organów regulacyjnych.

Normy unijne pewnie są jednymi z najtrudniejszych na świecie – podkreśla Sikora. ‒ Możemy mówić o bardzo wysokim stopniu bezpieczeństwa dla tego typu inwestycji, również bezpieczeństwa dostaw surowca, czyli paliwa energetycznego, paliwa jądrowego.

Grycan chce zdobywać rynki zachodniej Europy

0

CEO Magazyn Polska

Marka Grycan – Lody od Pokoleń, po pierwszych sukcesach w Czechach, chce zdobywać kolejne zagraniczne rynki. Przedstawiciele firmy zapowiadają, że w tym roku skupią się na Europie. Chociaż Polacy z roku na rok jedzą coraz więcej lodów, to i tak daleko im do Włochów, Amerykanów, Norwegów czy Szwedów.

Cały czas badamy rynek czeski, widoczna jest na nim tendencja wzrostowa, więc jesteśmy z tego bardzo zadowoleni. W tym roku skupiamy się na Europie, wychodzimy poza Polskę w kierunku całej zachodniej Europy – mówi Elżbieta Grycan, współwłaścicielka firmy Grycan – Lody od pokoleń.

Pierwsza lodziarnia firmy Grycan za granicą powstała w ubiegłym roku w Czechach pod szyldem Grycan Ice Cream Cafe w Centrum Handlowym Černý Most w Pradze, kolejne zaś w CH HARFA w Pradze oraz sklepie IKEA w Ostrawie. 2013 rok to także początek sprzedaży lodów Grycan sieciom detalicznym na rynku czeskim.

Przedstawiciel firmy mają nadzieję, że polskie lody trafią w gusta zagranicznych konsumentów. Chociaż według Elżbiety Grycan i na krajowym podwórku jest jeszcze duże pole do wzrostów.

Wbrew pozorom najwięcej lodów wcale nie jedzą Włosi, tylko Norwegowie, Szwedzi i Amerykanie. Oni zjadają kilka, kilkanaście razy więcej lodów niż my. Mamy więc jeszcze do czego dążyć – dodaje Grycan.

Polacy najchętniej spożywają lody w tradycyjnych smakach. Największą popularnością cieszą się lody waniliowe, czekoladowe i truskawkowe.

Polacy są tradycjonalistami, jednak z pewną domieszką ciekawości, lubią poeksperymentować. Szczególnie w okresie upałów próbują np. lody sorbetowe. Bardzo poszukiwane są teraz lody o smaku czarnej porzeczki, ananasa, truskawek, malin czy jagód; praktycznie ze wszystkich owoców można robić sorbety – mówi Elżbieta Grycan.

Firma nie zamierza jednak konkurować z lodziarniami eksperymentalnymi, które pojawiły się na rynku krajowym, oferując np. lody koperkowe czy marchewkowe. Elżbieta Grycan podkreśla, że lody można przygotować niemal ze wszystkiego, jest to jednak niewielka nisza na rynku.

Ich jakość nas nie zachwyciła, więc pozwolimy sobie spełniać oczekiwania naszych klientów w lodach tradycyjnych: czekoladowych, bakaliowych, malaga, cynamonowych, kokosowych, mango, wszystkie smaki, które są deserowe – mówi Grycan.

W fabryce firmy w Majdanie pod Warszawą powstaje ponad 60 smaków lodów: lody tradycyjne, tworzone na bazie śmietanki kremówki i żółtek jaj, lody jogurtowe powstające z jogurtu naturalnego, a także sorbety z owoców. Proces produkcji stanowi połączenie rzemieślniczych metod i nowoczesnych rozwiązań technologicznych.

Grycan zwraca uwagę na to, że lody z jogurtu naturalnego produkowane przez jej firmę stanowią między innymi doskonałe uzupełnienie letniej diety.

Są to lody o walorach nie tylko smakowych, lecz także zdrowotnych, bo udało się opracować technologię lodów jogurtowych. Dodajemy świeży jogurt, prosto z mleczarni. I to jest świetna, letnia wersja lodów, ponieważ one są znacznie lżejsze od lodów tradycyjnych, waniliowych czy bakaliowych – dodaje Elżbieta Grycan.

Marka Grycan – Lody od pokoleń jest obecna na polskim rynku od 2004 r. W ciągu dziesięciu lat istnienia firma rozwinęła największą sieć lodziarni firmowych w Polsce, która obecnie liczy ponad 120 lokali.

W internecie przybywa ogłoszeń dotyczących najmu krótkotrwałego mieszkań i pracy tymczasowej

CEO Magazyn Polska

W wakacje rośnie liczba ofert dotyczących wynajmu na krótki czas. W serwisie Gumtree pojawia się do 150 tys. ofert dotyczących nieruchomości tygodniowo. Wzrasta także liczba ofert dotyczących pracy. W ciągu tygodnia na portalu pojawia się około 8 tys. ogłoszeń związanych z rynkiem pracy, większość dotyczy jednak zarobku sezonowego, a nie stałej pracy.

Na początku wakacji rośnie liczba ofert dotyczących wynajmu krótkotrwałego. Wiadomo, że osoby, które kończą rok akademicki zwalniają mieszkania, więc na czas wakacji te mieszkania są wynajmowane. Rośnie też liczba kwater, co jest związane z urlopami – mówi agencji Newseria Biznes Katarzyna Merska-Pietrak, koordynator ds. komunikacji w Gumtree Polska.

Tygodniowo na portalu pojawia się około 250–280 tys. ogłoszeń, z czego ponad połowę stanowią te dotyczące rynku nieruchomości (ok. 130–150 tys.).

– Więcej jest ofert sprzedaży i wynajmu, duża część z tego stanowią również oferty agencyjne. Dużo jest osób, które poszukują poprzez Gumtree mieszkania do wynajęcia lub na sprzedaż. Jedną z naszych najmocniejszych kategorii są właśnie nieruchomości – tłumaczy Merska-Pietrak.

Pod koniec wakacji na stronie zaczynają przeważać oferty skierowane do studentów. Można znaleźć oferty wynajmu całych mieszkań lub pojedynczych pokoi, np. w mieszkaniu studenckim bądź przy starszej osobie.

Na przełomie sierpnia i września zdecydowanie zwiększa się ruch, jeżeli chodzi o poszukiwanie mieszkań dla studentów czy w kategorii pokoje do wynajęcia. W serwisie można zaoferować mieszkanie do wynajęcia, lecz także go szukać, oczywiście jest też kategoria mieszkań na sprzedaż – zaznacza Katarzyna Merska-Pietrak.

Przyznaje, że Gumtree często jest portalem, na którym Polacy zaczynają szukać lokum.

W serwisie pojawiają się również ogłoszenia o pracę i jest ich coraz więcej. Tygodniowo można znaleźć 7-8 tys. nowych ofert.

– Sezonowość ma wpływ przede wszystkim na rodzaj ofert. W okresie wakacyjnym w kategorii praca  nieco spada liczba ogłoszeń dotyczących zatrudnienia stałego, a zdecydowanie rośnie liczba ofert dotyczących pracy sezonowej bądź zastępstw w firmach – mówi Merska.

Ogłoszenia na Gumtree są dostępne przez 31 dni. Zamieszczane są za darmo, dopłacić trzeba za ich wyróżnienie na stronie bądź dłuższy niż standardowy okres publikacji.

Gumtree powstał dziesięć lat temu jako portal warszawski, z biegiem lat zaczęło rozszerzać swoją działalność na inne miasta wojewódzkie i powiatowe. Jak tłumaczy Merska, strona cały czas jest rozbudowywana, a zmiany, które wprowadzamy, bazują na sugestiach użytkowników.

– Chcemy, żeby społeczność wokół portalu Gumtree, czyli około 2,5 mln użytkowników miesięcznie, została i miała do nas zaufanie – podsumowuje Katarzyna Merska-Pietrak.

Elastyczne godziny pracy to dobry rozwiązanie na wakacje. Dzięki temu latem można pracować mniej

CEO Magazyn Polska

Efektywność pracy nie musi zależeć od liczby godzin, jakie spędzamy w biurze – podkreślają eksperci. Często skrócony czas pracy może zmobilizować pracownika do większej koncentracji na powierzonych obowiązkach. Tym bardziej że ułatwi mu to również realizację pozazawodowych pasji. To może być jeden z argumentów przekonujących zarówno pracownika, jak i pracodawcę, że nie należy obawiać się wprowadzania elastycznych godzin pracy. 

W okresie letnim często jest mniej pracy, a więcej wydarzeń, w których warto wziąć udział. Wakacje to też czas, kiedy rodzice mają szansę wzmocnić relacje ze swoimi dziećmi. Dlatego zwłaszcza w tym okresie warto porozmawiać z szefem o elastycznym czasie pracy.

Często pracownicy nie wiedzą, że mogą pójść do szefa i zapytać o elastyczne godziny pracy lub dostosowanie naszego grafiku do innych zajęć. Warto mieć przygotowane wcześniej propozycje, w jaki sposób chcemy odpracować czas, który chcielibyśmy wykorzystać na pozazawodowe pasje. Szefowie powinni się na to zgadzać, ponieważ pracownicy są wtedy bardziej zaangażowani, potrafią lepiej zorganizować swoją pracę, tak, by dobrze wykorzystać czas, który w tej pracy spędzają – mówi agencji informacyjnej Newseria Małgorzata Majewska, marketing manager portalu z ofertami pracy Monsterpolska.pl.

Szefowie powinni godzić się na elastyczne godziny pracy nie tylko ze względu na podniesienie w ten sposób efektywności pracownika, lecz także jego przywiązania do firmy. Zgoda na zmianę grafiku pokazuje, że podwładny jest ważny dla pracodawcy, że pracodawca ufa mu i wychodzi naprzeciw jego potrzebom.

– W Szwecji prowadzony jest eksperyment na pracownikach administracji rządowej. Część z pracowników pracuje sześć godzin dziennie, pozostali osiem. Wszyscy z niecierpliwością czekają na wyniki. Nie zawsze efektywność naszej pracy zależy od liczby godzin spędzonych w pracy. Mając więcej czasu, jesteśmy mniej zorganizowani, częściej chodzimy na kawę i częściej robimy sobie przerwy. Wiedząc, że możemy skorzystać i wyjść wcześniej, czas pracy będziemy sobie układać inaczej, tak, żeby wykonać wszystkie powierzone zadania – uważa Małgorzata Majewska.

Elastyczny czas pracy to rozwiązanie, które może pozytywnie wpłynąć na wydajność pracy i pozwoli na pielęgnowanie rodzinnych więzi czy własnych pasji. Ważne jednak, aby zachować umiar w prośbach o zmianę czasu, aby szef nie odniósł wrażenia, że zajęcia pozazawodowe stają się ważniejsze niż praca.

Polacy coraz częściej podróżują kamperami. Dzięki tanim noclegom zwraca się koszt zakupu aut

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej Polaków decyduje się na turystykę karawaningową. Rośnie zwłaszcza popularność kamperów, które są łatwiejsze w obsłudze i wygodniejsze niż przyczepy kempingowe. Choć koszt zakupu takiego pojazdu to nawet kilkaset tysięcy złotych, wydatek zwraca się dzięki tanim – a w niektórych przypadkach nawet darmowym – noclegom.

Coraz więcej turystów korzysta z ruchu karawaningowego, bo daje on możliwość swobodnego przemieszczania się, bezpośredniego kontaktu z przyrodą i nocowania na łonie natury. Jest to mimo wszystko najtańszy rodzaj turystyki, zarówno w Polsce, jak i na świecie, bo ceny na kempingach są niższe niż w hotelach – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Szeftel, prezes Polskiej Federacji Campingu i Caravaningu.

Szeftel przypomina, że turystyka karawaningowa rozwija się w Polsce od 1989 r. Przed transformacją ustrojową na polskich kempingach przeważały namioty, potem Polacy zaczęli kupować w Europie Zachodniej – głównie Niemczech, Francji, Belgii i Holandii – przyczepy kempingowe. Teraz na popularności zyskują kampery, czyli samochody noclegowe.

Są one wygodniejsze, bo można w nich przebywać także w trakcie jazdy. Przebywanie w przyczepie kempingowej poza postojem jest zabronione. Kamperem łatwiej też kierować. Zakup takiego pojazdu wiąże się jednak z dużym kosztem. Nowoczesny pojazd może kosztować kilkadziesiąt lub nawet kilkaset tysięcy złotych.

Jest to koszt, który się potem zwraca w postaci noclegów, jeżeli często korzystamy z takiego sprzętu: nie tylko w czasie urlopu, lecz także na imprezach karawaningowych, które w sezonie letnim są organizowane niemal co tydzień i w Polsce, i za granicą. Wydatek jest na pewno spory, ale korzyści związane z wypoczynkiem na łonie natury i z niską ceną pobytu są też duże – przekonuje Szeftel.

Ceny noclegu na kempingach są niższe niż w hotelach, a posiadając własną przyczepę kempingową lub kamper turyści mogą czasem w ogóle nie płacić. Postój na noc jest możliwy np. przy większych stacjach benzynowych lub w miejscach obsługi podróżnych przy autostradach, a w krajach skandynawskich można bez problemu zatrzymać się w dowolnym miejscu przy drodze.

Szeftel zauważa jednak, że nocowanie poza wyznaczonymi kempingami może być ryzykowne. Nocowanie na poboczach lub w nieznanych obiektach może narazić turystów na szkody. Dlatego do kosztów karawaningu trzeba doliczyć wydatki związane z odpowiednimi ubezpieczeniem i przygotowaniem pojazdu.

Zalecam ubezpieczenie samochodu, ubezpieczenie bagażu i odpowiednie przygotowanie samochodu. Chodzi m.in. o boczne lusterka, które muszą być szersze niż w normalnym samochodzie, hak, który musi dobrze trzymać przyczepę, zabezpieczenie postojowe. Powinniśmy też wybierać takie miejsca, które świadczą usługi na wysokim poziomie, i są uwzględniane w informatorach o kempingach w Polsce albo w znanych międzynarodowych katalogach – radzi Szeftel.

Dodaje, że w ramach przygotowań dobrze jest też dokładnie opracować trasę.

Koszty podróżowania można jeszcze obniżyć poprzez zakup międzynarodowego karnetu kempingu i karawaningu. Daje on nie tylko zniżki za nocleg, lecz także ubezpieczenie oraz pierwszeństwo w otrzymywaniu miejsc na zatłoczonych kempingach.

Francuzi zainteresowani kontraktami zbrojeniowymi i energetycznymi w Polsce

CEO Magazyn Polska

Przemysł zbrojeniowy i energetyczny – przede wszystkim jądrowy – to najbardziej atrakcyjne branże w Polsce dla francuskich inwestorów. Przyciągają ich do Polski zapowiadane wielkie inwestycje w tych sektorach. Otwiera się pole do współpracy m.in. w zakresie budowy okrętów podwodnych czy lotnictwa w ramach koncernu Airbus.

Jesteśmy bardzo zainteresowani lotnictwem, bo Polacy mają duże doświadczenie w tym sektorze oraz wysoko wykwalifikowanych techników, robotników, inżynierów. Właśnie z tego powodu Airbus jest zainteresowany Polską jako następną bazą terytorialną – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Pierre Buhler, ambasador Francji w Polsce.

Kilka miesięcy temu Airbus zaproponował, by Polska została piątą (po Francji, Niemczech, Wielkiej Brytanii i Hiszpanii) bazą terytorialną dla operacji koncernu. Przedstawiciele Grupy Airbus i Airbus Helicopters na początku roku podkreślali, że polski rynek będzie odgrywał dla nich strategiczną rolę. Chodzi również o przetarg na dostawę nowych śmigłowców dla polskiego wojska, o który walczy Airbus z Eurocopterem EC725 Caracal.

Druga perspektywa to oferta konsorcjum Thales i MBDA. Oni zaproponowali, by budować razem z polskim przemysłem cały system obrony powietrznej i przeciwrakietowej. To jest ogromny projekt, znakomita technologia i transfer technologii – podkreśla Pierre Buhler.

Pod koniec czerwca Ministerstwo Obrony Narodowej zdecydowało o zaproszeniu konsorcjum MBDA i Thales (grupa Eurosam) do postępowania związanego z pozyskaniem tarczy powietrznej „Wisła”. Drugim oferentem ma być amerykańska firma Raytheon.

Zdaniem ambasadora dobrym przykładem na owocną współpracę polsko-francuską w przemyśle zbrojeniowym jest porozumienie między koncernem DCNS a funduszem inwestycyjnym Mars, właścicielem trójmiejskiej stoczni Nauta, które zostało podpisane 9 lipca. Umowa dotyczy potencjalnej współpracy przy budowie trzech okrętów dla polskiej Marynarki Wojennej.

To bardzo obiecująca perspektywa wspólnego budowania okrętu podwodnego na najwyższym światowym poziomie – przekonuje Buhler.

Obie firmy będą wspólnie przygotowywać się do przetargu, który MON ma rozpisać jeszcze w tym roku. Przedstawiciele stoczni podkreślali, że okręty w większości powstawałyby w polskich zakładach. 

Podpisane porozumienie, zdaniem ambasadora, może być początkiem współpracy także w  innych obszarach.

DCNS prowadzi także działalność energetyczną związaną ze źródłami odnawialnymi, zwłaszcza morskimi. Prądy występujące pod poziomem morza można bowiem wykorzystać do produkcji energii i moim zdaniem to potencjalny obszar dalszej współpracy – dodaje Buhler.

W sektorze energetycznym jeszcze bardziej obiecująca dla francuskich firm jest energetyka jądrowa.

Francja to jedna z największych potęg jądrowych z punktu widzenia cywilnego na świecie. 75 proc. naszych dostaw prądu pochodzi z naszych 58 reaktorów – mówi ambasador. – To są bardzo trudne inwestycje, ale to jest przyszłość.

Dlatego francuskie firmy liczą na kontrakty przy projektowaniu i budowie polskich reaktorów. Na początku lipca odpowiedzialna za projekt spółka PGE EJ 1 rozstrzygnęła przetarg na inżyniera kontraktu – została nim brytyjska firma AMEC. Pierwszy blok ma ruszyć pod koniec 2024 roku.

Ambasador dodaje, że Francuzi nie zamykają się również na inne branże. Atrakcyjnymi  dla nich sektorami są leki i biotechnologia, a także bankowość. 

GDDKiA: Będzie mniej upadłości wykonawców dróg. Jest to możliwe dzięki dialogowi z branżą budowlaną

CEO Magazyn Polska

Dzięki lepszej współpracy branży budowlanej i Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad w najbliższych latach nie powinny powtórzyć się problemy z upadłościami wykonawców dużych inwestycji  zapewnia GDDKiA. Zamawiający wymaga teraz regularnego opłacania podwykonawców oraz lepiej kontroluje firmy startujące w przetargach, ale za to daje możliwość zaliczkowania kosztów materiałów w razie wzrostu ich cen.

Oczekujemy od branży, aby informowała nas o tym, jakie konkretnie ma do nas prośby, w jaki sposób jej przedstawiciele chcieliby coś zmienić. Zapisy wzorcowych umów są dowodem na to, że rozwiązania wypracowywane są wspólnie. Obecnie firmy bardziej racjonalnie wybierają przetargi, do których się zgłaszają, ponieważ są weryfikowani pod kątem finansowym, kadrowym i sprzętowym – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Krynicki, rzecznik prasowy Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.

Krynicki podkreśla, że GDDKiA oraz branża wyciągnęły wnioski z błędów popełnionych podczas trwania poprzedniej unijnej perspektywy budżetowej. W ostatnich latach, pomimo rekordowej liczby inwestycji drogowych, wielu wykonawców miało poważne problemy finansowe. Upadłość ogłosiła np. austriacka spółka Alpine Bau, która budowała m.in. fragmenty autostrady A1 oraz drogi ekspresowej S5, a także chińskie przedsiębiorstwo COVEC, które było wykonawcą odcinka autostrady A2.

Upadłości dużych firm pociągały za sobą problemy ich podwykonawców. Często były to niewielkie polskie przedsiębiorstwa, dla których problemy wykonawców oznaczały utratę płynności finansowej.

GDDKiA wprowadziła bardzo dużo systemowych rozwiązań chroniących przede wszystkim podwykonawców – tłumaczy Krynicki. – Zanim generalny wykonawca otrzyma przejściowe świadectwo płatności, czyli możliwość wystawienia nam faktury, która jest płacona bezzwłocznie, wcześniej musi przedstawić nam podpisane oświadczenie od wszystkich podwykonawców. To ma zapewniać płynność finansową na placu budowy.

Dodaje, że GDDKiA wprowadziła także rozwiązania korzystne dla generalnych wykonawców. Mogą oni zaliczkować wzrost kosztów materiałów, które zostały już zakupione i są składowane, a jeszcze nie wykorzystane przy budowie.

Innym rozwiązaniem są wzorcowe zapisy umów. W trakcie ich ustalania branża oraz GDDKiA były niemal całkowicie zgodne. Rzecznik podkreśla, że dzięki takiemu dialogowi i wspólnie ustalonym wymogom inwestycje drogowe będą przebiegały płynnie i bez problemów, na czym zależy wszystkim stronom. Krynicki zauważa, że zmiana wykonawców lub ich upadłość zawsze oznacza wydłużenie procesu inwestycyjnego, co pociąga za sobą finansowe i społeczne koszty.

Przyznaje, że coraz odpowiedzialnej zachowują się też sami wykonawcy. W poprzednich latach część problemów w branży wynikała z braku odpowiednich zasobów ludzkich lub technicznych po stronie firm, które wygrywały w przetargach. Dziś kwestie te w znacznym stopniu zostały wyeliminowane.

To był też jeden z postulatów branży, aby nie dopuszczać do sytuacji, w której jedna firma wygrywa więcej przetargów, niż jest w stanie obsłużyć. To prowadzi do problemów na budowach. Dlatego też prowadzimy dokładną weryfikację oferentów jeszcze na etapie ogłoszenia postępowania – tłumaczy Krynicki. Dodaje: ‒ Firmy bardziej racjonalnie wybierają, czy do wszystkich zadań się zgłaszają. To oznacza, że nasza interakcja z firmami działa, dając pozytywne skutki na rynku.

Nowe zasady szkolenia przewodników górskich. Będzie większy nacisk na bezpieczeństwo

W szkoleniach na przewodników górskich większy nacisk będzie kładziony na praktykę i bezpieczeństwo turystów. Zmieniły się wymagania związane ze szkoleniem i egzaminowaniem tej grupy zawodowej. Przewodnicy górscy jako jedyni wśród przewodników nadal muszą zdać państwowy egzamin, ale rozporządzenie resortu sportu ograniczyło obszar, na którym obowiązują takie wymagania.

Zmian jest sporo, część jest technicznych, dotyczących samych procedur egzaminacyjnych, czasu trwania teoretycznej i praktycznej części egzaminu. Zwłaszcza na tę drugą, związaną z kwestiami bezpieczeństwa, kładzie się duży nacisk – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Sobierajska, wiceminister sportu i turystyki.

Przewodnicy górscy są jedyną grupą przewodników lub pilotów wycieczek, którzy muszą zdawać państwowy egzamin. Resztę zawodów objęła obowiązująca od początku tego roku ustawa deregulacyjna. Sobierajska podkreśla, że ta różnica wynika przede wszystkim różnic dotyczących bezpieczeństwa. Prowadzenie wycieczek w górach wymaga większej wiedzy i doświadczenia niż na nizinach.

To właśnie na bezpieczeństwo i szkolenie praktyczne kładzie się największy nacisk w nowych wymaganiach dla przewodników górskich. Odpowiednie rozporządzenie resort sportu opublikował pod koniec czerwca, a w życie weszło ono od początku lipca. Zgodnie z nowym programem kandydaci na przewodników górskich trzeciego, najniższego stopnia muszą odbyć 40-dniowe szkolenie praktyczne, a w Tatrach nawet 60-dniowe.

Nowe prawo ogranicza też obszar, na którym przewodnicy muszą posiadać odpowiednie kwalifikacje. Sobierajska podkreśla, że MSiT uznało, że na obszarze przedgórza i dolin zagrożenia dla turystów nie są tak duże.

Resort pod koniec czerwca wydał także nowe rozporządzenie w sprawie egzaminów z języka obcego dla przewodników oraz pilotów wycieczek oraz w sprawie wysokości opłat za egzaminy.

Wszystkie rozporządzenia były prowadzone w konstruktywnym dialogu z szeroko rozumianą branżą. Odbywały się konsultacje społeczne, również z urzędami marszałkowskimi, bo to marszałkowie są organem odpowiednim terytorialnie do wydawania stosownych legitymacji, uprawnień, do przeprowadzania egzaminów, również tych językowych. Staraliśmy się wyjść naprzeciw większości postulatów – zapewnia Sobierajska. – Ewentualnie w przyszłości, kiedy będziemy zmieniać ustawę o usługach turystycznych, możemy w niej uwzględnić część uwag, których nie mogliśmy ująć w rozporządzeniach.

Deregulacja, która objęła zawody turystyczne od 1 stycznia tego roku, zniosła większość wymogów. Piloci wycieczek i przewodnicy turystyczni – zarówno miejscy, jak i terenowi – muszą obecnie spełniać tylko trzy wymagania: pełnoletność, niekaralność i minimum średnie wykształcenie.

Polska żywność bezpieczniejsza. Polacy jednak coraz mniej na nią wydają

CEO Magazyn Polska

Polska zajęła 26. miejsce w Światowym Indeksie Bezpieczeństwa Żywnościowego. Liderem rankingu okazały się Stany Zjednoczony, Austria, Norwegia i Finlandia. Polska w porównaniu z tymi krajami wciąż wypada słabo pod względem wydatków na badania i rozwój w rolnictwie. Tegoroczny indeks pokazuje, że zmniejszają się różnice między krajami bogatymi i biednymi w zakresie bezpieczeństwa żywnościowego. 

W dalszym ciągu kraje rozwinięte dominują – mają wysoki wskaźnik bezpieczeństwa żywnościowego. Po raz trzeci na pierwszym miejscu znalazły się Stany Zjednoczone. Co ciekawe, na drugim miejscu po raz pierwszy znalazła się Austria, a na miejscu trzecim ex aequo Norwegia i Finlandia. Tak że dominują kraje europejskie i giganci światowi, natomiast najniższy wskaźnik mają kraje subsaharyjskie, zdecydowanie poniżej średniej dla 109 krajów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Gill, dyrektor generalny DuPont Polska. 

Stany Zjednoczone uzyskały w ogólnym rankingu 89,3 pkt na 100 możliwych. Spośród trzech subindeksów (dostępność, osiągalność cenowa, jakość i bezpieczeństwo) najlepiej oceniono ceny żywności w USA (94,8 pkt). Największa gospodarka świata dobrze wypadła także w pozostałych subindeksach, w każdym z nich uzyskując lepsze wyniki od będącej na drugim miejscu Austrii.
 
Na przeciwległym biegunie znalazły się nisko rozwinięte państwa z Afryki Subsaharyjskiej. Najniższą pozycję w Światowym Indeksie Bezpieczeństwa Żywnościowego w 2014 r. zajęły: Demokratyczna Republika Konga (24,8 pkt), Czad (25,5 pkt) i Madagaskar (27,2 pkt). Pozytywną wiadomością jest to, że średnie bezpieczeństwo żywnościowe na świecie wzrosło. Uśredniona wartość indeksu dla 109 badanych krajów wyniosła w 2014 r. 56,1 pkt.

Według autorów raportu państwa rozwijające się zmniejszają lukę w bezpieczeństwie żywnościowym w porównaniu z rozwiniętymi gospodarkami. Przykładem są Uganda i Togo, które zanotowały najwyższy wzrost indeksu w 2014 r. (odpowiednio +5,8 pkt oraz +5,2 pkt). Poprawa w dostępie do żywności oraz wzrost jej jakości pozwoliły w ubiegłym roku obniżyć liczbę głodujących i chronicznie niedożywionych z 868 mln do 842 mln osób – wynika z danych FAO (Organizacja ONZ ds. Wyżywienia i Rolnictwa).

Podobnie jak w krajach rozwijających się wzrost indeksu w Polsce wynikał w sporej części ze wzrostu PKB na osobę oraz spadku udziału wydatków na żywność w relacji do całkowitych wydatków konsumentów. Mimo wyraźnego wzrostu w porównaniu z indeksem z 2013 r. pozycja Polski w rankingu nie zmieniła się.

Na 109 krajów Polska jest sklasyfikowana na 26. miejscu ze światowym indeksem na poziomie 72,7 pkt. To jest wzrost w stosunku do roku ubiegłego o 1,8 pkt. Polska zanotowała duży wzrost, jeżeli chodzi o osiągalność cenową, ponieważ wyniósł on 4,6 pkt. Miał on miejsce głównie z tytułu zmniejszonego udziału wydatków na żywność w budżetach domowych – ocenia Gill.

W subindeksie osiągalności cenowej dla Polski najniżej oceniono wartość PKB na osobę (31 pkt), z kolei maksymalne oceny 100 pkt zyskały takie czynniki, jak programy bezpieczeństwa żywnościowego oraz dostęp do finansowania dla rolników. Dzięki temu subindeks osiągalności cenowej w Polsce wyniósł 78,6 pkt, a więc znacznie wyżej od subindeksów dostępności (66,3 pkt) oraz jakości i bezpieczeństwa (75,5 pkt).

Od trzech lat najsłabszym punktem w ocenie Polski są nakłady państwa na badania i rozwój w rolnictwie. Polska jest oceniona w tym aspekcie na 12,5 pkt, więc jest to poniżej średniej. Niskie nakłady na ten cel to jednak problem nie tylko Polski, lecz także całego świata. Istnieją jednak szanse na poprawę – uważa dyrektor generalny DuPont Polska.

Innymi obszarami, gdzie istnieje relatywnie duża możliwość poprawy, jest korupcja (50 pkt), dostępność mikroelementów (51,6 pkt) oraz infrastruktura rolnicza (60,2 pkt). Polska powinna także zwrócić uwagę na wahania w wielkości produkcji rolniczej (63 pkt), które mogą silnie oddziaływać na ceny. 

W przypadku wydatków na B+R w rolnictwie duże znaczenie mają także nakłady w sektorze prywatnym. Przykładem jest DuPont, który 60 proc. swoich wydatków na B+R przeznacza na sektor rolno-spożywczy.

To są pieniądze, które są przeznaczane na hodowle nowych mieszańców, ponieważ częścią naszego biznesu jest spółka DuPont Pioneer, która zajmuje się hodowlą, a następnie sprzedażą nasion. Te pieniądze inwestowane są również w badanie i rozwój nowych środków ochrony roślin, takich jak fungicydy, herbicydy czy insektycydy, a więc tych, które służą zwalczaniu chorób, szkodników, chwastów, co wpływa na zwiększenie plonów, a tym samym większą produkcję żywności – mówi Piotr Gill.

Światowy Indeks Bezpieczeństwa Żywnościowego powstaje we współpracy firmy DuPont oraz brytyjskiej firmy Intelligence Business Unit. Najnowsza edycja w 2014 r. objęła 109 państw, w których zbadano 28 zmiennych ilościowych i jakościowych, opisujących bezpieczeństwo żywnościowe.

Zaskakująco dobre wyniki finansowe spółek amerykańskich. Hossę może jednak zatrzymać Fed

CEO Magazyn Polska

Zyski amerykańskich spółek w II kwartale są znacznie powyżej prognoz. Inwestorów pozytywnie zaskoczyły banki, które miały mieć najsłabsze wyniki ze wszystkich branż. Powodów do optymizmu dostarcza także najlepsza od sześciu lat sytuacja na rynku pracy oraz koniunktura w przemyśle. Obok wyników spółek w centrum uwagi rynków jest teraz także Fed, który będzie musiał – prędzej czy później – podnieść stopy procentowe.

Konsensus rynkowy to ok. 5-6-proc. wzrost wyników spółek w stosunku do II kwartału 2013 roku. Nie oczekujemy rewelacji w sektorze finansowym, a więc dynamika wzrostu zysków nie powinna być duża. Niektórzy oczekują tu nawet spadku wyników w stosunku do II kwartału poprzedniego roku. Oczekiwane są natomiast bardzo dobre wyniki w sektorze spółek IT, z dynamiką zysku nawet powyżej 10 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Staniszewski, prezes Noble Funds TFI.

We wtorek przed sesją na Wall Street wyniki za II kwartał podały trzy duże spółki: Goldman Sachs, J.P. Morgan Chase & Co. oraz Johnson&Johnson. Przed rozpoczęciem publikacji wyników analitycy prognozowali, że sektor finansowy zanotuje spadki zysków w II kwartale jako jedyna z 10 branż wyróżnionych na amerykańskiej giełdzie. Nie potwierdziło się to w przypadku Goldman Sachs, który zwiększył zysk netto w II kwartale do 2,04 mld dolarów z 1,93 mld dolarów rok wcześniej. Bank zarobił w II kwartale 4,10 dolara w przeliczeniu na 1 akcję, podczas gdy prognozowano 3,05 dolara. Rok wcześniej Goldman Sachs osiągnął zysk na jedną akcję na poziomie 3,70 dolara. Rynek odebrał pozytywnie także wyniki banku J.P. Morgan Chase & Co., który zarobił w II kwartale 2014 r. nieco mniej niż przed rokiem, ale więcej niż oczekiwali analitycy. Dobrze zaprezentował się także przedstawiciel sektora dóbr konsumenckich – Johnson&Johnson.

Inwestorzy w USA czekają teraz na wyniki pozostałych spółek, zwłaszcza produkcyjnych, które są uważane za najlepszy barometr koniunktury w realnej gospodarce. A to dlatego że odbiorcami ich produktów są zarówno konsumenci, jak i przedsiębiorstwa.

Bardzo ważne będzie to, co powiedzą spółki na temat prognoz na drugą połowę roku. Jeżeli dynamika zysku w drugim kwartale będzie w okolicach 5-6 proc. z polepszającą się prognozą na kolejne kwartały, to będzie to bardzo dobry prognostyk dla giełdy – uważa Staniszewski.

Zdaniem analityków technicznych amerykański indeks S&P 500 po niewielkiej korekcie znalazł się w ciekawej sytuacji: z jednej strony „byki” walczą o powrót na historyczne maksima i kontynuację w kierunku 2000 pkt, a z drugiej – coraz więcej inwestorów wypatruje silniejszej korekty. W tej sytuacji, obok kolejnych wyników spółek, kluczowe będą zapowiedzi dotyczące podwyżek stóp procentowych ze strony przewodniczącej Fed Janet Yellen. Choć inflacja w USA pozostaje na niskim poziomie, to bank centralny musi działać z wyprzedzeniem, zwłaszcza że sytuacja na rynku pracy szybko się poprawia. Gospodarka USA ma za sobą bardzo dobry pod tym względem kwartał: w sektorze pozarolniczym powstało ok. 800 tys. miejsc pracy. To pozwoliło obniżyć stopę bezrobocia w lipcu do poziomu 6,1 proc., co jest najlepszym wynikiem od sześciu lat.

Sytuacja w gospodarce amerykańskiej jest stabilna: oprócz tego, że stopy procentowe są na rekordowo niskich poziomach, ciągle mamy luzowanie ilościowe i dosyć duże zadłużenie w relacji do PKB rządu amerykańskiego – wskazuje prezes Noble Funds TFI.

Pozytywne sygnały płyną nie tylko z rynku pracy, lecz także z sektora przemysłowego. W lipcu indeks Empire State obrazujący koniunkturę w amerykańskim przemyśle wzrósł do 25,6 pkt z 19,3 pkt w czerwcu. Ekonomiści spodziewali się, że spadnie do 17,3 pkt. Słabiej od prognoz wypadła za to sprzedaż detaliczna, która w czerwcu urosła o 0,2 proc. w relacji do maja. Prognozowano wzrost o 0,6 proc. Rynki finansowe rzadko jednak reagują na dane dotyczące sprzedaży detalicznej, ponieważ podlegają one dużym sezonowym lub jednorazowym wahaniom.

– Gospodarka ma szansę rozwijać w tempie powyżej 2 proc. w tym roku. Mówi się nawet o lepszych prognozach na 2015 rok. Może nie będzie to tak szybko, jak wszyscy by oczekiwali, ale z drugiej strony pozwoli to stabilniej rosnąć, a gospodarka nie będzie narażona na napięcia, czyli na bańki spekulacyjne – twierdzi Mariusz Staniszewski.

Lux Med rośnie w tempie dwucyfrowym. Grupa będzie tworzyć placówki w mniejszych miastach

0

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej Polaków, także w mniejszych miejscowościach, korzysta z prywatnej służby zdrowia. Rynek rośnie stabilnie o kilka procent rocznie. Liderem jest Lux Med, który notuje co roku dwucyfrowe wzrosty. Firma chce skupić się na opiece długoterminowej i zapowiada, że w miarę rozwoju rynku, będzie także inwestować w placówki w mniejszych miastach.

Wzrost całego rynku jest kilkuprocentowy, na poziomie 6-7 proc. My rozwijamy się szybciej niż rynek, mamy cały czas wzrost dwucyfrowy i on będzie się utrzymywał na tym samym poziomie – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Rulkiewicz, prezes zarządu Lux Med.

Dzięki wzrostowi rynku prywatne placówki Lux Medu znajdują się w coraz większej liczbie miast, także tych mniejszych. Jak podkreśla Rulkiewicz, jeszcze kilka lat temu taki rozwój wydawał się niemożliwy. Grupa ma 161 placówek w całym kraju, w tym pięć szpitali. Najwięcej placówek jest w Warszawie, choć grupa rozwija się również w mniejszych miastach wojewódzkich.

Stajemy się dostawcą usług medycznych z bardzo szerokim zasięgiem. Aktywnie wchodzimy w miasta średniej wielkości. Pojawiamy się w miejscach, o których kiedyś w ogóle nie myśleliśmy, np. Białystok, za chwilę będzie Rzeszów, Szczecin czy Opole ‒ mówi prezes Lux Medu.

Rulkiewicz dodaje, że Lux Med nie tylko zwiększa liczbę miast, w których jest obecny, lecz także poszerza zakres usług dostępnych dla pacjentów. W czerwcu spółka kupiła od Enel-Medu siedem placówek diagnostycznych skupionych w spółce Centrum Medyczne Diagnostyka. Rozwija się także prywatna opieka specjalistyczna i hospitalizacyjna.

Myślę, że tematem docelowym naszego rozwoju będzie opieka długoterminowa, na której będziemy chcieli się mocno skupić – zapowiada Rulkiewicz. ‒ Z opieką długoterminową najpierw zaczniemy od większych aglomeracji, ale im bardziej rynek będzie się rozwijał, tym bardziej będziemy schodzili w dół.

Rynek jest jednak ograniczony budżetem państwowej służby zdrowia. Jak podkreśla Rulkiewicz, Polacy nadal w dużym stopniu korzystają z prywatnych placówek jedynie w ramach zleceń z Narodowego Funduszu Zdrowia. Dodaje, że choć prawo wspiera rozwój prywatnej służby zdrowia, to ograniczenia finansowe pozostają problemem tego sektora.

To właśnie brak funduszy w ocenie Rulkiewicz stoi też za zapowiadaną decyzją NFZ o braku nowych konkursów dla szpitali na rok 2015. Dotychczasowe umowy miałyby zostać aneksowane, co uniemożliwi zdobycie kontraktów z Funduszem nowym podmiotom. Zmiany na rynku wprowadza też tzw. ustawa kolejkowa, czyli przyjęty już przez rząd projekt usprawnienia obsługi medycznej dla pacjentów i lepszego dostępu do lekarzy specjalistów.