Giełda nie lubi rosnącej inflacji. Rosnące ceny coraz mocniej ciążą GPW

Konsumenci odwiedzający popularne supermarkety czy dyskonty nie mają powodów do radości. Wyższa inflacja nie pomoże też notowaniom na GPW.

W ostatnich dniach polskie media obiegła wiadomość, że „koszyk Dudy”, czyli zestaw produktów, które w 2015 r. prezydent kupił w jednym ze sklepów Biedronki, dziś kosztuje nawet o 30% drożej. Oficjalne dane są mniej zatrważające, ale i tak inflacja jest najwyższa od października 2012 r. Według najnowszych danych GUS, w styczniu 2020 r. ceny dóbr konsumpcyjnych wzrosły o 4,4% rok do roku.

– Ceny żywności rosną aktualnie w tempie 7% rocznie. Do tego dochodzą wzrosty kosztów pracy i cen energii. Inflacja jest najdotkliwsza dla najuboższych, ponieważ najbardziej drożeje żywność, na którą wydają oni największą część domowego budżetu. I tak możemy mówić o szczęściu, ponieważ ceny ropy na światowych giełdach pozostają niskie, a złoty jest stabilny. Gdyby było odwrotnie, sytuacja naprawdę mogłaby być już trudna – mówi w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią.

Rosnące ceny nie są też dobrą wiadomością dla inwestorów zaangażowanych w akcje spółek notowane na GPW. Na razie inflacja pozostaje dla rynków kwestią neutralną, ale długoterminowo nie można o rosnącej inflacji mówić dobrze, skoro spółki z GPW nie pokazują wyższych przychodów w konsekwencji wzrostu cen. Raczej zmniejszają swoje marże, a nie da się tego robić w nieskończoność.

– Notowania na GPW nie były w stanie rosnąć w ostatnich latach w otoczeniu niskiej inflacji i fantastycznej atmosfery na światowych rynkach, gdy na giełdach w USA bite były kolejne rekordy. Jeżeli więc nie udałoby się opanować w tym roku inflacji w Polsce, nie byłaby to dobra informacja dla GPW – ocenie Łukasz Wardyn.

Wysoka inflacja to jeszcze jedno zagrożenie dla notowań akcji. Oznacza ona bowiem ryzyko podwyżki stóp procentowych, która mogłaby dodatkowo wyssać kapitał z GPW. – Jeżeli dojdzie do jednej podwyżki stóp procentowych, to na GPW nic złego się nie stanie – komentuje ekspert CMC Markets. – Gorzej, gdyby inwestorzy zaczęli myśleć, że to początek serii takich podwyżek.

Jak na razie warszawska giełda nie zareagowała istotnie na wyższą inflację, ponieważ inwestorzy oceniają, że po I kw. 2020 r. wróci ona do niższych poziomów. Warto obserwować, czy w najbliższych tygodniach i miesiącach tempo wzrostu cen rzeczywiście będzie mniejsze.

Złoty powstrzymuje straty. Polska gospodarka zwalnia, zatrudnienie też

Przed nami sesja wypełniona wieloma istotnymi odczytami. Polski rynek pracy, brytyjska i amerykańska inflacja. A na kolację “minutki” FOMC.

Ambiwalentny odczyt

Lokalnie najważniejszym odczytem dnia jest ten dotyczący rynku pracy. Inwestorzy mogą mieć spory problem z jego interpretacją. Przede wszystkim dynamika zatrudnienia wyraźnie spadła i wynosi obecnie zaledwie 1,1%. Już grudniowy odczyt na poziomie 2,6% budził pewien niepokój, który teraz wyraźnie został pogłębiony. Nie da się ukryć, że problemy z dynamiką PKB zaczynają się przekładać na rynek pracy i możemy się spodziewać dalszego wzrostu bezrobocia. Pozytywnie zaskoczyła za to dynamika wynagrodzenia, która znowu może się chwalić siódemką z przodu.

Wypchany kalendarz

Obecny tydzień bardzo powoli nam się rozkręcał. Przede wszystkim ze względu na poniedziałkowe święto w Stanach, które bardzo pomogło choćby Japończykom. Fatalne dane z gospodarki Kraju Kwitnącej Wiśni zapewne bardziej by uderzyły w jena na pełnym rynku. Wczorajsza sesja też nosiła znamiona efektu późnego startu, choć akurat na rynku akcyjnym było ciekawie ze względu na fatalne wiadomości z firmy Apple. Środowa sesja jest jednak pełna ważnych danych, więc handel powinien ruszyć pełną parą. I już nie zwolnić aż do końca tygodnia. Poznaliśmy kolejne słabe dane z Japonii, gdzie zarówno import, jak i eksport się skurczyły. Warto też zwrócić uwagę na odczyty inflacyjne na Wyspach Brytyjskich, zwłaszcza w kontekście ostatniej dyskusji o potencjalnym cięciu stóp procentowych. Mniej emocji zapewne wzbudzi odczyt inflacji w USA, ponieważ po pierwsze dotyczy ona cen producenckich, a po drugie za oceanem sytuacja ze stopami procentowymi jest znacznie bardziej klarowna. O tym jak bardzo będziemy mogli się przekonać wieczorem z lektury tzw. “minutek” Komitetu Decyzyjnego FED. Rynek oczekuje kolejnych zapewnień, że w najbliższym czasie FOMC przyjmie strategię wait & see.

Złoty powstrzymuje straty

Już początek sesji na walutach pokazuje, że środa będzie ciekawa. Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na eurodolara, którego kurs po zejściu poniżej pułapu 1,08 $, od rana testuje zawzięcie ten poziom. Prawdopodobnie dolar obecnie zbiera siły przed kolejnym ruchem w dół. Siłę amerykańskiej waluty widzimy także względem złotego, rano kurs USDPLN przekroczył poziom 3,95 zł i był najwyższy od początku października. Euro kosztuje 4,265 zł, frank znowu powrócił powyżej poziomu 4 złotych. Tanieje za to funt, za którego zapłacimy 5,12 zł.

Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Dezinformacja – definicja, teoria, praktyka i zarządzanie

W dzisiejszej rzeczywistości politycznej i gospodarczej można wyraźnie zauważyć aktywne wykorzystanie różnych technologii dezinformacyjnych. Przede wszystkim dezinformacja stała się jedną z podstawowych technologii informacyjnych wykorzystywanych w tzw. wojnach informacyjnych, które z kolei wchodzą w skład coraz powszechniej wykorzystywanych w rozgrywkach między państwami wojen hybrydowych. W gospodarce technologie dezinformacyjne wykorzystywane są w konfrontacji zarówno pomiędzy pojedynczymi przedsiębiorstwami, jak i grupami finansowo przemysłowymi, a także ponadnarodowymi korporacjami, jak i państwami.

W obecnych konfliktach gospodarczych dezinformacja stała się istotnym elementem operacyjnym, taktycznym i strategicznym ukrycia własnych zamiarów. Jest ona rozprzestrzeniana w celu wywarcia określonego wpływu na kierownictwo przeciwnika (konkurenta) oraz zmniejszenia jego zdolności do zarządzania, a także do kontrolowania bieżącej sytuacji rynkowej. Dezinformacja pozwala również osiągać efekt zaskoczenia wobec przeciwnika (konkurenta). Ponadto można zauważyć, że tak jak gospodarka coraz częściej wykorzystywana jest w rozgrywkach politycznych (sankcje, embarga), tak również dezinformacja stosowana w dziedzinie gospodarki wykorzystywana jest coraz częściej dla osiągania celów politycznych, a nie ekonomicznych.

Wprowadzenie w błąd przeciwnika politycznego może przysporzyć mu poważnych kłopotów i narazić na straty. Odpowiednio „podrobione” informacje, analizy, raporty i oceny z dziedziny geopolityki i geoekonomii nie pozostają oczywiście bez wpływu na działalność gospodarczą. To przecież na podstawie prognozowanego rozwoju sytuacji makroekonomicznej wiele banków, koncernów, ale także firm różnej wielkości podejmuje swoje decyzje biznesowe. Dlatego warto bliżej przyjrzeć się zjawisku, jakim jest dezinformacja, podstawowym pojęciom z tej dziedziny technologii informacyjnej, a także metodom i sposobom prowadzenia działań dezinformacyjnych. Wydaje się, że wiedza o podstawach stosowania dezinformacji pozwoli osobom związanym z wywiadem gospodarczym uważniej przyglądać się zdobywanym informacjom i oceniać je krytycznie m.in. pod kątem możliwej dezinformacji.

Dezinformacja – pojęcia definicyjne

Pod pojęciem „dezinformacji” rozumieć można:

  1. metodę maskowania polegającą na celowym rozpowszechnianiu fałszywych informacji o maskowanym obiekcie, jego strukturze i działaniach, a także na imitowaniu działań tego obiektu, zgodnie z tymi fałszywymi informacjami;
  2. prowadzenie specjalnych operacji i działań mających na celu ukrycie tajemnic chronionych przed przeciwnikiem, a także wprowadzanie go w błąd w kwestiach związanych z określonymi problemami politycznymi, gospodarczymi, naukowymi, technicznymi, wojskowymi i innymi w celu skłonienia przeciwnika do podjęcia takich decyzji i działań, które byłyby korzystne dla strony wprowadzającej w błąd;
  3. informacje, materiały i dokumenty zawierające dane mające na celu wprowadzenie kogokolwiek w błąd.

Allen Dulles w swojej książce „The Art of Intelligence” podaje podobną definicję tego terminu: „W wywiadzie pojęcie „dezinformacji” obejmuje szeroki zakres działań, w których jedno państwo próbuje wprowadzić w błąd inne (zwykle potencjalnego lub faktycznego przeciwnika), w odniesieniu do jego możliwości i zamiarów. Ta metoda jest najbardziej aktywnie stosowana podczas wojny lub w okresie poprzedzającym bezpośrednie działania wojenne, gdy głównym zadaniem dezinformacji jest wprowadzenie przeciwnika w błąd, w kwestii planów i zamiarów strony dezinformującej, jak np. odwrócenie sił obrony wroga od obszaru, gdzie planowany jest atak lub stworzenie wrażenia, że atak w ogóle nie jest planowany”.

W zachodniej literaturze specjalistycznej istnieje różnica między terminami „dezinformacja” i „operacja psychologiczna”. Zarówno dezinformacja, jak i operacja psychologiczna traktowane są jako systemowy proces przekazywania specjalnie przygotowanych, fałszywych komunikatów dla wybranego celu (obiektu) oddziaływania dezinformacyjnego. Jednak celami operacji psychologicznej są zwykle duże grupy ludzi (społeczności), a dezinformacja dotyczy niektórych, specjalnie wybranych grup osób lub nawet konkretnych, pojedynczych ludzi. W tym artykule autorzy używają terminu „operacja dezinformacyjna” dla obu ww. przypadków, aby nie wprowadzać zamieszania w głowach czytelników i nie tworzyć dodatkowego, w sumie zbędnego, aparatu koncepcyjnego.

Tak więc operacja dezinformacyjna (OD) to zestaw powiązanych ze sobą zwodniczych działań, których wspólnym celem jest wprowadzanie w błąd przeciwnika.

Z operacją dezinformacyjną ściśle związane są następujące terminy:

Cel dezinformacji – celem dezinformacji jest decydent lub grupa społeczna, który(a) w wyniku działań dezinformacyjnych ma zostać wprowadzony(a) w błąd;

Legenda – przyjęta wersja dezinformowania przeciwnika w celu ukrycia swoich prawdziwych motywów działań i samych działań;

Legendowanie – dezinformowanie przeciwnika w celu ukrycia swoich prawdziwych motywów i kierunków działania;

Operator (ang. deweloper) – osoba, która opracowuje scenariusz zdarzeń mających wprowadzić w błąd. Twórcy wydarzeń dezinformacyjnych powinni mieć rozwiniętą wyobraźnię, ponieważ zdolność do przemyślenia i skutecznego oszustwa zależy bezpośrednio od kreatywnego potencjału, wykorzystywanego do rozwijania i zapewniania legendy operacji;

Gra operacyjna – tajna operacja dezinformacyjna wykorzystująca podstawione osoby, legendowane organizacje, przewerbowaną agenturę przeciwnika, sprzęt operacyjny do identyfikacji nielojalności personelu przedsiębiorstwa, zakłócanie dezinformacyjnych (przeciwdziałanie) zamiarów przeciwników (konkurentów).

Aby właściwie przygotować operację dezinformacyjną (OD), specjaliści od działań dezinformacyjnych (operatorzy) muszą dysponować niezbędnymi danymi, w tym m.in. powinni znać:

  • główne zadanie dezinformacji, w każdym jego elemencie;
  • zadania poszczególnych oddziałów i filii przedsiębiorstwa i obszary odpowiedzialności każdej z nich;
  • koncepcje uzasadnionego ryzyka;
  • inicjatywy gospodarcze przedsiębiorstwa;
  • zasady poufności i możliwość wykorzystania efektu zaskoczenia;
  • dane o możliwościach systemu wywiadowczego przedsiębiorstwa i jego przeciwnika (konkurenta), ich charakterystyki uwzględniające zasady przekazywania informacji oraz metodologie ich przetwarzania;
  • informacje o czynnikach psychologicznych i kulturowych mogących mieć wpływ na planowanie działań przeciwnika (konkurenta) i podejmowanie przez niego decyzji;
  • informacje o możliwościach przeciwnika w planowaniu i opracowywaniu środków dezinformacyjnych (zarówno formalnych, jak i nieformalnych).

Operacje dezinformacyjne mogą mieć charakter manipulacyjny. Ten rodzaj operacji ma na celu stworzenie w umyśle obiektu dezinformacji pożądanego poczucia rzeczywistości i nakłonienie go do wymaganych działań.

Dla przykładu, kiedy Winston Churchill w 1941 r. zdał sobie sprawę, że Wielka Brytania nie przetrwa bez udziału Stanów Zjednoczonych w drugiej wojnie światowej, włączył brytyjski wywiad w manipulacje, które miały przekonać Amerykanów, aby do tej wojny przystąpili. W ramach tych manipulacji Amerykanom podrzucona została mapa, z której wynikało, że naziści zamierzają podzielić Amerykę Południową na pięć wasalnych wobec Niemiec państw. Kolejnym „dowodem” był „dokument” informujący o przygotowywanym obaleniu proamerykańskiego rządu Boliwii. Celowo wyolbrzymiono również informację o tym, że Niemcy rzekomo zgromadzili w Brazylii około 5000 żołnierzy i przygotowują się do zdobycia Kanału Panamskiego. Roosevelt wielokrotnie powoływał się na te dane w swoich przemówieniach, przekonując, że ze względu na zagrożenie interesów amerykańskich USA nie mogą uniknąć udziału w wojnie przeciw hitlerowskim Niemcom.

Natomiast, jako przykład zastosowania manipulacyjnych technologii dezinformacyjnych w gospodarce możemy przytoczyć działalność różnego rodzaju firm trustowych , które potrafią skupić ogromne nieraz kwoty pochodzące z osobistych oszczędności klientów, w zamian oferując jedynie populistyczne obietnice.

Operacja dezinformacyjna może również mieć charakter działań rozpraszających. Chodzi w nich o rozproszenie uwagi przeciwnika w taki sposób, aby stworzył sobie fałszywe wyobrażenie o istocie sprawy i skierował swoje zainteresowanie w stronę informacji przez niego niepożądanych. W ten sposób uzyskujemy nie tylko odwrócenie uwagi przeciwnika od spraw (działań), które zamierzamy zamaskować, ale także zmuszamy go do rozproszenia zasobów finansowych, które traci na nieistotne dla niego działania.

Ostatnią tezę można zilustrować historią z książki „Wielka porażka” autorstwa byłego angielskiego oficera wywiadu Tomplisona. W latach 90. XX w. wywiad brytyjski aktywnie rozpracowywał pewnego moskiewskiego dziennikarza. Oczekiwania rekrutacyjne MI6 były podsycane przez fakt, iż publikacje obiektu rozpracowania dotyczyły głównie tematów wojskowych i były bliskie informacjom z gryfem „ściśle tajne”. Jednocześnie dziennikarza często widywano w towarzystwie ówczesnego Ministra Obrony Federacji Rosyjskiej Pavla Gracheva. W trakcie rozpracowania jeden z pracowników MI6 pod legendą prezesa angielskiej „firmy” zapoznał się z obiektem przez telefon i namówił go do przesyłania interesujących go informacji. Jednocześnie w moskiewskiej rezydenturze MI6 gromadzono informacje o charakterze obiektu rozpracowania, jego stylu życia i aspiracjach. Jednak zbliżenie z kandydatem na agenta szło bardzo opornie. Spowodowało to, że Brytyjczycy zdecydowali się zagrać va banque i zaprosić dziennikarza do Wielkiej Brytanii na decydującą rozmowę rekrutacyjną. Jednak dziennikarz, chociaż chętnie przyjmował zapłatę za swoje materiały, ciągle wynajdował powody do odwoływania lub odkładania wcześniej umówionych podróży za granicę. Po trzech miesiącach zwodzenia MI6 w końcu zdała sobie sprawę, że dziennikarz otwarcie z nich kpi, wymieniając pełnowartościowe funty za informacyjne bzdury, i możliwe, że robi to wspólnie ze swoimi mocodawcami z rosyjskiego kontrwywiadu. Wywiad brytyjski, po tym, jak na próżno stracił ponad 40 tys. funtów, został zmuszony do zamknięcia tej obiecującej początkowo kombinacji operacyjnej.

Określenie obiektu dezinformacji

Niekiedy można spotkać się z opinią, że celem ataków dezinformacyjnych są przede wszystkim służby wywiadowcze (informacyjne) przeciwnika (konkurenta). Jednak w rzeczywistości wywiad nie jest celem dezinformacji samym w sobie, ale stanowi kanał do jej przekazania decydentowi będącemu zwykle właściwym celem dezinformacji. Dlaczego decydent? Ponieważ to on ma uprawnienia do opracowywania i podejmowania decyzji, które przyczyniają się do osiągnięcia celu dezinformacji.

Aby operacja dezinformacji mogła zostać przeprowadzona skutecznie, musi być ściśle skorelowana z rzeczywistym stanem rzeczy i istniejącą realnie sytuacją. Poza tym operacja taka musi ideologicznie odpowiadać środowisku, w którym zostanie użyta. Nie może też obfitować w szczegóły. Musi natomiast być na tyle elastyczna, aby uwzględniać możliwość manewru, a nawet odwrotu od pierwotnych planów na wszystkich etapach jej realizacji. Sztuka dezinformacji polega na przekazywaniu wybranemu obiektowi informacji, które są bardzo zbliżone do prawdziwego stanu rzeczy, a jednocześnie zawierają element(y) wprowadzające go w błąd. Ilość elementów dezinformacyjnych zastosowanych w operacji, a także ich dobór merytoryczny zależy od psychologicznych cech obiektu ataku. Dezinformacja może polegać również na pewnej deformacji i/lub wzmocnieniu niektórych wybranych fragmentów istniejącego stanu rzeczy.

Jak mawiał dr Goebbels: „dezinformacji można użyć tylko wtedy, gdy kłamstwo jest trudne do rozpoznania i jeśli oszustwo dla większości widzów, słuchaczy i czytelników, wyraźnie nie koliduje z rzeczywistością. Ale jeśli późniejsze ujawnienie faktu dezinformacji, nie ma znaczenia, to kłamać należy z pełnym zaangażowaniem, bez względu na fakty i standardy moralne”.

Określenie sposobów i metod rozprzestrzeniania dezinformacji

Według ekspertów w dziedzinie psychologii w celu skutecznego rozpowszechniania dezinformacji wykorzystywane są następujące defekty występujące stosunkowo powszechnie w postrzeganiu informacji przez człowieka.

Po pierwsze jest to selektywność ludzkiej percepcji. Widzimy tylko to, co możemy rozpoznać i co wynika z naszych wcześniejszych doświadczeń. Jest to automatyczna reakcja człowieka na znane słowa i zwroty, wynikająca z wcześniejszego doświadczenia, bez zadawania sobie trudu zrozumienia właściwego kontekstu informacji (tzw. pozycjonowanie informacji na podstawie zewnętrznych oznak, bez zrozumienia jej istoty).

Po drugie – brak zainteresowania informacją. Najgroźniejsza „dezinformacja” łatwo traci na znaczeniu, jeśli sam obiekt nie chce jej widzieć. Wielu ludzi, nawet zauważając pewne niedociągnięcia i błędy w otrzymanej informacji, zamiast na tej podstawie zrewidować swoją ocenę działań lub wydarzeń, woli znaleźć dla nich wytłumaczenie, niekiedy nawet irracjonalne. Sytuację taką można scharakteryzować słowami klasyka: „Ach, łatwo mnie oszukać, sam cieszę się, że mnie oszukano”.

Po trzecie – wiara człowieka w autorytet innych osób. Każdy człowiek posiada grono znaczących dla niego osób, od których przyjmuje informacje na wiarę, z mniejszą dozą krytycyzmu.

Sposoby doprowadzenia dezinformacji do obiektu są następujące:

  • łańcuch prosty: „dezinformator – dezinformowany”;
  • łańcuch pośredni: „dezinformator – translator – dezinformowany”, przy czym w charakterze translatora wykorzystuje się ludzi istotnych dla obiektu dezinformacji, a także media, fikcyjne dokumenty itp.;
  • „szum informacyjny”: technologia dezinformacji, której istota polega na tym, że jeśli nie ma możliwości ukrycia „niewygodnej” informacji, to dokonuje się jej dywersyfikacji, tj. stwarza się pewien zestaw wersji w równym stopniu prawdopodobnych, „potwierdzanych” specjalnie przygotowanymi faktami, półprawdami i fake’ami. Rozpowszechniając i utwierdzając te wersje w masowej świadomości poprzez zmieszanie różnorodnych opinii i faktów, doprowadzamy do sytuacji, w której „niewygodna prawda” zostaje „rozmyta” w natłoku różnych prawdopodobnych wersji i ginie w „szumie informacyjnym”.

Najnowsze osiągnięcia nauki i techniki od zawsze wykorzystywane były w dezinformacji. Jednym z przykładów postępu (w swoim czasie) w rozwoju i doskonaleniu technologii dezinformacyjnych może być konferencja wywiadu wojskowego USA, która odbyła się w maju 1998 r. w Arlington (Washington D.C.), dotycząca coraz szerzej wykorzystywanego Internetu. Występujący podczas konferencji ekspert ds. Operacji Informacyjnych Departamentu Wojen Informacyjnych Agencji Wywiadu Obronnego (DIA) Stanów Zjednoczonych John Yurechko stwierdził m.in., że „amerykańskie agencje wywiadowcze aktywnie badają możliwości korzystania z Internetu w celu generowania i rozpowszechniania informacji zaprojektowanych w celu kształtowania opinii publicznej w najbardziej palących kwestiach politycznych”. Z jego słów wynikało, że w ramach tzw. programu „zarządzania percepcją” (ang. perception management) amerykańska wspólnota wywiadowcza od dziesięcioleci wprowadza dezinformację w celu wywołania zmian politycznych, unikając bezpośredniej interwencji politycznej lub wojskowej w krajach, w których Stany Zjednoczone mają znaczące interesy. Yurechko zauważył, że „nowoczesne narzędzia programowe pozwalają manipulować zdjęciami i filmami, aby tworzyć zdjęcia wydarzeń i sytuacji, które nigdy nie miały miejsca i które mogą być dalej dystrybuowane przez Internet do innych krajów, w nadziei na wywołanie pożądanych reakcji. Na przykład służby wywiadowcze mogą próbować przekonać przywódcę kraju, że nadchodzi masowa inwazja, rozpowszechniając wideoklipy przedstawiające rozmieszczenie dużych sił zbrojnych w pobliżu granic jego kraju, znacznie przewyższających rzeczywiste”. W ramach demonstracji Yurechko pokazał publiczności zdjęcie z 1938 r., przedstawiające Józefa Stalina w towarzystwie ówczesnego szefa NKWD Nikołaja Jeżowa. W innej wersji tego samego zdjęcia Jeżow został z niego usunięty, bez żadnych oznak jego obecności, za pomocą „technicznych środków retuszowania”. Yurechko zauważył również, że dokładnie takie same techniki można zastosować w odniesieniu do filmów.

Scentralizowane zarządzanie

Zarządzanie i nadzór nad działaniami dezinformacyjnymi powinny być skoncentrowane w jednych rękach. Jest to konieczne, aby uniknąć niespójności w działaniach różnych działów podmiotu gospodarczego (korporacji) i przeprowadzić klarowną realizację planu, bez negatywnego wpływu indywidualnych działań na osiągnięcie wspólnego celu operacji.

Jako przykład możemy przytoczyć fragment wspomnianej już książki A. Dullesa, „The Art of Intelligence”: „Kiedy radziecki dyplomata ściśle poufnie przekazuje informację swojemu koledze z neutralnego kraju, zwykle oczekuje, że dyplomata ten wkrótce uczestniczył będzie w kolacji z Anglikami i Amerykanami, którym bez skrupułów przekaże zasłyszaną nowość. Jednocześnie okazuje się, że ta „przypadkowa informacja” znajduje się w dyrektywie Ministerstwa Spraw Zagranicznych ZSRR. I kiedy w którymś z centrów wywiadowczych na Zachodzie zaczynamy analizować dyrektywę MSZ ZSRR, to okazuje się, że jej treść zasadniczo pokrywa się z tym, co powiedział przedstawiciel radziecki przy koktajlu, gdzieś w odległym o dziesięć tysięcy mil miejscu. Wydaje się, zatem, że uzyskany dokument (dyrektywa) znalazła potwierdzenie w źródle osobowym. W rzeczywistości Rosjanie działali w ramach zaplanowanej i skoordynowanej operacji politycznej dezinformacji”.

Innym przykładem scentralizowanego zarządzania dezinformacją są działania Amerykanów podjęte natychmiast po tragicznych wydarzeniach z 11 września 2001 r. W Departamencie Obrony USA utworzono wówczas Biuro ds. Wpływu Strategicznego (ang. Office for Strategic Influence). Szefem Biura został mianowany generał brygady Simon Warden. W czasach rządów Reagana był on jednym z liderów programu SDI („wojen gwiezdnych”), którego polityczne znaczenie opierało się nie tyle na prawdziwych sukcesach w badaniach i rozwoju, ile na umiejętnej dezinformacji. Długoterminowe plany OSI obejmowały organizację skoordynowanych, aktywnych przedsięwzięć dezinformacyjnych w celu dostarczania „właściwych” informacji dziennikarzom, organizacjom publicznym i rządom obcych mocarstw, zarówno wrogich, jak i „przyjaznych”. W tym celu OSI za 100 tys. dolarów miesięcznie zatrudniło firmę konsultingową Rendon Group z Waszyngtonu. Firma miała już wcześniejsze doświadczenie w realizacji takich przedsięwzięć. To ona w 1990 r. na prośbę CIA przeprowadziła kampanię propagandową na Bliskim Wschodzie, odsłaniając „irackie okrucieństwa w Kuwejcie”. W lutym 2002 r. pod naciskiem amerykańskiej opinii publicznej Biuro zostało rozwiązane, co nie oznaczało jednak odrzucenia technologii dezinformacyjnych przez amerykańskie służby specjalne.

Aktualność

Operacja dezinformacyjna wymaga starannego wyboru czasu dla jej przeprowadzenia. Należy przewidzieć jej fazę przygotowawczą, niezbędną dla przeprowadzenia następujących zadań:

  • opisu operacji;
  • oceny możliwości systemu wywiadowczego (informacyjnego) przeciwnika (konkurenta) do gromadzenia, analizowania i przesyłania danych;
  • oceny reakcji decydenta oraz oznak wywiadowczych (reakcji) w obozie przeciwnika (konkurenta), wskazujących na działania, które są wynikiem podejmowanych przez niego decyzji.
  • Natomiast w procesie planowania operacji dezinformacyjnej należy wziąć pod uwagę:
  • czas niezbędny strukturom jednostki wywiadowczej (gospodarczej) na wdrożenie operacji;
  • czas potrzebny systemowi rozpoznawczemu (informacyjnemu) przeciwnika na zebranie, analizę i przekazanie dezinformacji decydentowi;
  • czas potrzebny przeciwnikowi na podjęcie i wdrożenie decyzji, będących wynikiem naszych działań dezinformacyjnych;
  • czas potrzebny przeciwnikom (oponentom) na wykonanie tych działań.

Spójność

Działania dezinformacyjne wymagają długiego i starannego przygotowania, ścisłej współpracy i koordynacji działań wszystkich zaangażowanych w nie struktur. Z reguły są one częścią większej operacji, której zapewniają maskowanie (przykrycie). Dlatego opracowanie koncepcji planu dezinformacji odbywa się zwykle jako część planu tej głównej operacji. Dla przykładu dezinformacja może być częścią operacji komórek wywiadu konkretnej korporacji, obliczonej na wyparcie konkurentów z rynku.

Wywiad i kontrwywiad w operacjach dezinformacyjnych

Aby osiągnąć pożądany efekt operacji dezinformacyjnej na wszystkich etapach jej realizacji (planowanie, wykonanie i zakończenie), konieczne jest jej wywiadowcze i kontrwywiadowcze wsparcie.

Po pierwsze, aby informacje przekazywane przeciwnikowi (konkurentowi) wydawały się wiarygodne i nie wykraczały poza działania, które strona przeciwna jest w stanie wykonać, konieczne jest ustalenie, co przeciwnik (konkurent) już wie w danej sprawie i jakiego rodzaju rozwoju wydarzeń się spodziewa.

Po drugie, należy stworzyć regularne kanały informacji zwrotnej, pozwalające uzyskać ocenę stopnia postrzegania i zaufania do „dezinformacji” przez przeciwnika oraz jej późniejszej korekty, jeśli u przeciwnika pojawiłyby się wątpliwości co do wiarygodności przekazywanych mu informacji. Można tego dokonać zarówno poprzez źródła wywiadowcze w obozie przeciwników, jak i poprzez ciągłe monitorowanie pośrednich oznak wywiadowczych (reakcji przeciwnika).

Po trzecie, skuteczność operacji dezinformacyjnej zależy w dużej mierze od ścisłego przestrzegania zasad konspiracji, które wykluczają jakąkolwiek możliwość wycieku informacji o planach i zamiarach przeprowadzenia dezinformacji, nie wspominając już o planie jej wdrożenia. W tym celu zaleca się stosowanie zasady fragmentacji (dzielenia) istotnych informacji na temat operacji, tj. krąg osób znających całość planu operacji dezinformacyjnej powinien być jak najbardziej zawężony, a bezpośredni wykonawcy powinni znać tylko te elementy ogólnego planu, które są im potrzebne do wykonania swojej pracy. Jak pokazuje praktyka, w większości przypadków konieczne jest ukrycie nawet samego faktu możliwości użycia technologii dezinformacyjnych, ze względu na ich ewentualne wykorzystanie w kolejnych operacjach.

I na koniec ważna uwaga: „nigdy nie należy wpadać w dziurę wykopaną dla innych”. Pod tym względem bardzo pouczające są doświadczenia amerykańskie. Zgodnie z prawem Stanów Zjednoczonych Pentagon (podobnie jak CIA) nie może prowadzić działań propagandowych w Stanach Zjednoczonych. W czasach zimnej wojny zakaz ten był obchodzony przez publikowanie dezinformacji w europejskich agencjach informacyjnych, np. Reuters lub France Presse. Jednak dezinformacja, często zataczając krąg, wracała do USA. Tak więc zdarzyło się, że The Wall Street Journal opublikował artykuł stwierdzający, że wobec reżimu Kadafiego powstała w Libii potężna wewnętrzna opozycja. Jednak szybko okazało się, że redaktor WSJ padł ofiarą dezinformacji rozpowszechnianej przez Centralną Agencję Wywiadowczą.

Inny przykład, kiedy CIA w latach 80. XX w. zdecydowała się dokonać analizy publikacji medialnych na temat zaangażowania sowieckiego wywiadu w finansowanie organizacji terrorystycznych, okazało się, że prawie wszystkie publikacje były czystą, kreatywną działalnością CIA lub jej echem.

Autorzy: radca prawny Robert Nogacki, płk rez. dr inż. Krzysztof Surdyk

Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

Procedura antymobbingowa w firmie – 3 kwestie, które powinien uwzględnić pracodawca

Odpowiedzialność za mobbing jest oparta na zasadzie winy, a nie ryzyka. Oznacza to, że w razie sporu sądowego to pracodawca musi wykazać, jakie działania podjął, aby nie dopuścić do nadużyć. Z tego względu warto zadbać, aby w firmie obwiązywały odpowiednio skonstruowane wewnętrzne procedury antymobbingowe.

Przy określaniu zasad postępowania, niezbędne jest współdziałanie pracodawcy i pracowników. Wspólnie wypracowane i obustronnie zaakceptowane zapisy mogą stanowić skuteczne narzędzie w walce z tym niepożądanym zjawiskiem. W tym artykule skupiamy się na 3 propozycjach rozwiązań, które wzmocnią pozycję pracodawcy w razie ewentualnego postępowania sądowego.

  1. Możliwość anonimowego zgłaszania niewłaściwych zachowań

W procedurach antymobbingowych znajdują się zazwyczaj zapisy mówiące o możliwości zgłaszania zachowań świadczących o mobbingu. Często wymagają jednak od pracownika ujawnienia swoich danych. Tymczasem poddany mobbingowi pracownik lub osoba, która zauważyła tego rodzaju zachowania, może mieć opory przed dokonaniem jawnego zgłoszenia, w obawie przed negatywną reakcją oskarżonego albo szykany ze strony przełożonych lub współpracowników. Aby zachęcić, a zarazem ułatwić pracownikom sygnalizowanie podejrzeń o mobbing, warto zrezygnować z wymogu podawania danych osobowych.  Można to zrobić poprzez umieszczenie w ogólnodostępnym miejscu skrzynki na anonimowe zgłoszenia. Takie rozwiązanie pomaga ustalić, czy niezgodne z prawem działania były sygnalizowane i jak długo trwały. Brak nawet anonimowego zgłoszenia może podważyć wiarygodność stawianych zarzutów. Ponadto pracodawca może w ten sposób wykazać, że stworzył łatwo dostępne narzędzie służące monitorowaniu nagannych zachowań, a zatem podjął działania mające im zapobiec i nie dopuścić do mobbingu.

  1. Ankiety dotyczące niepokojących zachowań w miejscu pracy

O tym, czy pracodawca na bieżąco badał ryzyko wystąpienia niepożądanych zachowań mogą także świadczyć przeprowadzane regularnie ankiety. Kwestionariusze powinny zawierać pytania zmierzające do ustalenia, czy w opinii pracowników dochodzi do jakichkolwiek niepokojących zachowań, w tym takich, które mogą prowadzić do mobbingu lub być za mobbing uznane. Jako przykłady można podać dyskryminowanie, lekceważenie, ignorowanie, obrażanie, czy ciągłe krytykowanie. Ankietowani pracownicy powinni mieć też możliwość swobodnej wypowiedzi o tym, jak postrzegają swoje środowisko pracy, a także wskazania sytuacji i zachowań, w których czuli się niekomfortowo. To rozwiązanie, podobnie jak skrzynka na anonimowe zgłoszenia, będzie w razie postępowania przed sądem, ważnym argumentem świadczącym o tym, że pracodawca dołożył wszelkich starań, aby zapobiec nadużyciom. Poza tym może mieć wpływ na ocenę przez sąd zeznań mobbingowanego oraz świadków.

  1. Postępowanie umożliwiające weryfikację zgłoszeń dotyczących mobbingu

Niezwykle istotny jest także sposób postępowania pracodawcy po otrzymaniu zgłoszenia o mobbingu. Każda taka informacja powinna być poddana szczegółowej weryfikacji. Warto rozważyć dokonanie wstępnej oceny sytuacji przez osobę spoza firmy, najlepiej audytora objętego obowiązkiem zachowania tajemnicy zawodowej. Może to być zewnętrzny prawnik lub psycholog, którego zadaniem będzie przeprowadzenie z pracownikami rozmów i ustalenie stanu faktycznego. Takie postępowanie może być prowadzone w sposób nieformalny, bez sporządzania protokołów i podpisywania zeznań. Na tym etapie chodzi bowiem o to, by audytor przedstawił pracodawcy informację, czy jego zdaniem istnieje uzasadnione podejrzenie mobbingu. Plusem przyjęcia takiego modelu jest uzyskanie przez zarząd rozeznania w sytuacji, i to już na wczesnym etapie kryzysu. Otwartej postawie pracowników z pewnością będzie sprzyjać zaangażowanie w sprawę osoby spoza firmy. Wreszcie informacje uzyskane na tym etapie dostarczą pracodawcy wiedzy na temat stanowiska i dowodów, jakimi dysponują stroni konfliktu i świadkowie, co ułatwi podjęcie decyzji w sprawie dalszego trybu działania, szczególnie przez sądem.
W razie postępowania przed sądem odpowiednio skonstruowana procedura antymobbingowa może stanowić dla pracodawcy ważny instrument obrony. W każdej, nawet najmniejszej firmie, warto zatem opracować reguły pozwalające zapobiegać mobbingowi i rozwiązywać spory powstałe na tym tle.  Pozwoli to uniknąć kryzysu, który może poważnie zagrozić funkcjonowaniu firmy.

Autorki:

Dorota Brzezińska-Grabarczyk, adwokat, partner w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci. Specjalizuje się w rozwiązywaniu sporów sądowych z zakresu prawa pracy, prawa spółek, nieuczciwej konkurencji oraz w sprawach budowlanych. Ekspert w dziedzinie projektów inwestycyjnych.

Magdalena Jarecka, adwokat w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci. Specjalizuje się w prawie pracy, obsłudze korporacyjnej przedsiębiorstw oraz rozwiązywaniu sporów sądowych.

Tesla wciąż rozpala emocje na Wall Street

Notowania kontraktów terminowych na amerykańskie indeksy w środę wskazują na możliwość wyższego otwarcia, co oznaczałoby, że wczorajsze cofnięcie może zostać dość szybko wymazane. Byki na amerykańskim parkiecie nie odpuszczają i z każdym cofnięciem, nawet najmniejszym, zdają się nabywać kolejne akcje.

Mimo wczorajszego ostrzeżenia Apple o wpływie koronawirusa na wyniki spółki inwestorzy wciąż liczą na deklaracje chińskich władz wspomagające gospodarkę i ochronę jej przed negatywnymi skutkami epidemii. Dodatkowo pojawiły się oznaki spowolnienia wzrostu liczby nowych inflacji, a Chiny przedstawiły szereg środków fiskalnych i monetarnych w celu ograniczenia szkód spowodowanych zamknięciem działalności gospodarczej i ograniczeniem podróży w drugiej co do wielkości gospodarce świata. Rynek zakłada jednak, że to jeszcze nie koniec i dalsza pomoc jest prawdopodobna, a skutki dla gospodarki będą krótkotrwałe. Z wydarzeń makroekonomicznych w Stanach Zjednoczonych uczestnicy rynku oczekują na protokół z ostatniego posiedzenia Fed, podczas którego bank centralny wskazał na dalszy umiarkowany wzrost gospodarki krajowej i powiedział, że monitoruje ryzyko wybuchu koronawirusa. Rynek stopy procentowej zakłada, że z ponad 80 proc. prawdopodobieństwem Rezerwa Federalna USA zdecyduje się na cięcie stopy funduszy federalnych do końca tego roku o 25 pb., co też może być wsparciem dla rynku akcji.

Nie zmniejszają się emocje związane ze wzrostem ceny akcji Tesli. Firma Elona Muska była wczoraj najsilniej drożejącą spółką na giełdzie Nasdaq, zyskując ponad 7 proc. Dziś w handlu przed sesją cena akcji rośnie również o ponad 7 proc., zbliżając się do poziomu 920 USD. Historyczny szczyt ustanowiony na początku tego miesiąca znajduje się pod poziomem 969 USD. Z pozytywnych informacji dla spółki pojawił się nowy poziom docelowy od Piper Sandler. Wcześniej znajdował się on na poziomie 729 USD i został podniesiony do 928 USD, co ponownie rozpaliło emocje jeszcze przed otwarciem rynku kasowego.

Na Wall Street również nie milkną echa ostatniego rajdu cen akcji spółki Nvidia, o której wspominaliśmy już w komentarzach. Cena akcji osiągnęła wczoraj rekordowy poziom zamknięcia i tym samym podwoiła swoją wartość w zaledwie pół roku. Spółka dostała pozytywną rekomendację od analityków Bernsteina z najwyższą ceną docelową na Wall Street równą 360 USD, co oznacza, że jest ona wyższa o 21 proc. od ceny z wtorkowego zamknięcia. Według danych zebranych przez Bloomberga Nvidia ma 33 rekomendacje kupna, 8 trzymaj i 3 sprzedaj ze średnią ceną docelową na poziomie 303 USD.

Departament Zarządzania Aktywami, Copernicus Capital TFI S.A.

To już ostatni tłusty czwartek z trzema stawkami VAT na pączki

Wszystko wskazuje na to, że tegoroczny tłusty czwartek będzie ostatnim, kiedy na pączki obowiązują trzy stawki VAT. Od 1 kwietnia zacznie bowiem w pełni obowiązywać nowa matryca stawek VAT, której wybrane przepisy funkcjonują od 1 listopada 2019 r. Dotychczas wprowadzone zmiany nie objęły jednak pączka.

Do pączka obecnie ma zastosowanie VAT w wysokości 5%, 8% i 23%. Stawka ta zależy od tego, czy jest to pączek dietetyczny lub tradycyjny z datą spożycia do 14 dni, czy pączek o dłuższym terminie przydatności.

Stawka 5% obowiązuje dla wyrobów sklasyfikowanych jako pieczywo – dotyczy to pączków dietetycznych, których termin przydatności do spożycia nie przekracza 14 dni. Jeśli pączek dietetyczny zostałby sprzedany po tym terminie, to stawka VAT wynosiłaby 23%.

Natomiast tradycyjne pączki rozumiane jako wyroby ciastkarskie są obłożone stawką 8%, również pod warunkiem 14-dniowego terminu przydatności do spożycia. Po jego upłynięciu stawka wynosiłaby także 23%. – Kolejnym absurdem jest więc to, że starszy wyrób, z przekroczoną datą przydatności do spożycia, będzie droższy niż świeży – zauważa Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt. – W dodatku to sprzedawca ma obowiązek dobrania odpowiedniej stawki.

Absurdów związanych z VAT jest wiele. Jednak nowa matryca stawek podatku ma je wyeliminować. Zgodnie z uzasadnieniem do ustawy ma być ona oparta na trzech filarach: prostota – przejrzystość – przyjazność stosowania. Dlatego też pączki będą objęte jedną stawką VAT wynoszącą 5%. To dobra wiadomość dla konsumentów, gdyż paczki będą obłożone niska stawką. Jest to również dobra wiadomość dla sprzedawców, z uwagi na to, że nie będą musieli się zastanawiać, czy pączek ma np. datę spożycia do 14 dni czy dłuższą.

Nowa matryca stawek VAT jest oparta na nomenklaturze scalonej (CN). – W związku z tym konkretne produkty są przyporządkowane do danego działu w systemie CN, np. pieczywo, owoce, warzywa, mięsa czy też produkty mleczarskie. W konsekwencji stawkami zostały objęte całe działy, a nie poszczególne towary z nich wyodrębnione – tłumaczy Piotr Juszczyk.

O ile więc miłośnicy pączków mogą być spokojni, to matryca VAT przyniesie podwyżki dla koneserów innych smakołyków. Ekspert inFakt wskazuje, że z 5% na 23% wzrośnie stawka podatku np. na homary i ośmiornice oraz inne skorupiaki, mięczaki i bezkręgowce wodne (m.in. kraby, langusty, krewetki, ostrygi, małże, ślimaki) oraz przetwory z nich: kawior, namiastki kawioru, jak również sprzedawane w różnego rodzaju placówkach gastronomicznych posiłki, których składnikiem są te produkty.

Holandia wprowadza obowiązek zgłaszania pracowników delegowanych

Już od 1 marca 2020 r. zgłoszenie pracownika delegowanego w transporcie do pracy w Holandii dla przewozów kabotażowych, przewozów międzynarodowych i dla samozatrudnionych będzie obowiązkowe. Co to oznacza w praktyce? Kto będzie wyłączony spod tego obowiązku? Jakie kary grożą za niedopełnienie rejestracji? O nowym obowiązku przewoźników opowiada ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

Holandia wprowadza nowy obowiązek dla przewoźników delegujących kierowców, którzy realizują przewozy kabotażowe i międzynarodowe na terytorium tego kraju. Od 1 marca 2020 r. frachty dokonywane na terenie Niderlandów należy zgłosić do elektronicznego systemu.

– Aby dokonać zgłoszenia kierowcy do delegowania należy po zalogowaniu się – za pośrednictwem portalu www.meldloket.postedworkers.nl uzupełnić formularz. Już teraz można dokonywać rejestracji wyjazdów, które będą realizowane po 1 marca 2020 r. – wyjaśnia Bartłomiej Zgudziak, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK). – Jeśli kierowca wyjedzie do Holandii przed tą datą, a formularz nie zostanie wysłany, to nie ma powodów do zmartwień. Pierwsza rejestracja powinna zostać dokonana przy pierwszym transporcie rozpoczynającym się po 1 marca – dodaje.

Kogo obowiązuje zgłaszanie delegowania?

Nowe przepisy obowiązują zagranicznych kierowców, którzy realizują na terenie Holandii przewozy kabotażowe oraz przewozy międzynarodowe. Zgłoszenia nie muszą składać przewoźnicy, którzy dokonują pasażerskiego transportu drogowego oraz tranzytu, czyli przejeżdżają przez Niderlandy, nie załadowując lub rozładowując ciężarówki na terenie tego kraju.

Obowiązek składania zgłoszeń nie będzie dotyczył tylko zatrudnionych na podstawie umowy o pracę, także osób samozatrudnionych, które realizują kabotaż lub transport międzynarodowy. – Nowe przepisy mogą wydawać się dla przewoźników uciążliwe, jednak z pewnością dużym uproszczeniem w tym zakresie dla firm przewożących towary na terenie Niderlandów będzie możliwość skorzystania ze zgłoszenia rocznego – podpowiada ekspert OCRK.

Brak zgłoszenia delegowania równoznaczne z  karą?

Niedopełnienie obowiązku elektronicznej rejestracji delegowania kierowcy może wiązać się z karą finansową o  wartości nawet 12 tys. euro. Zaś w przypadku powtarzających się uchybień przewoźnicy powinni liczyć się z 50 proc. podniesieniem wartości wspomnianej kary.

Obowiązek zgłoszenia delegowania kierowcy do Holandii, to nie wszystkie nowości, które wiążą się z wprowadzeniem tego przepisu. Można spodziewać się również zaostrzenia kwestii związanych z wymaganą dokumentacją. Szczególny nacisk zostanie położony na dwie kwestie. Pierwszą z nich jest zaświadczenie A1, które kierowca powinien posiadać w ciężarówce. Kolejną istotnym obostrzeniem jest konieczność wyznaczenia osoby kontaktowej z adresem w Królestwie Niderlandów. W przypadku konieczności wskazania osoby pełniącej rolę reprezentanta firmy na terenie Holandii – może tę funkcję pełnić sam pracownik delegowany.

Uwaga! Wprowadzenie elektronicznego systemu rejestracji pracowników delegowanych z pewnością przyczyni się do szczegółowej weryfikacji kwestii wypłacania kierowcom holenderskiej płacy minimalnej.

Również warto przy tej okazji wspomnieć, że od 1 stycznia 2020 roku na terenie Niderlandów obowiązuje stawka minimalnego wynagrodzenie w wysokości 9,54 euro za godzinę pracy. Wprowadzenie konieczności rejestracji w systemie elektronicznym ułatwi proces egzekwowania minimalnych stawek holenderskich dla pracowników delegowanych. Jest to wyraźny znak, że jeszcze przed przyjęciem pakietu mobilności kolejne zachodnie kraje rozpoczynają walkę z konkurencyjnymi przewoźnikami z Europy Wschodniej – dodaje Bartłomiej Zgudziak.

Tab. 1 Wynagrodzenie minimalne za godzinę pracy na terenie Holandii

Tydzień pracy w pełnym wymiarze godzin w firmie 21 lat i więcej 20 lat 19 lat 18 lat 17 lat 16 lat 15 lat
40 godzin 9,54 euro / 1h 7,64 euro / 1h 5,73 euro / 1h 4,77 euro / 1h 3,77 euro / 1h 3,30 euro / 1h 2,87 euro / 1h

Źródło: Inelo

Dobry, zły i szalony

Zmęczenie tematem koronawirusa zaczyna być coraz bardziej odczuwalne, choć nie da się od niego uciec. Ale póki nie ma oczywistego powodu, by wyciągać go na pierwszy plan, inwestorzy zagłębiają się w kwestiach pobocznych, których nie brakuje. Siła dolara, słabość euro, huśtawka funta. Uczestnicy rynku mają jednak świadomość, że spokój może zostać zachwiany z dnia na dzień, więc nie będą dziwić szarpane ruchy korekcyjne.

Zgodnie z oczekiwaniami szok związany z ostrzeżeniem wydanym przez amerykańską spółkę technologiczną nie trwał długo i rynki szybko wróciły do punktu wyjścia i lepszych nastrojów. Z Chin napływają informacje, że tempo przyrostu nowych przypadków zachorować maleje, co obecnie ma większą siłę oddziaływania niż dyskusje o ekonomicznych skutkach epidemii. W międzyczasie po kątach rozgrywają się mniejsze tematy. EUR/USD pierwszy raz od trzech lat znalazł się poniżej 1,08 i nie widać obecnie żadnej siły, która mogłaby odwrócić trend. Rynek nie wierzy, aby perspektywy ekonomiczne strefy euro miały się szybko odmienić na lepsze, co zresztą wczoraj potwierdziły ponure odczytu indeksu ZEW. Dla kontrastu indeksy New York Empire State przypomniał, że koniunktura w USA ma się jak najlepiej. Wyższe stopy procentowe w USA dokładają presji, szczególnie kiedy rynek wznowił spekulacje o pogłębieniu ekspansji monetarnej EBC. Na horyzoncie czekają jeszcze europejskie indeksy PMI (piątek), które rozczarowującymi wskazaniami mogą dolać oliwy do ognia. A jeszcze dziś na pierwszym planie będzie Fed. Jakkolwiek minutki ze styczniowego posiedzenia wiele nie wniosą, tak zaplanowane pięć wystąpień przedstawicieli banku centralnego może rzucić więcej światła na ocenę aktualnych wydarzeń. Nie ma powodu, aby decydenci wyrażali podwyższone obawy skłaniające do rewizji oczekiwań dotyczących strategii stóp procentowych.

Dziwne rzeczy dzieją się z funtem, gdyż wczoraj z niczego waluta zyskała 0,5 proc. No dobrze, nie do końca z niczego, gdyż ruch zbiegł się w czasie z informacją, że kanclerz skarbu przedstawi projekt budżetu w terminie, tj. 11 marca. Pozytywne znaczenie miało się wziąć z tego, że informacja negowała wcześniejsze doniesienia, według których mogłyby dojść do opóźnień w związku z rezygnacją Sajida Javida ze stanowiska kanclerza skarbu i zastąpienia go przez Rishi Sunaka. Mimo to kupowanie pod to funta wydaje się absurdalne, dotrzymanie terminu prezentacji budżetu tylko potwierdza, że w tak krótkim czasie nie dojdzie od znaczących zmian w projekcie, w szczególności po stronie ambitnego pakietu fiskalnego. Jeśli tak, to ani perspektywy gospodarki Wielkiej Brytanii nie uległy potencjalnej poprawie, na też Bank Anglii nie dostanie argumentu, by na dłużej odroczyć dyskusję o obniżce stopy procentowej. Rynek funta zdaje się siedzieć na szpilkach i stara się wycisnąć trend z każdego pretekstu. Ja osobiście tego nie kupuję i chyba nie jestem w tym odosobniony, patrząc jak rajdy GBP/USD gasną pod 1,3050.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

W 2019 upadłość ogłosiło ponad tysiąc firm. Blisko co trzeci przedsiębiorca ma kłopoty z płynnością

Część polskich firm ma spory problem z utrzymaniem płynności finansowej rozumianej, jako regulowanie na czas swoich zobowiązań. Jak wskazuje badanie BIG InfoMonitor, dla 16 proc. przedsiębiorstw są to duże lub regularnie powracające kłopoty. Najbardziej zagrożone są podmioty z branży transportowej i handlowej. Problemy z płynnością mogą przełożyć się na relacje biznesowe, a w najgorszym wypadku doprowadzić do finansowej ruiny. Tylko w 2019 upadłość ogłosiło ponad tysiąc podmiotów.

O ile dwie trzecie przedsiębiorców nie doświadcza kłopotów z płynnością, to blisko jedna trzecia w jakimś stopniu traci na braku stabilności finansowej. 6 proc. firm w Polsce miało w ubiegłym roku duże problemy z utrzymaniem płynności w firmowym budżecie (jest to bardzo zbliżony wynik do zeszłorocznych 5,8 proc.). Dodatkowo blisko 10 proc. wskazuje na regularne opóźnienia w przepływach. Z kolei 15 proc. skarży się na kłopoty z finansową płynnością od czasu do czasu.

– Odpowiedni poziom płynności finansowej jest kluczowy dla funkcjonowania każdej firmy. Jego brak dotyka dziś w znacznym stopniu 6 proc. przedsiębiorstw. To mało i dużo jednocześnie, gdyż problemy z płynnością jednej firmy mogą dotykać także jej partnerów biznesowych. Tak powstają zatory płatnicze. Co kwartał odnotowujemy zmiany w poziomie zatorów, jednak zawsze jest to problem ponad połowy przedsiębiorstw. Trudno na razie ocenić, czy sytuację poprawi nowa ustawa antyzatorowa obowiązująca od stycznia tego roku – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Poziom płynności zależy od branży

Najczęściej regularne kłopoty z wypłacalnością dotyczą firm transportowych – doświadczały one trudności ponad dwa razy częściej niż średnia (13,8 proc.). Powyżej średniej znalazły się także usługi – 7,9 proc. Jednak, jeśli brać pod uwagę także średni poziom utrudnień z płynnością finansową to zaraz po transporcie znalazł się handel. O ile duże problemy z płatnościami miało tam 2,6 proc. firm, to nawracające co jakiś czas braki w płynności przytrafiały się 14,7 proc. handlowcom.

Najlepiej sytuację ocenia przemysł. Aż 68,4 proc. podmiotów w tej branży nie zmagało się z żadnymi trudnościami w tym zakresie. Podobnie jest w usługach. Z jednej strony często skarżą się na problemy z płynnością, ale jednocześnie odsetek niemających kłopotów z tego powodu jest stosunkowo wysoki – 68,3 proc. Praktycznie taka sama sytuacja jest w branży budowlanej, gdzie o płynność nie musi się martwić 68,2 proc. firm.

Czy w 2019 r. w firmie pojawiały się kłopoty z utrzymaniem płynności finansowej

Poziom płynności zależy od branży
Źródło: BIG InfoMonitor

Płynność a relacje biznesowe

Brak płynności finansowej przekłada się nie tylko na kondycję pojedynczej firmy, ale także na jej partnerów biznesowych. W sumie ponad połowa podmiotów mających problemy z płynnością wskazuje, że jest to związane z opóźnieniami lub nieuregulowanymi zobowiązaniami kontrahentów. Pod tym względem najgorzej radzi sobie branża handlowa. Tutaj blisko trzy czwarte podmiotów odczuwa skutki nieregularnych płatności. Na drugim krańcu skali są usługi. Około dwóch trzecich działających w branży sporadycznie lub wcale nie opóźniało opłaty faktur z powodu niesolidnych kontrahentów.

Czy zdarzyło się, że z powodu opóźnień lub nieuregulowanych zobowiązań kontrahentów Państwa firma również zalegała z płatnościami?

firma również zalegała z płatnościami
Źródło: BIG InfoMonitor

Coraz więcej upadłości

Zaległości i problemy z płynnością mogą prowadzić do upadłości. Jak pokazują dane Bisnode Polska, w roku 2019 liczba firm-bankrutów sięgnęła 1020. Względem poprzedniego roku to więcej o ponad 4 proc. Choć tendencja wzrostowa w ubiegłym roku wyhamowała, nie oznacza to jednoznacznej poprawy. Tylko w budownictwie i produkcji odsetek upadłości zmalał – odpowiednio o 14,6 proc. i 2 proc. r/r. Natomiast w pozostałych sektorach jest on wyraźnie wyższy. Najlepszym przykładem jest transport, gdzie rok do roku odsetek upadłości wzrósł o 18 proc. Jest to jednocześnie sektor, gdzie duże problemy z brakiem płynności finansowej zgłasza blisko 14 proc. firm – najwięcej ze wszystkich branż.

Upadłości firm w Polsce

Upadłości firm w Polsce
Źródło: Bisnode Polska

*Badanie wykonane dla BIG InfoMonitor przez Keralla Research, Instytut Badań i Rozwiązań B2B, wśród mikro, małych i średnich firmach wystawiających faktury z odroczonym terminem płatności, na próbie n=500. Odpowiadały osoby decyzyjne, właściciele, współwłaściciele firm lub inne osoby wskazane jako zarządzające firmą. Technika wywiadów telefonicznych CATI. Styczeń 2020 r.

Cena rodu mocno w górę, a ma być jeszcze wyższa

O ok. 40% wzrosła cena rodu. Tak duży skok nastąpił na początku roku, w stosunkowo krótkim okresie. Obecne notowania tego metalu szlachetnego wynoszą ok. 9-10 tys. dolarów za uncję, czyli kilka razy więcej niż kosztuje złoto. Zdaniem ekspertów, kurs jeszcze pójdzie w górę, co ma ścisły związek z sytuacją w branży motoryzacyjnej. Rod jest wykorzystywany do produkcji katalizatorów, podobnie jak platyna i pallad. Od niedawna na chętnych czekają sztabki, ale to wciąż niszowy produkt inwestycyjny, który ciężko nabyć na rynku.

Początek 2020 roku przyniósł wyjątkowo dynamiczne wzrosty notowań rodu. W ciągu zaledwie kilku dni poszedł w górę o ok. 40%, co podkreśla Dorota Sierakowska, analityk surowcowy z Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska. I dodaje, że zmiany widać także w ujęciu długoterminowym. W 2016 roku cena wynosiła niewiele ponad 600 dolarów za uncję, a obecnie oscyluje w okolicach 9-10 tys. dolarów. Dla porównania, kurs złota to blisko 1600 dolarów za uncję. Sprawę napędza jedna branża.

– Motoryzacja to główny odbiorca rodu. Jego cena rośnie i zapewne ten trend utrzyma się przez najbliższy rok. Wynika to z potrzeb produkcji, na które wpływa obecna koniunktura. Jest to charakterystyczne dla metali przemysłowych, czyli są widoczne duże wahania cenowe w krótkich odstępach czasowych. Ale trzeba też zauważyć, że w przyszłym roku może wystąpić znaczna korekta na cenie – komentuje Rafał Krzemiński z Metal Market Europe.

Jak stwierdza Daniel Marburger, dyrektor zarządzający coininvest, do większego popytu na rod przyczyniło się zaostrzenie przepisów dotyczących emisji spalin w Chinach. Ponadto zwiększyło się zapotrzebowanie na katalizatory zawierające ten metal. Mowa tu o producentach pojazdów benzynowych w Europie i Stanach Zjednoczonych. Zdaniem eksperta, to może spowodować, że ceny rodu jeszcze przez pewien czas będą rosły.

– Do produkcji katalizatorów używa się też platyny i palladu. I one są wykorzystywane w większym stopniu niż rod. Inwestorzy mogą oczekiwać, że wysokie ceny tego ostatniego surowca będą wspierać stronę popytową, także na wspomniane wcześniej metale – analizuje Dorota Sierakowska.

Z kolei dyrektor zarządzający coininvest zaznacza, że rod w 80% jest wykorzystywany do produkcji katalizatorów dla przemysłu samochodowego. Ok. 10% to zastosowania chemiczne, a 5% – przemysł szklarski. Natomiast inwestycje w ten metal stanowią znikomą część zapotrzebowania na niego.

– Rynek rodu jest niewielki w porównaniu z pozostałymi metalami szlachetnymi. Cechuje go bardzo mała płynność, a co za tym idzie – podwyższona zmienność notowań. Z tej przyczyny, inwestycje powinny być rozważane w zasadzie tylko przez doświadczonych inwestorów, o dużym apetycie na ryzyko. Większość transakcji odbywa się poza rynkiem regulowanym, w bezpośrednich transakcjach pomiędzy spółkami, które produkują i wykorzystują fizyczny surowiec – informuje analityk z DM BOŚ.

Rod w formie fizycznej jeszcze niedawno nie był dostępny dla inwestorów, co podkreśla Daniel Marburger. Kilku producentów na świecie oferuje sztabki rodu, ale to wciąż bardzo niszowy produkt. I tak jak w przypadku pozostałych metali, pomimo ostatniego wzrostu cen, wciąż są to inwestycje długoterminowe. Spread pomiędzy ceną kupna i sprzedaży jest bardzo wysoki i brakuje płynności w obrocie. Koszty transakcji hedgingowych dla dostawców są też bardzo wysokie.

– Inwestorzy mają niewielkie pole manewru, jeśli chodzi o lokowanie kapitału na rynku rodu. Dostępne są ETFy, w większym lub mniejszym stopniu wyeksponowane na rynek tego metalu, np. Xtrackers Physical Rhodium ETC, jak również spółki wydobywające ww. surowiec. Te ostatnie często jednak pozyskują przy okazji wiele innych metali, co sprawia, że ceny ich akcji nie odzwierciedlają istotnie zmian notowań rodu – podkreśla analityk z Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska.

Jak podsumowuje ekspert z coininvest, rod jest mniej atrakcyjny dla prywatnych inwestorów w porównaniu z palladem. Ten ostatni to produkt bardziej ugruntowany, o większej płynności. W Europie oba metale są obciążone dodatkowo podatkiem VAT, przez co inwestowanie w nie może okazać się opłacalne dopiero z perspektywy znaczących wzrostów cen palladu i rodu na giełdzie metali szlachetnych.

Uchylone drzwi do pracy w Niemczech mogą się zatrzasnąć

Niemcy łagodzą przepisy zatrudniania cudzoziemców, a nowe zasady, które wejdą w życie 1 marca, zwiększają szanse na pracę, także dla Ukraińców zatrudnionych w Polsce. Na przeszkodzie może im jednak stanąć technologia – eksperci prognozują, że wraz z jej rozwojem rynek pracy w Niemczech będzie się kurczył.

Pracownicy z Ukrainy wpisali się w polską rzeczywistość, a ich obecność jest istotnym wsparciem rodzimej gospodarki. Dlatego zmiana w niemieckich przepisach legislacyjnych budzi niepokój przedsiębiorców, tym bardziej, że sami Ukraińcy są zainteresowani wyjazdem.

– Bardzo interesują się informacjami na temat zmian na rynku pracy w Niemczech, a nawet wprost pytają nas o oferty pracy na Zachodzie – mówi Paweł Fecko, wiceprezes agencji doradztwa personalnego i pracy tymczasowej IPF Global. – Zainteresowanie to widać szczególnie na portalach społecznościowych. Na naszym profilu posty o przepisach dotyczących niemieckiego rynku pracy cieszą się największym zainteresowaniem i są
najczęściej komentowane.

Karina Knyż-Grzywa, dyrektor biura Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ), największej tego typu organizacji branżowej w Polsce, która zrzesza ponad 60 firm przyznaje, że zainteresowanie Ukraińców pracą za naszą zachodnią granicą odczuwa większość agencji skupionych w tej organizacji.

Od marca do Niemiec już bez języka

Zmiany w przepisach jakie wejdą w życie od pierwszego marca spowodują, że cudzoziemcy spoza UE nie będą musieli wykazywać znajomości języka niemieckiego. Jeśli tylko podpiszą umowę o pracę z pracodawcą, języka mogą nauczyć się już na miejscu. Pracownicy nie będą musieli też udowadniać, że mają określone środki finansowe na własne utrzymanie.

Mimo to – zdaniem ekspertów rynku pracy – przepisy nadal pozostaną bardzo sformalizowane. Każdy ubiegający się o pracę będzie musiał przejść uznanie kwalifikacji, którego dokonują tamtejsze urzędy, bo polityką Niemiec jest zatrudnianie osób z kwalifikacjami. Przepisy, nawet po marcowej zmianie, mają na celu chronić tamtejszy rynek pracy przed napływem taniej siły roboczej. A w Polsce Ukraińcy w większości są pracownikami niewykwalifikowanymi lub, z powodu nieznajomości języka, pracują poniżej swoich kwalifikacji. Ponadto, umowy o pracę będą musiały odpowiadać niemieckim wymogom i standardom, tak jakby pracę miał wykonywać pracownik niemiecki.

Zlikwidowany został także wymóg badania lokalnego rynku. Pracodawca nie musi już wykazywać, że w konkretnym zawodzie jest luka na rynku pracy, której nie może wypełnić lokalny pracownik. Cudzoziemiec może być zatrudniony w każdym zawodzie, o ile jest on zgodny z jego kwalifikacjami, a nie tylko w tym, w którym brakuje fachowców.

– Myślę, że z tych wszystkich powodów obywatele Ukrainy nie wyjadą z Polski, a przynajmniej nie na skalę masową – mówi Katarzyna Ziółkowska, r.pr. kancelarii C&C Chakowski & Ciszek. – Obawy pracodawców wynikają z ich doświadczeń z otwarcia rynku pracy na cudzoziemców w Polsce. Tego nie da się jednak porównać do procedur po stronie niemieckiej. U nas rynek otworzył się szeroko dla wszystkich zza wschodniej granicy. W Niemczech przepisy i procedury nie są tak szybkie i łatwe jak nasze. I to się nie zmieni od marca tego roku, chociaż polskiemu przedsiębiorcy i jego pracownikowi z Ukrainy ciężko jest to zaakceptować. Szacuje się, że na nowych regulacjach, z Polski wyjedzie jedynie od kilku do kilkunastu tysięcy osób.

Popyt na pracowników się nie utrzyma

Za złagodzeniem przepisów o imigracji pracowników lobbowali niemieccy przedsiębiorcy, którzy dotkliwie odczuwają brak rąk do pracy. Nowe regulacje mają przyspieszyć i ułatwić działania legalizacyjne. Mimo złagodzenia procedur i tak są one krytykowane przez przedsiębiorców, jako zbyt wymagające.

Gospodarce Niemiec brakuje dziś około półtora miliona fachowców. Największe braki kadrowe widoczne są w branży opiekuńczo-medycznej, rzemiośle, budownictwie i na produkcji. Obserwując jednak globalne procesy rynkowe i rozwój technologii, w części tych branż zapotrzebowanie na ludzi może się drastycznie zmienić już w ciągu kilku następnych lat.

– W perspektywie dwóch-trzech lat potrzeby rynku niemieckiego na ręce do pracy drastycznie się zmienią – twierdzi Paweł Fecko. – Wynika to z ogromnych zmian technologicznych, które cały czas zachodzą w świecie. Jeśli ten kraj ma być gospodarką konkurencyjną, a do tego zmierza, to będzie wdrażać nowe technologie i w ciągu kilku lat wielu ludzi zostanie bez zatrudnienia lub będzie musiało się przekwalifikować. W Niemczech już się o tym mówi. Zagrożenie wyjazdem Ukraińców z Polski oceniam więc na krótkoterminowe.

Już w tej chwili Niemcy zadają sobie pytanie jak ma wyglądać ich gospodarka. Na łamach prasy eksperci prowadzą dociekania, jak ich kraj może konkurować z amerykańskimi i chińskimi producentami, szczególnie w branży automotive.

– Nowe rozwiązania technologiczne w prosty sposób doprowadzą do zredukowania wielu miejsc pracy, potencjalnie dostępnych dla Ukraińców – podkreśla Fecko.

Polska bardziej przyjazna

Nie bez znaczenia na decyzje Ukraińców pozostaje fakt, że Polska znakomicie dostosowała się do ich potrzeb. Reklamy, informacje w sklepach, menu w restauracjach, infolinie w bankach, a nawet filmy wyświetlane w kinach są już w języku ukraińskim. Do tego podobnie brzmiący język, bliskość kulturowa i wspólna granica na mapie z Ukrainą sprawiają, że dla wielu Ukraińców wyjazd z Polski – mimo deklarowanych chęci – nie musi być najlepszym rozwiązaniem. Tym bardziej, że wielu z nich, kiedy zaczyna płynnie porozumiewać się w języku polskim, zmienia pracę na zgodą z własnym wykształceniem.

Wbrew panującym mitom pieczywo powinny jeść także osoby na diecie. Należy jednak zwracać uwagę na jego skład

Produkty zbożowe stanowią integralną część zbilansowanej diety. Są głównym źródłem błonnika i węglowodanów – składników niezbędnych w codziennym, zdrowym żywieniu. W konsekwencji z pieczywa nie powinny rezygnować nawet osoby na diecie odchudzającej. Jednak, aby upewnić się, że nie przeszkodzi ono w walce o szczupłą i zgrabną sylwetkę, należy dokładnie sprawdzać jego skład. Jakość pieczywa dostępnego na polskim rynku jest bowiem bardzo zróżnicowana.

Piramida zdrowego żywienia i aktywności fizycznej to graficzny zapis grup produktów spożywczych wraz z zalecaną częstotliwością ich spożywania. Życie w zgodzie z jej zasadami to podstawa w walce o zachowanie sprawności intelektualnej i fizycznej na wysokim poziomie.

– Pieczywo jest niezwykle ważnym elementem codziennej diety. Na piramidzie zdrowego żywienia produkty pełnoziarniste i zbożowe znajdują się tuż za owocami i warzywami. Ich wartości odżywcze potwierdzają również liczne, niezależne badania naukowe – powiedziała podczas konferencji marki Wasa dietetyczka Viola Urban.

Pieczywo ma w sobie składniki niezbędne do prawidłowego funkcjonowania organizmu. Ziarna zbóż zawierają przede wszystkim cenne witaminy z grupy B oraz minerały.

– Produkty zbożowe są szczególnie bogate w węglowodany. Te z kolei są niezwykle ważne dla naszego organizmu, ponieważ dostarczają mu energii do życia i działania. Ponadto produkty pełnoziarniste to podstawowe źródło błonnika, który bardzo dobrze syci. Kiedy brakuje go w naszej diecie, szybko po posiłku stajemy się znowu głodni – tłumaczy ekspertka.

Obecnie wybór pieczywa jest bardzo szeroki. W konsekwencji zdarza się, że konsument nie wie, na który z dostępnych produktów powinien się zdecydować. Dokonując zakupu, należy zwracać uwagę na skład wypieku. Czujność jest szczególnie istotna z powodu powszechnego zjawiska fałszowania chleba, które często wprowadza klientów w błąd.

– Przy wyborze produktów zbożowych najlepiej kierować się zawartością błonnika i indeksem glikemicznym. Powinniśmy szukać pieczywa z pełnego przemiału, w którym dominowała będzie mąka pełnoziarnista – zwraca uwagę w rozmowie z agencją Newseria Viola Urban.

Dobrą alternatywą dla tradycyjnego chleba może być także pełnoziarniste pieczywo chrupkie bogate w błonnik i składniki mineralne, np. marki Wasa. Na jego bazie można przygotować szybką i pożywną kanapkę, a nawet słodką przekąskę, która z odpowiednimi dodatkami, takimi jak owoce czy gorzka czekolada, na pewno będzie zdrowszym odpowiednikiem tradycyjnych słodyczy.

Wraz z rozpowszechnieniem się mody na zdrowe odżywianie w mediach pojawiło się wiele mitów dotyczących tego, jak powinna wyglądać codzienna dieta. Zbilansowany jadłospis powinien bowiem uwzględniać wszystkie składniki odżywcze.

Jednym z głównych mitów żywieniowych jest to, że kiedy ktoś przechodzi na dietę odchudzającą, to nie powinien jeść węglowodanów, a więc między innymi makaronu czy pieczywa. To nie jest prawda. Osoby, które dbają o sylwetkę, także mogą jeść tego typu produkty, natomiast powinny kontrolować jakość i ilość spożywanych węglowodanów. Skłaniać się w stronę produktów pełnoziarnistych i uważnie analizować skład. Bywa bowiem, że produkty, które wyglądają na pełnoziarniste, w rzeczywistości są barwione karmelem albo słodem – to pułapka, na którą trzeba uważać – tłumaczy ekspertka.

Rynek taksówkowy czeka konsolidacja. Tradycyjne przewozy uzupełni coraz szersza oferta usług dodatkowych

Wraz z postępującą urbanizacją i natężeniem ruchu mieszkańcy miast coraz częściej rezygnują z prywatnych samochodów. Również firmom zaczyna opłacać się rezygnacja z własnej floty na rzecz stałej współpracy z operatorami taksówkowymi. Te nowe możliwości współpracy stwarzają pole do oferowania poza tradycyjnymi przewozami również dodatkowych usług. – Testujemy system z dodatkowym ekranem, który umożliwi pasażerowi śledzenie lokalizacji, a także korzystanie z różnego rodzaju promocji i usług naszych partnerów – mówi prezes iTaxi Jarosław Grabowski. Jego zdaniem lokalnie rozdrobniony rynek taksówkarski czeka konsolidacja.

Potrzeba przemieszczania się po miastach będzie rosła i nic tego nie zatrzyma. Postępująca urbanizacja i rosnące natężenie ruchu samochodowego powodują, że w miastach pewne obszary są w ogóle wyłączane dla aut. Parkingi są bardzo drogie i posiadanie samochodu do codziennego użytkowania, dojeżdżania do pracy jest często po prostu niecelowe. Dlatego też usługi taksówkowe będą się rozwijać. Trudno powiedzieć, czy to będzie rozwój kilku- czy kilkunastoprocentowy, bo dane dla całego rynku są bardzo fragmentaryczne – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Grabowski, prezes zarządu iTaxi.

Również firmy coraz częściej wybierają współpracę z taksówkami zamiast inwestycji we własne floty samochodów. Jak podaje firma iTaxi, w ubiegłym roku przybyło jej kilkadziesiąt tysięcy nowych użytkowników biznesowych, a przejazdy firmowe stanowią 2/3 ogółu. Rozwój tego segmentu stwarza pole do zaoferowania klientom dodatkowych usług poza standardowym przejazdem z punktu A do punktu B.

Część z tych firm ma bardzo specyficzne zapotrzebowania, np. z obsługą imprez firmowych, dowożenia pracowników do pracy – wymienia prezes iTaxi. – Obserwujemy też, co ciekawe, że jest pewna grupa klientów, która wymaga bardzo wysokiej jakości usługi, zarówno pod kątem wyglądu samochodu, jak również kompetencji kierowcy.

Nowym trendem na rynku przewozów jest stosowanie nośników elektronicznych w taksówkach. iTaxi testuje w tej chwili dodatkowe ekrany dotykowe umieszczone w samochodach od strony pasażera. Za ich pośrednictwem klient może śledzić trasę i sprawdzić swoją bieżącą lokalizację, ale ma też możliwość skorzystania ze specjalnych promocji, dodatkowych usług oferowanych przez partnerów czy prześledzenia aktualnych wydarzeń, atrakcji i imprez w mieście.

Myślimy też o wykorzystaniu floty taksówek w sposób reklamowy, ale nieoczywisty – mówi Jarosław Grabowski. – Rok 2019 był dla nas przełomowy z tego względu, że widzimy pierwsze zyski pojawiające się po znaczących inwestycjach, zwłaszcza inwestycjach w technologię. Jednak plany na ten rok są jeszcze bardziej ambitne, planujemy praktycznie podwoić zasięg i liczbę naszych operacji, liczonych zarówno kursami, jak to nazywamy w swoim wewnętrznym żargonie, jak i przychodami.

W 2019 roku firma udostępniła swoim kierowcom nową aplikację do obsługi przewozów. Zaproponowała też nową odsłonę iTaxi 4.0. z usługą Biletu iTaxi, której cena za przejazd jest znana z góry, bez względu na taryfy czy strefy.

– Według naszych badań klienci akceptują nawet wyższą cenę, jeżeli mają pewność jej wysokości, zanim zdecydują się na przejazd samochodem. Najważniejsze z naszego punktu widzenia jest wyeliminowanie dyskomfortu pasażera, który korzysta z usługi transportowej, ale nie wie, ile ma za nią zapłacić – mówi prezes iTaxi. – Dotyczy to np. klientów, którzy przyjeżdżają do obcego miasta i nie znają lokalnych cen.

W 2019 roku pojawiły się nowe opcje płatności za przejazd. Ruszyły również prace nad nowym panelem biznesowym, poprzez który firmom będzie łatwiej kontrolować koszty przejazdów pracowników.

– Chcemy być beneficjentem organicznego wzrostu rynku. W ostatnich latach rośniemy w tempie kilkudziesięciu procent rocznie i zamierzamy je utrzymać także w kolejnym – zapewnia Jarosław Grabowski.

W ubiegłym roku liczba kierowców we flocie iTaxi wzrosła o 40 proc. To przełożyło się na znaczące skrócenie czasu oczekiwania na taksówkę. W Warszawie wynosił on średnio 5 minut. Firma zwiększyła m.in. flotę dostępną w Krakowie, dzięki współpracy z lokalną korporacją. Jak podkreśla Jarosław Grabowski, rynki lokalne są bardzo rozdrobnione, więc można spodziewać się przejęć i połączeń.

Z jednej strony prognozuję typowe procesy konsolidacyjne w postaci przejęć, łączenia się różnego rodzaju konsorcjów, a z drugiej – coraz większą konkurencję, jeżeli chodzi o jakość i dostępność usług nie tylko w skali lokalnej, ale i między aglomeracjami – mówi prezes zarządu iTaxi. – Dla nas ten ostatni punkt jest kluczowy, bo klienci korporacyjni wymagają od nas dostępności we wszystkich dużych miastach w Polsce. Na pewno więc będziemy działać w tym kierunku, aby zapewnić im usługę.

Program Mój Prąd zapoczątkował boom w fotowoltaice. NFOŚiGW chce teraz rozwijać programy wsparcia geotermii, biogazowni i przydomowych magazynów energii

Ubiegły rok był bardzo udany pod względem inwestycji w efektywność energetyczną i odnawialne źródła energii. – Zwłaszcza fotowoltaikę, w której boom zapoczątkował rządowy program Mój Prąd – ocenia wiceprezes Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej Artur Michalski. Ten program cieszy się największą popularnością spośród wszystkich realizowanych przez Fundusz, ale i rolnicy, samorządy oraz spółdzielnie mieszkaniowe mają coraz szersze spektrum instrumentów, w których mogą ubiegać się o dofinansowanie inwestycji w odnawialne źródła. NFOŚiGW chce wesprzeć zwłaszcza te, które nie były do tej pory szeroko rozpowszechnione, jak np. geotermia i biogazownie.

– Programy Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej cieszą się coraz większym powodzeniem, m.in. za sprawą programu Mój Prąd, który w tym roku został odnowiony. Za cel uznajemy rozwój w kolejnych obszarach, czyli wzmocnienie programów geotermalnych, biogazowni rolniczych i hybryd, czyli odnawialnych źródeł plus magazyn energii – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Artur Michalski, wiceprezes zarządu NFOŚiGW.

Zainicjowany w ubiegłym roku Mój Prąd, z budżetem wynoszącym 1 mld zł, to jeden z największych w Europie programów finansowania mikroinstalacji fotowoltaicznych dla osób fizycznych, które wytwarzają energię elektryczną na własne potrzeby. Pierwszy nabór okazał się wielkim sukcesem i zapoczątkował boom w fotowoltaice prosumenckiej. NFOŚiGW przeznaczył w nim 132 mln zł na dofinansowanie ponad 27 tys. instalacji PV o mocy zainstalowanej 152 MW.

– Mój Prąd jest przełomowy. To bardzo prosty program, a jednocześnie szybki w realizacji i dość obszerny, jeśli chodzi o moc, którą planujemy dzięki niemu zainstalować. Dzięki środkom w wysokości 1 mld zł, które pochodzą ze sprzedaży uprawnień do emisji CO2, uda się poruszyć inwestycje w fotowoltaice i wyzwolić nową moc wytwórczą rzędu 1–2 GW – mówi Artur Michalski.

Do wykorzystania wciąż pozostało ok. 90 proc. środków, które pozwolą na dofinansowanie nawet 200 tys. instalacji. 13 stycznia br. ruszył drugi nabór wniosków, w którym osoby fizyczne mogą ubiegać się o dofinansowanie w wysokości do 50 proc. kosztów kwalifikowanych (ale nie więcej niż 5 tys. zł) na zakup i montaż instalacji PV od 2 do 10 kW. Budżet drugiej edycji to 600 mln zł na przydomowe instalacje fotowoltaiczne, które pozwolą wygenerować moc 700 MW. Nowością jest strona mojprad.gov.pl, na której można sprawdzić status złożonego wniosku.

– Średnia instalacja, którą zakładają beneficjenci, mieści się w granicach 5–6 kW. Tych instalacji powstaje bardzo wiele, czego dowodem są instalatorzy, którzy się do nas zgłaszają, potwierdzają duże zainteresowanie i pomagają w sprawach związanych z obsługą tych wniosków po stronie prosumentów – mówi wiceprezes zarządu NFOŚiGW.

Wnioski można składać w formie papierowej, online i za pośrednictwem instalatorów PV, którzy podpisali z NFOŚiGW porozumienie o współpracy. Do tej pory zawarło je już 49 firm, ale lista sukcesywnie się wydłuża.

W ubiegłym roku ruszył też kolejny program, Agroenergia, skierowany do rolników. Właściciele gospodarstw rolnych mogą ubiegać się w nim o pożyczki i dofinansowanie inwestycji w przydomowe, odnawialne źródła energii. Dotyczy to nie tylko fotowoltaiki, ale i małych elektrowni wiatrowych, wodnych czy biomasy odpadowej, a kwota dotacji może sięgnąć w tym przypadku nawet 800 tys. zł.

– Zainteresowanie tym programem też jest spore. Nie są to może tysiące wniosków, jak w programie Mój Prąd, który ma charakter bardziej masowy, ale mamy kilkaset nowych inwestycji w fotowoltaikę, biogazownie, nawet w małą elektrownię wodną i inne rozwiązania służące efektywności energetycznej – mówi Artur Michalski.

W tym roku Fundusz chce rozwijać te źródła energii odnawialnej, które nie są jeszcze zbyt rozpowszechnione, oraz hybrydy – czyli przydomowe źródła odnawialne połączone z magazynem energii.

– Ta energia z odnawialnych źródeł czasem idzie na straty, bo system nie może jej w danej chwili przyjąć. Stąd też hybrydy, czyli odnawialne źródła energii plus magazyn albo zastosowanie kilku różnych źródeł odnawialnych, bądź połączenie tego z konwencjonalnym systemem energetycznym, powodują, że staje się to bardziej użyteczne. Do tego służy zresztą również formuła klastrowa. Resort energii oczekuje, że klastry będą się rozwijały właśnie w kierunku stabilizacji i lepszego wykorzystania odnawialnych źródeł energii. Wszystko musi iść w kierunku innowacyjności – podkreśla wiceprezes NFOŚiGW.

W końcówce stycznia NFOŚiGW zainicjował też nowy program, skierowany do samorządów – Słoneczne Dachy  – z budżetem wynoszącym 100 mln zł (na razie obejmuje tylko Wielkopolskę). Mieszkańcy budynków wielorodzinnych i spółdzielnie mogą ubiegać się w nim o preferencyjne pożyczki i dofinansowania na zakup i montaż mikroinstalacji fotowoltaicznych o zainstalowanej mocy elektrycznej do 50 kW, a także na przedsięwzięcia termomodernizacyjne. Nabór wystartuje jeszcze w I kwartale tego roku.

– Nowe programy służące rozwojowi odnawialnych źródeł energii będą stymulować rozwój fotowoltaiki przez spółdzielnie czy wspólnoty mieszkaniowe, a więc instalacje PV na budynkach wielorodzinnych – mówi Artur Michalski. – To dodatkowy program przeznaczony na tego typu przedsięwzięcia, bo spółdzielnie mieszkaniowe mogą już także korzystać ze środków pomocowych w ramach Energii Plus i funduszy unijnych.

Samorządom dedykowany jest z kolei program Ciepłownictwo Powiatowe, zainicjowany w zeszłym roku i skierowany do mniejszych miast, poniżej 100 tys. mieszkańców. W ramach budżetu 500 mln zł (na wsparcie zwrotne i bezzwrotne) na dofinansowanie mogą liczyć m.in. takie projekty jak modernizacja, rozbudowa sieci ciepłowniczych czy energetyczne wykorzystanie zasobów geotermalnych.

– Gdyby samorząd czy przedsiębiorstwo ciepłownicze chciało się rozwijać bardziej w kierunku geotermii, mamy program Polska Geotermia Plus – mówi wiceprezes zarządu NFOŚiGW. – Wsparcie dotyczy przedsięwzięć opartych na geotermii, ale też szeregu innych inwestycji, które są z tym powiązane.

Energetyka i wodociągi szczególnie narażone na cyberataki. Na celowniku hakerów są również szpitale

Szczególnie narażone na ataki hakerskie są energetyka i wodociągi jako element infrastruktury krytycznej. Cyberprzestępcy coraz częściej za cel obierają sobie też szpitale i placówki ochrony zdrowia, które niemal powszechnie przechowują już dane i dokumentację medyczną pacjentów w formie cyfrowej oraz rzadko kiedy dbają o zabezpieczenia i aktualizacje nowego sprzętu. Ten sektor jest jednym z najbardziej zaniedbanych pod kątem cyberbezpieczeństwa, co wynika zarówno z braku pieniędzy, jak i odpowiednich kadr.

– Dla hakerów najbardziej łakomym kąskiem jest energetyka i sektory powiązane, czyli paliwa i gaz. Jeśli ten obszar zostanie zaatakowany, może to mieć destrukcyjne skutki na poziomie ogólnokrajowym. Narażony na ataki jest też sektor wody i kanalizacji, o czym wciąż jeszcze mało się mówi, ale są już publikacje naukowe wskazujące na pewne zagrożenia. Proszę sobie wyobrazić, co będzie działo się w miastach, jeżeli zostanie zatrzymany przepływ wody – mówi agencji Newseria Biznes Józef Sulwiński, prezes zarządu SEQRED.

Na cyberataki szczególnie narażone są również ubezpieczenia i bankowość, czyli te branże, w których są pieniądze. Rosnąca liczba takich incydentów wymusza na instytucjach z sektora finansów większą dbałość o bezpieczeństwo. Zwłaszcza że Polacy mają już ponad 37 mln internetowych kont bankowych i ponad 10 mln kont w aplikacjach mobilnych. Blisko 60 proc. uważa banki za liderów cyberbezpieczeństwa, a 90 proc. czuje się bezpiecznie, korzystając z bankowości online, co jak podkreśla Związek Banków Polskich, może świadczyć o uśpionej czujności klientów. Potwierdza to też badanie „Cyberbezpieczny Portfel 2020”, z którego wynika, że niecała połowa Polaków (49 proc.) zmieniła hasło do bankowości internetowej co najmniej raz w ciągu 12 miesięcy, a jeszcze mniejszy odsetek (39 proc.) aktualizuje hasło do bankowości mobilnej.

Oprócz firm i korporacji coraz częściej hakerzy za cel obierają sobie też infrastrukturę krytyczną oraz serwisy rządowe i samorządowe.

– Coraz częściej obserwujemy też ataki na służbę zdrowia. Ten obszar jest chyba najbardziej pod tym względem zaniedbany – potwierdza Józef Sulwiński.

Szpitale i placówki medyczne niemal powszechnie przechowują już dane i dokumentację medyczną pacjentów w formie cyfrowej, a w ostatnich dwóch latach w służbie zdrowia został wdrożony szereg e-usług. Przejście z papierowych kartotek do danych zapisanych w szpitalnych serwerowniach lub w chmurze wiąże się jednak z ryzykiem ataku i zainfekowania złośliwym oprogramowaniem.

Tym bardziej że często w placówkach medycznych, które kupują nowoczesny sprzęt czy urządzenia diagnostyczne korzystające z połączenia z siecią, nikt nie dba o ich zabezpieczenie czy instalowanie aktualizacji, przez co – podobnie jak w przypadku drukarek – mogą zostać łatwo zhakowane.

– Placówki skupiają się na tym, żeby kupić urządzenie i z niego korzystać, natomiast już nie za bardzo dbają o jego bezpieczeństwo. Skutki są takie, że praca szpitala czy recepcji w przychodni zostaje zatrzymana, bo dane zostały zaszyfrowane wskutek ataku – powiedział Józef Sulwiński podczas konferencji InfraSEC na temat cyberbezpieczeństwa twardej infrastruktury. – Służba zdrowia jest pod tym względem dość podobna do systemów automatyki sterującej infrastrukturą krytyczną. Jednak nikt w niej nie myśli kategoriami cyberbezpieczeństwa. Takie kwestie jak segmentacja, separacja sieci czy testy bezpieczeństwa są raczej przyjmowane ze zdziwieniem, często pada pytanie: „Jak to, my w szpitalach też powinniśmy coś takiego zrobić?”. Tak, bo te systemy mają olbrzymi wpływ na nasze życie.

Zaniedbania dotyczące cyberbezpieczeństwa w placówkach ochrony zdrowia wynikają równie często z niewiedzy i braku finansowania na ten cel, jak i odpowiednich kadr.

– Pierwszoplanowy jest brak kompetencji i umiejętności w tym obszarze. Pewnie gdyby znalazły się pieniądze, sytuacja wyglądałaby trochę lepiej. Jednak kadr w obszarze cyberbezpieczeństwa na rynku w Polsce generalnie brakuje. Zwłaszcza przy obecnej kondycji rynku pracy pozyskanie takich ludzi jest naprawdę trudne – mówi prezes zarządu SEQRED.

Już za dziesięć lat połowa nowych Mercedesów będzie bezemisyjna

Koncern Daimler i należąca do niego marka Mercedes-Benz mocno podkreślają, jak ważny jest dla nich rozwój elektromobilnej floty. Mają zamiar całkowicie zrezygnować z produkcji samochodów spalinowych do 2039 roku – co sprawi, że pod znakiem Mercedesa jeździć będą wtedy tylko samochody bezemisyjne. Już za dziesięć lat, w 2030 roku, połowa samochodów schodzących z taśm produkcyjnych Mercedesa ma nie produkować spalin. Koncern przygotowuje się do zrealizowania tego celu. Należąca do niego marka Smart już dzisiaj oferuje tylko i wyłącznie samochody elektromobilne. Nowe modele Smarta kupimy tylko w wersji bezemisyjnej, a elektromobilna oferta samego Mercedesa-Benza poszerza się o kolejne modele.

– Wprowadziliśmy na rynek nową markę: Mercedes EQ. Tym znaczkiem EQ sygnujemy wszystkie nasze samochody elektryczne lub hybrydowe „plug in”. Aktualnie oferujemy na polskim rynku 13 samochodów hybrydowych, 3 różne wersje elektrycznego Smarta oraz EQC – czyli pierwszego w pełni elektrycznego Mercedesa SUV ze średniego segmentu – powiedział serwisowi eNewsroom Aleksander Rzepecki, menadżer do spraw pojazdów elektrycznych w Mercedes-Benz Polska. – Należy zwrócić uwagę, że obok samochodów w pełni elektrycznych, proponujemy klientom modele hybrydowe. Wierzymy w tak zwane hybrydy z wtyczką, czyli pojazdy o mieszanym napędzie elektryczno-spalinowym. Łączymy napęd elektryczny zarówno z silnikiem benzynowym, jak i z silnikiem wysokoprężnym – czyli dieslem. Dzisiejsza technologia diesla jest dosyć czysta – a w przypadku korzystania z samochodu częściowo w mieście, a częściowo w trasie – to właśnie diesel będzie się bardzo dobrze sprawdzał jako wsparcie dla silnika elektrycznego w hybrydach. Osobiście przyjechałem tu właśnie samochodem hybrydowym z silnikiem diesla – przyznaje Rzepecki.

Polska ma duży problem z przyciąganiem i rozwijaniem kadr. Wkrótce może zabraknąć miliona pracowników

Przedsiębiorcy mają problem ze znalezieniem pracowników o takich kompetencjach, jakie są potrzebne do prawidłowego działania ich firm. W przyszłości może być o nich jeszcze trudniej, bo polskie instytucje ani rząd nie wspomagają biznesu w poszukiwaniu, kształceniu i rozwijaniu talentów, które mogłyby zasilić rynek. Na 130 krajów plasujemy się pod tym względem na 44. miejscu, 20 pozycji za najlepszą w naszym regionie Estonią. Najgorzej idzie nam przyciąganie talentów. Skuteczniej robi to aż 71 krajów.

– Brakuje nam talentów do pracy. Mamy niedopasowanie kompetencji kandydatów do pracy i tego, czego oczekuje biznes. Pracodawcy chcą w tym temacie współpracować z instytucjami, rządem, ministerstwami, natomiast w zasadzie nie ma właściciela problemu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Wicha, dyrektor generalna Adecco Poland, wiceprezydent Konfederacji Lewiatan. – Brakuje pracowników wykwalifikowanych na podstawowe stanowiska: operatorów CNC, takich, którzy mogą pracować z maszynami, robotami, którzy mogą programować. Szkolnictwo zawodowe nie funkcjonuje praktycznie wcale, szczególnie w tym obszarze, a to byłoby bardzo oczekiwane przez biznes.

Opublikowana w styczniu przez Grupę Adecco tegoroczna edycja rankingu „Global Talent Competitiveness Index” pokazuje, że w przyciąganiu talentów rośnie rozdźwięk między liderami zestawienia, głównie bogatymi krajami rozwiniętymi, a resztą świata. Przepaść pogłębia rosnąca rola sztucznej inteligencji w biznesie, tymczasem ponad połowa populacji w krajach rozwijających się nie ma podstawowych umiejętności cyfrowych.

W Polsce sytuacja nie jest aż tak zła – plasujemy się na 44. miejscu na świecie i 25. w Europie, ale wyprzedzają nas m.in. takie kraje jak Kostaryka, Chile czy Malezja. W dodatku w ciągu roku spadliśmy o dwie pozycje, co świadczy o tym, że tracimy w walce o talenty – nie umiemy ich przyciągnąć, rozwijać ani angażować. Pracodawców ratują imigranci zarobkowi ze Wschodu, ale ich zatrudnienie wiąże się z formalnościami, a już od marca otworzy się dla nich rynek niemiecki, więc i to źródło może się wyczerpać.

– Powinniśmy pomyśleć o przyszłości. Pytanie, skąd wziąć około miliona osób, których w najbliższej przyszłości będziemy potrzebować do pracy – przestrzega Anna Wicha. – Jednym z rozwiązań pośrednich są pracownicy ze Wschodu, głównie Ukraińcy, ale przy ich zatrudnianiu mamy do czynienia z szeregiem kłopotliwych rozwiązań. Sam limit sześciu miesięcy, na który możemy te osoby zatrudniać, nie jest wystarczający. Do tego dochodzi ogrom pracy administracyjnej, którą pracodawcy muszą włożyć, żeby móc z takiego pracownika skorzystać. Jest on niewspółmierny do tego, co zyskają, zatrudniając te osoby przez sześć miesięcy.

Tymczasem Polska największy problem ma właśnie z przyciąganiem talentów – zajmuje pod tym względem dopiero 72. miejsce na ponad 130 krajów. Od 2014 roku, czyli odkąd publikowany jest raport, jej wynik poprawił się jedynie nieznacznie – z 49,11 proc. do 49,48 proc. Dla porównania, znajdująca się na czele rankingu Szwajcaria uzyskała wynik na poziomie 81,26 proc., a to niemal o 10 pkt proc. więcej niż sześć lat temu.

– W rozwijaniu i przyciąganiu talentów jesteśmy zdecydowanie z tyłu. Nie ma u nas rozwiązań instytucjonalnych, które wspierałyby np. lifelong learning. Nie uczymy zmian kompetencji i nie wspieramy tego absolutnie ze strony rządowej czy instytucjonalnej – ocenia Anna Wicha. – Każdy przedsiębiorca może sobie odpowiedzieć, co mógłby zyskać, gdyby miał łatwy dostęp do określonych kompetencji. W tej chwili ma wybór – albo nie skorzysta z tego rodzaju rozwiązań, albo nie przejmie nowych inwestycji i nie skorzysta z konkretnych kontraktów. To jest duża strata.

Płatności do zakładu przedsiębiorcy zagranicznego w Polsce bez dodatkowych wymagań w podatku u źródła

Zagraniczni przedsiębiorcy funkcjonują w Polsce często poprzez położony na terytorium Rzeczypospolitej zakład. Zgodnie z ustawą o podatku dochodowym od osób prawnych (dalej „pod. dochod. od os.”) przez zagraniczny zakład – pod warunkiem, że nic innego nie wynika z umów o unikaniu podwójnego opodatkowania – rozumie się w szczególności stałą placówkę (np. oddział, przedstawicielstwo, biuro, fabryka), a także plac budowy, budowę lub pełnienie funkcji zarządczych na terytorium państwa. Pojęcie „zakładu” jest bardzo szerokie, dlatego jego analiza powinna być każdorazowo dokonywana przy rozpoczęciu współpracy z kontrahentem o międzynarodowym zasięgu.

Wypłata należności na rzecz zakładu

Zgodnie z art. 26 ust. 1d pod. dochod. od os. nie jest konieczne pobieranie zryczałtowanego podatku dochodowego z tytułu należności za świadczenia objęte regulacjami dotyczącymi podatku u źródła, które są wypłacane na rzecz zakładu. Innymi słowy, dokonując wypłaty na rzecz zakładu z tytułu usług niematerialnych, takich jak np. usługi zarządcze, doradcze, marketingowe, przetwarzania danych, a także im podobnych oraz wypłat z tytułu należności licencyjnych, praw autorskich, odsetek, dywidend, użytkowania urządzenia przemysłowego, w tym także środka transportu czy opłat za świadczenia w zakresie działalności widowiskowej, rozrywkowej lub sportowej, należy wziąć pod uwagę regulacje dotyczące podatku u źródła. Co prawda powyższa regulacja oznacza brak podwójnego opodatkowania zakładów zagranicznych przedsiębiorców w Polsce, jednak konieczne jest spełnienie warunków stawianych przez ustawę. W przypadku, gdyby zryczałtowany podatek u źródła był pobierany przez płatnika i dodatkowo zagraniczny przedsiębiorca rozliczałby podatek dochodowy od tego zakładu w Polsce, doszłoby wówczas do podwójnego opodatkowania dochodów uzyskiwanych przez zakład na terytorium Polski.

Warunki

Niepobieranie przez płatnika podatku w przypadku wypłat na rzecz zakładu zagranicznego przedsiębiorcy zostało uwarunkowane pozyskaniem odpowiedniego zagranicznego certyfikatu rezydencji, a także pisemnego oświadczenia, że należności te związane są z działalnością zakładu tego podatnika. Warunki te mają zapobiegać nadmiernemu opodatkowaniu działalności zakładu, a także nierozliczeniu podatku w którymkolwiek kraju.

Należy podkreślić, że przepisy podatkowe nie zawierają żadnych regulacji ani podpowiedzi, jak takie oświadczenie powinno wyglądać. Wskazują jedynie, co powinno ono zawierać w wersji „minimalnej” – powinno ono określać przynajmniej pełną nazwę podatnika, adres i numer identyfikacji podatkowej oraz adres jego zakładu. Takie oświadczenie powinno być podpisane zgodnie z zasadami reprezentacji podmiotu zagranicznego, co płatnik działający z należytą starannością powinien zweryfikować, żądając odpowiedniego rejestru handlowego lub pełnomocnictwa. Ponadto należy pamiętać, że w przypadku niepobrania należności konieczne jest zawiadomienie naczelnika urzędu skarbowego na odpowiednim formularzu.

Limit WHT a należności zakładu

Z dniem 1 stycznia 2019 r. weszły w życie zmiany przepisów dotyczących rozliczenia podatku od źródła. Przepisy te wprowadzają nowe regulacje nie tylko w obszarze należytej staranności przy dokonywaniu weryfikacji zagranicznego kontrahenta i samej płatności, ale także wprowadzają domniemanie stosowania mechanizmu płatności i zwrotu przy transakcjach powyżej 2 mln zł objętych podatkiem u źródła. Nieprecyzyjne sformułowanie ustawy prowadzi do różnego rodzaju wątpliwości. Jedną z nich jest pytanie, czy w przypadku wypłat należności objętych regulacjami dotyczącymi podatku u źródła (wymienionych w art. 21 ust. 1 pod. dochod. od os.) limit wynikający z art. 26 ust. 1 pod. dochod. od os. ma zastosowanie także do zakładów zagranicznych przedsiębiorców znajdujących się w Polsce.

Z pomocą w tym temacie przychodzi Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej, który w wydawanych interpretacjach potwierdza, że w przypadku zagranicznego zakładu regulacje dotyczące limitu nie znajdują zastosowania. W interpretacji nr 0111-KDIB1-2.4010.390.2019.2.AK z dnia 2 grudnia 2019 r. Dyrektor KIS wskazał, że podmioty wypłacające należności z tytułów wymienionych w art. 21 ust. 1 pod. dochod. od os. na rzecz podmiotów zagranicznych prowadzących działalność poprzez zakład położony na terytorium Polski, mogą nie pobierać od tych kwot podatku u źródła bez konieczności składania oświadczenia w przypadku płatności przekraczających 2 mln zł. Oznacza to, że art. 26 ust. 2e pod. dochod. od os. nie znajdzie zastosowania w przypadku wypłat należności na rzecz podmiotów prowadzących działalność przez prowadzony na terytorium RP zakład. Podobne stanowisko zajął Dyrektor KIS w interpretacji z 19 lutego 2019 r., sygn. 0114-KDIP2-1.4010.518.2018.1.AJ.

Zatem jak wynika z powyższego, współpracując z zakładem zagranicznego przedsiębiorcy znajdującym się na terenie kraju, można nie być objętym regulacjami dotyczącymi podatku u źródła w przypadku spełnienia odpowiednich warunków oraz posiadania niezbędnej dokumentacji. Jest to istotne, gdyż wiele sporów podatników z fiskusem dotyczy właśnie prawidłowości spełnienia formalnych warunków zwolnienia.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

1 marca i co dalej? Jak zatrzymać pracowników z Ukrainy?

Rok 2020 będzie niewątpliwie wyzwaniem dla polskich przedsiębiorców, którzy chcą utrzymać elastyczność produkcji. Na horyzoncie nie widać większych zmian w podaży pracowników, a od 1 marca br. Niemcy otwierają swój rynek pracy dla cudzoziemców. Jak firmy mogą zatrzymać pracowników z Ukrainy?

1 MARCA I ….

Rynek niemiecki dotyka ten sam problem, z którym borykają się nasi przedsiębiorcy – brak rąk do pracy.

Nie pomogły napływy uchodźców w latach 2015-2018, ułatwione w 2016 r. procedury zatrudniania dla migrantów z Bałkanów czy migracje zarobkowe z innych krajów UE. W 2018 r. w Niemczech nieobsadzonych pozostawało 1,2 mln. miejsc pracy, a wg. badań Fundacji Bertelsmann’a liczba specjalistów imigrujących z innych państw UE będzie się zmniejszać ze względu na problemy demograficzne i ekonomiczne, których doświadczają pozostałe kraje UE. To zmusiło Niemcy do zmian w polityce imigracyjnej. Nowe przepisy ułatwiające dostęp do niemieckiego rynku pracy cudzoziemcom wejdą w życie już 1 marca br. Czy to dla nas powód do paniki? Na pewno nie na początku.

Niemcy nie są jeszcze przygotowani proceduralnie na otwarcie swojego rynku pracy. Nadal nie opracowali przepisów wykonawczych, rozporządzeń, które opisywałoby, jak ten proces miałby wyglądać. Praca administracyjna związana chociażby z samym wydawaniem zezwoleń jest ogromna. Dlatego, w tym roku nie musimy obawiać się znaczącego odpływu Ukraińców do Niemiec. Co nie znaczy, że możemy osiąść na laurach i nie zadbać o to, żeby chcieli u nas zostać. – mówi Ewelina Glińska-Kołodziej, Dyrektor Operacyjny Trenkwalder Polska, agencji rekrutacji.

KTO WYJEDZIE DO NIEMIEC?

Obcokrajowcy będą mogli podjąć zatrudnienie w Niemczech w każdym zawodzie, a nie jak dotychczas  w wybranych sektorach. Pracodawca niemiecki nie będzie też musiał uprzednio sprawdzać dostępności lokalnej siły roboczej. Najbardziej poszukiwani są lekarze, fizjoterapeuci, pielęgniarki, eksperci w dziedzinie lotnictwa czy technologii energetycznej, inżynierowie, specjaliści IT i z branży budowlanej. Warunkiem zatrudnienia ma być znajomość języka niemieckiego na poziomie B2 i posiadanie kwalifikacji zawodowych uznanych w Niemczech.

B2 to praktycznie swobodne porozumiewanie się w danym języku. Niemcy są tu restrykcyjni i jak na razie nie przewidują sytuacji, w której brygadzista zna niemiecki, a pracownicy szeregowi już nie. Zrobiliśmy badanie wśród blisko 2 tys. spośród Ukraińców, których zatrudniamy dla naszych klientów w Polsce i tylko 4 proc. zna język niemiecki, i to na poziomie podstawowym. To w większości pracodawcy produkcyjni, których najbardziej potrzebuje rynek. Oczywiście słychać głosy, i ja się z tym zgadzam, że absolwenci uniwersytetów ukraińskich, którzy znają języki obce mogą być atrakcyjni dla rynku niemieckiego. – dodaje Ewelina Glińska-Kołodziej

Bariera językowa to na pewno przeszkoda, ale niewykluczone, że Niemcy mogą po jakimś czasie zmniejszyć swoje oczekiwania, byle tylko pozyskać dobrego pracownika. Magnesem są oczywiście dużo wyższe zarobki od proponowanych w Polsce. Nawet po podniesieniu płacy minimalnej od 2020 r.

KONKURENCJA NIE TYLKO W NIEMCZECH

Ukraińcy przyjeżdżają do Polski za pracą od 2014 r. Widać jednak wyraźnie, że boom imigracyjny już się skończył. Wpływa na to poprawa sytuacji gospodarczej na Ukrainie – umocnienie hrywny, wzrost wynagrodzeń, nowe inwestycje. Drugim czynnikiem jest konkurencja ze stronny innych krajów europejskich. Chociaż polscy przedsiębiorcy z obawą patrzą głównie w stronę Niemiec, to warto z tyłu głowy pamiętać o krajach bałtyckich i Czechach.

Dla mnie największym zagrożeniem jest w tej chwili rynek czeski. Bardziej nawet niż niemiecki. Czesi w przeciągu ubiegłego roku poluzowali politykę związaną z wydawaniem zezwoleń na pracę dla obcokrajowców i zwiększyli limity zatrudnienia. To oznacza, że w 2020 r. są gotowi na przyjęcie większej liczby pracowników z zagranicy. Zarobki w Czechach są wyższe średnio o 100 euro niż w Polsce.
To naprawdę atrakcyjna oferta. Atutem jest stosunkowa bliskość geograficzna i kulturowa. Czesi są też gotowi, na to, aby tylko brygadzista znał język czeski
. – podkreśla Ewelina Glińska-Kołodziej.

JAK ZATRZYMAĆ PRACOWNIKA Z UKRAINY?

W Polsce może przebywać obecnie ok. 1,3 mln Ukraińców (dla porównania w Niemczech to ok. 250 tys.). Ukraińcy pracują najczęściej jako robotnicy przemysłowi i rzemieślnicy, operatorzy lub monterzy maszyn i urządzeń, pracownicy biurowi, sprzedawcy, w innych usługach. Wykonują tzw. prace proste, niewymagające wysokich kwalifikacji.

Na naszą korzyść przemawiają nadal wyższe zarobki niż na Ukrainie, bliskość geograficzna, która umożliwia Ukraińcom regularne podróże do domu i utrzymanie stałego kontaktu z rodziną, podobieństwo językowe i kulturowe, ułatwiające codzienną komunikację i umożliwiające zatrudnienie. Wsparciem jest także istniejąca w Polsce od wielu lat diaspora ukraińska. Czy to wystarczy jednak, żeby zatrzymać pracowników z Ukrainy w naszym kraju?

Ukraińcy są już bardziej zakorzenieni w Polsce, bardziej mobilni. Chociaż nadal są zainteresowani pracą w Polsce, to częściej przebierają w ofertach. Większość Ukraińców oczekuje bezpłatnego zakwaterowania oraz odpowiedniej opieki socjalnej. Często są zainteresowani dodatkowymi benefitami, jak np. dofinansowaniem do posiłków, kartami sportowymi, kartami wejścia do obiektów kulturalno-rozrywkowych, czy też dopłatami do dojazdów do pracy.mówi Daniel Sola, Dyrektor Projektów Międzynarodowych, Trenkwalder Polska.

Niemiecki rynek pracy może okazać się atrakcyjny także dla młodych Ukraińców, którzy ukończyli studia w Polsce i tu zdobyli doświadczenie zawodowe. Kilkuletni pobyt pozwolił im zapoznać się ze standardami polskiego rynku pracy, które są zbliżone do zachodnich i przezwyciężyć trudności integracyjne.

„CZUJ SIĘ JAK W DOMU”

Integracja społeczna ma duży wpływ na chęć pozostania w naszym kraju. Stąd tak ważna jest właściwa koordynacja pracownika od momentu przyjazdu do kraju przez cały okres zatrudnienia. To dodatkowe obciążenie logistyczne dla pracodawców, ale warto o to zadbać.

Uzyskiwanie pozwoleń, koordynowanie całej procedury legalizacji zatrudnienia w urzędach, które nadal mają opóźnienia w tym zakresie, to pracochłonny proces dla przedsiębiorców. Dlatego coraz więcej naszych klientów przekazuje nam te obowiązki, aby nie angażować własnych zasobów. Na potrzeby współpracy z naszymi klientami opracowaliśmy specjalny program dla pracowników z zagranicy „Czuj się jak w domu”, który zapewnia, m.in. koordynatora w języku ukraińskim, rosyjskim lub angielskim, pomoc w organizacji przyjazdu do Polski, pozyskanie wszystkich zezwoleń urzędowych, pomoc w założeniu konta bankowego czy w relokacji rodziny. Mam już feedback, że to się sprawdza.  – dodaje Daniel Sola.

„PRZYSPIESZYĆ” URZĘDY

Usprawnienie procedur legalizacji zatrudnienia i przyspieszenie pracy urzędów to temat, który wraca bumerangiem. Obecna ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy umożliwia zatrudnienie na podstawie oświadczenia na okres 6 miesięcy w kolejnych 12, a na podstawie zezwolenia – do 3 lat
i trzeba starać się o kolejne. Projekt nowej ustawy o rynku pracy przewiduje wydłużenie okresu ważności oświadczenia do 12 miesięcy. Wciąż trwają jednak nad nią prace i nie wiadomo, kiedy zostanie uchwalona. Tymczasem w Czechach i na Słowacji, które konkurują z nami o pracowników ukraińskich, już od dawna procedury są proste i działają sprawnie.

Obserwujemy poprawę obsługi cudzoziemców w Urzędach Wojewódzkich, co wpływa na skrócenie czasu oczekiwania na wydanie zezwolenia na pracę. Przykładowo, w województwie łódzkim w zeszłym roku czekaliśmy na wydanie zezwolenia 3 miesiące, a obecnie 2 miesiące. Urząd prognozuje, że w marcu czas oczekiwania wyniesie miesiąc. Nadal nie jest to jednak standard ogólnopolski. Potrzebne jest nie tylko uproszczenie, ale i ujednolicenie procedur we wszystkich urzędach. To jeden z istotnych czynników wpływających na konkurencyjność naszego rynku pracy. – podkreśla Daniel Sola.

Warto, aby przedsiębiorcy upomnieli się u ustawodawcy o przyspieszenie procedur legalizacji zatrudnienia cudzoziemców. Jeśli nie zatrzymamy Ukraińców, to na poszukiwanie pracowników zostanie nam Azja i Afryka. A to bardzo kosztowne źródło pozyskania pracownika – przystosowanie zakładu pracy pod kątem języka angielskiego (m.in. procedury BHP, instrukcje stanowiskowe), czas oczekiwania na pozwolenia i rozpoczęcie pracy to nawet 6 miesięcy. Do tego dochodzą bilety lotnicze i opłacenie zakwaterowania w Polsce. To koszt rzędu 6 tys. złotych na jednego pracownika, który będzie u nas pracował przez 12 miesięcy (na tyle wydawana będzie wiza). Oczywiście można starać się o pozyskanie zezwolenia na pobyt związany z pracą i obcokrajowiec zostanie dłużej.

Jeśli jednak chcemy zatrzymać pracowników z Ukrainy w Polsce, to mamy praktycznie ten rok na to, aby sprawić, że polski rynek pracy będzie konkurencyjny z niemieckim czy czeskim.

Ogromne przejęcie w sektorze finansowym. Franklin Resources kupuje konkurenta

Po wczorajszym dniu wolnym od handlu Amerykanie wrócili na giełdowe parkiety z nieco gorszymi nastrojami. Na początku notowań indeks S&P 500 stracił 0,4 proc., a Nasdaq i Dow Jones cofnęły się o 0,5 proc. Warto jednak pamiętać, że nim wczoraj w USA rozpoczęło się świętowanie z okazji Dnia Prezydentów, to wcześniej kontrakty terminowe wyznaczyły nowe historyczne szczyty hossy.

Do dzisiejszej korekty prowadzić może głównie ostrzeżenie płynące z największej spółki świata, czyli Apple. Firma z Cupertino poinformowała, że ustanowione do końca marca, czyli drugiego kwartału cele spółki, w tym ten związany z zyskiem mogą nie zostać osiągnięte z powodu koronawirusa. Inwestorzy zaczynają teraz zdawać sobie sprawę, że wpływ koronawirusa obniży wyniki pierwszego kwartału i może mieć znaczący wpływ na globalną gospodarkę. Apple ostrzega przed ograniczeniem w produkcji, sprzedaży oraz w zyskach, co także wpływa na firmy będące dostawcami podzespołów. Należy jednak pamiętać, że cena akcji firmy prowadzonej przez Tima Cooka od początku roku, mimo dzisiejszego cofnięcia, wzrosła o ponad 7,5 proc. Stąd też każdy niekorzystny news może być okazją do korekty notowań.

Po ogromnym wzroście notowań pozytywnie z kolei nie przestaje zaskakiwać Tesla. Dziś akcje spółki drożeją po otwarciu notowań o ponad 6 proc. Z jednej strony za wzrost ma odpowiadać zmiana wśród trzech głównych niedźwiedzio nastawionych analityków z Wall Street, którzy podnieśli swoje ceny docelowe. Mimo braku zmiany nastawienia, to już sama zmiana ceny to niewielki znak, że nawet niedźwiedzie potwierdzają, że szukają pioniera wśród pojazdów elektrycznych. Dodatkowo Tesla poinformowała, że dążąc do obniżenia kosztów produkcji, chce wprowadzić nowy rodzaj akumulatorów. Mowa o akumulatorach od firmy CATL, z którą Tesla ma prowadzić zaawansowane rozmowy, a które to nie zawierają kobaltu, który jest jednym z najdroższych metali stosowanych w akumulatorach pojazdów elektrycznych. Taka zmiana mogłaby oznaczać, że po raz pierwszy amerykański producent uwzględniłby w swojej ofercie tzw. baterie LFP. Cena akcji przekroczyła 850 USD.

Dziś informacją dnia jest najprawdopodobniej informacja o przejęciu przez Franklin Resources (prowadzącego np. znany w Polsce fundusz Franklin Templeton) swojego konkurenta Legg Mason za kwotę 4,5 mld dolarów. W ten sposób powstanie firma z aktywami wartymi 1,5 biliona dolara. Franklin poinformował, że kupi Legg Mason po 50 dolarów za akcję, co spowodowało dzisiejszy skok notowań o ponad 20 proc. Z kolei akcje Franklin Resources podrożały o ponad 8 proc. Konsolidacja rynku ucieszyła, jak widać, inwestorów obydwu spółek, ponieważ przeprowadzenie transakcji ma dać oszczędności rzędu 200 mln USD rocznie. Transakcja ma zostać sfinalizowana do końca trzeciego kwartału 2020 r., a do jej przeprowadzenia potrzebna jest jeszcze zgoda akcjonariuszy Leg Mason.

Departament Zarządzania Aktywami

Copernicus Capital TFI S.A.

Policjanci będą trenować strzelanie replikami broni sprzężonymi z wirtualną rzeczywistością. Rozwiązanie polskiego start-upu znajdzie zastosowanie także w e-sporcie

Z wirtualnej rzeczywistości korzysta nie tylko przemysł gier i rozrywki. Coraz częściej nowa technologia sprawdza się w szkoleniach, chętnie sięgają po nią także służby mundurowe. Dzięki VR policjanci mogą wczuć się w ludzi, których mogli zabić. Inna aplikacja pozwala im trenować przesłuchania. Polska firma przygotowała zaś symulację treningów strzeleckich na realnych replikach broni, a specjalna kamizelka umożliwia odczucie wystrzału. Jednocześnie aplikacja mierzy czas przeznaczony na przygotowanie i wykonanie strzału.

– W 11Bullets stworzyliśmy unikalny projekt, w którym w wirtualnej rzeczywistości można postrzelać na realnych replikach broni. Ten projekt skierowany jest do służb mundurowych, które mogą realizować swój trening w VR, ale także na rynek sportowy, jak i na rynek rozrywkowy, np. turniejów e-sportowych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Paweł Rut z 11Bullets.

Służby mundurowe już od kilku lat wykorzystują możliwości, jakie daje rozszerzona i wirtualna rzeczywistość. Wojsko stosuje VR, by przygotować żołnierzy do misji. Uczy ich w ten sposób podejmować decyzję w ciągu chwili. Także policjanci podczas szkoleń sięgają po wirtualną rzeczywistość. W Stanach Zjednoczonych biorą oni udział w obowiązkowych szkoleniach z empatii. Wczuwają się w rolę potencjalnej ofiary, w ten sposób ma się zmniejszyć odsetek liczby interwencji z użyciem broni. Zwłaszcza że, jak pokazują statystyki Ruderman Family Foundation, blisko połowa osób, które umierają z rąk policji, to niepełnosprawni.

Inne aplikacje pozwalają policjantom przećwiczyć technikę przesłuchań, jeszcze inne umożliwiają im walkę ze stresem, np. poprzez chodzenie po stalowej belce na ogromnej wysokości. Polacy stworzyli zaś zestaw elementów, który daje służbom mundurowym możliwość strzelania na prawdziwych replikach broni w VR.

– W naszym rozwiązaniu możemy nie tylko strzelać, ale też odczuwamy postrzał. Mamy specjalną kamizelkę, w której odczuwa się efekt postrzału. Na zestaw składają się: replika broni, która jest zgodna wagowo i pod względem zachowania z realną bronią, kamizelka sensoryczna oraz oprogramowanie, które daje możliwości symulacyjne różnych sytuacji strzeleckich lub ćwiczeń strzeleckich – tłumaczy Paweł Rut.

To rozwiązanie zarówno dla służb mundurowych, jak i dla wszystkich, którzy chcą sprawdzić swoje umiejętności strzeleckie. W przypadku policjantów pozwala jednak nie tylko przypomnieć charakterystyczne właściwości poszczególnych broni, lecz także zautomatyzować wszystkie procesy.

– Nasza autorska elektronika umożliwia śledzenie broni od wyjęcia z kabury, przez wszystkie czynności strzeleckie, czyli przeładowanie, odbezpieczenie broni, oddanie strzału, wymianę magazynka, zmianę trybu pracy broni czy trybu strzału. Jesteśmy w stanie mierzyć czasy tych czynności oraz wskazywać słabe punkty. To istotne dla służb mundurowych, gdzie w sytuacjach bojowych ten, kto szybciej wyciągnie broń, uzyskuje przewagę taktyczną – wskazuje ekspert.

Jak przekonuje, rozwiązanie 11Bulltes może też być traktowane jako zwykła rozrywka. Wystarczy niewielkie pomieszczenie, by ćwiczyć swoje umiejętności. Można też dołączyć do ligi sportowej, trenować i rywalizować z innymi graczami o zwycięstwa i puchary.

– Drugim rynkiem, też bardzo ciekawym, jest strzelectwo sportowe. Każdy zawodnik przygotowujący się do turnieju sportowego, gdzie strzela się ostrą amunicją, wystrzeliwuje około 400 naboi dziennie. Koszt jednego naboju to jedna złotówka, więc taki trenażer przeznaczony na rynek sportowy jest bardzo pożądany ekonomicznie – przekonuje Paweł Rut.

Z zapowiedzi wynika, że produkt może trafić na rynek jeszcze w tym roku.

Polacy chcą zrewolucjonizować diagnostykę obrazową w ortopedii. Tworzą pierwsze na świecie rozwiązanie do automatycznej oceny stanu ścięgna Achillesa

Rozwiązanie opracowywane przez polskich naukowców pozwoli na skrócenie czasu badania rezonansem magnetycznym z 30 do zaledwie 5 minut. Wykorzystanie sztucznej inteligencji do oceny obrazu ścięgna Achillesa zautomatyzuje proces diagnozowania, co usprawni pracę radiologów. Uczenie maszynowe już dziś pozwala opracowywać rozwiązania interpretujące wyniki badań obrazowych i umożliwiające redukowanie dawki promieniowania potrzebnego do przeprowadzenia badań.

– Skupiamy się na wykorzystaniu metod sztucznej inteligencji, w szczególności głębokiego uczenia i konwolucyjnych sieci neuronowych w analizie obrazów medycznych. Pracujemy z badaniami rezonansu magnetycznego ścięgna Achillesa. Nasze rozwiązanie pozwala w automatyczny sposób ocenić kilka standardowych cech, które radiolodzy oceniają w takim badaniu – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Bartosz Borucki z Uniwersytetu Warszawskiego.

Opracowywane przez polskich naukowców rozwiązanie pozwoli w dużej mierze zautomatyzować proces wykonywania i interpretacji badania rezonansem magnetycznym. To z kolei może znacznie skrócić czas, jaki radiolog musi poświęcić na zajmowanie się jednym pacjentem, a w rezultacie – rozwiązać problem długiego oczekiwania na opis badania. W kwietniu minionego roku zostały zniesione limity na badania obrazowe rezonansem, co skróciło kolejki do pracowni RM. W wyniku niedoborów kadrowych znacznie wydłużył się jednak czas od badania do otrzymania jego wyników.

– Badanie rezonansu magnetycznego możemy skrócić mniej więcej do 5–10 minut zamiast 30 minut i zautomatyzować proces oceny. W związku z tym mniej czasu radiologa jest potrzebne do wykonania końcowej oceny, więc na pewno usprawniamy te procesy. Automatyzując część rzeczy, chcemy zwiększyć przepustowość systemu diagnostyki obrazowej. Chcemy też rozwiązać problem związany z wykorzystaniem technik obrazowania rezonansu magnetycznego w ortopedii. Kryje ono bardzo duży potencjał ciągłego wykorzystania. Jeżeli usprawnimy to badanie, zmniejszymy jego czas i obniżymy koszt, będzie można dużo częściej wykorzystywać tę technikę w ortopedii – mówi Bartosz Borucki.

Tymczasem naukowcy na świecie próbują opracowywać alternatywne dla RM metody badania pozwalające uzyskać trójwymiarowy obraz. Izraelski start-up Zebra Medical ogłosił współpracę z irlandzką firmą DePuy (spółką zależną Johnson & Johnson) w zakresie opracowywania i komercjalizacji opartych na pracy sztucznej inteligencji programów tworzących modele 3D na podstawie dwuwymiarowych zdjęć rentgenowskich. Ma to pozwolić uniknąć nadmiernej ekspozycji pacjenta na promieniowanie, z jakim mamy do czynienia w przypadku tomografii komputerowej lub rezonansu magnetycznego.

Zebra Medical już dziś wykorzystuje natomiast uczenie maszynowe do oceny ryzyka, a także występowania złamań osteoporotycznych poprzez klasyfikację i korelację różnych wyników gęstości kości, naśladując wyniki DXA (absorpcjometria rentgenowska podwójnej energii) i analizując strukturę kości. Polskie rozwiązanie może natomiast zrewolucjonizować proces diagnozowania urazów ścięgien i więzadeł.

– Na rynku istnieją cztery podobne rozwiązania w obszarze problematyki mięśniowo-szkieletowej i ortopedycznej. Żadna firma na tę chwilę nie oferuje jednak rozwiązań konkretnie dla ścięgna Achillesa ani w ogóle dla problemów ścięgien i więzadeł. Mamy rozwiązanie, które jest bardzo obiektywne. Daje ono numeryczne, ustrukturyzowane wyniki, zatem nie podlega subiektywizmowi oceny radiologicznej – zapewnia ekspert.

Odbiorcami tego rozwiązania mają być przede wszystkim centra diagnostyki obrazowej, ortopedzi i przychodnie medycyny sportowej. Uniwersytet Warszawski stara się o uzyskanie certyfikatu amerykańskiej Agencji ds. Leków i Żywności  (FDA). Dzięki niemu możliwa stanie się komercjalizacja rozwiązania.

Raport opracowany przez Mordor Intelligence wskazuje, że światowy rynek sztucznej inteligencji w medycynie został w 2019 roku wyceniony na 3,14 mld dol. Do 2025 roku przychody mają sięgnąć niemal 24 mld dol. przy zachowaniu  średniorocznego tempa wzrostu na poziomie ponad 40 proc.

Dobry wybór firmy kurierskiej – co porównać planując cykliczne przesyłki?

Dobry wybór firmy kurierskiej odpowiedzialnej za dostawy przesyłek jest szczególnie istotny jeśli to paczki cykliczne, regularne i dostarczane np. przez sklep internetowy. Jednak nawet nie działając w branży e-commerce, należy starannie przeanalizować rynek kurierski. Efektami będą niskie ceny, lepsza jakość obsługi i dodatkowe rozwiązania – np. powiązane z liczbą obsługiwanych przesyłek.

Firmy kurierskie w Polsce to kilka powszechnie znanych marek międzynarodowych i dziesiątki mniejszych firm – również działających lokalnie – o zdecydowanie mniejszym zasięgu. W sumie kurierzy obsługują, jak pokazują dane z 2018 r., ponad 400 mln paczek rocznie. Do największych marek na polskim rynku zaliczają się:

  • DPD – Dynamic Parcel Distribution
  • UPS – United Parcel Service
  • DHL Parcel
  • GLS – General Logistics Systems
  • FedEx
  • InPost
  • Poczta Polska

To tylko część z marek, które zapewniają usługi kurierskie w Polsce. Jak przy tak dużej konkurencji i możliwościach wyboru prawidłowo wybrać dobrą firmę dostarczającą paczki, przesyłki, koperty czy też produkty niestandardowe – np. całe palety? Chcesz zamówić kuriera, ale nie wiesz, na co zwracać uwagę? Sprawdź nasze porady.

Czynniki, które decydują o jakości firmy kurierskiej

Wybierając kuriera dla sklepu internetowego czy po prostu firmy regularnie zlecającej przesyłki standardowe i nietypowe, warto bardzo starannie przeanalizować oferty, cenniki i regulacje poszczególnych marek. Oczywiście naturalnym kryterium wyboru są stawki kurierskie i to, czy dana firma zapewnia np. specjalne pakiety dla firm lub cennik uzależniony od ilości zleceń. Niemniej istotne są jednak inne aspekty. To np. jakość usług – ogólna ocena dostawcy i opinie o obsłudze. Dobrym rozwiązaniem jest weryfikacja firmy kurierskiej pod kątem np. terminowości czy obsłudze dostawy pod kątem technicznym. Wiele firm zwraca też uwagę na szybkość, łatwość i intuicyjność składania zleceń – szczególnie w sytuacji, gdy kluczowym źródłem staje się internet. Istotny jest też rodzaj oferowanych usług – np. szerokie możliwości odbioru paczki od nadawcy, godziny dostarczeń do adresata.

Broker kurierski – porównanie cen i warunków dostawy

Kluczowe dla prawidłowego wyboru firmy przewozowej jest staranne porównanie warunków. Świetnie sprawdza się w tym przypadku broker kurierski. Tak działa serwis KurJerzy.pl – automatycznie generujący zestawienie wszystkich informacji o aktualnych cennikach danych podmiotów logistycznych. Przez internet wskazuje, które firmy kurierskie są gotowe podjąć przesyłkę o określonych gabarytach danego dnia. Na podstawie wewnętrznych danych operatorów generuje ceny i umożliwia automatyczne zlecenie usługi kurierskiej online – od wskazania marki po dokonanie płatności i wygenerowanie dokumentów. Co szczególnie ważne: dobry broker kurierski obsługuje w tym standardzie zarówno przesyłki krajowe jak i zagraniczne. Dotyczy to również paczek adresowanych poza granice Europy. Zdecydowanie ułatwia więc wybór firmy kurierskiej niezależnie od tego, jaka jest specyfika produktu, który podlega transportowi.

Darmowe pożyczki – kto może skorzystać z oferty?

W ofercie coraz większej liczby firm pozabankowych pojawiły się darmowe pożyczki. Oferty kuszą brakiem kosztów, ale czy są odpowiednie dla każdego i na wszystkie wydatki? O tym dowiesz się poniżej.

Dla kogo jest darmowa pożyczka?

Darmowa pożyczka jest przeznaczona dla osób, które chciałyby maksymalnie oszczędzić na pożyczaniu pieniędzy. Już sam fakt wnioskowania o pożyczkę daje nam informację, że sytuacja finansowa konkretnej osoby nie jest najlepsza, a więc siłą rzeczy takiemu klientowi będzie zależało na jak największym ograniczeniu kosztów pożyczki. Koszty te można całkowicie wyeliminować, jeśli skorzystamy z oferty darmowej pożyczki. Pożyczka za darmo oczywiście nie zdejmuje z nas konieczności spłaty kwoty pożyczonej, ale za to umożliwia wyeliminowanie jakichkolwiek kosztów pożyczki. Dokładniej rzecz ujmując, pożyczenie pieniędzy nic nas nie kosztuje. Darmowe pożyczki zebrane na 7pozyczki.pl/darmowe-pozyczki, są dostępne obecnie w niemalże każdej firmie pożyczkowej, ale tylko dla określonych klientów. Darmowa pożyczka to promocja dla nowych klientów, którzy nie pożyczali jeszcze pieniędzy w danej firmie. Każdy klient firmy pożyczkowej ma możliwość jeden raz skorzystać z oferty darmowej chwilówki do określonej kwoty. Każda kolejna pożyczka w tej firmie będzie już płatna, ale klienci nauczyli się sprytnie to obchodzić, mianowicie za każdym razem korzystają z innej oferty, dzięki czemu mogą wziąć kilka darmowych chwilówek. Sposób ten jest w pełni legalny, ale czy rozsądny – o tym trzeba zdecydować samodzielnie.

Darmowa pożyczka – czy na wszystkie wydatki?

Darmową chwilówkę można wydać na dowolne cele, a to dlatego, że firmy pożyczkowe nie stawiają żadnych warunków dotyczących wykorzystania pieniędzy pochodzących z pożyczek. W przypadku pożyczek pozabankowych nie funkcjonuje ich celowość, a więc mogą być one rozdysponowane na różne wydatki. Trzeba jednak zauważyć, że pierwsza pożyczka za darmo ma zwykle ograniczoną kwotę. W zależności od firmy może to być od 1000 do 6000 zł, ale zwykle darmowe pożyczki są udzielane do kwoty 3000 zł. Już sam fakt ograniczenia maksymalnej kwoty pierwszej pożyczki sprawia, że nie będzie ona odpowiednia na wszystkie wydatki, dlatego że na niektóre nam po prostu nie wystarczy. Za taką pożyczkę nie da się wykonać kompleksowego remontu mieszkania czy kupić kilkuletniego samochodu. Niska kwota pożyczki może być natomiast spożytkowana na mniejsze wydatki, na przykład malowanie mieszkania, zakup sprzętu AGD lub naprawę samochodu.

Kiedy darmowa pożyczka to za mało?

Są sytuacje, kiedy darmowe pozabankowe chwilówki to za mało, a nasze potrzeby są większe. W takich sytuacjach część klientów decyduje się na wzięcie dwóch pożyczek jednocześnie w różnych firmach lub zaciągnięcie pożyczki na raty. Jedno i drugie rozwiązanie ma swoje wady i zalety. Jeśli znajdziesz oferty pożyczek bez BIK w dwóch różnych firmach i uda Ci się wziąć dwie pożyczki za darmo, to na pewno unikniesz kosztów, ale też musisz mieć pewność, że spłacisz w terminie oba zobowiązania. Większość darmowych pożyczek jest udzielana maksymalnie na 30 dni, więc mocno zawęża to skalę możliwości finansowych.

Ogólne warunki pożyczki za darmo

Pożyczkę za darmo może otrzymać każdy nowy klient wybranej firmy pożyczkowej, o ile ta firma ma taką promocję. Listę firm z ofertą darmowej pożyczki znajdziesz w portalu 7POŻYCZKI.PL. Uzyskanie pozytywnej decyzji pożyczkowej wymaga spełnienia kilku zasadniczych warunków, a wśród tych warunków można wymienić między innymi posiadanie polskiego obywatelstwa i adresu na terenie Polski, określony wiek oraz dysponowanie numerem rachunku osobistego i numerem telefonu komórkowego. Większość firm pożyczkowych nie wymaga zaświadczeń o dochodach, ale trzeba być gotowym na przedstawienie oświadczenia o dochodach, czyli informacji o wysokości dochodów. Na podstawie tej informacji firma pożyczkowa ocenia, czy klient ma zdolność kredytową do spłaty pożyczki w określonej kwocie.

Zanim zdecydujesz się na wzięcie darmowej pożyczki, musisz sobie uzmysłowić, że oferta taka obowiązuje tylko w przypadku terminowej spłaty. W regulaminach firm pożyczkowych są punkty mówiące o tym, że klienci nie ponoszą żadnych kosztów związanych z pierwszymi pożyczkami tylko w sytuacji, kiedy spłacą je w terminie. Jeżeli przekroczysz termin spłaty pożyczki online, naliczone będą dodatkowe koszty, których wysokość może czasami przekroczyć standardowy koszt pożyczki. Możliwość wzięcia chwilówki za darmo nie znosi z pożyczkobiorcy obowiązku dbałości o terminową spłatę. Pożyczka taka jest jedynie ułatwieniem, ale tylko dla sumiennych klientów. Nieuważni mogą się narazić na niepotrzebne koszty.

Hakerzy Hamasu próbowali podsłuchać wojsko Izraela. Polscy żołnierze i pracownicy Resortu Obrony też mogą być narażeni

Hakerzy nie ustają w pomysłach. Tym razem ofiarą cyberbojówki Hamasu, padli żołnierze armii Izraela. Żołnierze otrzymywali liczne wiadomości na swoje telefony komórkowe, a korespondencja wysyłana była z fikcyjnych kont, należących do młodych, atrakcyjnych kobiet, popularnych w mediach społecznościowych. W rzeczywistości adresy należały do hakerów palestyńskiej organizacji polityczno-militarnej.

W podobny sposób – za pomocą scamu, czy innych odmian socjotechnik – mogą być atakowani żołnierze, politycy oraz cywile na całym świecie, ostrzegają specjaliści cyberbezpieczeństwa z Check Point.

O skali zagrożenia świadczy komunikat wysłany przez Służba Kontrwywiadu Wojskowego (SKW) pod koniec zeszłego roku (XI 2019), który ostrzega żołnierzy, pracowników wojska i urzędników MON przed używaniem popularnych komunikatorów. Z informacji ujawnionych przez portal tvn24.pl* wynika, że Wojskowy kontrwywiad wyraża obawy o wykorzystywanie komunikatorów internetowych (np. WhatsApp, Viber) przez kadrę i pracowników w Resorcie Obrony Narodowej w celach służbowych, gdyż nie zapewniają one bezpieczeństwa korespondencji. W ostrzeżeniu SKW dodaje, że dane o użytkownikach komunikatorów i treści rozmów przechowywane są na serwerach usługodawcy (zazwyczaj zagranicznego) co sprawia, że poufność zapewniana przez producentów jest pozorna.

Fakt wykorzystywania komunikatorów przez polityków oraz przedstawicieli służb wojskowych było głośno w 2019 roku. Teraz polski kontrwywiad prosi o zastosowanie się do zaleceń i służbowego wykorzystania.

W Izraelu wojskowe służby bezpieczeństwa odpowiednio wcześnie wykryły oszustwo Hamasu i uniemożliwiły dotarcie islamskiej grupie bojowników do poufnych i tajnych materiałów. Była to już trzecia próba wrogiego przejęcia informacji z kilkudziesięciu telefonów należących do wojskowych.

Oceniamy, że nie doszło do znaczącego naruszenia informacji – powiedział agencji Bloomberg rzecznik izraelskiego wojska ppłk Jonathan Conricus.

Obawy polskich służb są uzasadnione, biorąc pod uwagę analizy izraelskich specjalistów bezpieczeństwa, którzy ujawnili, że Hamas korzystał z wielu platform mediów społecznościowych, w tym WhatsApp, Facebook, Instagram i Telegram, aby nawiązać kontakt z niczego niepodejrzewającymi żołnierzami. Udając w mediach społecznościowych młode kobiety, grupa nawiązywała znajomości z żołnierzami, wysyłając im zdjęcia, SMS-y i wiadomości głosowe. „Kobiety” wysłały żołnierzom linki, aby przekonać ich do pobrania aplikacji podobnej do Snapchata, służącej wymianie zdjęć, które mogą szybko zniknąć. W rzeczywistości były to linki do trzech szkodliwych programów – Catch & See, ZatuApp i GrixyApp – które pozwalały Hamasowi uzyskać dostęp do telefonów żołnierzy.

Sukces tego typu mobilnych kampanii internetowych wynika z dwóch głównych czynników: Po pierwsze, rosnącej zależność od nas wszystkich od telefonów komórkowych i zainstalowanych na nich aplikacji; po drugie z braku świadomości na temat tego, jak łatwo można używać telefonów komórkowych jako wektorów ataków. Obecnie wszystkie znane złośliwe programy są przystosowane do telefonów komórkowych – mówi Jonathan Shimonovich szef działu Mobile Cyber Research w Check Point Software Technologie.

Rzecznik izraelskiego wojska nie chciał ujawnić ilu żołnierzy było celem hakerów. Poinformował jednak, że dziesiątki z nich pobrały złośliwe oprogramowanie, jednak żołnierze stosunkowo wcześnie zgłosili podejrzane aktywności, umożliwiając armii i służbie bezpieczeństwa wewnętrznego – Shin Bet – monitorowanie telefonów i ochronę danych wrażliwych.

*źródło: https://tvn24.pl/polska/wojskowy-kontrwywiad-ostrzega-zolnierzy-pracownikow-wojska-i-urzednikow-mon-przed-uzywaniem-komunikatorow-ra985351-2294554

Pieniądz w grze

Rok 2020 przyniósł ze sobą wzrost płacy minimalnej. W związku z wyższymi kosztami zatrudnienia, pracodawcy mogą szukać sposobów na optymalizację kosztów. Może się to przełożyć na wynagrodzenia lepiej opłacanych pracowników, trudności ze zdobyciem awansu, czy premii. Mimo to, polscy pracownicy optymistycznie oceniają swoje szanse na rozwój kariery. Z ostatniego badania „Confidence Index” przygotowanego przez Michael Page wynika, że niemal 43 proc. ankietowanych liczy na poprawę swojej sytuacji zawodowej w ciągu najbliższych 12 miesięcy.

Gdy chodzi o pieniądze…

Badanie firmy rekrutacyjnej Michael Page „Confidence Index” za IV kwartał 2019 r. pokazuje, że z wysokości wynagrodzenia zadowolony jest więcej niż co drugi (54 proc.) Polak. W analogicznym okresie w 2018 r. pozytywnie wysokość pensji oceniało jedynie 38 proc. z nas. Dla 49 proc. Polaków, niesatysfakcjonująca pensja jest jednym z głównych pretekstów do zmiany pracy, obok chęci poszerzenia zakresu kompetencji i kwalifikacji (59 proc.) oraz braku perspektyw dalszego rozwoju zawodowego (40 proc.). Z analiz przeprowadzonych przez BCC wspólnie z Akademią Ekonomiczno-Humanistyczną w Warszawie wynika, że w 2019 r. aż 87 proc. firm miało problemy z pozyskaniem nowych pracowników, a jedną z głównych przyczyn był wzrost oczekiwań finansowych kandydatów.

Pensja minimalna w Polsce vs. w Europie

Wzrost płacy minimalnej, która od 1 stycznia 2020 r. wynosi 2600 zł brutto, w nieznacznym stopniu poprawił sytuację naszego rodzimego rynku pracy w porównaniu do standardów europejskich. Wg danych Eurostat, płaca minimalna w Polsce przekroczyła graniczną wartość 500 euro miesięcznie, co pod względem płac plasuje Polskę obok takich państw jak m.in. Grecja, Estonia, Czechy, czy Chorwacja. Do niedawna znajdowaliśmy się w ostatniej grupie państw z najniższą krajową nieprzekraczającą 500 euro miesięcznie.

– Z naszego badania „Confidence Index” wynika, że zadowolonych z warunków zatrudnienia i ogólnej sytuacji na rynku pracy jest 62 proc. Polaków. Pod tym względem przewyższamy europejską średnią o 4 p.p., a wśród wszystkich przebadanych krajów lepsze noty rodzimemu rynkowi pracy wystawili tylko Niemcy, Szwedzi, Austriacy i Luksemburczycy. Co więcej, aż 78 proc. z nas uważa, że sytuacja na polskim rynku pracy jeszcze się poprawi. To, zaraz po Szwecji (79 proc.), drugi najbardziej optymistyczny wynik wśród ankietowanych z 14 państw – mówi Piotr Dziedzic, senior dyrektor w Michael Page.

Kto zyska?

Wzrost pensji minimalnej będzie miał największe znaczenie dla firm, gdzie większość pracowników pracuje za najniższą stawkę krajową. Natomiast w przypadku specjalistów i kadry zarządzającej nie będzie miało to bezpośredniego przełożenia na ich wynagrodzenia.

– Co oczywiste, ich pensje mogą rosnąć, jednak na podwyżki bardziej oddziaływać będą inne czynniki, np. rozwój branży i firmy, niedobór kandydatów o pożądanych umiejętnościach, czy duża rotacja kadr na danym stanowisku. Deficyt pracowników szczególnie dotkliwy będzie nadal dla sektora IT, choć podejrzewamy, że pensje specjalistów nie będą zwiększać się tak drastycznie jak do tej pory. Rósł będzie także popyt na pracowników z doświadczeniem w obszarze e-commerce i digital, co wiąże się
z intensywnym rozwojem tych branż. Na brak ofert nie powinni narzekać specjaliści z rynku nieruchomości, zwłaszcza Asset Managerowie i Property Managerowie. Ich pensje w ciągu roku zwiększają się średnio o 10-15 proc. W obszarze łańcucha dostaw płace specjalistów rosną średnio 5 proc. w ciągu roku, a dodatkowych podwyżek mogą spodziewać się również kandydaci z doświadczeniem w logistyce e-commerce oraz eksperci ds. automatyzacji. W branży produkcyjnej, poza wzrostem wynagrodzeń na najniższych stanowiskach, spodziewamy się, że zwiększą się także płace osób technicznych, np. automatyków, elektromechaników, inżynierów, czy techników
– komentuje Piotr Dziedzic.

Wyzwania dla pracodawców

Utrzymująca się rekordowo niska stopa bezrobocia, która wg danych GUS, w grudniu 2019 r. wynosiła 5,2 proc., sprawia, że o kandydatów na rynku pracy jest coraz trudniej. Pracodawcy szukają nowych rozwiązań, które pozwolą im przyciągnąć talenty i utrzymać obecnych pracowników. W związku z tym oferują szeroki pakiet benefitów i dodatków pozapłacowych, które mogą stanowić uzupełnienie regularnego wynagrodzenia lub formę premii.

Z niedoborem pracowników boryka się wiele firm w Polsce. Rosnąca presja płacowa stanowi dodatkowe wyzwanie dla przedsiębiorców, dlatego coraz częściej chcą oni przyciągnąć nowych kandydatów rozmaitymi dodatkami. Nasze badanie „Confidence Index” pokazuje, że do najbardziej pożądanych benefitów należą prywatna opieka zdrowotna (91,9 proc.), ubezpieczenie na życie 80,3 proc.), zachowanie work-life balance (95,1 proc.) oraz dostęp do szkoleń branżowych (95,1 proc.). Dodatki pozapłacowe są negocjowalnym elementem naszego wynagrodzenia, podobnie jak sama pensja, dlatego często podwyżka może obejmować poszerzenie pakietu benefitów lub dofinansowanie różnych aktywności jak np. kursy językowe. – podsumowuje Piotr Dziedzic z Michael Page.

Koronawirus groźny dla Apple. Chorobowe zaburzenia nastroju inwestorów

Ostrzeżenie od Apple o niezrealizowaniu prognoz sprzedaży przerwało wczorajszy spokój na rynkach i posłużyło jako przypomnienie o ekonomicznych skutkach epidemii koronawirusa. Ale informacja o ryzykach, z jakimi mierzy się firma, dla której chiński rynek jest ważnym ośrodkiem produkcji i sprzedaży, nie powinna być dla nikogo zaskoczeniem. Jeśli dotychczas rynki były gotowe bagatelizować skutki wirusa, tak i teraz powinny otrząsnąć się z mini-szoku.

Apple, spółka o największej wartości na Wall Street, obawia się, że powrót chińskiej gospodarki do stanu sprzed epidemii może potrwać dłużej niż wcześniej szacowano, fabryki produkujące komponenty dla Apple dłużej będą wracać do pełnej aktywności, a chiński popyt na produkty będzie słabszy. Ostrzeżenie zgasiło wcześniejszy optymizm inwestorów, którzy jeszcze w poniedziałek znajdowali ukojenie w działaniach pomocowych chińskich władz i banku centralnego. Jednocześnie nie mogę oprzeć się wrażeniu, że podsycanie obaw na rynkach jest sztuczne i odstaje od tego, co widzieliśmy w poprzednich dniach, kiedy nawet gwałtowny skok liczby raportowanych przypadków zachorować w Chinach nie był w stanie na długo zepsuć nastrojów. Pogorszenie wyników finansowych Apple (oraz innych globalnych koncernów) nie powinno być obecnie dla nikogo zaskoczeniem. Nie zdziwiłbym się, że skok awersji do ryzyka z ostatnich godzin wyparuje, jak tylko na rynek wrócą dyktujący warunki dla wszystkich inwestorzy z USA. Bagatelizowanie ryzyk i poprawianie historycznych rekordów stało się domeną Wall Street, którą szybko kopiuje Azja i Europa.

Na rynku walutowym pogorszenie nastrojów odzwierciedla się w presji na waluty ryzykowne – w G10 uderza to w waluty Antypodów i skandynawskie. W nocy na ten podatny grunt trafił protokół z posiedzenia RBA, co dodatkowo osłabia AUD. Jednak sądzę, że odbiór minutek nie byłby taki gołębi, gdyby nie dzisiejsze warunki. Z dokumentu w zasadzie nie dowiedzieliśmy się niczego nowego ponad to, co zawierał komunikat po posiedzeniu banku dwa tygodnie temu. W ocenie RBA wzrost gospodarczy będzie słabszy przez wpływ pożarów buszu i koronawirusa, ale jednocześnie odnotowano, że efekty będą tymczasowe, a podstawy globalnej gospodarki pozostają poprawne. W protokole podkreślono też ryzyka związane z dalszym luzowaniem polityki oraz zwrócono uwagę na role polityki fiskalnej. Ogólnie RBA pozostaje z optymistycznym poglądem na perspektywy gospodarki i wysoko ustawia poprzeczkę dla kolejnej obniżki stóp procentowych. Dzisiejsze osłabienie AUD wydaje się na wyrost i więcej ma w sobie ucieczki z długich pozycji niż celowego budowania krótkich pozycji. Powinno być łatwo o odbicie, kiedy nastroje się ustabilizują.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

ITMAGINATION: W 2019 r. wzrost zysku o 88 proc., zdecydowana większość z rynku globalnego

W 2019 roku polska firma ITMAGINATION uzyskała skonsolidowane przychody na poziomie ponad 90 mln zł. Wyraźnej poprawie uległ zysk netto, który wyniósł ponad 9 mln zł, o 88 proc. więcej w ujęciu do roku. Wzrost zysków wynika głównie z rozwoju na rynkach zagranicznych. Ich udział wynosi już blisko 70 proc. To realizacja długoterminowej strategii spółki.

Po wprowadzeniu korekt do strategii na przełomie 2018 oraz 2019 roku, ITMAGINATION zaliczyła kolejny dobry rok. Jest to zasługa zmian w zarządzie oraz postawieniu na rozwój międzynardowy, oparty o świadczenie innowacyjnych usług w branży fintech oraz dla spółek technologicznych. Firma stale koncentruje się na budowaniu trwałych fundamentów, które pozwolą bezpiecznie realizować strategię międzynarodowej ekspansji.

– Rok temu zakładaliśmy, że kontrakty zagraniczne będą stanowiły około 70 proc. naszych przychodów. Dziś możemy powiedzieć, że zrealizowaliśmy ten cel. Jesteśmy dumni, że dotychczasowi klienci decydują się na przedłużenie współpracy oraz, że do naszego portfolio dołączają kolejne projekty. W minionym roku rozpoczęliśmy prace dla międzynarodowych liderów m. in. z branży finansowej i automotive. W większości świadczymy usługi dla dużych korporacji, którym zależy na solidnym partnerze. ITMAGINATION dostarcza oczekiwaną jakość od ponad 11 lat. Dzięki nowym kontraktom, rok 2020 jest obfity w nowe wyzwania – mówi Daniel Arak, współzałożyciel i członek zarządu ITMAGINATION.

W 2019 roku firma istotnie zwiększyła rentowność. Wpływ na taki wynik miała poprawa efektywności kosztowej i operacyjnej. Zespoły ITMAGINATION działają teraz w nowej formule, która polega na lepszym wykorzystaniu kompetencji każdego specjalisty oraz wprowadzeniu modelu Innovation as a Service. Firma postawiła na rozwój pracy zdalnej, co pozwoliło na alokację większych środków na wynagrodzenia
dla ekspertów.

ITMAGINATION jako innowacyjna firma technologiczna mocno stawia na rozwój usług w chmurze. Rozwiązania cloud są obecnie jednym z dominujących trendów na rynku IT, a technologia jest wykorzystywana przez firmy z większości sektorów gospodarki. ITMAGINATION świadczy usługi implementacji zarządzania danymi na najlepszych globalnych platformach – Microsoft, Google i AWS.

– Od początku istnienia ITMAGINATION wyróżnialiśmy się tym, że nasza firma jest elastyczna i efektywna. Zatrudniamy obecnie około 450 specjalistów. Możemy nazwać się dużą organizacją, ale wciąż jest w nas motywacja, aby działać zwinnie i pokazywać świeżość. Każdego roku dokładamy starań, aby reagować na zmiany rynkowe i oczekiwania klientów. Jeśli chmura staje się przyszłością biznesu IT, my już to widzimy i czekamy z gotowymi rozwiązaniami – dodaje Daniel Arak.

Na początku 2020 roku ITMAGINATION dokonała przejęcia firmy tworzącej interfejsy mobilne – Maise z Krakowa. Dzięki akwizycji spółka poszerzy portfolio świadczonych usług, a klienci firmy będą otrzymywali wsparcie najwyższej jakości w zakresie User Interface i User Experience.

ITMAGINATION to polski software house, należący do najbardziej dynamicznych uczestników rynku usług IT. Firma specjalizuje się w tworzeniu dedykowanego oprogramowania i systemów analizy danych Business Intelligence oraz outsourcingu. Świadczy usługi informatyczne dla międzynarodowych firm, banków oraz instytucji sektora finansowego, handlowego, budowlanego, energetycznego i technologicznego.

Metoda “na koronawirusa” – jak cyberprzestępcy wykorzystują nasz niepokój

Sytuacje kryzysowe i społeczny niepokój sprzyjają cyberprzestępcom. Wraz z powszechnym zainteresowaniem rozwijającą się w Chinach epidemią powodowaną przez koronawirusa i międzynarodowymi działaniami na rzecz jej powstrzymania, pojawiły się także nowe metody cyberataków. Wykorzystując zamieszanie i niepewność użytkowników przestępcy rozsyłają phishing[1] z logo Światowej Organizacji Zdrowia (WHO).

Niebezpieczne linki

W wiadomości, która rzekomo ma pochodzić od WHO, znajdują się informacje o najczęstszych objawach zarażenia koronawirusem, a także zachęta do pobrania dokumentu dotyczącego sugerowanych przez organizację środków bezpieczeństwa. Link przekierowuje na stronę wizualnie przypominającą serwis WHO, która od razu prosi o zweryfikowanie adresu e-mail oraz podanie hasła do skrzynki – w ten sposób przestępcy zyskują dostęp do danych logowania ofiary.Email_phishing

Sama wiadomość jest bardzo prosta, a jej stworzenie zajęło przestępcom najwyżej kilka minut.  Na szczęście osoby płynnie posługujące się językiem angielskim szybko zauważą popełnione przez hakerów błędy ortograficzne i gramatyczne, co powinno zapalić pierwsze “czerwone lampki”. Również strona, na którą kieruje link z e-maila, wygląda podejrzanie. Jej nazwa nawiązuje do serwisu muzycznego, nie wyświetla się też zielona “kłódka” przed adresem, wskazująca na fakt, że strona posiada zweryfikowany i właściwy certyfikat bezpieczeństwa (co obecnie praktycznie nie zdarza się już w przypadku oficjalnych serwisów internetowych).strona_phishing

Jak się chronić?

Pod presją strachu i niepewności stajemy się łatwym celem dla cyberprzestępców. Wiele osób ma przyjaciół lub rodzinę na terenach objętych epidemią, w niektórych firmach wysyłano też już pracownikom e-maile z poradami dotyczącymi ochrony przed zarażeniem. Zapoznanie się z dodatkowymi informacjami pochodzącymi od WHO wydaje się więc rozsądne i odpowiedzialne. Warto jednak pamiętać o kilku zasadach:

Nigdy nie należy klikać w linki czy załączniki w wiadomościach, o które nie prosiliśmy. Zawsze warto też zwracać uwagę na nazwę nadawcy oraz błędy ortograficzne i gramatyczne w samej treści maila. Zanim klikniemy w link, sprawdźmy też adres URL – jeśli cokolwiek w nazwie wyda się podejrzane, nie otwierajmy go. Ważne, aby nie podawać danych, o które strona nie powinna pytać, takich jak hasło do skrzynki pocztowej. Dla bezpieczeństwa warto również korzystać z dwuskładnikowego uwierzytelniania oraz stosować różne hasła w różnych serwisach. A jeśli doszło już do ujawnienia danych logowania, powinniśmy jak najszybciej zmienić hasło. Oszuści zazwyczaj natychmiast, często automatycznie, wypróbowują skradzione dane, więc im szybciej zareagujemy, tym lepiej – radzi Mariusz Rzepka, Senior Manager Eastern Europe w firmie Sophos.

[1] Podszywanie się pod instytucję lub osobę, w celu wyłudzenia danych logowania.

Europa liderem we wdrażaniu sztucznej inteligencji w przemyśle

Raport Instytutu Badawczego Capgemini pokazuje, że Europa przewodzi we wdrażaniu rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji (AI) w procesach produkcyjnych. 51% największych światowych producentów w Europie wdraża co najmniej jedno rozwiązanie z obszaru sztucznej inteligencji. Eksperci Capgemini rekomendują, aby producenci powinni skoncentrować się na trzech obszarach zastosowania AI: kontroli jakości produktu, planowania popytu i inteligentnego utrzymania i naprawy sprzętu.

Raport Capgemini dotyczący wdrożeń sztucznej inteligencji w procesach produkcyjnych, prezentuje wnioski z wdrożeń rozwiązań wykorzystujących AI w 75 największych światowych firmach produkcyjnych. Badanie wykazało, że zastosowania AI w przemyśle oferują ogromny potencjał w zakresie redukcji kosztów operacyjnych, poprawy wydajności i poprawy jakości produkcji. Według badań, czołowi światowi producenci w Niemczech (69%), Francji (47%) i Wielkiej Brytanii (33%) są liderami pod względem wdrażania AI w zakresie działalności produkcyjnej.

Wykorzystanie sztucznej inteligencji wnosi wartość do całego łańcucha produkcyjnego

Wiodące przedsiębiorstwa stosują sztuczną inteligencję we wszystkich procesach produkcyjnych, co przynosi im znaczące korzyści. Przykładem może być firma spożywcza Danone, której udało się zmniejszyć liczbę błędów prognozowania o 20%, a straty w sprzedaży o 30%, dzięki wykorzystaniu uczenia maszynowego do przewidywania zmienności popytu. Tymczasem producent opon Bridgestone wprowadził nowy system montażu, oparty na zautomatyzowanej kontroli jakości, co zaowocowało ponad 15% poprawą w ujednoliceniu produktu.

W miarę jak wdrażanie sztucznej inteligencji w procesach produkcyjnych będzie powszechnieć, duże przedsiębiorstwa będą przechodzić od wersji pilotażowych do szerszego zastosowania. Całkiem słusznie, organizacje początkowo koncentrują swoje wysiłki na zastosowaniach, które zapewniają najszybszy, najbardziej wymierny zwrot z inwestycji, zwłaszcza w zakresie automatycznej kontroli jakości i inteligentnego utrzymania i naprawy.
-Mirosław Bartecki, główny architekt AI w Capgemini Business Services

Producenci koncentrują się zazwyczaj na trzech głównych obszarach w zastosowaniu sztucznej inteligencji

Producenci rozpoczynają wdrażać sztuczną inteligencję w trzech konkretnych obszarach, ponieważ oferują one jasną wartość biznesową, względną łatwość wdrożenia, dostępność danych i możliwości stworzenia skutecznych rozwiązań bazujących na AI.

Kontrola jakości produktu, inteligentna konserwacja i planowanie popytu to obszary, w których AI może być najłatwiej wdrożona i zapewni najlepszy zwrot z inwestycji, wynika z badania Capgemini.

Na przykład, koncern General Motors wypróbował system, aby wykrywać oznaki awarii robotów, zanim do nich dojdzie. Pomaga to firmie uniknąć kosztów nieplanowanych przestojów, które mogą sięgać nawet 20 000 dol. na minutę przestoju.

Są to funkcje, które mogą zapewnić znaczne oszczędności kosztów, poprawić dokładność produkcji i wyeliminować marnotrawstwo. Liderzy nie koncentrują się jednak wyłącznie na tych przypadkach zastosowania, ale równolegle z ich wdrożeniem przygotowują się na przyszłość, inwestując część oszczędności w budowę skalowalnej infrastruktury danych, infrastruktury IT i rozwijając systemy pomocnicze. -Mirosław Bartecki, główny architekt AI w Capgemini Business Services

Bańka na rynku nieruchomości a wzrost cen mieszkań

W ostatnim czasie bodaj najbardziej poruszającym krajowe media tematem, i to nie tylko w ramach problematyki nieruchomościowej, jest kwestia rzekomo coraz mocniej pompowanej bańki cenowej na rodzimym rynku mieszkaniowym. Czy mieszkaniówce faktycznie grozi powtórka z lat 2006-2008, a w konsekwencji koniunkturalne załamanie?

Punktem wyjścia do powszechnej już dyskusji na przedmiotowy temat stał się mocno przyśpieszony od trzech lat wzrost cen mieszkań, widoczny przede wszystkim na rynku pierwotnym, ale w równej mierze odnoszący się do lokali z drugiej ręki. Gdy w ostatnich miesiącach stawki za mkw. nominalnie osiągnęły lub w wybranych lokalizacjach podjęły próbę przekroczenia poziomów ze szczytu poprzedniej hossy sprzed 12 lat, niejako sam z siebie zrodził się medialny dylemat bańki cenowej.

Bez płaszczyzny porównania

Sęk w tym, że wg danych zebranych przez RynekPierwotny.pl takich jak: warunki rynkowe, realia gospodarcze, stan zaawansowania regulacji rynku nieruchomości, czy wreszcie poziom jego dojrzałości i wyedukowanie uczestników z lat 2006-2008, to dokładnie odwrotność tego, co krajowa mieszkaniówka wraz z całym swoim otoczeniem prezentuje obecnie.

Cieplarniane warunki do wykreowania pamiętnego, pierwszego w rodzimych realiach gospodarczych mieszkaniowego bąbla spekulacyjnego stworzył w głównej mierze sektor bankowy, który działając praktycznie bez jakichkolwiek prawnych regulacji i ograniczeń w kwestii kredytowania zakupów mieszkaniowych, ale przede wszystkim przy feralnym deficycie zdrowego rozsądku, poszedł na tzw. całość nie licząc się zupełnie z ryzykiem własnym czy też swoich klientów. Udzielanie na masową skalę niskooprocentowanych kredytów mieszkaniowych denominowanych/indeksowanych w obcych walutach bez wkładu własnego, za to często z LtV dochodzącym do 130 proc., musiało doprowadzić do zakupowej histerii skutkującej rekordową nierównowagą rynkową pomiędzy popytem a podażą. W efekcie od pierwszych symptomów koniunkturalnego ożywienia w roku 2004 do szczytu hossy w 2008 ceny mieszkań w Polsce poszybowały średnio o około 150 proc.

Z kolei deweloperzy nie będąc w stanie dostarczyć na rynek adekwatnej do lawinowo rosnącego popytu ilości mieszkań, windowali w najlepsze ceny tych posiadanych w ofercie, co jednak paradoksalnie zamiast ograniczyć popyt nakręcało go jeszcze bardziej. Zbyt wielu amatorów własnego „M” naraz chciało bowiem wskoczyć do odjeżdżającego pociągu.

Na ogromną skalę rozwinęła się spekulacja, nie tylko samymi mieszkaniami w postaci cesji rezerwacji itp., ale także ta giełdowa, która za główny cel wzięła sobie akcje notowanych na GPW deweloperów. Koronnym przykładem są tu walory giełdowego weterana Polnordu, których kurs w okresie zaledwie kilkunastu miesięcy na przełomie 2006/2007 wzrósł z niespełna 5 zł do 325 zł, czyli, bagatela, o 6800 procent(!)

Co ciekawe, niezwykle trudno w tamtych czasach było o jakiekolwiek sygnały ostrzegawcze przed przegrzaniem rynkowym czy jakąś bańką. Wręcz przeciwnie, media dodatkowo podgrzewały atmosferę zakupowej euforii wieszcząc rychłe zrównanie cen mieszkań w krajowych metropoliach z tymi europejskimi, bodajże z Madrytem na czele. Z kolei analitycy giełdowi na szczytach hossy akcji deweloperów często ponownie rekomendowali ich kupno z niebotycznymi cenami docelowymi (Polnord – 600 zł), czasami tuż przed samym krachem z jesieni 2008. Natomiast latem tego roku, gdy kurs CHF/PLN spadł na krótko poniżej historycznego poziomu 2 zł, z pełni wiarygodnych źródeł pojawiły się analizy, odczytujące ten fakt jako absolutnie pewny sygnał pogoni rodzimej waluty za parytetem z helwecką, zachęcając tym samym rodaków do beztroskiego zadłużania się we franku, czyli de facto gry na „nieruchomościowym forexie”.

W sumie diametralne różnice przy braku jakichkolwiek analogii obecnej sytuacji do tej sprzed lat dwunastu, czynią jakiekolwiek porównania ówczesnych cen mieszkań z obecnymi, całkowicie bezzasadne z analitycznego punktu widzenia.

Na tropie spekulacyjnej bańki

Prawdopodobnie bardzo trudno byłoby wskazać sytuację w historii rynków, kiedy to faktycznemu kreowaniu bańki spekulacyjnej towarzyszyłoby – podobne do widocznego obecnie w kraju – medialne larum intensywnie przed taką bańką ostrzegające. Przykładem świetnie obrazującym skutki tego typu aktywności tropicieli baniek jest nie tak dawna sytuacja S&P500, czyli głównego indeksu giełdy nowojorskiej.

Jak przypomina portal RynekPierwotny.pl dokładnie 5 lat temu, na przełomie 2013/2014 roku, w zagranicznych, a następnie także krajowych mediach bardzo intensywnie była lansowana teza o bańce spekulacyjnej na NYSE, która miała zaowocować krachem i spadkiem indeksów o 30-40 proc. praktycznie z dnia na dzień. S&P500 po pięcioletniej nieprzerwanej hossie osiągnął wówczas poziom ok. 1850 pkt. Różnego typu wyszukane metody badawcze w rodzaju opracowanych logarytmicznych modeli bańki spekulacyjnej, zaawansowanych modeli matematycznych czy wreszcie gruntowna i jakże fachowa analiza wskaźników giełdowych jednoznacznie potwierdzały tezę o zbliżającej się rynkowej katastrofie, która miała być tylko i wyłącznie kwestią czasu. Z jakim skutkiem? Ano z takim, że od tamtej chwili do dziś S&P500 nieprzerwanie rośnie o kolejne 80 proc., bijąc kolejne historyczne wartości, z tą najnowszą na poziomie 3392 pkt. O czym może świadczyć ten przykład?bańka na rynku nieruchomości

Zakłócony cykl koniunkturalny, czyli cenowy paradoks

Rynek nieruchomości należy do rynków, których cykliczność jest jedną z najbardziej charakterystycznych  cech. Po rekordowym sprzedażowo na rynku pierwotnym 2017 roku, wydawało się że krajowa mieszkaniówka po „standardowych” pięciu latach prosperity wkracza w fazę spowolnienia. Tego typu oczekiwania potwierdził kolejny rok 2018, w trakcie którego kontraktacja deweloperów mieszkaniowych zniżkowała o kilkanaście procent.

Umiarkowany trend spadkowy sprzedaży nowych mieszkań miał być kontynuowany także w roku ubiegłym. Jednak jego rewelacyjna końcówka zadecydowała o wyniku minimalnie dodatnim rdr, wobec czego rok 2019 okazał się drugim po 2017 najlepszym sprzedażowo na rodzimym mieszkaniowym rynku pierwotnym. Co więcej, pomimo mało optymistycznych prognoz, także rynek hipotek cudownie eksplodował do rekordowych od lat statystyk udzielonych kredytów mieszkaniowych. Pytanie, skąd ten stan rynkowej euforii zakupów w kolejnym, siódmym już roku koniunkturalnej prosperity.

Otóż rok 2019 jako wyborczy zaowocował kolejnym pakietem rządowych deklaracji transferów socjalnych połączonych z wyznaczeniem ścieżki wzrostu płacy minimalnej w tempie dotąd niespotykanym w 30-letniej historii III RP. W ten sposób beneficjenci programu 500+ doczekali się dopłat na pierwsze dziecko, młodzi Polacy zwolnienia z PIT, emeryci dodatkowej emerytury, a najmniej zarabiający rodacy perspektywy pensji brutto w wysokości 4 tys. zł już w roku 2024. I to ten ostatni czynnik najprawdopodobniej poważnie zakłócił bieg cykli koniunkturalnych w mieszkaniówce poprzez swoiste odwołanie cyklicznego spowolnienia. Tym samym najprawdopodobniej bardzo poważnie zaważy na koniunkturze rynkowej w najbliższych latach. Rynek kupuje przyszłość, a przyszłość to za sprawą silnie przyspieszonego wzrostu płac, także silnie przyspieszony wzrost cen. Wygląda więc na to, że w kraju na dobre ruszył wyścig po wciąż „tanie” w dobie nieruchomościowej drożyzny mieszkania. Ot, taki cenowy paradoks…

„Kupuj! – taniej nie będzie” reaktywacja

Ceny mieszkań zależą od szeregu czynników, ale tym głównym, pełniącym rolę zasadniczego elementu fundamentów mieszkaniówki są krajowe zarobki oraz ich zmiana w czasie. W trakcie pięciolatki boomu z lat 2004-2008 średnia płaca w Polsce wzrosła o 28,5 proc., minimalna o 36,6 proc., natomiast ceny nowych mieszkań wystrzeliły o prawie 150 proc. Tym samym dynamika ich cen przekroczyła dynamikę płac aż pięciokrotnie, co musiało skutkować oderwaniem wyceny od fundamentów rynkowych, katastrofalną nierównowagą popytowo-podażową, a w konsekwencji wyhodowaniem bąbla spekulacyjnego (patrz wykres).

Jak przypomina RynekPierwotny.pl z kolei w trakcie sześciu lat obecnej prosperity (2014-2019) średnia płaca zwyżkowała o 31 proc., minimalna o 34 proc., natomiast średnia stawka za mkw. lokum z pierwszej ręki w 7-miu głównych ośrodkach kraju od dołka z 2014 roku do końca 2019 poszła w górę o dokładnie jedną trzecią (33,3 proc,). W ten sposób od roku 2011, gdy to sytuacja po poprzedniej „super hossie” powróciła do normalności, dynamika cen mieszkań utrzymuje się dokładnie pomiędzy dynamiką płacy średniej a minimalnej (patrz wykres). W powiązaniu z niemal perfekcyjnie utrzymywaną przez deweloperów równowagą popytowo-podażową, trudno tu dostrzec jakiekolwiek symptomy kreowania bańki cenowej, czy też początków odrywania cen od fundamentów.

Jeśli ta korelacja wraz z obowiązującymi proporcjami zostanie utrzymana w czasie, a absolutnie nic na dziś dzień nie wskazuje na to, by miało być inaczej, dość łatwo jest przewidzieć średnią cenę mieszkania deweloperskiego w 2024 roku. Jeżeli wzrost płacy minimalnej ponad dwukrotnie przyspieszy w stosunku do dotychczasowej dynamiki, a w efekcie wyniesie bez mała 80 proc. w latach 2019-2024, musi to skutkować analogicznym  impulsem wzrostowym średniej płacy, a następnie także cen mieszkań (wykres linie przerywane). Na tej podstawie można z grubsza oszacować średnią zwyżkę przeciętnej pensji oraz cen mieszkań w Polsce do roku 2024 o minimum 50-60 proc. W ten sposób podszyte dziś ironią dyżurne hasło mieszkaniowego boomu z lat 2006-2008 „Kupuj! Taniej nie będzie”, powraca niczym bumerang, niestety tym razem już całkiem na poważnie.

 Mieszkaniowa drożyzna a cenowa bańka

Jak więc widać, nawet w pełni obiektywne odczucie drożyzny na rynku mieszkaniowym, z jakim zapewne mamy do czynienia obecnie, nie musi oznaczać, że trwa pompowanie cenowej bańki. Bardzo trudno byłoby też znaleźć w pełni wiarygodne argumenty za takim stanem rzeczy w aktualnej sytuacji rynkowej. Silnie w kraju utrwalona korelacja pomiędzy średnią ceną mieszkań a poziomem płac, jest tylko jednym z szeregu argumentów zdecydowanie osłabiających retorykę narastania ryzyka bańki. Natomiast jeżeli dochodzi do powszechnej medialnej komunikacji tego typu zagrożenia, tak jak to się właśnie dzieje, najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest utrzymanie w dłuższym terminie tendencji wzrostowej cen, a co gorsza nawet jej przyśpieszenie.

Bynajmniej nie oznacza to jednak braku ryzyka inwestycyjnego na krajowym rynku mieszkaniowym. Wręcz przeciwnie, wraz ze wzrostem cen mamy obecnie sytuację proporcjonalnie rosnących problemów wszelkiej maści. Ryzyko interwencji rządowej na rynku kredytów mieszkaniowych w ramach walki z wyimaginowaną bańką, ryzyko wzrostu stóp procentowych, ryzyko przesilenia na rynku wynajmu, czy też ryzyko wprowadzenia podatku katastralnego, to tylko wybrane pozycje z katalogu grożących uczestnikom rynku nieruchomości mieszkaniowych zagrożeń.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Hakerzy wyłudzają miliardy dolarów haraczu. FBI otrzymuje 1,3 tys. zgłoszeń dziennie

FBI w najnowszym raporcie zdradza, że otrzymuje ponad 1,3 tys. zgłoszeń o popełnieniu cyberprzestępstwa każdego dnia. Najczęściej chodzi o phishing. Xopero Software, producent rozwiązań do backupu danych z kolei przypomina, że jest on również najchętniej wykorzystywanym wektorem ataków ransomware. A te, tylko w 2019 roku wygenerowały globalne szkody dla biznesu szacowane na 11,5 mld dolarów!

Cyberprzestępcy podwajają liczbę udanych oszustw internetowych. Tylko w minionym roku na biurka agentów FBI spłynęło 467 361 zgłoszeń o popełnieniu przestępstwa internetowego – to ponad 1300 zdarzeń dziennie! Według tego samego raportu biznes i użytkownicy indywidualni zapłacili przestępcom 3,5 mld dolarów. I to tylko w wyniku takich sztuczek jak phishing, Business Email Compromise (BEC), romance scam czy wyłudzenia.

Same ataki BEC przyniosły im 1,7 mld dolarów. Wyjaśniamy – ataki Business Email Compromise to kampanie mailowe, w których przestępcy podszywają się pod osoby zarządzające przedsiębiorstwami, aby skłonić pracownika lub kontrahenta do wykonania przelewu pieniężnego na wskazane konto bądź ujawnienia poufnych informacji. Taka wiadomość nie zawiera żadnych załączników przez co omija zabezpieczenia i nie budzi podejrzeń.

Zwycięzca w kategorii – największa ilość zgłoszeń

W niechlubnej kategorii największej ilości zgłoszeń wciąż zwycięża phishing. Niestety, nadal nabieramy się na kampanie mailowe ze złośliwymi załącznikami lub linkami. Klikamy w fałszywe faktury, listy przewozowe czy linki do śledzenia paczki. Nawet, gdy ich w ogóle nie zamawialiśmy.

Skuteczność phishingu może wynikać z braku szkoleń pracowników i nie mówimy tutaj jedynie o dziale IT, ale o wszystkich, którzy mają dostęp do systemów komputerowych – mówi Grzegorz Bąk, Presales Engineer w Xopero Software.

Największe straty dla biznesu – ransomware na podium

Chociaż przestępstw w sieci jest więcej i generują coraz większe straty nie oznacza to, że hakerzy znaleźli nowy sposób na przeprowadzanie ataków. Można powiedzieć, że wciąż „pracują” na starych, dobrych i sprawdzonych metodach.

A jedną z nich jest ransomware. W 2019 roku do ataków szyfrujących dochodziło co 14 sekund. Szacuje się, że do 2021 roku czas ten skróci się do 11 sekund. Z raportu Cyberbezpieczeństwo: Trendy 2020 wynika, że ransomware wywołuje poważny niepokój u 79,8% małych i średnich firm, a ponad 50% firm otwarcie przyznaje, że nie jest przygotowanych na atak hakerów.

Nic dziwnego, ransomware wciąż generuje rekordowe straty dla biznesu. Tylko w zeszłym roku globalnie kosztował firmy 11,5 mld dolarów. Do tych kosztów zaliczamy wartość zniszczonych/skradzionych danych, koszty przestoju, utraconej produktywności, postępowania karne czy utratę reputacji.

Na baczności powinny mieć się nie tylko prywatne przedsiębiorstwa, ale też instytucje publiczne. Przypomnijmy: w 2019 roku ofiarami ataków ransomware padły Urząd Gminy w Kościerzynie, Urząd Gminy w Lututowie oraz klinika dziecięca “Budzik”. Dlaczego to właśnie instytucje i organizacje  publiczne pojawiły się na celowniku cyberprzestępców? Dostarczają one ogromne ilości danych dotyczących milionów ludzi, a z reguły korzystają z przestarzałych i łatwych do obejścia technologii, co dla przestępców oznacza niekiedy szybki i prosty zysk, który wart jest swojego ryzyka.

Ransomware zaczyna wkraczać na nową drogę, która niesie za sobą zdecydowanie poważniejsze konsekwencje. Poza procesem szyfrowania danych lub nawet zamiast szyfrowania, wykrada on ważne i poufne dane. Następnie przestępcy grożą opublikowaniem tych informacji, jeśli ofiara nie zgodzi się na płatność okupu. Oznacza to dla niej poważne problemy – począwszy od utraty zaufania wśród swoich klientów, przez możliwe konsekwencje z tytułu RODO – zwraca uwagę Grzegorz Bąk, Presales Engineer w Xopero Software – Ofiarą w tym przypadku staje się także osoba, której dane zostały wykradzione, gdyż mogą być przedmiotem dalszych nadużyć – dodaje.

Ransomware atakuje już od ponad 30 lat i wciąż nie zwalnia tempa. Przewiduje się, że w tym roku nie tylko zwiększy się częstotliwość ataków, ale również skala strat, jakie wywołuje. Koncentracja na biznesie i organizacjach publicznych, ransomware-as-a-service, rozwój ataków szyfrujących na urządzenia mobilne oraz rozwój praktyk leakware – to najważniejsze aspekty, na które należy się przygotować w tym roku.

Inwestowanie na giełdzie wraca do łask. Liczba rachunków inwestycyjnych rośnie

Rosnąca inflacja i wciąż niskie stopy procentowe, a wraz z nimi oprocentowanie lokat powodują, że osoby trzymające oszczędności na depozytach realnie tracą, zamiast zarabiać. Dlatego też po latach odwrotu Polacy znów zaczynają się interesować akcjami na warszawskim parkiecie. Liczba rachunków inwestycyjnych w ostatnich miesiącach rośnie, wprawdzie nieznacznie, ale od 2012 roku spadała. Temu zainteresowaniu nie sprzyja zachowanie indeksu WIG20, ale małe i średnie spółki, rynek alternatywny i coraz szerszy dostęp do akcji zagranicznych spółek mogą być szansą na zwroty z inwestycji.

– Wszyscy bardzo byśmy sobie życzyli, żeby liczba inwestorów indywidualnych z roku na rok rosła. Ostatnie lata pokazują, że niestety tak nie jest, ale też zachowanie rynku temu nie sprzyja – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Emil Łobodziński, analityk Biura Maklerskiego PKO Banku Polskiego. – Oczywiście zmieniają się rynki, bo teraz możemy więcej inwestować za granicą, pojawiają się nowe usługi w postaci chociażby doradztwa inwestycyjnego. Takie czynniki pomagają, natomiast nowych inwestorów nie przyciągną. Jeżeli na polskim rynku będzie hossa, to zainteresowanie wzrośnie. Z drugiej strony przed nami jest duża praca organiczna, u podstaw, czyli edukacja, edukacja i jeszcze raz edukacja.

Do pierwszej połowy 2012 roku, mimo kryzysu z końca pierwszej dekady XXI wieku i załamania w sierpniu 2011 roku, liczba rachunków inwestycyjnych w Polsce rosła, osiągając rekordową jak dotąd liczbę 1,53 mln. Potem jednak zaczęła się zmniejszać, by siedem lat później spaść do 1,24 mln. W dodatku aktywnych jest tylko kilkanaście procent z nich. Jednak z rynku dochodzą pierwsze sygnały, że trend zaczyna się odwracać. Przy inflacji rzędu 4,4 proc. (w styczniu) i oprocentowaniu lokat na poziomie ok. 1 proc. depozyty przynoszą bowiem realne straty. Na koniec 2019 roku w Polsce było 1245 tys. rachunków, o 3 tys. więcej niż pół roku wcześniej.

Najlepszą metodą na przyciągnięcie inwestorów na rynek jest pokazanie, co oni z tego mogą mieć. Przykładowo, posiadając akcje danej spółki, po pierwsze, możesz zarobić na wzroście kursu, po drugie, możesz zarobić na dywidendzie, po trzecie, uczysz się, a po czwarte, możesz taniej kupić produkt danej spółki, bo jako akcjonariusz masz zniżkę – wylicza Emil Łobodziński. – Uświadomienie ludziom, jakie są korzyści z tego, że oni zaczną się interesować tym rynkiem, może ich przyciągnąć. Historycznie widać, że magnesem na pewno jest zachowanie rynku. Jeżeli w danym roku notowaliśmy bardzo dużą stopę zwrotu, np. 30 proc., to faktycznie zainteresowanie ludzi zdecydowanie wtedy rosło.

Na takie zwroty na polskiej giełdzie na razie się nie zanosi. W ciągu ostatnich 12 miesięcy indeks największych spółek WIG20 stracił ponad 9 proc. Jednak w przypadku średnich spółek było to już tylko 0,5 proc., a indeks małych spółek wzrósł o niemal 12 proc. Mimo to udział inwestorów indywidualnych w obrotach jest dwa razy niższy niż dekadę temu i wynosi 13 proc. Znacznie lepiej jest na rynku NewConnect, gdzie to właśnie ta grupa dominuje z 84-proc. udziałem.

 Na tle rynków zachodnich krajowy inwestor nadal dysponuje relatywnie małym kapitałem. To wynika z uwarunkowań historyczno-kulturowych, natomiast z drugiej strony na pewno rośnie wiedza inwestorów. To widać chociażby po tym, że zaczynają się coraz bardziej dopytywać o rynki zagraniczne, które jednak nie są wyborem inwestora, który dopiero co przyszedł na rynek, tylko raczej tych, którzy już od pewnego czasu są i szukają czegoś innego – komentuje analityk Biura Maklerskiego PKO Banku Polskiego.

Domy maklerskie oferują także coraz większe możliwości inwestowania za granicą. Amerykański indeks S&P 500 bije kolejne rekordy, a tylko w ciągu ostatniego roku zyskał ponad 21,5 proc.

– Na rynkach zachodnich zachęcanie inwestorów to również był długotrwały proces. U nas też jest to kwestia połączenia edukacji, rosnących dochodów społeczeństwa z rosnącą zdolnością do oszczędzania i chęcią inwestowania. W dłuższym terminie to będzie powodowało, że tych inwestorów będzie więcej – podkreśla Emil Łobodziński.

Jak wynika z „Ogólnopolskiego Badania Inwestorów 2019” Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych statystyczny polski inwestor to mężczyzna w wieku 41–42 lata. Inwestuje od ośmiu lat (duża grupa – prawie 40 proc. – jest na rynku dopiero od pięciu lat), zwykle samodzielnie, najczęściej w akcje. Jego kapitał to najczęściej nieco ponad 50 tys. zł, a w portfelu ma do siedmiu spółek. Już ponad połowa inwestorów przyznaje, że zakupione akcje trzyma ponad rok – po raz pierwszy odsetek takich odpowiedzi przekroczył 50 proc. Dla porównania, statystyczny inwestor w Niemczech ma 52 lata, inwestuje od 22 lat, zwykle długoterminowo, w akcje spółek dywidendowych i ma w portfelu ok. 19 akcji.

Ponad 9 tys. elektrycznych aut na drogach. Polska jednym z nielicznych krajów bez dopłat do ich zakupu

Uruchomienie rządowych dopłat do zakupu pojazdów elektrycznych będzie istotnym wsparciem dla wzrostu sprzedaży. Mimo to rząd zapowiedział, że będą one niższe, niż pierwotnie zakładano. – Jesteśmy jednym z ostatnich państw, które nie wprowadziły jeszcze takiego systemu – mówi Maciej Mazur z PSPA. Do rozwoju tego segmentu rynku motoryzacyjnego z pewnością przyczyniłoby się również wprowadzenie e-taryfy za energię elektryczną, dzięki której operatorom stacji ładowania będzie się opłacało w nie inwestować, oraz wdrożenie do polskiego prawa unijnej dyrektywy, która zapewni infrastrukturę do ładowania w budynkach mieszkalnych i użyteczności publicznej.

Jak pokazuje ostatni „licznik elektromobilności” uruchomiony przez PSPA i PZPM, z końcem stycznia br. w Polsce było zarejestrowanych łącznie 9099 samochodów osobowych z napędem elektrycznym. 60 proc. z nich (5415 sztuk) stanowiły pojazdy w pełni elektryczne, a pozostałą część (3684 sztuk) hybrydy typu plug-in. Tylko w styczniu na polskim rynku zarejestrowano 462 nowe auta z napędem elektrycznym, co stanowi blisko 200-proc. wzrost w porównaniu ze styczniem 2019 roku.

Jesteśmy cały czas na początkowym etapie rozwoju elektromobilności i wciąż jest wiele do zrobienia, żeby dojść do poziomu miliona samochodów elektrycznych. Jesteśmy w stanie osiągnąć go dopiero po 2030 roku. Ale i to będzie wymagać wytężonej pracy – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Mazur, prezes Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych.

Przy optymalnym wykorzystaniu środków z Funduszu Niskoemisyjnego Transportu do 2025 roku liczba elektryków w optymistycznym wariancie może sięgnąć ok. 300 tys. – szacują PSPA i firma doradcza Frost & Sullivan w raporcie „Polish EV Outlook 2019”. Osiągnięcie poziomu miliona elektryków jest możliwe pięć lat później i przy dodatkowym wsparciu, np. czasowym zwolnieniu z VAT.

Decydujące dla tej liczby będą jednak właśnie dopłaty z FNT. Były resort energii zaproponował dopłatę w wysokości 37,5 tys. zł do zakupu pojazdu elektrycznego i 150 tys. zł do infrastruktury ładowania, ale już mówi się o ich ograniczeniu nawet o połowę.

Potrzebujemy stabilnych przepisów, które pozwolą jasno stwierdzić, w którym kierunku zmierzamy. Są też wyzwania związane ze specjalną taryfą dystrybucyjną, tzw. e-taryfą, której wprowadzenie postulujemy. Ona odciąży tych, którzy rozwijają ten rynek na pierwszym etapie, czyli  operatorów stacji ładowania – mówi Maciej Mazur.

W przypadku szybkich ładowarek na prąd stały o mocy 50 kW, które są niezbędne do poruszania się samochodami elektrycznymi na dłuższych trasach, stałe opłaty dystrybucyjne za energię elektryczną wynoszą obecnie ok. 1 tys. zł miesięcznie i są zbyt wysokie dla operatorów infrastruktury ładowania. To w praktyce uniemożliwia rozbudowę infrastruktury na większą skalę, konieczną do szerszej popularyzacji elektryków, i stanowi w Polsce jedną z głównych barier dla rozwoju niskoemisyjnego transportu.

Co istotne, operatorzy sieci stacji ładowania w innych krajach UE (np. we Francji czy Holandii) ponoszą niższe koszty utrzymania infrastruktury. Dlatego też PSPA – wspólnie z przedstawicielami branży – złożyło do resortu energii projekt zmian, które mają na celu utworzenie specjalnej e-taryfy dla elektromobilności, pozbawionej stałej opłaty dystrybucyjnej przy trzykrotnie wyższych opłatach zmiennych dystrybucyjnych.

Zaproponowaliśmy specjalną, progresywną e-taryfę, która będzie dopasowana do tego, w jakim momencie znajduje się rynek – mówi Maciej Mazur.

Jak podkreśla, ważna dla rynku jest również implementacja unijnej dyrektywy EPBD 2018/844, na co Polska ma czas do 10 marca br. Zgodnie z nowymi przepisami w budynkach mieszkalnych, zarówno nowych, jak i poddawanych renowacji, będzie wymagana odpowiednia infrastruktura kanałowa, umożliwiająca zainstalowanie na późniejszym etapie okablowania i punktów ładowania pojazdów elektrycznych. Z kolei w przypadku budynków niemieszkalnych dyrektywa nakazuje zapewnienie minimalnej liczby punktów ładowania.

Każdy nowy obiekt użyteczności publicznej będzie musiał 20 proc. miejsc przygotować pod rozwój elektromobilności – mówi Maciej Mazur.

Implementacja europejskiej dyrektywy do polskiego prawodawstwa jest istotna o tyle, że – według „Barometru Nowej Mobilności 2019/2020” – aż 92 proc. kierowców samochodów elektrycznych preferuje ładowanie swoich pojazdów właśnie w miejscu zamieszkania.

Do rozwiązania wciąż pozostają też kwestie związane z podatkami, rozliczaniem energii elektrycznej, gdy w domu chcemy ładować służbowy samochód elektryczny – wskazuje prezes Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych. – Niezależnie od tego, czy będziemy mieć milion czy 300 tys. elektryków, wciąż trzeba zrobić bardzo wiele, żeby te cele zrealizować, bo polskie miasta i ich mieszkańcy potrzebują zeroemisyjnego transportu. To nie są skomplikowane rzeczy, tylko małe kroczki, które  trzeba wykonać, żeby zdynamizować cały proces.

Jak podkreśla prezes Krajowej Izby Gospodarczej Andrzej Arendarski, rozwój elektromobilności to również wyzwanie dla polskich firm z branży motoryzacyjnej. W interesie producentów samochodów i podzespołów samochodowych jest to, aby aktywnie włączyć się w ten proces.

Upatruję szans dla polskiego przemysłu w kooperacyjnym włączeniu się do całego łańcucha dostaw dla elektromobilności. My już w tej chwili to robimy: produkujemy zarówno samochody jako wytwór finalny, jak i mnóstwo podzespołów, z którymi jeżdżą najbardziej znane marki na świecie. Podobnie widzę przyszłość polskiego przemysłu elektromobilnego – mówi Andrzej Arendarski. – Musimy z jednej strony wyprodukować te samochody, a z drugiej – zapewnić dostęp do energii. I to jest wciąż wielki problem, żeby była to energia czysta, niepochodząca z węgla i dystrybuowana w całej Polsce tak, żeby każdy właściciel samochodu elektrycznego nie miał problemów z naładowaniem akumulatora.

Eksperci: Obowiązkowa mediacja przedsądowa w sprawach frankowych utrudni dochodzenie praw i zwiększy koszty

Coraz częściej pojawiają się pomysły na wprowadzenie obowiązku mediacji między klientem a bankiem jeszcze przed złożeniem pozwu. To miałoby odciążyć sądy, np. w sprawach frankowych. Jednak prawnicy uważają, że takie rozwiązanie utrudni dochodzenie praw. Wydłuży drogę sądową i zwiększy koszty prowadzenia postępowań. Może też finalnie przynieść gorsze warunki ugodowe. Ponadto jeszcze bardziej sparaliżuje już niewydolny wymiar sprawiedliwości. Eksperci dodają, że sytuacja jest dość niebezpieczna. Dlatego sugerują, że mediacja jednak powinna być dobrowolna.

Słabe „plusy”

W ocenie Ministerstwa Sprawiedliwości, pożądane jest każde rozwiązanie, które usprawni pracę sądów, także poprzez ograniczenie ich obciążenia. Niezależnie od tego mediacja, rozumiana jako fachowa pomoc w rozwiązaniu sporu prawnego, jest także elementem łagodzącym napięcia społeczne. To zostanie wzięte pod uwagę przez kierownictwo resortu przy podejmowaniu decyzji co do ewentualnych zmian w procedurze cywilnej.

– Obowiązkowa mediacja to pomysł na rozmydlanie tematu i grę na czas. Obecnie banki próbują wszelkich metod na wydłużenie postępowań. Klienci, którzy złożyli pozwy, w większości próbowali porozumiewać się z nimi w drodze reklamacji czy też zawezwania do próby ugodowej przed sądem. W mojej opinii, takie rozwiązanie jeszcze bardziej zapcha już niewydolny wymiar sprawiedliwości – mówi Arkadiusz Szcześniak, prezes Stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu (SSBB).

Natomiast adwokat Anna Wolna-Sroka z Kancelarii Adwokackiej dr Jacek Czabański i Partnerzy przewiduje, że wprowadzenie obowiązkowej przedsądowej mediacji utrudni konsumentom dochodzenie ich praw. Wydłuży drogę sądową, a także zwiększy koszty prowadzenia spraw. Postępowanie mediacyjne jest płatne, a wynagrodzenie mediatora może wynieść nawet 2 tys. zł. Według eksperta, korzystanie z tego rozwiązania powinno być dobrowolne. Oczywiście ma ono swoje plusy, o czym też nie wolno zapominać. Dzięki niemu można np. uniknąć stresu związanego ze stawiennictwem w sądzie. Należy jednak pamiętać, że ideą ugody jest wzajemne ustępstwo stron, a zatem nie uzyska się tego, co można na podstawie korzystnego wyroku.

– Art. 187 §1 pkt 3 k.p.c. już teraz zobowiązuje do podania w pozwie informacji, czy strony podjęły próbę mediacji lub innego pozasądowego sposobu rozwiązania sporu. W przypadku braku takiego działania należy wyjaśnić, dlaczego do tego nie doszło. Z mojego doświadczenia wynika, że wzywanie banków do rozmów ugodowych jest całkowicie nieskuteczne. W prowadzonych przez nas sprawach nigdy nie otrzymaliśmy pozytywnej odpowiedzi na taką propozycję. Argumentowano, że umowy nie są wadliwe, pomimo wyroków innych sądów czy TSUE – podkreśla adwokat Jakub Bartosiak z Kancelarii MBM Legal.

Z kolei radca prawny Barbara Garlacz przekonuje, że frankowicze powinni jak najszybciej składać pozwy, zanim wejdzie w życie ustawa o obowiązkowej mediacji. Według eksperta, banki prędzej czy później będą musiały zawierać ugody z kredytobiorcami występującymi do sądów. Natomiast klienci będący jeszcze na etapie przedsądowym mogą nie wynegocjować dla siebie dobrych warunków ugodowych. Dlatego jest to niebezpiecznym dla nich rozwiązaniem.

– Banki odrzucają jakąkolwiek możliwość zawarcia ugody, ponieważ byłby to sygnał dla kolejnych tysięcy kredytobiorców, że warto wystąpić z roszczeniami. Z uwagi na masowy charakter tego typu spraw jest to odmienna sytuacja niż w innych sporach, w których obie strony mogą ustąpić bez dalszych konsekwencji. W przypadku banków stanowisko zajęte w jednej sprawie przekłada się na inne. Chodzi o zniechęcenie jak największej liczby kredytobiorców przed inicjowaniem postępowań – tłumaczy mec. Bartosiak.

Światełko w tunelu

Adwokat Anna Wolna-Sroka z całą stanowczością podkreśla, że frankowicze nie oczekują wprowadzenia obowiązkowej mediacji przedsądowej. Tego typu zapis jedynie utrudni dochodzenie roszczeń w sądzie i będzie stanowił dodatkową barierę prawną. Natomiast mec. Jakub Bartosiak dodatkowo ostrzega przed brakiem skuteczności tego rozwiązania w sprawach frankowiczów. I dodaje, że problemem nie jest pojedyncza sprawa indywidualnego klienta, tylko skala zjawiska rażąco wadliwych umów kredytowych.

– W całej tej kwestii jednak trzeba zaznaczyć, że osoby, które są zagrożone licytacją nieruchomości, mogą oczekiwać obowiązkowej mediacji. Wielokrotnie rozmawialiśmy z prezesami banków o systemowym rozwiązaniu. Niestety sektor bankowy oprotestował każdą możliwą metodę, w tym również zrównanie tych zadłużeń z kredytami złotowymi – dodaje prezes SSBB.

W ocenie adwokata Jakuba Bartosiaka, banki raczej nie czekają na wprowadzenie ww. rozwiązania. Niemniej przedłużenie postępowania choćby o kolejny miesiąc czy dwa jest w ich interesie. Jeśli po ustanowieniu obowiązkowej mediacji jej koszt ponosiliby kredytobiorcy, to mogłoby zniechęcić ich do walki o swoje prawa. Do tego mec. Garlacz dodaje, że banki mogłyby łatwiej wprowadzać frankowiczów w błąd co do kształtującej się linii orzeczniczej, gdyby negocjowali oni ugody bez prawników przed złożeniem pozwów.

– Dwie strony procesu powinny podjąć decyzję, czy są zainteresowane polubownym rozwiązaniem sporu. Warto podkreślić, że na każdym etapie sprawy sądowej można rozpocząć negocjacje ugodowe, które nie będą wiązały się z dodatkową opłatą, a wprowadzenie bariery w postaci obowiązkowych płatnych mediacji jedynie utrudni konsumentom dochodzenie sprawiedliwości w sądzie – podkreśla adwokat Wolna-Sroka.

Na początku grudnia 2019 r. odbyło się spotkanie przedstawicieli Ministerstwa Sprawiedliwości ze Związkiem Banków Polskich, a niedługo zostanie zorganizowane kolejne – ze Stowarzyszeniem Stop Bankowemu Bezprawiu. Ma to pomóc w ustaleniu, czy strony potencjalnych sporów widzą możliwość rozwiązywania ich poza sądem. Decyzję co do ewentualnych dalszych prac podejmie kierownictwo resortu sprawiedliwości w zależności od przedstawionych stanowisk.

– Nie sądzę, aby Ministerstwo Sprawiedliwości mogło uzgodnić stanowisko, które zadowoli obie strony na poziomie ogólnokrajowym. Umowy kredytobiorców, zakres ich wykonania, etapy sporów sądowych, argumentacje w pozwach i indywidualne oczekiwania kredytobiorców są różne. Prawnicy specjalizujący się w tym temacie znają siłę swoich argumentów i powinni rekomendować swoim klientom odpowiednie ugody rzeczywiście dla nich korzystne – dodaje mec. Garlacz.

Media niedawno też donosiły, że kilka banków prawdopodobnie wkrótce złoży propozycję ugód na masową skalę dla frankowiczów. Wśród nich może być m.in. PKO Bank Polski, który informuje, że nie komentuje spekulacji medialnych. Jednak dodaje, że jeśli będzie planował jakiekolwiek zmiany, jak zawsze w pierwszej kolejności poinformuje o tym swoich klientów. Zatem widać, że szansa na szersze porozumienie istnieje.

– Frankowicze którzy są już w sądach, oczekują realnych ugód, ale póki co nie powinni na nie liczyć ze strony banków. Muszą czekać na rozstrzygnięcia sądów. Należy zakładać, że klienci, którzy będą mieli korzystne wyroki albo mocno zaangażują się w swój proces, otrzymają najlepsze warunki ugodowe w ramach postępowań sądowych – podsumowuje Barbara Garlacz.

Szpitale potrzebują 100 mld zł na znaczącą poprawę jakości leczenia. Niezbędne są też zmiany w organizacji pracy

Niedofinansowanie, rosnące koszty i zadłużenie w NFZ, a także brak kadr i zła organizacja pracy – to bariery, które hamują rozwój polskich szpitali, a wraz z nimi również systemu opieki zdrowotnej. – Jest bardzo wiele działań do podjęcia, począwszy od poprawy finansowania. Mówimy o wielkich pieniądzach rzędu 100 mld zł – uważa Jarosław Fedorowski, prezes Polskiej Federacji Szpitali.

– Polskie szpitale są w różnej kondycji finansowej. Mamy placówki, które osiągają dobry wynik finansowy i nie mają kłopotów kadrowych, ale mamy też placówki, które mają duże problemy. Tych drugich jest oczywiście więcej z uwagi na to, że to są przede wszystkim szpitale działające na pierwszym i drugim poziomie zabezpieczenia w sieci szpitali. Mają one dosyć słabe możliwości finansowe z uwagi na to, że ich budżety są niewielkie – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Fedorowski, prezes Polskiej Federacji Szpitali, członek Pracodawców RP.

Trudną sytuację szpitali skupionych w ramach sieci potwierdza raport NIK. Spośród 29 badanych w 2018 roku placówek większość (23) odnotowała ujemny wynik finansowy, a ich koszty przekraczały przychody. Z danych Ministerstwa Zdrowia wynika, że zadłużenie wszystkich samodzielnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej we wrześniu 2019 roku wynosiło 14,3 mld zł, podczas gdy rok wcześniej – 12,6 mld.

Według raportu Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych w Polsce zobowiązania tego typu placówek od 2015 roku wzrosły z poziomu 1,3 mld zł do 1,7 mld zł na koniec I półrocza 2019 roku. W 2015 roku strata w 120 placówkach wynosiła około 192 mln zł, w 2018 roku było to już 396 mln zł, a szacunki dotyczące pierwszej połowy 2019 roku to już 593 mln zł. Z apelem do resortu zdrowia o natychmiastowe działanie wystąpiła także Polska Unia Szpitali Klinicznych. W ubiegłym roku przeanalizowano sytuację w 32 placówkach klinicznych i okazało się, że ich skumulowany wynik finansowy netto był o 26,2 mln zł niższy niż w 119 szpitalach powiatowych, a zobowiązania krótkoterminowe o 1,1 mld zł wyższe.

Odpowiedzią na te problemy mają być rosnące nakłady na służbę zdrowia. Zgodnie z ustawą przyjętą w 2018 roku w 2024 roku mają one sięgnąć 6 proc. PKB.

– Nasze oczekiwania są bardzo wysokie w stosunku do tego, ile jako społeczeństwo przeznaczamy na ochronę zdrowia. Zatem mamy dwa wyjścia: albo zweryfikować te oczekiwania i znacznie je obniżyć, co uważam za niemożliwe, albo też podjąć walkę na wszystkich frontach, aby polskie szpitalnictwo miało się dużo lepiej. Tych działań jest bardzo wiele, począwszy od znacznej poprawy finansowania. Mówimy o pieniądzach rzędu 100 mld zł, które pozwoliłyby naszym szpitalom dzisiaj dokonać skoku w tę przestrzeń, której oczekuje społeczeństwo – mówi Jarosław Fedorowski.

Zadłużenie szpitali powiatowych wynika m.in. z rosnących kosztów kadrowych. Według szacunków Związku Powiatów Polskich szpitale na wynagrodzenia w 2018 roku wydały 83 proc. swoich przychodów, a w 2019 roku ten odsetek mógł sięgnąć 90 proc. Podobnego zdania jest Polska Unia Szpitali Klinicznych, która ocenia, że zmieniające się regulacje płacowe zdegradowały system płac w szpitalach. Dyrektorzy obawiają się zapowiedzianej w 2020 roku podwyżki płacy minimalnej, która ich zdaniem wymusi kolejne roszczenia płacowe.

– Bardzo dużo pieniędzy wydajemy na kadry. Z jednej strony mamy niedobory, ale z drugiej – także duże problemy z organizacją pracy i optymalnym wykorzystaniem czasu personelu. Lekarze wykonują czynności, które może wykonać pielęgniarka, a pielęgniarki wykonują czynności, które może wykonać asystent medyczny. W sferze organizacyjnej jest sporo do zrobienia – mówi prezes Polskiej Federacji Szpitali.

Inny obszar oszczędności, który jednak wymaga na początku sporych nakładów, to transformacja cyfrowa szpitali. Prezes ocenia, że elektroniczną dokumentację prowadzi około 60 proc. placówek. Dobrze zinformatyzowane są obszary administracyjne, takie jak księgowość czy gospodarka zasobami szpitala, ale problem jest z dokumentacją medyczną.

Przenoszenie zasobów do wersji elektronicznych wymaga pieniędzy i nakładów pracy, a tych brakuje. Problemem są też sami informatycy – szpitale z niewielkimi budżetami nie mogą konkurować z dużymi korporacjami w przyciąganiu do pracy specjalistów z branży IT.

– Kolejny obszar wyzwań jest związany z kosztami obsługi działalności szpitala, np. utylizacji śmieci, serwisowania aparatury medycznej czy utrzymywania czystości – wymienia Jarosław Fedorowski.

Polska Federacja Szpitali zwraca uwagę również na zmianę podejścia – odejście od myślenia oddziałowego, które określa szpital jako zbiór oddziałów różnych specjalności, w kierunku myślenia wieloprofilowego. Taki model sprawdza się w innych krajach i można go wdrażać również w Polsce.

– Kolejną sprawą jest współpraca szpitali i medycyny ambulatoryjnej. Szpitale nie zajmują się tylko hospitalizacją, bo wiele z nich prowadzi ambulatoryjną opiekę specjalistyczną, POZ. Tutaj widziałbym pewną szansę w konsolidacji i tworzeniu konsorcjów opieki koordynowanej – postuluje prezes Polskiej Federacji Szpitali.

Na początku lutego Narodowy Fundusz Zdrowia przedstawił Kodeks dobrych praktyk zarządczych w szpitalach przygotowywany przez ponad rok wspólnie z Polską Federacją Szpitali.

Stwierdziliśmy, że skoro są szpitale, w których stosowane są dobre praktyki – czy to z obszaru informatyzacji, czy zarządzania, księgowości i finansowania, zarządzania kadrami – to warto je popularyzować, zebrać w kodeks i przedstawić innym szpitalom – mówi Jarosław Fedorowski.

Z kodeksu wynika, że zmiany w zarządzaniu placówkami medycznymi zwiększają zaufanie pacjentów, skracają czas hospitalizacji i przynoszą oszczędności.

Wystąpienie prezesa Fed utrwaliło oczekiwania na stabilizację stóp procentowych w USA

Prezes Fed w czwartek (13.02.2020) wygłosił przed Izbą Reprezentantów półroczny raport na temat polityki monetarnej. Podczas wystąpienia J. Powell powiedział, że gospodarka rozwija się w umiarkowanym tempie, a czynniki wspierające wydatki gospodarstw domowych są solidne. W kontekście prowadzonej polityki pieniężnej dodał, że obecne stanowisko Fed skupia się na wsparciu dalszego wzrostu gospodarczego, silnego rynku pracy oraz powrotu inflacji do celu na poziomie 2%. Jego zdaniem tak długo, jak napływające informacje o gospodarce będą zasadniczo zgodne z prognozami Fed, obecne stanowisko polityki pieniężnej prawdopodobnie nie zmieni się. Odnosząc się do ryzyka związanego z rozprzestrzenianiem się koronawirusa prezes

J. Powell powiedział, że Fed uważnie monitoruje rozwój epidemii i będzie oceniać jej skutki dla krajowej i światowej gospodarki.

W ubiegłym tygodniu GPW w Warszawie zanotowała lekki wzrost. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał na wartości w ciągu tygodnia 0,14%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zaliczyły nieco wyższy wzrost równy 0,24%. Indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień następująco: sWIG80 zyskał na wartości 0,99%, natomiast mWIG40 lekko osłabił się – o 0,43%.

Na tle powyższego, nasz fundusz Superfund UCITS Green Financial Futures stosując aktywne zarządzanie portfelem dostarczył inwestorom nieco wyższy zysk: + 1,06%.

Nadchodzący tydzień będzie bogaty w dane makroekonomiczne z Polski. W środę (19.02.2020) poznamy dane o dynamice zatrudnienia oraz o średnim i przeciętnym wynagrodzeniu. W czwartek (20.02.2020) będą ujawnione dane o produkcji przemysłowej. Z kolei w piątek (21.02.2020) poznamy dane o produkcji budowlano-montażowej oraz sprzedaży detalicznej.

Interesujące dane będą również napływały ze Stanów Zjednoczonych. W środę (19.02.2020) zostanie upubliczniony protokół z posiedzenia FOMC. Natomiast w piątek (21.02.2020) poznamy indeks PMI dla przemysłu oraz usług.

Również nie można pozostawić bez uwagi publikacje protokołu posiedzenia ECB, którą oczekuje się w czwartek (20.02.2020) oraz wstępny odczyt indeksów PMI dla przemysłu i usług w Strefie Euro, który poznamy w piątek (21.02.2020).

Departament Zarządzania i Analiz, SUPERFUND TFI S.A.

Węgiel zalega na hałdach, a koszty wydobycia wciąż rosną

Jak informuje Ministerstwo Aktywów Państwowych, od stycznia do listopada ub.r. wydobyto ponad 56 mln ton węgla kamiennego i 46 mln ton brunatnego. Wiele wskazuje na to, że wyniki z pełnych 12 miesięcy będą niższe w porównaniu z tymi z 2018 roku. Zdaniem ekspertów, w Polsce zmierzamy w kierunku kryzysu energetycznego. W efekcie za ok. 10 lat mogą nastąpić wyłączenia. Rosną też koszty wydobycia. Z kolei import pozostaje wciąż tańszym rozwiązaniem. Odejście od węgla wydaje się być nieuniknione, jednak nie nastąpi to z dnia na dzień. I będzie wymagało dużych nakładów finansowych.

Z danych Ministerstwa Aktywów Państwowych wynika, że w Polsce wydobycie węgla kamiennego wyniosło 56,69 mln ton, a brunatnego – 46,38 mln ton. To podsumowanie jedenastu miesięcy ubiegłego roku. Natomiast w całym 2018 roku było odpowiednio 63,38 mln ton oraz 58,57 mln ton. Z kolei w statystykach Jastrzębskiej Spółki Węglowej z 2019 roku pojawia się 14,76 mln ton, a z wcześniejszego roku – 15,01 mln ton. W przypadku LW Bogdanka wydobycie 2 lata temu wyniosło 9 mln ton, a w ubiegłym roku – 9,4 mln ton.

– W Polsce zmierzamy w kierunku kryzysu energetycznego. Według prognoz rządowych, to nie jest sprawa natychmiastowa, ale za około 10 lat mogą nastąpić wyłączenia prądu. Obecna sytuacja ma związek nie tylko ze spadkiem wydobycia węgla, ale też z małymi przyrostami produkcji energii w oparciu o inne metody, a więc o wiatr i fotowoltaikę – komentuje prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC i były wiceminister finansów.

Prawdopodobny spadek wydobycia rok do roku nie jest zaskoczeniem dla prof. Krystyny Bobińskiej. Ekspert z Instytutu Sobieskiego w dziedzinie gospodarki i energetyki podkreśla, że zasoby węgla brunatnego kończą się w Bełchatowie. Natomiast w przypadku węgla kamiennego spada eksport. W związku z tym część wydobytego surowca leży na hałdach, a z drugiej strony rośnie import z dużo tańszych źródeł. U nas węgiel kosztuje 70-80 dolarów za tonę, a w Rosji – 60.

Marek Zuber, ekonomista
Marek Zuber, ekonomista

– W Polsce rosną koszty wydobycia, szczególnie węgla kamiennego. Mamy do czynienia z coraz trudniej dostępnymi złożami. Więcej trzeba też płacić za energię potrzebną w kopalniach. Do tego koszty pracy są coraz wyższe. Konkurencja zewnętrzna pozostaje tańsza i to powoduje, że w Polsce wydobywa się mniej węgla. W dalszym ciągu będą rosły wynagrodzenia, choć może tempo wzrostów spadnie. Do tego dojdą podwyżki cen energii. Choćby z tytułu tych dwóch elementów będą zwiększały się koszty pozyskiwania surowca – mówi ekonomista Marek Zuber.

Jak zaznacza prof. Gomułka, z własnych surowców energetycznych produkujemy około 70% energii. To nowa sytuacja, bo jeszcze parę lat temu była mniejsza zależność od importu, zwłaszcza z Donbasu. Natomiast prof. Bobińska podkreśla, że sprowadzanie tego surowca w stosunku do zimy 2017-2018 spadło. Ponadto Minister Sasin wydał ostatnio zakaz importu węgla przez państwowe podmioty gospodarcze. Ekspert z Instytutu Sobieskiego stwierdza, że obecna władza dąży do utrzymania prawie pełnej samodzielności energetycznej, co jest słusznym kierunkiem ze względu na bezpieczeństwo energetyczne.

– Rząd nie przyjął jak dotąd jakiegoś długofalowego planu w obszarze produkcji energii elektrycznej. Do niedawna jeszcze było przekonanie, że podstawowym surowcem może być węgiel. Ostatnie poważne reformy przeprowadził rząd Jerzego Buzka. I od tego czasu niewiele się działo, dlatego odbiegamy od Europy Zachodniej. Wielka Brytania ma zaprzestać produkcji energii elektrycznej w oparciu o węgiel już w 2025 roku, natomiast Niemcy mówią o latach 2038-2040 – dodaje główny ekonomista BCC.

Według prof. Bobińskiej, spadek produkcji generalnie nie może się bezpośrednio przełożyć na wzrost ceny węgla, ponieważ sporo jest go na hałdach. Ponadto zima była wyjątkowo ciepła, w związku z tym popyt na energię elektryczną znacząco zmalał. Doszła do tego decyzja ArcelorMittal, ws. zamknięcia w listopadzie zakładu przemysłowego w Nowej Hucie. A to był ważny odbiorca tego surowca. Produkcja powróci tam dopiero w marcu.

– Podczas niedawnej dyskusji w Narodowej Radzie Rozwoju wypowiadał się jeden z ekspertów. Stwierdził, że zasoby węgla w Polsce pod ziemią są bardzo duże, nawet na jakieś 200 lat. Ale wybudowanie nowych kopalni to jest sprawa nawet kilkunastu lat – podkreśla prof. Gomułka.

Natomiast ekspert z Instytutu Sobieskiego zwraca uwagę na sprawę budowy kopalni węgla brunatnego w Złoczewie, o czym mówi się m.in. w kontekście spełnienia wymagań UE. I jak dodaje, to nie jest głupi pomysł, ponieważ dopiero do roku 2050 roku mamy uzyskać neutralność energetyczną. Taka kopalnia wyczerpie się w ciągu maksymalnie 20 lat. To byłoby dla nas opłacalne, bo węgiel brunatny jest najtańszym źródłem energii w Polsce.

– Mieliśmy gigantyczny projekt australijski z gotowym biznesplanem dotyczącym wydobycia węgla na południe od Lublina. On powstał przy wyraźnie niższej cenie węgla niż dzisiaj. I wskazywał na dużą rentowność przedsięwzięcia. Jednak wiązał się z bardzo dużymi, wielomiliardowymi inwestycjami, żeby zwiększyć wydobycie. Ponadto ten projekt nie był specjalnie kochany na Śląsku z uwagi na konkurencję – zwraca uwagę Marek Zuber.

Stanisław Gomułka, główny ekonomista BBC
Stanisław Gomułka, główny ekonomista BBC

Z kolei prof. Gomułka zaznacza, że sytuacja Polski coraz bardziej zależy od importu węgla i energii, a to niewątpliwie jest problemem. Ekspert nie wyklucza, że w najbliższych latach nastąpi poszerzenie wydobycia w oparciu o istniejące kopalnie. To oczywiście jest związane z rosnącymi kosztami, a import pozostaje tańszy. Są też plany z wykorzystaniem innych metod niż węgiel. Zdaniem głównego ekonomisty BCC, najbliższe 10 lat to czas rosnących cen energii, a później nawet konieczności dużego jej importu lub wyłączeń dostaw prądu.

– Koszty rezygnacji z węgla kamiennego czy brunatnego i próba wejścia w obszar energii odnawialnej czy atomowej wynoszą setki miliardów złotych. Takie zmiany nastąpią, ale raczej w perspektywie 50 lat, a nie pięciu. Nie mamy innego wyjścia, bo ten kierunek nadała UE. Pojawiają się głosy ze strony Ursuli von der Leyen i innych europejskich polityków, że trzeba pomóc Polsce w tym procesie. Jednak czas pokaże jak to będzie finalnie wyglądało – podsumowuje ekonomista Marek Zuber.

Pracownicy z Ukrainy mogą liczyć na coraz większe zarobki i benefity. Tylko 8 proc. z nich myśli o zamieszkaniu w Polsce na stałe

Już co piąta polska firma zatrudnia pracowników z Ukrainy – wynika z Barometru Imigracji Zarobkowej za II półrocze 2019 roku. Większość pracuje na stanowiskach niskiego szczebla, ale rośnie zapotrzebowanie także w obszarze kompetencji specjalistycznych. Dynamicznie rosną też zarobki pracowników ze Wschodu, a w związku z tym, że coraz trudniej ich pozyskać, 17 proc. polskich przedsiębiorców byłoby skłonnych płacić im więcej niż Polakom. – Ukraińcy postrzegają nasz kraj jako atrakcyjny do emigracji zarobkowej, ale przed nami jednak sporo do zrobienia – ocenia Kinga Marczak z Grupy Personnel Service.

 Szacujemy, że pracowników z Ukrainy zatrudnia około 40 proc. dużych firm, co piąta średnia i około 15 proc. małych firm, przy czym tendencja jest wzrostowa – mówi agencji Newseria Biznes Kinga Marczak, dyrektor operacyjny Grupy Personnel Service.

W Polsce pracuje niemal 2 mln osób zza naszej wschodniej granicy. Z Barometru Imigracji Zarobkowej za II półrocze 2019 roku Grupy Personnel Service wynika, że łącznie 18 proc. polskich firm zatrudnia obecnie pracowników z Ukrainy. Zdecydowana większość z nich (72 proc.) oferuje im stanowiska niższego szczebla. W co piątej firmie Ukraińcy pracują na stanowiskach średniego szczebla,  a w kolejnych 4 proc. – na wyższych pozycjach, które wymagają odpowiednich kwalifikacji zawodowych.

– Następuje przesunięcie w stronę bardziej specjalistycznych procesów, zarówno produkcyjnych, jak i usługowych – ocenia Kinga Marczak. – Poszukiwane są kompetencje specjalistyczne w obszarze outsourcingu procesów biznesowych, IT czy medyczne. Jest to bardzo dobra tendencja rozwoju polskiego rynku, która pokazuje, że zmieniamy się z montowni Europy w dojrzały rynek pracy i usług.

Ukraińcy coraz lepiej zarabiają. Co druga firma oferuje im stawkę od 14,7 do 16 zł brutto na godzinę, a 15 proc. – 17–21 zł brutto na godzinę. W co piątej firmie mogą liczyć na ponad 21 zł brutto na godzinę. 65 proc. naszych wschodnich sąsiadów zarabia w Polsce co najmniej 2,5 tys. zł netto miesięcznie, a tylko co dziesiąta – poniżej 2 tys. zł netto.

Widzimy tendencję wzrostu wynagrodzeń prawie do 90 proc. W 2014 roku stawka godzinowa netto wynosiła około 8,4 zł, w tym momencie dzięki tegorocznemu wynagrodzeniu minimalnemu wynosi ona około 13 zł netto i oscyluje do około 17 zł netto przy bardziej wyspecjalizowanych pozycjach, więc ten wzrost jest bardzo dynamiczny – przekonuje ekspertka Personnel Service.

Ukraińcy mogą też liczyć na benefity. Najczęściej pracodawcy decydują się na zapewnienie pomocy w załatwieniu formalności (49 proc.), świadczeń socjalnych (39 proc.) oraz mieszkania (30 proc.). Co piąta firma zapewnia kadrze ze Wschodu darmowy transport do miejsca pracy, a 14 proc. – wyżywienie.

– Pracownik z Ukrainy jest ceniony, często zaprasza się go do pogłębiania swoich kompetencji, kończenia kursów, certyfikatów i to jest naprawdę atrakcyjna oferta. Polska jest krajem najczęściej wybieranym dla emigracji zarobkowej spośród obywateli Ukrainy – ocenia Kinga Marczak.

Jednocześnie rekordowe 46 proc. firm dostrzega, że obecnie trudniej rekrutuje się kadrę ze Wschodu. To o 31 pp. więcej niż w poprzedniej edycji badania. Dlatego coraz więcej pracodawców deklaruje, że byłoby skłonnych płacić Ukraińcom więcej niż Polakom.

– Dla pracowników ze Wschodu to oferta finansowa jest kluczowa i motywuje ich do przyjęcia danej oferty pracy. Tendencja wzrostu wynagrodzeń jest bardziej dynamiczna niż ogólna średnia statystyczna wzrostu wynagrodzeń dla obywateli Polski – tłumaczy dyrektor operacyjny Grupy Personnel Service.

Ukraińcy doceniają Polskę za bliskość geograficzną, kulturową i językową, ale tylko 8 proc. myśli, żeby osiąść w niej na stałe. To, co mogłoby zatrzymać ich w naszym kraju na dłużej, to podniesienie poziomu wynagrodzeń, ułatwienia w legalizacji stałego pobytu i uproszczenie procedur. Sami Ukraińcy podkreślają, że Polska powinna bardziej promować siebie jako dobre miejsce do pracy i życia. Uważa tak 71 proc. z nich.

 Powinniśmy zawalczyć o lepszy wizerunek Polski jako miejsca emigracji zarobkowej na Ukrainie. Nie mamy spójnej polityki migracyjnej, nie pokazujemy wystarczająco wyraźnie naszych atutów, a w końcu Polska to kraj o bardzo stabilnej sytuacji społeczno-ekonomicznej, wysokiej stopie życia w porównaniu do byłego bloku wschodniego, kraj przyjazny kulturowo i językowo – podkreśla Kinga Marczak. – Z punktu widzenia ekonomii i polityki byłoby wskazane, żeby wzmocnić wizerunek Polski i Polaków w przekazie medialnym już na Ukrainie.

Nadmierna biurokracja utrudnia organizacjom pozarządowym dostęp do unijnych funduszy. Tracą ważne źródło finansowania

Wiele organizacji pozarządowych finansuje swoje działania przy wsparciu funduszy unijnych, ale ich wykorzystanie hamują nadmierna biurokracja i niesprawny system informowania o ich dostępności. W przyszłej perspektywie finansowej na lata 2021–2027 NGO-sy chcą bardziej włączyć się w proces dysponowania środkami z unijnego budżetu. Apelują też o ograniczenie papierologii i większą swobodę we wdrażaniu nowatorskich rozwiązań.

Ogólnopolska Federacja Organizacji Pozarządowych oraz Pracownia Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia” wypracowały pięć postulatów generalnych oraz dwanaście szczegółowych odnoszących się do przyszłej architektury funduszy europejskich. Postulaty zawierają ogólne zasady, które według organizacji powinny obowiązywać w nowym systemie dysponowania funduszami. Wśród nich są m.in. zasady partnerstwa w zarządzaniu środkami oraz równości szans w programowaniu i wdrażaniu funduszy europejskich.

– Unijne fundusze są bardzo ważnym źródłem finansowania dla organizacji pozarządowych – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Domagała, prezes zarządu Ogólnopolskiej Federacji Organizacji Pozarządowych. – Szczególnie dla takich organizacji, które mają odpowiednie kompetencje, aby prowadzić np. przedszkole, hospicjum oraz świadczyć usługi edukacyjne oraz dla osób z niepełnosprawnościami.

Jak podkreśla, pozyskiwanie funduszy unijnych wiąże się z trudnościami dotyczącymi przygotowania wniosku, rozliczenia projektu, ale pozwalają one na realizację dużo większych przedsięwzięć niż środki finansowe przekazywane przez samorządy lokalne.

– W ramach Europejskiego Funduszu Społecznego Plus w nowej perspektywie finansowej jest do rozdysponowania około 100 mld zł przez siedem lat, a więc są to bardzo duże środki – zauważa Łukasz Domagała. – Myślę, że ta kwota jest wystarczająca. Będą to fundusze na projekty dotyczące m.in. zatrudnienia, ubóstwa, zdrowia i edukacji. Najważniejsze jest to, żeby te pieniądze były łatwo dostępne. Trzeba pamiętać, że organizacje społeczne są najbliżej osób potrzebujących i najbardziej efektywnie rozpoznają potrzeby lokalne.

Dziś często narzekają jednak na nadmierną biurokrację, która nie tylko utrudnia pozyskiwanie unijnego wsparcia, jego rozliczenie, ale też podnosi koszty tego procesu. Dlatego też postulują o uproszczenie procedur na każdym etapie systemu (projektowania, dystrybucji i rozliczania).

– Szefowie organizacji mówią: mieliśmy 10 osób pracujących i musieliśmy zwiększyć kadrę o kolejne pięć–siedem osób, których praca polega właściwie tylko na zajmowaniu się dokumentami. Na pewno miejsce na uproszczenie procedur i zniwelowanie biurokracji jest bardzo duże. Liczymy, że to się uda – mówi Łukasz Domagała. – Kiedyś było dobre rozwiązanie, które częściowo zaczynało się sprawdzać, ale rząd się z niego wycofał, dotyczące małych projektów i możliwości rozliczania ich ryczałtem lub czasem jednym dokumentem.

Ogólnopolska Federacja Organizacji Pozarządowych koncentruje się na tym, aby włączyć organizacje pozarządowe w proces planowania wydatkowania funduszy unijnych oraz w  mechanizm monitorowania, jak są wydawane te środki. Federacja chce zapewnić dostępność, transparentność oraz efektywność w ich wydawaniu i to są najważniejsze wyzwania na najbliższe miesiące. Ponadto potrzebnych jest szereg innych zmian, aby fundusze Unii Europejskiej były lepiej wykorzystane.

– Ważna jest nauka płynąca z obecnego okresu programowania, że punkty informujące o środkach unijnych prowadzone przez administrację publiczną nie spełniły swojej roli – podkreśla Łukasz Domagała. – W poprzednich latach funkcjonował specjalny system regionalnych ośrodków Europejskiego Funduszu Społecznego prowadzony przez same organizacje. Działał on dużo efektywniej, a środki finansowe trafiały do bardzo małych społeczności. Teraz niestety tak się nie dzieje. Konieczny jest powrót do poprzedniego systemu informowania o dostępności środków unijnych, który aktywizował społeczników i samorządy w małych miejscowościach.

Organizacje postulują także stworzenie przestrzeni dla upowszechniania innowacji społecznych.

– Słyszałem o takich postulatach, żeby było więcej środków, by dana organizacja społeczna była w stanie prowadzić przedszkole czy wybudować budynek, który jest dostępny dla całej społeczności. Myślę, że środki, które budowałyby potencjał instytucjonalny i zasoby dobrze działających organizacji, są bardzo ważne – podkreśla Domagała.

Nowa perspektywa budżetowa Unii Europejskiej jest zaplanowana na lata 2021–2027. Pierwsze nabory ruszą najwcześniej w przyszłym roku. Jednak organizacje zainteresowane dofinansowaniem mogą już teraz uzyskać jak najwięcej informacji w urzędzie marszałkowskim, aby przygotować się do złożenia wniosku.