Większość rodziców nie oszczędza na przyszłość swoich dzieci

CEO Magazyn Polska

Tylko 30 proc. Polaków odkłada pieniądze na przyszłość swoich dzieci wynika z badań Instytutu Homo Homini. Tymczasem regularne odkładanie nawet kilkudziesięciu złotych miesięcznie już od narodzin dziecka pomoże rodzicom zapewnić mu lepszy start w dorosłe życie. Zebrana przez lata kwota może pomóc w opłaceniu studiów, zakupie mieszkania czy w założeniu własnego biznesu.

Rodzice nie mają w zwyczaju odkładać pieniędzy na przyszłość swoich dzieci. Zdaniem doradców finansowych Polacy myślą z dnia na dzień. Młodym Polakom trudniej spełniać więc swoje marzenia i usamodzielnić się. Według danych GUS około połowy osób w wieku 18-35 lat wciąż mieszka z rodzicami. Wskaźnik ten jest wyższy niż unijna średnia i wciąż rośnie. Zahamować ten trend może inwestowanie w celu zapewnienia lepszej przyszłości dziecku. Najlepiej zacząć oszczędzać od dnia jego narodzin.

Jeśli zaczniemy wcześniej i będziemy oszczędzać regularnie określone kwoty, kilkadziesiąt czy kilkaset złotych, to w momencie, kiedy dziecko osiągnie wiek 18-19 lat, może się uzbierać znacząca suma – mówi agencji informacyjnej Newseria Leszek Zięba, menadżer ds. kluczowych partnerów z Centrum Finansowego Aspiro.

Plan inwestycji na tak długi okres należy dobrze przemyśleć, biorąc pod uwagę m.in. cel, a także rodzaj inwestycji.

Trzeba dokładnie przemyśleć, jaką kwotę zechcemy uzbierać, a to zależy od tego, na jaki cel będziemy ją chcieli przeznaczyć. Może nie tylko na studia, może na uruchomienie biznesu, może na podróż dookoła świata, a może po prostu na huczne wesele dla dziecka – radzi Leszek Zięba. – Trzeba inwestować w takie instrumenty, które rozumiemy. Mogą to być na przykład lokaty, programy oszczędnościowe, które sami sobie stworzymy, bądź programy dostępne w instytucjach finansowych. Możemy również inwestować bardziej agresywnie, kupując akcje, ale to już wiąże się z większym ryzykiem.

Rodzice przy wyborze strategii inwestycyjnej powinni wziąć pod uwagę swoje możliwości finansowe, aby kilkunastoletnie oszczędzanie nie było odczuwalne w domowym budżecie. Należy mieć także na uwadze koszty takich inwestycji, np. podatek od zysku czy inflację.

Popularne i stabilne jest inwestowanie w nieruchomości. Rodzice, jeszcze kiedy dziecko będzie małe, mogą kupić mu mieszkanie i oddać pod wynajem, a pieniądze z czynszu przeznaczyć na spłacanie kredytu. Działający od początku roku program Mieszkanie dla Młodych umożliwia również rodzicom pomaganie dorosłym dzieciom. Mogą oni przyłączyć się do kredytu, w przypadku gdy dochody ich dzieci nie są wystarczające na jego zaciągnięcie.

Rodzice nie stają się współwłaścicielami tej nieruchomości, ale dołączają się do dochodów, aby zwiększyć zdolność kredytową, która pozwoli na nabycie upragnionego mieszkania przez młodych ludzi – podpowiada Leszek Zięba.
 
O kredyt z dopłatą w ramach MdM mogą się starać osoby do 35. roku życia, w tym również single.

Nowe mieszkania z programu Mieszkanie dla Młodych najczęściej kupują single i bezdzietni

CEO Magazyn Polska

Niewiele ponad 8 tys. osób skorzystało dotychczas z programu Mieszkanie dla Młodych. Najchętniej z rządowego dofinansowania korzystały osoby samotne i małżeństwa bez dzieci. Niepokoi fakt, że dotychczas wykorzystano tylko 149,8 mln zł, czyli niecałe 25 proc. pieniędzy przeznaczonych na MdM w tym roku. Jeśli tempo wydawania środków się utrzyma, przepaść może nawet 300 mln zł.

Zdaniem Bartosza Turka, analityka Lion’s Banku, do końca 2014 r. najprawdopodobniej nie uda się zagospodarować nawet połowy z 600 mln zł przeznaczonych na dofinansowanie zakupu pierwszych mieszkań dla młodych Polaków.

Spowoduje to, że prawdopodobnie 300 mln złotych przepadnie, wróci do budżetu, więc nie będzie można z tych pieniędzy skorzystać w programie Mieszkanie dla Młodych – prognozuje Bartosz Turek w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Zgodnie z założeniami mechanizmu wydatkowania programu MdM kwota przeznaczona na dany rok nie może być wydana w kolejnym. Do 30 czerwca 2014 r. dofinansowanie przyznane w ramach MdM wyniosło łącznie nieco ponad 187 mln zł, w tym na bieżący rok – prawie 150 mln, na kolejny – prawie 35,5 mln zł, a na 2016 r. – 1,8 mln zł.

Z raportu Banku Gospodarstwa Krajowego, podsumowującego pierwsze pół roku działania MdM, wynika, że najwięcej beneficjentów programu to bezdzietni single (94 proc. wszystkich wniosków złożonych zostało przez osoby samotne) i małżeństwa bezdzietne (56 proc. wszystkich małżeństw). To dlatego, że MdM, w odróżnieniu od swego poprzednika, Rodziny na Swoim, zrównał w prawach osoby samotne z rodzinami posiadającymi dzieci i małżeństwami.

Wnioski składają przede wszystkim single i rodziny bezdzietne. Program Rodzina na Swoim nie pozwalał dostać większych pieniędzy z budżetu rodzinom, niezależnie od tego, czy z dziećmi, czy bez dzieci, a gorzej traktował singli. W przypadku Mieszkania dla Młodych nieważne jest to, czy ktoś zawarł związek małżeński, czy nie. Single i rodziny bezdzietne są traktowane ta samo – wyjaśnia Bartosz Turek.

Przeciętne mieszkanie kupowane w ramach MdM ma powierzchnię nieco przekraczającą 53 mkw., a dom jednorodzinny – średnio 83 mkw. Jeden mkw. mieszkania kosztował przeciętnie 4,2 tys. zł, a domu – 3,5 tys. zł.

Niestety, trzeba zauważyć, że domy zostały wprowadzone do tego programu trochę sztucznie: podniósł się krzyk, że na terenie trzech czwartych powiatów w Polsce deweloperzy nie działają, a więc tam nie można by było skorzystać z MdM. Wprowadzono więc możliwość zakupu domów, ale w bardzo ograniczonym zakresie, do 100, maksymalnie 110 mkw. – przyznaje analityk Lion’s Banku.

Problemem jest niewielka dostępność takich domów w ofertach deweloperów. Z tego powodu w pierwszym półroczu 2014 roku beneficjenci programu Mieszkanie dla Młodych złożyli niewiele ponad 100 wniosków dotyczących domów.

W raporcie BGK najlepiej wypada stolica. Do rządowego programu od początku roku przystąpiło tu 867 beneficjentów, a łączna kwota dofinansowania wkładu własnego wyniosła ponad 24 mln zł. To najwięcej ze wszystkich miast wojewódzkich. Dane te tłumaczy stosunkowo duża podaż mieszkań na stołecznym rynku pierwotnym mimo niewielkich dopuszczonych przez MdM limitów cenowych, wynoszących nieco ponad 6 tys. zł za mkw. Obecnie deweloperzy oferują w Warszawie ok. 15 tys. nowych mieszkań.

W przypadku Warszawy dużym atutem jest to, że mamy do czynienia z dużym rynkiem – mówi Turek.

Dobrze z wykorzystaniem rządowego wsparcia na zakup mieszkania radzi sobie zresztą całe Mazowsze, gdzie przez pierwsze sześć miesięcy roku złożono blisko 1400 wniosków. Większą liczbę beneficjentów programu (1475) zanotowano jedynie w województwie pomorskim.

Największe trudności w dostępie do programu mają mieszkańcy Opola i Kielc z powodu niskich limitów kwalifikujących do dopłat wynoszących niewiele ponad 4 tys. zł za mkw. mieszkania. Barierą jest także stosunkowo uboga oferta deweloperów, którzy oferują niewiele mieszkań na sprzedaż.

Z kolei w gminach okalających miasta liczba osób, które skorzystały z dofinansowania wkładu własnego w ramach MdM, zależy od maksymalnej ceny za mkw. obowiązującej w mieście. Prawidłowością jest stopniowe zmniejszanie się limitów w miarę zwiększania się odległości od centrum. Na czele rankingu są gminy sąsiadujące z Poznaniem, gdzie złożono 388 wniosków, co stanowi 28 proc. wszystkich wniosków, i z Gdańskiem (odpowiednio 312 wniosków i 23 proc.).

W Poznaniu nie tylko limit dla samego miasta jest dosyć wysoki, lecz także limit dla gmin, które to miasto okalają, jest wysoki. Dzięki temu tam Mieszkanie dla Młodych cieszy się popularnością – tłumaczy analityk

Najwięcej wniosków o dofinansowanie z programu Mieszkanie dla Młodych złożono w województwach pomorskim (18 proc.), mazowieckim (17 proc.) oraz wielkopolskim (16 proc.), a najmniejszym powodzeniem MdM cieszył się w Opolskiem i Świętokrzyskiem (po 1 proc.).

Polacy będą kupować coraz więcej luksusowych aut. Na rynku pojawiają się nowe marki

CEO Magazyn Polska

W Polsce sprzedaje się coraz więcej samochodów luksusowych, których ceny rozpoczynają się od 600 tys. zł. Wraz z rosnącą sprzedażą i rosnącym zainteresowaniem kierowców na polski rynek wchodzą kolejne luksusowe marki. Ich przedstawiciele podkreślają, że klienci większą wagę przywiązują do indywidualnych cech auta.
 
W 2013 r. rynek aut premium i luksusowych stanowił ok. 8,5 proc. rynku, natomiast pod względem wartości sprzedaży osiągnął on poziom 20 proc. Z danych Instytutu Samar wynika, że w ostatnim roku sprzedaż w segmencie aut luksusowych wzrosła aż o 97 procent. Wzrost sprzedaży ekskluzywnych aut widoczny będzie również w obecnym i przyszłym roku.
 
Różnicę w podejściu do ekskluzywnych pojazdów zauważa Piotr Jędrach, dyrektor generalny Porsche Inter Auto Polska.
Z markami samochodów luksusowych pracuję od pięciu lat i widzę bardzo dużą różnicę. Polacy kupujący takie auta są klientami, którzy zwracają uwagę na drobne detale, szczególną uwagę przykładają do indywidualizacji samochodu. To dowód na to, że Polacy kochają te samochody i potrafią się bawić motoryzacją – uważa Piotr Jędrach.
 
Wzrosty sprzedaży odnotowały najdroższe modele Porsche, Jaguara i Land Rovera. Dobrze sprzedawały się również modele Bentleya, Ferrari czy Astona Martina.
 
O rosnącym zainteresowaniu ze strony Polaków świadczy również fakt, że na krajowym rynku pojawiają się nowe luksusowe marki. Pod koniec 2012 roku otwarto pierwszy w Polsce salon Maserati, a na początku lipca br. – salon Lamborghini. Przedstawiciele tej marki liczą na ciągły wzrost sprzedaży drogich aut. Firma produkująca sportowe samochody zaprezentowała właśnie nowy model Lamborghini – Huracán LP 610-4.

Rynek luksusowych samochodów w Polsce wciąż jest niewielki. Liczy obecnie około 150 pojazdów. Myślę, że nasz najnowszy samochód może kupić około 20 osób. Naszymi najczęstszymi klientami są mężczyźni zainteresowani sportowymi autami i ogólnie luksusem – mówi agencji informacyjnej Newseria Stephan Winkelmann, prezes koncernu Lamborghini.

 
Najtańszy model Lamborghini – Huracán LP 610-4 będzie kosztował nieco ponad 1 mln zł. Ostateczna cena będzie zależała od wyposażenia i indywidualnych życzeń klienta.
 
Do luksusowych salonów najczęściej przychodzą klienci o określonej pozycji i statusie majątkowym.

Takie auta kupują przede wszystkim pasjonaci, osoby, które kochają samochody i potrafią je docenić. Są to ludzie mające pewny statusem finansowym, które mają na swoim koncie sukcesy, są pewne siebie i bezkompromisowe – dodaje Jędrach.

W 2013 r. przychody polskiej Ekstraklasy wzrosły o 8 proc. Legia dystansuje rywali

Legia Warszawa trzeci rok z rzędu jest liderem wśród polskich klubów piłkarskich pod względem osiąganych przychodów. W przypadku Mistrza Polski wyniosły one w 2013 r. rekordowe jak na polskie warunki, 94 mln zł. Były one prawie dwa razy wyższe od przychodów Lecha Poznań, który jest następny w rankingu. Przychody wszystkich klubów grających w Ekstraklasie wyniosły 380 mln zł i były o 8 proc. wyższe niż rok wcześniej – wynika z VIII edycji raportu „Piłkarska Liga Finansowa” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte. Jak zaznaczają eksperci, bez sukcesów polskich drużyn w europejskich pucharach, nie będziemy mogli konkurować z bogatszymi europejskimi ligami pod względem finansów.

Zestawienie przygotowane po raz ósmy przez Deloitte przedstawia przychody klubów grających w rozgrywkach Ekstraklasy. Na podium oprócz Legii Warszawa i Lecha Poznań (awans z czwartego miejsca) znalazło się opuszczające Ekstraklasę Zagłębie Lubin (spadek z drugiego miejsca w rankingu). Pierwszą piątkę uzupełniają Śląsk Wrocław i Lechia Gdańsk.

Legia Warszawa tegoroczne zdecydowane zwycięstwo zawdzięcza zwiększeniu przychodów
o 28,5 mln zł, co stanowi wzrost o 43 proc. rok do roku. „Po raz trzeci w naszym zestawieniu warszawski klub jest niezaprzeczalnym liderem. Dodatkowo, wraz ze zdobyciem mistrzostwa w sezonie 2013/2014, drużyna kolejny raz stoi przed szansą awansu do Ligi Mistrzów UEFA. Gdyby udało jej się przejść do fazy grupowej tych prestiżowych europejskich rozgrywek, mogłaby zostać pierwszym polskim zespołem, który osiągnął przychody na poziomie przekraczającym 100 mln zł rocznie. Jednocześnie na długo zdystansowałaby pozostałych krajowych rywali pod względem przychodów” – mówi Marcin Diakonowicz, Partner w Dziale Audytu, Lider Sports Business Group Poland, Deloitte.

„Dla porównania najsłabsza w ubiegłorocznej Lidze Mistrzów drużyna GNK Dinamo zainkasowała od UEFA za sam udział w fazie grupowej 10,5 mln euro, co stanowi aż 46 proc. przychodów Legii Warszawa” – dodaje Marcin Diakonowicz.

„W 2014 Legia Warszawa zamierza bić się na wszystkich frontach. Bazą będzie obrona tytułu Mistrza Polski. Wygrana w ligowych rozgrywkach historyczny 3 raz z rzędu byłaby wspaniałym osiągnięciem. Liczymy na udane występy w europejskich pucharach, czyli wyjście z grupy w Lidze Europy, lub wymarzony awans do Ligi Mistrzów. Legia zawsze będzie biła się o największe laury, dlatego w również w rozgrywkach Pucharu Polski chcemy osiągnąć dobry rezultat i tym samym dalej śrubować krajowy rekord ilości zdobytych tytułów” – wskazuje Bogusław Leśnodorski, Prezes zarządu Legii Warszawa.

Swoje wpływy istotnie zwiększyły także Lech Poznań, Lechia Gdańsk, Górnik Zabrze czy Pogoń Szczecin. Jednakże sporo drużyn (6), które wzięły udział w tegorocznym badaniu osiągnęło wyniki niższe niż w poprzednim roku. Między innymi Śląsk Wrocław zanotował spadek przychodów do poziomu 28,8 mln zł. Natomiast Zagłębie Lubin po raz pierwszy od 4 lat zmniejszyło wartość przychodów komercyjnych. W analizowanym okresie spadły one aż o 9 proc. do poziomu 30,5 mln zł. Klub połączył jednocześnie tak znaczny spadek przychodów ze spadkiem do niższej klasy rozgrywek.

W tegorocznej edycji rankingu, dziewięć spośród analizowanych klubów Ekstraklasy pogorszyło stosunek wypłacanych wynagrodzeń* do osiąganych przychodów. W konsekwencji uległ on podwyższeniu do poziomu 78 proc. Dla porównania, w zeszłorocznym zestawieniu wyniósł on 76 proc., Według ekspertów Deloitte optymalny poziom to 60 proc. Udział płac w przychodach drużyn Ekstraklasy okazał się wyższy niż w pozostałych analizowanych przez Deloitte ligach europejskich (np. angielskiej, francuskiej czy niemieckiej).

Biorąc pod uwagę wydatki na wynagrodzenia, Eksperci Deloitte obliczyli, że zdobycie jednego punktu w Ekstraklasie „kosztowało” średnio 633 tys. PLN. Najwięcej w tego typu zestawieniu za punkt przyszło zapłacić Zagłębiu Lubin (1,6 mln zł), najmniej natomiast „zainwestował” Piast Gliwice (203 tys. zł).

Biorąc pod uwagę wysokość przychodów – między Ekstraklasą a najlepszymi ligami istnieje nadal przepaść. „Przychody uzyskiwane przez kluby pięciu największych lig europejskich nadal pozostają wielokrotnie większe od tych wygenerowanych przez drużyny Ekstraklasy. W przypadku Premier League są one aż 33 razy większe. Natomiast od najmniejszej z lig „Wielkiej Piątki” – francuskiej Ligue 1 – dzieli nas ponad 1 mld euro. Dodatkowo, wartość wygenerowanego przez nią wzrostu w poprzednim sezonie, która wyniosła ponad 100 mln euro, jest większa niż suma przychodów wszystkich klubów polskiej Ekstraklasy” – mówi Grzegorz Sencio, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu, ekspert Sports Business Group Poland, Deloitte.

Pomimo istotnych różnic w przychodach w porównaniu z europejską elitą piłki nożnej, według autorów raportu, reforma Ekstraklasy, której pierwsze efekty mogliśmy zaobserwować już w 2013 roku, może pozytywnie wpłynąć na wyniki finansowe klubów sportowych. Przykładowo w sezonie 2012/2013 o 7 wzrosła liczba rozgrywanych kolejek. Jak podkreślają eksperci Deloitte, wydłużony sezon to zwiększenie przychodów z dnia meczu oraz transmisji telewizyjnych. „Reforma Ekstraklasy, która obejmuje skuteczniejsze monitorowanie przychodów klubów oraz częstszą konieczność raportowania, wpłynie pozytywnie na zrównoważenie budżetów klubowych. To ważna zmiana, której pełne efekty powinniśmy oglądać już w tym roku” – mówi Przemysław Zawadzki, Starszy Menedżer w Dziale Audytu, ekspert Sports Business Group Poland, Deloitte.

Ciągle rozwijana nowoczesna infrastruktura stadionowa przekładała się na wzrost frekwencji na meczach Ekstraklasy, co jest w dużej mierze efektem UEFA EURO z 2012 roku. Eksperci Deloitte podkreślają jednak, że trzy kluby są wciąż w trakcie rozbudowy swojej infrastruktury stadionowej. Średnia liczba kibiców oglądających „na żywo” mecz wyniosła 8,3 tys. osób. „Wzrost frekwencji na meczach zależy również od poziomu prezentowanych widowisk sportowych. Awans do europejskich pucharów byłby krokiem milowym, który w konsekwencji istotnie zwiększyłby wartość całej ligi. Jednak to czy m.in. Legia Warszawa wykorzysta stojącą przed nią szansę, zależy w głównej mierze od ich postawy na boisku” – podsumowuje Marcin Diakonowicz.

* Łączne wydatki na wynagrodzenia (piłkarze, sztab szkoleniowy, funkcjonowanie klubu: zarząd, administracja etc).

Ernst & Young dementuje informacje ze strony wydawcy tygodnika „Wprost”

W związku z komunikatem pt. „PMPG odwoła się od decyzji KNF”, opublikowanym na stronie internetowej Platformy Mediowej Point Group S.A. oraz publikacjami prasowymi powołującymi się na jego treść informujemy, że nieprawdą jest jakoby Ernst & Young, Partner Zbigniew Jusis lub inni Partnerzy czy pracownicy Ernst & Young, zalecali lub opiniowali spółce PMPG S.A. bądź innemu podmiotowi z Grupy Kapitałowej PMPG działania będące podstawą do nałożenia na PMPG S.A., przez Komisję Nadzoru Finansowego kary administracyjnej orzeczeniem z 8 lipca 2014 r. W szczególności Ernst & Young nie świadczył żadnych usług doradztwa dotyczących skonsolidowanych sprawozdań finansowych PMPG S.A., które zgodnie z uzasadnieniem przedstawionym przez Komisję Nadzoru Finansowego zostały sporządzone z naruszeniem Międzynarodowych Standardów Rachunkowości. PMPG S.A. poinformowała o stanie faktycznym, dotyczącym braku zaangażowania Ernst & Young, na stronach 28 i 29 skorygowanego raportu za I kwartał 2009 roku opublikowanego na jej stronie www 1 czerwca 2009 roku.

Jednocześnie informujemy, że jedna ze spółek z grupy Ernst & Young jest obecnie w sporze sądowym, prowadzonym z jej powództwa przeciw PMPG S.A., który to spór dotyczy niewypełnienia przez PMPG S.A. obowiązków wynikających z umowy zawartej z Ernst & Young.

Wydawca „Wprost” odwoła się od decyzji KNF ma zapłacić pół miliona złotych kary

Zarząd spółki Platforma Mediowa Point Group S.A. (GPW POINTGROUP, PGM ) odwoła się od orzeczenia Komisji Nadzoru Finansowego z dn. 8 lipca 2014 r. w przedmiocie nałożenia na spółkę kary administracyjnej.

„Złożymy wniosek do KNF o ponowne rozpoznanie sprawy, mając nadzieję na jej bezstronne i wnikliwe rozpatrzenie” – zapowiada Michał M. Lisiecki, prezes Zarządu. Zarząd nie zgadza się z decyzją, a zwłaszcza z wysokością kary. W opinii Zarządu PMPG SA, jej wysokość jest związana z ostatnimi publikacjami wydawanego przez spółkę zależną od PMPG S.A. tygodnika WPROST.

Komisja Nadzoru Finansowego wszczęła postępowanie administracyjne w przedmiocie nałożenia kary na PMPG z urzędu w października 2011 r. Sprawa dotyczyła sprawozdań finansowych spółki za lata 2009-2011, do których zastrzeżeni zgłaszali biegli rewidenci. „Takie, a nie inne działania zalecał i opiniował spółce doradca, partner w firmie Ernst&Young, Zbigniew Jusis, którego profesjonalizmu nie mieliśmy podstaw kwestionować” – podkreśla Lisiecki. Kiedy audytor je zakwestionował, spółka skorygowała raporty w kolejnych latach. Od 2012 r. biegli nie zgłaszają zastrzeżeń do sposobu sporządzania sprawozdań finansowych PMPG S.A. i Grupy Kapitałowej PMPG.

„Nie można karać spółki za to, że audytor zgłosił zastrzeżenia do sposobu prezentacji danych w sprawozdaniu finansowym. Występowanie ewentualnych zastrzeżeń w opinii biegłego rewidenta świadczy o rzeczywistym i rzetelnym badaniu sprawozdania oraz o tym, że współpraca spółki z audytorem oparta jest na zasadach pełnej przejrzystości” – mówi prezes Zarządu spółki. Dodaje, że niektóre spółki, w tym także tych publiczne, przyjęły praktykę współpracy z wybranymi audytorami w celu maskowanie faktycznych nieprawidłowości poprzez prezentację sprawozdań finansowych wolnych od jakichkolwiek zastrzeżeń. „Jako spółka publiczna, poddajemy nasze sprawozdanie badaniu właśnie po to, żeby akcjonariusz i inwestorzy otrzymali rzetelną opinię o stanie finansów spółki” – podkreśla Lisiecki. – „Konfrontując sprawozdanie finansowe z wiedzą biegłego rewidenta, Zarząd oczekuje ewentualnych zastrzeżeń, aby w następnym okresie móc zastosować się do udzielonych rekomendacji i wprowadzić odpowiednie zmiany”.

Jego zdaniem, spółki nie powinny być karane z urzędu, za to że chcą rzetelnie prezentować swoje wyniki finansowe i poddają obiektywnej ocenie biegłych. „Chyba, że mamy do czynienia do wyciągania pieniędzy od polskich przedsiębiorców” – dodaje Lisiecki.

Pełnomocnik PMPG podkreśla, że zastrzeżenia, które badał KNF, dotyczyły tylko poszczególnych pozycji sprawozdania finansowego i nie powodowały zniekształcenia ogólnego obrazu przekazywanego przez sprawozdanie finansowe. W swych opiniach biegli rewidenci stwierdzili każdorazowo, że poza wskazanymi zastrzeżeniami sprawozdania finansowe rzetelnie przedstawiały sytuacje majątkową spółki.

Spółka przedstawia publicznie swoje wyjaśnienia kierowane do KNF.

Zmiany w dziale marketingu, komunikacji i rozwoju biznesu PwC w Polsce

Firma PwC poinformowała, że od 1 lipca 2014 r. nowym szefem działu Marketingu i Rozwoju Biznesu zostaje Ewelina Niewińska, natomiast Jakub Kurasz będzie Liderem ds. Komunikacji. Paweł Bochniarz po 4. latach przewodzenia zespołowi MCBD (Marketing, Communications and Business Development) przechodzi do działu Doradztwa Biznesowego PwC i będzie odpowiadał za obszar innowacji – Innovation Advisory.

Ewelina Niewińska jako szef działu Marketingu i Rozwoju Biznesu będzie odpowiedzialna
za koordynowanie działań zwiększających aktywność biznesową i obecność PwC na rynku. Ewelina jest związana z PwC już od 3 lat, w ostatnim czasie kierowała zespołem Rozwoju Biznesu. Ewelina posiada 13-letnie doświadczenie na rynku usług finansowych zdobyte podczas pracy w międzynarodowych przedsiębiorstwach. Przed dołączeniem do PwC pracowała w Grant Thornton Frąckowiak Sp. z o.o., wcześniej HLB Frąckowiak i Wspólnicy Sp. z o.o. Jest absolwentką Uniwersytetu Ekonomicznego
w Poznaniu.

Jakub Kurasz zostaje Liderem ds. Komunikacji odpowiedzialnym za działania z udziałem mediów w celu wzmocnienia wizerunku marki PwC w mediach. Będzie się zajmował też doradzaniem naszym klientom w budowaniu strategii komunikacji. Jakub wcześniej był dyrektorem ds. rozwoju w Roland Berger Strategy Consultants, redaktorem naczelnym „Gazety Giełdy Parkiet” i zastępcą redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”. Współtworzył dział biznesowy „Gazety Prawnej” oraz pracował w międzynarodowej agencji informacyjnej Reuters. Jest absolwentem Uniwersytetu Warszawskiego na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych.

Paweł Bochniarz po 4. latach przewodzenia zespołem MCBD zdecydował swoją dalszą ścieżkę zawodową kontynuować w ramach działu Doradztwa Biznesowego PwC (Advisory). Od 1 lipca 2014 r. odpowiada za sprzedaż i dostarczanie usług PwC związanych z rozwojem i transferem nowych technologii oraz komercjalizacją wynalazków (Innovation Advisory). Paweł posiada niemal 20-letnie doświadczenie na rynku konsultingowym. Zajmował się doradztwem na rzecz firm z sektora prywatnego i państwowego w obszarze organizacji i zarządzania kapitałem ludzkim. W latach 2008-2010 był członkiem Zespołu Doradców Strategicznych Prezesa Rady Ministrów, a także brał udział w przygotowaniu raportów „Polska 2030. Wyzwania Rozwojowe” oraz „Kapitał Intelektualny Polski”.

Szpitale publiczne nie korzystają na dyrektywie transgranicznej

Jak wynika z najnowszego raportu PMR „Rynek szpitali publicznych w Polsce 2014. Plany inwestycyjne i analiza porównawcza województw” zdecydowana większość przedstawicieli kadry menedżerskiej szpitali publicznych nie ocenia skutków tzw. dyrektywy transgranicznej w sposób jednoznaczny. Specjalizacje takie jak ortopedia miałyby szanse na rozwój w wyniku zastosowania tej dyrektywy, jednak w chwili obecnej jest jeszcze zbyt wcześnie, aby zaobserwować można było masowy napływ pacjentów, zarówno w opiece publicznej, jak i niepublicznej. Przeszkodą są również przepisy.

Ponad pół roku obowiązywania dyrektywy
Od dnia 26 października 2013 r. w Polsce obowiązuje dyrektywa transgraniczna (2011/24/UE), zgodnie z którą pacjenci mogą leczyć się w dowolnym kraju Unii Europejskiej. W marcu 2014 r. przyjęto nowelizację ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, według której pacjent uprawniony do publicznych świadczeń zdrowotnych w Polsce będzie mógł otrzymać zwrot kosztów leczenia w innym państwie UE, według stawek stosowanych przy rozliczaniu kosztów takich samych świadczeń w ramach publicznego systemu opieki zdrowotnej. Wcześniej jednak pacjent sam będzie musiał zapłacić za leczenie, a zagraniczny podmiot będzie wystawiał rachunek. Po złożeniu właściwego wniosku do NFZ pacjent będzie mógł otrzymać zwrot pieniędzy. Wysokość zwrotu kosztów ma odpowiadać kwocie uzyskiwanej przez polskich świadczeniodawców z tytułu udzielania identycznego lub zbliżonego świadczenia, w ramach kontraktów z NFZ.

Brak jednoznacznej oceny dyrektywy
Większość respondentów badania PMR prezentuje neutralny stosunek wobec wpływu ustawy transgranicznej na funkcjonowanie szpitali publicznych (94% respondentów ocenia zmiany warunków funkcjonowania po wejściu w życie dyrektywy jako ani dobre ani złe, 4% jako raczej dobre, 2% zdecydowanie źle, a 1% zdecydowanie dobrze). Stanowisko to podzielają również respondenci badania przeprowadzonego wśród szpitali niepublicznych , w którym opinię neutralną wyraziło 95% badanych. Wyniki badania wskazują, że jest jeszcze za wcześnie na określenie wpływu ustawy na funkcjonowanie szpitali, a dodatkowym czynnikiem może być fakt, że w pierwszych miesiącach obowiązywania ustawy nie nastąpił masowy przypływ turystów medycznych do placówek medycznych.

Stomatologia i ortopedia najbardziej perspektywiczne
Spośród specjalizacji o największych perspektywach rozwoju w wyniku implementacji dyrektywy transgranicznej najwięcej wskazań uzyskały stomatologia i ortopedia. Respondenci analogicznego badania przeprowadzonego wśród szpitali niepublicznych, oceniają te szanse jako jeszcze większe – wyżej wymienione specjalizacje wskazało odpowiednio 27% i 24% badanych. Również w przypadku chirurgii plastycznej wskazywano, iż specjalizacja ta ma większe szanse na rozwój w sektorze niepublicznym (17% respondentów). Respondenci w dalszej kolejności wymienili okulistykę i onkologię, odmiennie do respondentów badania przeprowadzonego wśród przedstawicieli szpitali niepublicznych, według których specjalizacje te nie zaliczają się do grona najbardziej perspektywicznych. Wiąże się to z faktem, szczególnie w przypadku onkologii, że szpitale prywatne nie mogą jeszcze konkurować w pełni z ośrodkami publicznymi.

Brak masowego odpływu pacjentów
W naszej ocenie polskie szpitale nie odczują znacząco negatywnych skutków dyrektywy na skutek odpływu pacjentów. NFZ będzie refundował zabiegi wykonywane za granicą, ale tylko w takim zakresie cenowym, w jakim robi to dla polskich szpitali. W większości krajów europejskich procedury medyczne są jednak drożej wyceniane niż w Polsce.
Publiczne szpitale nie skorzystają również wiele w chwili obecnej na tzw. „turystyce medycznej”. Jeżeli byłyby one możliwe pod względem prawnym, problem może pojawić się w kontekście limitowania usług przez NFZ. Obcokrajowcy nie mają odrębnego limitu na usługi medyczne, a korzystają z przyznanego placówce w ramach kontraktu NFZ. Placówki mogą też borykać się z weryfikacją danych ubezpieczonych z zagranicy – osoby nieubezpieczone, podając fałszywe dane, korzystają z pomocy medycznej, a placówka nie będzie w stanie odzyskać pieniędzy.

Miniony kwartał przyniósł największą aktywność na rynku IPO od 2007 r.

Jak wynika z najnowszego kwartalnego raportu IPO Watch Europe przygotowanego przez firmę doradczą PwC, w drugim kwartale 2014 r. w Europie odnotowano 145 IPO o łącznej wartości 22,3 mld euro, czyli dwukrotnie więcej w ujęciu wartościowym niż w pierwszym kwartale bieżącego roku i czterokrotnie więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

W ostatnim kwartale największą aktywnością cechowała się tradycyjnie giełda w Londynie, gdzie miały miejsce 54 IPO o łącznej wartości 9,9 mld euro. Ożywienie zauważalne było również na rynkach Europy kontynentalnej, gdzie odnotowano 91 ofert o łącznej wartości 12,4 mld euro (w analogicznym okresie ubiegłego roku było to 51 IPO o łącznej wartości 2,7 mld euro). W porównaniu z wcześniejszymi kwartałami, oferty były bardziej równomiernie rozłożone pomiędzy giełdami w Europie – w ostatnich trzech miesiącach aż sześć rynków mogło pochwalić się ofertami o łącznej wartości przekraczającej miliard euro.

Tomasz Konieczny, partner w zespole ds. rynków kapitałowych PwC, w następujący sposób skomentował wyniki rynku pierwotnego w Europie:

“Wyniki rynku pierwotnego kolejny kwartał z rzędu wróciły do poziomów sprzed globalnego kryzysu finansowego. Wysoka aktywność IPO wynika obecnie głównie z dalszej sprzedaży spółek portfelowych przez fundusze private equity. Biorąc pod uwagę liczbę podmiotów, które przygotowują się do IPO, spodziewamy się, że trzeci kwartał bieżącego roku będzie równie interesujący jak ostatnie trzy miesiące, choć zazwyczaj miesiące letnie charakteryzują się mniejszą liczbą debiutów. Jednocześnie jednak należy liczyć się z ożywieniem na rynku fuzji i przejęć, co może doprowadzić do wzrostu liczby transakcji bezpośredniej sprzedaży spółek zamiast upubliczniania ich na giełdzie. Ponadto, w związku ze zwiększoną liczbą ofert na rynku inwestorzy mogą wykazywać bardziej selektywne podejście.”

Zwiększona aktywność na rynku IPO w Europie jest w dużym stopniu wynikiem licznych sprzedaży spółek portfelowych przez fundusze private equity – w przypadku giełdy w Londynie tego typu transakcje stanowiły 64% łącznej wartości ofert.

 

Giełda   I połowa 2013 r. I kw.
2014 r.
II kw.
2014 r.
I połowa 2014 r.
(mln euro)
Londyn 4 511 5 925 9 942 15 867
NYSE Euronext 925 2 113 4 457 6 570
Hiszpania (BME) 900 2 731 3 631
NASDAQ OMX 371 1 947 1 332 3 279
Borsa Italiana 325 72 1 154 1 226
Szwajcaria 1 073 1 073
Deutsche Börse 1 879 857 857
Oslo Børs i Oslo Axess 53 147 239 386
Irlandia 265 218 483
Wiener Börse 194 194
Warszawa 102 18 89 107
Stambuł 432 4 39 43
Luksemburg 35
Razem 8 633 11 391 22 325 33 716

 

Na giełdzie w Warszawie w minionym kwartale miało miejsce zaledwie sześć IPO (po trzy na rynku głównym i NewConnect) o łącznej wartości zaledwie 89 mln euro. Tym samym pomimo powracającego na rynki europejskie optymizmu, polska giełda cechowała się niską aktywnością. Największą ofertą na GPW było IPO zajmującej się leasingiem i zarządzaniem flotą spółki Prime Car Management (50 mln euro), natomiast na drugim miejscu uplasowała się oferta spółki z branży chemicznej PCC Rokita (23,7 mln euro). Na rynku alternatywnym NewConnect największą ofertą było IPO spółki Agtes (1,2 mln euro), a na drugim miejscu uplasowała się oferta spółki Kleba Invest (0,4 mln euro).

Filip Gorczyca, starszy menedżer w zespole ds. rynków kapitałowych PwC, w następujący sposób skomentował wyniki i perspektywy rynku pierwotnego w Warszawie:

“Ostatnie miesiące zdają się w pełni potwierdzać obawy związane z negatywnym wpływem zmian w systemie emerytalnym na pozycję warszawskiej giełdy. Wyniki rynku pierwotnego w Warszawie kolejny kwartał z rzędu mocno odstają od trendów obserwowanych na innych rynkach w Europie. Dlatego też wyzwania, z którymi będzie musiał zmierzyć się nowy zarząd GPW, będą należeć do niesłychanie trudnych: w jaki sposób zrekompensować znaczny spadek popytu ze strony tak ważnej grupy inwestorów, jakimi przez ostatnie kilkanaście lat były Otwarte Fundusze Emerytalne? Czym zastąpić brak dużych ofert prywatyzacyjnych ze strony Skarbu Państwa, które to oferty w minionych latach zapewniały wysoką pozycję warszawskiej giełdy w europejskich rankingach? Bez jasnej odpowiedzi na te pytania dalsze marzenia o budowie centrum rynku kapitałowego Europy Środkowo-Wschodniej w Warszawie mogą okazać się mrzonką. Ponadto spora grupa emitentów, zwłaszcza tych małych i średnich, będzie zmagała się z niską płynnością znajdujących się w obrocie akcji, niezadowalającą wyceną oraz trudnościami w przeprowadzeniu kolejnych emisji, co w niektórych przypadkach może podważać sens ich funkcjonowania na rynku publicznym.”

Dodatkowe informacje

1. Bieżąca i poprzednie edycje IPO Watch Europe są dostępne pod adresem: www.pwc.pl/ipowatch. Dostępne są również podsumowania roczne za lata 2004-2013.

2. O IPO Watch Europe

Raport IPO Watch Europe obejmuje wszystkie debiuty na głównych giełdach w Europie (włączając w to giełdy w Austrii, Belgii, Danii, Francji, Grecji, Hiszpanii, Holandii, Irlandii, Luksemburgu, Niemczech, Norwegii, Polsce, Portugalii, Rumunii, Szwajcarii, Szwecji, Turcji, Wielkiej Brytanii i we Włoszech) i jest publikowany kwartalnie. Opcje nadsubskrypcji („greenshoe offerings”), debiuty podmiotów, które przeprowadzały wcześniej pierwotną ofertę publiczną oraz przeniesienie pomiędzy rynkami w zakresie jednej giełdy nie zostały uwzględnione w statystykach. Raport dotyczy okresu od 1 kwietnia do 30 czerwca 2014 roku i został sporządzony w oparciu o daty debiutów akcji lub praw do akcji. Dodatkowe informacje, w tym tabele danych, są dołączone do niniejszej informacji prasowej.

3. O współtworzących raport

Raport został opracowany przez zespół ds. rynków kapitałowych PwC. Specjaliści ds. rynków kapitałowych PwC świadczą pełen zakres usług w zakresie transakcji na rynkach kapitałowych. Usługi te obejmują przygotowanie do oferty publicznej oraz całościową obsługę doradczą transakcji, w tym doradztwo finansowe, doradztwo prawne i doradztwo podatkowe. Dom Maklerski PricewaterhouseCoopers Securities S.A., posiadający zezwolenie na prowadzenie działalności maklerskiej w zakresie oferowania instrumentów finansowych, zapewnia usługi podmiotu oferującego akcje.

 

Rozwój usług e-commerce w branży budowlanej

7 na 8 Polaków jest usatysfakcjonowanych z obsługi i wsparcia, jakie otrzymują, składając w Internecie zapytania ofertowe w poszukiwaniu dostawcy potrzebnego im produktu lub wykonawcy usług budowlanych oraz są gotowi polecić serwis swoim znajomym – wynika z badania satysfakcji serwisu Oferteo.pl. Zadowolenie widoczne jest również w rosnącej liczbie zapytań, która w stosunku do roku 2012 przyrosła w 2013 o 46%.

Wzrost liczby zapytań o oferty widoczny był przede wszystkim w najpopularniejszej kategorii w serwisie, jaką jest budownictwo (47,8% zapytań w roku 2013). Użytkownicy wybierają również takie kategorie jak usługi finansowe i doradztwo (14,7%), transport (12,4%) czy opał (10,7%). Choć w zgromadzeniu ofert wspomagano się narzędziami internetowymi, późniejsze kryteria wyboru były analogiczne do tych, jakie brały pod uwagę osoby poszukujące firm w tradycyjny sposób (offline) – pokazuje ankieta przeprowadzona na grupie 211 osób, które w Oferteo.pl poszukiwały firmy budowlanej.

Blisko połowa respondentów na pierwszym miejscu stawiała korzystną cenę (47%). W drugiej kolejności zwracano uwagę na doświadczenie firmy w realizacji podobnych zleceń (27%). W przypadku usług budowlanych liczyła się dyspozycyjność firm w terminie, w którym inwestor chciał rozpocząć budowę (16% respondentów). Serwis Oferteo.pl oferuje możliwość kontaktu z dotychczasowymi klientami danej firmy w celu pozyskania referencji lub publikacji ich w sieci, na co uwagę zwracało 6% osób zainteresowanych nawiązaniem współpracy z nowym dostawcą czy wykonawcą.

Jak wynika z badań przeprowadzonych przez serwis, w roku 2013 osoby decydujące się na budowę domu najczęściej poszukiwały firmy, której zamierzały zlecić budowę niepodpiwniczonego domu w technologii tradycyjnej murowanej, z dachówką ceramiczną na dachu, o powierzchni użytkowej 100-150 metrów kwadratowych. Raport preferencji budowlanych Polaków pokazywał również, że w 2013 roku najwięcej domów powstawało na terenach wiejskich, a przeciętny inwestor dysponował działką o powierzchni 1000-2000 metrów kwadratowych. W 2013 roku z Internetu korzystała ponad połowa Polaków (18,5 mln osób). Jest to jedno z głównych źródeł wiedzy konsumentów w czasie zakupów – średnio 1/3 decyzji zakupowych polskich internautów podejmowanych jest na podstawie zdobytych w sieci informacji. Są to nie tylko dane dotyczące poszukiwanych produktów i usług, ale również oferujących je firm. Dla 59% e-konsumentów Internet jest wiarygodnym źródłem informacji, a wielu potwierdza jego przydatność w zawieraniu transakcji. Internet pozwala bowiem na szybkie dotarcie do dostawców produktów i wykonawców usług w celu podjęcia z nimi współpracy.

Dyskusyjne umowy na czas określony

Umowa na czas określony jest obecnie jedną z najbardziej powszechnych i najchętniej zawieranych umów o pracę, choć wielu pracowników wolałoby zamienić ją na angaż bezterminowy.

Z punktu widzenia pracodawców umowa czasowa ma jednak wiele zalet. Po pierwsze, daje możliwość elastycznego kształtowania relacji pomiędzy pracodawcą i pracownikiem. Po drugie, pozwala dostosować strukturę zatrudnienia w firmie do warunków panujących na rynku.

Kodeks pracy nie wskazuje okoliczności uzasadniających zawarcie jak i rozwiązanie umowy na czas określony w konkretnym kształcie. Dlatego warto odpowiedzieć na kilka często powracających pytań.

Jak długi czas określony?

Pracodawcy często zastanawiają się, na jak długi okres mogą zawrzeć z jednym pracownikiem umowę terminową. Czy na przykład 4 lata to okres, który mieści się jeszcze w akceptowalnej dla stron granicy? W jaki sposób okreslić maksymalną normę dla tego typu umów?

Nie istnieje uniwersalny wzorzec, który znajdzie zastosowanie w każdym przypadku. Warto jednak zwrócić uwagę na okoliczności wskazywane w orzecznictwie Sądu Najwyższego, które mogą pomóc w rozstrzyganiu tego typu wątpliwości.

Zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego z dnia 25 października 2007 r., II PK 49/07, niedopuszczalne jest zawarcie wieloletniej umowy o pracę na czas określony z klauzulą wcześniejszego jej rozwiązania za dwutygodniowym wypowiedzeniem, chyba że co innego wynika z przepisów prawa pracy albo z charakteru umowy dotyczącej wykonywania zadań oznaczonych w czasie albo gdy z innych przyczyn nie narusza to usprawiedliwionego i zgodnego interesu obu stron stosunku pracy.

Przykład

Pan Mieczysław prowadzi firmę budowlaną. W ramach prowadzonej działalności podpisał 5 – letni kontrakt na budowę kompleksu handlowego wraz z przyległą infrastrukturą drogową. W tym przypadku zawarcie z pracownikami umowy na czas określony 5 lat jest uzasadnione usprawiedliwionymi okolicznościami, tj. okresem na który pracodawca zawarł kontrakt i przez który istnieje po stronie pracodawcy potrzeba zatrudniania pracowników.

W podobnym tonie wypowiedział się SN w wyroku z dnia 5 października 2012 r. (I PK 79/12). W omawianej sprawie, pracownica żądała odszkodowania za niezgodne z prawem rozwiązanie stosunku pracy. Była zatrudniona u pozwanego pracodawcy na podstawie umowy o pracę na czas określony na stanowisku głównej księgowej. Sąd wskazał, iż okres pięciu lat nie jest okresem tak długim dla umowy na czas określony, by można było mówić o zawarciu umowy z obejściem prawa. Stanowi on standardowy czas trwania umów o pracę zawieranych z kadrą menedżerską.

– Zatem, rozstrzygając problem długości okresu, na który umowa terminowa może być zawarta, należy brać pod uwagę całokształt okoliczności konkretnej sprawy, a przede wszystkim należy zbadać, czy w danym stanie faktycznym nie dochodzi do naruszenia zasad współżycia społecznego –mówi Izabela Tomasik, aplikant radcowski w TGC Corporate Lawyers. – To właśnie ta generalna klauzula, wobec braku przepisów warunkujących zawieranie umów terminowych oraz czas ich obowiązywania, będzie służyła sądowi jako pryzmat, przez który dokona on analizy okoliczności konkretnej sprawy – dodaje ekspert.

Rozwiązanie umowy w drodze wypowiedzenia

Umowa na czas określony może zostać wypowiedziana tylko po warunkiem wprowadzenia do jej treści przez strony umowy postanowienia przewidującego taką możliwość. Artykuł 33 k.p. stanowi, że zabieg taki jest możliwy jedynie co do umów zawartych na okres dłuższy niż 6 miesięcy. Klauzula ta może być wprowadzona do umowy zarówno w momencie jej zawierania, jak i już w trakcie obowiązywania umowy (uchwała z dnia 14 czerwca 1994 r., I PZP 26/94).

W przypadku umów terminowych okres wypowiedzenia wynosi 2 tygodnie, przy czym nie ma przeszkód, aby strony zgodnie postanowiły o jego przedłużeniu, np. do 1 miesiąca. – Postanowienie takie jest co do zasady korzystne dla pracownika ze względu na stabilizację jego zatrudnienia i tym samym nie stoi w sprzeczności z art. 18 k.p. (zasadą uprzywilejowania pracownika) – tłumaczy Izabela Tomasik z TGC Corporate Lawyers.

Warto w tym miejscu przywołać też wyrok z dnia 13 marca 2014 r. wydany w trybie pytania prejudycjalnego do Trybunału Sprawidliwości, w którym stwierdzono, że art. 33 k.p. jest sprzeczny z klauzulą 4 (dot. zasady niedyskryminacji) do Porozumienia ramowego w sprawie pracy na czas określony, zawartego w dniu 18 marca 1999 r., stanowiącego załącznik do dyrektywy Rady 99/70/WE z dnia 28 czerwca 1999 r. dotyczącej Porozumienia ramowego w sprawie pracy na czas określony, zawartego przez UNICE, CEEP oraz ETUC.

Sprzeczność ta wynika z treści art. 33 k.p., który w odniesieniu do wypowiedzenia umów o pracę zawartych na czas określony, mających trwać dłużej niż 6 miesięcy, przewiduje możliwość zastosowania sztywnego, dwutygodniowego okresu wypowiedzenia, niezależnego od długości zakładowego stażu pracy danego pracownika, podczas gdy długość okresu wypowiedzenia w przypadku umów o pracę zawartych na czas nieokreślony jest ustalana stosownie do stażu pracy danego pracownika. W takim przypadku może wynosić ona od dwóch tygodni do trzech miesięcy, nawet, gdy obie kategorie pracowników znajdują się w porównywalnych sytuacjach.

Należy mieć na uwadze, że dyrektywa jest aktem wiążącym państwa członkowskie jedynie co do rezultatu, pozostawiając im swobodę w zakresie środków, którymi postanowienia dyrektywy zostaną implementowane do krajowego porządku prawnego. Polski ustawodawca powinien zatem podjąć stosowne działania legislacyjne, które pozwolą na prawidłową implementację tychże postanowień z jednoczesnym uwzględnieniem omawianej wykładni TS.

Do momentu wprowadzenia stosownych zmian, dotychczasowa regulacja w zakresie wypowiadania umów na czas określony, w tym dotycząca okresu wypowiedzenia, pozostaje wiążąca.

Za 5 lat bankowość mobilna wyprzedzi internetową

Coraz więcej Polaków przekonuje się do zalet bankowości mobilnej. Rośnie liczba użytkowników smartfonów, a banki w tych rodzajach płatności wprowadzają innowacje, m.in. w postaci głosowego dostępu do konta czy fotoprzelewów. To wpływa na spadek znaczenia bankowości internetowej. Według Małgorzaty Adamczyk z Meritum Banku bankowość mobilna w perspektywie najbliższych pięciu lat może stać się podstawowym kanałem transakcyjnym, wyprzedzając bankowość internetową.

Banki i inne instytucje finansowe widzą w bankowości mobilnej bardzo duży potencjał. Może ona w perspektywie najbliższych pięciu lat stać się podstawowym kanałem transakcyjnym, oprócz tego daje duże możliwości w zakresie sprzedaży i dotarcia do klienta z ofertą usług i produktów bankowych – wyjaśnia Małgorzata Adamczyk, dyrektor departamentu bankowości internetowej w Meritum Bank. 

Badania dotyczące marketingu mobilnego pokazują, że ma on wysoki potencjał dotarcia do klienta i jest przez niego dobrze przyjmowany. Z tego powodu rozwój oferty produktów i usług, które będą dostępne na mobilnych urządzeniach, jest jednym z priorytetów banków.

Zgodnie z badaniami TNS Polska 43 proc. użytkowników bankowości mobilnej deklaruje, że kontaktowało się z bankiem za pośrednictwem aplikacji przynajmniej raz w tygodniu, natomiast 11 proc. przynajmniej raz dziennie. Jest to bardzo wysoki wskaźnik dotarcia, w związku z tym banki i inne instytucje finansowe widzą w tym bardzo duże możliwości – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Małgorzata Adamczyk.

Rozwój bankowości mobilnej to dla banków możliwość zarówno zwiększenia przychodów, jak i obniżenia kosztów. Możliwość wzrostu sprzedaży usług finansowych wynika nie tylko z ich bezpośredniej promocji poprzez aplikacje mobilne, lecz także w sposób pośredni, gdy bank współpracuje z sieciami sklepów, które akceptują płatności mobilne. Z tego względu korzyści banków z rozwoju aplikacji mobilnych zależą także od rozwoju m-commerce (handlu przez internet za pośrednictwem urządzeń mobilnych).

Barierą rozwoju bankowości mobilnej mogą być obawy o bezpieczeństwo i niechęć do innowacji, co charakteryzuje część potencjalnych klientów. Metody wyłudzania poufnych informacji przez złośliwe oprogramowanie atakujące aplikacje mobilne są podobne do tych stosowanych przeciwko użytkownikom bankowości internetowej. Przykładowo, przestępstwo polega na „podsunięciu” użytkownikowi fikcyjnej strony internetowej banku, która przypomina prawdziwą stronę. Nieświadomy użytkownik wpisuje login oraz hasło, które dostają się w ręce cyberprzestępców. W tym przypadku zagrożenie można ograniczyć, korzystając bezpośrednio z bankowych aplikacji mobilnych.

Ponadto barierą rozwoju bankowości mobilnej może być fakt, że niektórzy klienci wciąż postrzegają ją raczej jako uzupełnienie pozostałych kanałów dostępu niż równorzędny i kompletny sposób komunikacji z bankiem.

Bankowość mobilna jest zabezpieczona w taki sam sposób jak bankowość internetowa. Banki dbają o najwyższy wskaźnik bezpieczeństwa, jeżeli chodzi o zdalne kanały elektroniczne, bankowość mobilna absolutnie nie jest kanałem gorzej traktowanym czy mniej zabezpieczonym niż bankowość internetowa. A jeżeli chodzi o zakres usług, to jest on już praktycznie pełny – wyjaśnia dyrektor w Meritum Bank.

Poza wymienionymi już czynnikami wzrost popularności bankowości mobilnej może być wynikiem proponowanych przez banki innowacje, zwłaszcza upowszechnienie głosowego zlecania transakcji czy tzw. fotoprzelewów. Ponadto dla pewnej grupy klientów, jak np. inwestorzy, dostęp 24 godziny na dobę do platformy transakcyjnej ma duże znaczenie.

Przykładem są chociażby aplikacje, które mają możliwość śledzenia kursów walut, zakupu i sprzedaży walut mobilnie i przelewania ich do innych banków krajowych. Jest to usługa stworzona dla bankowości mobilnej z tego względu, że kursy walut przy obecnych wahaniach zmieniają się praktycznie non stop – wskazuje Małgorzata Adamczyk.

Kolej zamiast kupować kolejne pociągi przyspieszy inwestycje w infrastrukturę

CEO Magazyn Polska

W nowej perspektywie unijnej kolej będzie musiała nadgonić zaległości w inwestycjach infrastrukturalnych. Do tej pory brakowało koordynacji pomiędzy wielomiliardowymi programami taborowymi i inwestycjami w modernizację torów. Zakupy nowych pociągów bez przygotowania odpowiedniej infrastruktury doprowadziły m.in. do zawirowań z certyfikacją Pendolino.

–  O wiele łatwiej do tej pory było zrealizować zakup nowoczesnych pociągów, niż wykonać inwestycje infrastrukturalne. Ratując pieniądze unijne, sięgano po zakupy taboru, aby zdążyć w terminie, kiedy można te pieniądze wydać. Ale w nowej perspektywie, która jest przed nami, już takiego triku zastosować nie będzie można. Trzeba zrealizować inwestycje infrastrukturalne. Tym bardziej że kupione wcześniej pociągi po prostu czekają – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bogusław Kowalski, ekspert Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.

Kowalski zauważa, że do tej pory nieco szybciej przebiegały inwestycje w tabor. Samo tylko PKP Intercity realizuje program modernizacji za 5,5 mld zł, a w nowe pociągi inwestują także samorządy. Pod koniec czerwca dofinansowanie dwóch kontraktów przewoźnika dalekobieżnego – zakupu 20 pociągów oraz modernizacji 150 wagonów i zakupu 10 pojazdów do czyszczenia i konserwacji – na kwotę 250 mln euro zatwierdziła Komisja Europejska. Obydwa projekty razem warte są niemal 390 mln euro.

Kluczową inwestycją jest jednak zakup 20 szybkich pociągów Pendolino wraz z utrzymaniem za 665 mln euro (ok. 2,7 mld zł). Jednak Kowalski przypomina, że właśnie ten kontrakt pokazał braki w polskiej infrastrukturze kolejowej.

Zgodnie z zamówieniem producent Pendolino, firma Alstom, miała dostarczyć pociągi certyfikowane do poruszania się z prędkością 250 km/h i współpracy z europejskim systemem sterowania ERTMS 2. W Polsce nie ma jednak na razie linii kolejowych z zainstalowanym systemem tego typu – 11 czerwca rozpoczęły się pierwsze testy na linii z Legnicy do Bielawy Dolnej. Dlatego Alstom nie przekazał terminowo pociągów z odpowiednią homologacją, za co PKP Intercity zaczęło naliczać kary umowne. Spór zagrażał nawet planowemu wdrożeniu pociągów w grudniu tego roku, jednak ostatecznie Alstom zgodził się na etapową homologację składów.

Przykład Pendolino i kwestii związanych z homologacją do prędkości ponad 200 km/h pokazuje, że administracja kolejowa i władze spółek ciągle mają problem z pewną elastycznością i adekwatnością działań do tego, co jest na rynku. Myślę, że dobrze by było wyciągnąć z tego wniosek, że nie ma sensu zacietrzewianie się wbrew oczywistym faktom, tylko trzeba się do nich dostosowywać. To też jest pewna nauka, która powinna zaowocować w przyszłości  – ocenia Kowalski.

Dodaje, że doświadczenia związane z homologacją Pendolino mogą zostać wykorzystane przy wdrażaniu kolejnych kupowanych przez PKP Intercity pociągów. To m.in. 40 nowych elektrycznych zespołów trakcyjnych – 20 produkcji Pesy oraz 20 wyprodukowanych przez konsorcjum Stadlera i Newagu, a także wagony piętrowe do obsługi trasy Warszawa-Łódź w przyszłości. Kowalski liczy, że dzięki większemu doświadczeniu zarówno władze kolejowych spółek, jak i administracja państwowa będą bardziej elastyczni w przyszłości.

Dodaje, że inwestycje taborowe są łatwiejsze i do tej pory były sposobem na wydanie europejskich środków. W obecnej perspektywie budżetowej 2014–2020 Polska musi jednak nadgonić zaległości w infrastrukturze.

– Bez infrastruktury najlepsze, najbardziej nowoczesne i najbardziej atrakcyjne pociągi nie spełnią swojego zadania w postaci przyciągnięcia pasażerów. Z drugiej strony bez nich te inwestycje infrastrukturalne nie mają większego sensu, bo one same w sobie nie stworzą oferty przewozowej i nie przyciągną pasażerów. Trzeba robić jedno i drugie. Pytanie, czy te dwie rzeczy są właściwie ze sobą skoordynowane – zastanawia się Kowalski.

Od dziś osoby niepełnosprawne będą mogły pracować krócej bez zaświadczenia od lekarza

CEO Magazyn Polska

W czwartek wchodzą w życie zmiany dotyczące czasu pracy osób niepełnosprawnych. Nawet bez uzyskania zaświadczenia od lekarza pracy osoby niepełnosprawne będą mogły pracować 7 godzin na dobę i 35 tygodniowo w ramach pełnego czasu pracy. Mimo zmian wynagrodzenie powinno pozostać na tym samym poziomie.

Konieczność uzyskiwania zaświadczenia przez osoby niepełnosprawne usunął wyrok Trybunału Konstytucyjnego. Oznacza to, że od 10 lipca każdy pracownik ze znacznym lub umiarkowanym stopniem niepełnosprawności będzie pracował 7 godzin na dobę i 35 godzin tygodniowo nie na podstawie zaświadczenia, tylko z mocy prawa. Bez żadnych dodatkowych dokumentów pracownik w momencie zatrudnienia będzie miał znacznie krótszą dobową normę czasu pracy niż pracownik pełnosprawny – tłumaczy agencji Newseria Biznes Mateusz Brząkowski, radca prawny Polskiej Organizacji Pracodawców Osób Niepełnosprawnych.

W wyroku z 13 czerwca 2013 roku Trybunał Konstytucyjny zakwestionował znowelizowaną ustawę o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych, która obowiązywała od 2012 roku. Nakazywała ona osobom niepełnosprawnym na pracę w pełnym wymiarze godzin (8 dziennie i 40 tygodniowo). Tylko w sytuacji, w której pracodawca wysyłał pracownika do lekarza medycyny pracy, a ten stwierdzał konieczność skróconego dnia pracy, niepełnosprawny mógł pracować 7 godzin dziennie.

Jak podkreśla Brząkowski, zmiana czasu pracy nie będzie miała wpływu na wynagrodzenie.

– Bez znaczenia jest więc, czy ktoś ma stałe wynagrodzenie miesięczne, czy ma stawkę godzinową. Mimo że będzie pracował godzinę krócej, jego wynagrodzenie nie ulegnie zmianie. Pracodawcy nie mogą w żaden sposób tego wynagrodzenia modyfikować tylko i wyłącznie z tego powodu, że teraz osoby niepełnosprawne będą pracowały krócej – zaznacza Mateusz Brząkowski.

Jak podkreśla radca prawny POPON-u, pracodawcy będą mieli obowiązek, który nakłada na nich kodeks pracy, poinformowania pracowników o zmianie czasu pracy.

Mimo zmian w przepisach pracownik o umiarkowanym lub znacznym stopniu niepełnosprawności może na własną prośbę zgłosić się do lekarza i uzyskać zgodę na wykonywanie pracy w pełnym wymiarze godzin.

Jeżeli taką zgodę od lekarza uzyska, to pracuje 8 godzin dziennie tak jak każdy. Pracodawca nie ma wówczas problemów ze zmianami grafików, czy też z tym, że ten pracownik będzie pracował krócej i zakłóci to pracę w firmie – mówi Brząkowski.

Zdaniem eksperta zmiany nie powinny mieć większego wpływu na zwalnianie pracowników niepełnosprawnych, choć mogą pojawiać się tendencje, aby zastępować ich pracownikami z lekkim stopniem niepełnosprawności lub pełnosprawnymi. Pracodawcy mogą też wywierać presję na pracowników i w ten sposób zmuszać ich do uzyskania od lekarza zaświadczenia pozwalającego na pracę w pełnym wymiarze.

Takie tendencje mogą się pojawić i mieć wpływ na strukturę zatrudnienia, ale nie aż tak bardzo, jak na przykład obniżenie dofinansowań z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych – zaznacza Brząkowski.

W kwietniu nastąpiło zrównanie dofinansowania z PFRON-u dla wszystkich pracodawców. Zmniejszeniu uległy maksymalne kwoty dofinansowania. Odczuły to przede wszystkim zakłady pracy chronionej, które na dofinansowaniach straciły najwięcej i zdaniem Brząkowskiego mogą one najmocniej odczuć skrócenie czasu pracy. Należy jednak pamiętać, że w wielu firmach osoby niepełnosprawne pracowały 35 godzin tygodniowo, w związku z tym wejście w życie wyroku Trybunału Konstytucyjnego zmieni wówczas niewiele. Zdaniem Brząkowskiego przepisy nie wpłyną też na sektor firm ochroniarskich, gdzie poziom zatrudnienia niepełnosprawnych jest stosunkowo wysoki.

Te osoby mają zupełnie inny czas pracy niż zwykli pracownicy. W tym przypadku ustawa o rehabilitacji z góry wyłącza skrócony czas pracy, mówiąc, że osoby zatrudnione do pilnowania pracują w czasie pracy wynikającym z kodeksu pracy. Nie ma tu żadnych zakazów pracy w godzinach nadliczbowych, w porze nocnej. Dlatego te zmiany w żaden sposób nie wpłyną na sytuację tych przedsiębiorców – zapewnia Mateusz Brząkowski. 

Bridgestone zainwestował kilkaset milionów euro w polskie fabryki. Powstanie ponad 300 miejsc pracy

CEO Magazyn Polska

225 milionów euro firma Bridgestone, największy producent opon na świecie, przeznaczył na inwestycje w Polsce. Dzięki temu zatrudnienie w dwóch działających w kraju fabrykach zwiększa się o ponad 300 osób. Przedstawiciele koncernu podkreślają, że międzynarodowe firmy wybierają Polskę na miejsce inwestycje ze względu na dostęp do wykwalifikowanej kadry i coraz lepszą infrastrukturę. W sferze ryzyka pozostaje kondycja polskiego systemu elektroenergetycznego i wahania kursów walutowych.

Polska jest jednym z najlepszych rynków inwestycyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Armand Dahi, dyrektor zarządzający na region Europy Wschodniej Bridgestone.

O lokalizacji inwestycji w Polsce zdecydowało dogodne położenie geograficzne i bliskie sąsiedztwo z Niemcami, jednym z największych rynków zbytu w Europie.

Dodatkowo Polska stworzyła bardzo przyjazne otoczenie dla naszych interesów. Włożyła wiele wysiłku, by poprawić całą infrastrukturę, administrację, powstały specjalne strefy ekonomiczne, w których można korzystać z ulg podatkowych. Zaletą jest też niezła infrastruktura telekomunikacyjna. Teraz to się zwraca – uważa Dahi.

Koncerny zdecydowały się na zainwestowanie w Polsce również ze względu na dostęp do wysoko wykwalifikowanych pracowników.

Wszyscy mają wyższe wykształcenie, ludzie są bardzo efektywni w pracy, co jest bardzo istotne dla wielu inwestorów. Młode pokolenie jest bardzo przedsiębiorcze, dzięki czemu mamy dostęp do wielu usług i freelancerów, którzy wspierają rozwój naszej firmy – podkreśla dyrektor Bridgestone.

Bridgestone ma w Polsce dwie fabryki. Jedna z nich – w Poznaniu – produkuje opony pasażerskie do samochodów osobowych, vanów oraz SUV-ów. Druga – w Stargardzie Szczecińskim – produkuje wielkogabarytowe opony do ciężarówek, autobusów i innych dużych pojazdów. Łącznie na inwestycje w obu zakładach firma przeznaczyła 225 milionów euro. W Stargardzie Szczecińskim inwestycje koncernu sięgają 120 milionów euro, dzięki czemu w tamtejszej fabryce powstaje 120 nowych miejsc pracy.

Celem tej inwestycji jest produkcja bieżników do procesu bieżnikowania opon w ciężarówkach i autobusach. To obniży koszty eksploatacji dużych opon, dzięki naszemu produktowi dostaną one drugie życie. Jest to również korzystne z punktu widzenia środowiska naturalnego, ponieważ będziemy mogli znacznie dłużej z nich korzystać – przekonuje dyrektor zarządzający.

Inwestycja w Poznaniu – na kwotę 105 milionów euro – oznacza 200 nowych miejsc pracy. Dahi przekonuje, że ma ona na celu zwiększenie produkcji i udoskonalenie jej jakości.

Jest to związane z faktem, że w poznańskiej fabryce produkujemy opony wysokiej jakości dla klientów premium, takich jak BMW czy Mercedes. Skupiamy się więc na produktach o wysokich osiągach, na rozwoju opon run flat tyre (RFT) oraz opon o niskim oporze toczenia – wymienia Dahi.

W Poznaniu Bridgestone produkuje ponad 30 tysięcy opon dziennie, z czego ponad 90 procent z nich jest eksportowana. Eksport skierowany jest głównie na rynki europejskie, do producentów samochodów BMW, Volkswagen i innych. Pozostała część eksportowana jest m.in. do Azji i na Bliski Wschód.

W opinii dyrektora Bridgestone, są w Polsce jeszcze obszary, które przez zagranicznych inwestorów mogą być postrzegane jako negatywne. W części z nich już zachodzą zmiany na lepsze, mimo to wymagają dalszej pracy.

Duże ryzyko cały czas wiąże się z siecią energetyczną – sektor elektroenergetyczny w Polsce wymaga jeszcze sporych inwestycji, kluczowych dla jego przyszłości. Wraz z rozwojem przemysłu, będzie rosło zapotrzebowanie na elektryczność. Dlatego potrzebne są większe nakłady na ten sektor, bo dotychczasowe, dobre na dziś, nie wystarczą na jutro – przekonuje Dahi. – Inną kwestią jest duża emigracja zarobkowa, która nieco obniżała atrakcyjność Polski. Obecnie coraz więcej osób decyduje się na powrót do kraju i to jest pozytywne.

Kolejnym problemem firm zagranicznych jest fakt, że Polska pozostaje poza strefą euro, przez co narażone są one na wahania kursów walut.

Polski złoty pada czasem ofiarą spekulacji na rynku walutowym, a to może nieco utrudniać prowadzenie interesów. Stabilizacja waluty byłaby bardzo pozytywnym czynnikiem dla biznesu – podkreśla Dahi.

Zaległe długi Polaków i przedsiębiorstw coraz częściej odsprzedawane

CEO Magazyn Polska

Rosnąca liczba kredytów gospodarczych dla małych i średnich przedsiębiorstw i wciąż niegasnący problem zatorów płatniczych prowadzą do wzrostu wartości wierzytelności korporacyjnych. Banki coraz częściej decydują się na odsprzedanie wierzytelności profesjonalnym firmom, które mogą być skuteczniejsze w ich ściąganiu. Coraz śmielej w ten segment rynku wchodzą firmy z branży obrotu wierzytelnościami.

– Spodziewane jest ożywienie na rynku kredytów gospodarczych i ten portfel na pewno będzie rósł – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Prot Zastawniak, dyrektor zarządzający ds. sekurytyzacji w Pragma Inkaso SA.

Z zobowiązań zaciąganych przez przedsiębiorców w bankach powstała pewna liczba należności trudno ściągalnych. Banki coraz częściej cedują wierzytelności tego typu do firm specjalizujących się w ich ściąganiu. Choć liczba takich wierzytelności nie jest duża, ich kwoty mogą być znaczące, co to jest powodem zainteresowania ich przejęcia przez firmy windykacyjne. Firmy z branży obrotu należnościami w segmencie B2B obsługują sprawnie wierzytelności, których bankom nie udało się wyegzekwować. Zastawniak ocenia jednak, że obecnie podaż na tym rynku jest ograniczona bo banki nie czują presji bilansowej.

– W całej podaży rynkowej wierzytelności gospodarcze, czyli wierzytelności typu SME [od małych i średnich firm red.], wierzytelności korporacyjne, wierzytelności zabezpieczone stanowią wciąż nikły procent. Portfel, z którym mamy do czynienia to element typowego zarządzania ryzykiem przez instytucje bankowe – podkreśla Prot Zastawniak.
Dodaje, że profesjonalne firmy windykacyjne obsługują zaledwie kilkaset do maksymalnie tysiąca wierzytelności korporacyjnych. Tymczasem ich duże doświadczanie w odzyskiwaniu należności w segmencie B2B oraz dostęp do kapitału pozwalający na wdrożenie rozwiązań finansowania przedsiębiorców, którzy stracili zdolność do regulowania zobowiązań mógłby przynieść wiele korzyści wszystkim trzem stronom transakcji bankom- dłużnikom i windykatorom. Na rynku konsumenckim cesja wierzytelności jest znacznie bardziej popularnym rozwiązaniem i przynosi doskonałe rezultaty.
Zastawniak dodaje, że rosnącym i coraz bardziej interesującym dla jego firmy rynkiem są wierzytelności zabezpieczone. Podkreśla, że w tym obszarze dobre rezultaty przynosi między innymi sprawna współpraca firmy windykacyjnej z sądami i komornikami.

– Spodziewamy się, że nasz model biznesowy, który wciąż udoskonalamy sprawdzi się w serwisowaniu tego typu wierzytelności i dlatego przymierzamy się do zagospodarowania niszy na rynku outsourcingu bankowego. – ocenia Zastawniak i dodaje, że rynek związany z outsourcingiem obsługi wierzytelności detalicznych wciąż pozostaje dominującym. Prognozuje ponadto, że w tym roku na bardziej rozwiniętym rynku obsługi wierzytelności detalicznych nastąpią duże zmiany. Pod koniec czerwca lider tego rynku, czyli posiadająca ponad 20 proc. udziału firma ULTIMO, została przejęta w 100 proc. przez norweskiego inwestora B2Holding.

Zastawniak ocenia, że jeszcze w tym roku można spodziewać się kilku podobnych transakcji. Mogą to być przejęcia wewnątrz branży lub zakupy zagranicznych inwestorów, w tym funduszy private equity. Transakcje powinny doprowadzić do przetasowań w obrębie pierwszej dziesiątki na tym rynku.

Polacy nie lubią negocjować podwyżek, bo nie wiedzą, jak to robić

CEO Magazyn Polska

70 proc. Polaków przyznaje, że nie lubi rozmawiać z pracodawcą na temat podwyżki – wynika z danych portalu Monsterpolska.pl. Główną przyczyną jest brak wiedzy, jak taką rozmowę rozpocząć i przeprowadzić. Pracownikom brakuje też znajomości technik negocjacyjnych. Na świecie najlepiej z rozmowami o podwyżce radzą sobie mieszkańcy Indii.

Pracownicy stresują się podczas rozmów o podwyżkach, bo nie wiedzą, jak przygotować się na takie spotkanie z szefem. Z rozmowami na temat podwyżek mają problemy także Francuzi, Holendrzy i Kanadyjczycy.

Eksperci podkreślają, że nie jest to tak trudne. Jest kilka zasad, których należy się trzymać i które pomogą w wynegocjowaniu pensji. Odpowiednie przygotowanie doda pewności siebie i zmniejszy stres. Jeśli więc pracownik chce dostać podwyżkę, powinien m.in. wiedzieć, o jaką kwotę może się starać w swoim zawodzie.

 
Należy poszukać informacji w internecie, popytać znajomych. Jest też coraz więcej ankiet dotyczących wysokości wynagrodzeń, robi je coraz więcej instytucji, więc warto do tych raportów sięgnąć. Można też przejrzeć raporty GUS-u na temat wynagrodzeń Polaków – radzi w rozmowie z agencją Newseria Małgorzata Majewska, marketing manager portalu z ofertami pracy Monsterpolska.pl.

Najlepszym momentem do zaproponowania spotkania w sprawie podwyżki jest widoczny sukces zawodowy, np. wysoko oceniony projekt, pozyskanie ważnego klienta czy umiejętne zażegnanie kryzysu w dziale.

Musimy przekonać szefa, że rzeczywiście zasługujemy na takie pieniądze, jakich żądamy. Warto mieć argumenty, które pokażą, co tak naprawdę w firmie robimy. Dodatkowe materiały, które ze sobą weźmiemy na rozmowę z naszym szefem, będą świadczyły o tym, że przygotowaliśmy się do rozmowy i że jesteśmy zaangażowani w to, co robimy. Trzeba też sprawdzić, w jakiej kondycji jest nasza firma, bo może nasz sukces nie jest wystarczający dla firmy i wtedy trudno będzie o podwyżkę – mówi Małgorzata Majewska.

Na rozmowę najlepiej przyjść w stroju formalnym, w stonowanych kolorach. Pewność siebie lepiej podkreślić konkretną rozmową, bez kokieterii, bo pracodawca może nie potraktować starań o podwyżkę poważnie.

Specjaliści od rekrutacji radzą również wystrzegać się zwrotów, które mogą zbyt mocno podkreślać roszczeniowość. Wyrażenia typu: „zasłużyłem sobie”, „należy mi się” „jestem tego warta”, lepiej zastąpić zwrotami typu: „to przełoży się na efekty”, „dzięki moim staraniom firma zyskała”. Pracownik nie powinien również straszyć odejściem z pracy lub zmniejszeniem efektywności.

 
Z poruszeniem kwestii zarobków podczas rozmowy kwalifikacyjnej należy poczekać na propozycję pracodawcy po zakończeniu rekrutacji. Warto też spróbować wynegocjować dodatkowe świadczenia.

Można negocjować z pracodawcą otrzymanie karnetów sportowych lub bonów żywieniowych. Tych świadczeń pozapłacowych jest bardzo dużo i tylko od nas zależy, jaką listę świadczeń ustalimy z pracodawcą – podkreśla Małgorzata Majewska.

Oferty tanich biletów lotniczych na wakacje wciąż dostępne

CEO Magazyn Polska

Nadal można znaleźć okazyjne ceny biletów lotniczych na miesiące wakacyjne. Najtańsze są loty na krótki pobyt do europejskich stolic. W tym roku na wakacje za granicę chce wyjechać 5 mln Polaków, z czego większość zorganizuje sobie wyjazd samodzielnie  wynika z badań Mondial Assistance.

Zwykle najtańsze są loty do wszystkich europejskich stolic. Tradycyjnie tanim miejscem jest Londyn – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Magdalena Greloff z firmy Skyscanner.

Za lot do Londynu w obie strony na kilka dni w lipcu i sierpniu dorosła osoba zapłaci ok. 400 zł, do Barcelony ok. 450 zł, do Norwegii ok. 120 zł, do Belgii ok. 350 zł. Na dłuższe wyjazdy okazyjne ceny można znaleźć do Włoch, np. do Mediolanu za ok. 250 zł, lub do Hiszpanii, np. Barcelony za ok. 600 zł. Jeśli dokonamy rezerwacji na dalsze miesiące ceny będą o połowę niższe.

Możemy też zaplanować sobie wakacje w październiku lub w listopadzie. Szczególnie atrakcyjne są wtedy wszystkie kraje azjatyckie. Wtedy możemy spodziewać się już naprawdę bardzo atrakcyjnych ofert – dodaje Magdalena Greloff.

Najlepsze oferty można znaleźć na bezpłatnych wyszukiwarkach lotów on-line. Bilety w dobrej cenie oferują także strony internetowe tanich linii lotniczych.

Z tegorocznych badań Mondial Assistance wynika, że Polacy na zagraniczne wakacje planują wyjechać do Chorwacji (14 proc.), Grecji (12 proc.), Hiszpanii (10 proc.), Włoch (7 proc.). 76 proc. badanych zamierza zorganizować swój zagraniczny wyjazd na własną rękę. Zwolennicy takiej formy wypoczynku cenią sobie swobodę decydowania o sposobie spędzania wolnego czasu (57 proc.) oraz możliwość dostosowania oferty do własnych potrzeb (28 proc.). Podkreślają również, że takie wyjazdy są tańsze niż zorganizowane (19 proc.).

Ponad miliard złotych rocznie Polacy wydają na rowery. Wciąż dominują jednak tanie, stare i niebezpieczne jednoślady

CEO Magazyn Polska

Ponad miliard złotych rocznie wart jest polski rynek rowerów. Większość z tej kwoty stanowi rynek rowerów nowych, których w ubiegłym roku wyprodukowano w Polsce ok. 950 tys. To daje nam czwarte miejsce w Europie. Polacy kupują albo rowery tanie, kosztujące mniej niż 600 zł, albo przeciwnie – specjalistyczne, warte co najmniej 3 tys. zł.

Według najnowszych badań, które zleciliśmy Instytutowi Badawczemu IPC, w 2013 roku wartość rynku rowerowego w Polsce przekroczyła 120 mln zł w przypadku rowerów używanych. Natomiast rynek rowerów nowych to obecnie niemalże 900 mln zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Ciszewska, kierowniczka biura Polskiego Stowarzyszenia Rowerowego.

Ubiegłoroczna produkcja rowerów w Polsce na poziomie 950 tys. sztuk dała nam czwarte miejsce w Europie. Więcej jednośladów produkuje się jedynie we Włoszech, Niemczech i Holandii, a we Francji jest to taka sama liczba jak w Polsce. Mimo tego Ciszewska ocenia, że Polskie Stowarzyszenie Rowerowe i inne organizacyjne branżowe wciąż mają wiele do zrobienia w celu rozwoju rynku rowerowego. Nie chodzi jedynie o dorównanie wiodącym producentom, takim jak Niemcy, gdzie w ubiegłym roku sprzedano ok. 4 mln rowerów, a ich łączna liczba na niemieckich drogach może wynosić nawet 70 mln. Ważna jest też jakość i wiek rowerów, bo w Polsce wciąż dominują stare i tanie jednoślady.

Nadal, niestety, kupujemy rowery bardzo niskiej jakości lub rowery używane w fatalnym, czasem naprawdę opłakanym stanie technicznym. Niestety, najważniejszym determinantem zakupu nadal jest cena to również wynika z naszych tegorocznych badań. Nie pamiętamy o tym, że rower bardzo tani często będzie też w złym stanie technicznym i nie zagwarantuje ani podstawowej przyjemności z jazdy, ani tym bardziej bezpieczeństwa – podkreśla Ciszewska.

Aż jedna trzecia kupowanych w Polsce rowerów kosztuje mniej niż 600 zł. Z drugiej jednak strony 12 proc. kupowanych jednośladów kosztuje więcej niż 3 tys. zł. W tej grupie znajdują się przede wszystkim rowery specjalistyczne wysokiej jakości – szosowe oraz górskie typu hardtail (tylko z przednią amortyzacją) lub full suspension (z pełnym zawieszeniem). Trudniej ocenić rynek rowerów importowanych, bo są one sprowadzane przez prywatnych przedstawicieli. W Polsce obecne są wszystkie najważniejsze światowe marki rowerów.

Najpopularniejsze pozostają jednak rowery miejskie i turystyczne, umożliwiające zarówno codzienne przejazdy po mieście, jak i wycieczkę do lasu. Polacy najczęściej kupują je w jednym z ok. 3 tys. sklepów rowerowych lub punktów sprzedaży rowerów. Ten drugi typ obiektu różni się tym, że prowadzi sprzedaż jednośladów jedynie czasowo.

To cieszy między innymi ze względu na łatwość zakupu akcesoriów rowerowych. Co trzeci badany w ostatnim roku kupił akcesoria lub części rowerowe, a niemalże 20 proc. badanych zamierza to zrobić w tym roku. Najczęściej kupowanym elementem jest oświetlenie do roweru, co naturalnie ze względów bezpieczeństwa nas cieszy – podkreśla Ciszewska.

Popularność rowerów rośnie też w miarę poprawy infrastruktury w miastach, przede wszystkim bezpiecznych ścieżek rowerowych. Pozytywny wpływ na to mają też instalowane w coraz większej liczbie miast publiczne wypożyczalnie rowerów, udostępniające rowery na krótki czas za darmo. Po wypróbowaniu tego środka transportu wiele osób decyduje się na zakup własnego pojazdu.

Najczęściej rowery kupowane są w województwach opolskim, dolnośląskim i zachodniopomorskim. Najmniej osób korzysta z dwóch kółek w województwach łódzkim, wielkopolskim, podlaskim i lubuskim.

Mobilne aplikacje ułatwiają planowanie podróży i sam wyjazd, mogą też zabezpieczyć samochód

CEO Magazyn Polska

Na rynku przybywa aplikacji mobilnych ułatwiających planowanie wakacji i sam wypoczynek. Turyści mogą korzystać z nich w celu wyszukiwania biletów lotniczych i hoteli. Są także aplikacje, które zbierają recenzje innych osób dotyczące np. pensjonatów. Podczas wyjazdów zagranicznych szczególnie przydatne mogą być wyszukiwarki darmowego internetu oraz nawigacje samochodowe.

Z roku na rok obserwujemy coraz więcej nowych aplikacji pojawiających się na rynku, a z drugiej strony coraz więcej użytkowników jest wyposażonych w smartfony i chce korzystać z tego typu rozwiązań – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Kacperek, ekspert w branży usług lokalizacyjnych i nawigacyjnych.

Aplikacje mogą pomóc już na etapie planowania podróży, np. poprzez wyszukiwanie najtańszych połączeń lotniczych. Popularnymi aplikacjami z taką funkcją są m.in. Skyscanner oraz Kayak. Poprzez odpowiednie programy mobilne można także zarezerwować miejsca w hotelach – najpopularniejsze w tym sektorze są Booking.com oraz HRS.

Wiele z tych aplikacji umożliwia nie tylko rezerwację, lecz także przejrzenie oraz wystawienie recenzji danemu obiektowi. Jak ocenia Paweł Kacperek, ta funkcja jest szczególnie cenna dla turystów, którzy są coraz bardziej świadomi i nie chcą ryzykować, rezerwując niesprawdzony hotel.

Taki człowiek szuka rekomendacji i opinii na temat wybranych przez siebie hoteli czy ośrodków wczasowych. Służą do tego aplikacje, takie jak TripAdvisor czy HolidayCheck. Nie należy też zapominać o aplikacjach pomocnych w pakowaniu. Jest to lista rzeczy, które powinniśmy zabrać ze sobą na wakacje. Często bywa tak, że zapominamy o takich rzeczach, jak skarpetki czy scyzoryk, które być może na biwaku będą nam potrzebne – mówi Kacperek.

Już w trakcie podróży szczególnie przydatne są programy nawigacyjne. Część z nich działa także bez połączenia z internetem, a oferta aplikacji tego typu jest bardzo szeroka. Kacperek wymienia najpopularniejsze – AutoMapa, NaviExpert oraz MapaMap. Niektóre aplikacje pomagają też kierowcom uniknąć fotoradarów lub patroli policji.

Na miejscu wypoczynku szczególnie przydatne będą aplikacje ułatwiające znalezienie miejsca, które oferuje darmowy bezprzewodowy dostęp do internetu. Może on być potrzebny chociażby po to, by podzielić się ze znajomymi informacjami z urlopu lub zameldowaniem się w określonym miejscu. Popularnymi aplikacjami o takim działaniu są Foursquare oraz Yelp. Ta pierwsza umożliwia wyszukiwanie najtańszych lub najlepszych restauracji, a druga daje z kolei możliwość szerszej oceny odwiedzonego miejsca.

Praktyczne są także aplikacje miejskie, które zawierają nie tylko plan ulic, lecz także informacje o komunikacji publicznej, ruchu w mieście czy atrakcjach turystycznych.

Tego typu aplikacje mają w zasadzie niemal wszystkie stolice europejskie, a także większe miasta – mówi Kacperek. – Jeżeli jedziemy swoim samochodem, warto też go ubezpieczyć przed kradzieżą. Tu też jest już sporo aplikacji, a także innych rozwiązań, które umożliwiają nam na bazie monitoringu GPS zabezpieczenie auta. Z pozycji telefonu możemy zawsze w danej chwili kontrolować, gdzie nasz samochód się znajduje. I co więcej, będziemy widzieli, gdzie go zaparkowaliśmy, jak do niego dotrzeć w obcym mieście.

Dodaje, że wśród bezpłatnych aplikacji, które ułatwiają radzenie sobie za granicą, jest aplikacja Google Translator, która umożliwia szybkie tłumaczenie z wielu języków świata. Po wcześniejszym pobraniu słownika może ona również działać offline. Turyści mają też duży wybór płatnych aplikacji, ale jak podkreśla Kacperek, nie wszyscy potrzebują bardziej zaawansowanych rozwiązań.

Polska i kraje z regionu zamiast rywalizować mogłyby wspólnie walczyć o inwestorów z sektora IT

CEO Magazyn Polska

Przez brak współpracy międzynarodowej kraje Europy Środkowo-Wschodniej tracą inwestorów z sektora IT – uważa dyrektor regionalny na Europę Środkowo-Wschodnią, Bliski Wschód i Afrykę w Oracle. Polska, Czechy, Słowacja, Rumunia i Węgry powinny razem zabiegać o nowe centra usług wspólnych i przetwarzania danych. Jeśli się nie zjednoczą w walce o koncerny międzynarodowe, to inwestorzy pozostaną w Niemczech, Francji i innych krajach Europy Zachodniej.

Są szanse na to, by centra przetwarzania danych czy centra usług wspólnych znajdowały się w Polsce, Czechach i na Słowacji, gdzie mamy dużą grupę bardzo dobrze wykształconych ludzi, wciąż relatywnie średniokosztową. To wymaga jednak czegoś, w czym dotychczas nie byliśmy dobrzy zarówno w Polsce, jak i w Europie Środkowej: większej współpracy pomiędzy poszczególnymi organizacjami krajowymi – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Bielikowski, dyrektor regionalny na Europę Środkowo-Wschodnią, Bliski Wschód i Afrykę w Oracle.

Bielikowski podkreśla, że branża IT w Europie Środkowo-Wschodniej w dużym stopniu ucierpiała w trakcie kryzysu gospodarczego. Spowolniły także inwestycje rządowe, więc przyciągnięcie zagranicznych inwestorów byłoby dużą szansą. Jednak obecnie, pomimo niskich kosztów pracy oraz dostępności wykwalifikowanych i ambitnych pracowników, kraje z naszego regionu nie wykorzystują tego potencjału.

Dodaje, że firmy obecne w Europie Środkowo-Wschodniej to koncerny globalne, które często centralizują działalność. Tę tendencję według niego wspiera rozwój technologii chmur obliczeniowych. Aby zdobyć te inwestycje, kraje z regionu muszą jednak z sobą współpracować. Tym bardziej że  – jak przypomina Bielikowski – poprawiają się połączenia między Polską i jej sąsiadami.

Jeżeli popatrzymy się na to, ile mamy regionalnych bądź europejskich banków z dużą siecią w Europie Wschodniej, dlaczego ich centra IT nie znajdują się w tym regionie? Mamy ogromne inwestycje w sektorze motoryzacji: na Słowacji, w Polsce, Czechach. Znowu pytanie, dlaczego ich potencjał zarządzania logistyką, planowania produkcji nie znajduje się w tym regionie? Jeżeli te kraje zaczną współpracować ze sobą, to wtedy wiele więcej takich inwestycji i takich możliwości może być stworzonych w naszym regionie – przekonuje Bielikowski.

Zauważa, że jeśli Polska będzie konkurować o inwestycje z krajami ościennymi, to międzynarodowe koncerny pozostaną w Niemczech, Francji i innych krajach Europy Zachodniej. Żeby zachęcić ich do przenosin, cały makroregion Europy Środkowo-Wschodniej musi wypracować wspólną strategię.

Równocześnie większą aktywność muszą też wykazywać polskie firmy z sektora IT działające poza Polską. Bielikowski przypomina, że zwłaszcza firmy telekomunikacyjne bardzo szybko weszły na rynki w Azji, Afryce i Ameryce Południowej, ale potem zabrakło im konsekwencji. Teraz niektóre szanse ekspansji zostały już stracone, ale w rynkach rozwijających się wciąż tkwi potencjał.

W wielu tych krajach jest ogromny potencjał związany z rozwojem technologii mobilnych, więc nowe idee i rozwiązania są na pewno czymś, co mogą zaoferować polskie firmy. Polska myśl techniczna i polska innowacyjność mogą przyczynić się do stworzenia nowych biznesów nie tylko w sektorze IT, lecz także w innych sektorach, które wykorzystują o nowe technologie – przekonuje Bielikowski.

Poprawa sytuacji gospodarczej USA może zaszkodzić notowaniom złota. Spadną też ceny ropy

CEO Magazyn Polska

Choć od początku czerwca cena uncji złota wyrażona w dolarach wzrosła o ponad 5 proc., to trend ten może ulec zmianie. Pozytywne dane z amerykańskiego rynku pracy i zapowiedzi podwyższenia stóp procentowych przez bank centralny mogą przyczynić się do ponownego spadku ceny złota poniżej poziomu 1300 dolarów za uncję. Uspokojenie sytuacji w Iraku, a także zwiększenie się eksportu z Libii może z kolei doprowadzić do dalszej przeceny ropy naftowej – szacuje analityk rynków surowcowych w XTB.

Największy wpływ na notowania złota ma przede wszystkim dolar i sytuacja w USA – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Kordala, analityk rynków surowcowych w firmie XTB. – Obecnie sytuacja gospodarcza Stanów Zjednoczonych się poprawia, a Fed prawdopodobnie niedługo zacznie wysyłać coraz bardziej „jastrzębie” komunikaty, więc presja na spadki cen złota w przyszłości będzie rosła.

Stopa bezrobocia w czerwcu wyniosła w Stanach Zjednoczonych 6,1 proc., a więc mniej niż spodziewali się analitycy. W amerykańskim sektorze pozarolniczym stworzono w czerwcu 288 tys. nowych miejsc pracy, natomiast w sektorze prywatnym – 262 tys. Prognozowano zaś odpowiednio 212 tys. i 210 tys.

Pozytywne sygnały z amerykańskiego rynku pracy i ewentualne zapowiedzi podwyżki stóp procentowych (które spowodowałyby wzrost wartości dolara) sprawiają, że w przyszłości kurs złota może ulec obniżeniu. Złoto tradycyjnie zyskuje na wartości w sytuacjach kryzysów gospodarczych i osłabienia wartości waluty narodowej, gdyż inwestorzy upatrują w nim tzw. bezpiecznej przystani dla swojego kapitału.

Jeżeli w amerykańskiej gospodarce dalej będziemy obserwowali tak mocny wzrost zatrudnienia jak w ostatnich miesiącach, a  Fed zasugeruje szybki wzrost stóp procentowych, to ceny złota mogą wrócić poniżej 1300 dolarów już w najbliższych miesiącach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Kordala analityk rynków surowcowych, XTB.

Cena złota wyrażona w dolarach wzrosła o blisko 10 proc. od stycznia 2014 r. Podczas gdy 2 stycznia wynosiła 1223 dolarów za uncję, to obecnie wynosi ok. 1320 dolarów. Spory wzrost miał miejsce w ciągu ostatniego miesiąca – jeszcze na przełomie maja i czerwca kurs złota wynosił ok. 1250 dolarów za uncję. Jednak w ostatnich dniach można już zaobserwować pewne spadki – w ciągu ostatniego tygodnia o ok. 10 dolarów.

Spadają też ceny ropy naftowej. Obecna cena ropy brent – nieco poniżej 110 dolarów – jest zbliżona do kursu z początku 2014 r. Nie oznacza to, że w międzyczasie nie miały miejsce pewne wahania kursu. Spory wzrost ropa zanotowała w czerwcu: ze 107 dolarów na początku miesiąca do 114 dolarów za baryłkę w połowie czerwca. Od tego czasu jednak koszt baryłki spada.

Spadki na rynku ropy naftowej, które notujemy w ostatnich dniach, wiążą się z uspokojeniem sytuacji politycznej w Iraku. Ponadto nowe porty do eksportu surowca otwiera Libia – wyjaśnia Kordala. – Ten kraj może w bardzo szybkim tempie zwiększyć podaż surowca w Europie. Oczekuję, że ceny ropy pod koniec miesiąca spadną nawet do 105 dolarów za baryłkę.

Obawy dotyczące pakietu klimatycznego wpływają na nastroje w przemyśle

CEO Magazyn Polska

Realizacja pakietu energetyczno-klimatycznego będzie jednym z głównych wyzwań polskiej gospodarki w najbliższych latach. Już teraz pakiet budzi duże obawy polskiego przemysłu. Wypracowaniem równowagi między polityką klimatyczną a energetyczną oraz przemysłową zajmie się w Parlamencie Europejskim komisja przemysłu, badań naukowych i energii. Na jej czele staną Polacy: w pierwszej części kadencji Jerzy Buzek, w drugiej – Janusz Lewandowski. 

Nowe wyzwania dla Polski to pakiet klimatyczno-energetyczny i dolegliwości z nim związane. Myślę tutaj o ekonomii, o odpłatności za emisję, biorąc pod uwagę fakt, że Polska emituje około 50 proc. więcej dwutlenku węgla na jednostkę energii elektrycznej. Na jedną megawatogodzinę mniej więcej emitujemy ponad jedną tonę dwutlenku węgla, średnia unijna to jest około 500 kg, dlatego Polska odczuje skutki pakietu klimatyczno-energetycznego w stopniu największym spośród krajów Unii Europejskiej – podkreśla Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki w rozmowie z agencją Newseria Biznes.

Jego zdaniem polska gospodarka, a w szczególności polski przemysł, mimo chwilowego osłabienia będzie sobie dobrze radzić w kolejnych miesiącach. Wyzwaniem w przyszłości będzie właśnie utrzymanie konkurencyjności wobec planów realizacji pakietu klimatyczno-energetycznego.

Jeśli świat nie pójdzie za Europą, osłabi to konkurencyjność europejskiej gospodarki, a szczególnie polskiej. Trzeba mieć świadomość, że w Stanach Zjednoczonych ceny energii w efekcie rewolucji łupkowej są o połowę niższe niż w Europie, a to rzutuje na konkurencyjność europejskiego przemysłu. Trzeba się liczyć z konsekwencjami, które mogą być związane z alokacją części przemysłu – tłumaczy były wicepremier i minister gospodarki.

Pewną przeciwwagą może być planowane podpisanie umowy o wolnym handlu ze Stanami Zjednoczonymi, co stworzy nowe możliwości dla eksporterów. Obecnie polski eksport przekracza poziom 200 mld dolarów rocznie, co wskazuje, że nasza gospodarka jak dotąd jest jednak konkurencyjna.

Steinhoff podkreśla, że wśród problemów polskiej gospodarki jest również kondycja sektora elektroenergetycznego oraz sytuacja w górnictwie węgla kamiennego.

– W elektroenergetyce potrzebujemy dużych pieniędzy na realizację projektów inwestycyjnych, myślę tu zarówno o wytwarzaniu, dystrybucji, jak i przesyle – mówi były wicepremier i minister gospodarki. – Również infrastrukturalne projekty: jeśli chodzi o gaz one są realizowane, natomiast potrzebne są potężne inwestycje w podsektorze wytwarzania energii elektrycznej, bo część naszych elektrowni jest przestarzała, o niskiej sprawności, i musi zostać zlikwidowana.

Polacy kupują coraz więcej nowych aut. Ich sprzedaż w I półroczu wzrosła o 19 proc.

CEO Magazyn Polska

W pierwszym półroczu zarejestrowano niemal 176 tys. nowych samochodów osobowych – o jedną piątą więcej niż przed rokiem. W letnie miesiące producenci samochodów zanotują jednak nieco słabsze wyniki sprzedaży. Sezonowość rynku wynika z wakacyjnych wyjazdów, a szczyt sprzedaży zwykle przypada na koniec i początek roku. Liderem polskiego rynku nadal jest Škoda, która w pierwszym półroczu sprzedała niemal co siódmy nowy pojazd.

W okresie styczeń-czerwiec liczba rejestracji nowych samochodów osobowych wzrosła o ponad 19 proc. w ujęciu rocznym. Pierwsze półrocze zamknęło się z wynikiem 175 910 aut.

We wszystkich branżach panuje pewnego rodzaju sezonowość. Ten rok jest szczególny i tę sezonowość doskonale zaprezentował. Na początku roku mieliśmy do czynienia z wyprzedażą rocznika. Wystąpił również tzw. efekt kratki, czyli firmy zwiększyły swoje zakupy, jeśli chodzi o samochody osobowe do flot i wykorzystały zmianę ustawodawstwa. Teraz mamy do czynienia z okresowym spadkiem sprzedaży w okresie wakacyjnym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Cabaj, kierownik ds. PR marki Škoda w Volkswagen Group Polska Sp. z o.o.

Przyspieszenie na początku tego roku było związane nie tylko z coroczną wyprzedażą aut z poprzedniego rocznika, lecz także ze zmianą prawa dotyczącego podatku VAT. Do końca marca można było kupować samochody osobowe z kratką z całkowitym odliczeniem podatku VAT. Od kwietnia wzrost tempa sprzedaży nieco wyhamował, ale i tak jest ono szybsze niż przed rokiem. W czerwcu zarejestrowano 25 750 nowych aut, czyli o 547 więcej niż w czerwcu 2013 roku. Letnie miesiące będą jak co roku nieznacznie gorsze z uwagi na wyjazdy wakacyjne, ale wyniki sprzedaży są zdaniem producentów obiecujące. Na sprzedaż wpływają w dużym stopniu także oferty promocyjne – po letnim spowolnieniu odbicie następuje zwykle we wrześniu i trwa do końca roku.

Škoda, która od pięciu lat utrzymuje pozycję lidera rynku, w pierwszym półroczu sprzedała ponad 24 tys. samochodów osobowych, co dało czeskiej marce z grupy Volkswagena niemal 14-proc. udział w rynku. W całym ubiegłym roku, zgodnie z danymi Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar, zarejestrowano niemal 290 tys. nowych samochodów osobowych, w tym ponad 36 tys. samochodów marki Škoda.

Škoda jest liderem rynku, natomiast na kolejnych miejscach odbywa się tasowanie, czyli marki japońskie tasują się z markami niemieckimi i również z marką Volkswagen – analizuje Cabaj.

Dodaje, że w skali kraju sprzedaż rozkłada się w miarę równomiernie, choć w zachodnich województwach sprzedają się pojazdy nieco lepiej wyposażone niż na wschodzie kraju.

Cabaj przekonuje, że sukces Škody polega na dobrej ofercie w każdym z segmentów aut osobowych. Mała Fabia i większa Octavia są najchętniej kupowanymi modelami w Polsce, a na popularności zyskuje też nowy model Rapid. Czeska marka nie zamierza jednak spoczywać na laurach i zapowiada ciągłe ulepszanie oferty. Już w tym roku zaprezentowany został nowy wariant SUV-a Yeti, a jesienią pokazana zostanie Fabia trzeciej generacji. Ten samochód trafi do polskich salonów na początku 2015 r.

2012 i 2013 to były lata, kiedy odświeżyliśmy praktycznie całą naszą gamę modelową. 2014 również jest rokiem, w którym nabieramy tempa, a w zasadzie kontynuujemy fazę wzrostu. Natomiast w przyszłym roku również będą kolejne premiery, między innymi nowy Superb, czyli przedstawiciel najwyższego segmentu i nasza flagowa limuzyna – zapowiada Cabaj.

Dodaje, że Škoda chce także kontynuować działania w kierunku poprawy bezpieczeństwa na polskich drogach, które według danych Komisji Europejskiej wciąż należą do najbardziej niebezpiecznych w UE. W 2013 r. w Polsce na drogach zginęło 87 osób na milion mieszkańców – gorzej było tylko w Rumunii. Cabaj wymienia Szkołę Auto Škoda, czyli akademię bezpiecznej jazdy oraz interaktywne centrum Škoda AutoLab działające na stałe w Poznaniu. Koncern prowadzi jednak także inne działania o bardziej promocyjnym wydźwięku. Jednym z nich jest sponsoring największego wyścigu kolarskiego Tour de France, który rozpoczął się 5 lipca w Leeds, w Anglii.

Zmienią się zasady związane z recyklingiem odpadów po smarach. Nowe prawo może być jednak niemożliwe do spełnienia

CEO Magazyn Polska

Od 2017 roku branżę olejów smarowych będą obowiązywały nowe wymogi dotyczące zbierania i recyklingu odpadów pozostałych po smarach. Jej przedstawiciele alarmują, że dostosowanie się do wymogów wprowadzonych przez ustawę opakowaniową będzie w dużej mierze niewykonalne, ponieważ część smarów ze względów praktycznych nie nadaje się do odzyskiwania. W efekcie problem mogą mieć organizacje odzysku.

Nowelizacja ustawy opakowaniowej, która weszła w życie w styczniu br., rozszerzyła wymóg odzysku i recyklingu o kilka nowych grup produktowych, w tym smarów plastycznych. Branża olejowa uważa, że przepisy te są niewykonalne.

Smary, które stosuje się na przykład w łożyskach i innych trudno dostępnych miejscach, są w zasadzie zbieralne. To wynika też z ich właściwości fizycznych – uważa Marcin Szponder, ekspert Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego. – Wymogu recyklingu tego typu smarów nie ma w zasadzie nigdzie na świecie.

Jak podkreśla, przepisy unijne określiły limity odzysku i recyklingu produktów na poziomach odpowiednio 50 proc. i 35 proc. produktów. Obowiązują one jednak dla całości rynku, a nie dla poszczególnych grup produktowych.

Branża doskonale rozumie skutki ekologiczne, jakie stoją za wymogiem recyklingu i zbiórki olejów smarowych, natomiast chodzi o to, aby nie regulować aż tak specyficznie, które produkty i jaki poziom recyklingu muszą osiągnąć – podkreśla dyrektor ds. regulacji w POPiHN. – W przypadku smarów wiadomo, że one nie będą poddawane zbiórce i recyklingowi, natomiast w skali całego rynku można to skompensować zbiórką chociażby olejów silnikowych, która jest prosta, odbywa się w warsztacie poprzez zlanie zużytego oleju znajdującego się w misce olejowej.

Przedstawicielom branży udało się doprowadzić do zmiany w rozporządzeniu ministra środowiska. Ustalono, że okres przejściowy będzie trwać do 2017 roku. W tym czasie wymagany poziom odzysku i recyklingu smarów plastycznych określono na poziomie zerowym.

Niestety, jest to jedynie odroczenie problemu. Bez zmian w przepisach powróci on znów za kilka lat – uważa Marcin Szponder. – Apelujemy do Ministerstwa Środowiska o dokonanie takich zmian, które ten wymóg dla smarów plastycznych w ogóle unieważnią, ponieważ jest on zbyt restrykcyjny.

Zmiany w przepisach mogą uderzyć także w system odzysku.

– Istnieje system opłaty produktowej i w sytuacji, gdy organizacja odzysku nie wykaże się osiągnięciem zadowalających poziomów odzysku w danym roku, grożą jej za to bardzo poważne kary – podkreśla Marcin Szponder z Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego. – Na końcu efekty nietrafionych zabiegów legislacyjnych zawsze odczuwają klienci i społeczeństwo. W skrajnych przypadkach może to doprowadzić do likwidacji organizacji odzysku i po prostu zawalenia się całego systemu.

W drugim kwartale upadły 224 przedsiębiorstwa – ponad 18 proc. więcej niż w pierwszym

CEO Magazyn Polska

W drugim kwartale 2014 roku upadły 224 przedsiębiorstwa. To o niemal 20 proc. więcej niż w pierwszych trzech miesiącach roku, choć wciąż nieco mniej niż w drugim kwartale 2013 r. Problemy mają przede wszystkim branża budowlana oraz wrażliwe na koniunkturę hotele i restauracje. Firmom mogłaby pomóc obniżka stóp procentowych, ale Rada Polityki Pieniężnej nie zapowiada takiego kroku.

W pierwszym kwartale wyraźnie poprawiła się kondycja spółek, natomiast w drugim kwartale, niestety, podwyższył się poziom upadłości, choć nie tak jak rok temu. Wyraźnie widać, że więcej upada firm usługowych – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Kochman, ekonomista z Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych.

Jak wyliczyła KUKE na podstawie danych z Monitora Sądowego i Gospodarczego, w drugim kwartale tego roku upadło łącznie 224 firm, z czego 171 było spółkami prawa handlowego. W pierwszym kwartale łączna liczba upadłości wyniosła 189, czyli o przeszło 15 proc. mniej. Pomimo tego wzrostu wynik z miesięcy od kwietnia do czerwca jest wciąż minimalnie lepszy niż rok temu. W drugim kwartale 2013 r. upadło 228 przedsiębiorstw.

Najgorsza sytuacja wciąż jest w branży budowlanej. Natężenie upadłości w tym sektorze, czyli liczba upadłości w odniesieniu do liczby średnich i dużych przedsiębiorstw obecnych na rynku, wyniosło w okresie od lipca 2013 r. do czerwca br. 3,34 proc. Wysokie natężenie upadłości jest też wśród hoteli i restauracji – 2,28 proc., i o ile w budowlance wskaźnik ten nieznacznie spadł w porównaniu z poprzednimi 12 miesiącami, to w branży hotelarsko-restauracyjnej odnotowano wyraźny wzrost. Jak podkreśla Kochman, ten sektor, podobnie jak firmy związane z rozrywką i rekreacją, jest zawsze bardzo wrażliwy na koniunkturę. Za to w budownictwie sytuacja powinna się poprawić.

Widzimy, że budownictwo, które po dwóch kryzysowych latach, i to bardzo poważnych, na początku tego roku poprawiło swoje wyniki. Natomiast widać też, że poprawa niejako wyhamowała, ale budownictwo jest to ta branża, w której mogą pojawić się pozytywne zmiany – ocenia Kochman.

Dodaje, że rosnąca liczba upadłości jest związana ze spowolnieniem koniunktury. Potwierdza to czerwcowy odczyt PMI polskiego sektora przemysłowego, który wyniósł zaledwie 50,3 pkt. Tymczasem przy poziomie poniżej 50 punktów można mówić o pogarszaniu koniunktury. Według Kochmana gospodarka zatrzymała się w oczekiwaniu na decyzję Rady Polityki Pieniężnej. Cięcia stóp procentowych o 2,25 punktu procentowego od listopada 2012 r. do lipca 2013 r. napędzały rynek, ale od roku ich wartość się nie zmienia.

Niewątpliwie ten impuls ze strony RPP wyczerpał się i teraz gospodarka właściwie czeka na to, czy RPP obniży stopy procentowe, czy też nie. Chociaż sama RPP raczej wskazuje na to, że będzie utrzymywać stopy procentowe na bieżącym poziomie – analizuje Kochman.

Miesięczna liczba upadłości rośnie stabilnie od grudnia 2013 r. W ostatnim miesiącu ubiegłego roku była rekordowo niska i wyniosła 52. Od tego czasu co miesiąc, z wyjątkiem nieznacznych spadków w marcu i czerwcu, jest coraz wyższa. Największe roczne natężenie upadłości od lipca 2013 r. do czerwca br. było w województwach dolnośląskim, świętokrzyskim i zachodniopomorskim, a najmniej firm ogłosiło niewypłacalność w województwach warmińsko-mazurskim i pomorskim.

W Małopolsce prywatna agencja pomogła znaleźć pracę już ponad 160 trwale bezrobotnym

CEO Magazyn Polska

Już ponad 160 długotrwale bezrobotnych znalazło zatrudnienie w Małopolsce dzięki działaniu prywatnej agencji. Zlecanie aktywizacji tych osób podmiotom niepublicznym umożliwiła obowiązująca od maja nowa ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy. Ma to być skuteczniejszy instrument do walki z bezrobociem, przede wszystkim dlatego, że kładzie nacisk na efektywność. Pilotaż w Małopolsce obejmuje 1000 osób trwale bezrobotnych. W całym kraju trwale bez pracy jest ponad 1,1 miliona osób.

To pokazuje, że z tym problemem nie jesteśmy w stanie sobie poradzić, korzystając z dotychczasowych instrumentów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Karaszewska, dyrektor generalna Ingeus, firmy, która na zlecenie małopolskiego urzędu pracy aktywizuje bezrobotnych z tej grupy. – Wprowadzenie nowego instrumentu, jakim jest zlecanie aktywizacji osób długotrwale bezrobotnych bądź osób oddalonych od rynku pracy, to nie jest rozwiązanie nowe w skali światowej, bo kraje europejskie stosują je od ponad 20 lat z bardzo dużym sukcesem.

Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, która weszła w życie pod koniec maja, umożliwiła współpracę urzędów pracy i prywatnych agencji. Wcześniej w wybranych urzędach przeprowadzono program pilotażowy, w którym wziął też udział Ingeus. Projekt działa w agencji od listopada ub.r. Jak podkreśla Karaszewska, nowe prawo kładzie nacisk na efektywność, a zatem nie tylko na znalezienie pracy dla bezrobotnego, lecz także na jej utrzymanie przez daną osobę. Skorzystać mają nie tylko bezrobotni, lecz także państwo, które czerpie z pracy korzyści w postaci podatków i parapodatków.

Nowe prawo podzieliło bezrobotnych na trzy grupy – aktywnych, wymagających szkoleń oraz trwale pozostających bez pracy. Ta ostatnia grupa stanowi największe wyzwanie dla urzędów pracy. Pomóc mają indywidualni doradcy i współpraca z agencjami zatrudnienia.

Karaszewska dodaje, że współpraca z agencjami nie zastąpi działań podejmowanych przez Powiatowe Urzędy Pracy, lecz je uzupełni. Urzędy będą mogły zadecydować, czy dana osoba bezrobotna otrzyma ofertę stażu, szkolenia czy też zostanie przekazana agencji, która zajmie się kompleksowo indywidualnym doradztwem. Na taki krok zdecydował się Wojewódzki Urząd Pracy w Krakowie, który wraz z sześcioma Powiatowymi Urzędami Pracy zlecił aktywizację 1000 trwale bezrobotnych agencji Ingeus. Połowa z nich nie ma pracy ponad 2 lata. Celem jest znalezienie trwałego zatrudnienia dla co najmniej 350 osób.

Te osoby mają poważniejsze bariery niż osoby, które po prostu wypadły z rynku pracy i na niego wracają: bariery związane z motywacją, z brakiem umiejętności poruszania się na rynku pracy, bariery zdrowotne itd. Takiej osobie musimy zagwarantować przede wszystkim indywidualne wsparcie, czyli doradcę, który będzie z nią pracował, spotykał się regularnie, zbuduje z nią bezpośredni kontakt oparty na zaufaniu, wiarygodności i będzie świadczył kompleksową usługę – tłumaczy Karaszewska.

Podkreśla, że rolą doradcy jest nie tylko wskazywanie bezrobotnemu możliwości zatrudnienia, lecz także zrozumienie sytuacji osoby trwale bezrobotnej. Pracownicy agencji mają dążyć do tego, by wyeliminować przyczyny problemu i tym samym umożliwić znalezienie stałej pracy.

Karaszewska zaznacza, że doradcy będą też współpracować z pracodawcami, by lepiej poznawać ich potrzeby. Podkreśla, że aż 70 proc. wakatów na rynku pracy pochodzi z rynku ukrytego. Nie są one nigdzie ogłaszane, a pracodawcy szukają pracowników jedynie z polecenia. Karaszewska uważa, że w ten sposób pracodawcy zmniejszają ryzyko zatrudnienia osoby nieodpowiedniej na dane stanowisko.

Jest szansa, że doradca spotykając się z pracodawcą, jest w stanie powiedzieć o danej osobie: mój klient to jest osoba, z którą pracowałem przez ostatnie pół roku, znam ją doskonale, to jest osoba zmotywowana, przygotowana do tego konkretnego miejsca pracy, więc ryzyko, że z tej współpracy nic nie wyjdzie, jest wtedy znacznie mniejsze – podkreśla Karaszewska.

Taki model jest powszechny w Europie Zachodniej. Według Karaszewskiej ze współpracy z agencjami zatrudnienia skorzystało nawet kilkaset tysięcy bezrobotnych na Starym Kontynencie. Wynagrodzenie dla agencji nie zależy tylko od znalezienia pracy dla tych osób, lecz głównie od tego, czy uda im się ją utrzymać przez co najmniej pół roku.

Jeżeli agencja skutecznie pomoże danym osobom, to jest w stanie poprawić wyniki i efektywność konkretnych urzędów pracy, które korzystają z tego instrumentu. W związku z tym to rozwiązanie ma pomóc przede wszystkim osobom bezrobotnym, ale też ma przynieść określone korzyści społeczne, przede wszystkim ekonomiczne, dla państwa z tytułu tego, że te osoby zaczynają pracę i będą płacić podatki – tłumaczy Karaszewska.

Letnie wyprzedaże bywają dla sklepów okazją do nadużyć

CEO Magazyn Polska

Sezonowe wyprzedaże ruszyły pełną parą, a wraz z nimi sprzedawcy podwoili wysiłki, by za wszelką cenę pozbyć się towarów zalegających w magazynach. Ofiarami ich niedozwolonych praktyk często padają nieświadomi swoich praw konsumenci, których łatwo przekonać, że towar przeceniony nie podlega reklamacji, co nie jest prawdą. Sklepy mogą za to odmówić przyjęcia przecenionego towaru, który konsument chce zwrócić bez wyraźnej przyczyny.

– Konsument, który kupuje podczas sezonowej wyprzedaży, nie ma mniej praw, niż gdyby kupował normalnie. W systemie prawnym obniżka nie oznacza, że konsument jest mniej chroniony. To wszystko są mylne przekonania albo konsumenta, albo sprzedawcy – zaznacza Małgorzata Cieloch, rzeczniczka prasowa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Zgodnie z Ustawą o szczególnych warunkach sprzedaży konsumenckiej wadliwy towar kupiony na wyprzedaży, tak jak zakup dokonany po nieobniżonej, normalnej cenie, podlega reklamacji w ciągu dwóch miesięcy od dnia zauważenia wady, jednak nie później niż w terminie dwóch lat od dnia zakupu.

– Jeżeli to jest wyprzedaż sezonowa, to pamiętajmy o tym, że towar nie może być przeceniony ze względu na jakąś wadę. Ze względu na to, że jest wyprzedawany sezonowo, to jest towar pełnowartościowy – przypomina Małgorzata Cieloch.

Podstawą reklamacji jest paragon, dlatego w ferworze okazyjnych zakupów nie powinniśmy o nim zapomnieć. Dowodem zakupu równie dobrze może być wyciąg z konta lub karty kredytowej, którą dokonano płatności, a także zeznania świadka, który był obecny w chwili zakupu.

Nieco inaczej jest, gdy po dokonaniu zakupu klient dojdzie do wniosku, że artykuł z wyprzedaży jednak mu się nie podoba i chciałby go oddać z powrotem do sklepu. W takim przypadku przyjęcie zwrotu zależy od dobrej woli sprzedawcy, bo celem wyprzedaży jest wyzbycie się towaru, którego przechowywanie do kolejnego sezonu czy transport są dla sprzedawców nieopłacalne.

– Towar wyprzedawany nie podlega zwrotowi  taka informacja może pojawić się w sklepie, jest zgodna z prawem, ponieważ sprzedawca może ograniczyć taką prokonsumencką praktykę, czyli możliwość zwrotu towaru w ciągu kilku dni – mówi Małgorzata Cieloch.

Obowiązkiem sprzedającego jest umieszczenie na etykiecie ceny przed obniżką i ceny obniżonej, tak, by klient nie miał co do tego wątpliwości i mógł zorientować się, czy dokonanie zakup mu się opłaca. Sprzedawcom zdarza się nie dopełnić tego obowiązku, a nawet uciekać się do zawyżania ceny tuż przed rozpoczęciem wyprzedaży, by wywołać mylne wrażenie, że klient trafił na wyjątkową okazję zakupu po znacznie obniżonej cenie.

– Oczywiście tego nie jest w stanie sprawdzić nikt oprócz tak zwanego stałego konsumenta. Jest to praktyka na pograniczu prawa i etyki, natomiast niestety nie może być ścigana przez Inspekcję Handlową – wyjaśnia rzeczniczka UOKiK.

Kolejnym trikiem wykorzystywanym przez sprzedawców jest umieszczanie na reklamach informujących o sezonowej wyprzedaży niższych cen niż te wybijane przez kasę na paragonie, a następnie niezgodne z prawdą przekonywanie klienta, że może on kupić towar tylko po tej wyższej cenie. To błąd, którego konsument bez trudu może się ustrzec.

 Pamiętajmy o tym, że konsument zawsze ma prawo kupić towar za cenę, która widniała na metce. Jeżeli coś było przecenione 50 proc., to nie może okazać się w kasie, że to jest tylko 30 proc. – przypomina Małgorzata Cieloch.

Co roku Inspekcja Handlowa podczas sezonowych wyprzedaży i innego rodzaju promocji czy obniżek stwierdza w sklepach ok. 10 proc. nieprawidłowości. Większość z nich dotyczy wprowadzania konsumenta w błąd.

Grecja najpopularniejszym kierunkiem zagranicznych wyjazdów wakacyjnych w tym roku

Średnio 2,5 tys. zł na osobę wydadzą wyjeżdżający na zagraniczne wakacje Polacy. Najpopularniejszym kierunkiem będzie Grecja, ale na popularności zyskuje też tania i nieodległa Bułgaria. Tylko około 5 proc. Polaków wybiera ofertę z dojazdem własnym.

– Grecję pokochaliśmy już w roku ubiegłym i ten trend się utrzymuje. Popularne są również Egipt, Turcja, Hiszpania i Tunezja. Wzrasta zainteresowanie Bułgarią, ponieważ jest to kierunek, który oferuje dobry produkt w atrakcyjnej cenie, jak również krótki czas przelotu. Ten kraj zajmuje szóste miejsce pod względem popularności w naszym rankingu – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marzena Szlichta z serwisu Wakacje.pl.

Grecja zyskała na popularności już w ubiegłym roku, choć nie była najpopularniejszym kierunkiem. Jak wynika z badań grupy Enovatis, właściciela m.in. Wakacje.pl oraz EasyGo, w ubiegłym roku niemal 21 proc. Polaków wyjeżdżających za granicę wybrało Egipt, a o ok. 2 pkt proc. mniej – Grecję.

Na wakacje wydamy w tym roku nieco więcej niż w ubiegłym – ok. 2,5 tys. zł na osobę. Enovatis wyliczył, że w ubiegłym roku średnia wyniosła niecałe 2,4 tys. zł. Najpopularniejszym środkiem podróży jest samolot, a najmniej popularnym – autokar. Wiele osób wybiera ofertę hoteli cztero- i pięciogwiazdkowych.

Cenimy sobie komfort na wakacjach, dlatego często wybieramy opcję all inclusive. Aczkolwiek równie dużym zainteresowaniem cieszy się oferta z dwoma posiłkami, co daje nam możliwość zasmakowania kuchni lokalnej – mówi Szlichta. – Decyzję o zakupie wyjazdu podejmujemy zwykle na miesiąc, dwa miesiące przed wyjazdem lub też odkładamy to na ostatnią chwilę, czyli rezerwujemy tydzień, kilka dni przed wyjazdem.

Szlichta dodaje, że Polacy najczęściej wyjeżdżają parami albo z jednym lub dwójką dzieci. Mniejszą popularnością cieszą się wyjazdy w większej grupie lub w pojedynkę.

Kolejna inwestycja MCI w sektorze e-travel

0

Travelata.ru, rosyjska spółka z segmentu online travel pozyskała 7 mln USD z drugiej rundy finansowania. Kapitał pochodzi od nowego inwestora jakim jest fundusz Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju (ang. EBRD) oraz funduszu MCI.TechVentures (TV) i Mezzanine Management (MM), dotychczasowych inwestorów, będących jednocześnie akcjonariuszami spółki portfelowej Invia. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na rozwój działalności i umocnienie pozycji lidera w sprzedaży internetowych pakietów wakacyjnych na rynku rosyjskim. Ponadto, fundusze TV oraz MM  odkupią część udziałów Travelata od Invia.cz.

Będąc spółką na wczesnym etapie rozwoju,  Travelata była inkubowana w ramach grupy Invia, korzystając ze wsparcia kapitałowego i merytorycznego całej grupy. Poprzez kolejną rundę finansowania z udziałem inwestorów międzynarodowych, spółka będzie realizowała kolejny etap wzrostu, przy zachowaniu współpracy poprzez wymianę doświadczeń i najlepszych praktyk – mówi Tomasz Danis, Investment Partner w MCI Management.

Według analiz rynkowych sprzedaż wycieczek online to jeden z najlepiej rozwijających się segmentów e-commerce. MCI zaangażował się w ten segment w 2000 r., nabywając pakiet akcji w Travelplanet, a następnie  Invia.cz. W drugiej połowie 2012 roku MCI, poprzez Invia, rozpoczął ekspansję na rynek rosyjski, gdzie został inwestorem Travelata.

– Jesteśmy przekonani co do dużego potencjału wzrostu zarówno rosyjskiego sektora e-travel jak i  Travelata, dlatego postanowiliśmy dokapitalizować tę spółkę. Zespół funduszu TV posiada znaczące doświadczenie w tym segmencie, zdobyte w ostatnich 10 latach w regionie Europy Środkowej i Wschodniej. Inwestycja w Travelata opiera się więc na modelu, w którym fundusz wnosi kapitał oraz kompetencje w zakresie sprawdzonego modelu biznesowego, co pozwoli na szybsze zbudowanie wartości spółki. W naszej ocenie jest to jednocześnie optymalny model inwestycji funduszu na rynku rosyjskim, gdyż doświadczenie funduszu zdobyte w regionie pozwala na lepszą ocenę możliwości inwestycyjnych oraz znaczące wsparcie przedsiębiorców – komentuje Sylwester Janik, Zarządzający MCI. TechVentures. – Cieszę się, że w kolejnej rundzie inwestycyjnej wzięli udział wszyscy dotychczasowi inwestorzy, a to grono powiększyło się jeszcze o nowy fundusz  EBOiR, posiadający doświadczenie w inwestycjach na rynku rosyjskim. To istotne wzmocnienie struktury kapitałowej Spółki – dodaje.

Cieszymy się z możliwości wsparcia wzrostu Travelata w segmencie sprzedaży internetowych pakietów wakacyjnych, obszarze w naszej ocenie posiadającym największy potencjał wzrostu na rynku rosyjskim. Kluczowe znaczenie dla naszej decyzji inwestycyjnej miała jakość ludzi zaangażowanych w rozwój spółki od środka i z jej bliskiego otoczenia – dodaje Izzet Guney, Director of Information and Communication Technologies w EBOIR.

Coraz więcej firm produkcyjnych sięga po technologie mobilne

Przedsiębiorstwa produkcyjne coraz częściej sięgają po rozwiązania mobilne – podkreślają analitycy firmy ASTOR. Technologie stosowane wcześniej głównie przez firmy usługowe, dostosowane do potrzeb fabryk pozwalają m.in. na uzyskanie dostępu do informacji na temat produkcji z dowolnego miejsca o dowolnym czasie, czy szybką reakcję w razie awarii. Odpowiednio skonfigurowany system mobilnego zarządzania może umożliwić przeprowadzanie ważnych zmian na linii produkcyjnej zdalnie, za pośrednictwem smartfona, na przykład wprost z bałtyckiej plaży.

Smartfon, tablet, komputer, a nawet telewizor – to urządzenia, które po zainstalowaniu specjalistycznego oprogramowania mogą stać się ważnymi elementami procesu produkcji w dużym zakładzie przemysłowym. W praktyce oznacza to, że za pomocą m.in. telefonu komórkowego można nie tylko uzyskać dostęp do bieżących wizualizacji trwających w firmie procesów, ale także do ustawień pozwalających na generowanie raportów, zmianę parametrów urządzeń oraz do zaawansowanych funkcji związanych z całym procesem produkcyjnym. Wymagania techniczne nie są przy tym specjalnie skomplikowane, np. w przypadku popularnego oprogramowania InTouch Access Anywhere zarządzanie produkcją jest możliwe z poziomu dowolnego urządzenia wyposażonego w przeglądarkę internetową obsługującą HTML5.

Polskie firmy coraz częściej decydują się na podobne rozwiązania. W minionym półroczu wdrażająca mobilne systemy zarządzania przedsiębiorstwem firma ASTOR zanotowała wzrost zapotrzebowania na tego typu aplikacje wśród przedsiębiorstw przemysłowych m.in. z branży spożywczej, motoryzacyjnej czy energetycznej. Ogólnoświatowa tendencja jest bardzo wyraźna – jak wynika z badania Symantec 2013 State of Mobility Survey, wdrażanie technologii mobilnych uważa za istotne aż 84 procent innowacyjnych firm, a ich główną motywację w tej kwestii stanowią czynniki biznesowe.

– Ogólnoświatowy wzrost zainteresowania technologiami mobilnymi w produkcji jest bardzo duży. Na rynku polskim liczba zainteresowanych jest jeszcze umiarkowana, ale coraz więcej użytkowników zdaje sobie sprawę z korzyści, jakie mobilne narzędzia niosą ze sobą w przypadku przedsiębiorstw produkcyjnych – komentuje Stefan Życzkowski, prezes firmy ASTOR.

W firmach usługowych i handlowych rozwiązania mobilne stosowane są m.in. w celu usprawnienia pracy biurowej, skrócenia czasu obiegu dokumentów, usprawnienia komunikacji z klientem czy procesów dostawy towarów. Systemy przygotowane z myślą o firmach produkcyjnych mają z kolei na celu przede wszystkim przyspieszenie i ułatwienie dostępu do informacji produkcyjnych oraz umożliwienie szybkiej reakcji na sytuacje awaryjne. Operatorzy stają się dzięki nim bardziej elastyczni, a pracownicy produkcyjni zyskują płynny dostęp do kluczowych danych. Technologie mobilne umożliwiają także m.in. zwiększenie świadomości na temat funkcjonowania przedsiębiorstwa wśród zespołu – m.in. dzięki prezentacji raportów na urządzeniach oddalonych od hali produkcyjnej, takich jak np. ekrany na stołówkach.

Wdrożenie systemu mobilnego zarzadzania w firmie produkcyjnej wiąże się z zainstalowaniem oprogramowania wizualizacyjnego, pozwalającego na monitorowanie wybranych procesów. Kolejnym etapem jest wgranie odpowiedniej licencji i prosta konfiguracja serwera terminalowego. Eksperci podkreślają, że w czasie wyboru konkretnego rozwiązania warto brać pod uwagę te systemy, które gwarantują możliwość konfiguracji i dostosowania do indywidualnych potrzeb przedsiębiorstwa.

Ranking najbardziej zaufanych Polaków

Bronisław Komorowski, Kamil Durczok, Janusz Gajos, Adam Małysz, Krzysztof Penderecki oraz Jan Kulczyk – to ich Polacy darzą największym zaufaniem. Każdy z wymienionych otrzymał w badaniu najwyższe noty w swojej kategorii.

Kamil Durczok, prezenter Faktów w TVN, jest dziennikarzem telewizyjnym, któremu Polacy ufają najbardziej. Ceniony redaktor, komentator i publicysta, a także laureat kilku Telekamer, Wiktorów, nagrody Mediator oraz Grand Press, w badaniu European Trusted Brands zdobył głos co czwartego Polaka. Jest to wynik zbliżony do ubiegłorocznego – wówczas Kamil Durczok otrzymał 26% głosów. Wśród osób godnych zaufania w kategorii Dziennikarz telewizyjny często wymieniani byli również: Piotr Kraśko (11%), Krzysztof Ziemiec (8%) i Tomasz Lis, którego wybrało 7% respondentów.

Najbardziej godnym zaufania aktorem został Janusz Gajos, który w porównaniu do poprzedniej edycji badania zdobył niemal dwa razy więcej głosów (9%). Artysta już od 50 lat występuje zarówno na deskach teatrów, jak i w telewizji, a jego ubiegłoroczna główna rola w filmie „Układ zamknięty” spotkała się z ogromnym uznaniem publiczności. Aktorami często wskazywanymi przez badanych byli również: Marek Kondrat, którego wybrało 7% ankietowanych oraz Artur Żmijewski (6%).

Wzrosło również zaufanie Polaków do polskiego kompozytora i dyrygenta – Krzysztofa Pendereckiego (8%), który został tegorocznym laureatem w kategorii Muzyk. Artysta otrzymał więcej głosów niż w roku ubiegłym (6%), przeważnie wybierały go osoby w wieku powyżej 50 lat. Kolejne miejsca w rankingu zajęli: były członek zespołu Piersi, Paweł Kukiz (4%), który najczęściej wybierany był przez mężczyzn, ubiegłoroczny zwycięzca plebiscytu – kompozytor Piotr Rubik (3%), darzony największym zaufaniem wśród kobiet, oraz wskazani przez identyczny procent badanych: Kazik Staszewski, Zbigniew Wodecki, Grzegorz Markowski i Kamil Bednarek.

W sondażu Polacy zostali poproszeni także o wskazanie najbardziej zaufanych polityków. Zwycięzcą został prezydent RP Bronisław Komorowski, którego wybrało 14% respondentów. Niemal równie często wymieniani byli: Ryszard Kalisz (13%) oraz premier Donald Tusk (12%). Jarosław Kaczyński to najbardziej zaufany polityk w opinii 8% ankietowanych.

Respondenci 14. edycji badania European Trusted Brands wybierali również najbardziej zaufane osoby w świecie sportu i biznesu. Wśród sportowców największe zaufanie wzbudzają polscy medaliści: Adam Małysz (18%), Justyna Kowalczyk (16%) oraz Tomasz Majewski (8%). Najbardziej zaufanym polskim przedsiębiorcą, podobnie jak w roku ubiegłym, okazał się Jan Kulczyk, wskazany przez 24% badanych. Zdeklasował on drugiego na podium Romana Kluskę, którego wybrało 8% Polaków. W dalszej kolejności wymieniani byli Zygmunt Solorz-Żak (7%) oraz Leszek Czarnecki (4%).

Akcje Baltic Ceramics Investments wkrótce w obrocie giełdowym

Baltic Ceramics Investments S.A., spółka specjalizująca się w produkcji proppantów ceramicznych, otrzymała zgodę na rejestrację akcji serii M w Krajowym Depozycie Papierów Wartościowych. 1.594.203 akcji zwykłych na okaziciela o wartości nominalnej 0,10 zł każda, oznaczono kodem PLINPNT00013. Akcje spółki były przedmiotem emisji zakończonej 29 maja 2014 r.

W wyniku przeprowadzonej oferty spółka pozyskała od inwestorów 4,5 mln zł. W zapisach wzięło udział 518 inwestorów, którzy objęli walory po cenie emisyjnej w wysokości 2,80 zł.

– Uchwała Zarządu KDPW przybliża nas do wprowadzenia akcji serii M do obrotu na rynku NewConnect. Liczymy na to, że w ciągu najbliższych tygodni zostanie wyznaczony pierwszy dzień notowania walorów Baltic Ceramics Investments, co pozwoli nam zakończyć proces rejestracji i umożliwi inwestorom obrót akcjami nowej serii na giełdzie – mówi Dariusz Janus, Prezes Zarządu Baltic Ceramics Investments S.A.

Pozyskane z emisji środki spółka przeznaczy na budowę pierwszego na terenie Unii Europejskiej zakładu produkującego proppanty ceramiczne. Inwestycja powstająca w Lubsku (woj. lubuskie) jest realizowana z dotacji w wysokości 33,1 mln zł, przyznanej spółce zależnej Baltic Ceramics Investments.

– Bardzo cieszy nas zainteresowanie ze strony inwestorów indywidualnych, którzy licznie zapisali się na nasze akcje w trudnym dla rynku kapitałowego okresie. Jest to dowód na to, że projekt Baltic Ceramics Investments zdobył uznanie w oczach osób prywatnych. Dlatego będziemy dążyć do tego, aby akcje nowej emisji możliwie szybko stały się przedmiotem obrotu giełdowego – dodaje Dariusz Janus.

Proppanty ceramiczne są materiałem wykorzystywanym w procesie szczelinowania hydraulicznego. Pozytywnie wpływają na zwiększenie efektywności poszukiwania i wydobycia węglowodorów, w tym gazu łupkowego w trudnych warunkach geologicznych.

Powstający w Lubsku (woj. lubuskie), jedyny w Unii Europejskiej ośrodek rozwoju technologii produkcji proppantów ceramicznych docelowo będzie produkował 135 tys. ton proppantów rocznie, odpowiadając na ok. 5% światowego zapotrzebowania.

Oferującym akcje serii M było Biuro Maklerskie BGŻ S.A. W konsorcjum przyjmujących zapisy uczestniczył również Dom Maklerski mBanku S.A.

Wynagrodzenia zarządów największych spółek giełdowych w 2013 r.

Maleje różnica pomiędzy poziomem płac w spółkach państwowych a prywatnych. Płace w coraz większym stopniu powiązane są z wynikami firmy. Najbardziej atrakcyjne wynagrodzenia zapewnia wciąż branża mediowa i sektor bankowy, choć odnotowały one spadek uposażeń. Rośnie popularność długoterminowych systemów motywacyjnych i akcji fantomowych.

Prezesi zarządów największych spółek giełdowych zarobili średnio w 2013 roku po 1,5 mln złotych czyli ok. 1% mniej niż rok wcześniej – wynika z najnowszego badania PwC „Wynagrodzenia zarządów największych spółek giełdowych w 2013 r.” Przeciętne wynagrodzenie pozostałych członków zarządu wyniosło w 2013 r. ok. 1,1 mln zł, tj. o ok. 2% mniej niż w roku poprzednim. Oznacza to, że wraz z sytuacją gospodarczą stabilizuje się również poziom wynagrodzeń najwyższej kadry zarządzającej. Zahamowanie tempa wzrostu wynagrodzeń zarządów spółek z GPW widoczne jest w tym roku szczególnie w odniesieniu do premii – była ona o 9% niższa niż w roku ubiegłym, co jest ściśle związane z sytuacją gospodarczą i wynikami finansowymi przedsiębiorstw.

W ostatnim roku wyraźnie zmalała różnica pomiędzy poziomem płac w spółkach państwowych a prywatnych, w przypadku spółek z WIG20 praktycznie przestała istnieć, a dla WIG40 zmniejszyła się do 20%.

„Patrząc całościowo na spółki z GPW możemy mówić o stabilizacji wynagrodzeń kadry zarządzającej. Widać także wyraźnie, że w coraz większym stopniu płace idą w parze z wynikami spółek, co jest bardzo korzystną tendencją. Świadczy to bowiem o dobrej elastyczności systemów płac, która pozwala na dostosowywanie poziomów wynagrodzeń zmiennych do wyników uzyskiwanych przez spółkę. Również możliwość kształtowania wynagrodzeń w spółkach Skarbu Państwa na zasadach rynkowych – lub możliwie zbliżonych do rynkowych – pozwala na lepsze powiązanie poziomu płacy z wynikami przedsiębiorstwa. Wszystko to przybliża nasz rynek do bardziej zaawansowanych rynków finansowych” – podkreśla Barbara Mierzejewska, menedżer w zespole Human Resources Services w PwC.

Tradycyjnie większe spółki oferują wyższe wynagrodzenia – podmioty z WIG20 przeciętnie płacą swoim zarządzającym ok. 1,78 mln zł rocznie, czyli prawie 1,4 razy więcej niż spółki z mWIG40 i dwa razy więcej niż z sWIG80.
Udział premii w całkowitym pakiecie wynagrodzeń krótkoterminowych kształtował się w 2013 roku na poziomie średnio 32%, czyli w zakresie, który obserwujemy jako stały dla polskiego runku od trzech lat (30-40%).

„Na wielu bardziej rozwiniętych rynkach część zmienna wynagrodzenia jest znacznie większa niż w Polsce. Stosunkowo mało agresywne kształtowanie pakietu jest jednak charakterystyczne dla krajów naszego regionu i wpisuje się w nurt ograniczania ryzyka w odniesieniu do wynagrodzeń osób zarządzających spółkami publicznymi”– podkreśla Dominika Jędrzejewska, starszy konsultant w zespole Human Resources Services w PwC. „Także Unia Europejska zaleca dla sektora bankowego ograniczanie wynagrodzenia zmiennego do wartości płacy zasadniczej, choć w naszej rzeczywistości ustawienie tak wysokiego limitu pozostaje często tylko teoretycznym ograniczeniem” – kontynuuje.

Mało agresywne kształtowanie pakietu jest także spójne z oczekiwaniami samych zarządzających, którzy w odniesieniu do wynagrodzeń nie są skłonni do podejmowania ryzyka. W tej sytuacji zwiększanie udziału płacy zmiennej, której wypłata jest obarczona ryzykiem, niekoniecznie musi prowadzić do zwiększenia motywacji kadry zarządzającej. Podejście polskich menedżerów nie odstaje od postaw reprezentowanych przez większość światowej kadry zarządzającej – jedynie około 30% byłoby skłonne zaryzykować, by otrzymać potencjalnie wyższą wypłatę.

Mimo regulacji UE jedynie lekki wzrost popularności długookresowych programów motywacyjnych

Jak wynika z tegorocznego badania wciąż zaledwie mniej niż połowa spółek oferuje mechanizmy długoterminowej motywacji kadry zarządzającej, choć w porównaniu do 2012 r. odnotowujemy 3% wzrost zainteresowania motywatorami długookresowymi.

Pod względem wyboru formy długoterminowych programów motywacyjnych polskie spółki zdecydowanie odbiegają od rynków zachodnich. W Polsce wciąż najczęściej stosowaną formą wypłaty w tego typu programach są opcje na akcje, które obecnie stosuje ok. 60% spółek, podczas gdy na świecie najbardziej popularne są akcje za wyniki.

Rok 2013 przyniósł zmianę jeżeli chodzi o formę wypłacanego wynagrodzenia długoterminowego. W kontekście regulacji wprowadzonych przez KNF w 2011 roku, banki zrezygnowały z wynagradzania swoich menedżerów w akcjach spółki matki, przeważnie na rzecz programów fantomowych opartych na akcjach własnych. Przełożyło się to na wzrost popularności fantomów wśród 140 największych spółek notowanych na GPW – w 2013 r. programy fantomowe były już stosowane przez 15% firm (w porównaniu do 2% w 2012 r.).

„Biorąc pod uwagę rosnące zainteresowanie kwestiami Corporate Governace, w zarządzaniu wynagrodzeniami członków zarządu może niepokoić relatywnie niska popularności długoterminowych systemów motywacyjnych. Na rynkach rozwiniętych tego typu mechanizmy stosowane są praktycznie przez wszystkie spółki publiczne. Dobrze skonstruowany plan długoterminowy ogranicza bowiem ryzyka, które rodzi motywacja krótkookresowa – np. ryzyko skoncentrowania się na bieżącym roku kosztem stabilnego rozwoju w długim okresie” – podkreśla Barbara Mierzejewska.

Wykres 4. Częstotliwość stosowania długoterminowych programów motywacyjnych w latach 2012 i 2013 oraz popularność form nagrody. Opracowanie własne PwC

Spółki z dużym udziałem Skarbu Państwa gonią sektor prywatny
Jak wynika z tegorocznego badania, różnica pomiędzy poziomem wynagrodzenia w spółkach z udziałem Skarbu Państwa (powyżej 25% akcjonariatu) a sektorem prywatnym w przypadku spółek z WIG20 praktycznie przestała istnieć, a dla WIG40 zmniejszyła się do 20%.

„Kształtowanie wynagrodzeń kadry zarządzającej na zasadach zbliżonych do rynkowych stwarza korzystne warunki do zatrudniania najlepszych specjalistów z rynku i rozwoju przedsiębiorstw kluczowych z punktu widzenia polskiej gospodarki. Zmniejszenie dysproporcji w płacach pomiędzy spółkami z istotnym udziałem Skarbu Państwa a sektorem prywatnym wynika z jednej strony z coraz większej popularności kontraktów menedżerskich, z drugiej zaś jest efektem zastępowania systemów uznaniowych programami motywacyjnymi opartymi na kryteriach efektywnościowych. Nadal jednak spółki z udziałem Skarbu Państwa podlegają znacznej presji opinii publicznej jeżeli chodzi o wysokość wypłacanych wynagrodzeń” – podkreśla Dominika Jędrzejewska.

Wykres 3. Porównanie zmian przeciętnego wynagrodzenia osób zarządzających spółkami z indeksu WIG20i mWIG40 w latach 2012 i 2013 w kontekście udziału Skarbu Państwa w akcjonariacie spółki. Opracowanie własne PwC
W której branży zarabia się najwięcej?
Najbardziej atrakcyjne wynagrodzenia od kilku lat oferuje branża mediowa, pomimo 16% spadku płac najwyższej kadry zarządzającej w tym sektorze – w tym roku formalnie na 2 miejscu za branżą ubezpieczeniową, reprezentowaną jednak jedynie przez jedną spółkę. W czołówce najlepiej płacących sektorów znalazł się także ponownie sektor bankowy – w tym roku na czwartym miejscu ze względu na awans przemysłu drzewnego (2 spółki na GPW). Uwagę zwraca branża paliwowa, która w roku 2013 odnotowała jeden z wyższych wzrostów wynagrodzeń w stosunku do roku 2012 (ok. 32%). Jest to związane z wypłatą premii w sektorze związaną z poprawą wyników. Największy spadek poziomu wynagrodzeń odnotował w roku 2013 sektor metalowy, w którym płace członków zarządów spadły o ok. 47% w stosunku do roku 2012. Spore spadki wynagrodzeń obserwowaliśmy także w przypadku energetyki i sektora spożywczego.

„Pierwsza dziesiątka najlepiej płacących branż pozostaje bardzo podobna od kilku lat. Wysoki poziom wynagrodzeń w sektorze mediowym wynika w dużej mierze ze znacznego stopnia skomplikowania tego biznesu i jego tempa wzrostu. Z kolei, w przypadku bankowości i ubezpieczeń relatywnie wysoki poziom płac jest uzasadniony wielkością spółki mierzoną kapitalizacją i wartością aktywów” – wyjaśnia Barbara Mierzejewska.

Z badania PwC wynika, że przeciętne wynagrodzenie zagranicznych członków zarządu jest o ok. 45% wyższe niż ich polskich kolegów zasiadających w zarządzie tych samych spółek.

Nie jest to jednak regułą, gdyż zdarza się, że w spółkach o „mieszanych” składach ekspaci zarabiają mniej niż Polacy, ale może to wynikać z pobierania przez nich wynagrodzenia ze spółek matek.

„Należy zauważyć, że wynagrodzenia zagranicznych członków zarządu zawierają często dodatek zagraniczny, a także pakiet świadczeń relokacyjnych, obejmujący np. wynajem mieszkania, przeloty międzynarodowe, koszt edukacji dzieci, co skutkuje przeciętnie 3-krotnie wyższym wynagrodzeniem z tytułu świadczeń dodatkowych niż w przypadku polskich menedżerów” – komentuje Katarzyna Serwińska, dyrektor w zespole Human Resourse Services.

Niskie wpływy z CIT. Rząd chce zmniejszyć możliwość transferowania zysków za granicę

Sejm pracuje nad nowelizacją ustawy o CIT i PIT. Ma ona ukrócić praktyki firm polegające na transferowaniu zysków do rajów podatkowych w celu uniknięcia lub obniżenia podatku. Międzynarodowe korporacje powszechnie stosują ceny transferowe, które pomagają im wykazywać niższe niż faktycznie osiągnięte dochody w kraju o wyższych podatkach. Choć trudno oszacować skalę tego problemu w Polsce, to coraz więcej ekspertów zwraca uwagę na niskie wpływy do budżetu, jakie trafiają z zysków firm.

Najwięcej płacą wielkie firmy przemysłowe, przede wszystkim z obszaru górnictwa. KGHM tradycyjnie zajmuje pierwsze miejsce, dalej jest Orlen, wielkie grupy energetyczne, ale też na piątym miejscu mamy właściciela sieci Biedronka, Jeronimo Martins Polska, czyli największą sieć handlową w Polsce, która odprowadza do Skarbu Państwa bardzo duże środki – komentuje ranking „Pulsu Biznesu” oparty na danych Bisnode Polska Andrzej Arendarski, prezes zarządu Krajowej Izby Gospodarczej.

Od 2007 r. PKB Polski zwiększył się o blisko 20 proc., co w połączeniu z niskim wzrostem wynagrodzeń w ostatnich latach wskazuje na duży wzrost dochodów z kapitału. Mimo to w 2007 r. należny CIT wyniósł 31 mld zł, natomiast w 2012 r. – tylko 28,4 mld zł. Deklarowane koszty uzyskania przychodu w latach 2007–2009 rosły szybciej od przychodów, podobnie w 2012 r. Choć w 2012 r. wpływy z CIT były niższe niż w 2007 r. (po uwzględnieniu inflacji różnica na niekorzyść 2012 r. jest jeszcze większa), to liczba podatników wykazywała stały coroczny wzrost. W efekcie pod koniec 2012 r. formalnie płacących CIT było o 31,5 proc. więcej niż w 2007 r. (wzrost z ok. 288,3 tys. do 379 tys.).

Nominalna stawka podatku dochodowego od zysków przedsiębiorstw wynosi od 2004 r. 19 proc. Efektywna stawka podatku CIT jest niższa i w 2012 r. wyniosła 17,3 proc. Różnica wynika z podstawy opodatkowania, którą obniżają ulgi, preferencje itp. Efektywna stawka obniża się jednak od początku kryzysu w 2008 r. Część ekspertów zwraca uwagę na to, że ustawa o CIT zawiera wiele luk, które pozwalają firmom – także zagranicznym – płacić niższe podatki niż należne.

Myślę, że to jest taka prawda obiegowa, że np. sieci handlowe wykorzystują wszelkie sposoby, żeby nie płacić podatku. Przykład Jeronimo Martins Polska pokazuje, że jest dokładnie odwrotnie, że jednak te podatki są płacone tutaj – mówi Arendarski agencji Newseria Biznes.

W 2012 r. portugalski właściciel sieci Biedronka zapłacił ponad 295,7 mln zł podatku CIT. Wśród spółek będących pod kontrolą zagranicznych właścicieli, największy podatek zapłacił Bank Pekao – 670,7 mln zł, a po nim BZ WBK – 336,4 mln zł – wynika z danych zebranych przez „Puls Biznesu”. Na liście 10 największych płatników CIT będących częścią międzynarodowych koncernów znalazł się jeszcze jeden przedstawiciel branży handlowej – Rossmann, w gronie 100 – także Castorama Polska i Auchan Polska.

Powszechnie jednak wiadomo, że międzynarodowe koncerny w celu minimalizacji wartości płaconych podatków stosują ceny transferowe. Są to ceny ustalane wewnątrz korporacji, na podstawie których wyceniane są przepływy dóbr i usług, np. między spółką matką a spółką córką, które działają w różnych krajach. Firmy mogą w ten sposób manipulować osiągniętą w rzeczywistości rentownością w danych oddziałach lub spółkach zależnych i transferować zyski ponad granicami państw.

Na rosnącą skalę tego problemu w globalnej gospodarce zwróciła rok temu uwagę Organizacja ds. Rozwoju i Współpracy Gospodarczej (OECD). Według raportu organizacji potrzebne są zmiany w regulacjach dotyczących cen transferowych, opodatkowania wartości niematerialnych i prawnych oraz zapobiegania nadużyciom.

Z drugiej jednak strony, dzięki minimalizacji kosztów (w tym płaconych podatków) globalne firmy mogą oferować swoje produkty i usługi po atrakcyjnych cenach, na czym zyskują miliony konsumentów. Zbyt restrykcyjne regulacje mogą zmniejszyć te korzyści z globalizacji, a także zahamować napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych. W przypadku krajów o niskim zasobie własnego kapitału, takich jak Polska, mogłoby to spowolnić wzrost gospodarczy.

To są przecież miejsca pracy i oprócz dochodowego podatku jest jeszcze szereg innych podatków. Więc to są firmy, które mają niepolskich właścicieli, ale funkcjonują tak jak inne polskie firmy – wskazuje Andrzej Arendarski.

Wartość ulokowanych w Polsce bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ) w Polsce wyniosła w 2007 r. 442 mld zł, by zwiększyć się do 611,6 mld zł w 2012 r. – wynika z danych NBP. W 2007 r. zagraniczni właściciele wypłacili 52 mld zł zysków z zainwestowanego kapitału w formie BIZ, natomiast 5 lat później – 59,1 mld zł. Choć transfery zysków – w przeciwieństwie do wpływów CIT – wzrosły w latach 2007–2012, to wzrosła równocześnie wartość ulokowanych BIZ. Dlatego trudno na podstawie tych danych ocenić, jak duża jest skala unikania podatków przez zagraniczne firmy w Polsce.

Sądy cywilne i komornicy nie mają uprawnień, by żądać dostępu do danych objętych tajemnicą telekomunikacyjną

CEO Magazyn Polska

Choć polskie prawo zezwala na udostępnianie danych objętych tajemnicą telekomunikacyjną jedynie określonym służbom i tylko w przypadku przestępstw, to po te dane zwracają się często do operatorów telekomunikacyjnych instytucje niepowołane. Najczęściej są to komornicy i sądy cywilne. Udostępnianiu im danych stanowczo sprzeciwia się Urząd Komunikacji Elektronicznej.

– Tajemnica telekomunikacyjna dotycząca tego, kto do kogo i z jakiej lokalizacji wykonywał połączenia, jest prawnie chroniona przez prawo telekomunikacyjne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Gaj, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. – Może być udostępniana, czyli przestać być chroniona, tylko w enumeratywnie wymienionych w prawie przypadkach.

Przypadki te określone są w Prawie telekomunikacyjnym i kilku innych aktach prawnych, m.in. ustawach kompetencyjnych służb specjalnych czy prokuratury. Według opublikowanego w czerwcu stanowiska prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej w sprawie udostępniania danych objętych tajemnicą telekomunikacyjną, ochrona tej tajemnicy to jedno z podstawowych praw i wolności człowieka, które są chronione Konstytucją RP. W dokumencie zwrócono uwagę na to, że dane objęte tzw. retencją (obowiązek gromadzenia danych przez operatorów) mogą być udostępniane wyłącznie w przypadku poważnych przestępstw. Wątpliwości budzi natomiast możliwość udostępniania przez operatorów takich danych na podstawie przepisów Kodeksu postępowania cywilnego, o co wnosiły m.in. sądy cywilne czy komornicy.

Dane objęte tajemnicą nie mogą być udostępniane nikomu, za wyjątkiem konkretnych przypadków wymienionych w prawie – podkreśla Magdalena Gaj.

Prezes UKE stoi na stanowisku, że sądy cywilne ani komornicy nie mają uprawnień, by żądać dostępu do danych i informacji objętych tajemnicą telekomunikacyjną, a przepisy kodeksu postępowania cywilnego nie są wystarczającą podstawą do ingerowania w prawa i wolności obywatelskie i dane takie nie powinny być przez operatorów na ich podstawie udostępniane.

Co więcej, samo gromadzenie danych przez operatorów nie jest już wymogiem Unii Europejskiej. 8 kwietnia 2014 r. Trybunał Sprawiedliwości UE uznał za nieważną dyrektywę retencyjną z 2006 r. Dyrektywa ta obligowała dostawców usług komunikacji elektronicznej i publicznych sieci łączności do zatrzymywania danych o ruchu oraz lokalizacji. Umożliwienie identyfikacji abonenta miało na celu walkę z poważnymi przestępstwami, a zwłaszcza terroryzmem. Unieważnienie dyrektywy nie unieważnia ustaw w krajach członkowskich (m.in. w Polsce), które zostały uchwalone w ramach dostosowania się do dyrektywy.

Pamiętajmy jednak, że w naszych przepisach mowa jest o przestępstwach i konkretnych służbach, które mają prawo do tych informacji – mówi Gaj. – Skatalogowanie i zapisanie takich spraw w prawie jest o wiele lepsze niż nieposiadanie żadnych regulacji, bo wtedy każdy próbuje robić, co tylko mu przyjdzie do głowy.

Chiny: od taniej produkcji do luksusowej konsumpcji

Bogaci Chińczycy stanowią dużą część klienteli kasyn w Las Vegas oraz luksusowych sklepów w Paryżu czy Londynie. Dzięki dynamicznemu rozwojowi gospodarki miejscowa klasa średnia liczy już nawet 300 mln osób. To sprawia, że zagraniczne firmy coraz rzadziej widzą w Chinach zagłębie produkcyjne, a coraz częściej ogromny rynek konsumencki.

Rynek chiński się zmienia. Chiny już nie są takim tanim zagłębiem produkcyjnym, tylko są miejscem, w którym można skutecznie sprzedawać swoje produkty – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Radosław Domagalski, prezes zarządu Magellan Trading Shanghai, firmy z siedzibą w Szanghaju, zajmującej się m.in. importem drewnianych podłóg z Polski i ich sprzedażą w Chinach, a także produkcją akcesoriów łazienkowym w Chinach.

W ostatnich 10 latach zarobki przeciętnego Chińczyka zwiększyły się ponad dwukrotnie. PKB na osobę według parytetu siły nabywczej w dolarach wyniósł w 2003 r. 3 108 dolarów, a w 2013 r. – 7 957 dolarów. Szczególnie szybki wzrost PKB miał miejsce do 2007 r., kiedy osiągał wartości dwucyfrowe. To zaowocowało powstaniem ogromnej klasy średniej, której wielkość szacuje się (w zależności od przyjętych kryteriów) na 150-300 mln osób.

 – To jeden z największych rynków konsumenckich, który w dodatku cały czas rośnie, dlatego że klasa średnia w Chinach też cały czas rośnie. Każdego roku kilkadziesiąt milionów ludzi wchodzi w tę strefę konsumpcyjną. To szansa dla wszystkich firm, również europejskich, żeby tam być i rozwijać się pod  kątem rynku lokalnego  – podkreśla prezes Magellan Trading Shanghai.

Obok imponującego rozwoju ostatnia dekada w Chinach to ogromny wzrost nierówności pod względem dochodów. Poza wąską grupą bardzo zamożnych oraz klasą średnią Kraj Środka to także 1 miliard biednych, z których 150 milionów żyje w skrajnej nędzy, wydając poniżej 1 dolara dziennie – wynika z danych portalu chiny24.com. To pokazuje z jednej strony skalę wyzwań, jakie stoją przed władzami w Pekinie, a z drugiej – wciąż ogromny potencjał, jaki ma ta gospodarka. Szansą na zmniejszenie rozwarstwienia społecznego i bardziej zrównoważony wzrost gospodarczy jest polityka prezydenta ChRL Xi Jinpinga. Zapowiadał on przesunięcie punktu ciężkości z eksportu na wzrost konsumpcji wewnętrznej.

Dynamicznie rośnie rynek dóbr  konsumenckich, a zwłaszcza luksusowych. Domagalski uważa, że silna konkurencja sprawia jednak, że wejście na chiński rynek nie jest już tak łatwe jak kiedyś.

Pojawiają się coraz to nowe usługi, nowe produkty, bardziej zaawansowane, bardziej luksusowe, bo ludzi stać na kupowanie droższych produktów, chociaż jest trudniej niż było. Z drugiej strony zmieniła się kultura biznesu w Chinach administracja lokalna nauczyła się już współpracować z zagranicznymi inwestorami, więc przy tak chłonnym rynku myślę, że szanse są cały czas – ocenia Radosław Domagalski.

Mimo to, ze względu na dużą konkurencję, zagraniczne korporacje coraz częściej przenoszą produkcję do sąsiednich krajów Azji Wschodniej.

Pozostałe kraje Dalekiego Wschodu, również Wietnam, Tajlandia, Indonezja, są bardzo ciekawym obszarem. Tam zachodzą dokładnie te same zjawiska i kraje takie jak Wietnam są mniej więcej w takiej sytuacji, w której Chiny były 10 lat temu, czyli można jeszcze tanio wejść na te rynki. Nam się to udało i myślę, że innym przedsiębiorcom też się uda, jeżeli racjonalnie przeanalizują ryzyko – uważa Radosław Domagalski.

Szacowanie ryzyka działalności gospodarczej w Chinach jest trudne, jeśli nie ma się doświadczenia lub fachowego doradztwa. Chińscy przedsiębiorcy skarżą się na wysoką niepewność, której źródłem są niejasne i słabo egzekwowane prawa oraz arbitralne decyzje urzędników dotyczące podatków. To sprawia, że plagą Państwa Środka jest wszechobecna korupcja, dzięki której firmy „zarządzają ryzykiem” i gwarantują sobie kontrakty. Ponadto Chiny są bardzo niejednorodnym obszarem pod względem gospodarczym. Szybki rozwój powiększył kontrast między ubogimi, wewnętrznymi prowincjami i admorskimi regionami, gdzie koncentruje się produkcja i handel.

To jest ogromny geograficznie region, bardzo zróżnicowany wewnętrznie, jeżeli chodzi o preferencje klientów, nawet o nastawienie urzędników lokalnych. Nie należy porywać się na całe Chiny, tylko trzeba wybrać sobie region, który sprzyja inwestycjom, jest rozwinięty, jeżeli chodzi o dystrybucję, jest pozytywnie nastawiony do inwestycji zagranicznych, a potem małymi kroczkami rozwijać tę działalność – wymienia prezes zarządu Magellan Trading Shanghai.

Biorąc pod uwagę te kryteria jako najmniej ryzykowne postrzegane są regiony nadmorskie. Dzięki prognozowanemu dalszemu napływowi ludności z obszarów wiejskich, nie powinny one mocno odczuć negatywnych skutków starzenia się społeczeństwa. Część z wysoko rozwiniętych obszarów może być relatywnie ryzykowna, ze względu na bańkę na rynku nieruchomości. Jej pęknięcie może mieć podobne następstwa, co załamanie w USA, Irlandii czy Hiszpanii. Na razie jednak wzrost cen nieruchomości, napędzany łatwo dostępnym kredytem, zwiększa majątki zamożnych Chińczyków.

Światowy lider w produkcji opakowań szklanych zlokalizuje dużą inwestycję w Polsce

CEO Magazyn Polska

Światowy lider na rynku opakowań szklanych – firma Owens-Illinois – wybrał Polskę na miejsce kolejnej inwestycji: obok dwóch zakładów produkcyjnych i centrum serwisowego maszyn otwiera centrum usług wspólnych, które będzie obsługiwać cały rynek europejski. To perspektywiczny dla producenta rynek. Sprzyja temu m.in. rosnąca świadomość ekologiczna społeczeństw. W Polsce na razie szkło stanowi nieco ponad 13 proc. rynku opakowań, ale jego popularność rośnie.

Polska jest dla nas ważnym rynkiem, z perspektywy Europy stanowi 5-10 procent wartości produkcji w skali całego kontynentu. Ważniejsze są jednak możliwości rozwoju rynku. Widzimy duże szanse wzrostu gospodarczego w Polsce, a także w całej Europie Wschodniej i Północnej – mówi agencji Newseria Biznes Erik Bouts, prezes O-I Europe.

Według Polskiej Izby Opakowań na razie opakowania szklane stanowią nieco ponad 13 proc. rynku, ale ich popularność rośnie. Polska jest atrakcyjna również dla branży przemysłu szklarskiego ze względu m.in. na dobrej jakości surowce. Firma O-I zdecydowała również o przeniesieniu innych działalności do kraju.

Polska jest dla nas nie tylko rynkiem zbytu, lecz także jest centrum wielu naszych aktywności biznesowych. Posiadamy tu centrum usług wspólnych, centrum serwisowe maszyn, ale jest to także siedziba na kraje Europy północno-wschodniej. Pracujący tu ludzie są odpowiedzialni za rozwój w całym regionie, nie tylko na rynku polskim, lecz także w krajach na północ i na wschód od Polski. Mamy duże ambicje związane z tym regionem i wiarę, że będzie on się szybko rozwijać – podkreśla Erik Bouts.

Polska jest bardzo dynamicznym rynkiem i szukamy różnych możliwości rozwoju i inwestycji – zapowiada Viivika Remmel, dyrektor zarządzająca O-I na kraje Europy Północnej i Wschodniej.

O-I posiada w Polsce dwie huty – w Jarosławiu i Antoninku (część Poznania). Łącznie zatrudnia w Polsce ponad 800 osób. Do tego dołączy grono 50 pracowników, którzy znajdą zatrudnienie w nowo otwartym w Poznaniu centrum usług wspólnych (BSC). Główny zadaniem centrum będzie zarządzanie scentralizowanymi usługami administracyjnymi dla Europy, w tym rozliczanie należności i płatności, zarządzanie danymi, a także raportowanie.

Poznań jest miastem dynamicznie się rozwijającym pod względem zasobów kadrowych i infrastruktury. Poza tym jeden z naszych zakładów produkcyjnych znajduje się w Antoninku, kilka kilometrów od Jeziora Maltańskiego, gdzie znajduje się nasze nowe centrum usług wspólnych – wyjaśnia Viivika Remmel.

W Europie O-I ma 35 zakładów produkcyjnych w 11 różnych krajach, m.in. w Hiszpanii, Portugalii i na Węgrzech. Jak wynika z raportu Transparency Market Research, Europa to drugi po Azji i Pacyfiku rynek opakowań szklanych. Roczne zapotrzebowanie wyniosło w 2012 roku ponad 13 mln ton, podczas gdy na całym świecie przekroczyło 45 mln. Sprzyja temu rosnąca świadomość ekologiczna społeczeństw.

Jak podkreśla prezes O-I Europe, w porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi Europa jest nie tylko większym, lecz także bardziej różnorodnym rynkiem – opakowania szklane są stosowane w każdym segmencie przemysłu spożywczego i napojów.

Mamy do czynienia z opakowaniami dla wytwórców wina, piwa, napojów bezalkoholowych, jedzenia i napojów wysokoprocentowych. W Europie szkło jest preferowanym materiałem opakowania, a świadomość zrównoważonego rozwoju i świadomość zdrowotna są na bardzo wysokim poziomie wśród europejskich konsumentów. Szkło bardzo dobrze wpisuje się w ten trend, jako zdrowy materiał opakowań – wymienia Bouts.

Dlatego O-I na inwestycje w europejskie zakłady już drugi rok z rzędu przeznacza 140 mln euro. Zostaną one przeznaczone m.in. na modernizację pieców, nowe technologie z nimi związane, a także unowocześnianie maszyn i zakup sprzętu.

Chcemy zwiększyć nasze możliwości produkcyjne i zaoferować je naszym klientom. Po drugie, chcemy zwiększyć elastyczność naszej produkcji. Ze względu na różnorodność naszych klientów musimy łatwo przestawiać się z produkcji jednego opakowania na drugie – wyjaśnia Erik Bouts. – Innowacje są bardzo ważne dla naszego sukcesu w Europie, dlatego wiele naszych inwestycji ma służyć szybkiemu wdrażaniu ich na rynek.

Jak podkreśla, O-I w każdym roku wprowadza na rynek światowy ponad 600 nowych produktów.

Instytucje finansowe walczą o odzyskanie zaufania klientów, prowadząc działalność odpowiedzialną społecznie

CEO Magazyn Polska

Instytucje finansowe coraz aktywniej podchodzą do społecznej odpowiedzialności biznesu (CSR). Są wśród nich zarówno duże, międzynarodowe banki, jak i mniejsze banki spółdzielcze czy kasy oszczędnościowo-kredytowe. Choć skala i zakres działalności CSR różnią się w zależności od wielkości danej instytucji, to większości z nich przyświeca jeden główny cel, jakim jest odbudowanie zaufania klientów.

Wiarygodność w biznesie jest podstawą, a w przypadku instytucji finansowych jest jeszcze ważniejsza, ponieważ pieniądz opiera się na wierze. Instytucje finansowe, szczególnie po kryzysie finansowym i spadku poparcia, próbują odbudować swoją pozycję. Banki spółdzielcze i SKOK-i także bardzo intensywnie, mimo kryzysu finansowego, zaangażowały się w przestrzeń publiczną – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego, który opublikował raport „Dobre partnerstwo – teoria a praktyka: jak instytucje finansowe budują partnerstwo na korzyść lokalnych społeczności”.

Zgodnie z badaniem firmy EY, przeprowadzonym w okresie od lipca do października ubiegłego roku, 14 proc. Polaków zadeklarowało, że ufa bankom bardziej niż rok wcześniej. Zaufanie zmalało jednak w przypadku 26 proc. ankietowanych. Co trzeci Polak deklaruje, że umiarkowanie ufa instytucjom finansowym. To i tak lepszy wynik niż w kilku unijnych krajach.

Jak podkreśla Roszkowski, społeczna odpowiedzialność biznesu (CSR) w Polsce dopiero się rozwija. Rodzaj i skala podejmowanych przez instytucje działań w dużej mierze zależy od ich wielkości. Duże banki przede wszystkim angażują się w globalne projekty – w lokalnych społecznościach działają przede wszystkim fundacje czy stowarzyszenia wspierane przez banki. Spółdzielcze instytucje finansowe – banki spółdzielcze i SKOK-i – są szczególnie aktywne na polu społecznej odpowiedzialności biznesu w wymiarze lokalnym, wspierają przedsięwzięcia kulturalno-sportowe czy edukację młodzieży.

Im bliżej lokalnej społeczności, tym oddziaływanie CSR na lokalne społeczności jest silniejsze i skuteczniejsze – zauważa Roszkowski. – To są czasem proste rzeczy, jak bankomat w małej miejscowości, który nie opłaca się lokalnemu bankowi spółdzielczemu albo SKOK-owi, ale istnieje, ponieważ lokalna społeczność tego potrzebuje. Tak samo niektóre oddziały, które w mniejszych społecznościach też ekonomicznie się nie opłacają, a mimo to są utrzymywane – podkreśla.

Eksperci Instytutu Jagiellońskiego uważają, że prospołeczny wizerunek marki budowany dzięki konsekwentnym działaniom może wpłynąć na preferencje klientów oraz na ich satysfakcję. Z cytowanego przez IJ raportu  „Barometr CSR 2013” wynika, że trzy czwarte respondentów wolałoby kupić produkty firmy, która działa w obszarze CSR. Dość powszechne jest przekonanie, że oferowane przez takie przedsiębiorstwa produkty i usługi są lepszej jakości niż pozostałych firm. 70 proc. badanych zadeklarowało nawet większą lojalność wobec takich instytucji.

Aktywność w lokalnych społecznościach z punktu widzenia instytucji jest ważna – wpływa na wizerunek firmy, buduje zaufanie, a co za tym idzie – przekłada się także na wyższą sprzedaż. Zyskuje także lokalna społeczność. Relacje z lokalnymi społecznościami przekładają się również na sposób zarządzania bankami.

Zarówno SKOK-i, jak i banki spółdzielcze mają wyższe poziomy pokrycia kapitału niż duże banki, które lewarują, czyli inwestują środki przekraczające własne zasoby. Ryzykowność tych działań podejmowanych przez SKOK-i i banki spółdzielcze jako ryzykowność biznesowa też jest dużo niższa – podkreśla Marcin Roszkowski. 

Dwie trzecie francuskich firm w Polsce chce zwiększyć inwestycje

Francuskie firmy ulokowały już w Polsce ponad 100 mld zł w postaci inwestycji bezpośrednich. 87 proc. z nich jest zadowolona z efektów działalności na polskim rynku, a jeszcze więcej bo 97 proc. poleciłoby Polskę jako lokalizację do rozwoju biznesu. Choć francuscy przedsiębiorcy dostrzegają bariery w postaci przerośniętej biurokracji i niestabilnego prawa, to blisko dwie trzecie z nich planuje zwiększyć swoje zaangażowanie nad Wisłą – wynika z raportu „20 lat francuskich inwestycji w Polsce”.

Stosunki gospodarcze między Polską i Francją były bardzo silne nie tylko w latach 90., kiedy wiele dużych francuskich firm pojawiało się w Polsce, ale one po raz drugi przyspieszyły po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Mamy 20-30-proc. wzrost liczby firm po 2006 r., czyli nawet okres kryzysu gospodarczego na świecie nie spowolnił tego trendu zwiększania francuskich inwestycji w Polsce. Łącznie to jest już około 100 mld zł – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Witucki, prezes Francuskiej Izby Przemysłowo-Handlowej w Polsce i przewodniczący rady nadzorczej Orange Polska.

Według danych NBP Francja zajmuje trzecie miejsce pod względem ulokowanych inwestycji bezpośrednich (BIZ) w Polsce. W 2012 r. ich wartość wyniosła 89,7 mld zł. Te dane nie uwzględniają jednak inwestycji francuskich spółek poprzez spółki działające w Holandii czy Luksemburgu, gdzie istnieją korzystne regulacje podatkowe. Doliczenie tych pośrednich inwestycji francuskich firm zwiększa wartość ulokowanych BIZ w Polsce do 103 mld zł – wynika z raportu „20 lat francuskich inwestycji w Polsce”, opracowanego przez KPMG i Francuską Izbę Przemysłowo-Handlową w Polsce.

Obecnie na terenie Polski działa blisko 1400 firm z francuskim kapitałem, które zatrudniają około 200 tys. osób. Niemal dwie trzecie wartości wszystkich francuskich inwestycji skupia się w trzech branżach: przetwórstwie przemysłowym – 28,4 mld zł (32 proc. ogólnej wartości), handlu hurtowym i detalicznym oraz naprawie pojazdów – 15,1 mld zł (17 proc.), a także w branży związanej z informacją i komunikacją – 11,5 mld zł (13 proc.). Istotne są także branże związane z obsługą rynku nieruchomości, działalnością profesjonalną, naukową i techniczną oraz finanse i ubezpieczenia – łącznie skupiają około 25 proc. wartości francuskich BIZ w Polsce. Mimo ponad 100 mld zł zainwestowanego kapitału francuskie firmy nie inwestują zbyt wiele w badania i rozwój.

Badania i rozwój są w ogóle słabością polskiej gospodarki. Wydajemy na ten cel zbyt mało, a wiele z wydawanych pieniędzy to są środki publiczne, które pozostają w uczelniach akademickich, a nie środki z biznesu. Nie inaczej jest niestety w przypadku firm francuskich. Kiedy pytamy o intencje przedsiębiorców francuskich, którzy w większości chcą reinwestować w Polsce, o badaniach i rozwoju mówi ok. 2 proc. pytanych – mówi Maciej Witucki.

Niski wkład francuskich firm w wydatki na B+R po części wynika z faktu, że statystyki nie klasyfikują wszystkich innowacji, jakie polscy pracownicy tworzą wewnątrz francuskich firm.

Doskonałym przykładem jest jeden z inżynierów firmy Alstom w Polsce, który doprowadził do 20-30-proc. wzrostu efektywności procesu produkcji łopat do turbin. Nie sądzę, żeby to było zapisane w inwestycjach badań i rozwoju, a pomogło przecież całemu koncernowi – uważa prezes Francuskiej Izby Przemysłowo-Handlowej w Polsce.

Wzrost zaawansowania technologicznego u konkurencji oraz nasycenia rynków w polskiej gospodarce prędzej czy później będzie wymagał wzrostu nakładów na B+R u francuskich firm. Według Wituckiego pierwszym silnym impulsem mogą być zamówienia publiczne, zwłaszcza kontrakty w zbrojeniówce oraz budowa elektrowni atomowej.

Wzrost wydatków na innowacyjność ze strony francuskich firm w Polsce jest tym bardziej prawdopodobny, że aż 64 proc. z nich planuje zwiększyć skalę dotychczasowych inwestycji. Jak wynika z badań KPMG i Francuskiej Izby Przemysłowo-Handlowej w Polsce, 26 proc. francuskich przedsiębiorców zamierza otworzyć nowy oddział lub biuro, a 12 proc. – nowy zakład produkcyjny. Chęci rozwoju nad Wisłą sprzyjają przede wszystkim stabilna i rosnąca gospodarka oraz ambitni i dobrze wykształceni pracownicy. To sprawia, że francuskie firmy bardzo dobrze oceniają Polskę jako miejsce do inwestowania, mimo pewnych barier, jakie tworzy ciągle niedorozwinięta infrastruktura oraz mało efektywny sektor publiczny.

– 97 proc. ankietowanych przedsiębiorców powiedziało, że poleciłoby Polskę jako miejsce inwestycji dla innych firm francuskich. Ta dynamika jest bardzo pozytywna. Wśród pytanych znowu tylko 3 proc. stwierdziło, że chciałoby zmniejszyć swój poziom zaangażowania. Nikt nie powiedział o tym, że chciałby wyjść z Polski – wskazuje Maciej Witucki.

Duży potencjał we wzajemnej współpracy gospodarczej wynika także z faktu, że wśród inwestorów niewiele jest małych i średnich przedsiębiorstw. Dla części z nich bariery i ryzyko inwestycyjne mogą być wciąż zbyt duże, choć zdaniem Wituckiego niekiedy inicjatywę hamują głównie stereotypy.

Jeszcze jest zbyt duża obawa po obydwu stronach, z jednej Francuzów, którzy boją się wiecznej zmarzliny, z drugiej Polaków, którzy boją się, że będą żywieni tylko ostrygami po francuskiej stronie. Te stereotypy musimy przełamywać po to, żeby wymiana gospodarcza była jeszcze większa, żeby Polacy nie bali się jeździć do Francji, a małe i średnie firmy francuskie chciały się częściej pojawiać nad Wisłą – twierdzi prezes Francuskiej Izby Przemysłowo-Handlowej w Polsce.