Rząd odpowiada Rzecznikowi MŚP w jakiej sytuacji przedsiębiorcom grozi odebranie wsparcia z tarcz, w przypadku złamania obostrzeń antycovidowych. Konieczne jest prawomocne rozstrzygnięcie

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców 30 listopada 2020 r. zwrócił się do Ministerstwa Rozwoju Pracy i Technologii o objaśnienie prawne dotyczące art. 23 ustawy z dnia 28 października 2020 r. o zmianie niektórych ustaw w związku z przeciwdziałaniem sytuacjom kryzysowym związanym z wystąpieniem COVID-19, zwanej potocznie jako „ustawa o dobrym Samarytaninie”. Przepis ten dotyczy skutków ewentualnego naruszania przez przedsiębiorcę ograniczeń, nakazów i zakazów związanych ze stanem epidemii i możliwości odebrania mu z tego tytułu środków pomocowych. Organ, który stwierdzi naruszenie, ma obowiązek poinformować instytucje, które udzielają pomocy o tym fakcie co skutkuje odrzuceniem wniosku przedsiębiorcy albo obowiązkiem zwrotu przez firmę już udzielonej pomocy. Przedsiębiorca ma obowiązek, składając wniosek o pomoc, złożyć pod odpowiedzialnością karną oświadczenie czy naruszył ograniczenia, nakazy i zakazy związanych ze stanem epidemii. Przepis jest tak skonstruowany, że zachodzi niejasność dotycząca momentu stwierdzenia naruszenia: czy następuje to już w momencie ukarania mandatem bądź karą administracyjną, czy w chwili po rozstrzygnięciu definitywnym (prawomocnym i ostatecznym).

W dniu 7 kwietnia 2021 r., Pan Marek Niedużak – Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii, wydał objaśnienie ww. sprawie. Na szczególną uwagę zasługują trzy zagadnienia wskazane w piśmie.

Pierwszy, który zawiera wytyczne co do sposobu oceny czy w sprawie przedsiębiorca dopuścił się naruszenia ograniczeń, nakazów i zakazów w zakresie prowadzonej działalności gospodarczej ustanowionych w związku z wystąpieniem stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii, a wskazujący, że „«stwierdzenie naruszenia» powinno następować po przeprowadzeniu wszystkich potrzebnych czynności wynikających i dokonaniu wszechstronnej oceny dowodów (zob. zwłaszcza art. 6, art. 7, art. 7a, art. 77 i art. 81a KPA oraz art. 5 par. 2, art. 6 i art. 7 Kodeksu postępowania karnego w zw. z art. 8 KPSW, art. 95-9 KPSW)”.

Drugi dotyczy momentu, kiedy można byłoby mówić o „stwierdzeniu naruszenia” w rozumieniu art. 23 ustawy antykryzysowej: „W związku z powyższym, w opinii resortu rozwoju, pracy i technologii, argumenty natury systemowej przemawiają za przyjęciem, że «stwierdzenie naruszenia» w rozumieniu art. 23 ust. 1 i 2 ustawy antykryzysowej następuje po rozstrzygnięciu definitywnym (prawomocnym i ostatecznym)”.

Trzeci wreszcie wskazuje na konieczność stosowania zasady in dubio pro libertate: „Przy wykładni tego rodzaju przepisów należy się zaś kierować zasadą in dubio pro libertate, zgodnie z którą, w razie nie dających się usunąć wątpliwości należy przyjąć wykładnię korzystną dla przedsiębiorcy/obywatela (por. art. 11 ustawy z dnia 6 marca 2018 r. – Prawo przedsiębiorców oraz art. 7a KPA)”.

Rzecznik MŚP zwrócił się do Komendanta Głównego Policji, Wojewódzkich Komendantów Policji, Komendanta Stołecznej Policji, Głównego Inspektora Sanitarnego, Dyrektorów Wojewódzkich Stacji Sanitarno-Epidemiologicznych, Prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, Prezesa Polskiego Funduszu Rozwoju, Szefa Krajowej Administracji Skarbowej, Dyrektorów Izb Administracji Skarbowej, Dyrektorów Wojewódzkich Urzędów z prośbą o powiadomienie Powiatowych Urzędów Pracy o zapoznanie się z tezami przedstawionymi w objaśnieniach i ich uwzględnienie w celu zapewnienia jednolitego stosowania przepisów prawa.

Dane Ministerstwa Sprawiedliwości: w 2020 r. 13 tys. nowych umów o dożywocie

Z danych resortu sprawiedliwości wynika, że w 2020 roku podpisano łącznie ponad 13 tys. nowych umów o dożywocie, w wyniku których przeniesiono prawo własności nieruchomości w zamian za świadczenia pieniężne lub opiekę.[1] Z szacunków Funduszu Hipotecznego DOM wynika, że przedmiotem nowych umów zawartych w ubiegłym roku były zatem nieruchomości o wartości ok. 2,7 mld zł.[2] Statystyki prowadzone przez Ministerstwo Sprawiedliwości w większości przypadków dotyczą kontraktów zawieranych indywidualnie np. pomiędzy seniorem a jego sąsiadem. Eksperci podkreślają, że umowy podpisywane przez osoby prywatne, bez doświadczenia i wsparcia profesjonalnych instytucji czy też prawników, mogą być podstawą do nadużyć.

Resort sprawiedliwości od 30 lat gromadzi dane dotyczące umów o dożywocie. W tym okresie podpisano w Polsce blisko 170 tys. aktów notarialnych (dotyczących nieruchomości rolnych i nierolniczych) na mocy których przeniesiono prawo własności do nieruchomości w zamian za świadczenia pieniężne lub opiekuńcze. Rokrocznie liczba umów o dożywocie rośnie. W latach 2000-2010 podpisano blisko 43 tys. umów o dożywocie, ale w kolejnym dziesięcioleciu było ich już 98 tys. Największe wzrosty zanotowano m.in. w roku 2008 (54,9 proc. względem roku poprzedniego), 2011 (23,6 proc.) oraz 2015 (27,3 proc.).

– Na przestrzeni lat liczba umów dotyczących nieruchomości nierolniczych zaczęła gwałtownie rosnąć, a proporcja pomiędzy kontraktami dot. nieruchomości rolnych i nierolniczych uległa diametralnej zmianie. Spójrzmy chociażby na dane z roku 2000, w którym podpisano 1902 umów o nieruchomości rolne i 1143 umowy o nieruchomości nierolnicze. A teraz przyjrzyjmy się dysproporcji, która zaistniała w roku 2020. Liczba tych pierwszych umów to 1950, ale liczba drugich, czyli dotyczących nieruchomości nierolniczych to aż 11 536. To pokazuje dobitnie, że obecny stan prawny, mimo niedoskonałości, musi nadążać za rosnącym popytem na rentę dożywotnią – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. W tej chwili większość umów o dożywocie opiera się na przepisach Kodeksu Cywilnego, które obowiązują w polskim prawie, ale Rząd powinien stworzyć odrębne, dedykowanej tej usłudze przepisy, dlatego że te już istniejące były tworzone ponad pół wieku temu zupełnie w innym celu.

– Profesjonalny rynek hipoteki odwróconej oraz wszyscy seniorzy zasługują na dedykowane tej usłudze przepisy, które będą gwarantować im większe bezpieczeństwo zarówno na etapie doradztwa, wyliczeń dotyczących wysokości renty dożywotniej jak i samej umowy. Wciąż słyszymy w mediach o nadużyciach i wyłudzeniach w tych obszarach, co nigdy nie powinno mieć miejsca – dodaje Robert Majkowski.

Profesjonalna branża ma 1 proc. udziału w rynku

Dysproporcje dotyczą nie tylko nieruchomości rolnych i nierolniczych. Okazuje się, że profesjonalna branża zrzeszona w Związku Przedsiębiorstw Finansowych przez ostatnie dziesięć lat podpisała mniej niż 1000 umów renty dożywotniej, a to daje mniej niż 1 proc. udziału we wszystkich umowach notowanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Robert Majkowski twierdzi, że Polacy są bardzo zainteresowani samą rentą dożywotnią, ale wciąż nie ufają instytucjom finansowym i wolą podpisać umowę z kimś znajomym, aniżeli z firmą. – Z nieoficjalnych informacji płynących z notariatu wynika, że co piąta tego typu umowa jest unieważniana. To bardzo duży odsetek, ale też pewien paradoks. Umowy profesjonalnych funduszy hipotecznych są obwarowane przepisami Kodeksu Cywilnego oraz Zasadami Dobrych Praktyk ustanowionymi w ramach Związku Przedsiębiorstw Finansowych, czyli instytucji zrzeszającej największe fundusze hipoteczne w Polsce. Mimo to seniorzy wybierają kontrakty z sąsiadem, rehabilitantem, księdzem, znajomą osobą lub kimś z dalszej rodziny, kto nie zawsze, mimo dobrych chęci, będzie w stanie unieść zobowiązanie finansowe polegające na wypłacaniu określonych środków pieniężnych lub świadczenia pomocy dla seniora przez 20 czy 30 lat – mówi Robert Majkowski.

Popyt będzie coraz większy. Nowe przepisy są niezbędne

W ostatnich latach obserwujemy stały i sukcesywny wzrost liczby umów o dożywocie na poziomie 8-9 proc. rocznie, co potwierdzają dane resortu sprawiedliwości. W roku 2019 wzrost ten wynosił 11,5 proc. a w 2020 było to 6,8 proc. – Analizując dynamikę wzrostów w ostatnich latach możemy prognozować, że w 2021 roku liczba takich umów będzie większa o ok. 13 proc. w stosunku do roku 2020. Trzeba podkreślić z całą stanowczością, że rynek ten nadal będzie rósł bardzo dynamicznie. Polski system emerytalny będzie coraz mniej wydolny. Zmiany demograficzne, kryzys gospodarczy wywołany pandemią, coraz mniejsza liczba młodych osób pracujących w oparciu o stałą umowę o pracę i wiele innych czynników będą pogłębiać tę niewydolność. Coraz większa liczba seniorów będzie widzieć w hipotece odwróconej, w umowie o dożywocie lub umowie renty nadzieję na to, by niewystarczające świadczenia pieniężne otrzymywane od Państwa były uzupełniane dodatkowymi środkami– mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. To powoduje, że nowe przepisy dedykowane rencie dożywotniej są konieczne. Wykres_Liczba nowych umów o dożywocie zawartych w PL od 1991 r.

[1] Dane Ministerstwa Sprawiedliwości, akty notarialne w latach 1991-2021. Źródło:
https://isws.ms.gov.pl/pl/baza-statystyczna/opracowania-wieloletnie/download,2853,1.html

[2] 13 486 umów w 2020 roku * 200 000 zł = 2,69 mld. zł wg szacunków FH DOM

Jak w sześciu krokach zaprojektować skuteczny system Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta?

Gminy nadal odpowiedzialne za zbiórkę odpadów opakowaniowych, ale zwolnione z kosztów  gospodarowania nimi, przeniesienie kosztów recyklingu opakowań i odpadów tego typu na producentów i scentralizowany system kaucyjny. To tylko niektóre z kroków, które według raportu Eunomia Research&Consulting, przygotowanego na zlecenie TOMRA, powinna podjąć Polska, aby wdrożyć efektywny system Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta (ROP). Eksperci sięgają po najlepsze doświadczenia z europejskich rynków i pokazują, jak zaprojektować ROP, by była to transakcja „win-win-win” – korzystna dla konsumentów, producentów i samorządów. Raport nie pozostawia złudzeń: jedynie właściwe rozwiązania organizacyjne pozwolą nam na efektywną realizację unijnych celów recyklingu oraz dyrektywy Single Use Plastics.

Polska, podobnie jak wiele innych krajów członkowskich UE, musi dostosować swój aktualny system Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta do nowych wymogów unijnych. Polski rząd pracuje w tym momencie nad wdrożeniem nowych przepisów prawa w tym zakresie. – Projektując ROP musimy patrzeć nie tylko na aktualne cele recyklingu na rok 2023. Pod uwagę trzeba wziąć również te, które będziemy musieli osiągnąć w kolejnej perspektywie, za kilka czy kilkanaście lat – podkreśla Anna Sapota, wiceprezes ds. relacji rządowych w Europie Północno-Wschodniej w firmie TOMRA. To ostatni dzwonek, by podjąć konkretne decyzje legislacyjne w tej sprawie. Do wdrożenia rozwiązań niezbędne jest przygotowanie wszystkich uczestników rynku, co w polskich warunkach zajmie co najmniej kilkanaście miesięcy.

Autorzy raportu przeanalizowali rozwiązania wykorzystywane z powodzeniem w kilku krajach europejskich. Przeprowadzili również warsztaty z przedstawicielami polskich gmin i producentów, aby dokładnie poznać specyfikę naszego kraju. Biorąc pod uwagę uzyskane informacje, a także wykorzystując swoje doświadczenie w projektowaniu systemów ROP oraz wiedzę na temat nowych regulacji, Eunomia zaproponowała zmiany w sześciu kluczowych obszarach, gwarantujące efektywne wdrożenie przepisów unijnych do polskiego prawa.

Po pierwsze – zbiórka

Zdaniem autorów raportu, gminy nadal powinny pozostać podmiotem odpowiedzialnym za zbiórkę odpadów opakowaniowych, jednak zostać zwolnione z kosztów gospodarowania tymi odpadami, w tym zapewnienia ich recyklingu. Istniejąca obecnie w Polsce infrastruktura i procesy udzielania zamówień są w stanie zapewnić wydajny i skuteczny system zbiórki. – Dyrektywy UE wymagają, aby przepisy krajowe nakładały pełne koszty recyklingu opakowań na producentów – mówi Andy Grant, Technical Director w Eunomii i jeden ze współautorów raportu. – Polskie prawo powinno jednak wskazywać, że dotyczy to tylko kosztów niezbędnych, aby gmina mogła prowadzić lub zakontraktować skuteczną i efektywną kosztowo usługę.

Po drugie – sortowanie

Eksperci Eunomii nie mają wątpliwości, że odpowiedzialność za sortowanie również powinna spoczywać na gminach, jednak pod pewnymi warunkami. Gminy miałyby możliwość rezygnacji z obowiązku sortowania, a wówczas przechodziłby on na organizację producentów, powiadomionych o tym z odpowiednim wyprzedzeniem. – Od podmiotów prowadzących zbiórkę należałoby wymagać dostarczania do sortowni odpadów o określonej minimalnej jakości, pod rygorem pomniejszenia płatności w przypadku niedotrzymywania wymaganego standardu. Z kolei sortownie musiałyby dostarczać, jako surowiec wtórny, materiały o jakości nadającej się do dalszego przerobu – wyjaśnia Andy Grant. – Taki system będzie odpowiednią zachętą dla producentów do modyfikowania opakowań w łańcuchu dostaw, a także rozwoju infrastruktury recyklingu.

Co ważne, polityka zamówień publicznych powinna mieć na celu wypracowanie z czasem efektywnej infrastruktury sortowania, o odpowiedniej skali i zasięgu geograficznym. Eksperci Eunomii podkreślają także, że własność recyklatów powinna należeć do producentów. Jeśli właścicielem recyklatu pozostaną gminy, trudno bowiem będzie stworzyć spójną krajową strategię inwestowania w infrastrukturę do ponownego przetwarzania.

Po trzecie – nadzór

Za recykling pozyskanych w ten sposób surowców wtórnych powinna odpowiadać jedna organizacja producentów. Autorzy raportu podkreślają, że w idealnym scenariuszu, za koordynację – w imieniu wszystkich polskich producentów – odpowiadałby jeden podmiot non-profit. Organizacja ta musiałaby podlegać regularnym audytom (zarówno pod względem finansowym, jak i tonażowym), aby uniknąć nadużyć i stale poszukiwać skutecznych dla osiągnięcia celów umów.

Po czwarte – koszty i zakres

Unijny pakiet odpadowy wymaga, aby zasada pełnego odzyskiwania kosztów netto obejmowała wszystkie opakowania. Z związku z tym, Polska powinna przerzucić koszty unieszkodliwiania frakcji tego typu odpadów na producentów. Wariant ten zachęcałby do dalszego sortowania odpadów opakowaniowych z odpadów resztkowych, co będzie konieczne do osiągnięcia przyszłych celów recyklingu odpadów komunalnych. Tym samym konsumenci nie będą już płacić za recykling opakowań poprzez opłaty dla gmin, bo koszt ten zostanie opłacony bezpośrednio przy zakupie danych produktów – tłumaczy Anna Sapota z TOMRA. – W ten sposób oddajemy decyzję w ręce konsumenta, bo to on sam, przez własne wybory, będzie miał wpływ na to, ile i jakich opakowań zostanie wprowadzonych na rynek i jakie opłaty w związku z tym będzie ponosił.

Zakres kosztów, które mają być ponoszone przez producentów, zostałby rozszerzony poza wymogi prawne — o pozycje, do których zachęca (choć nie zobowiązuje) dyrektywa ramowa o odpadach. Dotyczy to w szczególności kosztów gospodarowania pozostałymi opakowaniami wysortowanymi z odpadów resztkowych oraz kosztów uprzątnięcia wszystkich porzuconych opakowań z przestrzeni publicznej, nie tylko opakowań jednorazowego użytku z tworzyw.

Po piąte –  ekomodulacja stawek opłat producentów w ramach ROP

Ekomodulacja stawek opłat uiszczanych przez producentów powinna odzwierciedlać zarówno koszty recyklingu (w przypadku opakowań łatwo poddawanych przetwarzaniu), jak i możliwość recyklingu różnych opakowań objętych systemem. Sumę uiszczonych opłat należy przeznaczyć na pokrycie kosztów, które system ma obejmować.

Po szóste – system kaucyjny

Zgodnie z unijną dyrektywą Single Use Plastics, do 2025 roku państwa członkowskie muszą osiągnąć określone poziomy selektywnej zbiórki opakowań plastikowych po napojach – odpowiednio 77% w 2025 roku i 90% w ciągu kolejnych dwóch lat. Autorzy raportu uważają, że najwłaściwszą drogą dla osiągnięcia tych celów jest scentralizowany system kaucyjny. – Należy z całą mocą podkreślić, że systemu kaucyjnego i ROP nie można traktować rozłącznie, nie są one też systemami alternatywnymi w stosunku do siebie, ale komplementarnymi. System kaucyjny jest formą systemu ROP – zauważa Andy Grant. – Co ważne, nie da się „przełączyć” istniejącego systemu na nowe warunki bez okresu przejściowego. Dlatego im wcześniej zostaną w Polsce podjęte konkretne decyzje legislacyjne, tym dłuższy będzie okres na dostosowanie się oraz tym mniej problematyczny i kosztowny będzie proces przejścia.

Zdaniem ekspertów Eunomii, dobrze funkcjonujący system kaucyjny to doskonałe narzędzie do zwiększania poziomów recyklingu. Z tego względu rekomendują oni wykorzystywanie tej metody tak często, jak to możliwe, nie tylko dla opakowań plastikowych, ale też np. puszek aluminiowych czy butelek szklanych.

Liczy się tylko zdanie prezesa

Główne rynki przebrnęły przez poniedziałkową sesję w ciasnych zakresach wahań w oczekiwaniu na wydarzenia kolejnych dni. W nocy nieco ożywienia wprowadził James Bullard z Fed komentarzami odnośnie procesu redukcji skupu aktywów. Dziś w kalendarzu niemiecki ZEW i CPI z USA.

Umiarkowana aprecjacja dolara ujawnia się podczas wtorkowego handlu po wczorajszym bezkierunkowym przebiegu sesji. Zmiana na korzyść USD bierze się z komentarzy szefa oddziału Fed w St. Louis Jamesa Bullarda. Bullard powiedział, że choć obecnie jest za wcześnie na rozmowę o zmianach w polityce pieniężnej, to zaszczepienie 75-80 proc. społeczeństwa pozwoliłoby na rozpoczęcie debaty o redukcji tempa skupu aktywów. Dodał jednak, że decyzję o zainicjowaniu dyskusji pozostawia prezesowi Powellowi. Dwa wnioski wynikają z tej wypowiedzi. Po pierwsze według obecnych trendów wskazany poziom zaszczepienia Amerykanów może zostać osiągnięty na przełomie czerwca i lipca. To dość bliski termin w porównaniu z komentarzami prezesa Powella, że obecnie nie ma nawet dyskusji o tym, kiedy zacząć dyskusję o redukcji tempa aktywów. Ale jak wskazał sam Bullard, oprócz warunku ilościowego istotna jest decyzja samego prezesa Fed. Ponadto nie ma z góry określonego okresu czasu między startem debaty nad redukcja QE, a momentem zmniejszenia miesięcznych zakupów. Naturalnie niektórzy uczestnicy rynku mogą spróbować zbudować na tych przesłankach silniejszą argumentację dla wzrostu rentowności i pociągnięcia za tym dolara, ale bez jasnego zwrotu w stanowisku prezesa Powella wyprzedzające ruchy rynkowe wydają się bezcelowe.

Komentarz Bullarda ponadto oznacza, że należy przywiązywać mniejszą wagę do jakichkolwiek jastrzębich komentarzy płynących ze strony prezesów regionalnych oddziałów Fed. Dziś w kalendarzu dużo wystąpień członków FOMC, w tym przedstawicieli jastrzębiego skrzydła: Barkin, Mester, Bostic. Większe znaczenie maja teraz słowa prezesa Powella, który będzie przemawiał jutro w Economic Club w Waszyngtonie. Utrzymanie przez szefa Fed nacisku na wspieranie gospodarki akomodacyjną polityką i przypominanie o ryzykach dla wzrostu powinno tonować zapędy dolarowych byków.

Pozostaje jeszcze reakcja USD na dane z USA, a te publikowane w nadchodzących dniach powinny być silne. Dziś inflacja CPI mocno przyspieszy (prog. 0,5 proc. m/m) dzięki efektom bazy, z których Fed zdaje sobie sprawę i zbagatelizuje w dyskusji o zagrożeniach ucieczki inflacji. Marzec jest miesiącem przekazania Amerykanom czeków pomocowych, co zapewni wyraźny skok sprzedaży detalicznej (czwartek). Otwieranie gospodarki po okresie restrykcji dodatkowo napędzi konsumpcję. Produkcja przemysłowa (czwartek) wskaże na odbicie w marcu po spadkach miesiąc wcześniej wywołanych trudną pogodą. Silne dane będą podkreślać wyjątkowość ożywienia USA i kontrastować z borykającą się z trzecią falą strefą euro. Jest to ryzyko, które może zatrzymać EUR/USD pod 1,19. Przeciwwagą może być niemiecki indeks ZEW, gdzie wskaźnik oczekiwań powie więcej o perspektywach gospodarki w kolejnych miesiącach. Silna pozycja przemysłu, który z jednej strony korzysta na globalnym ożywieniu, a z drugiej w mniejszym stopniu jest dotknięty restrykcjami, powinien zapewniać dalszy wzrost indeksu.

Złoty osłabia się we wtorek razem z innymi walutami regionu. Niezdecydowany handel na rynkach globalnych odbiera pozytywny impet z rynków wschodzących i przynosi techniczną korektę. Możemy obserwować więcej wahań EUR/PLN w trendzie bocznym 4,52-4,55 z większym odchyleniami pod dyktando sygnałów z rynków zewnętrznych.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Firmy w czasie pandemii nie chcą obniżać wynagrodzeń

W czasie pandemii COVID-19 polskie firmy wolały ograniczać koszty pozapłacowe i inwestycje niż obniżać wynagrodzenia – wynika z „Badania Polskiej Przedsiębiorczości” zleconego przez inFakt agencji ARC Rynek i Opinia. Wśród małych firm co piąta zdecydowała się podnieść płace.

Szanse i ograniczenia

Podstawowym działaniem, jakie w celu zrównoważenia budżetu w czasie pandemii podjęły zarówno mikroprzedsiębiorstwa jak i małe firmy, były redukcje kosztów (57% mikro i 62% małych przedsiębiorców) oraz ograniczenie inwestycji (35% mikro i 49% małych). – Przedsiębiorcy w czasie pandemii bardzo niechętnie szukali oszczędności, które miałyby bezpośrednio dotknąć ich pracowników – zwraca uwagę Piotr Nawrocki z firmy inFakt, kierownik badania. – Znacznie częściej poszukiwano możliwości na ograniczenie kosztów pozapłacowych. Badani wskazywali, że czują odpowiedzialność za swój personel i widać to także po planowanych na 2021 rok działaniach 38% firm chce nadal obniżać koszty, ale za wyjątkiem płac.

Rzeczywiście, obawy o powszechne zwolnienia i obniżki wynagrodzeń na szczęście się nie sprawdziły. Zarówno 80% mikro jak i małych firm przynajmniej utrzymało dotychczasowy poziom płac. Co więcej, 22% małych przedsiębiorstw zdecydowało się na przyznanie podwyżek, a 18% zwiększyło poziom zatrudnienia.

Część firm deklarowała ograniczenie inwestycji (35% mikro i 49% małych) oraz konieczność wycofania się z niektórych rynków, spowodowaną m.in. zamknięciem granic (odpowiednio: 24% i 27%), ale też widoczny odsetek ankietowanych poszukiwał nowych możliwości rozwoju firmy w czasie pandemii. I tak: 19% mikroprzedsiębiorstw oraz 16% małych firm rozpoczęło działalność w nowych obszarach. Mikroprzedsiębiorstwa częściej decydowały się na dodatkowe inwestycje, ale za to małe firmy częściej wchodziły na nowe rynki.

Niestety dla części firm lockdown i utrata przychodów oznaczały konieczność czasowego zawieszenia działalności. Na taki krok zdecydowało się 14% mikroprzedsiębiorców oraz tylko 4% małych.

Firma w internecie, czyli nie tylko praca zdalna

Pandemia spowodowała też, że firmy na bezprecedensową skalę przenosiły niektóre obszary swojej działalności do internetu. Najbardziej widocznym przykładem jest skokowy wzrost popularności pracy zdalnej, ale nie jest to oczywiście jedyny aspekt funkcjonowania przedsiębiorstw, który trafił do przestrzeni wirtualnej.

W „Badaniu Polskiej Przedsiębiorczości” 37% ankietowanych przyznało, że w ich firmach zwiększył się stopień funkcjonowania online, a najczęściej dotyczyło to utrzymywania kontaktów z kontrahentami oraz klientami (63% wszystkich badanych), komunikowania się z urzędami państwowymi (51%) oraz prowadzenia transakcji handlowych (46%). Sytuacja pandemiczna skłoniła także 27% przedsiębiorstw do przeniesienia księgowości do internetu.

Polacy są przedsiębiorczy i kreatywni, potrafią działać w niekorzystnych warunkach i pomimo trudności szybko adaptować się do zmian, o czym świadczy choćby błyskawiczne przejście w wielu firmach na pracę zdalną oraz przenoszenie kolejnych obszarów działania do internetu – podkreśla Wiktor Sarota, prezes firmy inFakt. – Widać to również po odsetku firm, które odważnie planują rozpoczęcie działalności w nowych obszarach.

Warto podkreślić, że przedsiębiorstwa mają zamiar aktywnie działać także w 2021 roku, aby odpowiednio się zabezpieczyć. 50% badanych firm zamierza w tym roku zwiększyć liczbę nowych klientów, 18% chce zainwestować w rozwiązania, które zapewnią im przewagę konkurencyjną, a 11% – znaleźć inwestora.

Kondycja sektora hotelowego po 12 miesiącach epidemii COVID-19

Sektor hotelowy, obok sektora handlowego, jest jednym z obszarów najbardziej dotkniętych skutkami pandemii. Od roku działalność hoteli przypomina falę sinusoidalną: naprzemiennie tymczasowo zamykane i otwierane dla określonych grup. Kolejne obostrzenia rządu, ograniczenia w przemieszczaniu się zarówno w ramach granic Polski, jak i podróży międzynarodowych oraz brak możliwości wcześniejszego zaplanowania urlopów czy wyjazdów służbowych, wpłynęły na drastyczne spadki poziomu obłożenia pokoi w obiektach hotelowych.

12 miesięcy z życia sektora hotelowego

Pierwsze negatywne konsekwencje epidemii COVID-19 dla polskiego rynku turystycznego pojawiły się 14 marca 2020 roku. Próby opanowania rozprzestrzeniającej się pandemii wiązały się z zamknięciem granic dla nierezydentów, drastycznym zmniejszeniem liczby międzynarodowych lotów i połączeń kolejowych, ograniczeniem funkcjonowania hotelowych części gastronomicznych i rozrywkowych, a w konsekwencji czasowym zakazem prowadzenia działalności hotelarskiej z pewnymi wyjątkami, m.in. udzielanie noclegów osobom objętym kwarantanną czy wykonującym zawody medyczne.

Batalia o powrót do względnie stabilnej sytuacji trwała do 4 maja 2020 roku, kiedy podjęto decyzję o ponownym otwarciu obiektów hotelowych w warunkach ścisłego reżimu sanitarnego. Przyniosło to jedynie nieznaczną poprawę sytuacji w sektorze, co było efektem braku możliwości planowania wyjazdów w dłuższej perspektywie czasu i tym samym zdecydowanie mniejszego ruchu turystycznego.

Kolejne zamknięcie hoteli dla turystów nastąpiło jesienią. W wyniku ponownego nagłego wzrostu zakażeń COVID-19 ograniczono działalność obszarów rozrywki ściśle powiązanych z biznesem hotelowym, takich jak baseny, siłownie, aquaparki. W dalszym ciągu negatywny wpływ na wyniki operacyjne hoteli miał znikomy udział popytu biznesowego z segmentu tak zwanego przemysłu spotkań (MICE), dla którego szczyt popularności przypadał w ubiegłych latach na miesiące jesienne. Od 7 listopada z noclegów w hotelach mogli korzystać jedynie goście podróżujący służbowo, sportowcy w trakcie zgrupowań i zawodów, osoby wykonujące zawody medyczne oraz pacjenci i ich opiekunowie. Hotelarze z niepokojem spoglądali w przyszłość z uwagi na zbliżający się okres świąteczny i późniejsze ferie, które zwłaszcza dla regionów turystycznych były niezwykle istotne w skali roku. Ich obawy okazały się słuszne, gdyż ogłoszona trwająca od 28 grudnia do 17 stycznia narodowa kwarantanna pokrzyżowała plany stęsknionych wypoczynku Polaków. Sezon zimowy i kolejne miesiące w regionach górskich nie  zrekompensowały  hotelarzom utraconych zysków z uwagi na kolejne ograniczenia, które objęły cały kraj i zaczęły obowiązywać od 20 marca 2021 roku.

Kondycja sektora hotelowego

Dynamicznie zmieniająca się sytuacja oraz związana z tym niepewność skutkowały opóźnieniami w rozpoczynaniu prac nad nowymi inwestycjami hotelowymi oraz wstrzymaniem kilkunastu budów, które były efektem utrudnionego finansowania przez instytucje bankowe.

„Pomimo sygnałów napływających na początku 2020 roku, iż banki rozważają wstrzymanie wycen hoteli do 2021, liczba zleceń na wyceny nie spadła w stosunku do lat poprzednich. Zlecenia w ciągu ostatnich miesięcy dotyczyły przede wszystkim aktualizacji wartości obiektów, na które udzielone już było finansowanie. Wycena tego typu nieruchomości w obecnej sytuacji jest bardzo skomplikowana ze względu niepewność prognoz i stale zmieniające się obostrzenia, niemniej banki oczekują aktualizacji wartości. Kluczem jest tutaj ostrożna prognoza na rok obecny i kolejne lata. Ryzyko poprawności szacunków i odzwierciedlenie sytuacji na rynku hotelowym uwzględniamy w wyższej stopie dyskonta,” – komentuje Małgorzata Krzystek, Dyrektor w Dziale Wycen w Knight Frank.

„Turbulencje sektorowe będące następstwem czasowego zamykania i otwierania obiektów hotelowych w wyniku administracyjnych obostrzeń miały decydujący wpływ na znaczący spadek jego dynamiki wzrostu. Na koniec 2020 roku w Polsce funkcjonowało 2 971 hoteli, co stanowiło 0,68% wzrost w ciągu całego roku, a dla porównania średnie tempo przyrostu liczby obiektów w latach 2017-2019 wynosiło prawie 4% rocznie. Ponad dwukrotnie spadło również tempo wzrostu liczby pokoi hotelowych, które w 2020 roku osiągnęło wartość 2,1%, podczas gdy w analogicznym okresie wyniosło 5% r/r.

Wyraźne spadki odnotowano również w obłożeniu pokoi w obiektach, które na koniec ubiegłego roku według danych GUS wyniosło średnio 29,6%, co było rekordowo niskim wynikiem dla polskiego sektora hotelowego. Zmianę widać szczególnie w porównaniu do poziomu wskaźnika obłożenia z lat 2016-2019, który to był stabilny i kształtował się średnio na poziomie 52,3%. Bezpośredniej przyczyny tak znaczących spadków wyników operacyjnych hoteli należy upatrywać w ponad dwukrotnie mniejszej względem średniej z lat 2016-2019 liczbie turystów korzystających z oferty hotelowej, która na koniec listopada ubiegłego roku wyniosła 10 765 218 osób, co bezpośrednio wynikało z ograniczeń w podróżowaniu. W poprzednich latach goście z zagranicy stanowili średnio około 26% wszystkich korzystających z hoteli, natomiast według danych GUS od stycznia do listopada 2020 roku wartość ta spadła do 14%, osiągając w maju i czerwcu rekordowo niskie średniomiesięczne wartości – odpowiednio 6% i 8%,” – dodaje Lidia Zawiła, Młodszy Konsultant w Dziale Badań Rynku w Knight Frank.

„Tempo powrotu do zadowalających przychodów będzie wyglądało inaczej w różnych segmentach rynku hotelowego. Najszybciej do wyników z 2019 roku powinny powrócić hotele ekonomiczne i resortowe, które w sytuacji kiedy mogą być otwarte nie odnotowują większych problemów z obłożeniem. W związku z oczekiwaną zmianą struktury gości, spadku popytu ze strony klientów zagranicznych, jak i podróży biznesowych, hotele zlokalizowane w dużych miastach, z dużym komponentem konferencyjnym, a w szczególności hotele z sektora 4*- 5*, znajdują się w najtrudniejszej sytuacji. Niemniej rynek wewnętrzny jest na tyle silny, że w dłuższym okresie nie powinno przełożyć się to na drastyczny spadek obłożenia.

Jak wiadomo rynek turystyczny szybko podnosi się po kryzysie i nie jest on teraz mniej atrakcyjny dla inwestorów. Pandemię traktujemy jako wydarzenie jednorazowe, a nie stałą mającą wpływ na rynek w bardzo długim okresie. Odnotowano spadki wartości, ale szacunki przychodów przyjmujemy ostrożniej tylko na najbliższe 2-3 lata, a cała prognoza na potrzeby wycen ma zazwyczaj lat 10 i nie prowadzi to do spadków rzędu kilkudziesięciu procent. W okresie pandemii nie odnotowano transakcji w obszarze nieruchomości hotelowych na rynku instytucjonalnym. Obserwowane jest duże zainteresowanie segmentem ze strony inwestorów stosujących strategie oportunistyczne, niemniej właściciele pomimo trudności nie decydują się na sprzedaż hoteli po znacznie obniżonych cenach,” – wyjaśnia Małgorzata Krzystek.

Analogicznie do sektora handlowego, na rynku hotelowym oczekuje się wzrostu stóp kapitalizacji o 100 bps. W rezultacie można się spodziewać, że najlepsze aktywa w Warszawie będą wyceniane przez inwestorów na 6%.

FPP: Zielona infrastruktura konieczna w Polsce

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) proponuje, by rząd wprowadził dedykowane pożyczki dla Jednostek Samorządu Terytorialnego, spółdzielni mieszkaniowych, wspólnot mieszkaniowych, właścicieli parkingów na budowę stacji ładowania samochodów elektrycznych typu PlugIn wraz z niezbędną infrastrukturą oraz dokumentacją.

Proponowane parametry:

  • Oprocentowanie pożyczki 0%
  • Dotacja do realizowanej inwestycji wysokości 50%
  • Maksymalna kwota do 200 tys. złotych
  • Okres finansowania do 6 lat
  • Prosty i szybki proces ubiegania się o pożyczkę

„Infrastruktura pozwalająca w odpowiednim punkcie „zatankować” elektryczne auto jest w Polsce w początkowej fazie rozwoju, a zasięg przeciętnego auta elektrycznego nie przekracza 300 kilometrów. Dla większości użytkowników pozostaje więc korzystanie z takiego samochodu w dużym mieście. Co prawda, wraz ze wzrostem liczby pojazdów rozwija się również ogólnodostępna infrastruktura ładowania, ale nadal punktów ładowania jest za mało. Pod koniec marca 2020 w Polsce funkcjonowało 1114 stacji ładowania pojazdów elektrycznych (2 067 punktów). 31% z nich stanowiły szybkie stacje ładowania prądem stałym (DC), a 69% wolne ładowarki prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. W ciągu ostatniego miesiąca zainstalowano 21 nowych stacji. W związku z obowiązkami nałożonymi na Jednostki Samorządu Terytorialnego przez Państwo Ustawą z dnia 11.01.2018 roku o „Elektromobilności i paliwach alternatywnych” dotyczącymi budowy infrastruktury do ładowania samochodów elektrycznych spodziewany jest duży wzrost tego typu inwestycji” – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP), prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Ponadto FPP proponuje, by w związku z zapotrzebowaniem małych i średnich firm na niskoemisyjną flotę transportową utworzyć fundusz dedykowanych pożyczek na zakup samochodów elektrycznych, samochodów hybrydowych Plug In, samochodów hybrydowych, samochodów wodorowych. Głównymi odbiorcami byliby taksówkarze, małe i średnie firmy transportowe oraz firmy wykorzystujące środki transportu do bieżącej działalności (cukiernie, kwiaciarnie, sklepy spożywcze, apteki, itd.).

Na rynku zostaje tylko jeden Business Link

Od kwietnia br. z nazwy Business Link korzystać będzie już wyłącznie operator powierzchni elastycznych należący do Grupy Skanska. To kolejny element budowy strategii marki w regionie CEE, który rozpoczął się w 2017 roku, wraz z przejęciem przez szwedzką firmę.

Spółka Business Link zadebiutowała na rynku w 2014 roku jako startup oferujący młodym przedsiębiorcom dostęp do nowoczesnej infrastruktury biurowej z kompleksowym zapleczem, w postaci biur coworkingowych, sal konferencyjnych czy przestrzeni kuchenno-sanitarnej. Stała się tym samym jednym z prekursorów branży coworkingowej nad Wisłą, która w kolejnych latach przeżyła dynamiczny rozwój i na zawsze zmieniła oblicze polskiego rynku biurowego.

Od kwietnia 2017 roku właścicielem Business Link jest Grupa Skanska, która przejmując spółkę od Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości istotnie zdywersyfikowała swoje portfolio nieruchomościowe. Uzupełniła je tym samym o elastyczną i kreatywną przestrzeń biurową dostępną przez całą dobę i 7 dni w tygodniu w 5 miastach: Warszawie, Wrocławiu, Krakowie, Poznaniu i czeskiej Pradze. W pierwotnym założeniu Business Link pozycjonował się jako nowoczesna przestrzeń biurowa, ukierunkowana do głównych motorów polskiej gospodarki – małych i średnich przedsiębiorstw, ze szczególnym uwzględnieniem startupów. Przez ostatnie cztery lata spółka, podobnie jak cały polski rynek biurowy, przeszła jednak ogromną ewolucję. Miejsce coworków, coraz mocniej zaczęły wypierać przestrzenie elastyczne, a w portfolio zamiast startupów, przybywać zaczęło dużych firm i największych globalnych korporacji. – Rosnąca popularność elastycznego najmu powierzchni biurowych widoczna jest na rynku już od dłuższego czasu, a trwająca pandemia jedynie potwierdziła efektywność tego rozwiązania. Decydując się na przestrzeń flex najemcy przede wszystkim optymalizują koszty. Magnesem są dla nich również krótkoterminowe umowy, w ramach których w dowolnym momencie firmy mogą zwiększyć lub zredukować użytkowaną powierzchnię, dostosowując ją do aktualnych potrzeb biznesowychpodkreśla Maciej K. Król i dodaje, że w najbliższych latach to właśnie przestrzenie typu flex odegrają kluczową rolę w rozwoju spółki. – Rynek biurowy najprawdopodobniej już nigdy nie wróci do „starej normalności”, w której kluczową rolę odgrywały przestrzenie coworkingowe. Przyszłość stoi pod znakiem mądrego i efektywnego zarządzania miksem biurowym, w postaci połączenia najmu długo- i krótkoterminowego. Dlatego już od dłuższego czasu oferta Business Link, w staje się integralną częścią korowej oferty Grupy Skanska, po którą klienci sięgają równolegle, a nie w ramach alternatywypodsumowuje Maciej K. Król.

Wartość gotówki i inwestycji Grupy INC wzrosła o 8,5 mln zł w Q1 2021

Wartość gotówki i inwestycji Grupy INC wzrosła o 8,5 mln zł
w I kwartale 2021 r.

Grupa kapitałowa INC, specjalizująca się w finansowaniu innowacyjnych podmiotów, opublikowała wybrane szacunkowe dane finansowe na koniec I kwartału 2021 r. Według szacunków Grupa na koniec marca br. posiadała 46,2 mln zł w środkach pieniężnych i inwestycjach krótkoterminowych. Względem końca 2020 r. jest to wzrost o 8,5 mln zł. Istotna poprawa wyników i dynamiczny rozwój to efekt konsekwentnej realizacji strategii rozwoju Grupy oraz efektywnego wykorzystania sprzyjającego otoczenia rynkowego. Celem Grupy INC jest pozyskanie dla klientów kilkudziesięciu mln zł w II kwartale.

W minionym kwartale wzrosła zarówno pozycja gotówkowa (+1,2 mln zł, do 9,6 mln zł na koniec marca br.), wartość rynkowa akcji notowanych (+5,2 mln zł, do 29,9 mln zł), jak i wartość bilansowa papierów wartościowych i udziałów nienotowanych (+2,1 mln zł, do 6,7 mln zł).

– W I kwartale 2021 r. kontynuowaliśmy dynamiczny, ale zrównoważony biznesowo wzrost. Zwiększenie wartości aktywów wynika zarówno z wzrostu kursów spółek notowanych, debiutów ubiegłorocznych inwestycji funduszu Carpathia Capital, jak i dodatnim przepływom z bieżącej działalności operacyjnej. Warto podkreślić, że wzrosła wartość posiadanej gotówki przez Grupę INC i to pomimo dokonania 7 nowych inwestycji za kwotę 1,2 mln zł. – komentuje Paweł Śliwiński, prezes zarządu INC S.A.

Model biznesowy Grupy opiera się o działalność w trzech obszarach biznesowych: usługi doradcze, oferowanie instrumentów finansowych oraz inwestycje na rynku kapitałowym. Alternatywne spółki inwestycyjne z Grupy INC (INC Private Equity oraz Carpathia Capital) inwestują przede wszystkim w spółki z obszaru tzw. nowej ekonomii w tym m.in. spółki technologiczne, gamingowe, biotechnologiczne oraz OZE.

Grupa INC ma ambitne plany na cały 2021 r. W ciągu bieżącego roku chce wprowadzić na giełdę około 20 spółek. Dotychczas w 2021 r. INC S.A. jako autoryzowany doradca w debiutach na NewConnect wspierała 3 spółki, a w całym ubiegłym roku było to 6 spółek.

– Mamy ambitne plany zarówno w aspekcie wprowadzenia na giełdę nowych spółek przez INC S.A., jak i pozyskania finansowania przez Dom Maklerski INC. Naszym celem jest realizacja dla klientów ofert publicznych o wartości ponad 100 mln zł w całym 2021 r. Po I kwartale możemy pochwalić się zrealizowaniem 9 projektów, o łącznej wartości 12 mln zł. To był jednak okres przygotowywania wielu projektów, a w samym II kwartale chcemy przedstawić inwestorom oferty o wartości kilkudziesięciu mln zł. – dodaje Paweł Śliwiński.

Fundusz SATUS Venture sprzedał część pakietu akcji Legimi rodzinie McGovern

W akcjonariacie Legimi, z pakietem akcji na poziomie 11 proc., pojawiła się Małgorzata McGovern. To wynik sprzedaży części pakietu akcji przez fundusz VC SATUS Venture. Rodzina McGovern jest znana na GPW m.in. poprzez inwestycję w AmRest oraz CCC.

16 lutego br. Fundusz Inwestycyjny Zamknięty Aktywów Niepublicznych Venture Capital Satus (SATUS Venture) w transakcji poza rynkiem zbył łącznie 141.600 akcji Legimi w cenie 24 zł za akcję. Daje to pakiet wart blisko 3,4 mln zł. Oznacza to, iż fundusz SATUS Venture zmniejszył swoje zaangażowanie w akcjonariacie Legimi z 21 proc. do 11 proc. Jest to naturalny proces związany ze strategią i profilem inwestycyjnym funduszy venture capital. Wiązało się to także ze złożeniem rezygnacji z funkcji obejmowanych przez reprezentantów funduszu w radzie nadzorczej Legimi.

Legimi to jedna z niewielu spółek w fazie early stage, której udało się sfinansować fazę wzrostu głównie długiem. Świadczy to o bardzo dobrym zarządzaniu, solidnym i efektywnym modelu biznesowym i dobrze wróży na przyszłość. Jednakże Satus jest inwestorem w Legimi od 7 lat i nasz horyzont inwestycyjny właśnie dobiega końca. – komentuje Krzysztof Bełech, Managing Partner w SATUS Venture.

Drugą stroną transakcji, kupującą pakiet akcji od funduszu była m.in. Małgorzata McGovern, która w wyniku transakcji jest w posiadaniu 159.600 akcji Legimi, co daje udział 11 proc. w akcjonariacie. Założyciele i członkowie zarządu Legimi – Mikołaj Małaczyński oraz Mateusz Frukacz posiadają łącznie największy pakiet akcji dający udział 32 proc. w akcjonariacie.

Chciałbym podziękować funduszowi SATUS Venture za zaufanie i wiarę w Legimi, co przełożyło się na inwestycję w nasz biznes praktycznie na samym początku naszej działalności. Dzięki konstruktywnej współpracy na przestrzeni lat Legimi dynamicznie się rozwijało i konsekwentnie budowało wartość, doprowadzając do ważnego momentu jakim jest giełdowy debiut. W miejsce funduszu pojawiają się nowi akcjonariusze kojarzeni z dobrych spółek na polskiej giełdzie, m.in. rodzina McGovernów znana m.in. z inwestycji w AmRest oraz CCC. – dodaje Mikołaj Małaczyński, Prezes Zarządu Legimi.

Produkcja rolnicza przestaje się opłacać. Rolnicy zapowiadają, że w sklepach może być dużo drożej

Rolnicy ostrzegają, że wkrótce mogą nas czekać duże podwyżki. Już teraz widać gwałtowne wzrosty cen środków do produkcji. Ponadto koszty prowadzenia działalności w przetwórstwie i dystrybucji są bardzo wysokie. Sporo gospodarstw straciło zbyt z powodu obostrzeń w sektorze HoReCa, przez co musiało ograniczyło wytwórczość. Jednak patrząc na ostatni rok, nie brakuje opinii, że np. warzywa, owoce czy drób mogą być tańsze. Jednocześnie rolnicy zwracają uwagę na rolę pośredników, którzy ciągle podnoszą marże. A to finalnie wpływa na ceny w sklepach.

W przestrzeni publicznej coraz częściej pojawiają się pytania o możliwe wzrosty cen produktów rolnych. Jak stwierdza Michał Kołodziejczak, lider AgroUnii, w zasadzie wszystko może zdrożeć. W ciągu ostatniego roku sporo rolników zniechęciło się do dotychczasowego zajęcia. Zdaniem Kołodziejczaka, będzie następowała monopolizacja rynku produkcji, a głównie dystrybucji żywności. Firmy z dużym kapitałem wiedzą, że rolnictwo trzeba sobie podporządkować. Wykorzystują do tego pandemię, a rolnicy stają się coraz bardziej uzależnieni od swoich odbiorców.

– Zgadzam się, że realny jest scenariusz, w którym podrożeje wszystko. Tu mechanizm nie jest na poziomie produktowym i wyboru konsumenckiego. Znaczenie ma bowiem ustawienie parametrów relacji popyt – podaż – państwo. Mamy procesy sprzyjające cenom deflacyjnym, ale polityka fiskalna wobec sektora żywnościowego powoduje inflację, która jeszcze będzie rosła – komentuje dr Andrzej Maria Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego.

Już teraz dostrzegamy gwałtowny wzrost cen paliw i środków do produkcji rolnej, co podkreśla Sławomir Izdebski, przewodniczący OPZZ Rolników i Organizacji Rolniczych. I dodaje, że drożeją też m.in. maszyny rolnicze oraz części do nich. A wydawało się, że właśnie w czasie lockdownu będzie taniej.

– W najbliższym czasie możemy spodziewać się wzrostu cen, chociażby z powodu rosnącej inflacji. Pierwszy lockdown był dla wszystkich ogromnym wyzwaniem, ale w 2021 roku jesteśmy już mądrzejsi o pewne doświadczenia i potrafimy optymalizować procesy zachwiane w czasie obostrzeń. Nie zapowiada się więc raczej na skokowe wzrosty cen. Ale taki scenariusz wcale nie jest pewny, bo na to wpływa sporo rożnych czynników, których często nie sposób przewidzieć – mówi Julita Pryzmont z międzynarodowej firmy badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland.

Natomiast dr Faliński dodaje, że bardzo wysokie są koszty prowadzenia działalności poza produkcją, czyli w przetwórstwie i w dystrybucji. Dlatego wytwórca bezpośredni dostaje możliwie najmniejsze środki. Handel zarabia brutto spore pieniądze, ale musi bardzo dużą część oddać państwu.

– Podczas pierwszego lockdownu były zerwane łańcuchy dostaw. To groziło wstrzymaniem eksportu żywności, a co za tym idzie – utratą płynności finansowej gospodarstw. Polska znaczną część swojej produkcji rolnej sprzedaje za granicę. Tak jest m.in. z wołowiną, mlekiem czy drobiem. Towar zostawał w kraju, a nadpodaż powodowała załamanie cen skupu – opisuje Marian Sikora, przewodniczący Federacji Branżowych Związków Producentów Rolnych.

Jak zaznacza Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych, od roku praktycznie nie istnieje sektor HoReCa. Tym samym pojawił się problem dla wielu gospodarstw sprzedających warzywa bezpośrednio do firm gastronomicznych. Ci rolnicy stracili więc rynek zbytu.

– Rok temu o tej porze przestała się sprzedawać czerwona kapusta. Tylko w naszym gospodarstwie musieliśmy wyrzucić jej ok. 100 ton, a normalnie miała trafić do sprzedaży. To powinna być wartość od 100 do 200 tys. złotych, a nikt nam za to nie oddał ani złotówki. Tu ponieśliśmy konkretne straty – dodaje lider AgroUnii.

Z kolei Marian Sikora podkreśla, że lockdown w gastronomii oznaczał też likwidację popytu na towary kulinarne. Dla przykładu, w branży mięsa wołowego zdestabilizowany został rynek szlachetnych elementów takich jak polędwica, antrykot i rostbef. A Polska jest wiodącym eksporterem tych towarów w Europie.

– Po pierwszym roku nowej sytuacji widać, że niektóre artykuły nawet mogą stanieć. Dotyczy to drobiu, warzyw, owoców ze względu na brak eksportu i naturalnych odbiorców. Podrożały zboża i rzepak, ponieważ pojawiło się duże zapotrzebowanie związane z gromadzeniem zapasów lub zwiększeniem produkcji zwierzęcej. Mogły podrożeć oleje i pieczywo – analizuje prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych.

Natomiast Michał Kołodziejczak zaznacza, że rok temu bardzo tania była kapusta pekińska. Ale nastąpił znaczny spadek produkcji. Teraz sprzedaje się ją bardzo drogo, bo na rynku jest jej po prostu mało. Lider AgroUnii prognozuje, że tak też stanie się z innymi towarami, ale korzyści będą czerpali głównie pośrednicy. Z kolei dr Faliński podkreśla, że rolnicy ograniczają wytwórstwo ze względów ekonomicznych. Odbiorcy im mało płacą i nie mogą sobie poradzić ze zwiększonymi kosztami. Julita Pryzmont dodaje, że ceny owoców wzrosły w 2020 roku o około 11% w stosunku do 2019 roku, a w br. nie podskoczyły w porównaniu z ub.r. W przypadku warzyw w ub.r. był spadek o prawie 10%, a obecnie jest on zdecydowanie mniejszy.

– Obecnie ceny w rolnictwie utrzymują się na względnym poziomie. Jednak obawiam się, że one mogą wzrosnąć w sklepach, marketach i na bazarach. Pośrednicy stale narzucają coraz większe marże, zresztą bez porozumienia z rolnikami. Dlatego później odbiorcy płacą za poszczególne produkty naprawdę bardzo dużo – stwierdza przewodniczący OPZZ RiOR.

Również Wiktor Szmulewicz zwraca uwagę na działalność pośredników. Zdaniem eksperta, oni mają największy wpływ na ceny w sklepach. Surowiec często stanowi 15% kosztów. Z kolei według Sławomira Izdebskiego, rolnictwo jest dość nieprzewidywalne. Dzisiaj możemy zapowiadać gwałtowne wzrosty cen, a jutro pewnie będą spadki. Do tego mamy teraz początek wiosny. Nie wiadomo jeszcze, jakie dokładnie zjawiska pogodowe wystąpią w tym roku. A wszystkie mają niesamowite znaczenie. Wpływają na wielkość plonów. Jeżeli one są dosyć wysokie, to z reguły ceny są niskie.

Deloitte: 98 proc. przedsiębiorców chce wdrożyć sieć 5G i Wi-Fi 6 w ciągu 3 lat

Na skutek wyzwań, jakie postawił przed światem koronawirus, przedsiębiorstwa zmieniły swoje priorytety, a na ich szczycie znalazła się szybka i skuteczna łączność cyfrowa. Jak wynika z raportu Global Advanced Wireless Study przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, aż 70 proc. dyrektorów IT i odpowiedzialnych za utrzymanie sieci uważa, że technologie bezprzewodowe zmienią ich branżę. Tym bardziej, że do 2023 roku przewidywana liczba urządzeń sieciowych na świecie może osiągnąć nawet 29,3 mld sztuk, co daje prawie cztery urządzenia przypadające na jednego mieszkańca Ziemi.

 – Nowa rzeczywistość wpłynęła na zmianę modelu biznesowego wielu firm, a odpowiednie wykorzystanie rozwiązań technologicznych pomaga się im w tej ewolucji odnaleźć. Zdalne narzędzia komunikacji nie tylko ułatwiają współpracę, lecz także pozwalają przetrwać niełatwy okres dystansu społecznego. Innowacje, nowe modele biznesowe i uzyskanie przewagi konkurencyjnej, skuteczna komunikacja, poprawa bezpieczeństwa, zwiększenie komfortu i efektywności pracowników, inspirujące i angażujące doświadczenie klienta – to tylko niektóre z korzyści, jakie wnosi cyfrowa ewolucja – mówi Sławomir Lubak, partner, lider branży Telekomunikacji, Mediów i Technologii, Deloitte.

Zmiana priorytetów biznesowych

Jednym z najważniejszych czynników, który motywuje firmy do wdrożenia sieci 5G i Wi-Fi 6 jest zwiększenie odporności organizacji na kryzysy. Taką odpowiedź wskazuje ponad połowa respondentów (59 proc.). Na drugim miejscu jest dążenie do opracowania lub poszerzenia puli rozwiązań dopasowanych do nowych potrzeb, które opierają się na solidniejszej i wydajniejszej infrastrukturze sieciowej (48 proc.). Dobrą ilustracją tego trendu jest przykład dużej firmy telekomunikacyjnej, która wdrożyła prywatną sieć 5G w hali produkcyjnej, aby sprostać wyzwaniom związanym z pandemią. Sieć jest wykorzystywana np. do sprawdzania, czy pracownicy noszą maski. Podobnych rozwiązań jest więcej: monitoring czujników osobistych pomaga w utrzymaniu dystansu społecznego, sprzęt VR umożliwia bezpośrednią łączność pomiędzy pracownikami. Dzięki dużej przepustowości i niskim opóźnieniom, sieć 5G znalazła swoje zastosowanie także w telemedycynie (zdalne konsultacje medyczne czy sterowana przez robota diagnostyka w kierunku COVID-19).

Albo cyfrowa transformacja albo nic

Raport Deloitte pokazuje, że inwestycja w infrastrukturę sieciową jest nieodłącznym elementem rozwoju przedsiębiorstwa. 56 proc. respondentów przyznaje, że z uwagi na obecny stan łączności sieciowej wprowadzenie innowacyjnych rozwiązań w ich firmie nie jest możliwe. Maksymalne wykorzystanie potencjału nowych technologii oraz zwiększenie efektywności pracy (po 38 proc.) stanowią główną motywację rozwoju firm do przeprowadzenia transformacji cyfrowej.

– Analizując wcześniejsze badania, możemy zauważyć, że na przestrzeni ostatnich miesięcy nasi respondenci istotnie zwiększyli prognozy poziomu wydatków, jakie planują przeznaczyć na rozwój i wykorzystanie sieci bezprzewodowych w ciągu trzech najbliższych lat. Duża część tych inwestycji posłuży zwiększeniu łączności i co za tym idzie – większej efektywności pracowników. To konieczne w dobie upowszechnienia się pracy zdalnej. Aż 41 proc. badanych wskazuje zwiększoną przepustowość danych sieci mobilnych, jako najważniejszą przyczynę warunkującą chęć transformacji cyfrowej – mówi Magdalena Bączyk, senior manager z zespołu Human Capital Deloitte.

Jak podkreśla ekspertka, konieczność stworzenia nowych warunków do pracy w modelu hybrydowym znajduje się dziś na agendzie zarządów wszystkich największych firm na świecie. Stawką jest tu pozyskanie i retencja największych talentów. W tym kontekście stworzenie najlepszej infrastruktury technicznej wydaje się być jednym z największych wyzwań, przed jakimi stoją decydenci.

Dzięki sieciom bezprzewodowym przedsiębiorstwa są w stanie zarządzać flotą maszyn i linii produkcyjnych. Dobrym przykładem jest telewizja przemysłowa – zapewnia zdalny nadzór nad sprzętem w czasie rzeczywistym oraz stały kontakt pomiędzy współpracownikami, robotami czy sztuczną inteligencją. Wyposażenie zakładu produkcyjnego w bezprzewodowe czujniki ułatwia transfer ogromnych ilości informacji dotyczących działania i stanu sprzętu, a przez to firmy są w stanie przewidzieć problemy lub opóźnienia, zanim spowodują one przestój.

Wprowadzenie automatyki i analizy danych na każdym etapie funkcjonowania przedsiębiorstwa – od komunikacji, dystrybucji energii, gospodarowania budynkiem, administrowania IT po zarządzanie procesami – umożliwi wprowadzanie innowacji oraz zwiększy efektywność pracowników i urządzeń.  Przedsiębiorcy są tego coraz bardziej świadomi – 80 proc. badanych przygotowuje się do procesu lub już wdraża zarówno sieć 5G jak i Wi-Fi 6. 98 proc. respondentów oczekuje, że ich organizacje będą używać obu technologii w ciągu 2-3 lat.

Dobry kontakt z klientem zaprocentuje

Kolejną korzyścią cyfrowej transformacji jest poprawa jakości obsługi klienta, która stanowi ważną składową dobrej kondycji przedsiębiorstwa. Zdaniem 80 proc. respondentów, jej rozwój będzie miał kluczowe znaczenie dla usprawnienia standardów kontaktu z klientem w ciągu trzech najbliższych lat.

– Wzmocnienie relacji między konsumentem a przedsiębiorstwem jest według inwestorów jednym z głównych motorów wdrożenia transformacji cyfrowej. Uważa tak aż 32 proc. naszych respondentów, wskazując na poprawę interakcji z klientem jako jeden z trzech najważniejszych obszarów, w których wykorzystanie zaawansowanych sieci bezprzewodowych może przynieść najwięcej korzyści – mówi Wiesław Kotecki, partner, lider Customer Strategy&Applied Design, Deloitte.

Aplikacje mobilne oparte na chmurze, wykorzystanie technologii rozszerzonej rzeczywistości, wideokonsultacje, sklepy autonomiczne – to tylko niektóre możliwości z szerokiego spektrum zastosowania najnowszych technologii łączności bezprzewodowej.

Inspirującym przykładem wykorzystania technologii bezprzewodowych są igrzyska olimpijskie. Sieć 5G zostanie wykorzystania podczas tegorocznych igrzysk do tworzenia rzeczywistości wirtualnej. Wokół boisk zostaną rozmieszczone liczne kamery, dzięki czemu widzowie na całym świecie, wyposażeni w sprzęt VR, będą mogli oglądać obiekty i wydarzenia sportowe tak, jakby siedzieli na widowni. Planowane jest także wdrożenie pilotażowego systemu hologramowego, który umożliwi filmowanie sportowców w rozdzielczości 8K i tworzenie hologramów, naśladujących ich ruchy.

Bezpieczeństwo a technologia

Jedną z ważniejszych przyczyn cyfrowej transformacji w firmach jest poprawa ochrony danych. Wskazuje na nią ponad jedna czwarta badanych. Jednocześnie aż 41 proc. dyrektorów IT i odpowiedzialnych za utrzymanie sieci obawia się o bezpieczeństwo informacji w kontekście korzystania z technologii bezprzewodowych. Warto jednak zaznaczyć, że oczekuje się zwiększonej ochrony danych dzięki wykorzystaniu najnowocześniejszych sieci bezprzewodowych. W przypadku Wi-Fi 6 wszystkie certyfikowane urządzenia obsługują zabezpieczenia najnowszej generacji (WPA3), które zapewniają solidniejsze szyfrowanie. Natomiast sieć 5G posiada unikalne zasady bezpieczeństwa dla każdego segmentu, co zwiększa ich ochronę, jeżeli segmenty są odpowiednio skonfigurowane i zarządzane.

Równie silną obawę przedsiębiorców (38 proc.) stanowi kompatybilność nowych sieci z istniejącymi już połączeniami i ustawieniami. Trudności wynikające z braku tej zgodności stanowią okazję dla dostawców do zademonstrowania wartości biznesowej ich rozwiązań, które charakteryzują się skuteczną integracją infrastruktury sieciowej.

Przedsiębiorstwa, które wdrożyły Wi-Fi 6 lub 5G, często współpracują z wieloma usługodawcami każdego typu: aplikacji i usług w chmurze, operatorami sieci bezprzewodowych, konsultantami i integratorami, producentami sprzętu i dostawcami infrastruktury. Aż siedmiu na dziesięciu badanych deklaruje otwartość w nawiązaniu współpracy z nowymi dostawcami.

– Wdrożenie nowych technologii to duża zmiana w funkcjonowaniu firmy. Bardzo ważne jest dobranie odpowiednich rozwiązań dopasowanych do obszaru jej działań. Najbardziej efektywne będzie wprowadzenie wielu opcji i utworzenie rozbudowanej infrastruktury sieciowej, zdolnej do współdziałania różnych sieci. Dwie trzecie firm, które decydują się na adopcję takich nowoczesnych rozwiązań sieciowych wybiera model „best of breed”, składający całość rozwiązania z wielu komponentów różnych producentów, i zwraca się do partnerów zewnętrznych w celu wsparcia w ich integracji – podsumowuje Sławomir Lubak.  

Licznik elektromobilności: znaczny wzrost rejestracji BEV i PHEV w I kwartale 2021 r.

Według danych z końca marca 2021 r., w Polsce było zarejestrowanych łącznie 22 291 samochodów osobowych z napędem elektrycznym. Przez pierwsze trzy miesiące br. ich liczba zwiększyła się o 3 555 sztuk, tj. o 107% więcej niż w analogicznym okresie 2020 r. – wynika z Licznika Elektromobilności, uruchomionego przez PZPM i PSPA.licznik_elektromobilnosci_2021-03_A4

Pod koniec marca 2021 r. po polskich drogach jeździło 22 291 elektrycznych samochodów osobowych. Pojazdy w pełni elektryczne (BEV, ang. battery electric vehicles) nieznacznie przekroczyły połowę   (11 194 szt.) tej części parku, a pozostałą część (49,8% udz.) stanowiły hybrydy typu plug-in (PHEV, ang. plug-in hybrid electric vehicles) – 11 097 szt. Park elektrycznych samochodów dostawczych i ciężarowych liczył 880 szt. W dalszym ciągu rośnie też flota elektrycznych motorowerów i motocykli, która na koniec marca składała się z 9 366 szt.

Pod koniec ubiegłego miesiąca park autobusów elektrycznych w Polsce wzrósł do 472 szt. W I kwartale 2021 r. flota elektrobusów powiększyła się o 40 zeroemisyjnych pojazdów. W porównaniu z analogicznym okresem 2020 r., kiedy zarejestrowano 19 takich autobusów, oznacza to wzrost o 111% r/r. licznik_elektromobilnosci_2021-03_grafika_800x450px

Wraz ze wzrostem liczby pojazdów z napędem elektrycznym, rozwija się również infrastruktura ładowania. Pod koniec marca w Polsce funkcjonowało 1 425 ogólnodostępnych stacji ładowania pojazdów elektrycznych (2 780 punktów). 33% z nich stanowiły szybkie stacje ładowania prądem stałym (DC), a 67% – wolne ładowarki prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. Podobnie jak w lutym, w marcu uruchomiono 15 nowych, ogólnodostępnych stacji ładowania (33 punkty).

„W ostatnich miesiącach tempo instalacji i odbiorów nowych, ogólnodostępnych stacji wyrażnie spadło: z 82 ładowarek w IV kwartale 2020 r. do 61 w I kwartale bieżącego roku. Sytuacji w zakresie rozbudowy infrastruktury z pewnością nie poprawi planowana nowelizacja Ustawy o elektromobilnosci i paliwach alternatywnych, w ramach której zostaną usunięte art. 64-66 dotyczące tzw. mechanizmu interwencyjnego nakładającego na  operatorów systemów dystrybucyjnych elektroenergetycznych (OSD) obowiązek wybudowania brakującej liczby stacji ładowania, o ile próg minimalny (określony w art. 60 ustawy) nie został osiągnięty w trybie rynkowym. W tym kontekście dodatkowego znaczenia nabiera możliwie szybkie wdrożenie programu wsparcia rozbudowy infrastruktury ze środków NFOŚiGW” – mówi Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający PSPA.

Jak ważna jest sieć ładowarek wielokrotnie podkreślała ACEA, a szef Rady Dyrektorów europejskiego stowarzyszenia zwrócił uwagę, że to producenci samochodów są motorem przejścia na elektromobilność i dosłownie prześcigają się w pomysłach wprowadzając nowe samochody elektryczne. Zauważył jednak, że powodzenie tego ogromnego wysiłku jest poważnie zagrożone przez opóźnioną budowę infrastruktury ładowania w UE. Również w Polsce, jako branża, nieustannie podkreślamy, że popularność, a tym samym popyt na samochody elektryczne i niskoemisyjne jest uzależniony od sprawnej sieci ładowania czy tankowania wodoru i gazu. Producenci samochodów domagają się „prawa do ładowania” tj. swobodnego dostępu dla swoich klientów – użytkowników pojazdów z napędami niskoemisyjnymi – do punktów ładowania i tankowania. Żądanie to dotyczy nie tylko możliwości ładowania pojazdów w miastach i na dużych osiedlach, ale też budowy sieci szybkich ładowarek przy głównych szlakach komunikacyjnych. Polska nie jest samotną wyspą, dlatego infrastruktura ładowania na naszych drogach musi dotrzymywać tempa Europie ” – mówi Jakub Faryś, Prezes PZPM.  

Polska w czołówce krajów gotowych na nadejście nowych technologii

Big Data, sztuczna inteligencja, inżynieria genetyczna – to tylko niektóre z technologii, które zdaniem Organizacji Narodów Zjednoczonych wkrótce nam spowszednieją. Jednak cyfrowa rewolucja nie rozleje się po świecie w równym stopniu. Te najlepiej przygotowane na nadejście nowych technologii kraje zostawią w tyle resztę stawki. A jak w tym zestawieniu wypada Polska? Znaleźliśmy się wysoko w rankingu, ale co to właściwie oznacza i na co czekamy?

Wiele mówi się o innowacjach i stymulowaniu, ale prawda jest taka, że rozwój kluczowych i przełomowych technologii realizowany jest tylko w kilku krajach. Zgodnie z danymi zebranymi przez UNESCO, USA i Chiny odpowiedzialne są za około połowę globalnych wydatków na badania i rozwój – zauważa Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies – firmy, która zbiera, przetwarza i monetyzuje anonimowe dane o internautach z ponad 200 rynków świata – a następnie dodaje: – Jednak już dziś, wszyscy musimy zadbać o odpowiednie przygotowanie, gdyż innowacje szybko zyskują globalny zasięg i będą silnie przenikać do naszego codziennego życia – uważa ekspert warszawskiej spółki IT.

UNCTAD, który jest jednostką ONZ zajmującą się handlem i rozwojem, opublikował raport “The Technology and Innovation Report 2021”, w którym wytypowano 11 pionierskich technologii, jakie wkrótce staną się naszą codziennością i wpłyną na obraz otaczającej nas rzeczywistości.

Sztuczna inteligencja, sieć piątej generacji, Big Data, robotyzacja czy edycja genów to tylko niektóre z nich. Eksperci są przekonani, że te technologie mają przed sobą świetlaną przyszłość. Jako całość, wymienione rozwiązania już teraz tworzą rynek wart 350 mld USD, a w 2025 roku będzie to kwota niemal dziesięć razy większa (3,2 bln USD).

Polska w gronie liderów

Aby ocenić krajowe zdolności do wdrożenia, dostosowania i wykorzystania tych technologii, analitycy UNCTAD, opracowali „indeks gotowości”, który określany był wartością od 0 do 1. Na wynik wskaźnika wpływają: wdrażanie technologii informacyjno-komunikacyjnych, kompetencje, działalność badawczo-rozwojowa, kondycja przemysłu i dostęp do finansowania.

W zestawieniu krajów, liczącym 158 pozycji, Polska znalazła się na 28 miejscu i została zaliczona do grona państw, które wyróżniają się ponad światową średnią. Z wynikiem na poziomie bliskim 0.8 naprawdę niewiele zabrakło nam do tego, by znaleźć się w najbardziej prestiżowej elicie, gdzie dominują USA, Szwajcaria i Wielka Brytania. Jednocześnie zostaliśmy sklasyfikowani wysoko ponad światową średnią, która wynosi dokładnie 0.4. Za naszymi plecami znaleźli się nie tylko przedstawiciele byłego bloku wschodniego, jak Litwa, Łotwa i Estonia, ale także kraje o wyższym PKB od naszego, jak Turcja czy Brazylia.

Pandemia stała się bodźcem, który zaostrzył apetyt biznesu na nowoczesne technologie, w tym także na dane, które okazują się niezbędne w nowej rzeczywistości, bo umożliwiają dotarcie do potencjalnych klientów w kanale online, a więc odpornym na lockdown – tłumaczy Piotr Prajsnar. – Według analityków, przeniesienie się do internetu będzie trwało również po zakończeniu pandemii.

Dla przykładu spójrzmy na sektor ecommerce, który przeniósł się w czasie o co najmniej dwa lata, bo ze względu na pandemię ludzie na całym świecie tak wiele zakupów robili przez internet. A wraz z rozwojem kanałów cyfrowych rośnie popyt na reklamę i dane wykorzystywane w kampaniach.

– Nad Wisłą już dziś odnotowujemy ponadprzeciętne zainteresowanie anonimowymi danymi. Jak wynika z raportu Global Data Market Size, przygotowanego przez OnAudience.com, tegoroczna wartość polskiego rynku danych wyniesie blisko 40 mln USD, co oznacza ponad 22% wzrost w porównaniu z 2020. Natomiast globalne wydatki na dane sięgną 52,3 mld USD, czyli ponad 26% więcej niż w ubiegłym roku – zauważa Piotr Prajsnar.

Społeczeństwo techno-centryków

Gotowość na przyjęcie tych przełomowych technologii jest o tyle istotna, że jak wskazują analizy, wpłyną one nie tylko na naszą gospodarkę lub biznes, ale będą rezonować także na codzienne życie zwykłego obywatela. Zgodnie z analizami Pew Research Center w ciągu najbliższych 4 lat, nasza rzeczywistość stanie się techno-centryczna. Firma badawcza poprosiła 915 innowatorów, programistów, liderów biznesu i polityki, badaczy i aktywistów o zastanowienie się, jak będzie wyglądało życie w 2025 roku w następstwie wybuchu globalnej pandemii i innych kryzysów w 2020 roku.

Ich szeroki i niemal powszechny pogląd jest taki, że związek ludzi z technologią będzie się pogłębiał, w miarę jak coraz większe segmenty populacji będą w coraz większym stopniu polegać na połączeniach cyfrowych w pracy, edukacji, opiece zdrowotnej, codziennych transakcjach handlowych i podstawowych interakcjach społecznych. Niektórzy z nich opisują to jako świat „tele-wszystkiego”. W tym świecie niemal każda aktywność generuje informacje, a więc naturalnie rozwiną się narzędzie do gromadzenia, analizy i wykorzystania ogromnych zbiorów cyfrowych informacji.

Elektromobilność powinna stać się jednym z priorytetów Krajowego Planu Odbudowy

Projekt polskiego Krajowego Planu Odbudowy nie zawiera wizji szerokiej i spójnej reformy w obszarze zrównoważonego transportu – ocenia Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych. Formalnie propozycja KPO zakłada przeznaczenie na ten cel ok. 26% dostępnych środków (6,1 mld euro z ok. 24 mld euro). W praktyce ma być to zaledwie ok. 4% (1,031 mld euro). To kilkukrotnie mniejszy udział niż np. w Niemczech, Czechach lub Rumunii. Zielona mobilność powinna stać się jednym z priorytetów KPO, w przeciwnym razie Polska straci niepowtarzalną szansę na zeroemisyjną transformację w sektorze transportu.

Niespójność, zbyt ogólny charakter, niski budżet w obszarze zielonej mobilności, brak konkretnych propozycji zmian legislacyjnych i projektów inwestycyjnych – to główne wady projektu Krajowego Planu Odbudowy, które wskazuje PSPA. Według największej organizacji kreującej elektromobilność w Polsce, propozycja KPO nie spełnia wymogów warunkujących pozytywną ocenę tego dokumentu przez Komisję Europejską, dlatego powinna zostać ponownie przeanalizowana i poprawiona. PSPA przeprowadziło szerokie konsultacje branżowe projektu, a opinię przekazało Ministrowi Finansów, Funduszy i Polityki Regionalnej oraz Ministrowi Klimatu i Środowiska.

Plany krajów takich jak np. Niemcy, Francja czy Słowacja, zawierają zarówno diagnozę problemu, jak i konkretne cele, czyli reformy i inwestycje, które mają być przeprowadzone w danym obszarze wraz ze wskazaniem kamieni milowych ich realizacji i alokacji środków. Państwa członkowskie uznają za priorytet rozbudowę infrastruktury dla pojazdów elektrycznych, przewidują dopłaty i zmiany podatkowe premiujące wymianę samochodu na zeroemisyjny oraz inwestycje w zrównoważony transport publiczny. Reformy i projekty inwestycyjne zaplanowane w tych państwach cechuje szeroki zakres oddziaływania i wewnętrzna spójność. To czynniki, których zabrakło w komponencie dotyczącym zielonej, inteligentnej mobilności w polskim projekcie, który rozwój zrównoważonego transportu traktuje po macoszemu – mówi Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający PSPA.

Jak wskazuje PSPA, analiza rządowej propozycji, a w szczególności komponentu „Zielona, inteligentna mobilność” prowadzi do wniosku, że dokument prezentuje dwa zasadnicze braki na tle wymagań stawianych każdemu KPO. Z jednej strony chodzi o brak podejścia projektowego i ogólnikowość zaproponowanych inwestycji. Z drugiej, o częściowy lub całkowity brak istotnych zmian legislacyjnych, które byłyby ściśle powiązane z inwestycjami.

Propozycja Krajowego Planu Odbudowy ma charakter bardzo ogólny. Brakuje w niej jasnej wizji reform i inwestycji. Projekt został rozdrobniony na bardzo wiele sekcji i tabel, z których nie wyłania się konkretna wizja wsparcia rozwoju danego obszaru. Przedstawionym w dokumencie, rozproszonym inwestycjom brakuje wspólnego mianownika. Nie są ze sobą wzajemnie powiązane i nie łączą się z szerszym planem działań legislacyjnych. Reform prawnych brakuje prawie całkowicie. Brak jest też faktycznych wskaźników realizacji celów przewidzianych w Planie i harmonogramu ich realizacji. Proponowane zmiany nie składają się na szerszą i spójną reformę, której obecność jest warunkiem koniecznym akceptacji każdego krajowego planu odbudowy – dodaje Joanna Makola, Kierownik Centrum Legislacyjnego PSPA.

PSPA zwraca uwagę, że cała treść reformy prawnej przewidzianej w projekcie KPO sprowadza się do kilku regulacji znajdujących się już w fazie realizacji (takich jak np. nowelizacja Ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych). Co istotne, propozycja reformy uwzględnia również przepisy, które powinny zostać obowiązkowo transponowane do polskiego prawa na podstawie regulacji unijnych. Skala tych regulacji i ich wpływ na rynek zrównoważonego transportu zdecydowanie nie mają przełomowego charakteru i nie stanowią – wymaganej przez instytucje unijne – „kompleksowej i wyważonej reakcji na sytuację gospodarczą państwa członkowskiego […] z uwzględnieniem szczególnych wyzwań dotyczących państwa członkowskiego”.

Tymczasem wyzwania, przed którymi stoi polski sektor transportu, są bardzo poważne. Na podstawie prowadzonego przez PSPA i PZPM „Licznika Elektromobilności”, pod koniec lutego 2021 r. w Polsce było zarejestrowanych ok. 21,3 tys. osobowych i dostawczych samochodów z napędem elektrycznym, stanowiących mniej niż 0,1% całej floty. Ich kierowcy mieli do dyspozycji zaledwie 2 744 ogólnodostępne punkty ładowania, czyli ponad 24 razy mniej niż w Niderlandach. Z uwagi na niski udział napędów alternatywnych w parku pojazdów, transport odpowiada aż za 24 proc. łącznych emisji gazów cieplarnianych w Polsce. Na podstawie danych EEA, w latach 1990-2017 emisje z tego sektora w Polsce wzrosły aż o 206 proc., przy średniej w Unii na poziomie 28 proc. Coraz poważniejszym problemem w polskich miastach staje się również smog. Według danych IQAir z 2019 r., spośród stu europejskich miast najbardziej zanieczyszczonych pyłem PM 2.5 aż 29 znajduje się w Polsce. Co więcej, Polska jest czwartym najbardziej zanieczyszczonym krajem PM 2.5 w Unii Europejskiej.

Na tym tle zeroemisyjny transport w projekcie polskiego KPO został potraktowany pobieżnie nie tylko w zakresie przewidzianych reform i inwestycji, ale również puli środków przeznaczonych na ich realizację. Całkowity deklarowany budżet przewidziany w tej sekcji to 6,074 mld euro. Kwota ta uwzględnia różne inwestycje w ramach pierwszego celu szczegółowego „Zwiększenie udziału zeroemisyjnego transportu oraz przeciwdziałanie i zmniejszenie negatywnego oddziaływania transportu na środowisko”, tj. także te mające na celu wsparcie przemysłu dla gospodarki niskoemisyjnej. Jednak z tej samej puli środków realizowane będą również inwestycje w ramach drugiego celu szczegółowego „Zwiększenie dostępności transportowej, bezpieczeństwa i cyfrowych rozwiązań”, mające za przedmiot linie kolejowe, pasażerski tabor kolejowy, projekty intermodalne, bezpieczeństwo transportu oraz cyfryzację transportu. W konsekwencji, realna suma środków zarezerwowanych na rozwój elektromobilności (w ramach pierwszego celu szczegółowego) dotyczy wyłącznie inwestycji w zeroemisyjny transport zbiorowy i wynosi zaledwie 1,031 mld euro, co w kontekście wyzwań generowanych przez sektor transportu w Polsce jest kwotą bardzo małą i z pewnością niewystarczającą. Dla kontrastu, krajowe plany odbudowy w wielu państwach członkowskich UE traktują rozwój elektromobilności jako priorytetowy cel, który zostanie objęty post-COVID-owym wsparciem finansowym. Przykładowo, w projekcie czeskim 52 proc. dostępnych środków przeznaczono na infrastrukturę i zieloną transformację, z czego 30 proc. na zapewnienie zrównoważonego i bezpiecznego transportu. W projekcie niemieckim zrównoważony transport odpowiada za ok. 23 proc. wszystkich funduszy. Rumunia zarezerwowała na zieloną transformację aż 65 proc. dostępnych środków, z których większość – 43 proc. – zostanie przeznaczona na zrównoważony transport.

Zdaniem PSPA, treść planu naprawczego na rzecz zielonej, inteligentnej mobilności powinna zostać ponownie przeanalizowana i poprawiona.

Środki z Instrumentu na rzecz Odbudowy i Odporności dają konkretne możliwości i ogromne pole do wsparcia finansowego. Jedynym warunkiem jego pozyskania i kluczowym aspektem determinującym powodzenie planu naprawczo-stymulacyjnego jest właściwe zaprojektowanie reform i inwestycji, jakie Polska zamierza zrealizować w danym obszarze. Przedstawiliśmy stronie rządowej dokument zawierający szczegółowe propozycje modyfikacji KPO. Obejmują one działania dynamizujące rozbudowę stacji ładowania oraz punktów tankowania wodorem, instrumenty wpierające rozwój floty pojazdów zeroemisyjnych poprzez wprowadzenie systemu bonus-malus zachęcającego do rezygnacji z samochodów spalinowych na rzecz samochodów zeroemisyjnych, jak również postulaty wprowadzenia konkretnych zmian legislacyjnych, w tym przepisów podatkowych – podsumowuje Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający PSPA.

Według PSPA, pomoc finansowa ze środków Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększenia Odporności stanowi niepowtarzalną szansę na dynamizację rozwoju transportu przyjaznego środowisku, a biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, Polska nie może sobie pozwolić na to, żeby tej szansy nie wykorzystać.

Zakaz prowadzenia działalności gospodarczej wynikający z COVID-19 a odliczenie VAT z faktur zakupowych

W związku z epidemią koronawirusa rząd zakazuje prowadzenia niektórych rodzajów działalności gospodarczej. W konsekwencji przedsiębiorcy nie mogą otwierać swoich biznesów i nie osiągają przychodów. Często jednak podpisane umowy powodują konieczność ponoszenia różnych wydatków. Może pojawić się więc wątpliwość, czy w przypadku ponoszenia wydatków w czasie zamknięcia działalności gospodarczej, która nie wiadomo kiedy zostanie ponownie otwarta, podatnikowi przysługuje prawo do odliczenia podatku VAT naliczonego w związku z dokonywanymi zakupami.

Kiedy przysługuje prawo do odliczenia

Prawo do odliczenia kwoty podatku naliczonego jest jedną z podstawowych zasad podatku od towarów i usług. Zgodnie z art. 86 ust. 1 ustawy o VAT w zakresie, w jakim towary i usługi są wykorzystywane do wykonywania czynności opodatkowanych, podatnikowi przysługuje prawo do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego. Jest to kluczowe dla zasady neutralności, czyli podstawy podatku od towarów i usług.

Jak wynika z powyższego przepisu, istotne jest, aby dokonywany zakup był związany z działalnością opodatkowaną. W ustawie występują pewne kategorie wyłączone z prawa do odliczenia jak np. nabycie usług noclegowych i gastronomicznych czy pewne sytuacje, które są sankcjonowane przez ustawodawcę jak fikcyjność transakcji, błędy na fakturze itp.

Zakaz prowadzenia działalności

W związku z epidemią COVID-19 polski rząd wprowadził obostrzenia polegające na ograniczeniu prowadzenia działalności gospodarczej dla niektórych przedsiębiorców z różnych branż. Pomimo że już pojawiły się pierwsze orzeczenia sądów administracyjnych w zakresie legalności wprowadzanych zakazów prowadzenia działalności, strona rządowa dalej stosuje zakazy jako narzędzie walki z epidemią koronawirusa. Sądy administracyjne wskazują, że aby ingerować w istotę wolności działalności gospodarczej wyrażoną w konstytucji, niezbędne jest wprowadzenie jednego ze stanów nadzwyczajnych, co nie zostało uczynione (wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Opolu z 27 października 2020 r., sygn. akt II SA/Op 219/20). Obostrzeniami dotknięte są różne branże: hotelowa, gastronomiczna, rozrywkowa, sportowa oraz inne.

W związku z zakazem prowadzenia działalności gospodarczej rząd nie podjął decyzji odnośnie do możliwości odliczenia podatku VAT od zakupów dokonywanych w czasie zakazu. W szczególności nie odniósł się do tej kwestii w wydanych 21 lipca 2020 r. objaśnieniach podatkowych, a także w innych dokumentach. Dlatego urzędy skarbowe zapowiedziały, że będą przyglądać się wydatkom podmiotów, które obejmował zakaz w szczególności pod kątem prawa do odliczenia podatku VAT. Z jednej strony kontrole podatkowe mogą być więc dodatkowym instrumentem represji wobec podatników, którzy nie będą respektować nałożonych zakazów. Z drugiej natomiast strony mogą być narzędziem zwiększenia wpływów podatkowych. Swoją argumentację organy podatkowe mogą opierać na stanowisku, że w przypadku zakazu prowadzenia działalności wydatki nie były związane z działalnością opodatkowaną.

Powyższe stanowisko byłoby jednak sprzeczne z dotychczasowym orzecznictwem i podejściem fiskusa. Przykładowo w przypadku sądowych zakazów prowadzenia działalności gospodarczej stanowisko organów było pozytywne w zakresie prawa do odliczenia podatku VAT z faktur zakupowych (interpretacja z dnia 30 września 2013 r., sygn. akt ITPP2/443-613b/13/AP). Powyższe zostało jednak ograniczone i zasadniczo w przypadku zakazu prowadzenia działalności orzeczonego przez sąd podatnik ulega automatycznemu wykreśleniu z rejestru podatników VAT czynnych i nie może realizować prawa do odliczenia podatku.

Należy jednak pamiętać, że w przypadku zakazu prowadzenia działalności i związanego z nim braku sprzedaży oraz zakupów podatnik może zostać wykreślony z urzędu z rejestru podatników VAT czynnych, jeżeli zgodnie z art. 96 ust. 9a pkt 3 ustawy o VAT: „składał przez 6 kolejnych miesięcy lub 2 kolejne kwartały deklaracje, o których mowa w art. 99 ust. 1, 2 lub 3, w których nie wykazał sprzedaży, nabycia towarów lub usług ani importu towarów z kwotami podatku do odliczenia”. W przypadku wykreślenia z rejestru podatników VAT czynnych podatnik nie będzie miał prawa do odliczenia podatku VAT naliczonego. Powyższe oznacza, że podatnicy powinni wręcz w okresie zakazów prowadzenia działalności dokonać jakiegoś zakupu, aby nie składać przez pół roku deklaracji tzw. zerowych.

Zawieszenie prowadzonej działalności a VAT naliczony

Zakaz prowadzenia działalności gospodarczej nie jest tożsamy z jej zawieszeniem, jednak część branż, nawet jeżeli nie jest bezpośrednio objęta zakazem, to na skutek obostrzeń przedsiębiorcy, zwłaszcza niezatrudniający pracowników, mogą podjąć decyzję o zawieszeniu prowadzenia działalności. W takich sytuacjach reguły postępowania w zakresie odliczenia VAT są znane, ponieważ miały one miejsce także przed epidemią.

Należy pamiętać, że zawieszenie działalności gospodarczej na okres co najmniej 6 miesięcy może skutkować wykreśleniem podatnika z rejestru VAT podatników czynnych. W dacie zawieszenia działalności przedsiębiorcy mogą wystawić faktury sprzedażowe dokumentujące otrzymywane przez nich płatności, wynikające z wcześniej zawartych umów (interpretacja z dnia 5 maja 2019 r., sygn. akt 0114-KDIP1-3.4012.99.2019.2.MK). W takich przypadkach podatnicy zobowiązani są do złożenia deklaracji VAT i rozliczenia podatku VAT należnego.

W okresie zawieszenia działalności przedsiębiorcy przysługuje także prawo do odliczenia VAT naliczonego, uwzględniając związek poniesionych kosztów z działalnością opodatkowaną. Co do zasady, organy podatkowe potwierdzają prawo do odliczenia, o ile ponoszone wydatki zabezpieczają źródło przychodów i mają związek z działalnością, która w przyszłości będzie odwieszona (przykładowo interpretacja z dnia 24 lipca 2019 r., sygn. akt 0112-KDIL4.4012.261.2019.4.JS). W takim przypadku podatnik nie jest zobowiązany do składania deklaracji VAT, a odliczenia można dokonać w pierwszej deklaracji po odwieszeniu (ewentualnie na bieżąco jeżeli są spełnione ustawowe warunki odliczenia).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Czy epidemia koronawirusa zmniejszyła smog w Warszawie?

Pierwsze miesiące koronawirusowego lockdownu przyniosły nadzieję na oczyszczenie się powietrza. Zamknięci w domach kierowcy mniej poruszali się samochodami, produkowali więc mniej zanieczyszczeń i pyłów zawieszonych w powietrzu. Z tego okresu pamiętamy niesamowite zdjęcia wysoce zanieczyszczonych miast, w których powietrze było przejrzyste po raz pierwszy od kilku dekad. Nie można jednak na podstawie tego zjawiska jednoznacznie powiedzieć, że epidemia COVID wpłynęła na polepszenie się jakości powietrza. Dawniej, gdy patrzyliśmy na krzywą zanieczyszczenia powietrza, widzieliśmy poranny szczyt, w środku dnia powietrze było względnie czyste, a smog wracał wieczorem – kiedy wracaliśmy z pracy i grzaliśmy dom. Teraz ta krzywa stężeń jest bardziej płaska. Siedzimy cały czas w domu i cały czas musimy utrzymać komfortową temperaturę. Jeżeli ogrzewamy dom kopciuchem, dymu będzie więcej.

– Ruch samochodowy przyczynia się do emisji tlenków azotu i ozonu, a także pyłów zawieszonych. W marcu 2020 roku w ciągu 3 tygodni jakość powietrza w Warszawie poprawiła się o połowę. Widać więc, że ograniczenie ruchu samochodów potrafi w bardzo krótkim czasie mocno poprawić jakość powietrza. To jest dobry sygnał dla aktywistów, którzy walczą o to, żeby samochody nie wjeżdżały do miast – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Siergiej z Warszawskiego Alarmu Smogowego. – Natomiast jeżeli mówimy o smogu zimowym – wywołanym przez palenie w kopciuchach, kotłach i kominkach – możemy się spodziewać wzrostu zanieczyszczeń. Jeżeli siedzimy w domu i nie wychodzimy do pracy, będziemy więcej grzać. Nie mamy jeszcze pełnych pomiarów i trudno jednoznacznie osądzić, jak epidemia wpłynęła na jakość powietrza. Intuicja mówi mi jednak, że podczas COVID-u mamy do czynienia z większym smogiem. Z drugiej jednak strony siedząc w domu jesteśmy mniej narażeni na dym, który jest na zewnątrz. Stężenia pyłów zawieszonych w domach są zawsze niższe, niż na dworze. Dlatego ten obraz jest bardziej złożony. Nie można prosto powiedzieć, że COVID poprawił albo pogorszył sytuację smogową – podsumowuje Siergiej.

Przedłużające się restrykcje mogą nasilać objawy depresji wśród Polaków. Jedną z grup najbardziej narażonych są rodzice dzieci w wieku do 18 lat

W pierwszych miesiącach pandemii najwyższy poziom objawów depresji i lęku przejawiały osoby w wieku 18–24 lata, z kolei w grudniu 2020 roku depresja najczęściej dotyczyła osób w wieku 35–44 lata – wynika z badań prowadzonych przez naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego. Na dalsze nasilanie depresji najbardziej narażone są osoby do 45. roku życia, doświadczające trudności zawodowych oraz konfliktów rodzinnych, ale także rodzice, coraz bardziej zmęczeni łączeniem pracy zdalnej i opieki nad dziećmi. – Szczególnie ważne jest objęcie wsparciem psychologicznym dzieci, młodzieży i całych rodzin – mówi dr hab. Małgorzata Gambin z UW, koordynatorka badań.

Nasilenie objawów depresji i lęku jest wyższe w trakcie pandemii, ale w szczególności w pewnych momentach, szczególnie w okresach wzmożonych restrykcji, większych ograniczeń, ale też w czasie zwiększonej liczby zakażeń – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr hab. Małgorzata Gambin, koordynatorka grupy badawczej „Psychologiczne aspekty pandemii” z Uniwersytetu Warszawskiego. – Zaobserwowaliśmy, że w wakacje ubiegłego roku poziom objawów depresji w społeczeństwie obniżył się, więc możemy mieć nadzieję, że latem spora część społeczeństwa zaadaptuje się do tej sytuacji i kolejnych zmian. 

Raport z badania „Depresja, lęk i pandemia” przeprowadzonego na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego w 2020 roku pokazał, że osoby badane przejawiały najwyższe nasilenie objawów depresji i lęku uogólnionego w maju i grudniu ubiegłego roku, natomiast najniższe – w lipcu 2020 roku. W grudniu w grupie ryzyka klinicznego nasilenia depresji znajdowało się 29 proc. kobiet i 24 proc. mężczyzn.

Poziom samopoczucia zmieniał się dynamicznie także w poszczególnych grupach wiekowych. Na początku pandemii, wiosną, najwyższym poziomem niepokoju i przygnębienia zareagowały młode osoby, w wieku 18–24 lata. Później, w grudniu osoby w wieku 35–44 lata przejawiały najwyższy poziom objawów depresji i lęku. W szczególności dotyczyło to rodziców, którzy byli już zmęczeni przedłużającym się czasem łączenia pracy zdalnej z opieką nad dziećmi – mówi ekspertka Wydziału Psychologii UW.

Badanie wykazało, że rodzice są jedną z grup badanych, które wykazywały większą podatność na nasilenie depresyjności. W grudniu 2020 roku rodzice dzieci w wieku do 18 lat zmagali się z wyższym poziomem takich objawów niż osoby, które nie miały dzieci w tym wieku. Z badania UW wynika, że podwyższony poziom objawów depresji i lęku uogólnionego przejawiały także osoby przebywające na kwarantannie lub w izolacji domowej, które utraciły ciągłość wynagrodzenia lub podejrzewały, że przeszły zakażenie COVID-19, ale nie robiły testu.

Wyższy poziom objawów depresji przejawiały także osoby, które doświadczały dużych trudności rodzinnych, a nawet konfliktów, szczególnie w czasie zamknięcia w domu, kiedy nieuniknione było przebywanie przez długi czas z bliskimi – dodaje Małgorzata Gambin.

Jej zdaniem problem może się nasilać podczas kolejnych lockdownów, szczególnie wśród grup bardzo narażonych na depresję, czyli osób doświadczających trudności w pracy, kłopotów finansowych i rodzinnych.

Wymienionym grupom osób z wyższym nasileniem objawów depresji i lęku powinno się poświęcić uwagę i wsparcie – w szczególności ważne jest wspieranie rodzin z dziećmi w czasie epidemii, gdyż objawy depresji u rodzica utrzymujące się przez dłuższy czas mają negatywne skutki dla funkcjonowania emocjonalnego dzieci i całej rodziny – podkreślili autorzy badania.

Osobną grupą narażoną na negatywne psychologiczne skutki pandemii są przedstawiciele zawodów medycznych. Wśród przebadanych przez naukowców z Wydziału Psychologii UW osób z ochrony zdrowia 24 proc. znajdowało się w grupie ryzyka klinicznego nasilenia objawów depresji, a 34 proc. znajdowało się w grupie ryzyka klinicznego nasilenia zespołu lęku uogólnionego. W tej grupie zawodowej pielęgniarze i pielęgniarki przejawiali najwyższy poziom zarówno obaw, poczucia zagrożenia, jak i depresyjności i lęku uogólnionego. Był on istotnie wyższy niż w przypadku lekarzy.

Jak podkreśla ekspertka, z badań prowadzonych na Uniwersytecie Warszawskim pod kierunkiem dr. hab. Pawła Holasa wynika, że skuteczną metodą na radzenie sobie ze stresem są treningi uważności (MBCT), szczególnie dla osób, które doświadczają bardzo dużego nasilenia problemów emocjonalnych.

Może to być strategia radzenia sobie ze stresem dla każdego. Badania pokazują skuteczny wpływ tych treningów na budowanie większej świadomości własnych uczuć, emocji, nabranie pewnego dystansu do przeżywanych trudności emocjonalnych, większej akceptacji przeżywanych emocji – wymienia Małgorzata Gambin.

Z badania „Trening uważności online w pandemii” wynika, że internetowy trening uważności może skutecznie poprawiać dobrostan psychiczny osób dotkniętych negatywnymi emocjonalnymi konsekwencjami pandemii COVID-19. Okazało się, że MBCT obniża poziom depresji, problemów lękowych i zaburzenia adaptacyjnego związanego z pandemią, a jego korzystne efekty mogą być związane z nabyciem większego dystansu do własnych przeżyć.

Dodatkowo badania dr. Juliana Zubka pokazują, że pozytywny wpływ na nasze samopoczucie ma aktywność fizyczna, dbanie o uregulowany rytm dnia, regularność snu i planowanie różnych aktywności w ciągu dnia, jak również realizowanie hobby. Bardzo ważne jest, żeby osobom, które doświadczają bardzo wysokiego nasilenia problemów emocjonalnych, w tym dzieciom, nastolatkom i całym rodzinom, zapewnione było wsparcie psychologiczne – podsumowuje ekspertka Wydziału Psychologii UW.

Z raportu badawczego „Rytmy dnia” wiadomo, że ćwiczenia fizyczne i hobby miały pozytywne przełożenie na samopoczucie podczas pandemii, a nauka i praca zawodowa, zwykle związane z siedzeniem przy komputerze, obniżały nastrój. Niekorzystne było także poświęcanie zbyt wiele czasu na elektroniczną rozrywkę i kulturę. Korzystne było natomiast posiadanie uregulowanych rytmów dziennych i tygodniowych, które pozwalają przez dłuższy czas skupić się na jednego rodzaju aktywności. Życie rodzinne miało pozytywny wpływ na nastrój badanych, ale tylko w sytuacjach, gdy do kontaktu dochodziło bezpośrednio, a nie za pośrednictwem mediów elektronicznych.

Nastroje wśród producentów żywności coraz lepsze. Mniejszy popyt gastronomii rekompensują zakupy konsumenckie i eksport

Po okresie największego pesymizmu, jaki towarzyszył branży spożywczej latem ubiegłego roku, nastroje stopniowo się poprawiają, choć do powrotu do sytuacji sprzed pandemii jeszcze daleka droga. To wnioski z badania firmy analitycznej Food Research Institute. Luty był pierwszym miesiącem w czasie pandemii, w którym widać wzrost Indeksu FRI. – Lokomotywą napędzającą rozwój polskich producentów żywności w czasie pandemii jest eksport. Przetwórcy nadążają za światowymi trendami i stają się ważnym europejskim graczem w segmencie żywności bio i eko – mówi Dariusz Chołost, general manager Food Research Institute.

Indeks FRI jest publikowany przez Food Research Institute od pięciu kwartałów. Odzwierciedla nastroje menedżerów z branży spożywczej. Przed wybuchem pandemii w styczniu 2020 roku był na poziomie 67,4 pkt, w lipcu spadł do 50,8 pkt, a w lutym br. odbił się do 56,2 pkt.

Nastroje w branży spożywczej dotyczące przyszłości są bardzo dobre. Przetwórcy przyjęli model kryzysowy i umiejętnie dopasowali się do sytuacji w branży. Myślę, że mimo wszystkich zawirowań związanych z ograniczeniem handlu i zmianą zachowań konsumenckich odnaleźli się bardzo dobrze – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dariusz Chołost.

Jak podaje Food Research Institute, 29 proc. zapytanych menedżerów przewiduje, że za trzy miesiące sytuacja ich firmy poprawi się w stosunku do obecnej. 51 proc. uważa, że pozostanie ona bez zmian, a 20 proc. ocenia, że się pogorszy. Prognozy sytuacji za sześć miesięcy są podobne, choć respondentów spodziewających się pogorszenia sytuacji jest nieco więcej (22 proc.).

Do osiągnięcia poziomu sprzed pandemii jeszcze jednak długa droga. Jeśli oczekiwania menedżerów firm spożywczych się sprawdzą, to Indeks FRI za maj sięgnie 59,5 pkt, co oznaczałoby wzrost o 3,3 pkt w stosunku do lutego br. Dobre oczekiwania co do wartości majowego wskaźnika umacnia też fakt, że przetwórstwo rolno-spożywcze, pomijając pojedyncze kategorie, dobrze poradziło sobie w okresie pandemii.

– Lokomotywą branży spożywczej jest eksport. Oczywiście przykre jest to, że polskie firmy dalej nie sprzedają wyrobów pod własną marką, lecz produkty do przetworzenia, ale to w obecnej sytuacji jest już względne. Najważniejsze, że eksport ratuje kondycje firm, chociaż widzimy pewne spadki, np. o 10 proc. w segmencie drobiu, w którym jesteśmy liderem europejskim – dodaje ekspert.

Spadek sprzedaży zagranicznej w tym segmencie jest związany z ograniczeniem zamówień z kanału gastronomicznego, ale drób jest wciąż chętnie kupowany przez gospodarstwa domowe. Podobnie jest w innych segmentach rynku, bo konsumenci nie zmniejszyli zakupów żywnościowych w czasie pandemii.

Zmieniają się preferencje konsumentów. Patrzymy już na zakupy bardziej odpowiedzialnie, chcemy, by produkty spożywcze, które kupujemy, były zdrowe. Konsumenci szukają nowych produktów i stają się coraz bardziej świadomi – zaznacza general manager Food Research Institute. – Polscy producenci żywności nadążają za tymi trendami, a w segmencie produkcji żywności bio czy eko stają się powoli potęgą. Europejski Zielony Ład będzie wymuszał zmiany związane z formą produkcji, a więc będzie to wymagało odejścia od produktów masowych w kierunku ekologicznych. To jest jedyne rozwiązanie dla przetwórców.

W ubiegłym roku – jak wynika z danych Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa – sprzedaż artykułów rolno-spożywczych za granicę osiągnęła nienotowany dotąd poziom 34 mld euro, o ponad 2 mld euro wyższy niż rok wcześniej (wzrost o 7 proc.). Na dobre wyniki eksporterów przełożył się również korzystny kurs złotego do euro i dolara amerykańskiego, co sprzyjało konkurencyjności cenowej polskich produktów na rynku międzynarodowym. Głównym odbiorcą polskich produktów pozostają kraje UE, które wygenerowały 27,2 mld euro, a w szczególności Niemcy (8,5 mld euro i wzrost o 10 proc. r/r). Udział artykułów rolno-spożywczych w strukturze eksportu ogółem wzrósł w ubiegłym roku do 14,3 proc.

Polskie lotniska nawet przez cztery lata będą odbudowywać ruch pasażerski. Na powrót do kondycji finansowej sprzed pandemii potrzebują jeszcze więcej czasu

– Borykamy się z największym kryzysem w branży lotniczej. Spadek ruchu jest bardzo głęboki, w połączeniach regularnych na niektórych lotniskach sięga prawie 100 proc. – mówi Artur Tomasik, prezes zarządu Związku Regionalnych Portów Lotniczych oraz Katowice Airport, i podkreśla, że minie kilka lat, zanim porty lotnicze odbudują ruch pasażerski i powrócą do kondycji finansowej sprzed pandemii. Kryzys w przewozach ominął transport towarowy. Lotnisko w Katowicach w pierwszym kwartale tego roku zanotowało w tym segmencie 30-proc. wzrost.

Jak podaje Związek Regionalnych Portów Lotniczych, w pierwszych trzech kwartałach 2020 roku 13 lotnisk obsłużyło ok. 8 mln podróżnych, czyli o 15,3 mln mniej niż w analogicznym okresie 2019 roku (w całym 2019 roku podróżnych była rekordowa liczba – 30,2 mln). Najgorszy był II kwartał, który przyniósł prawie całkowite zatrzymanie ruchu lotniczego. Zakaz lotów wprowadzony wiosną obowiązywał do końca czerwca, czyli ponad 100 dni. Sezon wakacyjny w okresie pandemii pozwolił tylko częściowo odbudować ruch na lotniskach. W efekcie w trzecim kwartale 2020 roku polskie porty lotnicze obsłużyły tylko jedną trzecią liczby pasażerów z tego okresu w 2019 roku, a dodatkowo druga fala pandemii w czwartym kwartale ponownie przyniosła spadki na poziomie 90 proc.

Niektóre porty lotnicze nie obsługują obecnie żadnych połączeń w ruchu regularnym. W ujęciu rocznym spadek w tym segmencie wyniósł w 2020 roku ponad 90 proc. W ruchu czarterowym sytuacja jest różna w poszczególnych portach. W Pyrzowicach w ubiegłym roku obsłużyliśmy 60 proc. ruchu w czarterach w porównaniu z wynikiem z 2019 roku. Kryzys jest bardzo głęboki i bardzo długo będziemy z niego wychodzić – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Artur Tomasik.

W ramach ruchu regularnego i czarterowego na pyrzowickim lotnisku obsłużono w ubiegłym roku prawie 1,45 mln podróżnych, czyli o prawie 3,4 mln mniej niż w 2019 roku (-70,1 proc.). Spadek w liczbie operacji startów i lądowań samolotów był nieco mniejszy i wyniósł ok. 47 proc. – odnotowano ich 21,9 tys., czyli o prawie 19,7 tys. mniej niż rok wcześniej.

Znaczny spadek liczby operacji utrzymuje się również w pierwszych miesiącach 2021 roku. Według danych Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej na wszystkich polskich lotniskach w lutym tego roku było ich 7157, o 78 proc. mniej niż przed rokiem (31 844). Również marcowe statystyki pokazują spadki, mimo że od połowy marca ub.r. były już odczuwalne restrykcje rządu – liczba operacji w tym roku wyniosła w marcu 8017 vs. 16 248 w marcu 2020 roku (33 041 w marcu 2019 roku).

Jedyny segment lotniczych usług przewozowych, który nie ucierpiał znacznie w czasie pandemii, to transport towarowy. Urząd Lotnictwa Cywilnego podał, że w pierwszych trzech kwartałach 2020 roku w polskich portach przewieziono 71,4 tys. ton cargo lotniczego, co stanowi spadek o 20,3 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2019 roku. Wynika on ze zmniejszenia wolumenu lotów samolotów pasażerskich, na których pokładach przewożona jest duża część cargo obsługiwanego przez polskie porty lotnicze, szczególnie do Kataru czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Liczba operacji lotniczych cargo w pierwszych trzech kwartałach 2020 roku spadła jednak w stosunku do analogicznego okresu 2019 roku o zaledwie 1,5 proc.

Handel w internecie kwitnie i firmy, które w tym handlu uczestniczą, prosperują bardzo dobrze. W efekcie wykorzystywana jest także nasza infrastruktura. W Pyrzowicach w pierwszym kwartale tego roku odnotowaliśmy ponad 30-proc. wzrost w przewozach cargo. Myślę, że w innych portach, które oferują transport towarowy, jest podobnie. Na pewno po pandemii będziemy silniejsi w zakresie obsługi cargo i liczę na to, że będzie to pozytywny efekt, który pozostanie po czasach COVID-19 – zaznacza prezes Katowice Airport.

Również ubiegły rok w przewozach cargo był korzystny dla katowickiego lotniska. Przewieziono 20 375 ton frachtu, czyli o 252 tony więcej (1,2 proc.) w porównaniu z 2019 rokiem. Jednocześnie w tym segmencie odnotowano rekordowy wynik w liczbie startów i lądowań frachtowców. W 2020 roku obsłużono dokładnie 3 27 operacji samolotów cargo. Jest to wynik o 4 proc. lepszy niż w 2019 roku.

Odtworzenie ruchu pasażerskiego potrwa co najmniej dwa, trzy, może cztery lata, ale dłużej potrwa odbudowa finansów w naszych przedsiębiorstwach. Jesteśmy w bardzo głębokim kryzysie, który spowodował, że aby utrzymać działalność, musieliśmy zaciągnąć kredyty, pożyczki u swoich właścicieli, które trzeba będzie spłacać. To może potrwać nawet pięć lat – mówi Artur Tomasik.

Polskie lotniska liczą na to, że część strat uda się odbudować podczas tegorocznego sezonu letniego, bo Polacy są spragnieni podróżowania. Większość portów wystartowała już z ofertą wakacyjną.

Siatki połączeń na sezon letni szybko się odbudują, ale warunkiem jest powrót do normalności i odporność stadna uzyskana w wyniku szczepień. W Katowicach będzie dostępnych ponad 130 połączeń regularnych i czarterowych, czyli podobnie jak w 2019 roku. Myślę, że w innych dużych i średnich portach będzie analogicznie. W najgorszej sytuacji będą małe porty, które wcześniej obsługiwały do 500 tys. pasażerów. Tam siatka połączeń lotniczych będzie odbudowywana o wiele dłużej – zauważa prezes Związku Regionalnych Portów Lotniczych.

W sezonie letnim z Katowic będą latać dwie nowe linie lotnicze: grecka Lumiwings oraz ukraińska SkyUp. Mimo rozbudowanej siatki połączeń ze względu na obecną sytuację epidemiologiczną w Europie nie wszystkie kierunki będą dostępne już w momencie uruchomienia letniego rozkładu.

W Pyrzowicach stacjonuje LOT-owski dreamliner latający bezpośrednio na Dominikanę i do Meksyku. Jesteśmy jedynym portem regionalnym, w którym ruch obsługuje samolot szerokokadłubowy, co umożliwia loty bezpośrednie na dalekie dystanse – podkreśla Artur Tomasik. – Na pewno w innych portach też pojawi się sporo nowości oraz nowi przewoźnicy. To są pozytywne elementy, które wpłyną na szybkość odbudowy ruchu po trudnej covidowej sytuacji.

Od 30 marca obowiązują nowe zasady kwarantanny dla osób przekraczających polską granicę, zarówno transportem drogowym, kolejowym, jak i lotniczym. Podróżni przybywający do Polski ze strefy Schengen podlegają obowiązkowej kwarantannie, chyba że przedstawią negatywny wynik testu na COVID-19, wykonanego nie później niż 48 godzin przed przekroczeniem granicy. Z kolei przybywający spoza strefy Schengen są kierowani na kwarantannę niezależnie od wyniku takiego testu. Może ich z niej zwolnić tylko negatywny wynik testu wykonanego już w Polsce. Obowiązkowej kwarantannie nie podlegają także osoby zaszczepione.

Agnieszka Radwańska została ambasadorką wody Jurajska. W kampanii będzie zwracać uwagę na prawidłowe nawodnienie organizmu

Była tenisistka podkreśla, że marka wody Jurajska od zawsze była bliska jej sercu, ponieważ pochodzi z jej rodzinnych stron. Przyznaje, że jako mama oraz sportowiec bardzo dużą wagę przywiązuje do jakości spożywanych produktów. Woda jest podstawą codziennej diety, dlatego docenia zarówno jej skład, jak i walory smakowe. Klaudia Krupicz, senior marketing manager marki, zaznacza, że wybór Agnieszki Radwańskiej jako ambasadorki wody Jurajskiej był przemyślaną decyzją. Marka chciała związać się z osobą autentyczną, której styl życia pasuje do filozofii i głównych założeń brandu. 

– Agnieszka idealnie współgra z identyfikacją naszej marki. To pełna energii mama, która dba o zdrowie swoje oraz swoich najbliższych. Jest znana w Polsce i co ciekawe, tak jak nasza woda pochodzi z Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Jest dla nas wymarzonym ambasadorem – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Klaudia Krupicz, senior marketing manager marki Jurajska.

Kampania wody Jurajskiej z Agnieszką Radwańską rozpocznie się w ostatnim tygodniu kwietnia. Ekspertka zaznacza, że będzie to ukoronowanie ostatnich działań związanych z relaunchem marki. Wcześniejsze zmiany: nowe opakowania oraz butelka, a także wejście na rynek ogólnopolski spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem konsumentów. Przedstawiciele marki za pomocą kampanii pragną zwrócić uwagę na wyjątkowość wody Jurajskiej na tle innych dostępnych na rynku.

– Niewątpliwie największym wyróżnikiem naszej marki jest jej pochodzenie. To woda mineralna wydobywana z głębi skał Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Dzięki temu jest czysta, wolna od wszelkich zanieczyszczeń. Co ciekawe, natura tworzyła ją aż przez 10 tys. lat. W konsekwencji możemy się pochwalić unikalnym składem mineralnym i tym, że proporcje wapnia do magnezu są dokładnie takie same jak te występujące naturalnie w ludzkim organizmie – podkreśla.

Agnieszka Radwańska przez współpracę z marką Jurajska chce zwrócić uwagę, jak ważne jest prawidłowe nawodnienie organizmu. Codzienne obowiązki i dynamiczny tryb życia często sprawiają, że zapominamy o regularnym uzupełnianiu płynów.

– Kiedy grałam zawodowo w tenisa, nawodnienie było dla mnie najważniejsze. Dbałam o nie przed meczem, w jego trakcie i po nim. Podobnie jest teraz. Aby człowiek był w dobrej kondycji, musi się nawadniać. Oczywiście liczy się nie tylko ilość, ale także jakość wody, którą pijemy. Pilnuję tego zarówno u siebie, jak i u najbliższych. Lubię mieć butelki wody w aucie, w wózku czy w plecaku. Bardzo ważne, żeby mieć wodę pod ręką i pamiętać o niej – mówi Agnieszka Radwańska.

Była tenisistka otwarcie przyznaje, że bardzo się cieszy ze współpracy z marką. Rekomenduje więc picie wody, która już od dawna towarzyszy jej w codziennym życiu.

– Woda przede wszystkim musi mieć dobry skład. Dla mnie liczy się również smak, bo jeśli coś jest dobre, częściej po to sięgamy. Staram się wybierać wodę, która przede wszystkim mi smakuje. Z marką Jurajska zdecydowałam się na współpracę bardzo szybko, nie trzeba było długo mnie namawiać. Mam nadzieję, że nasza współpraca potrwa lata – tłumaczy.

Pandemia napędza zakup laptopów przez graczy. Komputery mobilne wydajnością dorównują już stacjonarnym

Rynek gamingu znacznie się zmienił pod wpływem pandemii. Sprzedaż laptopów dla graczy wzrosła w 2020 roku prawie o 27 proc. i do 2025 roku będzie stale rosła, podczas gdy komputerów stacjonarnych dla graczy sprzedaje się za to coraz mniej – wynika z raportu IDC. Zdaniem sprzedawców gracze kupują coraz droższe laptopy i stawiają na najnowsze generacje kart graficznych, które oferują już wydajność zarezerwowaną dotąd dla komputerów stacjonarnych.

– Jest dużo większe zainteresowanie droższymi sprzętami. Laptopy dla graczy, które wcześniej były kupowane, najczęściej kosztowały od 6 do 7 tys. zł. Teraz te ceny są już znacznie wyższe. Dużo więcej laptopów sprzedaje się z naprawdę mocnymi podzespołami, z możliwościami rozbudowy. Zauważyliśmy to praktycznie od samego początku pandemii – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Tomasz Jarka, dyrektor sprzedaży i marketingu, członek zarządu Blue Technology.

Z raportu opublikowanego przez IDC wynika, że sprzedaż laptopów gamingowych wzrosła w 2020 roku niemal o 27 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem. Analitycy przewidują, że w 2021 roku rynek ten wzrośnie jeszcze o 16 proc. Jednym z głównych powodów takiego trendu jest możliwość wykorzystania laptopa gamingowego również do pracy. Autorzy raportu wskazują, że wzrosły też ceny sprzedaży takich komputerów.

– Gracze obecnie najczęściej wybierają laptopy 17-calowe z kartami graficznymi nowej generacji, ale tymi z niższej półki, czyli modelami RTX 3060. Nie są one w tym momencie dostępne w komputerach stacjonarnych, a w laptopach mamy je na miejscu praktycznie cały czas. Ceny laptopów z kartami 3060 są niższe niż komputerów stacjonarnych. Oprócz mocnej karty graficznej nowej generacji gracze poszukują też procesorów z serii Core i7 i 17-calowych ekranów. Wcześniej wybierane były laptopy 15-calowe, ale teraz przesunęło się to ku większemu rozmiarowi – wskazuje Tomasz Jarka.

O rosnącej popularności laptopów wśród graczy decydują: duża dostępność podzespołów, niższa cena zakupu, porównywalna do komputerów wydajność, ale przede wszystkim fakt, że są to urządzenia, które można łatwo ze sobą zabrać na przykład w podróż.

– Gracze często podróżują. Dużo wygodniej jest zabrać na turniej laptop niż komputer stacjonarny, do którego trzeba zabrać dodatkowo monitor i pozostałe akcesoria. Laptopy spokojnie dorównują mocą komputerom stacjonarnym, niektóre nawet je pod tym względem przewyższają – ocenia dyrektor Blue Technology, właściciela marki Hyperbook.

Z raportu IDC wynika, że sprzedaż komputerów i monitorów gamingowych do 2025 roku będzie rosła w średniorocznym tempie 5,8 proc, biorąc pod uwagę liczbę sprzedanych egzemplarzy. Segment notebooków w tym pięcioletnim ujęciu zanotuje średnioroczny wzrost sięgający 7 proc., podczas gdy w przypadku komputerów stacjonarnych będzie to spadek o 1,2 proc.

Biodruk zrewolucjonizuje medycynę. Już niedługo będzie można w ten sposób tworzyć narządy do przeszczepów

Światowy rynek biodruku w ciągu najbliższych kilku lat wzrośnie ponad trzykrotnie. Takie rozwiązania jak rusztowania wspomagające leczenie złamań czy biotusze, które posłużą do wyhodowania narządów do przeszczepów, to technologie, które już za kilka lat mogą trafić nawet do szpitali o niskim stopniu referencyjności. Technologia biodruku i druku 3D już dziś pomaga planować operacje wycięcia nowotworów czy przewidywać skutki radioterapii.

– Przyszłością druku 3D w medycynie będzie ukierunkowanie na biodruk. Nie będziemy, tak jak do tej pory, stosować materiałów sztucznych, termoplastów w celach tylko wizualizacyjnych, do planowania pewnych zabiegów. Biodruk będzie pozwalał po prostu drukować tkanki ludzkie, które mogą uzupełniać naturalne narządy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr inż. Mariusz Sobol z Wydziału Elektrotechniki, Automatyki i Informatyki Politechniki Opolskiej.

Technologia biodruku posłużyła np. naukowcom z Uniwersytetu Jiao Tong w Szanghaju do opracowania techniki wytwarzania trójwymiarowych rusztowań wspomagających leczenie złamanych kości u pacjentów z cukrzycą. Rusztowanie składa się z komórek macierzystych szpiku kostnego, morfogenicznego białka kości i makrofagów. Cukrzyca może zwiększać ryzyko złamań kości nawet o 300 proc. Wysoki poziom glukozy we krwi utrudnia też proces gojenia. Biodruk 3D pozwoli więc usprawnić proces leczenia i ułatwić dostęp do skutecznych terapii.

– Pozwoli bardziej precyzyjnie zadziałać, skrócić czas operacji. Stosując te technologie, być może nie trzeba będzie zbierać tak dużych konsyliów lekarzy, ale zaplanować taką operację w mniejszym gronie. Leczenie będzie można prowadzić nawet w mniejszym ośrodku – prognozuje dr inż. Mariusz Sobol.

Technologia biodruku jest też nadzieją transplantologii. W początkowej fazie są badania nad biotuszami mogącymi posłużyć do stworzenia struktur, na których można osadzać komórki niezbędne do tworzenia narządów do przeszczepu. Naukowcy z Uniwersytetu w Lund stworzyli biotusz, z użyciem którego będzie można odtworzyć drogi oddechowe człowieka. Z kolei pracownicy King Abdullah University of Science and Technology (KAUST) opracowali nową metodę drukowania 3D szkieletów hydrożelowych na bazie ultrakrótkich peptydów. Atrament ten będzie można wykorzystać do tworzenia hydrożeli zawierających komórki.

W transplantologii druk 3D pomaga już teraz. Inżynierom z Politechniki Opolskiej udało się stworzyć model żyły pacjenta onkologicznego. Naczynie było zajęte zmianami nowotworowymi, a trójwymiarowy model posłużył do zaplanowania operacji, tak by zminimalizować ryzyko zagrożenia życia pacjenta. Naukowcy pracują już nad kolejnymi projektami z zakresu trójwymiarowego druku.

– Ten projekt dotyczył tkanek miękkich. Obecnie pracujemy już nad projektem dotyczącym tkanek twardych, dokładniej kośćca miednicy. Jest to nowatorski projekt, w ramach którego ma powstać fantom, który będzie przydatny do badań w zakresie radioterapii pęcherza moczowego – zapowiada badacz z Politechniki Opolskiej.

Z raportu Mordor Intelligence wynika, że światowy rynek biodruku 3D był w 2020 roku wyceniany na 724 mln dol. Do 2026 roku jego wartość wyniesie niemal 2,4 mld dol.

Dlaczego złoty jest słaby?

Złoty tak bardzo się osłabił, że jego kurs wobec euro był najniższy od 12 lat. Co się do tego bardziej przyczyniło, rozczarowujące efekty w zwalczaniu pandemii czy polityka Narodowego Banku Polskiego? Słabość złotego była tym bardziej zaskakująca, że czeska korona i węgierski forint straciły znacznie mniej na wartości.

– Rzeczywiście sytuacja pandemiczna nie pomaga, inwestorzy zwracają na to coraz większą uwagę, zwłaszcza, że jeszcze przed kilkoma miesiącami przyjmowano, że epidemia dotyka wszystkich w dość podobnym stopniu, a jednak obecnie sytuacja w wielu krajach jest dużo lepsza niż w Polsce – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

– Przyczyn osłabienia złotego jest jednak więcej. Najważniejszą jest polityka NBP, który poprzez swoją retorykę przekonał rynki, że nie zależy mu na stabilnej walucie. Działania NBP to nietypowe podejście, jak na kraj, który zaliczany jest do tzw. rynków wschodzących. W tych krajach banki centralne są zwykle bardzo ostrożne, aby nie spowodować sytuacji, w której kapitał odpływa, powodując osłabienie lokalnej waluty.

– Banki centralne krajów wschodzących obawiają się, że odpływ kapitału może być gwałtowny, a potwierdzeniem takiej sytuacji było ostatnio to, co stało się z turecką lirą, gdy prezydent Turcji doprowadził do zwolnienia prezesa banku centralnego – wyjaśnia ekspert XTB.

– Turcja boleśnie doświadczyła do czego prowadzi osłabienie zaufania inwestorów. Podobnie było w kilku innych krajach, kolejnym przykładem jest Brazylia. Sytuacja polskiej waluty jest mocno niestabilna. Na koniec marca euro kosztowało 4,66 zł, a pierwsza dekada kwietnia zakończyła się kursem 4,54 zł. Dolar potaniał o ponad 17 groszy w zaledwie kilka dni, tak dobrej passy złoty nie miał od listopada ubiegłego roku. Czy jednak może ona trwać? Z jednej strony pojawia się nadzieja, że kulminacja trzeciej fali pandemii może być już za nami, a znaczne przyspieszenie tempa szczepień sprawi, że kolejnej takiej fali nie będzie. Mimo, że do normalizacji daleko, rynek zawsze próbuje dyskontować przyszłość (w tym przypadku bardziej optymistyczną). Nieco mógł pomóc komunikat RPP, która oficjalnie nie uważa już, że złoty jest zbyt mocny. Oczywiście, jest nadzieja, że sytuacja się ustabilizuje, a patrząc długoterminowo złoty był przecież niedowartościowany, jednak perspektywy, jakie są przed nami, nadal nie są dobre. W przypadku kursów walut istotne jest, że na światowych rynkach dolar nadal jest bardzo mocny. Pojawiły się też opinie, że na siłę złotego może wpłynąć orzeczenie Sądu Najwyższego dotyczące frankowiczów, którego termin ogłoszenia został przełożony.

– Uważam, że jest to argument bardzo mało istotny, z tego względu, że temat jest od dawna znany inwestorom – ocenia P.Kwiecień. – Aby wpływ sytuacji frankowiczów przełożył się na kurs złotego banki musiałyby zostać zmuszone do natychmiastowego rozwiązania większości umów i likwidacji swoich zabezpieczeń walutowych, a nie sądzę, że do tego dojdzie.

Złoty i euro zyskują, dolar w odwrocie

Polski złoty wyraźnie umocnił się w ubiegłym tygodniu i w parze z euro znalazł się najwyżej od początku marca. Walutę wspiera globalna poprawa sentymentu, słabszy dolar i oczekiwania dotyczące poprawy sytuacji epidemicznej tak w kraju, jak w Europie.
Z globalnej perspektywy jedną z ciekawszych kwestii, na których skupialiśmy się w ostatnim czasie, były zmiany rentowności obligacji skarbowych USA. Ich wyprzedaż w minionym tygodniu ustała, a rentowności zdają się stabilizować. W przypadku obligacji 10-letnich utrzymują się w przedziale 1,60–1,75%. Nie spodziewamy się, że to koniec wzrostów rentowności obligacji, ale sądzimy, że potrzebują one do wzrostu impulsu w postaci przyspieszenia dynamiki cen.

Czwartkowe posiedzenie decyzyjne Banku Centralnego Republiki Turcji zyskuje na znaczeniu po tym, jak prezydent Erdoğan zwolnił jego poprzedniego prezesa charakteryzującego się ortodoksyjnym podejściem do polityki pieniężnej. Co tyczy się odczytów z gospodarki globalnej, warto zwrócić szczególną uwagę na marcowy odczyt inflacji w USA. Zakłócenia w łańcuchach dostaw i rosnący popyt naszym zdaniem stwarzają szanse na to, że odczyt przewyższy oczekiwania.

PLN

Polski złoty zakończył miniony tydzień istotnym umocnieniem. Kurs EUR/PLN na przestrzeni kilku dni zszedł z poziomu ponad 4,60 do 4,53.

W ostatnim czasie wspominaliśmy, że słabość złotego może niedługo na krótko powrócić za sprawą planowanej uchwały Sądu Najwyższego ws. frankowiczów. Pod koniec ubiegłego tygodnia posiedzenie zostało jednak przełożone na 11 maja. Dlatego w naszej ocenie w perspektywie najbliższych trzech–czterech tygodni złoty powinien reagować głównie na zmiany globalnego sentymentu i wieści z frontu walki z pandemią w Polsce i w Europie i ma szansę na kontynuację ostatniego umocnienia.

W tym kontekście pojawia się pytanie o to, czy na wyraźną aprecjację złotego nie zareaguje NBP. Jesteśmy zdania, że interwencje są mało prawdopodobne, zwłaszcza biorąc pod uwagę oczekiwaną poprawę sytuacji gospodarczej w kraju (co redukuje potrzebę wsparcia gospodarki przez słabszy kurs), szczególnie dobrą sytuację eksportu i perspektywę wzrostu inflacji.

EUR

Ostatni tydzień przyniósł mieszane informacje ze strefy euro. Indeksy PMI doświadczyły nadzwyczaj dużej rewizji w górę, dobre były również dane o zamówieniach fabryk w Niemczech. Lutowe dane o bezrobociu były jednak gorsze niż oczekiwano. W naszej ocenie istotniejsze są jednak pierwsze wiadomości – ze względu na to, że są świeższe.

Coraz więcej wskazuje na to, że tempo szczepień w strefie euro może się istotnie poprawić. Już teraz ma to pozytywny wpływ na sentyment do euro i m.in. w tym kontekście widzimy potencjał do umacniania się wspólnej waluty. Szczególnie, że wygląda na to, że sytuacja w zakresie dolarowego pozycjonowania została znormalizowana i nie występuje znaczny nawis krótkich pozycji – w ostatnim czasie wśród spekulantów handlujących kontraktami futures powszechne stało się zamykanie krótkich pozycji na USD. Oznacza to, że amerykańska waluta w najbliższym czasie nie będzie wspierana przez ich pokrywanie.

Warto wspomnieć, że w przyszłym tygodniu w UE mają ruszyć szczepienia jednodawkową szczepionką Johnson&Johnson, co powinno istotnie przyspieszyć dotychczas niezwykle powolny proces szczepień we Wspólnocie.

USD

Przerwanie wzrostu rentowności nie jest korzystne dla dolara, który po mieszanym tygodniu doświadczył osłabienia względem większości walut G10, z wyjątkiem funta brytyjskiego. Tracił też wobec większości walut emerging markets.

Spośród drugorzędowych wskaźników ekonomicznych opublikowanych w zeszłym tygodniu w USA szczególną uwagę zwraca marcowa publikacja inflacji PPI – miary presji cenowej na poziomie hurtowym. Przyniosła ona spore zaskoczenie, pokazując znacznie wyższą od oczekiwanej przez rynek dynamikę cen, co potwierdza naszą opinię, że w USA narasta presja cenowa. Rentowności obligacji obecnie się ustabilizowały. Potencjalne zaskoczenie in plus danych o inflacji konsumenckiej w tym tygodniu może być jednak katalizatorem do kolejnego testu górnej granicy przedziału, w którym utrzymują się rentowności. Oprócz tego potencjał do wpłynięcia na amerykańską walutę w drugiej części tygodnia mają naszym zdaniem dane o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej, które zostaną opublikowane w czwartek.

GBP

W zeszłym tygodniu szterling doświadczył presji wyprzedażowej. Walucie nie sprzyjało spowolnienie tempa szczepień związane z oczekiwanym załamaniem dostaw szczepionki AstraZeneca oraz zrewidowane lekko w dół dane PMI.

Niemniej jak dotąd w tym roku funt radzi sobie całkiem dobrze, a biorąc pod uwagę silne fundamenty i sukces programu szczepień przeciwko COVID-19 w Wielkiej Brytanii, oczekujemy, że jego słabość będzie krótkotrwała. Liczba nowych zakażeń i zgonów z tytułu COVID-19 również istotnie spadła, a dziś łagodzone są kolejne restrykcje: otwarte zostały ogródki przy pubach i restauracjach, sklepy i siłownie. Pewne zawirowania polityczne w najbliższej przyszłości mogą jednak opóźnić istotniejszą aprecjację funta – zbliżamy się bowiem do wyborów parlamentarnych 6 maja w Szkocji.

CHF

Frank szwajcarski był w zeszłym tygodniu drugą po koronie szwedzkiej najlepiej radzącą sobie walutą G10. Kurs EUR/CHF obecnie spadł poniżej poziomu 1,10, co oznacza, że frank jest najmocniejszy od początku marca.

Walutę zdaje się wspierać zarówno stabilizacja rentowności długoterminowych papierów skarbowych USA, jak i poprawa sentymentu względem Europy. Frank radzi sobie lepiej również od innej waluty safe haven – jena japońskiego, co można wyjaśnić różnicami w sytuacji epidemicznej w obu krajach. Liczba nowych przypadków zachorowań w Japonii gwałtownie wzrosła, co wywołało zaostrzenie restrykcji w Tokio, Kioto i Okinawie. W Szwajcarii zaś sytuacja jest dużo bardziej stabilna.

Uważamy, że frank szwajcarski ma przestrzeń do aprecjacji w krótkim terminie, jednak jednocześnie może być ona w pewnym stopniu ograniczona przez jego status safe haven.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Bitcoin zbliżył się do rekordowej wartości, a ethereum utrzymuje się na stałym poziomie

„Cena bitcoina wzrosła w weekend powyżej 60 000 dolarów, zbliżając się do swojego rekordu wszechczasów, dzięki zmniejszonej podaży i rosnącym popycie ze strony nowych typów inwestorów”.

„Największa na świecie kryptowaluta zanotowała wzrost ceny do 60 730 dolarów w sobotę, a dziś rano jego cena wynosi 60 132 dolarów”.

„Cena Bitcoina ponownie wzrosła dzięki wielu czynnikom, w tym nowemu popytowi ze strony inwestorów instytucjonalnych i zarządzających majątkiem, oferujących klientom ekspozycję na kryptowaluty. Tymczasem spadek rezerw na giełdzie zmniejsza podaż, ponieważ coraz więcej inwestorów przenosi walutę do własnych portfeli”.

„Niedawny wzrost stawia bitcoina nieznacznie poniżej jego rekordowego poziomu, który wynosił ponad 61 500 dolarów”. Natomiast ethereum, które pod koniec zeszłego tygodnia osiągnęło rekordowy poziom 2 151 dolarów, utrzymuje się na stabilnym poziomie blisko nowego szczytu, osiągając dziś rano wartość 2 134 dolarów”.

Simon Peters, analityk kryptowalut na platformie eToro

Czy Rosja będzie pierwszym krajem, który wprowadzi cyfrową walutę?

„Rosyjski Bank Centralny zasygnalizował, że wprowadzenie cyfrowego rubla nastąpi w 2023 r. Na wirtualnej konferencji prasowej w zeszłym tygodniu liderzy rosyjskiego banku centralnego przekazali najważniejsze informacje o planach wypuszczenia cyfrowej waluty banku centralnego (CBDC)”.

„Rosja od jakiegoś czasu zamierzała wypuścić cyfrowego rubla i spodziewała się, że do końca tego roku uruchomi wymaganą infrastrukturę, w celu przetestowania cyfrowych prototypów w 2022 r. Prowadzono dyskusje, w jaki sposób bank centralny będzie chciał ograniczyć transakcje gotówkowe, aby umożliwić płynne przejście na walutę cyfrową. Będzie to możliwe dzięki zawężeniu transakcji bezgotówkowych, aby zrównoważyć niedobory płynności po wprowadzeniu zasobu cyfrowego”.

„To posunięcie wynika ze stałej cyfryzacji rosyjskich płatności. Olga Skorobogatova, członek zarządu Banku Rosji, ujawniła, że 73 proc. transakcji w Rosji odbywa się obecnie w formie bezgotówkowej, co jest znaczącą zmianą w stosunku do kilku lat wstecz, kiedy uważano głównie gotówkę ”.

Simon Peters, analityk kryptowalut na platformie eToro

Pandemia nie zaszkodziła eksportowi kosmetyków z Polski

Krajowi producenci kosmetyków utrzymali najlepszą dynamikę eksportu w 2020 roku wśród wiodących państw Unii Europejskiej. W zeszłym roku urósł on o 7,2%, podczas gdy u liderów branży takich jak Francja, Niemcy czy Włochy zanotowano około 15% spadki. Wartość eksportu kosmetyków z Polski sięgnęła w 2020 roku 4,1 mld euro.

Eksport kosmetyków ze wszystkich krajów Unii Europejskiej w zeszłym roku spadł o prawie 10%, natomiast eksport między krajami wspólnoty zmalał o 9%. Jeszcze większy spadek zanotowano w sprzedaży produktów europejskiej branży kosmetycznej poza granice Unii, było to 10,6%. Kraje będące wiodącymi w Unii Europejskiej eksporterami kosmetyków zanotowały znaczne spadki, sięgające kilkunastu procent. Z czołowych producentów i eksporterów jedynie Polska i Holandia pozostały na plusie. To pozwala nam doganiać największych europejskich eksporterów tego asortymentu.

– Wzrost dynamiki eksportu polskich kosmetyków na poziomie 7,2% to fenomenalne osiągnięcie, szczególnie na tle największych gospodarek starego kontynentu, słynących z produkcji kosmetyków. Oczywiście musimy pamiętać o specyfice polskiego rynku kosmetycznego, gdzie liderzy branży – międzynarodowe firmy kosmetyczne – mają w Polsce swoje fabryki i gro tej sprzedaży idzie właśnie na eksport. Pandemia i zachwiany łańcuch dostaw pozwoliły polskim producentom częściowo zastąpić azjatyckich dostawców dla firm z Europy Zachodniej, które podczas tego nietypowego czasu przemodelowały swoje kanały dostaw poszukując alternatyw w Europie. Polskie firmy oferujące produkty wysokiej jakości, odpowiadające ofertą produktową na trendy konsumenckie oraz działające elastycznie w sytuacji kryzysowej świetnie wypełniły tę lukę – mówi Renata Dutkiewicz, dyrektor ds. sektora żywności i FMCG Santander Bank Polska.eksport kosmetyków

Na tak dobry wynik naszego eksportu miały wpływ także warunki makroekonomiczne i kursy walut. Jednak decydujące wydaje się dobre dopasowanie kategorii produkowanych w Polsce kosmetyków do potrzeb europejskich konsumentów, ich wysoka jakość  oraz elastyczność polskich producentów.

– Oprócz warunków makroekonomicznych, takich jak wahania kursów walut i słaby złoty, wynik eksportu w zeszłym roku to zasługa wielu zalet i decyzji firm, które prowadzą kosmetyczny biznes nad Wisłą oraz szczęśliwych splotów okoliczności. To w Polsce swoje siedziby mają największe globalne koncerny kosmetyczne, produkujące artykuły pierwszej potrzeby, popularne niezależnie od pandemii, tj. kosmetykę białą – mydła, żele, całą pielęgnację. To nasz rynek jest jednym z najbardziej konkurencyjnych i innowacyjnych w Europie. To polscy przedsiębiorcy mają unikalny know-how, często ponad 30-letnie doświadczenie i specjalizację w rozwijaniu portfolio produktów do pielęgnacji twarzy i ciała. To wszystko pozwala elastycznie i zwinnie reagować na niespodziewane zwroty akcji – mówi Blanka Chmurzyńska-Brown, dyrektor generalna Polskiego Związku Przemysłu Kosmetycznego.

Firma Euromonitor International prognozuje, że polski rynek kosmetyków jest obecnie szóstym co do wielkości w Europie, a jego wartość przekracza 18 mld PLN.

Polski eksport ciągle rośnie

Eksport kosmetyków z Polski rośnie nieprzerwanie od 2005 roku. Jego wartość w ciągu ostatnich 15 lat wzrosła z 0,8 mld EUR w 2005 roku do 4,1 mld EUR na koniec 2020 roku. Skumulowany roczny wskaźnik wzrostu (CAGR) eksportu kosmetyków dla lat 2005-2020 wyniósł 11,7%. Na przestrzeni lat zmienili się nasi główni partnerzy handlowi, spadło znaczenie rynku rosyjskiego, w 2005 było to prawie 25% eksportu, obecnie jest to 8%. Coraz ważniejszym partnerem są za to Niemcy, które w ciągu ostatnich 10 lat stały się głównym odbiorcą naszych kosmetyków, z 18% udziałem w eksporcie.eksport kosmetyków 2

Coraz mniej mieszkań w ofercie deweloperów. Ceny idą w górę!

Marzec był kolejnym miesiącem, w którym eksperci GetHome.pl odnotowali spadek liczby mieszkań w ofercie firm deweloperskich przy jednoczesnym wzroście cen metra kwadratowego. Osoby, które wytrwale czekają na spadki znów mogą czuć się zawiedzione.

Popyt

Nowe mieszkania wciąż rozchodziły się jak świeże bułeczki. W 10 analizowanych przez nas miastach deweloperzy sprzedali łącznie przeszło 6,3 tys. mieszkań. Tradycyjnie najwięcej – 2048 – znalazło nabywców w Warszawie. Warto podkreślić, że wysoka sprzedaż warszawskich deweloperów utrzymuje się kolejny miesiąc.Wykres 1 – Mieszkania sprzedane

Jednak na szczególną uwagę zasługuje sytuacja w Krakowie i Gdańsku, bo w tych miastach marcowa sprzedaż była dwukrotnie wyższa niż w lutym. W  stolicy Małopolski klienci firm deweloperskich zdecydowali się na zakup aż 1139 mieszkań, zaś w Gdańsku – 777.

Popyt wciąż napędzają niskie stopy procentowe. Jedni kupujący traktują mieszkania jako bezpieczną lokatę dla swoich oszczędności w sytuacji, gdy oprocentowanie lokat nie chroni ich nawet przed skutkami inflacji. Inni wykorzystują fakt, że kredyty mieszkaniowe są rekordowo tanie, a banki nie stosują nadmiernych ograniczeń.

Biuro Informacji Kredytowej (BIK) podało, że w lutym banku udzieliły ok. 19,8 tys. kredytów mieszkaniowych, czyli minimalnie więcej niż przed rokiem.Wykres 2 – Kredyty mieszkaniowe

Jednak w kolejnych miesiącach prawdopodobny jest duży wzrost akcji kredytowej. Wskazuje na to rosnąca liczba złożonych wniosków. W marcu o kredyt mieszkaniowy wnioskowało ok. 56,1 tys. potencjalnych kredytobiorców, czyli o 35% więcej niż przed rokiem. W porównaniu do lutego, liczba wnioskujących wzrosła o 19%.

Podaż

Niestety, w marcu deweloperzy nie zareagowali na rosnący popyt odpowiednio dużym zwiększeniem podaży mieszkań. W 10 analizowanych przez nas miastach do sprzedaży trafiło łącznie niespełna 4,1 tys. lokali.

Mniejszą od sprzedanych liczbę mieszkań wprowadzonych na rynek odnotowaliśmy niemal we wszystkich miastach. Wyjątkiem jest Lublin, w którym deweloperzy najwyraźniej się rozkręcają.  Wskazują na to dane GUS. W okresie styczeń-luty 2021 r. rozpoczęli oni budowę w tym mieście 804 mieszkań. W analogicznym okresie przed rokiem było ich tylko 356.

Niepokoić może zaledwie 20 mieszkań wprowadzonych w marcu do sprzedaży w Poznaniu. Czy w kolejnych miesiącach będzie ich więcej? Wygląda na to, że tak. GUS podaje, że w pierwszych dwóch miesiącach tego roku poznańscy deweloperzy rozpoczęli budowę 2417 mieszkań, czyli pięciokrotnie więcej niż przed rokiem w tym samym czasie. Mniejszą w porównaniu z lutym podaż odnotowaliśmy także Bydgoszczy i Szczecinie.Wykres 3 – Mieszkania wprowadzone

Czy podobnie jak w Poznaniu optymizmem mogą napawać statystyki budowlane? Niestety, na ryzyko znacznego zmniejszenia podaży wskazują dane GUS dla Warszawy. W styczniu i lutym deweloperzy rozpoczęli tu budowę zaledwie 1755 mieszkań, co jest wynikiem niemal o połowę gorszym od ubiegłorocznego. Poprawy sytuacji trudno też oczekiwać w Szczecinie.Wykres 4 – Mieszkania rozpoczęte

Oferta

Marzec był więc kolejnym miesiącem, w którym odnotowaliśmy spadek liczby mieszkań w ofercie firm deweloperskich. Najmocniej skurczyła się ona w Warszawie. Pod koniec lutego deweloperzy oferowali tu ok. 9,6 tys. mieszkań, zaś pod koniec marca – nieco ponad 9,1 tys.

Mniejszy niż miesiąc wcześniej wybór lokali mieli nabywcy w Krakowie, Gdańsku, Łodzi, Poznaniu i Szczecinie. Oferta wzrosła zaś nieznacznie we Wrocławiu.Wykres 5 – Mieszkania w ofercie

Ceny

Ci, którzy czekają na spadek cen mieszkań znów mogą się czuć zawiedzeni. W marcu średnie ceny mieszkań w ofercie firm deweloperskich wzrosły we wszystkich analizowanych przez nas miastach. Najmocniej, bo aż o ponad 3%, średnia wzrosła w Gdańsku i Wrocławiu. W innych miastach podwyżki oscylowały w granicach od 0,3% (w Krakowie) do ponad 2,5% (w Bydgoszczy i Szczecinie). W Warszawie średnia minimalnie spadła z 10762 do 10695 zł za m kw. , czyli o ok. 0,6%.

Pamiętajmy jednak, że sytuacja na rynkach mieszkaniowych jest dynamiczna. W zależności od dnia, w którym dokonamy pomiaru, te średnie mogą się nieco różnić.Wykres 6 – Średnie ceny mieszkań

W analizach wykorzystujących średnią cenę mieszkań trzeba uwzględnić zmieniającą się strukturę cenową mieszkań. Np. we Wrocławiu podwyżka średniej była duża ze względu na wzrost udziału w ofercie deweloperów drogich jak na ten rynek mieszkań w cenie powyżej 10 tys. zł za m kw. Z kolei w Krakowie średnia ceny ofertowej praktycznie się nie zmieniła, bo deweloperzy zaczęli wprowadzać do sprzedaży więcej mieszkań w przedziale cenowym 8-10 tys. zł za m kw., a więc poniżej średniej.

Analizowanie zmian w strukturze cenowej mieszkań utrudnia fakt, że deweloperzy często nie ujawniają cen oferowanych mieszkań w portalach ogłoszeniowych. Na podstawie danych, którymi dysponujemy możemy jednak stwierdzić, że najpewniej wskutek wzrostu kosztów budowy, a przede wszystkim cen gruntów budowlanych, w analizowanych przez nas miastach kurczy się oferta mieszkań w cenie do 7 tys. zł za m kw. Znalezienie mieszkania z ceną poniżej 5 tys. zł za metr graniczy zaś z cudem.

W marcu mniej niż w lutym wprowadzonych zostało na rynek mieszkań z ceną poniżej 8 tys. zł za m kw.  Oczywiście są wyjątki, np. w Łodzi i Lublinie w sprzedaży pojawiło się duża pula mieszkań w cenie 6-7 tys. zł za m kw., a w Lublinie, Gdańsku, Warszawie i Wrocławiu – w przedziale cenowym 7-8 tys. zł za metr.

W Krakowie i Warszawie największy przyrost liczby mieszkań w nowych inwestycjach deweloperskich zaobserwowaliśmy w przedziale cenowym 8-10 tys. zł za m kw. Ponadto we Wrocławiu i Gdańsku na rynek trafiło sporo mieszkań z ceną metra kwadratowego w granicach 10-15 tys. zł. To właśnie te mieszkania powodują wzrost średniej.   Wykres 7 – Struktura cenowa

Mamy też i dobrą wiadomość dla potencjalnych nabywców. Najwięcej wprowadzonych w marcu na rynek mieszkań, to lokale dwu- i trzypokojowe, na które jest największy popyt. W ofercie deweloperskiej jest ich wciąż najwięcej.

Komentarz eksperta

Marek Wielgo, ekspert GetHome.pl

Chętnych na zakup nowych mieszkań nie brakuje. Skuteczną „szczepionką” przeciwko COVID-19 okazały się niskie stopy procentowe. Problem w tym, że deweloperzy nie nadążają z podażą. Np. w Warszawie wprowadzili w marcu do sprzedaży ok. 1,3 tys. mieszkań. Cieszy, że było ich dwukrotnie więcej niż w lutym. Niepokoi, że było ich znacznie mniej niż sprzedanych. Oferta wciąż jest spora. Jednak ci, którzy planują zakup nowego mieszkania muszą się liczyć z tym, że dolna granica cen będzie się przesuwała w górę.

Euro nadal mocne. Dobre dane z Unii Europejskiej

Pomimo lepszych danych w piątek za oceanem trwa dobra passa euro. Powodem są dobre dane z Unii Europejskiej. Patrząc jednak na silny ruch od początku kwietnia, można oczekiwać korekty w najbliższych dniach.

Lepsze dane z Unii Europejskiej

Dzisiaj o 11:00 poznaliśmy dane na temat sprzedaży detalicznej w Unii Europejskiej. Sprzedaż detaliczna w skali roku spada o 2,9%. Teoretycznie jest to zły wynik. Warto jednak pamiętać, że oczekiwania wynosiły 5,4% spadku. W rezultacie tych danych euro zyskuje względem dolara, pomimo tego, że od rana było widać odwrót od euro na rzecz dolara.

Uspokojenie na rynku ropy

Ceny ropy naftowej po osiągnięciu kolejnych maksimów od początku pandemii na początku marca znajdują się w odwrocie. Powodem jest przeszacowanie popytu na surowiec połączony ze wzrostem produkcji. Widać to chociażby po danych z USA, gdzie wyraźnie wzrosła liczba aktywnych wież wiertniczych. W rezultacie presji na ceny ropy w odwrocie jest też rosyjski rubel, który zwyczajowo ma słabsze wyniki, kiedy ropa naftowa tanieje.

Rynek pracy w Kanadzie

W piątek poznaliśmy wyraźnie lepsze od oczekiwań dane na temat sytuacji na rynku pracy z Kanady. Bezrobocie zgodnie z oczekiwaniami spadło wyraźnie w marcu. Analitycy spodziewali się spadku do 8%, faktyczny odczyt wyniósł jednak 7,5%. Powodem takiej zmiany był jednak istotnie większy od spodziewanego przyrost liczby miejsc pracy. Wyniósł on ponad 300 tysięcy przy oczekiwaniach na poziomie około 100 tysięcy. Co dodatkowo ważne, w przeciwieństwie do poprzednich danych składał się on w większości z osób zatrudnionych na pełen etat, a nie na część etatu jak wcześniej. Nie może zatem dziwić, że dolar kanadyjski zakończył tydzień wzrostami.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Do 2030 r. w Europie może brakować ponad 4 mln pracowników medycznych

Jak wynika z raportu „Digital transformation: Shaping the future of European healthcare” firmy doradczej Deloitte, jakość i zakres dostępnych usług ochrony zdrowia poprawia się przy jednoczesnym wzroście skali i złożoności potrzeb systemów opieki medycznej. Pandemia spowodowała nie tylko konieczność daleko idących zmian w tym zakresie, ale przyspieszyła przynajmniej o dekadę tempo cyfryzacji systemu zdrowotnego.

Jak pokazują dane statystyczne, w 2019 r. w Europie żyło ponad 200 mln osób w wieku 65 lat i więcej. Wraz z wydłużeniem się trwania życia Europejczyków wydłuża się też okres, w którym doświadczają problemów zdrowotnych i wymagają bardziej intensywnej opieki medycznej. Dzieje się to po osiągnięciu mniej więcej 64. roku życia i trwa średnio przez kolejnych 17 lat, a trzeba zaznaczyć, że ponad 50 mln ludzi w UE cierpi na więcej niż jedną przewlekłą chorobę. Według szacunków ekspertów Deloitte, większość europejskich państw doświadcza spadku liczby łóżek szpitalnych w przeliczeniu na 1000 mieszkańców. Dodatkowo, ok. jedna trzecia pracowników systemu ochrony zdrowia rozważa rezygnację i odejście z pracy, a już teraz 19 krajów boryka się z problemem niedostatków siły roboczej w swoich systemach opieki zdrowotnej. Jak wynika z raportu, do 2030 r. zabraknie nawet 4,1 mln specjalistów z zakresu medycyny w Europie.

Zastosowanie w systemie usług zdrowotnych i opiekuńczych, przemyślanych oraz efektywnych kosztowo rozwiązań cyfrowych jest konieczne, aby ograniczyć nierówności w zakresie dostępu do tego systemu i poprawić byt obywateli. Główne wyzwania w tym sektorze dotyczą złożoności poszczególnych rozwiązań systemowych, różnych modeli ich finansowania, a także konieczności uwzględnienia poglądów i zaspokojenia potrzeb wielu interesariuszy – mówi Krzysztof Wilk, partner associate w dziale doradztwa podatkowego w Deloitte Polska.

Luka cyfrowa

Jak wynika z raportu Deloitte, w całej Europie rośnie rozbieżność pomiędzy zapotrzebowaniem na opiekę zdrowotną a dostępnością personelu i innych zasobów, jak również świadomość, że transformacja cyfrowa ma zasadnicze znaczenie dla wypełnienia tej luki. Respondenci zapytani o wyzwania w obliczu pandemii COVID-19, najczęściej wskazywali na ograniczenia wynikające z biurokracji (57,4 proc.), koszty nowych rozwiązań technologicznych (50,3 proc.) oraz czasochłonność ich wdrożenia i jak najlepszego dopasowania do konkretnej sytuacji (49 proc.)

Badania pokazują, że chociaż podmioty świadczące usługi opieki zdrowotnej korzystają z coraz większej liczby systemów i usług opartych na technologii, skala ich wdrażania oraz rodzaje i możliwości technologii cyfrowych różnią się znacznie w poszczególnych krajach Europy. Zarówno Komisja Europejska, jak i poszczególne kraje zainicjowały liczne działania mające na celu wsparcie transformacji cyfrowej. Chociaż postępy są widoczne, dojrzałość cyfrowa służby zdrowia różni się zarówno w obrębie poszczególnych krajów, jak i pomiędzy nimi.

Technologiczne wykluczenie nie służy zdrowiu

Coraz więcej ludzi w Europie pragnie aktywnie uczestniczyć w wyborze najlepszych dla siebie usług oraz zarządzać własnymi danymi medycznymi, a także decydować, kto i kiedy ma w nie wgląd. Choć rosnąca liczba pacjentów korzysta z nowoczesnych rozwiązań telemedycznych, nadal duże grono chorych jest zagrożone cyfrowym wykluczeniem – czy to z powodu braku umiejętności, czy też ze względu na niewystarczający rozwój infrastruktury technicznej: 80 mln Europejczyków nie ma dostępu do Internetu, a 28,9 proc. brakuje podstawowych kompetencji informatycznych Jak wynika z raportu, konieczne jest, więc podjęcie działań edukacyjnych, pozwalających na powszechniejszy i bardziej zrozumiały dostęp do cyfrowych systemów zdrowotnych. Najbardziej narażone na niemożność efektywnego korzystania z nowoczesnych systemów ochrony zdrowia są osoby starsze, z terenów wiejskich lub zamieszkujące lokale socjalne, gorzej zarabiające i z niepełnosprawnościami.

Z badania Deloitte przeprowadzonego w 2019 roku na grupie 12 tys. konsumentów wynika, że w Europie nowe technologie medyczne najczęściej używane są do mierzenia przez pacjentów własnej kondycji zdrowotnej. Natomiast największe różnice w odpowiedziach wiązały się z ich przydatnością w wypisywaniu recept.

Z jednej strony badania pokazują, że większość Europejczyków jest zainteresowana nowymi sposobami interakcji i wykorzystania cyfrowych usług zdrowotnych. Z drugiej, bardziej powszechne przyjęcie nowych rozwiązań ograniczają obawy dotyczące niepożądanego użycia naszych danych medycznych oraz wykluczenie cyfrowe – mówi Tomasz Borowy, dyrektor w dziale zarządzania ryzykiem w Deloitte Polska.

Przyspieszenie cyfryzacji

Wybuch pandemii miał wpływ na miliardy ludzi na całym świecie, w tym na miliony pracowników medycznych. Systemy ochrony zdrowia miały niewiele czasu na dostosowanie się do gwałtownie zmieniającej się sytuacji. Wprowadzone wtedy ad hoc zmiany w normalnym trybie zajęłyby lata. W przypadku transformacji cyfrowej eksperci Deloitte oceniają, że pandemia przyspieszyła jej tempo przynajmniej o dekadę.

W badaniu przeprowadzonym na potrzeby raportu prawie 65 proc. respondentów wskazało, że w związku z pandemią COVID-19 ich instytucje zwiększyły wykorzystanie cyfrowych technologii wspierających pracę medyków, a 64,3 proc., że znalazły one zastosowanie także w zdalnym wsparciu i kontakcie z pacjentami. Jednocześnie, o wykorzystaniu cyfrowych rozwiązań najczęściej mówili lekarze pierwszego kontaktu (74,7 proc.), którzy w związku z koronawirusem powszechnie przyjęli właśnie zdalny sposób wstępnej oceny pacjentów.

Jak wynika z raportu Deloitte, zmianie przede wszystkim uległo podejście do roli i znaczenia nowoczesnych technologii w służbie zdrowia. Istniejące do tej pory granice ich użycia uległy przesunięciu lub likwidacji. Dzięki cyfrowej transformacji i przyjęciu wielu rozwiązań na masową skalę, najważniejsze podmioty działające w ramach systemów zdrowotnych zaczęli ze sobą współpracować. Zmieniły się także oczekiwania samych pacjentów, którzy chcą mieć dostęp do opieki medycznej, zawsze, gdy tego potrzebują, poza dotychczasowym modelem obsługi stacjonarnej. Zwiększyła się również świadomość zdrowotna Europejczyków. Jednocześnie, pandemia uwypukliła istnienie wielu istotnych różnic i nierówności w europejskich systemach ochrony zdrowia, które wymagają natychmiastowego działania.

Kierunkiem, w jakim zmierza służba zdrowia jest stworzenie systemu, w którym pacjent posiada jedną kartotekę, dostępną dla wszystkich podmiotów służby zdrowia. Ułatwi to lepszą współpracę nowych lub istniejących już podmiotów, operujących na rynku medycznym i oferowanie nowych usług łączących różne sektory gospodarki. Cyfrowa transformacja systemów ochrony zdrowia pozwoli na dostęp do bardziej dopasowanej do potrzeb pacjenta, mniej skomplikowanej, a przede wszystkim tańszej opieki medycznej – mówi Zuzanna Fernandez, menedżer w Deloitte Digital

O raporcie

Raport „Digital transformation: Shaping the future of European healthcare” powstał we wrześniu 2020 r., w oparciu o przegląd literatury tematu, badanie 1781 lekarzy i pielęgniarek z Danii, Niemiec, Włoch, Holandii, Norwegii, Portugalii i Wielkiej Brytanii, oraz opinie ekspertów z tych krajów nt. obowiązującej w nich polityki i praktycznych rozwiązań w zakresie cyfrowej transformacji systemów zdrowotnych.

Czy klient działającego „w podziemiu” salonu fryzjerskiego czy siłowni może być ukarany mandatem?

Czy klient „podziemnego” salonu fryzjerskiego lub siłowni może dostać mandat za korzystanie z usług? Prawnik: „Argument dotyczący legalności przepisów jest skuteczny”

Lockdown w Polsce trwać będzie przynajmniej do 18 kwietnia. To oznacza, że takie branże jak fitness czy gastronomia nieczynne są w standardowym trybie od niemal… pół roku. Od miesiąca zaostrzono restrykcje i objęły one także salony fryzjerskie i kosmetyczne. Przedsiębiorcy bardzo często nie zgadzają się z ustawodawcą, że ich działalność może stanowić zagrożenie epidemiczne. To spowodowało powstanie swoistego „podziemia”. Salony fryzjerskie przyjmują klientki w ukryciu, kosmetyczki odwiedzają je w domach, a siłownie stały się zrzeszeniami sportowymi, gdzie prowadzone są szkolenia. Kontroli nie brakuje, a przedsiębiorcy nie zawsze wiedzą jak się zachować.  – W ostatnich tygodniach, zwłaszcza po ogłoszeniu trzeciego lockdownu nasi Klienci coraz częściej pytają o to, czy grożą im sankcje za korzystanie np. z restauracji, siłowni, czy salonów fryzjerskich, które kontynuują działalność, pomimo wejścia w życie rozporządzeń zakazujących tego – mówi mec. Marek Jarosiewicz z Kancelarii Wódkiewicz & Sosnowski.

Masowe kontrole siłowni, salonów fryzjerskich i lokali gastronomicznych. Czy klienci powinni się obawiać mandatów?

W ostatnich dniach pojawia się szereg doniesień medialnych o kontrolach policyjnych w siłowniach czy salonach fryzjerskich, które zdecydowały się na kontynuowanie działalności mimo rozporządzeń epidemicznych nakazujących jej zawieszenie.

–  O ile dotychczas nie spotkałem się z orzeczeniem, które co do zasady podważałoby potrzebę wprowadzenia pewnych ograniczeń w codziennym życiu i funkcjonowaniu społeczeństwa, o tyle zdecydowana większość wspomnianych orzeczeń zawiera kategoryczną krytykę sposobu, w jaki wiele spośród tych zakazów i ograniczeń jest  wprowadzanych. Uogólniając, Sądy – w zasadzie zgodnie – podkreślają, że ograniczenia i zakazy prowadzenia określonych rodzajów działalności gospodarczej ustanawiane są w przepisach rozporządzeń, choć powinny one wynikać z aktu prawnego wyższego rzędu, a więc z ustawy – twierdzi mec. Jarosiewicz.

Klienci kontrolowanych siłowni czy salonów fryzjerskich mogą się więc powoływać na  argumenty dotyczące „legalności” lockdownu. Oczywiście mandat czy postępowanie sądowe nadal będą mieć miejsce, ale osoba ukarana będzie mogła dochodzić swoich praw przed sądem:  – Przekładając te elementarne uwagi na sytuacje klientów np. siłowni, czy salonów fryzjerskich, trzeba zaznaczyć, że sytuacja może być różna w zależności od tego, za co konkretnie zostanie wystawiony mandat, czy też za co zostanie nałożona kara. Uważam, że klienci mogą z powodzeniem powoływać się na ten sam argument co przedsiębiorcy, a więc kwestionować legalność przepisów rozporządzeń zakazujących określonych rodzajów działalności – zastrzeżenia co do ich legalności są obecnie w zasadzie powszechne, a ostatnio zostały potwierdzone nawet w przeczeniach Sądu Najwyższego.

Kiedy klient siłowni czy salony fryzjerskiego może dostać mandat? Kością niezgody może stać się… maseczka

Klient idzie na siłownie czy do fryzjera w czasie lockdownu wiedząc, że jest to formalnie zabronione. Bierze więc na siebie pewną odpowiedzialność. Czy to oznacza, że może zostać ukarany? Prawnicy sprawę stawiają jasno:  – Przepisy ustanawiające zakazy prowadzenia określonych działalności adresowane są do przedsiębiorców, a nie do ich klientów, zatem klient nie powinien odpowiadać za wykroczenie polegające na naruszeniu określonego zakazu, którego nie był adresatem.  Inaczej sprawa może przedstawiać się, jeśli mandat lub kara zostaną nałożone z powodu zarzucenia danemu klientowi innego naruszenia niż tylko samego korzystania z usług „zamkniętego” przedsiębiorcy – np. z powodu nie noszenia maseczki. Zwalczanie takiego mandatu będzie zdecydowanie trudniejsze, ponieważ od dnia 29 listopada 2020 r. przepisy regulujące ten obowiązek zostały skorygowane i od tej pory przeważa pogląd, że są już one w pełni legalne. Obowiązek noszenia maseczek obowiązuje m.in. w obiektach handlowych lub usługowych, placówkach handlowych lub usługowych – a więc m.in. w zakładach, które objęte zostały w/w zakazami działalności – tłumaczy mec. Jarosiewicz.

Osoby kwestionujące wystawiony przez Policję mandat powinny odmówić jego przyjęcia. W takich sytuacjach należy spodziewać się, że Policja wystąpi do Sądu z wnioskiem o ukaranie, i w postępowaniu sądowym właśnie należy wówczas bronić się z wykorzystaniem argumentów przywołanych powyżej.

Wpływ pandemii na zachowania e-zakupowe w Europie

Tegoroczna analiza Barometr E-shopper przeprowadzona przez DPDgroup przedstawia wpływ pandemii Covid-19 na zachowania konsumentów oraz sytuację e-sklepów. W minionym roku przybyło 15 milionów nowych e-nabywców, wśród których silniej zaistniała grupa osób powyżej 55 roku życia. W czasie pandemii nastąpił znaczny wzrost sprzedaży żywności w sieci – pomiędzy marcem a grudniem e-sklepy z tym asortymentem odnotowały 95% wzrost transakcji online[1].

  • W 2020 roku nastąpił znaczący wzrost zakupów żywności w sieci.
  • Podejście wielokanałowe jest podstawowym czynnikiem sukcesu e-sprzedawców.
  • Wśród osób, które zaczęły kupować przez Internet, wyłonił się nowy typ nabywcy: e-konsument – senior. Aż 68 % konsumentów z tej grupy uznaje zakupy w sieci za łatwe.
  • Konsumenci oczekują możliwości wyboru terminu doręczenia oraz chcą decydować o jego formie.
  • E-konsumenci bardziej niż kiedykolwiek doceniają produkty i usługi przyjazne dla środowiska.
  • Ponad 70% konsumentów planuje pozostać przy nowych zwyczajach zakupowych również po pandemii.

– Od pierwszej edycji raport DPDgroup Barometr E-shopper co roku dostarcza istotnych informacji na temat ewoluującej branży e-commerce. Ujawnia trendy rynkowe i rzuca światło na upodobania i zachowania Europejczyków kupujących online. Kryzys zdrowia publicznego wywołanego przez Covid-19 zmienił codzienne życie i przyzwyczajenia miliardów ludzi na całym świecie. DPDgroup poddała analizie wpływ tej sytuacji na e-sklepy i e-konsumentów – mówi Jean-Claude Sonet, wiceprezes DPDgroup odpowiedzialny za marketing, komunikację i CSR.

Jeden rok – wiele zmian

Przez ostatni rok konsumenci przyzwyczaili się do kupowania większej liczby produktów w sieci i wyrazili chęć do poznawania nowych marek i sklepów internetowych. W tym czasie zmianie uległy także preferowane formy doręczeń. Z powodu zamknięcia części punktów nadania i odbioru w niektórych krajach Europy w bezprecedensowy sposób wzrosło zapotrzebowanie na doręczenia do domu lub do automatów paczkowych. Wprowadzono też doręczenia bezkontaktowe, które od razu zyskały popularność. Szczególnie cenione okazały się elastyczne opcje dostawy, takie jak możliwość wyboru dnia i godziny doręczenia. Stale rośnie też popularność doręczeń następnego dnia, szczególnie w przypadku towarów łatwo psujących się. Zwiększone zainteresowanie e-commerce wiąże się z koniecznością przyjęcia przez e-sprzedawców podejścia wielokanałowego.

Drugi, jesienny lockdown zwiększył liczbę transakcji detalicznych online i wzmocnił nowe nawyki. Badania pokazały, że ponad 70% konsumentów planuje pozostać przy nich również po pandemii.

Zakupy żywności coraz popularniejsze

Ograniczenia w handlu tradycyjnym spowodowały bezprecedensowy rozwój sprzedaży detalicznej online, w tym produktów pierwszej potrzeby. W 2020 roku rekordowe wzrosty odnotowała kategoria produktów spożywczych, w tym posiłków gotowych do przyrządzenia i gotowych do spożycia. Pomiędzy marcem a grudniem sklepy spożywcze odnotowały 95% wzrost transakcji online[2].

W wyniku pandemii wzrósł także popyt na artykuły z kategorii high-tech, kosmetyki, wyposażenie domu/ narzędzia do majsterkowania i sprzęt sportowy. W tym czasie spadła jednak sprzedaż odzieży i obuwia, które od dawna były ulubioną kategorią zakupową online.

E-zakupy dla starszych konsumentów

W czasie pandemi zwiększyło się zainteresowanie e-zakupami wśrod konsumentów w wieku powyżej 55 roku życia. Z badania wynika, że e-nabywcy z tej grupy decydują się na zakupy w sieci bardziej z konieczności niż z chęci i wykazują wiele zachowań charakterystycznych dla nowicjuszy – kierują się przede wszystkim zaufaniem i mają mniejsze wymagania wobec sposobu doręczenia. Starsi konsumenci preferują dokonywanie zakupów za pośrednictwem komputera stacjonarnego lub laptopa, rzadziej używając urządzeń mobilnych. Nie korzystają też tak często jak młodzi ludzie z mediów społecznościowych. E-konsumenci – seniorzy są bardziej nieufni wobec e-zakupów niż osoby młodsze i rzadziej wykorzystują porównywarki cenowe, systemy rekomendacji czy płatności kartą. Jednak mimo tej ostrożności są zazwyczaj zadowoleni z procesu zakupowego. Aż 68% e-konsumentów – seniorów uważa, że e-zakupy są bardzo proste. Rosnące zainteresowanie e-commerce w tej grupie uzasadnia decyzje e-sprzedawców o podejmowaniu inwestycji dostosowane do ich preferencji.

Coraz wyższa świadomość u konsumentów

Już w ubiegłym roku raport Barometr E-shopper DPDgroup wskazał, że e-nabywcy w Europie oczekują od marek i firm odpowiedzialności za środowisko. W 2020 r. globalne problemy związane z pandemią i ograniczona dostępność do sklepów stacjonarnych skłoniły wielu konsumentów do refleksji nad nawykami zakupowymi i ich wpływem na otoczenie. W rezultacie wzrosła wrażliwość na kwestie zdrowotne, bezpieczeństwo produktów, marnotrawienie żywności oraz działania na rzecz klimatu. Nastąpił więc istotny wzrost rynku towarów z tzw. „drugiej ręki”, zwiększyło się zapotrzebowanie na przyjazne dla środowiska opcje doręczenia oraz zainteresowanie recyklingiem produktów.

– Dzięki analizom przedstawionym w cyklicznych opracowaniach Barometr E-shopper już od lat tworzymy usługi zgodne z preferencjami internautów. Wśród nich są narzędzia włączające odbiorcę w proces doręczenia, m.in. aplikacja mojapaczka.dpd.com.pl czy punkty nadań i odbiorów DPD Pickup dające klientom swobodę i wygodę w korzystaniu z naszych usług. Zgodnie z oczekiwaniami konsumentów przyspieszyliśmy działania mające ograniczyć emisje zanieczyszczeń. Dziś w naszej flocie jeżdżą w centrach miast elektryczne vany i zeroemisyjne rowery cargo. Dzięki nowej organizacji sieci logistycznej skracamy trasy pojazdów LNH i stawiamy kolejne depoty, które wyposażamy w szereg rozwiązań przyjaznych dla środowiska, w tym oświetlenie LED i systemy fotowoltaiczne. Na podstawie analiz Barometr E-shopper poznajemy potrzeby internautów, co pozwala nam podejmować skuteczne działania zwłaszcza w czasie zagrożenia zdrowia publicznego, kiedy to firmy kurierskie pełnią rolę łącznika pomiędzy konsumentami a dostawcami dóbr – mówi Rafał Nawłoka, prezes zarządu DPD Polska

– Handel elektroniczny był jednym z niewielu sektorów, które w wyniku Covid-19 roku zwiększyły dynamikę wzrostu w 2020 roku. Ograniczenie dostępu do sklepów lub całkowite ich zamknięcie w związku z Covid-19 istotnie przyspieszyło rozwój e-commerce na świecie i wyprzedziło oczekiwania branży o 3 do 5 lat. W samej tylko Unii Europejskiej w 2020 roku pojawiło się 15 milionów nowych e-konsumentów. Byliśmy świadkami transformacji, która dokonała się w ciągu zaledwie kilku miesięcy. Istotnej zmianie uległy również preferencje dotyczące kategorii produktów. W tym czasie szczególnie uwidoczniła się świadomość konsumentów i chęć dążenia do zrównoważonego rozwoju – podsumował Jean-Claude Sonet, Wiceprezes DPDgroup odpowiedzialny za marketing, komunikację i CSR.

Więcej informacji na temat wniosków z raportu za 2020 r.: https://dpd.com/pl/wp-content/uploads/sites/260/2021/04/barometr-ecommerce-2020.pdf

Analiza DPDgroup Barometr E-shopper 2020 powstała na podstawie danych z wcześniejszych raportów DPDgroup Barometr E-shopper oraz ze źródeł zewnętrznych.

[1] Żródło: Contentsquare

[2] Żródło: Contentsquare

Teksas uzna bitcoina. Na równi z tradycyjnym pieniądzem

Teksas chce dołączyć do Wyoming i całościowo uregulować status bitcoina i innych kryptowalut. Cyfrowa waluta ma zostać uznana za środek płatniczy na równi z tradycyjnymi pieniędzmi. Dzięki takim zapisom Teksas chce przyciągnąć nowych inwestorów, których skusić ma przewidywalność prawa.

Już pod koniec marca Greg Abbot, gubernator położonego u wybrzeży Zatoki Meksykańskiej stanu, wsparł na Twitterze technologię blockchain „ćwierkając”, że można zaliczyć go do zwolenników wprowadzenia do stanowego prawa regulacji kryptowalutowych. Była to odpowiedź na działania Tana Parkera, reprezentanta jednego z teksańskich okręgów, który przedstawił zmiany w kodeksie handlowym. Parker chce, aby Teksas dostosował swoje prawo do innowacyjnej technologii blockchain i wprowadził regulacje dotyczące aktywów cyfrowych.

– W Teksasie od pewnego czasu możemy zaobserwować szeroki ruch na rzecz uznania kryptowalut za normalny środek płatniczy. Na pierwszej linii frontu jest Texas Blockchain Council. Jest to organizacja, która nie tylko promuje inicjatywy związane z blockchain, ale też edukuje członków stanowego rządu na temat korzyści płynących z technologii blockchain oraz służy radą, gdy politycy szukają merytorycznej wiedzy związanej ze szczegółami dotyczącymi rynku kryptowalut i technologii – opisuje Marcin Wituś, jeden z twórców polskiej giełdy kryptowalut Geco.one.

W Teksasie trwa 87. sesja legislacyjna, to właśnie na niej mogą zapaść kluczowe decyzje dotyczące przyszłości bitcoina. – Niezależne myślenie, innowacje technologiczne i wolność gospodarcza zawsze były cechami charakterystycznymi wielkiego stanu Teksas. Uważamy, że przyszłościowe ustawodawstwo, które zachęca do innowacji, jest najlepszym podejściem, aby Teksas stał się liderem w tej dziedzinie – pisało kierownictwo Blockchain Council w liście do reprezentantów Teksasu.

Stan Teksas wita inwestorów jasnymi regulacjami

Co znajduje się w ustawie, która nadal jest opracowywana w komisji i mogą zostać jeszcze wprowadzone zmiany? Zgodnie z obecnymi zapisami wprowadzono definicje wirtualnej waluty, którą będzie każda „cyfrowa reprezentacja wartości, która funkcjonuje jako środek wymiany”. Ustawa określi też, w jaki sposób można będzie wykorzystać kryptowaluty do dokonywania płatności i sporów kredytowych. Takie regulacje spowodują, że cyfrowe waluty będą stały na równi z tradycyjnym pieniądzem.

Zdaniem ekspertów z Texas Blockchain Council jest to pierwszy krok, który da sygnał firmom i instytucjom używającym technologii blockchain, że stan może być ośrodkiem innowacyjnej działalności. Podkreślają, że przy prowadzeniu biznesu jednoznaczne regulacje prawne wpływają na chęć podejmowania kolejnych inwestycji, bo zmniejszają ryzyko nieprzewidywalnych decyzji sądowych.

– Przyjęcie ustawodawstwa to ogromny plus, ponieważ w większości stanów USA status prawny bitcoina i innych cyfrowych walut jest niejasny, co oznacza, że sędziowie nie mają planu rozstrzygania sporów, a strony nie mają jasności co do swoich praw i obowiązków. Regulacje potencjalnie otwierają drogę do większego handlu walutą. Kolejne instytucje nie będą bały się tam prowadzić swoich interesów, ponieważ widzą, że stan Teksas wita je jasnymi i skutecznymi przepisami – podkreśla Wituś, którego giełda proponuje swoim klientom transakcje na ponad 16 kryptowalutach przy wykorzystaniu bitcoina.

Procedowana ustawa ważna jest też dla wielu firm, które już działają w Teksasie. Stan ten jest domem dla wielu start-upów wykorzystujących blockchain. To tam swoją siedzibę ma np. zdecentralizowana sieć publiczna Hedera Hashgraph czy fundusz hedgingowy kryptowalut Austin Multicoin Capital Management. Również jeden z najbogatszych teksańczyków Mark Cuban, zainwestował w wiele start-upów działających w tej branży, a także pracuje nad uruchomieniem wyselekcjonowanej galerii NFT i platformy handlowej Lazy.com.

Ustawa nie wieńczy dzieła

Nie jest jednak tak, że ustawodawstwo w Teksasie jest idealne. Eksperci zauważyli co najmniej jedną poważną lukę – Projekt nie określa, w jaki sposób pożyczkodawca może ustanowić wykonalny zastaw na wirtualnej walucie. Jest to niepokojące, bo szczególnie w USA nastąpił w ostatnich latach ogromny wzrost pożyczek zabezpieczonych bitcoinem – tłumaczy Marcin Wituś i dodaje, że prawo zastosowane w Wyoming jednoznacznie reguluje kwestie pożyczek czy zastawów.

Co ważne Tan Parker złożył również wniosek do władz Teksasu, aby stworzyć publiczno-prywatną grupę roboczą do spraw blockchain. Miałaby się ona zajmować m.in. regulacjami dotyczącymi się tożsamości cyfrowej, przyjrzałaby się sposobom wykorzystania technologii blockchain do walidacji i zabezpieczania danych uwierzytelniających.

Kto będzie następny?

Jak do tej pory, jedynie stan Wyoming przyjął kompleksowe prawo dotyczące technologii blockchain, ale nie oznacza to tego, że inni biernie przyglądają się sprawie. Już siedemnaście stanów przyjęło bowiem choćby szczątkowe regulacje związane z cyfrowymi walutami i technologiami za nimi stojącymi.

W stanie Nowy Jork prawo pozwala na rozpatrywanie podpisów, zapisów i umów zabezpieczonych za pomocą technologii blockchain w formie elektronicznej. Zadziwiająco ubogo wyglądają regulacje w Kalifornii, centrum innowacyjnego w USA. To tam ma swoją siedzibę Tesla, której szef Elon Musk zainwestował w ostatnim czasie blisko 1,5 miliarda dolarów w zakup kryptowaluty. Zapewnił też, że za produkty jego firmy będzie można płacić bitcoinami. W Kalifornii podobnie jak w stanie Nowy Jork technologia blockchain akceptowana jest tylko do zabezpieczania umów zawieranych elektronicznie.

Podatek u źródła a pożyczka zaciągnięta przez spółkę zagraniczną w zagranicznym banku na zakup nieruchomości w Polsce

Ciekawą sprawę rozpoznał w styczniu tego roku Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach. Dotyczyła ona tzw. podatku u źródła. Niemiecka spółka zaciągnęła pożyczkę w niemieckim banku na zakup nieruchomości w Polsce. Pomimo iż odsetki od tej pożyczki alokowała do źródła przychodu leżącego w Polsce, była pewna, że nie będzie zobowiązana do pobierania podatku dochodowego z tytułu wypłaty odsetek, bo żaden z podmiotów nie jest rezydentem podatkowym Polski. Fiskus był jednak przeciwnego zdania, stwierdzając, że skoro spółka sama przyznaje, iż odsetki mają związek z nieruchomością położoną w Polsce, to i źródło dochodu jest położone w Polsce. Gliwicki sąd orzekł, że to organ jest w błędzie.

Zagraniczna spółka nabyła nieruchomość w Polsce za pożyczkę z Niemiec

Niemiecka spółka osobowa, odpowiednik polskiej spółki komandytowej, została utworzona przez dwie spółki GmbH (odpowiedniczki polskiej spółki z o.o.). Zarówno komandytariusz, jak i komplementariusz podlegają opodatkowaniu podatkiem dochodowym od całości swoich dochodów w Niemczech, bez względu na miejsce ich osiągania. Spółka będąca komplementariuszem ponosi odpowiedzialność całym swoim majątkiem za zobowiązania spółki osobowej. Nie ma udziałów w zyskach ani w majątku spółki. Cały udział w zyskach przypada więc spółce będącej komandytariuszem.

Niemiecka spółka zarejestrowała się w Polsce jako czynny podatnik VAT. W 2016 r. nabyła tu nieruchomość gruntową wraz z budynkiem biurowym i pozostałymi składnikami majątkowymi. Spółka osiąga w Polsce dochody z tytułu wynajmu nieruchomości komercyjnych. Rozliczane są one przez komandytariusza. Zakup tej nieruchomości został częściowo sfinansowany zaciągniętą w niemieckim banku pożyczką. Dlatego też spółka dokonuje alokacji odsetek od tej pożyczki do źródła dochodu położonego w Polsce. Odsetki spłaca częściowo z niemieckiego, a częściowo z polskiego rachunku. Spółka była przekonana, że odsetki te nie będą podlegały opodatkowaniu w Polsce podatkiem u źródła.

Podatek u źródła

Spółka przywołała regulację art. 3 ust. 2 i ust. 3 pkt 5 polskiej ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, zgodnie z którą podatnicy niemający na terytorium Polski siedziby lub zarządu podlegają obowiązkowi podatkowemu tylko od dochodów osiąganych na terytorium Polski. Za dochody te uważa się w szczególności dochody z tytułu należności regulowanych, w tym stawianych do dyspozycji, wypłacanych lub potrącanych przez osoby fizyczne, osoby prawne albo jednostki organizacyjne nieposiadające osobowości prawnej, mające miejsce zamieszkania, siedzibę lub zarząd na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, niezależnie od miejsca zawarcia umowy i wykonania świadczenia.

A zatem, skoro w tej sprawie dochody z odsetek uzyskuje niemający siedziby ani zarządu w Polsce bank, dochody te pochodzą od spółki, która również nie ma siedziby ani zarządu na terytorium Polski, to bez znaczenia są okoliczności, że część płatności odsetek następować będzie z polskiego rachunku bankowego spółki. Posiłkując się także zawartą między Polską a Niemcami umową ws. unikania podwójnego opodatkowania, spółka była pewna, że rozliczenia odsetkowe dokonywane pomiędzy dwoma zagranicznymi podmiotami nie wywołają żadnych skutków w podatku dochodowym w Polsce. Stąd nie będzie ona jako płatnik zobowiązana do poboru zryczałtowanego podatku z tytułu wypłacanych bankowi odsetek.

Dwudziestoprocentowy podatek od przychodów z odsetek

Dyrektor KIS uznał, że dochody uzyskiwane z tytułu zarządzania nieruchomością położoną w Polsce, muszą być w Polsce opodatkowane, a zobowiązanymi podatnikami będą wspólnicy spółki. Organ wskazał, że spółka sama przyznała, iż płacone przez nią odsetki od pożyczki związane są z przychodami osiąganymi z nieruchomości położonej w Polsce. Dlatego też odsetki te powinny zostać opodatkowane zryczałtowanym podatkiem od osób prawnych zgodnie z art. 21 ust. 1 pkt 1 ustawy o CIT. Wskazany przepis stanowi, że podatek dochodowy z tytułu przychodów z odsetek uzyskanych na terytorium RP przez podatników niemających w RP siedziby lub zarządu wynosi 20% przychodów.

Źródłem odsetek jest umowa pożyczki, a nie nieruchomość

Rozpoznający skargę spółki sąd przyznał, że w świetle łączącej Polskę i Niemcy umowy ws. unikania podwójnego opodatkowania dochód, jaki uzyskują wspólnicy spółki z nieruchomości w Polsce, podlega opodatkowaniu CIT w Polsce. Jak bowiem stanowi art. 6 ust. 1 tej umowy, dochód osiągany przez osobę mającą miejsce zamieszkania lub siedzibę w umawiającym się państwie z majątku nieruchomego położonego w drugim umawiającym się państwie, może być opodatkowany w tym drugim państwie. Ale tego akurat w niniejszej sprawie spółka nie neguje.

Sąd zwrócił uwagę, że umowa pożyczki jest stosunkiem zobowiązaniowym łączącym pożyczkodawcę z pożyczkobiorcą, a podstawą do wypłaty odsetek z jej tytułu jest najczęściej sama umowa pożyczki. Dlatego nie nabyta dzięki pożyczce nieruchomość, a sama pożyczka stanowi źródło odsetek. W przedmiotowej sprawie zagraniczna spółka zaciągnęła pożyczkę w banku również niebędącym rezydentem Polski. Źródło dochodu z odsetek leży więc tam, gdzie rezydencja dłużnika. Dodatkowo sąd podkreślił, że nawet gdyby przyjąć za organem podatkowym, że źródło odsetek położone jest w Polsce, to i tak, z uwagi na dwustronną umowę ws. unikania podwójnego opodatkowania zawartą między Polską a Niemcami, dochód z ich tytułu nie podlegałby opodatkowaniu w Polsce.

„…źródłem dochodu Banku jest wspomniana umowa pożyczki, a nie Nieruchomość. (…) znajduje się tam, gdzie jest miejsce rezydencji dłużnika (…) bez względu na postanowienia art. 11 ust. 2, odsetki, o których mowa w art. 11 ust. 1, podlegają opodatkowaniu tylko w Umawiającym się Państwie, w którym odbiorca odsetek ma miejsce zamieszkania lub siedzibę, jeżeli odbiorca ten jest osobą uprawnioną do odsetek i jeżeli takie odsetki są wypłacane w związku z jakąkolwiek pożyczką udzieloną przez bank” (wyrok WSA w Gliwicach z 20 stycznia 2021 r., sygn. akt I SA/Gl 969/20).

Podsumowanie

Jak widać, dla ochrony majątku firmy przed nadmiernym czy też nienależnym opodatkowaniem niezbędna może się okazać nie tylko znajomość przepisów regulujących kwestie podatkowe, ale również i cywilnoprawne materie dotyczące stosunków zobowiązaniowych. Pomimo alokowania odsetek od pożyczki zaciągniętej na zakup nieruchomości w Polsce spółka nie była zobowiązana do odprowadzenia podatku u źródła, bowiem to nie nieruchomość, a stosunek zobowiązaniowy pożyczki był źródłem przychodu z odsetek. Dokonując inwestycji czy podejmując inne działania w obrocie gospodarczym, warto przeprowadzić audyt prawny planowanego przedsięwzięcia, tak aby nie narazić przedsiębiorstwa na niepotrzebną utratę majątku.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Tylko masowe szczepienia pomogą wrócić na tory rozwoju gospodarczego. Jak najszybciej trzeba je umożliwić w zakładach pracy

Od ponad roku Polska, Europa i cały świat walczą z pandemią koronawirusa. Przestrzeganie zasad, dezynfekcja, dystans i maseczki nie dają jednak wystarczających efektów – w ostatnich dniach w Polsce notujemy bardzo dużą ilość zachorowań. Na szczęście medycyna kosztem wysiłku wielu tysięcy naukowców opracowała skuteczne szczepionki chroniące przeciw ciężkim objawom i śmierci na COVID-19.

Jako branża motoryzacyjna mamy w Polsce kilkanaście fabryk motoryzacyjnych i oponiarskich. Przy produkcji pojazdów, części i opon zatrudnionych jest blisko 200 tys. pracowników. Od ponad roku, czyli od momentu ogłoszenia pandemii, jeszcze bardziej dbamy o ich zdrowie oraz bezpieczeństwo i dlatego wprowadziliśmy bardzo restrykcyjne zasady bezpieczeństwa.  Wciąż jednak można zrobić więcej. Dlatego bardzo duże nadzieje wiążemy z akcją masowych szczepień i z planami organizacji przez pracodawców punktów szczepień w zakładach pracy.

Jesteśmy przekonani, że to jeden ze sposobów, aby udało się osiągnąć poziom 80-90% zaszczepionych w Polsce. Według naukowców zajmujących się chorobami zakaźnymi, jest to gwarancją zdławienia pandemii, otwarcia granic, a także powrotu na ścieżkę inwestycji, stabilizacji zatrudnienia oraz przywrócenia rozwoju gospodarczego.

Już od dawna tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym – lekarzom, pielęgniarkom, ratownikom i naukowcom. Doceniając ich wysiłki szczególnie teraz powinniśmy zdecydować się na przyjęcie odpowiedzialnej postawy za zdrowie własne, naszych najbliższych oraz wszystkich członków naszych społeczności i przyjąć szczepionkę. To warunek nie tylko do pokonania pandemii i utrzymania stabilizacji gospodarczej i ekonomicznej, ale także kwestia odpowiedzialności w przezwyciężeniu ekonomicznych skutków pandemii i solidarności wobec naszych współpracowników, rodzin, sąsiadów i współobywateli.

Mamy nadzieję, że pomogą w tym szczepienia, które zgodnie z zapowiedziami rządu w ciągu kilku tygodni będą zorganizowane także w zakładach pracy. W tym miejscu jeszcze raz apelujemy o jak najszybsze stworzenie możliwości szczepienia pracowników na terenie zakładów pracy przez przeszkolony personel i tym samym znaczne przyśpieszenie procesu szczepienia Polaków. Wierzymy, że wspólnie zwyciężymy i szybko wrócimy do czasów sprzed pandemii.

PZPO i PZPM

Około 5 procent firm zajmujących się ochroną osób i mienia może zniknąć z rynku. Nowa minimalna stawka godzinowa: zwolnienia pracowników i znikające firmy branży ochrony

Około 5 procent firm zajmujących się ochroną osób i mienia może zniknąć z rynku, zaś zatrudnienie w świadczących takie usługi przedsiębiorstwach dla dużych obiektów handlowych spaść może od 30 do nawet 60 procent. Wszystko przez panujący obecnie kryzys i wprowadzoną mimo to od początku roku minimalną stawkę godzinową w nowej, zrewaloryzowanej, wersji – wynika z prognozy Polskiego Holdingu Ochrony. Utrata kontraktów lub brak rentowności w wyniku braku możliwości wynegocjowania nowych stawek dla pracowników to główna, bezpośrednia, tego przyczyna. Holding wskazuje też branże, które okazały się dla związanych z ochroną szczególnie „zabójcze”. Zwraca poza tym uwagę, że przez wynikający z kłopotów firm niższy wpływ składek do ZUS, należy też liczyć się ze znacznym odpływem osób z niepełnosprawnością z branży ochrony. Bardzo często praca w niej jest dla nich przecież jedynym źródłem utrzymania – przypomina Polski Holding Ochrony.

Spowodowane pandemią faktyczne wyłączenie lub znaczne ograniczenie świadczenia zamawianych przez firmy z różnych branż usług zewnętrznych – w tym przede wszystkim ochrony, a także sprzątania, prania czy cateringu – stało się widoczne już wiosną 2020 roku. Mimo częściowego odblokowania funkcjonowania wielu gałęzi gospodarki późną wiosną i latem, liczba realizowanych zleceń przez zewnętrznych dostawców usług obniżyła się o około 20 – 30 procent w stosunku choćby do analogicznego okresu w 2019 roku. Sytuacja znów pogorszyła się na jesieni i na początku zimy, kiedy rząd nakazał zamknięcie gastronomii, galerii handlowych czy obiektów sportowych.

– Zwróciliśmy się wtedy z apelem do premiera o zawieszenie mającej wejść od nowego roku w życie minimalnej płacy i stawki godzinowej w zrewaloryzowanej jak co roku wersji aż do momentu osiągniecia przez gospodarkę większej stabilizacji – przypomina Sławomir Wagner przewodniczący rady nadzorczej Polskiego Holdingu Ochrony (PHO), a jednocześnie były, długoletni prezes Polskiej Izby Ochrony, dodając, że wskazywały na to zarówno oficjalnie podawane dane gospodarcze, jak i badanie, nad którym Holding rozpoczął pracę jeszcze pod koniec 2020 roku. Miało ono udzielić odpowiedzi na pytania dotyczące dalszej sytuacji na rynku ochrony, a pamiętać warto, że według ostrożnych danych znajduje w nim zatrudnienie co najmniej 250 tys. osób, co czyni z tej branży najliczniejszą gałąź usług w Polsce.

Jak wskazuje Sławomir Wagner, w czasie trwania pandemii w 2020 roku największe straty poniosły firmy sektora security mające w swoim portfelu w przeważającej ilości kontrakty od dużych odbiorców ich usług, które na podstawie decyzji rządu były zamykane lub w znacznym stopniu ograniczano ich działalność. – Lockdown tych branż doprowadził do weryfikowania dotychczasowych kontraktów w kierunku ograniczenia lub wręcz likwidacji ochrony ich obiektów – mówi Sławomir Wagner. Z informacji, jakie wraz z innymi specjalistami pracującymi nad tym badaniem pozyskał od firm sektora security wynika, że rozkład strat tych przedsiębiorstw zależy od rodzaju świadczonej usługi i dla jakiej branży są one świadczone.

  • Sławomir Wagner zwraca uwagę, że największą stratę poniosły firmy specjalizujące się w ochronie galerii handlowych. Wynosi ona aż od 70 do nawet 90% dotychczasowej wartości kontraktów. – Najgorsza jest w ich przypadku niepewność, bowiem, mimo zapowiedzi odblokowania tego segmentu usługodawców, może dojść przecież z dnia na dzień do ponownego ich zamknięcia bądź znacznego ograniczenia działalności. Chroniące duże obiekty handlowe firmy też inwestują, przygotowując przestrzenie sklepowe pod kątem antyepidemicznym. To pogłębia ich stratę i jest dodatkowym czynnikiem pogarszającym stan, w jakim dziś znajdują się podmioty zapewniające bezpieczeństwo w tzw. dużym handlu – przypomina Sławomir Wagner.
  • Wskazuje on także, że podobny poziom strat poniosły firmy zajmujące się bezpieczeństwem i ochroną wszelkiego rodzaju imprez masowych, w tym także sportowych. I tu też mamy do czynienia z zakazem ich organizowania. Dotyczy to również obiektów takich jak baseny, aquaparki i wojewódzkie ośrodki sportu i turystyki, które ograniczyły ochronę swoich obiektów do niezbędnego minimum.
  • Również firmy realizujące usługi ochrony dla hoteli, restauracji i kawiarni, klubów fitness i siłowni sygnalizują straty wartości kontraktów na poziomie 60-90%.
  • Straty poniosły też firmy zajmujące się konwojowaniem lub inkasem gotówki. Niedziałające branże odnotowują brak wpływów, zatem, zdaniem Sławomira Wagnera, nie ma powodów, by zamawiać ochronę do odbioru utargów. W tym segmencie usług straty sięgają 40% dotychczasowych przychodów.
  • Najmniejsze straty poniosły firmy mające w swoim portfelu kontrakty publiczne zawierane na podstawie ustawy o zamówieniach publicznych oraz firmy realizujące usługi dla kontrahentów nie podlegających restrykcjom epidemicznym (np. centra logistyczne).
    – Jedyną bolączką, jak co roku od paru lat, jest przekonanie odbiorców ich usług do zmiany stawek kontraktowych w wyniku podniesienia minimalnej płacy i minimalnej stawki godzinowej. Niestety i budżety tych kontrahentów nie są „z gumy”, a wielu z nich „pandemię” stawia jako słowo „kluczyk”, aby uniknąć negocjacji, co spowodowało, że nie wszędzie udało się wynegocjować zmianę stawek – zauważa Sławomir Wagner i na podstawie szacunków PHO podaje, że strata dla firm z tego powodu wynosi 5 -10% dotychczasowych przychodów.

 

– Poniesione przez firmy ochrony straty, w wyniku pandemii i wprowadzanych lockdown-ów, siłą rzeczy pociągają za sobą likwidację stanowisk pracy, a w konsekwencji redukcję zatrudnienia. Ilościowe zmniejszanie się pracowników w całej branży, które w szczytowym okresie szacowane było na nawet ponad 300 tys. osób, nastąpiło po 2016 roku, jako pokłosie ozusowania umów cywilno-prawnych i wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej – odnotowuje Sławomir Wagner, którego zdaniem tendencja ta, jako efekt panującej pandemii, w dalszym ciągu się utrzymuje, czego rezultatem jest kolejny ok. 10% spadek ilości pracowników w branży. Jest to oczywiście wynik uśredniony.
– Największą redukcję zatrudnienia odnotowały firmy z segmentu – ochrona galerii handlowych, imprez masowych, hoteli, restauracji i klubów fitness, gdzie można mówić o redukcjach na poziomie między 30 a 60%. Sytuacja ta odbija się przecież na zleceniobiorcach czyli prowadzących działalność w tym zakresie – uważa Sławomir Wagner. Wskazuje, że utrata kontraktów lub brak rentowności w wyniku niewynegocjowania nowych stawek, doprowadziła do likwidacji firm lub idąc za „podpowiedzią wiceministra finansów” do podjęcia próby przeorientowania się na inny rodzaj działalności. – Według naszych szacunków jest to poziom ok. 5% firm branży i sporo przemawia za tym, że będzie się jeszcze zwiększał – przewiduje Sławomir Wagner.

 

Zwraca uwagę na jeszcze jedną stratę, jaką ponoszą przedsiębiorstwa zajmujące się ochroną osób i mienia w wyniku trwającej pandemii. Strata, o której mówi, wynika ze wzrostu kosztów ich działalności związanych ze zwiększoną ilością zwolnień i kwarantann na skutek COVID19.

 

– Firmy, kalkulując stawki kontraktowe na 2020 rok, uwzględniały w nich absencję chorobową swoich pracowników. Dokonywały jej na podstawie własnych wyliczeń średniej absencji chorobowej zatrudnionych pracowników lub korzystały z publikowanego przez ZUS opracowania o absencji chorobowej w 2018 roku (opublikowanego w 2019). Z tego opracowania wynikało, że łączna liczba absencji chorobowych przypadających na ubezpieczonego w 2018 roku wyniosła 36,31 dni, co daje średnio 3,03 dni absencji w każdym miesiącu – tłumaczy Sławomir Wagner i kontynuuje, że 2020 rok wywrócił te kalkulacje do góry nogami. – Bo oprócz liczby w miarę stałej corocznej absencji, doszła od marca absencja w wyniku zakażeń koronawirusem oraz dodatkowo absencja wynikająca z przymusowej kwarantanny – mówi Sławomir Wagner i podaje dane ZUS (Dane ZUS o przyczynach L4 – Na co najczęściej chorowali Polacy w I półroczu 2020 roku? – prawo.pl): „W okresie marzec-czerwiec 2020 r. zarejestrowano w ZUS 19,1 tys. zaświadczeń lekarskich wystawionych z tytułu COVID-19 na łączną liczbę 242,6 tys. dni absencji chorobowej. Natomiast liczba zaświadczeń lekarskich w tym okresie w związku z kwarantanną wyniosła 46,3 tys. i wystawiona była na 553,9 tys. dni absencji chorobowej.”

Średnia liczba dni absencji chorobowej w II kw. 2019 roku (wg tego samego źródła) wyniosła więc 59 842,75 tys. Natomiast w II kw. 2020 roku tylko z powodu koronawirusa i kwarantanny absencja wyniosła 796,5 tys. dni.

– A zatem patrząc r/r nastąpił tu wzrost aż o 33%. Należy przy tym dodać, że nie był to kwartał o najwyższym wzroście zakażeń. Można zatem prognozować, że na koniec 2020 roku będzie on jeszcze wyższy i może osiągnąć pułap 50% lub więcej procent – prognozuje Sławomir Wagner. Jakie ma to konsekwencje dla samych firm i dla systemu ubezpieczeń społecznych?

– Dla przedsiębiorstw trudniących się ochroną, które muszą dodatkowo ponosić koszty związane wynagrodzeniem za czas niezdolności do pracy i zatrudnieniem kolejnych pracowników, by spełnić kontraktowe wymagania, jest to ewidentna strata na zysku. W krańcowych przypadkach, gdy kontrakt był od początku nastawiony na mały zysk, okazać się może, że jego rentowność spadła do zera. Decyzja może być tylko jedna – stwierdza Sławomir Wagner i dodaje, że budżet państwa  ponosi z tego tytułu znaczną stratę.

 

– Budżet państwa oparty jest o „daniny” przekazywane przez przedsiębiorców w postaci podatków z PIT, CIT i VAT. Jeśli firmy tracą kontrakty lub są one ograniczane, to siłą rzeczy te wpływy będą mniejsze. Również ZUS otrzyma mniej w wyniku zmniejszenia zatrudnienia, bo będzie niższa podstawa naliczania składek – uważa Sławomir Wagner i dodaje, że mniejsze przychody firm, a w konsekwencji redukcje zatrudnienia w efekcie mogą przełożyć się na zwalnianie osób niepełnosprawnych, których w branży jest między 10-15% – Jeśli dla pracodawców zatrudnianie takich osób stanie się nieopłacalne, to zostaną oni po prostu wypchnięci na margines życia społeczności – przypuszcza Sławomir Wagner, przypominając, że dla wielu z nich praca w ochronie, oprócz źródła utrzymania, często jedynego, to także możliwość uczestniczenia w normalnym życiu. To bowiem gwarantuje osobom z niepełnosprawnością zatrudnienie w usługach security, dając im dodatkowo poczucie stabilności.

 

 

– To jedna z pierwszych branż, która reaguje na wszelkiego rodzaju zachwiania czy „rewolucyjne zmiany” w systemie prawnym i gospodarczym państwa – uważa Sławomir Wagner i tłumaczy, że dla wielu odbiorców jej usług stanowi ona tzw. czysty koszt, nieprzekładający się wprost na ich wynik gospodarczy, a w przypadku klientów indywidualnych stanowi dodatkowe obciążenie ich budżetów, Ma tu na uwadze wpływające na koszt funkcjonowania tego rodzaju usług ozusowanie umów zlecenia (od 2016 roku) i minimalną stawkę godzinową, corocznie waloryzowaną wraz z minimalnym wynagrodzeniem za pracę. – Skutkowało to dotąd ograniczeniami w dotychczasowych kontraktach, a nawet ich całkowitym rozwiązywaniem – przypomina Sławomir Wagner, powołując się na zmniejszające się dotychczasowe przychody firm o ok 20 % w okresie lat 2016-2019. – Ten spadek byłby jeszcze większy, gdyby nie to, że wyhamowany został poprzez zaproponowanie dotychczasowym klientom nowoczesnych i wysoko zaawansowanych technologicznie rozwiązań technicznych w zakresie ochrony osób i mienia – deklaruje Sławomir Wagner. Przekonany jest, że 2020 rok, w wyniku dotarcia do Polski pandemii COVID 19 i wprowadzanych co jakiś czas nakazów, zakazów i ograniczeń dla przedsiębiorców, pogłębił tendencję spadkową branży.

– Aby to przynajmniej powstrzymać, mając na względzie to, że dla wielu zatrudnionych w ochronie osób, często bardzo w nią zaangażowanych, to jedyne źródło utrzymania, chcieliśmy, aby rząd poczekał z wprowadzaniem nowej, wyższej wersji minimalnej stawki godzinowej. Złożony na ręce pana premiera apel w tej sprawie został niestety zignorowany. Skutkować to może ziszczeniem się negatywnych scenariuszy, które kreślimy – zarówno w obszarze spadku zatrudnienia, w tym także osób z niepełnosprawnością, jak i w odniesieniu do liczby podmiotów gospodarczych świadczących usługi ochrony – podsumowuje Sławomir Wagner, dla którego pewne jest, że mamy dziś do czynienia z kolejnym uszczupleniem dochodów branży ochrony przy zwiększeniu obciążeń narzuconych przez państwo.

Od 1 stycznia minimalna stawka godzinowa wynosi bowiem 18,30 złotych a minimalne wynagrodzenie za pracę 2800 zł.

Banki podnoszą opłaty, czekając na orzeczenie w sprawie franków

„Pandemia znacząco negatywnie odbiła się na wynikach polskich banków. Według danych GUS zysk netto wszystkich polskich banków wyniósł w 2020 roku 7,5 mld zł, czyli aż o 45,3 proc. mniej niż rok wcześniej. Zmienia się także struktura przychodów banku, coraz mniej zarabiają na marży odsetkowej – tu zanotowano spadek przychodu o 4,3 proc., więcej zaś na opłatach i prowizjach – wzrost o 11,2 proc. Na tak znaczący spadek zysków miała wpływ także konieczność tworzenia rezerw, związanych ze zwiększonym odsetkiem niespłacanych kredytów, a także rezerw na problematyczne kredyty we franku. Wyniki polskich banków za pierwszy kwartał 2021 r. poznamy na przełomie kwietnia i maja, czyli jeszcze przed wyrokiem w sprawie franków. Te wyniki powinny pokazywać już pierwsze trendy związane z odbudową po pandemii, w której banki odgrywają
ważną rolę”.

„Polskie banki czeka miesiąc niepewności. Sąd Najwyższy postanowił kolejny raz przenieść, z 13 kwietnia na 11 maja, wydanie orzeczenia dotyczącego kredytów we frankach szwajcarskich. Stawka jest poważna, bo będzie to na pewno najważniejsze orzeczenie sądowe w historii polskiej branży finansowej, a może nawet najważniejsze orzeczenie w ogóle. Warto przypomnieć, że skutki finansowe szeroko komentowanego orzeczenia dotyczącego Tomasza Komendy to 12,8 mln zł (zadośćuczynienia i odszkodowania), w przypadku banków możliwe skutki finansowe znajdują w przedziale od 30 do nawet ponad 200 mld zł. Wiele zależy w tym zakresie od tego, jakie rozwiązanie przewalutowania kredytów przyjmie sąd. Izba Cywila Sądu Najwyższego odpowie na 6 pytań, które dotyczą tego, jak ukształtować umowę kredytową, gdy część z jej zapisów została uznana za niezgodne prawem i tym samych usunięta”.

„Skutki orzeczenia mogą poważnie uszczuplić kapitały banków, które udzielały kredytów we frankach. Jednak według analiz ta sprawa nie powinna zachwiać Polskim systemem finansowym. Choć jeśli koszty orzeczenia będą wnosić więcej niż 35 mld zł (tyle wynosił koszt przewalutowania według propozycji przewodniczącego KNF), możemy spodziewać się istotnych skutków dla banków. W pierwszej kolejności przecen akcji tych z dużym portfelem kredytowym we frankach. W takiej sytuacji banki z powodu ubytku kapitału będą zmuszone do zmniejszenia akcji kredytowej, co może odbić się na stanie gospodarki”.

„Największy polski bank PKO Bank Polski zapowiedział, że zawiążę na potrzeby rozwiązywania problemu kredytów frankowych specjalny fundusz o wartości do 6,7 mld zł. Tak bank szacuje swoje koszty właśnie według propozycji przewodniczącego KNF. Obecnie kurs akcji PKO BP wynosi 32,15 zł, a akcje odrobiły już większość strat związanych z pandemią. Warto jednak zauważyć, że najwyższą cenę, wynoszącą prawie 60 zł, akcje PKO BP notowały w lipcu 2007, czyli właśnie w czasie gdy kredyty we walutowe we franku były udzielane. Obecny kurs banku, znacznie niższy od rekordowych poziomów, to właśnie w dużym stopniu efekt niepewności, jaka panuje w związku z tymi kredytami. Podobną sytuację możemy także obserwować w przypadku innych polskich banków, najwięcej kredytów frankowych poza PKO BP posiadają jeszcze mBank (główny udziałowiec Commerzbank), Bank Millennium (główny udziałowiec Banco Comercial Portugues), Getin Noble
Bank, Santander Bank Polska oraz BNP Paribas”.

Paweł Majtkowski, analityk eToro na polskim rynku

Cyfrowa Polska i Obserwatorium.biz uczą firmy, jak prowadzić „biznes bez papieru”

Związek Cyfrowa Polska wspiera i edukuje polskich przedsiębiorców w dostosowywaniu  do zmian cyfrowych. W tym celu  wspólnie z Obserwatorium.biz oraz partnerami: Asseco, Certum oraz Samsung, przygotował specjalny e-poradnik, który ma pomóc polskim firmom  rozpoczęcie cyfryzacji  poprzez wdrożenie idei paperless. Projekt powstał w ramach ogólnopolskiej kampanii  #BiznesBezPapieru.

Poradnik pt. „Przełącz się na #BiznesBezPapieru, czyli jak bezpiecznie wprowadzić firmę w cyfrowy świat” opracowany przez ekspertów Cyfrowej Polski i Obserwatorim.biz składa się z trzech części. Pierwszy poświęcony jest ogólnym zagadnieniom dotyczącym cyfryzacji przedsiębiorstw oraz idei paperless. Drugi pokazuje konkretne rozwiązania i narzędzia. Z kolei trzeci zawiera praktyczne porady – krok po kroku – dotyczące tego, jak skutecznie wdrożyć paperless w organizacji. W poradniku opisane są również przykładowe wdrożenia, które mogą służyć firmom i organizacjom jako przykład. – Naszym założeniem było to, żeby w jak najprostszy sposób pokazać przedsiębiorcom, że rozpoczęcie cyfryzacji w firmie nie musi być trudne i że warto to zrobić – mówi prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik. ­– Decyzja o wejściu na cyfrową ścieżkę rozwoju to dobra i w obecnych czasach niezbędna inwestycja, która z pewnością się zwróci. Z kolei stanie w miejscu może przynieść firmie nie tylko straty, ale może się okazać za jakiś czas, że nie ma już dla niej miejsca na innowacyjnym rynku – dodaje.

­– Transformacja cyfrowa to złożony proces, wymagający dogłębnej analizy potrzeb i możliwości danej organizacji, odpowiedniego przygotowania oraz planu. Wiem, że są przedsiębiorcy, którzy mają obawy przed podjęciem tego wyzwania. Główną barierą jest konieczność zmiany dotychczasowych strategii i procesów oraz brak znajomości odpowiednich narzędzi i umiejętności ich wykorzystania. Wierzę, że ten e-poradnik będzie dla nich impulsem do realizacji tego przedsięwzięcia oraz pewnego rodzaju przewodnikiem pokazującym dostępne możliwości i rozwiązania. Cyfryzacja nie jest już bowiem wyborem, jest koniecznością  – zaznacza Andrzej Dopierała, Prezes Zarządu, Asseco Data Systems S.A.

Rusza X. edycja Konferencja Rada Nadzorcza

Po raz 10-ty, najwybitniejsi eksperci i praktycy corporate governance wezmą udział w spotkaniu „Konferencja Rada Nadzorcza”, która wyjątkowo w formule online odbędzie się 22-23 kwietnia 2021 r. Zwieńczeniem wydarzenia będzie wręczenie wyróżnień Człowiek Corporate Governance 2020 oraz 2021 roku.

Konferencja Rada Nadzorcza to pierwszoplanowe wydarzenie w Polsce poświęcone praktycznym aspektom sprawowania kontroli, nadzoru właścicielskiego i funkcjonowania rad nadzorczych. Od dekady, główną ideą konferencji jest edukacja i kształtowanie postaw uwzględniających korzyść dla wszystkich interesariuszy spółki. W związku z tym, goście uczestniczą w szeregu debat i paneli poruszających tematykę problemów i wyzwań stojących przed nadzorem właścicielskim. W tym roku tematem przewodnim będzie Corporate Governance – czyli G z ESG (ang. Environmental, Social and Corporate Governance).

Nowa formuła – 2 dni online

Z uwagi na pandemię i związane z nią obostrzenia formułę spotkania przeniesiono do Internetu, a czas trwania wydłużono do 2 dni. 22 kwietnia 2021 r. – pierwszy dzień konferencji został zaplanowany na wzór posiedzenia rady nadzorczej – otwarcie, następnie wykład wprowadzający pt. „Kompas etyczny spółki publicznej” oraz 4 debaty na temat aktualnych wyzwań rad nadzorczych: ESG w praktyce rad nadzorczych, współpraca z biegłym rewidentem, nowelizacja Kodeksu Spółek Handlowych oraz ład korporacyjny w spółkach komunalnych. Dzień zwieńczy wręczenie wyróżnienia „Człowiek Corporate Governance 2020” i „Człowiek Corporate Governance 2021”, którego ideą jest uhonorowanie osób, które poprzez swoją pracę wnoszą ogromny wkład w budowę i rozwój ładu korporacyjnego w Polsce. W gronie dotychczasowych laureatów znajdują się takie osobistości, jak Andrzej S. Nartowski i Wiesław Rozłucki. Drugi dzień, tj. 23 kwietnia 2021 r., wypełni natomiast 20 prelekcji uwzgledniających praktycznie wszystkie obszary z dziedziny funkcjonowania nadzoru właścicielskiego, rad nadzorczych i corporate governance.

Wśród zaproszonych gości znaleźli się najlepsi eksperci m.in. Liliana Anam, Agnieszka Baklarz, Krzysztof Burnos, Robert Dyrcz, Raimondo Eggink, Justyna Halaś, Piotr Karlik, Wiesław Łatała, Sylwia Kozłowska, Andrzej S. Nartowski, Milena Olszewska-Miszuris, Wiesław Rozłucki, Piotr Rybicki, Kazimierz Sedlak, Roman Seredyński, Agnieszka Słomka-Gołębiowska i wielu innych.

– 10-ta jubileuszowa Konferencja Rada Nadzorcza organizowana w tym roku w formule online to zupełnie nowe wyzwanie. Epidemia wprowadziła wiele ograniczeń, w tym chyba to najważniejsze – możliwość swobodnego spotkania się i wymiany doświadczeń, ale również daje nowe możliwości – wystarczy „kliknąć” i już się jest uczestnikiem. I to pełnoprawnym uczestnikiem największego wydarzenia corporate governance w Polsce! – mówi Piotr Rybicki, organizator Konferencja Rada Nadzorcza. – Gdy w 2011 roku po raz pierwszy odbyła się Konferencja Rada Nadzorcza – nie przypuszczałem, że doczekamy się jej 10. edycji, po raz pierwszy dwudniowej. Konferencja Rada Nadzorcza to niewątpliwie święto wszystkich z nas związanych z ładem korporacyjnym!

Do bezpłatnego udziału w konferencji zaproszeni są wszyscy, którzy mając na względzie dobro polskiego rynku finansowego i kapitałowego mają świadomość korzyści wynikających ze sprawnie funkcjonującego wewnętrznego organu kontrolnego. Formularz rejestracyjny znajduje się na stronie http://nadzorcza.pl/

Partnerzy merytoryczni: ACCA Polska, Grupa Kapitałowa UHY ECA, Filipiak Babicz Legal, Willis Towers Watson oraz BDO Legal.