Rzecznik MŚP po raz kolejny sprzeciwia się podwyższeniu kary grzywny nakładanej na przedsiębiorców w formie mandatu za wykroczenia skarbowe

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców zaopiniował rządowy projekt tzw. „ustawy o zmianie ustawy o podatku akcyzowym oraz niektórych innych ustaw”, gdzie zauważył, że po raz kolejny próbuje się nałożyć nowe obowiązki na przedsiębiorców, tym razem proponując regulację, która rozszerzy obszar uprawnień dla administracji w zakresie kwalifikacji rozmiaru czynu jako wykroczenie i decydowaniu o nałożeniu mandatu w wyższej kwocie, niż ma to miejsce w obecnie obowiązującym stanie prawnym.

Rzecznik MŚP przedstawił uwagi do opublikowanego na stronie Sejmu rządowego projektu ustawy o zmianie ustawy o podatku akcyzowym oraz niektórych innych ustaw (druk sejmowy nr 860 dalej: „Projekt”). Projekt ustawy przewidywał w art. 4 pkt 3 zmianę treści art. 48 § 2 ustawy z dnia 10 września 1999 r. – Kodeks karny skarbowy [1]) w zakresie podwyższenia wysokości górnej granicy kary grzywny do pięciokrotnej w miejsce obecnie istniejącej podwójnej wysokości minimalnego wynagrodzenia.

Pismami z dnia 21 stycznia 2021 r. Rzecznik MŚP przekazał do Kancelarii Sejmu RP, jak również do Ministerstwa Finansów, że zmieniany przepis prawa przyznaje uprawnienia organom mandatowym w przedmiocie wymierzania mandatów bez konieczności występowania do sądu, co wywołuje bezpośredni skutek na sektor mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw w zakresie nakładania nowych obowiązków administracyjnych (art. 67 pkt 1 ustawy z dnia 6 marca 2018 r. Prawo przedsiębiorców [2]).

– W naszej opinii zwróciliśmy także uwagę, że pomiędzy treścią Projektu, jego uzasadnieniem oraz dołączoną Oceną Skutków Regulacji istnieją niejasności, niedoprecyzowanie, a nawet istniejące rozbieżności, gdyż uzasadnienie zawiera nadinterpretację zmienianego przepisu, natomiast Ocena Skutków Regulacji nie dokonuje oceny zmienianej regulacji dotyczącej podwyższenia wysokości górnej granicy kary grzywny, gdyż w ogóle się do niej nie odnosi – powiedział dr. n. pr. Marek Woch, Dyrektor Generalny w Biurze Rzecznika MŚP.

Pismem z dnia 5 marca 2021 r. Rzecznik MŚP udzielając odpowiedzi Ministrowi Finansów zauważył, że problem błędnego zrozumienia art. 48 § 2 Kodeksu karnego skarbowego procedowanego w Projekcie i nieprzekonujących wyjaśnień Ministra Finansów co do zasadności projektowanej zmiany tego przepisu został dostrzeżony także przez innych, m.in. posłów biorących udział w posiedzeniach Komisji Finansów Publicznych (w dniach 11 lutego 2021 r. i 25 lutego 2021 r.).

Na etapie prac w Senacie RP nad ustawą, Rzecznik MŚP pismem z dnia 8 marca 2021 r. wystąpił do Marszałka Senatu z informacją o braku zmiany krytycznego stanowiska odnoszącego się do proponowanej zmiany treści art. 48 § 2 Kodeks karny skarbowy.

– Zmieniany przepis bardzo dotkliwie zwiększa wysokość grzywny, a to nie wszystko. Daje uprawnienia organom do wymierzania mandatów bez konieczności występowania do sądu. Finalnie oznacza to nałożenie kolejnych, dodatkowych obowiązków administracyjnych dla przedsiębiorców z sektora MŚP, których należy w tym momencie wspierać i ratować, a nie nakładać kolejne utrudnienia – powiedział Adam Abramowicz, Rzecznik MŚP.

[1] Dz.U. z 2020 r. poz. 19, 568, 695, 1106 i 2122, dalej: Kodeks karny skarbowy.
[2] t.j. Dz. U. z 2019 r. poz. 1292, dalej: Prawo przedsiębiorców.

ANALIZA: W pandemii sieci handlowe mocno oszczędzają na gazetkach. Tylko dyskonty są na plusie

Analiza ponad 16 tys. gazetek promocyjnych wykazała, że w ub.r. sieci handlowe wydały o 19,5% mniej takich publikacji niż w 2019 roku. Do tego skróciły liczbę ich stron o ok. 20% i o tyle samo zmniejszyły powierzchnię. W przypadku wszystkich parametrów największe spadki, przekraczające 80%, miały sklepy dziecięce. Dla porównania można wskazać, że cięcia w sieciach RTV-AGD i hipermarketach były przynajmniej o połowę mniejsze. Ze wszystkich analizowanych formatów wzrosty wykazały tylko dyskonty. Dodatkowo w kwestii ilości stron na plusie były też sklepy typu DiY.

Mniej gazetek

Jak pokazuje coroczne badanie „INDEKS PROMOCJI W HANDLU 2019/20” Grupy AdRetail, Hiper-Com Poland oraz UCE RESEARCH, w ub.r. sieci wydały o 19,5% mniej gazetek promocyjnych w porównaniu do analogicznego okresu 2019 roku.

– Kluczowym czynnikiem zmniejszenia ilości gazetek była oczywiście pandemia. Znaczenie miało też częściowe zamknięcie placówek. Do tego należy też dodać odpływ klientów do sklepów internetowych, a także ograniczanie kosztów prowadzonej działalności przez sieci handlowe – komentuje Yves Frerot z Hiper-Com Poland.

Jak podkreśla dr Maria Andrzej Faliński, członek kapituły programu AdRetail Inspirio, w ub.r. sieci poczuły się zagrożone spadkiem popytu i perspektywą wprowadzenia aż dziesięciu nowych podatków oraz opłat. Co więcej, rosnąca płaca minimalna wymusiła oszczędzanie na innych pozycjach kosztowych. Zdaniem eksperta, handel zaczął się dławić, skoro wygasił tak mocno instrumenty promocyjne.

– W przypadku papierowych wydań trend spadkowy jest widoczny już co najmniej od kilku lat. W 2019 roku względem 2018 roku publikacji ubyło o 9,4%. W ub.r. spadek był już dwa razy większy. W mojej ocenie, główną tego przyczyną jest cyfryzacja handlu. Pandemia tylko przyspieszyła ten proces, który jest już nie do zatrzymania – uważa Karol Kamiński z Centrum Analiz Grupy AdRetail.

Patrząc na poszczególne wyniki, można zauważyć, że największy spadek odnotowały sklepy z art. dla dzieci – aż o 82%. O połowę mniej wyniósł on w przypadku sieci RTV-ADG, czyli 41%. Na trzecim miejscu znalazły się hipermarkety z wynikiem 35%. Potem uplasowały się sklepy z art. z kategorii kultury i rozrywki – 26%, drogerie i apteki – 23%, cash & carry – 12%, supermarkety – 7%, a na końcu – hurtownie – 3%.

– Zamknięcie centrów handlowych w znaczącym stopniu ograniczyło dostęp do sklepów dziecięcych i elektronicznych. Ponadto klienci skoncentrowali się na zakupach koniecznych, a do nich nie zalicza się zabawek czy sprzętów RTV-AGD. Apteki z kolei w znaczącym stopniu padły ofiarą pandemii. Ludzie zaczęli bać się tam przebywać i dotykać gazetek. Skrócili swoje wizyty do minimum – mówi dr Faliński.

Z 11 analizowanych formatów przyrost zanotowały tylko dyskonty, tj. o 23%. W opinii Karola Kamińskiego, to pokazuje, jak skutecznie tego typu sieci spacyfikowały konkurencję w czasie pandemii, w tym specjalistyczne sklepy, np. dziecięce czy drogeryjne. Ekspert prognozuje, że pozostali gracze będą chcieli szybko odrobić straty i ruszyć do przodu. Ale nie podniosą w tym celu nakładów, lecz rozwiną e-gazetki.

– Dyskonty od początku pandemii przybrały rolę głównego dostawcy niezbędnych produktów. Pomogła im w tym duża ilość placówek i relatywnie łatwa dostępność tych sklepów dla konsumentów. Do tego zamknięcie części konkurencji było niezwykle sprzyjającą sytuacją sprzedażową, którą należało wykorzystać, m.in. oferując więcej promocji – tłumaczy Yves Frerot.

Stron też ubyło

Z analizy wynika, że w ub.r. sieci handlowe wydały o 20,1% mniej stron w swoich gazetkach w porównaniu z 2019 rokiem. Ekspert z Grupy AdRetail przypomina, że dwa lata temu spadek wyniósł zaledwie 3,5%. Różnica jest zatem 6-krotna. Dr Faliński twierdzi, że rok temu retailerzy zareagowali tak drastycznie na brak dostępu klientów do sklepów, obawy Polaków przed zarażeniem koronawirusem, a także przewidywany spadek dochodów. Nie chcieli inwestować przecież w puste obiekty.

– Można również założyć powiązanie ilości stron z ogólną liczbą gazetek. Te czynniki są ze sobą mocno złączone. Przy tak dużych ograniczeniach, jakie obserwowaliśmy w zeszłym roku, wzajemnie na siebie oddziałują – dodaje ekspert z Hiper-Com Poland.

Największy spadek zanotowano wśród sklepów dziecięcych – o 84%, a o połowę mniejszy – w przypadku hipermarketów – o 42%. Na trzecim miejscu znalazły się sieci RTV-AGD z wynikiem 45%. Dalej uplasowały się sklepy z art. kategorii kultury i rozrywki – 33%, drogerie i apteki – 28%, cash & carry – 9%, supermarkety – 6%, a także hurtownie – 4%.

– Sieci dobrze wyczuły intencje konsumentów, którzy w czasie pandemii ograniczyli zakupy do niezbędnych produktów, tj. żywności, art. do higieny osobistej i chemii gospodarczej. Drugie miejsce hipermarketów jest pochodną ich walki z dyskontami i szeroko pojętymi kłopotami tego formatu – zauważa Karol Kamiński.

Z kolei największy przyrost zanotowały dyskonty i DiY – po 11%. W tym wypadku 2 formaty z 11 analizowanych zwiększyły ilość stron w swoich gazetkach. Yves Frerot wyjaśnia, że sieci w tych kanałach sprzedaży mogły pozwolić sobie na dodatkowe promocje. Ekspert przypomina, że lockdown sprzyjał zwłaszcza sklepom typu DiY. Przebywający w domach konsumenci chętniej majsterkowali i nabywali potrzebne im do tego produkty. Sieci natychmiast na to odpowiedziały większą aktywnością.

– Patrząc na nieprzychylną politykę UOKiK-u wobec dyskontów, przewiduję, że zaostrzą one jeszcze swoją rywalizację. Będą też chciały zdobyć zapasy na ewentualne sankcje i utrudnienia. Ruszą do walki cenowej, jakiej dotychczas nie realizowały, bo przecież wcale nie były najtańsze. Zaczną importować szereg produktów, by uniknąć zarzutu o wykorzystywanie swojej przewagi. Ich towary będą silnie promowane, a gazetki mocno spuchną – prognozuje dr Faliński.

Znikająca powierzchnia

Ponadto analiza wykazała, że w 2020 roku sieci handlowe ogólnie zmniejszyły powierzchnię promocyjną w gazetkach o 19,8% w stosunku do roku poprzedniego. Jak stwierdza Karol Kamiński, to już raczej stały trend, powiązany przede wszystkim z ilością stron. W obu przypadkach spadki są na podobnym poziomie.

– Zmiana powierzchni ma nie tylko bezpośredni związek z ograniczeniem ilości gazetek i stron. Sieci raczej rezygnują z większych formatów typu A3, więc spadki w powyższych indeksach będą przekładały się na zawężanie powierzchni promocyjnej – zaznacza Yves Frerot.

Podobnie jak w przypadku ww. indeksów, największy spadek odnotowały sklepy dziecięce – o 82%. O połowę mniejszy miały sieci RTV-AGD – 41%. Na trzecim miejscu znalazły się hipermarkety – 35%. Dalej były sklepy z kulturą i rozrywką – 26%, drogerie i apteki – 23%, cash & carry – 14%, sieci typu convenience – 4%, supermarkety – 7%, a także hurtownie – 3%.

– Najbardziej widoczny spadek jest tam, gdzie ograniczono dostęp do fizycznych sklepów. Najlepszym tego przykładem są sieci RTV-AGD, które w znaczącym stopniu przeniosły promocje do Internetu. W ten sposób skompensowały nieskuteczność wydawania papierowych gazetek – zwraca uwagę dr Faliński.

Należy dodać, że dyskonty jako jedyne z 11 analizowanych formatów zanotowały przyrost w tej kategorii, tj. o 23%. Nie dziwi to Karola Kamińskiego, który mówi, że dyskonty tym sposobem chcą jeszcze lepiej walczyć z konkurencją. Potwierdza to też fakt, że w badanym okresie, oprócz ww. parametrów zwiększyły również liczbę samych promocji w gazetkach.

– Dalsze tendencje będą zależały od sytuacji epidemiologicznej w kraju. Po zniesieniu ograniczeń nagłe wzrosty mogą być widoczne w tych formatach, które odnotowały spadki, zarówno w związku ze zwiększeniem ilości produkcji, jak i ilości stron w gazetkach – podsumowuje Yves Frerot.

Raport został opracowany przez Centrum Analiz Grupy AdRetail, międzynarodową agencję badawczo-analityczną Hiper-Com Poland oraz UCE RESEARCH. Materiał powstał na podstawie analizy ponad 16,4 tys. gazetek handlowych z całego 2019 i 2020 roku. Łącznie monitoringiem objęto blisko 295 tys. stron i 9 mln cm2 powierzchni promocyjnej. Pod uwagę wzięto publikacje ze wszystkich dostępnych na rynku dyskontów, hipermarketów, supermarketów, sieci convenience, cash & carry, hurtowni, drogerii i aptek, sieci DIY, RTV-AGD, sklepów dziecięcych i z art. z kategorii kultury i rozrywki.

Bezpieczeństwo w ekosystemie druku – pięta achillesowa biznesu

Dbałość o poufność newralgicznych informacji przekazywanych w organizacji to bez dwóch zdań największy priorytet firmy. Przedsiębiorstwa z sektora MŚP są szczególnie narażone na negatywne konsekwencje nieodpowiednich zabezpieczeń druku – niestety wynika to z wielu czynników. Pandemia sprawiła, że większość naszego życia przeniosła się do online. Od czasu, gdy na świecie pojawił się COVID-19 digitalizacja gospodarki ruszyła z kopyta, a wraz z nią ze zdwojoną siłą podążają hakerzy. Z raportu firmy Fortinet wynika, że od marca ubiegłego roku ponad 60 procent przedsiębiorstw doświadczyło prób naruszenia bezpieczeństwa IT. Z kolei według ekspertów z Accenture liczba cyberataków była nawet cztery razy wyższa w czasie ubiegłorocznego lockdownu niż wcześniej.

Analitycy Canalys spodziewają się, że w 2021 r. firmy przeznaczą na wydatki cybersecurity nawet 10 procent więcej niż w ubiegłym roku. Zapewnienie odpowiedniego poziomu ochrony przed atakami hakerskimi i innymi naruszeniami w obszarze bezpieczeństwa to obecnie nie lada wyzwanie. Należy pamiętać, że trzeba mu stawić czoła całościowo – dbając przy tym o wszystkie ogniwa tworzące sieć organizacji, w tym drukarki, skanery i kopiarki. Muszą być one tak samo chronione, jak inne urządzenia IT. Jeśli zostaną przeoczone, istnieje duże ryzyko, że to właśnie one będą dla hakerów „łatwą furtką” dostępu do firmowych danych.

Z naszego raportu na temat cyfrowej transformacji wynika, że prawie 9 na 10 małych i średnich firm doświadczyło incydentu cyberbezpieczeństwa związanego z urządzeniem drukującym. Takie sytuacje najczęściej wynikały z zaniedbań i związane były z zostawieniem poufnych dokumentów bez nadzoru przy drukarce, nieodebraniem wydruków lub przechwyceniem wydrukowanych materiałów innych pracowników. Większość przedsiębiorstw powoli zaczyna wprowadzać działania, których celem jest zapewnienie odpowiedniego bezpieczeństwa procesom związanym z drukiem. Ograniczanie dostępu do niektórych urządzeń drukujących, wprowadzanie kart identyfikacyjnych czy nadawanie pracownikom kodów PIN to krok w bardzo dobrym kierunku. Jednak działania te nie rozwiążą sedna problemu.

Z zebranych przez nas danych wynika, że u podstaw bezpieczeństwa druku w przedsiębiorstwach z sektora MŚP leży między innymi brak osoby odpowiedzialnej za jego ochronę. W małych i średnich organizacjach zazwyczaj jeden, a w najlepszym wypadku kilku pracowników zajmuje się wszystkimi zagadnieniami związanymi z IT. Sytuacja „rozmytej” odpowiedzialności sprawia, że w praktyce rzadko kto zajmuje się czymś całościowo – od początku do końca, a to z kolei zwiększa podatność firm na zagrożenia ze strony hakerów.

Kolejny problem wpływający na bezpieczeństwo druku w małych i średnich firmach to kwestia braku odpowiedniej edukacji wszystkich pracowników. Często nie mają oni dostatecznej świadomości ryzyka związanego z brakiem odpowiedniego poziomu ochrony danych. Oczywiście, to w kompetencji specjalistów IT leży zapewnienie odpowiedniej ochrony urządzeniom, jednak wszyscy pracownicy odpowiadają za kontrolę przepływu danych. Warto pamiętać, że nawet najlepsze zabezpieczenia nie wygrają z brakiem rozwagi.

Specyfika sektora MŚP sprawia, że w takich firmach bardzo często nie ma możliwości wyznaczenia jednej osoby, która byłaby odpowiedzialna za bezpieczeństwo druku czy zorganizowania dedykowanego szkolenia na ten temat. Właśnie dlatego tak ważne w obecnych czasach – gdy hakerzy jedynie czekają na nasz błąd – staje się korzystanie z możliwości, jakie oferuje w tym obszarze rynek. Odpowiedni partner technologiczny nie tylko doradzi, wesprze, wyszkoli i będzie służył pomocą, ale również zapewni przy tym odpowiedni poziom ochrony urządzeniom oraz przetwarzanym danym.

Paweł Wośko, Pre Sales & Technical Service Manager w Brother

Pandemia – analiza wpływu na liczbę zwolnień lekarskich i „przekrętów”

4 marca 2021 roku minęło dokładnie 365 dni od zdiagnozowania w Polsce tzw. „pacjenta zero”. Ubiegły rok był bez wątpienia wyjątkowy pod wieloma względami, a globalna pandemia odcisnęła piętno m.in. na polskich przedsiębiorcach, którzy oprócz stawania w obliczu kolejnych lockdownów, nieustannie borykali się również z problemem zarządzania absencjami chorobowymi. Widać to doskonale w statystykach. Jak wylicza ZUS, tylko od 1 do 20 października 2020 roku wystawiono 1,8 mln zaświadczeń lekarskich – około 23,5 % więcej niż w analogicznym okresie 2019 roku. Istotną część zwolnień chorobowych w ubiegłym roku stanowiły zwolnienia fikcyjne.

Kontrola pracowników przynosi efekty

O analizę wpływu pandemii na liczbę zwolnień lekarskich i „przekrętów” pokusiło się Conperio, największa w Polsce firma doradcza zajmująca się problematyką absencji chorobowej, obejmująca swoimi działaniami cały kraj. Z prowadzonych analiz i obserwacji wynika, że pandemia miała zaskakujący wpływ na profil oraz liczbę absencji chorobowych wśród pracowników w Polsce. Znaczący wzrost naruszeń zwolnień chorobowych został zaobserwowany wśród pracodawców, którzy przestali kontrolować pracowników w trakcie pandemii. Natomiast u tych, którzy kontynuowali kontrole, poziom absencji pozostał na poziomie sprzed marca 2020 roku.

– W firmach o rozluźnionej polityce adresowania zwolnień zauważyliśmy duży, kilkuprocentowy wzrost absencji – co ciekawe, znaczną część z nich nie stanowiły zwolnienia związane z COVID-19 ani z objawami tej choroby. W zakładach, które konsekwentnie realizowały zaimplementowane przez nas działania w zakresie kontrolowania absencji chorobowej, sytuacja przypominała tą sprzed roku. Wzrosty wskaźnika absencji były niskie lub niezauważalne – w okolicach 0,2–0,3% w porównaniu do analogicznego okresu w 2019 roku – mówi Mikołaj Zając, prezes Conperio.

Optymizmem nie napawają dane opublikowane przez ZUS, z których nie wynika, by kontrole wątpliwych zwolnień się nasiliły, a wręcz przeciwnie – ich liczba spadła. Jak podaje państwowa jednostka w I półroczu 2020 roku przeprowadzonych zostało 143,2 tys. kontroli osób posiadających zaświadczenie o czasowej niezdolności do pracy (przy 42,9 tys. kontroli przeprowadzonych w II kwartale roku). W konsekwencji urzędnicy wydali 10,2 tys. decyzji wstrzymujących dalszą wypłatę zasiłków chorobowych. Jest to zaledwie kropla w morzu potrzeb.

Biznes na „L4”

Nietypowy w 2020 roku był również wzrost liczby naruszeń zwolnień chorobowych. Pracowników przebywających na ”L4” kontrolerzy z reguły zastawali na remontach, pracach wokół domostw lub po prostu urlopach. COVID-19 spowodował także wzrost naruszeń zwolnień lekarskich na tle zarobkowym – w trakcie pobytu podwładnych na „L4” jak grzyby po deszczu zaczęły rosnąć prywatne gabinety kosmetyczne, kwitł drobny handel oraz inne prace polegające na wykorzystaniu posiadanych przez zatrudnionego uprawnień lub umiejętności.

– Ułatwiony dostęp do zwolnień chorobowych i niepewność co do przyszłości w pewnym sensie zachęciły pracowników do realizacji pomysłów na własną działalność. Jest to oczywiście forma względnie bezpieczna dla pracownika – podczas pobytu na zwolnieniu otrzymuje on bowiem 80% swojego wynagrodzenia i ma opłacone wszystkie składki. Należy pamiętać, że jeżeli pracodawca ma podejrzenia, co do prawidłowości zwolnienia lekarskiego, ma prawo skontrolować pracownika – informuje Mikołaj Zając.

To od właściciela firmy zależą dalsze kroki podjęte w stosunku do pracownika, którego kontrolerzy nie zastaną pod adresem podanym w druku zwolnienia chorobowego lub który przyłapany zostanie na wykonywaniu innych czynności, niezgodnych ze zwolnieniem.

Cienie teleporad

Nie da się ukryć, że bardzo duża część zwolnień wystawionych poprzez rozmowę telefoniczną nie miała związku z żadną chorobą. Warto jednocześnie zauważyć, iż lekarze zostali postawieni w dość trudnej sytuacji – przekonywująco przedstawione w trakcie teleporad objawy oraz brak możliwości przebadania pacjenta uniemożliwiają skuteczne zweryfikowanie, czy faktycznie jest on chory. W związku z tym lekarze przyjęli raczej bezpieczną linię postępowania – lepiej wystawić zwolnienie, niż ryzykować dalszym zaostrzeniem objawów. Dane nie pozostawiają jednak złudzeń. W marcu 2020 roku na L4 poszły ponad trzy miliony Polaków. Tymczasem miesiąc wcześniej zwolnienie lekarskie z ZUS pobrało 1 700 000 osób.

Pogłębiające się problemy przedsiębiorstw

Pewna część zwolnień chorobowych w ubiegłym roku stanowiła niepisaną umowę między pracodawcą a pracownikami. Zmniejszona liczba zleceń i pogarszająca się sytuacja produkcyjna zachęcały pracowników do brania zwolnień chorobowych i odbierania gwarantowanego świadczenia z ZUS. Okazało się to jednak pozorną oszczędnością, która w dłuższym horyzoncie czasowym poskutkowała tym, iż w niektórych przedsiębiorstwach wskaźnik absencji wywindowany został na poziom kilkunastu procent. W momencie, kiedy sytuacja produkcyjna tych firm uległa poprawie, pozostał problem braku osób do pracy. Fałszywe zwolnienia lekarskie powodują także m.in. poważne utrudnienia po stronie organizacji pracy w przyszłości, związane m.in. z ustalaniem grafików urlopowych wśród pracowników. Dotykają też osoby rzetelnie podchodzące do obowiązków wynikających z umowy o pracę. Pracownicy ci są bowiem narażeni na pracę cięższą, dłuższą i pod wpływem wzmożonego stresu, co jest spowodowane przedłużającą się nieobecnością ich kolegów.

Badanie: 82% firm w czasie pandemii zwiększyło wydatki na zdrowie pracowników

Już 41% decydentów w firmach w Polsce uważa, że w przyszłości promocja aktywności fizycznej będzie kluczowym działaniem wspierającym zdrowie pracowników. Największą korzyścią z oferowania prozdrowotnych benefitów jest według zarządzających wzrost satysfakcji pracowników (56%). Zauważalny staje się również pozytywny wpływ tego typu świadczeń na efektywność organizacji (40%).

Z powodu pandemii ostatni rok  dla wielu firm był wyjątkowo trudnym sprawdzianem z dbałości o dobrostan pracowników, w tym wzięcia odpowiedzialności za ich zdrowie, kondycję fizyczną i psychiczną oraz zapewnienie odpowiednich warunków  pracy. Jak wynika z najnowszego raportu w ramach projektu  „Kapitał Zdrowia”, już co czwarty pracownik w kraju uważa, że świadczenia wspierające aktywność fizyczną pracowników będą dla niego kluczowe w przyszłości.

Benefity profilaktyczne – must have każdego pracodawcy

Na pierwszy plan wysuwa się profilaktyka – najwięcej, bo aż 44% pracowników deklaruje, że świadczenia pozapłacowe wspierające profilaktykę zdrowotną, do której zalicza się również regularnie uprawiana aktywność fizyczna, będą miały dla nich największe znaczenie w najbliższym czasie. Na drugim miejscu (43%) znalazły się benefity wspierające psychikę pracowników. Potrzeby mieszkańców Polski związane z kondycją psychiczną potwierdzają również najnowsze dane ZUS. W 2020 roku lekarze wystawili rekordowe ponad pół miliona zwolnień lekarskich z powodu ciężkiej reakcji na stres i zaburzeń adaptacyjnych, zaś epizody depresyjne były przyczyną ponad 5 mln dni absencji chorobowej wśród Polaków. Co więcej, ponad 7 mln osób w Polsce przy­znało niedawno, że obecne warunki pracy negatywnie wpływają na ich dobrostan psychiczny – co czwarta wskazała na zbyt dużą presję czasu lub nadmierne obciążenie ilością pracy.[1] Kolejne ponad 10 mln pracowników zwraca uwagę na ergonomię samego miejsca pracy, wskazując, że niewłaściwa pozycja ciała niekorzyst­nie wpływa na ich zdrowie fizyczne.[2]

Aktywność fizyczna wspiera zdrowie psychofizyczne oraz niweluje skutki home office

Z najnowszego badania MultiSport Index 2020 wynika, że regularnie podejmowany ruch zmniejsza negatywne skutki pracy zdalnej wśród ćwiczących pracowników aż 42 proc. wskazuje, że nie odczuwa żadnych negatywnych konsekwencji home office. W przypadku osób nieaktywnych fizycznie, taką deklarację składa jedynie 29 proc. (-13 p.p.).

–– Systematycznie i świadomie podejmowana aktywność fizyczna poprawia nie tylko kondycję i wytrzymałość organizmu, ale wzmacnia również odporność fizyczną i psychiczną. Regularne treningi mają także realny wpływ na jakość wykonywanych obowiązków służbowych – 79 proc. ćwiczących Polaków wskazuje, że sport poprawia ich samopoczucie i efektywność w pracy[3]. Wsparcie zdrowia pracowników oraz zwrot z tej inwestycji okazują się być łatwo mierzalne w przedsiębiorstwach. Z tego powodu w czasie pandemii coraz więcej przedstawicieli kadry zarządzającej zdecydowało się zwiększyć się firmowe wydatki na inwestycje w zdrowie pracowników – taką praktykę zadeklarowało w badaniu „Kapitał Zdrowie” już 82% z nich –– mówi dr Adam Waszkowski, Dyrektor ds. Analiz w Benefit Systems, ekspert Projektu Kapitał Zdrowia.

CEO widzą potencjał w promowaniu aktywności

Już 41% decydentów w polskich firmach uważa, że w przyszłości promocja aktywności fizycznej będzie kluczowym działaniem wspierającym zdrowie pracowników, podobnie jak budowanie ich odporności fizycznej (39%) oraz psychicznej (42%). Według osób zarządzających przedsiębiorstwami, to właśnie wzrost satysfakcji pracowników (56%) stanowi obecnie największą korzyść wynikającą z oferowania benefitów w ich przedsiębiorstwach. Kolejne miejsca zajmują korzyści wizerunkowe (44%), wzrost efektywności całej organizacji (40%) oraz poszczególnych zespołów (36%). Co dziesiąty decydent zapewniający benefity prozdrowotne, w tym wspierające aktywność fizyczną, np. karty sportowe, zauważa długofalową poprawę zdrowia pracowników (9%).

[1] Raport Kapitał Zdrowia (na podstawie danych GUS)

[2] Tamże

[3] Raport MultiSport Index 2020

Przeszłość a przyszłość, czyli co z frankiem w 2021 roku?

Najbliższe miesiące mogą się okazać wyjątkowo ciekawym okresem dla kondycji franka. Szwajcarska waluta przez globalnych inwestorów często uznawana jest za “bezpieczną przystań” lokowania kapitału, jednak z rodzimej perspektywy — stanowi przyczynek do dyskusji o niesławnych kredytach sprzed 17 lat. Stąd też tak duże zainteresowanie ruchami banku z Berna, które dla forexowych graczy może wieszczyć atrakcyjną okazję inwestorską, jednak dla innych — mocne uderzenie w domowy budżet.

Nieco historii

Rozpatrując problem franka w przyszłości, należy przez chwilę spojrzeć na przeszłość waluty, która jak się okazuje — nie jest wyłącznie domeną Szwajcarii. Identycznym nominałem posługują się również mieszkańcy Liechtensteinu, a więc jednej z najbardziej stabilnych gospodarek kontynentu. Także ten fakt daje do myślenia, mówiąc o wyjątkowej randze franka w skali międzynarodowej, choć historycznie wagę waluty napędzały inne państwa regionu. Istotną cezurą był rok 1850, kiedy to frank szwajcarski odpowiadał wartości 1,5 franka francuskiego (nomen omen to niejako Paryż zadecydował o ujednoliceniu helweckiego rynku monetarnego). W 1865 roku z kolei doszło do kolejnej reformy, już za sprawą Łacińskiej Unii Monetarnej.

Rządy Francji, Belgii, Włoch i właśnie Szwajcarii zdecydowały o stałej stawce krajowych walut, które miałyby odpowiadać wartości 1:1. Tak więc urzędowo frank szwajcarski miał bliźniaczą wartość względem, chociażby franka belgijskiego, a taki stan rzeczy utrzymywał się zarówno chwilę po I wojnie, jak i po roku 1927, czyli oficjalnym zakończeniu działalności Łacińskiej Unii Monetarnej. Co więcej, silna pozycja Berna nie osłabła aż do 1936 roku, kiedy doszło do odczuwalnej dewaluacji, jednak niecałą dekadę później kraj dołączył do tzw. systemu z Bretton Woods, który niejako uzależnił rolę wartości od dolara i złota (od 1949: 1 USD = 4,375 CHF, 1 CHF = 0,203125 g złota). Wszystko to jednak — do czasu.

Czarny frank nad Wisłą

Względnie stabilna sytuacja franka przeżywała swoje wzloty i upadki, a z polskiej perspektywy najciekawszym okresem był początek lat 2000. Pomimo dostępności kredytu we frankach od roku 1996, prawdziwy wysyp wniosków datuje się na lata 2004-2008. W okolicach naszego wejścia do struktur Unii Europejskiej równolegle frank zaczął notować spadki, które w pierwszym okresie masowego kredytowania się Polaków osiągnął poziom 3 zł. Wtedy też według wyliczeń Komisji Nadzoru Finansowego, wartość tego typu zobowiązań osiągnęła pułap 6,1 mld zł. Cztery lat później z kolei frank notował wartość na poziomie 2 zł, a więc nie zdziwił 10-krotny skok względem 2004 roku w kategorii kredytów (56 mld zł). Co było dalej?

Słowem: ściana. Dokładnie między rokiem 2007 a 2016 kurs franka szwajcarskiego wzrósł z 2,16 zł do 4,12 zł, czyli o 90,5 proc. Po relatywnie długim okresie spadków doszło do umacniania się franka, który punkt zapalny osiągnął dokładnie 15 stycznia 2015 roku (tzw. czarny czwartek). Wtedy też Szwajcarski Bank Narodowy przesądził o porzuceniu polityki obrony minimalnego kursu wymiany euro na franka, co oznaczało luki cenowe, minusowy bilans w portfelach inwestorów oraz… wyższe kredyty polskich frankowiczów o niemal połowę (rano frank kosztował 3,53 zł; w drugiej połowie dnia — nawet 5,20 zł). Był to początek wieloletniej kampanii franka, który regularnie notował kolejne awanse. Są jednak powody, aby uważać właśnie rok 2021 za czas przełomowy (lub na przełom zakrawający).

Przyszłość franka na naszych oczach

Dobrą passę franka może przerwać właśnie rok 2021. Przyjęło się, że barierą psychologiczną są 4 zł. W drugiej połowie stycznia br. rynek usłyszał o stawce 4,20 zł (19 stycznia dokładnie 4,2017 zł). Luty z kolei był nieco bardziej wyrozumiały, ponieważ na wykresach pojawiły się stawki rzędu 4,1242 zł (stan na 23 lutego). To dobre wiadomości dla frankowiczów, którzy pamiętają końcówkę ubiegłego sezonu. Pułap powyżej 4 zł utrzymuje się od połowy lutego 2020 roku i nic nie wskazywało na tendencję spadkową. Doszła również kwestia kryzysu pandemicznego, co wyraźnie odbiło się szczególnie na osobach fizycznych. Jeśli chodzi o frankowiczów, ucierpieli najbardziej kredytobiorcy z roku 2008, kiedy to frank kosztował mniej niż 2 zł.

Część ekonomistów uważa, że frank będzie notował kolejne spadki w okresie wiosennym, gdy m.in. polska gospodarka może doczekać się lepszej koniunktury. Szansę widać również pod koniec roku, gdy według wyliczeń Komisji Europejskiej, krajowy rynek będzie krok przed innymi państwami członkowskimi. Pamiętajmy jednak, że Narodowy Bank Szwajcarski w pewnym momencie nie pozwoli sobie na dalsze osłabianie własnej waluty, a więc należy podejść do sprawy racjonalnie — istnieje szansa, że frank spadnie poniżej 4 zł, jednak okresowo, a dopiero kolejny rok jest w stanie przynieść większe niespodzianki.

Wniosek? Najbliższe miesiące mogą być ciekawym wstępem do kolejnego rozdziału historii o franku szwajcarskim, jednak nie należy nastawiać się na rewolucję — ewentualnie na jej wstęp, choć i to nie jest przesądzone. Warto uważnie obserwować sytuację helweckiej waluty i porównywać dane historyczne. Jeśli polska gospodarka faktycznie wypłynie na kryzysie pandemicznym, mamy szansę na wyraźnie umocnienie.

Autor: Bartosz Tomczyk — przewodniczący Rady Nadzorczej polskiego fintechu Provema.

Upadłość konsumencka – co będzie z mieszkaniem?

Coraz więcej osób interesuje się awaryjnym rozwiązaniem, jakim jest upadłość konsumencka. Wyjaśniamy w jaki sposób dotyczy ona nieruchomości mieszkaniowych.

Nagłe pogorszenie koniunktury gospodarczej prawdopodobnie skutkowało wzrostem liczby osób, które interesuje upadłość konsumencka. Pełen wpływ tej sytuacji na statystyki będzie widoczny za pewien czas. Aktualnie dostępne dane statystyczne wskazują natomiast, że liczba upadłości konsumenckich wyraźnie wzrosła w drugiej połowie minionego roku. Tylko w grudniu 2020 r. upadłość konsumencką ogłosiło niewiele mniej osób niż przez cały 2015 rok. Można oczekiwać, że w bieżącym roku padnie kolejny rekord dotyczący liczby nowych upadłości konsumenckich. Dlatego postanowiliśmy wyjaśnić, w jaki sposób upadłość konsumencka wiąże się z nieruchomościami mieszkaniowymi (lokalami i domami). Wiedza na ten temat może przydać się nie tylko osobom, które na skutek koronawirusa wpadły w finansowe kłopoty.

Nasz artykuł w dużym skrócie:

  • Wzrost liczby upadłości konsumenckich w 2020 r. wiązał się m.in. ze zmianą przepisów korzystną dla dłużników.
  • Nieruchomość mieszkaniowa lub gruntowa podlega likwidacji (sprzedaży) w celu pokrycia długów osoby objętej upadłością konsumencką.
  • Po sprzedaży domu lub lokalu mieszkalnego, dłużnik otrzyma kwotę pozwalającą mu na wynajęcie lokum w tej samej okolicy przez 1 rok – 2 lata.

Poniżej przedstawiamy więcej informacji o tym, dlaczego upadłość konsumencka jest coraz częstsza. Wyjaśniamy również, jakie zasady dotyczą nieruchomości w czasie trwania tej procedury.

Zmiany prawne z 2020 roku ułatwiły sytuację dłużników

Najpierw warto przytoczyć dane Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej (COIG), które dobrze pokazują, jak popularna ostatnio stała się upadłość konsumencka. Według COIG, liczba konsumentów, którzy ogłosili upadłość z roku na rok rosła następująco:

  • 2015 r. – 2112
  • 2016 r. – 4434
  • 2017 r. – 5535
  • 2018 r. – 6570
  • 2019 r. – 7944
  • 2020 r. – 13 084

Warto pamiętać, że zmiany obowiązujących przepisów wywarły spory wpływ na powyższe wyniki. Ze względu na restrykcyjne regulacje, przed 2015 rokiem upadłość konsumencka była zupełną rzadkością. Pierwsza zmiana liberalizująca zasady upadłości konsumenckiej miała miejsce na początku 2015 r. „Jednym z jej celów było umożliwienie ogłoszenia upadłości przez osoby posiadające tylko jednego wierzyciela i usunięcie kłopotliwych barier finansowych (m.in. dzięki możliwości tymczasowego sfinansowania kosztów postępowania przez Skarb Państwa)” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

W 2020 r. ustawodawca wprowadził kolejne zmiany prawne, które są bardziej kontrowersyjne. Nowe przepisy (obowiązujące od 24 marca 2020 r.) skutkują tym, że upadłość konsumencką może ogłosić również osoba, która doprowadziła do swojego bankructwa umyślnie lub na skutek rażącego niedbalstwa. „Taki dłużnik będzie jednak musiał dłużej regulować zobowiązania w ramach ewentualnego planu spłaty (przez 3 lata – 7 lat zamiast do 3 lat)” – mówi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Nieruchomość odgrywa kluczową rolę podczas upadłości

Jeżeli natomiast chodzi o znaczenie nieruchomości podczas złożonej procedury, jaką jest upadłość konsumencka, to warto nadmienić, że już we wniosku upadłościowym dłużnik musi podać wykaz majątku (również nieruchomego) wraz z szacunkową wyceną. Po wydaniu przez sąd postanowienia o ogłoszeniu upadłości, syndyk będzie decydował co do sposobu likwidacji masy upadłościowej, w której skład zwykle wchodzą także nieruchomości. W zawiadomieniu dotyczącym sposobu likwidacji nieruchomości, syndyk informuje wierzycieli oraz sąd m.in. o minimalnej cenie sprzedaży domu, lokalu lub gruntu. „Na czynności syndyka można złożyć skargę na przykład wtedy, gdy wskazana przez niego minimalna cena sprzedaży nieruchomości wydaje się zbyt mała” – zaznacza Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Po sprzedaży nieruchomości oraz innych składników majątku dłużnika, syndyk zwykle przedstawia sądowi projekt planu spłaty wierzycieli zakładającego częściowe umorzenie długów. Ustalenie planu spłaty będzie niemożliwe, jeśli dłużnik jest w ogóle niezdolny do regulowania zobowiązań (np. na skutek ciężkiej choroby). W takiej sytuacji może dojść nawet do całkowitego oddłużenia. Co do zasady, plan spłaty będzie niemożliwy także wtedy, gdy zadłużenie jest efektem celowego działania albo dłużnik skorzystał z upadłości konsumenckiej w ciągu ostatnich 10 lat. W tych dwóch ostatnich przypadkach, sąd kierując się względami humanitarnymi lub względami słuszności może jednak podjąć decyzję o:

  • ustaleniu planu spłaty wierzycieli przewidującego częściowe oddłużenie
  • umorzeniu zobowiązań upadłego dłużnika bez ustalenia planu spłaty wierzycieli
  • warunkowym umorzeniu długów bez ustalenia planu spłaty wierzycieli

Obecne przepisy przewidują także możliwość osiągnięcia porozumienia między dłużnikiem nieprowadzącym działalności gospodarczej oraz jego wierzycielami na drodze układu” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Dłużnik na pewno nie pozostanie bez dachu nad głową …

W ramach podsumowania, warto wspomnieć o ważnej kwestii, która wiąże się z potrzebami mieszkaniowymi dłużnika. Wiele osób, które interesuje upadłość konsumencka jako sposób wyjścia z kłopotów, niestety może obawiać się, że po sprzedaży nieruchomości przez syndyka stracą dach nad głową. Trzeba zatem nadmienić, że przepisy ustawy z dnia 28 lutego 2003 r. prawo upadłościowe (Dz.U. 2003 nr 60 poz. 535) przewidują wypłatę na rzecz dłużnika kwoty odpowiadającej przeciętnemu kosztowi wynajmu lokalu mieszkalnego w tej samej lub sąsiedniej miejscowości przez okres od 12 do 24 miesięcy. „Na taką wypłatę dokonywaną ze środków uzyskanych po sprzedaży domu lub lokalu mieszkalnego mogą liczyć dłużnicy, którzy w inny sposób nie dadzą rady zaspokoić potrzeb mieszkaniowych swoich i osób pozostających na ich utrzymaniu” – tłumaczy Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Poprawa nastrojów w handlu. Wskaźnik koniunktury wśród tradycyjnych detalistów wzrósł w lutym o 13,1 pkt.

Nastroje Handlu Tradycyjnego, cykliczne badanie realizowane przez Comp Platformę Usług, operatora systemu M/platform, wykazało wyraźną poprawę nastrojów wśród właścicieli i kierowników sklepów tradycyjnych. Wskaźnik NHT za luty br. wyniósł 33,0 pkt. i był wyższy od styczniowego aż o 13,1 pkt., nadal jednak pozostając po stronie negatywnej (poniżej 50 pkt.).

Wskaźnik NHT+1, obrazujący przewidywania na marzec br., wyniósł 51,6 pkt., co oznacza kolejny wzrost – w relacji do lutego o 15,1 pkt. W tym przypadku oceny pozytywne przeważają nad negatywnymi. Badanie zostało przeprowadzone na reprezentatywnej próbie 2000 sklepów detalicznych.

W kontekście ostatnich doniesień rynkowych, aktualne badanie należy ocenić pozytywnie. Według danych GUS konsumpcja prywatna w czwartym kwartale spadła o 3,2%, a inwestycje o 10,9%, natomiast w styczniu stopa bezrobocia wzrosła do 6,6%, a sprzedaż detaliczna w cenach bieżących spadła o 6%. Pomimo tego, w lutym odnotowaliśmy kilkunastoprocentowy wzrost wskaźników NHT oraz NHT+1. Przedstawiciele handlu tradycyjnego mniej krytycznie ocenili luty i z większym optymizmem patrzą w przyszłość, co miejmy nadzieję, jest zapowiedzią lepszej koniunktury w tym sektorze – powiedział Tomasz Jasinkiewicz, wiceprezes Comp Platformy Usług.

Wzrost koniunktury w handlu w pierwszych dwóch miesiącach roku o 13,4 pkt. potwierdza badanie IRG SGH (Instytut Rozwoju Gospodarczego Szkoły Głównej Handlowej). Wynika z niego również, że przewidywania firm handlowych na pierwsze półrocze 2021 roku są optymistyczne. Trend wzrostowy jest także widoczny w opublikowanym przez Główny Urząd Statystyczny ogólnym klimacie koniunktury w handlu detalicznym, który w lutym był o 3,9% wyższy niż w styczniu.

Metodologia NHT: Wskaźniki mogą przyjmować wartość od 0 do 100. Wynik powyżej 50 świadczy o nastrojach optymistycznych, a poniżej o przewadze opinii negatywnych. Oba wskaźniki będą publikowane na początku każdego miesiąca.

Jak operatorzy logistyczni i przewoźnicy radzą sobie po brexicie?

Brexit wywołał wiele turbulencji w wymianie towarowej między Unią Europejską a UK oraz Irlandią. Nie wszyscy przewoźnicy oraz nadawcy i odbiorcy towarów byli świadomi formalności celnych, nie posiadali wiedzy, jak odprawiać towary i z jakimi kosztami się to wiąże. Nowe obowiązki mocno obciążyły przewoźników i wpłynęły na jakość pracy kierowców oraz osób odpowiedzialnych za prace administracyjne. Skalę wyzwań i nowych obowiązków jakie spotkały branżę TSL po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej przybliża Robert GWIZDEK, Kierownik Transportów Drobnicowych, GEFCO Polska.

Branża transportowa reaguje na trudności

Po brexicie czasy rozładunku i załadunku uległy wyraźnemu wydłużeniu, a prognozy mówią o przyroście liczby odpraw o 400 milionów w 2021 roku. Proporcjonalnie do tego wzrostu przybędzie pracy i zwiększy się popyt na pracowników kwalifikowanych w obszarze celno-podatkowym. Sytuacji dodatkowo nie sprzyja pandemia i pilnowanie wymogu przedstawienia negatywnego wyniku testu na Covid-19, wykonanego 72 godziny przed przekroczeniem granicy po stronie Wielkiej Brytanii.

„Obecnie eksport towarów z Unii Europejskiej do Wielkiej Brytanii przebiega sprawniej niż w przeciwnym kierunku. W transportach FTL czas tranzytu jest podobny, ale warto założyć co najmniej dzień rezerwy. Z kolei w przypadku transportów drobnicowych do Wielkiej Brytanii doliczamy co najmniej dwa dni robocze. Z powodu konsolidacji towarów na jednym aucie od wielu dostawców, musimy mieć pewność, że wszystkie deklaracje po stronie brytyjskiej zostały złożone i pojazd nie zostanie zatrzymany w porcie” – mówi Robert Gwizdek z GEFCO Polska.

Eksport z Unii Europejskiej wydaje się łatwiejszy do kontroli. Dzięki deklaracjom pre lodge towar jest odprawiony przed wjazdem do Wielkiej Brytanii. Z kolei w przypadku eksportu do UE, nadawca musi wystawić deklarację eksportową i otworzyć dokument tranzytowy T. W Wielkiej Brytanii działa mało punktów dokonujących walidacji dokumentu T, stąd trzeba liczyć się z opóźnieniami. Rezerwy czasowe w transportach wynoszą od jednego do dwóch dni przy FTL i trzech do czterech dni przy drobnicy.

Metody optymalizacji przepływu towarów UE-UK

Robert Gwizdek podkreśla, że GEFCO w ramach eksportu do UK zdecydowało się wdrożyć system dodatkowej awizacji. Następnie firma wykorzystuje narzędzie, które konsoliduje informacje i jest współdzielone przez zespoły GEFCO w Belgii i Wielkiej Brytanii. „Załadunek i transport z ostatniego HUBu na terytorium Unii Europejskiej rozpoczynamy dopiero wtedy, gdy zespół z Wielkiej Brytanii przekaże dyspozycję w systemie. W ten sposób w GEFCO ograniczamy ryzyko przewozu niepowołanych przesyłek, które mogą wstrzymać cały ładunek, w tym również wiele towarów innych klientów” – wyjaśnia.

Z polskiego punktu widzenia, po brexicie wysyłający towary musi związać się z agencją celną, ponieważ dotychczasowe dostawy wewnątrzwspólnotowe są traktowane jako eksport. Po drugie musi przejrzeć warunki Incoterms z kontrahentami w Wielkiej Brytanii, a przy eksporcie dochodzi kwestia DDP i EXW, co wpływa na obowiązki odpraw. Eksporter musi również posiadać numer identyfikacyjny w systemie celnym krajów UE (EORI number) oraz zwrócić dużą uwagę na przejrzystość faktury na potrzeby celne.

Skutki Brexitu dla branży TSL

Specjalista GEFCO nie ma wątpliwości, że po dwóch miesiącach trudno ocenić wszystkie skutki brexitu jakie dotkną polskie firmy z branży TSL. Wzrosła ilość pracy administracyjnej, a pojazdy powyżej 7,5t muszą przejść rejestrację (KAP) jeszcze przed przybyciem do portu Dover, w przeciwnym razie nie przekroczą granicy Wielkiej Brytanii. Dodatkowo przewoźnicy mogą podjeżdżać tylko w wyznaczone miejsca w Wielkiej Brytanii w celu walidacji dokumentu tranzytowego „T”, co wydłuża czas pracy kierowcy oraz zwiększa eksploatację pojazdu.

Brexit wymaga od przewoźników i importerów stałego śledzenia przepisów. Zgodnie z ostatnimi decyzjami strony brytyjskiej, do końca 2021 przedłużono możliwość zgłaszania importu w UK w procedurze EIDR, która umożliwia złożenie pełnej deklaracji importowej w ciągu 6 miesięcy od przekroczenia granicy UE/UK. Z kolei od 2022 roku, czyli później od pierwotnych zapowiedzi, przy eksporcie z UE do UK będzie wymagane świadectwo fitosanitarne dla roślin i produktów pochodzenia roślinnego oraz zaawizowanie ich importu po stronie UK. Również od 1 stycznia 2022 roku w UK pojawi się obowiązek składania deklaracji bezpieczeństwa (ENS) przy imporcie towarów z Unii Europejskiej.

„Nowe formalności wydłużyły czas tranzytu, ograniczyły liczbę kursów międzynarodowych w ciągu miesiąca i zwiększyły koszty. Najbliższe miesiące pokażą, czy będziemy mieli do czynienia z rynkiem przewoźnika czy klienta. Wzrost stawek dla wielu klientów okaże się ciężki do zaakceptowania z punktu widzenia rentowności ich biznesu. Jeżeli transporty towarów staną się mało opłacalne, część firm rozważy zmianę rynku i swoją uwagę skoncentruje na rynkach państw Unii Europejskiej” – dodaje ekspert GEFCO Polska.

Jakie pespektywy dla branży TSL po brexicie?

Przyszłość według specjalisty GEFCO jest trudna do przewidzenia, ale na pewno przyniesie wzrost stawek eksportowych i importowych. Po brexicie przewoźnicy ponoszą większe koszty spowodowane koniecznością angażowania dodatkowych podjazdów i kompletowaniem dokumentów, co pochłania więcej czasu, niż wcześniej. Chcąc uniknąć ryzyka błędów formalnych, mogą decydować się na mniejszą konsolidację ładunków na jednym aucie. Być może nadawcy zwiększą wielkość pojedynczej dostawy, ponieważ formalności są takie same.

Bez względu na to, czy transport obejmuje jedną paletę czy całe auto, koszt odprawy i czynności celnych często jest taki sam. Rosną koszty transportu, a to może zachęcić odbiorców do szukania alternatywnych dostawców poza Wielką Brytanią. Warto również pamiętać o wpływie brexitu na handel z Irlandią. Ekspert GEFCO uważa, że w przyszłości możemy być świadkiem rozwoju połączeń promowych między Francją a Irlandią. W tym przypadku czas dostawy jest dłuższy o dobę, ale można ominąć procedury celne.

W 2021 roku leasing aut osobowych wzrośnie o 17 proc., ciężarówek o 17 proc., a maszyn o 12 proc. r/r

2021 rok będzie okresem szybkiej odbudowy branży leasingowej w Polsce. Główny ekonomista EFL Marcin Nieplowicz prognozuje wzrost na poziomie ok. 15 proc. rok do roku oparty na trzech filarach: samochodach osobowych, pojazdach ciężkich oraz maszynach. W pandemicznym 2020 roku rynek leasingu w Polsce zrealizował wariant łagodnego wyhamowania rozwoju i pokazał wysoką odporność na społeczno-gospodarcze zawirowania. Ubiegłoroczny spadek finansowania na poziomie 10 proc. jest trzy razy niższy niż w 2009 roku, kiedy Wielki Kryzys Finansowy doprowadził do skurczenia się branży o ponad 30 proc.

– W miarę jak będą postępować szczepienia, rząd będzie stopniowo znosić kolejne obostrzenia administracyjne. Przełoży się to na wyraźny wzrost aktywności gospodarczej, szczególnie w II połowie tego roku. W I kwartale 2021 dynamika PKB będzie jeszcze nieznacznie ujemna, ale od II kwartału powinniśmy już obserwować wyraźne ożywienie. Szacujemy, że wzrost gospodarczy w całym 2021 roku wyniesie ok. 4,2 proc., co pozwoli rynkowi leasingu urosnąć o ok. 15 proc. r/r – prognozuje ekonomista EFL.

Leasing odporny na koronawirusa

Po niemal 6 proc. spadku r/r odnotowanym w 2019 roku, ubiegły rok branża leasingowa w Polsce zakończyła na 10 proc. minusie – wynika z najnowszych danych Związku Polskiego Leasingu. – To była przede wszystkim pochodna pierwszej od 28 lat recesji gospodarczej w Polsce oraz bardzo negatywnego przełożenia pandemii Covid-19 i restrykcji administracyjnych na decyzje inwestycyjne polskich przedsiębiorców. Zamknięcie gospodarki w II kwartale 2020 spowodowało spadek rynku leasingu aż o 34 proc. r/r. Tu jednak z pomocą ruszył rząd – mówi Marcin Nieplowicz, główny ekonomista EFL.

Szczególnie ważna była Tarcza Finansowa 1.0, dzięki której mikro, małe i średnie firmy otrzymały subwencje w kwocie 61 mld zł. To miało bezpośrednie przełożenie na rynek leasingu. Przedsiębiorcy wrócili do wstrzymywanych inwestycji, w rezultacie czego rynek leasingu już w III kwartale ubiegłego roku wzrósł o 3,7 proc. r/r. Druga fala pandemii oraz powrót do restrykcji administracyjnych nie zahamowały rozwoju rynku leasingu w ostatnim kwartale 2020, czego wyrazem była 4,8 proc. dynamika r/r. (dane ZPL). – Świadczy to o relatywnie dużej odporności polskiego rynku leasingu na trudne otoczenie ekonomiczne i jest bardzo dobrym prognostykiem na ten rok. Pamiętajmy, że ubiegłoroczne wyniki branży są nieporównywalnie lepsze niż te odnotowane w 2009 roku, kiedy Wielki Kryzys Finansowy doprowadził do spadku całego rynku leasingu o ponad 30 procent – podkreśla ekonomista EFL.

Trzy filary

Dynamika w 2021 roku będzie oparta na trzech filarach. Pierwszym z nich są pojazdy lekkie. Wraz z przewidywanym stopniowym polepszaniem sytuacji epidemicznej od II kwartału 2021, powinniśmy obserwować wyraźną poprawę nastrojów konsumenckich. Według EFL konsumpcja prywatna wzrośnie w tym roku o ok. 5 proc. r/r, co przełoży się na ok. 17 proc. wzrost finansowania pojazdów lekkich przez firmy leasingowe.

Drugim motorem będzie finansowanie pojazdów ciężkich. Sektor ten ucierpiał najbardziej w 2020 roku. Największa po II wojnie światowej recesja w strefie euro przełożyła się na załamanie wymiany handlowej, głęboki spadek przewozów, a w konsekwencji na bardzo istotne ograniczenie inwestycji przez firmy transportu drogowego. Wartość sfinansowanych pojazdów ciężkich przez firmy leasingowej obniżyła się w ubiegłym roku aż o 27 proc. r/r. EFL oczekuje, że w bieżącym roku sytuacja poprawi się i dynamika leasingu pojazdów ciężkich wyniesie ok. 17 proc. r/r. Kluczowe będzie wyraźne ożywienie strefy euro.

Trzecim ważnym obszarem rozwoju firm leasingowych będzie finansowanie maszyn, gdzie EFL prognozuje dynamikę na poziomie ok. 12 procent r/r. Finansowanie maszyn w leasingu jest mocno skorelowane z wynikami sektora przemysłowego. Utrzymanie ekspansji polskich firm w eksporcie, jak i wyraźne odbicie popytu konsumpcyjnego od II kwartału 2021, będą czynnikami, które pozwolą zwiększyć w tym roku produkcję przemysłową o ok. 8-10 proc. r/r. Należy jednak pamiętać, że w polskich firmach wciąż utrzymuje się dosyć niskie wykorzystanie parków maszynowych, co będzie ograniczało inwestycje w maszyny w perspektywie kilku najbliższych miesięcy. Na wyraźnym plusie powinny być w tym roku przede wszystkim maszyny finansowane pożyczką. To dlatego, że najbliższe trzy lata będą stały pod znakiem intensywnego wykorzystania funduszy unijnych dla rozwoju rolnictwa, co istotnie zwiększy wolumen maszyn rolniczych sfinansowanych pożyczką inwestycyjną przez firmy leasingowe.

Jeżeli interesuje Cię leasing na nową firmę lub już od jakiegoś czasu prowadzisz działalność, kliknij w link, a dowiesz się więcej.

Rok 2021 na rynku inwestycyjnym będzie należał do nieruchomości logistycznych, mieszkaniowych i medycznych

Bieżący rok na rynku inwestycyjnym w regionie EMEA upłynie pod znakiem transakcji w sektorze nieruchomości logistycznych, mieszkaniowych i medycznych oraz innych aktywów alternatywnych. Głównym czynnikiem będzie utrzymująca się niechęć do podejmowania ryzyka przez inwestorów, którzy do czasu zmniejszenia się wpływu pandemii na gospodarkę będą koncentrowali się na głównych rynkach, oferujących lepsze perspektywy długofalowego wzrostu. Wynika z najnowszego raportu poświęconego globalnemu rynkowi inwestycyjnemu, pt. „The Signal Report: Investor’s Quarterly Guide to 2021, opublikowanego przez międzynarodową firmę doradczą Cushman & Wakefield.

Nieruchomości alternatywne pozostaną na topie, ponieważ zmiany strukturalne i skutki pandemii Covid-19 wpływają na sposób, w jaki ludzie mieszkają, pracują i spędzają wolny czas.

Niskie stopy procentowe, duża płynność i brak innych opcji będą napędzały popyt inwestycyjny, przyczyniając się do ożywienia.

Aktywność inwestycyjna w regionie EMEA może przyspieszyć w drugiej połowie 2021 roku, ale ekologia będzie zyskiwała na znaczeniu.

Nieruchomości alternatywne nadal górą

Cushman & Wakefield przewiduje, że nieruchomości logistyczne, mieszkaniowe i medyczne znacząco zyskają na zmianach stylu życia spowodowanych przez pandemię, a ewolucja sposobu, w jaki ludzie pracują, mieszkają i robią zakupy, nadal będzie rewolucjonizować dotychczasowy porządek. Dalszy duży wzrost inwestycji przewidywany jest w tym roku także w innych sektorach nieruchomości alternatywnych takich jak centra danych i magazyny samoobsługowe.

Wiele możliwości inwestycyjnych stwarza również zmiana funkcji istniejących nieruchomości, między innymi budowa obiektów wielofunkcyjnych i specyficznych dla poszczególnych sektorów, takich jak na potrzeby usług click & collect oraz logistyki miejskiej „ostatniego metra” i ewoluującej infrastruktury technicznej.

David Hutchings, autor raportu i dyrektor ds. strategii inwestycyjnych w dziale rynków kapitałowych w regionie EMEA, Cushman & Wakefield, powiedział: „Aktywność inwestycyjna na rynkach regionu EMEA jest ściśle uzależniona od szerszego ożywienia gospodarczego i łagodzenia obostrzeń związanych z pandemią Covid-19, co nadal wpływa na popyt wśród inwestorów i wyniki poszczególnych sektorów. Ożywienie światowej gospodarki zapoczątkują Azja i Ameryka Północna, ale tempo wzrostu w Europie również przyspieszy w drugiej połowie bieżącego roku. Niemniej jednak, ze względu na zmiany strukturalne zachodzące przede wszystkim w sposobie korzystania z biur i robienia zakupów, tytuł zwycięzcy pandemii w tym roku zachowają nieruchomości logistyczne i alternatywne, takie jak mieszkania na wynajem oraz obiekty z sektora opieki zdrowotnej i life sciences”.

Transformacja rynku biurowego i handlowego

Aktywność inwestycyjna w sektorze nieruchomości biurowych i handlowych może przyspieszyć w drugiej połowie 2021 roku, wraz ze wzrostem odsetka osób zaszczepionych i łagodzeniem obostrzeń związanych z pandemią Covid-19. Atrakcyjność aktywów w tych sektorach będzie kształtowana przez jakość lokalizacji i postrzeganie ich jako destynacji, co będzie miało wpływ na popyt ze strony najemców i ostatecznie na wysokość cen.

W 2021 roku wskaźnik niewynajętej powierzchni biurowej w regionie EMEA pozostanie na najniższym poziomie spośród wszystkich rynków, ale będzie nieznacznie i systematycznie wzrastał do blisko 10% w czwartym kwartale – głównie ze względu na długoterminowe umowy najmu i niewielką ilość powierzchni będącej w budowie. Stopy pustostanów w Ameryce Północnej, regionie Azji i Pacyfiku oraz Chinach mogą wzrosnąć w ostatnim kwartale roku do ok. 15-20%.

David Hutchings dodaje: „Nie należy pomijać nieruchomości biurowych i handlowych, zwłaszcza że pracownicy wracają do biur i sklepy niesprzedające artykułów pierwszej potrzeby będą się otwierały w drugim i trzecim kwartale. Pandemia niewątpliwie spowodowała, że jakość lokalizacji i szerzej rozumiany placemaking wysunęły się na pierwszy plan – czynniki te będą miały decydujące znaczenie przy zaspokajaniu popytu ze strony najemców. Zamiast analizować te sektory w oderwaniu od innych aspektów, inwestorzy mają szansę na osiągnięcie sukcesu decydując się na bardziej holistyczne podejście i przeanalizowanie możliwości realizacji inwestycji wielofunkcyjnych, dzięki czemu mogliby wykreować destynacje zgodnie z koncepcją sense of place”.

Wykres 1. Wskaźniki niewynajętej powierzchni biurowej na świecie

Wskaźniki niewynajętej powierzchni biurowej na świecie
Źródło: dział badań Cushman & Wakefield. Uwaga: *Bez Meksyku. **Bez Rosji i Turcji.

Wolniejsze tempo ożywienia na rynkach najmu w regionie EMEA

Inwestorzy rozpoczną ofensywę, jak tylko pozwolą im na to warunki, ale na ożywienie aktywności na rynkach najmu trzeba będzie zaczekać dłużej. Szanse na wzrost aktywności najemców w najbliższym czasie zmalały z powodu przywrócenia obostrzeń związanych z lockdownem pod koniec 2020 roku, strukturalnie wolniejszego tempa dostosowywania się rynku pracy i niskiego odsetka osób zaszczepionych (z wyjątkiem Wielkiej Brytanii i Izraela). Dodatkowo, w 2021 roku prawdopodobnie zniknie 1,3 mln miejsc pracy w całym regionie. Z tego względu aktywność najemców może znacząco przyspieszyć dopiero w drugiej połowie bieżącego roku.

Niemniej jednak nawet wówczas ożywienie w Europie Zachodniej będzie następowało wolniej niż na innych rynkach świata. Analiza wpływu pandemii Covid-19 na poziomy realnego PKB pokazuje, że tempo wychodzenia z kryzysu krajów europejskich należy do najwolniejszych. Wśród 20 największych gospodarek świata, powrót na ścieżkę wzrostu gospodarczego potrwa najdłużej w Wielkiej Brytanii, Francji i Hiszpanii (od IV kw. 2022 r. w Wielkiej Brytanii do IV kw. 2023 r. w Hiszpanii). To znacznie dłużej niż w przypadku liderów rankingu, czyli Chin kontynentalnych, Tajwanu i Australii, których PKB przekroczyło poziom sprzed wybuchu pandemii w połowie 2020 roku.

Popyt inwestycyjny w Europie nadal koncentruje się na głównych rynkach, ale prognozowane szybkie odbicie gospodarcze w krajach takich jak Polska zachęci inwestorów do zwrócenia uwagi na inne kierunki i poszukiwania nowych możliwości inwestowania.

Wykres 2. Tempo ożywienia największych gospodarek świata

Tempo ożywienia największych gospodarek świata
Źródło: różne instytucje rządowe, Moody’s Analytics, dział badań Cushman & Wakefield

Globalna prognoza na rok 2021

Droga do ożywienia wygląda na nierówną, ale napędzać je będą inwestorzy, ponieważ niskie stopy procentowe, duża płynność i brak alternatywnych opcji inwestycyjnych wpływają na wzrost popytu. Widoczne są jednak różnice na poziomie regionalnym, gdyż warunki sprzyjają odbiciu w regionie Azji i Pacyfiku oraz Ameryce Północnej, natomiast w gorszej sytuacji znajdują się kraje Europy i Ameryki Łacińskiej oraz rynki wschodzące. Niemniej jednak wszystkie regiony mogą zakończyć rok 2021 z silnymi wzrostami.

David Hutchings, autor raportu i dyrektor ds. strategii inwestycyjnych w dziale rynków kapitałowych w regionie EMEA, Cushman & Wakefield, podsumowuje: „Podobnie jak w 2020 roku, globalne gospodarki oraz rynki najmu i kapitałowe będą zachowywały się zgodnie z rozwojem sytuacji pandemicznej, która wpływa na poszczególne regiony w zróżnicowany sposób. Chcąc podjąć najlepsze decyzje inwestycyjne, inwestorzy powinni patrzeć znacznie dalej niż tylko na obecny cykl krótkoterminowy. Na wyniki inwestycyjne będą wpływały zmiany strukturalne, głównie cyfrowa transformacja, a w przypadku graczy europejskich także kwestie związane z ekologią. Z naszej analizy wynika, że początki prawdziwego ożywienia na wszystkich rynkach zaczniemy obserwować w drugiej połowie 2021 roku. Niezaspokojony popyt i wyjątkowo liberalne otoczenie finansowe mogą przyczynić się do niezwykle szybkiego ożywienia gospodarczego w czwartym kwartale, czego efektem będzie bardzo duży wzrost dynamiki na rynku pod koniec roku”.

Fiskus ogranicza ulgę abolicyjną. Czy Polacy pracujący za granicą będą zmieniać rezydencję podatkową?

Polak pracował na statku pływającym pod banderą Malty, ale dla norweskiej firmy. Na podstawie umowy ws. unikania podwójnego opodatkowania, nie zamierzając osiągać przychodów w Polsce, wystąpił o ograniczenie poboru zaliczek na podatek dochodowy od osób fizycznych za cały 2019 r. do kwoty 0 zł. Jednocześnie wniósł o stwierdzenie, że brak jest opodatkowania podatkiem dochodowym w Polsce dla jego przychodów osiąganych z tytułu pracy dla norweskiego armatora, co oznaczałoby również konieczność dokonania przez organ podatkowy zwrotu całości wpłaconych przez niego zaliczek na podatek. Jak zareagował fiskus?

Zgodnie z art. 22 § 2a Ordynacji podatkowej organ podatkowy na wniosek podatnika ogranicza pobór zaliczek na podatek, jeżeli podatnik uprawdopodobni, że zaliczki byłyby niewspółmiernie wysokie w stosunku do podatku należnego od dochodu lub zysku przewidywanego na dany rok podatkowy.

Polak pracujący dla norweskiej firmy na statku pływającym pod banderą Malty

Polski obywatel pracujący na pokładzie chemikaliowca pływającego pod banderą Malty, eksploatowanego przez przedsiębiorstwo norweskie, wystąpił do naczelnika urzędu skarbowego z wnioskiem o ograniczenie do 0 zł kwoty poboru zaliczek na PIT za cały 2019 r. W swoim wniosku wskazał, że nie zamierza osiągać przychodów na terytorium Polski, stąd w jego sytuacji zastosowanie znajdzie zawarta między RP a Królestwem Norwegii Konwencja z dnia 9 września 2009 r. w sprawie unikania podwójnego opodatkowania i zapobiegania uchylaniu się od opodatkowania w zakresie podatków od dochodu (dalej: Konwencja między RP a Norwegią lub po prostu Konwencja). Zgodnie z art. 14 ust. 3 tej Konwencji wynagrodzenie uzyskane w związku z wykonywaniem pracy najemnej na pokładzie statku morskiego eksploatowanego w transporcie międzynarodowym przez przedsiębiorstwo umawiającego się państwa może być opodatkowane w tym kraju. Pobierane więc zaliczki na PIT w obliczu faktu, że wnioskodawca skorzysta z tzw. ulgi abolicyjnej, o której mowa w art. 27g ustawy o PIT, będą niewspółmiernie wysokie, a i tak w przypadku ich opłacenia organ podatkowy będzie zobowiązany do ich zwrotu w całości.

Fiskus powziął wątpliwość, czy Polak aby na pewno pracuje dla norweskiej firmy

W październiku 2019 r. naczelnik odmówił uwzględnienia wniosku podatnika. Uznał, że po przejrzeniu stron internetowych, jak i zapoznaniu się z przedłożoną przez wnioskodawcę dokumentacją, m.in. dokumentami zatrudnienia, wydrukiem z norweskiego rejestru przedsiębiorców, kserokopią książeczki marynarskiej, nie sposób stwierdzić, czy pływający pod maltańską banderą statek, na którym podatnik świadczy pracę najemną, jest eksploatowany przez firmę norweską.

W grudniu 2019 r. odwołania polskiego marynarza nie uwzględnił dyrektor izby administracji skarbowej, potwierdzając za organem I instancji, że przedłożone dokumenty nie rozwiewają wątpliwości, jaka jurysdykcja prawna znajdzie w tej sprawie zastosowanie.

Organy podatkowe często popełniają błąd, skupiając się na banderze statku

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gdańsku, do którego skargę na ww. rozstrzygnięcia organów wniósł polski marynarz, zgodził się z organami podatkowymi, że warunkiem ograniczenia wysokości zaliczek na podatek jest łączne spełnienie przesłanek zawartych w treści art. 14 ust. 3 Konwencji między RP a Norwegią, poprzez wykonywanie pracy najemnej na pokładzie statku morskiego eksploatowanego w transporcie międzynarodowym przez przedsiębiorstwo norweskie.

Sąd powtórzył za dyrektorem izby administracji skarbowej, że organ ten zgodził się, iż w sytuacji marynarza ziściły się dwa z trzech powyższych warunków, tzn. marynarz wykonywał pracę na pokładzie statku morskiego, a statek ten był eksploatowany w transporcie międzynarodowym. Organ nie dopatrzył się ziszczenia trzeciego z warunków do zastosowania Konwencji między RP a Norwegią, czyli udowodnienia eksploatacji tego statku przez firmę norweską. W opinii sądu dla normy art. 14 ust. 3 ww. Konwencji nie ma natomiast znaczenia, jaką banderę podnosił statek. Odwołuje się bowiem ona do wykonywania pracy najemnej na pokładzie statku eksploatowanego w transporcie międzynarodowym przez firmę jednego z państw będących stroną Konwencji. Zatem w regulacji tej chodzi o państwo siedziby przedsiębiorstwa eksploatującego statek, a nie państwo przynależności tego statku. Sąd orzekł więc, że odmawiając wnioskodawcy ograniczenia poboru zaliczek na podatek dochodowy, organy podatkowe naruszają art. 22 § 2a Ordynacji podatkowej:

Podnoszona przez organ okoliczność, że statek podnosi banderę Malty, nie uzasadnia uznania, że w sprawie istnieją wątpliwości co do eksploatacji statku w transporcie międzynarodowym przez przedsiębiorstwo norweskie. Organy podatkowe w szeregu tego typu spraw przywiązują nadmierne znaczenie do kwestii bandery statku, a ta okoliczność pozostaje bez znaczenia […] Okoliczność podnoszenia przez statek bandery Malty nie może zatem stanowić podstawy do uznania, że skarżący nie uprawdopodobnił eksploatacji statku przez przedsiębiorstwo z faktycznym zarządem w Norwegii” (wyrok WSA w Gdańsku z 8 września 2020 r., sygn. akt I SA/Gd 242/20).

Zmiana rezydencji podatkowej remedium na drastyczne ograniczenie ulgi abolicyjnej

W wyroku z 8 września gdański sąd zwrócił uwagę, że organy podatkowe takich błędnych interpretacji na niekorzyść podatników dokonują „w szeregu tego typu spraw”. W obliczu ugruntowania takiej linii orzeczniczej sądów fiskus zareagował błyskawicznie, bowiem już 30 września 2020 r. rząd złożył w Sejmie projekt nowelizacji ustaw podatkowych (druk 642), na mocy której od 1 stycznia 2021 r. niemal całkowicie zlikwidował ulgę abolicyjną. Co prawda wszyscy podatnicy nadal mogą z niej korzystać, jednak odliczenie od podatku dochodowego w jej ramach nie będzie mogło przekroczyć kwoty 1360 zł. Do tego nowelizacja różnicuje sytuację podatników osiągających dochody za granicą w zależności od państwa, w którym pracują. Dlatego też z niektórymi krajami Polskę łączą umowy w sprawie unikania podwójnego opodatkowania, które dla realizacji tego celu przewidują stosowanie korzystniejszej dla podatnika metody wyłączenia z progresją. Zatem dla osób rozliczających się tą metodą, np. pracujących na Malcie czy Cyprze, likwidacja ulgi abolicyjnej nie będzie mieć znaczenia. Natomiast osiągający dochody w innych krajach, np. w Wielkiej Brytanii, będą musieli opodatkować je w Polsce i dopłacić należny według polskich przepisów podatek. Czy w sytuacji tak znacznego pogorszenia położenia części osób pracujących za granicą jedynym wyjściem byłaby całkowita zmiana rezydencji podatkowej?

W skierowanym do Marszałka Sejmu piśmie z 20 października 2020 r. opiniującym projekt zniesienia ulgi abolicyjnej, Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych napisało:

Zaproponowane rozwiązanie podatkowe w zakresie likwidacji ulgi abolicyjnej nie wpłynie pozytywnie na uszczelnienie systemu podatkowego i uderzy w ogromną grupę pracownic i pracowników zarabiających poza granicami kraju. Ponad 2,5 mln Polaków, w tym grupy już dziś mierzące się z trudną sytuacją życiową jak marynarze i pracownicy morscy, zostanie postawionych przed koniecznością zamiany emigracji zarobkowej na emigrację stałą” (opinia OPZZ/PO/159/2020 do Rządowego projektu ustawy o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, ustawy o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne oraz niektórych innych ustaw, druk nr 642).

Dla tych, którzy nie chcą być ofiarami „proponowanych rozwiązań podatkowych”, odpowiedź na zadane wyżej pytanie wydaje się oczywista. Tylko zmiana rezydencji podatkowej może uchronić zarabiających na życie za granicą przed coraz głębszym sięganiem do ich kieszeni przez polskiego fiskusa, co w praktyce oznacza po prostu ucieczkę przed coraz większym pobieranym przez niego haraczem. Zmiana rezydencji pozwoli płacić podatki tylko w kraju, w którym osiąga się dochody z własnej pracy bądź w państwie, które oferuje jeszcze korzystniejsze ich opodatkowanie. Czy istnieje inna opcja? Tak, jedna – rezygnacja z pracy…

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Cyfrowa rzeczywistość, czyli jak skutecznie się podpisać

Potrzeba matką wynalazków, ale i szybszego wdrażania rozwiązań, których wprowadzenie wcześniej odkładaliśmy. Prawdziwości tego stwierdzenia dowiodły czasy pandemii, która zadziałała jak katalizator w przypadku cyfryzacji niektórych procesów w firmach. Przykłady? Elektroniczny obieg dokumentów i cyfrowe ich podpisywanie.

Pandemia okazała się prawdziwym wyzwaniem. Podczas lockdownu każdy, kto chciał utrzymać swój biznes, musiał przeanalizować sytuację i wprowadzić rozwiązania zdalne, zapewniające ciągłość procesów. Najczęściej mówiło się o wprowadzeniu pracy zdalnej i związanych z nią narzędziach: zaawansowanych komunikatorach, rozwiązaniach chmurowych, zdalnym zarządzaniu projektami. Jednak biznesowa rzeczywistość to również cała administracja, obieg dokumentów oraz konieczność ich podpisywania. To właśnie ten obszar funkcjonowania biznesu znacznie przyspieszył w czasie pandemii – szacuje się, że potrzeba szybkiej cyfryzacji tych procesów pozwoliła nam nadrobić w tym aspekcie cały rok.

Elektroniczny obieg dokumentów

Jak wynika z badania „Trusted Economy w nowej rzeczywistości. Ograniczanie ryzyka związanego z szybką cyfryzacją”[1], ponad połowa respondentów (51%) w trakcie pandemii wprowadziła nowe rozwiązania cyfrowe, które pozwoliły na digitalizację obiegu dokumentów i cyfrowe podpisywanie umów.

Już w styczniu 2018 r. w życie weszły przepisy równoważące dokumentację akt pracowniczych w formie papierowej i elektronicznej. Od tego momentu wiele firm rozpoczęło wdrażanie rozwiązań to umożliwiających. Jednak dopiero w ostatnim roku proces ten znacznie przyspieszył, a siłą napędową stała się pandemia i tzw. nowa rzeczywistość.

Kiedy wprowadzaliśmy do naszej oferty narzędzie Q-Solutions e-dokumenty, podkreślaliśmy, że jest to rozwiązanie, które optymalizuje koszty archiwizacji, porządkuje akta i ułatwia dostęp do nich, pozwala na zachowanie jednolitej struktury tych akt i gwarantuje ich bezpieczeństwo, a jako ostatnią zaletę wymienialiśmy elastyczność tego rozwiązania i możliwość jego szybkiej adaptacji do zmieniających się przepisów. Nie przypuszczaliśmy wówczas, że właśnie ta cecha okaże się języczkiem u wagi w czasie pandemii – mówi Paweł Wysocki, Prezes Zarządu firmy Quercus, specjalizującej się we wdrażaniu rozwiązań SAP oraz autorskich narzędzi informatycznych w obszarze HR.

Szef Quercus przyznaje, że w przypadku wielu firm to właśnie cyfryzacja procesów pozwoliła na zachowanie ich płynności. Jednak, jego zdaniem, to etap początkowy, bo w dłuższej perspektywie narzędzia zapewniające bezpieczny obieg dokumentów kadrowych będą opierać się m.in. na sztucznej inteligencji i zaawansowanej analityce ogromnych wolumenów danych.

Podpis cyfrowy

Szybkie wdrożenie rozwiązań cyfrowych dla wielu przedsiębiorstw oznaczało w czasie pandemii „być albo nie być”, a w przypadku części z nich stało się nawet przewagą konkurencyjną. Możliwość zdalnej realizacji zleceń, a przede wszystkim podpisywania umów, okazała się synonimem stabilności i bezpieczeństwa kontrahenta. Nic zatem dziwnego, że bodaj najpopularniejszym obecnie w biznesie narzędziem cyfrowym jest podpis elektroniczny.

Przed pandemią przedsiębiorcy wykorzystywali podpis elektroniczny najczęściej przy okazji rocznych sprawozdań finansowych. Dziś używa się go o wiele częściej, bo tego wymaga sytuacja. Na przykład przetargi realizowane są obecnie drogą elektroniczną, za pośrednictwem specjalistycznych platform, w których składa się dokumenty sygnowane cyfrowo, za pomocą kwalifikowanego podpisu elektronicznego – podkreśla Paweł Wysocki, ekspert firmy Quercus.

Rodzaje podpisów elektronicznych

Podpis cyfrowy wykorzystywany jest zarówno w rzeczywistości biznesowej, jak i w administracji. Istnieją jednak cztery podstawowe rodzaje podpisu, stosowane w różnych sytuacjach i przez różnych użytkowników.

Profil Zaufany, czyli bezpłatna, cyfrowa usługa administracji, będąca środkiem identyfikacji elektronicznej, która umożliwia zdalną obsługę wielu spraw urzędowych (wysłanie rozliczenia PIT, złożenie wniosku o wydanie dowodu osobistego, kupno samochodu, narodziny potomka, złożenie wniosku o odpis aktu stanu cywilnego, itp.). To powszechna alternatywa dla płatnego podpisu kwalifikowanego.

W przypadku Profilu Zaufanego trzeba przejść skrócony lub wydłużony proces weryfikacyjny. Dłuższa ścieżka to droga klasyczna, która wymaga weryfikacji osobistej w urzędzie. Druga opcja to założenie profilu zaufanego przez internetowe konto bankowe – tożsamość weryfikowana jest przez bank.

Profil zaufany wykorzystywany jest przede wszystkim w celu sygnowania dokumentów urzędowych, w kontaktach z organami administracji publicznej (np. ePUAP, obywatel.gov.pl). Nie ma zastosowania w kontraktach biznesowych – wymienia Maciej Kabaciński, Dyrektor Pionu HR w Quercus Sp. z o.o.

Zwykły podpis elektroniczny można złożyć choćby za pośrednictwem e-maila – poprzez oświadczenie woli. Sprawdza się w przypadku dokumentów niewymagających podpisu kwalifikowanego, na przykład wniosku o urlop wypoczynkowy. W dodatku, co warto podkreślić, nawet taki podpis niesie ze sobą skutki prawne i może być dowodem w sądzie.

Zaawansowany podpis elektroniczny – wymaga wykorzystania specjalnych narzędzi, które pozwalają na ustalenie tożsamości podpisującego dokumenty. Bardzo często wykorzystywany jest np. do podpisywania dokumentów firmowych, umów pomiędzy firmami. Po podpisaniu dokumentu każda zmiana jest automatycznie odnotowywana przez system. Ta opcja wymaga dostępu do odpowiedniego narzędzia, jak np. SAP DocuSign, co może wiązać się z dodatkowymi kosztami, zazwyczaj po stronie zleceniodawcy.

Najbardziej zaawansowany jest elektroniczny podpis kwalifikowany – to opcja płatna, która pozwala na zawieranie w formie elektronicznej wszystkich typów umów wymagających formy pisemnej, w tym np.: umów o pracę, o zakazie konkurencji, potrącenie z wynagrodzenia, o przeniesieniu autorskich praw majątkowych, umów o odpowiedzialności materialnej za mienie powierzone.

Takie rozwiązanie może być zastosowane tylko wówczas, gdy pracodawca prowadzi dokumentację pracowniczą w formie elektronicznej (i tylko takiej). Jeśli nie może podpisać dokumentów w sposób certyfikowany, wymagany jest podpis odręczny. Taki dokument, w formie zdigitalizowanej, jest następnie włączany do e-akt. Jeżeli jednak pracodawca prowadzi i przechowuje akta osobowe w postaci papierowej, umieszczona w aktach umowa o pracę powinna zostać sporządzona na piśmie (a nie w postaci elektronicznej) i zawierać własnoręczne podpisy obu stron stosunku pracy – zaznacza Prezes Zarządu Quercus Sp. z o.o.

Kwalifikowany podpis elektroniczny jest równoważny odręcznemu (pozwala na weryfikację tożsamości podpisującego). Jest to rozwiązanie płatne (kilkaset złotych rocznie) i ograniczone czasowo (trzeba odnawiać subskrypcję). Kwalifikowany podpis elektroniczny jest oparty o kwalifikowany certyfikat i składany za pośrednictwem specjalnych kluczy (kart i czytników). Co ważne – podpisanie łączy się z automatycznym „zablokowaniem” dokumentu – każda późniejsza zmiana będzie od razu widoczna dla wszystkich stron. Taki podpis wydany w państwie członkowskim UE jest uznawany też w pozostałych krajach unijnych, sprawdza się więc w realizacji kontraktów międzynarodowych.

Wprowadzenie cyfrowych podpisów to bardzo wygodne rozwiązanie, skracające w wielu przypadkach czas obiegu dokumentów, zwłaszcza między różnymi jednostkami czy instytucjami. Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że w najbliższych latach narzędzia umożliwiające cyfrowe podpisywanie dokumentów będą się rozwijać. Jednak rozwojowi technologii powinny towarzyszyć adekwatne zmiany w przepisach.

Obecnie nie wszystkie dokumenty wewnętrzne w firmie wymagają podpisu pracownika. Przykładem mogą być wnioski o urlop wypoczynkowy. W przypadku dokumentacji firmowej, jak np. pism związanych ze zmianami w strukturze, umów – obowiązują rozwiązania przyjęte w Europie, które uznają zaawansowany podpis elektroniczny (złożony np. za pośrednictwem narzędzia SAP DocuSign) za wystarczający.

Jednak w przypadku dokumentacji pracowniczej polski ustawodawca wymaga podpisu kwalifikowanego od obu stron, co bardzo utrudnia i podraża przejście na w pełni elektroniczną teczkę osobową, a jednocześnie hamuje cały proces. Dlaczego? Gdy jedna ze stron nie ma możliwości podpisania dokumentu podpisem kwalifikowanym (a najczęściej będą to pracownicy), dokument ostatecznie musi być wydrukowany, podpisany przez pracownika, następnie zeskanowany, podpisany przez pracodawcę certyfikowanym podpisem kwalifikowanym lub kwalifikowaną pieczęcią elektroniczną pracodawcy i dopiero w tej postaci zamieszczony w firmowym archiwum elektronicznym – podsumowuje Maciej Kabaciński, Szef Pionu HR w firmie Quercus Sp. z o.o.

[1]https://www2.deloitte.com/pl/pl/pages/doradztwo-prawne/articles/Raport-TRUSTED-ECONOMY-w-nowej-rzeczywistosci.html

Cyfrowa transformacja najlepiej sprawdza się w modelu zintegrowanym

Biznes stoi przed ogromnym wyzwaniem. Już od wielu lat temat transformacji cyfrowej przedsiębiorstw jest jednym z najważniejszych aspektów omawianych przy okazji rozwoju, inwestycji i przyszłości firm. Pandemia koronawirusa, która dotknęła organizacje na całym świecie, zweryfikowała poziom i kierunek innowacyjności, przyspieszyła rozwój w wielu obszarach, ale inne wręcz wyhamowała. Czy czas pandemii jest dobrym momentem na podejmowanie inwestycji w nowoczesne technologie i transformację cyfrową?

Nie ulega wątpliwości, że ostatni rok niezbicie pokazał jak ważna dla sukcesu organizacji jest jej cyfrowa modernizacja, zwłaszcza, gdy dostępność i niezawodność usług IT może świadczyć o „być albo nie być” firmy. Dlatego coraz więcej przedsiębiorstw, które wcześniej wykazywało się sceptycznym podejściem do cyfryzacji, teraz deklaruje swoją otwartość na nowe rozwiązania i zwinne podejście do prowadzenia biznesu. Bo kiedy, jak nie teraz?

Jak wskazują badania IDC, w ciągu najbliższych dwóch lat około 65 proc. globalnego PKB będzie wynikało z cyfryzacji. Całkowita wartość inwestycji w transformację cyfrową w latach 2020 – 2023 może przekroczyć 6,8 bln USD. Nie oznacza to jednak, że wszystkie z podejmowanych inwestycji w stronę cyfryzacji, będą zakończone sukcesem – średnio ok. 26 proc. organizacji decydujących się na transformację cyfrową, osiągnie zwrot inwestycji.

Kiedy zamiast transformacji wkrada się chaos…

Jak twierdzi Joanna Lesińska, principal SIAM consultant w Capgemini – tak duży odsetek firm, którym nie zwróci się inwestycja w transformację cyfrową (74 proc.) jest pokłosiem dużego rozdrobnienia na rynku dostawców usług IT. Wiele organizacji decydujących się na cyfryzację, rozpoczyna współpracę z wieloma partnerami jednocześnie, gdzie każdy oferuje różne rozwiązania, tworzone w oparciu o różne platformy. W efekcie firma otrzymuje procesy, dane i zespoły eksperckie, które nie mogą ze sobą efektywnie współpracować, są niezintegrowane i trudne do usystematyzowania.

– Takie sytuacje zdarzają się niezwykle często, wówczas najlepszym rozwiązaniem, które proponujemy naszym klientom jest stworzenie modelu, który w ramach jednego, stabilnego narzędzia pomoże zintegrować wiele składowych i zapewni wsparcie wielu procesom – w jednym miejscu. W efekcie pracownicy otrzymują mierzalne wartości, jednocześnie zapewniając oszczędność czasu i pieniędzy. Takim narzędziem jest ServiceNow. Naszą rolą jest wsparcie klienta w przejściu z rozproszonego modelu do zintegrowanej platformy – mówi Joanna Lesińska.

Jednym z najważniejszych wyzwań, któremu należy sprostać podczas procesu transformacji cyfrowej, jest zachowanie ciągłości działań, przy jednoczesnym osiąganiu wymiernych celów biznesowych. Rozwiązaniem jest tutaj automatyzacja najbardziej podstawowych procesów, które pochłaniają pracownikom najwięcej czasu. Automatyzacja pozwala zachować wysoki standard wykonania zadania, często w znacznie krótszym czasie i niejednokrotnie ze znacznie wyższym poziomem zadowolenia klienta końcowego. We wprowadzeniu zautomatyzowania procesów, dzięki wykorzystaniu sztucznej inteligencji, także pomaga ServiceNow.

Transformacja cyfrowa to wsparcie

W dobie pandemii ze względu na bezpieczeństwo pracowników oraz liczne obostrzenia i wytyczne sanitarne wiele firm wprowadziło pracę zdalną tam, gdzie tylko było to możliwe. Często praca w rozproszeniu budzi wiele wyzwań, problemów technicznych, z którymi pracownicy mogą sobie samodzielnie nie poradzić. Wsparcie działów IT jest niestety często znikome, dla wielu pracowników kontakt ze specjalistą IT rodzi poczucie niezrozumienia, niedostępności. Warto na tym etapie podkreślić, że transformacja cyfrowa to też między innymi wsparcie techniczne.

– Rozwiązanie, które implementujemy u naszych klientów opiera się także na stworzeniu wielu kanałów komunikacji, które umożliwiają łatwiejsze dotarcie do informacji lub zgłoszenie ewentualnego zapotrzebowania na pomoc. Co ważne, użytkownik ma do dyspozycji wiele przystępnych narzędzi, takich jak chatbot, baza wiedzy, czy też aplikacja mobilna, więc może wybrać najdogodniejszą dla siebie opcję. Czas reakcji zespołów IT po wprowadzeniu takich rozwiązań może skrócić się nawet o 75 proc. – wyjaśnia ekspertka Capgemini.

Tego typu rozwiązania także doskonale wspierają pracę w rozproszonych zespołach. Sprawna i wygodna wymiana informacjami podnosi komfort pracy pracowników i efektywność wykonywanych zadań. W organizacjach, które wdrożyły systemy takie jak ServiceNow, wyraźnie dostrzegalna jest ścisła i dobrze uzupełniająca się wzajemna współpraca.

Holistyczne podejście

W dobie globalnego kryzysu niezwykle ważnym jest, by wszelkie podejmowane decyzje i działania były maksymalnie efektywne, przemyślane i prowadziły wprost do sukcesu. Konieczne jest zatem holistyczne podejście, które obejmie całą organizację. Dostęp do szerokiego przekroju danych pozwoli na sprawne zarządzanie przedsiębiorstwem.

– Systemy, które wdrażamy pozwalają pracownikom sięgnąć po „twarde dane”, na podstawie których mogą oni podejmować najlepsze decyzje, zapobiegać kryzysom, automatyzować procesy. Możliwość przeglądania trendów i predykcji pozwala przewidywać ewentualne potrzeby lub wyzwania, które stoją przed organizacją. Takie działania umożliwiają wdrożenia najlepszych rozwiązań, zanim stanie się to koniecznością – dodaje Joanna Lesińska.

Pandemia sprawiła, że cyfryzacja biznesu przestała być luksusem, a stała się standardem, często warunkującym sukces organizacji. Niezależnie jednak od sytuacji epidemiologicznej, gospodarczej czy też lokalnej, warto rozważyć transformację cyfrową całości organizacji, w oparciu o zintegrowany model, który zapewni długotrwały sukces na wielu płaszczyznach.

Samochody firmowe kluczem do elektromobilności

Jak wynika z analizy przeprowadzonej przez EY i Eurelectric, choć floty służbowe stanowią jedynie 20% europejskiego rynku samochodowego, odpowiadają za więcej niż 40% liczonego w kilometrach dystansu pokonywanego przez wszystkie samochody oraz za połowę emisji CO2 i gazów cieplarnianych generowanych przez transport drogowy. Dlatego to elektryfikacja flot samochodów służbowych będzie głównym motorem ograniczającym emisje CO2 i innych gazów cieplarnianych w Europie.

Sześć na dziesięć sprzedawanych w Europie samochodów przeznaczonych jest do użytku służbowego, a jeszcze w 2019 r. 96% rejestrowanych aut flotowych miało napęd spalinowy. Szacunki pokazują, że flota samochodów służbowych – zarówno elektrycznych, jak i z napędem spalinowym – wzrośnie o około 15% do 2030 roku i sięgnie nawet 73 milionów pojazdów. Jednak biorąc pod uwagę wyłącznie segment elektrycznych pojazdów flotowych, wzrost będzie wyższy bo 24-krotny, a liczba tego typu aut na drogach wzrośnie do 2030 roku nawet do 10,5 mln sztuk z 420 tys. obecnie.

Rys. Rodzaje samochodów w UE + Wlk. Brytanii w podziale na segmenty rynku, lata 2018-2030 (w mln sztuk)

Samochody firmowe kluczem do elektromobilności

– Rozpoczęcie elektryfikacji w sektorze motoryzacyjnym od floty aut wykorzystywanych przez firmy pozwoli szybciej ograniczać emisję szkodliwych substancji do atmosfery aniżeli dzieje się to w przypadku indywidualnych aut. Co więcej, działania w segmencie samochodów flotowych – które często pokonują określone, regularne i możliwe do przewidzenia bądź usystematyzowania trasy, mają stałe punkty docelowe i przystanki – pozwolą w pierwszym etapie łatwiej zarządzać niezbędną dla rozwoju tego rynku infrastrukturą punktów ładowania. Dodatkową zaletą takiego działania będzie możliwość wykorzystania wiedzy nabytej podczas tej transformacji i rozwiązań, które jej będą towarzyszyć, do szybszego rozwoju rynku wtórnego samochodów elektrycznych, a także popularyzacji samochodów elektrycznych na użytek indywidualny – mówi Michał Lesiuk, Partner EY, Lider Sektora Produkcja Przemysłowa i Mobilność.

Z rozmów, jakie zostały przeprowadzone z europejskimi menedżerami flot na potrzeby analizy EY i Eurelectric wynika, że elektryfikacja flot jest na razie traktowana eksperymentalnie. Dotyczy niewielkiej części pojazdów, które są testowane pod kątem użyteczności, kosztu utrzymania i satysfakcji kierowców. Zarządzający flotami chcą mieć pewność, że zasięg pojazdu, wygoda i możliwości jego ładowania zapewniają płynną jazdę i auta z napędem elektrycznym są dobrą alternatywą dla samochodów spalinowych. Jeśli oceny wypadną korzystnie – samochody elektryczne będą stopniowo wypierały z flot samochody z silnikami benzynowymi i Diesla.

Obecnie spośród wszystkich (indywidualnych i flotowych) 308 mln samochodów jeżdżących po europejskich drogach, tylko 3 mln to samochody elektryczne. Z analizy EY wynika, że do 2030 roku ta liczba wzrośnie do co najmniej 40 mln, co pociąga za sobą konsekwencje związane z inwestycją w infrastrukturę. Obecnie w Europie istnieje ok. 213 tys. publicznie dostępnych stacji do ładowania samochodów elektrycznych. To stan, który w tej chwili jest zadowalający, ale wraz z rozpowszechnieniem napędów elektrycznych, infrastruktura do ich ładowania będzie musiała zostać znacznie rozbudowana. Szacuje się, że w 2030 roku sieć stacji ładowania powinna liczyć ok. 3 milionów punktów. Będzie to wymagało inwestycji rzędu 20 mld EUR w infrastrukturę publiczną i kolejnych 60 mld EUR w infrastrukturę prywatną.

– Potrzebna będzie infrastruktura z optymalnie rozmieszczonymi i dostosowanymi do możliwości energetycznych punktami ładowania. Będzie to szczególnie istotne na obszarach wiejskich, gdzie odległości między stacjami ładowania będą znacznie większe. Szczegółowe modelowanie zachowań kierowców i lokalizacji punktów ładowania pomoże zidentyfikować obszary, w których mogą wystąpić wąskie gardła. Konieczne będzie stworzenie zarówno infrastruktury wolnego, jak i szybkiego ładowania. Wprawdzie zdecydowana większość ładowań odbywa się w domu lub w pracy, ale szybkie ładowarki będą musiały być publicznie dostępne w miastach i poza nimi – dodaje Michał Lesiuk.

Niemałą rolę w rozwoju elektromobilności będą odgrywały również zachęty finansowe i podatkowe. Obecnie 21 krajów europejskich oferuje premie dla nabywców pojazdów elektrycznych, choć ich wartości są różne.

– Projekty i plany dotyczące dekarbonizacji prowadzone są na różnych szczeblach. Zobowiązanie, by do 2030 roku zrezygnować w Europie z aut spalinowych niektóre kraje podejmują jeszcze bardziej odważnie i jak na przykład Norwegia – zamierzają wprowadzić ograniczenia nawet wcześniej. Wciąż wyzwaniem jest jednak wysoki koszt samochodów z napędem elektrycznym. Dlatego właśnie poszczególne kraje stosują zachęty, wspierające sprzedaż tego typu pojazdów. Na znaczne finansowe wsparcie mogą liczyć m.in. Francuzi, Włosi, Szwedzi, Portugalczycy czy Holendrzy. W Polsce w ubiegłym roku pilotażowo prowadzono programy Zielony Samochód, Koliber i e-Van, które realizowane były przez Narodowy Fundusz Środowiska i Gospodarki Wodnej i skierowane zarówno do osób fizycznych, jak i firm. Zakładały one jednak górny, stosunkowo niski limit ceny auta, który znacznie ograniczał możliwości zakupu. Nie znamy jeszcze planów na 2021 rok, ale z pewnością jest tu jeszcze przestrzeń do zbudowania atrakcyjnego ekosystemu zachęt do zakupów samochodów elektrycznych w naszym kraju – nie tylko dla osób indywidualnych, ale i dla firm – dodaje Michał Lesiuk.

O raporcie
Analiza przeprowadzona przez EY i Eurelectric oparta jest na rozmowach z wiodącymi przedstawicielami branży samochodowej, energetycznej, ropy naftowej i gazu ziemnego, producentami akumulatorów, firm zarządzających flotą samochodową, firm leasingowych i przedstawicieli stacji ładowania. Zestawia analizy i opinie identyfikując kluczowe obszary przynoszące wzrost wartości systemu elektromobilności i przedstawia szereg rozwiązań, które powinny zostać wdrożone, by go upowszechnić.

Sprzedaż i najem zwrotny nieruchomości

Wartość transakcji sprzedaży i najmu zwrotnego (sale and leaseback) zawartych w Europie w 2020 roku wyniosła łącznie 8,4 mld euro i była o 8,5% wyższa od średniej pięcioletniej. Trend wzrostowy utrzyma się również w 2021 roku, podaje międzynarodowa firma doradcza Savills. Również w Polsce coraz więcej firm zainteresowanych jest tego rodzaju transakcjami – głównie w sektorze nieruchomości magazynowych i handlowych.

Z danych firmy Savills wynika, że ubiegłoroczny wolumen transakcji sprzedaży i najmu zwrotnego był o 10% niższy niż w 2019 roku. Niemniej jednak już wcześniej widoczna była dość silna korelacja pomiędzy cenami nieruchomości a aktywnością w zakresie sprzedaży i najmu zwrotnego, która przekłada się na wzrost liczby transakcji zawieranych w tej formule, gdy stopy kapitalizacji ulegają kompresji. Według Savills, obecnie jest bardzo dobry czas na zawieranie transakcji sale and leaseback, ponieważ rosnące ceny nieruchomości zachęcają właścicieli zajmujących je na własne potrzeby do sprzedaży aktywów, a dodatkowo możliwości inwestowania na rynku są mocno ograniczone.

„Coraz silniejsza presja na zwiększenie płynności przez firmy w celu poprawy wyników finansowych lub dokonywania akwizycji obecnie i po zakończeniu pandemii Covid-19 przyczyni się w 2021 roku do wzrostu popularności transakcji sprzedaży i najmu zwrotnego. Przewidujemy, że w drugim półroczu zostanie zawarta rekordowa liczba tego typu transakcji. Oferty sprzedaży spotkają się z dużym zainteresowaniem inwestorów dysponujących coraz większym kapitałem i poszukujących aktywów generujących przychody w dłuższej perspektywie, które zapewniałyby środki na pokrycie zobowiązań” – mówi Oli Fraser Looen, współdyrektor działu doradztwa inwestycyjnego w regionie EMEA, Savills.

Logistyka liderem

W ujęciu sektorowym logistyka nadal zyskuje na popularności dzięki ekspansji handlu elektronicznego.

„Silna konkurencja na rynku, w warunkach ograniczonej podaży produktów inwestycyjnych, spowodowała spadek stóp kapitalizacji w głównych lokalizacjach o ok. 312 pb do poziomu 3% na przestrzeni ostatnich 10 lat. Aby utrzymać udział w rynku, wiele firm z branży e-commerce musi zainwestować duże środki w zabezpieczenie strategicznej lokalizacji, rozwój strategii omnichannel czy też integrację procesów automatyzacji. Z tego względu transakcje sprzedaży i najmu zwrotnego są biznesowo uzasadnione w przypadku niektórych właścicieli nieruchomości logistycznych zajmujących je na własne potrzeby” – mówi Lydia Brissy, dyrektor w dziale badań rynków europejskich, Savills.

W efekcie wartość transakcji sprzedaży i najmu zwrotnego na europejskim rynku nieruchomości logistycznych systematycznie rosła od końca 2013 roku i w ubiegłym roku osiągnęła rekordowy poziom 3,4 mld euro, tj. ok. 15% więcej niż w roku 2019. Jednocześnie wolumen transakcji inwestycyjnych na tym rynku wzrósł tylko o 4%, co potwierdza, że niewielka podaż hamuje aktywność inwestycyjną w tym sektorze.

Transakcje sprzedaży i najmu zwrotnego w sektorze nieruchomości handlowych dotyczyły głównie sieci supermarketów i hipermarketów, przy czym branża spożywcza okazała się odporna na wprowadzane w poszczególnych krajach obostrzenia związane z lockdownem. Ta odporność przyciągnęła uwagę inwestorów zainteresowanych utrzymaniem ekspozycji w sektorze handlowym, co spowodowało kompresję stóp kapitalizacji dla supermarketów. Średnie stopy kapitalizacji dla najlepszych supermarketów w Europie spadły o 14 pb w latach 2019-2020, podczas gdy dla najbardziej atrakcyjnych centrów handlowych wzrosły w tym czasie o 39 pb.

W sektorze nieruchomości biurowych, pomimo silnej kompresji stóp kapitalizacji obserwowanej od roku 2009 (średnio o 270 pb w największych miastach europejskich), wolumen transakcji sprzedaży i najmu zwrotnego wzrósł tylko nieznacznie od 2013 roku. Niemniej jednak w ubiegłym roku wartość transakcji inwestycyjnych tego typu na rynku biurowym wyniosła 3,4 mld euro.

„Wprawdzie rola sektora biurowego została zrewidowana w ostatnich 12 miesiącach, jednak warunki najmu dla większości najemców biur nie uległy zmianie. Sprzedaż i najem zwrotny to jedna z opcji umożliwiających większą elastyczność, ale potencjalni inwestorzy będą zainteresowani oceną zarówno lokalizacji, jak i kondycji sektora danego najemcy oraz jego wiarygodności przed podjęciem decyzji o zakupie” – dodaje Lydia Brissy.

Po pierwsze lokalizacja

Pod względem liczby dużych transakcji tytuł lidera przypadł Francji, gdzie na szczególną uwagę zasługuje sprzedaż budowanego obecnie obiektu Harmony, w którym będzie się mieścić siedziba firmy Engie. Na drugim miejscu uplasowały się Niemcy, gdzie na wolumen transakcji sprzedaży i najmu zwrotnego największy wpływ miała sprzedaż siedziby Hamburg Commercial Bank grupie Signa oraz sprzedaż budynku Random House, należącego do Bertelsmann, firmie inwestycyjnej Allianz Real Estate.

Wartość transakcji sprzedaży i najmu zwrotnego w Holandii wzrosła niemal trzykrotnie w ubiegłym roku, głównie za sprawą zbywania wielu obiektów przez firmy logistyczne, w tym sprzedaży należącego do DSV magazynu o powierzchni 115 tys. m kw. firmie Savills IM. Niemniej jednak największą transakcją tego typu w ubiegłym roku było zbycie portfela supermarketów Jumbo.

W Wielkiej Brytanii aktywność na rynku transakcji sprzedaży i najmu zwrotnego również napędzał przede wszystkim sektor logistyczny, ale aktywne pod tym względem były także sieci supermarketów, zwłaszcza Waitrose, oraz LondonMetric.

Trend dociera do Polski

„Na przestrzeni ostatnich dwóch lat zaobserwowaliśmy w Polsce wzrost świadomości właścicieli nieruchomości dotyczący możliwości sprzedaży i najmu zwrotnego. Dostrzegają oni korzyści wynikające z tego rozwiązania, które umożliwia im szybszą ekspansję w naszej wciąż dynamicznie rozwijającej się gospodarce. Również inwestorzy zainteresowani aktywami z umowami najmu typu net lease mogą szybko zrealizować tego typu transakcje, co jest szczególnie atrakcyjne dla firm, które w przeciwnym razie musiałyby uzyskać finansowanie zewnętrzne w często wolniej działających bankach. By właściciel nieruchomości mógł z sukcesem zrealizować transakcję sprzedaży i najmu zwrotnego musi móc pochwalić się dobrymi wynikami finansowymi, być później wiarygodnym najemcą oraz sam obiekt musi być atrakcyjny dla inwestora” – mówi Łukasz Fromiński, dyrektor w dziale doradztwa inwestycyjnego, Savills Polska.

„Pomimo presji spadkowej na stopy kapitalizacji we wszystkich regionach, Polska nadal zyskuje dzięki znacznej i atrakcyjnej różnicy w cenach w porównaniu z Europą Zachodnią. Z tego względu kupując obiekt w ramach transakcji sprzedaży i najmu zwrotnego w Polsce można nabyć nieruchomość często z takimi samymi najemcami korporacyjnymi, jak w Europie Zachodniej, ale uzyskać znacznie lepsze stopy zwrotu” – dodaje John Palmer, dyrektor zespołu doradztwa inwestycyjnego w sektorze nieruchomości magazynowych i przemysłowych, Savills Polska.

Po kapitał niekoniecznie do banku. Nadzieja na REIT-y

Konsekwentna realizacja planowanych inwestycji wymaga od firm poszukiwania teraz także alternatywnych dróg pozyskiwania kapitału.

W sytuacji, kiedy banki zaostrzyły warunki finansowania, a dla niektórych branż całkowicie wstrzymały kredytowanie realizacja nowych projektów stała się dla wielu firm wyzwaniem. Dla inwestorów posiadających własne nieruchomości sposobem na zdobycie kapitału może być ich sprzedaż i dzierżawa zwrotna. Transakcja w formule sale and leaseback umożliwia odmrożenie zablokowanych środków, pozyskanie funduszy taniej niż w banku, a przy tym możliwość dalszego korzystania z nieruchomości na zasadzie wynajmu.

Tego typu transakcje to przede wszystkim szansa na wykorzystanie doskonałej koniunktury rynkowej przez sektor magazynowy, który rozwija się aktualnie w bezprecedensowym tempie. Skalę zainteresowania nieruchomościami z tego segmentu w ostatnim czasie pokazują choćby statystyki rynku inwestycyjnego. W pierwszej połowie 2020 roku, jak wynika z danych Walter Herz, niemal połowa akwizycji w Polsce dotyczyła biurowców. A już w trzecim kwartale biura wyparła logistyka, która w tym okresie odpowiadała za 70 proc. całkowitego wolumenu transakcji.

Rozwój nowych inwestycji magazynowych jest jednak znacznie utrudniony w sytuacji, kiedy banki zakręcają kurek i selektywnie podchodzą do finansowania nieruchomości. Inwestorzy muszą dysponować dziś wkładem własnym na poziomie 35–40 proc., czy wykazać się przednajmem lub przedsprzedażą przekraczającą nawet 50 proc. Podczas, gdy wcześniej wystarczające było 20-30 proc. wkładu własnego.

Opcja dla rynku nieruchomości

– Dla sektora magazynowego i przemysłowego, które przeżywają teraz okres ekspansji transakcje sale and leaseback to znakomity sposób na uwolnienie środków na reinwestycje. Takie umowy przeważnie nie są szeroko komunikowane. Niemniej zainteresowanie tego typu projektami w różnych segmentach rynku nieruchomości w ostatnim czasie mocno wzrosło. Decydują się na nie firmy, które poszukują pozabankowych źródeł finansowania. Obecnie prowadzimy dwie tego typu transakcje dla klientów produkcyjnych z branży automotive. Ich zaletą jest czas, bo tego typu proces można przeprowadzić relatywnie szybko – mówi Bartłomiej Zagrodnik, Managing Partner/CEO w Walter Herz.

– Sale and leaseback to opcja, która w Polsce nie była dotąd często wykorzystywana w odróżnieniu na przykład od Stanów Zjednoczonych, gdzie jest rynkowym standardem. Ilość kapitału obecna na naszym rynku jest teraz znaczna. Takie transakcje budzą m.in. zainteresowanie funduszy inwestycyjnych, dla których nabycie nieruchomości połączone z jej wieloletnim wynajmem jest bardzo atrakcyjnym wyborem. Sukcesywnie wzrastające znaczenie naszego kraju jako rynku do lokowania kapitału powoduje natomiast, że przyciągamy nowych inwestorów. Wolumen transakcji inwestycyjnych wzrastał w ostatnich latach regularnie, by w 2019 roku osiągnąć rekordową wartość ponad 7 mld euro. I nawet niełatwy, ubiegły rok przyniósł niezły rezultat – 5,5 mld euro – dodaje Bartłomiej Zagrodnik.

Transakcje sale and leaseback wiążą się z wieloma korzyściami. Sprzedając nieruchomość firma pozbywa się obciążeń związanych z zarządzaniem obiektem i może skupić się na swoim core business. Optymalizuje się również baza kosztowa firmy, w przypadku sprzedaży nieruchomości kilkudziesięcioletni okres amortyzacji zastępuje jedna faktura czynszowa. Poza tym, firma nie tylko nie ma potrzeby przenoszenia biznesu do innej lokalizacji, ale także wciąż utrzymuje kontrolę nad wynajmowaną nieruchomością. A w efekcie transakcji poprawia wynik finansowy i zyskuje kapitał na inwestycje.

Rekordowa wartość transakcji w Europie i Azji

Analitycy Walter Herz zwracają uwagę, że liczba transakcji sale and leaseback rośnie w okresach, kiedy pogarsza się ogólna sytuacja ekonomiczna. W czasie kryzysu w 2008 roku ich wartość w Europie sięgnęła aż 13 mld euro. W ostatnich latach wolumen takich transakcji wzrastał. W 2019 roku w Europie i Azji osiągnął rekordową wartość sprzedaży. Aż 430 transakcji zrealizowanych w Europie przyniosło w 2019 roku sprzedaż o wartości 23,1 mld euro. Tym samym, pobity został rekord z 2018 roku, wynoszący 17 mld euro.

W minionym roku mogliśmy także obserwować kolejne, duże transakcje sale and leaseback. W maju 2020 roku kompleks magazynów w Wielkiej Brytanii przejęła Aviva Investors za 107 mln funtów od producenta odzieży Next, który następnie wydzierżawił nieruchomość. Investcorp wykupił z kolei siedzibę Coca-Coli w Belgii za 88 mln dolarów.

W Polsce również notowane były tego rodzaju transakcje. W czerwcu minionego roku spółka DSV, globalny dostawca usług transportowych i logistycznych zrealizowała transakcję w formule sale & leaseback z francuską firmą inwestycyjną Corum Asset Management, która dotyczyła nowego Międzynarodowego Centrum Usług Wspólnych DSV w Warszawie o powierzchni 20 tys. mkw.

Do większych transakcji przeprowadzonych w naszym kraju w ostatnim czasie należał także zakup za 81 mln euro przez Zeitgeist Asset Management dawnej, warszawskiej siedziby Urzędu Telekomunikacyjnego i Telegraficznego o powierzchni 49 mkw. od Orange. Inwestor zakupił również od Orange Pocztę Główną w Krakowie.

Ponadto, Towarzystwo Ubezpieczeń i Reasekuracji Warta sfinalizowało sprzedaż budynku biurowego z najmem zwrotnym przy alejach Jerozolimskich w Warszawie. Austriacka firma inwestycyjna FLE w ramach transakcji portfelowej nabyła zaś w Polsce pięć samoobsługowych hurtowni Makro Cash & Carry od niemieckiej firmy Metro, która nadal prowadzi hurtownie.

Nadzieja na REIT-y

Rynek nieruchomości komercyjnych w Polsce wesprzeć mogą także REIT-ty (real estate investment trust), których temat powrócił w ostatnim czasie. Prace nad nimi trwają od 2016 roku. Kolejna wersja założeń dotyczących finansowania inwestycji na rynku nieruchomości przez osoby fizyczne i instytucje w zamian za dywidendę, ma być gotowa jesienią tego roku. Spółki powołane do tego celu mają szansę w dużym stopniu przyczynić się do rozwoju kolejnych projektów komercyjnych finansowanych przez rozproszony kapitał.

Wprowadzenie podobnych regulacji w Czechach spowodowało zwiększenie udziału inwestorów czeskich z 1 proc. do 37 proc., wypierając fundusze zagraniczne. W Polsce rynek inwestycyjny dotyczący nieruchomości komercyjnych zdominowany jest wciąż przez inwestorów zagranicznych, którzy odpowiadają za około 95 proc. wartości transakcji.
Zanim jednak w naszym kraju przeprowadzona zostanie pierwsza transakcja za pośrednictwem REIT-ów minie jeszcze sporo czasu. Poza wprowadzeniem stosownej legislacji i utworzeniem samych spółek oraz zebraniem kapitału, trzeba przecież także przygotować sam proces transakcji, który również trwa wiele miesięcy. Mówimy więc o perspektywie nawet dwuletniej, kiedy będzie można ocenić skuteczność tego rozwiązania.

Shoper podsumowuje rekordowy rok – już 4 mld zł GMV

Shoper S.A., właściciel najpopularniejszej w Polsce platformy e-commerce do prowadzenia sklepu internetowego, osiągnął w 2020 r. przychody na poziomie 47 mln zł oraz 22 mln zł zysku EBITDA. Oznacza to wzrost o odpowiednio 69 proc. r/r oraz 104 proc. r/r. W minionym roku na platformie Shoper klienci wygenerowali obrót (GMV*) w wysokości 4,0 mld zł, co oznacza wzrost o 87 proc. r/r. 5 marca br. Spółka złożyła prospekt do Komisji Nadzoru Finansowego.

Spółka oferuje przedsiębiorcom kompleksowy ekosystem do funkcjonowania na rynku e-commerce. Jego podstawą jest platforma do tworzenia i prowadzenia sklepów internetowych, wokół której Spółka oferuje kolejne usługi pozwalające przedsiębiorcom zwiększyć wielkość i efektywność sprzedaży. Wśród usług dodatkowych można wymienić Shoper Kampanie (czyli prowadzenie kampanii reklamowych zorientowanych na pozyskanie zamówień do sklepu), Shoper Płatności (polegającą na obsłudze płatności w e-sklepie) oraz Shoper Przesyłki (czyli wsparcie sprzedawców w obszarze logistyki produktów). Dodatkowo, ekosystem Shoper jest otwarty na zewnętrznych deweloperów, którzy mogą udostępnić swoje aplikacje jako dodatki do Shoper.

– Dzisiaj Shoper to już ponad 20 tys. sklepów internetowych i pozycja lidera w zakresie platform SaaS dla e-commerce na perspektywicznym, polskim rynku. Nasz sukces to efekt kompleksowego podejścia do klienta i wspierania jego sprzedaży. Efekty tych działań widać zarówno w dynamicznie rosnących wynikach Spółki, jak i w szybko rosnących obrotach klientów na platformie (GMV). Nasz rozwój to nie tylko zdobywanie nowych użytkowników, ale również wspieranie ich w rozwoju i rośnięcie wraz z nimi – komentuje Marcin Kuśmierz, prezes Shoper S.A.

Historia firmy Shoper sięga jeszcze 2005 r. i początków rynku e-commerce w Polsce. W bieżącym roku podjęto decyzję o ujednoliceniu nazwy Spółki z platformą, zmieniając ją z dawnego Dreamcommerce na Shoper S.A. Na koniec 2020 r. Spółka posiadała ponad 20 tys. użytkowników korzystających z platformy w ramach oferty podstawowej oraz usług dodatkowych m.in. z obszaru marketingu, logistyki, płatności czy zapewnienia regulaminów dla sklepów internetowych. Obecnie Spółka zatrudnia blisko 150 osób i prowadzi działalność na rynku polskim.

– Mamy za sobą dynamiczny wzrost i jeszcze ambitniejsze plany na przyszłość. Skupiamy się na rozwoju biznesu, ale też rozważamy różne scenariusze rynkowe, w tym giełdowy debiut. Dlatego złożyliśmy prospekt do Komisji Nadzoru Finansowego – mówi Marcin Kuśmierz.

Istotnym czynnikiem wzrostu Spółki jest wysoka skalowalność modelu biznesowego, czego efektem jest istotna poprawa marżowości wraz ze wzrostem liczby użytkowników platformy Shoper i generowanych przez nich obrotów. Pomimo, że użytkownicy platformy Shoper nie płacą prowizji od sprzedaży, to wiele usług dodatkowych rozliczanych jest w modelu pay-as-you-grow, który jest skorelowany z wielkością generowanych obrotów (GMV) przez ich sklepy. W 2020 r. GMV wygenerowane przez sklepy na platformie Shoper wyniosło 4,0 mld zł. To ponad 3-krotnie więcej niż w 2018 r.

Rynek e-commerce w Polsce rozwija się bardzo intensywnie, średnioroczny wzrost za ostatnie 4 lata przekracza poziom 20% i jest wyższy niż średnia notowana w Unii Europejskiej. Sukcesy firm działających na tym rynku można znaleźć zarówno w Polsce, jak i za granicą, czego dowodzą ostatnie rynkowe debiuty. Wysokie dynamiki wzrostu dla rynku e-commerce zgodnie z dostępnymi szacunkami, będą utrzymywać się w kolejnych latach.

– Branża e-commerce od kilku lat jest w dynamicznym ruchu wzrostowym, który dodatkowo przyspieszył w 2020 roku. Wzrost powinien być kontynuowany w kolejny latach, a patrząc na kraje Europy Zachodniej, na rynku jest jeszcze dużo miejsca dla nowych biznesów, rozszerzających lub tworzących swoją ofertę sprzedaży internetowej. Mamy ambicje jeszcze bardziej umocnić nasz status platformy pierwszego wyboru i pozycję wiodącego partnera dla tych podmiotów – dodaje Marcin Kuśmierz.

W roku 2020 Shoper uruchomił dla swoich Klientów nowoczesny panel administracyjny, wraz z jego mobilną wersją. Rozszerzył partnerstwo z InPost oraz wprowadził kolejne udogodnienie dla kupujących w sklepach internetowych użytkowników platformy Shoper w postaci odroczonych płatności. Zaimplementowano także dziesiątki usprawnień i utworzono ponad 35 nowych aplikacji rozszerzających możliwości sklepu.

– W Shoper zależy nam na wyjściu daleko poza rolę standardowego dostawcy rozwiązania do prowadzenia sklepu. Dlatego poza rozwojem oferty wspierającej sprzedaż użytkowników platformy Shoper, dużą uwagę przywiązujemy do ich obsługi. W samym 2020 r. odpowiedzieliśmy na ponad 147 tysięcy zgłoszeń mailowych, nasi konsultanci rozmawiali z klientami przeszło 180 tysięcy razy i przeprowadziliśmy dla nich 124 webinary edukacyjne – podkreśla Marcin Kuśmierz.

Zielona era budownictwa. Coraz więcej elementów ekologicznych w nowych budynkach

Niespełna 90% osób poszukujących mieszkania ocenia aspekty ekologiczne jako atrakcyjne. To główny powód zmian, jakie zachodzą w podejściu do budownictwa mieszkaniowego. Do Polski coraz mocniej przenikają standardy wypracowane za granicą. Przykładami są nowe inwestycje we Wrocławiu.

Działania propagujące ochronę środowiska podejmowane są często przez różne organizacje i instytucje, a coraz częściej także przez firmy. Co piąta działająca w Polsce zapowiedziała, że w 2021 roku na każde 10 realizowanych projektów przypadnie co najmniej 6 ekologicznych. Jeszcze w 2018 roku taki poziom był uzyskiwany mniej więcej dwa razy rzadziej*.

Wśród tych firm są deweloperzy. Na polskim rynku deweloperskim już jakiś czas temu dokonał się zwrot w stronę ekologii. Budynki mieszkalne stają się coraz bardziej energooszczędne i pasywne, a ich otoczenie zielone. Wyposażenie nowych inwestycji w zielone dachy i ściany, stacje ładowania pojazdów elektrycznych lub windy odzyskujące energię to już niemal standard.

Trendy wyznaczają mieszkańcy

Zwrot w kierunku zielonego budownictwa napędzają czynniki społeczne, a najbardziej poprawa zdrowia i samopoczucia mieszkańców, zachęcenie do prowadzenia biznesu w sposób zrównoważony oraz wzrost wydajności pracowników*. Przedstawiciele World Green Building Council podkreślają, że na całym świecie uważa się, że ekologiczne budownictwo ma bardzo korzystny wpływ nie tylko na środowisko, ale także na zwiększoną produktywność i zadowolenie pracowników. – To samo można powiedzieć o mieszkańcach, dla których liczy się już nie tylko lokalizacja, metraż i układ pomieszczeń. Dużą wartością dodaną są dla nich elementy ekologiczne i nowe technologie w budynkach, jak również w samych mieszkaniach – mówi Sebastian Bieńkowski, dyrektor ds. projektów w firmie deweloperskiej Eiffage Immobilier Polska.

Te słowa potwierdzają liczby. 8 na 10 osób bierze pod uwagę aspekty ekologiczne i technologiczne przy wyborze inwestycji. 88% ocenia rozwiązania ekologiczne jako bardzo atrakcyjne lub raczej atrakcyjne**. To właśnie zmieniające się preferencje mieszkańców skłaniają deweloperów do zielonego budownictwa. – Chcemy jak najlepiej spełniać ich wymagania i oczekiwania, stąd do nowych projektów w Polsce wprowadzamy elementy, których potrzebują. Poza tym doskonale rozumiemy wagę ekologii, a także wpływ budownictwa na środowisko – mówi Sebastian Bieńkowski.

Atmo i HB1820

Przykładem są dwie nowe inwestycje mieszkaniowe Eiffage Immobilier Polska we Wrocławiu: Atmo na Kępie Mieszczańskiej i HB1820 na Przedmieściu Oławskim. Aspekty ekologiczne Atmo to zielone patio z ławkami i nastrojowym oświetleniem, stojaki na rowery i stacje ładowania pojazdów elektrycznych w parkingu podziemnym. Ważna jest także lokalizacja tuż przy planowanym parku miejskim. Z kolei elementy powiązane z ekologią w HB1820 to wertykalna zielona ściana elewacji frontowej, ogródki, które notabene nie występują często w centrum miasta, oraz panoramiczne okna. – Rośliny są ozdobą, ale ich tak samo ważną funkcją jest pochłanianie dwutlenku węgla. Natomiast panoramiczne okna wpływają na mniejsze zużycie energii elektrycznej do oświetlania wnętrz – wyjaśnia Sebastian Bieńkowski. Co więcej, w części mieszkań w HB1820 zaplanowano wyposażenie w system typu inteligentny dom, który m.in. pozwala efektywnie sterować zużyciem energii elektrycznej.

W Atmo, której budowa ruszy niebawem przy ul. Dmowskiego, zaprojektowano 113 mieszkań z ogródkami, balkonami lub tarasami – w tym ergonomiczne studia, przestronne mieszkania rodzinne i 5-pokojowe apartamenty. Charakterystycznym elementem tej inwestycji będzie ceglana część zabytkowego budynku po stajni, która zostanie przyłączona do nowej zabudowy. Z kolei w inwestycji HB1820, której budowa trwa przy ul. Haukego-Bosaka 18 i 20, zaprojektowano 96 apartamentów o powierzchni od 27 do 100 mkw. W tym przypadku wyróżniającym się atrybutem, ze względu na lokalizację w centrum miasta, jest kilkanaście prywatnych ogródków i tarasów.

Francuskie inspiracje

Ukierunkowanie na zielone projekty w Polsce nie jest tak mocne, jak w najlepszych pod tym względem Zjednoczonych Emiratach Arabskich, gdzie aż 66% firm deklaruje, że projekty zielone będą stanowiły większość wszystkich realizowanych, Australii i Norwegii – po 64%, a nawet Wietnamie – 24%. Powodem głównym takiej różnicy jest niska świadomość społeczna*. – Jednakże w ostatnich latach podniosła się ona na tyle, żeby deweloperzy mogli wypracować i wprowadzić na stałe dobre praktyki. Polacy przekonują się, że można budować w sposób odpowiedzialny i zgodny z ekologią – zaznacza Tymon Nowosielski, prezes zarządu Eiffage Immobilier Polska. – Warto zauważyć, że duża część trendów przychodzi do Polski z innych krajów za sprawą polskich oddziałów międzynarodowych firm budowlanych. Tak jest w naszym przypadku. Czerpiemy inspiracje z zagranicy i wykorzystujemy doświadczenie większej firmy, z którą jesteśmy powiązani – dodaje Tymon Nowosielski.

Eiffage Immobilier Polska jest częścią grupy Eiffage, dla której zrównoważone budownictwo oznacza systematyczne, codzienne działania. Dowodem na to są prestiżowe ekologiczne certyfikaty, które otrzymują kolejne realizacje. Przykłady inwestycji wykonanych w duchu ekologii i zgodnie z zasadami zrównoważonego budownictwa we Francji i Belgii to: Hypérion – drewniana wieża mieszkalna w centrum Bordeaux, ekologiczne dzielnice położone w miejscowości Châtenay-Malabry pod Paryżem oraz w Marsylii – LaVallée i Smartseille, a także prefabrykowany, wykonany z drewna i słomy, nowy pawilon szkolny – Collège Notre Dame du Bon Secours – w belgijskiej miejscowości Binche.

Eiffage znajduje się wśród dziesięciu największych europejskich grup budowlanych i operatorów koncesji. Do jej najbardziej uznanych realizacji należą: szklana piramida Luwru, najwyższy w Europie wiadukt drogowy w Millau oraz charakterystyczne żagle Opery w Sydney.

* Źródło danych: „World Green Building Trends 2018”, Dodge Data & Analytics.

** Źródło danych: „Badania preferencji i satysfakcji z zakupu mieszkania na rynku pierwotnym”, Kantar.

Hipoteka odwrócona w Niemczech. Co słychać u naszych sąsiadów?

Z najnowszego raportu Ernst & Young (EY) oraz European Pensions and Property Asset Release Group (EPPARG), dotyczącego rynku hipoteki odwróconej na świecie oraz perspektyw rozwoju tej branży, wynika, że rynek niemiecki – w porównaniu chociażby z rynkiem brytyjskim lub amerykańskim – wciąż jest we wczesnym stadium rozwoju. W Niemczech, podobnie jak w Polsce, oferowana jest renta dożywotnia czyli hipoteka odwrócona w modelu sprzedażowym. U niemieckich sąsiadów nie funkcjonują jednak odgórne normy etyczne dla całej branży, chociażby takie jak polskie Zasady Dobrych Praktyk ustanowione w ramach Związku Przedsiębiorstw Finansowych. Hipoteka odwrócona nie jest też uregulowana odgórnymi przepisami. Mimo to Friedrich Thiele, dyrektor generalny Deutsche Leibrenten Grundbesitz AG i członek zarządu EPPARG twierdzi, że potencjał niemieckiego rynku jest porównywalny do prymusów tej branży.

W raporcie pt. „Global Equity Release Roundtable 2020” przygotowanym przez EY i EPPARG zebrano dane z Australii, Kanady, Niemiec, Włoch, Irlandii, Holandii, Nowej Zelandii, Norwegii, Polski, Hiszpanii, Szwecji, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Do najbardziej rozwiniętych rynków na świecie należą przede wszystkim Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Australia. Do rynków wysoce rozwiniętych należy zaliczyć też m.in. Kanadę, Norwegię, Szwecję i Holandię.Hipoteka odwrócona w Niemczech. Co słychać u naszych sąsiadów

– Niemiecki rynek rent dożywotnich jest wciąż na bardzo wczesnym etapie rozwoju. Oznacza to między innymi, że usługodawcy, którzy działają na nim od dłuższego czasu, nadal muszą prowadzić bardzo intensywne działania promocyjne i edukacyjne na rzecz całego rynku. Odwrócony kredyt hipoteczny, bardzo popularny w krajach anglosaskich nie jest oferowany w Niemczech, dlatego musimy najpierw wykształcić świadomość korzyści płynących z renty za nieruchomość – mówi Friedrich Thiele, dyrektor generalny Deutsche Leibrenten Grundbesitz AG i członek zarządu EPPAR. Według najnowszego raportu EY wartość niemieckiego rynku to obecnie mniej niż 0,5 mld dolarów, a liczba profesjonalnych podmiotów oferujących tę usługę w Niemczech jest mniejsza niż 5. [1]

Wartość polskiego rynku jest w tej chwili identyczna, ale mimo to potencjał rozwoju w Niemczech jest znacznie większy niż w kraju nad Wisłą. Przewiduje się, że za 10 lat roczny wolumen przekroczy w Niemczech 2 mld dolarów, co oznacza, że Niemcy będą sprzedawać (tylko w ciągu jednego roku) renty dożywotnie o takiej wartości. Według Friedricha Thiele w Niemczech istnieje bardzo duży potencjał rynkowy, w zakresie sprawiedliwego, bezpiecznego, przejrzystego i przekonującego produktu finansowania dla seniorów opartego na dożywotniej rencie z nieruchomości. Ten potencjał jest w pełni porównywalny z potencjałem w krajach anglosaskich, gdzie rynek jest już rozwinięty.

Brak odgórnych norm etycznych

W Niemczech nie ma odgórnych norm etycznych opracowanych pod kątem rynku hipoteki odwróconej. – Nasi sąsiedzi nie wypracowali dotychczas dokumentu podobnego chociażby do polskich Zasad Dorych Praktyk opracowanych w ramach Związku Przedsiębiorstw Finansowych. Aby tamtejszy rynek mógł rozwijać się w najbliższych latach, jest to konieczne – podkreśla Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. Niemcy zdają sobie doskonale z tego sprawę. Friedrich Thiele, dyrektor generalny Deutsche Leibrenten Grundbesitz AG mówi: – Aby zapewnić długoterminowy sukces rynkowy, konieczne jest, aby wszyscy gracze stosowali jednolite standardy rynkowe. W szczególności należy jasno określić proces doradztwa i zapewnić jego najwyższych poziom. Należy również zadbać o prawidłową dokumentację, a także przejrzystą prezentację produktu ze wszystkimi kosztami i ryzykiem dla klientem wynikającymi z zawarcia umowy renty dożywotniej. Długoterminowy produkt musi być uczciwy, bezpieczny i zorientowany na klienta, a w każdym razie powinien ekonomicznie zabezpieczać ryzyko długowieczności seniorów. Produkty finansowe dla seniorów, w przypadku których mamy do czynienia z szeregami ryzyk, między innymi z ryzykiem zmiany cen na rynku nieruchomościami i ryzykiem długowieczności, powinny podlegać przepisom rządowym. Takie regulacje powinny zapobiec ryzyku niewłaściwej sprzedaży kosztem seniorów.

Pandemiczne zmiany

Jak niemiecki rynek zmienił się podczas pandemii? Od marca 2020 roku pandemia COVID-19 stała się głównym wyzwaniem dla wszystkich usługodawców. Wszyscy przedstawiciele regionalni, pośrednicy i eksperci musieli całkowicie zaprzestać działalności w pierwszej fazie zamknięcia gospodarki. Organizowanie wydarzeń, spotkań dla klientów nie było możliwe przez miesiące. Wszyscy usługodawcy musieli sprostać specjalnym, zwiększonym zasadom utrzymania higieny, które jednak zostały dobrze przyjęte przez klientów. Klienci zainteresowani hipoteką odwróconą, z racji swojego wieku, z wahaniem akceptowali przejście z konsultingu, spotkań osobistych na rozwiązania cyfrowe z uwagi na to, że wielu z nich nie jest otwartych na nowe technologie. Jednak indywidualne podejście i ułatwienia, jakie zostały wprowadzone, również w zakresie konsultacji za pośrednictwem cyfrowanych kanałów, doprowadziły do trwałej poprawy jakości oferowanych usług.

– Szczególnym wyzwaniem było notarialne poświadczenie transakcji na rynku nieruchomości, co jest wymogiem prawnym w Niemczech. Umowa renty dożywotniej z nieruchomości nie może zostać zawarta drogą elektroniczną, na odległość. Jednak również tutaj niemieccy notariusze opracowali ogólne zasady higieny, które zostały pozytywnie przyjęte przez klientów. Notariusze są uznawani za istotny element całego systemu obrotu gospodarczego, dlatego w czasie pandemii zezwolono im na oferowanie swoich usług bez ograniczeń, ale z zachowaniem najwyższych standardów ochrony sanitarnej – mówi Friedrich Thiele.

***

Cały wywiad z Friedrichem Thiele ukazał się na stronie EPPARG. Link źródłowy:

Friedrich Thiele: The market for real estate pensions in Germany has the potential to double on an annual basis

[1] Raport „Global Equity Release Roundtable 2020”, przygotowany przez EY i EPPARG, opublikowany 28.01.2021.
Link: http://epparg.org/news/global-equity-release-market-forecast-to-more-than-treble-by-2031/

Polski podatnik odzyska VAT za niezapłacone faktury? Zapadł ważny wyrok TSUE

Tak zwana „ulga na złe długi” to nazwa instrumentu, który pozwala na odzyskanie podatku VAT odprowadzonego za fakturę, która nie została opłacona lub zbyta przez kontrahenta w ciągu 90 dni. Niedawny wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej zakwestionował niektóre przepisy polskiej Ustawy o VAT w tej materii jako niezgodne z dyrektywą UE ws. VAT.

Polska Ustawa o VAT pozwala skorzystać z ulgi na złe długi pod warunkiem, że kontrahent zalegający z płatnością wciąż jest czynnym podatnikiem VAT. Oznacza to, że na dzień przed złożeniem przez swojego wierzyciela wniosku o ulgę na złe długi, nie jest on w stanie upadłości lub likwidacji.

To właśnie te przepisy zostały podważone wyrokiem TSUE. Na pewno są one niekorzystne dla podatnika. W ich efekcie wiele firm musiało opłacać podatek VAT od niezrealizowanej faktury w sytuacji, kiedy nie było w stanie wyegzekwować swoich należności. To krzywdzące dla przedsiębiorcy, który nie uzyskał zapłaty za zrealizowaną usługę lub sprzedany towar.

Wyrok TSUE otwiera więc wszystkim podatnikom w Polsce możliwość otrzymania zwrotu środków z podatku VAT. Pomimo tego, że krajowe regulacje nadal obowiązują, to polscy podatnicy na podstawie wyroku Trybunału mogą występować z wnioskiem do organów podatkowych o zwrot podatku VAT z tytułu niezapłaconych faktur. Odzyskane środki z VAT, gdy kontrahent jest w stanie upadłości czy likwidacji, mogą być niejednokrotnie znaczące i dać firmom potrzebny zastrzyk gotówki, zwłaszcza w obecnych trudnych czasach.

Do uregulowania w analogicznych sytuacjach pozostaje jeszcze sprawa podatku dochodowego. Nie ma co prawda żadnej dyrektywy unijnej, która by go dotyczyła, natomiast moim zdaniem powinno to zostać rozwiązane podobnie. Przedsiębiorca, który nie otrzymał zapłaty za fakturę, nie powinien opłacać od niej podatku dochodowego. Miejmy nadzieję, że ustawodawca pójdzie w tym kierunku i jeżeli zostanie zmieniona ustawa VAT, to te niekorzystne warunki zostaną zniesione również dla PIT oraz CIT.

Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt

Pandemia różnicuje sytuację na rynku gruntów inwestycyjnych

COVID-19 ostudził aktywność deweloperów biurowych, jednocześnie zaostrzając konkurencję na rynku gruntów mieszkaniowych. Magazyny cieszą się tak dużym zainteresowaniem inwestorów, że można mówić o kurczącej się podaży terenów pod projekty tego typu.

JLL analizuje trendy na rynku gruntów inwestycyjnych pod projekty biurowe, mieszkaniowe, handlowe, logistyczno-przemysłowe oraz hotelowe w Polsce.

Rynek nieruchomości zareagował na pandemię spokojniej niż wskazywały na to początkowe analizy. Należy jednocześnie zauważyć, że ubiegły rok silnie zróżnicował sytuację w poszczególnych segmentach rynku. Mieliśmy do czynienia z całym spektrum zjawisk – od rosnącego popytu i cen gruntów mieszkaniowych i magazynowych, poprzez oznaki niepewności i wyhamowania na rynku gruntów biurowych, aż po trudną sytuację sektora hotelowego i gruntów pod obiekty handlowe, komentuje Tomasz Lewandowski, Dyrektor Działu Gruntów i Inwestycji Średniego Formatu, JLL.

Rynek biurowy – pandemia ostudziła nastroje inwestorów
Jedną z pierwszych reakcji na pojawienie się COVID-19 było wstrzymanie planów ekspansji inwestorów zagranicznych. Większość rozpoczętych odpowiednio wcześniej transakcji sprzedaży biurowych gruntów, które znajdowały się w tym okresie na zaawansowanym etapie, była kontynuowana. Jednak trwające postępowania ofertowe były niejednokrotnie weryfikowane, a nawet czasowo zawieszane,

wskazuje Tomasz Lewandowski.

Druga fala pandemii wzmocniła takie trendy jak spadek popytu, wzrost ofert podnajmu oraz zmianę struktury najmu (spadek liczby nowo zawieranych umów na rzecz przedłużania obecnych).
Ostrożna postawa inwestorów przełożyła się na niższe zainteresowanie gruntami pod zabudowę biurową. Skutkowało to mniejszą konkurencją w toczących się procesach oraz prowadziło do praktyki negocjacji ceny sprzedaży przy użyciu argumentu zwiększonego ryzyka. Korekta ceny w ofertach zakupu składanych przez deweloperów w IV kw. wahała się w granicach od 15% do nawet ponad 30%, dodaje Tomasz Lewandowski

Pandemia zweryfikowała prognozy wzrostu cen. W przypadku Warszawy, największą szansę na utrzymanie wartości pomimo COVID-19 miały grunty na obrzeżach i w ścisłym centrum miasta, gdzie średnie wartości niezmiennie oscylują w okolicach między 3000 a 4500 PLN /mkw. powierzchni użytkowej.

W najbliższych latach możemy spodziewać się mniejszej liczby transakcji zakupu gruntów biurowych. Zainteresowani zakupami będą głównie gracze o ugruntowanej pozycji, którzy nie potrzebują finansowania zewnętrznego i chcą wykorzystać spodziewaną w 2023 roku w Warszawie i niektórych miastach regionalnych lukę podażową. Utrzyma się popyt na starsze nieruchomości biurowe wymagające przebudowy lub dające potencjał do zmiany funkcji. Jednocześnie, ceny gruntów w najlepszych lokalizacjach pozostaną na zbliżonym poziomie, podsumowuje Tomasz Lewandowski

Rynek mieszkaniowy – grunty na wagę złota

Spadek sprzedaży mieszkań, który nastąpił w drugim kwartale 2020 roku nie miał przełożenia na zmniejszenie zainteresowania zakupami gruntów. Większość transakcji sprzedaży była realizowana bez zakłóceń, a ich nabywcy nadal oferowali ceny zbliżone do poziomu z 2019, a nawet wyższe. Silne odbicie w zakresie wyników sprzedaży mieszkań w drugiej połowie roku, wspierało decyzje deweloperów o rozpoczynaniu kolejnych projektów mieszkaniowych, a puste banki ziemi skłaniały do dokonywania zakupu gruntów, wskazuje Joanna Kieszczyńska, Dyrektor w Dziale Gruntów i Inwestycji Średniego Formatu

Ceny transakcyjne w relacji do PUM w Warszawie kształtowały się w okolicach 2000 PLN i wzwyż w lokalizacjach typowych dla inwestycji ze średniego segmentu jakościowego, po ceny przewyższające 5000 PLN w najbardziej prestiżowych dzielnicach, takich jak Powiśle, ścisłe Śródmieście czy górny Mokotów. W największych miastach regionalnych średnie ceny transakcyjne w relacji do PUM były notowane na poziomie 700 – 2000 PLN.

Utrzymujący się deficyt terenów inwestycyjnych zwiększy zaangażowanie deweloperów w coraz trudniejsze projekty, m.in. zakup gruntów poprzemysłowych wymagających remediacji. Niska podaż oraz rosnące ceny gruntów, w szczególności odczuwalne w przypadku sześciu największych rynków będą też sprzyjać ekspansji deweloperów w nowych lokalizacjach. Spodziewamy się też dalszego wzrostu cen gruntów mieszkaniowych oraz ostrej rywalizacji między deweloperami w prywatnych procesach zakupowych i miejskich przetargach. Na wzrost zainteresowania gruntami będzie miał też wpływ coraz bardziej dynamiczny rozwój rynku najmu instytucjonalnego, podsumowuje Joanna Kieszczyńska

Rynek handlowy – mniejsze miasta wchodzą do gry

Pandemia COVID-19 bardzo mocno wpłynęła na rynek handlowy, praktycznie ograniczając aktywność inwestycyjną w tym sektorze do parków handlowych, centrów zakupów codziennych („convenience centres”), wolno stojących sklepów spożywczych, marketów budowlanych i dekoracyjnych (z ang. DIY) oraz projektów do przebudowy lub wręcz zmiany funkcji.

Pandemia i obostrzenia nie wpłynęły jednak na zainteresowanie deweloperów gruntami pod parki handlowe oraz centra convenience, które w 2020 roku rozwijały się bardzo dynamicznie. Aktywność inwestorów w zakresie poszukiwania gruntów koncentrowała się natomiast na mniejszych miejscowościach, w których brakuje nowoczesnych przestrzeni handlowych lub takich, gdzie ich aktualna podaż nie zaspokaja wszystkich potrzeb konsumentów. Kolejne miesiące powinny przynieść kontynuację obu tych trendów, wskazuje Tomasz Lewandowski

Średnie ceny niezabudowanych gruntów pod parki handlowe w Polsce kształtowały się w przedziale 150 – 500 PLN/mkw., z tendencją wzrostową w przypadku terenów na obrzeżach lub w granicach największych miast regionalnych, aż po ceny oscylujące wokół i powyżej 1000 PLN/mkw. gruntu w granicach Warszawy.

Rynek hotelowy – większe zainteresowanie miejscowościami wypoczynkowymi
Po otwarciu hoteli w maju, popyt wewnętrzny utrzymywał się na bardzo wysokim poziomie, lecz ograniczony był prawie wyłącznie do najpopularniejszych miejscowości turystycznych. W tym samym czasie hotele miejskie z trudem generowały biznes. W rezultacie zainteresowanie gruntami pod nowe projekty hotelowe dotyczyło niemal wyłącznie terenów w miejscowościach wypoczynkowych. Uwagę inwestorów przykuwały szczególnie działki nad morzem, w pierwszej linii brzegowej.

Zakładamy, że w 2021 roku zapytania w zakresie niezabudowanych gruntów o przeznaczeniu hotelowym będą dotyczyły głównie lokalizacji wypoczynkowych i rekreacyjnych wzdłuż linii brzegowej lub w okolicach wyciągów narciarskich. Spodziewamy się też, że w większości będą pochodziły one od inwestorów o ugruntowanej obecności na polskim rynku, tłumaczy Joanna Kieszczyńska

Rynek magazynowy – rosną ceny za metr kwadratowy

Zainteresowanie gruntami magazynowymi było w ubiegłym roku napędzane m.in. przez dynamiczny rozwój e-commerce, który bezpośrednio przekłada się na zwiększony popyt na powierzchnie i tereny przemysłowo-logistyczne. Z drugiej strony, na rynku można było zaobserwować wzrost ostrożności deweloperów i znaczący spadek udziału inwestycji budowanych spekulacyjnie. Mają na to wpływ m.in. wydłużające się procesy decyzyjne co do zakupu działek poprzez pogłębienie analiz techniczno-komercyjnych oraz trudności w przeprowadzaniu niezbędnych dla inwestycji procedur administracyjnych, zwraca uwagę Tomasz Olszewski, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowo – Przemysłowych w Europie Środkowo-Wschodniej, JLL

Dynamiczny rozwój sektora logistycznego w ostatnich latach i duże zapotrzebowanie na tereny inwestycyjne miały bezpośredni wpływ na wzrost cen transakcyjnych gruntów w najpopularniejszych lokalizacjach. Trend ten umocnił się w trakcie pandemii COVID-19. Najdroższym rynkiem pozostaje Warszawa z cenami na poziomie aż do 700-800 PLN/mkw. W obrębie przedmieść Warszawy, im dalej od granic miasta, tym ceny gruntów maleją aż do poziomu 100-120 PLN/mkw. Regiony Górnego Śląska, Wrocławia i Poznania jako równie atrakcyjne lokalizacje utrzymują ceny na poziomie 150-300 PLN/mkw.

Postępujący rozwój sektora logistyki, w tym w szczególności rynku e-commerce, będzie nadal generować rosnący popyt przy coraz bardziej ograniczonej podaży gruntów w najatrakcyjniejszych lokalizacjach, co utrzyma wzrost i tak już wysokich cen transakcyjnych. Jednocześnie inwestorzy będą rozważać lokalizacje coraz dalej od głównych rynków. Wzrośnie również zainteresowanie terenami typu „brownfield”, szczególnie w dużych miastach, co spowodowane jest w dużej mierze rozwojem logistyki ostatniej mili i niedoborem działek miejskich typu „greenfield” w kluczowych lokalizacjach. Należy także zwrócić uwagę na wzrost popytu na tereny możliwe do przeznaczenia pod centra przetwarzania danych, co może mieć bezpośredni wpływ na wzrost cen terenów przemysłowych, szczególnie w rejonie Warszawy i okolic, podsumowuje Tomasz Olszewski

Zwrot podatku może pomóc wielu Polakom wyjść z długów

  • 1300 zł – tyle wynosi średnia wartość zadłużenia obsługiwanego przez firmy windykacyjne z ZPF na zlecenie operatorów telekomunikacyjnych.
  • To tyle, ile wyniosła średnia kwota zwrotu podatku dochodowego od osób fizycznych w roku ubiegłym np. w woj. mazowieckim i małopolskim[1].
  • Dodatkowy zastrzyk gotówki warto przeznaczyć na spłatę choć części zadłużenia – nawet jednorazowa wpłata ułatwia negocjacje warunków spłaty długu u wierzyciela.

Do 30 kwietnia Polacy mają obowiązek złożyć w Urzędach Skarbowych roczne zeznania podatkowe. Spora część podatników nie zwleka z rozliczeniem PIT. Im wcześniej rozliczymy się z fiskusem, tym szybciej zwrot podatku trafi na nasze konta. I choć dodatkowe pieniądze wolelibyśmy pewnie przeznaczyć na przyjemności, typu wyjazd na wakacje czy zakup nowego sprzętu, to eksperci przekonują, że w pierwszej kolejności warto pomyśleć o uporządkowaniu swojej sytuacji finansowej i spłacie ewentualnych zadłużeń.

Dodatkowa suma pieniędzy, zwłaszcza w czasach pandemii, gdy sporo osób utraciło źródło dochodu lub ich wynagrodzenie zostało zmniejszone, może stanowić realną pomoc. Szczególnie, gdy przez nietrafione decyzje czy też nieszczęśliwe zrządzenie losu popadliśmy w długi. Każdą tego typu szansę, gdy otrzymujemy niespodziewany zastrzyk gotówki, warto wykorzystać do uporządkowania swojej sytuacji finansowej– mówi Marcin Czugan, Prezes Zarządu Związku Przedsiębiorstw Finansowych, organizacji, która prowadzi kampanię Windykacja? Jasna sprawa!

Przeznaczając zwrot podatku na spłatę zadłużenia, szybciej się od niego uwolnimy

Może się okazać, że po spłacie zadłużenia zostaną nam jeszcze wolne środki do rozdysponowania, ponieważ kwoty ze zwrotów podatków bywają czasami naprawdę duże. Widać to choćby na przykładzie danych z Małopolski oraz Mazowsza. Z informacji udostępnionych przez Izbę Administracji Skarbowej w Krakowie wynika, że w ubiegłym roku urzędy skarbowe woj. małopolskiego zrealizowały z tytułu podatku dochodowego od osób fizycznych[2] 1 129 515 zwrotów na łączną kwotę 1 467 654 006 zł, co daje średnio 1300 zł na podatnika. Podobną kwotę, bo 1306 zł, otrzymali podatnicy z woj. mazowieckiego.

Jeśli porównamy to z danymi Związku Przedsiębiorstw Finansowych, okaże się, że kwota ta odpowiada mniej więcej średniemu zadłużeniu obsługiwanemu przez firmy windykacyjne z ZPF na zlecenie operatorów telekomunikacyjnych. Jeżeli zatem mamy zadłużenie wynikające np. z niezapłaconych rachunków za telefon, to przeznaczając zwrot podatku na jego spłatę, możemy uwolnić się od długu.

Jeśli dług jest większy, pomoże nawet częściowa spłata

Firmom windykacyjnym zależy na porozumieniu z osobami zadłużonymi, dlatego dopasowują warunki spłaty długu do ich indywidualnych możliwości. Jeśli uregulowanie należności nie jest możliwe dzięki wpłacie jednorazowej, to rozkładają ją na dogodne raty. Bardzo ważna jest jednak chęć współpracy i kontakt z firmą windykacyjną.

Na pewno taka jednorazowa, wyższa wpłata pomoże nam szybciej spłacić zadłużenie i wyjść na finansową prostą. Zawsze okazanie woli do współpracy jest dobrze odbierane przez firmę windykacyjną i otwiera nam pole do negocjacji warunków spłaty zadłużenia – dodaje Marcin Czugan.

[1] Dane Izby Administracji Skarbowej w Warszawie oraz Izby Administracji Skarbowej w Krakowie.

[2] W tym podatku dochodowego pobieranego w wysokości 19% od dochodów z pozarolniczej działalności gospodarczej i zryczałtowanego podatku dochodowego od przychodów ewidencjonowanych.

Przełomowy dla biznesu rok 2021 – Accenture Fjord Trends 2021

  • Coroczny raport Accenture „Fjord Trends 2021” wskazuje 7 najważniejszych trendów, które będą kształtować społeczeństwo i otoczenie biznesowe, a tym samym krajobraz technologiczny.
  • Zdaniem ekspertów, kryzys wywołany pandemią COVID-19 przyniesie innowacje na niespotykaną dotąd skalę, redefiniując relacje między biznesem a konsumentami i przewartościowując sposób, w jaki przedsiębiorstwa myślą o rozwoju.
  • Czas zmian będzie dla firm wielkim wyzwaniem, a działania strategiczne oraz operacyjne będą musiały szybko adaptować się do niestabilnego otoczenia biznesowego, żeby firmy mogły przetrwać i rozwijać się.

Ubiegły rok pokazał nam, że technologia może być potężnym narzędziem wspomagającym ludzką pomysłowość i innowacje. Przełomowe wydarzenia, których byliśmy świadkami, zmieniły nasze społeczeństwo, a co za tym idzie nasze potrzeby i oczekiwania względem produktów i usług. Celem raportu Fjord Trends 2021 jest przedstawienie aktualnego globalnego krajobrazu technologicznego.

– Raport Fjord Trends przedstawia, w jakich obszarach mogą rozwijać się technologie. Nie chodzi tu o wskazanie kolejnej po AI czy chmurze obliczeniowej technologii sensu stricte. Chodzi o identyfikację problemów i wyzwań, które technologia może rozwiązać. To będzie miało wpływ na biznes. Firmy, które uważnie przyglądają się temu co się dzieje na świecie i zdecydowały się wykorzystać technologię do usprawnienia działalności, bądź zmian w takich obszarach działalności biznesowej jak komunikacja i marketing, R&D, działalność operacyjna i administracyjna czy nawet HR, mogą zyskać wielką przewagę konkurencyjną w tych niestabilnych czasach – komentuje Agnieszka Kubera – Managing Director, Accenture Products.

Wśród trendów, które najmocniej wpływają na społeczeństwo i biznes możemy wymienić:

  1. Zbiorowe przeniesienie: w 2020 r. zmieniło się wszystko. Mechanizm zbiorowego przeniesienia zmusił nas do poszukiwania nowych form i miejsc, w których wypełniamy obowiązki i spędzamy czas wolny. Dla wielu z nas zmienił się sposób pracy, robienia zakupów, nauki, prowadzenia życia towarzyskiego, wykonywania obowiązków rodzicielskich czy dbania o zdrowie. Marki muszą poszukać sposobów na zaoferowanie klientom nowych doświadczeń i wchodzenie z nimi w interakcje.
  2. Domowi wynalazcy: Innowacje są czasem silnie powiązane z technologią, ale w coraz większym stopniu także napędzane talentem ludzi do wymyślania nowych sposobów radzenia sobie z różnymi wyzwaniami. Technologia odgrywa w tym procesie kluczową rolę, ale w mniejszym stopniu dostarcza gotowych rozwiązań, a coraz częściej pełni rolę czynnika wyzwalającego ludzką pomysłowość.

– Innowacyjność to m.in. zdolność wymyślania nowych sposobów na rozwiązywanie napotykanych problemów czy tricków ułatwiających życie, czyli zyskujących na popularności tzw. „life hacków”. Weźmy na przykład osobę pracującą zdalnie z domu, która używa deski do prasowania jako stojącego biurka, czy rodzica, który zamienił się w nauczyciela. Technologia odgrywa nową rolę – czynnika uwalniającego ludzką pomysłowość, dzięki czemu ludzie są w stanie pokazać swoje prawdziwie kreatywne oblicze. Twórcy internetowi, dziennikarze, politycy, czy trenerzy osobiści starają się znaleźć nowe zastosowania mediów społecznościowych i wciąż testują nowe platformy, do przekazywania ważnych informacji i dotarcia do swoich odbiorców. Każdy chce lepszych rozwiązań, ale era, w której od marki oczekiwano stworzenia gotowego rozwiązania, zmienia się w taką, w której marki tworzą warunki dla osobistych innowacji – mówi Krzysztof Ślęczka – Head of Digital Commerce for Retail and FMCG, Accenture.

  1. Esencja zespołów: dla wielu osób praca w domu stała się niejako mieszkaniem w biurze, co silnie rzutuje na wzajemne relacje pomiędzy pracodawcą i pracownikiem oraz wiele powiązanych z tym kwestii. Do kogo należy ostatnie słowo na temat tego, jak ludzie są ubrani podczas służbowych wideokonferencji przeprowadzanych w swoich domach? Przyszłość nie będzie wyglądać jednakowo dla wszystkich zatrudnionych. Możliwe jest, że sytuacja pracowników będzie wyglądać inaczej w każdej organizacji. Zmiany dotkną czterech głównych obszarów, w których pracodawcy mają możliwości (i obowiązki) wprowadzania innowacji: technologia, kultura, rozwój talentów i kontrola. Na razie to, jak będzie wyglądać praca w przyszłości jest niejasne – wkraczamy w przestrzeń domysłów i prognoz.
  2. Potrzeba interakcji: większość  ludzi, żeby być na bieżąco z tym, co dzieje się na świecie, spędza o wiele więcej czasu przed ekranem. Ukazało to pewną szablonowość wzornictwa technologii cyfrowej. Organizacje muszą na nowo przemyśleć design, treści, odbiorców i interakcje między nimi, aby wprowadzić więcej emocji, radości i nieoczekiwanych zwrotów akcji do doświadczeń cyfrowych.
  3. Płynna infrastruktura: sposoby i miejsca, w których kupujemy towary i usługi, znacząco się zmieniły w 2020 r. Organizacje muszą ponownie przemyśleć swoje zasoby fizyczne i skoncentrować się na zapewnieniu maksymalnie atrakcyjnych doświadczeń klientom na etapie bezpośrednio poprzedzającym zakup. Ludzie oczekują natychmiastowej satysfakcji i porównywalnego zadowolenia z dostawy, jakie towarzyszyło im podczas zakupu dokonanego w sklepie. Organizacje mogą (i powinny) budować zwinność i odporność swoich łańcuchów dostaw, aby zyskać możliwość szybkiego dostosowywania się do zmian.
  4. Nowy wymiar empatii: ludzie przykładają dużą wagę do wartości wyznawanych przez marki oraz sposobu, w jaki je komunikują. Pandemia rzuciła światło na wiele źle funkcjonujących systemów na całym świecie, m.in. dyskryminację oraz dostęp do opieki zdrowotnej. W rezultacie firmy muszą ciężko pracować nad zarządzaniem swoją komunikacją, nadając priorytet tematom, które mają dla nich największe znaczenie i budując swoje działania wokół nich.
  5. Stare i nowe rytuały: świętowanie narodzin, ślubów czy nawet wspólne spędzanie świąt miało znaczący wpływ na dobre samopoczucie społeczności. Firmy mają możliwość pomagania ludziom w poszukiwaniu nowych znaczeń w życiu poprzez stworzenie nowych rytuałów, które przyniosą im radość i dobre samopoczucie. Punktem wyjścia jest zrozumienie pustki po utraconym rytuale i zaproponowanie czegoś, co mogłoby ją zastąpić.

Każdego roku Accenture Interactive przygotowuje listę trendów w obszarze biznesu, technologii i designu na nadchodzący rok na podstawie sugestii zgłaszanych przez naszą globalną sieć projektantów obejmującą 2000 talentów z ponad 40 agencji kreatywnych na całym świecie. Trendy Fjord na rok 2021 koncentrują się na kwestii zaspokajania ludzkich potrzeb przez nich samych, organizacje i marki. Cały raport znajduje się na stronie: https://accntu.re/3qiirA7

78 proc. średnich i dużych firm w Polsce stawia na cyfryzację

Instytut Humanites prezentuje wyniki badania „BARIERY i TRENDY. Transformacja technologiczna firm w Polsce z uwzględnieniem perspektywy człowieka/ pracownika/konsumenta.”

Cyfryzacja stała się wymogiem współczesnego świata dla 91 proc. rodzimych menedżerów. Potwierdzają to wdrażane na rynku strategie i projekty z zakresu wykorzystania chmury obliczeniowej. Aż 78 proc. organizacji z sektora średnich i dużych przedsiębiorstw jest w trakcie transformacji cyfrowej, a 36 proc. z nich jest na zaawansowanym etapie zmian. Są to przede wszystkim duże przedsiębiorstwa, zatrudniające powyżej 250 pracowników, w tym również Spółki Skarbu Państwa.

„Wdrażanie nowych technologii i wykorzystanie chmury obliczeniowej nie jest już tylko dźwignią rozwoju, ale staje się warunkiem przetrwania firm i utrzymania konkurencyjności. Rewolucja cyfrowa bardzo przyspieszyła w ostatnich latach, a pandemia dodatkowo przyspieszyła transformację. Warto, aby polskie firmy przezwyciężały istniejące bariery i budowały kulturę organizacji otwartą na zmiany i innowacje. Infrastruktura i aplikacje chmury obliczeniowej, narzędzia analizy danych i automatyzacji wsparte AI, czy rozwój sprzedaży e-commerce tworzą zupełnie nowe możliwości wzrostu i poprawy efektywności zarówno dla dużych, jak i małych przedsiębiorstw” – mówi Paweł Borys, Prezes Zarządu Polskiego Funduszu Rozwoju.

Raport „Bariery i Trendy. Transformacja technologiczna firm w Polsce z uwzględnieniem perspektywy człowieka/pracownika/konsumenta”[1] dowodzi, że:

Aż 93 proc. kierowników, 88 proc. pracowników firm oraz 67 proc. Polaków 15+ przyznaje, że pandemia przyspieszyła cyfrową transformację.

Najbardziej zaawansowane są duże przedsiębiorstwa zatrudniające ponad 250 pracowników, w tym Spółki Skarbu Państwa, gdzie blisko 60 proc. firm deklaruje, że już na co dzień wykorzystuje nowe technologie lub jest na zaawansowanym etapie, w stosunku do firm średnich, gdzie takiej odpowiedzi udzieliło 46 proc.

Spośród ankietowanych, 98 proc. osób ze szczebla kierowniczego wskazuje, że dzięki cyfryzacji wiele procesów dzieje się automatycznie, a dokumenty i procesy są bardziej dostępne.

Zarówno menedżerowie, jak i pracownicy liniowi przyznali, że dzięki digitalizacji wzrosła efektywność pracy – odpowiednio 86 proc. i 82 proc. wskazań. Chociaż jedynie 12 proc. respondentów twierdzi, że wykorzystuje już nowe technologie na co dzień.
Mimo że 80 proc. uczestników badania zwraca uwagę na wysokie koszty finansowe transformacji w pierwszej fazie, to 82 proc. menedżerów podkreśla optymalizację kosztów jako główną, widoczną korzyść cyfryzacji.

Księgowość, HR i logistyka to obszary, w których w całości lub częściowo procesy są obsługiwane przez technologię cyfrową w ponad 80 proc. Najniższy poziom zastosowania nowych technologii jest w obszarach produkcyjnych – 39 proc.

Mimo że 56 proc. Polaków uznaje cyfrowe technologie za szansę dla ludzkości, to podobna część polskiego społeczeństwa (58 proc.) ma obawy, że prywatne dane są wykorzystywane do wpływu na ich decyzje, a 63 proc. wskazuje na możliwy negatywny wpływ nowych technologii na zdrowie fizyczne i psychiczne ludzi.

„Chmura obliczeniowa nie jest tylko narzędziem informatycznym. Może nawet więcej: przede wszystkim nie jest narzędziem – jest nowym sposobem patrzenia na możliwości biznesowe. Może to zabrzmieć górnolotnie, jednak zaryzykuję: chmura obliczeniowa stała się filozofią działania firm i instytucji w cyfrowym świecie. Nie świecie przyszłości, ale teraźniejszości. Dobrym sygnałem dla Polski jest “cyfryzacyjny” trend wśród polskich firm, co pokazuje raport. Przekształcenie trendu w trwały fundament działania wymaga rozwoju kompetencji i rozumienia „filozofii chmury” nie tylko wśród informatyków, bo ci już to rozumieją, ale także wśród szeroko rozumianych działów biznesowych firm. Naszym – ludzi z IT – zadaniem musi być pokazanie korzyści z użycia chmury obliczeniowej nie-informatykom. Róbmy to językiem strategicznych i biznesowych korzyści – mówi Dariusz Śliwowski, Wiceprezes Zarządu Operatora Chmury Krajowej.

Większość przedstawicieli kierownictwa polskich firm uznało, że ich firmy są na podobnym poziomie digitalizacji w porównaniu do innych organizacji (65 proc.). Liczba ta rośnie w grupie firm dużych, powyżej 250 pracowników, gdzie odsetek ten sięgnął niemal ¾ ankietowanych. Co ciekawe, niemal ¼ menedżerów ze Spółek Skarbu Państwa przyznaje, że wyprzedza inne firmy w Polsce w kwestii cyfryzacji.

„Badania potwierdzają, że transformacja cyfrowa nie jest liniowym procesem, który ma ściśle określony początek i koniec. To zjawisko wielowymiarowe, które obejmuje wiele obszarów działania firmy i wszystkich pracowników. Nie polega tylko na zastąpieniu poszczególnych elementów analogowych narzędziami cyfrowymi, ale na ich wzajemnym zintegrowaniu. Często wymaga całkowitego przebudowania procesów wewnątrz organizacji lub wręcz wymyślenia, zdefiniowania ich od nowa. To proces nieustannego rozwoju i zmian dostosowawczych” – mówi Zofia Dzik, Prezes Zarządu Instytutu Humanites.78 proc średnich i dużych firm w Polsce stawia na cyfryzację

78 proc średnich i dużych firm w Polsce stawia na cyfryzację 2

Według deklaracji menedżerów najbardziej scyfryzowane obszary działalności firmy to księgowość i HR, w których działania odpowiednio w 96 proc. i 91 proc. częściowo lub w całości opierają się o technologie cyfrowe. W mniejszym zakresie digitalizacja dotknęła obszar IT, w którym zdecydowana większość (72 proc.) procesów odbywa się jedynie częściowo w oparciu o technologię, a tylko w 19 proc. całkowicie polega na cyfrowych narzędziach. Kolejna jest logistyka (w 68 proc. częściowo; w 13 proc. całkowicie) i kontakty między pracownikami (w 71 proc. częściowo; w 9 proc. całkowicie). W najmniejszym stopniu scyfryzowana jest produkcja (w 37 proc. częściowo; w 2 proc. całkowicie) oraz kontakty z klientem (w 56 proc. częściowo; w 1 proc. całkowicie).

Optymalizacja, efektywność, dostosowanie

Optymalizacja

Z perspektywy przedstawicieli szczebla kierowniczego transformacja cyfrowa jest bezsprzecznie ze wszech miar korzystna. Wśród jej kluczowych przewag respondenci wskazują optymalizację kosztów, zwiększenie efektywności procesów, dostosowanie do oczekiwań klientów. W przypadku firm średniej wielkości, respondenci wskazali również na zwiększenie komfortu pracy pracowników oraz ich rozwój. Z punktu widzenia dużych firm cyfryzacja pozwala nadążać za rynkiem i ma wpływ na zwiększenie sprzedaży. Przedstawiciele Spółek Skarbu Państwa zwrócili także uwagę na poprawę jakości oferowanych usług.

W związku z tym, że cyfryzacja stała się wymogiem współczesnego klienta, te firmy, które nie wchodzą na ścieżkę transformacji w tym zakresie stają się mniej konkurencyjne i tracą swoją pozycję na rynku. W opinii uczestników badania, cyfryzacja to szansa budowania przewagi konkurencyjnej poprzez obniżanie kosztów i cen, dostarczanie coraz bardziej nowoczesnych rozwiązań, coraz lepsze wpisywanie się w potrzeby klienta, oraz zapewnianie coraz lepszej jego obsługi.

Efekty jakie przyniosła transformacja cyfrowa firm są w większości przypadków zgodne z oczekiwaniami, a nawet je przewyższyły. Warto jednak podkreślić, że zdecydowanie pozytywną ewaluację efektów transformacji cyfrowej widzimy jedynie w co piątej z badanych firm. Najbardziej zauważalnym rezultatem transformacji jest zwiększenie komfortu pracy pracowników, poprawa efektywności procesów i bezpieczeństwa zespołu. Respondenci wskazywali również na dostosowanie do zmieniających się potrzeb, ale także optymalizacja kosztów i nadążanie za rynkiem.

Przełamać niechęć do zmian

„Opinie na temat transformacji cyfrowej są w większości pozytywne i zgodne. W badaniu zdecydowanie wyróżnia się kwestia ogromnej potrzeby budowania kompetencji cyfrowych na rynku, aby otworzyć organizacje na zmiany. Ponad połowa ankietowanych pracowników zwracała uwagę na zbyt małą liczbę szkoleń w tym obszarze. W ramach ogłoszonego w maju 2020 kompleksowego planu inwestycyjnego o wartości 1 miliarda dolarów na rozwój Polskiej Doliny Cyfrowej, Microsoft zobowiązał się między innymi do przeszkolenia 150 tys. pracowników, Partnerów i studentów. Inwestycja ta wspomoże rodzime i regionalne projekty transformacyjne oraz zasili naszą gospodarkę o najlepszych specjalistów z wykorzystania chmury obliczeniowej” – mówi Paweł Jakubik, Członek Zarządu w polskim oddziale Microsoft.

Dla niemal 2/3 badanych, zwłaszcza kierownictwa firm, na początku transformacji cyfrowej problemem była niechęć do zmiany dobrze znanych i sprawdzonych procesów. Dla 56 proc. respondentów nowy system wydawał się znacznie bardziej skomplikowany niż dotychczasowe rozwiązania. Obawa o niewystarczające kompetencje, uniemożliwiające sprostanie nowym zadaniom towarzyszyła przede wszystkim przedstawicielom szczebla kierowniczego firm średniej wielkości. Dla osób zarządzających dużymi firmami i Spółkami Skarbu Państwa duży problem stanowiła nadmierna kontrola zadań. Na ryzyko utraty pracy w związku z automatyzacją procesów wskazało 40 proc. ankietowanych w spółkach. Natomiast w ogólnopolskim badaniu na to ryzyko wskazało już 59 proc. Polaków.

Obawy pracowników na początku transformacji cyfrowej – infografika

Aż 80 proc. uczestników badania wskazało, że największym wyzwaniem związanym z transformacją cyfrową w jej pierwszej fazie są wysokie koszty finansowe i nakłady czasowe. Wśród początkowych problemów zwracają oni również uwagę na konieczność synchronizacji zmian w różnych obszarach organizacji oraz brak czasu i potrzebę dostosowania do nowych regulacji prawnych i przemodelowania dotychczasowych procesów. Nie zaobserwowano istotnych różnic w postrzeganiu barier pomiędzy różnymi typami spółek. Jedynie w większym stopniu niż średnia na wyzwania regulacyjne zwrócili uwagę respondenci ze Spółek Skarbu Państwa (72 proc. vs. średnia 50 proc.), podkreślili oni również wagę opinii związków zawodowych 42 proc. przy średniej z badania na poziomie 22 proc.

Obawy pracowników na początku transformacji cyfrowej

Większość problemów traci na znaczeniu wraz z postępem transformacji. Wyjątkiem są koszty i konieczność szkolenia pracowników – wyzwania równie istotne dla firm, które są na początku transformacji, jak i tych, które są już na zaawansowanych etapie tego procesu.
infografika

[1] Badanie „BARIERY i TRENDY. Transformacja technologiczna firm w Polsce z uwzględnieniem perspektywy człowieka/pracownika/konsumenta”. Gfk na zlecenie Instytutu Humanites, luty 2021 r. Partnerami projektu są Microsoft, PFR, Blue Media, Platforma Przemysłu Przyszłości, GfK, Chmura Krajowa. W badaniu wzięli udział członkowie zarządu oraz osoby odpowiedzialne za przeprowadzanie transformacji cyfrowej w organizacji/ firmie oraz pracownicy. Badanie było realizowane wśród średnich i dużych firm z następujących sektorów: finanse, bankowość, przemysł wydobywczy, e-commerce, firmy spożywcze, kosmetyczne, logistyczne oraz w Spółkach Skarbu Państwa. W badaniu wzięło udział 400 osób w podziale na kadrę kierowniczą i pracowników. Badanie obejmowało także ogólnopolskie badanie opinii publicznej dotyczącej transformacji i jej skutków na reprezentatywnej próbie Polaków 15+, N=1000.

Przygotuj organizację na nowy standard ISO 45003

Międzynarodowy standard zdrowia i bezpieczeństwa psychologicznego w miejscu pracy (ISO 45003) ma zostać opublikowany już w 2021 roku. Zagrożenia psychospołeczne zyskają więc należne miejsce w regulacjach, mając realny wpływ na pracowników, a przez to i na funkcjonowanie organizacji.

Warto już teraz zainteresować się tematem pod kątem własnej firmy i jej zespołu.

Dlaczego wprowadza się normę uzupełniającą do standardu ISO 45001?

System Zarządzania Bezpieczeństwem Pracy ISO 45001:2018 podkreśla, że organizacja jest odpowiedzialna za bezpieczeństwo pracowników i innych osób, na które mogą mieć wpływ jej działania. Odpowiedzialność ta obejmuje promowanie i ochronę ich zdrowia fizycznego, a także psychicznego.

– Nowa norma pojawi się w celu eliminowania oraz minimalizowania ryzyka związanego z zagrożeniami psychospołecznymi – podkreśla Joanna Jędrzejak, audytor i trener w EcoMS Consulting, zaangażowana w projekty dotyczące dostosowania systemu zarządzania bezpieczeństwem do wymagań normy ISO 45001:2018.

Zagrożenia psychospołeczne wynikają z niewłaściwego sposobu organizacji pracy, niekorzystnego otoczenia społecznego lub środowiska pracy czy nieodpowiednich warunków pracy. Niebezpieczeństwa tego typu przyczyniają się do utraty zdrowia i dobrego samopoczucia pracowników, a przez to oddziałują na funkcjonowanie całej organizacji.

W odniesieniu do pracowników mogą prowadzić do negatywnych skutków psychicznych, fizycznych i społecznych (np. choroby układu krążenia, zaburzenia snu, lęk, depresja czy wypalenia zawodowe).

W efekcie zmniejsza się zadowolenie z pracy, zaangażowanie oraz produktywność.

Konsekwencje dla organizacji będą jak najbardziej policzalne – coraz słabsze wyniki działalności,  zwiększone koszty wynikające z absencji chorobowej, rotacji pracowników oraz obniżona jakość produktów i usług. Zwiększy się również poziom ryzyka wystąpienia wypadków i urazów, a także ryzyko utraty reputacji organizacji.

Jak zapobiegać zagrożeniom psychospołecznym w pracy oraz jak nimi zarządzać?

– Organizacje są odpowiedzialne za identyfikację zagrożeń i minimalizowanie związanego z nimi ryzyka. Dzięki wykorzystaniu odpowiednich narzędzi możemy płynnie zarządzać ryzykiem psychospołecznym oraz skutecznie zapobiegać występowaniu zagrożeń z nim związanych – zauważa Joanna Jędrzejak z EcoMS Consulting.

Audyt zdrowia psychicznego (analiza luk)

Przed rozpoczęciem procesu zarządzania ryzkiem psychospołecznym wskazane jest wykonanie wstępnej analizy swojej organizacji pod kątem przyjętych praktyk wspierających zdrowie i bezpieczeństwo psychiczne pracowników. W oparciu o wyniki ankiety elektronicznej przeprowadzonej wśród wszystkich pracowników, możliwe jest podjęcie decyzji odnośnie zidentyfikowanych potrzeb.

Edukacja

Należy wziąć pod uwagę fakt, że większość pracowników ma ograniczoną wiedzę na temat zdrowia psychicznego, a duży procent postrzega „zdrowie psychiczne” jako synonim „choroby psychicznej”. Konsultacje z pracownikami posiadającymi ograniczony zasób wiedzy w tym zakresie mogą przynieść odwrotny skutek do zamierzonego. Dlatego poprzedzając identyfikację zagrożeń psychospołecznych i opracowanie mechanizmów kontroli ryzyka, tak ważne jest podnoszenie świadomości pracowników w zakresie zagrożeń psychospołecznych, aby mogli w sukcesywny sposób uczestniczyć w procesach zarządzania ryzykiem zgodnych z ISO 45003.

Mechanizmy kontroli

Norma ISO 45003 wskaże, żeby przy pomocy systemu zarządzania BHP zintegrowanego z procesami biznesowymi organizacji, ryzyka psychospołeczne były zarządzane w sposób spójny z innymi rodzajami ryzyk związanymi z bezpieczeństwem i higieną pracy. Można zatem stosować podobną metodologię aby radzić sobie z nimi w tak samo logiczny i konsekwentny sposób.

Kluczem pełne zaangażowanie

Współudział pracowników na każdym etapie procesu ma kluczowe znaczenie dla osiągnięcia zamierzonego efektu w zarządzaniu zagrożeniami psychospołecznymi.

Należy jednak pamiętać, że sukces zarządzania ryzykiem psychospołecznym (podobnie jak w innych standardach ISO) zależy od zaangażowania wszystkich szczebli i funkcji organizacji, zwłaszcza najwyższego kierownictwa. Na nich spoczywa duża odpowiedzialność za tworzenie kultury wspierającej pozytywne zdrowie psychiczne. System powinien obejmować rozwijanie ich kompetencji w zakresie odpowiedzialności za zdrowie psychiczne pracowników czy wspierania powrotu do pracy.

Branża budowlana w kryzysie klimatycznym

The World Economic Forum stawia kryzys klimatyczny na pierwszym miejscu listy wyzwań dla biznesu w 2021 roku i ogłasza „Net-Zero Challenge”. Najczęściej pojawiającym się hasłem działań proekologicznych na arenie międzynarodowej jest dekarbonizacja globalnych łańcuchów dostaw, z czego transport drogowy uznaje się za głównego winowajcę zanieczyszczenia środowiska. Tutaj też rozwijane są technologie związane z napędem pojazdów. Dlatego samochody elektryczne czy silniki wodorowe to tematy szeroko omawiane na szczeblach rządowych i komentowane w mediach. Tymczasem transport to nie jedyny sektor, który potrzebuje natychmiastowej zmiany. Branża budowlana odpowiada za 10 proc. światowej emisji gazów cieplarnianych. Co więcej od ponad pół wieku budujemy tak samo. Bill Gates miał rację, mówiąc, że to właśnie budownictwo będzie najtrudniejszym wyzwaniem w kryzysie klimatycznym. Czy samorządy i inwestorzy mają wybór?

Jak budować miasta w przyszłości?

Urbanizacja to jeden z megatrendów, który będzie miał największy wpływ na rynek nieruchomości w ciągu najbliższych 5-10 lat. Krajobraz branży budowlanej w czasach COVID-19 będzie kształtować dalszy wzrost populacji zamieszkującej tereny miejskie, która pomiędzy 2000 a 2018 rokiem zwiększyła się z 71 do 75 proc. Przewiduje się, że do 2030 roku osiągnie poziom 77,5 proc. Pandemia tylko przyspieszy to zjawisko, co przyczyni się do rozbudowy istniejących aglomeracji i kształtowania zupełnie nowych środowisk miejskich. Jakie wyzwanie stoi przed samorządami, urbanistami, architektami i inwestorami prywatnymi?

Obecnie biznes i samorządy mierzą się z dwoma kluczowymi wyzwaniami. Jest to kryzys klimatyczny oraz osłabienie gospodarek krajowych w wyniku pandemii. Obie sytuacje wymagają szczególnego reagowania ze strony rządów, ale też przedsiębiorców i sektora przemysłowo-produkcyjnego. Na poziomie ochrony środowiska mówimy przede wszystkim o wydajności. W branży budowlanej, choć nie tylko, określenie ‘efficiency’ staje się kluczem do strategii zrównoważonego rozwoju zarówno miast, jak i firm. Wydajność energetyczna samego procesu powstawania budynków jest tak samo ważna jak wdrożenie rozwiązań ekologicznych w gotowych obiektach. Dlatego budownictwo konwencjonalne, które do niedawna było traktowane jak etos i nie zmieniło się znacząco od ponad 50 lat, zaczyna dzielić się rynkiem nieruchomości z budownictwem modułowym. Technologia wolumetryczna pozwala tworzyć gotowe moduły i budynki w fabryce, co ogranicza oddziaływanie dwutlenku węgla na atmosferę w stosunku do tradycyjnych prac budowlanych. Ponadto nowoczesne moduły to oszczędność pieniędzy, a opłacalność inwestycji w erze pandemii to kolejny czynnik, który długo jeszcze będzie determinował światową gospodarkę, a tym samym decyzje samorządów i duże przedsięwzięcia inwestorów, wyjaśnia dr Ewelina Woźniak-Szpakiewicz, DMDmodular.

Czy zrównoważone budownictwo jest możliwe?

Konferencja “United Nations Climate Change” 2021 przyniosła obiecujące deklaracje przedstawicieli największych gospodarek. Unia Europejska wraz z Wielką Brytanią podtrzymują swój plan klimatyczny, by osiągnąć poziom zero-emisyjności do 2050 roku. Korea Południowa oraz Japonia dołączyły się do tych celów klimatycznych, a Chiny, które wydzielają obecnie najwięcej gazów cieplarnianych, chcą zredukować swój negatywny wpływ na środowisko nie później niż do 2060 roku. Natomiast Stany Zjednoczone wyliczyły, że 75 proc. gałęzi przemysłu i produkcji tego kraju może osiągnąć zeroemisyjność w ciągu najbliższych kilku lat.

Tymczasem jednym z największych wyzwań dla ambitnych planów tych rządów jest budownictwo. Dane potwierdzają zjawisko marnowania zasobów naturalnych i zanieczyszczenia środowiska przez tradycyjne procesy projektowo-budowlane.

  • Według raportu Transparency Market Research ilość odpadów budowlanych wytwarzanych każdego roku na całym świecie podwoi się do 2,2 miliarda ton do 2025 roku.
  • W XX wieku nastąpił 23-krotny wzrost zasobów naturalnych wykorzystywanych do budowy.
  • Na całym świecie istnieje ponad 800 miliardów ton „zapasów” zasobów naturalnych uwiązanych w powstałych konstrukcjach, z czego dwie trzecie w samych krajach uprzemysłowionych.
  • Budownictwo (czyt. tradycyjne) jest drugim, po produkcji żywności, sektorem gospodarki, który odpowiada za największą liczbę ton gazów cieplarnianych emitowanych do atmosfery. Na przykład sama produkcja cementu stanowi około 5 proc. światowej emisji dwutlenku węgla.
  • Brytyjscy naukowcy wyliczyli, że tamtejsza branża budowlana odpowiada za około 55 proc. wykorzystania zasobów naturalnych, a konstruowanie kolejnych obiektów generuje 50 proc. emisji CO2 do atmosfery. Natomiast budowa jednego domu to aż 11 ton odpadów budowlanych.

Naszym zadaniem jako alternatywnej inżynierii budowlanej jest rozwijanie i oferowanie klientom technologii modułowej 3D[1], którą cechuje bardzo niski ślad węglowy oraz wysoki wskaźnik recyklingu. Dla przykładu 85 proc. stali używanej do naszych produkcji pochodzi z odzysku surowców wtórnych, a 98 proc. odpadu typu karton gips oddajemy do ponownego przetworzenia na płyty gipsowe. Ponadto około 90 proc. całej produkcji budynków modułowych powstaje w pełni kontrolowanych warunkach fabrycznych. Dlatego w ciągu ostatnich dwóch lat zainteresowanie wśród inwestorów – samorządowych i prywatnych – wzrosło niemal o 100 proc. Budownictwo modułowe to alternatywne, mądre i innowacyjne uzupełnienie tradycyjnego sektora budowlanego, znacznie bardziej wydajne i rozsądne w gospodarowaniu zasobami naturalnymi, przekonuje prezes DMDmodular, Woźniak-Szpakiewicz.

Technologia to nie wszystko

DMDmodular szacuje, że w ciągu 2-3 lat sektor budownictwa modułowego w Polsce przekroczy 1 proc. wartości całego rynku budowlanego, czyli około 700 mln złotych. Jednak potencjał tego segmentu biznesowego jest znacznie większy. W Wielkiej Brytanii udział technologii modułowej w nieruchomościach komercyjnych i prywatnych stanowi aż 8%. Natomiast Stany Zjednoczone zbliżają się do 5%. Polska podąża za globalnym trendem, stając się wewnętrznym rynkiem dla technologii modułowej. Buduje silną pozycję wyspecjalizowanego producenta i eksportera wykorzystującego własną technologię. Dowodem są takie realizacje jak choćby najwyższy modułowy hotel na świecie, do realizacji którego została wybrana m.in. polska firma ze Skawiny pod Krakowem. To także potwierdzenie, że moduły z powodzeniem mogą tworzyć prestiżowe projekty architektoniczno-budowlane.

W 2015 roku Marriott wykorzystał konstrukcje modułowe w ponad 70 projektach w USA. Eric Jacobs, odpowiedzialny za strategię rozwoju sieci, przyznaje, że dzięki budownictwu modułowemu skrócili czas budowy swoich obiektów o pół roku, czyli zamiast 18-24 miesięcy mogli otworzyć hotel w mniej niż rok. Po tę technologię sięgają również inwestorzy działający w segmencie akademików, co-livingu czy sektorze mieszkalnym jedno- i wielorodzinnym. Wszędzie tam, gdzie liczą się czas, jakość, ekologia i rozsądne koszty budownictwo modułowe zaczyna być coraz bardziej atrakcyjnym wyborem.

Czy po COVID będziemy budować uważniej?

W 2019 roku odnotowano najwyższy od czasów drugiej wojny światowej poziom emisji gazów cieplarnianych do atmosfery. Podczas pandemii związanej z COVID-19 nastąpił spadek wydzielania dwutlenku węgla o około 5-10% w stosunku do roku poprzedniego. Jednak, aby wejść na drogę długoterminowej polityki ograniczania emisji CO2, takie spadki powinny następować każdego roku, a nie wyłącznie w momencie zamykania gospodarek krajowych. Dlatego sektory przemysłowe i produkcyjne najbardziej odpowiedzialne za zanieczyszczenie środowiska muszą teraz otworzyć się na rozwiązania i innowacje, które uzdrowią światową ekonomię, ale ze szczególnym uwzględnieniem ekologii.

Recykling materiałów i odpowiedzialność producentów za generowane odpady budowlane to jedno, ale branża jest gotowa na nowe rozwiązania, które dotychczas pozostawały w tle. Dojrzałe rynki – głównie holenderski i brytyjski – świadomie korzystają z innowacji i elastyczności technologii wolumetrycznej. Australia, Stany Zjednoczone i Chiny również idą w tym kierunku. W Polsce wciąż konieczne jest edukowanie i inspirowanie architektów, projektantów oraz inwestorów, a także władz samorządowych do podejmowania śmiałych decyzji w duchu ekologii. Rynek modułowy to konstruowanie nawet najbardziej skomplikowanych obiektów w sposób bardziej zrównoważony na każdym etapie. Musimy zacząć budować w Polsce wydajniej, a 2021 rok będzie przełomowy dla naszej branży, ocenia Ewelina Woźniak-Szpakiewicz.

Sygnalista w firmie – nowe obowiązki pracodawców już od tego roku

Do 17 grudnia 2021 r. do polskiego porządku prawnego powinna zostać implementowana Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie ochrony osób zgłaszających naruszenia prawa Unii[1]. Jej celem jest ustanowienie standardu ochrony prawnej dla osób, które przekazują informację o nieprawidłowościach zauważonych w firmie.

Dyrektywa określa minimalne zasady ochrony sygnalistów, pozostawiając swobodę przyjęcia przepisów korzystniejszych dla osób dokonujących zgłoszenia niż przewidują to przepisy Dyrektywy. Nie wiadomo zatem jeszcze dokładnie, jak będzie kształtować się ta kwestia w prawie polskim i z jakimi obowiązkami będą musieli liczyć się pracodawcy, gdyż ustawodawca krajowy może je rozszerzyć względem tych, które wynikają z Dyrektywy. Już teraz jednak trzeba liczyć się z tym, że pracodawcy zatrudniający powyżej 50 pracowników będą musieli zmierzyć się z wdrożeniem w swoich firmach systemu zgłaszania nieprawidłowości.

Ochrona sygnalistów – wyzwanie 2021 r.

Założeniem Dyrektywy jest, by w przedsiębiorstwach istniały skuteczne kanały informowania o naruszeniach prawa, z których będą mogły bezpiecznie korzystać osoby dostrzegające nieprawidłowości (sygnaliści). Osoby te muszą zostać następnie poinformowane o sposobie załatwienia sprawy.  Będą mogły również liczyć na szeroką ochronę przed negatywnymi konsekwencjami zgłoszenia naruszeń. W szczególności sygnalistów nie powinny dotknąć żadne działania odwetowe, jak np. zwolnienie z pracy, degradacja, przymusowy urlop bezpłatny, zmiana miejsca pracy, obniżenie wynagrodzenia, zmiana godzin pracy, wstrzymanie szkoleń, negatywna ocena wyników lub o pracy, zastosowanie środka dyscyplinarnego – lista takich działań jest długa i ma charakter otwarty.

Ochroną przewidzianą w Dyrektywie objęci są zgłaszający naruszenie pracownicy, ale nie tylko. Dotyczy to także osób, które mogą uzyskać informacje o naruszeniu w kontekście związanym z pracą  – w tym np. zatrudnieni na podstawie umowy cywilnoprawnej, samozatrudnieni, wspólnicy, stażyści, wykonawcy, podwykonawcy, dostawcy, byli pracownicy, osoby w trakcie rekrutacji. Zakres podmiotowy jest więc bardzo szeroki.

Nie każdy rodzaj naruszenia podlega przepisom Dyrektywy. Ustala ona minimalne normy ochrony osób zgłaszających naruszenia aktów prawnych z zakresu konkretnych dziedzin, w tym m.in. zamówień publicznych, ochrony środowiska, zdrowia publicznego, czy ochrony konsumentów, a także naruszenia mogące mieć wpływ na interesy finansowe Unii, bądź naruszenia dotyczące rynku wewnętrznego, w tym zasad konkurencji, pomocy państwa, podatku od osób prawnych. Choć wydaje się, że zakres naruszeń, które Dyrektywa wymienia jest niezbyt obszerny, to trzeba pamiętać, że może on zostać rozszerzony przez przepisy krajowe.

Najważniejsze obowiązki pracodawców

Założenia Dyrektywy przekładają się oczywiście na obowiązki dla pracodawców. Muszą się oni liczyć  przede wszystkim z:

  • koniecznością utworzenia wewnętrznego kanału zgłoszeń,
  • opracowaniem procedur, przy wykorzystaniu których sygnaliści będą mieli możliwość dokonywania zgłoszeń naruszeń,
  • wyznaczeniem osoby lub jednostki organizacyjną odpowiedzialnej za przyjmowanie i zgłoszeń i przeprowadzanie działań następczych,
  • prowadzeniem rejestru zgłoszeń,
  • zapewnieniem ochrony sygnalistom.

Bez wątpienia pracodawców nie ucieszą nowe obowiązki, kolejne na długiej liście wymogów, które muszą być spełnione, by ich organizacja działała zgodnie z literą prawa. Jednocześnie dla wielu podmiotów sama koncepcja sygnalisty może być niezrozumiała. Może on kojarzyć się ze skarżypytą, czy kapusiem, który szuka dziury w całym i donosi na kolegów lub przełożonych. Jest to jednak negatywny stereotyp, nie odpowiadający rzeczywistej roli sygnalisty.

Korzyści dla pracodawców

Dzięki systemowi zgłaszania naruszeń pracodawca może odnieść wymierne korzyści.

  • Wychwycenie nieprawidłowości w działaniu organizacji na wczesnym etapie umożliwia szybkie wprowadzenie działań naprawczych.
  • Bez wątpienia lepiej jest dla organizacji, gdy naruszenie zostanie wykryte wewnątrz, niż gdy wyjdzie na jaw w wyniku działania organów państwa – zapewnia to czas na zbadanie sprawy, usunięcie naruszenia, wdrożenie działań zapobiegających na przyszłość, a często pozwala uniknąć negatywnych konsekwencji w postaci sankcji czy innego rodzaju odpowiedzialności (karnej, cywilnej, czy administracyjnej).
  • W wielu przypadkach wykrycie naruszenia w ogóle nie jest możliwe bez informacji od pracownika, jeśli więc nie będzie on przekonany, że może bezpiecznie zgłosić problem pracodawcy, nieprawidłowość może się utrzymywać, narażając pracodawcę na poważne ryzyka.
  • System zgłaszania naruszeń może działać odstraszająco na potencjalnych naruszycieli, którzy licząc się z ryzykiem ujawnienia przez sygnalistę powstrzymają się od działań niezgodnych z prawem.
  • Dobrze zorganizowany system zgłaszania naruszeń będzie wzmacniać zaufanie pracowników do pracodawcy, budować ich lojalność i wspierać uczciwość, z drugiej zaś strony może eliminować osoby, które poprzez działania niezgodne z prawem powodują szkody dla pracodawcy.

Jeśli pracodawcy uda się zbudować taką kulturę korporacyjną, w której fakt sygnalizowania naruszeń będzie spotykał się z pozytywnym i przychylnym odbiorem, może odkryć, że ten kanał komunikacji ze strony pracowników pozwala mu zaoszczędzić sobie kosztów i strat wizerunkowych, które poniósłby gdyby pracownik nie zwrócił uwagi na problem.

Nie tylko procedury – trzeba stworzyć klimat do zgłaszania naruszeń

Warto poświęcić czas na przekonanie pracowników, że pożądane jest zgłaszanie przez nich dostrzeżonych nieprawidłowości, że takie zgłoszenie nie pociągnie dla nich negatywnych konsekwencji, a pracodawca potraktuje je poważnie i przekaże pracownikowi informację o sposobie rozwiązania problemu. Jednocześnie jednak, by uniknąć zgłoszeń w spawach błahych, nieistotnych, lub będących jedynie przejawem złośliwości wobec współpracownika, należy też zapewnić jednoznaczny przekaz jakie rodzaje spraw powinny podlegać zgłoszeniu.
Wdrożenie systemu zgłoszeń nieprawidłowości nie może więc polegać jedynie na opracowaniu rozwiązań technicznych i stworzeniu procedur. Kluczowe będzie budowanie w pracownikach przekonania, że sygnalizowanie nieprawidłowości nie jest „donoszeniem”, lecz służy tworzeniu działającego zgodnie z prawem i zasadami uczciwości miejsca pracy. Pracownik musi wiedzieć, jakie naruszenia powinien zgłaszać, musi też być też pewien, że zgłaszając nieprawidłowość może liczyć na anonimowość i nie poniesie negatywnych konsekwencji. Ważne jest też, by zespół dedykowany do przyjmowania i obsługi zgłoszeń wiedział, że żadne zgłoszenie nie może pozostać bez odpowiedzi, tak by zgłaszający wiedzieli, że ich sygnały są traktowane poważnie. Warto zacząć więc budować w pracownikach speak-up culture (z ang. kultura mówienia), by system zgłaszania naruszeń choć wdrożony zgodnie z przepisami nie pozostawał jednak martwy.

Anna Gąsecka, adwokat, Certyfikowany Approved Compliance Officer (ACO). Zajmuje się obsługą korporacyjną firm z różnych branż, w tym telekomunikacyjnej, farmaceutycznej, dystrybucyjnej i usługowej, dbając o zgodność z prawem funkcjonowania biznesu klientów.

[1] Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2019/1937 z dnia 23 października 2019 r.

Google Play ponownie z niebezpiecznymi aplikacjami. Clast82 instalował trojana bankowego na urządzaniach ofiar

10 aplikacji dostępnych w sklepie Google Play zostało zainfekowanych programem zaprojektowanym do dostarczania złośliwych aplikacji mobilnych. Nazywany przez badaczy firmy Check Point „Clast82”, ominął zabezpieczenia Sklepu Play, instalując szkodliwe oprogramowanie drugiego etapu, które dawało hakerowi dostęp do kont finansowych ofiar, a także zapewniało kontrolę nad ich telefonami komórkowymi.

Check Point Research (CPR) zidentyfikowali nowy dropper (złośliwy program przeznaczony do dostarczania innego złośliwego oprogramowania na telefon ofiary) rozprzestrzeniający się w Sklepie Google Play. Clast82 instaluje na urządzeniach ofiar szkodliwe oprogramowanie drugiego etapu, które zapewnia hakerowi inwazyjny dostęp do kont finansowych ofiar, a także pełną kontrolę nad ich telefonami komórkowymi. Eksperci Check Pointa wykryli szkodnika w 10 aplikacjach użytkowych, takich jak nagrywanie ekranu czy VPN.

Clast82 ma za cel instalowanie trojana bankowego AlienBot, który atakuje aplikacje finansowe omijając ich kody uwierzytelniania dwuetapowego. Jednocześnie Clast 82 wyposażony został w trojana zdalnego dostępu zdolnego do kontrolowania urządzeń za pomocą usługi TeamViewer.

Opracowany przez hakera program wykorzystuje szereg technik, pozwalających uniknąć wykrycia przez Google Play Protect. Używa m.in. Firebase (należącego do Google) jako platformy do komunikacji C&C oraz wykorzystuje GitHub jako zewnętrzną platformę hostingową do pobierania docelowego ładunku.

Hakerzy użyli do ataków legalnych i znanych aplikacji typu open-source, takich jak Cake VPN, Pacific VPN, BeatPlayer, QR/Barcode Scanner MAX, Music Player czy QRecorder.

Check Point Research zgłosił swoje ustalenia Google’owi 28 stycznia, natomiast 9 lutego Google oficjalnie potwierdził, że wszystkie aplikacje Clast82 zostały usunięte ze Sklepu Google Play.

 Hakerowi stojącemu za Clast82 udało się ominąć zabezpieczenia Google Play za pomocą kreatywnej, ale niepokojącej metodologii. Dzięki prostej manipulacji łatwo dostępnymi zasobami stron trzecich – takimi jak konto GitHub lub FireBase – haker był w stanie wykorzystać łatwo dostępne zasoby, aby ominąć zabezpieczenia Sklepu Google Play. Ofiary myślały, że pobierają nieszkodliwą aplikację użytkową z oficjalnego sklepu Androida, ale tak naprawdę otrzymywali niebezpiecznego trojana, który miał za cel atakowanie ich kont finansowych. – mówi Avrian Hazum, menedżer działu badań mobilnych w Check Point.

Zdaniem ekspertów zdolność droppera do pozostania niewykrytym pokazuje, jak ważne jest wykorzystywanie rozwiązań zabezpieczających urządzenia mobilne. Okazuje się, że nie wystarczy jedynie skanować aplikację w okresie testowym, ponieważ cyberoszuści mogą zmieniać zachowanie aplikacji za pomocą łatwo dostępnych narzędzi innych firm.

Dzień korekt na rynku. Kryptowaluty znów w górę

Po wielu dniach słabości zarówno euro względem dolara, jak i złotego względem euro dzisiaj mamy dzień oddechu. Kolejne dni pokażą, czy będziemy dalej wracać w stronę poprzednich poziomów, czy to tylko krótka anomalia.

Lepsze dane z Niemiec

Dzisiaj nad ranem poznaliśmy dane z niemieckiej gospodarki. Eksport idzie w górę o 1,4% wobec oczekiwań spadku o 1,2%. Z kolei import spada o 4,7%, podczas gdy oczekiwano spadku o zaledwie 0,5%. Rynki przyjęły te dane jako dobrą informację. Dlaczego inwestorzy preferują niespodziankę w danych o eksporcie, a ignorują większe odchylenie w imporcie? Gospodarka, która przestawia się na konsumpcję wewnętrzną, a przy okazji więcej eksportuje, ma zdrowy sektor produkcyjny. Import nie jest tak korzystny. Nadwyżka handlowa naszego zachodniego sąsiada przebiła nawet górkę sprzed pandemii. Nie może zatem dziwić, że inwestorzy wykorzystali te dane do odbicia na dolarze. Dzisiaj pierwszy raz od ponad tygodnia jesteśmy świadkami drożejącego euro względem dolara.

Euro nie przekroczyło 4,60 zł

Odbicie widzimy nie tylko na parze EURUSD, ale również na polskim złotym. Po wielu dniach słabości podsycanej dodatkowo przez prezesa NBP informacjami o interwencjach walutowych mamy dzisiaj korektę. Polski złoty jest w specyficznej sytuacji. Z danych makroekonomicznych wynika, że rodzima waluta mogłaby być znacznie silniejsza. Z drugiej strony determinacja NBP do jej osłabiania jest zadziwiająca. Widać to chociażby po nagłym wzroście rezerw walutowych, które się znikąd nie wzięły.

Kryptowaluty znów w górę

Bitcoin zapomniał już o gwałtownej przecenie, kiedy to w ciągu kilku dni spadł z 57 000 dolarów poniżej 45 000 dolarów. Dzisiaj znów pnie się w górę, osiągając 55 000 dolarów. Należy zwrócić uwagę, że dzieje się to przy znacznie silniejszym dolarze niż na ostatnich szczytach bitcoina, zatem ceny najpopularniejszej kryptowaluty wyrażone w innych walutach mogą być jeszcze bardziej atrakcyjne. Analitycy wskazują, że za wzrostami na bitcoinie stoi napływ dużych firm finansowych. Chcą one podłączyć się do pociągu, zanim po raz kolejny odjedzie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Profesjonalny personal branding, czyli jak mądrze zbudować markę osobistą?

Silna marka osobista to nie tylko duży zasięg w serwisach społecznościowych, lajki czy sława w wybranych kręgach. Jest to przede wszystkim zespół wartości oraz cech stojących za konkretną osobą i będących swego rodzaju obietnicą wysokiej jakości. W jaki sposób mądrze budować wizerunek?

Czym jest personal branding?

Personal branding to strategia budowania własnej marki poprzez odpowiednie zarządzanie swoim wizerunkiem. Nie obawiaj się, że pojęcie to dotyczy jedynie osób na wyższych szczeblach, polityków, sportowców czy celebrytów. Może z niego korzystać każdy, kto dba o swoją karierę, np. freelancerzy próbujący wybić się na rynku, studenci lub poszukujący zatrudnienia. Silna marka osobista pozwala rozwijać karierę i zwiększać rozpoznawalność w branży.

Jak budować markę osobistą?

Nigdy wcześniej zaistnienie w szerszej świadomości społeczeństwa nie było tak proste, jak dzisiaj. Dzięki powszechnemu dostępowi do internetu wystarczy niewiele, by praktycznie z dnia na dzień zaistnieć w sieci. Skuteczne budowanie wizerunku to jednak coś więcej niż tylko założenie kanału w mediach społecznościowych i publikowanie postów. Aby mądrze zarządzać marką osobistą, należy działać według przemyślanego, starannie opracowanego planu.

Przede wszystkim ważne jest sprecyzowanie grupy docelowej. Określ, jakim językiem posługują się Twoi docelowi odbiorcy, za pośrednictwem jakich mediów się komunikują, skąd czerpią informacje czy też jakie mają zainteresowania. Wiedza ta pozwoli Ci lepiej dostosować formę przekazu do odbiorcy.

Kolejny krok to stworzenie przemyślanej strategii działania, aby Twój image był spójny, niezależnie od kanału komunikacji, którego używasz. Postaw na autentyczność. Znajdź coś, co Cię wyróżnia na tle konkurencji, uczyń z tego swój znak rozpoznawczy i komunikuj to światu.

Pamiętaj, że personal branding to działania długofalowe, w których liczy się konsekwencja. Jeśli chcesz zbudować wizerunek eksperta w swojej dziedzinie, potrzebujesz czasu, aby zdobyć zaufanie odbiorców i zaprezentować im swoje umiejętności oraz wiedzę.

Personal branding z profesjonalistami

Działania związane z budowaniem marki osobistej możesz prowadzić samodzielnie lub powierzyć ich realizację ekspertom. Doświadczona, wyspecjalizowana w tym zakresie agencja PR może w Twoim imieniu prowadzić komunikację i dbać o Twoją obecność w mediach. Specjaliści dysponują wiedzą i narzędziami, które pomogą Ci w kreowaniu wizerunku. Agencja PR przeprowadzi audyt Twojej marki osobistej oraz Twojej głównej konkurencji, pomoże w zdefiniowaniu grup docelowych oraz stworzeniu kluczowych przekazów. Kompetentni eksperci wesprą Cię w opracowywaniu komunikatów i właściwym dotarciu do odbiorców. Pomogą, gdy będziesz potrzebować doradztwa wizerunkowego i strategicznego.

Możesz również zdecydować się na wsparcie jedynie w początkowym okresie budowania marki osobistej. Agencja PR przygotuje dla Ciebie strategię personal brandingową oraz przeszkoli w zakresie kluczowych obszarów, np. właściwej komunikacji z odbiorcami.

Mądre budowanie osobistej marki to inwestycja, która przyniesie Ci korzyści na wielu polach. Dzięki niej zyskasz wyższy kredyt zaufania w oczach klientów i kontrahentów oraz rozszerzysz sieć kontaktów biznesowych.

Jak kuchnia skandynawska wpływa na nastrój?

Wnętrza w stylu skandynawskim cieszą się ogromną popularnością na całym świecie. Moda na aranżacje inspirowane Skandynawią pojawiła się kilka lat temu, jednak sam charakterystyczny skandynawski design narodził się w latach 50. XX wieku i wciąż jest numerem jeden wśród mieszkańców tamtego regionu.

Co takiego ma w sobie styl skandynawski?

Przez mniej więcej połowę roku kalendarzowego mieszkańcy Skandynawii cierpią z powodu małej ilości światła słonecznego, dlatego dbają, by ich mieszkania były możliwie, jak najbardziej przytulne i jasne. Wszystkie meble znajdujące się w pomieszczeniach powinny być jasne bądź w kolorze naturalnego drewna, by dodawać wnętrzu więcej ciepła, gdy za oknami ciemno i ponuro. Wybierając meble Skandynawowie kierują się przede wszystkim funkcjonalnością i prostotą – powinny tworzyć wygodną, estetyczną przestrzeń, ale raczej być tłem dla kilku wyrazistych akcentów. Takim mocny dodatkiem mogą na przykład być lampy.

Kuchnia skandynawska – serce każdego domu

Kuchnia w stylu skandynawskim kojarzy się z prostotą, czystością i jasnymi kolorami. Nie można jednak przy tym rezygnować z funkcjonalności. Jeśli pomieszczenie, w którym chcemy urządzić kuchnię jest wyjątkowo małe lub ma nietypowy kształt, warto postawić na kuchnie na zamówienie. W Meble Prato mają Państwo pewność, że projekt zostanie stworzony i dopasowany specjalnie do naszego wnętrza. Dzięki takim personalizowanym projektom jak https://www.mebleprato.pl/kuchnie-na-wymiar/ unikniemy wielu przykrych niespodzianek, jakie czekałyby nas przy montażu standardowego kompletu mebli. Kuchnie za zamówienie to też rozwiązanie dla wszystkich, którzy mają swoją własną wizję aranżacji i potrzebują firmy, która wcieli ją w życie.

Jasna kuchnia poprawia humor

Przy wyborze projektu często kierujemy się tylko praktycznymi względami, dlatego w naszym kraju kuchnie są ciemne i smutne, ale za to funkcjonalne. Warto wiedzieć, że jasna kuchnia nie musi być od razu bardzo niepraktyczna – wszystko zależy od materiałów, z jakich zostanie wykonana. Warto zdawać sobie sprawę, że kolory, jakimi się otaczamy mają wpływ na nasz nastrój. Styl skandynawski to neutralne, jasne barwy oraz drewniane elementy, dzięki którym wnętrze staje się bardziej przytulne. Kolor biały kojarzy się z czystością, łagodzi emocje i przynosi spokój i poczucie bezpieczeństwa. Białe meble w kuchni rozjaśnią wnętrze i sprawią, że wyda się optycznie większe.  Biała kuchnia z naturalnymi drewnianymi elementami i ciepłym światłem sprawi, że nawet w bardzo pochmurny dzień poczujemy się lepiej.

Styl skandynawskim jest uniwersalny

Wnętrze utrzymane w jasnych barwach nie tylko wpływa na nasz pozytywny nastrój, ale jest też świetną bazą do tworzenia oryginalnych aranżacji. Kolor biały świetnie łączy się z wyrazistymi kolorami, jak czerwień, czerń czy granat. Pasuje też to koloru żółtego, błękitu czy nawet fuksji. Styl skandynawski może stanowić całą aranżację lub być jedynie punktem wyjścia – wszystko zależy od naszej fantazji. Jeśli jednak kuchnia lub inne pomieszczenie w naszym domu ma być przytulne i funkcjonalne, warto postawić na sprawdzone rozwiązania – proste  białe meble z naturalnymi drewnianymi elementami. Klasyczne rozwiązania nigdy nie wyjdą z mody – warto to wziąć pod uwagę projektując wystrój naszej kuchni. Dzięki projektom kuchni na wymiar możemy spełnić nasze najskrytsze marzenia o aranżacji, zachowując jednocześnie jej pełną funkcjonalność. Dobry projektant weźmie pod uwagę każdy najmniejszy szczegół wnętrza, tak by meble na wymiar idealnie pasowały do pomieszczenia, a kuchnia wciąż była praktyczna i estetyczna.

Polski e-handel może wzrosnąć w tym roku nawet o 25 proc. Wejście nowych graczy na rynek może rozpocząć wyścig zbrojeń w zakresie IT

Wartość polskiego e-commerce sięga 100 mld zł, co odpowiada za ok. 10 proc. handlu detalicznego. Pandemia okazała się znaczącym katalizatorem wzrostu. Od marca do końca 2020 roku powstało ok. 11 tys. nowych e-sklepów. W zależności od rozwoju pandemii w Polsce w tym roku wzrost handlu internetowego może wynieść od 10 proc., przy pełnej dostępności galerii handlowych, do nawet 25 proc., jeśli spotka nas kolejny lockdown – szacują eksperci Unity Group. Duże znaczenie dla rynku będzie mieć wejście Amazona oraz możliwa ekspansja chińskich platform. To powinno przyspieszyć rozwój nowych narzędzi cyfrowych w sprzedaży, m.in. rozwiązań mobilnych.

– Obroty detaliczne w handlu internetowym w 2020 roku wyniosły około 100 mld zł i przekroczyły 10 proc. obrotów ogółem w handlu detalicznym. W 2021 roku spodziewamy się dalszego wzrostu tego udziału – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Rudno-Rudziński, partner zarządzający w Unity Group.

Wartość polskiego rynku e-commerce wzrosła w 2020 roku znacznie szybciej, niż prognozowano. Izba Gospodarki Elektronicznej podaje, że od marca do końca ub.r. powstało ok. 11 tys. nowych e-sklepów. Z raportu e-Izby „Omni-commerce. Kupuję wygodnie 2020″ wynika, że o 15 pkt proc.  wzrósł odsetek kupujących w sieci. Obecnie już 72 proc. polskich internautów to e-klienci. Z danych NBP wynika zaś, że w ciągu trzech kwartałów 2020 roku przeprowadzono w internecie 104,7 mln transakcji, a wartość transakcji z użyciem kart płatniczych sięgnęła 13,9 mld zł (wzrost o 3,7 mld r/r). Także ten rok zapowiada się rekordowo, dużo jednak zależy od sytuacji pandemicznej.

 Są dwa skrajne scenariusze. Jeśli bardzo szybko wrócimy do normalności przedcovidowej, m.in. jeśli na stałe otworzą się galerie, wtedy należy spodziewać się wzrostu e-commerce rok do roku rzędu 10 proc. Natomiast jeśli obostrzenia pozostaną na obecnym poziomie lub zostaną pogłębione, co rynek potraktuje jako stan docelowy, wtedy należałoby spodziewać się wzrostów bardziej rzędu 20–25 proc. – ocenia Grzegorz Rudno-Rudziński.

Raport e-Izby pokazuje także, że pandemia zmieniła zwyczaje zakupowe konsumentów. Wzrosła wartość internetowych koszyków zakupowych. Co czwarty internauta kupuje w sieci więcej niż pięć razy w miesiącu, a co trzeci – między dwa a pięć razy. Wzrosła skłonność do robienia w sieci dużych zakupów. Nawet 78 proc. kupujących w sieci konsumentów deklaruje, że wartość ich koszyka zakupowego jest taka sama lub wyższa niż offline. Najczęściej kupujemy w internecie produkty modowe, elektronikę i produkty urodowe, zyskały też produkty spożywcze.

 Game changerem na rynku będzie nasza gotowość jako klientów do kupowania nowych towarów – zaznacza partner zarządzający w Unity Group. – Wchodzenie nowych technologii, które pozwalają nam na wirtualne przymierzanie, czy systemów rekomendacyjnych powoduje, że ta granica się przesuwa i coraz częściej sprzedają się rzeczy, które dawniej były uznawane za niestandardowe dla kanałów elektronicznych. Przykładowo na rynku chińskim już nawet domy sprzedaje się online.

Duży wpływ na polski rynek e-commerce może mieć wejście Amazona, który w ubiegłym tygodniu zaprezentował stronę w polskiej wersji językowej. Eksperci oceniają, że ten krok może ożywić krajowy rynek z korzyścią dla odbiorców, ale również dla sprzedawców. Tym bardziej że krok amerykańskiego giganta może też zachęcić do ekspansji w Polsce również innych graczy, np. z Azji.

– Dużo się mówi o tym, że Chiny razem ze swoją gospodarką mają bardzo aktywne plany dotyczące całości świata i przeszły z fazy przyjacielskiego rozwoju do form bardziej agresywnych – ocenia Grzegorz Rudno-Rudziński. – Zobaczymy, jak zareagują obecni na rynku gracze. Mogą przyjąć bardzo różne strategie, albo typowo obronne, obrony marży, skupienia się na rozwoju tam, gdzie mają już klientów i odbudowaniu zysku utraconego przez COVID, albo podejmą rękawicę i przeciwstawią się strategii, której możemy spodziewać się od Amazona, czyli typowego blitzscalingu, czyli skalowania organizacji bez patrzenia na rentowność.

Nowe marketplace’y mogą także przyspieszyć wyścig zbrojeń w zakresie rozwiązań IT. W ubiegłym roku w tym zakresie widoczne były na rynku duże zmiany. Wśród podmiotów działających w segmencie B2B jako główne powody wprowadzania nowych rozwiązań najwięcej firm wymieniało podniesienie efektywności działania firmy (51 proc.) oraz zmiany zachowań konsumentów na rynku (48 proc.). Z kolei na pandemię wskazało 26 proc. badanych (raport Unity Group „Polski rynek B2B vs. Cyfrowy Megatrend. Sytuacja branży post COVID-19”).

– W 2020 roku wiele firm przeszło do internetu, co było dla nich nowością, ale też odbiło się na marżowości obrotu. To element, który na pewno wywoła dalszy efekt zbrojeń w zakresie IT. Lepsze rozwiązania mobilne wpłyną na obniżenie kosztu pozyskania klienta i rentowność na koszyku. Na pewno obszary data science czy business intelligence mogą nam pomóc w zwiększaniu marżowości czy wartości koszyka, ale też zadowolenia klientów, o których walka w sieci będzie teraz coraz bardziej zacięta – wymienia partner zarządzający w Unity Group.

W tym roku firmy postawią także na dostosowanie rozwiązań do najbardziej aktywnych w e-sklepach pokoleń, czyli Igreków i Zetek. To właśnie preferencje młodych klientów wpłyną na sposób sprzedaży, m.in. na rozwój rozwiązań mobilnych..

– Z drugiej strony sprzedawcy bardzo dużą pracę wykonują po stronie tego, czego jako klienci nie widzimy, czyli przebudowując centra logistyczne, integrując wszystkie kanały sprzedażowe i pozostałe systemy tak, aby czas dostawy i jakość była dla nas coraz wyższa – mówi Grzegorz Rudno-Rudziński.

Polacy coraz chętniej uczestniczą w zrzutkach internetowych. Rynek finansowania społecznościowego w tym roku podwoi swoją wartość do 2 mld zł

– Polacy najchętniej angażują się w zbiórki, które mocno wpływają na ich emocje, stąd ogromną popularnością cieszą się projekty charytatywne. W tym roku ten segment rynku urośnie do wartości 1,572 mld zł – prognozuje Tomasz Chołast, członek zarządu Zrzutka.pl. W czasie pandemii spore zainteresowanie budziły akcje organizowane na rzecz medyków, osób starszych i przedsiębiorców, np. restauratorów, którzy są na skraju bankructwa. Według prognoz Zrzutka.pl cały rynek finansowania społecznościowego wzrośnie w tym roku do ponad 2 mld zł. Serwis uruchomi pierwszą na świecie kartę wpłatniczą do takich zrzutek.

Finansowanie społecznościowe bardzo się popularyzuje na całym świecie, również w Polsce. Ludzie przyzwyczaili się do tej formy wsparcia, a płatności online stają się coraz bardziej popularne. Poza tym z powodu pandemii dużo czasu spędzamy w domach i mieliśmy okazję poznać różne formy wsparcia – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Chołast.

Polacy coraz chętniej organizują i finansują zbiórki w sieci na każdy cel, od charytatywnych, poprzez biznesowe, naukowe, społeczne, a skończywszy na indywidualnych, np. na realizację wyjątkowego hobby. Według szacunków serwisu Zrzutka.pl w ubiegłym roku wartość rynku crowdfundingu przekroczyła 1 mld zł. W tym roku ta kwota może się podwoić. Stuprocentowy wzrost odnotują dwa subrynki: zbiórki charytatywne, które w tym roku urosną do wartości 1,572 mld zł, oraz rynek cyklicznych zbiórek, choć jego wartość jest dużo niższa i wyniesie 50 mln zł. Z kolei rynek finansowania społecznościowego udziałowego wzrośnie o 50 proc., do blisko 138 mln zł.

W Polsce najbardziej popularną i najszybciej rosnącą kategorią jest forma finansowania społecznościowego oparta na darowiznach, kiedy wpłacający otrzymują zwrotnie pewną nagrodę. I to jest wyjątkowe w skali świata. Dynamicznie rośnie również rynek equity crowdfunding, gdzie projekt wspiera się w zamian za udziały – wyjaśnia członek zarządu Zrzutka.pl.

Serwis Zrzutka.pl. zakończył ubiegły rok z bardzo dobrym wynikiem. Liczba wpłat na platformie wzrosła o 89 proc. w porównaniu z 2019 rokiem i wyniosła prawie 2,7 mln. Wartość transakcji była na poziomie 192 mln zł, przy dynamice 102 proc. w stosunku do 2019 roku. Średnio wpłata dokonana w serwisie wynosiła niecałe 70 zł, ale w ekstremalnych przypadkach sięgały nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych.

– Pozytywny wpływ na aktywność Polaków na portalach crowdfundingowych miała pandemia koronawirusa. Podczas pierwszego lockdownu Polacy bardzo mocno zaangażowali się w pomoc medykom i seniorom, a podczas drugiej kwarantanny powstało wiele projektów wspierających osoby w potrzebie, np. przedsiębiorców – dodaje Tomasz Chołast.

Jak podkreśla, nowością na rynku finansowania społecznościowego jest powstawanie platform dedykowanych konkretnym branżom, np. wrocławska platforma, która debiutowała w styczniu, osiągnęła wynik wsparcia dla jednej gry planszowej na poziomie 5 mln dol. i od początku była dostępna globalnie.

– Spodziewamy się, że platform dedykowanych konkretnym dziedzinom lub branżom będzie coraz więcej. Poza tym coraz bardziej popularne stają się formy zrzutek cyklicznych, czyli takich, w których np. radia, muzycy lub twórcy wspierani są stałą opłatą. Dlatego stworzyliśmy nowy produkt wykorzystywany w sytuacjach, kiedy darczyńcy nie dysponują gotówką. Wprowadzamy na rynek kartę wpłatniczą, poprzez którą będzie można przyjmować wpłaty bez posiadania terminala płatniczego – zapowiada członek zarządu Zrzutka.pl.

W ciągu najbliższych kilku miesięcy nastąpi komercyjny debiut tej globalnej innowacji, czyli pierwszej na świecie karty wpłatniczej. Pod koniec 2020 roku wystartowały internetowe skarbonki, które z dużym sukcesem były wykorzystywane podczas finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

W 2021 roku uruchomimy także wersję międzynarodową naszej platformy. Jej start został przesunięty na ten rok, gdyż sprawy prawno-licencyjne wydłużyły się i przekroczyły zakładane przez nas terminy. Zakładamy, że wartość transakcji na Zrzutka.pl w tym roku wzrośnie o 108 proc i przekroczy kwotę 400 mln zł, a liczba transakcji wyniesie 5 mln, przy dynamice na poziomie 85 proc. – podsumowuje Tomasz Chołast.

Polska europejskim liderem w leczeniu rdzeniowego zaniku mięśni. Ruszające wiosną badania przesiewowe noworodków są kolejnym przełomem w walce z tą chorobą

– Wdrażamy badania przesiewowe w kierunku SMA. Liczymy na to, że tylko w tym roku uda się nam przebadać 140 tys. dzieci, ale to jest pierwszy krok – mówi Wojciech Andrusiewicz, rzecznik Ministerstwa Zdrowia. Badania noworodków w kierunku SMA ruszą wiosną na Mazowszu, a do końca przyszłego roku mają objąć wszystkie województwa. Polska jest trzecim krajem w Europie z tak szerokim programem przesiewowym. Przesiew jest kolejnym – po udostępnieniu leczenia w ramach programu lekowego – przełomem w walce z tą ciężką chorobą genetyczną. Od momentu jego wdrożenia noworodki błyskawicznie otrzymają nusinersen, zanim jeszcze wystąpią objawy. Badania kliniczne NURTURE z tym lekiem wykazują, że podany przedobjawowo pozwala dzieciom z SMA na rozwój podobny do ich zdrowych rówieśników.

 Decyzja o włączeniu badań przesiewowych pod kątem SMA do grona już 29 dotychczas obowiązujących badań przesiewowych w zakresie chorób występujących u dzieci to jest kwestia przynajmniej ostatniego roku, jeżeli nie dłużej. Jako jedni z pierwszych w Europie wprowadziliśmy terapię lekiem Spinraza, który niweluje możliwe następstwa rozwoju choroby i powstrzymuje jej bieg. To był pierwszy krok. Drugim krokiem było właśnie badanie przesiewowe pod kątem SMA, które można leczyć pod warunkiem wczesnego zdiagnozowania. Przed wystąpieniem pierwszych objawów mamy dużo większe szanse na wyleczenie. Dlatego tak ważna jest konsekwencja w walce z tą chorobą – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Andrusiewicz, rzecznik Ministerstwa Zdrowia.

Rdzeniowy zanik mięśni to ciężka i rzadka choroba o podłożu genetycznym, która m.in. uniemożliwia samodzielne poruszanie się i powoduje osłabienie mięśni odpowiadających za oddychanie czy przełykanie, prowadząc do ciężkiej niepełnosprawności i przedwczesnej śmierci. W Polsce jest łącznie około tysiąca pacjentów z SMA w różnym wieku. W ponad 90 proc. przypadków objawy tej choroby pojawiają się już w okresie niemowlęcym. Każdego roku w Polsce rodzi się ok. 40–50 dzieci z rdzeniowym zanikiem mięśni, w tym ok. 30–40 z najcięższą postacią.

– Mamy już potwierdzoną informację z Ministerstwa Zdrowia, że program badań przesiewowych zostanie sfinansowany – mówi Dorota Raczek, prezes Fundacji SMA. – Dzięki temu będziemy ratować rocznie ok. 50 niemowląt, które urodzą się z rdzeniowym zanikiem mięśni. Leczenie tej choroby przedobjawowo, czyli jeszcze zanim niemowlęta wykażą jakiekolwiek objawy SMA, jest najbardziej skuteczne, więc stwarza dużą szansę, że te dzieci będą rozwijać się prawidłowo.

Nieleczony rdzeniowy zanik mięśni jest najczęstszą genetyczną przyczyną śmierci dzieci do drugiego roku życia. Jednak dzieci, u których został wcześnie zdiagnozowany, mogą zostać szybko włączone do leczenia i rozwijać się podobnie jak ich zdrowi rówieśnicy.

– W tej chwili badania genetyczne są podstawową metodą diagnostyki rdzeniowego zaniku mięśni. Są absolutnie kluczowe dla postawienia diagnozy. Takie badanie wykonuje się z DNA wyizolowanego z krwi obwodowej, czyli od dziecka pobiera się krew, z której następnie izoluje się materiał do badań genetycznych i poddaje go dalszym procedurom. Dzięki temu tuż po urodzeniu wiemy, czy dana osoba może rozwinąć objawy rdzeniowego zaniku mięśni, czy nie – wyjaśnia dr n. med. Maria Jędrzejowska z Instytutu Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej im. M. Mossakowskiego PAN. – Liczymy na to, że badania przesiewowe ruszą już wiosną, być może od marca, kwietnia.

Jak informuje rzecznik prasowy Ministerstwa Zdrowia, najprawdopodobniej już w tym roku w kierunku SMA zostanie przebadanych około 140 tys. noworodków.

 To tak naprawdę pierwszy krok, bo w przyszłym roku liczymy już na przebadanie ok. 200 tys. dzieci – mówi Wojciech Andrusiewicz. – W najbliższych dniach podpisujemy umowę z Instytutem Matki i Dziecka w Warszawie, pod którego kierunkiem będą w Polsce prowadzone badania przesiewowe w kierunku SMA. Z racji tego, że ta placówka zlokalizowana jest na Mazowszu, zaczynamy właśnie od tego województwa. Potem chcemy przynajmniej co jeden–dwa miesiące włączać kolejne, tak aby docelowo badaniami przesiewowymi objąć już cały kraj.

Co istotne, jeszcze kilka lat temu nie istniała żadna metoda przyczynowego leczenia SMA. Po postawieniu diagnozy lekarze mogli zalecać chorym wyłącznie leczenie objawowe i rehabilitację. Zmieniło się to pięć lat temu wraz z pojawieniem się nusinersenu – pierwszej skutecznej terapii w leczeniu rdzeniowego zaniku mięśni. W 2019 roku została ona objęta refundacją również w Polsce w ramach programu lekowego. Resort zdrowia zdecydował, że leczeniem zostaną objęci wszyscy chorzy bez względu na wiek czy stopień zaawansowania choroby. Tempo wdrażania tej terapii jest tak szybkie, że Polska staje się europejskim liderem w leczeniu SMA – jest jedynym krajem, który włączył do leczenia nusinersenem tak dużą liczbę chorych w tak krótkim czasie. Obecnie trwają prace nad opracowywaniem danych płynących z rzeczywistych doświadczeń klinicznych (RWE) polskich ekspertów po dwuletnim okresie leczenia chorych.

Pierwsze wyniki analiz statystycznych wskazują, że w programie mamy nie tylko zahamowanie postępu choroby, czyli spełnienie tego kryterium minimum, ale również poprawę. Średnio ta poprawa wynosi około 4 punktów dla dzieci ocenianych w skali dostosowanej dla niemowląt i młodszych dzieci. Te 4 punkty są przy pierwszej ocenie skuteczności, a każda kolejna ocena przynosi większą poprawę. Pacjenci mogą więc mieć nadzieję na coraz większą poprawę w miarę postępu leczenia – mówi prof. dr hab. n. med. Katarzyna Kotulska-Jóźwiak, kierownik Kliniki Neurologii i Epileptologii Instytutu „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”.

– Najnowsze wyniki badania NURTURE potwierdzają wcześniejsze obserwacje, z których wynika, że terapię lekiem nusinersen należy rozpoczynać, zanim u pacjentów pojawią się pierwsze objawy choroby. Dzięki temu dzieci otrzymują szansę na rozwinięcie zdrowego fenotypu. Na zależność tę wskazuje biorąca udział w badaniu grupa 25 dzieci, które zostały zdiagnozowane i poddane leczeniu w pierwszych sześciu tygodniach życia, zanim wystąpiły u nich objawy. Po trwającej pięć lat nieprzerwanej terapii 100 proc. z nich pozostaje przy życiu. Leczone dzieci czują się bardzo dobrze, wszystkie oddychają samodzielnie i siedzą bez pomocy, a 88 proc. z nich także samodzielnie chodzi – wyjaśnia cytowana w komunikacie prof. dr hab. n. med. Maria Mazurkiewicz-Bełdzińska, przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Neurologii Dziecięcej, kierownik Kliniki Neurologii Rozwojowej Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego, Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

W tej chwili program lekowy „Leczenie rdzeniowego zaniku mięśni” jest realizowany w 29 ośrodkach w Polsce (w 13 dedykowanych osobom dorosłych i 16 pediatrycznych). W ramach programu leczonych jest w tej chwili 687 pacjentów, a kolejnych 58 jest do niego zakwalifikowanych. Oznacza to, że w Polsce leczeniem objętych jest ponad 70 proc. wszystkich chorych na SMA.

 Nie oznacza to jednak, że pozostałych 300 pacjentów nie otrzymuje żadnego leczenia. Mamy również w Polsce grupę pacjentów objętych badaniami klinicznymi innych, nowych leków, w związku z czym znakomita większość pacjentów w Polsce jest w tej chwili objęta dostępem do terapii – mówi prof. dr hab. n. med. Katarzyna Kotulska-Jóźwiak.

Fundacja SMA wskazuje, że nusinersen zapoczątkował przełom w leczeniu pacjentów cierpiących na tę chorobę. Kolejnym przełomom jest wprowadzenie badań przesiewowych, które stanowią uzupełnienie właściwej ścieżki leczenia dającej szanse na pokonanie SMA.

Kryzys zaczął wpływać na ceny nieruchomości. Wciąż jednak wiele przemawia za coraz wyższymi stawkami

Według danych Narodowego Banku Polskiego w IV kwartale ub.r. średnie ceny 1 mkw. mieszkania w siedmiu największych miastach zmniejszyły się o 0,81 proc., do 8325 zł, a na pięciu z tych rynków były niższe niż w poprzednim kwartale. Ostatni raz taka sytuacja zdarzyła się w I kwartale 2017 roku. I choć rynkowi komentatorzy poczuli się zaskoczeni, zdaniem ekonomisty Ignacego Morawskiego jest za wcześnie na ogłaszanie rynku kupującego. Większość oczekuje jednak dalszego wzrostu cen, ale na rynku pojawia się szereg zagrożeń z tym związanych.

IV kwartał roku 2020 to był okres bardzo intensywnych restrykcji przeciwepidemicznych, kiedy generalnie liczba transakcji mogła być mniejsza, więc ja bym nie wysuwał daleko idących wniosków – mówi agencji Newseria Biznes Ignacy Morawski, dyrektor SpotData, główny ekonomista „Pulsu Biznesu”. – Natomiast rzeczywiście fakt, że ceny lekko się obniżyły, jest intrygujący. Kiedy wybuchła epidemia, to powszechne prognozy mówiły o spadkach bądź stabilizacji ceny nieruchomości po wielu latach wzrostu. Tymczasem one przez wiosnę, lato i jesień rosły i to była pewna niespodzianka. Ale w końcu późną jesienią i zimą ceny lekko się obniżyły. Wydaje mi się więc, że była to opóźniona reakcja na kryzys gospodarczy.

Jeśli się uważnie przyjrzeć zmianom cen, to na ich spadek miała wpływ Warszawa, gdzie są one najwyższe, a w IV kwartale zmniejszyły się o 2,2 proc. Dla pozostałych sześciu miast z tej grupy – Gdańska, Gdyni, Krakowa, Wrocławia, Łodzi i Poznania – średnia wzrosła, co prawda niewiele, bo o 19 zł. W tej grupie za wzrost odpowiada głównie stolica Dolnego Śląska, w której nastąpiła wyjątkowo wysoka zwyżka – o 9,2 proc. W Krakowie ceny podniosły się o 18 złotych, czyli 0,22 proc., w Gdańsku spadły, ale ruch był jeszcze mniejszy i wyniósł zaledwie -0,09 proc., w Poznaniu spadły o 0,9 proc., w Gdyni o 1,1 proc., a w Łodzi o 1,6 proc. Zmiany były więc w większości niewielkie i trudno ocenić, w którą stronę podążą w kolejnych miesiącach. Ponadto w 10 kolejnych miastach, tylko nieco mniejszych (Białystok, Bydgoszcz, Katowice, Kielce, Lublin, Olsztyn, Opole, Rzeszów, Szczecin i Zielona Góra), ceny wzrastały.

 Ceny mieszkań jest niezmiernie trudno przewidywać. Generalne oczekiwanie na rynku jest takie, że będą rosły dalej. Po pierwsze z tego względu, że mamy szybki wzrost gospodarczy i relatywnie wysoki wzrost płac. Po drugie ze względu na fakt, że mamy bardzo niskie stopy procentowe, szczególnie realne, i wiele osób kupuje mieszkania jako formę lokaty kapitału – tłumaczy Ignacy Morawski. – Jednocześnie w ostatnim czasie zaczęto coraz więcej mówić o podwyżkach stóp procentowych. Wątpię, czy do nich dojdzie już w przyszłym roku, ale może to nastąpić szybciej, niż wydawało się jeszcze kilka miesięcy temu. Co więcej, epidemia trwa dłużej, niż się spodziewaliśmy, i to też w jakiś sposób może ograniczać sentyment na rynku nieruchomości.

W sumie ekspert zauważa jednak przewagę czynników wzrostowych. W ujęciu rocznym ceny transakcyjne mieszkań na rynkach wtórnych wzrosły we wszystkich miastach, przy czym w Warszawie o 2,7 proc., w pozostałych sześciu największych miastach – o 5,4 proc., a w 10 kolejnych poszły w górę aż o 10,1 proc. Z kolei indeks hedoniczny cen (uwzględniający różnice w parametrach mieszkań, takich jak ich wielkość, liczba pokoi, otwarta lub wydzielona kuchnia, stan, okolica, balkon, położenie według stron świata itp.) wskazuje na spadek cen rok do roku tylko w Opolu, zaś na najmocniejszy wzrost w Poznaniu, Katowicach i Lublinie.

Ceny ofertowe i transakcyjne zawsze się różnią, dlatego że inne jest oczekiwanie sprzedającego, a inne kupującego. Jeżeli cena transakcyjna jest dużo niższa od ceny ofertowej, to znaczy, że rynek zaczyna się odwracać na niekorzyść sprzedających. Ale na razie z danych za jeden kwartał nie wysnuwałbym takich wniosków – ocenia dyrektor SpotData.

Jak podkreśla, zagrożeniem dla rynku może być sytuacja, kiedy popyt na nieruchomości rośnie tylko dlatego, że wszyscy oczekują dalszych podwyżek cen.

Niebezpiecznie robi się wtedy, kiedy ceny rosną nie dlatego, że klienci są w lepszej sytuacji finansowej i mogą sobie pozwolić na kupno droższego mieszkania, ale kiedy klienci kupują mieszkania tylko dlatego, że one mają być jeszcze droższe. Rok temu były głosy, że pojawia się takie ryzyko. Wydaje mi się, że teraz, po lekkiej stabilizacji cen w IV kwartale, takich głosów jest mniej. Ale jeżeli stopy procentowe będą bardzo niskie przez bardzo długi czas, to taka sytuacja może powrócić – mówi ekonomista. – To jest coś, co instytucje publiczne takie jak Narodowy Bank Polski, Ministerstwo Finansów, Komisja Nadzoru Finansowego powinny stale monitorować i monitorują.

Gigantyczny Teleskop Magellana otworzy nową erę kosmicznych odkryć. Tworzone właśnie do niego lustra to cud współczesnej nauki [DEPESZA]

Gigantyczny Teleskop Magellana wykona dziesięciokrotnie wyraźniejsze fotografie Wszechświata niż Kosmiczny Teleskop Hubblea. Zintegruje siedem zwierciadeł głównych o szerokości 8,4 m w pojedynczą powierzchnię zbierającą światło o średnicy 24,5 m – trzykrotnie szerszej niż jakikolwiek obecnie działający teleskop optyczny. Obecnie na Uniwersytecie Arizony produkowane jest już szóste lustro. GMT zrewolucjonizuje nasze obecne rozumienie Wszechświata. – Teleskop zajrzy dalej w głąb Wszechświata i uchwyci więcej szczegółów niż jakikolwiek wcześniejszy teleskop optyczny – podkreśla Daniel Stolte z Uniwersytetu Arizony.

Naziemny Gigantyczny Teleskop Magellana (GMT) zapewni dziesięciokrotnie wyraźniejsze zdjęcia Wszechświata niż słynny Kosmiczny Teleskop Hubble’a. GMT będzie również wykorzystywać siedem największych obecnie segmentów luster.

– Najważniejszą częścią teleskopu jest jego zwierciadło zbierające światło – wskazuje James Fanson, kierownik projektu Gigantycznego Teleskopu Magellana. – Im większe lustro, tym głębiej możemy zajrzeć i tym więcej szczegółów Wszechświata możemy zaobserwować.

Światło z krawędzi Wszechświata najpierw odbije się od siedmiu zwierciadeł głównych, następnie ponownie od siedmiu mniejszych zwierciadeł wtórnych, a na koniec przejdzie przez środkowe zwierciadło główne do zaawansowanych kamer. Tam zmierzone zostanie światło, aby określić, jak daleko znajdują się obiekty i z czego są zrobione. Pierwsze lustro zostało ukończone w 2005 roku, obecnie trwają prace nad już szóstym segmentem. Budowa Gigantycznego Teleskopu Magellana postępuje, tym samym jesteśmy bliżej nowych odkryć w kosmosie. Siła widzenia teleskopu jest 10 razy większa niż słynnego Kosmicznego Teleskopu Hubble’a i cztery razy większa niż Kosmicznego Teleskopu Jamesa Webba.

– Unikatowa konstrukcja zwierciadła głównego Gigantycznego Teleskopu Magellana składa się z siedmiu największych zwierciadeł na świecie. Odlanie szóstego lustra to duży krok w kierunku ukończenia całej inwestycji. Po uruchomieniu Gigantyczny Teleskop Magellana będzie generował obrazy 10 razy wyraźniejsze niż Kosmiczny Teleskop Hubble’a. Odkrycia, których dokonają te lustra, zmienią nasze rozumienie Wszechświata – przekonuje James Fanson.

Lustra główne zbudowane przez laboratorium UA Mirror Lab są cudem nowoczesnej inżynierii i produkcji szkła. Każdy segment jest zakrzywiony do bardzo precyzyjnego kształtu i wypolerowany do długości fali światła – około jednej milionowej cala. Chociaż lustra GMT będą reprezentować znacznie większy układ niż jakikolwiek teleskop, całkowita waga szkła jest znacznie mniejsza, niż można by się spodziewać. Osiąga się to za pomocą formy o strukturze plastra miodu, w której gotowe szkło jest w większości wydrążone.

Siedem pojedynczych segmentów zwierciadeł, ułożonych w układ przypominający kwiatki, połączy się, tworząc powierzchnię zwierciadła głównego o średnicy 25 m. Ze względu na duży rozmiar i głęboką krzywiznę zwierciadła głównego wymagało to wprowadzenia innowacyjnych rozwiązań do polerowania i pomiaru powierzchni.

Odlewanie spinowe to pierwszy etap czteroletniego procesu tworzenia każdego lustra. Pozostałe etapy są przeprowadzane w innych częściach laboratorium lustrzanego, dzięki czemu można wyprodukować do czterech segmentów luster w tym samym czasie.

– Odlewanie spinowe jest niezaprzeczalnie najbardziej spektakularną częścią procesu produkcyjnego –  wskazuje Buddy Martin, naukowiec z laboratorium Richard F. Caris Mirror Lab na Uniwersytecie Arizony. – To proces polerowania i ciągłego mierzenia zamienia ten niesamowity kawałek szkła w lustro.

Lustro będzie polerowane przez dwa lata, zanim osiągnie optyczną dokładność powierzchni mniejszą niż jedna tysięczna szerokości ludzkiego włosa lub pięć razy mniejszą niż pojedyncza cząstka koronawirusa.

– Do czasu zakończenia polerowania uzyskamy dokładność lustra powyżej 25 nm. Tak gładka musi być powierzchnia, aby uzyskać możliwie najostrzejsze obrazy z teleskopu – podkreśla Buddy Martin.

Pod koniec lat 20. XXI wieku gigantyczne lustra zostaną przetransportowane na chilijską pustynię Atakama do Obserwatorium Las Campanas, znajdującego się ponad 2500 m nad poziomem morza. To jedno z najlepszych miejsc astronomicznych na planecie, z czystym niebem, niskim zanieczyszczeniem i stabilnym przepływem powietrza, dzięki czemu obrazy są wyjątkowo ostre. Dodatkowo położenie na południowej półkuli daje dostęp do centrum Drogi Mlecznej. Nowy teleskop zwiększy szanse na znalezienie śladów życia w kosmosie.

– Teleskop zajrzy dalej w głąb Wszechświata i uchwyci więcej szczegółów niż jakikolwiek wcześniejszy teleskop optyczny – podkreśla Daniel Stolte z zespołu komunikacji Uniwersytetu Arizony.

W ciągu najbliższych lat Polska będzie potrzebować 200 tys. specjalistów od sztucznej inteligencji. Mimo postępującej automatyzacji pracy na rynku nie zabraknie

Branża sztucznej inteligencji rośnie w szybkim tempie, a korzyści z automatyzacji wielu procesów i podnoszenia kompetencji cyfrowych będą odczuwalne dla całej gospodarki. – Zapotrzebowanie na specjalistów z branży SI w Polsce w ciągu pięciu lat szacuje się na ok. 200 tys. osób. A warto przypomnieć, że cały sektor ICT w Polsce zatrudnia 500 tys. osób – mówi Justyna Orłowska, dyrektor programu GovTech Polska. Rząd przyjął „Politykę rozwoju sztucznej inteligencji w Polsce” i chce zwiększyć wartość polskich technologii oraz budować w Polsce świadome społeczeństwo, które skorzysta na rewolucji technologicznej.

– Wdrażanie sztucznej inteligencji przyniesie szereg korzyści. Oczywiście jest to też wyzwanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Justyna Orłowska, dyrektor programu GovTech Polska z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. – Prognozuje się, że do 2025 roku wartość branży sztucznej inteligencji na świecie wyniesie 200 mld dol., podczas gdy ledwie trzy lata temu było to 16 mld dol. Ten wzrost jest więc bardzo dynamiczny.

Sztuczna inteligencja jest obszarem, który dotyka niemal każdego elementu funkcjonowania państwa i gospodarki. Jak podaje KPRM w „Polityce rozwoju sztucznej inteligencji w Polsce”, do 2030 roku SI pozwoli zautomatyzować ok. 49 proc. czasu pracy w Polsce, generując jednocześnie lepiej płatne miejsca pracy w kluczowych sektorach.

– Sztuczna inteligencja przyczyni się do tego, że połowa naszego czasu pracy zostanie zautomatyzowana, ale od razu uspokajam, że według Gartnera na 100 miejsc pracy, które zostaną zautomatyzowane, powstanie 130 nowych. Pracy więc nie zabraknie – przekonuje Justyna Orłowska. – W ciągu najbliższych pięciu lat zapotrzebowanie na specjalistów od sztucznej inteligencji w Polsce szacuje się na 200 tys. osób. Podczas gdy cały cyfrowy sektor, tzw. ICT, w Polsce to 500 tys. pracowników.

Punktem wyjścia do realizacji polityki rozwoju SI ma być określenie zachowań, zasad i regulacji, które warunkują powstanie dobrego i bezpiecznego ekosystemu. Wraz z biznesem, ekspertami i organizacjami społecznymi opracowano już ponad 200 konkretnych działań odnoszących się do najróżniejszych aspektów rozwoju sztucznej inteligencji – od zmian regulacyjnych po wsparcie finansowe. Będą one regularnie uzupełniane i aktualizowane w wyniku dalszych rozmów z partnerami biznesowymi i społecznymi.

Rządowy dokument określa działania i cele dla Polski w zakresie SI w perspektywie krótkoterminowej (do 2023 roku), średnioterminowej (do 2027 roku) i długoterminowej (po 2027 roku). Zostały one podzielone na sześć obszarów: społeczeństwo, innowacyjne firmy, nauka, edukacja, współpraca międzynarodowa oraz sektor publiczny.

– Mamy różne obszary, które wyszczególniliśmy w dokumencie, i zapraszamy uczestników już istniejących programów, projektów do współpracy, aby ukierunkować działania i uzyskać efekt synergii. To jest nasze kluczowe, pierwsze zadanie. Okazuje się, że ani biznes, ani administracja, ani środowisko naukowe nie obawiają się tego, co przyniesie sztuczna inteligencja, i zgłaszają się do nas ze swoimi projektami. Mamy już specjalnie powołany zespół, który będzie koordynował i wspierał realizację tej polityki – wskazuje dyrektor programu GovTech Polska.

Co roku każde z ministerstw będzie przedstawiać szczegółowe plany działań wdrażania SI w swoim obszarze. Będą one regularnie poddawane ocenie ekspertów, powstaną również specjalne zespoły doradzające instytucjom publicznym, które określą, jak najskuteczniej wdrażać tę technologię. W najbliższym czasie planowana jest seria otwartych spotkań strony rządowej z przedstawicielami biznesu, ekspertami i społeczeństwem, aby wspólnie pracować nad szczegółami rozwiązań w zakresie SI.

RPP nie pomaga złotemu

Początek dnia przynosi spadki rentowności obligacji skarbowych i poprawę nastrojów względem spółek technologicznych, choć to drugie wymagało ingerencji chińskich władz. Zmienność pozostaje podwyższona z nakierowaniem na kapitulację z niektórych pozycji.

Ostatnie spadki EUR/USD były silne i choć dzisiejsze notowania zaczynają się od odbicia, kupujący nie powinni odwoływać stanu alarmowego. Skok rentowności obligacji skarbowych USA był potężnym ciosem dla EUR/USD, gdyż korespondujący wzrost oprocentowania obligacji w strefie euro (w szczególności niemieckich Bundów) był dwukrotnie mniejszy, stąd premia na korzyść USD była silniejsza. Jednak ważnym elementem wyprzedaży EUR/USD był kontrast w stanowisku Fed i EBC do zmian na rynku długu. W ubiegłym tygodniu prezes Fed Powell zawiódł inwestorów, nie uznając ostatniego wzrostu oprocentowania jako niebezpiecznego dla gospodarki. Z kolei komentarze od członków EBC wskazywały na większe zaniepokojenie wzrostem rentowności i ich szkodliwością dla obudowy ożywienia. Gołębie wypowiedzi pośrednio stały za zahamowanie wzrostu stóp rynkowych w Eurolandzie, gdyż rynek zaczął spekulować, do czego zdolny jest posunąć się bank centralny w celu kontroli krzywej dochodowości. Perspektywa posiedzenia EBC w najbliższy czwartek podsycała gołębie nastawienie wobec EUR i nasilała kapitulację z długich pozycji w EUR/USD. Od prezes Lagarde możemy usłyszeć wyrazy niezadowolenia z niepożądanego zacieśniania warunków kredytowych i podkreślenie gotowości do odzyskania kontroli. Rynek może to odebrać jako zapowiedź zwiększenia miesięcznego tempa skupu obligacji w ramach PEPP. Część tych oczekiwań jest już w cenach, więc same słowa Lagarde raczej nie pogrążą bardziej EUR, ale bez zmiany nastawienia wobec dolara (i stabilizacji obligacji w USA), nie łatwo będzie o szybkie odbicie EUR/USD. Możliwe, że rynek powstrzyma się od wyraźnych zmian kierunku, przechodząc w stan wyczekiwania na kolejne ważne wydarzenie – posiedzenie FOMC 16-17 marca.

Kontynuacja umacniania się dolara wysyłała negatywne wibracje na rynki wschodzące, co skutkowało wzrostem EUR/PLN powyżej 4,60. Złotemu nie pomaga też stałe przypominanie przez członków Rady Polityki Pieniężnej, że o podwyżkach stóp procentowych za tej kadencji Rady można zapomnieć. W piątek podkreślał to prezes NBP Adam Glapiński, a wczoraj wtórowali mu Eryk Łon i Eugeniusz Gatnar. Osobiście nie sądzę, aby którykolwiek z uczestników rynku poważnie zakładał scenariusz podwyżek, nawet jeśli w ostatnich dniach na rynku stopy procentowej doszło zmian sugerujących dyskontowanie zacieśniania polityki (stawki FRA sugerowały wzrost 3-mies. Wiboru ponad 1 proc. w przyszłym roku z 0,21 proc. obecnie). Jednak przy huśtawce rentowności USA, inne rynki stały się przewrażliwione na spekulacje o przyszłości polityki monetarnej. Mimo to złoty nie powinien znaleźć się pod presją z powodu gołębich komentarzy z RPP, gdyż wcześniej nie dyskontował wyższych szans na podwyżkę. Nie można zabrać czegoś, czego się wcześniej nie dało. Ale nieugiętość RPP oznacza też, że w najbliższym czasie złoty będzie w ograniczonym stopniu reagował na jastrzębie sygnały płynące z danych, np. wyższe odczyty inflacji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Dolar gwałtownie w górę

Po raz kolejny mamy sytuację, gdzie dobre dane z jednej strony oceanu zbiegają się w czasie ze złymi danymi z drugiej strony. W wyniku takiego zestawienia jesteśmy świadkami gwałtownego umocnienia się dolara względem euro.

Dobre dane z amerykańskiego rynku pracy

W piątek poznaliśmy dobre dane zza oceanu. Bezrobocie spadło do 6,2% wbrew oczekiwaniom pozostania na niezmienionym poziomie. Głównym powodem zmiany była niespodziewanie duża liczba utworzonych nowych miejsc pracy. W sektorze prywatnym było to imponujące 465 tysięcy. Dla porównania to ponad 5 razy tyle, co miesiąc wcześniej. Warto jednak zwrócić uwagę, że spada średnia długość tygodnia pracy, co sugeruje, że więcej osób przechodzi na niepełne etaty. Z drugiej strony zgodnie z oczekiwaniami w górę idzie płaca godzinowa. Dobre dane spowodowały kolejny impuls umacniający dolara względem euro. W rezultacie euro taniało, umacniając zejście poniżej poziomu dolara i dwudziestu centów.

Odbicie w Chinach

W niedzielę poznaliśmy dane na temat handlu zagranicznego w Państwie Środka. Oczekiwania były imponujące. Import miał wzrosnąć o 15%, a eksport o 37,5%. Jak pokazały odczyty, oczekiwania wcale nie były przesadzone. W rezultacie wzrosty wyniosły odpowiednio 22,2% i 60,6%. Wiadomo, jest to odbicie po słabszych danych z pandemii, ale największy spadek wyniósł w przypadku eksportu raptem 17% i to był jedyny dwucyfrowy odczyt spadkowy. W wyniku tych danych mamy rekordową nadwyżkę handlową w Chinach.

Kolejne słabe dane z Niemiec

Po słabszych zamówieniach w niemieckim przemyśle dzisiaj poznaliśmy dane na temat produkcji przemysłowej. Znając poprzedni odczyt, oczekiwania wyraźnie spadły, ale rynek dalej nie był gotowy na 2,5% spadku w ujęciu miesięcznym. Słabsze dane dołożyły się do obecnego trendu transferu środków za ocean. Nie może zatem dziwić, że od rana euro traci względem dolara i za jedno euro należy płacić już mniej niż dolara i dziewiętnaście centów.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl