Frank po 3,50. Czy będzie jeszcze tańszy?

Frank Szwajcarski jest walutą, która niezmiennie budzi w Polsce ogromne zainteresowanie. Powodem tego fenomenu nie jest ani wymiana handlowa pomiędzy naszymi krajami, ani ruch turystyczny, ale kredyty, które ponad 700 000 Polaków wzięło w tej walucie w pierwszej dekadzie XXI wieku. Nie może zatem dziwić, że wielu naszych rodaków bardzo często sprawdza jej notowania, zastanawiając się dlaczego akurat kurs rośnie lub spada.

Od początku kwietnia kurs CHF/PLN systematycznie spada. Na początku miesiąca trzeba było płacić za jednego franka niemal 3,60 zł. Dzisiaj zbliżamy się już do poziomu 3,50 zł. W tym miejscu warto spytać, co takiego dzieje się w Polsce i na świecie, że złoty jest tak mocny względem franka. By zrozumieć tę relację należy najpierw spojrzeć na to jaką rolę pełni frank szwajcarski w światowym systemie finansowym. Dla wielu inwestorów jest on instrumentem inwestycyjnym na trudne czasy. W rezultacie, gdy na rynkach pojawia się niepokój, przenoszą oni swoje inwestycje do bezpiecznej Szwajcarii. Relację tę widać najlepiej względem euro. Jeżeli w Europie pojawiają się problemy, inwestorzy sprzedają euro, a kupują franki.

I to ta relacja właśnie była głównym powodem gwałtownego wzrostu ceny franków w styczniu 2015 roku. W ciągu jednego dnia frank gwałtownie zyskał względem euro. Dzień wcześniej za jedno euro można było otrzymać 1,2 CHF. Pod koniec dnia już zaledwie 1,05. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na drugą ważną zależność. Złotówka ostatnimi latami bardzo mocno podąża wartością za euro, a na pewno znacznie mocniej niż za frankiem. W rezultacie frank podrożał również do złotego. Różnica pomiędzy poziomem 3,65zł a 4,30zł była zauważalna dla właściwie wszystkich budżetów domowych.

Co jednak spowodowało, że frank spadł z owych 4,30 zł w okolice dzisiejszego 3,50 zł? Po pierwsze w Szwajcarii od ponad 3 lat obowiązują istotnie ujemne stopy procentowe. Inwestorzy płacą zatem za trzymanie swoich inwestycji. Również oprocentowanie obligacji przez większość tego okresu było ujemne. Drugim ważnym czynnikiem było uspokajanie się sytuacji w naszej części świata. To już nie czasy bankructwa Grecji. Nie mówi się o kryzysie strefy euro. Teraz ryzyka w światowej gospodarce wziął na siebie nowy prezydent USA. Po trzecie gospodarka szwajcarska przy tak drogim franku miała realne problemy z eksportem, był on po prostu znacznie mniej opłacalny. Produkcja na rynek wewnętrzny po porównaniu cen dóbr importowanych też ucierpiała. W rezultacie nie może dziwić, że frank zaczął tracić to, co wcześniej zyskał.

Dzisiaj właśnie obserwujemy zbliżanie się franka względem euro do poziomu 1,19. Jeżeli osiągnie poziom 1,20 sprzed pamiętnego 15 stycznia 2015 roku oznaczać to będzie, że przy niezmienionym kursie euro względem dzisiaj franki powinny stanieć w okolice 3,48 zł. Nie są to oczywiście jeszcze poziomy, po których większość tych kredytów była zaciągana. Ale skoro już teraz frank jest najtańszy od trzech ponad 3 lat, taka perspektywa musi dawać z pewnością odrobinę ulgi kredytobiorcom.

Maciej Przygórzewski – główny ekspert walutowy Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Polskie start-upy z coraz większymi szansami na sukces rynkowy. Od wyboru branży, ważniejsza jest pro-kliencka postawa

Polskie start-upy z coraz większymi szansami na sukces rynkowy. Od wyboru branży, ważniejsza jest pro-kliencka postawa 1

Polskie start-upy są coraz dojrzalsze, a stosowane w nich modele prowadzenia biznesu odpowiadają często tym, na które stawiają duże firmy europejskie – twierdzą specjaliści pomagający w uzyskaniu unijnego finansowania innowacji. Polacy są mocni zwłaszcza w tworzeniu aplikacji wspierających branżę medyczną, fintechu, a także technologii cyfrowej. Zmieniają się źródła finansowania młodych firm. Chętnie korzystają one z pomocy zagranicznych inwestorów, ale coraz częściej wykorzystują własny kapitał, a osiągane przychody inwestują w rozwój.

– Rynek start-upów w Polsce jest bardzo zróżnicowany, zmienia się dynamicznie. To rynek coraz dojrzalszy, ponieważ start-upy, które na nim się znajdują, są coraz dojrzalsze – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Michał Gzyl z Zafiro Solutions, funduszu pomagającemu młodym polskim firmom technologicznym uzyskać dofinansowanie.

Z raportu Polskie Startupy 2017 wynika, że polskich start-upów jest nie tylko coraz więcej (o 15 proc. więcej firm wzięło udział w badaniu, w porównaniu z poprzednim rokiem), ale są też coraz to dojrzalsze. Może o tym świadczyć wiek ich twórców. Największą grupę, liczącą 58 proc. stanowią osoby po 30. roku życia. Coraz częściej są to profesjonaliści. 82 proc. z nich legitymuje się wyższym wykształceniem, a 7 proc. to osoby z tytułem naukowym. Dojrzałość firm przejawia się też w ich ogólnej filozofii.

– Jeszcze do niedawna start-up kojarzył się z grupą entuzjastów, którzy gdzieś w laboratorium, w piwnicy, w garażu rozwijali swoje produkty i po kilku miesiącach albo latach wychodzili z tym produktem na rynek i okazywało się, że nikt nie jest tym produktem zainteresowany. W tym momencie myślenie bardzo się zmieniło. Firmy starają się zarysować plan wejścia na rynek, pytają swoich klientów o to, czego oni potrzebują i dopasowują swój produkt do ich potrzeb. To myślenie, które cechuje najlepsze firmy w całej Europie – mówi Michał Gzyl.

Ze statystyk wynika, że najwięcej polskich start-upów buduje technologie w obszarach takich jak big data, internet rzeczy, a także narzędzia deweloperskie i nauki przyrodnicze. Firmy, które osiągają obiecujące wyniki działają ponadto w obszarze aplikacji mobilnych, transportu czy szeroko rozumianej technologii cyfrowej. Wśród polskich start-upów, które w najbliższym czasie mogą odnieść duży rynkowy sukces, ekspert z Zafiro Solutions zwraca uwagę na cztery.

– W pierwszej kolejności wymieniłbym firmę Harimata, która stworzyła pierwszą na świecie aplikację na urządzenia mobilne do diagnostyki autyzmu u dzieci. Kolejnym start-upem jest firma SDS Optics, która stworzyła unikalną mikrosondę do wczesnej diagnostyki raka piersi. Ta technologia w bardzo krótkim czasie ma szansę po pierwsze rozwinąć się nie tylko do diagnostyki, ale również do terapii raka piersi. Kolejną firmą jest Billon, która stworzyła swoją własną technologię blockchainową, zgodną z wszelkimi regulacjami unijnymi oraz prawem polskim, co daje im ogromną przewagę na tym rynku. Torqway zaś to firma, która stworzyła bardzo unikalne urządzenie do przemieszczania się – wymienia Michał Gzyl.

Z raportu Polskie Startupy 2017 wynika, że przy zatrudnianiu, właściciele start-upów coraz chętniej stawiają na osoby z zagranicy. Obcokrajowców zatrudnia 28 proc. badanych firm. Co ósme przedsiębiorstwo ma wśród założycieli obywatela innego państwa. W Dolinie Krzemowej taka sytuacja notowana jest w co drugim start-upie. Za granicą polskie młode firmy technologiczne często szukają też inwestorów.

Z zagranicznego źródła finansowania już korzysta co piąty polski start-up, a aż 44 proc. z nich planuje rozpocząć współpracę z zagranicznym inwestorem. Co ciekawe, coraz częściej start-upy decydują się na własne źródło finansowania. Dominującym modelem jest w Polsce bootstrapping, czyli inwestowanie własnych oszczędności i reinwestowanie przychodów. W takim modelu działa 62 proc. badanych firm.

– W każdej branży można osiągnąć sukces, nie ma znaczenia czy działa się w branży zdrowotnej, finansowej, czy radiowej. Bardzo istotny jest natomiast pomysł, istotne jest żeby mieć bardzo wiarygodny biznesplan i kompetentnych ludzi, którzy będą ten plan realizować – podkreśla ekspert.

Ataki cyberprzestępców są coraz trudniejsze do wykrycia, rosną także ich koszty. Szansą na walkę z destrukcją usług jest uczenie maszynowe

Ataki cyberprzestępców są coraz trudniejsze do wykrycia, rosną także ich koszty. Szansą na walkę z destrukcją usług jest uczenie maszynowe 2

Cyberataki stają się coraz bardziej wyrafinowane, a ich celem nierzadko jest wyłudzenie okupu, wypłacanego w postaci kryptowalut. Często chodzi również o zatarcie śladów wcześniejszej działalności. Internetowi przestępcy prawie zawsze korzystają z legalnego oprogramowania. Ataki cyberprzestępców polegają najczęściej na destrukcji usług, czyli niszczeniu usługi lub uniemożliwieniu dostępu do niej. W wyniku takiego działania bardzo często dochodzi do bezpowrotnej utraty danych. Ponad połowa cyberataków spowodowała u firm straty w wysokości ponad 500 mln dolarów. W walce z nimi coraz bardziej docenia się sztuczną inteligencję i uczenie maszynowe.

– Przykładem destrukcji usług są działania ransomware, czyli programów szyfrujących, których celem jest zaszyfrowanie porcji danych, niezbędnych dla danej instytucji bądź dla danego użytkownika, a następnie opłata okupu w celu ich odzyskania. Do tej pory ransomware był takim podstawowym wehikułem do zarabiania pieniędzy, najczęściej płatności odbywały się za pomocą bitcoina. W ostatnim czasie ransomware nie ma już na celu tylko zarabiania pieniędzy, ale też zatarcie śladów wcześniejszej działalności. Przykładem takim był atak na Ukrainie, gdzie celem było zatarcie log-ów działalności, która zainfekowała wielu użytkowników – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Michał Ceklarz z Cisco Systems Polska.

Pierwsze znane oprogramowanie szantażujące, AIDS, powstało w 1989 roku. Od ofiary żądano wpłaty w wysokości 189 dolarów.  Jak zauważa specjalista, schematy działania cyberprzestępców pozostają od tego czasu właściwie niezmienne. Ich ewolucja wynika między innymi z dostępu do nowych narzędzi płatniczych, takich jak kryptowaluty. Trudności z wykrywaniem ataków wynikają natomiast z postępu technologicznego.

– Na pewno z uwagi na wzrost wydajności komputerów czy wzrost łącz internetowych, coraz trudniej jest wykrywać tego typu zagrożenia. Mało tego, te zagrożenia coraz lepiej się maskują przed wykrywaniem, chociażby szyfrując komunikację. Widzimy, iż ta tendencja ma na celu zarabianie pieniędzy. To jest konkretny biznes, który zakłada zwrot z inwestycji. Jest to biznes oparty w 100 proc. o infrastrukturę, która jest bardzo często legalna. Do cybernetycznych ataków są wykorzystywane legalne SaaS czy IaaS – mówi Michał Ceklarz.

Szansą na skuteczną walkę z cyberprzestępczością ma być przede wszystkim wzrost świadomości co do związanych z nią zagrożeniami. Dzięki temu użytkownicy, a zwłaszcza firmy, będą chętniej wykorzystywać technologie skutecznie wykrywające cyberprzestępcze działania.

– Firmy które mają swoje działy cybernetyczne, będą musiały z jednej strony zdecydowanie popracować nad jakością swoich produktów. Z drugiej strony współdzielenie tych informacji pomiędzy poszczególnymi instytucjami staje się coraz bardziej krytyczne – zauważa specjalista.

Jak wynika z raportu Cisco 2018 Annual Cybersecurity Report, 39 proc. organizacji polega na automatyzacji procesów związanych z cyberbezpieczeństwem, 34 proc. wykorzystuje uczenie maszynowe, a 32 proc. jest zależna od funkcjonalności sztucznej inteligencji. Wśród specjalistów ds. zabezpieczeń widoczna jest tendencja do wdrażania zestawów rozwiązań i zabezpieczeń od różnych dostawców. Jednocześnie zdecydowana większość z nich dostrzega wysoką wartość narzędzi do analizy behawioralnej w lokalizowaniu autorów ataków sieciowych. Ich skuteczność w działaniu potwierdziło 92 proc. z nich.

Według danych Cisco, ponad połowa cyberataków w 2017 roku spowodowała straty finansowe wysokości ponad 500 tys. dol., wliczając w to m.in. utratę przychodu, klientów i okazji biznesowych oraz koszty operacyjne.

Dane medyczne pod obstrzałem hakerów

Branża medyczna, poza finansową, jest najbardziej narażona na dotkliwe skutki utraty dostępu do danych oraz kradzieży cyfrowych informacji. Jak wynika z ostatniego raportu „2018 Impact of Cyber Insecurity on Healthcare Organizations”, w 2017 r. aż 62% placówek medycznych doświadczyło cyberataku. Wyzwaniem jest też zapewnienie biznesowej ciągłości, której koszty mają sięgnąć do 2021 r. 65 mld dolarów. To jeden z powodów dla których firmy coraz chętniej migrują do chmury.

Ponad połowa ankietowanych przyznała, że konsekwencją włamań do wewnętrznych systemów IT była trwała utrata wrażliwych danych pacjentów. Wbrew pozorom nie jest to jedyny skutek braku przygotowania środowiska informatycznego na sytuacje kryzysowe. Ponemon Institute, który wraz z Merlin International opracował badanie, zwraca uwagę, że koszty związane z przywróceniem pełnej funkcjonalności po cyberataku wynoszą średnio 4 mln dolarów dla każdej instytucji ochrony zdrowia. Biorąc pod uwagę fakt, iż każda z nich przeznaczyła średnio 30 mln dolarów na wszystkie zakupy i operacje związane z IT w ubiegłym roku, skala strat mocno oddziałuje na wyobraźnię.

Placówki na celowniku

W lutym ubiegłego roku o znaczeniu odpowiedzialnego tworzenia planów zabezpieczania danych przekonał się na własnej skórze Hollywood Presbyterian Medical Center. W wyniku cyberataku typu ransomware wymierzonego w infrastrukturę IT, placówka musiała na tydzień wstrzymać działanie we wszystkich obszarach. Powód był prozaiczny – całkowita utrata dostępu do elektronicznych rekordów medycznych. Przywrócenie działania nastąpiło dopiero po zapłacie cyberprzestępcom żądanego okupu w wysokości 17 tysięcy dolarów.

Nie jest to oczywiście odosobniony przypadek – miniony rok obfitował w przypadki kradzieży wrażliwych danych medycznych, w których łupem cyberprzestępców padały setki tysięcy a nawet miliony rekordów. Przykładem może być szeroko nagłośniony na początku bieżącego roku fakt włamania do systemów największej instytucji z sektora medycznego w Norwegii – Helse Sør-Øst RHF – w wyniku którego w niepowołane ręce dostało się nawet blisko 3 miliony cyfrowych profili pacjentów. Powód jest prosty: rekordy zawierające dane medyczne osiągają największe ceny na internetowych czarnych rynkach. Głównie ze względu na znaczącą liczbę informacji przechowywanych w bazach danych, poczynając od danych personalnych, przez numery kart kredytowych używanych do dokonywania płatności w prywatnych klinikach, po całą historię hospitalizacji. Dlatego zainteresowanie cyberprzestępców danymi przechowywanymi w bazach placówek medycznych nie będzie spadać. Jak informowała firma Cryptonite, w 2017 r. odnotowano o 89% więcej ataków na firmy z sektora opieki zdrowotnej przy użyciu złośliwego oprogramowania niż w 2016 roku. Wszystko wskazuje na to, że w tym roku będzie ich więcej. A to tylko wierzchołek góry problemów z jakimi musi mierzyć branża medyczna.

Brak dostępu do danych może nastąpić nie tylko w wyniku cyberataku, ale też z powodu niespodziewanej awarii dostępu do sieci. Jest wiele przykładów, które pokazują, że ciągłość funkcjonowania biznesu staje się wyjątkowo palącym wyzwaniem dla branży medycznej.

Na ratunek chmura

Potwierdzeniem powyższych wniosków mogą być prognozy firmy Cybersecurity Ventures, która szacuje, że światowe nakłady firm z branży medycznej na rozwiązania w zakresie cyberbezpieczeństwa i utrzymania ciągłości biznesu wzrosną o 65 miliardów dolarów w okresie 2017 – 2021 r.

Nie sposób nie wspomnieć o tym, że sektor ten jako jeden z nielicznych przechowuje oraz przetwarza dane o najwyższym stopniu wrażliwości, a zapewnienie im odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa jest regulowane prawnie. – W Polsce, placówki medyczne objęte są obowiązkiem przechowywania elektronicznej dokumentacji medycznej od 20 do nawet 25 lat, w zależności od ich kategorii. Poza ryzykiem dużych strat finansowych czy utraty zaufania klientów uwzględniamy także konsekwencje niespełnienia regulacji prawnych. Wszystko to sprawia, że wykorzystanie bardziej zaawansowanych rozwiązań tworzących kopie zapasowe baz danych oraz zabezpieczających je przed kradzieżą informacji staje się standardem – tłumaczy Robert Tomaka, zastępca kierownika działu IT w firmie Diagnostyka.  Stosowany przez firmę wewnętrzny system odtwarzania danych w przypadku sytuacji kryzysowej, mimo posiadania dwóch poziomów zabezpieczeń i dotychczasowej niezawodności, potrzebował pewnych usprawnień. Poza tym dużym wyzwaniem była centralizacja baz danych z 70 lokalizacji na terenie Polski i możliwość wykonywania operacji z jednego miejsca. Diagnostyka zdecydowała się więc na chmurowy backup w modelu usługowym.   – Dostarczony przez Oracle Database Backup Cloud Service pozwolił nam na odtwarzanie danych w czasie o połowę krótszym niż przedtem, zapewniając także szyfrowanie baz danych już na etapie tworzenia kopii zapasowych, przez co ani przez sekundę nie są one narażone na działania cyberprzestępców. Nie ukrywam, iż podobnie jak w przypadku innych branż sektor medyczny także w dużym stopniu liczy się z kosztami przeznaczanymi na IT. Według naszych najnowszych szacunków, TCO w przypadku usługi Oracle będzie o 56% niższe w porównaniu do backupu wykonywanego „u siebie” – dodaje Robert Tomaka.

In cloud we trust?

Jak ustalili analitycy firmy Zetta, zaufanie przedsiębiorstw do rozwiązań typu Disaster Recovery jest znacząco większe w przypadku,  gdy uwzględniają one odtwarzanie zapasowego środowiska IT z chmury. Zaufanie do takich rozwiązań miało 90% badanych firm, zaś metodzie awaryjnego odtworzenia zasobów przy wykorzystaniu wyłącznie wewnętrznej, fizycznej infrastruktury IT w pełni ufało 74% respondentów.

Obowiązki pracodawcy dotyczące ochrony danych osobowych pracownika

W związku z zapewnieniem stosowania RODO, szykowane są zmiany w polskim Kodeksie pracy. W przepisach ma zostać uregulowana możliwość stosowania monitoringu w miejscu pracy, w szczególności monitoringu wizyjnego oraz monitoringu służbowej korespondencji pracownika.

Monitoring wizyjny będzie dopuszczalny, ale w określonych przypadkach,  jeżeli to będzie dotyczyć zapewnienia bezpieczeństwa pracowników, ochrony mienia pracodawcy, kontroli produkcji, ochrony tajemnic firmy.

Projektowane zmiany w Kodeksie Pracy wskazują konkretne miejsca, w których monitoring wizyjny nie może być prowadzony, to stołówki czy pomieszczenia sanitarne, palarnie, a także pomieszczenia udostępnione związkom zawodowym.

– Zdefiniowano też okres, przez jaki pracodawca nagrania takie będzie mógł przechowywać – mówi w rozmowie z MarketNews24 Anna Gwiazda – radca prawny, partner, szefowa Praktyki Prawa Pracy w Kochański Zięba i Partnerzy (KZP). – To maksymalnie trzy miesiące, chyba że nagrania są dowodem w postępowaniu sądowym, wtedy będą przechowywane do czasu zakończenia takiego postępowania.

Pracodawca będzie musiał poinformować pracowników o stosowaniu monitoringu. Pomieszczenia, w których monitoring będzie stosowany, będą musiały zostać w wyraźny sposób oznakowane.

– Monitorowanie mailowej korespondencji służbowej pracowników będzie możliwe w szczególności dla zapewnienia takiej organizacji pracy, która gwarantować ma pełne wykorzystanie czasu pracy pracowników – wskazuje  Anna Gwiazda z KZP.

Zaproponowane zmiany prawne KZP ocenia pozytywnie.

Adam Kruszewski: Czeka nas prawdziwa rewolucja technologiczna w medycynie

Nie ulega wątpliwości, że proces leczenia będzie przesuwać się z osobistego kontaktu lekarza z pacjentem w stronę samoleczenia, korzystania z Internetu, przesyłaniu informacji i tzw. stewardshipie ze strony medyków. Czeka nas olbrzymi postęp technologiczny w zakresie medycyny. Należy jednak przyciągać know-how z zagranicy i rozciągnąć do granic możliwości definicję polish nexus.

– Istnieją bardzo duże nadzieje i widać rosnący entuzjazm – z drugiej strony zespoły zarówno po stronie startupów, jak i funduszy venture capital są bardzo młode – powiedział serwisowi eNewsroom Adam Kruszewski, prezes KCR SA – Większość z nich, niestety, poniesie porażkę. Dlatego trzeba szukać zespołów zarządzających z Zachodu oraz pozyskać międzynarodowe środki dla rozwoju nowoczesnej opieki zdrowotnej, która obejmuje także medycynę, farmację czy medical devicesTrwa dyskusja, czy pieniądze publiczne zepsują czy stworzą prawdziwy, duży rynek w Polsce. Zaobserwować można było to firmach, które prowadzą badania kliniczne. Jednak zaistnienie i odniesienie sukcesu wymaga podejmowania prób – ocenił Kruszewski.

W ostatnim sezonie infekcyjnym Polacy wydali na farmaceutyki 3,3 mld zł. Te bez recepty stanowią blisko 90 proc.

W ostatnim sezonie infekcyjnym Polacy wydali na farmaceutyki 3,3 mld zł. Te bez recepty stanowią blisko 90 proc. 3

Prawie 3,3 mld zł wydali Polacy na produkty na infekcje – wynika z analizy firmy IQVIA. To nieco ponad 4 proc. więcej niż w poprzednim sezonie infekcyjnym. Leczymy się przede wszystkim lekami dostępnymi bez recepty. Spośród wszystkich sprzedanych opakowań ich udział wyniósł 89 proc. Średnio za jedno opakowanie preparatu stosowanego w leczeniu infekcji płaciliśmy ponad 14 zł. Równocześnie na grypę szczepi się zaledwie 2–3 proc. populacji.

– W 2018 roku sprzedaż produktów związanych z infekcją w tym z przeziębieniami osiągnęła wartość ok. 3,3 mld złotych. Jest to wzrost w porównaniu do roku poprzedniego. Sezon rozłożył się na przestrzeni od września do lutego, ale był dłuższy niż w roku poprzednim. To drugi sezon, który pokazuje dosyć duże tempo wzrostu sprzedaży leków na infekcje – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Czarnocki, dyrektor sprzedaży w IQVIA.

Tegoroczny sezon infekcyjny był dłuższy niż poprzedni (skokowy wzrost zachorowań od września), choć miał nieco łagodniejszy przebieg. Wartość sprzedanych produktów przeciwinfekcyjnych we wrześniu i w lutym była wyższa niż w analogicznym okresie poprzedniego roku – wyższa jest też całkowita wartość sprzedaży produktów przeciwinfekcyjnych za cały sezon.

– Oprócz tego, że Polacy leczą się przeciwinfekcyjnie, próbują stosować profilaktykę, a więc szczepią się przeciw grypie. Od dłuższego czasu obserwujemy jednak trend spadkowy w tym zakresie – tłumaczy Czarnocki.

Ocenia się, że szczepi się zaledwie 2–3 proc. ogółu populacji. Od początku sezonu infekcyjnego, czyli jesieni 2017 roku, zachorowało w Polsce ponad 3,5 mln osób, z czego blisko 2 mln od stycznia tego roku. Większa jest liczba łagodniejszych infekcji, którym sprzyjała pogoda – temperatury oscylujące wokół 0 st. C i duża wilgotność. Jak wynika z badań IQVIA, najczęściej leczymy się na własną rękę.

 W pewnych kategoriach, takich jak ból gardła, kaszel suchy, kaszel mokry, bardzo często posiłkujemy się rekomendacją lekarza, bo nie jesteśmy pewni przyczyny naszej choroby. W przypadku leczenia wieloobjawowego, czyli tzw. koktajli przeciwprzeziębieniowych, pacjent podejmuje decyzję najczęściej sam, bez decyzji lekarskiej – mówi dyrektor IQVIA. – W większości przypadków Polacy leczą się produktami bez recepty, takimi, które znają i o których wiedzą z telewizji, radia, czasami od lekarza. To prawie 90 proc. sprzedaży wszystkich produktów na infekcje. Pozostałe niemal 10 proc. to produkty na receptę wymagające interwencji lekarza i przepisania produktów.

Z danych IQVIA wynika, że spośród wszystkich sprzedanych opakowań, leki wydawane bez recepty stanowiły 89 proc., produkty znajdujące się na liście leków refundowanych – 8 proc., a produkty nierefundowane, dostępne na receptę – 3 proc. Niemal 9 na 10 paragonów (87 proc.) zawierało tylko produkty bez recepty, 11 proc. paragonów – antybiotyk, z czego 42 proc. zawierało dodatkowo probiotyk.

Rośnie też sprzedaż opakowań na jednego pacjenta – w tym sezonie wyniosła 1,5 opakowania (wzrost o 0,9 proc.).

– Kategoria preparatów na infekcje jest tą, gdzie firmy najwięcej inwestują, zwłaszcza w komunikację bezpośrednią z konsumentem. Świadomość tych produktów w społeczeństwie jest dosyć duża, nie potrzebujemy często rekomendacji lekarza albo potrzebujemy bardzo szybkiej reakcji na przeziębienie, stąd też nie mamy czasu, żeby pójść do lekarza – wskazuje ekspert.

Z ubiegłorocznego badania CBOS wynika, że leki dostępne bez recepty i suplementy diety stosuje 89 proc. dorosłych Polaków. Najczęściej są to środki przeciwbólowe i przeciwzapalne oraz łagodzące objawy przeziębienia lub grypy (po 68 proc.). Przy zakupie leku po raz pierwszy blisko połowa badanych konsultuje stosowanie z lekarzem lub farmaceutą. W sezonie infekcyjnym sięgamy nie tylko po preparaty, które łagodzą objawy choroby, lecz także po suplementy, które mają zapobiec przeziębieniu.

– Preparaty na wzmocnienie to segment rynku, który może nie jest bezpośrednio związany z infekcją, a bardziej z profilaktyką. Możemy tu mówić o multiwitaminach, witaminie D3 czy o produktach, które w składzie mają rutynę albo witaminę C. Tego typu produkty również bardzo dobrze się sprzedają –mówi Jacek Czarnocki.

80 proc. polskich dzieci ma swojego smartfona, a co drugie korzysta z własnego laptopa. Nie wszyscy rodzice są świadomi związanych z tym zagrożeń

80 proc. polskich dzieci ma swojego smartfona, a co drugie korzysta z własnego laptopa. Nie wszyscy rodzice są świadomi związanych z tym zagrożeń 4

Polskie dzieci powszechnie korzystają z własnych smartfonów i laptopów. Wyróżniają się pod tym względem na tle swoich europejskich rówieśników, są też w czołówce pod względem dostępu do internetu. Wiąże się z tym szereg zagrożeń: poczynając od pornografii i hazardu, po ataki hakerskie i wyłudzenia danych osobowych. Rodzice nie do końca są ich jeszcze świadomi – zdecydowana większość dba o bezpieczeństwo dziecka w internecie, zaglądając mu przez ramię albo kontrolując czas przed monitorem, a tylko co piąty korzysta z profesjonalnych rozwiązań do filtrowania treści.

– Polskie dzieci są w europejskiej czołówce pod względem dostępu do internetu, a 97 proc. korzysta z niego codziennie – z czego znakomita większość na swoich urządzeniach. Jesteśmy również w czołówce – zaraz obok Szwecji – jeżeli chodzi o odsetek dzieci, które mają własne laptopy i samodzielnie z nich korzystają, bardzo często u siebie w pokoju. To ważne, dlatego że w tym momencie dziecko samo wybiera strony, które ogląda, ma też poczucie, że nikt inny do tego laptopa nie zagląda na co dzień, więc różne rzeczy mogą się zdarzyć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Karolina Małagocka, ekspert do spraw prywatności w F-Secure.

Raport opublikowany przez UKCCIS (UK Council for Child Internet Safety) w końcówce ubiegłego roku pokazał, że ponad połowa polskich dzieci ma swojego laptopa – to najwyższy wynik wśród wszystkich przebadanych krajów (dalej plasują się Szwecja, Wielka Brytania, Niemcy i Hiszpania). Polskie dzieci mają też najwięcej telefonów w porównaniu do swoich rówieśników z Niemiec, Włoch i Holandii, które zajęły kolejne miejsca.

Internet jest dla współczesnych dzieci odpowiednikiem boiska czy placu zabaw. Jak wynika z badania „Bezpieczny smartfon dla dziecka” przeprowadzonego przez firmy F-Secure i Polkomtel, głównym zajęciem najmłodszych w mediach społecznościowych jest oglądanie filmów w serwisie YouTube. Co istotne, 25 proc. internautów przed 9 rokiem życia ma własne konta na Facebooku, mimo że minimalny wiek pozwalający na korzystanie z portalu zgodnie z regulaminem to 13 lat. Polscy rodzice deklarują, że chcą dbać o bezpieczeństwo swoich dzieci w internecie, jednak 69 proc. stara się to robić, patrząc dziecku przez ramię lub kontrolując czas, a tylko co piąty (22 proc.) korzysta z gotowych rozwiązań do ochrony dziecka w sieci czy filtrowania treści.

– Ten odsetek bardzo urósł w ciągu ostatnich lat, również dzięki temu, że takie rozwiązania są coraz bardziej dostępne i coraz tańsze. Z drugiej strony, niestety, znakomita większość rodziców nadal uważa, że jeżeli od czasu do czasu spojrzą dziecku przez ramię, to wystarczy. Dokładając do tego informację, że połowa dzieci ma własnego laptopa, a ponad 80 proc. własnego smartfona i korzysta z niego najprawdopodobniej w swoim pokoju albo w szkole, kiedy dorosły nie patrzy przez ramię, to taka kontrola jest niewystarczająca – podkreśla Karolina Małagocka.

Również świadomość rodziców dotycząca zagrożeń, z jakimi dziecko może się zetknąć w internecie, jest nadal niewystarczająca – ale z roku na rok coraz większa. Potwierdza to fakt, że już ponad 70 proc. rodziców deklaruje, że bezpieczeństwo dziecka w sieci to dla nich temat bardzo ważny. Jak wynika z badania „Bezpieczny smartfon dla dziecka”, 80 proc. rodziców przeprowadziło już rozmowę na temat bezpieczeństwa w sieci ze swoimi dziećmi.

– Większość rodziców deklaruje, że rozmawiała ze swoim dzieckiem o bezpieczeństwie w internecie i byłoby naprawdę fantastycznie, gdyby to była prawda. Niestety, kiedy zaczynamy dopytywać o szczegóły, czy stosują jakiekolwiek filtry treści, czy mają świadomość tego, że dziecko korzysta z Facebooka, to sytuacja wygląda dużo gorzej. Większość rodziców przyznaje, że ich dziecko korzysta już z Facebooka – to też pokazuje, że świadomość dotycząca zagrożeń nie jest pełna – mówi ekspert do spraw prywatności w F-Secure.

Najczęstsze zagrożenia, na które najmłodsi mogą natknąć się w sieci, to między innymi przemoc, pornografia, hazard. Są narażone także na ujawnianie informacji prywatnych, próby wyłudzeń pieniędzy czy niebezpieczeństwa związane z cyberprzestępczością.

– Nasi podopieczni powinni wiedzieć, czego mogą się spodziewać. Potrzebna jest rozmowa z dzieckiem na temat tego, jak zachowywać się w sieci, stopniowe wdrażanie dziecko w to, z czego i jak może korzystać. To spowoduje, że dziecko, kiedy napotka na nieznajomego, który nagle zacznie do niego wypisywać na czacie czy w e-mailach, będzie nieufne, być może przyjdzie do nas i podzieli się tą informacją – mówi Marek Nowowiejski, kierownik ds. rozwoju usług w Plus.

Dobrą praktyką jest ustalenie z młodym internautą, jak długo i w jakich godzinach może korzystać z internetu. Przy obecnym, powszechnym dostępie do portali społecznościowych konieczne jest też uczulenie dzieci na to, jakie treści i informacje udostępniają na swoim profilu.

– Równie ważne jak rozmowa, wprowadzenie limitów w korzystaniu z internetu i uświadomienie dziecka, jest także stosowanie odpowiednich narzędzi. Służy do tego specjalne oprogramowanie na smartfony z modułem ochrony rodzicielskiej, które chroni dziecko. Tam ustawiamy odpowiednie limity dostępu dla dziecka, pozwalamy na wprowadzenie pory nocnej, udostępniamy odpowiednie aplikacje i blokujemy te nieodpowiednie, tak żeby dziecko było bezpieczne – mówi Marek Nowowiejski.

Plus przygotowuje internetowy poradnik dla rodziców, w którym znajdą się treści pomocne w zadbaniu o bezpieczeństwo dziecka w internecie oraz wskazówki krok po kroku, co zrobić, kiedy zetknie się ono z zagrożeniem w sieci.

– Na stronach internetowych będziemy umieszczali informacje, co rodzic powinien zrobić w sytuacji, gdy dziecko zwróci się do niego z informacją o tym, że coś się dzieje. Musimy się upewnić, że dziecko jest bezpieczne, następnie powinniśmy dokładnie dopytać, na czym polegało zagrożenie, co dziecko zaniepokoiło, w jaki sposób zareagowało i stosownie do tego podjąć decyzję oraz poinformować odpowiednie służby. Z drugiej strony powinniśmy pamiętać, że to jest duże zaufanie ze strony dziecka, jeśli przyjdzie do nas z takim problemem – mówi Marek Nowowiejski.

Właściciel największego producenta prefabrykowanych domów drewnianych chce sprzedać duży pakiet akcji. Wartość oferty może wynieść 360 mln zł

Właściciel największego producenta prefabrykowanych domów drewnianych chce sprzedać duży pakiet akcji. Wartość oferty może wynieść 360 mln zł 5

Firma Danwood Holding, dostawca prefabrykowanych domów o konstrukcji drewnianej wykańczanych pod klucz, rozpoczyna pierwszą ofertę publiczną akcji. Właściciel chce sprzedać do 50 proc. akcji z możliwością zwiększenia o 10 proc. W przypadku sprzedaży 60 proc. wartość oferty – po cenie maksymalnej – może wynieść 360 mln zł. Spółka ma dziś portfel zamówień sięgający ponad 2,2 tys. domów. Roczna sprzedaż sięga 1,2 tys. domów (2017 rok) i obejmuje głównie rynek niemiecki. Jednak zapotrzebowanie na domy prefabrykowane rośnie w Europie, w tym również w Polsce.

 Właściciel zdecydował się na sprzedaż części posiadanych akcji, co przy cenie maksymalnej wyznaczonej na 15 zł daje wartość emisji 360 mln zł. Od 12 kwietnia trwa budowanie księgi popytu dla inwestorów instytucjonalnych, od 13 kwietnia ruszają zapisy dla inwestorów indywidualnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Jurak, prezes zarządu Danwood Holding.

Oferta publiczna będzie obejmować wyłącznie istniejące akcje – do 20 mln akcji (50 proc. w kapitale) należących do Enterprise Investors, z opcją powiększenia puli do 4 mln walorów (10 proc. w kapitale). Zapisy inwestorów indywidualnych mają potrwać do 23 kwietnia. Najpóźniej do 24 kwietnia ma zostać opublikowana cena sprzedaży, ostateczna liczba akcji oferowanych w ramach oferty oraz ostateczna liczba akcji oferowanych poszczególnym kategoriom inwestorów.

 Mamy bardzo dobry portfel zamówień. To ok. 2,2 tys. domów, głównie dla klientów na rynku niemieckim – mówi Jarosław Jurak. – Na wszystkich rynkach na których działa firma – w Niemczech, Austrii, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii, Irlandii i Polsce – domy prefabrykowane cieszą się coraz większą popularnością. Ten rynek rozwija się szybko, szczególnie w segmencie domów wykańczanych pod klucz – podkreśla prezes Danwood Holding.

Obecne moce produkcyjne Danwood pozwalają na wytworzenie 1,5 tys. domów rocznie.

W 2017 roku firma przekazała nieco ponad 1,2 tys. domów, przy 995 rok wcześniej (wzrost o 22 proc.). Spółka planuje rozbudowę mocy produkcyjnych w latach 2018–2019 o kolejne 500 domów rocznie, czyli do 2 tys. domów do roku 2019. Z tegorocznego raportu firmy Roland Berger wynika, że udział domów prefabrykowanych wśród oddawanych do użytku nowych domów systematycznie rośnie. Na rynkach, na których działa Danwood Holding, średni roczny wzrost w latach 2014–2017 dla domów prefabrykowanych w standardzie pod klucz wyniósł 7,3 proc., dla domów jednorodzinnych prefabrykowanych nieco ponad 6 proc., przy 5,3 proc. dla domów jednorodzinnych ogółem.

Obecnie ponad 84 proc. wszystkich zamówień spółki pochodzi z Niemiec, realizacje w Polsce stanowią 6,4 proc.

 Najwięcej domów sprzedajemy właśnie w południowych i południowo-zachodnich Niemczech. To regiony, gdzie rynek jest najsilniejsi. Tam udział domów prefabrykowanych konstrukcji drewnianej sięga ok. 30 proc. ogółu budynków – mówi Jarosław Jurak. – W Polsce rynek rozwija się nieco wolniej niż w  Europie. Widać jednak, że młodzi Polacy, którzy wyjeżdżają na Zachód, spotykają tam takie domy, coraz częściej po powrocie decydują się na taki zakup.

Z danych Roland Berger wynika, że w Polsce udział domów prefabrykowanych wynosi 1,9 proc. Dla porównania w Skandynawii to już 42 proc., w Austrii – 35 proc., a w Niemczech czy Szwajcarii – ok. 20 proc. Przewagą takich domów jest szybki czas realizacji projektu – nawet w kilka miesięcy, niższy koszt niż przy budowie klasycznych domów (w Niemczech Danwood Holding oferuje domy w cenie 150–250 tys. euro) i realizacja domu przez jeden podmiot, który udziela gwarancji.

 Domy prefabrykowane oferują klientom dużo większą jakość. Poza tym w odpowiedzi na aktualną sytuację rynkową w Polsce i na Zachodzie ich budowa wymaga mniejszego zaangażowania pracowników bezpośrednio na budowie. Wykonanie wielu czynności w hali produkcyjnej, przy zastosowaniu nowoczesnych maszyn, nadzorze i właściwym przeszkoleniu pracowników, pozwala na to, by wszystkie produkowane elementy miały bardzo dokładne wymiary i wysoką jakość – podkreśla Jarosław Jurak.

Resort rolnictwa: Wspólna polityka rolna kluczowa dla rozwoju całego sektora rolno-spożywczego. Konieczne jest wyrównanie dopłat bezpośrednich dla rolników

Resort rolnictwa: Wspólna polityka rolna kluczowa dla rozwoju całego sektora rolno-spożywczego. Konieczne jest wyrównanie dopłat bezpośrednich dla rolników 6

Wspólna polityka rolna jest kluczowa. To ona decyduje o opłacalności, poziomie dochodów polskich rolników i zysku przedsiębiorstw sektora rolno-spożywczego – przekonuje Henryk Wronowski, prezes zarządu Krajowej Spółki Cukrowej. Obecnie trwają prace nad kształtem Wspólnej Polityki Rolnej po 2020 roku. Dla Polski priorytetem jest wyrównanie dopłat bezpośrednich. Tylko w ten sposób polscy rolnicy będą mogli być konkurencyjni na rynku europejskim. Obecnie w niektórych przypadkach dopłaty są nawet trzykrotnie mniejsze niż na Zachodzie. Jednocześnie w ciągu ostatniej dekady wsparcie bezpośrednie stanowiło średnio niemal połowę dochodu rolników.

– Rząd już w ubiegłym roku przyjął priorytety wspólnej polityki rolnej z punktu widzenia Polski po 2020 roku. Po komunikacie Komisji Europejskiej z 30 listopada 2017 roku przyjęliśmy stanowisko, które jest nie tylko stanowiskiem resortu, lecz także całego rządu, więc mamy przygotowane stanowisko i przygotowujemy się do negocjacji wieloletnich ram finansowych, czyli budżetu Unii w swoim wydaniu na nowy okres 2021–2026 – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ryszard Zarudzki, wiceminister rolnictwa i rozwoju wsi.

Przygotowany przez Komisję Europejską komunikat „Przyszłość rolnictwa i produkcji żywności” określa, że WPR powinna się przyczynić do zwiększenia odporności sektora, wspierać dochody rolników i rentowność ich działalności, a przy tym w pełni korzystać z innowacji cyfrowych. Nie znalazły się tam jednak informacje dotyczące wysokości budżetu. Dla Polski, jak wynika z przyjętego przez Radę Ministrów dokumentu, kluczowe jest, aby nowe rozwiązania zapewniały równe warunki konkurencji na jednolitym rynku. Do tego zaś konieczna jest stabilizacja rynków rolnych, wsparcie dla małych i średnich gospodarstw, wyrównanie konkurencyjności i dopłat dla rolników oraz poprawa jakości życia na obszarach wiejskich.

– Trzeba pamiętać o tym, że polskie rolnictwo jest zróżnicowane regionalnie, każde ma swoją specyfikę i chcemy tę terytorialność uwzględnić w nowym okresie. Rolnicy chcą godnie żyć za środki, które mają, i chcą stabilnych cen na swoje produkty, żeby ich praca była godziwie wynagradzana, a wspólna polityka rolna umożliwia rekompensowanie tych niedoborów. Przecież zależy nam na tym, żeby była to zdrowa, bezpieczna żywność wysokiej jakości, więc musimy tutaj patrzeć w dwie strony – na rolników i na konsumentów – podkreśla wiceminister rolnictwa.

Europejskie rolnictwo charakteryzuje się wysokimi standardami jakościowymi i klimatycznymi. WPR ma chronić rynek przed zalewem tańszej, ale gorszej jakości żywności i produktów rolnych.

Polski rząd postuluje, by polityka spójności w większym zakresie koncentrowała się na obszarach wiejskich tak, by zapewnić równomierny rozwój całego kraju. Obecnie tylko dwa województwa (podlaskie i kujawsko-pomorskie) przeznaczają na ten cel środki z funduszy unijnych.

– Musi być zabezpieczone, że będzie pierwszy filar, czyli płatności, i drugi filar, czyli program rozwoju obszarów wiejskich. Muszą być stabilne zasady rynkowe, aby dochody rolników były gwarantowane, i to, co jest najważniejsze, aby rolnik na równych zasadach mógł konkurować z rolnikiem europejskim i regulacje rynku w sytuacjach kryzysowych – to są najważniejsze czynniki. Rolnika interesuje stabilność, przewidywalność i trwałość tej pracy, którą wykonuje na co dzień – tłumaczy Ryszard Zarudzki.

Dla Polski, podobnie jak dla państw bałtyckich, priorytetem w WPR jest wyrównanie dopłat bezpośrednich. Nowe podejście do wspólnej polityki rolnej zakłada, że działalność rolnicza ma być powiązana z ochroną środowiska, i od tego będą zależeć dochody rolników. Obecnie na zazielenienie, czyli utrzymywanie terenów zielonych i różnorodność upraw, trafia ok. 30 proc. dopłat bezpośrednich.

W perspektywie finansowej 2014–2020 Polska na WPR otrzymała około 32 mld euro. W najbliższej perspektywie środków nie powinno być mniej, jednak dla Polski istotnej jest przede wszystkim wyrównania poziomu dopłat dla rolników, tzw. konwergencji. Dopłaty z WPR wynoszą ok. 58 mld euro rocznie, jednak ich wysokość jest różna w zależności od kraju. Polscy rolnicy w niektórych przypadkach otrzymują nawet kilkukrotnie mniej niż rolnicy na Zachodzie.

– Wspólna polityka rolna to bardzo istotny wyznacznik prowadzenia biznesu w polskim rolnictwie, ma odniesienie do przedsiębiorców, producentów w sektorze rolno-spożywczym, ale przede wszystkim odnosi się do polskich rolników, w związku z tym pośredni wpływ na przemysł rolno-spożywczy jest bardzo duży. Wspólna polityka rolna jest tutaj kluczowa ze względów przede wszystkim ekonomicznych, bo to ona przy dzisiejszych relacjach cenowych decyduje o opłacalności w ogóle, poziomie dochodów polskich rolników, a także o zysku przedsiębiorstw sektora rolno-spożywczego – ocenia Henryk Wronowski, prezes zarządu Krajowej Spółki Cukrowej.