Coraz więcej klientów chce ubezpieczać swój smartfon. Ochroną można objąć również używane telefony

Coraz więcej klientów chce ubezpieczać swój smartfon. Ochroną można objąć również używane telefony 1

Większość Polaków nie wyobraża sobie codziennego funkcjonowania bez smartfona pod ręką. Rośnie też zainteresowanie ubezpieczaniem takich urządzeń przed przypadkowym uszkodzeniem. Do tej pory polisą można było objąć wyłącznie nowy smartfon, kupiony w salonie operatora. Brakowało za to rozwiązań dla telefonów używanych. Grupa Ubezpieczeniowa Europa wprowadziła na rynek aplikację mobilną, za pośrednictwem której można wykupić polisę chroniącą wyświetlacz smartfona. To jedno z pierwszych takich rozwiązań w skali europejskiego rynku.

– Świadomość dotycząca ubezpieczenia sprzętów mobilnych rośnie wśród klientów. Nie jesteśmy w stanie poradzić sobie bez telefonu, więc ważne jest, żeby był sprawny. Dlatego coraz więcej klientów poszukuje takich ubezpieczeń – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Hanna Kalicińska, zastępca dyrektora Departamentu Partnerów Affinity w Grupie Europa.

W styczniowym badaniu Ipsos na zlecenie Huawei 95 proc. Polaków zadeklarowało, że zabiera ze sobą telefon, wychodząc z domu. Ponad połowa (52 proc.) ma ze sobą telefon co najmniej przez 13 godzin w ciągu doby, natomiast 43 proc. stwierdziło, że wraca po telefon, jeżeli zapomni zabrać go z domu –nawet jeżeli oznacza to spóźnienie do szkoły lub pracy.

Z ubiegłorocznego badania CBOS wynika, że z telefonów komórkowych korzysta już 92 proc. Polaków, z których 57 proc. to posiadacze smartfonów. Mobilne urządzenia zastępują szereg gadżetów, takich jak aparat, kalendarz, nawigacja GPS czy odtwarzacz muzyki. Prawie połowa Polaków (45 proc.) używa ich do przeglądania stron w internecie i portali informacyjnych, co trzeci (29 proc.) obsługuje media społecznościowe albo korzysta z komunikatorów, średnio co piąty (19 proc.) ogląda wideo, a co dziesiąty (12 proc.) – czyta książki na ekranie swojego telefonu.

– Statystyczny Polak ma półtora telefonu, a rocznie sprzedawanych jest około osiem milionów urządzeń. Oprócz tego są jeszcze miliony urządzeń w drugim obiegu – mówi Hanna Kalicińska.

Z danych Grupy Europa wynika, że w 2017 roku w Polsce było aktywnych ponad 52 mln kart SIM, co oznacza, że na jednego Polaka przypada statystycznie 1,4 telefonu. Sprzedaż nowych urządzeń jest z kolei szacowana na około 8,5 mln sztuk rocznie.

Ponieważ większość Polaków nie wyobraża sobie już codziennego funkcjonowania bez smartfona pod ręką, rośnie zainteresowanie ubezpieczaniem takich urządzeń przed przypadkowym uszkodzeniem. Ceny takich polis wahają się od 10 zł w telekomach do 25–30 proc. wartości telefonu w stacjonarnych sieciach sprzedaży.

– Na rynku są ubezpieczenia, które chronią zarówno od uszkodzeń mechanicznych, awarii telefonu, jak i od zalania czy kradzieży. Zalania stanowią marginalne przypadki, ponieważ nowe telefony są w większości wodoszczelne. Mają też blokady antykradzieżowe, więc takich sytuacji klientom też przytrafia się coraz mniej. Z naszych doświadczeń wynika natomiast, że ponad 80 proc. uszkodzeń to właśnie uszkodzenia wyświetlacza – mówi Hanna Kalicińska.

Do tej pory ochroną ubezpieczeniową można było objąć wyłącznie nowy smartfon, kupiony w salonie operatora. Brakowało za to rozwiązań dla telefonów używanych, z drugiej ręki, które stanowią rosnący segment rynku.

– Od pięciu lat zajmujemy się ubezpieczeniami telefonów – zarówno w telekomach, jak i w stacjonarnych sieciach sprzedaży. Widzimy na tym rynku rosnącą sprzedaż i duży potencjał, ale też cały niezagospodarowany segment. Urządzenia sprzedawane przez internet, Allegro i inne portale aukcyjne czy nawet drugi obrót telefonami w komisach – dla tego typu sprzętów z drugiej ręki nie było dotąd żadnych ubezpieczeń. Stąd pomysł na Screenity – aplikację, dzięki której będzie można ubezpieczyć każdy telefon – tłumaczy przedstawicielka Grupy Europa.

Screenity to jedno z pierwszych takich rozwiązań – nie tylko w skali polskiego, lecz także europejskiego rynku. Narzędzie umożliwia ubezpieczenie każdego telefonu – w tym również używanego – w każdym miejscu i o każdej porze. Aplikacja najpierw zdalnie skanuje stan wyświetlacza telefonu. Jeśli nie stwierdzi żadnych uszkodzeń, klient otrzymuje ofertę ubezpieczenia.

– Aplikacja jest bardzo prosta. W dwie minuty jesteśmy w stanie ubezpieczyć swój telefon. Na początku weryfikujemy stan wyświetlacza – czy nie jest on potłuczony, czy jest sprawny. Następnie klient wypełnia bardzo krótki wniosek i płaci za ubezpieczenie z poziomu aplikacji. Można zapłacić jednorazowo albo cyklicznie, a wszystko trwa nie więcej niż dwie minuty – mówi Hanna Kalicińska.

Cena polisy w zależności od opcji zaczyna się od 9,99 zł miesięcznie (lub 108 zł przy płatności jednorazowej), a suma ubezpieczenia wynosi 1000 zł. W przypadku uszkodzenia urządzenia – na przykład wskutek upadku – koszt naprawy smartfona pokrywa ubezpieczyciel. Polisa obejmuje usługę door-to-door – uszkodzony telefon odbiera kurier, który po naprawie zwraca go pod wskazany adres.

Aktualnie Grupa Europa pracuje nad wypuszczeniem wersji Screenity na iPhone’y i system operacyjny iOS, która powinna być dostępna w perspektywie najbliższych dni.

– Przez ostatnich pięć lat ubezpieczyliśmy prawie milion telefonów – to naprawdę bardzo dużo. Liczymy na to, że takie narzędzia jak Screenity, czyli aplikacja do ubezpieczania telefonów, spowoduje wzrost świadomości klientów i dostępności takich ubezpieczeń – mówi Hanna Kalicińska.

Na całym świecie urządzenia mobilne ma ponad pięć miliardów ludzi, a na jednego użytkownika przypada średnio 1,6 numeru telefonicznego – wynika z raportu „Digital in 2017 Global Overview”, przygotowanego przez We Are Social i Hootsuite. Natomiast agencja Zenith („Mobile Advertising Forecasts 2017”) szacuje, że w 2018 roku na świecie liczba posiadaczy smartfonów wzrośnie o kolejne 7 proc., do poziomu 66 proc.

Początek wiosny to dobry moment na poważne zmiany w życiu. Impuls mogą dać również pracodawcy

Początek wiosny to dobry moment na poważne zmiany w życiu. Impuls mogą dać również pracodawcy 2

Wiosna to czas na zmiany i odnowę energetyczną. Wystarczy zmiana sposobu myślenia, obranie sobie celu i konsekwentne dążenie do niego, by poprawić swój dobrostan. Impulsem do działania mogą być również pracodawcy, którzy coraz częściej dbają o dobrostan swoich pracowników. Udostępnienie serwisu rowerowego czy dostawy świeżych owoców mogą zachęcić do zmiany stylu życia na zdrowszy, a akcje wolontariackie skłonić pracowników do zaangażowania na rzecz innych osób. Dobrostan pracowników nie powinien być jednorazową akcją, ale elementem strategii – podkreślają eksperci.

 Początek wiosny to bardzo dobry czas na zmiany. Robimy porządki, odkurzamy, myjemy okna, ale ważne jest, żebyśmy nie zapomnieli o porządkach w głowie. Zima to czas pełen stresu, braku słońca, nie ma czasu na endorfiny, a wiosną możemy odnowić energię życiową, która jest nam bardzo potrzebna. To czas, żeby zostawić samochód i zamienić go na rower, a zamiast fast-foodów wybrać coś zdrowego – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Katarzyna Kulig-Moskwa z Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Pierwsze promienie słońca to moment, kiedy większości osób wraca chęć do życia, mają więcej energii i pomysłów. Jak podkreśla ekspertka, im więcej energii życiowej, tym lepsza jakość życia. Pozytywne myślenie wpływa na wiele aspektów życia i na ogólnie rozumiany dobrostan. Dlatego taki stan warto utrzymywać dłużej tak, by zapał do zmian nie okazał się słomiany.

– Żeby zmiana się udała, trzeba postępować konsekwentnie: założyć sobie cel, a następnie konsekwentnie do niego dążyć. Jeżeli cel wydaje się nieosiągalny, trzeba podzielić go na etapy, by można było kontrolować proces zmian. On zachodzi powoli, należy też dać sobie przestrzeń na błędy, ale widzieć ten cel i wizualizować go. To dobry początek zmian – tłumaczy dr Katarzyna Kulig-Moskwa.

Naładowane pozytywnym myśleniem akumulatory mogą jednak nie wystarczyć na długo, jeśli nie zachowamy równowagi między pracą a życiem prywatnym. Zaburzenia w sferze work-life balance mogą się przełożyć na mniejszą motywację do pracy i zniechęcenie w życiu prywatnym. Nieumiejętność radzenia sobie z presją obowiązków może skutkować problemami emocjonalnymi czy agresją. Firmy nie zostawiają z tym pracowników samych sobie. Coraz więcej z nich rozwija obszar wellbeing.

– To przestrzeń w Polsce jeszcze bardzo mało znana, która polega na dbaniu o psychofizyczny dobrostan pracowników. Chodzi o to, żeby patrzeć na człowieka holistycznie w miejscu pracy, z jego mocnymi, słabymi stronami, z jego kondycją psychofizyczną. Wellbeing nie ma jednej definicji, ale staje się przestrzenią bardzo ważną w aspekcie zmian, które zachodzą, chorób cywilizacyjnych, stresu, które stają się bardzo kosztowne dla pracodawców – podkreśla ekspertka WSB we Wrocławiu.

Dobrostan pracowników przekłada się na ich produktywność i zaangażowanie do pracy. Sam pracownik czuje się bardziej lojalny wobec firmy i jest bardziej zmotywowany i kreatywny. Pracodawcy coraz częściej zdają sobie sprawę z tego, że równowaga między życiem prywatnym a zawodowym przynosi firmie określone korzyści. Jak przekonuje ekspertka, wellbeing nie powinien być jednorazową akcją, ale zaplanowaną strategią na lata.

 Wellbeing musi się stać wartością organizacyjną. Powinna być osoba, która będzie za to odpowiedzialna i będzie inicjować zmiany związane z dobrostanem pracowników – taki menadżer ds. szczęścia czy specjalista ds. wellbeing. Na poziomie operacyjnym mogą to być programy prozdrowotne, serwis rowerowy dla pracowników czy postawiony w kuchni obok kawiarki wyciskacz do owoców. To również szukanie sensu w miejscu pracy, czyli np. wolontariat pracowniczy. To także budowanie dobrych relacji i atmosfery w pracy. Ponieważ wellbeing jest stosunkowo nowym obszarem, inspiracji do działania pracodawcy mogą szukać, wymieniając się dobrymi praktykami, okazją będzie chociażby nadchodząca konferencja „Wellbeing w praktyce”, która odbędzie się 12 kwietnia br. we Wrocławiu – wymienia dr Katarzyna Kulig-Moskwa.

Koncepcję wellbeing rozwijają przede wszystkim korporacje. Także Polska idzie śladami krajów zachodnich, co wymusza też sytuacja na rynku pracy. Niskie bezrobocie sprawia, że pracodawcy muszą rozwijać pozapłacowe benefity, a przyjazne miejsce pracy, dbające o dobrostan pracowników, może stanowić istotne kryterium wyboru.

Prawie 90 proc. Polaków zdecydowałoby się na budowę energooszczędnego domu. Oszczędności w rachunkach mogą sięgać nawet kilkuset złotych miesięcznie

Prawie 90 proc. Polaków zdecydowałoby się na budowę energooszczędnego domu. Oszczędności w rachunkach mogą sięgać nawet kilkuset złotych miesięcznie 3

Polacy są świadomi korzyści płynących z zastosowania rozwiązań energooszczędnych przy budowie domu – wynika z raportu „Budownictwo energooszczędne oczami Polaków”. Dziewięciu na dziesięciu z nich chciałoby mieszkać w domu energooszczędnym. Zdecydowaliby się na takie rozwiązania, mimo że budowa takiego domu jest nieco droższa niż tradycyjnego. Jedynie 6 proc. deklaruje, że nie jest zainteresowana budownictwem efektywnym energetycznie.

82 proc. ankietowanych w ramach badania „Budownictwo energooszczędne oczami Polaków” chciałoby mieć własny dom. Zdecydowana większość w procesie inwestycji wzięłaby pod uwagę energooszczędne technologie: „zdecydowanie tak” odpowiedziało 27 proc. pytanych, „raczej tak” – 61 proc.

Najważniejsze dla inwestorów są przede wszystkim koszty budowy domu i późniejszej eksploatacji, ale też bardzo blisko w rankingu jest myślenie energooszczędne, czyli dla Polaków istotne jest to, żeby budynki po wybudowaniu i wykończeniu były budynkami energooszczędnymi. Pojawia się też chęć, żeby budynki były przyjazne dla środowiska, ale nie jest to pierwszy element, o którym myślą Polacy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Janiak, ekspert kampanii „Nie trać energii” z firmy H+H Polska.

Budowę w technologiach energooszczędnych najchętniej rozważają mieszkańcy województw łódzkiego, podkarpackiego, małopolskiego i świętokrzyskiego. Większa świadomość inwestorów jest związana z jakością powietrza i smogiem. Najważniejszym argumentem są jednak koszty eksploatacji budynku – tak deklarowało 48 proc. pytanych. Polacy najczęściej ogrzewają węglem lub korzystają z miejskiego ogrzewania. W prawie połowie polskich domów przeciętny rachunek miesięczny za ogrzewanie wynosi 200–500 zł.

– Budownictwo termooszczędne to po pierwsze oszczędność w portfelu. To zależy od wielu czynników, ale można spokojnie myśleć, że w portfelu zostanie kilkaset złotych rocznie czy w skrajnym przypadku nawet kilkaset złotych miesięcznie. Budownictwo energooszczędne związane jest z tym, że będziemy potrzebować mniej energii, czyli mniej surowców, tzn. gazu, węgla czy innej energii do ogrzania. To oznacza, że z naszych pieców i kotłowni będzie pochodziło mniej pyłów i dzięki temu możemy myśleć o zdrowotnych aspektach – podkreśla Robert Janiak.

Wśród technologii energooszczędnych, które z chęcią zastosowaliby w swoim wymarzonym domu, Polacy wymieniają odnawialne źródła energii (64 proc.), okna energooszczędne (59 proc.), zdalne sterowanie oświetleniem (48 proc.), elektryczne termostaty grzejnikowe (47 proc.) i izolację termiczną z wełny skalnej (42 proc.).

By budynek był energooszczędny, myślenie o konkretnych rozwiązaniach musimy rozpocząć na etapie projektowania inwestycji. Ten proces nie musi być skomplikowany i kosztowny – przekonują eksperci w kampanii „Nie trać energii”.

Myśląc o budynku energooszczędnym, Polacy sądzą, że jest to technologia skomplikowana i aby wybudować taki budynek, będą musieli przemyśleć wiele szczegółów. W kampanii tłumaczymy Polakom, że budownictwo energooszczędne nie musi się wiązać z trudnościami, bo technologie ścian, izolacji termicznej czy okien to są typowe rozwiązania, które już są na rynku polskim – tłumaczy Robert Janiak.

O budynku energooszczędnym trzeba jednak myśleć jak o inwestycji. Takie budynki są na etapie budowy droższe od tradycyjnych o około 10–20 proc.

Polacy często myślą, że koszty będą zdecydowanie większe. Nie do końca jest tak, ponieważ to zależy od skali zastosowania systemów energooszczędnych: czy zaczynamy już od fundamentów płytowych, przez ściany, całą automatykę, więc te koszty mogą być bardzo różne – wyjaśnia Robert Janiak.

Inwestycją jest też termomodernizacja budynków wybudowanych w starszych technologiach. Na ten cel – zgodnie z badaniem – Polacy są skłonni wydać od 10 do 20 tys. zł.

– Oszczędności z takiej modernizacji są uzależnione od tego, jak głęboka ona będzie. Samo zmniejszenie temperatury poprzez przykręcenie głowic termostatycznych o jeden stopień powoduje spadek zapotrzebowania na energię o około 6 proc. W skrajnym przypadku pełna termomodernizacja budynku przyniesie oszczędności kosztowe na poziomie nawet 70 proc. tego, co inwestor płaci aktualnie – przekonuje Robert Janiak

Dziś połowa wszystkich budynków mieszkalnych to budynki jednorodzinne. 70 proc. z nich to budynki wysokoenergochłonne.

Sztuczna inteligencja wykryje problemy z płodnością. Opracowywane specjalne algorytmy pomogą skuteczniej wyznaczyć dni płodne

Sztuczna inteligencja wykryje problemy z płodnością. Opracowywane specjalne algorytmy pomogą skuteczniej wyznaczyć dni płodne 4

Rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji pomogą kobietom jeszcze dokładniej wyznaczać dni płodne, a także na wczesnym etapie wykryją problemy z płodnością. Potrzebne są algorytmy oparte na uczeniu maszynowym, które przetworzą dane setek tysięcy przypadków. Sztuczna inteligencja jest w stanie przeanalizować dużo więcej danych niż człowiek, więc w obszarze ochrony zdrowia pozwala stawiać trafniejsze diagnozy. Nad pierwszym tego typu systemem na świecie pracuje polska firma.

– Planujemy zaprojektować szereg algorytmów opartych na uczeniu maszynowym i sztucznej inteligencji, które jeszcze skuteczniej będą pomagały kobietom zajść w ciążę i jeszcze na wczesnym etapie wykrywać problemy z płodnością. Planujemy również ułatwienie użytkowniczkom wpisywania tych informacji, czyli zrobienie interaktywnego interfejsu – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Joanna Fedorowicz, współzałożycielka i prezes OvuFriend.

Na rynku istnieje już szereg rozwiązań mających za zadanie ułatwić kobietom planowanie rodziny poprzez trafne wyznaczenie dni płodnych. To między innymi inteligentne kalendarze gromadzące dane setek tysięcy kobiet i przetwarzające je w oparciu o zaawansowane algorytmy. Twórcy jednego z takich rozwiązań idą o krok dalej i chcą sprawić, by sztuczna inteligencja nie tylko jeszcze skuteczniej pomagała kobietom analizować cykl miesiączkowy, lecz także na wczesnym etapie wykrywała problemy z płodnością.

Mamy miliony danych dotyczących zdrowia, płodności, cykli i objawów kobiet. To ponad 100 tys. cykli miesiączkowych, które są unikalne na skalę światową. Te dane są idealne do wykorzystania algorytmiki i sztucznej inteligencji. Chcemy być w stanie jeszcze dokładniej pokazywać, kiedy są dni płodne. Co ważne, będzie to wymagało wprowadzania mniejszej liczby danych. System poprawnie zinterpretuje te cykle i wykryje ewentualne problemy z płodnością, a także wstępnie je zakwalifikuje – przekonuje Joanna Fedorowicz.

Niepłodność jest bardzo dużym problemem w skali całego świata. Zgodnie z danymi Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego problem ten dotyczy co roku 1,5 mln polskich par. 20 proc. par starających się o potomstwo nie może zajść w ciążę przez pierwsze dwanaście miesięcy. Taki sam odsetek par na całym świecie diagnozowanych jest z powodu niepłodności. Sztuczna inteligencja może znacząco pomóc w jego rozwiązaniu.

– Algorytmy sztucznej inteligencji są w stanie przetwarzać dużo więcej zróżnicowanych danych niż człowiek. Potrafią również kwalifikować te dane i stawiać często trafniejsze wstępne diagnozy. W ten sposób również w niepłodności jesteśmy w stanie zinterpretować bardzo dużą, zróżnicowaną liczbę danych i wstępnie kwalifikować problemy z płodnością – wyjaśnia ekspertka.

Projekt systemu przewidywania dni płodnych opartego na sztucznej inteligencji zaplanowany jest na 2,5 roku. Twórcy zapowiadają jednak, że przynajmniej część algorytmów powstanie wcześniej.

Na świecie powstają także inne inicjatywy mające na celu rozwiązanie problemu niepłodności. W amerykańskim Boulder w stanie Kolorado toczą się prace nad osobistym czujnikiem temperatury pochwy PriyaRing, łączącym się bezprzewodowo z aplikacją mobilną w telefonie. Dzięki stałej wymianie danych dotyczących temperatury wewnątrz pochwy możliwe będzie monitorowanie subtelnych zmian występujących przed owulacją. Dane o płodności mają być wyświetlane na smartfonie w formie alertu. Rozwiązanie jest aktualnie badane i czeka na fazę testowania.

Światowa Organizacja Zdrowia ocenia niepłodność jako chorobę społeczną. Według szacunkowych statystyk problem ten dotyczy 10–18 proc. populacji na świecie.

Szybciej niż auta elektryczne w Polsce przyjmie się trend współdzielenia samochodów. Liczba aut spadnie nawet o 80 proc.

Szybciej niż auta elektryczne w Polsce przyjmie się trend współdzielenia samochodów. Liczba aut spadnie nawet o 80 proc. 5

W 2017 roku sprzedaż samochodów elektrycznych w Polsce liczona razem z hybrydami typu plug-in przekroczyła raptem tysiąc sztuk, podczas gdy np. w Norwegii czy Niemczech sprzedano ich kilkadziesiąt tysięcy. Mimo przyjętych w nowej ustawie zachęt i spadających cen takich aut, upłynie jeszcze co najmniej kilka lat, zanim elektryki staną się codziennością na polskich drogach. Dużo szybciej może się przyjąć w Polsce trend carsharingu, czyli współdzielenia samochodów. Dzięki temu zapotrzebowanie na własne auta może spaść nawet o 80 proc.

– Na globalnym rynku obserwujemy trendy, które można uznać za kolejne etapy rozwoju motoryzacji. Pierwszym jest elektromobilność, czyli rozwój samochodów z napędem elektrycznym, które będą zastępować te z napędem tradycyjnym. Drugim jest pojawienie się aut w pełni autonomicznych, które zmienią nasze podejście do transportu i współdzielenia samochodów. Jeżeli dojdziemy do etapu, w którym transport będzie traktowany jako usługa, nie będziemy już potrzebowali własnych samochodów. Zapotrzebowanie na nie znacząco spadnie, nawet o 80 proc. – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Radosław Kuczyński, prezes Europejskiego Funduszu Leasingowego.

Samorządy przestają radzić sobie z wyzwaniami, które stwarza rosnąca emisja spalin, brak miejsc parkingowych i korki spowodowane rosnącą liczbą samochodów. Jak wynika z październikowego raportu Zespołu Doradców Gospodarczych TOR oraz Polskiej Organizacji Branży Parkingowej, od lat 90. liczba aut w polskich miastach zwiększyła się czterokrotnie. W Warszawie, którą zamieszkuje 1,74 mln ludzi, jest ponad 1,6 mln zarejestrowanych pojazdów, co oznacza, że na tysiąc mieszkańców przypada ich ponad dziewięćset. W Sopocie czy Olsztynie liczba zarejestrowanych samochodów jest większa niż liczba mieszkańców.

Problem po części ma rozwiązać carsharing, czyli współdzielenie pojazdów. To trend, który wyrósł na bazie modnej w ostatnim czasie ekonomii współdzielenia. System wypożyczania aut jest powszechny w wielu krajach Europy, m.in. w Niemczech, Francji i Danii, natomiast w Polsce wypożyczalnie samochodów mają już m.in. Warszawa, Kraków i Trójmiasto.

– Nasza polska mentalność, czyli przyzwyczajenie do własności, moim zdaniem nie będzie przeszkodą w rozwoju carsharingu, bo dotyczy ona raczej generacji ludzi starszych. Obserwując zachowania młodzieży i ich przyzwyczajenia – łatwość, z jaką posługują się takimi usługami, jak Uber czy wypożyczanie samochodów na minuty – widzimy, że oni nie mają już takiej potrzeby posiadania samochodu – mówi Radosław Kuczyński.

Zmiany w pewnym stopniu wpłyną również na branże leasingową.

– W strukturze finansowania branży będziemy obserwować coraz mniejszy udział samochodów. Z drugiej strony we wszystkich innych branżach będziemy obserwować trend zastępowania człowieka przez maszyny. Zakup tych maszyn ktoś będzie musiał sfinansować – w związku z tym my, jako branża, nie boimy się tych zmian w strukturze finansowania, będzie tam mniej samochodów osobowych, a więcej maszyn i urządzeń – mówi Radosław Kuczyński.

Odpowiedzią na zbyt wysoką emisję zanieczyszczeń są także auta z napędem elektrycznym i rozwój elektromobilności, mocno wspierany w Polsce przez rząd oraz podmioty prywatne (w ubiegłym roku został uchwalony rządowy Plan Rozwoju Elektromobilności, przyjęto nową ustawę w tym zakresie, w toku są też prace nad stworzeniem prototypu polskiego samochodu elektrycznego).

Prezes Europejskiego Funduszu Leasingowego zauważa jednak, że dziś w Polsce wciąż sprzedaje się niewiele samochodów elektrycznych w porównaniu z krajami Europy Zachodniej. W 2017 roku sprzedaż przekroczyła raptem tysiąc elektryków (liczonych z hybrydami plug in), podczas gdy w Norwegii czy Niemczech było to kilkadziesiąt tysięcy. Na polskim rynku udział elektryków i hybryd typu plug-in jest znikomy i oscyluje wokół 0,1 proc

– Jest to przede wszystkim związane z tym, że w Polsce brakuje zachęt do zakupu aut elektrycznych. Wystarczy spojrzeć na to, co się działo na rynkach Europy Zachodniej czy Ameryki. Wszędzie tam, gdzie wystąpiło wsparcie – najczęściej w postaci dofinansowania zakupu aut elektrycznych – były one dużo chętniej kupowane. To jeden z elementów, który na pewno przyspieszyłby w Polsce przejście w kierunku elektromobilności. Musi to być powiązane z rozbudową infrastruktury ładowania, z którą też nie jest u nas najlepiej – mówi Radosław Kuczyński.

W styczniu uchwalona została ustawa o elektromobilności, która wprowadza system zachęt dla nabywców takich aut. Rządowe plany zakładają też, że do końca 2020 roku w całej Polsce ma powstać również sieć 6,4 tys. punktów ładowania energią elektryczną (400 szybkich ładowarek i 6 tys. o normalnej mocy) oraz ponad 100 punktów tankowania gazu CNG/LNG.

Prezes Europejskiego Funduszu Leasingowego zauważa, że na ten moment jedną z barier przy zakupie aut elektrycznych jest również ich stosunkowo wysoka cena. Natomiast zaletą auta elektrycznego jest to, że w użytkowaniu jest ono dużo tańsze niż samochód z napędem spalinowym. Według prognoz Międzynarodowej Agencji Energii, przywołanych w raporcie Cambridge Econometrics i FPPE, pomiędzy 2020 a 2030 rokiem nastąpi wyrównanie całkowitego kosztu posiadania samochodów z silnikiem spalinowym i elektrycznym, biorąc pod uwagę koszt zakupu, serwisu i ich utylizacji.

– Energia elektryczna jest tańsza niż paliwo tradycyjne, a poza tym auta elektryczne są dużo prościej zbudowane. To jest dużo mniej awaryjna konstrukcja. W związku z tym eksploatacja takiego samochodu jest dużo tańsza. Biorąc pod uwagę te dwa czynniki i wykorzystując do sfinansowania takiego zakupu narzędzia typu leasing czy wynajem, okazuje się, że różnica w miesięcznym czynszu za taki samochodu już nie jest tak duża. Takie auto, licząc wszystkie koszty eksploatacji, już w tej chwili nie jest dużo droższe niż auto tradycyjne – mówi Radosław Kuczyński.

Optyczny analizator jedzenia sprawdzi skład produktów spożywczych. Technologia w przyszłości ma być dostępna w smartfonach

Optyczny analizator jedzenia sprawdzi skład produktów spożywczych. Technologia w przyszłości ma być dostępna w smartfonach 6

Sprawdzenie składu danego produktu spożywczego jest możliwe już dzisiaj. Na rynku są produkty pozwalające prześwietlić jedzenie za pomocą np. promieniowania rentgenowskiego. Nowo opracowany optyczny analizator jedzenia wykorzystuje grafen, dzięki któremu rozpoznawanie składu produktu będzie szybsze i dokładniejsze. W przyszłości pozwoli także na zastosowanie technologii w smartfonach. Dzięki temu poznać dokładny skład produktu będzie można już w sklepie. Technologia pomoże przede wszystkim alergikom, których tylko w Europie jest nawet 150 mln.

– Optyczny analizator jedzenia to kamera wyposażona w czujnik z warstwą grafenu, który prześwietla jedzenie pod kątem szkodliwych substancji lub alergenów, czyli czegoś, co potencjalnie może cię zabić. Pokazuje, czy można coś zjeść, czy nie – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Shuchi Gupta z katalońskiego Institute of Photonic Sciences (ICFO).

Opracowany w ramach projektu Graphene Flagship układ składa się z czujnika CMOS, warstwy grafenu i materiału absorbującego. Urządzenie wykorzystuje grafenową kropkę kwantową, potocznie zwaną sztucznym atomem, która pełni rolę znacznika i pozwala szybciej i z większą dokładnością wykrywać poszczególne substancje. Grafen umożliwia analizę całości spektrum optycznego – światła ultrafioletowego, światła widzialnego i podczerwieni –przez jeden układ.

– Urządzenie wykrywa różnego rodzaju molekuły. Może wykryć np. alergeny szkodliwe dla osoby, która jest uczulona na orzechy, i może umrzeć po wypiciu mleka z nawet śladową zawartością orzechów. Można w ten sposób przeskanować każdy produkt spożywczy i stwierdzić, czy nam nie zaszkodzi – tłumaczy naukowiec.

W przyszłości optyczny analizator jedzenia może znaleźć zastosowanie nawet w smartfonach. CMOS jest technologią wytwarzania układów scalonych, powszechnie wykorzystywaną przy produkcji matryc światłoczułych stosowanych, m.in. jako aparat cyfrowy w telefonach. Nie ma zatem przeszkód, by technologia pojawiła się jako nowa funkcja w smartfonach. Potrzebna jest jednak jej miniaturyzacja.

– W tej chwili jest to chip o powierzchni jednego centymetra kwadratowego. W przyszłości chcemy zminiaturyzować go, żeby móc pójść do supermarketu, zeskanować towar za pomocą smartfona i poznać jego skład – zapowiada przedstawicielka ICFO.

Obecnie urządzenie znajduje się w fazie prototypu. Naukowcy szukają inwestorów, którzy pomogą wprowadzić projekt do masowej produkcji. Tymczasem na rynku są już dostępne podobne produkty, które jednak opierają się na zupełnie innej technologii.

Firma Bruker dostarcza spektrometry XRF wykorzystujące metodę fluorescencji rentgenowskiej. Dzięki niej możliwa jest analiza składu pierwiastkowego wszelkiego rodzaju próbek, zarówno stałych, jak i ciekłych. Umożliwia analizy pierwiastków od berylu do uranu. Do analizy żywności przeznaczony jest model S2 Picofox.

Z analiz Europejskiej Akademii Alergologii i Immunologii Klinicznej (EAACI) wynika, że 150 mln Europejczyków cierpi na przewlekłe choroby alergiczne. 17 mln mieszkańców Starego Kontynentu żyje z alergią pokarmową, a u 8 proc. z nich przebiega ona z ryzykiem reakcji anafilaktycznej, która jest potencjalnym zagrożeniem dla życia. W grupie alergików pokarmowych 3,5 mln osób stanowią dzieci. EAACI szacuje, że do 2050 roku problem alergii będzie dotyczył połowy populacji Europy.

Unijny projekt Graphene Flagship jest obecnie największą inicjatywą badawczą Wspólnoty. Zadaniem akademicko-przemysłowego konsorcjum dysponującego budżetem miliarda euro jest skomercjalizowanie w ciągu 10 lat technologii grafenowych. Główne konsorcjum skupia ponad 150 grup badawczych z 23 krajów.

Polska doceniona na forum ONZ. Projekt połączenia szkół szerokopasmowym internetem zdobył w Genewie prestiżową nagrodę

Polska doceniona na forum ONZ. Projekt połączenia szkół szerokopasmowym internetem zdobył w Genewie prestiżową nagrodę 7

Projekt Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej, zakładający, że do końca tej dekady wszystkie szkoły w Polsce zostaną podłączone do szybkiego szerokopasmowego internetu, zdobył w Genewie prestiżową nagrodę WSIS Prizes. Organizatorem konkursu jest agenda ONZ – Międzynarodowy Związek Telekomunikacyjny (ITU). Wyróżnienie zostało przyznane dzięki głosom internautów z całego świata. OSE to największa tego typu inicjatywa w Europie, która ma wprowadzić edukację cyfrową do polskich szkół. 

Ogólnopolska Sieć Edukacyjna to największe przedsięwzięcie tego typu w Europie. Nikt jeszcze nie przeprowadził na tak dużą skalę projektu, który będzie spinał w jedną sieć wszystkie szkoły w kraju. Wiemy, że niektóre państwa idą tą drogą i wykorzystują ten pomysł. Jesteśmy bardzo zadowoleni, że zostało to zauważone, docenione i traktujemy to jako swego rodzaju otuchę, żeby nam się udało, bo jest to duże przedsięwzięcie techniczne i logistyczne – mówi agencji Newseria Biznes Marek Zagórski, wiceminister cyfryzacji.

W ramach Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej do końca 2020 roku ponad 30,5 tys. szkół w całej Polsce ma zostać podłączonych do szybkiego internetu o przepustowości minimum 100 Mb/s. Dzięki temu lekcje we wszystkich polskich szkołach będą prowadzone przy wykorzystaniu nowych technologii i internetu, a uczniowie i nauczyciele rozwiną swoje cyfrowe kompetencje. Projekt ma też wyrównać różnice pomiędzy szkołami z obszarów wiejskich, a tymi w dużych miastach.

OSE będzie publiczną siecią telekomunikacyjną, a odpowiedzialny za jej wdrożenie i utrzymanie jest Państwowy Instytut Badawczy NASK, który zapewni również treści edukacyjne dla szkół. Pierwszych 2 tys. placówek – zlokalizowanych w 1,5 tys. punktów adresowych – zostanie podłączonych do szybkiego internetu jeszcze w tym roku. Utrzymanie sieci to wydatek przekraczający 1,3 mld zł, który dzięki staraniom Ministerstwa Edukacji Narodowej ma zapewnione finansowanie z budżetu państwa na najbliższe 10 lat.

 Jestem bardzo szczęśliwa, że wyzwania cywilizacyjne, którym staramy się sprostać, zostały dostrzeżone. Myślę, że zauważono nie tylko zapewnienie powszechnego, szerokopasmowego internetu do szkół, lecz także fakt, że został on wzbogacony innymi elementami. Warto podkreślić tu kwestie wyposażenia sal w sprzęt multimedialny, szkolenia dla nauczycieli, a także zmianę podstaw programowych, dzięki czemu dzieci już w I klasie szkoły podstawowej uczą się programowania. Nasze działania pokazują, że o cyfrowej szkole myślimy kompleksowo, stawiając na rozwój cywilizacyjny – podkreśla Minister Edukacji Narodowej Anna Zalewska.

Inicjatywa OSE została doceniona przez międzynarodowe gremia telekomunikacyjne i wyróżniona prestiżową nagrodą WSIS Prizes, przyznaną w tym tygodniu podczas oficjalnej gali w Genewie.

– Wygranie tak prestiżowego konkursu na najlepsze projekty telekomunikacyjne realizowany przez ITU jest dla nas bardzo dużym wyróżnieniem. To także argument dla tych, którzy wątpili, czy to ma sens. Natomiast dla tych, którzy pracowali nad projektem, to potwierdzenie, że mieliśmy dobry pomysł i dobrze to zaprojektowaliśmy. Już na etapie wcześniejszych dyskusji, spotkań i konferencji słyszeliśmy, że robimy coś niesamowitego. Przedstawiciele niektórych krajów zazdrościli nam, że w ogóle mamy taką ambicję. Byli też tacy, którzy pukali w czoło, twierdząc, że się nam nie uda – mówi Marek Zagórski.

Nagrody WSIS Prizes są przyznawane przez agendę ONZ – Międzynarodowy Związek Telekomunikacyjny (ITU). Dzięki głosom internautów z całego świata Ogólnopolska Sieć Edukacyjna znalazła się w TOP 5 projektów w swojej kategorii – co oznacza, że była jednym z projektów, na które głosowano najczęściej.

 Niezwykle cieszy, że projekt – który dopiero nabiera rumieńców – został już doceniony nie tylko w skali naszego kraju, lecz także w skali światowej organizacji, jaką jest ITU. To wyróżnienie tym cenniejsze, że – aby je uzyskać – musieliśmy zostać wybrani w gronie pięciu projektów z danej kategorii przez internautów z całego świata. Dopiero w obrębie tej piątki została przez profesjonalne jury określona kolejność projektów, które zostały nagrodzone – i tutaj uzyskaliśmy najwyższą ocenę. Nie tylko to jest decyzja ekspertów, lecz także internautów, którzy ocenili go aż tak wysoko, że zostaliśmy zakwalifikowani do finałowej rozgrywki – mówi Wojciech Kamieniecki, dyrektor instytutu badawczego NASK.

Prestiżowa międzynarodowa nagroda WSIS trafiła do Polski po raz drugi – w 2012 roku zdobył ją projekt „Latarnicy Polski Cyfrowej”, w ramach którego lokalni animatorzy z całej Polski zachęcają przedstawicieli pokolenia 50+ do stawiania pierwszych kroków w internecie.

Pracownicze plany kapitałowe z długą listą zastrzeżeń

Jeremi Mordasewicz Konfederacja Lewiatan
Jeremi Mordasewicz, Konfederacja Lewiatan

Wprowadzenie sprawnego systemu wsparcia dodatkowego oszczędzania na starość może przyczynić się do zwiększenia długoterminowych oszczędności oraz poprawy efektywności ich inwestowania. Jednakże projekt ustawy o pracowniczych planach kapitałowych (PPK), spowoduje wzrost kosztów pracy (składki do PPK i koszty administracyjne). W znacznej mierze poniosą je pracodawcy i przedsiębiorcy – uważa Konfederacja Lewiatan.

– Jeżeli oszczędzanie w PPK ma być masowe, to powinni nim być zainteresowani zarówno pracobiorcy jak i pracodawcy. Oszczędzający muszą mieć przeświadczenie, że ich pieniądze są efektywnie inwestowane. Istotne jest przełamanie nieufności do państwowych programów po decyzjach dotyczących przejęcia części środków zgromadzonych w OFE. Dla pracodawców program nie powinien się wiązać z nadmiernymi obciążeniami fiskalnymi i administracyjnymi – mówi Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Zdaniem Lewiatan dalsze prace nad projektem ustawy o PPK powinny zatem uwzględniać następujące elementy:

a) Koszty pracy. Mając na uwadze znaczący wzrost kosztów pracy w wyniku wdrożenia PPK (składki do PPK i koszty administracyjne) konieczna jest rezygnacja ze zniesienia limitu składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe, czy to poprzez wyrok Trybunału Konstytucyjnego czy nową inicjatywę ustawodawczą. Wejście w życie ustawy znoszącej limit składek oraz projektu o PPK oznacza kumulację obciążeń i znaczący wzrost kosztów zarówno po stronie pracowników jak i pracodawców. W takich okolicznościach trudno oczekiwać pozytywnego przyjęcia PPK.

b) Obciążenia administracyjne. Konieczna jest redukcja obowiązków administracyjnych po stronie podmiotów zatrudniających. Projektowi ustawy o PPK towarzyszy ocena skutków regulacji, ale brak jest oceny kosztów, jakie będą musiały ponieść podmioty zatrudniające w związku z obsługą PPK. Będą to koszty znaczne, szczególnie w firmach o dużej fluktuacji pracowników. Taka analiza powinna być wykonana w szczególności w kontekście funkcjonowania naszych przedsiębiorstw na unijnym rynku wewnętrznym. Istnienie obowiązków związanych z PPK może pogorszyć konkurencyjność polskich firm w stosunku do firm z krajów, w których nie ma takich obciążeń. Postulujemy zmniejszenie obciążeń pracodawców związanych z administrowaniem PPK.

c) Wybór. Należy zapewnić pracodawcom możliwość wyboru pomiędzy Pracowniczymi Programami Emerytalnymi a Pracowniczymi Planami Kapitałowymi przez cały okres funkcjonowania nowego instrumentu. Dobrowolne programy w postaci PPE są wyrazem dbania przez pracodawcę o zabezpieczenie finansowe jego pracowników w okresie emerytalnym.

d) Konkurencyjność. Powodzenie programu będzie zależeć od efektywności podmiotów zarządzających PPK. Ustawodawca powinien umożliwić wzięcie udziału w programie dostatecznie dużej liczbie wiarygodnych podmiotów zarządzających, aby zapewnić konkurencję, która mobilizuje do aktywności i leży w interesie oszczędzających.
Projekt ustawy o PPK przewiduje, że pieniędzmi gromadzonymi w ramach PPK mają zarządzać towarzystwa funduszy inwestycyjnych (TFI). Uważamy, że w programie PPK warto wykorzystać potencjał powszechnych towarzystw emerytalnych (PTE), które zarządzając otwartymi funduszami emerytalnymi (OFE) zdobyły ogromne doświadczenie w zarządzaniu aktywami emerytalnymi. PTE mają najniższe koszty funkcjonowania i są najtańsze dla klientów, osiągają relatywnie wysokie stopy zwrotu, więc ich wykluczenie byłoby zdecydowanie niekorzystne dla oszczędzających i w rezultacie zmniejszyłoby zasięg programu PPK.

e) Pewność. Wskazane jest wyjaśnienie wielu wątpliwości w kontekście prowadzenia dokumentacji pracowniczej czy zleceniobiorców oraz systemu ubezpieczeń społecznych (sus)

f) Zaufanie. Konieczna jest zmiana przepisów karnych. Przepisom karnym stawia się wymóg, aby były one precyzyjne w stopniu umożliwiającym jednostce pozyskanie informacji na temat bezprawności lub karalności jej zachowania. Nakazu określoności nie spełnia przepis ustawy karnej wówczas, gdy adresat normy prawno-karnej nie jest w stanie zrekonstruować, na jego podstawie, zasadniczych znamion czynu zabronionego.
Wymogu precyzyjności nie spełnia art. 97 projektu ustawy dotyczący sytuacji nakłaniania uczestnika do rezygnacji z oszczędzania w PPK. Czyny podlegające sankcji zostały jasno określone w art. 96 projektu ustawy o PPK. Ponadto proponowana sankcja pozbawienia wolności do dwóch lat nie odpowiada stopniowi szkodliwości czynu.

g) Poszanowanie celów Funduszu Pracy. Sprzeciwiamy się propozycji finansowania dopłaty rocznej z Funduszu Pracy. Fundusz pracy finansowany jest przez pracowników i pracodawców i ma na celu wspieranie inicjatyw związanych z prawidłowym funkcjonowaniem rynku pracy. Finansowanie PPK nie jest działaniem mieszczącym się w ramach zadań tego fundusz.

h) Przejrzystość. Za niewłaściwe należy uznać powierzenie PFR jednocześnie dwóch ról: organizatora programu PPK i właściciela jednego z TFI prowadzących PPK, ponieważ nie powinno się łączyć funkcji rynkowego gracza i kontrolera rynku. Proponowane w projekcie nadanie TFI należącemu do PFR statusu domyślnego TFI w przypadku nie dokonania wyboru przez pracodawcę, jest wyrazem uprzywilejowania jednego z podmiotów rynkowych i narusza zasadę równej konkurencji.

i) Wydłużenie terminów na stosowanie ustawy. Konieczne jest wydłużenie okresu na realizację obowiązków wynikających z ustawy co umożliwi lepsze przygotowanie się zainteresowanym podmiotom, osobom i spokojniejsze wdrożenie całego systemu, z korzyścią dla wszystkich zainteresowanych. Należy zauważyć, że realizacja obowiązków wynikających z ustawy PPK wymagać będzie szczególnie w dużych podmiotach zmian w wykorzystywanych systemach informatycznych i procedurach.

Podwyżka stóp procentowych w USA – to pewne, a co dalej?

W środę pierwsze posiedzenie FED pod wodzą nowego prezesa. Inwestorzy czekają na informacje dotyczącą stóp procentowych. Gdyby FED zapowiedział cztery podwyżki, nastroje pogorszą się.

– Musi być kolejna podwyżka stóp procentowych i nie ma powodów, aby FED się z tego wycofał – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Jednak rynek chce wiedzieć, co dalej, czy tempo podwyższania stóp będzie wyższe.

Jest kilka powodów, by zwiększyć tempo, jak choćby inflacja czy zmiana polityki fiskalnej w USA. Zasugerowanie przez nowego szefa FED szybszego tempa popsułoby nastroje inwestorów.

– Spodziewam się, że jednak FED ograniczy się do trzech podwyżek – ocenia dr P.Kwiecień.

Dzień w którym zadrży kurs dolara

Ważne dla amerykańskiej waluty, giełdy i zarazem wszystkich światowych rynków finansowych słowa padną w środę po spotkaniu członków Rezerwy Federalnej. Wersja prawdopodobna: zapowiedź większej liczby podwyżek stóp procentowych wzmocni dolara – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Przed nami bardzo ciekawe posiedzenie amerykańskiego banku centralnego. Będzie to pierwsza konferencja prasowa dla Jeromego Powella, nowego przewodniczącego Rezerwy Federalnej. Dodatkowo zmienia się skład gremium kształtującego zmiany kosztu kredytu w USA, a pośrednio także na świecie. Interesujący i ważny w kontekście walut będzie również fakt, czy nowy szef Fedu zechce spotykać się z reporterami po każdym posiedzeniu Komitetu Otwartego Rynku (FOMC).

Dolarowi służy więcej podwyżek stóp i…

Stopy procentowe w zeszłym roku zostały podniesione trzy razy (za każdym razem o 0,25 pkt proc.) i są już w przedziale 1,25-1,50 proc. W środę prawdopodobnie zostanie ogłoszona kolejna podwyżka. To jednak nie odgrywa większego znaczenia. Dla dolara czy amerykańskiej giełdy liczą się zupełnie inne informacje.

Inwestorów zainteresuje przede wszystkim przebieg ścieżki przyszłych stóp procentowych w kolejnych latach. W grudniu FOMC, na podstawie szacunku każdego z członków, sugerował, że w 2018 r. oraz 2019 r. zobaczymy odpowiednio trzy oraz dwie podwyżki – po 0,25 pkt proc. każda.

Ograniczone szanse na cztery podwyżki w tym roku (co byłoby silnie pozytywnym sygnałem dla dolara) wynikają z określonego w grudniu stanowiska członków FOMC. Zbyt wielu z nich musiałoby teraz zmienić zdanie.

Dość duże jest natomiast prawdopodobieństwo, by na rok 2019 przedstawiciele władz monetarnych zasugerowali, że stopy wzrosną trzy razy, czyli o jeden raz więcej niż wynikało z grudniowych projekcji. To także, choć w mniejszym stopniu, powinno sprzyjać dolarowi.

…więcej konferencji prasowych

Reakcje rynkowe są często obserwowane nie tylko w kontekście twardych danych, ale również bardziej miękkich aspektów. Do tych drugich należy m.in. fakt, że marcową konferencję prasową prowadzi Jerome Powell, nowy szef Rezerwy Federalnej.

Podczas sesji pytań oraz odpowiedzi reporterzy wiodących mediów finansowych zadają pytania z zamiarem wyciągnięcia informacji niedostępnych w komunikacie czy projekcjach makroekonomicznych. Zbytnie odkrywanie swoich kart lub jedno niewłaściwie słowo może tu oznaczać silne reakcje rynkowe. Czasami jednak członkowie Fedu świadomie używają konferencji, by w sposób nieco mniej oficjalny zakomunikować pewne zwroty w polityce monetarnej.

Biorąc pod uwagę zmiany w składzie Fedu czy dane makroekonomiczne, możemy spodziewać się raczej bardziej jastrzębiego komunikatu, czyli takiego, który sugerowałby szybsze podnoszenie stóp procentowych niż wynika to z oczekiwań rynkowych. W obecnej sytuacji rynkowej spowodowałby to wzmocnienie się dolara, wzrosty rentowności obligacji skarbowych i prawdopodobnie spadki na giełdach.

Dziennikarze mogą też jutro usłyszeć zaproszenie na spotkania po każdym posiedzeniu Fedu, podczas gdy do tej pory panował zwyczaj urządzania konferencji na co drugim posiedzeniu. Taka zmiana także byłaby pozytywną informacją dla dolara. Dlaczego? Zwiększa to pole manewru dla Fedu. Do tej pory poważniejsze decyzje zapadały wtedy, gdy istniała możliwość ich natychmiastowego wytłumaczenia mediom oraz inwestorom. Wprowadzenie nowego obyczaju można będzie zinterpretować jako otwarcie furtki do szybszych podwyżek.